Północne widmo. Na skraju burzy. Tom 2 - Agnieszka Sorycz

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Triskelion
W innym wymiarze, na skraju czasu i przestrzeni...
Teowoj oparł się o drzewo i dał sobie chwilę na złapanie oddechu. Podróż do Prawii wyssała z niego ostatnie pokłady energii. Tym razem przejście przez Alatyr kosztowało go o wiele więcej niż tylko gwałtowne przyspieszenie serca i drżenie mięśni. Czuł się osłabiony, wyzuty z wszelkiej energii, mimo że przecież wysiłek fizyczny, który podjął, był niewielki.
Zdjął ciepły, niezbędny o tej porze roku w Jawii skórzany płaszcz i położył go obok drzewa. Tutaj w Prawii nie był potrzebny. W stworzycielskich wymiarach zawsze panowała idealna temperatura.
Raz jeszcze głęboko wciągnął powietrze i nadał swojemu oddechowi odpowiedni rytm.
Stąd zaledwie kilka kroków dzieliło od polany Żywii. Po to tu był. Żeby znowu ją zobaczyć, znowu jej dotknąć. Tak długo już jej nie widział, tak długo... Całe miesiące upłynęły w Jawii od momentu, kiedy zniknęła za bramą swojego wymiaru. Dla niej to był tylko błysk, on jednak czekał już całą wieczność. Nie chciał i nie mógł już jej wyczekiwać ani sekundy dłużej. Ale tym razem nie zamierzał poprzestać jedynie na patrzeniu.
Wszedł bez wahania między drzewa i szybko pokonał resztę drogi do polany. Zatrzymał się dopiero na jej skraju. Nie dlatego, że potrzebował odpoczynku, bo zmęczenie powoli odpływało, a energia w jego ciele się odradzała. Przystanął, ponieważ wśród wysokich, kwiecistych traw łąki wypatrzył Żywię, a widok ten znowu zatrzymał go w miejscu.
Uwielbiał na nią patrzeć szczególnie wtedy, gdy nie była świadoma jego obecności. Nie kontrolowała wówczas swojej natury, nie musiała tego robić. Tutaj, w Prawii, była po prostu Stworzycielką, Żywią, matką wszystkich żywiołów. Najczystszą emanacją tej cudownej energii, którą Stworzyciele nazywali Virem. Energii, której Zaklinacze znali jedynie przedsmak, bo choć zostali stworzeni przez Welesa na podobieństwo Żywii, byli jedynie półistotami, zaledwie cieniami tego, czym była ona.
Niczym zahipnotyzowany patrzył, jak bawi się małymi ognikami. Wypuszczała je ze swoich dłoni i plątała z żywiołem powietrza. Unosiły się, popychane delikatnymi powiewami wiatru, i zaraz do niej powracały. Drobne cząstki ziemi lewitowały nad przepięknymi kwiatami dalii, a na tafli niewielkiego strumienia, który przecinał jej łąkę raz po raz pojawiały się wodne kształty. Matka, która bawi się z dziećmi.
Westchnął cicho, w tym samym momencie przeklinając się w duchu za głupotę. Vir momentalnie zadrgał, ogniki zniknęły, rzeka się uspokoiła, a drobiny ziemi gwałtownie opadły.
Żywia natychmiast odwróciła się w jego stronę, a żywioły schowały się pod jej skórą. Uśmiechnął się, ale nie odwzajemniła uśmiechu. Na jej twarzy zmartwienie przeplatało się ze strachem. Radość, którą zazwyczaj go obdarzała, w tej chwili - jeśli w ogóle w niej była - pozostawała głęboko ukryta.
Teowoj postawił stopy na łące.
- Żywio...
Stworzycielka uniosła dłoń, powstrzymując go przed podejściem bliżej, ale jej nie posłuchał. Nie tym razem. Za bardzo za nią tęsknił, żeby teraz zawrócić. Nie zatrzymał się, dopóki dłoń Żywii nie spoczęła na jego piersi.
- Teowoju, nie możesz tu przychodzić. Następnym razem będę musiała cię ukarać. - W jej głosie brzmiała desperacja i strach, ale Teowoj nie chciał ich słyszeć. Nie chciał niczego słyszeć ani niczego czuć poza tym, co czuł teraz, gdy stał tak blisko Żywii.
- Oddałbym duszę samemu Welesowi, żeby być przy tobie.
Stworzycielka spojrzała na niego jeszcze surowiej.
- Nie wiesz, o czym mówisz - odparła.
Jej cichy, dźwięczny głos przenikał go na wskroś, tak samo jak energia Viru, która wokół niej krążyła. Ujął dłoń Żywii w swoją i - wiedziony bardziej instynktem niż rozumem - dotknął ustami jej ust. Vir przeszył go do granicy bólu. Nie odsunął się jednak nawet o milimetr, ona także nie ruszyła się z miejsca. Widział walkę na jej twarzy, dokładnie taką, jaką od zarania dziejów sam ze sobą toczył. Walkę pomiędzy dobrem a złem, pomiędzy pragnieniem a zbliżającą się nieuchronnie karą.
W końcu Stworzycielka się poddała i zamknęła oczy. Nie powinien był dotykać jej w ten sposób, nie umiał z niej jednak zrezygnować. Była jego przewodnikiem i światłem. To za nią poszedłby w najdalsze zakamarki wymiarów. Po to tylko, by raz jeszcze poczuć pod palcami jej nieskazitelną skórę i spojrzeć w jej jasne, niebieskie oczy.
Żywioły powodowały u niego dreszcze. Zatracał się w pocałunku coraz bardziej i bardziej, niezdolny do ujrzenia świata poza kobietą, którą trzymał w ramionach, poza jej zapachem, dotykiem, głosem. Chciał zatrzymać się w tej chwili już na zawsze, po wieczność trwać upojony energią, która przeszywała jego ciało, gdy stali tak blisko siebie.
Żywia jednak otworzyła oczy.
Nie ujrzał w nich tego, czego się spodziewał i czego pragnął. Dostrzegł tylko przerażenie. Odsunęła się gwałtownie, nie rzuciwszy mu nawet jednego spojrzenia. Jej wzrok sięgał dalej, powyżej jego ramienia, na skraj polany.
Odwrócił głowę, spoglądając w tym samym kierunku, a gdy zobaczył to, co ona, padł na kolana.
Ukryty w półmroku lasu stał Weles. Władca Nawii i Stworzyciel Magii. Ten, który wraz z trzema pozostałymi Stworzycielami pierwszego kręgu ustanowił święte prawo rozdzielności światów. Prawo, które Teowoj złamał po raz kolejny, kiedy przekraczał Alatyr, bramę do innych wymiarów.
Srebrne oczy Stworzyciela lśniły w ciemności tak samo jak tatuaże, które zdobiły jego ciało. Zawieszony na szyi artefakt, medalion o wzorze tak skomplikowanym, że aż niemożliwym do odtworzenia, także rozpraszał mrok srebrem. Gdy Weles w końcu się poruszył, ciemność podążyła wraz z nim. Pomknęła ku niemu i ku Żywii z zawrotną prędkością i Teowoj wiedział, że nie ma już odwrotu, że to, co się za chwilę wydarzy, zmieni jego życie na zawsze.
- Nie dotykaj go! - krzyknęła Żywia i spróbowała zasłonić go swoim ciałem, ale jej na to nie pozwolił. Podniósł się z kolan i stanął u jej boku.
Wszystko, co stało się potem, przykryła mgła bólu. Widział Welesa duszącego Żywię, ale nie mógł nic zrobić. Czuł nóż Stworzyciela na plecach, następnie na gardle, ale był jedynie bezwolną marionetką w rękach siły, z którą nie mógł się mierzyć.
W końcu jego ciało się poddało. Runął bezwładnie na ziemię przepełniony bólem, z jej krzykiem w uszach.
- Złamałaś święte prawo! - grzmiał Weles. - Zostawiłaś pieczęć Księgi Żywiołów wśród ludzi! Nie zasługujesz na litość! To coś, co leży na ziemi, również na nią nie zasługuje. Na początek zabiorę sobie jego duszę. Będziecie odradzać się tylko w Jawii, bez pamięci o tym, kim jesteście. Będziecie brodzić w ludzkiej pogardzie i strachu, aż przypomnisz sobie, Żywie, że twoje miejsce jest wśród Stworzycieli.
Żywia upadła na ziemię tuż obok Tewoja. A on, zanim pochłonęła go ciemność, zanim mrok zabrał mu ostatnią iskierkę nadziei, spojrzał w półmartwe oczy Stworzycielki. Popatrzył na jej nieruchome, zakrwawione, pozbawione żywiołów ciało. Na jej nadgarstek, na którym Weles wyciął nożem kształt jej ukochanego kwiatu dalii. I na samej krawędzi życia, w momencie, w którym wszystko się kończyło, kiedy każdy staje oko w oko ze swoimi czynami, zatrzymany pomiędzy czasem i przestrzenią poczuł, jak zalewa go poczucie winy. Z powodu tego, co jej zrobił, dlatego, że nie potrafił z niej zrezygnować, chociaż go ostrzegała. Był tylko Zaklinaczem, a ona była Stworzycielką. Nie był jej godny, a jednak wyciągnął po nią ręce. Czuł, jak wina wypełnia go całkowicie, przeszywa na wskroś za to, że...
?
?Warszawa, obecnie. Równonoc jesienna
Dalia otworzyła oczy i nabrała gwałtownie powietrza. Leżała we własnym łóżku, w mieszkaniu, które nadal dzieliła z Branem. Żarówka w nocnej lampce mrugała w ciemności, aż w końcu zgasła zupełnie. Kolejne zwarcie. I kolejny senny koszmar.
Miała nadzieję, że po tym, jak w końcu udało im się złamać klątwę, senne mary znikną za bramą Nawii wraz z jej władcą. Stało się jednak inaczej. Sny były bardziej wyraziste, brutalne, a ich bohaterką została ona sama. Widziała swoje żywioły, nad którymi nie miała żadnej kontroli. Ogień popychany przez wiatr sunął przed siebie, paląc wszystko i wszystkich na swojej drodze. Mocowała się z żywiołami, wyczuwała cienkie nici Viru, które ją z nimi łączyły, ale przegrywała. Nieubłaganie przejmowały nad nią władzę. I za każdym razem, gdy nawiedzał ją ten sen, tak jak teraz, w nozdrzach czuła gryzący zapach palących się budynków i drzew, a w uszach słyszała krzyk ludzi.
Odetchnęła raz jeszcze. Pot płynął jej po czole i pomiędzy łopatkami. Cienka piżama, którą nadal nosiła, choć sezon letni już się kończył, była dosłownie nim przesiąknięta. Smród spalenizny, który jeszcze przed chwilą wypalał nozdrza, powoli znikał, w przeciwieństwie do nazbyt realistycznych obrazów, które nie dawały się tak łatwo zepchnąć w niepamięć.
Zrzuciła z siebie koc, pościeliła łóżko, a potem powędrowała do kuchni. Wypicie duszkiem trzech szklanek wody odrobinę pomogło odgonić senne okropieństwa. Stary zegar na ścianie pokazywał już dziesiątą. Bardzo rzadko udawało jej się spać do późna, a jeszcze rzadziej nie słyszeć, jak Branko krząta się przed pracą po mieszkaniu. Jej brat starał się zachowywać cicho, ale rzadko mu to wychodziło. Tym razem przespała nawet jego wyjście.
Otworzyła na oścież kuchenne okno. Powietrze wdarło się do środka, niosąc za sobą odrobinę świeżości, ale daleko było mu jeszcze do jesiennego chłodu. Równonoc zapowiadała się w tym roku wyjątkowo ciepło.
Wypiła jeszcze trochę wody i zjadła śniadanie. Żałowała, że dzisiaj wzięła sobie wolne, bo w Arii zawsze czas płynął szybciej i nie miała szansy na snucie w głowie scenariuszy "co by było gdyby". Po tym, jak Przymierze przerobiło jej kawiarnię na wióry, czas i robota zasadniczo przeciekały jej przez palce - od remontu począwszy, a na pracy na trzy zmiany, żeby jakoś odrobić straty, skończywszy. Na nieszczęście już dawno zaplanowała sobie ten pierwszy od dawna dzień wolny od krzątaniny w Arii i nie mogła nawet zająć rąk i głowy czymś innym niż niechciane sny. No i był jeszcze Teowoj.
Zadzwoniła do niego poprzedniego wieczoru i po raz pierwszy od dziesięciu miesięcy, odkąd zamknęła za Welesem bramę do Nawii, usłyszała w głosie Teowoja nutę nieszczerości.
Z doświadczenia wiedziała, że ta nuta zawsze ma swoją konsekwencję w takiej czy innej postaci. Nie miała pojęcia, czemu powinna ją przypisać. Wszystko układało się między nimi tak dobrze, jak tylko mogło. Choć nie zdecydowała się wprowadzić do domu Sabatu, byli sobie bliżsi niż kiedykolwiek.
A jednak znowu coś się działo.
Z nią na pewno, bo sny, które ją nawiedzały, musiały mieć jakąś przyczynę. Sądząc po ostatniej rozmowie, on również musiał z czymś się zmagać, choć do tej pory z jego ust nie padło ani jedno słowo, które mogłoby tę tezę potwierdzić.
Westchnęła ciężko. Supeł, który od wczoraj miała w żołądku, zacisnął się jeszcze mocniej. Tak czy siak, wieczorem wybierała się do domu Sabatu i miała nadzieję, że Teowoj rozwieje chmury nad jej głową. Jeśli nie słowem, to chociaż gestem.
Tymczasem zabrała się za porządki. Powinna je robić przed każdym głównym sabatem w kole roku, ale zawsze wypadało coś pilniejszego. Miała więc sporo do nadrobienia w sekcji sprzątania. Wieczorem zaś, poza próbą wyciągnięcia z Teowoja tego, co przed nią ukrywał, zamierzała namówić go na równonocny rytuał. Chciała otworzyć przed nim na powrót drogę do Viru, którego unikał od ostatniego Przesilenia.
Zresztą ona również unikała Viru. Dostrzegała w tym ironię, bo przecież była Stworzycielką, istotą na wskroś nim wypełnioną. A jednak, odkąd zatrzasnęła bramę do innych wymiarów, wystrzegała się całego stworzycielskiego świata, włącznie z Virem. Ciągle wyrzucała sobie, że złamanie klątwy zabrało jej tak wiele inkarnacji.
Praca z Virem boleśnie o tym przypominała, dlatego, podobnie jak jej sabatowa rodzina, zaprzestała rytuałów prawie rok temu. Czasem jednak - i była to jedyna teoria, jaką miała - zastanawiała się, czy krwawe sny nie są następstwem odgradzania się od jej własnej natury, bo nawet na jawie żywioły, które miała pod skórą, domagały się uwolnienia. Codzienne odnajdywanie się w "ludzkiej skórze" kosztowało ją więcej, niż sama była gotowa przed sobą i przed Sabatem się przyznać. Każdy wybór miał swoją cenę.
Wielkie sprzątanie zaczęła od salonu, w którym urzędowali z Branem najczęściej, w związku z czym najwięcej było w nim do zrobienia. Potem przeszła ze ścierką i odkurzaczem przez kolejne pomieszczenia. Na sam koniec zostawiła sobie ołtarz, na który przeznaczyła przepiękny, dębowy stół wykonany przez Teowoja. Rozkwitł kwiatami, zapłonął czerwonymi, żółtymi i pomarańczowymi świecami, zapachniał jaśminem, różami i lawendą. Mała namiastka sabatowej łąki, na której zazwyczaj odbywały się rytuały. Była z siebie niezmiernie zadowolona, bo dawno nie poświęciła tyle uwagi dekorowaniu, i zapomniała już, jak wielką przyjemność sprawiały jej takie chwile. Zapachy szybko rozniosły się po całym mieszkaniu, wieńcząc jej dzieło.
Gdy skończyła, zaparzyła kawę i wyjęła z szafki kilka ciasteczek maślanych, które trzymała na czarną godzinę, czyli na chwilę, kiedy w domu nie będzie już absolutnie żadnych słodkich trucizn. Ułożyła wszystko na tacy i powędrowała z nią do gabinetu.
Uruchomiła wysłużony komputer i zabrała się za kontynuację spisywania najnowszych dziejów Sabatu. To była kolejna rzecz, która pozwalała jej zapomnieć o kłopotach ze swoją stworzycielską naturą. Przejęła Historię Zaklinaczy od Radowoja, ale w przeciwieństwie do niego bazgrała jak kura pazurem, wolała więc najpierw uformować swoje myśli w wersji elektronicznej, a dopiero potem przelać je na stronice Księgi Sabatu.
Słowa, które z początku przychodziły wolno, szybko się rozpędziły, dotrzymując tempa wspomnieniom. Godziny mijały i zanim się obejrzała, za swoimi plecami usłyszała głos brata:
- Widzę, że na ostro zabrałaś się do roboty? - Branko zajrzał jej przez ramię.
Odwróciła się i obdarzyła go uśmiechem na powitanie.
- Pisanie mnie uspokaja - odpowiedziała.
- Zamawiam jedzenie. Na co masz ochotę? - Wyciągnął z kieszeni spodni telefon i wybrał odpowiednią aplikację.
Wzruszyła ramionami, bo i tak wiedziała, jak to się skończy. Jeśli chodzi o jedzenie, Branko był dość monotematyczny. Gardził kotletem i pomidorową, za to superpikantne, wypalające kubki smakowe jedzenie z Indii wręcz uwielbiał.
- Coś bez mięsa proszę.
- Tak jest, Stworzycielko! - Zasalutował przesadnie ceremonialnie i zniknął w kuchni.
Wystukała na klawiaturze parę ostatnich wyrazów, zapisała w pamięci komputera swoją pracę i go zamknęła. Przed wyjazdem do domu Sabatu musiała się jeszcze spakować i doprowadzić do porządku. Czyli zdjąć dresy i założyć na siebie coś bardziej odświętnego. W końcu dzisiaj wypadała równonoc.
?
Do domu Sabatu Dalia dotarła tuż po dziewiętnastej, kiedy słońce powoli już zachodziło. Do tego momentu w kole roku w północnej sferze ziemi ciągle jeszcze dominowało światło, ale dziś miało się to zmienić. Czekała na ten moment, a jednocześnie się go bała. Zresztą tak jak cały Sabat. Jawia przechodziła pod opiekę Welesa i zbliżało się Przesilenie. Pierwsze, które dane im będzie przeżyć w spokoju, jednak gdzieś z tyłu głowy czaił się strach.
Nabrała w płuca rześkiego powietrza.
Musiała przyznać, że dom Sabatu o tej porze roku wyglądał po prostu przepięknie. Roślinność nadal bujnie rozrastała się wzdłuż całej ścieżki aż od parkingu i pokrywała prowadzącą do domu altanę, choć widać już było na niej oznaki jesieni. Późne, letnie kwiaty wydzielały wspaniały aromat, który mieszał się z leśnym runem. Na ganku tliły się różnobarwne świece, a ich płomienie drgały, rzucając cienie na drewno. Zapalone kadzidła pachniały styraksem, mirrą i jaśminem. Dzwonki, bujane powiewami wiatru, kołysały się delikatnie i wysyłały w przestrzeń piękną, eteryczną muzykę. Wokół domu wszędzie płonęły pochodnie.
Pchnęła delikatnie uchylone drzwi i zawołała:
- Halo?!
Odpowiedziało jej echo własnego głosu, a później cisza. Weszła do środka i zapaliła światło. Od razu natknęła się na Radowoja. Siedział tam, gdzie ostatnio widywała go najczęściej - na bujanym krześle nieopodal schodów prowadzących na piętro, na którym mieściły się prawie wszystkie sypialnie. Wokół Rada walały się książki. Nawet ich już nie zbierał z podłogi, po prostu leżały rozrzucone, czekając, aż ktoś się nad nimi ulituje i odłoży je na miejsce. Od dawna nie widziała jednak, żeby Rad rzeczywiście coś czytał. Miała również pewność, że od długiego już czasu nie odwiedzał biblioteki, czyli miejsca, w którym niegdyś spędzał większość swoich wolnych chwil.
W zeszłym tygodniu, gdy weszła tam po swoje stare zapiski, półki, księgi i wszystko inne przykrywał kurz, a po sterylności sabatowego konserwantu - maureanie - nie było śladu.
Wypowiedziała jego imię. Mrugnął dwa razy, jakby właśnie otrząsnął się z mało przyjemnego snu, i dopiero wtedy na nią spojrzał. Znowu ogarnęło ją współczucie, tak jak zawsze, gdy patrzyła na jego wychudzone ciało i zapadnięte oczy. Weles podarował mu co prawda życie, ale pozostawił również wspomnienia o tym, co czynił jego rękami innym Zaklinaczom oraz ludziom. Tyle krwi... Tyle niepotrzebnie zmarnowanego życia. Nikomu nie należał się taki los, jaki przypadł w udziale Radowojowi.
Powiesiła płaszcz na wieszaku i położyła torebkę na drewniany stolik postawiony obok najnowszego meblarskiego dzieła Teowoja - wielkiego lustra w przepięknej, dębowej ramie pokrytej rzeźbą do złudzenia przypominającą pnący się bluszcz. Westchnęła głośniej, niż zamierzała.
- Złe wspomnienia? - Rad zacisnął dłonie na brzegach fotela.
Przynajmniej tym razem nie wyszedł na jej widok bez słowa. To był już jakiś postęp.
- Nie. Podziwiam pracę Teowoja. Jesteś głodny? - Starała się nadać swojemu głosowi neutralny ton, choć przychodziło jej to z ogromnym trudem.
- Chcesz mi zrobić kolację? Ty? - Uniósł drwiąco brwi, znowu na chwilę przypominając jej dawnego Rada, z którym kiedyś wiecznie się kłóciła. Po chwili ponownie zobojętniał. Wzruszył ramionami. - Idę do siebie.
- Rad, poczekaj.
Zatrzymał się w miejscu i popatrzył na nią wyczekująco, a Dalia zdała sobie sprawę, że nie bardzo wie, co chciałaby mu powiedzieć. Nie umiała ubrać w słowa tego, co kryło się w jej sercu. Wiedziała z własnego doświadczenia, czym jest wszechogarniające poczucie winy. Jak ściąga w dół i sprowadza życie do wiecznego poszukiwania zadośćuczynienia, które nigdy nie miało nastąpić. Tak bardzo chciała mu pomóc, choć na chwilę zdjąć brzemię, które dźwigał na ramionach, a na które w żadnym wypadku nie zasłużył. Codziennie budziła się z nadzieją, że coś się zmieni, że w końcu Radowoj podejmie walkę lub chociaż próbę uporania się z tym, co się wydarzyło. On jednak nie walczył. Dla niego każdy dzień był gorszy od poprzedniego, a każdy kolejny jedynie nasilał ten stan. W końcu Rad zaczął ją swoją obojętnością przerażać.
- Teowoj już wrócił? - zapytała w końcu.
- Nie. Dzwonił pół godziny temu i mówił, że niedługo będzie. - Odczekał chwilę, po czym odchrząknął. - Coś jeszcze?
Dalia pokręciła głową, choć bolało ją serce, gdy widziała, jak bardzo Rad chce od niej uciec. Martwiła się również z innego powodu, a w domu Sabatu złe przeczucie dopadło ją ze zdwojoną siłą. Udało się jej skutecznie zająć myśli w ciągu dnia, w swoich własnych czterech ścianach, ale tutaj niepewność, którą zasiał w niej Teowoj, nie dawała o sobie zapomnieć.
- Byłem na zakupach. W lodówce jest zapas jedzenia - mruknął Rad, zanim zamknęły się za nim drzwi do gabinetu.
Westchnęła raz jeszcze, odpędzając od siebie złe myśli, i poszła do kuchni. Zajrzała do lodówki, ale nie znalazła niczego, na co miałaby ochotę. Zaparzyła więc wieczorne zioła - mieszankę melisy, rumianku i krwawnika. Nic wyszukanego, ale pomagały jej zasnąć. Zamknęła Alatyr, ale mimo to poczucie zagrożenia nie znikło. Najmocniej dawało o sobie znać właśnie przed zaśnięciem, dlatego lubiła zasypiać koło Teowoja. Bicie jego serca i równy, miarowy oddech ją uspokajały.
Usiadła z filiżanką ziołowego naparu przy stole. Nawet na ten kuchenny mebel zawędrowały książki Rada. Wzięła do ręki pierwszą z nich i przejrzała pobieżnie zawartość napisaną w języku łacińskim. Potem kolejną w agrze, języku, którym posługują się Zaklinacze, i jeszcze kolejną w sanskrycie. Wszystkie dotyczyły tego samego - Drzewa Życia. Obok leżały też notatki Rada na temat Triskelionu, które sądząc po licznych tłustych plamach i rozmazanym tuszu, musiał sporządzić dawno temu. Zmarszczyła czoło. Triskelion pomagał między innymi w pogodzeniu się z rzeczywistością, w zaakceptowaniu błędów przeszłości i zrozumieniu swojej przyszłości. Może jednak się myliła? Może był to rodzaj jakiejś autoterapii, którą Radowoj na sobie stosował? Rozważań typu "poznaj terytorium wroga" i "uporaj się z przeszłością"? Może nawet była to oznaka jakiegoś przełomu, który powoli zaczynał się w nim dokonywać? Szybko jednak doszła do wniosku, że za wcześnie na takie wnioski. Parę ksiąg i jeden magiczny symbol nie czyniły wiosny. Zwłaszcza że to tylko symbol wyrysowany na kartce, a nie związany rytualnie Virem znak, który rzeczywiście miał wartość sprawczą.
Upiła duży łyk ziołowej herbaty i prawie się nią zakrztusiła, widząc w progu kuchni Teowoja.
- Musisz tak robić? - zapytała.
Powinna była już się do tego przyzwyczaić, ale jakoś do tej pory jej się to nie udało. Teowoj poruszał się tak cicho, że rzadko anonsował swoją obecność jakimkolwiek dźwiękiem. Tak samo było i tym razem. Stał oparty o framugę drzwi kuchennych nie wiadomo jak długo, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, i przyglądał jej się swobodnie, podczas gdy ona nie miała o tym zielonego pojęcia.
Jak zwykle na jego widok poczuła przypływ adrenaliny, zastanawiając się jednocześnie, czy ten efekt kiedyś zniknie. Czy staną się po latach jedną z tych par, którą czas nieubłaganie zaprowadzi jedynie do echa dawnej świetności? Gdy patrzyła na niego w tej chwili, taki scenariusz nie wydawał się możliwy. Chciała przytulić się do Teowoja na powitanie, tak jak zwykle to czyniła, ale się pohamowała. Coś w jego spojrzeniu skutecznie ją przed tym powstrzymało.
- Nie muszę, ale mogę - odparł, czym odpłacił jej za ostatni incydent, kiedy to przed jedną ze wspólnych imprez w odruchu niczym nieuzasadnionej zazdrości zrzuciła mu na głowę, oraz na głowę dziewczyny, z którą akurat rozmawiał, pół drzewa liści. Wtedy to ona na to samo pytanie odpowiedziała mu: "Nie muszę, ale mogę".
Jego oblicze było poważne. Uśmiech, który coraz częściej towarzyszył mu w codziennych sytuacjach, tym razem się nie pojawił. Oczywiście ubawiony po pas Teowoj nadal pozostawał poza zasięgiem jej wyobraźni, miała jednak nadzieję, bo wszystko na to wskazywało, że on również powoli zagrzebywał w pamięci horror ich przeszłości. Jeden uśmiech więcej oznaczał jeden poziom zapomnienia wyżej. Teraz jednak po radości nie było śladu. Przeszły ją ciarki, mimo to zmusiła się do zachowania spokoju i nienaciskania na tematy, które miały szansę skończyć się źle.
- Długo czekasz? - zapytał.
Pokręciła głową.
- Może kwadrans.
- Rozmawiałaś z Radem?
- Nie nazwałabym tego rozmową. Wymieniliśmy kilka słów, ale... nie wiem. Myślę, że potrzebna jest mu jakaś profesjonalna pomoc. Nasze założenie, że z czasem będzie lepiej, jak dotąd się nie sprawdziło. Chociaż... Zobacz, co znalazłam na stole. - Wskazała na książki. - Może jest to jakieś światło w tunelu?
Teo podszedł do stołu i rzucił okiem na stos woluminów.
- Może - mruknął, nie podejmując tematu.
Podszedł do szafki, wyjął z niej kubek i włączył zaparzacz do kawy. Ponownie przeszedł ją dreszcz, a kolejna niesprecyzowana myśl pojawiła się z tyłu jej głowy.
- Zamierzasz mnie tak zabawiać przez całą noc? - Postawiła na żart, mimo że widmo nadchodzącej katastrofy zawisło nad nią niczym sęp czekający na swoją ofiarę. Coś było nie tak. Nie miała oczywiście daru jasnowidztwa, nie umiała też czytać w myślach, ale intuicja nigdy jej do tej pory nie zmyliła.
- Muszę wracać do zakładu - odpowiedział spokojnie, ale w jego głosie kryło się uderzenie pioruna. Nie słyszała tego tonu, tej burzy od... No cóż, nie słyszała jej od prawie roku. W jej głowie rozbrzmiał alarm.
- Coś się stało? - zapytała.
Wzdrygnął się, jakby przeszył go dreszcz. Minęła chwila, zanim odpowiedział:
- Mam duże zamówienie, które powinienem skończyć w przyszłym tygodniu.
Przyglądała mu się uważnie, próbując dostrzec cokolwiek ponad to, co zawarł w słowach, ale równie dobrze mogła gapić się w marmurowy posąg. Teowoj był fantastycznym kłamcą, jeżeli mu na tym zależało. A teraz kłamał w żywe oczy. Nie rozumiała tylko, dlaczego to się działo. Dotychczas tego nie robił. Nigdy. Nawet wtedy, gdy klątwa wisiała nad nimi jak ciężki topór. Bywał dla niej szorstki, omijał niewygodne dla siebie tematy, a czasami, gdy sytuacja tego wymagała, potrafił być okrutny, jednak nigdy nie jej okłamywał.
Wstała od stołu, czując, jak gwałtownie skacze jej ciśnienie.
- Czyli nie zamierzasz mi wytłumaczyć, o co ci chodzi? Będziemy znowu przerabiać niedopowiedzenia i półprawdy? - Żywioły pod jej skórą zafalowały nagle. Na szczęście zdołała nad nimi zapanować, zanim wypełzły na powierzchnię.
Odpowiedziała jej cisza. I chłód w akompaniamencie burzy, która powoli wychodziła z jego ciała. Energia, której nie spodziewała się ujrzeć nawet za tysiąc lat. Nie po tym, co razem przeszli. Był jej winien coś więcej niż tylko oschły ton i zdawkowa wymiana zdań. Gniew rozgościł się pomiędzy nimi na dobre.
- No cóż, szkoda, że nie zadzwoniłeś i nie przekazałeś mi tej rewelacji wcześniej. Znalazłabym lepszy sposób na wykorzystanie piątkowego wieczoru niż jeżdżenie w tę i z powrotem po lesie. - Starała się odpowiedzieć spokojnie, ale nie do końca jej się to udało.
Wstawiła kubek do zmywarki i wyszła do holu. Teowoj co prawda podążył za nią, ale nadal milczał jak zaklęty. Nie próbował jej zatrzymać słowem lub gestem. Nie próbował w żaden sposób zmienić tej sytuacji, zburzyć muru, który między nimi narastał. Założyła płaszcz, czując na ramionach ciężar rozmiaru amazońskiej puszczy, a on nie powiedział ani nie zrobił absolutnie niczego, by to zmienić.
Nie rozumiała, co się właśnie działo, ale musiała wyjść, żeby trochę ochłonąć. Musiała opuścić za ciasne nagle wnętrze domu Sabatu, by opanować żywioły, które domagały się wolności. Milczenie Teowoja mogło oznaczać tylko jedno - on także chciał, aby stąd zniknęła. Rzuciła mu w drzwiach ostatnie spojrzenie, podczas gdy on stał z rękami w kieszeniach, ze zwieszoną głową, nawet już na nią nie patrząc. Zachowywał się jak ktoś zupełnie obcy i w niczym nie przypominał mężczyzny, który wypełniał jej myśli od momentu, kiedy po raz pierwszy go ujrzała. Cicho zamknęła za sobą drzwi i poszła do samochodu, nie oglądając się za siebie. Nie był to pierwszy raz, kiedy musiała skorzystać z treningu śmierci emocjonalnej, jaki zafundowała sobie w młodości. Kilka szybkich wdechów i wydechów później wróciła do jako takiej równowagi. Odpaliła silnik i ruszyła wyboistą leśną ścieżką z powrotem do Warszawy. Nie chciała już dzisiaj myśleć o Teowoju. Potrzebowała wrócić na chwilę do normalności. O konsekwencjach tego, co się właśnie wydarzyło, zamierzała pomyśleć jutro, kiedy będzie całkowicie spokojna. Miała zamiar skierować się prosto do domu, ale przypomniała sobie, że Bran wyjechał w delegację. Nie chciała wracać do pustych ścian, chwyciła więc za telefon i wybrała numer do Pauliny, po czym włączyła tryb głośnomówiący. Przyjaciółka odebrała już po pierwszym sygnale.
- Ziemia się zatrzymała, a ja tego nie zauważyłam? A może jakaś inna zaraza ma się wydarzyć?
No cóż. Sama doprowadziła do tego, że przez ostatnie miesiące widziały się z Pauliną zaledwie kilka razy. Po części dlatego, że Dalię nadal przygniatały wyrzuty sumienia z powodu wydarzeń związanych z Teowojem. Paulina nie pamiętała, że to on zaatakował ją nożem. Dalia zadbała o to, by nie pamiętała niczego z tamtego feralnego wieczoru, gdy jej przyjaciółka leżała jeszcze w szpitalu. Weszła w skórę Żywii i zabrała jej bolesne wspomnienia, wykorzystując jedno z zaklęć z Księgi Żywiołów. Nie żałowała tej decyzji, ponieważ wiedziała, że nie miała innego wyjścia. Nie mogła dopuścić do tego, by Teowoj wylądował w więzieniu za czyn, którego jego rękami dopuścił się Weles. Dlatego zaimplementowała Paulinie myśl, że zaatakował ją nieznany nożownik. Jednak za każdym razem, gdy patrzyła przyjaciółce w oczy, jej własne półprawdy ją dusiły. Pocieszenie znajdowała jedynie w tym, że Paulina dość szybko się pozbierała po tamtym wieczorze i prawie bez problemu wróciła do dawnego życia. Prawie, bo nadal po zmroku wszędzie chodziła w towarzystwie swojego chłopaka, nigdy zaś sama.
- Nie, po prostu się za tobą stęskniłam. Jesteś gdzieś na mieście? Chętnie dołączę.
W tym stwierdzeniu akurat półprawdy nie było. Skoncentrowała się na odbudowie Arii. Natomiast weekendy spędzała z Teowojem w domu Sabatu, próbując nadrobić te wszystkie stracone życia, te ulotne momenty, które w końcu mogli przeżywać we dwoje. Z Pauliną, choć bardzo się starała, ostatni raz widziała się dwa miesiące temu.
- Jesteśmy - poprawiła ją przyjaciółka. - Na razie w centrum, ale później jedziemy do klubu gdzieś na Mokotowie. Adam ma jakieś bilety. Gdzie do nas dołączysz?
Dalia spojrzała na zegarek i zrobiła w głowie szybką kalkulację. Dochodziła dziewiąta trzydzieści. Musiała jeszcze zostawić samochód pod domem, a potem wrócić do centrum. Powinna jednak zdążyć do klubu, zanim do niego dotrą.
- Wyślij mi tylko info, w którym barze jesteście, ok?
Chwilę potem dźwięk wiadomości, mimo że dość cichy, przebił się przez hałas pracującego silnika samochodu.
Rozłączyła się i przyspieszyła na obwodnicy, żeby jak najszybciej mieć już tę podróż za sobą. W domu szybko przebrała się w niebieską, obcisłą sukienkę i założyła skórzaną kurtkę. Na stopy wsunęła szpilki. Makijaż nadal wyglądał w porządku, więc przeciągnęła tylko usta czerwoną szminką, raz jeszcze pociągnęła tuszem rzęsy i zamówiła taksówkę. Przed wyjściem przyjrzała się sobie w lustrze - procent Żywii w Dalii zredukował się prawie do zera. Wyglądała dokładnie tak, jak się prezentowała, zanim poznała swoją przeszłość. Jak Dalia, właścicielka Arii i okazjonalna bywalczyni warszawskich klubów. I mniej więcej o to jej w tej chwili chodziło.
Czterdzieści minut później dojechała na umówione miejsce spotkania.
- No jesteś wreszcie! - zawołała Paulina i wyściskała ją na powitanie.
- Biegłam, jak mogłam najszybciej. - Dalia przywitała się z Adamem. - Jak ci się mieszka z tą zołzą?
Paulina sprzedała jej kuksańca w ramię i jeszcze raz ją wyściskała. Dalia bardzo się ucieszyła na wieść o tym, że ta dwójka zamieszkała razem i jej przyjaciółka nie była już sama. Wyglądało na to, że póki co oboje tej decyzji nie żałowali.
Przywitała się z resztą znajomych i usiadła przy stoliku. Pomysł z wyjściem do klubu okazał się strzałem w dziesiątkę. Już na sam widok innych ludzi i kawałka miasta poczuła się lepiej.
- A gdzie jest twój groźny chłopak? - Głos Pauliny zadrżał nieznacznie. Widzieli się z Teowojem w ciągu ostatnich kilku miesięcy zaledwie trzy razy i za każdym powtarzała się ta sama sytuacja - mimo że nie pamiętała ataku Teowoja, intuicyjnie się go obawiała. Wymazywanie fragmentów pamięci nie obejmowało emocji, które związane były z życiowymi doświadczeniami. Umysł nie pamiętał, ale ciało nie zapomniało.
- W pracy - odparła najspokojniej, jak tylko w tych okolicznościach mogła, ale nie zabrzmiała tak szczerze, jak tego chciała.
Brwi Pauliny powędrowały do góry.
- W pracy? W piątek wieczorem? Chyba mamy o czym pogadać.
- Mogę? - Dalia i sięgnęła szybko po kieliszek czerwonego wina, który stał na stole, zanim temat zszedł na gdybanie.
Wypiła wino duszkiem. Na szczęście nie musiała się martwić o kaca, bo w domu miała zapas mikstury, którą przygotowała dla wszystkich Zaklinaczy Nikolina. Mikstura działała przede wszystkim na drobne przeziębienia, ale z kacem również radziła sobie znakomicie. Mgła, utrudniająca życie zdrowemu rozsądkowi, nadeszła bardzo szybko. O konsekwencjach odreagowywania zamierzała pomyśleć dopiero później.
?
Teowoj czuł się jak ostatni sukinsyn. Znowu. Doskonale wiedział, jakiego rodzaju skojarzenia wywoła w Dalii swoim zachowaniem, jednak nie miał innego wyjścia. Nie mógł już patrzeć na powolną śmierć brata, która z dnia na dzień stawała się coraz bardziej oczywista. Bo od śmierci dzielił Radowoja jedynie sam jej akt. Jeszcze tydzień temu Teowoj nie uwierzyłby, że tak się to wszystko potoczy. Jedna rozmowa wystarczyła, by znowu stanął na krawędzi świata, którego dłużej nie chciał być częścią. Kiedy jednak brat przyszedł do niego po raz pierwszy, prosząc o pomoc, Teo nie mógł mu odmówić. I choć robiło się mu niedobrze na samą myśl o tym, do czego będzie musiał się posunąć, zanim to wszystko się skończy, nie mógł zostawić go samego.
Żałował, że pozwolił Dalii przyjechać do domu Sabatu. Powinien był znaleźć jakąś wymówkę i po prostu wyruszyć z Radem, bez pożegnania. A jednak nie potrafił tak po prostu jej opuścić. Musiał ją zobaczyć ten ostatni raz. Szczególnie w taki wieczór jak dzisiaj, kiedy tak mocno emanowała Virem. Musiał utrwalić sobie wszystkie szczegóły jej twarzy, jej ciała, zanim na nowo jego życie ogarnie chaos. Dziesięć miesięcy. Tylko tyle było im dane przeżyć w spokoju. Tak okrutnie niewiele.
- Jesteś pewien, że chcesz iść ze mną? - Rad stanął przed nim. - Ona ci tego nigdy nie wybaczy. Nie mogłaby, nawet gdyby chciała.
Teowoj spojrzał na brata. Na jego wychudzone dłonie i zapadniętą twarz. Na siniaki pod oczami i kilkutygodniowy zarost. Miał przed sobą cień człowieka, cień woja, który niegdyś brał na siebie odpowiedzialność za cały Sabat.
- Na pewno wiesz, gdzie jechać? - zapytał, zamiast odpowiedzieć.
Rad zamknął na chwilę oczy.
- Widzę to miejsce, a przynajmniej tak mi się wydaje, że to ono. Sprawdziłem na mapie. Znajduje się gdzieś w okolicach Białowieży, w środku lasu - przerwał na chwilę, chwytając się za głowę. - Te obrazy są tak cholernie chaotyczne, że chce mi się od nich rzygać.
Tylko tyle mieli na początek drogi. Strzępki pamięci Welesa, zaledwie ułamek jego nieskończonej wiedzy w umyśle Radowoja.
- Co mam do siebie przepakować? - rzucił Teowoj.
- Śpiwór i część ziół - odparł brat. - Wszystko czeka w moim gabinecie. Zabrałeś nóż?
- Zabrałem! - krzyknął w odpowiedzi już ze schodów.
Pozostawało mu jeszcze jedno. Pożegnanie.
Poszedł na górę do sypialni, którą dzielił z Dalią. Usiadł na łóżku i wziął do ręki Zwierciadlaną Zagadkę. Przez chwilę obracał ją w dłoniach, przypominając sobie, jak się czuł, gdy zobaczył to wydanie w jej sypialni. W miejscu, gdzie zawsze trzymała swoje najcenniejsze książki, do których lubiła wracać. Tak jak robiła to w każdej ze swoich inkarnacji. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o tym, jak bardzo Weles musiał się wkurzyć, gdy zobaczył wpisaną przez niego dedykację: "Wieczność nie jest tym, czym każdy myśli, że jest, ale to nieważne. Ważne, że nas uwzględnia".
Związał rytualnie tę dedykację i wlał w nią całą miłość, całą czułość, jaką miał dla Dalii. Stała się intencją, która spowodowała, że książka w kolejnej inkarnacji odnalazła swoją właścicielkę. Artefakty Sabatu zawsze wracały do Sabatu.
Przesunął wzrokiem po sypialni. W tym miejscu, wypełnionym jej zapachem, jej śmiechem, przeznaczonym tylko dla jego uszu, istniały wyłącznie dobre wspomnienia. To one pomogły mu przetrwać tyle wieków klątwy. Skupić się na tym, co było ważne. A teraz...
Przesunął dłonią po dedykacji raz jeszcze, a potem odłożył książkę na miejsce. Zanim wyszedł, zawiesił na szyi swój sigil oraz zabrał kilka ostatnich drobiazgów.
Radowoj czekał już na niego w gabinecie. Dochodziła dwudziesta pierwsza.
- Jesteś pewien, że się nie spóźnimy? - odezwał się Teowoj.
- Niczego nie jestem pewien. Jedyne, co mam w głowie, to te pieprzone przebłyski.
Teo włożył na siebie skórzaną kurtkę, chociaż na dworze nadal było ciepło. Miał w niej specjalne kieszenie na noże, które w takich sytuacjach zaskakująco często okazywały się przydatne. Gdy uznali, że spakowali wszystko, czego potrzebują lub są w stanie przewidzieć, od razu udali się do zaparkowanego przed samym wejściem samochodu.
Ruszyli bez zwłoki. Jechali w ciszy, ale Teowojowi to nie przeszkadzało. Wolał skrupulatnie przemyśleć różne scenariusze i sytuacje, które mogły ich spotkać. W zasadzie żaden z braci nie odezwał się do momentu, aż zjechali z drogi prowadzącej z Hajnówki do Białowieży i zaparkowali samochód przy jednym z leśnych zjazdów. Wystarczająco głęboko w gęstwinie drzew, żeby nie było go widać z drogi. Wysiedli z auta i wyjęli z bagażnika plecaki.
- Którędy? - odezwał się Teo.
Rad wyciągnął telefon i wpisał lokalizację w GPS-ie.
- Według współrzędnych mamy czterdzieści minut spaceru, jeśli nawigacja w tym miejscu dobrze działa.
Powinni zdążyć na styk przed północą, o ile po drodze nie zabłądzą.
- W takim razie prowadź. - Teowoj udał się w ślad za bratem.
W lesie było parę stopni chłodniej niż w Warszawie, skórzana kurtka, którą miał na sobie, szybko przestała mu przeszkadzać. Drzewa w tej okolicy rosły tak gęsto, że wokół panowała całkowita ciemność. Widzieli jedynie fragment drogi oświetlany przez snop światła latarki. Nawigacja poprowadziła ich wąską, leśną ścieżką, praktycznie w całości porośniętą roślinnością. Ścieżka zwężała się i zwężała, aż w końcu zeszli z niej całkowicie. Gdzieś w oddali raz po raz trzaskały gałęzie. Zapewne przemykały tamtędy nocne zwierzęta, które wyszły na łowy. Gdzieś indziej pohukiwała sowa. Las pachniał świeżością i leśnym runem. W innych okolicznościach cieszyłby się z leśnej, nocnej szwendaczki, bo zawsze takie uwielbiał, jednak ten wieczór różnił się od pozostałych.
W końcu Rad się zatrzymał.
- To chyba tutaj. - Wskazał latarką przestrzeń pomiędzy drzewami.
Teowoj zmrużył oczy. Drzewa rosły w tym miejscu w dwóch równych rzędach i tworzyły szpaler. Martwy szpaler, którego korony nie miały igieł. Między ciasnymi rzędami ledwie mieściła się jedna osoba. Teo przecisnął się przez przejście jako pierwszy. Widok, który ujrzał na końcu, niesamowicie go zaskoczył. Ostatnie dwa drzewa różniły się bowiem od reszty. Znajdowały się w pewnej odległości od pozostałych, gdzie rosły na niewielkiej polanie. Ich korony pokrywała żywa zieleń, nawet w najmniejszym stopniu nietknięta jeszcze przez jesień. Wokół pni owijały się pnącza, zbyt bujne jak na tę szerokość geograficzną. Żadnego z nich Teowoj nie rozpoznał. Nie to jednak było najdziwniejsze, w końcu istniały rozmaite rośliny, a Sabat, choć miał ogromną kolektywną wiedzę na ich temat, nie mógł wiedzieć wszystkiego. Dziwne było to, co znajdowało się pomiędzy drzewami. Zielonkawa, drgająca materia, prawie niewidoczna dla niewprawnego oka, ale dla Zaklinacza niemożliwa do przeoczenia. W dodatku świetliki, które przecież rodziły się i umierały tylko na początku lata, w tym miejscu nagromadziły się całymi chmarami do tego stopnia, że nie potrzebowali już latarki.
To było to. Ściana Viru oddzielająca wymiary. Cienka niczym najdelikatniejsza tkanina. Aż do tego momentu nie wierzył do końca, że znajdą to przejście. Aż do tej chwili nie zakładał nawet, że ono istnieje. Weles zostawił w głowie Rada tak wielki chaos, że nie sposób było na jego wspomnieniach polegać. Rozróżnienie w nich prawdy od kłamstwa stanowiło nie lada wyzwanie. A jednak jego brat miał rację.
Teowoj podszedł bliżej i położył na drgającej ścianie obie dłonie. Znajome wibracje Viru natychmiast przeszyły każdy nerw w jego ciele, niemożliwie intensywnie, do bólu. Ziemia pod ich stopami drżała lekko, przepełniona energią, tak samo jak powietrze w tym niezwykłym miejscu. Miał wrażenie, że jest ono gęstsze, zjadliwsze, na tyle duszne, że oddychanie przychodziło mu z trudem. Nie miał już żadnych wątpliwości, że właśnie tego szukali.
- Ile jest takich miejsc? - Odwrócił się do brata.
Rad wzruszył ramionami.
- Nie wiem, ale to nie jest jedyne. Pojawiają się na kilka godzin przed wielkimi sabatami i znikają po północy. Nic innego o nich nie znalazłem poza tym, że jeśli gdzieś mamy szansę się wbić, to tylko tutaj i tylko teraz. - Rad wyjął z plecaka zioła i rozpoczął usypywanie Triskelionu, jedynego symbolu, który łącząc przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, miał szansę zadziałać. Nie mieli oczywiście co do tego pewności, bo niczego nie mogli przewidzieć. Dysponowali jedynie ograniczoną wiedzą i niedocenianą w świecie ludzkim intuicją, której Teowoj nie lubił ignorować. Za każdym razem, gdy to czynił, coś działo się nie po jego myśli.
Wyciągnął z kieszeni kurtki nóż. Unikał go od Przesilenia, tak jak wszystkiego, co wiązało się z przeszłością. Tej nie da się jednak zapomnieć. Zawsze wraca i wali w gębę w najmniej oczekiwanym momencie. Westchnął cicho i przyjrzał się raz jeszcze masywnej rękojeści, kawałkowi ozdobionej kamieniami księżycowymi stali. Nie była to jednak zwykła stal - od rękojeści płynął lodowaty ziąb, ale kamienie, które ją zdobiły, dla odmiany pulsowały ciepłem. Nóż był też zadziwiająco lekki, jak na swą wielkość, i tak ostry, że za pierwszym razem ,gdy go dotknął, dotkliwie się skaleczył.
Obserwował go przez dłuższą chwilę, tak jak miał to w zwyczaju, kiedy musiał być ze swoimi myślami tu i teraz. Gdy był zmuszony zatrzymać się w czasie i nie skupiać się na niczym innym, tylko na zadaniu, które miał do wykonania. Zablokował w sobie wszystkie myśli dotyczące Dalii, choć ciągle czuł jej zapach, słyszał głos i widział ją nagą w ich wspólnym łóżku.
- Skończyłeś już? - Skoncentrował się na bracie.
Rad pokiwał głową.
- Prawie. A przynajmniej taką mam nadzieję. Nigdy wcześniej tego nie robiłem.
Radowoj odsunął się od ściany i zmarszczył czoło, jakby chciał ocenić swoje dzieło. Triskelion wyszedł dość krzywo, ale Teo nie sądził, żeby to miało jakieś znaczenie. Pochylił się i dotknął symbolu. Lepił się od mieszaniny olejków, którymi jego brat skropił zioła. Rozpoczęli inkantację. Po chwili zioła pokryły się materią ulepioną z tej samej gliny co ściana Viru. Symbol mienił się delikatnie i pachniał na tyle intensywnie, że wygrywał z zapachem lasu i ostatniego dnia lata.
- Dobiega północ. - Teowoj ponaglił brata.
Rad rozlał miksturę na bazie obniżającej tętno naparstnicy do dwóch metalowych kubków i jeden z nich wręczył Teowojowi. Ten powąchał zawartość. Śmierdziało gorzej niż dareana, mikstura na gorączkę i infekcje, i zdecydowanie gorzej niż młot, specyfik spod ręki Nikoliny, który zmuszał serce do intensywnej pracy. Młot był brutalny, ale w miarę bezpieczny. Za to mieszanina Rada pachniała jak śmierć, ale w teorii miała im pomóc w przetrwaniu gwałtownego spotkania z Virem.
Co do tego, że będzie brutalnie, Teowoj nie miał żadnych wątpliwości. Za każdym razem, gdy zadzierał z Virem, dosięgały go dotkliwe konsekwencje. Ludzkie ciało, nawet jeśli płynęła w nim krew Zaklinaczy, po prostu nie wytrzymywało tak wielkiego natężenia energii. W tym konkretnym przypadku był jeszcze jeden mały szkopuł - gasili ogień ogniem, bo mikstura miała sztucznie zwolnić pracę serca, a tym samym nie dopuścić do zawału. Działała dokładnie odwrotnie do młota, ale nikt jej wcześniej nie testował. Ryzyko jej zażycia było więc ogromne.
- Jesteś pewien, że tętno nie spadnie poniżej minimalnej granicy?
- Nie jestem - odparł krótko Rad. - Niczego nie jestem pewien, bo nigdy dotąd tego nie robiłem. Możesz nie pić i iść na żywioł. Zobaczymy, któremu z nas uda się przeżyć. Bez wyjątków.
Teowoj poczuł, że adrenalina wkroczyła do akcji, a jego serce pobijało kolejne rekordy szybkości.
Zamknął na chwilę oczy, ale szybko je otworzył, popędzany wizjami, które pojawiały się pod zamkniętymi powiekami. Obrazami, których mógł już nigdy nie ujrzeć. Odetchnął głęboko po raz ostatni. Decyzje zostały podjęte. Powrotów nie było.
- Na zdrowie. - Stuknął swoim kubkiem o kubek brata i wychylił go do dna, z trudnością hamując wymioty.
Rad poszedł w jego ślady. Z każdą upływającą sekundą materia Viru pomiędzy drzewami bladła, nie mieli więc już czasu. Teowojowi zrobiło się potwornie zimno, jego serce niebezpiecznie zwolniło i biło w nienaturalnym, sztucznie pompowanym przez sabatowe zioła rytmie. Mikstura zaczynała działać. Bez dalszej zwłoki uniósł nóż Łowcy, jedyną fizyczną pamiątkę, jaką zostawił po sobie w ludzkim wymiarze Weles, i wbił go z całej siły w ścianę tuż nad granicą Triskelionu. Fala energii, która napłynęła chwilę potem, zmiotła ich obu z nóg i pozostawiła na ziemi w agonii i bólu.
?
Zegar nad taksometrem wskazywał prawie północ. Dalia ostatecznie nie zdecydowała się na pójście do klubu, do którego wybierali się Paulina z Adamem. Nie skusiła się też na kolejne drinki, które z uporem proponował jej jeden z jego kolegów. Chciała położyć się spać, mając nadzieję, że gdy się obudzi, wszystko wróci do normy. O ile norma miała w jej życiu jakiekolwiek zastosowanie, bo nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie zakładała, że wrócą z Teowojem do punktu wyjścia. Do momentu, w którym żadne z nich nie rozumiało drugiego. Ścisnęła obie dłonie w pięści, próbując opanować drżenie. Na pewno istniało jakieś sensowne wyjaśnienie jego zachowania. Oboje byli przecież dorośli i potrafili ze sobą rozmawiać lepiej niż większość ludzi. Jakoś przez to przejdą, czymkolwiek to "coś" było. Razem, tak jak przez całe wieki. Zawsze ze wszystkim radzili sobie we dwoje. Rano zamierzała jechać do warsztatu Teowoja i zapytać go, o co, do diabła, mu chodziło. Tymczasem nie chciała więcej tego roztrząsać, bo rozmyślanie o nim doprowadzało ją do szaleństwa.
Samochód zatrzymał się tuż przed jej kamienicą. Wyciągnęła odliczoną kwotę z portfela i rozliczyła się z taksówkarzem, a potem pobiegła na piętro do swojego mieszkania. Nie zdążyła jednak pokonać nawet połowy schodów, gdy Vir uderzył w nią z taką siłą, że przewrócił ją na podłogę. Upadła na zimne kafle klatki schodowej i złapała się za głowę. Vir przyspieszał, wyzwalając tak wielkie pokłady energii, że wszystko wokół niej drżało. Jej ciało również drgało w konwulsjach, smagane raz po raz falami mocy Viru. Żywioły wydostały się spod jej skóry i osaczały ją, odbierając resztki tlenu. Huragan szalał nad głową, woda płynęła po ścianach i po podłodze, a trzaski w kontakcie i lampie dopełniały obrazu chaosu. Resztkami sił, jakie jeszcze miała w mięśniach, podniosła się na kolana, uniosła ramiona wysoko do góry i zaczęła zaklinać. Próbowała odpowiednio skanalizować Vir, żeby sobie z nim poradzić. Nigdy jeszcze niczego takiego nie doświadczyła. Zawsze był potężny, ale nigdy nie obracał swojej potęgi przeciwko Stworzycielom. Teraz z trudem utrzymywała się na kolanach, a jej słowa równie ciężko przebijały się przez kakofonię dźwięków niesionych przez żywioły. Krzyczała już tak głośno, że bolało ją gardło. Huragan smagał jej włosy i gdzieś w oddali, między łomotem wichury a swoim głosem, słyszała... krzyki? Ludzkie krzyki?
Wszystko ucichło tak nagle, jak się rozpoczęło. Huragan, pioruny, woda skraplająca się na ścianach, wszystko zniknęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Kolana nie chciały dłużej jej utrzymywać i osunęła się na podłogę, oddychając jak po maratońskim biegu i na próżno szukając palcami ziemi. Świat powoli wracał do normy, rytm serca zwalniał, oddech wyrównywał się z każdą upływającą minutą. Usłyszała zza zamkniętych drzwi ciche rozmowy sąsiadów, ale nikt do niej nie wyszedł. Wcale im się nie dziwiła po tym, co się tu stało.
Z wysiłkiem wczołgała się do mieszkania. Żałowała, że Bran znowu wyjechał, bo nadal był dla niej kotwicą w jawieńskiej rzeczywistości. A to, co się przed chwilą wydarzyło, dalekie było od tego, co jest w tym wymiarze rzeczywiste i nie wróżyło nic dobrego. Wyciągnęła z torby telefon tylko po to, żeby się przekonać, że nie miała żadnych wieści od Teowoja. Wybrała jego numer. Po kilku sygnałach włączyła się automatyczna sekretarka. Ponowiła próbę, ale z takim samym rezultatem. Może jeszcze spał? Nie. Odebrałby od niej połączenie, bo wiedziałby, że skoro dzwoni w środku nocy po tym, jak ją potraktował, to robi to z ważnego powodu.
Posiedziała jeszcze chwilę w przedpokoju, czekając, aż odzyska kontrolę nad sobą, a następnie poszła do kuchni i wyciągnęła z szafki butelkę z miksturą od Nikoliny. Musiała pozbyć się z organizmu resztek alkoholu i uciec z ramion kaca. Wylała kilka kropel specyfiku na język i natychmiast popiła go wodą z kranu. Po kwadransie znów całkowicie się kontrolowała. Sięgnęła raz jeszcze po telefon i tym razem zadzwoniła do Rada. Czekało ją jednak kolejne rozczarowanie - u niego także włączyła się sekretarka. Spróbowała ponownie. Nic się nie zmieniło. Złapała kluczyki od samochodu i wybiegła na dwór. Kierowała się bardziej przeczuciem niż zdrowym rozsądkiem, bo fakt, że ktoś nie odebrał w nocy telefonu, nie był niczym niespotykanym. Większość ludzi o tej porze już spała.
Drogę pokonywała prawie na pamięć, kompletnie nie rejestrując rzeczywistości wokół siebie. Myślała jedynie o tym, żeby jak najszybciej upewnić się, że z Teowojem nie działo się nic złego. Najpierw pojechała do jego mokotowskiego apartamentu, ale zastała jedynie zamknięte na głucho drzwi. Zamiast uczucia ulgi, ponieważ nikt u niego nie nocował, poczuła jeszcze większą trwogę. Do tej pory Teowoj na pewno skończył już pracę, a zawsze tu wracał, gdy zostawał w swoim warsztacie do późna. Nie było możliwości, by nie usłyszał, jak waliła w drzwi, bo sypiał bardzo czujnie. Wróciła do samochodu i pognała do domu Sabatu. Szybka jazda zazwyczaj ją stresowała, ale teraz ledwie zwracała uwagę na prędkościomierz i rozmieszczone gęsto radary. Do parkingu przy domu Sabatu dotarła w rekordowym tempie i od razu pobiegła na oślep przez las, nie zawracając sobie głowy latarką pomimo panujących wokół ciemności czy tego, że co chwilę się potykała.
Świece, które jeszcze kilka godzin temu paliły się na ganku, były pogaszone. Gdy podeszła do głównych drzwi i nacisnęła na klamkę, ustąpiły bez żadnego oporu. Weszła do środka najciszej, jak umiała, przeszła do kuchni, zapaliła światło i przez moment nasłuchiwała. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy stąd odjeżdżała, i tak jak ten dom wyglądał każdej nocy. Otaczała ją kompletna cisza, a jedynym dźwiękiem unoszącym się w pomieszczeniu były odgłosy pracującej lodówki. Na stole leżały te same co wcześniej księgi, a w zlewie nieumyte po kolacji naczynia. Odruchowo włożyła je do zmywarki i poszła na górę. Najpierw zajrzała do ich wspólnej sypialni, ale zastała tam jedynie pustkę. Sypialnia, której wcześniej używał Teowoj, była zamknięta, wiedziała jednak, gdzie znaleźć zapasowy klucz. Sięgnęła za drewnianą płaskorzeźbę na ścianie i go wyciągnęła.
W pokoju panował umiarkowany bałagan, jakby Teowoj czegoś szukał, ale nie zdążył odłożyć wszystkiego na miejsce. Kolejna rzecz, która w tej sytuacji się nie zgadzała. Teo miał ascetyczne podejście do przestrzeni, w której mieszkał. Nie lubił niczego gromadzić i wszystko miało swój określony porządek. Teraz jednak wyglądało to inaczej. Otworzyła szafę i przejrzała jej zawartość. Większość ubrań była na miejscu, ale jedna rzecz się zmieniła - skrzynia na dnie szafy, w której trzymał broń, była otwarta na oścież. Nie znała żadnego powodu, dla którego miałby jej teraz użyć. Zamknęła przecież Alatyr i nic nie miało prawa się stamtąd przedostać. Ani w jedną, ani w drugą stronę. Była tego pewna. W końcu znała przecież konstrukt wymiarów, nawet jeśli to nie ona je budowała.
Przeszła wzdłuż korytarza i pokój po pokoju przeszukała dom, ale znalazła jedynie pustkę. W bibliotece słyszała wyłącznie stukot własnych butów o drewnianą posadzkę. Nic. Cisza. Ostatnim pomieszczeniem, w którym miała nadzieję znaleźć właścicieli domu lub jakikolwiek ślad ich obecności, był gabinet Rada.
Zeszła z powrotem na parter. Zapaliła w gabinecie światło i serce podeszło jej do gardła. Panował w nim absolutny chaos, wszędzie walały się książki i papiery, nad którymi unosił się delikatny zapach maureany w akompaniamencie zgniłego jedzenia. Rad zawsze miał skłonność do rozrzucania książek, ale to... To wyglądało, jakby pokój nie był sprzątany od wieków. Nie wchodziła tu wcześniej, bo szanowała prywatność obu mężczyzn, a Rad zawsze zamykał swój gabinet na cztery spusty albo się w nim po prostu chował, dając jej do zrozumienia, że to wyłącznie jego miejsce. Tego, na co teraz patrzyła, zupełnie się jednak nie spodziewała. Brakowało jedynie uciekającego spod nóg robactwa.
Ponownie wybrała numer do Teowoja, choć dzwoniła do niego po drodze chyba z tysiąc razy, ciągle mając nadzieję, że odbierze. Gdzieś w domu usłyszała cichy, wręcz ledwo słyszalny dźwięk jego telefonu. Zastygła w bezruchu, nasłuchując i lokalizując źródło dźwięku, a potem rzuciła się w stronę salonu, skąd dobiegał. Dzwonił i dzwonił, aż w końcu go odnalazła. Leżał na kanapie, jakby dopiero co wypadł z jego kieszeni.
Drgnęła, gdy rozległ się sygnał jej własnego telefonu. Natychmiast odebrała, nie patrząc nawet na wyświetlacz.
- Dalia, co się u was dzieje? Dlaczego ani Teo, ani Rad nie odbierają? - rozbrzmiał w słuchawce głos Nikoliny, przybranej matki obu braci.
A więc inni Zaklinacze również doświadczyli zmiany w Virze - pomyślała. Nabrała powietrza w płuca i wolno je wypuściła, ostrożnie dobierając słowa:
- Teowoj z Radem zniknęli.