Północ i południe - Elizabeth Gaskell

Kup ebooka

29.99 zł
24.89 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Przedślubna krzątanina

ROZ­DZIAŁ I

Przed­ślubna krzą­ta­nina

Zaloty, mał­żeń­stwo i tak dalej.

Frag­ment pie­śni Joanny Bail­lie

- Edith - powie­działa łagod­nie Mar­ga­ret. - Edith.

Tak jak przy­pusz­czała, Edith zasnęła. Zwi­nięta w kłę­bek, leżała na sofie w tyl­nym salo­nie na Har­ley Street i wyglą­dała uro­czo w bia­łym muśli­nie i błę­kit­nych wstąż­kach. Gdyby Tyta­nii zda­rzyło się kie­dy­kol­wiek przy­stroić w biały muślin i błę­kitne wstążki oraz zasnąć na kry­tej pur­pu­ro­wym ada­masz­kiem sofie, Edith z powo­dze­niem można by wziąć za tę boginkę. Jej uroda na nowo ude­rzyła Mar­ga­ret. Dora­stały razem i wszy­scy poza nią dostrze­gali piękno Edith. Mar­ga­ret nato­miast zaczęła o tym myśleć dopiero kilka dni temu, gdy per­spek­tywa zbli­ża­ją­cej się roz­łąki przy­dała mocy wszyst­kim zale­tom i uro­kowi kuzynki. Roz­ma­wiały o tylu róż­nych spra­wach: o ślub­nej sukni i o samej cere­mo­nii, o kapi­ta­nie Len­nok­sie i o tym, co opo­wie­dział Edith o jej przy­szłym życiu na Korfu, gdzie sta­cjo­no­wał jego regi­ment. Potem omó­wiły kło­poty z utrzy­ma­niem odpo­wied­nio nastro­jo­nego pia­nina i wyda­wało się, że ta kwe­stia jest dla dziew­czyny jedną z naj­waż­niej­szych w jej przy­szłym mał­żeń­skim życiu, a na koniec zajęły się sprawą sukien, które przy­szła pani Len­nox zamie­rzała zabrać ze sobą w podróż poślubną do Szko­cji. Z każdą chwilą przy­ci­szony głos Edith sta­wał się coraz bar­dziej senny, aż wresz­cie, po kil­ku­mi­nu­to­wej ciszy, Mar­ga­ret upew­niła się, że pomimo gwaru w sąsied­nim pokoju jej kuzynka, zwi­nięta w miękki kłę­bek muślinu, wstą­żek i jedwa­bi­stych loków, zapa­dła w spo­kojną poobied­nią drzemkę.

Mar­ga­ret zamie­rzała wła­śnie podzie­lić się z nią pla­nami zwią­za­nymi z życiem na cichej wiej­skiej ple­ba­nii, gdzie miesz­kali jej rodzice. Tam spę­dzała cudowne waka­cje i święta, choć przez ostat­nie dzie­sięć lat prze­by­wała na stałe w domu swej ciotki Shaw. Z braku słu­cha­cza musiała teraz, tak jak dotych­czas, roz­my­ślać w ciszy nad zbli­ża­ją­cymi się w jej życiu zmia­nami. Myśli te były jed­nak rado­sne, jak­kol­wiek zabar­wione żalem z powodu roz­sta­nia z łagodną ciotką i uko­chaną kuzynką na bli­żej nie­okre­ślony czas. Gdy roz­ko­szo­wała się wyobra­ża­niem sobie uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji jedy­naczki, jaką zaj­mie na ple­ba­nii w Hel­stone, do jej uszu docie­rały urywki roz­mowy pro­wa­dzo­nej w przy­le­głym pokoju. Ciotka gawę­dziła z pię­cioma lub sze­ścioma damami, które zapro­siła na obiad; ich mężo­wie na­dal gościli w jadalni. Wszy­scy byli sąsia­dami nazy­wa­nymi przez panią Shaw przy­ja­ciółmi, ponie­waż jadała z nimi czę­ściej niż z innymi ludźmi, a ich wza­jemna zaży­łość pozwa­lała na skła­da­nie sobie wizyt rów­nież przed lun­chem. Damy te i ich mężo­wie zostali zapro­szeni na poże­gnalny obiad z oka­zji zbli­ża­ją­cego się ślubu Edith. Sama narze­czona dość nie­chęt­nie przy­jęła ten pomysł, ponie­waż na ten dzień zapo­wie­dział swój przy­jazd wie­czor­nym pocią­giem kapi­tan Len­nox. Była roz­piesz­czoną panienką, ale jed­no­cze­śnie zbyt nie­dbałą i leniwą, by wyka­zać wolę i chęć dzia­ła­nia, łatwo zatem ustą­piła matce, zwłasz­cza gdy dowie­działa się, że zamó­wiono sezo­nowe spe­cjały, uwa­żane za sku­teczne reme­dium na melan­cho­lię poże­gnalnych obia­dów. Pod­czas posiłku roz­pie­rała się w krze­śle, prze­su­wa­jąc jedze­nie po całym tale­rzu z uro­czy­stą i jakby nie­obecną miną. Pozo­stali zebrani świet­nie się bawili żar­tami pana Greya, dżen­tel­mena zaj­mu­ją­cego drugi koniec stołu pod­czas przy­jęć u pani Shaw, a po posiłku upro­sili Edith, aby uprzy­jem­niła im czas muzyką. Jeśli cho­dzi o pana Greya, był tak dow­cipny przy stole, że pano­wie pozo­stali tam dłu­żej niż zazwy­czaj, co oka­zało się nader sprzy­ja­jącą oko­licz­no­ścią dla pań, przy­naj­mniej sądząc z frag­men­tów ich roz­mowy dosły­sza­nych przez Mar­ga­ret.

- Sama zbyt wiele przez to wycier­pia­łam. Nie cho­dzi o to, że nie byłam nie­biań­sko szczę­śliwa z bied­nym gene­ra­łem, ale tak czy owak duża róż­nica wieku to istotna prze­szkoda w mał­żeń­stwie. Już dawno zatem posta­no­wi­łam, że oszczę­dzę mojej Edith takich prze­żyć. Oczy­wi­ście, bez cie­nia mat­czy­nej zaro­zu­mia­ło­ści prze­wi­dy­wa­łam, że moje dro­gie dzie­cię wcze­śnie wyj­dzie za mąż. W rze­czy samej po wie­lo­kroć powta­rza­łam, że nastąpi to, zanim córka skoń­czy dzie­więt­na­ście lat. Naprawdę mia­łam pro­ro­cze prze­czu­cia, kiedy kapi­tan Len­nox... - Tu głos ciotki zamie­nił się w szept, ale Mar­ga­ret z łatwo­ścią potra­fiła dopo­wie­dzieć koń­cówkę tego zda­nia.

Roz­kwit wiel­kiej miło­ści nastą­pił w wypadku Edith bez żad­nych prze­szkód. Pani Shaw pod­dała się sile prze­czuć, jak to sama okre­śliła, i naci­skała na zawar­cie mał­żeń­stwa, choć przez wielu zna­jo­mych uwa­żane było ono za nie­godne pozy­cji mło­dej i ślicz­nej dzie­dziczki. Kobieta jed­nak powta­rzała, że jej jedyne dziecko wyj­dzie za mąż z miło­ści, i zawsze po tym stwier­dze­niu zna­cząco wzdy­chała, jak gdyby ona sama nie wyszła za gene­rała, kie­ru­jąc się uczu­ciem. W ogóle wyda­wało się, że matka delek­tuje się tym narze­czeń­stwem bar­dziej niż córka. Oczy­wi­ście, Edith była zako­chana bez reszty i tak jak należy, ale z pew­no­ścią wola­łaby ładny dom w Bel­gra­vii od owego malow­ni­czego życia na Korfu, które przy­obie­cał jej kapi­tan Len­nox. To, co eks­cy­to­wało Mar­ga­ret, u jej kuzynki powo­do­wało wzdry­gnię­cia i marsz­cze­nie nosa, czę­ściowo uda­wane dla przy­jem­no­ści, którą znaj­do­wała w usil­nych zabie­gach swego czu­łego narze­czo­nego, by zachę­cić ją do wyjazdu, a czę­ściowo wyni­ka­jące z praw­dzi­wej nie­chęci do cygań­skiego, wędrow­nego trybu życia. Gdyby poja­wił się ktoś z pięk­nym domem, impo­nu­jącą posia­dło­ścią i waż­nym tytu­łem na doda­tek, Edith mimo to trwa­łaby przy kapi­tanie, dopóki odczu­wa­łaby pokusę zerwa­nia. Nie­wy­klu­czone nato­miast, że potem czy­ni­łaby mu wyrzuty, iż nie jest skoń­czoną dosko­na­ło­ścią. Dowio­dłaby tą postawą, że jest nie­odrodną córką swej matki, która z wyra­cho­wa­nia poślu­biła gene­rała Shawa, nie żywiąc dla niego żad­nych cie­plej­szych uczuć poza sza­cun­kiem dla jego cha­rak­teru i majątku, a potem stale, choć trzeba przy­znać: w ukry­ciu, uża­lała się nad swym cięż­kim losem kobiety zwią­za­nej z nie­ko­cha­nym czło­wie­kiem.

- Nie oszczę­dza­łam ani tro­chę na jej wypra­wie - to były następne słowa, które usły­szała Mar­ga­ret. - Otrzyma wszyst­kie te piękne indyj­skie szale i chu­sty, które dosta­łam od gene­rała, a któ­rych już nie noszę.

- Szczę­śliwa z niej dziew­czyna - odpo­wie­dział głos, jak zorien­to­wała się Mar­ga­ret, nale­żący do pani Gib­son, która żywiła szcze­gólne zain­te­re­so­wa­nie tema­tem roz­mowy, ponie­waż kilka tygo­dni wcze­śniej wydała za mąż jedną z córek. - Helena upie­rała się przy indyj­skim szalu, ale musia­łam jej odmó­wić, gdy usły­sza­łam tę osza­ła­mia­jącą kwotę, jaką sobie za niego zaży­czyli. Pew­nie będzie zazdro­ściła Edith tych cudow­no­ści. A co to w ogóle za styl? Delhi? Z tą śliczną małą bor­diurą?

Mar­ga­ret ponow­nie usły­szała głos ciotki, ale tym razem brzmiał tak, jakby unio­sła się lekko ze swej pół­le­żą­cej pozy­cji i wychy­liła w stronę sła­biej oświe­tlo­nego salo­niku.

- Edith! Edith! - wołała, ale potem chyba osu­nęła się z powro­tem na opar­cie, jakby znu­żona tym wysił­kiem. Mar­ga­ret postą­piła krok do przodu.

- Edith usnęła, cio­ciu. Może ja mogła­bym pomóc?

Na tę przy­gnę­bia­jącą wia­do­mość o narze­czo­nej damy jed­no­gło­śnie stwier­dziły:

- Biedne dziecko.

Minia­tu­rowy kana­po­wiec, któ­rego pani Shaw trzy­mała w ramio­nach, zaczął szcze­kać, jakby w odru­chu współ­czu­cia.

- Cicho, Tiny! Ty nie­grzeczna dziew­czynko! Obu­dzisz swoją panią. Chcia­łam tylko, aby Edith popro­siła New­ton o przy­nie­sie­nie na dół tych szali. A może ty zechcia­ła­byś po nie pójść, droga Mar­ga­ret?

Dziew­czyna weszła na naj­wyż­sze pię­tro domu do sta­rego pokoju dzie­cię­cego, gdzie New­ton zaj­mo­wała się dzier­ga­niem koro­nek potrzeb­nych do ślubu. Nia­nia poszła po szale, zrzę­dząc pod nosem, bo musiała je roz­pa­ko­wy­wać po raz czwarty lub piąty tego dnia. W tym cza­sie Mar­ga­ret roz­glą­dała się po pomiesz­cze­niu, pierw­szym, z któ­rym się zaprzy­jaź­niła, gdy dzie­więć lat temu przy­była tu jako nie­okieł­znana pół­dzi­ku­ska, by od tej chwili dzie­lić dom, zabawy i naukę ze swą kuzynką Edith. Do dziś miała przed oczyma przy­ciem­niony pokój, któ­rym zarzą­dzała surowa i uro­czy­sta nia­nia, szcze­gól­nie wraż­liwa na punk­cie czy­stych rąk i podar­tych sukie­nek. Mar­ga­ret pamię­tała też ten pierw­szy pod­wie­czo­rek, gdy oddzie­lono ją od ojca i ciotki, któ­rzy jedli obiad gdzieś tam, na samym dole nie­koń­czą­cych się scho­dów; uwa­żała wtedy, że skoro ona prze­bywa na wyso­ko­ści nieba, oni muszą się znaj­do­wać we wnę­trzu ziemi. W domu rodzin­nym, przed przy­by­ciem na Har­ley Street, jej poko­jem dzie­cin­nym była goto­wal­nia matki, a ponie­waż na ple­ba­nii życie zaczy­nało się toczyć wcze­śniej niż w mie­ście, dziew­czynka jadała posiłki razem z rodzi­cami. Dzi­siaj ta wysoka, dorodna osiem­na­sto­latka dosko­nale pamię­tała pierw­szą noc i łzy żalu wyle­wane z dziką pasją przez dzie­wię­cio­latkę ukrytą pod koł­drą. Potem jed­nak nia­nia kazała jej się uspo­koić, aby płacz nie obu­dził panienki Edith. Pła­kała dalej tak samo gorzko, ale już zde­cy­do­wa­nie ciszej, dopóki nie przy­szła jej nowo poznana, śliczna i impo­nu­jąca ciotka, która miękko wspięła się po scho­dach, aby poka­zać panu Hale'owi jego słodko śpiącą córeczkę. Wtedy mała Mar­ga­ret stłu­miła łka­nia i sta­rała się leżeć tak cicho, jakby spała, aby nie uniesz­czę­śli­wić ojca swą żało­ścią, któ­rej nie ośmie­liła się oka­zy­wać także przed ciotką. Uwa­żała w ogóle, że ten jej smu­tek to coś złego, zwłasz­cza po tylu nadzie­jach, pla­nach, przy­go­to­wa­niach i sta­ra­niach, aby dosto­so­wać jej gar­de­robę do nowych, lep­szych warun­ków, w jakich miała się zna­leźć, i po ocze­ki­wa­niu na moment, gdy papa będzie mógł choć na kilka dni odda­lić się z para­fii i odwieźć ją do Lon­dynu.

Teraz kochała ten stary pokój, choć jego urzą­dze­nie zostało zde­mon­to­wane, i na myśl, że już za trzy dni go opu­ści, roz­glą­dała się dookoła z uczu­ciem żalu, zupeł­nie jak domowy kot, któ­rego ktoś wypę­dza z ulu­bio­nego miej­sca.

- Ach New­ton! - wes­tchnęła. - Myślę, że wszyst­kim nam będzie przy­kro opusz­czać ten stary, kochany pokój!

- Wła­ści­wie, panienko, jeśli o mnie cho­dzi, to ja nie będę żało­wać. Moje oczy nie są już takie jak daw­niej, a tu takie marne świa­tło, że koronki to mogę napra­wiać tylko przy oknie, a znowu tam jest taki okropny prze­ciąg, że można się prze­zię­bić na śmierć.

- Cóż, przy­pusz­czam, że w Neapolu znaj­dziesz wystar­cza­jąco dużo i świa­tła, i cie­pła. Musisz po pro­stu odło­żyć więk­szość cero­wa­nia do czasu, gdy tam dotrze­cie. Dzię­kuję, New­ton, zabiorę je na dół, jesteś prze­cież zajęta.

I Mar­ga­ret zeszła do salonu obła­do­wana sza­lami, roz­sie­wa­jąc wokół ich korzenny zapach Orientu.

Ciotka popro­siła ją, aby wystą­piła w roli mane­kina do zapre­zen­to­wa­nia przy­nie­sio­nych skar­bów, ponie­waż Edith na­dal spała. Nikt nie zwró­cił uwagi na to, że wysoka, dosko­nale ukształ­to­wana figura modelki, ubra­nej w czarną jedwabną suk­nię na znak żałoby po jed­nym z krew­nych ojca, wspa­niale pod­kre­ślała piękno dłu­gich osza­ła­mia­ją­cych szali, w któ­rych Edith z pew­no­ścią by uto­nęła. Mar­ga­ret, cicha i bierna, stała bez­po­śred­nio pod kan­de­la­brem, pod­czas gdy ciotka upi­nała na niej tka­niny. Tylko od czasu do czasu pod­czas obra­ca­nia się widziała swe odbi­cie w lustrze wiszą­cym nad komin­kiem i uśmie­chała się na widok wła­snej, dobrze zna­nej postaci, teraz wystę­pu­ją­cej w sza­tach księż­niczki. Deli­kat­nie doty­kała owi­nię­tych wokół sie­bie zwo­jów, delek­tu­jąc się ich mięk­ko­ścią i zachwy­ca­jąc cudow­nymi kolo­rami, i z cichym, zado­wo­lo­nym uśmie­chem przyj­mo­wała to przy­stra­ja­nie w owe wspa­nia­ło­ści, zupeł­nie jak dziecko cie­szące się z zabawy w prze­bie­ra­nie. W tej wła­śnie chwili drzwi się otwo­rzyły i oznaj­miono przy­by­cie pana Henry'ego Len­noxa, brata narze­czo­nego Edith. Nie­które panie lekko się cof­nęły, jakby zawsty­dzone swym kobie­cym zain­te­re­so­wa­niem stro­jami, nato­miast pani Shaw wycią­gnęła do nowo przy­by­łego dłoń. Mar­ga­ret pozo­stała nie­ru­choma, przy­pusz­cza­jąc, że może być jesz­cze potrzebna do pre­zen­to­wa­nia szali, ale z roz­ja­śnioną roz­ba­wie­niem twa­rzą spo­glą­dała na męż­czy­znę, pewna chyba, że on rów­nież dostrzeże nie­do­rzecz­ność sytu­acji, w któ­rej ją zastał.

Pan Henry Len­nox nie zdo­łał przy­być na obiad i teraz pani Shaw była pochło­nięta wypy­ty­wa­niem go o jego brata, a swego przy­szłego zię­cia, o sio­strę, druhnę przy­byłą spe­cjal­nie na uro­czy­stość ze Szko­cji razem z kapi­ta­nem, i o innych człon­ków rodziny Len­noxów. Widząc to, Mar­ga­ret uznała, że nie będzie już potrzebna przy sza­lach, i zajęła się zaba­wia­niem pozo­sta­łych gości, o któ­rych jej ciotka chwi­lowo zapo­mniała. Pra­wie natych­miast z tyl­nego salonu wyło­niła się Edith, mru­żąc oczy od sil­niej­szego świa­tła i odrzu­ca­jąc do tyłu lekko potar­gane loki. Przy­po­mi­nała Śpiącą Kró­lewnę wła­śnie wyrwaną ze snu. Nawet drze­miąc, wyczu­wała instynk­tow­nie, że pan Len­nox jest kimś, dla kogo warto się pod­nieść, i teraz zada­wała mu dzie­siątki pytań o drogą Janet, przy­szłą, a nie­znaną jesz­cze szwa­gierkę, dla któ­rej dekla­ro­wała taki afekt, że gdyby nie duma, Mar­ga­ret bez wąt­pie­nia odczu­wa­łaby zazdrość o tę rywalkę, tak nagle i nie­spo­dzie­wa­nie poja­wia­jącą się na hory­zon­cie. Po przy­łą­cze­niu się ciotki do ogól­nej roz­mowy dziew­czyna wyco­fała się z kręgu gości i wtedy dostrze­gła, że Henry Len­nox patrzy na wolne miej­sce koło niej. Dosko­nale wie­działa, że gdy tylko Edith uwolni go od lawiny pytań, on zaj­mie to wypa­trzone krze­sło. Nie była cał­kiem pewna, czy zoba­czy go tego wie­czoru, ponie­waż ciotka dosyć zawile rela­cjo­no­wała jego plany; w grun­cie rze­czy przy­by­cie pana Henry'ego było raczej nie­spo­dzianką. Teraz Mar­ga­ret poczuła pew­ność, że to będzie udany wie­czór, bo oboje mieli pra­wie te same upodo­ba­nia. Jej twarz zaja­śniała szcze­ro­ścią i otwar­to­ścią. Po chwili pod­szedł, a ona przy­wi­tała go uśmie­chem, bez cie­nia nie­śmia­ło­ści czy zaże­no­wa­nia.

- Przy­pusz­czam, że były­ście pogrą­żone w inte­re­sach, to zna­czy dam­skich inte­re­sach. Cał­ko­wi­cie to odmienne od moich zajęć, tych praw­dzi­wych, praw­nych inte­re­sów. Zabawa sza­lami różni się tro­chę od spo­rzą­dza­nia umów i zapi­sów nota­rial­nych.

- Byłam pewna, że roz­bawi to pana, gdy zasta­nie nas podzi­wia­jące kobiece fata­łaszki, ale przy­zna pan, że indyj­skie szale są szczy­tem dosko­na­ło­ści.

- Nie wąt­pię. Ich cena jest także dosko­nała. Niczego jej doprawdy nie bra­kuje. - Tym­cza­sem wcho­dzili kolejno inni dżen­tel­meni i dźwięki roz­mów stały się niż­sze w tonie. - To ostatni obiad, jaki wyda­je­cie, prawda? Ostatni przed czwart­kiem?

- Zga­dza się. Myślę, że po tym wie­czo­rze naresz­cie zaznamy odpo­czynku, nie­zna­nego w tym domu od wielu tygo­dni. Cho­dzi mi o ten rodzaj spo­koju, kiedy nie ma już wresz­cie nic wię­cej do zro­bie­nia ani usta­le­nia w spra­wie, która cał­ko­wi­cie zaj­mo­wała głowy i serca. W końcu będę miała czas, aby spo­koj­nie pomy­śleć. To samo można chyba powie­dzieć o Edith.

- Jeśli o nią cho­dzi, to nie był­bym tego taki pewien, nato­miast mogę to sobie wyobra­zić odno­śnie do pani. Kie­dy­kol­wiek panią ostat­nio widzia­łem, gnał panią praw­dziwy wir wyda­rzeń, i to zawsze stwo­rzony przez innych.

- Tak - przy­znała smutno Mar­ga­ret, wspo­mi­na­jąc nie­koń­czące się zamie­sza­nie wokół każ­dej bła­hostki, które roz­pę­ty­wano w ciągu ostat­niego mie­siąca. - Zasta­na­wiam się, czy mał­żeń­stwo naprawdę musi być poprze­dzone tym, co pan nazwał wirem wyda­rzeń lub raczej trąbą powietrzną? Czy nie mógłby to być czas spo­koju i wyci­sze­nia?

- Rozu­miem, że to dobra wróżka zamó­wi­łaby wyprawę, przy­go­to­wała wesele i wypi­sała zapro­sze­nia? - zauwa­żył, śmie­jąc się, pan Len­nox.

- Ale czy ta cała mitręga jest naprawdę potrzebna? - spy­tała, patrząc mu pro­sto w oczy w ocze­ki­wa­niu odpo­wie­dzi.

Uczu­cie nie­opi­sa­nego znu­że­nia wszyst­kimi przy­go­to­wa­niami, mają­cymi na celu wywo­ła­nie jak naj­lep­szego wra­że­nia, jakimi przez ostat­nie sześć tygo­dni zaj­mo­wała się Edith jako naj­wyż­szy auto­ry­tet, dopa­dło w tej chwili Mar­ga­ret. Potrze­bo­wała teraz kogoś, z kim mogłaby omó­wić kilka swo­ich cichych prze­my­śleń na temat mał­żeń­stwa.

- Ależ oczy­wi­ście - odpo­wie­dział, nagle poważ­nie­jąc. - Są formy i pro­ce­dury, przez które trzeba prze­brnąć, i to nie tyle dla wła­snej satys­fak­cji, ile po to, aby zamknąć usta bliź­nim, bo bez owego zamknię­cia spo­tka­łoby nas potem w życiu nie­wiele przy­jem­no­ści. A jak pani zor­ga­ni­zo­wa­łaby ślub?

- Och, nie myśla­łam o tym zbyt wiele. Wiem tylko, że chcia­ła­bym, aby to był piękny letni pora­nek. I chcia­ła­bym iść do kościoła w cie­niu drzew. I żeby nie było tylu dru­hen. I naj­le­piej, by w ogóle nie było uczty wesel­nej. Oba­wiam się, że moje roz­wią­za­nie pole­ga­łoby przede wszyst­kim na wyklu­cze­niu tych ele­men­tów, które ostat­nio spra­wiały mi tyle kło­po­tów.

- Nie, myślę, że to nie jest kwe­stia zmę­cze­nia tym, co pani obec­nie prze­żywa. Idea peł­nej pro­stoty cał­ko­wi­cie zga­dza się z pani cha­rak­te­rem.

Mar­ga­ret nie bar­dzo spodo­bało się to stwier­dze­nie. Skrzy­wiła się. Pamię­tała poprzed­nie sytu­acje, kiedy pan Len­nox pró­bo­wał skie­ro­wać roz­mowę na cechy jej cha­rak­teru i spo­sób postę­po­wa­nia, przy czym wyra­żane przez niego opi­nie były nieco nad­mier­nie pochlebne. Ucięła ten temat, mówiąc:

- To natu­ralne, że myślę raczej o spa­ce­rze do kościoła w Hel­stone, a nie o kare­cie jadą­cej wybru­ko­waną ulicą na ślub w Lon­dy­nie.

- Pro­szę mi opo­wie­dzieć o Hel­stone. Nic prze­cież nie wiem o pani domu. Chciał­bym mieć jakieś wyobra­że­nie o miej­scu, gdzie będzie pani miesz­kać, kiedy Har­ley Street 96 sta­nie się ciemne, brudne, nudne i zamknięte na cztery spu­sty. Przede wszyst­kim pro­szę mi powie­dzieć, czy Hel­stone to wio­ska, czy mia­sto.

- To raczej tylko osada. Nawet nie zasłu­guje na miano wio­ski. Jest kościół, a wokół niego wśród zie­leni stoi kilka domów, choć wła­ści­wie powin­nam je nazwać chat­kami, poro­śnię­tych pną­cymi różami.

- Które kwitną przez okrą­gły rok, zwłasz­cza na Boże Naro­dze­nie. Tak powinna pani uzu­peł­nić ten obra­zek - odrzekł.

- Nie - zaprze­czyła lekko roz­draż­niona Mar­ga­ret. - Nie maluję obrazka. Sta­ram się po pro­stu opi­sać Hel­stone takim, jakie jest. Nie powi­nien pan kpić.

- Jestem pełen skru­chy - odpo­wie­dział. - Tylko że to naprawdę zabrzmiało jak opis wio­ski z bajki, a nie rze­czy­wi­stej.

- Bo taka wła­śnie jest - zapew­niła żar­li­wie. - Wszyst­kie inne miej­sca, które widzia­łam, wydają się w porów­na­niu z oko­li­cami New Forest surowe i pro­za­iczne. Hel­stone przy­po­mina miej­sce z poematu, i to z poematu Ten­ny­sona. Ale na tym koniec, nie będę dalej pró­bo­wała go opi­sy­wać. Śmiałby się pan, gdy­bym powie­działa, co naprawdę myślę o Hel­stone.

- Wcale nie. Ale widzę, że już pani pod­jęła decy­zję. W takim razie pro­szę mi opo­wie­dzieć o ple­ba­nii, bo jej rów­nież jestem cie­kaw.

- Prze­cież nie była­bym w sta­nie jej opi­sać. To mój dom. Nie mogła­bym ująć jego czaru w sło­wach.

- Pod­daję się. Bar­dzo pani dzi­siaj surowa, Mar­ga­ret.

- Jak to? - spy­tała, kie­ru­jąc na niego swe łagodne, wiel­kie oczy, w tej chwili aż okrą­głe ze zdu­mie­nia. - Nie przy­szłoby mi to do głowy.

- Cóż, z powodu mojej jed­nej nie­for­tun­nej uwagi nie chce mi pani nic opo­wie­dzieć ani o Hel­stone, ani o samej ple­ba­nii, choć powie­dzia­łem prze­cież, jak bar­dzo mi zależy, aby coś o nich usły­szeć, zwłasz­cza o pani domu.

- Ale ja naprawdę nie potra­fię nic powie­dzieć o wła­snym domu. Myślę w ogóle, że nie można o tym roz­ma­wiać z kimś, kto tam nie był.

- W takim razie - tu zatrzy­mał się na moment - pro­szę mi powie­dzieć, co pani tam robi. Tutaj do połu­dnia pani czyta, bie­rze lek­cje lub w inny spo­sób dosko­nali swój umysł. Przed lun­chem jest spa­cer, a potem prze­jażdżka z ciotką. Wie­czo­rem zwy­kle gdzieś pani wycho­dzi. A teraz pro­szę w taki sam spo­sób wypeł­nić swój dzień w Hel­stone. Jeź­dzi pani konno, powo­zem czy raczej spa­ceruje?

- Wyłącz­nie spa­ce­ruję. Nie mamy konia, nawet dla papy, który cho­dzi pie­szo także w naj­od­le­glej­sze zakątki para­fii. Spa­cery są takie cudowne, że poru­sza­nie się powo­zem byłoby stratą. Nawet jazda konno nie byłaby rów­nie przy­jemna.

- Zaj­mie się pani ogrod­nic­twem? To, jak przy­pusz­czam, byłoby sto­sow­nym zaję­ciem dla mło­dej damy na wsi?

- Nie wiem. Oba­wiam się, że nie lubi­ła­bym takiej cięż­kiej pracy.

- Spo­tka­nia łucz­ni­cze? Pik­niki? Bale po wyści­gach? Po polo­wa­niach?

- Ależ skąd! - Roze­śmiała się. - Ojciec ma naprawdę bar­dzo nie­wiel­kie dochody, a nawet gdyby nas było stać na takie atrak­cje, wąt­pię, bym brała w nich udział.

- Widzę, że nic mi pani nie powie. Tylko mi pani powta­rza, że nie będzie robiła tej czy tam­tej rze­czy. Myślę, że zanim skoń­czy się prze­rwa w pracy sądu, złożę pani wizytę i zoba­czę, czym się pani zaj­muje.

- Mam nadzieję, że naprawdę pan przy­je­dzie. Wtedy na wła­sne oczy zoba­czy pan, jak piękne jest Hel­stone. Ale teraz muszę już pana opu­ścić. Edith zasiada do gry, a tylko ja znam się na tyle na muzyce, aby prze­wra­cać jej kartki z nutami. Poza tym ciotka nie będzie zado­wo­lona, że tak długo roz­ma­wiamy.

Edith grała wyśmie­ni­cie. W poło­wie utworu drzwi się uchy­liły i dziew­czyna ujrzała w nich kapi­tana Len­noxa, waha­ją­cego się, czy powi­nien wejść. Porzu­ciła muzykę i pospiesz­nie wybie­gła z pokoju, pozo­sta­wia­jąc zmie­sza­nej i zaru­mie­nio­nej Mar­ga­ret wyja­śnie­nie zdu­mio­nym gościom, czy­jeż to poja­wie­nie się spo­wo­do­wało tak nagłą ucieczkę kuzynki. Kapi­tan Len­nox dotarł wcze­śniej, niż się go spo­dzie­wano. A może już było tak późno? Goście spoj­rzeli zasko­czeni na zegarki i zaczęli się żegnać.

Edith wró­ciła jed­nak i pro­mie­nie­jąc z rado­ści, z mie­sza­niną nie­śmia­ło­ści i dumy, wpro­wa­dziła do salonu swego wyso­kiego przy­stoj­nego kapi­tana. Bra­cia wymie­nili uści­ski dłoni, a pani Shaw powi­tała narze­czo­nego córki w swój zwy­kły uprzejmy spo­sób, w któ­rym zawsze pobrzmie­wały tony skargi, wyni­ka­jące z dłu­go­let­niego trwa­nia w prze­ko­na­niu, że była ofiarą nie­od­po­wied­niego mał­żeń­stwa. Teraz, kiedy gene­rał prze­niósł się do wiecz­no­ści, jej życie wypeł­niały co prawda tylko przy­jem­no­ści, ujemne strony wła­ści­wie nie ist­niały, ale dama z zakło­po­ta­niem pró­bo­wała zna­leźć sobie powód do zmar­twie­nia lub cho­ciażby obawy. Na szczę­ście już dawno temu posta­no­wiła, że przed­mio­tem nie­po­koju będzie jej wła­sne zdro­wie, i na samą myśl o nim zaczy­nała ner­wowo poka­sły­wać. Dobrze się stało, że jeden z owych uprze­dza­jąco grzecz­nych leka­rzy zaor­dy­no­wał jej dokład­nie to, czego sobie życzyła - zimę we Wło­szech. Cho­ciaż pani Shaw, podob­nie jak więk­szość ludzi, miała pra­gnie­nia, to jed­nak nie lubiła robić cze­go­kol­wiek otwar­cie, dla­tego nie­chęt­nie wyra­żała swą wolę lub poda­wała przy­jem­ność jako motyw postę­po­wa­nia. Wolała czuć się zmu­szona do dzia­ła­nia zgod­nego z naka­zem lub pra­gnie­niem innych osób. I naprawdę potra­fiła sobie wmó­wić, że pod­daje się twar­dym zewnętrz­nym naci­skom lub koniecz­no­ści. W ten oto spo­sób, skar­żąc się i narze­ka­jąc, robiła cały czas dokład­nie to, co sama chciała.

Teraz też zaczęła przed­sta­wiać w tym świe­tle swą zamie­rzoną podróż kapi­ta­nowi, który, jak naka­zy­wał obo­wią­zek, przy­ta­ki­wał każ­demu słowu przy­szłej teścio­wej, poszu­ku­jąc jed­no­cze­śnie wzro­kiem Edith. Narze­czona zajęta była wła­śnie nakry­wa­niem sto­lika do her­baty i dys­po­no­wa­niem przy­sma­ków dla kapi­tana, mimo iż zapew­nił ją, że jadł obiad nie­całe dwie godziny wcze­śniej.

Pan Henry Len­nox stał nie­da­leko swego przy­stoj­nego brata i, oparty o komi­nek, bawił się roz­gry­wa­jącą się przed nim rodzinną sceną. Jako jedyny w tej rodzi­nie zło­żo­nej z atrak­cyj­nych ludzi wyglą­dał prze­cięt­nie, za to jego twarz była inte­li­gentna i żywa. Chwi­lami Mar­ga­ret zasta­na­wiała się, o czym myślał, gdy tak stał w mil­cze­niu i z zain­te­re­so­wa­niem zabar­wio­nym iro­nią obser­wo­wał poczy­na­nia jej i Edith. Roz­mowa pani Shaw z jego bra­tem wywo­łała sar­kazm, nato­miast wra­że­nia wzro­kowe nie pro­wo­ko­wały takiego odczu­cia, gdyż Henry uwa­żał, że dwie kuzynki zajęte przy sto­liku z zastawą do her­baty sta­no­wią śliczny obra­zek. Edith zde­cy­do­wała, że sama się wszyst­kim zaj­mie - była aku­rat w odpo­wied­nim nastroju, aby poka­zać swemu lubemu, jak wspa­niale spraw­dzi się w roli żony żoł­nie­rza. Stwier­dziła, że woda na her­batę jest zimna, i posłała do kuchni po wielki imbryk z wrząt­kiem. Efekt był taki, że gdy odbie­rała go przy drzwiach i pró­bo­wała przy­nieść, oka­zał się dla niej zbyt ciężki. Wró­ciła zatem do pokoju z nadą­saną minką, ciem­nym śla­dem na muśli­no­wej sukience i odci­śniętą od uchwytu pręgą na maleń­kiej, krą­głej dłoni. Wszystko to zade­mon­stro­wała narze­czo­nemu, dokład­nie tak samo jak robią dzieci w wypadku ska­le­cze­nia, i lekar­stwo rów­nież zasto­so­wano podobne. Mar­ga­ret wyka­zała się inwen­cją, szybko zapa­la­jąc pal­nik spi­ry­tu­sowy, choć roz­wią­za­nie to nie do końca odpo­wia­dało wizji cygań­skiego obo­zo­wi­ska, które Edith uwa­żała cza­sami za naj­bar­dziej zbli­żone do kosza­ro­wego życia.

Od tego wie­czoru aż do ślubu wszę­dzie pano­wał roz­gar­diasz i nie­ustanna krzą­ta­nina.

II. Róże i ciernie

ROZ­DZIAŁ II

Róże i cier­nie

W leśnej polany cie­niu zie­lo­nym, Dzie­cię­cym wzro­kiem zachwy­co­nym, W prze­świ­tach liści drzewa sta­rego Szu­ka­łaś nieba błę­kit­nego.

Feli­cia Hemans, The Spells of Home, przeł. Joanna Puchal­ska

Mar­ga­ret, ubrana w swą przed­po­łu­dniową suk­nię, wra­cała spo­koj­nie do domu z ojcem, który przy­je­chał, aby wziąć udział w uro­czy­sto­ści ślub­nej. Matkę zatrzy­mało w domu mnó­stwo pół­po­wo­dów, któ­rych tak naprawdę nikt poza panem Hale'em nie rozu­miał. On jeden wie­dział, że wszyst­kie jego argu­menty na korzyść sza­rej atła­so­wej sukni, któ­rej stan wska­zy­wał na to, że nie była nowa, ale też nie stara, oka­zały się nie­sku­teczne. Rozu­miał też, że skoro nie może zapew­nić dosta­tecz­nych środ­ków, aby jego żona ubrała się od stóp do głów w nowe stroje, będzie wolała nie poka­zy­wać się na ślu­bie jedy­nego dziecka swej jedy­nej sio­stry. Gdyby pani Shaw odga­dła praw­dziwy powód nie­obec­no­ści sio­stry, obsy­pa­łaby ją suk­niami. Upły­nęło już jed­nakże pra­wie dwa­dzie­ścia lat od czasu, gdy była ubogą, ale śliczną panną Beres­ford, i zdą­żyła zapo­mnieć o wszyst­kich smut­kach, poza bólem nie­do­bra­nego wie­kowo mał­żeń­stwa, o któ­rym potra­fiła deba­to­wać przez pół godziny. Jej naj­droż­sza sio­stra Maria wyszła za swego uko­cha­nego, który nie dosyć, że był od niej tylko o osiem lat star­szy, to jesz­cze miał łagodne uspo­so­bie­nie i włosy w rzadko spo­ty­ka­nym czar­no­gra­na­to­wym odcie­niu, a ponadto był jed­nym z naj­bar­dziej fascy­nu­ją­cych kazno­dzie­jów, jakich kie­dy­kol­wiek sły­szała, i wcie­lo­nym ide­ałem pro­bosz­cza. Być może nie był to bar­dzo logiczny wnio­sek wypro­wa­dzony z powyż­szych prze­sła­nek, ale pani Shaw zawsze jed­na­kowo pod­su­mo­wy­wała los swej sio­stry: "Mał­żeń­stwo z miło­ści, cze­góż wię­cej Maria mogłaby chcieć od życia?". Gdyby spy­tać o to samą panią Hale i gdyby zde­cy­do­wała się powie­dzieć prawdę, mogłaby wyrzu­cić z sie­bie gotową listę życzeń: sre­brzy­sty poły­sku­jący jedwab, biały ple­ciony cze­pek, och, tuziny rze­czy na sam ślub, a dla domu - po pro­stu setki.

Mar­ga­ret zda­wała sobie sprawę, że matka uznała swój przy­jazd na uro­czy­stość za zbyt kło­po­tliwy, i w grun­cie rze­czy cie­szyła się, że ich spo­tka­nie nastąpi na ple­ba­nii w Hel­stone, a nie na Har­ley Street, w cza­sie panu­ją­cego przez minione dwa lub trzy dni nie­ziem­skiego zamie­sza­nia, w któ­rym ona sama odgry­wała rolę Figara, będąc jak on nie­zbędna w kil­ku­na­stu miej­scach jed­no­cze­śnie. Na samo wspo­mnie­nie tego, co zro­biła i powie­działa w ciągu ostat­nich czter­dzie­stu ośmiu godzin, wciąż jesz­cze odczu­wała znu­że­nie umy­słu i ciała. Tyle razy wypowie­działa słowa "do widze­nia", że uto­nęły w nich pospieszne poże­gna­nia z tymi, z któ­rymi żyła tak długo pod jed­nym dachem. Teraz ogar­nął ją żal za minio­nym cza­sem i nie miało zna­cze­nia, jakie były te lata. Liczyło się tylko to, że prze­mi­nęły, by ni­gdy nie wró­cić. Mar­ga­ret czuła w sercu cię­żar więk­szy, niż kie­dy­kol­wiek sobie wyobra­żała, że może odczu­wać w chwili powrotu do uko­cha­nego domu. To było prze­cież miej­sce i życie, do któ­rych wzdy­chała od wielu lat w momen­tach tęsk­noty i melan­cho­lii, zanim zacie­rał je sen. Zmu­siła się, by ode­rwać myśli od wspo­mnień prze­szło­ści i zająć je jasną i nie­zmą­coną per­spek­tywą nad­cho­dzą­cej przy­szło­ści. Dostrze­gła naraz nie wizje minio­nych zda­rzeń, ale to, co fak­tycz­nie miała przed oczami: swego ojca śpią­cego w prze­dziale kole­jo­wym. Jego włosy nie były już gra­na­to­wo­czarne, lecz siwe i prze­rze­dzone. Pod cienką skórą twa­rzy prze­zie­rały zarysy kości, co razi­łoby przy gorzej ukształ­to­wa­nych rysach, w jego wypadku jed­nakże miało swój wdzięk, żeby nie powie­dzieć: urodę. Na jego twa­rzy malo­wał się wyraz wyci­sze­nia, ale był to raczej wypo­czy­nek kogoś znu­żo­nego, a nie wolny od trosk spo­kój czło­wieka wio­dą­cego bez­tro­skie i satys­fak­cjo­nu­jące życie. Mar­ga­ret ude­rzyło bole­śnie to zmę­cze­nie i nie­po­kój ojca. Prze­bie­gła w myślach znane sobie oko­licz­no­ści życia pana Hale'a, które mogły przy­czy­nić się do nazna­cze­nia jego twa­rzy liniami świad­czą­cymi o nie­ustan­nym stra­pie­niu i zgry­zo­cie.

Biedny Fre­de­rick! Mój biedny brat! - pomy­ślała, wzdy­cha­jąc. Och, gdyby tylko został duchow­nym, zamiast zacią­gać się do mary­narki! Nie stra­ci­li­by­śmy go! Szkoda, że tak mało o tym wiem. Ni­gdy do końca nie zro­zu­mia­łam tego, co opo­wia­dała ciotka Shaw. Wiem tylko, że przez tę okropną sprawę nie może wró­cić do Anglii. Biedny drogi papa! Jak smutno wygląda. Dobrze, że wra­cam do domu. Będę mogła pocie­szyć i jego, i mamę.

Kiedy ojciec się obu­dził, przy­wi­tała go jasna i pro­mienna, bez śladu poprzed­niego zmę­cze­nia. Odpo­wie­dział jej uśmie­chem, ale tak sła­bym, jakby to był dla niego nie­co­dzienny wysi­łek, po czym na twarz wró­ciły natych­miast zmarszczki wiecz­nego nie­po­koju. Miał nawyk utrzy­my­wa­nia ust na wpół otwar­tych, przez co cią­gle się wyda­wało, że zamie­rza wła­śnie coś powie­dzieć; zwy­czaj ten nada­wał jego twa­rzy wyraz nie­zde­cy­do­wa­nia i defor­mo­wał kształt warg.

Jego oczy były takie jak oczy Mar­ga­ret, wiel­kie i łagodne. Poru­szał nimi powoli i nie­sa­mo­wi­cie sze­roko, a powieki nie­mal je przy­sła­niały. Dziew­czyna bar­dziej przy­po­mi­nała ojca niż matkę i ludzie czę­sto się zasta­na­wiali, jak to się stało, że dwoje uro­dzi­wych ludzi ma córkę, któ­rej wygląd tak odbiega od kla­sycz­nych kano­nów piękna, a według nie­któ­rych nie ma z pięk­nem nic wspól­nego. Miała sze­ro­kie usta, zupeł­nie nie­przy­po­mi­na­jące warg w kształ­cie pąka róż, zdol­nych wypo­wie­dzieć tylko "tak", "nie" ewen­tu­al­nie "jak pan sobie życzy". Ale linia jej czer­wo­nych warg była nie­skoń­cze­nie miękka, a cera, choć nie­przej­rzy­sta i biała, zachwy­cała gład­ko­ścią i deli­katną barwą kości sło­nio­wej. Cho­ciaż zazwy­czaj na jej twa­rzy gościł wyraz zbyt poważny i dostojny jak na tak młodą osobę, to teraz, patrząc na ojca, przy­po­mi­nała jasny pora­nek. Na jej policz­kach poja­wiły się dołeczki, rzu­cała spoj­rze­nia pełne dzie­cię­cej rado­ści i bez­gra­nicz­nej wiary w przy­szłość.

Gdy Mar­ga­ret wró­ciła do domu, lipiec zbli­żał się ku koń­cowi. Drzewa w lasach przy­brały nasy­cony, mroczny odcień zie­leni, a papro­cie rosnące u ich stóp wychwy­ty­wały uko­śnie pada­jące pro­mie­nie sło­neczne. Powie­trze było parne i nie­po­ko­jąco nie­ru­chome. Mar­ga­ret włó­czyła się u boku ojca, a pod­czas tych wędró­wek dep­tała papro­cie z nie­mal okrutną rado­ścią, czu­jąc, jak ustę­pują pod napo­rem jej pew­nego kroku i roz­sie­wają wokół cha­rak­te­ry­styczny aro­mat. Potem wycho­dziła na roz­le­głe bło­nia zalane cie­płym świa­tłem i wszę­dzie dostrze­gała wolne, dzi­kie stwo­rze­nia, bawiące się w bla­sku słońca pośród traw i kwia­tów. To życie, a raczej te spa­cery poma­gały jej uświa­do­mić sobie wła­sne ocze­ki­wa­nia. Była dumna z tej leśnej kra­iny, a wśród tutej­szego ludu czuła się jak wśród swo­ich. Zawarła z oko­licz­nymi miesz­kań­cami szczere przy­jaź­nie, nauczyła się ich słow­nic­twa i czer­pała przy­jem­ność z uży­wa­nia go. Prze­by­wa­jąc z nimi, miała poczu­cie wol­no­ści. Pie­lę­gno­wała ich dzieci, czy­ty­wała star­szym ludziom, cier­pli­wie z nimi roz­ma­wiała, zano­siła przy­smaki cho­rym. Wkrótce posta­no­wiła uczyć w szkole, do któ­rej jej ojciec cho­dził codzien­nie z obo­wiązku, zawsze jed­nak któ­ryś z przy­ja­ciół - męż­czy­zna, kobieta lub dziecko - odcią­gnął ją od tego zamiaru, zapra­sza­jąc do sie­bie w odwie­dziny.

O ile jej życie poza domem było nie­mal dosko­nałe, domowe miało pewne wady. Z zakło­po­ta­niem dziecka, oskar­ża­ją­cego się o zbyt­nią prze­ni­kli­wość, dostrze­gała, że nie wszystko prze­biega tak, jak powinno. Jej matka, tak zawsze czuła i uprzejma w sto­sunku do niej, wyda­wała się coraz bar­dziej nie­za­do­wo­lona z ich poło­że­nia. Uwa­żała, że biskup, z nie­zna­nych przy­czyn nie przy­dzie­la­jąc panu Hale'owi bar­dziej docho­do­wej para­fii, dopusz­cza się zanie­dba­nia obo­wiąz­ków epi­sko­pal­nych. Winiła także męża, że nie potra­fił sam wyra­zić życze­nia zmiany obec­nego sta­no­wi­ska na lep­sze. Na takie zarzuty pan Hale wzdy­chał i odpo­wia­dał, że wystar­czy­łoby mu, gdyby w małym Hel­stone zdo­łał zro­bić to, co jest jego powin­no­ścią. Doda­wał, że świat z każ­dym dniem staje się coraz bar­dziej zdu­mie­wa­jący, a on sam czuje się bez­silny. Mar­ga­ret widziała, jak przy każ­dym pona­wia­nym naci­sku żony doty­czą­cym sta­rań o awans ojciec coraz bar­dziej się kur­czył. W takich momen­tach pró­bo­wała prze­ko­nać matkę do Hel­stone, ale pani Hale twier­dziła, że oto­cze­nie tylu drzew nega­tyw­nie wpływa na jej zdro­wie. Wtedy Mar­ga­ret zabie­rała ją na wspa­niałe, sze­ro­kie pła­sko­wyże, na zalane słoń­cem lub ocie­nione chmu­rami rów­niny w prze­ko­na­niu, że matka zbyt­nio przy­wy­kła do życia wśród czte­rech ścian domu, wycho­dząc tylko do kościoła, szkoły i kilku naj­bliż­szych domostw. Spa­cery przy­no­siły dobry sku­tek, ale tylko latem. Gdy nade­szła jesień i pogoda stała się zmienna, prze­świad­cze­nie pani Hale o szko­dli­wo­ści warun­ków panu­ją­cych w oko­licy wyraź­nie się pogłę­biło. Coraz czę­ściej też narze­kała, że jej męża, który miał lep­sze wykształ­ce­nie niż pan Hume i który był lep­szym pro­bosz­czem niż pan Hould­sworth, nie spo­tkały zaszczyty będące udzia­łem owych panów.

Mar­ga­ret nie była przy­go­to­wana do życia w cięż­kiej atmos­fe­rze spo­wo­do­wa­nej trwa­ją­cymi wiele godzin napa­dami nie­za­do­wo­le­nia. Jesz­cze w Lon­dy­nie wie­działa, a wręcz cie­szyła się myślą, że będzie musiała zre­zy­gno­wać z wielu luk­su­sów dostęp­nych na Har­ley Street, które z jej punktu widze­nia były tylko utrud­nie­niem lub ogra­ni­cze­niem swo­body. Radość z każ­dej miej­skiej przy­jem­no­ści dosko­nale rów­no­wa­żyła, a nawet może prze­wa­żała świa­doma duma, że w razie koniecz­no­ści dziew­czyna dosko­nale potra­fi­łaby się obyć bez tych atrak­cji. Chmury jed­nak ni­gdy nie zasnu­wają nam tej czę­ści nieba, gdzie się ich spo­dzie­wamy. Gdy Mar­ga­ret spę­dzała waka­cje w domu, kil­ka­krot­nie sły­szała łagodne skargi i żale matki na jakieś drobne nie­do­god­no­ści w Hel­stone czy na pozy­cję zaj­mo­waną przez pana Hale'a, ale w ogól­nej masie szczę­śli­wych wspo­mnień nie pamię­tała o mniej przy­jem­nych deta­lach.

W dru­giej poło­wie wrze­śnia nade­szły jesienne słoty i burze, które zmu­siły Mar­ga­ret do spę­dza­nia w domu wię­cej czasu niż dotych­czas, tym bar­dziej że w bez­po­śred­nim sąsiedz­twie nie miesz­kała żadna rodzina o pozy­cji zbli­żo­nej do sta­tusu pań­stwa Hale'ów.

- To bez wąt­pie­nia jedno z naj­bar­dziej zapo­mnia­nych przez Boga i ludzi miejsc w Anglii - stwier­dziła pani Hale pod­czas trwa­nia jed­nego ze swych płacz­li­wych humo­rów. - Nie mogę odża­ło­wać, że ojciec nie ma tu kogoś, z kim mógłby prze­sta­wać. Jest taki odizo­lo­wany. Przez cały tydzień nie widuje nikogo poza far­me­rami i parob­kami. Gdy­by­śmy tylko mogli zamiesz­kać w dru­giej czę­ści para­fii, to już by było znacz­nie lepiej. Do Stans­fiel­dów mogli­by­śmy dojść nie­mal pie­szo, a już do Gor­ma­nów z pew­no­ścią tak.

- Gor­ma­no­wie? - spy­tała Mar­ga­ret. - Czy to nie ci, któ­rzy doro­bili się na han­dlu w Southamp­ton? Cie­szę się, że ich nie odwie­dzamy. Nie zno­szę skle­pi­ka­rzy. Dobrze, że trzy­mamy się od nich z daleka i utrzy­mu­jemy raczej kon­takty z wie­śnia­kami i robot­ni­kami rol­nymi, bo oni przy­naj­mniej są pozba­wieni pre­ten­sji.

- Nie powin­naś być taka wybredna, droga Mar­ga­ret - odpo­wie­działa matka, która w skry­to­ści myślała o przy­stoj­nym mło­dym Gor­ma­nie spo­tka­nym swego czasu u pana Hume'a.

- Ależ skąd! Mój gust można doprawdy nazwać róż­no­rod­nym. Lubię ludzi, któ­rzy zaj­mują się zie­mią. Lubię żoł­nie­rzy i żegla­rzy. Lubię też wyko­naw­ców trzech wyuczo­nych pro­fe­sji, jak sami się nazy­wają, przed­sta­wi­cieli prawa, Kościoła i medy­cyny. I jestem pewna, że nie chcia­ła­byś, abym podzi­wiała rzeź­ni­ków, pie­ka­rzy i wytwór­ców świec. Mam rację, mamo?

- Ale Gor­ma­no­wie nie byli ani rzeź­ni­kami, ani pie­ka­rzami, tylko ogól­nie sza­no­wa­nymi pro­du­cen­tami powo­zów.

- Dosko­nale. Pro­duk­cja powo­zów to takie samo kupiec­two jak pozo­stałe, a przy tym, moim zda­niem, to zde­cy­do­wa­nie mniej ważne dla spo­łe­czeń­stwa niż bycie pie­ka­rzem lub rzeź­ni­kiem. Och, jakże mnie męczyły te codzienne prze­jażdżki z ciotką Shaw i jak marzy­łam o spa­ce­rze!

Mar­ga­ret chęt­nie cho­dziła na spa­cery, nawet przy nie­sprzy­ja­ją­cej aurze. Była tak roz­ra­do­wana, że pra­wie tań­czyła u boku ojca. Gdy szła przez wrzo­so­wi­sko, a zachodni wiatr łagod­nie wiał jej w plecy, popy­cha­jąc do przodu, czuła się lekka jak liść uno­szony jesien­nymi podmu­chami wia­tru. Znacz­nie trud­niej było spę­dzać przy­jem­nie wie­czory. Natych­miast po her­ba­cie ojciec wyco­fy­wał się do swej małej biblio­teki i dziew­czyna zosta­wała sama z matką. Pani Hale ni­gdy nie gusto­wała w książ­kach i już na samym początku mał­żeń­stwa sku­tecz­nie znie­chę­ciła męża do czy­ta­nia jej na głos, pod­czas gdy ona zajęta była robót­kami. Spró­bo­wali też kie­dyś gry w tryk­traka, ale to rów­nież nie spo­tkało się z jej apro­batą. W miarę jak wzra­stało zaan­ga­żo­wa­nie pana Hale'a pracą w szkole i w para­fii, odkrył, że spo­wo­do­wane tymi obo­wiąz­kami zakłó­ce­nia w ich przy­ję­tym roz­kła­dzie dnia trak­to­wane są przez jego żonę jako poważna uciąż­li­wość. Uwa­żała je za nie­na­le­żące do jego pro­fe­sji i w wielu sytu­acjach podej­mo­wała z nimi walkę. Dla­tego, gdy dzieci były jesz­cze małe, pan Hale usu­nął się do biblio­teki i, o ile był w domu, tam wła­śnie spę­dzał wie­czory na lek­tu­rze swych uko­cha­nych ksiąg o tema­tyce spe­ku­la­tyw­nej i meta­fi­zycz­nej.

Kiedy Mar­ga­ret była tu poprzed­nim razem, przy­wio­zła ze sobą wiel­kie pudło ksią­żek zale­co­nych przez nauczy­cieli i guwer­nantkę. Wtedy let­nie dni wyda­wały jej się zbyt krót­kie, by prze­brnąć przez te wszyst­kie lek­tury przed powro­tem do mia­sta. Teraz jed­nak miała do dys­po­zy­cji tylko kie­szon­kową serię angiel­skiej kla­syki w pięk­nej opra­wie. Tomy te eks­mi­to­wano z biblio­teki ojca, aby zapeł­nić regał w salo­nie, a wśród tych ksią­żek dzieła Thom­sona, Hay­leya i Mid­dle­tona były zde­cy­do­wa­nie naj­lżej­sze, naj­now­sze i naj­za­baw­niej­sze. Można zatem przy­jąć, że ten zbiór nie zapew­niał zaję­cia na zbyt długo. Mar­ga­ret opo­wie­działa więc matce każdy szcze­gół swego lon­dyń­skiego życia, a pani Hale słu­chała tego z zain­te­re­so­wa­niem. Cza­sami była roz­ba­wiona, nie­kiedy zada­wała pyta­nia, ale naj­czę­ściej porów­ny­wała życie swej sio­stry, swo­bodne i wygodne, ze skrom­nymi moż­li­wo­ściami ple­ba­nii w Hel­stone. Pod­czas tych wypeł­nio­nych narze­ka­niem wie­czo­rów córka była skłonna nagle prze­ry­wać roz­mowę i wsłu­chi­wać się w kro­ple desz­czu, rów­no­mier­nie kapiące na oło­wianą ramkę wyku­szo­wego okna. Raz czy dwa zła­pała się na odru­cho­wym licze­niu tego mono­ton­nego kapa­nia, pod­czas gdy świa­doma część jej umy­słu zajęta była roz­wa­ża­niem, czy odważy się zadać pyta­nie w kwe­stii tak bli­skiej jej sercu, a mia­no­wi­cie: gdzie znaj­duje się obec­nie Fre­de­rick. I co robi? I kiedy ostat­nio mieli od niego wia­do­mo­ści? Była świa­doma, że począ­tek kło­po­tów ze zdro­wiem matki i jej nie­chęci do Hel­stone datuje się od czasu owego buntu, w który zaan­ga­żo­wał się Fre­de­rick. Mar­ga­ret wie­działa o tym bar­dzo nie­wiele, a dodat­kowo odno­siła wra­że­nie, że ten epi­zod ska­zany został na zapo­mnie­nie. To wszystko spra­wiało, że ile­kroć zbli­żyła się do tego tematu, coś powstrzy­my­wało ją od zada­wa­nia pytań. Gdy była z matką, wyda­wało jej się, że naj­wła­ściw­szym part­ne­rem do takiej roz­mowy byłby ojciec, jed­nak gdy była z nim, czuła, że to z nią roz­ma­wia­łaby swo­bod­niej.

Praw­do­po­dob­nie i tak nie dowie­dzia­łaby się niczego nowego. W jed­nym z listów, które otrzy­mała pod­czas pobytu na Har­ley Street, ojciec pisał, że mieli wie­ści od Fre­de­ricka. Ponoć na­dal miesz­kał w Rio, cie­szył się dobrym zdro­wiem i prze­sy­łał jej uca­ło­wa­nia. Ale to były tylko suche fakty, a nie żywa, szcze­gó­łowa rela­cja, o jakiej marzyła. W tych rzad­kich chwi­lach, gdy się go wspo­mi­nało, zawsze nazy­wali go bied­nym Fre­de­ric­kiem. Jego pokój utrzy­my­wany był dokład­nie w takim sta­nie, w jakim się znaj­do­wał, gdy jego wła­ści­ciel wyjeż­dżał, a Dixon, poko­jówka pani Hale, regu­lar­nie go odku­rzała. Była to jedyna praca w gospo­dar­stwie domo­wym, którą Dixon wyko­ny­wała, zawsze pamię­ta­jąc dzień, kiedy lady Beres­ford zatrud­niła ją jako oso­bi­stą poko­jówkę dla pod­opiecz­nych sir Johna, ślicz­nych panien Beres­ford, pięk­no­ści z Rutland­shire. Słu­żąca nie­zmien­nie uwa­żała pana Hale'a za plagę, która spa­dła na jej młodą panią i prze­kre­śliła jej szanse życiowe. Nie wia­domo, jak daleko mogłaby zajść panna Beres­ford, gdyby się tak nie spie­szyła do mał­żeń­stwa z ubo­gim wiej­skim duchow­nym. Ale Dixon była zbyt lojalna, by opu­ścić swą panią w nie­szczę­ściu i upadku (czyli w mał­żeń­stwie). Została z panią Hale i poświę­ciła się jej spra­wom, uwa­ża­jąc się za dobrą i opie­kuń­czą wróżkę, któ­rej zada­niem jest uniesz­ko­dli­wia­nie nie­na­wist­nego olbrzyma, pana Hale'a. Jej ulu­bień­cem i dumą był panicz Fre­de­rick. Dla­tego, odstę­pu­jąc lekko od przy­ję­tych przez sie­bie zasad i z pomi­nię­ciem swej god­no­ści, pre­zen­cji i spo­sobu bycia, raz w tygo­dniu uda­wała się, by przy­go­to­wać jego kom­natę, jakby młody pan miał się zja­wić jesz­cze tego samego wie­czoru.

Mar­ga­ret nie mogła pozbyć się myśli, że nade­szła jakaś wia­do­mość o Fre­de­ricku, która nie­znana była matce, ale wywo­łała na twa­rzy ojca ów wyraz nie­po­koju i tro­ski. Pani Hale naj­wy­raź­niej nie odno­to­wała jakiej­kol­wiek zmiany w wyglą­dzie czy zacho­wa­niu męża. Był zawsze wraż­liwy i łagodny, a jego nastrój zale­żał od każ­dej infor­ma­cji o losie bliź­nich - w wie­lo­dniowe przy­gnę­bie­nie wpę­dzało go asy­sto­wa­nie przy czy­jejś śmierci lub wia­do­mość o popeł­nio­nej zbrodni. Teraz jed­nak Mar­ga­ret zauwa­żyła u niego pewien rodzaj roz­tar­gnie­nia, nie­obec­ność, jakby jego myśli były zajęte sprawą, od któ­rej nie potra­fił się uwol­nić nawet w toku codzien­nych dzia­łań, takich jak pocie­sza­nie osie­ro­co­nych rodzin czy naucza­nie w szkole, gdzie miał nadzieję zwal­czyć zło w mło­dym poko­le­niu. Ogra­ni­czył nawet swe wizyty u para­fian i czę­ściej zamy­kał się w biblio­tece, nie­cier­pli­wie ocze­ku­jąc nadej­ścia listo­no­sza.

Sygna­łem, że poczta dotarła, był stu­kot w okien­nice kuchni, i jesz­cze nie tak dawno listo­nosz musiał powta­rzać puka­nie, zanim kto­kol­wiek uświa­do­mił sobie, co ten dźwięk ozna­cza, i pofa­ty­go­wał się, aby ode­brać listy. Teraz, jeśli ranek był pogodny, pan Hale krę­cił się w ogro­dzie, nato­miast w desz­czowe dni wysta­wał w oknie swego pokoju, cze­ka­jąc, aż listo­nosz zjawi się na ple­ba­nii lub minie ją, kiwa­jąc duchow­nemu głową na wpół z usza­no­wa­niem, na wpół z poufa­ło­ścią. Pan Hale odpro­wa­dzał go wzro­kiem aż poza różany żywo­płot i zimo­zie­lony krzew chru­ściny, a potem, z wszel­kimi ozna­kami cięż­kiego serca i zafra­so­wa­nego umy­słu, wra­cał do swego pokoju, aby zająć się codzienną pracą.

Mar­ga­ret była w wieku, kiedy obawy nie­oparte na bez­względ­nych fak­tach łatwo na pewien czas wygnać z pamięci, zwłasz­cza pod wpły­wem jasnego sło­necz­nego dnia lub jakichś szczę­śli­wych zewnętrz­nych oko­licz­no­ści. A kiedy w paź­dzier­niku nastało czter­na­ście wspa­nia­łych, pogod­nych dni, jej tro­ski roz­wiały się tak lekko jak dmu­chawce i myślała już tylko o cudach lasu. Sezon paproci się zakoń­czył, a teraz, gdy minęły desz­cze, zyskała dostęp do wielu ukry­tych pośród drzew polan, które w lipcu i sierp­niu mogła podzi­wiać tylko z oddali. Razem z Edith pobie­rały lek­cje rysunku i teraz żało­wała, że pod­czas let­nich dni tyle czasu stra­wiła na czczym upa­ja­niu się pięk­nem ostę­pów leśnych. Posta­no­wiła zatem naszki­co­wać to, co jesz­cze zdoła, zanim w Hel­stone na stałe zago­ści zima. Pew­nego ranka zajęła się przy­go­to­wa­niem szta­lug, gdy poko­jówka Sara otwo­rzyła sze­roko drzwi do salonu i zaanon­so­wała:

- Pan Henry Len­nox.

III. Jak się człowiek spieszy...

ROZ­DZIAŁ III

Jak się czło­wiek spie­szy...

Przez powagę i odda­nie, A więc w spo­sób szla­chet­niej­szy Zyskasz damy zaufa­nie, Wznio­słych rze­czy nie umniej­szysz!

Wypro­wadź z sali balo­wej, Wskaż jej gwiazdy fir­ma­mentu, Strzeż jej praw­do­mów­nym sło­wem Bez fał­szy­wych kom­ple­men­tów.

Eli­za­beth Brow­ning, "Tak" pew­nej damy, przeł. Lud­miła Mar­jań­ska

- Pan Henry Len­nox.

Mar­ga­ret chwilę wcze­śniej o nim myślała, wspo­mi­na­jąc jego pyta­nia o jej przy­szłe zaję­cia domowe, i teraz przy­szło dziew­czy­nie do głowy powie­dze­nie: Par­ler du soleil et l'on en voit les rayon1s. Zgod­nie z tym sło­neczna jasność zago­ściła na jej twa­rzy, gdy odkła­dała szta­lugi i szła w kie­runku gościa z wycią­gniętą do powi­ta­nia dło­nią.

- Powia­dom mamę, Saro - powie­działa. - Obie mamy do pana tyle pytań o Edith. Taka jestem wdzięczna, że pan przy­je­chał.

- Czyż nie mówi­łem pani, że to zro­bię? - spy­tał tonem niż­szym niż ten, któ­rym mówiła.

- Ale sły­sza­łam, że prze­bywa pan w górach w Szko­cji, więc nie sądzi­łam, że Hamp­shire pana skusi.

- Och - odpo­wie­dział już lżej. - Nasza młoda para pła­tała same nie­mą­dre figle i wysta­wiała się na każde moż­liwe ryzyko. Wspi­nali się w górach, żeglo­wali po jezio­rze, więc uwa­ża­łem, że potrzebny jest im ktoś odpo­wie­dzialny, kto się nimi zaj­mie. Cał­ko­wi­cie wymknęli się memu wujowi spod kon­troli i utrzy­my­wali go w panicz­nym stra­chu przez szes­na­ście godzin na dobę. Nie dzi­wię mu się zresztą, bo wystar­czyło raz ich zoba­czyć, by się prze­ko­nać, że abso­lut­nie nie można im zaufać. Uzna­łem więc za swój obo­wią­zek nie opusz­czać ich, aż się upew­nię, że bez­piecz­nie zaokrę­to­wali się w Ply­mo­uth.

- Był pan w Ply­mo­uth? Edith nic mi o tym nie wspo­mi­nała. Co prawda ostat­nio pisała do mnie w takim pośpie­chu. Naprawdę odpły­nęli we wto­rek?

- Naprawdę odpły­nęli i tym samym zwol­nili mnie z mych obo­wiąz­ków. Edith prze­ka­zała mi mnó­stwo wia­do­mo­ści dla pani. Chyba nawet mam tu taką malutką notkę. Ach, tak, jest tutaj.

- Och, dzię­kuję! - wykrzyk­nęła Mar­ga­ret i chcąc prze­czy­tać list w samot­no­ści, prze­pro­siła gościa i wyszła pod pozo­rem spro­wa­dze­nia matki, tłu­ma­cząc, że Sara z pew­no­ścią nie zro­zu­miała wyda­nego jej pole­ce­nia.

Gdy dziew­czyna wyszła, pan Len­nox zaczął w cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie badaw­czy spo­sób przy­glą­dać się pomiesz­cze­niu. W pro­mie­niach poran­nego słońca mały salon wyglą­dał na tyle dobrze, na ile to było moż­liwe. Środ­kowe okno w wyku­szu było otwarte. Zza naroż­nika wychy­lały się pęki róż i szkar­łat­nego kapry­fo­lium, a nie­wielki traw­nik pora­stały wer­bena i bodziszki we wszyst­kich kolo­rach tęczy. To bogac­two barw na zewnątrz spra­wiało jed­nak, że kolo­ry­styka salonu wyda­wała się uboga i wybla­kła. Dywan nie był nowy, per­kal nosił ślady czę­stego pra­nia, a całe miesz­ka­nie spra­wiało wra­że­nie mniej­szego i bar­dziej zuży­tego, niż się spo­dzie­wał, zwłasz­cza jako tło i oprawa dla kró­lew­skiej Mar­ga­ret. Pod­niósł jedną z ksią­żek leżą­cych na stole. To był Raj Dan­tego w sta­rej wło­skiej opra­wie z bia­łego zło­co­nego welinu. Obok dostrzegł słow­nik i kartkę z kil­koma sło­wami wyno­to­wa­nymi przez Mar­ga­ret - zwy­kła, nie­cie­kawa lista słó­wek, ale z jakichś wzglę­dów odczu­wał przy­jem­ność, spo­glą­da­jąc na nią. Po chwili z wes­tchnie­niem odło­żył kartkę na stół.

Ich dochody są naj­wy­raź­niej tak małe, jak mówiła. Jakie to dziwne. Prze­cież Beres­for­do­wie to dobra rodzina.

Tym­cza­sem dziew­czyna odna­la­zła matkę. To był jeden z nie­do­brych dni pani Hale, gdy wszystko wyda­wało się jej zbyt kło­po­tliwe i cięż­kie do znie­sie­nia. Tak też potrak­to­wała nagłe poja­wie­nie się pana Len­noxa, choć w głębi duszy pochle­biało jej, że uznał przy­jazd do nich za wart fatygi.

- To bar­dzo nie­for­tunne. Prze­cież obiad będzie dzi­siaj tak wcze­śnie, a poza zim­nym mię­sem nic innego nie przy­go­to­wano, gdyż służba jest zajęta pra­so­wa­niem. A oczy­wi­ście musimy go zapro­sić, bo to w końcu szwa­gier Edith i w ogóle. W dodatku ojciec jest dzi­siaj w takim kiep­skim nastroju, zupeł­nie nie wiem, co go napa­dło. Byłam przed chwilą u niego i kiedy wcho­dzi­łam, sie­dział przy stole z twa­rzą ukrytą w dło­niach. Powie­dzia­łam mu, że z pew­no­ścią tutej­sze powie­trze nie służy mu ani tro­chę lepiej niż mnie, ale nagle uniósł głowę i bła­gał, abym nic wię­cej nie mówiła prze­ciw Hel­stone, bo on tego nie może znieść, gdyż jest ono jedy­nym miej­scem na ziemi, które kocha. Pomimo to jestem pewna, że to powie­trze jest wil­gotne i szko­dliwe.

Mar­ga­ret poczuła, jakby gruba lodo­wata chmura zasło­niła przed nią słońce. Cier­pli­wie wysłu­chała tych narze­kań, mając nadzieję, że matce owe żale przy­niosą ulgę, teraz jed­nak nale­żało przy­cią­gnąć uwagę pani Hale z powro­tem do osoby gościa.

- Papa lubi pana Len­noxa. Świet­nie się rozu­mieli w cza­sie śnia­da­nia wesel­nego. Jestem pewna, że jego przy­jazd poprawi mu humor. I nie martw się obia­dem, mamo. Zimne mięso świet­nie się nadaje na lunch, a pan Len­nox tak wła­śnie potrak­tuje nasz obiad o godzi­nie dru­giej.

- Ale co my z nim poczniemy do tej pory? Teraz jest prze­cież dopiero wpół do jede­na­stej.

- Zapro­po­nuję mu, aby mi towa­rzy­szył, gdy pójdę szki­co­wać. Wiem, że on też rysuje, i tym spo­so­bem nie będziesz go miała na gło­wie. Tylko pro­szę cię, chodź ze mną teraz do niego. To by się wyda­wało takie dziwne, gdy­byś do niego nie wyszła.

Pani Hale zdjęła swój czarny jedwabny far­tuch i roz­po­go­dziła się. Wyglą­dała na bar­dzo atrak­cyjną damę, gdy witała się z panem Len­no­xem z ser­decz­no­ścią należną komuś, z kim łączyły ją więzy powi­no­wac­twa. Wyraź­nie spo­dzie­wał się zapro­sze­nia do spę­dze­nia u nich dnia i przy­jął je z takim entu­zja­zmem, że pani Hale zaczęła się zasta­na­wiać, czy nie byłaby w sta­nie doło­żyć cze­goś do zim­nej woło­winy. Wszystko mu odpo­wia­dało: zachwy­cił się pro­po­zy­cją Mar­ga­ret, aby poszli razem szki­co­wać, i za nic w świe­cie nie zgo­dził się, aby teraz prze­szka­dzać panu Hale'owi, zwłasz­cza wobec per­spek­tywy spo­tka­nia się z nim przy obie­dzie. Dziew­czyna przy­nio­sła swoje przy­bory do ryso­wa­nia, aby gość mógł pośród nich zna­leźć coś dla sie­bie, i kiedy papier oraz pędzle zostały wybrane, oby­dwoje wyszli z domu w naj­we­sel­szych nastro­jach na świe­cie.

- Pro­szę, przy­stańmy tu na minutę lub dwie - powie­działa Mar­ga­ret. - Wła­śnie te domki prze­śla­do­wały mnie pod­czas owych dwóch tygo­dni desz­czu i wyrzu­cały mi, że ich nie nary­so­wa­łam.

- Zanim się do końca zawalą i nic z nich nie pozo­sta­nie. Szcze­rze mówiąc, jeśli mamy je nary­so­wać, a są rze­czy­wi­ście bar­dzo malow­ni­cze, nie odkła­dajmy tego lepiej do przy­szłego roku. Ale gdzie usią­dziemy?

- Mógł pan przy­je­chać tu pro­sto z kan­ce­la­rii w Tem­ple, zamiast błą­kać się przez dwa mie­siące w Szko­cji. Pro­szę spoj­rzeć na ten wspa­niały pień - drwale pozo­sta­wili go w ide­al­nie oświe­tlo­nym miej­scu. Roz­łożę na nim mój pled i będzie z tego praw­dziwy leśny tron.

- Tak, a ta kałuża będzie dywa­ni­kiem dla pani stóp. Pro­szę pocze­kać, prze­sunę się i będzie pani mogła podejść bli­żej. Kto mieszka w tych dom­kach?

- Zostały wybu­do­wane na dziko jakieś pięć­dzie­siąt lat temu. Jeden jest nie­za­miesz­kany. Leśnicy zamie­rzają je roze­brać, kiedy tylko umrze stary czło­wiek miesz­ka­jący w tej dru­giej chatce. Bie­da­czyna! Ale pro­szę spoj­rzeć, oto on. Podejdę i poroz­ma­wiam z nim. Jest tak głu­chy, że usły­szy pan wszyst­kie nasze sekrety.

Sta­ru­szek stał w słońcu tuż przed swym dom­kiem, z gołą głową, i opie­rał się na lasce. Jego sztywne rysy roz­luź­niły się i roz­pły­nęły w powol­nym uśmie­chu, gdy tylko Mar­ga­ret pode­szła do niego i zaczęła z nim roz­ma­wiać. Pan Len­nox pospiesz­nie naszki­co­wał te dwie posta­cie, a potem ukoń­czył pej­zaż, sta­no­wiący dla nich tło; tak przy­naj­mniej zaob­ser­wo­wała panna Hale, gdy nad­szedł czas, by wró­cić do domu. Sprzą­tali po sobie wodę i skrawki papieru, a gdy nawza­jem zapre­zen­to­wali sobie swe dzieła, dziew­czyna śmiała się i rumie­niła, nato­miast pan Len­nox przy­glą­dał się jej twa­rzy.

- To wła­śnie nazy­wam pod­stę­pem - sko­men­to­wała. - Nie przy­szło mi do głowy, że uwieczni pan Iza­aka i mnie, kiedy na pana prośbę wypy­ty­wa­łam go o histo­rię tych chat.

- Nie mogłem się oprzeć. Nawet pani nie wie, jaka to była pokusa. I nie ośmielę się wyznać, jak bar­dzo ten szkic mi się podoba.

Nie był cał­ko­wi­cie pewien, czy usły­szała to ostat­nie zda­nie, zanim ode­szła w stronę stru­mie­nia, by umyć swą paletę. Wró­ciła zaró­żo­wiona, ale poza tym wyglą­dała na ide­al­nie nie­winną i nie­świa­domą. Raczej go to cie­szyło, bo te słowa wymknęły mu się bez udziału woli, co było ewe­ne­men­tem w wypadku kogoś tak dale­ko­wzrocz­nie pla­nu­ją­cego swe poczy­na­nia jak pan Henry Len­nox.

Dom zapre­zen­to­wał się korzyst­nie, gdy do niego dotarli. Chmury znik­nęły z czoła matki dzięki dwóm kar­piom, które poja­wiły się w naj­do­god­niej­szym momen­cie za sprawą jed­nego z sąsia­dów. Pan Hale wró­cił ze swego poran­nego obchodu i cze­kał na gościa przed furtką pro­wa­dzącą do ogrodu. Mimo wytar­tego płasz­cza i zno­szo­nego kape­lu­sza wyglą­dał na stu­pro­cen­to­wego dżen­tel­mena. Mar­ga­ret była dumna z ojca. Zawsze ze świeżą i czułą rado­ścią obser­wo­wała, jakie pozy­tywne wra­że­nie wywie­rał na nie­zna­jo­mych. A jed­nak, gdy szybko obrzu­ciła wzro­kiem jego twarz, dostrze­gła na niej ślady nie­zwy­czaj­nego poru­sze­nia, które wizyta pana Len­noxa tym­cza­sowo odda­liła, ale nie usu­nęła.

Pan Hale wyra­ził chęć obej­rze­nia ich szki­ców.

- Odno­szę wra­że­nie, że te odcie­nie strze­chy są zbyt ciemne, nie uwa­żasz? - zasu­ge­ro­wał, zwra­ca­jąc córce jej pracę i wycią­ga­jąc dłoń po rysu­nek pana Henry'ego, który przez krótki moment zawa­hał się, zanim podał kartkę panu Hale'owi.

- Nie, papo, myślę, że nie. Roj­niki i roz­chod­niki bar­dzo pociem­niały pod wpły­wem desz­czu. Czyż nie są podobne, papo? - spy­tała, zaglą­da­jąc mu ponad ramie­niem, gdy oglą­dał posta­cie na rysunku pana Len­noxa.

- Tak, bar­dzo. Twoja figura i w ogóle cała postawa są wyśmie­ni­cie oddane. A w ten dokład­nie sztywny spo­sób stary Izaak garbi swe zreu­ma­ty­zmo­wane plecy. A cóż to zwisa z gałęzi? Bo prze­cież to nie pta­sie gniazdo.

- Och, to tylko mój cze­pek. Nie umiem ryso­wać w czepku. Tak mi wtedy gorąco w głowę. Zasta­na­wiam się, czy potra­fi­ła­bym naryso­wać ludzi. Tu jest tyle osób, które chcia­ła­bym uwiecz­nić.

- Powie­dział­bym, że z powo­dze­niem odda­łaby pani owo podo­bień­stwo, na któ­rym tak pani zależy - powie­dział pan Len­nox. - Głę­boko wie­rzę w siłę woli. Myślę, że udało mi się cał­kiem nie­źle panią odma­lo­wać.

Pan Hale szedł w kie­runku domu jako pierw­szy, nato­miast Mar­ga­ret celowo zwle­kała, bo chciała zerwać róże i przy­brać nimi do obiadu swą codzienną suk­nię.

Panna z Lon­dynu zro­zu­mia­łaby, co chcia­łem dać do zro­zu­mie­nia, mówiąc to - pomy­ślał pan Len­nox. Doszu­ki­wa­łaby się w każ­dym skie­ro­wa­nym do sie­bie zda­niu ukry­tego kom­ple­mentu. Ale nie wie­rzę, by Mar­ga­ret...

- Pro­szę pocze­kać! - zawo­łał. - Pro­szę pozwo­lić sobie pomóc.

Zebrał dla niej kilka aksa­mit­nych szkar­łat­nych róż, któ­rych nie była w sta­nie sama dosię­gnąć, i podzie­lił zebrany bukiet - dwa kwiaty zatrzy­mał dla sie­bie i umie­ścił w buto­nierce, po czym zado­wo­lony i szczę­śliwy oddał jej resztę, aby mogła je uło­żyć.

Roz­mowa przy obie­dzie toczyła się spo­koj­nie i przy­jem­nie. Obie strony miały do sie­bie wiele pytań, było też sporo ostat­nich wia­do­mo­ści o wło­skich waka­cjach pani Shaw. Inte­re­su­jąca kon­wer­sa­cja, pro­ste i wolne od wszel­kiej pre­ten­sji zacho­wa­nie gospo­da­rzy, a nade wszystko sąsiedz­two Mar­ga­ret spra­wiły, że pan Len­nox zapo­mniał o owym uczu­ciu zawodu, któ­rego doznał, gdy zorien­to­wał się, że dziew­czyna, opi­su­jąc dochody swego ojca jako bar­dzo skromne, mówiła prawdę i tylko prawdę.

- Mar­ga­ret, dziecko, może zebra­ła­byś dla nas na deser kilka gru­szek? - zapro­po­no­wał pan Hale, kiedy posta­wiono na stole oznakę gościn­no­ści w postaci świeżo zde­kan­to­wa­nej butelki wina.

Pani Hale poczuła się dotknięta. Gość mógł odnieść wra­że­nie, że deser jest rze­czą nie­spo­ty­kaną i przez to impro­wi­zo­waną na ple­ba­nii. Tym­cza­sem wystar­czy­łoby, aby mąż się odwró­cił, i wtedy zoba­czyłby bisz­kopty, kon­fi­tury i mnó­stwo innych rze­czy usta­wio­nych zgod­nie z regu­łami sztuki na pomoc­niku. Ale pan Hale tak sobie wbił do głowy pomysł z grusz­kami, że nie mógł od tego odstą­pić.

- Na połu­dnio­wym murze jest jesz­cze tro­chę ber, tych brą­zo­wych soczy­stych gru­szek, które są warte wszyst­kich egzo­tycz­nych owo­ców i prze­two­rów. Bie­gnij, Mar­ga­ret, i przy­nieś nam kilka.

- Pro­po­nuję, byśmy prze­nie­śli się do ogrodu i tam zje­dli te gruszki - powie­dział pan Len­nox. - Nie ma nic wspa­nial­szego niż zato­pić zęby w chru­pią­cym, soczy­stym owocu, cie­płym i pach­ną­cym od słońca. Naj­gor­sze jest tylko to, że zuchwałe osy rów­nież rosz­czą sobie prawa do tych cudów natury i potra­fią zatruć czło­wie­kowi nawet naj­więk­szą przy­jem­ność.

Pod­niósł się, jakby chciał podą­żyć za Mar­ga­ret, która wyszła przez prze­szklone drzwi, i cze­kał tylko na pozwo­le­nie pani Hale. Gospo­dyni wola­łaby co prawda dokoń­czyć obiad jak należy, z zacho­wa­niem całego cere­mo­niału, który dotych­czas prze­bie­gał tak gładko, zwłasz­cza że razem z Dixon wycią­gnęły z kre­densu owe szklane miseczki do opłu­ka­nia pal­ców, aby mogła się zapre­zen­to­wać jak przy­stało na sio­strę wdowy po gene­rale Shaw. Jed­nakże, skoro jej mąż już się pod­niósł, aby towa­rzy­szyć gościowi, nie pozo­stało jej nic innego, jak tylko się pod­dać.

- Uzbroję się w nóż - stwier­dził pan Hale - gdyż dni delek­to­wa­nia się owo­cami w spo­sób, jaki pan zachwa­lał, minęły dla mnie bez­pow­rot­nie. Dopiero gdy pokroję je na ćwiartki, mogę się swo­bod­nie nimi cie­szyć.

Mar­ga­ret przy­go­to­wała z liści bura­ków tale­rze do gru­szek, zachwy­ca­ją­cych swą zło­ci­sto­brą­zową barwą. Pan Len­nox czę­ściej spo­glą­dał na nią, niż na owoce, nato­miast pan Hale, zde­cy­do­wany wyczer­pać do dna każdą kro­plę rado­ści i dosko­na­ło­ści tej godziny, którą wykradł zmar­twie­niu, sta­ran­nie wybrał naj­bar­dziej doj­rzałą berę, a potem delek­to­wał się nią i wolną chwilą, sie­dząc na ogro­do­wej ławce. Mar­ga­ret i pan Len­nox prze­cha­dzali się po nie­wiel­kiej, tara­sowo uło­żo­nej ścieżce wzdłuż połu­dnio­wego muru, gdzie psz­czoły na­dal brzę­czały i pil­nie pra­co­wały w ulach.

- Jakie dosko­nałe życie zda­je­cie się tu pędzić! Dotych­czas zawsze odczu­wa­łem raczej wzgardę wobec poetów oraz tych ich życzeń: "Och, gdy­bym miał maleńką chatkę za wzgó­rzami2" i temu podob­nych rze­czy, ale teraz oba­wiam się, że tak naprawdę nie jestem nikim wię­cej jak tylko miesz­czu­chem. Dzi­siaj poczu­łem, że dwa­dzie­ścia lat stu­dio­wa­nia prawa mogłoby zostać z nad­dat­kiem wyna­gro­dzone przez jeden rok takiego dosko­na­łego życia jak tutaj. Co za błę­kit nieba! - powie­dział pan Len­nox, patrząc w górę. - I ten szkar­łat lub bursz­tyn listo­wia. I do tego ten ide­alny bez­ruch! - zachwy­cał się, wska­zu­jąc na kilka olbrzy­mich drzew, które oka­lały ogród, upo­dab­nia­jąc go do gniazda.

- Zechce pan pamię­tać, że to nasze niebo nie zawsze jest tak uro­czo błę­kitne jak teraz. Mie­wamy desz­cze, a nasze liście opa­dają z drzew i wil­got­nieją, choć i tak uwa­żam, że Hel­stone jest naj­do­sko­nal­szym miej­scem na ziemi. Pro­szę sobie przy­po­mnieć, jak pew­nego wie­czoru na Har­ley Street szy­dził pan z mojego opisu: "Wio­ska z bajki" - tak pan powie­dział.

- Szy­dzić, Mar­ga­ret, to chyba za mocne słowo.

- Być może. Ale wtedy byłam prze­peł­niona myślami o domu i chcia­łam z kimś o tym roz­ma­wiać, a pan tym­cza­sem... Jakiego słowa powin­nam tu użyć?... Wypo­wia­dał się pan o Hel­stone tonem pozba­wio­nym sza­cunku i sym­pa­tii, nada­jąc mu miano wio­ski z bajki.

- Już ni­gdy wię­cej tego nie zro­bię - zapew­nił ją cie­pło.

Doszli do naroż­nika i spa­ce­ro­wali dalej.

- Pra­wie bym sobie życzył, Mar­ga­ret... - Zatrzy­mał się i zawa­hał.

Ta prze­rwa była tak nie­zwy­kła u tego elo­kwent­nego zazwy­czaj praw­nika, że zdzi­wiona dziew­czyna spoj­rzała na niego pyta­jąco. Ale pra­wie natych­miast - choć nie potra­fi­łaby powie­dzieć, co ją w nim zanie­po­ko­iło - zapra­gnęła zna­leźć się przy matce, ojcu, gdzie­kol­wiek, byle dalej od pana Len­noxa. Czuła bowiem, że zamie­rza zadać jej pyta­nie, na które nie będzie umiała odpowie­dzieć. Już w następ­nej chwili jed­nak duma, któ­rej tyle w sobie nosiła, pomo­gła jej poko­nać nagłe wzbu­rze­nie i miała nadzieję, że jej towa­rzysz niczego nie zauwa­żył. Mogła, oczy­wi­ście, udzie­lić odpo­wie­dzi, i to wła­ści­wej. Czuła zresztą, że to wzdra­ga­nie się przed wysłu­cha­niem go było niskie i nie­godne jej, bo mogłoby świad­czyć, że nie miała w sobie mocy, aby poło­żyć kres tej sytu­acji z całą swoją panień­ską god­no­ścią.

- Mar­ga­ret - powie­dział i nie­spo­dzie­wa­nie ujął jej dłoń, zmu­sza­jąc tym samym, by się zatrzy­mała i wysłu­chała go. Ona tym­cza­sem czuła łomot serca i wyrzu­cała to sobie. - Mar­ga­ret, wolał­bym, aby nie kochała pani Hel­stone aż tak bar­dzo, aby nie była tu pani aż tak spo­kojna i szczę­śliwa. Przez te trzy mie­siące liczy­łem, że zastanę panią tęsk­niącą za Lon­dy­nem, za tam­tej­szymi przy­ja­ciółmi, choć tro­chę żału­jącą tam­tych dni, tak aby wysłu­chała pani z więk­szą przy­chyl­no­ścią - ona tym­cza­sem deli­kat­nie, ale sta­now­czo usi­ło­wała oswo­bo­dzić swą dłoń z jego uchwytu - kogoś, kto nie ma zbyt wiele do zaofe­ro­wa­nia, pra­wie nic poza per­spek­ty­wami na przy­szłość. Ale ten ktoś kocha panią, i to wła­ści­wie wbrew sobie. Mar­ga­ret, zasko­czy­łem panią? Pro­szę coś powie­dzieć!

Widział, że jej usta drżą, jakby się miała roz­pła­kać. A ona zebrała wszyst­kie siły, aby się uspo­koić, i ode­zwała się dopiero, gdy odzy­skała pano­wa­nie nad gło­sem:

- Zasko­czył mnie pan. Nie sądzi­łam, że jest pan mną zain­te­re­so­wany w ten spo­sób. Zawsze myśla­łam o panu jako o przy­ja­cielu i jeśli to moż­liwe, chcia­ła­bym na­dal tak o panu myśleć. Nie lubię, gdy ktoś do mnie mówi tak jak pan w tej chwili. Nie mogę udzie­lić panu odpo­wie­dzi, jakiej by pan sobie życzył, choć będzie mi przy­kro, jeśli poczuje się pan ura­żony.

- Mar­ga­ret - powie­dział, patrząc jej pro­sto w oczy.

Napo­tkał jej otwarte spoj­rze­nie, pełne teraz dobrej woli i nie­chęci do zada­wa­nia bólu. "Czy pani kocha innego?" - zamie­rzał spy­tać, ale wydało mu się, że takie pyta­nie byłoby obe­lgą dla nie­ska­zi­tel­nego spo­koju tych oczu.

- Wybacz mi, pani, dzia­ła­łem zbyt rap­tow­nie. Teraz spo­tyka mnie za to kara. Daj mi tylko nadzieję. Daj mi tę słabą pocie­chę i powiedz, że nie spo­tka­łaś dotych­czas nikogo, kogo mogła­byś... - Znowu prze­rwał. Nie był w sta­nie dokoń­czyć zda­nia. A Mar­ga­ret ostro wyrzu­cała sobie, że stała się przy­czyną jego cier­pie­nia.

- Ach! Jakże żałuję, że ten pomysł w ogóle przy­szedł panu do głowy! Tak się cie­szy­łam, mogąc myśleć o panu jako o przy­ja­cielu.

- Ale czy mogę mieć nadzieję, Mar­ga­ret, że pew­nego dnia pomy­ślisz o mnie jako o uko­cha­nym? Nie teraz, oczy­wi­ście, nie ma pośpie­chu, ale kie­dyś?

Mil­czała przez pewien czas, pró­bu­jąc zna­leźć w swym sercu prawdę, a potem odpo­wie­działa:

- Myśla­łam o panu tylko jako o przy­ja­cielu. I lubię tak myśleć. Ale jestem pewna, że nie była­bym w sta­nie trak­to­wać pana jako kogoś wię­cej. Pro­szę, zapo­mnijmy oboje, że ta - "nie­przy­jemna", zamie­rzała powie­dzieć, ale się powstrzy­mała - roz­mowa miała w ogóle miej­sce.

Przez chwilę nie odpo­wia­dał, a gdy się ode­zwał, w jego gło­sie poja­wił się z powro­tem typowy dla niego chłód:

- Oczy­wi­ście, skoro pani uczu­cia są tak zde­cy­do­wane, a cała ta roz­mowa oka­zała się dla pani tak nie­przy­jemna, naj­le­piej będzie o niej zapo­mnieć. Ten pomysł, aby zapo­mnieć o wszyst­kim, co bole­sne, brzmi świet­nie w teo­rii, ale trud­niej go będzie, przy­naj­mniej mnie, wpro­wa­dzić w życie.

- Jest pan roz­draż­niony - zauwa­żyła. - Co jed­nak mogę na to pora­dzić?

Mówiąc to, wyglą­dała na tak szcze­rze prze­jętą, że przez chwilę wal­czył ze swym roz­cza­ro­wa­niem i w końcu udało mu się odpo­wie­dzieć ser­decz­niej, choć w jego gło­sie na­dal pobrzmie­wały twarde nuty:

- Powinna pani wziąć pod uwagę, że to jest zmar­twie­nie i zawód nie tylko dla czło­wieka zako­cha­nego, ale w ogóle nie­stwo­rzo­nego do romansu, kogoś nazy­wa­nego przez oto­cze­nie bez­na­mięt­nym i roz­waż­nym, kto pod wpły­wem pasji odstą­pił od swych zwy­cza­jów. Ale nie będziemy już o tym mówić. W każ­dym razie ten czło­wiek jeden jedyny raz dopu­ścił do głosu lep­szą, cie­plej­szą stronę swej natury i spo­tkało go odrzu­ce­nie oraz odmowa. Muszę się pod­nieść na duchu, i to naj­le­piej, gar­dząc wła­snym sza­leń­stwem. Usi­łu­jący się wybić adwo­kat wymy­ślił sobie, że się ożeni.

Mar­ga­ret nie mogła na to odpo­wie­dzieć. Cały ton tej wypo­wie­dzi ją ziry­to­wał. Wyda­wało się, że te słowa poru­szyły i przy­wo­łały wszyst­kie roz­bież­no­ści mię­dzy nimi, które czę­sto ją od pana Len­noxa odpy­chały, choć na Har­ley Street był prze­cież naj­mil­szym towa­rzy­szem, naj­bar­dziej współ­czu­ją­cym przy­ja­cie­lem, naj­le­piej ze wszyst­kich rozu­mie­ją­cym ją czło­wie­kiem. Na tę myśl poczuła, aż do bólu, że musiała mu odmó­wić, wmie­szała się jed­nak odro­bina zado­wo­le­nia i jakby ulgi. Jej piękne wargi wygięły się z pew­nym lek­ce­wa­że­niem. Dobrze się stało, że wła­śnie zakoń­czyli rundę wokół ogrodu i wpa­dli nie­spo­dzie­wa­nie na pana Hale'a, o któ­rym zupeł­nie zapo­mnieli. Nie skoń­czył jesz­cze swo­jej gruszki - deli­kat­nie ją obie­rał, uzy­sku­jąc jeden długi skra­wek skórki o gru­bo­ści cyn­fo­lii, a czyn­ność tę wyko­ny­wał nie­śpiesz­nie i z peł­nym zaan­ga­żo­wa­niem. Przy­po­mi­nało to bajkę o wschod­nim władc3y, który na pole­ce­nie mędrca zanu­rzył głowę w misie z wodą i zanim ją wyjął, przed oczami prze­bie­gło mu całe życie. Mar­ga­ret doznała wstrząsu, cał­ko­wi­tej prze­miany, zanim upły­nęło tyle czasu, by ojciec zdą­żył zjeść owoc. Czuła się ogłu­szona i nie potra­fiła odzy­skać pano­wa­nia nad sobą na tyle, aby wziąć udział w try­wial­nej kon­wer­sa­cji, która wywią­zała się mię­dzy jej ojcem a panem Len­no­xem. Dziew­czyna była poważna i nie miała naj­mniej­szej ochoty na roz­mowę. Myślała o jed­nym - kiedy Henry wresz­cie się poże­gna i zostawi ją samą, aby mogła spo­koj­nie prze­my­śleć wyda­rze­nia ostat­niego kwa­dransa. On marzył o odjeź­dzie co naj­mniej tak samo nie­cier­pli­wie jak ona, ale kilka minut lek­kiej i nie­dba­łej poga­wędki, nie­za­leż­nie od tego, ile by go kosz­to­wało, było nie­zbędne dla jego ura­żo­nej próż­no­ści i zacho­wa­nia resz­tek sza­cunku do sie­bie. Od czasu do czasu rzu­cał okiem na smutną i zamy­śloną twarz Mar­ga­ret.

Nie jestem jej tak cał­kiem obo­jętny, jak jej się wydaje - pomy­ślał. Nie wolno mi tra­cić nadziei.

Zanim upły­nął kwa­drans, w jego wypo­wie­dziach poja­wił się lekki sar­kazm, a o życiu w Lon­dy­nie i na wsi mówił tak, jakby był świa­dom swych szy­derstw, ale też jakby się ich oba­wiał. Pan Hale był skon­fun­do­wany. Jego gość nagle oka­zał się innym czło­wie­kiem niż ten, z któ­rym roz­ma­wiał pod­czas wesel­nego śnia­da­nia i dzi­siej­szego obiadu. To był powierz­chowny, bły­sko­tliwy świa­to­wiec i jako taki stał się dla pro­bosz­cza kimś obcym. Cała trójka poczuła ulgę, gdy oświad­czył, że musi się natych­miast poże­gnać, jeżeli chce zdą­żyć na pociąg o godzi­nie pią­tej. Udali się do domu i szu­kali pani Hale, aby mógł się także z nią poże­gnać. W ostat­niej chwili przed odjaz­dem poprzez świeżo powstałą sko­rupę przedarł się praw­dziwy Henry Len­nox.

- Mar­ga­ret, niech pani mną nie gar­dzi. Ja naprawdę mam serce, pomimo to, co tu mówi­łem. A na dowód pro­szę mi uwie­rzyć, że kocham panią jesz­cze bar­dziej niż przed­tem... o ile nie nie­na­wi­dzę pani za to lek­ce­wa­że­nie, z któ­rym słu­cha­łaś mnie przez ostat­nie pół godziny. Do widze­nia, Mar­ga­ret. Mar­ga­ret!

IV. Wątpliwości i kłopoty

ROZ­DZIAŁ IV

Wąt­pli­wo­ści i kło­poty

Choć­byś mnie rzu­cił na brzeg pusty, Panie, Jak okręt burzą strza­skany, Gdzie wciąż się srożą mor­skie bał­wany, A wicher wyje nie­ubła­ga­nie, Kiedy Tyś ze mną, nic się nie sta­nie.

Wil­liam Habing­ton, Castara, przeł. Joanna Puchal­ska

Odje­chał. Dom zamknięto na noc. Nie było już błę­kitu nieba, nie było szkar­łat­nych ani bursz­ty­no­wych barw. Mar­ga­ret weszła na górę, aby się prze­brać do her­baty, i zna­la­zła Dixon w kiep­skim humo­rze z powodu zamie­sza­nia, jakie wywo­łał przy­jazd gościa w tak pra­co­wity dzień. Oka­zy­wała swe nie­za­do­wo­le­nie, szar­piąc zło­śli­wie włosy Mar­ga­ret pod­czas cze­sa­nia, co tłu­ma­czyła koniecz­no­ścią jak naj­szyb­szego uda­nia się do pani Hale; była to chyba jed­nak tylko wymówka, bo potem dziew­czyna bar­dzo długo musiała cze­kać na matkę w salo­nie. Nie­za­pa­lone świece stały na stole, a ona sie­działa sama przy kominku i prze­bie­gała myślą wyda­rze­nia dnia: roz­koszny spa­cer w lesie, miłe ryso­wa­nie, ser­deczna atmos­fera przy obie­dzie i nie­przy­jemny, żało­sny spa­cer w ogro­dzie.

Jak bar­dzo męż­czyźni róż­nią się od kobiet! Pod­czas gdy ona sie­działa poru­szona i nie­szczę­śliwa, bo jej instynkt i uczci­wość wyma­gały, aby odmó­wiła, on, krótko po odrzu­ce­niu jego pro­po­zy­cji, która winna być naj­waż­niej­szą i naj­święt­szą w życiu, potra­fił roz­ma­wiać, jakby wygrane sprawy sądowe, suk­ces i kom­for­towy dom oraz grono miłych zna­jo­mych były wszyst­kim, czego pożą­dał. Ach, jak bar­dzo potra­fiłaby go kochać, gdyby był inny! Ale po zasta­no­wie­niu się zro­zu­miała, że był wła­śnie taki z powo­dów, które tkwią w nim bar­dzo głę­boko. Potem jed­nak tłu­ma­czyła sobie, że jego zacho­wa­nie w cza­sie ostat­niej roz­mowy skry­wało gorycz zawodu, który z pew­no­ścią odczu­wa­łaby i ona, gdyby to jej uczu­cie zostało odrzu­cone.

Matka weszła do salonu, zanim Mar­ga­ret zdo­łała opa­no­wać wiru­jące myśli i przy­wró­cić w nich jaki­kol­wiek ład. Szybko jed­nak została zmu­szona do otrzą­śnię­cia się ze wspo­mnień wyda­rzeń i słów wypo­wie­dzia­nych minio­nego dnia i zamie­nie­nia się we współ­czu­ją­cego słu­cha­cza. Naj­pierw dowie­działa się o obu­rze­niu Dixon z powodu ponow­nego przy­pa­le­nia pod­kładu do pra­so­wa­nia, a potem wysłu­chała opo­wie­ści o tym, jak Susan Light­foot para­do­wała ze sztucz­nymi kwia­tami przy­pię­tymi do czepka, dając tym dowód swej próż­no­ści i fry­wol­nego cha­rak­teru. Pan Hale sączył her­batę w roz­tar­gnio­nym mil­cze­niu, pozo­sta­wia­jąc Mar­ga­ret obo­wią­zek udzie­la­nia matce odpo­wie­dzi. Zasta­na­wiała się przy tym, jak jej rodzice mogli tak szybko i bez śladu zapo­mnieć o swym dzi­siej­szym gościu, nawet nie wspo­mi­na­jąc jego imie­nia. Nie pamię­tała zapewne, że to nie im pan Len­nox się oświad­czył.

Po her­ba­cie pan Hale pod­niósł się i stał przy kominku, z łok­ciem opar­tym na gzym­sie i głową spo­czy­wa­jącą na dłoni, wyraź­nie zamy­ślony. Od czasu do czasu głę­boko wzdy­chał. Pani Hale wyszła, aby usta­lić z Dixon szcze­góły prze­ka­za­nia odzieży zimo­wej dla bied­nych, a Mar­ga­ret przy­go­to­wy­wała dla matki jej robótkę z wełny cze­san­ko­wej i aż kur­czyła się w sobie na myśl o dłu­gim wie­czo­rze. Marzyła, aby nad­szedł już czas pój­ścia do łóżka, gdzie będzie mogła ponow­nie prze­my­śleć wyda­rze­nia dnia.

- Mar­ga­ret! - ode­zwał się w końcu pan Hale z tak nagłą despe­ra­cją, że jego córka aż drgnęła. - Czy te ple­cionki są pilną sprawą? Cho­dzi mi o to, czy możesz je zosta­wić i pójść ze mną do biblio­teki? Chcę z tobą poroz­ma­wiać o czymś bar­dzo waż­nym dla nas wszyst­kich.

"Bar­dzo waż­nym dla nas wszyst­kich". Pan Len­nox nie miał oka­zji do odby­cia na osob­no­ści roz­mowy z jej ojcem po tym, jak mu odmó­wiła swej ręki, nie cho­dziło więc o to. W pierw­szej chwili Mar­ga­ret poczuła się winna i zawsty­dzona, że stała się doro­słą kobietą braną pod uwagę w kwe­stiach matry­mo­nial­nych, a zaraz potem uświa­do­miła sobie, że ojciec może być nie­za­do­wo­lony z pod­ję­cia przez nią decy­zji bez kon­sul­ta­cji z nim. Szybko jed­nak odrzu­ciła te myśli, gdy zro­zu­miała, że to nie owo ostat­nie, nagłe wyda­rze­nie wywo­łało nie­po­kój i drę­czące wąt­pli­wo­ści, o któ­rych ojciec życzył sobie z nią pomó­wić. W biblio­tece pan Hale poru­szył ogień, pal­cami zga­sił świece i kil­ka­krot­nie wes­tchnął, zanim zebrał myśli na tyle, by prze­mó­wić. W końcu wyrzu­cił to z sie­bie z jękiem:

- Mar­ga­ret, zamie­rzam opu­ścić Hel­stone.

- Opu­ścić Hel­stone, papo!? Ale dla­czego?

Nie odpo­wie­dział od razu. Zmie­szany, prze­kła­dał ner­wowo jakieś papiery na stole, kil­ka­krot­nie otwie­rał usta, aby coś powie­dzieć, ale zamy­kał je ponow­nie, nie mając dość odwagi, by wyrzec choć jedno słowo. Mar­ga­ret nie mogła znieść widoku jego napię­cia, które dla ojca było jesz­cze bar­dziej przy­kre niż dla niej.

- Ale dla­czego, papo kochany? Powiedz mi!

Nagle spoj­rzał na nią i odpo­wie­dział wolno i z peł­nym mocy spo­ko­jem:

- Ponie­waż nie mogę być dłu­żej kapła­nem Kościoła angli­kań­skiego.

Mar­ga­ret była pewna, że ojca spo­tkał w końcu jeden z owych upra­gnio­nych przez matkę awan­sów, i to zmu­sza go, by opu­ścił piękne, umi­ło­wane Hel­stone i zamiesz­kał przy któ­rymś z tych dostoj­nych, cichych dzie­dziń­ców, jakie od czasu do czasu widy­wała w mia­stach kate­dral­nych. Były to poważne i impo­nu­jące miej­sca, ale jeśli prze­nie­sie­nie się tam miało ozna­czać opusz­cze­nie domu w Hel­stone na zawsze, to byłoby tylko przy­gnę­bia­jącą zmianą i w kon­se­kwen­cji upo­rczy­wym bólem. Nic jed­nak nie mogło się rów­nać z szo­kiem, jakiego doznała po ostat­niej wypo­wie­dzi pana Hale'a. Co to mogło ozna­czać? Tajem­ni­czość tej decy­zji tylko potę­go­wała jej zde­ner­wo­wa­nie. Poru­szał ją widok ojca, peł­nego żało­ści i cier­pie­nia, jakby bła­gał wła­sne dziecko o miło­sierny i spra­wie­dliwy sąd. Naraz poczuła mdło­ści. Czyżby został wmie­szany w coś, co zro­bił Fre­de­rick? Prze­cież jej brat był wyjęty spod prawa. Czyżby ojciec, z powodu natu­ral­nej miło­ści do syna, dopu­ścił się...

- Och! Dla­czego? Powiedz, ojcze! Powiedz mi wszystko! Dla­czego już nie możesz być duchow­nym? Z pew­no­ścią, jeśli bisku­powi donie­siono o Fre­de­ricku, i ciężki, nie­spra­wie­dliwy...

- To nie ma żad­nego związku z Fre­de­ric­kiem. Biskup też nie ma z tym nic wspól­nego. To ja sam. Mar­ga­ret, wszystko ci opo­wiem. Odpo­wiem na każde twoje pyta­nie ten jeden raz, ale póź­niej nie wra­cajmy już do tego. Poniosę wszel­kie kon­se­kwen­cje swych bole­snych, ponu­rych wąt­pli­wo­ści, ale mówie­nie o tym, co przy­spo­rzyło mi tyle cier­pie­nia, jest ponad moje siły.

- Wąt­pli­wo­ści, ojcze!? Wąt­pli­wo­ści w kwe­stiach reli­gij­nych?! - wykrzyk­nęła Mar­ga­ret wstrzą­śnięta jak ni­gdy dotąd.

- Nie! Nie wąt­pli­wo­ści w kwe­stiach reli­gij­nych. Żad­nej naj­mniej­szej rysy, jeśli cho­dzi o wiarę. - Prze­rwał, a jego córka wes­tchnęła, jakby zatrzy­mała się na samej kra­wę­dzi nowej okrop­no­ści. On zaś zaczął mówić prędko, niczym ktoś, kto chce jak naj­szyb­ciej dotrzeć do wyzna­czo­nego sobie celu. - Nie zro­zu­miesz tego wszyst­kiego, co ci opo­wiem... te lata pełne nie­po­koju, czy powi­nie­nem pozo­sta­wać na tym sta­no­wi­sku... moje wysiłki, by stłu­mić cią­głe wąt­pli­wo­ści siłą auto­ry­tetu Kościoła. Och, Mar­ga­ret, jak ja kocham ten święty Kościół, z któ­rego mam być wyklu­czony. - Przez chwilę nie był w sta­nie mówić dalej.

Mar­ga­ret zupeł­nie nie wie­działa, co powie­dzieć. Wszystko to wyda­wało jej się tak strasz­nie nie­ja­sne, jakby ojciec posta­no­wił przejść na maho­me­ta­nizm.

- Czy­ta­łem dzi­siaj o owych dwóch tysią­cach wier­nych, któ­rzy zostali usu­nięci ze swych kościo­łów - kon­ty­nu­ował pan Hale z bla­dym uśmie­chem - i pró­bo­wa­łem prze­jąć choć tro­chę ich odwagi. Ale to bez sensu. Bez sensu. To dla mnie takie bole­sne.

- Ale, papo, czy ty to dobrze roz­wa­ży­łeś? Och, to takie okropne, takie szo­ku­jące - powie­działa Mar­ga­ret, nagle wybu­cha­jąc pła­czem. Jedyna sta­bilna pod­stawa jej domu, idei uko­cha­nego ojca, zda­wała się trząść i prze­wra­cać. Co miała powie­dzieć? Co można było pora­dzić?

Na widok jej roz­pa­czy pan Hale zebrał się w sobie, by ją pocie­szyć. Prze­łknął suche, dła­wiące go łka­nie wydo­by­wa­jące się pro­sto z serca i pod­szedł do szafki z książ­kami, z któ­rej wyjął tom sta­no­wiący w ostat­nim cza­sie jedną z jego pod­sta­wo­wych lek­tur. To wła­śnie z tej książki czer­pał siłę, aby przy­jąć kurs, któ­rym teraz podą­żał.

- Posłu­chaj, kochana Mar­ga­ret - powie­dział, obej­mu­jąc ją w pasie.

Ujęła w swe ręce jego dłoń i mocno ści­snęła, ale nie potra­fiła pod­nieść głowy i spoj­rzeć na niego. Nie mogła też wysłu­chać uważ­nie tego, co jej czy­tał. Była zbyt wzbu­rzona.

- To mono­log napi­sany przez czło­wieka, który kie­dyś był, tak jak ja, duchow­nym w wiej­skiej para­fii. Auto­rem jest nie­jaki pan Old­field, pro­boszcz w Car­sing­ton w Der­by­shire, a napi­sał to ponad sto sześć­dzie­siąt lat temu. Wtedy czas jego próby się skoń­czył. Sto­czył ciężką walkę. - Te dwa ostat­nie zda­nia pan Hale powie­dział ciszej, jakby mówił sam do sie­bie. A potem prze­czy­tał na głos:

"Jeśli już dłu­żej nie możesz kon­ty­nu­ować swej pracy, nie obra­ża­jąc Boga, nie dys­kre­dy­tu­jąc reli­gii, nie rezy­gnu­jąc z wier­no­ści sobie, nie raniąc sumie­nia, nie nisz­cząc pokoju i nie nara­ża­jąc się na utratę zba­wie­nia, jed­nym sło­wem, jeśli warunki, na któ­rych musiał­byś, o ile chciał­byś, dalej pra­co­wać, są grzeszne i pozba­wione łaski Boga, możesz, a raczej musisz uwie­rzyć, że Nasz Pan twoje mil­cze­nie, twoje zawie­sze­nie, wyco­fa­nie i odstą­pie­nie prze­kształci ku chwale swo­jej i Ewan­ge­lii. Bóg użyje cię w taki lub inny spo­sób. Duszy, która pra­gnie Mu słu­żyć i Go wiel­bić, ni­gdy nie zabrak­nie po temu oka­zji. Nie ogra­ni­czaj wiel­ko­ści Naszego Pana myślą, że znaj­dzie On tylko jedną drogę, na któ­rej możesz gło­sić Jego chwałę. Może to osią­gnąć i przez twe mil­cze­nie tak samo jak przez twe modli­twy, przez twe wyco­fa­nie tak samo jak przez twą pracę. Jest fał­szem twier­dze­nie, że naj­le­piej słu­żymy Bogu, gdy wypeł­niamy naj­cięż­sze obo­wiązki, jeśli to twier­dze­nie ma uspra­wie­dli­wiać naj­mniej­szy grzech, nawet gdy ten grzech zawiera się w tej służ­bie lub daje oka­zję do speł­nie­nia obo­wiązku. Nie otrzy­masz dzięk­czy­nie­nia, jeśli zosta­niesz oskar­żony o dep­ta­nie boskiej chwały i o łama­nie twych ślu­bów pod pozo­rem, że jest to nie­zbędne, byś mógł kon­ty­nu­ować swą służbę Kościo­łowi".

Gdy tak to czy­tał, prze­bie­ga­jąc wzro­kiem to, co omi­jał, utwier­dzał się w swych prze­ko­na­niach i czuł, że także potra­fiłby się zdo­być na odwagę i sta­łość, aby dzia­łać w zgo­dzie z wła­snym sumie­niem. Ale gdy zamilkł i usły­szał kon­wul­syjny szloch córki, cała jego odwaga znik­nęła wobec prze­ni­kli­wego cier­pie­nia.

- Mar­ga­ret, dziecko! - zawo­łał, przy­cią­ga­jąc ją bli­żej. - Pomyśl o pierw­szych męczen­ni­kach, pomyśl o owych tysią­cach, któ­rzy cier­pieli za swe prze­ko­na­nia.

- Ale, ojcze - odrze­kła, uno­sząc nagle zaru­mie­nioną i mokrą od łez twarz - oni cier­pieli za prawdę, pod­czas gdy ty... och, papo, papo!

- Ja cier­pię za sumie­nie, dziecko - powie­dział z god­no­ścią, mimo że drżał przy tym, co nie dzi­wiło, bio­rąc pod uwagę jego nad­wraż­li­wość. - Muszę postą­pić tak, jak mi naka­zuje sumie­nie. Zbyt długo zno­si­łem wła­sne wyrzuty i każdy inny czło­wiek, nie tak ospały i tchórz­liwy jak ja, już dawno by się zbun­to­wał. - Potrzą­snął głową ze smut­kiem i mówił dalej: - Naj­go­ręt­sze marze­nie two­jej bied­nej matki zosta­nie speł­nione z ową prze­wrotną kpiną losu, z jaką zbyt gorące pra­gnie­nia się zisz­czają. Jak jabłko Sodomy, na zewnątrz piękne, ale w środku jest tylko popiół. To jej życze­nie dopro­wa­dziło w końcu do prze­si­le­nia, za które powi­nie­nem być i jestem, mam nadzieję, wdzięczny. Nie­cały mie­siąc temu biskup zapro­po­no­wał mi lep­sze bene­fi­cjum. Gdy­bym je przy­jął, musiał­bym publicz­nie odno­wić dekla­ra­cję Trzy­dzie­stu Dzie­wię­ciu Arty­ku­łów Wiar4y. Pró­bo­wa­łem, Mar­ga­ret, pró­bo­wa­łem odsu­nąć ten dyle­mat, po pro­stu odrzu­ca­jąc awans i pozo­sta­jąc tu, tłam­sząc me sumie­nie, tak jak je do tej pory nagi­na­łem. Niech mi Bóg wyba­czy.

Pod­niósł się i spa­ce­ro­wał po pokoju, cichym gło­sem wypo­wia­da­jąc pod swoim adre­sem słowa wyrzutu i poni­że­nia, z któ­rych córka na szczę­ście usły­szała tylko kilka. W końcu powie­dział:

- Mar­ga­ret, wra­cam do tej smut­nej tro­ski, od któ­rej zaczą­łem. Musimy opu­ścić Hel­stone.

- Tak. Rozu­miem. Ale kiedy?

- Napi­sa­łem do biskupa. Wyda­wało mi się, że ci o tym mówi­łem, ale o wszyst­kim teraz zapo­mi­nam - powie­dział pan Hale, wpa­da­jąc w przy­gnę­bie­nie, gdy tylko zaczął mówić o szcze­gó­łach twar­dej rze­czy­wi­sto­ści. - Poin­for­mo­wa­łem go o moim zamia­rze opusz­cze­nia para­fii. Był bar­dzo łaskawy i uprzejmy, argu­men­to­wał i prze­strze­gał, ale na próżno, zupeł­nie na próżno. Prze­cież ja sam wypró­bo­wa­łem to wszystko na sobie. Darem­nie. Będę musiał wziąć mój akt rezy­gna­cji i oso­bi­ście zawieźć go bisku­powi, by się z nim poże­gnać. To będzie kolejna próba, ale gor­sze, znacz­nie gor­sze jest to, że muszę się roz­stać z moimi para­fia­nami. Wyzna­czono wika­rego, który będzie czy­tał modli­twy. Jest to nie­jaki pan Brown i przy­je­dzie jutro. Ja nato­miast w następną nie­dzielę wygło­szę kaza­nie poże­gnalne.

A więc to ma być tak szybko? - pomy­ślała Mar­ga­ret. Choć może to i lepiej. Zwle­ka­nie tylko zaostrzy­łoby ból. Chyba lepiej, że tak nagle została ude­rzona niby obu­chem pla­nami wpro­wa­dza­nych zmian, któ­rych pra­wie doko­nano, zanim się o nich dowie­działa.

- Co na to wszystko mama? - spy­tała, wzdy­cha­jąc.

Ku jej zasko­cze­niu ojciec nie odpo­wie­dział od razu, tylko znowu zaczął cho­dzić po pokoju. W końcu się zatrzy­mał i odrzekł:

- Mar­ga­ret, jestem wiel­kim tchó­rzem. Nie umiem zada­wać bólu. Wiem dosko­nale, że mał­żeń­stwo ze mną oka­zało się nie tym, na co twoja matka miała nadzieję, czego miała prawo ocze­ki­wać. A to będzie dla niej taki cios, że nie mia­łem serca... nie mia­łem siły, aby jej o tym powie­dzieć. Nie można jed­nak dłu­żej zwle­kać. Ona musi się dowie­dzieć. - Popa­trzył ze smut­kiem na córkę.

Mar­ga­ret aż osła­bła na myśl, że matka o niczym nie wie, gdy tym­cza­sem sprawa jest tak zaawan­so­wana.

- Tak. Naprawdę musi się dowie­dzieć - przy­tak­nęła. - Być może, mimo wszystko, ona nie... ależ tak, z pew­no­ścią tak, będzie zaszo­ko­wana. - Siła ciosu wró­ciła do dziew­czyny, gdy pró­bo­wała sobie wyobra­zić, jak jej matka mogłaby przy­jąć decy­zję męża. - Ale dokąd się prze­nie­siemy? - spy­tała wresz­cie, ude­rzona nagle sprawą ich przy­szłego bytu, o ile jej ojciec miał w ogóle jakieś plany.

- Do Pół­noc­nego Mil­ton - odpo­wie­dział z głu­chą apa­tią. Zauwa­żył, że choć dzięki swej miło­ści córka sta­nęła po jego stro­nie i przez moment usi­ło­wała go uspo­koić, jej rana była świeża, głę­boka i bole­sna.

- Pół­nocne Milto5n! To prze­my­słowe mia­sto w Dark­shire?

- Tak - potwier­dził ojciec, zobo­jęt­niały i przy­bity.

- Ale dla­czego tam, papo? - spy­tała.

- Ponie­waż tam jestem w sta­nie zaro­bić na chleb dla mojej rodziny. Ponie­waż nikogo tam nie znam, nikt tam nie sły­szał o Hel­stone i nikt nie będzie chciał ze mną roz­ma­wiać... o tym.

- Chleb dla rodziny! A ja myśla­łam, że ty i mama macie... - Nagle się zatrzy­mała, powścią­ga­jąc swe natu­ralne zain­te­re­so­wa­nie ich wspólną przy­szło­ścią, gdy zoba­czyła, że czoło ojca posęp­nieje. On jed­nakże, dzięki swej zdol­no­ści współ­od­czu­wa­nia, od razu wyczy­tał w jej twa­rzy jak w lustrze odbi­cie wła­snego przy­gnę­bie­nia, i dla niej spró­bo­wał się choć tro­chę roz­ch­mu­rzyć.

- Wszystko ci opo­wiem, Mar­ga­ret. Pomóż mi tylko poin­for­mo­wać matkę, bo to jest ponad moje siły. Sama myśl o jej roz­pa­czy przy­pra­wia mnie o cho­robę z prze­ra­że­nia. Jeśli wszystko ci opo­wiem, być może uda ci się prze­ka­zać jej to jutro. Nie będzie mnie przez cały dzień, bo chcę się poże­gnać z far­me­rem Dobso­nem i tymi bie­da­kami na Bracy Com­mon. Czy wielką nie­chę­cią napawa cię myśl o poin­for­mo­wa­niu o wszyst­kim matki, Mar­ga­ret?

Napa­wało ją to tak wiel­kim prze­ra­że­niem, że aż się kur­czyła w sobie. Drżała bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek w dotych­cza­so­wym życiu i nie mogła nawet od razu ojcu odpo­wie­dzieć. Widząc to, rzekł:

- Bar­dzo tego nie chcesz, prawda?

Ona się jed­nak prze­mo­gła i z pogod­nym zde­cy­do­wa­niem na twa­rzy odpo­wie­działa:

- To będzie trudne, ale konieczne. I zro­bię to naj­le­piej, jak potra­fię. Ty i tak, ojcze, masz mnó­stwo innych bole­snych spraw do zała­twie­nia.

Pan Hale potrzą­snął głową z przy­gnę­bie­niem i ści­snął jej dłoń w przy­pły­wie wdzięcz­no­ści. Mar­ga­ret zaś ponow­nie poczuła się tak zroz­pa­czona, że z tru­dem opa­no­wała wybuch pła­czu. Aby zająć czymś myśli, powie­działa:

- Teraz powiedz mi, papo, jakie mamy plany. Wiem, że ty i mama macie jakieś pie­nią­dze nie­za­leż­nie od dochodu z pre­bendy, prawda? Tak jak ciotka Shaw?

- Tak, mamy około stu sie­dem­dzie­się­ciu fun­tów na rok wła­snych pie­nię­dzy, z czego sie­dem­dzie­siąt prze­ka­zu­jemy Fre­de­ric­kowi, od kiedy jest za gra­nicą. Nie wiem, czy on tyle potrze­buje - mówił z waha­niem w gło­sie. - Musi prze­cież dosta­wać coś za służbę w hisz­pań­skiej armii.

- Fre­de­ric­kowi nie może niczego brak­nąć w obcym kraju - stwier­dziła zde­cy­do­wa­nie Mar­ga­ret - skoro w ojczyź­nie potrak­to­wano go tak nie­spra­wie­dli­wie. Pozo­staje zatem sto fun­tów. Czy nie mogli­by­śmy żyć we trójkę za tę kwotę w jakimś bar­dzo tanim i bar­dzo cichym zakątku Anglii? Jestem pewna, że tak.

- Nie - odpo­wie­dział ojciec. - To by mi nie odpo­wia­dało. Muszę coś robić. Muszę się czymś zająć, aby nie dopu­ścić do sie­bie nie­zdro­wych, drę­czą­cych myśli. Pobyt na wsi bole­śnie przy­po­mi­nałby mi o Hel­stone i o moich daw­nych obo­wiąz­kach, a tego bym nie zniósł, Mar­ga­ret. A poza tym sto fun­tów na rok, po opła­ce­niu kosz­tów zwią­za­nych z utrzy­ma­niem domu, nie pozwo­li­łoby na zapew­nie­nie two­jej matce wygód, do któ­rych jest przy­zwy­cza­jona i do któ­rych ma prawo. Nie, musimy poje­chać do Mil­ton. To posta­no­wione. Podej­muję lep­sze decy­zje sam, gdy nie dzia­łam pod wpły­wem tych, któ­rych kocham - stwier­dził, jakby prze­pra­sza­jąc za to, że wszystko usta­lił, zanim powia­do­mił rodzinę o swych zamia­rach. - Jeśli ktoś mi pod­suwa inne roz­wią­za­nia, od razu robię się nie­zde­cy­do­wany.

Mar­ga­ret posta­no­wiła zacho­wać mil­cze­nie. W końcu jakie miało zna­cze­nie, dokąd się prze­niosą, wobec tej jed­nej okrop­nej zmiany - zmiany jego poglą­dów?

Pan Hale kon­ty­nu­ował:

- Kilka mie­sięcy temu, kiedy udręka zwąt­pie­nia stała się nie do znie­sie­nia, napi­sa­łem do pana Bella. Pamię­tasz go, Mar­ga­ret?

- Nie, myślę, że ni­gdy go nie spo­tka­łam. Ale oczy­wi­ście wiem, kim jest. To ojciec chrzestny Fre­de­ricka, twój dawny opie­kun w Oxfor­dzie, prawda?

- Zga­dza się. Jest tam człon­kiem kole­gium Ply­mo­uth, ale wydaje mi się, że pocho­dzi wła­śnie z Pół­noc­nego Mil­ton. W każ­dym razie ma tam dużą posia­dłość, któ­rej war­tość bar­dzo wzro­sła, odkąd Mil­ton stało się dużym mia­stem prze­my­sło­wym. Mia­łem powody przy­pusz­czać... powody, by wie­rzyć... zresztą lepiej nie będę o tym mówił. Byłem pewien jego sym­pa­tii dla mnie, ale nie mogę powie­dzieć, by udzie­lił mi wspar­cia w moich dyle­ma­tach. Całe życie spę­dził bez żad­nych wstrzą­sów w swoim kole­gium. Teraz jed­nak był dla mnie tak uprzejmy, jak to tylko moż­liwe. I to jemu zawdzię­czamy nasz wyjazd do Mil­ton.

- Jak to? - spy­tała Mar­ga­ret.

- Bo ma tam dzier­żaw­ców, domy i fabryki. Cho­ciaż nie lubi tego miej­sca, zbyt gwar­nego i ruchli­wego jak na kogoś o jego przy­zwy­cza­je­niach, jest zmu­szony utrzy­my­wać tam pewne sto­sunki. I powia­do­mił mnie, że z tego, co sły­szał, jest tam zapo­trze­bo­wa­nie na pry­wat­nego nauczy­ciela.

- Pry­watny nauczy­ciel! - zawo­łała Mar­ga­ret i spy­tała z pogardą: - A co ci fabry­kanci mogą mieć wspól­nego z kla­syką, z lite­ra­turą, z oby­ciem dżen­tel­mena?

- Och - odpo­wie­dział ojciec - nie­któ­rzy z nich wydają się przy­zwo­itymi ludźmi, świa­do­mymi wła­snych bra­ków, bar­dziej niż wielu w Oxfor­dzie. Nie­któ­rzy są zde­cy­do­wani pod­jąć naukę, mimo że osią­gnęli wiek męski, a inni chcą, aby ich dzieci się uczyły, skoro oni sami nie mieli tej szansy. W każ­dym razie, tak jak powie­dzia­łem, jest tam miej­sce dla pry­wat­nego nauczy­ciela. Pan Bell zare­ko­men­do­wał mnie nie­ja­kiemu panu Thorn­to­nowi, swemu dzier­żawcy i, jak wno­szę z jego listów, bar­dzo inte­li­gent­nemu czło­wie­kowi. W Mil­ton, Mar­ga­ret, będę wiódł życie bar­dzo pra­co­wite, jeśli nawet nie szczę­śliwe, a wśród innych ludzi i w nowym oto­cze­niu nic nie będzie przy­po­mi­nało mi Hel­stone.

To był ten ukryty motyw. Mar­ga­ret to odga­dła, bo sama żywiła podobne uczu­cia. Tam jest ina­czej. Tamto mia­sto, nie­od­po­wia­da­jące jej jako miej­sce do życia, pra­wie nie­na­wistne z tym wszyst­kim, co sły­szała o pół­nocy Anglii, o prze­my­słow­cach, ludziach, o dzi­kim i ponu­rym kraju, miało jedną pod­sta­wową zaletę - było zupeł­nie różne od Hel­stone i ni­gdy nie będzie im przy­po­mi­nało o ich uko­cha­nym miej­scu na ziemi.

- Kiedy jedziemy? - spy­tała po chwili.

- Jesz­cze nie wiem dokład­nie. Chcia­łem to z tobą prze­dys­ku­to­wać. Mówi­łem ci, że matka jesz­cze o niczym nie wie. Ale myślę, że powin­ni­śmy wyje­chać w ciągu dwóch tygo­dni. Kiedy moja rezy­gna­cja zosta­nie przy­jęta, nie będę miał prawa tu pozo­sta­wać.

Ten ter­min ogłu­szył Mar­ga­ret.

- W ciągu dwóch tygo­dni!

- Nie mówię, że dokład­nie co do dnia. Nic nie jest jesz­cze usta­lone - dopo­wie­dział pan Hale szybko, ale z peł­nym nie­po­koju waha­niem, bo zauwa­żył, że oczy córki zamgliły się smut­kiem, a cała twarz zaczęła się mie­nić.

Mar­ga­ret bły­ska­wicz­nie przy­wo­łała się do porządku.

- Tak, ojcze, masz rację, naj­le­piej zała­twić to szybko i zde­cy­do­wa­nie. Tylko że mama nic jesz­cze nie wie! To chyba naj­gor­szy kło­pot.

- Biedna Maria! - powie­dział czule pan Hale. - Biedna, biedna Maria! Och, gdy­bym nie był żonaty, gdy­bym był sam na świe­cie, jakie to wszystko byłoby łatwe! Ale tak... Mar­ga­ret, nie ośmielę się jej tego powie­dzieć!

- Nie - odpo­wie­działa dziew­czyna ze smut­kiem. - Ja to zro­bię. Tylko daj mi czas do jutra wie­czo­rem, abym wybrała odpo­wiedni moment. Och ojcze! - krzyk­nęła z nagłym gorącz­ko­wym bła­ga­niem. - Powiedz, powiedz mi, że to tylko nocny kosz­mar, okropny sen, powiedz, że to się nie dzieje naprawdę. Nie­moż­liwe, żebyś zamie­rzał opu­ścić Kościół, oddać Hel­stone, odse­pa­ro­wać się na zawsze ode mnie, od mamy, zwie­dziony jakimś uro­je­niem, jakąś pokusą. Nie­moż­liwe, abyś to wła­śnie zamie­rzał!

Pod­czas tej prze­mowy ojciec sie­dział sztywno i nie­ru­chomo. A potem spoj­rzał jej w twarz i ochry­płym gło­sem odpo­wie­dział wolno, ważąc każde słowo:

- To wła­śnie zamie­rzam. Nie oszu­kuj się, wąt­piąc w praw­dzi­wość moich słów, w moje utrwa­lone zamiary i posta­no­wie­nia. - Przez jakiś czas patrzył na nią w mil­cze­niu nie­ru­cho­mym, kamien­nym wzro­kiem.

Odpo­wie­działa mu bła­gal­nym spoj­rze­niem, ale po chwili dotarło do niej, że to, co oznaj­mił, jest nie­odwo­łalne. Wtedy się pod­nio­sła i ruszyła w stronę drzwi. Bez słowa, bez spoj­rze­nia. Gdy poło­żyła dłoń na gałce, zawo­łał ją. Stał przy kominku, skur­czony, zgar­biony, ale kiedy cof­nęła się w jego kie­runku, wypro­sto­wał się i kła­dąc dło­nie na jej gło­wie, powie­dział uro­czy­ście:

- Niech boże bło­go­sła­wień­stwo będzie z tobą, moje dziecko!

- I niech cię zachowa dla swego Kościoła - odpo­wie­działa z głębi serca. I od razu zdjął ją lęk, aby nie uznał jej odpo­wie­dzi za lek­ce­wa­żącą, nie­wła­ściwą, aby nie poczuł się dotknięty, że tak odpo­wie­działa mu córka. Zarzu­ciła mu ramiona na szyję, a on przy­trzy­mał ją przez chwilę przy sobie. Sły­szała, jak mru­czał do sie­bie:

- Męczen­nicy musieli znieść jesz­cze wię­cej bólu. Nie cofnę się.

Byli zasko­czeni, gdy usły­szeli panią Hale pyta­jącą o córkę. Ode­rwali się od sie­bie z pełną świa­do­mo­ścią tego, co ich czeka. Ojciec przy­po­mniał pospiesz­nie:

- Idź, Mar­ga­ret, idź. Jutro mnie nie będzie. Do wie­czora musisz powie­dzieć o wszyst­kim matce.

- Tak - odrze­kła i wró­ciła do salonu, oszo­ło­miona i zdez­o­rien­to­wana.

V. Postanowienie

ROZ­DZIAŁ V

Posta­no­wie­nie

Bła­gam Cię o roz­ważną miłość, Mądrą nie­ustan­nym sta­ra­niem, By szczę­ście przyj­mo­wać rado­snym uśmie­chem, By umieć osu­szyć łzy. I bła­gam o serce nie­pa­mię­ta­jące o sobie, Zdolne pocie­szać i współ­czuć.

Anna Laeti­tia Waring, frag­ment hymnu

Mar­ga­ret wysłu­chała wszyst­kich pla­nów matki doty­czą­cych spo­so­bów udzie­le­nia pomocy bied­niej­szym para­fia­nom. Nie umiała nie słu­chać, choć każdy nowy pro­jekt był jak cios szty­le­tem w jej serce. Kiedy nadejdą mrozy, będą już daleko od Hel­stone. Reu­ma­tyzm sta­rego Simona będzie mu na­dal doku­czał, a jego wzrok jesz­cze się pogor­szy, ale nie będzie nikogo, kto by go odwie­dził i mu poczy­tał, nikogo, kto wes­prze go kokilką bulionu i solidną czer­woną fla­nelą. A jeśli nawet znaj­dzie się ktoś taki, będzie obcy, i sta­ru­szek nada­rem­nie będzie wypa­try­wał Mar­ga­ret. Mały kaleki synek Mary Domville na próżno dowle­cze się do drzwi, cze­ka­jąc na nią idącą przez las. Ci biedni przy­ja­ciele ni­gdy nie zro­zu­mieją, dla­czego ich opu­ściła. A poza nimi jest wielu innych. "Ojciec zawsze wyda­wał cały dochód pocho­dzący z pre­bendy. Pew­nie naru­szam nasz i tak skromny fun­dusz, ale zima będzie naj­praw­do­po­dob­niej surowa i musimy tym bie­da­kom pomóc".

- Och mamo, zróbmy wszystko, co tylko możemy - żar­li­wie popro­siła Mar­ga­ret, igno­ru­jąc głos roz­sądku, za to chwy­ta­jąc się kur­czowo myśli, że po raz ostatni udzielą takiej pomocy. - Nie wia­domo, jak długo tu jesz­cze będziemy.

- Źle się czu­jesz, moja kochana? - spy­tała pani Hale z nie­po­ko­jem, opacz­nie rozu­mie­jąc alu­zję córki co do nie­pew­no­ści ich pobytu w Hel­stone. - Jesteś blada i wyglą­dasz na zmę­czoną. To wszystko przez to wil­gotne, nie­zdrowe powie­trze.

- Nie, mamo, to nie tak. Powie­trze jest tu cudowne, aro­ma­tyczne. Pach­nie tak czy­sto i świeżo, zwłasz­cza w porów­na­niu z zady­mioną Har­ley Street. Ale rze­czy­wi­ście jestem zmę­czona, pew­nie już nade­szła pora, żeby pójść do łóżka.

- Już nie­długo, jest wpół do dzie­sią­tej. Ale lepiej zrób to od razu. Poproś Dixon o kleik. Jak już będziesz w łóżku, przyjdę i spraw­dzę, co z tobą. Oba­wiam się, że się prze­zię­bi­łaś. Albo zaszko­dziło ci to morowe powie­trze znad sto­ją­cych sta­wów.

- Och mamo - powie­działa Mar­ga­ret, blado się uśmie­cha­jąc, gdy cało­wała matkę. - Nic mi nie jest, nie martw się o mnie. Po pro­stu jestem zmę­czona.

Poszła na górę. Aby ukoić nie­po­kój matki, posłusz­nie zja­dła miseczkę kle­iku, a potem leżała spo­koj­nie w łóżku, gdy pani Hale przy­szła, aby spraw­dzić stan córki i poca­ło­wać ją, zanim uda się na noc do swego pokoju. W chwili gdy drzwi sypialni matki się zamknęły, Mar­ga­ret wysko­czyła z łóżka, narzu­ciła na sie­bie rob­de­szan i zaczęła prze­mie­rzać pokój tam i z powro­tem, aż skrzyp­nię­cie jed­nej z desek pod­ło­go­wych przy­po­mniało jej, że nie powinna robić naj­mniej­szego hałasu. Pode­szła i zwi­nęła się w kłę­bek na sie­dzi­sku w głę­bo­kiej wnęce nie­wiel­kiego okna. Tego ranka, kiedy wyj­rzała na zewnątrz, jej serce aż zadrżało na widok jasnych, świe­tli­stych bły­sków na kościel­nej wieży, bo sta­no­wiły zapo­wiedź pięk­nego, sło­necz­nego dnia. Teraz, szes­na­ście godzin póź­niej, sie­działa prze­peł­niona smut­kiem zbyt sil­nym, by móc go wypła­kać, czu­jąc tępy, lodo­waty ból, który zda­wał się wypie­rać z niej bez­pow­rot­nie mło­dość i pogodę ducha. Wizyta pana Henry'ego Len­noxa, jego pro­po­zy­cja były jak sen, jak coś, co miało miej­sce w innym życiu, nato­miast przy­kra rze­czy­wi­stość była taka, że jej ojciec do tego stop­nia dopu­ścił do swego umy­słu zwąt­pie­nie, że stał się schi­zma­ty­kiem, wyrzut­kiem, a wszyst­kie zmiany, które miały nastą­pić, były kon­se­kwen­cją tego jed­nego nisz­czy­ciel­skiego faktu.

Widziała ciem­no­szary zarys wieży kościel­nej, zna­czący rów­nymi liniami śro­dek per­spek­tywy, odci­na­jący się od inten­syw­nie gra­na­to­wego tła, w które się wpa­try­wała. Czuła, że mogłaby tak patrzeć przez całą wiecz­ność, wpa­try­wać się w coraz dal­sze regiony nie­bo­skłonu, a mimo to nie dostrze­głaby ani śladu Boga. Wyda­wało jej się w tym momen­cie, że zie­mia jest bar­dziej opu­sto­szała, niż gdyby zakryto ją żela­zną kopułą, poza którą mógł pano­wać wieczny pokój i chwała Wszech­mo­gą­cego. Ten nie­zmą­cony spo­kój bez­kre­snej prze­strzeni odczu­wała teraz jako szy­der­stwo, sta­no­wiące więk­szą niż inne, realne prze­szkody, barierę dla ziem­skich cier­pięt­ni­ków, kie­ru­ją­cych ku niej swe woła­nia, które wzno­szą się w ten bez­kres i giną - giną na wieki, zanim dotrą do Jego tronu. Zato­piona w roz­my­śla­niach, nie usły­szała wej­ścia ojca. Księ­życ świe­cił wystar­cza­jąco mocno, aby pan Hale dostrzegł, w jak nie­zwy­kłym miej­scu i nie­ty­po­wej dla sie­bie pozy­cji znaj­duje się córka. Pod­szedł do niej i dotknął jej ramie­nia, zanim w ogóle uświa­do­miła sobie jego obec­ność.

- Mar­ga­ret, usły­sza­łem, że wsta­łaś. Przy­sze­dłem, bo chciał­bym, abyś się ze mną pomo­dliła, aby­śmy razem zmó­wili Modli­twę Pań­ską. To nam dobrze zrobi. Obojgu.

Uklę­kli razem przy oknie. On patrzył w górę, ona miała głowę opusz­czoną w peł­nym pokory zawsty­dze­niu. Bóg tam był, bli­sko nich. Słu­chał szep­ta­nych przez nich słów. Jej ojciec mógł być here­ty­kiem, ale czy ona sama, nie wię­cej niż pięć minut wcze­śniej, ogar­nięta roz­pacz­li­wymi wąt­pli­wo­ściami, nie dała dowodu znacz­nie dalej idą­cego scep­ty­cy­zmu? Nie ode­zwała się ani sło­wem, ale po wyj­ściu ojca wśli­zgnęła się do łóżka jak dziecko wsty­dzące się swego prze­wi­nie­nia. Jeśli świat był pełen wpra­wia­ją­cych w kon­fu­zję pro­ble­mów, ona znaj­dzie w sobie ufność, ale chcia­łaby znać choć jeden, naj­bliż­szy krok.

Tej nocy w jej snach poja­wił się pan Len­nox, jego wizyta i oświad­czyny, które zostały w myślach tak bru­tal­nie odsu­nięte przez następne wyda­rze­nia dnia. Wspi­nał się na jakieś osza­ła­mia­jąco wyso­kie drzewo, aby dosię­gnąć gałęzi, na któ­rej wisiał jej cze­pek. Męż­czy­zna spa­dał, a ona usi­ło­wała pod­biec, aby mu pomóc, ale przy­trzy­my­wała ją jakaś nie­wi­dzialna silna ręka. Pan Len­nox zmarł. Nagle nastą­piła zmiana sceny - Mar­ga­ret zna­la­zła się w salo­nie na Har­ley Street i roz­ma­wiała z nim jak daw­niej, choć cały czas miała świa­do­mość, że widziała jego śmierć na sku­tek tego okrop­nego upadku.

Ponura, nie­spo­kojna noc. Co za fatalne przy­go­to­wa­nie na nad­cho­dzący dzień! Pode­rwała się ze snu, nie­wy­po­częta i świa­doma, że rze­czy­wi­stość jest nawet gor­sza niż jej majaki senne. Naraz wszystko jej się przy­po­mniało; nie tylko samo zmar­twie­nie, ale też dyle­mat, który je spo­wo­do­wał. Dokąd... jak daleko zabłą­kał się jej ojciec, pro­wa­dzony przez swe wąt­pli­wo­ści, które dla niej były kusze­niem Złego? Tak pra­gnęła o to zapy­tać, ale jed­no­cze­śnie czuła, że za nic w świe­cie nie chcia­łaby usły­szeć odpo­wie­dzi na to pyta­nie.

Uro­czy, rześki pora­nek spra­wił, że pani Hale czuła się wyjąt­kowo dobrze i przy śnia­da­niu pro­mie­niała zado­wo­le­niem. Cały czas mówiła o pla­no­wa­nej pomocy dla miesz­kań­ców wio­ski i w ogóle nie zauwa­żyła, że jej mąż się nie odzywa, a Mar­ga­ret odpo­wiada tylko mono­sy­la­bami. Zanim sprząt­nięto ze stołu, pan Hale się pod­niósł i opie­ra­jąc się jedną ręką o stół, jakby potrze­bo­wał wspar­cia, oświad­czył:

- Nie będzie mnie do wie­czora w domu. Idę do Bracy Com­mon i zjem obiad u far­mera Dobsona. Wrócę na her­batę o siód­mej.

Nie spoj­rzał na żadną z nich, ale Mar­ga­ret wie­działa, co chciał jej prze­ka­zać. Do godziny siód­mej matka musi się o wszyst­kim dowie­dzieć. On sam zwle­kałby z tym aż do wpół do siód­mej, ale jego córka była ule­piona z innej gliny. Nie znio­słaby tego wiszą­cego nad nią cię­żaru przez cały dzień. Lepiej było mieć to naj­gor­sze za sobą. I tak dnia jej nie wystar­czy, by pocie­szyć matkę. Ale gdy stała przy oknie, zasta­na­wia­jąc się, jak zacząć, i cze­ka­jąc, aż słu­żąca opu­ści pokój, pani Hale poszła na górę, aby się ubrać do wyj­ścia do szkoły. Zeszła na dół gotowa i bar­dziej oży­wiona niż zazwy­czaj.

- Mamo, przejdźmy się razem po ogro­dzie. Tylko jedno okrą­że­nie - zapro­po­no­wała Mar­ga­ret, obej­mu­jąc ją w pasie.

Wyszły na zewnątrz przez oszklone drzwi. Matka ode­zwała się, ale Mar­ga­ret nie potra­fi­łaby powie­dzieć, na jaki temat. Zauwa­żyła psz­czołę wcho­dzącą w głąb kie­li­cha kwiatu i posta­no­wiła, że gdy owad wyj­dzie ze swą zdo­by­czą, będzie to dla niej znak. Psz­czoła wyszła.

- Mamo! Papa pla­nuje opu­ścić Hel­stone! - wyrzu­cała z sie­bie słowa jed­nym tchem. - Zamie­rza też odejść z Kościoła i zamiesz­kać w Pół­noc­nym Mil­ton.

To były te trzy cięż­kie prawdy z tru­dem wypo­wie­dziane.

- Dla­czego tak mówisz? - spy­tała pani Hale z zasko­cze­niem i nie­do­wie­rza­niem. - Kto ci naopo­wia­dał takich bzdur?

- Sam ojciec - odrze­kła Mar­ga­ret, pra­gnąc jed­no­cze­śnie powie­dzieć coś cie­płego i pocie­sza­ją­cego, choć zupeł­nie nie wie­działa, co. Zna­la­zły się obok ogro­do­wej ławki. Matka opa­dła na nią i roz­pła­kała się.

- Nie rozu­miem cię - powie­działa. - Albo się strasz­nie pomy­li­łaś, albo to ja cię nie zro­zu­mia­łam.

- Nie, mamo, nie pomy­li­łam się. Papa napi­sał do biskupa, infor­mu­jąc go, że ma tak poważne wąt­pli­wo­ści, iż sumie­nie nie pozwala mu pozo­stać duchow­nym Kościoła angli­kań­skiego i musi opu­ścić Hel­stone. Ojciec kon­sul­to­wał się rów­nież z panem Bel­lem, wiesz, ojcem chrzest­nym Fre­de­ricka, i usta­lili, że zamiesz­kamy w Pół­noc­nym Mil­ton.

Przez cały czas, gdy Mar­ga­ret mówiła, pani Hale patrzyła na nią i cie­nie smutku na twa­rzy dziew­czyny upew­niły ją, że jeśli nawet to nie jest prawda, to przy­naj­mniej córka wie­rzy w to, co mówi.

- Nie sądzę, aby to mogła być prawda - oświad­czyła w końcu. - Jestem pewna, że powie­działby mi o tym, zanim sprawa zaszłaby tak daleko.

Mar­ga­ret w głębi duszy uwa­żała, że ojciec powi­nien był poin­for­mo­wać o wszyst­kim żonę. Nie­ważne, że cią­gle się skar­żyła i narze­kała, że była nie­za­do­wo­lona. Popeł­nił błąd, dopusz­cza­jąc, by o zmia­nie jego poglą­dów i nad­cho­dzą­cej rewo­lu­cji w ich życiu dowie­działa się od ich lepiej poin­for­mo­wa­nego dziecka. Mar­ga­ret usia­dła przy matce i przy­cią­gnęła do piersi jej nie­sta­wia­jącą oporu głowę, pochy­la­jąc jed­no­cze­śnie swoją, by piesz­czo­tli­wie mięk­kim dotknąć policz­kiem jej twa­rzy.

- Naj­mil­sza mamo! Tak bar­dzo się bali­śmy, że spra­wimy ci ból. Ojciec okrop­nie się tym mar­twił. Wiesz, że nie jesteś silna, a on musiał dać sobie radę z takim nie­wy­obra­żal­nym napię­ciem.

- Kiedy on ci powie­dział, Mar­ga­ret?

- Wczo­raj, dopiero wczo­raj - odpo­wie­działa, od razu wyczu­wa­jąc, że to pyta­nie zostało podyk­to­wane zazdro­ścią. - Biedny papa! - pró­bo­wała nakie­ro­wać myśli matki na to, przez co musiał przejść ojciec, i wzbu­dzić w niej współ­czu­cie.

Pani Hale unio­sła głowę.

- Co on ma na myśli, mówiąc o wąt­pli­wo­ściach? - spy­tała. - Chyba nie uważa, że myśli ina­czej ani że wie lepiej niż Kościół?

Mar­ga­ret potrzą­snęła głową i do oczu napły­nęły jej łzy, bo matka dotknęła samego jądra jej wła­snej zgry­zoty.

- Czy biskup nie może mu wszyst­kiego wyja­śnić? - spy­tała star­sza dama nie­cier­pli­wie.

- Oba­wiam się, że nie - odpo­wie­działa Mar­ga­ret. - Ale nie pyta­łam. Bałam się tego, co mógłby mi odpo­wie­dzieć. Tak czy ina­czej wszystko jest już usta­lone. Opu­ści Hel­stone w ciągu dwóch tygo­dni. Nie jestem pewna, ale chyba wspo­mi­nał, że zło­żył już akt rezy­gna­cji.

- W ciągu dwóch tygo­dni! - wykrzyk­nęła pani Hale. - Myślę, że to takie dziwne, takie nie w porządku. Praw­dziwa bez­dusz­ność - oznaj­miła i zaczęła szu­kać ulgi we łzach. - Ma wąt­pli­wo­ści, tak mówi­łaś, i zrzeka się bene­fi­cjum, a to wszystko bez poro­zu­mie­nia ze mną. Jestem pewna, że gdyby mnie pierw­szej zwie­rzył się ze swych wąt­pli­wo­ści, zdu­si­ła­bym je w zarodku.

Jak­kol­wiek Mar­ga­ret uwa­żała postę­po­wa­nie ojca za nie­wła­ściwe, nie mogła znieść, że matka go obwi­nia. Wie­działa, że jego skry­tość brała się z czu­ło­ści wobec żony i choć mógł zgrze­szyć tchórz­li­wo­ścią, z pew­no­ścią jego serce nie znało bez­dusz­no­ści.

- A ja pra­wie mia­łam nadzieję, mamo, że ucie­szysz się z wyjazdu z Hel­stone - powie­działa Mar­ga­ret po chwili. - Sama wiesz, że ni­gdy nie czu­łaś się dobrze w tutej­szym powie­trzu.

- Chyba nie sądzisz, że zady­mione powie­trze w prze­my­sło­wym mie­ście, takim jak Pół­nocne Mil­ton, z jego komi­nami i sadzami, będzie lep­sze niż tutaj. Tu jest tak czy­sto i słodko, nawet jeśli powie­trze jest tro­chę osła­bia­jące. Wyobraź sobie tylko miesz­ka­nie pośród fabryk i tych robot­ni­ków. Choć, oczy­wi­ście, skoro twój ojciec opusz­cza Kościół, to i tak nie będziemy ni­gdzie przyj­mo­wani. Cóż to za hańba dla nas! Biedny, kochany sir John! Dobrze, że nie dożył tej chwili i nie musi oglą­dać tego, do czego dopro­wa­dził twój ojciec. Gdy byłam dziew­czynką i miesz­ka­łam w Beres­ford Court z twoją ciotką Shaw, codzien­nie po obie­dzie sir John wzno­sił pierw­szy toast: "Za Kościół i króla. I na pohy­bel anty­mo­nar­chi­stom!".

Dziew­czyna była zado­wo­lona, że myśli matki nie wra­cały do zna­czą­cego mil­cze­nia męża na temat klu­czo­wych w jego życiu spraw, bo dla Mar­ga­ret to wła­śnie było naj­bo­le­śniej­szą oko­licz­no­ścią, oczy­wi­ście zaraz za poważ­nym nie­po­ko­jem o naturę wąt­pli­wo­ści gnę­bią­cych ojca.

- Wiesz prze­cież, mamo, że tu i tak pra­wie nie mie­li­śmy towa­rzy­stwa. A Gor­ma­no­wie, któ­rzy są naszymi naj­bliż­szymi sąsia­dami... o ile można ich nazwać towa­rzy­stwem, a poza tym pra­wie ich nie widu­jemy... zaj­mują się han­dlem dokład­nie tak samo jak ci ludzie w Mil­ton.

- Tak - odpo­wie­działa pani Hale obu­rzo­nym tonem - ale Gor­ma­no­wie przy­naj­mniej wytwa­rzają powozy dla połowy uty­tu­ło­wa­nych ludzi w hrab­stwie, więc utrzy­mują z nimi choć taki kon­takt. A ci fabry­kanci bawełny? Powiedz mi, jacy ludzie pod słoń­cem zakła­dają na sie­bie bawełnę, skoro stać ich na len?

- Dajmy sobie spo­kój z przę­dzal­niami i ich wła­ści­cie­lami. Nie bro­nię ich ani tro­chę bar­dziej niż innych ludzi zaj­mu­ją­cych się han­dlem. I tak nie będziemy mieli z nimi do czy­nie­nia.

- Co, na litość boską, skło­niło twego ojca, aby wybrać Mil­ton jako miej­sce zamiesz­ka­nia?

- Czę­ściowo to - odrze­kła Mar­ga­ret z wes­tchnie­niem - że tak bar­dzo różni się od Hel­stone, a czę­ściowo przy­czy­niło się do tej decy­zji zapew­nie­nie pana Bella, że w Mil­ton jest praca dla pry­wat­nego nauczy­ciela.

- Pry­watny nauczy­ciel w Mil­ton! A dla­czego nie może poje­chać do Oxfordu i uczyć dżen­tel­me­nów?

- Zapo­mi­nasz, mamo, że ojciec odcho­dzi z Kościoła z powodu swo­ich poglą­dów. Jego wąt­pli­wo­ści unie­moż­li­wi­łyby mu pod­ję­cie pracy w Oxfor­dzie.

Pani Hale przez jakiś czas się nie odzy­wała, tylko cicho pła­kała. W końcu spy­tała:

- A meble? Jak nam się uda zor­ga­ni­zo­wać całą tę prze­pro­wadzkę? Ni­gdy w życiu nic takiego nie robi­łam. I mamy tylko dwa tygo­dnie!

Mar­ga­ret poczuła nie­wy­mowną ulgę, widząc, że poru­sze­nie i roz­pacz pani Hale opa­dły na tyle, iż zajęła się spra­wami, które dla niej samej były nie­istotne, ale przy któ­rych mogła wes­przeć matkę. Pla­no­wała, obie­cy­wała i nakła­niała ją, aby roz­po­cząć orga­ni­za­cję prze­pro­wadzki przy­naj­mniej w takim zakre­sie, w jakim mogły cokol­wiek usta­lać, nie zna­jąc dokład­nych zamia­rów ojca. Przez cały dzień dziew­czyna nie odstą­piła matki na krok, pró­bu­jąc nadą­żyć ze współ­czu­ciem za wszyst­kimi zwro­tami w jej uczu­ciach. W miarę jak zbli­żał się wie­czór, wzra­stał jej nie­po­kój, gdyż pra­gnęła, by jak naj­cie­plej­sze powi­ta­nie cze­kało ojca, gdy zmę­czony wróci do domu po dniu wypeł­nio­nym roz­paczą. Pró­bo­wała uświa­do­mić matce, jakie męki musiał zno­sić w samot­no­ści przez ten cały czas, ale pani Hale z upo­rem powta­rzała chłodno, że powi­nien był się jej zwie­rzyć, a wtedy ona udzie­li­łaby mu odpo­wied­niej rady. Na dźwięk kro­ków ojca w holu Mar­ga­ret poczuła sła­bość w sercu. Nie śmiała wyjść do niego i zdać mu rela­cji z tego, co zdzia­łała, aby nie wywo­łać zazdro­ści matki. Sły­szała, że zwle­kał z wej­ściem do pokoju, tak jakby ocze­ki­wał córki lub jakie­go­kol­wiek od niej znaku, ale nie odwa­żyła się ruszyć. Zauwa­żyła, że matce trzęsą się usta i że zbla­dła, więc naj­wy­raź­niej ona rów­nież była świa­doma powrotu pana Hale'a. Po chwili otwo­rzył drzwi i sta­nął w progu, nie­pewny, czy powi­nien wejść. Jego twarz miała barwę jasnego popiołu, a spoj­rze­nie było pełne takiego onie­śmie­le­nia i stra­chu pra­wie żało­snego w męskiej twa­rzy, że, chcąc nie chcąc, czuło się dla niego współ­czu­cie. Widoczna nie­pew­ność, rzu­ca­jące się w oczy osła­bie­nie ciała i umy­słu prze­mó­wiły do jego żony. Pode­szła do niego, zarzu­ciła mu ręce na szyję i krzyk­nęła:

- Och Richar­dzie, Rchar­dzie! Powi­nie­neś był mi powie­dzieć już dawno!

Wtedy Mar­ga­ret wybie­gła z pła­czem i pospie­szyła po scho­dach na górę. Rzu­ciła się na swoje łóżko i ukryła twarz w poduszce, aby zdła­wić histe­ryczne łka­nie, któ­remu w końcu dała upust po całym dniu zacho­wy­wa­nia twar­dej samo­kon­troli. Nie potra­fi­łaby powie­dzieć, jak długo tak leżała. Nie docie­rały do niej żadne dźwięki, mimo że do pokoju weszła słu­żąca, aby przy­go­to­wać sypial­nię na noc. Prze­stra­szona dziew­czyna wymknęła się z powro­tem na palusz­kach i poszła powie­dzieć Dixon, że panna Hale pła­cze tak, jakby jej pękało serce. Dodała też, że jeśli panienka się nie uspo­koi, to wpę­dzi się w śmier­telną cho­robę. W następ­stwie tego Mar­ga­ret poczuła czyjś dotyk i gwał­tow­nie zerwała się do pozy­cji sie­dzą­cej. Zoba­czyła ten sam pokój co zawsze i zarys postaci Dixon, bo słu­żąca matki trzy­mała świecę lekko za sobą, bojąc się reak­cji oczu zasko­czo­nej panienki, i tak już opuch­nię­tych i załza­wio­nych.

- Och Dixon, nie sły­sza­łam, jak wcho­dzi­łaś! - zawo­łała Mar­ga­ret, odzy­sku­jąc szczątki swego opa­no­wa­nia. - Czy jest bar­dzo późno? - zapy­tała, uno­sząc się z tru­dem na łóżku i sta­wia­jąc stopy na pod­ło­dze, ale na­dal nie wsta­jąc. Odsu­wała z twa­rzy wil­gotne, potar­gane włosy i sta­rała się wyglą­dać, jakby nic się nie stało, jakby tylko zasnęła.

- Nie mogę powie­dzieć, która jest godzina - odpo­wie­działa Dixon tonem nie­za­do­wo­le­nia. - Zupeł­nie stra­ci­łam poczu­cie czasu od chwili, gdy mama panienki prze­ka­zała mi te okropne wie­ści, kiedy ją ubie­ra­łam przed her­batą. A jak Char­lotte powie­działa mi, że panienka pła­cze, panno Hale, pomy­śla­łam: "Nic dziw­nego, bie­dac­two!". A pan sobie wymy­ślił, że zosta­nie tym... jak mu tam... dysy­den­tem. W jego wieku, po tylu latach! A prze­cież jeśli nawet nie można powie­dzieć, że dobrze sobie radził w Kościele, to nie szło mu tak naj­go­rzej. Mia­łam kuzyna, panienko, który w wieku pięć­dzie­się­ciu lat został pasto­rem u meto­dy­stów. A przed­tem był całe życie kraw­cem. No, ale to nie dzi­wota, że zmie­nił zawód, bo przez te wszyst­kie lata ani razu nie udało mu się uszyć pasu­ją­cych spodni. Ale nasz pan?! Powie­dzia­łam do pani: "Co by powie­dział biedny sir John? Ni­gdy nie podo­bało mu się, że wyszła pani za pana Hale'a, ale gdyby wie­dział, czym to się skoń­czy, mio­tałby jesz­cze gor­sze prze­kleń­stwa niż kie­dy­kol­wiek. O ile to w ogóle moż­liwe!".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki