Północny Wiatr - Alexandria Warwick

-
Proszę czekać

1

Niebo wieszczy tragedię.

Na wschodnim horyzoncie, na tle najjaśniejszej szarości, wykwita czerwona plama - znak wschodzącego słońca. Plama się rozlewa, nasącza chmury i przecieka dalej, ku zachodowi.

Skulona w gąszczu ośnieżonych drzew, ze strachem patrzę na rodzący się dzień, który wkrada mi się w serce. Niebo jest czerwone jak krwawa rzeź.

Jak zemsta.

Od pewnego czasu spodziewałam się takiego widoku. Jest tak jak w opowieściach: najpierw pojawiają się nowe pędy na starym cyprysie rosnącym na rynku. Przez trzy dekady drzewo trwało w uśpieniu i widok świeżych pączków budzi poruszenie w mieszkańcach, wpędza kobiety w histerię, mężczyźni zaś przybierają ponure miny, próbując zachować stoicki spokój. Więc rozkwit, a potem krwawy świt. W tym momencie niewiele mogę zrobić. Bo jeśli niebo ma rację, Edgewood może spodziewać się gościa. I to wkrótce.

Kraina, odziana w lodowatą białą skórę, trwa w ciszy pochłaniającej dźwięki, pod miękkim śniegiem naniesionym przez wiatry, które dmą w rytmie faz księżyca. Na razie nie będę myśleć o tym, co ma nadejść. Mam zadanie tu i teraz, w tym niezamieszkanym paśmie lasu, gdzie czarne drzewa próchnieją, a moja zmarznięta, sztywna ręka ściska łuk.

Wyglądam zza pnia oświetlonego srebrnym blaskiem księżyca, omiatając wzrokiem okolicę. Trzy dni wcześniej natrafiłam na świeży trop zwierzyny. Ślady doprowadziły mnie tutaj, ponad dwadzieścia kilometrów na północny zachód od domu, ale jeszcze nie namierzyłam łosia.

- Gdzie jesteś? - szepczę.

Lodowaty wiatr grzechocze nagimi, kościanymi palcami gałęzi. Otulam się ciaśniej płaszczem zszytym z wielu kawałków materiału, lecz zjadliwe zimno wciska się podstępnie szparami. Desperacja popchnęła mnie w serce lasu, poza ten mały skrawek cywilizacji, na północny zachód, gdzie rzeka Les toczy swe lśniące wody i nikt nie ośmieli się tam zamieszkać.

Jakiś ruch przyciąga mój wzrok. W polu widzenia pojawia się kulejące zwierzę, samotne, oddzielone od stada. Brnie z wysiłkiem przez śnieg, z trudem stawiając skręconą lewą przednią nogę. Przykry widok. To nie wina zwierzęcia, że cierpi. Winny jest mroczny bóg, który kryje się za Cieniem.

Ledwie śmiąc oddychać, wyjmuję strzałę z kołczanu. Płynny ruch i już ląduje na cięciwie. Napinam łuk; moja dłoń ociera się o żuchwę, a cięciwa muska czubek nosa, gotowa do strzału. Łoś grzebie racicami w śniegu, szukając jakichś roślin - w nadziei, która i tak się nie spełni.

Ale nie jestem sama.

Głęboko wciągam powietrze wraz z wonią lasu - lodu, drewna i dymu. To ostrzeżenie, które przychodzi z północy.

Moje zmysły się wyostrzają. Uszy łowią najcichszy dźwięk. Napięcie krępuje mi członki, ale zmuszam swój umysł do spokoju, do oparcia się na tym, co znam, a to już wiem: to słaba woń. Odległość dzieląca mnie od mrokuna jest na tyle duża, że mam jeszcze czas, ale muszę działać szybko.

Kiedy z powrotem kieruję swoją uwagę na łosia, widzę, że oddalił się na tyle, że szansa trafienia go w serce drastycznie spadła. Nie mogę ryzykować i podejść bliżej. Jeśli zwierzę rzuci się do ucieczki, nigdy go nie dopadnę i nie zapewnię sobie prowiantu do dalszej wędrówki. Bo tam, w domu, chleb jest twardy jak kamień, a z suszonego mięsa pozostały tylko okruchy.

"Więc nie możesz chybić".

Ustawiam kąt i czubek strzały lekko się unosi. Wydech - zwolnienie cięciwy.

Strzała pruje lodowate powietrze i wbija się głęboko w żywe ciało i bijące serce.

Moja siostra i ja dożyjemy jutra.

Ostatnie stada łosi odeszły przed wieloma dziesiątkami lat, ale temu jednemu udało się powrócić do naszego królestwa. Biedne, stare zwierzę to sama skóra i powykrzywiane kości. Zastanawiam się, kiedy ostatni raz jadło. W Szarości mało które życie ma szansę rozkwitnąć. Wyciągam nóż, z którym nigdy się nie rozstaję, i szybko biorę się za oprawienie zwierzyny. Parujące kawały mięsa, wycięte z ofiary, upycham ciasno w sakwie. Krew plami moją kryjówkę. Co chwilę zerkam przez ramię, czujnie badając otoczenie. Czerwień nieba przechodzi w chłodny, niebieski kolor.

Woń dymu ciągle przebija przez metaliczny zapach posoki. Sięgam w głąb ciała przez rozcięty żołądek, wycinam kolejny kawałek mięsa i wciskam do sakwy. Ręce mam po łokcie unurzane w gorącej krwi.

Kiedy wycinam wątrobę, odległe wycie sprawia, że jeżą mi się włoski na ciele. Pracuję szybciej. Gdy już wykroję z brzucha, co można, biorę się za boki zwierzęcia. U pasa mam woreczek z solą, ale wystarczy jedynie do obrony przed jednym mrokunem - może dwoma, jeśli będą małe. Kiedy wycie zmienia się w ryk, moje ciało sztywnieje i puls przyspiesza, niesiony czarną falą.

Kończy mi się czas.

Jednym ruchem zrzucam ciężkie futro ze spoconego ciała i ściągam zakrwawione rękawice. Zaciskam zęby, kiedy paraliżujący ziąb kąsa moją skórę. To zimno jest przeklęte. Zabójcze. Odwijam suchą, wełnianą tunikę, w której trzymam bukłak wina niesiony w plecaku, i gwałtownymi ruchami wciągam ją przez głowę. Na bogów, nie po to wędrowałam przez to jałowe pustkowie, żeby teraz zginąć. Jeśli nie wrócę z mięsem, Elorę spotka podobny los.

Zdjęte ubranie, przesiąknięte krwią, upycham pod rozpłatanym ciałem łosia, a potem wspinam się na najwyższe drzewo, jakie jest w pobliżu. Mróz kąsa moje gołe dłonie. Wyżej, wyżej, ku wierzchołkowi, który ugina się i skrzypi pod moim ciężarem. Knykcie trzeszczą, kiedy zaciskam dłonie w pięści i przyciskam je do ciepłego, wygłodniałego brzucha.

Za moment mrokun wpada do mojej zadrzewionej kotliny, choć nie widzę wyraźnie jego postaci. Tylko mignięcia cieni, czarne smugi jak czarna posoka na tle bieli. Przez moment bada zabitego łosia, a potem zaczyna penetrować jego otoczenie. Pochylony, nierówny grzbiet, mglisty, śmigający ogon. Zaciskam żuchwę, aby powstrzymać szczękanie zębów.

Cień - bariera oddzielająca Szarość od przyległych do niego Martwych Ziem - powinien bronić wstępu mrokunom związanym z zaświatami. Jednak ludzie plotkują o dziurach, szczelinach w zaporze, pozwalającym tym stworom na powrót do krainy żywych i polowanie na dusze, którymi mogłyby się pożywić.

Te bestie nie są żywe, a przynajmniej nie do końca. Taki mrokun potrafi wyczuć duszę zwierzęcia, które niedawno odeszło. Liczę, że to wystarczy, aby odwrócić jego uwagę ode mnie. Miałam nadzieję, że skóra z łosia będzie na nowy płaszcz dla Elory, bo o swoim, rozłażącym się w szwach, nawet nie myślę. Niestety nie mam czasu jej ściągnąć.

Wreszcie demon odchodzi. Czekam jeszcze dziesięć minut, wstrzymując oddech, aż dym się rozpłynie i powietrze się oczyści. Dopiero wtedy schodzę z drzewa.

Para unosi się z zabitego łosia. Połowy mięsa jeszcze nie wycięłam, a szkoda - byłyby z tego zapasy na dwa miesiące. Żal mi cokolwiek zostawić, ale nie mogę tu dłużej zostać, gdy mrokun krąży w pobliżu. Miesięczny zapas żywności będzie musiał wystarczyć, a jeśli Elora i ja będziemy nim oszczędnie gospodarowały, powinien zostać na dłużej. A szczątkami może pożywi się jakieś inne głodujące zwierzę.

Zakładam płaszcz i rękawiczki, przerzucam sakwę przez plecy i uginając się pod ciężarem łupu, ruszam w ponaddwudziestokilometrowy marsz do Edgewood. Po paru kilometrach tracę czucie w twarzy, stopach i rękach. Obojętnie, do których bogów bym się nie modliła, lodowaty wicher nie chce ucichnąć, za to oni muszą wiedzieć, że straciłam wiarę.

Marsz trwa cały dzień. Zapada zmierzch, mrocząc las i nasycając go fioletem. Kiedy pozostało zaledwie parę kilometrów, słyszę to. Niski, płaczliwy dźwięk baraniego rogu, który wypełnia dolinę, przyspiesza mój puls do niebezpiecznego tempa. Niebo wieszczyło tragedię i się nie pomyliło.

Nadciągnął Północny Wiatr.

2

Dawno temu Szarość była Zielenią. Przed trzema wiekami ten ląd, ta ziemia, kwitł - bujny i zielony, z czystą wodą spływającą melodyjnie po skałach, pełen łosi, jeleni i śpiewających ptaków takich jak strzyżyk, od którego wzięłam imię. Nie znano głodu, bo wszystkiego była obfitość. Miasta świetnie prosperowały, a wraz z nimi cały region. Nawet pełne życia rzeki toczyły ku południowym równinom wody pełne pstrągów i słodkowodnych małży, które poławiano i sprzedawano na brzegach.

Zmianę nie od razu dawało się dostrzec. Miała swoje fazy, jak księżyc - przybywania, ubywania i niemal całkowitego zaniku. Lato stopniowo się skracało, a zima pogłębiała się i wydłużała. Niebo ciemniało. Ziemia zamarzała na kamień. Słońce zapadało się za horyzont i nie powracało miesiącami.

A potem pojawił się Cień, jakby stworzyły go niewidzialne ręce. Nikt nie znał jego pochodzenia ani celu. Mrokuny zaczęły się materializować, koszmary oblekły się w ciała. Przepędzaliśmy je, ale powracały tłumnie, pogłębiając ciemność. W końcu zima zapanowała na naszej ziemi i nawet słońce nie było już w stanie roztopić jej lodowatej skóry.

Edgewood i inne osady zaczęły głodować, bo kurczyły się plony, zamarzały rzeki i padały domowe zwierzęta. Ponoć w Martwych Ziemiach, za Cieniem, mieszkał bóg zwany Boreaszem, Północnym Wiatrem. To on zsyłał śniegi i mrozy. Ale dla tych wszystkich, którzy żyli w Szarości, był Królem Mrozu.

Dochodzę do Edgewood, kiedy zmierzch zmienia się w prawdziwą ciemność. Niski, kamienny mur zrobiony z brył soli otacza nędzną osadę z domami przybrudzonymi zamarzniętym błotem, o dachach krytych strzechą. Mrokuny krążą po lasach, ale tak długo, jak otacza mnie ochronny krąg soli, jestem bezpieczna.

Za murem nie widać najmniejszego ruchu. Okiennice są pozamykane, lampy zgaszone. Cienie wlewają się w szczeliny wytartego bruku.

Przechodząc obok jednego z koszy z solą, wiszących na słupku i przeznaczonych dla wszystkich, zatrzymuję się, aby uzupełnić jej zapas. Wąskie ścieżki wiją się w śniegu wokół głównego placu, który został z niego oczyszczony; wydeptana ziemia jest szara i mokra. Widok stożków cyprysów powoduje, że przyspieszam kroku, idąc przez ten opustoszały teren. Nie mamy z siostrą zbyt wiele czasu na przygotowania.

Nasza chata stoi na wzgórzu, pośród umarłych drzew. Spieszę do drzwi i ogłaszam swoje przybycie, po czym szybko zamykam je za sobą ruchem nogi.

- Elora?

Gorąco z płonącego kominka zmiękcza sztywność mojej twarzy. Drewniana podłoga skrzypi pod butami, kiedy wieszam przy wejściu łuk z kołczanem i sprawdzam ciasną przestrzeń. Są tam tylko trzy pokoje, więc moje poszukiwania trwają jedynie parę uderzeń serca.

Dom jest pusty.

Lodowaty strach przygważdża moje stopy do podłogi. Król Mrozu nie mógł jeszcze przybyć. Jest za wcześnie.

Gra róg, ostrzegając, że Król wkroczył do Szarości. Cień jest odległy o dobrych parę godzin konnej jazdy, a nasz dom znajduje się najdalej od bramy miasta i mało kto go zauważa. Chyba że się mylę. Jeśli zdążył zabrać Elorę, nic już mi nie zostanie.

Drepczę do kuchni i ciężko opieram się o chwiejny, trzynogi stół. Sakwa, przesiąknięta krwią, z wilgotnym plaśnięciem opada na podłogę.

Jeżeli wybrał Elorę na swoją ofiarę, kiedy odjechali? Musieli podążyć na północ. Jeśli puszczę się biegiem, wciąż mam szansę ich dogonić, choć zawsze jest koń pani Millie. Mam łuk i kołczan z pięcioma strzałami. Gardło, serce, brzuch. Czy trafienie w te wszystkie miejsca wystarczy, żeby zabić boga?

Drzwi kuchenne otwierają się i wchodzi siostra, strzepując śnieg z wełnianej czapki.

Z nagłej ulgi zasycha mi w gardle. Kolana mi się uginają i opadam na deski podłogi.

- Ty... - Duszę w sobie słowo. - Nie rób tego więcej!

Elora nieruchomieje w trakcie zamykania drzwi i jej słodka, okrągła buzia marszczy się w wyrazie zaskoczenia.

- Czego mam nie robić?

- Masz nie znikać!

- Nonsens, Wren. - Zamyka drzwi i strząsa z ramion płatki śniegu. Długi, zmierzwiony warkocz koloru sosnowych szyszek zwisa jej do połowy pleców. - Skończyło się drewno do kominka. Przy okazji... Miałaś naprawić siekierę.

Fakt. Kolejny punkt na mojej liście. Muszę dorobić nowy trzonek, ale potrzebuję drugiej, dobrej siekiery. Elora oczywiście nie dałaby rady tego zrobić.

Z ciężkim westchnieniem podnoszę się i zerkam w stronę spiżarni, ale zaraz odwracam wzrok, czując na sobie pełne dezaprobaty spojrzenie. Mówię, przemagając ucisk w gardle:

- Obiecaj, że nie będziesz wychodzić z domu bez powiadomienia mnie. - Zaczynam chodzić po kuchni. Muszę coś robić, żeby nie wybuchnąć. - Myślałam, że cię zabrał. Byłam gotowa ukraść czyjegoś konia. I nawet się zastanawiałam, jak skutecznie uśmiercić człowieka, który nie może umrzeć.

- Niepotrzebnie dramatyzujesz.

Tak jakby obawa o siostrę była jakąś błahostką.

- Nieprawda. Ja tylko jestem... - "Wściekła", to mi przychodzi do głowy. Mama mówiła, że moje przyjście na świat przebiegło burzliwie. Położna musiała siłą wyrywać mnie z łona, tak walczyłam, żeby nie wyjść. - Ostrożna. - Gładko kończę zdanie, zakładając za ucho pasmo włosów.

Elora się krzywi. Jestem pewna, że przejęła tę minę po mnie. Choć wydajemy się niemal identyczne, nasze serca biją w innym rytmie. Jej oczy, czarne niczym węgle, płoną życiodajnym żarem. Moje są pełne rezerwy, nieufne, czujne. Jej skóra w kolorze nasyconej umbry jest gładka i czysta, w kontraście do wypukłej, pomarszczonej blizny zniekształcającej mój prawy policzek. Ciemne włosy Elory są proste jak druty, podczas gdy moje wiją się irytująco. Jest moją bliźniaczką i zarazem moim przeciwieństwem pod każdym względem.

Kiedy patrzę na Elorę, to tak, jakbym patrzyła w lustro pokazujące kogoś, kim byłam, zanim zostałyśmy osierocone. A teraz? Cóż. Miałam krew na rękach więcej razy, niż chciałabym to przyznać. Zabijałam ludzi, sprzedawałam swoje ciało i kradłam, a wszystko dla garści pożywienia, odrobiny ciepła, paru monet czy suszonych ziół, które Elora tak lubi dodawać do potraw. Taki drobiazg, ale rzadki i dla niej cenny.

Siostra nic o tym nie wie. Jest za łagodna dla tego świata, za dobra. Nie przeżyłaby w Martwych Ziemiach.

- Rzecz w tym - mówię - że nie możemy tu zostać.

Nie potrzebujemy wiele czasu na pakowanie, bo niewiele mamy.

- Co? - Elora prostuje się gwałtownie. - Kiedy to postanowiłaś?

- Właśnie teraz. Możemy podążyć na południe, zachód albo wschód. Wszędzie, byle nie na północ, gdzie leżą Martwe Ziemie.

Siostra uśmiecha się blado.

- Ty możesz.

- Chodź ze mną. - Chwytam jej smukłe dłonie. - Opuścimy to miejsce na dobre i zaczniemy nowe życie gdzieś...

- Wren. - Elora spokojnie wysuwa swoje palce z moich. Zawsze była bardziej zdroworozsądkowa ode mnie. - Wiesz, że nie możemy tego zrobić.

Przybycie Północnego Wiatru zdarza się raz na kilka dekad. Zabiera on wtedy kobietę i przekracza z nią Cień. Jedna musi zginąć, aby inne mogły żyć. Nikogo w życiu nie kocham tak jak Elory i boję się, że wkrótce doświadczę jeszcze większego cierpienia.

W zeszłym tygodniu każda kobieta w wieku od osiemnastu do trzydziestu pięciu lat musiała ciągnąć losy, aby można było wyznaczyć tę, która zostanie złożona w ofierze. Siedem nieszczęsnych istot wyciągnęło najkrótsze patyczki, w tym moja siostra. Jeśli nie spróbuje uciec przed swoim losem, zostanie przeznaczona na śmierć. Takie jest prawo Edgewood.

- Nie obchodzi mnie to - syczę, tłumiąc piekące łzy. - Jeśli on cię zabierze...

Spojrzenie Elory łagodnieje.

- Nie zabierze.

- Jeśli tak myślisz, jesteś szalona.

Moja siostra to jedna z najcudowniejszych kobiet w naszej osadzie. Nie ma tygodnia, żeby któryś z mężczyzn nie prosił o jej rękę. Póki co z przyczyn mi nieznanych odrzuca wszystkie propozycje. Jej zadziwiająca beztroska wobec zbliżającego się zagrożenia pokazuje, jak odmienne są nasze przekonania, i tylko wzmacnia role, które odgrywamy przez wszystkie te lata.

Elora i ja byłyśmy ledwie piętnastolatkami, kiedy zostałyśmy sierotami i poznałyśmy, czym jest samotność. Przerażająca przyszłość rozwijała się przed nami niczym czarna, niekończąca się droga. Wtedy sprawiłam sobie łuk. I zabijałam mrokuny, aby ona mogła zasypiać spokojnie i z czystym sumieniem. W końcu tak wychowali mnie rodzice - na strażniczkę i obrończynię. Czym miałaby się martwić, skoro stale nad nią czuwałam? Ale nawet ja nie będę w stanie pokonać boga w jej obronie.

Moja siostra podchodzi do jednej ze skrzynek ustawionych pod ścianami. Unosi wieko, ukazując jej skromną zawartość - porcje solonego mięsa, wystarczające na dwa dni - i wsuwa mi do ręki wysuszony kawałek.

- Proszę cię, zjedz coś. Musisz być głodna po tej wyprawie.

- Jestem wykończona.

- W takim razie usiądź i odpocznij.

Nie potrzebuję krzesła. Napięcie zakorzeniło się tak głęboko w moich kościach, że nie da się go wypędzić. Ale sięgam do szafki z winem, wyjmuję butelkę i ją otwieram. Kiedy alkohol spływa mi na język, bolesny węzeł u podstawy kręgosłupa rozluźnia się i umysł odzyskuje jasność. Jeszcze dwa łyki i napięcie się zmniejsza.

- Wren.

Zaciskam palce na szyjce butelki. Ponownie przełykam, obnażając zęby, gdy ból zaostrza się, torując sobie drogę prosto do żołądka.

- Nie potrzebuję twojego osądu. Nie teraz.

- To nie jest zdrowe.

Robię gorzką minę.

- Podobnie jak ofiara z kobiety dla przebłagania mściwego boga. Musimy zrobić, co trzeba.

Wzdycha, kiedy odstawiam butelkę do szafki. Ignoruję ją. Takie rozmowy się powtarzają. Elora prosi o rzeczy, których nie mogę jej zapewnić. Za wiele ode mnie wymaga.

Sięgam do kieszeni na piersi mojego płaszcza i wyjmuję złożony płat cienkiej wełnianej tkaniny.

- W drodze spotkałam kupca. Wspomniałaś, że stara chusta już ci się pruje.

Oczy jej błyszczą na widok wełny. Tak niewiele mamy.

- Co to jest? - Elora rozwija chustę z westchnieniem zachwytu.

Widnieje na niej obraz potężnych fal wielkiego morza, którego nie znamy, bo jedyną wielką wodą, jaką widziałyśmy, jest zamarznięta rzeka Les, która oddziela Szarość od Martwych Ziem.

- Piękna - szepcze, owijając sobie szyję błękitnym materiałem. - Jak wyglądam?

- Cudownie. - Czy można innym słowem opisać moją siostrę? - Czy jest ciepła?

- Bardzo. - Drapuje sobie chustę na szyi, a potem nieruchomieje. - A to co? - pyta, pokazując na książkę wielkości dłoni, sterczącą z mojej kieszeni.

Teraz ja nieruchomieję.

- A, to... - Zbywam ją niedbałym uśmiechem. - Nic takiego.

Elora sięga i wyjmuje mi tomik z kieszeni. Ogląda okładkę. Książka jest tak stara, że szycie grzbietu się rozlatuje i kartki są luźne. Królewska namiętność.

- Romans? - Chichocze. - Nie wiedziałam, że lubisz romantyczne historie.

Czuję, że pieką mnie policzki.

- Nie lubię, ale dał dobrą cenę. - To tylko połowa prawdy.

- Aha - mówi, jakby ta odpowiedź ją zadowalała.

Elora potrafi wierzyć w to, co chce. Zresztą nigdy nie dałam jej powodu, żeby myślała inaczej. Ponieważ siostra rzadko coś czyta, większość książek, które walają się po domu, należy do mnie. Solidne płócienne okładki dobrze kryją historie opisane na ich kartkach. Bardzo bym nie chciała, aby Elora odkryła, o czym jest Królewska namiętność lub inne moje lektury.

Róg zawodzi po raz drugi, wstrząsając ścianami naszej osady.

Patrzę na Elorę, a ona na mnie.

- Już prawie czas - szepcze.

Zaciskam dłonie w pięści, żeby powstrzymać ich drżenie. Jutro z Edgewood ubędzie jedna kobieta. Król Mrozu tak wiele już mi zabrał, a teraz śmie grozić, że weźmie tę, na której mi najbardziej zależy.

- Eloro, proszę. - Głos mi się łamie. - Tylko ty mi zostałaś.

Przed nikim nie ugięłabym karku, ale przed siostrą klękam, błagając, aby pozwoliła mi ratować swoje życie. Moje się nie liczy. Nie jestem jedną z tych, które mają być złożone w ofierze królowi. Poza tym szpeci mnie blizna.

- Wszystko będzie dobrze. - Elora obchodzi stół, podrywa mnie z ziemi i bierze w swoje ciepłe objęcia. Jej włosy pachną słodkim, ziemskim zapachem szałwii.

- Dzisiaj, po odjeździe króla, upieczemy ciasto, aby to uczcić. Co ty na to?

Nieufnie mrużę oczy.

- Jak możemy upiec ciasto, kiedy skończyła się mąka? A cukier? I jeszcze inne rzeczy potrzebne do pieczenia? Nie zrobisz ciasta ze śniegu i lodu.

Elora uśmiecha się tajemniczo.

- Są sposoby.

Uwielbiam ciasta, ale obietnica nie wystarczy, aby uciszyć mój niepokój. Atmosfera tego wieczoru jest ciężka.

- Nie podoba mi się to - mamroczę.

Śmiech Elory brzmi jak dzwonek wiatrowy.

- Wren, większość rzeczy ci się nie podoba.

- Nieprawda. Ja tylko nie szafuję swoim entuzjazmem, i tyle.

- Chodź. - Pociąga mnie do wyjścia. Mocniej nasadza czapkę na głowę, a mnie zakłada kaptur. - Pewnie trzeba pomóc pannie Millie w ostatnich przygotowaniach. Wszystko musi być idealne.

*

Na cześć Północnego Wiatru ma być urządzony wielki festyn. W teorii powinna to być wystawna uczta z wielu dań, jakby wybranie sobie kogoś spośród nas i wywiezienie go do Martwych Ziem było powodem do świętowania. W rzeczywistości Edgewood biednieje z roku na rok. Nic nie chce rosnąć w zmarzniętej ziemi. Wymarły zwierzęta domowe, z wyjątkiem paru niedożywionych kóz.

Dlatego ta wielka uczta niewiele się różni od nędznego codziennego posiłku. W osadzie nie ma dużej sali balowej, w której można by ugościć króla. Nie ma szans na prosięta obracające się na rożnach ani na półmiski z wędlinami i pieczystym czy wybór warzyw. Zamiast tego serwujemy twarde, wiecznie niedojrzałe jagody, rozgniecione na kwaśny sos w kolorze krwi. Jest też zupa - osolona woda, aromatyzowana zwiędłymi ziołami. A mięso starej kozy jest najbardziej nieapetyczną rzeczą, jaką w życiu widziałam.

Mam nadzieję, że król się tym udławi.

Z pewnością nic tu nie będzie mu smakowało, ale przecież nie przybył do Edgewood dla jadła. Siedem kobiet, które wyciągnęło najkrótsze patyczki, ślicznych i nietkniętych, właśnie przybywa do sali ratuszowej, gdzie nakryto stoły i ogień trzaska w kamiennym kominku. Są ubrane we wszystko, co mają najlepszego - wełniane suknie, ciasno zebrane w pasie, grube pończochy i znoszone pantofle. Włosy mają umyte, starannie rozczesane i splecione w warkocze. Uśmiecham się gorzko. Mojej niedoskonałości nie dałoby się tak łatwo zamaskować.

- Jak wyglądam?

Odwracam się na dźwięk głosu Elory. Błękitna, długa do kolan sukienka, którą lata temu zrobiłam jej na drutach, spływa po szczupłym ciele. Czarne pończochy podkreślają smukłość nóg. Długie, ciemne, podwinięte rzęsy kryją spojrzenie wbite w ziemię, a różane usta drgają nerwowo.

Choć bardzo się staram, głos mi się łamie.

- Jak mama.

Na te słowa oczy jej wilgotnieją. Krótko kiwa głową.

Im dłużej patrzę na swoją siostrę, tym boleśniej ściska mnie w żołądku. On ją zabierze. Jest zbyt urocza, żeby nie przyciągnęła jego uwagi.

Pani Millie - kobieta w średnim wieku, która niemal tak samo lubi plotkować, jak zdradzać męża - wyłania się z kuchni, niosąc dwa drewniane dzbanki. Zaczerwienione oczy i policzki zdradzają rosnące napięcie. Nic dziwnego, wszak jej najstarsza córka znalazła się w siódemce wybranych.

- Szklanki - rzuca do mnie.

Napełniam naczynia wodą. Przeklęte ręce mi drżą. Wybranki tłoczą się w kącie niczym stado łań na mrozie. Milczą. Bo co mają powiedzieć? Pod koniec tej nędznej uczty jedna z nich zostanie wybrana i już nigdy nie wróci.

Najmłodsze dziecko pani Millie, dwunastoletni chłopak, zapala ostatnie lampy. Zza zamkniętych okiennic słychać gwar tłumu, który gromadzi się na placu w oczekiwaniu na przybycie króla. Do jego ostatniej wizyty doszło przed trzydziestu laty, kiedy mnie i siostry jeszcze nie było na świecie. Wybrał kobietę o imieniu Ada i zabrał ją za Cień. Była zaledwie osiemnastolatką.

Kiedy wygładzam biały obrus na stole, słyszę odgłos kopyt na bruku.

Kobiety tulą się do siebie jeszcze ciaśniej, biorąc się za ręce. Żadna się nie odzywa. Zdaje się, że nawet ich oddechy zamarły. Spojrzenie Elory z oddali napotyka moje.

Może mi się uda. Chwycę siostrę za rękę, uciekniemy przez kuchnię i będziemy się modlić, żeby śnieg ukrył nasze ślady przed pościgiem mieszkańców, którzy będą ją chcieli sprowadzić z powrotem.

- Na miejsca - syczy pani Millie, dając znak kobietom, aby usiadły przy stole.

Nasilają się odgłosy - szuranie krzeseł, szelest ubrań i nieubłagane klip-klap kopyt, coraz bliższe i bliższe.

Jeszcze tylko parę kroków dzieli mnie od Elory, kiedy pani Millie chwyta mnie za ramię. Paznokcie boleśnie wbijają mi się w skórę. Nie mogę zrzucić jej dłoni.

- Puść mnie.

- Za późno - szepcze gospodyni tego przyjęcia. Kosmyki włosów poznaczonych siwizną przylgnęły do jej okrągłej, spoconej twarzy. Bruzdy wokół ust się pogłębiły.

- Ciągle jest czas. Pożycz nam konia. Twoją córkę też zabiorę...

Kroki.

Pani Millie popycha mnie w kąt i drzwi wejściowe stają otworem. Zawiasy jęczą jak szlachtowane zwierzę. Kobiety przy stole przechodzi dreszcz i zdają się zapadać w swoich krzesłach, kiedy zimny powiew wpada od wejścia, gasząc połowę lamp i pogrążając salę niemal w półmroku. Przywieram plecami do ściany z tyłu, czuję suchość w ustach.

W progu izby staje wysoka, samotna postać w płaszczu z kapturem. Czerń stroju odcina się na tle ciemności. Wchodząc, musi się schylić, gdyż nasze budynki mają niskie, pochyłe stropy, aby nie traciły ciepła. Kiedy się prostuje, korona na jego głowie zdaje się muskać belki sufitu. W kapturze widać czerń, jarzą się w niej tylko dwa świetlne punkciki.

Pani Millie, niech jej będą dzięki, podchodzi, aby go powitać. Twarz ma pobladłą z przerażenia.

- Mój panie?

Król unosi rękę. Ktoś tłumi okrzyk, ale on tylko odrzuca kaptur, ujawniając oblicze o tak zniewalającym pięknie, że po chwili muszę odwrócić wzrok. Jednak po paru sekundach ciekawość powraca, jakby jakaś nieznana siła kazała mi analizować jego wygląd z jeszcze większą uwagą.

Królewskie rysy wydają się wyrzeźbione z alabastru. W mdłym świetle lamp rysują się gładka płaszczyzna czoła, wysokie kości policzkowe, prosty nos i żuchwa jak wycięta z kamienia. A usta... Cóż. Nie widziałam bardziej kobiecych ust u mężczyzny. Włosy, czarne jak węgiel, związane w krótki kucyk na karku, lśnią w nikłym świetle. Oczy, jak skrzący się, błękitny lód, jarzą się z denerwującą intensywnością.

Moja dłoń zaciska się na nożu z zastawy rozłożonej na stole. Ledwie śmiem oddychać. Nawet nie wiem, czy w tej chwili jestem do tego zdolna. Król Mrozu to najpiękniejsza istota, jaką widziałam, zarazem najbardziej podła. Całą siłą woli muszę się powstrzymywać, aby nie wbić mu ostrza w serce. O ile on ma serce.

Król robi jeszcze jeden krok w głąb sali, a wtedy kobiety zrywają się z krzeseł. Wciąż się nie odezwał. Nie ma potrzeby. Wszystkie kobiety i ja patrzymy tylko na niego. Byłyśmy na to przygotowane.

Sądząc z chłodnego rozczarowania, które wygina w grymasie jego górną wargę, oczekiwał bardziej uniżonego powitania. Rękawiczki z gładkiej, czarnej skóry opinają mu dłonie. Szerokie ramiona rysują się pod grubą tkaniną płaszcza. Zdejmuje go i zostaje w tunice koloru pochmurnego nieba; srebrne guziki równą linią pną się ku kołnierzowi, ciasno opinającemu szyję. Ma dopasowane bryczesy o srebrzystej barwie węgla drzewnego i wysokie buty. Sztylet wisi mu u pasa.

Moja uwaga przenosi się na jego prawą rękę, która ściska drzewce włóczni z kamiennym ostrzem. Jestem pewna, że jeszcze przed chwilą niczego w tej dłoni nie miał. Kiedy za moment włócznia znika, wiele kobiet tłumi westchnienie ulgi.

Wypuszczam z palców nóż, który ze szczękiem upada na podłogę. Ma się wrażenie, jakby hałas pobudził panią Millie do działania. Bierze płaszcz od króla, wiesza go na kołku przy drzwiach, a potem podsuwa mu krzesło u szczytu stołu. Jego nogi szurają o podłogę.

Król Mrozu siada. Kobiety również.

- Witajcie w Edgewood, panie - mówi cicho pani Millie.

Skrycie spogląda na kobietę siedzącą po jej lewicy - swoją córkę. Kobiety ciągnęły patyczki, aby ustalić, która z tych nieszczęśnic ma siedzieć najbliżej niego w czasie posiłku. Dzięki bogom Elorę posadzono przy najdalszym krańcu stołu.

- Mamy nadzieję, że będzie wam, panie, smakował posiłek przygotowany specjalnie dla ciebie.

Król z nieodgadnionym wyrazem twarzy przesuwa wzrok po blacie.

- Niestety nasze zbiory były słabe w tym roku...

Chciała powiedzieć, że w ogóle ich nie było.

- Zupa jest jedną z naszych specjalności...

Władca ucisza ją gestem i głos pani Millie cichnie. Broda jej drży, kiedy przełyka nerwowo. Najwyraźniej gość nie życzy sobie rozmowy.

Jest to najdłuższy i najbardziej dręczący posiłek, w jakim brałam udział. Szczęka szkło, kiedy pani Millie i ja napełniamy szklanki i zmieniamy serwetki na świeże. Nikt nic nie mówi. Jeśli chodzi o kobiety, rozumiem je - żadna nie chce przyciągać uwagi króla. Natomiast nasz gość nie powinien mieć takich zahamowań. Czyż nie widzi, że serwujemy mu nasze ostatnie zapasy i nie usłyszałyśmy słowa podziękowania?

Elora prawie nic nie je. Siedzi zgarbiona nad talerzem, jakby chciała uczynić siebie mniejszą - za moją radą - ale i tak nie jest w stanie ujść uwadze króla. Kiedy na nią patrzy, jego spojrzenie się rozpala.

Moje nerwy są coraz bardziej napięte. Gdy ciśnienie w mojej piersi grozi, że rozsadzi mi płuca, wycofuję się do kuchni, wyciągam manierkę ukrytą za pasem i pociągam solidny łyk. Przychodzi moment złudnego odprężenia, od którego łzy pieką mnie pod powiekami. Powinnyśmy były uciec, kiedy miałyśmy szansę. Teraz jest już za późno.

Biorę głęboki oddech i wracam do stołu. Posiłek ciągnie się dalej, więc zaczynam nalewać wina. Kobiety wypijają je duszkiem, kieliszek po kieliszku; czerwone krople plamią blade usta, policzki płoną. Znów nachodzi mnie pragnienie. Wkrótce moja manierka jest pusta.

Król Mrozu prawie nie tyka wina. I dobrze. Absolutnie nie mam ochoty służyć mu w jakikolwiek sposób - chyba że będę miała pokazać mu drzwi. Na nieszczęście pani Millie nie podziela moich uczuć.

- Panie mój, czy nasze wino ci nie odpowiada?

Od tej gościnności chce mi się rzygać. Pewnie wierzy, że jeśli będzie mu nadskakiwała, wybierze inną zamiast jej córki.

W odpowiedzi król unosi do ust kieliszek ze szkarłatnym płynem i wlewa go sobie do ust. Wypija do dna, mrocznie błyskając oczami. Wygląda bardziej, jakby jego źrenice zatrzymały resztki światła, niż lśniły własnym blaskiem.

Teraz już muszę usłużyć Królowi Mrozu. Staję obok niego i zaczynam mu dolewać. W pewnym momencie nasze ramiona się zderzają i wino chlusta mu na podołek.

Krew lodowacieje mi w żyłach.

Spojrzenie króla zdaje się pełznąć z wolna od plamy na jego tunice do butelki, którą ciągle trzymam, i wreszcie do mojej twarzy. Bladoniebieskie oczy emanują zabójczym chłodem, który ślizga się po mojej szkaradnej bliźnie. W zrostach skóry od dawna nie mam czucia, ale przysięgłabym, że mrowią mnie pod zimnym, badawczym wzrokiem, jakby samo to, że na mnie patrzy, było odczuwalne fizycznie.

- Natychmiast przeproś króla! - żąda pani Millie drżącym głosem.

Jak stratę paru kropli wina można porównać do utraty życia? Nie, nie splamię się przeprosinami. Poza wszystkim innym nie jest ich wart.

- Dobrze, jeśli on przeprosi za wykradanie naszych kobiet.

Ktoś gwałtownie wciąga powietrze. Król przygląda mi się, jakbym była jakimś małym zwierzątkiem, ale nie jestem ofiarą.

- Panie, wybacz, to absolutnie niedopuszczalne zachowanie...

Znów ją ucisza gestem ręki o długich palcach i przenosi całą uwagę na mnie.

- Jak się nazywasz?

Majestat jego tytułu rozbrzmiewa w głosie - głębokim, naznaczonym całkowitym brakiem emocji.

Milczę i parę kobiet niespokojnie poprawia się na krzesłach. Robi się zimno pomimo ognia trzaskającego w kominku. Może i Północny Wiatr jest bogiem, ale nie ulegnę. Nie mam już prawie nic, ale mam swoją dumę.

- Czekam. - Bębni palcami w stół.

- Nazywa się Wren, panie. Wren! - Elora wychyla się na krześle, zaciskając dłonie. Drżący oddech wyrywa się z jej ust.

Zgrzytam zębami w porywie frustracji, choć mam mdłości z przerażenia. Tego dokładnie się obawiałam - że Elora i jej dobre serce przyciągną uwagę króla. Gdybym nie pozwoliła, żeby emocje zaćmiły mi rozsądek, nie doszłoby do tego.

- Wren - powtarza. - Pierwszy raz słyszę tak eleganckie imię. Jak ten ptak śpiewający.

W Szarości nie ma śpiewających ptaków. Wymarły albo przeniosły się do innych krain.

Król, uważnie przestudiowawszy moją twarz, przenosi wzrok na Elorę. Mam ochotę wydrapać mu oczy, tak się w nią wpatruje.

- Jest pewne podobieństwo w waszych rysach - mówi.

- Tak, mój panie. - Elora kornie chyli głowę. Mam ochotę ją walnąć. - Jesteśmy siostrami. Bliźniaczkami. Ja mam na imię Elora.

Król Mrozu z namysłem przekrzywia głowę, porównując nas. Z pewnością uważa mnie za gorszą.

- Wstań - rozkazuje.

Elora odsuwa krzesło, kiedy mój głos szepcze:

- Siedź.

Nieruchomieje, zaciskając palce na krawędzi stołu. Jej spojrzenie biega pomiędzy mną a królem. Pani Millie sprawia wrażenie, jakby miała zaraz zemdleć.

Niestałe światło migocze w jego źrenicach niczym płomień świecy tańczący na wietrze w ciemności. Podnosi się jednym płynnym ruchem z szybkością, która mnie zaskakuje. Widać, że nikt dotąd nie śmiał sprzeciwić się jego woli. Nikt nie był na tyle szalony, aby tego próbować.

- Chodź - mówi głosem jak grzmot i Elora rusza ku niemu z ociąganiem, bezwolna i pokorna.

Widok tej rezygnacji rozdziera mi duszę. Jak on śmie? Nie jesteśmy jego własnością. Jesteśmy ludźmi, w których piersiach, poruszanych oddechem, biją serca. Ludźmi, którym cudem udaje się przeżyć w tym przeklętym, lodowym piekle.

Kiedy moja siostra przed nim staje, Król Mrozu unosi palcem jej brodę i oznajmia:

- Ty, Eloro z Edgewood, zostałaś wybrana i będziesz mi służyć do końca twoich dni.