Polot nad niskimi sferami. Rozproszone i niepublikowane wiersze-przekłady poetyckie-dramaty-1942-1970 - Miron Białoszewski

Kup ebooka

34.90 zł
28.97 zł (28,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Do ducha - siebie

Czyś jest sprzed wieków, ja nie wiem,

czyś bliski zrodzeniu gwiazd,

nieznane mi Twoje brzemię,

ale mam w sobie Twój blask.

I kiedyś od Jego pełni

odszedł na własny dzień,

głucho jest o tym we mnie,

czym dłużej wiem, to tym mniej.

Lecz nic to - Ty wciąż bezsenny

przeobraź wolę na cud,

bym widział twarz swoją w ziemi

i zapach krwi w sobie zmógł.

Czerwone znaki cierpienia,

co plecy cisną i pierś,

w stygmaty wiary przemieniaj,

a szlochy w pokutną pieśń.

Kiedy zaś ból się rozleje,

gdy trzewia zaciśnie głód,

szepcz Jego i Swoje dzieje,

weź ciężar głowy, rąk, nóg

i daj zapomnieć o kościach

dźwigając w bezkres, w swój czas,

by popiół myśli nie osiadł,

bym sobą dla Ciebie gasł.

Patrz, we mnie jest myśl świadoma,

rozesnuj ją w świętą sieć,

niech stanie się nieskończona

i mocna nawet przez śmierć.

I nie zwól nigdy jej szargać

tchnieniami grzechu i żądz,

ciało - to moja skarga,

więc abym w szlochu się trząsł.

Wbrew woli zmysłów oślepłej

i oczom i dłoniom wbrew,

niech się wszystkiego wyrzeknę,

bylem nie błagał o grzech.

Kładź zawsze na ust pragnienie

"Bądź wola Twoja" - i - "Przyjdź",

dzwoń w serce i dzwoń w sumienie,

aż będę, gdzie Ty chcesz być.

Choć żeś zaś moim żywotem,

żeś wyższym, żeś czystym mną,

klękam przed Tobą z tęsknoty

i modlę się wnętrzem w głąb.

I Ty się modlisz - Ty we mnie,

do siebie nad ciałem duch,

aż nie znam, choć chcę daremnie,

czyś sobą, czyś mną, czyś Bóg.

Opole, październik 1944

Piąta jesień (1943)

Grób nieznanych popiołów.

Zniczem - mglący się księżyc;

hymnem - wieczny szum kolumn.

Zwyciężony zwycięży.

Tu - za siebie, w tył, przed tym...

Ręce idą po zmierzchu...

Drzwi jak rzeźba wrót ślepych...

Odgłos stąpań i szeptów...

Czarne druki w szufladach,

niby tajny papirus.

Hallo... Hallo... Warszawa!

Z ciemni kąta chryp wyrósł.

Nocą przeczuć zgrzyt opon,

oczy spojrzeć niezdolne.

Cienie hełmów ku oknom,

gwizd, rewizja, w drzwi kolby.

Rozdzieranych bram skowyt,

co krok lufa i żandarm.

Pogrzeb... dudni przez schody

wóz dla żywych karawan.

Odjazd! - Bóg dziś nie zbawia.

Bruk pod sercem się trzęsie.

Pierwsze słowo - to Pawiak,

drugie słowo - Oświęcim.

W mrocznych ulic prześwicie

kształty mgłami zatarte,

widma ognia i wycie

i schlastany krwią parter.

Chryzantemy - szloch ściany

mokrym zmierzchem zasnuty.

W reflektorach skąpane

tratujące wbrew buty.

Gdzieś w więziennych barłogach

śmierć sinością twarz maże,

blask w źrenicach już dogasł.

Niewskrzeszeni Łazarze.

Sieć obwieszczeń po rogach

z amarantu plakatów

wzrok przechodnia przyciąga.

Spójrz - bo każdy jest na to.

W zimnych deszczach jesieni

przerażone ssie trzewia.

Gdy los oczu nie zmieni...

Nad Warszawą strach przewiał.

Po zjeżonym w szkło grzbiecie

murów czarnych pożarem

gna legenda o Getcie

skargą Miszny - Gemary.

Patrzy w kośćce kamienic,

w jamy okien i dachów

i łka księgi tajemnic

z trupich piwnic - katakumb.

I w obłędzie się tuła

pięść dźwigając przed Bogiem,

gdzie ogromna kopuła

wryta w gruz synagogi.

A hen potop płomieni

piętrzy fale na zachód,

jęk dygoce po ziemi

i czas pełen jest znaków.

Jeśli tutaj front dotrze,

to Warszawa - to szkielet.

Przy rozpaczy proroczej

świst motłochu - wesele.

Kto w moc pięści nie wierzy,

nie rżnie karku o pieniądz,

ten nie będzie mógł przeżyć,

zginie piątą jesienią.

W wieczór wielbiąc tragiczność,

po zdobyciu sal szturmem,

spijaczona publiczność

święci polską kulturę.

Sześć dni błotem targowisk

stopy depcą się brudne,

aż w manifest - też mrowiem

zdepcą kościół w dzień siódmy.

Jutro w mieście szaleńców

brzask zobaczy swym bielmem

skołysanych wisielców,

jak huśtawki niedzielne.

Jutro albo już dzisiaj

w dzwony nerwów - Twój Amen.

Popiół mgły, który wisiał,

i ciemności nieznane.

Warszawa, listopad 1943

Przerwany poemat

Piec zaczyna poemat... prostokątny,

Ułożony na wzór kafli,

Przedzielony szparami. - - -

Pośród każdej białej tafli - - -

Ślizga się nie zrodzony pomysł,

Przemyka, powraca sekundami - - -

I znika, znika...

Biel pieca...

Biel śniegu na skarpie...

To wzrok wyobraźni pracuje,

Wspomnieniami szarpie, - - -

Układa, przesypuje

W strzępy akcji.

Wzrok cielesny narzuca zamkniętą przestrzeń,

Pada ukosem na teczkę papierową,

Przyległą do ściany...

Teczka rozpoczyna poemat,

Pusty, niezamknięty na dwa lśniące zamki,

Zawisły, nieruchomy...

Okienne framugi - - -

Wychwytują temat, - - -

Scalają fragmenty, ułamki

W utwór olejno malowany, długi...

Nagle za oknami - - - - - dom...

Wzrok wyobrażeniowy dom rozmnaża na domy,

Kalkuje z jednego domu inne domy,

Odbija, powiela...

Dużo pięter...

A wśród tych pięter

Coś się rozściela...

Ruiny..... ruiny:.....

Żelastwa... łachmany tkanek...

Kształty poobrywane, ścięte

Zmartwychwstają.....

Układają się w cegły,

Wpijają w siebie rdzenie balkonów,

Rosną, potężnieją.....

Wywlekają z grobów ludzi,

Ludzi bardzo dziwnych,

Którzy żyją czymś...

Gazy wybuchowe sprężają się, łączą,

Zamykają w pociski i bomby,

Znaczą plomby,

I lecą do góry, w bok

Wracają ku lufom dział,

Ku skrzydłom samolotowym

Wszystko pośpiesznie energicznie,

Ciągiem sekund, ułamków sekundy,

Cofanie się w tył.....

Dwudziesty szósty wrzesień,

Dwudziesty piąty,

Wstecz, wstecz...

Ten co był, każdy z nich, co był.

Chodzi o każdą najdrobniejszą rzecz:

Aż trzeci....

Manifestacja!

Święto niesłychane,

Rytm uniesień...

Tłuszcza warszawska... wojna...

I pierwszy wrzesień!

Wojna!!!

Mobilizacja!!! - - - - - - - - -

...... Dlaczego wszystko znowu się wraca,

Od strasznego początku (!)

Piwnice - - - schrony,

(Katakumby),

Ludzie modlą się,

Śpiewają "Pod Twoją obronę..."

Na ulicy doły - - - doły...

Pożary - - - padlina - - - cuchnące konie...

Swąd spalenizny...

Huk! ..... - - - ..... - - - (Nagle giną)...

- - - - - - - - - - - - - - -

Wzrok cielesny dotychczas drzemiący

Wyrywa się z oczu, chce w przestrzeń biec,

Uderza o piec.....

Piec prowadzi akcję:

Powtarza ten sam temat,

O szparach, o kaflach.

Pod teczką maszyna

Krzyczy że jest obojętna,

Że nie obchodzi ją firma,

Ani harowanie, ani lenistwo...

........ Nieprawda, że za drzwiami,

Tam - - - kiedyś - - - na górze, gdy wiatr wył,

To na maszynie ktoś szył.....

Nieprawda...

(Ja wiem że prawda)

Maszyna krzyczy,

Że to ja wmawiam w nią,

Zaś pedałów klapanie

Nie oznacza żadnego bólu..!

Metampsychoza mebli... sprzętów.....

Szaleństwo, obłęd... - - - precz!

Słuch cielesny plącze myśli,

Gdyż na podwórku ktoś żebrze,

Śpiewa, wyje idiotycznie w kółko:

Lecz wzrok wyobrażeniowy rzuca się na oczy,

Chce snuć dalej... (o czym... o czym?),

Rozpiera ściany, obnaża półki biblioteczne,

I namiętnie zagrzebuje się w algebrze.

Niespodzianka!

Coś nieoczekiwanego!

Pomysł... pomysł... stary, nowy......

Cyfry szukają sensu w swym istnieniu

I chcą zrozumieć, dlaczego...

Znaki mniejszości i większości,

Dodawania i odejmowania...

Poemat o pierwiastkach!

Koniecznie poemat!

Pierwiastki nie dadzą z siebie

Wyciągnąć pierwiastków na temat.

Czernieją dziobami

W matematycznym gniewie...

Jakie to dziecinne, Boże!

Zarzuty, najgorsze zarzuty, że dziecinne!

Dajcie inne!

Książki wdzierają się w mózg,

W świadomość, w kombinacje...

Algebra pogrąża - - -

I nie wie nic, że jest dziecinnym pomysłem,

Ale reklamuje swą zawartość,

Wskazuje teksty...!

(Głupota! Upartość! Preteksty!)

Nie ma nic,

Poetycznego nie ma nic

Jest tylko liczenie, liczenie,

Dlaczego czwórka ze stu czterech

Nie stanowi czy stanowi tożsamość

Ze czwórką z czternastu,

Albo z dwudziestu czterech.

Nagle chemia... reakcja...

Wapń płynący po wodzie

Wapń, a może sód...

Temat zanim się skrystalizował,

Uleciał z wodorem w powietrze,

Rozwiał się...

- - - - - - - - - - - - - - -

Wzrok cielesny buduje ściany...

Piec, teczka, maszyna...

Coś się zaczyna o tym...

Teczka pusta, nie zna dalszego ciągu,

Wzrok cielesny jej tłumaczy.

Mózg zwraca się do wzroku, pyta o piec.

Piec bezsilny... kafle... szpary... nieruchomo...

Maszyna obojętną jest na wszystko,

Ale zaczyna szyć

I swą akcją pobudza... akcję wyobraźni,

Akcja wyobraźni wyciąga warsztaty, motory,

Pracuje nad światem techniki,

Konstruuje z wiadomości i z inteligencji,

Wysila się...

Lecz oto samochody,

Ciężarówki... robaki... grzbietem do ziemi,

Kołami do góry,

Bebechy motorów widoczne i wstrętne!

Wzrok wyobraźni coraz bardziej mętny,

Otępia się zbytnim natężeniem myśli,

Wolno - - - - - - ustępuje.........

......... Piec chce czymś być,

Czymś chce być... stanowczo......

Ale czym?

Pomysł gubi się zatraca.....

Poemat o gwiazdach, planetach,

Słońca, słońca...

Okultyzm... błędne szlaki...

...Dramat - - - -

Życie - - - -

Ziemia - - - -

Poeta - - - -

Skąd nagle:

W rezerwacie syfilitycy

Z nosami, czy bez nosów,

Jak zwierzęta w zoo,

Zamknięci...!

Jedzenie podaje się im na drągach,

Na kijach,

Płot... parkan... może szary...

Przez szpary... przez szpary....

- - - - - - Ściany.....

Ze ścian spełzają tapety,

To pomysł ukradziony,

Ale wzrok się czepia,

Wyłania esy... floresy - - - ...

Wzrok wyobrażeniowy

Ciska je o podłogę

I wyczerpuje się szybko...,

Aby tym szybciej wrócić.

Sufit zniża się i leci do góry.

- - - - - Piec biały.....

Płaszczyzna śniegu na skarpie,

Wichry milczące, białe, dymią.

Potem lampa, gabinet,

(Lampa naftowa na piecu),

Stolik... wykład filozofii...

Akcja słabnie

Wzrok nadzmysłowy, chory, zupełnie...

Ale pracuje w szaleńczym tempie...

Choć go oczy strzępią.

Lato wrześniowe...

Na ulicach Warszawy popołudnie słoneczne,

Cienie kładą się skąpo po jezdniach, chodnikach,

Roje ludzi wrastają w bajki niedorzeczne,

Pełno, pełno powozów, ale nic nie słychać......

Popołudnie wrześniowe, i nic więcej

Nie da się wysnuć - - - - - - - zamarło...

Oczy wyciągają się do pieca:

Na taflach majaczą lśnienia,

Piec...

Teczka...

Zamki srebrne... (otwarte)...

Pokój...

Słuch wyobrażeniowy wspomina

Wrażenia ostatniej nocy,

Jęczenie - - - - - śpiewania,

Wicher wybuchający,

(Detonacje wichru)...

Pokój - - - - kiedyś - - - - przed laty - - - -

Detonacje...... złowieszcze,

Ale to nie wojenne ...jeszcze

dalekie...

Tamto było przeczuciem...

Warszawa 29 września 1942

Jerozolima

1

Naprzeciw siebie zatrzaśnięte

żelaznym chwieją się lamentem

drzwi Małego Getta,

drzwi Dużego Getta - - -

Za pojazdami - przy murze

tłoczy się karawana chrześcijan,

patrzy w to Małe i Duże,

gdzie naród Melchizedeka

oczekuje przejścia...

Przez czarne galerie prętów

spojrzenia ścigają się prędko,

aż dwoje wrót

skrzydłami ku sobie łopoce

i jezdnię w poprzek zamyka

jak Morze Czerwone:

Getto się jednoczy!

I wówczas

migają:

siwe plamy bród,

przekrwione oczy,

toboły,

ruchy rąk,

tramwaje konne,

kolumny riksz...

Na straży

niemieckie twarze

wlane w spiż.

2

We świt - dniem wzbierający

starcy zdławieni, czarni,

jakby łańcuchem kroków

związani

przechodzą...

przechodzą...

w głąb Getta-gehenny - - -

A ówdzie

proroków cienie

czy głos wiekami pełny:

"Jerozolimo...

- - - Rzekł Pan do Pana mego:

siądź mi po prawicy,

aż wszystkie twoje wrogi

dam za twój podnóżek..."

A tamci

oślepli czerwonością muru

widzą tylko

ścianę płaczu.

3

Żydziak

wiekami strasznych chwil

wyschnięty na mumię

skrada się,

by nie widział tamten,

i jedno rozumie:

"Jahwe...

buraki... kartofle...

cebula...

dla matki...

dla braci małych..."

Sinego potu krople,

ręka łachmany przytula,

"Jahwe!"

Na skrzyżowaniu asfaltów

skrwawione ciało, wyrzucone z bunkra;

cebula sypie się z palta...

bezwładna ręka na drutach

sina jak kartofle

dla matki, dla braci...

Nie! Nie oszukał!

Za czerwone buraki

czerwoną krwią zapłacił!

Cień żydowskiego psalmisty

chyli się

nad jękiem dziecka niskim:

"Chwalcie, o dziatki, Pana,

Pan jeden godzien chwały..."

Lecz ono nie słyszy psalmisty

"...dla matki

...dla braci małych

cebula......"

Ostatnie słowa z warg

wyschły.

4

W sabat

z wysokich okien granicznych

różowieje pościel.

W szczątkach szyb

nie płoną święte menory.

Tylko od dołu

z ulicy

lichtarze luf

goreją w cel

ku oknom.

A z głębi Getta, jak z bożnicy

jęk... wycie...

niby modły

Sądnego Dnia.

I tylko prorocy

kołyszą się w pokłon:

"Jerozolima - dom nasz, dom boży,

a chwała jego do końca wieka..."

Nie słyszy nikt.

Wśród trotuarów

gorący słońca balsam

na zwłokach zmarłych i chorych.

Widma proroków

czytają słowa z Tory,

co przyrzekł Pan sam.

Nie słyszy nikt.

5

Na torowiskach Powązek

rzesze

gnane

pustynią przedmieść

ku ziemi nie-obiecanej

bez Mojżesza...

Gwiazdy wieczoru

jak lampki oliwne Chanuki;

przestwór

jak synagoga.

Skądś płynie rozkaz

- po torowiskach Powązek:

ludzie stanęli

zastygli

w rzeźby świątynne z brązu...

I stała się scena z Biblii,

nowy testament Boga......

Nie........

Strach jest zimny

i senny,

czucie ucieka z żył...

śmierć się tym czuciem zamgli...

Nie ma kamiennych tablic

ni góry Synaj.

Są tylko hełmy

i karabiny

i trumny zachlorowanych wagonów.

Jest Getto-Jerozolima!

6

Tam - - w męczeńskim mieście

wśród ulic jasnych i złych

między posągi trupów

błądzą psalmiści

grając na strunach zardzewiałych drutów:

"......Jerozolimo...."

Nie słyszy nikt.

Warszawa, 17 czerwca 1945