Polonista Akt I - Sebastian Imielski

Kup ebooka

19.01 zł

-
Proszę czekać

Rozdział2

O dwudziestejdrugiej trzydzieści chłód listopadowego wieczora zostałzastąpiony przez ziąb zbliżającej się nocy. Temperaturaoscylowała w granicach dwóch stopni, jednak przez wiatri deszcz uderzała agresją typową dla minusowych pomiarów.Kilkadziesiąt osób szło przez las. W milczeniu i zesponiewieraną nadzieją. Nie trzymaliśmy już tyraliery.Poszukiwania zostały zakończone.

Przed kilkunastoma minutamimłody strażak przekazał nam najgorszy z możliwychkomunikatów:

- Znaleźli go.

Jego twarz sprawiała wrażeniesinej. Nie mógł opanować drżenia ręki, w której trzymałradio.

- Wracamy w miejscezbiórki - zarządził, choć głos mu się łamał.

Przeszło mi przez myśl, żenie tylko chłód go tak przytłacza. To śmierć wypełzła naciemne leśne ścieżki i zaczęła hasać pomiędzy drzewami.

Nie ruszyliśmy od razu.Cisza, jaka wtedy zapadła, pochłonęła deszcz, wiatr i szumdrzew. Staliśmy, przygwożdżeni tragedią tej chwili.

- Co się stało? -pytanie wydobyło się z głębi ciemności.

Strażak nie potrafiłodpowiedzieć. Zrezygnowany ponowił nakaz powrotu. Przez półgodziny szliśmy jego śladem, każdy pogrążony w swoim mroku.

Jeszcze w południe wieleosób miało nadzieję. Liczba ochotników, którzy zgłosili się doposzukiwań, pozwoliła rozplanować je na rozległym terenie.Później optymizm wiądł. Pogoda się załamała, temperaturaspadła. O piętnastej minęła doba od zgłoszenia zaginięciadziecka. Jeśli rzeczywiście był w lesie, a przekonywałyo tym policyjne psy, które doprowadziły opiekunów spod szkołyaż pod Koleczkowo, czyli jakieś dziesięć kilometrów dalej, tojego szanse malały. Byłyby zdecydowanie większe, gdyby MiłoszKasprzyk nie miał zespołu Downa. W tym przypadku nie możnabyło liczyć na zaradność ośmiolatka. Nad lasem przeleciałśmigłowiec. Pewnie wracał do bazy. Maszyna z kamerątermowizyjną krążyła w górze przez wiele godzin.

- Co za tragedia -usłyszałem głos Andrzeja Borowika, fizyka z naszego liceum. -Teraz się zacznie...

Rozumiałem, o co muchodzi. Choć myślenie o sobie w takich okolicznościachmożna uznać za naganne, niemniej trudno zaprzeczyć, że ta śmierćdotknie wiele osób. Miłosz Kasprzyk zniknął z terenu szkoły,w której pracowaliśmy. Choć ani ja, ani Roman czy Andrzej niemieliśmy z nim żadnych kontaktów - chłopiec uczęszczałbowiem do specjalnej klasy szkoły podstawowej, podczas gdy myuczyliśmy w liceum - to jednak obie placówki należały doFundacji Rycerze Rozumu. Zniknięcie dziecka będącego pod opiekąszkoły z pewnością stanie się przedmiotem prokuratorskiegośledztwa. Za sprawę wezmą się media, zwłaszcza te, na którewpływ miał rząd, ponieważ szef fundacji, Kamil Szostak, nie byłulubieńcem władz. Słynął z kontrowersyjnychi konfrontacyjnych wobec Ministerstwa Edukacji Narodowejwypowiedzi. Z pomorskim kuratorem oświaty był wręcz nawojennej ścieżce. Dotąd MEN, nie mając punktu zaczepienia,ograniczało się do publicznej wymiany złośliwości. Rozbudowywanaprzez fundację Szostaka szkoła cieszyła się dobrą opiniąi miała znakomite wyniki, zarówno w testach popodstawówce (wcześniej gimnazjalnych), jak i na egzaminachmaturalnych. Komunikat odebrany późnym wieczorem przez radiozdenerwowanego strażaka oznaczał, że ta dobra passa zostałabrutalnie przerwana. Śmierć dziecka to eksplozja atomowa.Ministerstwo na pewno nie odpuści tej sprawy. Tam, gdzie w gręwchodzą polityka i ambicja, przeważnie nie bierze się jeńców.

Naszym krokom towarzyszyłygłośne mlaśnięcia zapadających się w błoto butów. Jużnawet nie czułem deszczu. Na parkingu przed wejściem do lasu stałaspora grupa ludzi. Były też dwa radiowozy z włączonymikogutami. Jakaś kobieta - wydawało mi się, że jedna z matekuczniów - rozlewała herbatę z termosów do plastikowychkubków. Z wdzięcznością przyjąłem jeden z nich.Ciepły płyn przyjemnie grzał wyziębione ciało. Roman próbowałwypytać kogoś z ekipy, która wróciła przed nami, gdzieznaleziono zwłoki; nikt jednak nie znał szczegółów. Pozastrażakami do poszukiwań zgłosili się głównie mieszkańcygdyńskiego Wiczlina, zwłaszcza osiedla, na którym mieszkał MiłoszKasprzyk, a także rodzice uczniów naszej szkoły, no i częśćkadry. Podzielono nas na kilka grup, ale tej od makabrycznegoznaleziska nie było na polanie.

Gdy stałem tam, zalanypulsującym światłem radiowozu, z herbatą w ręku,otoczony strzępkami zdań padających z ust zdezorientowanychludzi, w głowie wybrzmiewały mi krytyczne pytania,przytłumione dotąd ferworem poszukiwań. Jak to możliwe, żeośmiolatek z dysfunkcjami intelektualnymi zniknął w środkudnia z renomowanej placówki w Gdyni? Jakimś cudemniezauważony samodzielnie oddalił się i zgubił? A możezostał uprowadzony? Do cholery, szkoła jest monitorowana, a każdewejście i wyjście odnotowywane przez portiernię! Co sięstało?

- Widziałeś Agatę? -spytałem Romana.

- Mignęła mi kilka minuttemu - odparł.

- Pamiętasz ten krzyk?

Przyjaciel potwierdziłkiwnięciem głowy.

- Kobieta przy herbaciemówiła, że matka chłopca znajdowała się w grupie, któraznalazła ciało.

- Boże... - Romanzawiesił głos. Nie musiał nic więcej mówić.

Ten dramat dopiero sięrozpoczynał. Agata, o której wspomniałem, uczyła w naszejszkole muzyki, na różnych poziomach. Miała też zajęciaz maluchami oraz w grupach terapeutycznych. Dobrze znałaMiłosza, dlatego bez wahania zgłosiła się do poszukiwań. Taśmierć uderzy w nią wyjątkowo mocno. Agata Kałużawzruszała się bardzo łatwo. Płakała, gdy dostawała kwiaty nazakończenie roku lub laurki na Dzień Nauczyciela. Uwielbiałauczniów, zwłaszcza tych młodszych, i zżywała się z nimi,co w instytucji, gdzie jedni przychodzą, inni idą dalej, niepomaga w zachowaniu równowagi emocjonalnej. Niemniej taka byłai koniec. Ona, ja i Roman trzymaliśmy się razem. Jakośtak samoistnie dopasowaliśmy się charakterologicznie. To nieznaczy, że izolowaliśmy się od reszty grona pedagogicznego, poprostu we własnym towarzystwie pozwalaliśmy sobie na bardziejfrywolne żarty i niewinne przytyki wobec innych, szczególniedyrekcji. Typowa pracownicza grupka plotkarska. Gdy trzeci radiowózwjeżdżał na parking, pomyślałem, że te radosne wymianyszkolnych newsów, uskuteczniane na stołówce podczas okienka lubdługiej przerwy, szybko nie powrócą.

Rozpoznałem policjanta, którywysiadł z pojazdu. Był z komendy miejskiej i koordynowałakcję poszukiwawczą. Zanim ruszyliśmy w teren, robił odprawęz każdą kilkunastoosobową grupą dowodzoną przez mundurowego(w naszym przypadku strażaka), tłumacząc, że zdezorientowanyi przerażony chłopiec mógł wcisnąć się w jakąśszczelinę. Starałem się, jak mogłem, by nie przegapić żadnegoz takich miejsc. Kilka godzin później nie miało to jużznaczenia. Ludzie na polanie wpatrywali się w przybyłegow milczeniu.

- Proszę państwa, kończymyposzukiwania - powiedział. - Na miejscu pracują technicykryminalni. Dziękuję wszystkim za poświęcenie.

- Co się stało? Jakzginął? - dociekała głośno jedna z kobiet, wytaczającnatychmiast argumenty osłonowe: - Mamy prawo wiedzieć. Tumieszkają nasze dzieci. Musimy je chronić. Jeśli Miłosz zostałzabity, to należy nam się taka informacja.

- Nie wiemy - odparłpolicjant.

- No ale go znaleźliściei możecie coś powiedzieć.

Mówiła o ciele martwegodziecka jak o worku ziemniaków. Przecież jeszcze niedawno byłczłonkiem tej społeczności. Z drugiej strony rozumiałemzdenerwowanie rodziców. Wszyscy wewnętrznie buzowali, a terazhamulce zaczynały puszczać.

Policjant zaczerpnął głębokopowietrza.

- Proszę państwa -zaczął spokojnie i powoli - nie znaleźliśmy zwłokMiłosza.

W tym momencie nawet jawlepiłem w niego wzrok. Dotąd, zawstydzony bezpardonowymatakiem kobiety, błądziłem spojrzeniem po błotnistej brei.

- Jak to? - jako pierwszyodezwał się Roman i odruchowo wskazał ręką strażaka. -Dostaliśmy informację, że nie żyje.

Policjant nie zmieniłspokojnego tonu. Kojarzył mi się z negocjatorem przemawiającymdo niezrównoważonego kidnapera.

- Sytuacja była dynamiczna,zapewne stąd nieporozumienie. Nie odnaleźliśmy zwłok Miłosza,ale psy doprowadziły nas do miejsca, gdzie mógł zginąć. Jakwspomniałem, trwają tam czynności, pracują technicy. To wszystko,co mogę powiedzieć. Zabezpieczone ślady przekonują nas, żechłopiec nie błąka się samotnie po lesie, dlatego kończymyposzukiwania. Jeszcze raz dziękuję. Proszę, by państwo wrócilido domów.

Choć ludzie wokół mniezaczęli się przemieszczać, ja stałem bez ruchu. Cały czasw uszach dźwięczał mi tamten krzyk. Rzeczywiście należałdo matki Kasprzyka? Zapewne tak. Przyjmując na siebie niekończącesię strugi deszczu, zastanawiałem się, co jest gorsze:odnalezienie własnego dziecka martwego czy stwierdzenie śladówjego męki, przy zachowaniu mikroskopijnej porcji nadziei, że możenie zakończyła się ona śmiercią i mały, choć cierpi, tojednak gdzieś jest i żyje?

Rozdział3

Powiedzianomi kiedyś, że jestem jonaszem. Sprowadzam zły los na ludzi,których ścieżki życia splotły się z moim. Przyjąłem tencios i z czasem się z nim oswoiłem. Dlaczego? Możedlatego, że moje życie pełne jest wybojów i zakrętów, zaktóre łatwo obarczyć tajemnicze fatum. Skapitulowałem z poczuciawiny. Dziś to widzę. Armatę z pociskiem zwanym jonaszwytoczyła kiedyś moja siostra i odpaliła go, wiedząc, że tobroń niezwykle brutalna. Ale Anka taka jest. Wybuchowa. W rodzinie,w której zaginięcie ojca - nawet jeśli doszło do niegoczterdzieści lat temu - jest nadal żywą traumą, obciążeniemnie dodatkowo winą za to wydarzenie było ciosem, który wytworzyłna mojej duszy ropiejącą ranę. Miałem wtedy tylko pięć lat. Jakmożna karać dziecko takim brzemieniem? Ale stało się. Choćz siostrą, po wielu burzach, mam obecnie dobre relacje, to ranado końca się nie zasklepiła. Pod strupem nadal wyrastająpęcherze, a wraz z nimi powiększa się cień jonasza.Dostrzegam go szczególnie wyraźnie w takich chwilach jakwieczór poszukiwań Miłosza. Znów nieszczęście i płacz.Znów kłopoty i dramat. A w środku tego ja,Sylwester Cichy, czterdziestopięcioletni polonista bez większychtalentów, który niczym diabelski katalizator sprowadza na ludzi złylos.

Wszystkomiało wyglądać inaczej. Po powrocie ze Sławina postanowiłempożegnać się z nauczaniem. Miesiące spędzone na kaszubskiejprowincji wiele mnie kosztowały. Miałem dość wewnątrzszkolnychrozgrywek, walki o władzę i realizowania napompowanychambicji dyrekcji, a nade wszystko miałem dość tragedii,tajemnic i egoizmu, który wielu ludziom tam mieszkającym kazałowe tajemnice ukrywać. Nie czułem się też fizycznie na siłach,by wrócić do pracy w szkole. Uraz i śpiączkafarmakologiczna zrobiły swoje. Choć na Kaszubach spędziłemzaledwie kilka miesięcy, czułem zmęczenie jak po dekadzie ciężkiejharówki. Po miesiącu od powrotu zabrałem się za pisanie książki.To miał być mój plan na życie. Wydarzenia w Sławinie przezchwilę były głośne, co skłoniło jednego z wydawców dozaklepania tematu. Doszedł do wniosku, że kto jak kto, alepolonista będzie umiał sklecić z tego interesującą fabułę.Tym bardziej, że tkwił w centrum całego zamieszania.Zapaliłem się do tego pomysłu. Taki przeskok dawał mi nowąperspektywę, szansę na ruszenie do przodu z mielizny, w którejpowoli znów się zapadałem. Zmiana fotela, z tegozarezerwowanego dla teoretyka literatury na miejsce praktyka, niebyła łatwa. Na pierwszy rzut oka wyglądało to dobrze. Ustaleniaz wydawcą mówiły o książce napisanej w popularnymstylu true crime. Zbrodnia, zamknięta społeczność, zarządzanaapodyktycznie szkoła, tajemnice, w końcu szok po odkryciuprawdy. Wszystko w oparciu o prawdziwe wydarzenia.

Ambitne podejście do tematu,oparte na fascynacji "Z zimną krwią" Trumana Capote,okazało się błędem. To, co wypaliło na amerykańskim rynku latsześćdziesiątych, przeszło pół wieku później w Polscenie wywołało ekscytacji. Rodzimy odbiorca nie chciał brnąć przezzawiłości psychologicznych dylematów sprawców zabójstw.W dzisiejszych czasach trup i przemoc muszą atakować odpierwszej minuty, akcja powinna być dynamiczna, a pobocznewątki bohaterów obcięte do minimum, lub całkowicie wyrzucone."Szkoła na wzgórzu" nie spełniała tych wymogów i kiepskosię sprzedawała. Tylko niezłym recenzjom na branżowych portalach(te opinie nie były jednak tyle warte, co pochodzące z kontdomorosłych recenzentów z Instagrama) zawdzięczałempropozycję napisania powieści kryminalnej. Choć już wtedy chodziłza mną pomysł na biografię Broniewskiego w nowym ujęciu, too tym projekcie w ogóle nie chciano ze mną rozmawiać.Wydawca "Szkoły na wzgórzu" próbował wyjść poza poradniki,powieści obyczajowe, przewodniki oraz średniej jakości książkihistoryczne i wkroczyć z przytupem na atrakcyjnyi perspektywiczny dochodowo rynek kryminału. Początkowopoważnie to rozważałem, później jednak naszło mnie zwątpienie.Nie miałem do tego serca ani zapału. Bywało - nie powiem - żeprzerzucając kartki dzieł klasyków, widywałem i siebiew panteonie nieśmiertelnych twórców, choć moje miejscewidniało bliżej Camusa, Orwella czy Prusa niż Chandlera (chociażnie byłem pewien, czy jego styl noir podbiłby dziś sercaczytelników i wydawców). Oznajmiłem swą decyzję redaktorowiliteratury polskiej, którego zdziwiony wzrok zdawał sięwrzeszczeć: "Na głowę upadłeś? Wiesz, ile tygodniowootrzymujemy propozycji wydawniczych od desperatów marzących, byznaleźć się na twoim miejscu? Dajemy ci szansę, a tyzgrywasz Prousta?". Na zimnym, krzyczącym spojrzeniu sięskończyło. Podaliśmy sobie ręce, deklarując, że może jeszczecoś kiedyś razem zrobimy. Czysta kurtuazja, gdyż obydwajwiedzieliśmy, że opuszczenie budynku wydawnictwa jest jednoznacznez obwieszczeniem światu zakończenia mojej kariery pisarskiej.

Rozdział4

Wydarzeniew wydawnictwie uzmysłowiło mi prosty fakt: jedyną rzeczą,którą naprawdę umiem robić i czerpię z tegosatysfakcję, jest nauczanie. Choć to niełatwa praca, i bywamęcząca, to spełniam się w niej i osiągam dobrewyniki. Stojąc na rozdrożu, zadałem sobie pytanie, czy warto nasiłę szukać nowych, wydumanych rozwiązań. Byłbym przeciętnympisarzem, jestem za to całkiem dobrym nauczycielem.

Jakby w odpowiedzi na terozterki, pojawiła się oferta od Rycerzy Rozumu. Szostak, obokistniejącej już w Gdyni podstawówki, uruchamiał liceumi prowadził doń rekrutację. Potrzebował dwóch polonistów.Tak się złożyło, że jako pierwszy angaż otrzymał Leszek Filc,kolega, z którym kiedyś pracowałem w szkole w Gdańsku.Należał on do grona osób, z którymi, jak to zwykłem nawłasny użytek mówić, sklejałem się mentalnie (tak jak późniejz Romanem i Agatą). Znaczyło to, że dogadywaliśmy się,mieliśmy podobne spojrzenie na wiele spraw i generalnielubiliśmy się. Po tym, jak zrezygnowałem z pracy w Gdańsku,by leczyć zranioną duszę na Kaszubach, nasz kontakt się urwał.Po półtora roku, wyczynach w Sławinie i książceodezwał się przez Facebooka i spotkaliśmy się dwa razy namieście. Wiedział, że zawodowo jestem zagubiony. Gdy ruszałoliceum Rycerzy Rozumu, skontaktował się ze mną ponownie. Zależałomu, bym powalczył o tę posadę - ze starym znajomym u bokubyłoby mu raźniej w nowym miejscu. Obawiałem się, jakw praktyce wygląda konserwatywny sznyt fundacji, bo oficjalnietak była identyfikowana. Sam mam poglądy liberalne, co nie znaczy,że potępiam inne; nie chciałem jednak robić czegoś wbrew swoimprzekonaniom.

Konserwatyzm Szostaka byłbliższy europejskiemu i bardziej otwarty niż polski. Terozbieżności stanowiły zarzewie konfliktu między szefem RycerzyRozumu a krajowymi środowiskami skupionymi głównie wokółKościoła. Mówiono, że tradycjonalizm szefa fundacji jest miękki,malowany i z powybijanymi zębami. Inny niż BernardaSzostaka, brata Kamila, założyciela Rycerzy Rozumu. Starszy z roduSzostaków był mocno religijny i bezkompromisowy. Kamil, któryprzyłączył się do jego dzieła, miał nadać fundacji sznytnowoczesności. Młodszy brat nastawiony był na nowe technologie,w których widział przyszłość. Po śmierci Bernarda,spowodowanej nowotworem, Kamil przejął pałeczkę, co wielu osobomsię nie spodobało. Głównie ze względu na jego poglądy.Porównywano go z konserwatystami brytyjskimi, czy teżniemieckimi chadekami, co miało być krańcową obrazą, ci bowiemdla polskiej prawicy równi są niemal zachodnim lewakom. Sytuacjapogorszyła się, gdy prawica wygrała wybory i stworzyła rząd.Szostak z naturalnego sprzymierzeńca stał się programowymwrogiem władzy, który według przedstawicieli MEN jest gorszy odzatwardziałych lewicowców, bo okrywając się płaszczykiemtradycjonalizmu, wpaja dzieciom szkodliwe ideologie. Szostakrewanżował się kpinami z nowego ministra edukacjii szyderstwami z zapowiadanych zmian programowych, czymz jednej strony nakręcał konflikt, z drugiej zaśpopularność swojej placówki. Do otwartej wojny doszło jednaknieco później.

Gdy stawiłem się na rozmowiew sprawie pracy, fundacja Szostaka nie była jeszcze powszechnieznana, konflikty rozgrywały się w zaciszu zamkniętych grupserwisów społecznościowych, a do zwycięskich przez prawicęwyborów pozostał rok. Właściwie to były dwie rozmowy. Pierwsząprowadził Leon Rauch, dyrektor liceum, drugą Lidia Szadzka,dyrektor zarządzająca w Fundacji Rycerze Rozumu. Obydwoje bylimili, kompetentni, co dało się poznać po konkretnych pytaniach.Spodobało im się, że napisałem książkę, bo celowaliw pozyskanie ludzi twórczych i ambitnych. Już następnegodnia po zakończeniu rozmów poinformowano mnie, że sązainteresowani współpracą. Ucieszyłem się, choć podejrzewałem,że sukces zawdzięczałem nie tyle swoim błyskotliwym odpowiedziom,co niezbyt dużej liczbie zainteresowanych. Nawet jeśli płaciliwięcej niż w placówkach publicznych, to nauczycieli wszędziebrakowało. Gdy kończyłem studia, znajomi, słysząc o wybranymkierunku, pukali się w czoło. Dziś, w dobie popytu naabsolwentów kierunków technicznych, inżynierów, programistów,informatyków czy nawet marketingowców, ślęczenie pięć lat nadhistorią literatury, by po skończeniu studiów dostać robotę zapieniądze mniejsze od tych, które bez kwalifikacji można zarobićw markecie, trąci masochizmem. Jeśli dalej takich zapaleńcówbędzie się wyszydzać wysokością pensji, nie zaś doceniaći motywować, w niedalekiej przyszłości ciężar wpajaniamłodemu pokoleniu rozterek twórców kolejnych epok literackichbędzie musiała wziąć na siebie sztuczna inteligencja, z botamiw roli sędziów rozstrzygających, czy opisane w pracymaturalnej strofy wiersza Baczyńskiego zostały prawidłowozinterpretowane. Pomimo wszystko, myśląc o rozpoczynającymsię nowym rozdziale życia, czułem się napompowany energią.

Po upływie trzech miesięcyobok podstawówki i gimnazjum (zlikwidowanego przez rząd dwalata później) wystartowało liceum. Obawy o ideologicznenaciski okazały się nieuzasadnione. Było wręcz odwrotnie, takiejwolności nie zaznałem w żadnej innej szkole. Zanurzyłem sięw tym środowisku i było mi tam dobrze. Przez siedem latpłynąłem spokojnym, ciepłym nurtem. Aż zniknął MiłoszKasprzak i wszystko się zawaliło.

Rozdział5

Pomimozmęczenia po powrocie z poszukiwań nie zmrużyłem oka.Weronika spała obok, nieznacznie pochrapując, ja zaś rozmyślałemo tym, jaką makabrę musieli odkryć policjanci w środkulasu, skoro uznali kontynuowanie akcji za bezcelowe. Jeśli wierzyćsłowom koordynatora, nie odnaleziono ciała dziecka. Czyli co? Krew?Odzież? Nad czym pracowała tak szybko sprowadzona ekipa techników?Skoro mimo braku zwłok stwierdzono, iż doszło do zabójstwa, toproces poszukiwania dziecka musiał przekształcić się w pościgza mordercą. Może porywaczy było więcej? Dlatego przerwaliposzukiwania? Dla bezpieczeństwa? Ta myśl zrodziła się w mojejgłowie nagle i od razu rozpaliła zainteresowanie. Jednejosobie trudno byłoby uciekać przez las z martwym dzieckiem.Boże, co za koszmar. Dochodziła trzecia. Wstałem, by napić sięwody. Tak naprawdę kierowało mną nie tyle pragnienie, co chęćzaprzątnięcia sobie czymś innym głowy. Bałem się nadchodzącegodnia.

Ranek był dżdżysty, cotylko potęgowało depresyjną atmosferę. Poprzedniego dniaotrzymałem esemesa z sekretariatu o nadzwyczajnej radziepedagogicznej, która została zwołana nazajutrz, na siódmą rano.Mieszkałem na gdyńskim Witominie, od Wiczlina dzieliła mnieniespełna dziesięciominutowa droga samochodem, ale wyjechałem jużo szóstej. Na szczęście na tej trasie korki mnie omijają -o tej porze tworzą się w przeciwnym kierunku, ku centrum.Przed rozpoczęciem rady liczyłem na rozmowę z Romanem i najego "rozległe ucho". Kolega miał zdolność wyławianiaz zamętu pokoi nauczycielskich wielu ciekawostek, które umiałskładać w logiczną całość. A to syn dyrektorkifundacji znowu rozbił samochód, a to będą rozbudowywaćzaplecze sportowe kosztem pracowni chemicznej, czy też kolejneodsłony konfliktu pomiędzy ambitnym wicedyrektorem a dumnąwicedyrektorką liceum. Tego poranka jednak nikt nie oczekiwałbłahych plotek. Wszyscy chcieli wiedzieć, co wydarzyło sięw lesie.

- Wielki Mistrz zajechał -poinformował mnie Roman, którego spotkałem przed wejściem dopodstawówki.

To tam, w rozbudowanejtrzy lata wcześniej części, miała odbyć się rada pedagogiczna.Określenie, którego użył, odnosiło się do Kamila Szostaka; jegocharakterystyczny, czarny Jeep Wrangler Unlimited błyszczał naparkingu. Szefa fundacji nazywano pokątnie Wielkim Mistrzem, odkiedy szkołę, a właściwie zespół szkół zaczęto określaćmianem Grunwaldu. Właściwie nikt nie znał dokładnej genezy tegoporównania. Prawdopodobnie odnosiło się do Rycerzy Rozumu. Szostakrzadko bywał na terenie szkoły, choć w budynku przylegającymdo liceum mieściła się część administracyjna, w tymsiedziba fundacji i jego biuro. Szef, zajęty rozwojem i budowąsieci, rzadko tam bywał. Oprócz Gdyni placówki działaływ Warszawie, Łodzi i Katowicach. Kolejne budowały się weWrocławiu i Szczecinie. Szkoła miała świetną renomęi chętnych do uczenia się w niej nie brakowało. Wieśćniosła, że następne inwestycje będą przeprowadzane w mniejszychmiejscowościach. Skoro Szostak zjawił się rano w szkole, toz pewnością wystąpi na radzie, a to znaczyło, żesytuacja jest naprawdę poważna.

Weszliśmy do środka. W holu,wśród sporego tłumu nauczycieli, wypatrzyłem Agatę Kałużę.Ona również nas dostrzegła i podeszła. Tamtego dnia jejtrzydzieści osiem lat przeistoczyło się w przynajmniejczterdzieści pięć. Oczy miała podkrążone, a zwykle bladacera wydawała się jeszcze bardziej papierowa.

- Byliście tam? -wystrzeliła od razu. - Widzieliście, gdzie go znaleźli? Boże,ludzie wygadują najrozmaitsze okropieństwa.

Roman spojrzał na mnie, chcącchyba, bym wyręczył go w odpowiedzi na to pytanie.

- Nie, też skończyliśmyna parkingu - odparłem. - Wiemy tyle co ty.

- Jego matka jest w szpitalu- powiedziała po chwili ciszy.

- Co? - Roman, którymierzył dobrze ponad metr osiemdziesiąt, spoglądałz niedowierzaniem na niższą o przeszło dwadzieściacentymetrów koleżankę. - Dlaczego?

- Miała jakąś zapaść,czy coś. Dziwicie się? Sama ledwo żyję, a to przecież niemoje dziecko. Wyobrażacie sobie, w jakim musi być staniepsychicznym? Biedna kobieta. Co za cholernie koszmarna sytuacja.Przecież chłopak brał leki na alergię. I to mocne.

- Proszę państwa! - głosdyrektor fundacji, Lidii Szadzkiej, wybrzmiał ponad gwarem w holu,który natychmiast ucichł.

Elegancka kobietao nienagannej figurze, zawsze stylowo ubrana, choć nieepatującamodowymi udziwnieniami, stała na prowadzących na piętro schodach,przez co górowała nad tłumem. Nigdy nie poznałem jej prawdziwegowieku. Wyglądała na czterdzieści lat, ale współczesnakosmetologia potrafi oszukać oko nawet o kilkanaście wiosen.Na pociągłej twarzy dyrektor nie widać było jednak śladówgłębszych ingerencji. Żadnego botoksu ani napompowanych ust.Szadzka przez lata dała się poznać jako entuzjastka trzymaniawysokich standardów opierających się na przestrzeganiu ściśleokreślonych procedur. I tego wymagała od swoich pracowników.Nauczyciele nie mieli z nią zbyt częstego kontaktu. Za sprawyzwiązane z działalnością poszczególnych placówekodpowiadali ich dyrektorzy i to oni bezpośrednio podlegaliSzadzkiej. Jej dość chłodny i technokratyczny stosunek doludzi sprawił, że w szkolnym obiegu funkcjonowała jakoMakrela. Spotkania z władzami fundacji były sporadycznei dochodziło do nich głównie przy okazji świąt, rozpoczęcialub zakończenia roku szkolnego lub przed takimi uroczystościami,jak oddanie nowego skrzydła szkoły podstawowej, hali sportowej czyteż przywitanie uczniów z wymiany. Nigdy nie wiązały sięz podobnym kryzysem.

- Rada odbędzie się w auli- kontynuowała Lidia Szadzka. - Zanim się tam udamy, mam dlapaństwa dwa komunikaty. Dziś zajęcia szkolne się nie odbędą.Rodzice i uczniowie zostali o tym poinformowani. Policjabędzie chciała z niektórymi z państwa porozmawiać.Zwłaszcza z tymi, którzy mieli zajęcia z MiłoszemKasprzykiem. Proszę być na to przygotowanym. Jutro planujemyspotkania dzieci z psychologiem. Będziemy w tym celutworzyć grupy, po dwie, trzy klasy. Szczegóły wychowawcy ustaląze swoimi dyrektorami. Liczymy na rozładowanie napięcia związanegoz poszukiwaniami i tą całą niepewnością.

A może strachem? -dopowiedziałem w myślach. Skoro ze szkoły uprowadzono jednodziecko, być może ktoś spróbuje powtórzyć udaną akcję.

- Boją się rodziców -szepnęła Agata, jakby potrafiła zajrzeć mi do głowy. - Założęsię, że jutro będzie to najsilniej strzeżona szkoła na planecie.

Szadzka skończyła krótkąprzemowę i ruszyła w kierunku auli, prowadząc za sobągrupę kilkudziesięciu osób. Odłączyłem się od niej na moment,gdy poczułem wibrowanie w kieszeni. Wyjąłem komórkęi spojrzałem na ekran. Jasne, pomyślałem, odrzucającpołączenie. W sumie spodziewałem się tego telefonu.

Rozdział6

WielkiMistrz był zaprzeczeniem Makreli. W nielicznych momentach,w których spotykał się z zespołem pracowników fundacji(a tych w związku z rozwojem przedsięwzięciaprzybywało), wydawał się bezpośredni, sympatyczny i pozbawionykorporacyjnego chłodu. Być może dzięki tym przeciwieństwom takdobrze się z dyrektorką uzupełniali. Tego ranka KamilSzostak, stojąc przed gronem pedagogicznym, usadzonym na krzesłachrozlokowanych w kilku rzędach, był jednak inny niż zwykle.Choć gruby, wełniany sweter i ciemne sztruksy akcentowałyniezależność i pozycję, które pozwalały na lekceważenieprzyjętej etykiety, co czynił za każdym razem i nikogo jużtym nie zadziwiał, to jednak brak szerokiego uśmiechu ukazującegoperliste zęby był zapowiedzią zmiany. Zanim się odezwał, skubałnerwowo pokaźną, równo przystrzyżoną brodę.

- Dziękuję państwu zaprzybycie o tak wczesnej porze - mówił dość cichoi powoli, nie stroniąc od utrzymywania z grupą kontaktuwzrokowego. - To, co się wydarzyło w ciągu ostatnichkilkudziesięciu godzin, z pewnością jest dla nas wszystkichbolesne. Cierpienie dziecka to zawsze dramat. Chodzi o dzieckowywodzące się z naszej, szkolnej społeczności, co tylkopowiększa traumę. Wiem, że macie wiele pytań, ale wierzcie mi, nawiększość nie znam odpowiedzi. Nie wiem, co się wydarzyłow lesie. Policja nie udzieliła nam żadnych szczegółowychinformacji. Może doszło do morderstwa, a może do wypadku.Pewnie z czasem dowiemy się więcej, ale chwilowo musimyprzywyknąć do trwania w denerwującym zawieszeniu, co łatwenie będzie.

Szostak zrobił pauzę,a cisza nieprzyjemnie pochłaniała wnętrze. Wszyscy wpatrywalisię w tego niezbyt wysokiego mężczyznę niczym w wizjoneragotowego na przedstawienie kolejnego olśniewającego pomysłu.Wielki Mistrz zawsze kojarzył mi się ze Steve'em Jobsem. Wydawałsię być ponad codzienność, bo w głowie miał wielkieprojekty, które wyprzedzały teraźniejszość. Podobnie jakamerykańskiemu odpowiednikowi nieobce mu były futurystyczneinwestycje. Oprócz fundacji miał jeszcze firmę technologiczną,która inwestowała w rozwój sztucznej inteligencji. Jedniobśmiewali jego syndrom boga, inni byli zachwyceni.

Tamtego poranka niepewnośći obawa były widoczne także na jego twarzy.

- Czeka nas trudny okres -kontynuował. - Po liczbie telefonów i maili, docierającychdo nas z przeróżnych redakcji, wnioskuję, że wkrótcewybuchnie medialna wrzawa. Jak wiecie, z obecną władzą niemamy łatwego życia, więc należy spodziewać się turbulencji. Zeswojej strony chcę was zapewnić, że zrobię wszystko, by szkołyi fundacja nie ucierpiały. Będziemy współpracowaćz prokuraturą i policją, obejmiemy opieką rodzinęMiłosza. Jeśli okaże się, że ktoś zrobił mu krzywdę, fundacjawyznaczy nagrodę za informację mogącą przyczynić się do ujęciasprawcy. Proszę was, byście stosowali się do działańzaplanowanych przez dyrektor Szadzką, a wspólnie toprzetrwamy. I jeszcze jedno, proszę was, byście bez zgodydyrekcji nie rozmawiali z dziennikarzami. Władze fundacjiopracowały strategie komunikacji w mediach, ale zapewneniektórzy z ich przedstawicieli będą próbowali dotrzeć dowas bezpośrednio. Nie łapcie się na te haczyki, bo to może tylkopogorszyć naszą sytuację. Trzymajmy się razem, a zaświecitu jeszcze słońce.

Rzęsisty deszcz uderzającyw okna i parapety auli wyszydzał ostatnie słowa Szostaka.On, nie przejmując się tym, opuścił radę, rzucając wcześniejsłowa pożegnania oraz zapewnienie o przekazywaniu zespołowina bieżąco wszelkich informacji. Ani słowa o tym, w jakisposób mały Kasprzyk trafił ze szkoły do lasu. Najważniejszepytanie pozostało bez odpowiedzi, my zaś jak otumanione baranybaliśmy się poruszyć tak oczywistą kwestię.

Rada trwała cztery godziny.Uzgodniono, w jaki sposób uczniowie zostaną podzieleni nagrupy oraz kiedy odbędą spotkania z psychologiem. Największynacisk Szadzka kładła na podstawówkę, ale również w liceummiały być podobne zajęcia. Jako wychowawca jednej z klasbyłem w całą sprawę mocniej zaangażowany. Zorganizowanieterapii uważałem za dobry pomysł, ale mimo wszystko trąciło toasekuranctwem. Strategię działania związaną z osłanianiemwładz fundacji ustalano pewnie przez całą noc, a zaplanowanezajęcia były jej pierwszym etapem. Przed dwunastą wyszedłemz auli. Spojrzałem na telefon. Pięć nieodebranych połączeńz tego samego numeru. Rozejrzałem się po holu. Roman gdzieśzniknął. Agata pomachała mi, nim wyszła na dwór.

- Ale się porobiło, co?

Odwróciłem się. Za mnąstał Leszek Filc.

- Szostak przeholował -mówił przyciszonym głosem. - Przez tyle lat zgrywał ważniakai nieomylnego i co z tego przyszło? Po co się takrzucał? Teraz nam wszystkim dobiorą się do tyłka.

Dawno nie widziałem go takstrapionego. Rozmawialiśmy coraz rzadziej, bo nasze szlaki rozeszłysię niedługo po zatrudnieniu w liceum. Kumpel, któryzaplanował nam wspólną przyszłość w Rycerzach Rozumu,przeniósł się do podstawówki. Choć nie mówiono o tymgłośno, wszyscy wiedzieli, że dyrektor nie był zadowolonyz poziomu jego zajęć. Zaważyły wyniki matury po pierwszymroku naszej pracy. Moje klasy wypadły zadowalająco, jego słabo.Miał do wyboru młodsze dzieciaki albo zwolnienie. Skorzystałz koła ratunkowego, lecz nasz kontakt się rozluźnił. Nibybudynki obu szkół znajdują się obok siebie, ale wytworzyły sięw nich różne społeczności. Spotykaliśmy się, wpadając nasiebie na parkingu albo na szkolnych imprezach. Na jego miejsceprzyjęto Romana, a Leszek przejście na niższy poziom uznałza degradację. Wydawał się przygaszony, nic nie zostałoz żartownisia, z którym pracowałem przez kilka lat.Wiedziałem, że rok temu powiększyła mu się rodzina. Chyba bałsię o pracę.

- Nie zamartwiaj się nawyrost - pocieszyłem go. - Nikt nie zamknie przecież szkoły.Co z tymi wszystkimi dzieciakami, rodzicami? Daj spokój.

- Wczoraj przez kilka godzinpolicja maglowała Zacharskiego.

- Tak? - zainteresowałemsię. Kazimierz Zacharski był kierownikiem do sprawadministracyjnych. Odpowiadał za utrzymanie budynków, remonty,naprawy, ale też sprzęt i monitoring. - I co?

- Nie wiem - odpowiedział,rozglądając się, jakby w obawie, że ktoś może naspodsłuchać. Hol jednak opustoszał. Staliśmy samotnie przydrzwiach. - Tylko o tym słyszałem, ale dobrze to niewygląda.

Postanowiłem wykorzystaćfakt, iż Leszek był bliżej sprawy zaginięcia Miłosza.

- Jak to właściwie było?Zorientowali się, że dzieciaka nie ma dopiero po południu?

Poddenerwowany kolega kolejnyraz rozejrzał się wokół. Wyglądał, jakby bił się z myślami.Podejrzewałem, że Lichowska prowadząca podstawówkę zabroniłao tym rozpowiadać.

- Wiesz, ale tak międzynami - rzekł, potwierdzając moje przypuszczenia. - Oni całyczas mają nadzieję, że sprawa nie wypłynie.

- Jasne - zapewniłem. -Jeśli masz opory, to nie ma sprawy.

Leszek zignorował mojeostatnie słowa.

- We wtorki Miłosz międzytrzynastą piętnaście a piętnastą zawsze był w świetlicy.Stamtąd odbierała go matka. Tak przynajmniej twierdzi jegowychowawczyni. Wtedy też tam był, ale około czternastej wyszedłdo toalety i zniknął. W świetlicy siedzi Baśka Kameli to ona po dwudziestu minutach się zaniepokoiła i poszłago szukać. Tak mówi. Szkoła była już niemal pusta. Noi dzieciaka nie było. Zawołała Zacharskiego i szukalidalej. Zaczęły się nerwy, a potem przyszła matka i napięciewzrosło. Zjawiła się Lichowska i przetrzepali całą szkołę.O wpół do piątej wezwali policję.

- Ale przecież przy wejściujest woźny. Drzwi są otwierane po zdalnym odblokowaniu. Nie widziałgo?

- Mówi, że nie. Ale to nicnie znaczy. Są jeszcze inne wyjścia, na boisko albo na parking.Wszystkie co prawda były zamknięte, ale cholera wie, może ktośich użył.

- A kamery? Cośmusiało się nagrać.

- Tego nie wiem, za toZacharski i dyrektorka są w panice. Z monitoringiemchyba coś nie gra, ale trzymają język za zębami. Mówię ci,Sylwek, słabo to wygląda.

Jeśli Leszek mówił prawdę,a nie miałem powodów podejrzewać, że konfabulował, torzeczywiście sprawy przedstawiały się nieciekawie. Skoro ktoś taksprawnie przeprowadził porwanie, to musiał znać szkołę. Ktośz nauczycieli? Obsługi?

Nie chciałem dodatkowoprzytłaczać kumpla swoimi czarnymi myślami.

- Leszek, nie jestpowiedziane, że chłopiec nie żyje. Za bardzo panikujemy. Może sięzgubił i błąka dalej, a policja myśli nie wiadomo co.

Nie zabrzmiałem przekonująco.Kolega kiwnął głową i pożegnaliśmy się. Patrzyłem, jakbiegnie w deszczu do swojego samochodu. Mnie również czekałapodobna przebieżka. Pogoda była paskudna. Minęło południe,a panowała ciemnica, jakby już nastał wieczór. Kolejny razspojrzałem na telefon. Tym razem dostałem esemesa z informacją:"Oddzwoń". Nadawcą był Karol Zawada. Jasne, kto jak kto, aleon nie odpuści takiego tematu.

Rozdział7

Dawnonie rozmawiałem z Karolem. Nasze drogi mocno się rozjechały,choć po dochodzeniu, jakie wspólnie przeprowadziliśmy w Sławinie,wydawało się, że narodziła się przyjaźń na długie lata. Gdypisałem "Szkołę na wzgórzu", jeszcze dość regularnie sięspotykaliśmy. Spinała nas chęć wykorzystania doświadczeńz Kaszub. Ja podjąłem nieśmiałą próbę zostania pisarzem,on z impetem zawalczył o powrót do pierwszej ligidziennikarskiej. Nie było to łatwe, bowiem łatka tabloidowegopismaka mocno do niego przywarła; niemniej reportaż "Zacisznemiejsce", który udało mu się zamieścić w "Tym Kraju",został bardzo dobrze przyjęty. Moja książka przeszła bez echa,ale jemu pobyt w Sławinie pomógł powrócić na szczyt.Reportaż dostał poważną branżową nagrodę, Zawada zaś angażw "Tym Kraju", jednym z najpoważniejszych tygodnikówopiniotwórczych, ze świetnym działem kryminalnym rozwijanymgłównie w internecie. Spotykaliśmy się coraz rzadziej, ażnasz kontakt ograniczył się do moich lajków pod zapowiedziami jegoartykułów na facebookowym profilu "Tego Kraju" lub zdawkowejwymiany zdań na Messengerze. Ostatni raz widzieliśmy się przedtrzema laty na kolacji, którą zorganizował w swoim mieszkaniuwe Wrzeszczu. Chodziłem już wtedy z Weroniką, on natomiast odkilku lat był w związku z Magdą, którą poznał zarazpo powrocie do prawdziwego dziennikarstwa. Była miła, dośćatrakcyjna i sporo młodsza od niego. Weronika stwierdziła, żeto długo nie potrwa. Myliła się. Minęły lata, a oni nadalbyli razem.

Stałem w drzwiach szkołyi z niepokojem obserwowałem coraz bardziej zacinającydeszcz. Zawada nie dzwonił po to, by zapytać, jak leci. Wiedział,gdzie pracuję i co się tu wydarzyło, a jego nosdziennikarza śledczego kazał mu wykorzystać szansę na pozyskanieinformacji z wewnątrz oka cyklonu. Świadomość tego niecomnie zirytowała. Przez długi czas siedział cicho i dopierowtedy, gdy coś się zadziało, przypomniał sobie o dawnoniewidzianym kumplu? Rozdrażniony tą myślą, oddzwoniłem.

- Sylwek! - już popierwszym sygnale usłyszałem energiczny głos. - Świetnie, żesię odzywasz. Dobijałem się przez kilka godzin.

- Miałem radę pedagogiczną- odparłem, siląc się na obojętność. - Jak leci? Sporoczasu minęło. Pewnie byłeś bardzo zajęty.

- Owszem. - Kumpel niewyczuł sarkazmu. - W robocie non stop urwanie głowy, ale niemożna przecież cały czas żyć pracą. Spotkajmy się, co?Zapraszam na piwko i jakąś kolacyjkę. Pogadamy, opowiesz, cou ciebie.

- Karol... - Te podchodynaprawdę mnie zdenerwowały. Zawada od początku naszej znajomościmiał manierę traktowania mnie jak młodszego, nieopierzonegokolegę. Był co prawda z dziesięć lat starszy, ale ja teżjuż nie należałem do podlotków. - Nie jestem idiotą, wiem, poco dzwonisz.

W słuchawce zapadłakilkusekundowa cisza.

- Masz rację. - Wreszciemówił normalnym tonem. - Przepraszam. Możesz mi wierzyć albonie, ale jest mi głupio po takim czasie uderzać do ciebiew zawodowej sprawie. Powinienem skontaktować się wcześniej.Magda ciosała mi kołki na głowie, bym was zaprosił, ale wiem, jakjest. Weronika mnie nie znosi, to żadna tajemnica.

W tym aspekcie się niemylił. Był wnikliwym obserwatorem i znał się na ludziach.Moja partnerka miała alergię na Zawadę. Uważała go za nadętegobuca. Weronika nie lubiła, gdy ktoś podważał jej opinię, a Karolkilka razy bez hamulców ją wyśmiał. Taki już był. Bezpośrednii kąśliwy. Po mnie to spływało jak po kaczce, bo wiedziałem,że nie robi tego złośliwie, ale na Weronikę podziałało jakpłachta na byka. Z tego powodu po kolacji we Wrzeszczu niedoszło do rewizyty. Właściwie w naszym związku Zawada stałsię tematem tabu. Skoro poddałem się tej sytuacji, jakie miałemprawo obarczać go winą za rozluźnienie relacji? Gdy zdałem sobiez tego sprawę, natychmiast zakłuło mnie sumienie.

- W porządku. Mów,czego chcesz, bez owijania w bawełnę.

- Chyba się domyślasz.Piszę o dzieciaku z twojej szkoły i zbierammateriały. Możesz ze mną o tym pogadać?

- Właśnie wyszedłem zespotkania, gdzie nałożono na nas embargo na kontakt z mediami.Jak ci coś powiem, od razu nas skojarzą. W końcu pisałemo tobie w książce. Wylecę z roboty. Poza tym niewiem zbyt wiele. Nie miałem kontaktu z tym chłopcem.

- Chodzi mi o tło. -Karol nie dawał za wygraną. - Jakieś smaczki ze szkoły. Wiem,że nie znasz konkretów ze śledztwa. Te pozyskałem swoimikanałami. Jutro w tej sprawie walnie brudna bomba i wierzmi, nikt nie będzie się zajmował niuansami.

Zmroziło mnie.

- Jaka bomba?

- Nie przez telefon.Spotkajmy się o trzeciej na mieście. Pamiętasz Acapulco?