Teo z trudem podniósł się z łóżka, był cały spocony. W głowie miał jeszcze chaos sennych koszmarów. Zegar na ścianie wskazywał dwudziestą pierwszą. Co oznaczało, że przespał cały dzień. Zdecydowanie więcej, niż miał w zwyczaju, i więcej, niż potrzebował. Zaklinacze w ogóle mało sypiali, a on obywał się zazwyczaj kilkoma godzinami snu. Tym razem odpadł na pół doby. Powinien być wyjątkowo wypoczęty, ale tak nie było. Nadal czuł się zmęczony.
Standardowa dawka dareany nie zadziałała. Gorączka wcale nie przeszła albo znowu wzrosła. Dreszcze powróciły, a głowę miał opuchniętą jak po kilkudniowej sesji w warszawskich barach. Przetarł oczy, odganiając resztki snu, i powlókł się z telefonem w ręku do kuchni, po raz pierwszy od dawna odczuwając potrzebę wlewu z kofeiny do swoich żył. I to w dużych ilościach.
Odpalił ekspres, nalał do niego wody i wsypał ziarna kawy. Musiał zadzwonić do Nikoliny i poprosić ją o pomoc, bo nie mieli w swoich zasobach nic silniejszego na gorączkę niż dareana. A na eksperymenty Rada, które kończyły się różnie, nie miał ochoty. Nikolinie za to nie brakowało aptekarskiego zaplecza i stale pracowała nad nowymi mieszankami, które miały im pomóc przed Przesileniem. Na pewno przygotowała coś nowego.
Gdy włączył telefon, ze zdumieniem odkrył serię nieodebranych połączeń od Rada z ostatniej godziny. I zanim Teo zdążył wybrać jego numer, zadzwonił ponownie.
- Gdzie się, do kurwy nędzy, podziewałeś?
Teo natychmiast do reszty oprzytomniał zdziwiony agresją brata. Wściekłość niemalże wyłaziła ze słuchawki i gryzła go po głowie.
- Zamierzasz powiedzieć, o co chodzi, czy mam zatrudnić jasnowidza? - zapytał z takim spokojem, na jaki mógł się w tym momencie zdobyć.
- Ona żyje, o to chodzi.
Teo próbował złożyć do kupy to, co do niego mówił brat. Rozumiał słowa, ale ich znaczenie było tak nieprawdopodobne, tak nierealne, że aż niemożliwe.
- Kto żyje?
- Dalia, a kto inny? I nie jest z nią najlepiej, sądząc po tym, co zaprezentowała w antykwariacie.
Cały świat Teowoja się zawalił i powstał na nowo w zaledwie jednej sekundzie. Dopadły go miliony wspomnień, żądając poświęcenia im uwagi, choć z całej siły próbował je ignorować. Wszystkie życia, które razem spędzili, a które w tak brutalny sposób urywał Łowca. Każda śmierć, której wspólnie doświadczali. Każde życie w cieniu tej śmierci.
Zdusił te wspomnienia brutalnie w zarodku, zanim na dobre się w jego głowie rozgościły. To musiała być jakaś pomyłka. Nie mogło być inaczej.
- Chcesz powiedzieć, że ją widziałeś? Dzisiaj? W Weli? Dalię? W twoim własnym sklepie?
- To ona albo jakiś jej pieprzony sobowtór. Jestem na Poniatowskim i jadę za nią w stronę Pragi. - Rozłączył się.
To niemożliwe. Teo powtarzał to w głowie jak mantrę. Ona nie żyła, a klątwa się bez niej nie ujawniała. Niemożliwe. Reguły klątwy nigdy nie zostały złamane, przez tyle żyć, tyle wcieleń. Pozostawały równie niewzruszone, jak mijający czas.
Sięgnął do szafki, ponownie wyjął z niej dareanę i wylał sobie kilka kolejnych kropel prosto na język. Musiało wystarczyć z braku innych opcji. Narzucił w pośpiechu kurtkę i miał już wybiec na zewnątrz, gdy kątem oka dostrzegł w lustrze przy drzwiach coś, co zmroziło mu krew w żyłach. Coś, co napawało go przerażeniem za każdym razem, gdy po raz pierwszy to dostrzegał. Podszedł do lustra, łudząc się, że to oświetlenie hallu igrało z jego wzrokiem. Uniósł powiekę i przyjrzał się uważnie swojej źrenicy. W czerni tęczówki pobłyskiwały drobinki srebra. Niewiele, zaledwie parę, ale jednak tam były. Przemieszczały się niespokojnie z jednego krańca na drugi. Dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy klątwa była w mocy.
Resztka nadziei, że może to jakiś żart, cholerny, niefortunny zbieg okoliczności, prysła jak bańka mydlana. Wszystko zaczynało się od nowa. Klątwa, Łowca, szaleństwo wśród Zaklinaczy. Mógł sobie mówić, że jest inaczej, ale to srebro w oczach... Tego nie da się pomylić z niczym innym. Nie da się włożyć w kategorię "niemożliwe". Srebro poprzedzało nieodwracalne zmiany, jakie zaraz miały nastąpić w jego ciele i w jego głowie.
Wspomnienia stanęły mu przed oczami, jakby wydarzyły się wczoraj, a nie prawie dwieście lat temu. Dalia ubrana w białą krynolinową suknię, długie czarne rękawiczki, kieliszek szampana w ręku. Tłum ludzi na koncercie, krystalicznie czysty dźwięk fortepianu, lodowaty nóż na jego szyi i to dziwne uczucie senności, gdy krew płynęła już po podłodze...
Zacisnął dłonie w pięści.
Nie miał pojęcia, dlaczego ona tu jest. Nie miał pojęcia, co to oznaczało. Nie zamierzał jednak robić wiwisekcji rzeczywistości, na którą nie miał wpływu, ani tym bardziej się nad sobą użalać. Co się stało, to się nie odstanie.
Ruszył biegiem na leśny parking, gdzie zostawił swojego czerwonego jeepa. Uporawszy się z pierwszym szokiem, jego umysł na powrót zajął się tym, czym powinien. Analizą wszystkich możliwych pytań i scenariuszy. Dlaczego nie przyszła do nich wcześniej? Jak udało jej się przeżyć z dala od Sabatu? I dlaczego, do cholery, Rad musiał ją śledzić? Uciekała przed nimi? Przed nim? Nie miało to najmniejszego sensu.
Chyba nigdy nie jechał jeszcze w takim tempie ulicami Warszawy, ale ledwie zwracał na to uwagę, automatycznie wykonując niezbędne do prowadzenia samochodu czynności. Czuł się chory. I nie chodziło tylko o dreszcze, ale też o to rozdwojenie jaźni, które pojawiało się za każdym razem, gdy Dalia inkarnowała się wraz z nim. Wszystkie życia bez niej były stracone, puste i pozbawione kolorów, a życia z nią niosły nieuchronny koszmar klątwy. I jak zwykle, gdy o niej myślał, kotłowało się w nim mnóstwo przeciwstawnych emocji. Wszystko spięte jednym, jedynym słowem, które towarzyszyło Zaklinaczom od zarania dziejów. Klątwa.
Zaparkował samochód przy głównej ulicy i resztę drogi pokonał na piechotę, mimo że z nieba siąpiła paskudna, lodowata mżawka. Nie przeszkadzało mu to jednak, bo potrzebował tego lodu i chłodu, żeby zabić w sobie emocje. Rad czekał już na niego w umówionym miejscu.
- Gdzie ona jest?
Brat wskazał głową w stronę wejścia do klubu. I oto była. Po dwóch pustych wcieleniach znowu ją widział w rzeczywistości, a nie tylko w swojej Pamięci. Zaledwie kilka metrów od niego, nieopodal beczki z trzaskającym w niej ogniem. Jej długie włosy, które wystawały spod kaptura, wydawały się w świetle latarni ciemniejsze, a postura nieco drobniejsza, niż zapamiętał, ale nie miało to znaczenia. To była ona. Dalia. Dalija. Jego przeznaczenie i fatum. Piąta sabatowa wiedźma. Na warszawskiej Pradze, co najmniej sto pięćdziesiąt lat za wcześnie. I choć myśl o konsekwencjach jej istnienia napawała go przerażeniem, to sam jej widok wypełniał go ekscytacją tak wielką, że ledwo nad sobą panował. I nawet lodowata ulewa nie pomagała jej uciszyć.
Ruszył w jej kierunku zdecydowanym krokiem, ale Rad powstrzymał go dłonią.
- Nie teraz - powiedział ostrzegawczo.
- A to dlaczego?
- Ona cię nie pamięta. Żadnego z nas nie pamięta. W antykwariacie nie miała pojęcia, kim jestem.
Teo spojrzał na brata, oceniając, czy ten mówi poważnie. Brzmiało to jak mało śmieszny żart. Nie pamiętała ich? Nie pamiętała jego? Dla Zaklinacza wychować się z dala od Sabatu oznaczało samobójstwo. Nigdy, w całej swojej wielotysięcznej historii nie mieli takiego przypadku. A to, że nie pamiętała jego, obsesji, która w nich rosła z inkarnacji na inkarnację, miało jeszcze mniej sensu niż wszystko inne.
Ponownie na nią spojrzał. Skryła się pod niewielkim dachem budynku i rozmawiała przez telefon. Tak dobrze ją znał, że nawet z odległości potrafił powiedzieć, w jakim jest humorze. Teraz była zmartwiona i zdenerwowana. Widok ten o dziwo przyniósł mu odrobinę ulgi. Oczywiście, że nie życzył jej powodów do zmartwienia, Weles świadkiem, że tych miała zawsze aż nadto. Pocieszenie znajdował w fakcie, że pomimo zmieniających się czasów, pędu technologii i wielkich idei człowiek inkarnował się za każdym razem taki sam. Bogatszy jedynie o kosmiczny bagaż, który dźwigał podczas swojej nieobecności w Jawii?*. Dalia nigdy nie umiała ukryć swoich emocji, nie przed nim. Zawsze wiedział, co ją trapi, nie musieli nawet o tym rozmawiać. A jednak... nie odnalazła ich po narodzinach. Nie przeszła w Sabacie ceremonii obudzenia. Nie siedział obok niej podczas zaplecin, gdy zostawiała za sobą dzieciństwo, a wkraczała w Sabat.
Westchnął głęboko, studząc emocje. Musiało być na to jakieś wyjaśnienie, a to, że on jeszcze go nie widział, niczego nie oznaczało.
- To nie jest możliwe, żeby nie pamiętała - ponownie zwrócił się do brata. - Jesteś pewien, że nie pogrywała sobie z tobą?
- Myślisz, że wiem? Od pół godziny stoję tu jak kołek, patrzę na nią i zachodzę w głowę, co się dzieje. I nie. Nie sądzę, żeby sobie pogrywała. Nigdy nie umiała za dobrze kłamać.
Teowoj nie był tego taki pewien. Może nie umiała dobrze kłamać, ale osiągnęła mistrzostwo w przemilczaniu tego, z czym było jej niewygodnie.
- Coś jeszcze?
- Ma brata, który ją przysłał do Weli i zaginął. Nazywa się Branko Abaris i to pewnie też jej nazwisko. Tyle wiem. Resztę obserwujesz na żywo.
W dodatku reinkarnowała się na zupełnie innych warunkach niż do tej pory. Nigdy wcześniej nie miała brata. Zawsze po urodzeniu podrzucana była jako sierota, a jej rodzice pozostawali nieznani. Teraz miała rodzinę, a jej brat najwyraźniej wiedział o ich istnieniu. Co nie miało miejsca od szesnastego wieku co najmniej.
Od czasów, kiedy dowiedziało się o nich to cholerne Przymierze.
- Wyprowadzenie jej z klubu pełnego ludzi nie wchodzi w rachubę, za dużo świadków. - Rad wyciągnął z kieszeni telefon. - Zrobi scenę i ściągnie nam na głowę policję.
Teo skinął głową. Musieli ją sprowadzić do Sabatu. I musieli jak najszybciej dać znać innym Zaklinaczom, że klątwa wchodzi w moc, zanim ktoś zrobi coś nieodwracalnego. Im wcześniej, tym lepiej. A jeśli chodzi o nią...
Myśl o tym, że Dalia już niedługo ponownie znajdzie się w domu Sabatu, wywoływała w nim skrajne emocje. Chciał znowu usłyszeć jej głos, chciał usłyszeć, jak się śmieje. Chciał jej dotknąć i upewnić się, że jest prawdziwa. Chciał... Czarna chmura gradowa spowiła jego myśli. Co on w ogóle sobie wyobrażał? Nawet jeśli żyła, nawet jeśli sprowadzą ją do Sabatu, i tak zostały im co najwyżej dwa tygodnie, zanim klątwa się dopełni i Łowca poderżnie im gardła. W poprzedniej inkarnacji, kiedy była tak blisko niego, wszystko skończyło się jeszcze brutalniej, jeszcze drastyczniej niż zwykle... A teraz klątwa najwyraźniej dodatkowo przyspieszyła.
Zacisnął szczęki. Nie miał pojęcia, dlaczego ona tu jest, ale nie zamierzał już o tym myśleć. Nie miał zamiaru przechodzić znowu przez tę mękę. Najlepsze, co mógł zrobić dla niej i dla samego siebie, to zostawić ją w spokoju i skoncentrować się na rozwiązaniu tej pieprzonej odwiecznej zagadki. Nawet jeśli musiał włożyć całą swoją wolę, całą siłę, jaką dysponował w to, by trzymać się od niej z daleka.
Odprowadził ją wzrokiem do wejścia do klubu, a potem, gdy tylko Rad skończył rozmawiać z Nikoliną, w stosownej odległości ruszyli z Radem za nią.
Dalia dzwoniła do brata dwukrotnie w drodze do klubu. Nie tylko nie odebrał, ale też całkowicie wyłączył telefon. To jej wystarczyło. Pojechała na posterunek policji i zgłosiła zaginięcie, nawet jeśli Bran miał jej za to po powrocie skopać tyłek. Policjant, który przyjmował zgłoszenie, utwierdził ją w przekonaniu, że postąpiła słusznie, a nawet powinna była zgłosić się wcześniej. Trochę też ją uspokoił, mówiąc, że odnajduje się aż dziewięćdziesiąt procent zaginionych. Pozostałych dziesięciu procent do siebie nie dopuszczała.
Migrena na szczęście ustąpiła. Stała przed klubem już od dwudziestu minut, dzwoniąc do znajomych Brana, którzy mogli coś o nim wiedzieć. Potem na wszelki wypadek obdzwoniła jeszcze warszawskie izby przyjęć, ale tam na szczęście brata nie znalazła. W końcu schowała telefon do torebki. Tym bardziej że ręka trzymająca go przy uchu zmarzła jej tak bardzo, że miała kłopot z rozprostowaniem kości. Plan był taki: wejdzie do środka na dwie, trzy godziny i wróci do domu. A jutro z rana obdzwoni resztę kontaktów i jeszcze raz porozmawia z policją. Choć ciągle miała nadzieję, że Bran sam się wkrótce odezwie.
Otrzepała płaszcz z kropli deszczu i weszła do klubu. Nie miała jeszcze okazji się tu zjawić, ale wyglądał dokładnie tak, jak o nim mówili. Czyli jak mekka amatorów ostrej zabawy. Nie zdziwiła się, że Paulina wybrała akurat to miejsce. Pomijając fakt, że był to obecnie chyba najmodniejszy klub wśród ambitniejszych mieszkańców stolicy, rzeczywiście wszystko wyglądało tu inaczej i ciekawiej. Budynek z zewnątrz przypominał opuszczoną fabryczną halę i dosłownie trzeszczał w posadach od basów przenikających ściany. W środku panował półmrok, a gdzieniegdzie okazjonalnie błyskały jasne światła stroboskopu.
Zahaczyła o łazienkę i doprowadziła się do jako takiego porządku, a potem podążyła labiryntem mniejszych i większych pomieszczeń w poszukiwaniu Pauliny i towarzystwa na dzisiejszy wieczór. Zajęło jej dobre piętnaście minut, zanim w jednej ze słabo oświetlonych sal wypatrzyła swoją przyjaciółkę.
- No wreszcie, już policję miałam za tobą wysyłać! Gdzie się podziewałaś? Jest prawie jedenasta! - krzyknęła Paulina na jej widok i wyściskała ją serdecznie.
- Niepotrzebnie byś się fatygowała, właśnie stamtąd wracam.
- Skąd? Z policji?
Dalia przytaknęła.
- Zgłosiłam zaginięcie Brana.
Paulina usmiechnęła się szeroko.
- No to Branko ci pokaże, jak wróci! Naprawdę chcę tam być, kiedy policja go przyprowadzi i...
Dalia przerwała sucho przyjaciółce, zanim ta na dobre się rozkręciła:
- Nie mówiłam ci wcześniej, bo nie było czasu, ale rozmawiałam z tą archeolożką, Anną, wiesz, tą, z którą Bran się kiedyś spotykał. Właśnie po to poszłam rano na uniwerek. Ona też nie wie, co się z nim dzieje. W dodatku dziwnie się zachowywał przed wyjazdem i strasznie się pokłóciliśmy. A potem przestał się odzywać.
Ostatnie dwa zdania przykuły uwagę przyjaciółki. Paulina znała Brana tak długo, jak ją i wiedziała, że on się nie kłócił. Jeśli się naprawdę wkurzył, to najczęściej wychodził bez słowa i szedł przed siebie, aż się uspokoił. I lepiej go było wtedy zostawić samemu sobie. W kłótnie się po prostu nie wdawał.
- Zmieniam zdanie - powiedziała po chwili. - Będziesz go mogła po raz pierwszy zlać. Chętnie ci pomogę albo chociaż pożyczę kij. Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? Kurczę, ile jeszcze będziesz siedzieć w tej skorupie? Już dziewięć lat w niej tkwisz.
Dalia spojrzała zdumiona na przyjaciółkę.
Nigdy nie wracały do tamtego feralnego okresu w jej życiu, bo tego typu wspomnienia przynosiły jedynie niezręczną ciszę.
Teraz też nie odezwała się, bo nie wiedziała za bardzo, co ma odpowiedzieć, zdumiona bezpośredniością i tonem przyjaciółki.
- Wiesz, że zawsze możesz do mnie zadzwonić? Nawet o północy? - dodała Paulina już spokojniej.
- Wiem. Aż do dzisiaj nie miałam nic do powiedzenia po prostu. Cały czas myślałam, że się odezwie.
- Nie miałaś nic do powiedzenia, no jasne - mruknęła Paulina pod nosem, a głośniej dodała: - Nie martw się na zapas. To Bran. Niedługo się pewnie odkopie i wróci do domu.
- Możliwe.
Przyjaciółka obserwowała ją spod oka przez chwilę, a potem zapytała:
- Ale to nie wszystko, co cię męczy, prawda?
No i proszę. Cholerny szósty zmysł Pauliny wylazł z nory i wywęszył temat. A Dalii zdawało się, że pogrzebała kuriozalne spotkanie z antykwariuszem tak głęboko, że nikt, nawet ona sama, nie będzie miał do niego dostępu. Najwyraźniej jednak tylko jej tak się wydawało.
- Miałam dzisiaj epizod migreny, to tyle. Wszystkiego najlepszego - dodała szybko, zanim padły kolejne pytania, i wyciągnęła przed siebie dłoń z torebką prezentową. Na szczęście Paulina nie drążyła tematu, tylko wzięła od niej pakunek.
- I nie zapomniałaś o prezencie w tym wszystkim. A niech mnie.
- Ponoć na tym polegają urodziny.
Paulina zaśmiała się krótko i wyciągnęła z pudełka naszyjnik. Czarny minerał wtopiony w zawieszkę na jego końcu zalśnił w blasku stojących na stole świec.
- Robi wrażenie. Co to za kamień?
- Turmalin, podobno przynosi szczęście.
Pomogła przyjaciółce zapiąć naszyjnik. Idealnie pasował do czarnej sukienki, którą miała na sobie.
- Co prawda nie wierzę w ten cały hokus-pokus, ale jest naprawdę śliczny. Chodź, przedstawię cię wszystkim.
Paulina poszła przodem i zaprowadziła ją do stolika, przy którym siedzieli jej znajomi. Część osób Dalia już znała, ale część widziała po raz pierwszy. Nastrój do zabawy rodził się bardzo wolno, jednak w końcu przyszedł.
Godzinę później, kiedy klub zamienił się w energetyczne tornado, Dalia była wdzięczna, że jest tutaj, a nie w domu. Nie dlatego, że tak świetnie się bawiła, ale dlatego, że w tłumie ludzi łatwiej było zapomnieć o Branie i innych przypadkach kończącego się dnia. Po jakimś czasie wyszła nawet na parkiet i dała się namówić na rytmiczne kołysanie do muzyki. I zapewne zostałaby w tym stanie emocjonalnego ogłuszenia jeszcze dłuższą chwilę, gdyby nie fakt, że ktoś ją potrącił. Mocno. Gdyby nie przebywała w tłumie, gdzie mimo wszystko łatwo o wypadek, uznałaby, że zrobił to celowo.
Rozmasowała ramię i szybko odszukała wzrokiem sprawcę. Był nim wysoki, atletycznej budowy mężczyzna o krótkich, czarnych włosach. Tyle mogła dostrzec pomiędzy tańczącymi ludźmi. Patrzyła za nim, jak przepychał się dalej, nie zawracając sobie głowy przepraszaniem nikogo, kogo potrącił. Miał na sobie czarną, skórzaną kurtkę, mimo że w środku panował tropikalny upał, a wszyscy pozostali nosili co najwyżej podkoszulki. Odwrócił się dosłownie na ułamek sekundy i spojrzał wprost na nią, a jej serce na chwilę stanęło. To nie był antykwariusz, ale poczucie déja vu, którego doświadczyła po raz kolejny w ciągu zaledwie paru godzin, było tysiąckrotnie silniejsze. Tym razem nie miała żadnej wątpliwości, że się znali. Jednak tam, gdzie powinny znajdować się wspomnienia, ziała tylko gigantyczna czarna dziura.
Wpatrywała się w niego, próbując zrozumieć własne odczucia i to, co się wokół działo. Ułożyć jakąś sensowną teorię, powiązać wszystkie wątki razem. Z mizernym skutkiem. Nic, ale to nic, czego doświadczała przez ostatnią dobę, nie miało sensu.
Brunet oparł się o bar i nie próbował się nawet ukrywać z tym, że po prostu się na nią gapi. W dodatku jakimś cudem, pomimo otaczającego ich tłumu, absolutnie nic nie stało na linii jego wzroku. Intensywność, z jaką na nią patrzył, przyprawiała ją o ciarki. W ciemnych, prawie czarnych oczach raz po raz odbijały się sceniczne światła. Pojedyncze wspomnienia smagały jej umysł i szybko znikały, nie dając szansy na ulokowanie ich na linii czasu.
Tatuaż na barkach, z napisem w języku, którego nie znała. Blizny na ramionach, plecach i szyi. Nie mogła tego widzieć pod kurtką, a jednak wiedziała, że tam są.
Najwyraźniej całkiem oszalała, nie było na to innego wyjaśnienia. Czas płynął przeraźliwie wolno albo wręcz się zatrzymał. O dziwo przerażało ją to tylko w połowie, bo czuła też ekscytację. Uwalniały się w niej nowe pokłady energii, które do tej pory pozostawały w ukryciu.
W końcu bardzo, bardzo powoli brunet oderwał od niej wzrok i spoglądając gdzieś ponad nią, lekko, niemalże niezauważalnie kiwnął głową. Obróciła się i zmusiła do zachowania spokoju. Bo za nią, w odległości zaledwie paru kroków, o ścianę opierał się antykwariusz. Kąciki ust drgały mu lekko, jakby miał zamiar się uśmiechnąć, ale tego nie zrobił. W ogóle na nią nie patrzył. Rozglądał się po sali z ciekawością właściwą człowiekowi, który przypadkiem znalazł się w niewłaściwym miejscu. Nie miała żadnych wątpliwości, że ją widział i rozpoznał. Nie miała też żadnych wątpliwości, że mężczyźni nie są sobie obcy.
Dalia szybko podjęła decyzję. Z dwojga złego wybrała konfrontację z antykwariuszem.
- Nie wiem, o co wam chodzi, ale jeśli jeszcze raz zobaczę was w swoim pobliżu, zadzwonię na policję. Rozumiesz?! - wykrzyczała do niego, upewniając się, że w muzycznym hałasie ją usłyszy.
Uśmiechnął się lekko, ale szybko spoważniał.
- Was? - powtórzył za nią.
- Ty i brunet przy barze, który mnie przed chwilą popchnął.
Wyciągnęła rękę, wskazując kierunek, ale po tamtym mężczyźnie nie było już śladu.
- Co jest? Jeszcze przed sekundą tam stał.
Rozejrzała się pospiesznie. Wydawałoby się, że ludzie nie potrafią się przemieszczać między jednym mrugnięciem oka a drugim. A jednak okazało się, że wysocy bruneci o czarnych jak heban oczach mają takie umiejętności.
Jeśli antykwariusz wiedział, o co jej chodzi, to skutecznie to przed nią ukrywał. Na tyle skutecznie, że na chwilę dopadły ją wątpliwości. Zwłaszcza że jej groźby nie zrobiły na mężczyźnie żadnego wrażenia. Co najwyżej spowodowały wzruszenie ramion i potarcie brody.
- Zawsze tak napadasz na obcych ludzi?
- Chcesz powiedzieć, że się nie znacie? I jesteś tu przypadkiem?
Jego spojrzenie powędrowało do dłoni, którą bezwiednie wyciągnęła w jego kierunku.
- Miałaś tatuaż?
- Co? Jaki tatuaż?
Całkowicie zbił ją z pantałyku.
- Tu. - Delikatnie dotknął jej nadgarstka dokładnie w miejscu, gdzie znajdowała się blizna po znamieniu, które rodzice wycięli dawno temu w obawie przed tym, że przerodzi się w coś innego. Instynktownie schowała rękę za siebie i cofnęła się o krok, uciekając z zasięgu jego ramion.
- Nie twoja sprawa, czy miałam tatuaż - warknęła. A po chwili dodała: - Następne spotkanie będziecie mieli z policją.
Antykwariusz opuścił ręce i schował je w kieszeniach.
- Posłuchaj, księżniczko. Nie wiem, gdzie znajduje się planeta megalomanów, z której się urwałaś, ale ja na niej nie mieszkam. Masz urojenia i napastujesz obcych ludzi w klubach. To ja powinienem zadzwonić na policję, ale szczerze mówiąc, po prostu mi się nie chce.
Poszedł w stronę baru, nie czekając na jej ripostę. Nagle poczuła się bardzo, ale to bardzo zmęczona, a cała pozytywna energia, którą przez parę ostatnich godzin kumulowała, ulotniła się pomiędzy jednym wydechem powietrza a kolejnym. Czy naprawdę właśnie zaatakowała niewinnego człowieka? Czy myśli o bracie powoli popychały ją poza granicę zdrowego rozsądku? Po raz pierwszy od dziewięciu lat poczuła, że nie może ufać swojemu osądowi. Rzeczywistość i fikcja mieszały się i splatały w jedno, siejąc w umyśle całkowite spustoszenie. W dodatku znowu czuła nadchodzącą migrenę.
Pochyliła głowę w nadziei, że nie straci przytomności, i oparła się ciężko o kolumnę. Wygrzebała w torebce kolejną tabletkę przeciwbólową i łyknęła ją w pośpiechu. Gdy podniosła wzrok, klub i bawiący się w nim ludzie... znikli. Stała przed drzwiami ceglano-drewnianego, pokrytego zielonym bluszczem dworku. Wokół królowały las i zima. Płatki śniegu wolno opadały na jej buty i długą, jasnobrązową, ubrudzoną błotem suknię. Czuła się zmęczona, ale szczęśliwa jak po intensywnym i jak najbardziej chcianym wysiłku fizycznym. Mróz szczypał ją w policzki, mimo to było jej ciepło, zupełnie jakby dopiero co biegła. Już miała otworzyć drzwi, kiedy ktoś położył jej na ramieniu rękę. Odwróciła się, aby sprawdzić, kto jej dotyka, i... znowu była w klubie. Ludzie rozmawiali, tańczyli, choć dźwięk ich głosów skutecznie zagłuszała muzyka. Przy barze stała niekończąca się kolejka amatorów mocnych trunków. Paulina i jej chłopak Adam obejmowali się pod przeciwległą kolumną, zainteresowani głównie sobą. Antykwariusz i jego tajemniczy kolega przepadli bez śladu.
Poczuła, że stoi nad krawędzią przepaści i tylko jeden krok dzieli ją od runięcia w nią. Pożałowała, że nie rozmawiała z antykwariuszem w obecności Pauliny. Przynajmniej miałaby niezbity dowód na to, że jej mózg działa w porządku - albo wręcz przeciwnie, znowu kreuje inną rzeczywistość. Przynajmniej miałaby to czarno na białym, a tak pozostały tylko domysły. W głowie miała kompletny mętlik, jeszcze gorszy niż przed kilkoma godzinami w Weli. Zupełnie jakby antykwariusz jakimś cudem wywoływał ciemną stronę jej osobowości. Apelował do jej podświadomości, a ona odpowiadała, za każdym razem z jeszcze większą intensywnością. Odzwyczaiła się od takich emocji i coraz gorzej sobie z nimi radziła.
Wróciła do stolika, przy którym na szczęście nikt już nie siedział. Zadzwoniła po taksówkę, po czym założyła i zapięła płaszcz. Taryfa podjechała pod klub piętnaście minut później. W drodze do domu Dalia jeszcze raz zadzwoniła do brata, ale jego telefon ciągle pozostawał wyłączony.
Nie mogła strząsnąć z siebie wspomnień. Tatuaż na barku bruneta, jej ręka na jego śniadej piersi, polana otoczona lasem, dom, w którym nigdy nie była. Tyle obrazów, które nie chciały się odczepić...
Przeszło jej przez myśl, aby zadzwonić na policję i opowiedzieć o tych dwóch mężczyznach, ale szybko z tego pomysłu zrezygnowała. A co, jeśli to wszystko wydarzyło się w jej głowie? Jeśli nikt jej nie śledził, a ona to wszystko sobie wyobraziła? To nie byłby pierwszy raz. Bez żadnego bezstronnego świadka nie miała szans, by siebie uwiarygodnić.
Ogarnął ją wstyd, że w takiej chwili, kiedy jej brat, jej jedyna rodzina, prawdopodobnie potrzebował pomocy, ona pozwoliła szaleństwu ogarnąć ją na nowo.
Samochód zatrzymał się pod jej kamienicą. Wysiadła i wbiegła na piętro, a potem do mieszkania, gdzie przekręciła w drzwiach wszystkie zamki. Usiadła w przedpokoju na podłodze i powoli, zbierając resztki trzeźwego umysłu, uspokajała się. Oddech za oddechem. Wdech, wydech, wdech, wydech. Trochę lepiej. Mimo to pozostała w tej pozycji, z głową opartą o podciągnięte kolana, jeszcze długi czas. W końcu wślizgnęła się pod kołdrę w sypialnianym łóżku, pozwalając, aby sen odesłał w zapomnienie ten okropny dzień. Bez wątpienia jeden z najgorszych w jej życiu.