Rozdział II
Osobliwa operacja
Nazajutrz, trzeciego marca o ósmej rano, do pomieszczenia, w którym nocowała Zermah, wszedł Squambo. Przyniósł trochę jedzenia: chleb, kawałek zimnej dziczyzny, owoce, dzbanek mocnego piwa, dzban wody oraz różne naczynia stołowe. W tym samym czasie jeden z Murzynów ustawiał w kącie stary mebel mający służyć za komodę i toaletę, a w nim trochę bielizny, pościel, prześcieradła i inne drobne przedmioty, z których Mulatka mogła zrobić użytek dla siebie i dziewczynki.
Dy jeszcze spała. Zermah gestem błagała Squambo, by jej nie budził.
Kiedy Murzyn wyszedł, Zermah powiedziała cichym głosem do Indianina:
- Co chcesz z nami zrobić?
- Nie wiem - odpowiedział Squambo.
- Jakie rozkazy otrzymałeś od Texara?
- Czy one pochodzą od Texara, czy od kogoś innego - odparł Indianin - lepiej zrobisz, gdy się do nich zastosujesz. Jak długo będziesz tu przebywać, ten pokój będzie należał do ciebie, natomiast na noc będziecie zamykane w reducie forteczki.
- A w dzień...?
- Będziecie mogły chodzić wewnątrz ogrodzenia.
- Jak długo tu będziemy...? - zapytała Zermah. - Mogę wiedzieć, gdzie jesteśmy?
- Tam, gdzie miałem rozkaz was zaprowadzić.
- I pozostaniemy tu...?
- Powiedziałem to, co miałem powiedzieć - odrzekł Indianin. - Nie ma sensu mnie wypytywać, gdyż nic więcej nie powiem.
To powiedziawszy, Squambo, który rzeczywiście musiał się ograniczyć do tej krótkiej wymiany zdań, opuścił izbę, zostawiając Mulatkę samą z dzieckiem.
Zermah popatrzyła na dziewczynkę. W jej oczach pojawiły się łzy, które jednak natychmiast obtarła. Po przebudzeniu Dy nie powinna zobaczyć, że płakała. Chodziło o to, żeby dziecko powoli przyzwyczajało się do nowej sytuacji - być może bardzo groźnej, gdyż ze strony Hiszpana wszystkiego można było się spodziewać.
Zermah rozmyślała o tym, co wydarzyło się od poprzedniego dnia. Widziała dobrze, że pani Burbank i miss Alice szły w górę rzeki wzdłuż brzegu, podczas gdy łódka oddalała się od niego. Do jej uszu doleciały ich rozpaczliwe wołania i rozdzierające krzyki. Ale czy udało im się dotrzeć z powrotem do Castle House, dostać się do tunelu, wejść do oblężonego domu, powiadomić Jamesa Burbanka i jego towarzyszy o nowym nieszczęściu, które na nich spadło? Czyż ludzie Hiszpana nie mogli ich porwać, uprowadzić daleko od Camdless Bay, a może nawet zabić? Gdyby tak się stało, James Burbank nie wiedziałby o porwaniu córeczki i Zermah. Mógłby myśleć, że jego żona, miss Alice, dziecko i Mulatka wsiadły do łodzi w zatoczce Marino i dotarły do kryjówki przy Cedrowej Skale, gdzie byłyby zupełnie bezpieczne. W takim razie nie zarządziłby natychmiastowych poszukiwań w celu ich odnalezienia...!
Zakładając, że pani Burbank i miss Alice zdołały powrócić do Castle House, że James Burbank został o wszystkim powiadomiony, to czy nie należało się obawiać, że dom został opanowany przez napastników, splądrowany, podpalony i zniszczony? W takim przypadku co mogło się stać z jego obrońcami? Zostali więźniami albo zginęli w walce, a wtedy Zermah nie mogła oczekiwać żadnej pomocy z ich strony.
W tym stanie rzeczy, nawet gdyby nordyści opanowali rzekę St. Johns, ona i tak będzie zgubiona. Gilbert Burbank i Mars nigdy się nie dowiedzą, że siostra jednego z nich, a żona drugiego są więzione na wysepce w Czarnej Zatoce!
Gdyby więc tak było, Zermah nie mogła liczyć na nikogo jak tylko na siebie i na to, że nie opuści jej energia. Będzie się starała uratować to dziecko, które może w tej chwili tylko ją miało na świecie. Jej życie skoncentruje się tylko na jednej myśli: uciekać! Nie upłynie ani jedna godzina, w której nie będzie przygotowywała sposobów ucieczki.
Czy jednak było możliwe wydostać się z forteczki strzeżonej przez Squambo i jego towarzyszy, ujść dwom dzikim ogarom krążącym wokół ogrodzenia, uciec z tej wysepki zagubionej w niezliczonych meandrach laguny?
Tak, to było możliwe pod warunkiem, że uzyskałaby potajemne wsparcie jednego z niewolników Hiszpana, który znałby doskonale przesmyki w Czarnej Zatoce. Dlaczego przynęta w postaci dużej nagrody nie miałaby skłonić któregoś z tych ludzi do pomocy w ucieczce...? Właśnie w tym kierunku miały zmierzać wszelkie usiłowania Zermah.
Tymczasem mała Dy zaczynała się budzić. Pierwsze słowo, jakie wymówiła, było przyzwaniem matki. Następnie rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu.
Powróciły wspomnienia z poprzedniego dnia. Dostrzegła Mulatkę i podbiegła do niej.
- Dobra Zermah! Kochana Zermah...! - wyszeptała. - Boję się... boję się...!
- Nie trzeba się bać, moja kochana!
- Gdzie jest mama...?
- Przyjdzie... wkrótce...! Byłyśmy zmuszone uciekać... dobrze o tym wiesz... Teraz jesteśmy w bezpiecznym miejscu... Nie masz się czego obawiać...! Jak tylko pan Burbank otrzyma pomoc, będzie się starał do nas dołączyć...!
Dy popatrzyła na Zermah, jak gdyby chciała powiedzieć: "Czy to prawda?".
- Tak! - odparła Zermah, za wszelką cenę chcąc uspokoić dziecko. - Tak, pan Burbank polecił, byśmy tu na niego zaczekały...!
- Ale ci ludzie, którzy zabrali nas do swej łodzi...? - zapytała dziewczynka.
- To są służący pana Harveya, moja najdroższa...! Wiesz, pan Harvey to przyjaciel twego tatusia, mieszkający w Jacksonville...! Jesteśmy w jego domku w Hampton Red.
- A mama i Alice, które były z nami, dlaczego ich tu nie ma...?
- Pan Burbank zawołał je w chwili, gdy miały wsiadać do łodzi... Przypomnij sobie...! Jak tylko ci źli ludzie zostaną wypędzeni z Camdless Bay, zaraz po nas przybędą...! Poczekajmy... nie płacz...! Nie bój się, moja najdroższa, choćbyśmy miały pozostać tu nawet przez kilka dni...! Jesteśmy tu tak dobrze ukryte...! A teraz chodź, trochę cię umyję i uczeszę...
Dy nie przestawała wpatrywać się uporczywie w Zermah i pomimo słów Mulatki z jej ust wyrwało się ciężkie westchnienie. Nie mogła, nie potrafiła uśmiechnąć się jak zwykle po przebudzeniu.
Teraz przede wszystkim należało ją czymś zająć.
Zermah przyłożyła się do tego z najczulszym staraniem. Toaleta dziewczynki została zrobiona równie starannie, jak gdyby Dy znajdowała się w swoim miłym pokoiku w Castle House, a równocześnie Mulatka próbowała zabawiać ją historyjkami. Potem Dy trochę zjadła, a Zermah towarzyszyła jej przy tym pierwszym śniadaniu.
- Teraz, moja droga, jeżeli zechcesz, to przejdziemy się... w obrębie ogrodzenia...
- Czy domek pana Harveya jest ładny? - zapytało dziecko.
- Ładny...? Nie... - odpowiedziała Zermah. - Myślę, że to stara rudera. Ale są tu drzewa, strumyki, jest gdzie się przechadzać! Zresztą zostaniemy tu tylko kilka dni, a jeśli nie będziesz się za bardzo nudziła, jeśli będziesz mądra, twoja mama będzie zadowolona!
- Tak, dobra Zermah... tak! - odparła dziewczynka.
Drzwi pokoju nie były zamknięte na klucz. Zermah wzięła dziecko za rękę i obie wyszły. Najpierw znalazły się w mrocznej reducie, lecz już po chwili spacerowały w pełnym świetle pod osłoną listowia wielkich drzew, przez które przebijały się promienie słońca.
Ogrodzony teren nie był rozległy, gdyż miał powierzchnię około jednego akra, z czego blokhauz zajmował sporą jej część. Palisada, która go otaczała, nie pozwalała Zermah rozeznać się w położeniu wysepki w tej lagunie. Wszystko, co zdołała dojrzeć przez starą bramę, to jedynie dość szeroki kanał o mętnych wodach, który oddzielał ją od sąsiednich wysepek. Trudno byłoby więc uciec kobiecie i dziecku.
Nawet gdyby Zermah udało się zdobyć łódkę, jak zdołałyby się wydostać z tych niekończących się kanałów i meandrów? Kobieta nie wiedziała także, że jedynie Texar i Squambo znają rozmieszczenie przesmyków.
Murzyni będący na służbie Hiszpana nigdy nie opuszczali małego fortu i nigdy z niego nie wychodzili. Nawet nie wiedzieli, gdzie są trzymani przez swego pana. By dotrzeć do brzegu St. Johns, by dostać się do bagien graniczących od zachodu z tą zatoką, trzeba byłoby zdać się na los szczęścia. A czy zdanie się tylko na przypadek nie byłoby podążaniem w stronę pewnej zguby?
Zresztą w ciągu kolejnych dni Zermah, zorientowawszy się w sytuacji, zobaczyła, że prawdopodobnie nie może liczyć na żadną pomoc ze strony niewolników Texara. Byli to w większości na wpół zezwierzęceni, niebudzący zaufania Murzyni. Chociaż Hiszpan nie trzymał ich w łańcuchach, to nie cieszyli zbyt wielką wolnością. Dostatecznie żywieni płodami wysepki, lubiący silne trunki, których nie szczędził im Squambo, przeznaczeni głównie do strzeżenia i w razie potrzeby obrony blokhauzu, nie mieli żadnego interesu w zmienianiu swego dotychczasowego żywota na inny.
Kwestia niewolnictwa, która rozstrzygała się kilka mil od Czarnej Zatoki, zupełnie ich nie obchodziła. Odzyskać wolność? Po co? Jaki z niej zrobić użytek? Texar zapewniał im utrzymanie, Squambo niezbyt ostro się z nimi obchodził, chociaż był to człowiek, który rozwaliłby głowę pierwszemu, który ośmieliłby się ją podnieść - o czymś takim nawet nie myśleli. Były to bydlęta stojące poniżej dwóch ogarów, które krążyły wokół małego fortu. Naprawdę nie było żadnej przesady w stwierdzeniu, że te zwierzęta przewyższały ich inteligencją. Psy znały całą zatokę, pływały bowiem mnogimi przesmykami, przebiegały od wysepki do wysepki wiedzione cudownym instynktem, który nie pozwalał im zabłądzić. Czasami ich naszczekiwania rozlegały się nawet na lewym brzegu rzeki, a potem, wraz z zapadnięciem zmroku, same wracały do blokhauzu. Żadna łódź nie była w stanie wniknąć w Czarną Zatokę, nie będąc natychmiast sygnalizowana przez tych straszliwych dozorców. Wyjąwszy Squambo i Texara, nikt nie mógł opuścić małego fortu, nie ryzykując, że zostanie pożarty przez tych dzikich potomków psów karaibskich.
Kiedy Zermah zauważyła, jak pilnie strzeżona jest forteczka, kiedy zrozumiała, że nie może oczekiwać żadnej pomocy od tych, którzy jej pilnowali, to każda inna kobieta, mniej odważna i mniej energiczna od niej, straciłaby całą nadzieję. Tymczasem nic takiego się nie stało. Albo pomoc nadejdzie z zewnątrz, a w tym przypadku mogła nadejść jedynie ze strony Jamesa Burbanka, jeśli będzie mógł swobodnie działać, albo od Marsa, gdyby ten się dowiedział, w jakich okolicznościach zniknęła jego żona. W braku takiej pomocy, by ocalić dziewczynkę, musiała liczyć na samą siebie, i na pewno dobrze wykona to zadanie.
Zermah, zupełnie odosobniona w głębi laguny, widywała obok siebie tylko dzikie twarze. Jednakże dostrzegła, że jeden z Murzynów, jeszcze młody, spoglądał na nią ze współczuciem. Czy należało upatrywać w nim nadziei? Czy mogłaby mu zaufać, wskazać położenie Camdless Bay, namówić go do ucieczki i udania się do Castle House? Było to wątpliwe. Zresztą Squambo musiał spostrzec te oznaki zainteresowania niewolnika, ponieważ ten był trzymany z dala od Zermah. Już więcej go nie spotkała podczas swych przechadzek we wnętrzu małego fortu.
Minęło kilka dni bez żadnej zmiany sytuacji. Od rana do wieczora Zermah i Dy mogły poruszać się swobodnie w obrębie palisady. Nocą, chociaż Squambo nie zamykał ich w pokoju, nie wolno im było opuszczać centralnej reduty. Indianin nigdy się do nich nie odzywał, dlatego też Zermah przestała zadawać mu pytania. Także ani na chwilę nie opuścił wysepki, i wyczuwało się, że nieustannie je dozoruje. W tej sytuacji Zermah całą swoją uwagę skupiła na dziecku, które usilnie pragnęło zobaczyć się z matką.
- Przybędzie...! - odpowiadała jej Mulatka. - Miałam od niej wiadomości...! Twój tato także się pojawi, moja droga, razem z miss Alice...
Po takiej odpowiedzi nie wiedziała, co jeszcze wymyślić. Wysilała cały swój intelekt, by rozerwać dziewczynkę, która wykazywała się większym rozumem, niżby wskazywał na to jej wiek.
Tymczasem upłynął czwarty, piąty i szósty dzień marca. Mimo że Zermah nasłuchiwała, czy odległe huki nie obwieszczą obecności floty federalnej na wodach St. Johns, nie dotarł do niej żaden tego rodzaju dźwięk. W Czarnej Zatoce panowała zupełna cisza. Należało z tego wnosić, że Floryda nie znalazła się jeszcze w rękach żołnierzy Unii, co w najwyższym stopniu niepokoiło Mulatkę. W przypadku gdyby James Burbank i jego przyjaciele zostali pozbawieni możności działania, czy przynajmniej nie mogła czekać na interwencję Gilberta i Marsa? Jeśli kanonierki opanują rzekę, oni na pewno przeszukają jej brzegi i potrafią dotrzeć aż do wysepki. Przecież pierwsza lepsza osoba z personelu Camdless Bay niewątpliwie powiadomi ich o tym, co się wydarzyło. Jednak nic nie wskazywało na to, że na rzece toczy się walka.
Poza tym dziwne było także to, że Hiszpan jeszcze ani razu nie pokazał się w forteczce czy to za dnia, czy też w nocy. Przynajmniej Zermah nie spostrzegła nic, co mogłoby potwierdzić jego obecność, choć prawie wcale nie sypiała i długie bezsenne godziny upływały jej na wsłuchiwaniu się - do tej chwili, na próżno.
Zresztą co mogłaby uczynić, gdyby Texar przybył do Czarnej Zatoki i gdyby ją do siebie przywołał? Czy wysłuchałby jej błagań albo gróźb? Czy bardziej należało się obawiać obecności Hiszpana niż jego nieobecności?
Otóż wieczorem szóstego marca Zermah tysiączny raz o tym rozmyślała. Dochodziła jedenasta. Mała Dy spała spokojnym snem.
Pokój, który obu służył za celę, był pogrążony w kompletnych ciemnościach. Wewnątrz panowała zupełna cisza, przerywana czasami gwizdaniem wietrzyka wdzierającego się przez spróchniałe dyle ścian blokhauzu.
W tym momencie Mulatce wydawało się, że słyszy kroki wewnątrz reduty. Z początku przypuszczała, że może to być Indianin, który wracał do swego pokoju umieszczonego naprzeciwko jej celi po zwyczajowym obejściu całej ogrodzonej warowni. Wtedy Zermah zaskoczyło kilka słów, jakie wymieniły między sobą dwie osoby. Podeszła do drzwi, zaczęła nasłuchiwać i rozpoznała głos Squambo oraz prawie natychmiast głos Texara.
Przeszył ją dreszcz. Co o tej godzinie Hiszpan robił w forteczce? Chodziło o jakąś nową machinację powziętą przeciw niej i dziecku? Czy miały zostać wyprowadzone z pokoju, przewiezione do jakiejś innej kryjówki, jeszcze bardziej ukrytej, jeszcze bardziej niedostępnej niż Czarna Zatoka? W jednej chwili te wszystkie przypuszczenia przemknęły przez umysł Zermah... Zdołała się jednak opanować, przysunęła się do samych drzwi i nasłuchiwała.
- Nic nowego? - mówił Texar.
- Nic, panie - odparł Squambo.
- A Zermah?
- Nie odpowiadałem na jej zapytania i prośby.
- Czy po sprawie w Camdless Bay czyniono jakieś próby dostania się tutaj?
- Tak, ale żadna się nie udała.
Po tej odpowiedzi Zermah zrozumiała, że ktoś prowadził poszukiwania, ale kto?
- Jak się o tym dowiedziałeś? - zapytał Texar.
- Kilka razy udałem się na brzeg St. Johns - odparł Indianin - i parę dni temu zauważyłem, że jakaś łódź krążyła u wejścia do Czarnej Zatoki. Doszło nawet do tego, że dwaj ludzie wysiedli na jedną z wysepek.
- Kim byli ci ludzie?
- James Burbank i Walter Stannard.
Zermah z trudem zdołała powstrzymać emocje. To byli James Burbank i Stannard! Zatem nie wszyscy obrońcy zginęli w czasie ataku na plantację. A jeśli zaczęli poszukiwania, znaczyło to, że wiedzieli o porwaniu jej i dziecka. Jeśli wiedzieli, to by znaczyło, że pani Burbank i Alice zdołały im o tym powiedzieć. Tak więc obie także żyły. Obie zdołały powrócić do Castle House po usłyszeniu ostatniego okrzyku Zermah, wzywającej pomocy przeciw Texarowi. Tak więc James Burbank wiedział o wszystkim, co się wcześniej wydarzyło. Znał nazwisko nędznika. Może nawet domyślał się, w jakim miejscu zostały ukryte jego ofiary. Jeśli tak było, to potrafi je odnaleźć!
Cały ciąg powiązanych faktów w jednej chwili przesunął się w myślach Zermah. Opanowała ją ogromna nadzieja - nadzieja, która prawie zaraz zniknęła, kiedy usłyszała odpowiedź Hiszpana.
- Tak, niech sobie szukają, ale nic nie znajdą! Zresztą za kilka nie trzeba już będzie się obawiać Jamesa Burbanka!
Co znaczyły te słowa, tego Mulatka nie potrafiła pojąć. W każdym razie w ustach człowieka, któremu podlegał Komitet w Jacksonville, musiała to być straszliwa groźba.
- Teraz, Squambo, potrzebuję cię na jakąś godzinę - odezwał się znów Hiszpan.
- Jestem na rozkazy, panie.
- Chodź ze mną!
Chwilę później obaj wyszli do pokoju zajmowanego przez Indianina.
Co chcieli tam robić? Czy nie chodziło o jakiś sekret, który później mógłby przynieść Zermah korzyść? W tym położeniu nie powinna zaniedbać niczego, co mogłoby się jej przydać.
Jak wiemy, drzwi od pokoju Mulatki nie były zamykane nawet w nocy. Taka ostrożność była zbyteczna, ponieważ redutę zamykano od wewnątrz i sam Squambo trzymał klucz przy sobie. Nie było więc możliwości opuszczenia blokhauzu, a w konsekwencji spróbowania ucieczki.
Dlatego Zermah mogła otworzyć drzwi pokoju i iść na palcach, powstrzymując oddech.
Panowała głęboka ciemność, tylko z pokoju Indianina wydostawało się słabe światełko.
Zermah podeszła do drzwi i popatrzyła przez szparę w dylach. To, co zobaczyła, było na tyle dziwne, że nie mogła zrozumieć znaczenia tej sceny.
Chociaż pokój oświetlał jedynie ogarek żywicznej świecy, tyle światła wystarczało Indianinowi, zajętemu w tej chwili dość delikatną robotą.
Otóż przed Indianinem siedział Texar rozebrany ze swojej skórzanej kurtki, z lewem ramieniem obnażonym i wyciągniętym na stoliku tuż pod światłem padającym ze świecy. Na wewnętrznej stronie przedramienia rozpostarty był kawałek dziwnego w kształcie papieru z niewielkimi dziurkami. Squambo cienką igłą nakłuwał mu skórę w miejscach naznaczonych dziurkami na papierze. Była to operacja tatuowania, w której Indianin, jako Seminol, musiał być bardzo biegły. Rzeczywiście robił to z wielką zręcznością i bardzo delikatnie, aby koniec igły tylko nakłuwał naskórek, tak aby Hiszpan nie doznawał żadnego bólu.
Kiedy Indianin skończył, zdjął papier i wziąwszy kilka liści rośliny, którą przyniósł Texar, potarł nimi przedramię swego pana. Sok tej rośliny, wprowadzony w nakłucia, wywołał silne swędzenie, ale Hiszpan nie był człowiekiem skarżącym się na byle drobiazg.
Kiedy cała operacja dobiegła końca, Squambo przybliżył świeczkę do tatuażu. Wtedy na skórze przedramienia Texara pojawił się czerwonawy rysunek.
Rysunek ów dokładnie odtwarzał to, co dziurki zrobione igłą uformowały na papierze. Kopia została wykonana z idealną dokładnością. Był to szereg przecinających się linii, przedstawiających jedną z symbolicznych postaci z wierzeń seminolskich.
Ten znak już nigdy nie mógł zostać usunięty z ramienia, na którym Squambo go wycisnął.
Zermah widziała wszystko, lecz jak już zostało powiedziane, nic z tego nie rozumiała. Jaki interes mógł mieć Texar w ozdobieniu się tym tatuażem? Po co był mu potrzebny ten "znak szczególny", używając słowa umieszczanego zwykle w paszportach? Czyżby chciał uchodzić za Indianina? Przecież nie pozwalały mu na to ani cera, ani charakter jego osoby. Czy nie należało raczej widzieć korelacji pomiędzy tym znakiem a tymi, które zrobiono przemocą owym kilku podróżnym z Florydy, którzy wpadli w ręce pewnego szczepu Seminolów na północy hrabstwa? Czy Texar nie zamyślał czasem udowodnić w ten sposób swego zagadkowego alibi, co mu się już nieraz tak dobrze udawało? A może także była to w istocie jedna z tajemnic nierozerwalnie związanych z jego życiem, którą przyszłość zapewne ujawni?
W umyśle Zermah zrodziło się jeszcze inne pytanie. Czyżby Hiszpan przybył do blokhauzu tylko po to, by skorzystać ze zręczności Squambo w materii tatuowania? Czy po ukończonym zabiegu opuści Czarną Zatokę, by wrócić na północ Florydy, niewątpliwie do Jacksonville, gdzie jego stronnicy nadal byli panami sytuacji? Czy też jego zamiarem było raczej pozostać w blokhauzie aż do nastania dnia, nakazać Mulatce, by się przed nim stawiła, podjąć jakąś nową decyzję względem swoich więźniarek?
Pod tym względem Zermah szybko się uspokoiła. Błyskawicznie wróciła do pokoju w chwili, kiedy Hiszpan wstawał, by powrócić do reduty.
Tam, przywarłszy skulona przy drzwiach, podsłuchiwała rozmowę prowadzoną między Indianinem a jego panem.
- Czuwaj baczniej niż kiedykolwiek wcześniej - polecił Texar.
- Dobrze - odparł Squambo - ale gdybyśmy zostali mocniej osaczeni przez Jamesa Burbanka w Czarnej Zatoce?
- Powtarzam ci, że za kilka dni już nie będziesz musiał się obawiać Jamesa Burbanka. Zresztą gdyby to okazało się konieczne, wiesz, gdzie należy zaprowadzić Mulatkę i to dziecko... Tam, gdzie później do was dołączę...
- Tak, panie - odpowiedział Squambo - ale ponieważ należy przewidzieć także przypadek, że Gilbert, syn Jamesa Burbanka, i Mars, mąż Zermah...
- Za dwie doby oni będą w mojej mocy - stwierdził Texar - a gdy ich będę miał...
Zermah nie dosłyszała zakończenia tego zdania, groźnego dla jej męża i dla Gilberta.
Texar i Squambo wyszli z blokhauzu, którego drzwi zamknęły się za nimi.
Kilka chwil później skif prowadzony przez Indianina opuszczał wysepkę i kierując się pomiędzy mrocznymi krętościami laguny, dobił do łodzi, która oczekiwała na Hiszpana przy wylocie zatoki na wody St. Johns. Wtedy, wydawszy ostatnie polecenia, Texar rozstał się ze Squambo. Następnie Hiszpan, niesiony odpływem, szybko podążał w kierunku Jacksonville.
Dopłynął tam o świcie, w sam raz na czas, by wprowadzić swoje plany w czyn. Rzeczywiście, kilka dni później Mars zniknął pod wodami St. Johns, a Gilbert Burbank został skazany na śmierć.