Północne widmo. Na skraju burzy. Tom 2 - Agnieszka Sorycz

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Tri­ske­lion

W in­nym wy­mia­rze, na skraju czasu i prze­strzeni...

Teo­woj oparł się o drzewo i dał so­bie chwilę na zła­pa­nie od­de­chu. Po­dróż do Pra­wii wy­ssała z niego ostat­nie po­kłady ener­gii. Tym ra­zem przej­ście przez Ala­tyr kosz­to­wało go o wiele wię­cej niż tylko gwał­towne przy­spie­sze­nie serca i drże­nie mię­śni. Czuł się osła­biony, wy­zuty z wszel­kiej ener­gii, mimo że prze­cież wy­si­łek fi­zyczny, który pod­jął, był nie­wielki.

Zdjął cie­pły, nie­zbędny o tej po­rze roku w Ja­wii skó­rzany płaszcz i po­ło­żył go obok drzewa. Tu­taj w Pra­wii nie był po­trzebny. W stwo­rzy­ciel­skich wy­mia­rach za­wsze pa­no­wała ide­alna tem­pe­ra­tura.

Raz jesz­cze głę­boko wcią­gnął po­wie­trze i nadał swo­jemu od­de­chowi od­po­wiedni rytm.

Stąd za­le­d­wie kilka kro­ków dzie­liło od po­lany Ży­wii. Po to tu był. Żeby znowu ją zo­ba­czyć, znowu jej do­tknąć. Tak długo już jej nie wi­dział, tak długo... Całe mie­siące upły­nęły w Ja­wii od mo­mentu, kiedy znik­nęła za bramą swo­jego wy­miaru. Dla niej to był tylko błysk, on jed­nak cze­kał już całą wiecz­ność. Nie chciał i nie mógł już jej wy­cze­ki­wać ani se­kundy dłu­żej. Ale tym ra­zem nie za­mie­rzał po­prze­stać je­dy­nie na pa­trze­niu.

Wszedł bez wa­ha­nia mię­dzy drzewa i szybko po­ko­nał resztę drogi do po­lany. Za­trzy­mał się do­piero na jej skraju. Nie dla­tego, że po­trze­bo­wał od­po­czynku, bo zmę­cze­nie po­woli od­pły­wało, a ener­gia w jego ciele się od­ra­dzała. Przy­sta­nął, po­nie­waż wśród wy­so­kich, kwie­ci­stych traw łąki wy­pa­trzył Ży­wię, a wi­dok ten znowu za­trzy­mał go w miej­scu.

Uwiel­biał na nią pa­trzeć szcze­gól­nie wtedy, gdy nie była świa­doma jego obec­no­ści. Nie kon­tro­lo­wała wów­czas swo­jej na­tury, nie mu­siała tego ro­bić. Tu­taj, w Pra­wii, była po pro­stu Stwo­rzy­cielką, Ży­wią, matką wszyst­kich ży­wio­łów. Naj­czyst­szą ema­na­cją tej cu­dow­nej ener­gii, którą Stwo­rzy­ciele na­zy­wali Vi­rem. Ener­gii, któ­rej Za­kli­na­cze znali je­dy­nie przed­smak, bo choć zo­stali stwo­rzeni przez We­lesa na po­do­bień­stwo Ży­wii, byli je­dy­nie pół­i­sto­tami, za­le­d­wie cie­niami tego, czym była ona.

Ni­czym za­hip­no­ty­zo­wany pa­trzył, jak bawi się ma­łymi ogni­kami. Wy­pusz­czała je ze swo­ich dłoni i plą­tała z ży­wio­łem po­wie­trza. Uno­siły się, po­py­chane de­li­kat­nymi po­wie­wami wia­tru, i za­raz do niej po­wra­cały. Drobne cząstki ziemi le­wi­to­wały nad prze­pięk­nymi kwia­tami da­lii, a na ta­fli nie­wiel­kiego stru­mie­nia, który prze­ci­nał jej łąkę raz po raz po­ja­wiały się wodne kształty. Matka, która bawi się z dziećmi.

Wes­tchnął ci­cho, w tym sa­mym mo­men­cie prze­kli­na­jąc się w du­chu za głu­potę. Vir mo­men­tal­nie za­drgał, ogniki znik­nęły, rzeka się uspo­ko­iła, a dro­biny ziemi gwał­tow­nie opa­dły.

Ży­wia na­tych­miast od­wró­ciła się w jego stronę, a ży­wioły scho­wały się pod jej skórą. Uśmiech­nął się, ale nie od­wza­jem­niła uśmie­chu. Na jej twa­rzy zmar­twie­nie prze­pla­tało się ze stra­chem. Ra­dość, którą za­zwy­czaj go ob­da­rzała, w tej chwili - je­śli w ogóle w niej była - po­zo­sta­wała głę­boko ukryta.

Teo­woj po­sta­wił stopy na łące.

- Ży­wio...

Stwo­rzy­cielka unio­sła dłoń, po­wstrzy­mu­jąc go przed po­dej­ściem bli­żej, ale jej nie po­słu­chał. Nie tym ra­zem. Za bar­dzo za nią tę­sk­nił, żeby te­raz za­wró­cić. Nie za­trzy­mał się, do­póki dłoń Ży­wii nie spo­częła na jego piersi.

- Teo­woju, nie mo­żesz tu przy­cho­dzić. Na­stęp­nym ra­zem będę mu­siała cię uka­rać. - W jej gło­sie brzmiała de­spe­ra­cja i strach, ale Teo­woj nie chciał ich sły­szeć. Nie chciał ni­czego sły­szeć ani ni­czego czuć poza tym, co czuł te­raz, gdy stał tak bli­sko Ży­wii.

- Od­dał­bym du­szę sa­memu We­le­sowi, żeby być przy to­bie.

Stwo­rzy­cielka spoj­rzała na niego jesz­cze su­ro­wiej.

- Nie wiesz, o czym mó­wisz - od­parła.

Jej ci­chy, dźwięczny głos prze­ni­kał go na wskroś, tak samo jak ener­gia Viru, która wo­kół niej krą­żyła. Ujął dłoń Ży­wii w swoją i - wie­dziony bar­dziej in­stynk­tem niż ro­zu­mem - do­tknął ustami jej ust. Vir prze­szył go do gra­nicy bólu. Nie od­su­nął się jed­nak na­wet o mi­li­metr, ona także nie ru­szyła się z miej­sca. Wi­dział walkę na jej twa­rzy, do­kład­nie taką, jaką od za­ra­nia dzie­jów sam ze sobą to­czył. Walkę po­mię­dzy do­brem a złem, po­mię­dzy pra­gnie­niem a zbli­ża­jącą się nie­uchron­nie karą.

W końcu Stwo­rzy­cielka się pod­dała i za­mknęła oczy. Nie po­wi­nien był do­ty­kać jej w ten spo­sób, nie umiał z niej jed­nak zre­zy­gno­wać. Była jego prze­wod­ni­kiem i świa­tłem. To za nią po­szedłby w naj­dal­sze za­ka­marki wy­mia­rów. Po to tylko, by raz jesz­cze po­czuć pod pal­cami jej nie­ska­zi­telną skórę i spoj­rzeć w jej ja­sne, nie­bie­skie oczy.

Ży­wioły po­wo­do­wały u niego dresz­cze. Za­tra­cał się w po­ca­łunku co­raz bar­dziej i bar­dziej, nie­zdolny do uj­rze­nia świata poza ko­bietą, którą trzy­mał w ra­mio­nach, poza jej za­pa­chem, do­ty­kiem, gło­sem. Chciał za­trzy­mać się w tej chwili już na za­wsze, po wiecz­ność trwać upo­jony ener­gią, która prze­szy­wała jego ciało, gdy stali tak bli­sko sie­bie.

Ży­wia jed­nak otwo­rzyła oczy.

Nie uj­rzał w nich tego, czego się spo­dzie­wał i czego pra­gnął. Do­strzegł tylko prze­ra­że­nie. Od­su­nęła się gwał­tow­nie, nie rzu­ciw­szy mu na­wet jed­nego spoj­rze­nia. Jej wzrok się­gał da­lej, po­wy­żej jego ra­mie­nia, na skraj po­lany.

Od­wró­cił głowę, spo­glą­da­jąc w tym sa­mym kie­runku, a gdy zo­ba­czył to, co ona, padł na ko­lana.

Ukryty w pół­mroku lasu stał We­les. Władca Na­wii i Stwo­rzy­ciel Ma­gii. Ten, który wraz z trzema po­zo­sta­łymi Stwo­rzy­cie­lami pierw­szego kręgu usta­no­wił święte prawo roz­dziel­no­ści świa­tów. Prawo, które Teo­woj zła­mał po raz ko­lejny, kiedy prze­kra­czał Ala­tyr, bramę do in­nych wy­mia­rów.

Srebrne oczy Stwo­rzy­ciela lśniły w ciem­no­ści tak samo jak ta­tu­aże, które zdo­biły jego ciało. Za­wie­szony na szyi ar­te­fakt, me­da­lion o wzo­rze tak skom­pli­ko­wa­nym, że aż nie­moż­li­wym do od­two­rze­nia, także roz­pra­szał mrok sre­brem. Gdy We­les w końcu się po­ru­szył, ciem­ność po­dą­żyła wraz z nim. Po­mknęła ku niemu i ku Ży­wii z za­wrotną pręd­ko­ścią i Teo­woj wie­dział, że nie ma już od­wrotu, że to, co się za chwilę wy­da­rzy, zmieni jego ży­cie na za­wsze.

- Nie do­ty­kaj go! - krzyk­nęła Ży­wia i spró­bo­wała za­sło­nić go swoim cia­łem, ale jej na to nie po­zwo­lił. Pod­niósł się z ko­lan i sta­nął u jej boku.

Wszystko, co stało się po­tem, przy­kryła mgła bólu. Wi­dział We­lesa du­szą­cego Ży­wię, ale nie mógł nic zro­bić. Czuł nóż Stwo­rzy­ciela na ple­cach, na­stęp­nie na gar­dle, ale był je­dy­nie bez­wolną ma­rio­netką w rę­kach siły, z którą nie mógł się mie­rzyć.

W końcu jego ciało się pod­dało. Ru­nął bez­wład­nie na zie­mię prze­peł­niony bó­lem, z jej krzy­kiem w uszach.

- Zła­ma­łaś święte prawo! - grzmiał We­les. - Zo­sta­wi­łaś pie­częć Księgi Ży­wio­łów wśród lu­dzi! Nie za­słu­gu­jesz na li­tość! To coś, co leży na ziemi, rów­nież na nią nie za­słu­guje. Na po­czą­tek za­biorę so­bie jego du­szę. Bę­dzie­cie od­ra­dzać się tylko w Ja­wii, bez pa­mięci o tym, kim je­ste­ście. Bę­dzie­cie bro­dzić w ludz­kiej po­gar­dzie i stra­chu, aż przy­po­mnisz so­bie, Ży­wie, że twoje miej­sce jest wśród Stwo­rzy­cieli.

Ży­wia upa­dła na zie­mię tuż obok Te­woja. A on, za­nim po­chło­nęła go ciem­ność, za­nim mrok za­brał mu ostat­nią iskierkę na­dziei, spoj­rzał w pół­mar­twe oczy Stwo­rzy­cielki. Po­pa­trzył na jej nie­ru­chome, za­krwa­wione, po­zba­wione ży­wio­łów ciało. Na jej nad­gar­stek, na któ­rym We­les wy­ciął no­żem kształt jej uko­cha­nego kwiatu da­lii. I na sa­mej kra­wę­dzi ży­cia, w mo­men­cie, w któ­rym wszystko się koń­czyło, kiedy każdy staje oko w oko ze swo­imi czy­nami, za­trzy­many po­mię­dzy cza­sem i prze­strze­nią po­czuł, jak za­lewa go po­czu­cie winy. Z po­wodu tego, co jej zro­bił, dla­tego, że nie po­tra­fił z niej zre­zy­gno­wać, cho­ciaż go ostrze­gała. Był tylko Za­kli­na­czem, a ona była Stwo­rzy­cielką. Nie był jej godny, a jed­nak wy­cią­gnął po nią ręce. Czuł, jak wina wy­peł­nia go cał­ko­wi­cie, prze­szywa na wskroś za to, że...

?

?War­szawa, obec­nie. Rów­no­noc je­sienna

Da­lia otwo­rzyła oczy i na­brała gwał­tow­nie po­wie­trza. Le­żała we wła­snym łóżku, w miesz­ka­niu, które na­dal dzie­liła z Bra­nem. Ża­rówka w noc­nej lampce mru­gała w ciem­no­ści, aż w końcu zga­sła zu­peł­nie. Ko­lejne zwar­cie. I ko­lejny senny kosz­mar.

Miała na­dzieję, że po tym, jak w końcu udało im się zła­mać klą­twę, senne mary znikną za bramą Na­wii wraz z jej władcą. Stało się jed­nak ina­czej. Sny były bar­dziej wy­ra­zi­ste, bru­talne, a ich bo­ha­terką zo­stała ona sama. Wi­działa swoje ży­wioły, nad któ­rymi nie miała żad­nej kon­troli. Ogień po­py­chany przez wiatr su­nął przed sie­bie, pa­ląc wszystko i wszyst­kich na swo­jej dro­dze. Mo­co­wała się z ży­wio­łami, wy­czu­wała cien­kie nici Viru, które ją z nimi łą­czyły, ale prze­gry­wała. Nie­ubła­ga­nie przej­mo­wały nad nią wła­dzę. I za każ­dym ra­zem, gdy na­wie­dzał ją ten sen, tak jak te­raz, w noz­drzach czuła gry­zący za­pach pa­lą­cych się bu­dyn­ków i drzew, a w uszach sły­szała krzyk lu­dzi.

Ode­tchnęła raz jesz­cze. Pot pły­nął jej po czole i po­mię­dzy ło­pat­kami. Cienka pi­żama, którą na­dal no­siła, choć se­zon letni już się koń­czył, była do­słow­nie nim prze­siąk­nięta. Smród spa­le­ni­zny, który jesz­cze przed chwilą wy­pa­lał noz­drza, po­woli zni­kał, w prze­ci­wień­stwie do na­zbyt re­ali­stycz­nych ob­ra­zów, które nie da­wały się tak ła­two ze­pchnąć w nie­pa­mięć.

Zrzu­ciła z sie­bie koc, po­ście­liła łóżko, a po­tem po­wę­dro­wała do kuchni. Wy­pi­cie dusz­kiem trzech szkla­nek wody odro­binę po­mo­gło od­go­nić senne okro­pień­stwa. Stary ze­gar na ścia­nie po­ka­zy­wał już dzie­siątą. Bar­dzo rzadko uda­wało jej się spać do późna, a jesz­cze rza­dziej nie sły­szeć, jak Branko krząta się przed pracą po miesz­ka­niu. Jej brat sta­rał się za­cho­wy­wać ci­cho, ale rzadko mu to wy­cho­dziło. Tym ra­zem prze­spała na­wet jego wyj­ście.

Otwo­rzyła na oścież ku­chenne okno. Po­wie­trze wdarło się do środka, nio­sąc za sobą odro­binę świe­żo­ści, ale da­leko było mu jesz­cze do je­sien­nego chłodu. Rów­no­noc za­po­wia­dała się w tym roku wy­jąt­kowo cie­pło.

Wy­piła jesz­cze tro­chę wody i zja­dła śnia­da­nie. Ża­ło­wała, że dzi­siaj wzięła so­bie wolne, bo w Arii za­wsze czas pły­nął szyb­ciej i nie miała szansy na snu­cie w gło­wie sce­na­riu­szy "co by było gdyby". Po tym, jak Przy­mie­rze prze­ro­biło jej ka­wiar­nię na wióry, czas i ro­bota za­sad­ni­czo prze­cie­kały jej przez palce - od re­montu po­cząw­szy, a na pracy na trzy zmiany, żeby ja­koś od­ro­bić straty, skoń­czyw­szy. Na nie­szczę­ście już dawno za­pla­no­wała so­bie ten pierw­szy od dawna dzień wolny od krzą­ta­niny w Arii i nie mo­gła na­wet za­jąć rąk i głowy czymś in­nym niż nie­chciane sny. No i był jesz­cze Teo­woj.

Za­dzwo­niła do niego po­przed­niego wie­czoru i po raz pierw­szy od dzie­się­ciu mie­sięcy, od­kąd za­mknęła za We­le­sem bramę do Na­wii, usły­szała w gło­sie Teo­woja nutę nie­szcze­ro­ści.

Z do­świad­cze­nia wie­działa, że ta nuta za­wsze ma swoją kon­se­kwen­cję w ta­kiej czy in­nej po­staci. Nie miała po­ję­cia, czemu po­winna ją przy­pi­sać. Wszystko ukła­dało się mię­dzy nimi tak do­brze, jak tylko mo­gło. Choć nie zde­cy­do­wała się wpro­wa­dzić do domu Sa­batu, byli so­bie bliżsi niż kie­dy­kol­wiek.

A jed­nak znowu coś się działo.

Z nią na pewno, bo sny, które ją na­wie­dzały, mu­siały mieć ja­kąś przy­czynę. Są­dząc po ostat­niej roz­mo­wie, on rów­nież mu­siał z czymś się zma­gać, choć do tej pory z jego ust nie pa­dło ani jedno słowo, które mo­głoby tę tezę po­twier­dzić.

Wes­tchnęła ciężko. Su­peł, który od wczo­raj miała w żo­łądku, za­ci­snął się jesz­cze moc­niej. Tak czy siak, wie­czo­rem wy­bie­rała się do domu Sa­batu i miała na­dzieję, że Teo­woj roz­wieje chmury nad jej głową. Je­śli nie sło­wem, to cho­ciaż ge­stem.

Tym­cza­sem za­brała się za po­rządki. Po­winna je ro­bić przed każ­dym głów­nym sa­ba­tem w kole roku, ale za­wsze wy­pa­dało coś pil­niej­szego. Miała więc sporo do nad­ro­bie­nia w sek­cji sprzą­ta­nia. Wie­czo­rem zaś, poza próbą wy­cią­gnię­cia z Teo­woja tego, co przed nią ukry­wał, za­mie­rzała na­mó­wić go na rów­no­nocny ry­tuał. Chciała otwo­rzyć przed nim na po­wrót drogę do Viru, któ­rego uni­kał od ostat­niego Prze­si­le­nia.

Zresztą ona rów­nież uni­kała Viru. Do­strze­gała w tym iro­nię, bo prze­cież była Stwo­rzy­cielką, istotą na wskroś nim wy­peł­nioną. A jed­nak, od­kąd za­trza­snęła bramę do in­nych wy­mia­rów, wy­strze­gała się ca­łego stwo­rzy­ciel­skiego świata, włącz­nie z Vi­rem. Cią­gle wy­rzu­cała so­bie, że zła­ma­nie klą­twy za­brało jej tak wiele in­kar­na­cji.

Praca z Vi­rem bo­le­śnie o tym przy­po­mi­nała, dla­tego, po­dob­nie jak jej sa­ba­towa ro­dzina, za­prze­stała ry­tu­ałów pra­wie rok temu. Cza­sem jed­nak - i była to je­dyna teo­ria, jaką miała - za­sta­na­wiała się, czy krwawe sny nie są na­stęp­stwem od­gra­dza­nia się od jej wła­snej na­tury, bo na­wet na ja­wie ży­wioły, które miała pod skórą, do­ma­gały się uwol­nie­nia. Co­dzienne od­naj­dy­wa­nie się w "ludz­kiej skó­rze" kosz­to­wało ją wię­cej, niż sama była go­towa przed sobą i przed Sa­ba­tem się przy­znać. Każdy wy­bór miał swoją cenę.

Wiel­kie sprzą­ta­nie za­częła od sa­lonu, w któ­rym urzę­do­wali z Bra­nem naj­czę­ściej, w związku z czym naj­wię­cej było w nim do zro­bie­nia. Po­tem prze­szła ze ścierką i od­ku­rza­czem przez ko­lejne po­miesz­cze­nia. Na sam ko­niec zo­sta­wiła so­bie oł­tarz, na który prze­zna­czyła prze­piękny, dę­bowy stół wy­ko­nany przez Teo­woja. Roz­kwitł kwia­tami, za­pło­nął czer­wo­nymi, żół­tymi i po­ma­rań­czo­wymi świe­cami, za­pach­niał ja­śmi­nem, ró­żami i la­wendą. Mała na­miastka sa­ba­to­wej łąki, na któ­rej za­zwy­czaj od­by­wały się ry­tu­ały. Była z sie­bie nie­zmier­nie za­do­wo­lona, bo dawno nie po­świę­ciła tyle uwagi de­ko­ro­wa­niu, i za­po­mniała już, jak wielką przy­jem­ność spra­wiały jej ta­kie chwile. Za­pa­chy szybko roz­nio­sły się po ca­łym miesz­ka­niu, wień­cząc jej dzieło.

Gdy skoń­czyła, za­pa­rzyła kawę i wy­jęła z szafki kilka cia­ste­czek ma­śla­nych, które trzy­mała na czarną go­dzinę, czyli na chwilę, kiedy w domu nie bę­dzie już ab­so­lut­nie żad­nych słod­kich tru­cizn. Uło­żyła wszystko na tacy i po­wę­dro­wała z nią do ga­bi­netu.

Uru­cho­miła wy­słu­żony kom­pu­ter i za­brała się za kon­ty­nu­ację spi­sy­wa­nia naj­now­szych dzie­jów Sa­batu. To była ko­lejna rzecz, która po­zwa­lała jej za­po­mnieć o kło­po­tach ze swoją stwo­rzy­ciel­ską na­turą. Prze­jęła Hi­sto­rię Za­kli­na­czy od Ra­do­woja, ale w prze­ci­wień­stwie do niego ba­zgrała jak kura pa­zu­rem, wo­lała więc naj­pierw ufor­mo­wać swoje my­śli w wer­sji elek­tro­nicz­nej, a do­piero po­tem prze­lać je na stro­nice Księgi Sa­batu.

Słowa, które z po­czątku przy­cho­dziły wolno, szybko się roz­pę­dziły, do­trzy­mu­jąc tempa wspo­mnie­niom. Go­dziny mi­jały i za­nim się obej­rzała, za swo­imi ple­cami usły­szała głos brata:

- Wi­dzę, że na ostro za­bra­łaś się do ro­boty? - Branko zaj­rzał jej przez ra­mię.

Od­wró­ciła się i ob­da­rzyła go uśmie­chem na po­wi­ta­nie.

- Pi­sa­nie mnie uspo­kaja - od­po­wie­działa.

- Za­ma­wiam je­dze­nie. Na co masz ochotę? - Wy­cią­gnął z kie­szeni spodni te­le­fon i wy­brał od­po­wied­nią apli­ka­cję.

Wzru­szyła ra­mio­nami, bo i tak wie­działa, jak to się skoń­czy. Je­śli cho­dzi o je­dze­nie, Branko był dość mo­no­te­ma­tyczny. Gar­dził ko­tle­tem i po­mi­do­rową, za to su­per­pi­kantne, wy­pa­la­jące kubki sma­kowe je­dze­nie z In­dii wręcz uwiel­biał.

- Coś bez mięsa pro­szę.

- Tak jest, Stwo­rzy­cielko! - Za­sa­lu­to­wał prze­sad­nie ce­re­mo­nial­nie i znik­nął w kuchni.

Wy­stu­kała na kla­wia­tu­rze parę ostat­nich wy­ra­zów, za­pi­sała w pa­mięci kom­pu­tera swoją pracę i go za­mknęła. Przed wy­jaz­dem do domu Sa­batu mu­siała się jesz­cze spa­ko­wać i do­pro­wa­dzić do po­rządku. Czyli zdjąć dresy i za­ło­żyć na sie­bie coś bar­dziej od­święt­nego. W końcu dzi­siaj wy­pa­dała rów­no­noc.

?

Do domu Sa­batu Da­lia do­tarła tuż po dzie­więt­na­stej, kiedy słońce po­woli już za­cho­dziło. Do tego mo­mentu w kole roku w pół­noc­nej sfe­rze ziemi cią­gle jesz­cze do­mi­no­wało świa­tło, ale dziś miało się to zmie­nić. Cze­kała na ten mo­ment, a jed­no­cze­śnie się go bała. Zresztą tak jak cały Sa­bat. Ja­wia prze­cho­dziła pod opiekę We­lesa i zbli­żało się Prze­si­le­nie. Pierw­sze, które dane im bę­dzie prze­żyć w spo­koju, jed­nak gdzieś z tyłu głowy czaił się strach.

Na­brała w płuca rześ­kiego po­wie­trza.

Mu­siała przy­znać, że dom Sa­batu o tej po­rze roku wy­glą­dał po pro­stu prze­pięk­nie. Ro­ślin­ność na­dal buj­nie roz­ra­stała się wzdłuż ca­łej ścieżki aż od par­kingu i po­kry­wała pro­wa­dzącą do domu al­tanę, choć wi­dać już było na niej oznaki je­sieni. Późne, let­nie kwiaty wy­dzie­lały wspa­niały aro­mat, który mie­szał się z le­śnym ru­nem. Na ganku tliły się róż­no­barwne świece, a ich pło­mie­nie drgały, rzu­ca­jąc cie­nie na drewno. Za­pa­lone ka­dzi­dła pach­niały sty­rak­sem, mirrą i ja­śmi­nem. Dzwonki, bu­jane po­wie­wami wia­tru, ko­ły­sały się de­li­kat­nie i wy­sy­łały w prze­strzeń piękną, ete­ryczną mu­zykę. Wo­kół domu wszę­dzie pło­nęły po­chod­nie.

Pchnęła de­li­kat­nie uchy­lone drzwi i za­wo­łała:

- Halo?!

Od­po­wie­działo jej echo wła­snego głosu, a póź­niej ci­sza. We­szła do środka i za­pa­liła świa­tło. Od razu na­tknęła się na Ra­do­woja. Sie­dział tam, gdzie ostat­nio wi­dy­wała go naj­czę­ściej - na bu­ja­nym krze­śle nie­opo­dal scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro, na któ­rym mie­ściły się pra­wie wszyst­kie sy­pial­nie. Wo­kół Rada wa­lały się książki. Na­wet ich już nie zbie­rał z pod­łogi, po pro­stu le­żały roz­rzu­cone, cze­ka­jąc, aż ktoś się nad nimi uli­tuje i odłoży je na miej­sce. Od dawna nie wi­działa jed­nak, żeby Rad rze­czy­wi­ście coś czy­tał. Miała rów­nież pew­ność, że od dłu­giego już czasu nie od­wie­dzał bi­blio­teki, czyli miej­sca, w któ­rym nie­gdyś spę­dzał więk­szość swo­ich wol­nych chwil.

W ze­szłym ty­go­dniu, gdy we­szła tam po swoje stare za­pi­ski, półki, księgi i wszystko inne przy­kry­wał kurz, a po ste­ryl­no­ści sa­ba­to­wego kon­ser­wantu - mau­re­anie - nie było śladu.

Wy­po­wie­działa jego imię. Mru­gnął dwa razy, jakby wła­śnie otrzą­snął się z mało przy­jem­nego snu, i do­piero wtedy na nią spoj­rzał. Znowu ogar­nęło ją współ­czu­cie, tak jak za­wsze, gdy pa­trzyła na jego wy­chu­dzone ciało i za­pad­nięte oczy. We­les po­da­ro­wał mu co prawda ży­cie, ale po­zo­sta­wił rów­nież wspo­mnie­nia o tym, co czy­nił jego rę­kami in­nym Za­kli­na­czom oraz lu­dziom. Tyle krwi... Tyle nie­po­trzeb­nie zmar­no­wa­nego ży­cia. Ni­komu nie na­le­żał się taki los, jaki przy­padł w udziale Ra­do­wo­jowi.

Po­wie­siła płaszcz na wie­szaku i po­ło­żyła to­rebkę na drew­niany sto­lik po­sta­wiony obok naj­now­szego me­blar­skiego dzieła Teo­woja - wiel­kiego lu­stra w prze­pięk­nej, dę­bo­wej ra­mie po­kry­tej rzeźbą do złu­dze­nia przy­po­mi­na­jącą pnący się bluszcz. Wes­tchnęła gło­śniej, niż za­mie­rzała.

- Złe wspo­mnie­nia? - Rad za­ci­snął dło­nie na brze­gach fo­tela.

Przy­naj­mniej tym ra­zem nie wy­szedł na jej wi­dok bez słowa. To był już ja­kiś po­stęp.

- Nie. Po­dzi­wiam pracę Teo­woja. Je­steś głodny? - Sta­rała się nadać swo­jemu gło­sowi neu­tralny ton, choć przy­cho­dziło jej to z ogrom­nym tru­dem.

- Chcesz mi zro­bić ko­la­cję? Ty? - Uniósł drwiąco brwi, znowu na chwilę przy­po­mi­na­jąc jej daw­nego Rada, z któ­rym kie­dyś wiecz­nie się kłó­ciła. Po chwili po­now­nie zo­bo­jęt­niał. Wzru­szył ra­mio­nami. - Idę do sie­bie.

- Rad, po­cze­kaj.

Za­trzy­mał się w miej­scu i po­pa­trzył na nią wy­cze­ku­jąco, a Da­lia zdała so­bie sprawę, że nie bar­dzo wie, co chcia­łaby mu po­wie­dzieć. Nie umiała ubrać w słowa tego, co kryło się w jej sercu. Wie­działa z wła­snego do­świad­cze­nia, czym jest wszech­ogar­nia­jące po­czu­cie winy. Jak ściąga w dół i spro­wa­dza ży­cie do wiecz­nego po­szu­ki­wa­nia za­dość­uczy­nie­nia, które ni­gdy nie miało na­stą­pić. Tak bar­dzo chciała mu po­móc, choć na chwilę zdjąć brze­mię, które dźwi­gał na ra­mio­nach, a na które w żad­nym wy­padku nie za­słu­żył. Co­dzien­nie bu­dziła się z na­dzieją, że coś się zmieni, że w końcu Ra­do­woj po­dej­mie walkę lub cho­ciaż próbę upo­ra­nia się z tym, co się wy­da­rzyło. On jed­nak nie wal­czył. Dla niego każdy dzień był gor­szy od po­przed­niego, a każdy ko­lejny je­dy­nie na­si­lał ten stan. W końcu Rad za­czął ją swoją obo­jęt­no­ścią prze­ra­żać.

- Teo­woj już wró­cił? - za­py­tała w końcu.

- Nie. Dzwo­nił pół go­dziny temu i mó­wił, że nie­długo bę­dzie. - Od­cze­kał chwilę, po czym od­chrząk­nął. - Coś jesz­cze?

Da­lia po­krę­ciła głową, choć bo­lało ją serce, gdy wi­działa, jak bar­dzo Rad chce od niej uciec. Mar­twiła się rów­nież z in­nego po­wodu, a w domu Sa­batu złe prze­czu­cie do­pa­dło ją ze zdwo­joną siłą. Udało się jej sku­tecz­nie za­jąć my­śli w ciągu dnia, w swo­ich wła­snych czte­rech ścia­nach, ale tu­taj nie­pew­ność, którą za­siał w niej Teo­woj, nie da­wała o so­bie za­po­mnieć.

- By­łem na za­ku­pach. W lo­dówce jest za­pas je­dze­nia - mruk­nął Rad, za­nim za­mknęły się za nim drzwi do ga­bi­netu.

Wes­tchnęła raz jesz­cze, od­pę­dza­jąc od sie­bie złe my­śli, i po­szła do kuchni. Zaj­rzała do lo­dówki, ale nie zna­la­zła ni­czego, na co mia­łaby ochotę. Za­pa­rzyła więc wie­czorne zioła - mie­szankę me­lisy, ru­mianku i krwaw­nika. Nic wy­szu­ka­nego, ale po­ma­gały jej za­snąć. Za­mknęła Ala­tyr, ale mimo to po­czu­cie za­gro­że­nia nie zni­kło. Naj­moc­niej da­wało o so­bie znać wła­śnie przed za­śnię­ciem, dla­tego lu­biła za­sy­piać koło Teo­woja. Bi­cie jego serca i równy, mia­rowy od­dech ją uspo­ka­jały.

Usia­dła z fi­li­żanką zio­ło­wego na­paru przy stole. Na­wet na ten ku­chenny me­bel za­wę­dro­wały książki Rada. Wzięła do ręki pierw­szą z nich i przej­rzała po­bież­nie za­war­tość na­pi­saną w ję­zyku ła­ciń­skim. Po­tem ko­lejną w agrze, ję­zyku, któ­rym po­słu­gują się Za­kli­na­cze, i jesz­cze ko­lejną w san­skry­cie. Wszyst­kie do­ty­czyły tego sa­mego - Drzewa Ży­cia. Obok le­żały też no­tatki Rada na te­mat Tri­ske­lionu, które są­dząc po licz­nych tłu­stych pla­mach i roz­ma­za­nym tu­szu, mu­siał spo­rzą­dzić dawno temu. Zmarsz­czyła czoło. Tri­ske­lion po­ma­gał mię­dzy in­nymi w po­go­dze­niu się z rze­czy­wi­sto­ścią, w za­ak­cep­to­wa­niu błę­dów prze­szło­ści i zro­zu­mie­niu swo­jej przy­szło­ści. Może jed­nak się my­liła? Może był to ro­dzaj ja­kiejś au­to­te­ra­pii, którą Ra­do­woj na so­bie sto­so­wał? Roz­wa­żań typu "po­znaj te­ry­to­rium wroga" i "upo­raj się z prze­szło­ścią"? Może na­wet była to oznaka ja­kie­goś prze­łomu, który po­woli za­czy­nał się w nim do­ko­ny­wać? Szybko jed­nak do­szła do wnio­sku, że za wcze­śnie na ta­kie wnio­ski. Parę ksiąg i je­den ma­giczny sym­bol nie czy­niły wio­sny. Zwłasz­cza że to tylko sym­bol wy­ry­so­wany na kartce, a nie zwią­zany ry­tu­al­nie Vi­rem znak, który rze­czy­wi­ście miał war­tość spraw­czą.

Upiła duży łyk zio­ło­wej her­baty i pra­wie się nią za­krztu­siła, wi­dząc w progu kuchni Teo­woja.

- Mu­sisz tak ro­bić? - za­py­tała.

Po­winna była już się do tego przy­zwy­czaić, ale ja­koś do tej pory jej się to nie udało. Teo­woj po­ru­szał się tak ci­cho, że rzadko anon­so­wał swoją obec­ność ja­kim­kol­wiek dźwię­kiem. Tak samo było i tym ra­zem. Stał oparty o fra­mugę drzwi ku­chen­nych nie wia­domo jak długo, ze skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach rę­kami, i przy­glą­dał jej się swo­bod­nie, pod­czas gdy ona nie miała o tym zie­lo­nego po­ję­cia.

Jak zwy­kle na jego wi­dok po­czuła przy­pływ ad­re­na­liny, za­sta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, czy ten efekt kie­dyś znik­nie. Czy staną się po la­tach jedną z tych par, którą czas nie­ubła­ga­nie za­pro­wa­dzi je­dy­nie do echa daw­nej świet­no­ści? Gdy pa­trzyła na niego w tej chwili, taki sce­na­riusz nie wy­da­wał się moż­liwy. Chciała przy­tu­lić się do Teo­woja na po­wi­ta­nie, tak jak zwy­kle to czy­niła, ale się po­ha­mo­wała. Coś w jego spoj­rze­niu sku­tecz­nie ją przed tym po­wstrzy­mało.

- Nie mu­szę, ale mogę - od­parł, czym od­pła­cił jej za ostatni in­cy­dent, kiedy to przed jedną ze wspól­nych im­prez w od­ru­chu ni­czym nie­uza­sad­nio­nej za­zdro­ści zrzu­ciła mu na głowę, oraz na głowę dziew­czyny, z którą aku­rat roz­ma­wiał, pół drzewa li­ści. Wtedy to ona na to samo py­ta­nie od­po­wie­działa mu: "Nie mu­szę, ale mogę".

Jego ob­li­cze było po­ważne. Uśmiech, który co­raz czę­ściej to­wa­rzy­szył mu w co­dzien­nych sy­tu­acjach, tym ra­zem się nie po­ja­wił. Oczy­wi­ście uba­wiony po pas Teo­woj na­dal po­zo­sta­wał poza za­się­giem jej wy­obraźni, miała jed­nak na­dzieję, bo wszystko na to wska­zy­wało, że on rów­nież po­woli za­grze­by­wał w pa­mięci hor­ror ich prze­szło­ści. Je­den uśmiech wię­cej ozna­czał je­den po­ziom za­po­mnie­nia wy­żej. Te­raz jed­nak po ra­do­ści nie było śladu. Prze­szły ją ciarki, mimo to zmu­siła się do za­cho­wa­nia spo­koju i nie­na­ci­ska­nia na te­maty, które miały szansę skoń­czyć się źle.

- Długo cze­kasz? - za­py­tał.

Po­krę­ciła głową.

- Może kwa­drans.

- Roz­ma­wia­łaś z Ra­dem?

- Nie na­zwa­ła­bym tego roz­mową. Wy­mie­ni­li­śmy kilka słów, ale... nie wiem. My­ślę, że po­trzebna jest mu ja­kaś pro­fe­sjo­nalna po­moc. Na­sze za­ło­że­nie, że z cza­sem bę­dzie le­piej, jak do­tąd się nie spraw­dziło. Cho­ciaż... Zo­bacz, co zna­la­złam na stole. - Wska­zała na książki. - Może jest to ja­kieś świa­tło w tu­nelu?

Teo pod­szedł do stołu i rzu­cił okiem na stos wo­lu­mi­nów.

- Może - mruk­nął, nie po­dej­mu­jąc te­matu.

Pod­szedł do szafki, wy­jął z niej ku­bek i włą­czył za­pa­rzacz do kawy. Po­now­nie prze­szedł ją dreszcz, a ko­lejna nie­spre­cy­zo­wana myśl po­ja­wiła się z tyłu jej głowy.

- Za­mie­rzasz mnie tak za­ba­wiać przez całą noc? - Po­sta­wiła na żart, mimo że widmo nad­cho­dzą­cej ka­ta­strofy za­wi­sło nad nią ni­czym sęp cze­ka­jący na swoją ofiarę. Coś było nie tak. Nie miała oczy­wi­ście daru ja­sno­widz­twa, nie umiała też czy­tać w my­ślach, ale in­tu­icja ni­gdy jej do tej pory nie zmy­liła.

- Mu­szę wra­cać do za­kładu - od­po­wie­dział spo­koj­nie, ale w jego gło­sie kryło się ude­rze­nie pio­runa. Nie sły­szała tego tonu, tej bu­rzy od... No cóż, nie sły­szała jej od pra­wie roku. W jej gło­wie roz­brzmiał alarm.

- Coś się stało? - za­py­tała.

Wzdry­gnął się, jakby prze­szył go dreszcz. Mi­nęła chwila, za­nim od­po­wie­dział:

- Mam duże za­mó­wie­nie, które po­wi­nie­nem skoń­czyć w przy­szłym ty­go­dniu.

Przy­glą­dała mu się uważ­nie, pró­bu­jąc do­strzec co­kol­wiek po­nad to, co za­warł w sło­wach, ale rów­nie do­brze mo­gła ga­pić się w mar­mu­rowy po­sąg. Teo­woj był fan­ta­stycz­nym kłamcą, je­żeli mu na tym za­le­żało. A te­raz kła­mał w żywe oczy. Nie ro­zu­miała tylko, dla­czego to się działo. Do­tych­czas tego nie ro­bił. Ni­gdy. Na­wet wtedy, gdy klą­twa wi­siała nad nimi jak ciężki to­pór. By­wał dla niej szorstki, omi­jał nie­wy­godne dla sie­bie te­maty, a cza­sami, gdy sy­tu­acja tego wy­ma­gała, po­tra­fił być okrutny, jed­nak ni­gdy nie jej okła­my­wał.

Wstała od stołu, czu­jąc, jak gwał­tow­nie ska­cze jej ci­śnie­nie.

- Czyli nie za­mie­rzasz mi wy­tłu­ma­czyć, o co ci cho­dzi? Bę­dziemy znowu prze­ra­biać nie­do­po­wie­dze­nia i pół­prawdy? - Ży­wioły pod jej skórą za­fa­lo­wały na­gle. Na szczę­ście zdo­łała nad nimi za­pa­no­wać, za­nim wy­peł­zły na po­wierzch­nię.

Od­po­wie­działa jej ci­sza. I chłód w akom­pa­nia­men­cie bu­rzy, która po­woli wy­cho­dziła z jego ciała. Ener­gia, któ­rej nie spo­dzie­wała się uj­rzeć na­wet za ty­siąc lat. Nie po tym, co ra­zem prze­szli. Był jej wi­nien coś wię­cej niż tylko oschły ton i zdaw­kowa wy­miana zdań. Gniew roz­go­ścił się po­mię­dzy nimi na do­bre.

- No cóż, szkoda, że nie za­dzwo­ni­łeś i nie prze­ka­za­łeś mi tej re­we­la­cji wcze­śniej. Zna­la­zła­bym lep­szy spo­sób na wy­ko­rzy­sta­nie piąt­ko­wego wie­czoru niż jeż­dże­nie w tę i z po­wro­tem po le­sie. - Sta­rała się od­po­wie­dzieć spo­koj­nie, ale nie do końca jej się to udało.

Wsta­wiła ku­bek do zmy­warki i wy­szła do holu. Teo­woj co prawda po­dą­żył za nią, ale na­dal mil­czał jak za­klęty. Nie pró­bo­wał jej za­trzy­mać sło­wem lub ge­stem. Nie pró­bo­wał w ża­den spo­sób zmie­nić tej sy­tu­acji, zbu­rzyć muru, który mię­dzy nimi na­ra­stał. Za­ło­żyła płaszcz, czu­jąc na ra­mio­nach cię­żar roz­miaru ama­zoń­skiej pusz­czy, a on nie po­wie­dział ani nie zro­bił ab­so­lut­nie ni­czego, by to zmie­nić.

Nie ro­zu­miała, co się wła­śnie działo, ale mu­siała wyjść, żeby tro­chę ochło­nąć. Mu­siała opu­ścić za cia­sne na­gle wnę­trze domu Sa­batu, by opa­no­wać ży­wioły, które do­ma­gały się wol­no­ści. Mil­cze­nie Teo­woja mo­gło ozna­czać tylko jedno - on także chciał, aby stąd znik­nęła. Rzu­ciła mu w drzwiach ostat­nie spoj­rze­nie, pod­czas gdy on stał z rę­kami w kie­sze­niach, ze zwie­szoną głową, na­wet już na nią nie pa­trząc. Za­cho­wy­wał się jak ktoś zu­peł­nie obcy i w ni­czym nie przy­po­mi­nał męż­czy­zny, który wy­peł­niał jej my­śli od mo­mentu, kiedy po raz pierw­szy go uj­rzała. Ci­cho za­mknęła za sobą drzwi i po­szła do sa­mo­chodu, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Nie był to pierw­szy raz, kiedy mu­siała sko­rzy­stać z tre­ningu śmierci emo­cjo­nal­nej, jaki za­fun­do­wała so­bie w mło­do­ści. Kilka szyb­kich wde­chów i wy­de­chów póź­niej wró­ciła do jako ta­kiej rów­no­wagi. Od­pa­liła sil­nik i ru­szyła wy­bo­istą le­śną ścieżką z po­wro­tem do War­szawy. Nie chciała już dzi­siaj my­śleć o Teo­woju. Po­trze­bo­wała wró­cić na chwilę do nor­mal­no­ści. O kon­se­kwen­cjach tego, co się wła­śnie wy­da­rzyło, za­mie­rzała po­my­śleć ju­tro, kiedy bę­dzie cał­ko­wi­cie spo­kojna. Miała za­miar skie­ro­wać się pro­sto do domu, ale przy­po­mniała so­bie, że Bran wy­je­chał w de­le­ga­cję. Nie chciała wra­cać do pu­stych ścian, chwy­ciła więc za te­le­fon i wy­brała nu­mer do Pau­liny, po czym włą­czyła tryb gło­śno­mó­wiący. Przy­ja­ciółka ode­brała już po pierw­szym sy­gnale.

- Zie­mia się za­trzy­mała, a ja tego nie za­uwa­ży­łam? A może ja­kaś inna za­raza ma się wy­da­rzyć?

No cóż. Sama do­pro­wa­dziła do tego, że przez ostat­nie mie­siące wi­działy się z Pau­liną za­le­d­wie kilka razy. Po czę­ści dla­tego, że Da­lię na­dal przy­gnia­tały wy­rzuty su­mie­nia z po­wodu wy­da­rzeń zwią­za­nych z Teo­wo­jem. Pau­lina nie pa­mię­tała, że to on za­ata­ko­wał ją no­żem. Da­lia za­dbała o to, by nie pa­mię­tała ni­czego z tam­tego fe­ral­nego wie­czoru, gdy jej przy­ja­ciółka le­żała jesz­cze w szpi­talu. We­szła w skórę Ży­wii i za­brała jej bo­le­sne wspo­mnie­nia, wy­ko­rzy­stu­jąc jedno z za­klęć z Księgi Ży­wio­łów. Nie ża­ło­wała tej de­cy­zji, po­nie­waż wie­działa, że nie miała in­nego wyj­ścia. Nie mo­gła do­pu­ścić do tego, by Teo­woj wy­lą­do­wał w wię­zie­niu za czyn, któ­rego jego rę­kami do­pu­ścił się We­les. Dla­tego za­im­ple­men­to­wała Pau­li­nie myśl, że za­ata­ko­wał ją nie­znany no­żow­nik. Jed­nak za każ­dym ra­zem, gdy pa­trzyła przy­ja­ciółce w oczy, jej wła­sne pół­prawdy ją du­siły. Po­cie­sze­nie znaj­do­wała je­dy­nie w tym, że Pau­lina dość szybko się po­zbie­rała po tam­tym wie­czo­rze i pra­wie bez pro­blemu wró­ciła do daw­nego ży­cia. Pra­wie, bo na­dal po zmroku wszę­dzie cho­dziła w to­wa­rzy­stwie swo­jego chło­paka, ni­gdy zaś sama.

- Nie, po pro­stu się za tobą stę­sk­ni­łam. Je­steś gdzieś na mie­ście? Chęt­nie do­łą­czę.

W tym stwier­dze­niu aku­rat pół­prawdy nie było. Skon­cen­tro­wała się na od­bu­do­wie Arii. Na­to­miast week­endy spę­dzała z Teo­wo­jem w domu Sa­batu, pró­bu­jąc nad­ro­bić te wszyst­kie stra­cone ży­cia, te ulotne mo­menty, które w końcu mo­gli prze­ży­wać we dwoje. Z Pau­liną, choć bar­dzo się sta­rała, ostatni raz wi­działa się dwa mie­siące temu.

- Je­ste­śmy - po­pra­wiła ją przy­ja­ciółka. - Na ra­zie w cen­trum, ale póź­niej je­dziemy do klubu gdzieś na Mo­ko­to­wie. Adam ma ja­kieś bi­lety. Gdzie do nas do­łą­czysz?

Da­lia spoj­rzała na ze­ga­rek i zro­biła w gło­wie szybką kal­ku­la­cję. Do­cho­dziła dzie­wiąta trzy­dzie­ści. Mu­siała jesz­cze zo­sta­wić sa­mo­chód pod do­mem, a po­tem wró­cić do cen­trum. Po­winna jed­nak zdą­żyć do klubu, za­nim do niego do­trą.

- Wy­ślij mi tylko info, w któ­rym ba­rze je­ste­ście, ok?

Chwilę po­tem dźwięk wia­do­mo­ści, mimo że dość ci­chy, prze­bił się przez ha­łas pra­cu­ją­cego sil­nika sa­mo­chodu.

Roz­łą­czyła się i przy­spie­szyła na ob­wod­nicy, żeby jak naj­szyb­ciej mieć już tę po­dróż za sobą. W domu szybko prze­brała się w nie­bie­ską, ob­ci­słą su­kienkę i za­ło­żyła skó­rzaną kurtkę. Na stopy wsu­nęła szpilki. Ma­ki­jaż na­dal wy­glą­dał w po­rządku, więc prze­cią­gnęła tylko usta czer­woną szminką, raz jesz­cze po­cią­gnęła tu­szem rzęsy i za­mó­wiła tak­sówkę. Przed wyj­ściem przyj­rzała się so­bie w lu­strze - pro­cent Ży­wii w Da­lii zre­du­ko­wał się pra­wie do zera. Wy­glą­dała do­kład­nie tak, jak się pre­zen­to­wała, za­nim po­znała swoją prze­szłość. Jak Da­lia, wła­ści­cielka Arii i oka­zjo­nalna by­wal­czyni war­szaw­skich klu­bów. I mniej wię­cej o to jej w tej chwili cho­dziło.

Czter­dzie­ści mi­nut póź­niej do­je­chała na umó­wione miej­sce spo­tka­nia.

- No je­steś wresz­cie! - za­wo­łała Pau­lina i wy­ści­skała ją na po­wi­ta­nie.

- Bie­głam, jak mo­głam naj­szyb­ciej. - Da­lia przy­wi­tała się z Ada­mem. - Jak ci się mieszka z tą zołzą?

Pau­lina sprze­dała jej kuk­sańca w ra­mię i jesz­cze raz ją wy­ści­skała. Da­lia bar­dzo się ucie­szyła na wieść o tym, że ta dwójka za­miesz­kała ra­zem i jej przy­ja­ciółka nie była już sama. Wy­glą­dało na to, że póki co oboje tej de­cy­zji nie ża­ło­wali.

Przy­wi­tała się z resztą zna­jo­mych i usia­dła przy sto­liku. Po­mysł z wyj­ściem do klubu oka­zał się strza­łem w dzie­siątkę. Już na sam wi­dok in­nych lu­dzi i ka­wałka mia­sta po­czuła się le­piej.

- A gdzie jest twój groźny chło­pak? - Głos Pau­liny za­drżał nie­znacz­nie. Wi­dzieli się z Teo­wo­jem w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy za­le­d­wie trzy razy i za każ­dym po­wta­rzała się ta sama sy­tu­acja - mimo że nie pa­mię­tała ataku Teo­woja, in­tu­icyj­nie się go oba­wiała. Wy­ma­zy­wa­nie frag­men­tów pa­mięci nie obej­mo­wało emo­cji, które zwią­zane były z ży­cio­wymi do­świad­cze­niami. Umysł nie pa­mię­tał, ale ciało nie za­po­mniało.

- W pracy - od­parła naj­spo­koj­niej, jak tylko w tych oko­licz­no­ściach mo­gła, ale nie za­brzmiała tak szcze­rze, jak tego chciała.

Brwi Pau­liny po­wę­dro­wały do góry.

- W pracy? W pią­tek wie­czo­rem? Chyba mamy o czym po­ga­dać.

- Mogę? - Da­lia i się­gnęła szybko po kie­li­szek czer­wo­nego wina, który stał na stole, za­nim te­mat zszedł na gdy­ba­nie.

Wy­piła wino dusz­kiem. Na szczę­ście nie mu­siała się mar­twić o kaca, bo w domu miała za­pas mik­stury, którą przy­go­to­wała dla wszyst­kich Za­kli­na­czy Ni­ko­lina. Mik­stura dzia­łała przede wszyst­kim na drobne prze­zię­bie­nia, ale z ka­cem rów­nież ra­dziła so­bie zna­ko­mi­cie. Mgła, utrud­nia­jąca ży­cie zdro­wemu roz­sąd­kowi, na­de­szła bar­dzo szybko. O kon­se­kwen­cjach od­re­ago­wy­wa­nia za­mie­rzała po­my­śleć do­piero póź­niej.

?

Teo­woj czuł się jak ostatni su­kin­syn. Znowu. Do­sko­nale wie­dział, ja­kiego ro­dzaju sko­ja­rze­nia wy­woła w Da­lii swoim za­cho­wa­niem, jed­nak nie miał in­nego wyj­ścia. Nie mógł już pa­trzeć na po­wolną śmierć brata, która z dnia na dzień sta­wała się co­raz bar­dziej oczy­wi­sta. Bo od śmierci dzie­lił Ra­do­woja je­dy­nie sam jej akt. Jesz­cze ty­dzień temu Teo­woj nie uwie­rzyłby, że tak się to wszystko po­to­czy. Jedna roz­mowa wy­star­czyła, by znowu sta­nął na kra­wę­dzi świata, któ­rego dłu­żej nie chciał być czę­ścią. Kiedy jed­nak brat przy­szedł do niego po raz pierw­szy, pro­sząc o po­moc, Teo nie mógł mu od­mó­wić. I choć ro­biło się mu nie­do­brze na samą myśl o tym, do czego bę­dzie mu­siał się po­su­nąć, za­nim to wszystko się skoń­czy, nie mógł zo­sta­wić go sa­mego.

Ża­ło­wał, że po­zwo­lił Da­lii przy­je­chać do domu Sa­batu. Po­wi­nien był zna­leźć ja­kąś wy­mówkę i po pro­stu wy­ru­szyć z Ra­dem, bez po­że­gna­nia. A jed­nak nie po­tra­fił tak po pro­stu jej opu­ścić. Mu­siał ją zo­ba­czyć ten ostatni raz. Szcze­gól­nie w taki wie­czór jak dzi­siaj, kiedy tak mocno ema­no­wała Vi­rem. Mu­siał utrwa­lić so­bie wszyst­kie szcze­góły jej twa­rzy, jej ciała, za­nim na nowo jego ży­cie ogar­nie chaos. Dzie­sięć mie­sięcy. Tylko tyle było im dane prze­żyć w spo­koju. Tak okrut­nie nie­wiele.

- Je­steś pe­wien, że chcesz iść ze mną? - Rad sta­nął przed nim. - Ona ci tego ni­gdy nie wy­ba­czy. Nie mo­głaby, na­wet gdyby chciała.

Teo­woj spoj­rzał na brata. Na jego wy­chu­dzone dło­nie i za­pad­niętą twarz. Na si­niaki pod oczami i kil­ku­ty­go­dniowy za­rost. Miał przed sobą cień czło­wieka, cień woja, który nie­gdyś brał na sie­bie od­po­wie­dzial­ność za cały Sa­bat.

- Na pewno wiesz, gdzie je­chać? - za­py­tał, za­miast od­po­wie­dzieć.

Rad za­mknął na chwilę oczy.

- Wi­dzę to miej­sce, a przy­naj­mniej tak mi się wy­daje, że to ono. Spraw­dzi­łem na ma­pie. Znaj­duje się gdzieś w oko­li­cach Bia­ło­wieży, w środku lasu - prze­rwał na chwilę, chwy­ta­jąc się za głowę. - Te ob­razy są tak cho­ler­nie cha­otyczne, że chce mi się od nich rzy­gać.

Tylko tyle mieli na po­czą­tek drogi. Strzępki pa­mięci We­lesa, za­le­d­wie uła­mek jego nie­skoń­czo­nej wie­dzy w umy­śle Ra­do­woja.

- Co mam do sie­bie prze­pa­ko­wać? - rzu­cił Teo­woj.

- Śpi­wór i część ziół - od­parł brat. - Wszystko czeka w moim ga­bi­ne­cie. Za­bra­łeś nóż?

- Za­bra­łem! - krzyk­nął w od­po­wie­dzi już ze scho­dów.

Po­zo­sta­wało mu jesz­cze jedno. Po­że­gna­nie.

Po­szedł na górę do sy­pialni, którą dzie­lił z Da­lią. Usiadł na łóżku i wziął do ręki Zwier­cia­dlaną Za­gadkę. Przez chwilę ob­ra­cał ją w dło­niach, przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak się czuł, gdy zo­ba­czył to wy­da­nie w jej sy­pialni. W miej­scu, gdzie za­wsze trzy­mała swoje naj­cen­niej­sze książki, do któ­rych lu­biła wra­cać. Tak jak ro­biła to w każ­dej ze swo­ich in­kar­na­cji. Uśmiech­nął się pod no­sem na myśl o tym, jak bar­dzo We­les mu­siał się wku­rzyć, gdy zo­ba­czył wpi­saną przez niego de­dy­ka­cję: "Wiecz­ność nie jest tym, czym każdy my­śli, że jest, ale to nie­ważne. Ważne, że nas uwzględ­nia".

Zwią­zał ry­tu­al­nie tę de­dy­ka­cję i wlał w nią całą mi­łość, całą czu­łość, jaką miał dla Da­lii. Stała się in­ten­cją, która spo­wo­do­wała, że książka w ko­lej­nej in­kar­na­cji od­na­la­zła swoją wła­ści­cielkę. Ar­te­fakty Sa­batu za­wsze wra­cały do Sa­batu.

Prze­su­nął wzro­kiem po sy­pialni. W tym miej­scu, wy­peł­nio­nym jej za­pa­chem, jej śmie­chem, prze­zna­czo­nym tylko dla jego uszu, ist­niały wy­łącz­nie do­bre wspo­mnie­nia. To one po­mo­gły mu prze­trwać tyle wie­ków klą­twy. Sku­pić się na tym, co było ważne. A te­raz...

Prze­su­nął dło­nią po de­dy­ka­cji raz jesz­cze, a po­tem odło­żył książkę na miej­sce. Za­nim wy­szedł, za­wie­sił na szyi swój si­gil oraz za­brał kilka ostat­nich dro­bia­zgów.

Ra­do­woj cze­kał już na niego w ga­bi­ne­cie. Do­cho­dziła dwu­dzie­sta pierw­sza.

- Je­steś pe­wien, że się nie spóź­nimy? - ode­zwał się Teo­woj.

- Ni­czego nie je­stem pe­wien. Je­dyne, co mam w gło­wie, to te pie­przone prze­bły­ski.

Teo wło­żył na sie­bie skó­rzaną kurtkę, cho­ciaż na dwo­rze na­dal było cie­pło. Miał w niej spe­cjalne kie­sze­nie na noże, które w ta­kich sy­tu­acjach za­ska­ku­jąco czę­sto oka­zy­wały się przy­datne. Gdy uznali, że spa­ko­wali wszystko, czego po­trze­bują lub są w sta­nie prze­wi­dzieć, od razu udali się do za­par­ko­wa­nego przed sa­mym wej­ściem sa­mo­chodu.

Ru­szyli bez zwłoki. Je­chali w ci­szy, ale Teo­wo­jowi to nie prze­szka­dzało. Wo­lał skru­pu­lat­nie prze­my­śleć różne sce­na­riu­sze i sy­tu­acje, które mo­gły ich spo­tkać. W za­sa­dzie ża­den z braci nie ode­zwał się do mo­mentu, aż zje­chali z drogi pro­wa­dzą­cej z Haj­nówki do Bia­ło­wieży i za­par­ko­wali sa­mo­chód przy jed­nym z le­śnych zjaz­dów. Wy­star­cza­jąco głę­boko w gę­stwi­nie drzew, żeby nie było go wi­dać z drogi. Wy­sie­dli z auta i wy­jęli z ba­gaż­nika ple­caki.

- Któ­rędy? - ode­zwał się Teo.

Rad wy­cią­gnął te­le­fon i wpi­sał lo­ka­li­za­cję w GPS-ie.

- We­dług współ­rzęd­nych mamy czter­dzie­ści mi­nut spa­ceru, je­śli na­wi­ga­cja w tym miej­scu do­brze działa.

Po­winni zdą­żyć na styk przed pół­nocą, o ile po dro­dze nie za­błą­dzą.

- W ta­kim ra­zie pro­wadź. - Teo­woj udał się w ślad za bra­tem.

W le­sie było parę stopni chłod­niej niż w War­sza­wie, skó­rzana kurtka, którą miał na so­bie, szybko prze­stała mu prze­szka­dzać. Drzewa w tej oko­licy ro­sły tak gę­sto, że wo­kół pa­no­wała cał­ko­wita ciem­ność. Wi­dzieli je­dy­nie frag­ment drogi oświe­tlany przez snop świa­tła la­tarki. Na­wi­ga­cja po­pro­wa­dziła ich wą­ską, le­śną ścieżką, prak­tycz­nie w ca­ło­ści po­ro­śniętą ro­ślin­no­ścią. Ścieżka zwę­żała się i zwę­żała, aż w końcu ze­szli z niej cał­ko­wi­cie. Gdzieś w od­dali raz po raz trza­skały ga­łę­zie. Za­pewne prze­my­kały tam­tędy nocne zwie­rzęta, które wy­szły na łowy. Gdzieś in­dziej po­hu­ki­wała sowa. Las pach­niał świe­żo­ścią i le­śnym ru­nem. W in­nych oko­licz­no­ściach cie­szyłby się z le­śnej, noc­nej szwen­daczki, bo za­wsze ta­kie uwiel­biał, jed­nak ten wie­czór róż­nił się od po­zo­sta­łych.

W końcu Rad się za­trzy­mał.

- To chyba tu­taj. - Wska­zał la­tarką prze­strzeń po­mię­dzy drze­wami.

Teo­woj zmru­żył oczy. Drzewa ro­sły w tym miej­scu w dwóch rów­nych rzę­dach i two­rzyły szpa­ler. Mar­twy szpa­ler, któ­rego ko­rony nie miały igieł. Mię­dzy cia­snymi rzę­dami le­d­wie mie­ściła się jedna osoba. Teo prze­ci­snął się przez przej­ście jako pierw­szy. Wi­dok, który uj­rzał na końcu, nie­sa­mo­wi­cie go za­sko­czył. Ostat­nie dwa drzewa róż­niły się bo­wiem od reszty. Znaj­do­wały się w pew­nej od­le­gło­ści od po­zo­sta­łych, gdzie ro­sły na nie­wiel­kiej po­la­nie. Ich ko­rony po­kry­wała żywa zie­leń, na­wet w naj­mniej­szym stop­niu nie­tknięta jesz­cze przez je­sień. Wo­kół pni owi­jały się pną­cza, zbyt bujne jak na tę sze­ro­kość geo­gra­ficzną. Żad­nego z nich Teo­woj nie roz­po­znał. Nie to jed­nak było naj­dziw­niej­sze, w końcu ist­niały roz­ma­ite ro­śliny, a Sa­bat, choć miał ogromną ko­lek­tywną wie­dzę na ich te­mat, nie mógł wie­dzieć wszyst­kiego. Dziwne było to, co znaj­do­wało się po­mię­dzy drze­wami. Zie­lon­kawa, drga­jąca ma­te­ria, pra­wie nie­wi­doczna dla nie­wpraw­nego oka, ale dla Za­kli­na­cza nie­moż­liwa do prze­ocze­nia. W do­datku świe­tliki, które prze­cież ro­dziły się i umie­rały tylko na po­czątku lata, w tym miej­scu na­gro­ma­dziły się ca­łymi chma­rami do tego stop­nia, że nie po­trze­bo­wali już la­tarki.

To było to. Ściana Viru od­dzie­la­jąca wy­miary. Cienka ni­czym naj­de­li­kat­niej­sza tka­nina. Aż do tego mo­mentu nie wie­rzył do końca, że znajdą to przej­ście. Aż do tej chwili nie za­kła­dał na­wet, że ono ist­nieje. We­les zo­sta­wił w gło­wie Rada tak wielki chaos, że nie spo­sób było na jego wspo­mnie­niach po­le­gać. Roz­róż­nie­nie w nich prawdy od kłam­stwa sta­no­wiło nie lada wy­zwa­nie. A jed­nak jego brat miał ra­cję.

Teo­woj pod­szedł bli­żej i po­ło­żył na drga­ją­cej ścia­nie obie dło­nie. Zna­jome wi­bra­cje Viru na­tych­miast prze­szyły każdy nerw w jego ciele, nie­moż­li­wie in­ten­syw­nie, do bólu. Zie­mia pod ich sto­pami drżała lekko, prze­peł­niona ener­gią, tak samo jak po­wie­trze w tym nie­zwy­kłym miej­scu. Miał wra­że­nie, że jest ono gęst­sze, zja­dliw­sze, na tyle duszne, że od­dy­cha­nie przy­cho­dziło mu z tru­dem. Nie miał już żad­nych wąt­pli­wo­ści, że wła­śnie tego szu­kali.

- Ile jest ta­kich miejsc? - Od­wró­cił się do brata.

Rad wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie wiem, ale to nie jest je­dyne. Po­ja­wiają się na kilka go­dzin przed wiel­kimi sa­ba­tami i zni­kają po pół­nocy. Nic in­nego o nich nie zna­la­złem poza tym, że je­śli gdzieś mamy szansę się wbić, to tylko tu­taj i tylko te­raz. - Rad wy­jął z ple­caka zioła i roz­po­czął usy­py­wa­nie Tri­ske­lionu, je­dy­nego sym­bolu, który łą­cząc prze­szłość, te­raź­niej­szość i przy­szłość, miał szansę za­dzia­łać. Nie mieli oczy­wi­ście co do tego pew­no­ści, bo ni­czego nie mo­gli prze­wi­dzieć. Dys­po­no­wali je­dy­nie ogra­ni­czoną wie­dzą i nie­do­ce­nianą w świe­cie ludz­kim in­tu­icją, któ­rej Teo­woj nie lu­bił igno­ro­wać. Za każ­dym ra­zem, gdy to czy­nił, coś działo się nie po jego my­śli.

Wy­cią­gnął z kie­szeni kurtki nóż. Uni­kał go od Prze­si­le­nia, tak jak wszyst­kiego, co wią­zało się z prze­szło­ścią. Tej nie da się jed­nak za­po­mnieć. Za­wsze wraca i wali w gębę w naj­mniej ocze­ki­wa­nym mo­men­cie. Wes­tchnął ci­cho i przyj­rzał się raz jesz­cze ma­syw­nej rę­ko­je­ści, ka­wał­kowi ozdo­bio­nej ka­mie­niami księ­ży­co­wymi stali. Nie była to jed­nak zwy­kła stal - od rę­ko­je­ści pły­nął lo­do­waty ziąb, ale ka­mie­nie, które ją zdo­biły, dla od­miany pul­so­wały cie­płem. Nóż był też za­dzi­wia­jąco lekki, jak na swą wiel­kość, i tak ostry, że za pierw­szym ra­zem ,gdy go do­tknął, do­tkli­wie się ska­le­czył.

Ob­ser­wo­wał go przez dłuż­szą chwilę, tak jak miał to w zwy­czaju, kiedy mu­siał być ze swo­imi my­ślami tu i te­raz. Gdy był zmu­szony za­trzy­mać się w cza­sie i nie sku­piać się na ni­czym in­nym, tylko na za­da­niu, które miał do wy­ko­na­nia. Za­blo­ko­wał w so­bie wszyst­kie my­śli do­ty­czące Da­lii, choć cią­gle czuł jej za­pach, sły­szał głos i wi­dział ją nagą w ich wspól­nym łóżku.

- Skoń­czy­łeś już? - Skon­cen­tro­wał się na bra­cie.

Rad po­ki­wał głową.

- Pra­wie. A przy­naj­mniej taką mam na­dzieję. Ni­gdy wcze­śniej tego nie ro­bi­łem.

Ra­do­woj od­su­nął się od ściany i zmarsz­czył czoło, jakby chciał oce­nić swoje dzieło. Tri­ske­lion wy­szedł dość krzywo, ale Teo nie są­dził, żeby to miało ja­kieś zna­cze­nie. Po­chy­lił się i do­tknął sym­bolu. Le­pił się od mie­sza­niny olej­ków, któ­rymi jego brat skro­pił zioła. Roz­po­częli in­kan­ta­cję. Po chwili zioła po­kryły się ma­te­rią ule­pioną z tej sa­mej gliny co ściana Viru. Sym­bol mie­nił się de­li­kat­nie i pach­niał na tyle in­ten­syw­nie, że wy­gry­wał z za­pa­chem lasu i ostat­niego dnia lata.

- Do­biega pół­noc. - Teo­woj po­na­glił brata.

Rad roz­lał mik­sturę na ba­zie ob­ni­ża­ją­cej tętno na­parst­nicy do dwóch me­ta­lo­wych kub­ków i je­den z nich wrę­czył Teo­wo­jowi. Ten po­wą­chał za­war­tość. Śmier­działo go­rzej niż da­re­ana, mik­stura na go­rączkę i in­fek­cje, i zde­cy­do­wa­nie go­rzej niż młot, spe­cy­fik spod ręki Ni­ko­liny, który zmu­szał serce do in­ten­syw­nej pracy. Młot był bru­talny, ale w miarę bez­pieczny. Za to mie­sza­nina Rada pach­niała jak śmierć, ale w teo­rii miała im po­móc w prze­trwa­niu gwał­tow­nego spo­tka­nia z Vi­rem.

Co do tego, że bę­dzie bru­tal­nie, Teo­woj nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści. Za każ­dym ra­zem, gdy za­dzie­rał z Vi­rem, do­się­gały go do­tkliwe kon­se­kwen­cje. Ludz­kie ciało, na­wet je­śli pły­nęła w nim krew Za­kli­na­czy, po pro­stu nie wy­trzy­my­wało tak wiel­kiego na­tę­że­nia ener­gii. W tym kon­kret­nym przy­padku był jesz­cze je­den mały szko­puł - ga­sili ogień ogniem, bo mik­stura miała sztucz­nie zwol­nić pracę serca, a tym sa­mym nie do­pu­ścić do za­wału. Dzia­łała do­kład­nie od­wrot­nie do młota, ale nikt jej wcze­śniej nie te­sto­wał. Ry­zyko jej za­ży­cia było więc ogromne.

- Je­steś pe­wien, że tętno nie spad­nie po­ni­żej mi­ni­mal­nej gra­nicy?

- Nie je­stem - od­parł krótko Rad. - Ni­czego nie je­stem pe­wien, bo ni­gdy do­tąd tego nie ro­bi­łem. Mo­żesz nie pić i iść na ży­wioł. Zo­ba­czymy, któ­remu z nas uda się prze­żyć. Bez wy­jąt­ków.

Teo­woj po­czuł, że ad­re­na­lina wkro­czyła do ak­cji, a jego serce po­bi­jało ko­lejne re­kordy szyb­ko­ści.

Za­mknął na chwilę oczy, ale szybko je otwo­rzył, po­pę­dzany wi­zjami, które po­ja­wiały się pod za­mknię­tymi po­wie­kami. Ob­ra­zami, któ­rych mógł już ni­gdy nie uj­rzeć. Ode­tchnął głę­boko po raz ostatni. De­cy­zje zo­stały pod­jęte. Po­wro­tów nie było.

- Na zdro­wie. - Stuk­nął swoim kub­kiem o ku­bek brata i wy­chy­lił go do dna, z trud­no­ścią ha­mu­jąc wy­mioty.

Rad po­szedł w jego ślady. Z każdą upły­wa­jącą se­kundą ma­te­ria Viru po­mię­dzy drze­wami bla­dła, nie mieli więc już czasu. Teo­wo­jowi zro­biło się po­twor­nie zimno, jego serce nie­bez­piecz­nie zwol­niło i biło w nie­na­tu­ral­nym, sztucz­nie pom­po­wa­nym przez sa­ba­towe zioła ryt­mie. Mik­stura za­czy­nała dzia­łać. Bez dal­szej zwłoki uniósł nóż Łowcy, je­dyną fi­zyczną pa­miątkę, jaką zo­sta­wił po so­bie w ludz­kim wy­mia­rze We­les, i wbił go z ca­łej siły w ścianę tuż nad gra­nicą Tri­ske­lionu. Fala ener­gii, która na­pły­nęła chwilę po­tem, zmio­tła ich obu z nóg i po­zo­sta­wiła na ziemi w ago­nii i bólu.

?

Ze­gar nad tak­so­me­trem wska­zy­wał pra­wie pół­noc. Da­lia osta­tecz­nie nie zde­cy­do­wała się na pój­ście do klubu, do któ­rego wy­bie­rali się Pau­lina z Ada­mem. Nie sku­siła się też na ko­lejne drinki, które z upo­rem pro­po­no­wał jej je­den z jego ko­le­gów. Chciała po­ło­żyć się spać, ma­jąc na­dzieję, że gdy się obu­dzi, wszystko wróci do normy. O ile norma miała w jej ży­ciu ja­kie­kol­wiek za­sto­so­wa­nie, bo na­wet w naj­śmiel­szych przy­pusz­cze­niach nie za­kła­dała, że wrócą z Teo­wo­jem do punktu wyj­ścia. Do mo­mentu, w któ­rym żadne z nich nie ro­zu­miało dru­giego. Ści­snęła obie dło­nie w pię­ści, pró­bu­jąc opa­no­wać drże­nie. Na pewno ist­niało ja­kieś sen­sowne wy­ja­śnie­nie jego za­cho­wa­nia. Oboje byli prze­cież do­ro­śli i po­tra­fili ze sobą roz­ma­wiać le­piej niż więk­szość lu­dzi. Ja­koś przez to przejdą, czym­kol­wiek to "coś" było. Ra­zem, tak jak przez całe wieki. Za­wsze ze wszyst­kim ra­dzili so­bie we dwoje. Rano za­mie­rzała je­chać do warsz­tatu Teo­woja i za­py­tać go, o co, do dia­bła, mu cho­dziło. Tym­cza­sem nie chciała wię­cej tego roz­trzą­sać, bo roz­my­śla­nie o nim do­pro­wa­dzało ją do sza­leń­stwa.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się tuż przed jej ka­mie­nicą. Wy­cią­gnęła od­li­czoną kwotę z port­fela i roz­li­czyła się z tak­sów­ka­rzem, a po­tem po­bie­gła na pię­tro do swo­jego miesz­ka­nia. Nie zdą­żyła jed­nak po­ko­nać na­wet po­łowy scho­dów, gdy Vir ude­rzył w nią z taką siłą, że prze­wró­cił ją na pod­łogę. Upa­dła na zimne ka­fle klatki scho­do­wej i zła­pała się za głowę. Vir przy­spie­szał, wy­zwa­la­jąc tak wiel­kie po­kłady ener­gii, że wszystko wo­kół niej drżało. Jej ciało rów­nież drgało w kon­wul­sjach, sma­gane raz po raz fa­lami mocy Viru. Ży­wioły wy­do­stały się spod jej skóry i osa­czały ją, od­bie­ra­jąc resztki tlenu. Hu­ra­gan sza­lał nad głową, woda pły­nęła po ścia­nach i po pod­ło­dze, a trza­ski w kon­tak­cie i lam­pie do­peł­niały ob­razu cha­osu. Reszt­kami sił, ja­kie jesz­cze miała w mię­śniach, pod­nio­sła się na ko­lana, unio­sła ra­miona wy­soko do góry i za­częła za­kli­nać. Pró­bo­wała od­po­wied­nio ska­na­li­zo­wać Vir, żeby so­bie z nim po­ra­dzić. Ni­gdy jesz­cze ni­czego ta­kiego nie do­świad­czyła. Za­wsze był po­tężny, ale ni­gdy nie ob­ra­cał swo­jej po­tęgi prze­ciwko Stwo­rzy­cie­lom. Te­raz z tru­dem utrzy­my­wała się na ko­la­nach, a jej słowa rów­nie ciężko prze­bi­jały się przez ka­ko­fo­nię dźwię­ków nie­sio­nych przez ży­wioły. Krzy­czała już tak gło­śno, że bo­lało ją gar­dło. Hu­ra­gan sma­gał jej włosy i gdzieś w od­dali, mię­dzy ło­mo­tem wi­chury a swoim gło­sem, sły­szała... krzyki? Ludz­kie krzyki?

Wszystko uci­chło tak na­gle, jak się roz­po­częło. Hu­ra­gan, pio­runy, woda skra­pla­jąca się na ścia­nach, wszystko znik­nęło jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Ko­lana nie chciały dłu­żej jej utrzy­my­wać i osu­nęła się na pod­łogę, od­dy­cha­jąc jak po ma­ra­toń­skim biegu i na próżno szu­ka­jąc pal­cami ziemi. Świat po­woli wra­cał do normy, rytm serca zwal­niał, od­dech wy­rów­ny­wał się z każdą upły­wa­jącą mi­nutą. Usły­szała zza za­mknię­tych drzwi ci­che roz­mowy są­sia­dów, ale nikt do niej nie wy­szedł. Wcale im się nie dzi­wiła po tym, co się tu stało.

Z wy­sił­kiem wczoł­gała się do miesz­ka­nia. Ża­ło­wała, że Bran znowu wy­je­chał, bo na­dal był dla niej ko­twicą w ja­wień­skiej rze­czy­wi­sto­ści. A to, co się przed chwilą wy­da­rzyło, da­le­kie było od tego, co jest w tym wy­mia­rze rze­czy­wi­ste i nie wró­żyło nic do­brego. Wy­cią­gnęła z torby te­le­fon tylko po to, żeby się prze­ko­nać, że nie miała żad­nych wie­ści od Teo­woja. Wy­brała jego nu­mer. Po kilku sy­gna­łach włą­czyła się au­to­ma­tyczna se­kre­tarka. Po­no­wiła próbę, ale z ta­kim sa­mym re­zul­ta­tem. Może jesz­cze spał? Nie. Ode­brałby od niej po­łą­cze­nie, bo wie­działby, że skoro dzwoni w środku nocy po tym, jak ją po­trak­to­wał, to robi to z waż­nego po­wodu.

Po­sie­działa jesz­cze chwilę w przed­po­koju, cze­ka­jąc, aż od­zy­ska kon­trolę nad sobą, a na­stęp­nie po­szła do kuchni i wy­cią­gnęła z szafki bu­telkę z mik­sturą od Ni­ko­liny. Mu­siała po­zbyć się z or­ga­ni­zmu resz­tek al­ko­holu i uciec z ra­mion kaca. Wy­lała kilka kro­pel spe­cy­fiku na ję­zyk i na­tych­miast po­piła go wodą z kranu. Po kwa­dran­sie znów cał­ko­wi­cie się kon­tro­lo­wała. Się­gnęła raz jesz­cze po te­le­fon i tym ra­zem za­dzwo­niła do Rada. Cze­kało ją jed­nak ko­lejne roz­cza­ro­wa­nie - u niego także włą­czyła się se­kre­tarka. Spró­bo­wała po­now­nie. Nic się nie zmie­niło. Zła­pała klu­czyki od sa­mo­chodu i wy­bie­gła na dwór. Kie­ro­wała się bar­dziej prze­czu­ciem niż zdro­wym roz­sąd­kiem, bo fakt, że ktoś nie ode­brał w nocy te­le­fonu, nie był ni­czym nie­spo­ty­ka­nym. Więk­szość lu­dzi o tej po­rze już spała.

Drogę po­ko­ny­wała pra­wie na pa­mięć, kom­plet­nie nie re­je­stru­jąc rze­czy­wi­sto­ści wo­kół sie­bie. My­ślała je­dy­nie o tym, żeby jak naj­szyb­ciej upew­nić się, że z Teo­wo­jem nie działo się nic złego. Naj­pierw po­je­chała do jego mo­ko­tow­skiego apar­ta­mentu, ale za­stała je­dy­nie za­mknięte na głu­cho drzwi. Za­miast uczu­cia ulgi, po­nie­waż nikt u niego nie no­co­wał, po­czuła jesz­cze więk­szą trwogę. Do tej pory Teo­woj na pewno skoń­czył już pracę, a za­wsze tu wra­cał, gdy zo­sta­wał w swoim warsz­ta­cie do późna. Nie było moż­li­wo­ści, by nie usły­szał, jak wa­liła w drzwi, bo sy­piał bar­dzo czuj­nie. Wró­ciła do sa­mo­chodu i po­gnała do domu Sa­batu. Szybka jazda za­zwy­czaj ją stre­so­wała, ale te­raz le­d­wie zwra­cała uwagę na pręd­ko­ścio­mierz i roz­miesz­czone gę­sto ra­dary. Do par­kingu przy domu Sa­batu do­tarła w re­kor­do­wym tem­pie i od razu po­bie­gła na oślep przez las, nie za­wra­ca­jąc so­bie głowy la­tarką po­mimo pa­nu­ją­cych wo­kół ciem­no­ści czy tego, że co chwilę się po­ty­kała.

Świece, które jesz­cze kilka go­dzin temu pa­liły się na ganku, były po­ga­szone. Gdy po­de­szła do głów­nych drzwi i na­ci­snęła na klamkę, ustą­piły bez żad­nego oporu. We­szła do środka naj­ci­szej, jak umiała, prze­szła do kuchni, za­pa­liła świa­tło i przez mo­ment na­słu­chi­wała. Wszystko wy­glą­dało do­kład­nie tak samo jak wtedy, kiedy stąd od­jeż­dżała, i tak jak ten dom wy­glą­dał każ­dej nocy. Ota­czała ją kom­pletna ci­sza, a je­dy­nym dźwię­kiem uno­szą­cym się w po­miesz­cze­niu były od­głosy pra­cu­ją­cej lo­dówki. Na stole le­żały te same co wcze­śniej księgi, a w zle­wie nie­umyte po ko­la­cji na­czy­nia. Od­ru­chowo wło­żyła je do zmy­warki i po­szła na górę. Naj­pierw zaj­rzała do ich wspól­nej sy­pialni, ale za­stała tam je­dy­nie pustkę. Sy­pial­nia, któ­rej wcze­śniej uży­wał Teo­woj, była za­mknięta, wie­działa jed­nak, gdzie zna­leźć za­pa­sowy klucz. Się­gnęła za drew­nianą pła­sko­rzeźbę na ścia­nie i go wy­cią­gnęła.

W po­koju pa­no­wał umiar­ko­wany ba­ła­gan, jakby Teo­woj cze­goś szu­kał, ale nie zdą­żył odło­żyć wszyst­kiego na miej­sce. Ko­lejna rzecz, która w tej sy­tu­acji się nie zga­dzała. Teo miał asce­tyczne po­dej­ście do prze­strzeni, w któ­rej miesz­kał. Nie lu­bił ni­czego gro­ma­dzić i wszystko miało swój okre­ślony po­rzą­dek. Te­raz jed­nak wy­glą­dało to ina­czej. Otwo­rzyła szafę i przej­rzała jej za­war­tość. Więk­szość ubrań była na miej­scu, ale jedna rzecz się zmie­niła - skrzy­nia na dnie szafy, w któ­rej trzy­mał broń, była otwarta na oścież. Nie znała żad­nego po­wodu, dla któ­rego miałby jej te­raz użyć. Za­mknęła prze­cież Ala­tyr i nic nie miało prawa się stam­tąd prze­do­stać. Ani w jedną, ani w drugą stronę. Była tego pewna. W końcu znała prze­cież kon­strukt wy­mia­rów, na­wet je­śli to nie ona je bu­do­wała.

Prze­szła wzdłuż ko­ry­ta­rza i po­kój po po­koju prze­szu­kała dom, ale zna­la­zła je­dy­nie pustkę. W bi­blio­tece sły­szała wy­łącz­nie stu­kot wła­snych bu­tów o drew­nianą po­sadzkę. Nic. Ci­sza. Ostat­nim po­miesz­cze­niem, w któ­rym miała na­dzieję zna­leźć wła­ści­cieli domu lub ja­ki­kol­wiek ślad ich obec­no­ści, był ga­bi­net Rada.

Ze­szła z po­wro­tem na par­ter. Za­pa­liła w ga­bi­ne­cie świa­tło i serce po­de­szło jej do gar­dła. Pa­no­wał w nim ab­so­lutny chaos, wszę­dzie wa­lały się książki i pa­piery, nad któ­rymi uno­sił się de­li­katny za­pach mau­re­any w akom­pa­nia­men­cie zgni­łego je­dze­nia. Rad za­wsze miał skłon­ność do roz­rzu­ca­nia ksią­żek, ale to... To wy­glą­dało, jakby po­kój nie był sprzą­tany od wie­ków. Nie wcho­dziła tu wcze­śniej, bo sza­no­wała pry­wat­ność obu męż­czyzn, a Rad za­wsze za­my­kał swój ga­bi­net na cztery spu­sty albo się w nim po pro­stu cho­wał, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że to wy­łącz­nie jego miej­sce. Tego, na co te­raz pa­trzyła, zu­peł­nie się jed­nak nie spo­dzie­wała. Bra­ko­wało je­dy­nie ucie­ka­ją­cego spod nóg ro­bac­twa.

Po­now­nie wy­brała nu­mer do Teo­woja, choć dzwo­niła do niego po dro­dze chyba z ty­siąc razy, cią­gle ma­jąc na­dzieję, że od­bie­rze. Gdzieś w domu usły­szała ci­chy, wręcz le­dwo sły­szalny dźwięk jego te­le­fonu. Za­sty­gła w bez­ru­chu, na­słu­chu­jąc i lo­ka­li­zu­jąc źró­dło dźwięku, a po­tem rzu­ciła się w stronę sa­lonu, skąd do­bie­gał. Dzwo­nił i dzwo­nił, aż w końcu go od­na­la­zła. Le­żał na ka­na­pie, jakby do­piero co wy­padł z jego kie­szeni.

Drgnęła, gdy roz­legł się sy­gnał jej wła­snego te­le­fonu. Na­tych­miast ode­brała, nie pa­trząc na­wet na wy­świe­tlacz.

- Da­lia, co się u was dzieje? Dla­czego ani Teo, ani Rad nie od­bie­rają? - roz­brzmiał w słu­chawce głos Ni­ko­liny, przy­bra­nej matki obu braci.

A więc inni Za­kli­na­cze rów­nież do­świad­czyli zmiany w Vi­rze - po­my­ślała. Na­brała po­wie­trza w płuca i wolno je wy­pu­ściła, ostroż­nie do­bie­ra­jąc słowa:

- Teo­woj z Ra­dem znik­nęli.