3
Prakseda ostrożnie wstała z łóżka i na palcach wymknęła się z sypialni. Chciała zatrzymać się w salonie, tak po prostu stać na środku pokoju i wchłaniać w siebie tę przestrzeń, jej zapachy i kształty. Najpierw jednak poszła do kuchni, rozpaliła w piecu, a potem zagrzała wodę. Na szczęście nie musiała przynosić jej spod pompy, ktoś zajął się tym już wczoraj, cztery duże wiadra stały pod ścianą. Nigdy dotąd nie myślała o takich rzeczach, woda po prostu się zjawiała, podobnie jak jedzenie na stole i wyprane ubrania w szafie. Prakseda wiedziała, że spadnie na nią teraz więcej obowiązków, mimo pomocy Trudy. Na szczęście już w pałacu ojca wymykała się czasem do kuchni i prosiła, by nauczono ją tego czy tamtego. Umiała więc rozpalić w piecu, przygotować herbatę i kawę, ugotować proste potrawy, choć tego ostatniego akurat za bardzo nie lubiła. Niemniej orientowała się, że z głodu nie umrze i że nie musi być wiecznie przez kogoś obsługiwana.
Zaparzyła kawę, po czym ostrożnie przelała nieco gorącej wody do miednicy, z którą poszła za parawan ustawiony w rogu kuchni. Edgar wydzielił sobie w ten sposób niewielką łazienkę. Skorzystała z nocnika, umyła się, porządnie wytarła i owinęła sporo za dużym szlafrokiem męża. Następnie posprzątała po sobie i przewietrzyła kuchnię, korzystając z tego, że powietrze rano było jeszcze przyjemnie rześkie. Już niedługo lipcowy upał da się wszystkim we znaki. Zajrzała do szafek i ku swojemu zaskoczeniu znalazła duży bochenek chleba, ser, kiełbasę, szynkę, masło i jaja. Położyła to wszystko na stole, wyciągnęła talerze i zabrała się do przygotowywania śniadania. Nie sądziła, by udało jej się ugotować jajka na miękko, bo nie udało się dotąd jeszcze nigdy, ale uznała, że ostatecznie na twardo też nie będą złe. Pokroiła chleb, ser i szynkę, kiełbasę podsmażyła ze znalezioną w małej spiżarce cebulą. Kiedy wszystko już przygotowała, uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem.
- Co robisz?
Obróciła się na dźwięk jego głosu. Patrzył na nią z progu, opierając się ramieniem o futrynę. Stał nagi od pasa w górę, na biodrach przewiązał sobie prześcieradło. Uśmiechnął się do niej szeroko. Prakseda była jeszcze nieco obolała po nocy, ale i tak na widok Edgara poczuła nagły skurcz w podbrzuszu. Przypomniała sobie wszystko to, co z nią robił, i z trudem przełknęła ślinę.
- Dzień dobry - powiedziała.
- Dzień dobry. Ktoś mi ukradł szlafrok.
Podeszła do niego i położyła dłonie na jego ramionach.
- Cieszę się, że to zrobiłam.
Nadal się uśmiechał.
- Coś ładnie pachnie.
- Truda zostawiła nam zapasy, chyba nie wierzyła, że będziemy umieli sami pójść po zakupy.
- O tak, na pewno w to nie wierzyła. Miło z jej strony. Nie sądziłem, że potrafisz...
- Oczywiście, że nie sądziłeś, ale chciałam zachować parę niespodzianek na po ślubie. Niemniej nie możesz spodziewać się ode mnie zbyt wielu kuchennych rewelacji, umiem tylko podstawowe rzeczy.
- To tak jak ja. Czyli razem nie zginiemy.
Zanim odpowiedziała, przyciągnął ją do siebie i pocałował.
- Dzień dobry - powtórzył.
- Dzień dobry.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a potem znowu się pocałowali. Prakseda nie mogła się od niego odkleić. Ubiegłej jesieni, kiedy się poznali, nie przypuszczałaby, że ten mężczyzna może w niej obudzić takie pragnienie.
- Śniadanie jest ciepłe - szepnęła. - Ale jeśli nie przeszkadza ci, że trochę wystygnie...
Wziął ją na ręce i zaniósł z powrotem do sypialni. Nie wyobrażała sobie, że to wszystko może właśnie tak wyglądać. Że można czuć te wszystkie rzeczy, pozwalać ciału drgać w spazmach i chcieć wciąż więcej. Dziś była śmielsza niż w nocy, gdy pożądanie mieszało się ze strachem przed nieznanym. Teraz się nie bała. Dotykała go tak, jak nigdy nie podejrzewała, że będzie dotykać mężczyznę, całowała w miejsca, na myśl o których jeszcze miesiąc temu płonęłaby ze wstydu i poczucia winy. Lubiła patrzeć, jak przymyka oczy i drży.
- Co mam robić? - zapytała. - Powiedz mi.
- Za chwilę.
Przygwoździł ją do materaca, a potem pieścił językiem i lekko kąsał jej sutki, aż zrobiła się wilgotna. Oplotła go nogami. Kiedy tym razem w nią wszedł, nadal czuła lekki ból i pieczenie, ale wszystko odebrała inaczej niż poprzednio, przyjemniej i bez wrażenia, że trzeba przełamać w jej ciele jakiś opór. Edgar dziś także poruszał się w niej delikatnie, ale był pewniejszy, namiętniejszy. Powiedział, że śniadanie może zaczekać jeszcze dłużej. Pieścił ją i sprawiał jej przyjemność na różne sposoby, aż nie potrafiła złapać tchu.
Później zdjęli poplamioną pościel i założyli czystą, Prakseda znowu ubrała się w szlafrok Edgara, a on owinął się kocem. Zjedli śniadanie, wypili kawę, która również zdążyła wystygnąć, a potem snuli się po mieszkaniu.
- Nie bardzo mam cię po czym oprowadzać - przyznał, kiedy po krótkim obchodzie wrócili do salonu.
- Jest idealnie.
Prakseda podeszła do regału z książkami, który zajmował całą ścianę. Pomyślała, że znajdzie tu wszystko. Wielkie dzieła literatury dawnej, wiersze i poematy, książki o językach - Edgar był w końcu profesorem języków nowożytnych - o malarstwie i rzeźbie, historii, muzyce, zbiory mitów, powieści zagraniczne, w tym angielskie i francuskie, liczne zbiory nut. Przesunęła palcami po grzbietach i wyjęła książkę Bettiny von Arnim - Korespondencję Goethego z dzieckiem. Otworzyła ją i przeczytała kilka pierwszych zdań. Znała treść. Jej matka też posiadała tę książkę w swoich zbiorach, a podczas swoich podróży z Eduardem zawarli ponoć znajomość z samą Bettiną, która była szanowana wśród niemieckich artystów, miała odwagę, by w wieku pięćdziesięciu lat zadebiutować literacko, prowadziła salon, po śmierci męża samodzielnie zajmowała się majątkiem, podczas epidemii cholery pielęgnowała chorych, głosiła śmiałe poglądy polityczne, wypowiadała się przeciwko uciskowi biedoty i wyzyskowi pracowników w fabrykach, a poza tym realizowała w pisarstwie awangardowe, własne pomysły.
- Wiem, że lubisz tę książkę - oznajmił Edgar, choć Prakseda uświadomiła sobie, że powiedziała mu to najwyżej raz.
Kiwnęła głową.
- Interesuje mnie forma - przyznała. - Sposób, w jaki pani von Arnim wykorzystuje prawdziwe listy wymieniane z Goethem, by na tej podstawie rozwinąć korespondencję fikcyjną i poprzez nią wyłożyć swoje przemyślenia. Chyba czegoś takiego nie było jeszcze w literaturze.
- Chyba nie.
- A jednak my wszyscy to robimy, prawda? Snujemy w głowie fikcyjną korespondencję z różnymi osobami, układamy listy, których później nie zapisujemy i nikomu nie wysyłamy, prowadzimy rozmowy, projektujemy nasze uwagi i czyjeś riposty, ale potem tego też nie wygłaszamy. Bettina wyciągnęła to wszystko ze swojej głowy i przelała na papier. Imponuje mi. Jej talent i to, jak żyje. Bracia Grimm zadedykowali jej pierwszą edycję swojego zbioru baśni. To musi być niezwykłe uczucie, zostać wyróżnioną w taki sposób.
- Chciałabyś ją poznać?
- Bettinę von Arnim? Oczywiście. Wiem, że matka i ojczym ją poznali, ale to był raczej powierzchowny kontakt, nie pisują do siebie.
- A gdyby się okazało, że ja znam ją trochę lepiej?
Prakseda zamknęła książkę i zmarszczyła czoło. Edgar wzruszył ramionami.
- Jestem nauczycielem języków nowożytnych, zajmuję się literaturą, koresponduję z różnymi ludźmi... wydawcami, pisarzami...
- Nigdy mi tego nie mówiłeś.
- Że koresponduję z pisarzami? Na pewno mówiłem.
- To tak. Ale nie mówiłeś, że znasz Bettinę von Arnim.
- O ile dobrze pamiętam, rozmawialiśmy o niej tylko raz. Nie chciałem się chwalić.
- Czyli pamiętasz, że rozmawialiśmy o niej tylko raz.
- Pamiętam wszystkie nasze rozmowy.
Odłożyła książkę na półkę i przyciągnęła Edgara do siebie. Nie mogła uwierzyć, że on naprawdę należy do niej i tak po prostu może to robić, dotykać go, czuć jego usta na swoich, przyciskać się do niego całym ciałem. Pochylił się i pocałował jej szyję, odsłonięty fragment ramienia, miejsce pod obojczykiem. Zrzuciła szlafrok, a on obrócił ją tyłem do siebie i zaczął głaskać i całować po plecach. Oparła dłonie na regale z książkami. Tytuły rozmazywały się przed oczami, kiedy jej dotykał, a ona znowu wyginała się i drżała z rozkoszy. Coraz lepiej to umiała - puszczać niewidzialną poręcz, pozwalać sobie na przyjemność. Opadli na dywan i przylgnęli do siebie mocno, a potem Edgar uniósł się na rękach i patrzył jej w oczy, kiedy ponownie w nią wchodził.
- Jesteś moja - szepnął.
Pocałowała go i mocno oplotła nogami, by wszedł w nią jeszcze głębiej. Wciąż trochę bolało, ale tak bardzo go pragnęła, że ten ból był jej niemal potrzebny, chciała doświadczać mocno, czuć absolutnie wszystko. Fala rozkoszy i ciepła rozlała się w niej tak niespodziewanie, że z trudem łapała powietrze.
Bliskość między nimi, coraz większa intymność, coraz mocniejsza więź, wydawały jej się czymś nierealnym, a jednocześnie oczywistym i długo wyczekiwanym. Tak musiało się stać. Ona musiała się tutaj znaleźć, w tym mieszkaniu, na tym dywanie, pod tym mężczyzną.
Do rozmowy o Bettinie von Arnim wrócili wieczorem, kiedy leżeli nadzy w łóżku i dojadali resztki ze śniadania.
- Pisałem jej o tobie - przyznał. - Że jesteś utalentowaną młodą pisarką. Wysłałem jej twoją pierwszą książkę, tę o Mysim Stawie.
Prakseda poczuła ukłucie niepokoju.
- Podobała jej się? - zapytała, choć nie wiedziała, czy chce usłyszeć odpowiedź.
- Oczywiście, bo to dobra powieść. Bettina napisała, że twoje spojrzenie charakteryzuje się wyjątkową głębią. A to duży komplement od innej pisarki. Jej babka również była pisarką, więc Bettina pisarstwo ma we krwi. Wspomniałem w ostatnim liście, że pracujesz nad nową rzeczą, która z pewnością spodoba jej się jeszcze bardziej. Ale nie odważyłem się wysłać fragmentów, bo nie wiem, jaki ostatecznie kształt nadasz tej książce.
Mówił o powieści, do której inspirację stanowiły losy Anieli i hrabiego von Goltza. Historii nieszczęśliwego małżeństwa, które staje się więzieniem dla obu stron i z którego nie sposób się wyzwolić. Ostatnio, przed ślubem, Prakseda zrobiła sobie przerwę w pisaniu, ale wiedziała, że do tego wróci. I sama się nie orientowała, jaki ostatecznie kształt przybierze książka. Poczuła jednak wdzięczność wobec Edgara za to, że w nią wierzył.
- W każdym razie - ciągnął - przekazałem Bettinie mniej więcej, o czym traktuje ten tekst, i była bardzo poruszona. Chciałaby przeczytać jakieś wybrane fragmenty. Powiedziała... widzisz, ona założyła własne wydawnictwo i powiedziała, że gdybyś obawiała się drukować taką powieść u Korna, możesz publikować u niej. Jeśli oczywiście twoja proza jej się spodoba, ale o to jestem raczej spokojny. Tylko się na mnie nie gniewaj.
- Gniewać się? Nie. Po prostu nigdy bym nie pomyślała, że ktoś taki jak ona w ogóle może zainteresować się kimś takim jak ja.
- Tyle was łączy, nawet jeśli Bettina jest o ponad trzydzieści lat starsza od ciebie. To twój ulubiony typ, Praksedo. Ktoś, kto całym swoim życiem udowadnia, że jeśli kobieta tylko zechce, może mieć wszystko. Udaną rodzinę i udaną karierę. Bettina aktywnie działa w wielu dziedzinach. Maluje, rysuje, lepi w glinie, a nawet komponuje. Sądzę, że odczuwa wieczny głód pracy i płynącej z niej satysfakcji. Jak ty.
- Myślisz, że powinnam do niej napisać?
- Możemy do niej pojechać.
Uniosła się na łokciu i spojrzała na niego z zaskoczeniem.
- Pojechać?
- Zaprosiła nas. Oświadczyła, że jeśli planujemy z naszej podróży poślubnej zrobić włóczęgę po krajach niemieckich, ona na jakiś czas zaprasza nas do siebie, do Wiepersdorfu. To rodowy majątek jej nieżyjącego męża. A teraz mamy lato, lato zawsze przyjemniejsze jest na wsi...
- Edgarze, ty sobie ze mnie żartujesz? Bettina von Arnim zaprosiła nas do siebie do domu? Mogłabym ją poznać osobiście?
Niespodziewanie w jej oczach stanęły łzy.
- To ty doprowadziłeś do tej sytuacji. Zrobiłeś to dla mnie.
- Napisałaś dobrą książkę. Bez tego nic bym nie zdziałał, nawet gdybym bardzo chciał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki