I. Przedślubna krzątanina
ROZDZIAŁ I
Przedślubna krzątanina
Zaloty, małżeństwo i tak dalej.
Fragment pieśni Joanny Baillie
- Edith - powiedziała łagodnie Margaret. - Edith.
Tak jak przypuszczała, Edith zasnęła. Zwinięta w kłębek, leżała na sofie
w tylnym salonie na Harley Street i wyglądała uroczo w białym muślinie i błękitnych wstążkach. Gdyby Tytanii zdarzyło się kiedykolwiek przystroić
w biały muślin i błękitne wstążki oraz zasnąć na krytej purpurowym
adamaszkiem sofie, Edith z powodzeniem można by wziąć za tę boginkę. Jej
uroda na nowo uderzyła Margaret. Dorastały razem i wszyscy poza nią
dostrzegali piękno Edith. Margaret natomiast zaczęła o tym myśleć
dopiero kilka dni temu, gdy perspektywa zbliżającej się rozłąki przydała
mocy wszystkim zaletom i urokowi kuzynki. Rozmawiały o tylu różnych
sprawach: o ślubnej sukni i o samej ceremonii, o kapitanie Lennoksie i o tym, co opowiedział Edith o jej przyszłym życiu na Korfu, gdzie
stacjonował jego regiment. Potem omówiły kłopoty z utrzymaniem
odpowiednio nastrojonego pianina i wydawało się, że ta kwestia jest dla
dziewczyny jedną z najważniejszych w jej przyszłym małżeńskim życiu, a na koniec zajęły się sprawą sukien, które przyszła pani Lennox
zamierzała zabrać ze sobą w podróż poślubną do Szkocji. Z każdą chwilą
przyciszony głos Edith stawał się coraz bardziej senny, aż wreszcie, po
kilkuminutowej ciszy, Margaret upewniła się, że pomimo gwaru w sąsiednim
pokoju jej kuzynka, zwinięta w miękki kłębek muślinu, wstążek i jedwabistych loków, zapadła w spokojną poobiednią drzemkę.
Margaret zamierzała właśnie podzielić się z nią planami związanymi z życiem na cichej wiejskiej plebanii, gdzie mieszkali jej rodzice. Tam
spędzała cudowne wakacje i święta, choć przez ostatnie dziesięć lat
przebywała na stałe w domu swej ciotki Shaw. Z braku słuchacza musiała
teraz, tak jak dotychczas, rozmyślać w ciszy nad zbliżającymi się w jej
życiu zmianami. Myśli te były jednak radosne, jakkolwiek zabarwione
żalem z powodu rozstania z łagodną ciotką i ukochaną kuzynką na bliżej
nieokreślony czas. Gdy rozkoszowała się wyobrażaniem sobie
uprzywilejowanej pozycji jedynaczki, jaką zajmie na plebanii w Helstone,
do jej uszu docierały urywki rozmowy prowadzonej w przyległym pokoju.
Ciotka gawędziła z pięcioma lub sześcioma damami, które zaprosiła na
obiad; ich mężowie nadal gościli w jadalni. Wszyscy byli sąsiadami
nazywanymi przez panią Shaw przyjaciółmi, ponieważ jadała z nimi
częściej niż z innymi ludźmi, a ich wzajemna zażyłość pozwalała na
składanie sobie wizyt również przed lunchem. Damy te i ich mężowie
zostali zaproszeni na pożegnalny obiad z okazji zbliżającego się ślubu
Edith. Sama narzeczona dość niechętnie przyjęła ten pomysł, ponieważ na
ten dzień zapowiedział swój przyjazd wieczornym pociągiem kapitan
Lennox. Była rozpieszczoną panienką, ale jednocześnie zbyt niedbałą i leniwą, by wykazać wolę i chęć działania, łatwo zatem ustąpiła matce,
zwłaszcza gdy dowiedziała się, że zamówiono sezonowe specjały, uważane
za skuteczne remedium na melancholię pożegnalnych obiadów. Podczas
posiłku rozpierała się w krześle, przesuwając jedzenie po całym talerzu
z uroczystą i jakby nieobecną miną. Pozostali zebrani świetnie się
bawili żartami pana Greya, dżentelmena zajmującego drugi koniec stołu
podczas przyjęć u pani Shaw, a po posiłku uprosili Edith, aby
uprzyjemniła im czas muzyką. Jeśli chodzi o pana Greya, był tak dowcipny
przy stole, że panowie pozostali tam dłużej niż zazwyczaj, co okazało
się nader sprzyjającą okolicznością dla pań, przynajmniej sądząc z fragmentów ich rozmowy dosłyszanych przez Margaret.
- Sama zbyt wiele przez to wycierpiałam. Nie chodzi o to, że nie byłam
niebiańsko szczęśliwa z biednym generałem, ale tak czy owak duża różnica
wieku to istotna przeszkoda w małżeństwie. Już dawno zatem postanowiłam,
że oszczędzę mojej Edith takich przeżyć. Oczywiście, bez cienia
matczynej zarozumiałości przewidywałam, że moje drogie dziecię wcześnie
wyjdzie za mąż. W rzeczy samej po wielokroć powtarzałam, że nastąpi to,
zanim córka skończy dziewiętnaście lat. Naprawdę miałam prorocze
przeczucia, kiedy kapitan Lennox... - Tu głos ciotki zamienił się w szept, ale Margaret z łatwością potrafiła dopowiedzieć końcówkę tego
zdania.
Rozkwit wielkiej miłości nastąpił w wypadku Edith bez żadnych przeszkód.
Pani Shaw poddała się sile przeczuć, jak to sama określiła, i naciskała
na zawarcie małżeństwa, choć przez wielu znajomych uważane było ono za
niegodne pozycji młodej i ślicznej dziedziczki. Kobieta jednak
powtarzała, że jej jedyne dziecko wyjdzie za mąż z miłości, i zawsze po
tym stwierdzeniu znacząco wzdychała, jak gdyby ona sama nie wyszła za
generała, kierując się uczuciem. W ogóle wydawało się, że matka
delektuje się tym narzeczeństwem bardziej niż córka. Oczywiście, Edith
była zakochana bez reszty i tak jak należy, ale z pewnością wolałaby
ładny dom w Belgravii od owego malowniczego życia na Korfu, które
przyobiecał jej kapitan Lennox. To, co ekscytowało Margaret, u jej
kuzynki powodowało wzdrygnięcia i marszczenie nosa, częściowo udawane
dla przyjemności, którą znajdowała w usilnych zabiegach swego czułego
narzeczonego, by zachęcić ją do wyjazdu, a częściowo wynikające z prawdziwej niechęci do cygańskiego, wędrownego trybu życia. Gdyby
pojawił się ktoś z pięknym domem, imponującą posiadłością i ważnym
tytułem na dodatek, Edith mimo to trwałaby przy kapitanie, dopóki
odczuwałaby pokusę zerwania. Niewykluczone natomiast, że potem czyniłaby
mu wyrzuty, iż nie jest skończoną doskonałością. Dowiodłaby tą postawą,
że jest nieodrodną córką swej matki, która z wyrachowania poślubiła
generała Shawa, nie żywiąc dla niego żadnych cieplejszych uczuć poza
szacunkiem dla jego charakteru i majątku, a potem stale, choć trzeba
przyznać: w ukryciu, użalała się nad swym ciężkim losem kobiety
związanej z niekochanym człowiekiem.
- Nie oszczędzałam ani trochę na jej wyprawie - to były następne słowa,
które usłyszała Margaret. - Otrzyma wszystkie te piękne indyjskie szale
i chusty, które dostałam od generała, a których już nie noszę.
- Szczęśliwa z niej dziewczyna - odpowiedział głos, jak zorientowała się
Margaret, należący do pani Gibson, która żywiła szczególne
zainteresowanie tematem rozmowy, ponieważ kilka tygodni wcześniej wydała
za mąż jedną z córek. - Helena upierała się przy indyjskim szalu, ale
musiałam jej odmówić, gdy usłyszałam tę oszałamiającą kwotę, jaką sobie
za niego zażyczyli. Pewnie będzie zazdrościła Edith tych cudowności. A co to w ogóle za styl? Delhi? Z tą śliczną małą bordiurą?
Margaret ponownie usłyszała głos ciotki, ale tym razem brzmiał tak,
jakby uniosła się lekko ze swej półleżącej pozycji i wychyliła w stronę
słabiej oświetlonego saloniku.
- Edith! Edith! - wołała, ale potem chyba osunęła się z powrotem na
oparcie, jakby znużona tym wysiłkiem. Margaret postąpiła krok do przodu.
- Edith usnęła, ciociu. Może ja mogłabym pomóc?
Na tę przygnębiającą wiadomość o narzeczonej damy jednogłośnie
stwierdziły:
- Biedne dziecko.
Miniaturowy kanapowiec, którego pani Shaw trzymała w ramionach, zaczął
szczekać, jakby w odruchu współczucia.
- Cicho, Tiny! Ty niegrzeczna dziewczynko! Obudzisz swoją panią.
Chciałam tylko, aby Edith poprosiła Newton o przyniesienie na dół tych
szali. A może ty zechciałabyś po nie pójść, droga Margaret?
Dziewczyna weszła na najwyższe piętro domu do starego pokoju
dziecięcego, gdzie Newton zajmowała się dzierganiem koronek potrzebnych
do ślubu. Niania poszła po szale, zrzędząc pod nosem, bo musiała je
rozpakowywać po raz czwarty lub piąty tego dnia. W tym czasie Margaret
rozglądała się po pomieszczeniu, pierwszym, z którym się zaprzyjaźniła,
gdy dziewięć lat temu przybyła tu jako nieokiełznana półdzikuska, by od
tej chwili dzielić dom, zabawy i naukę ze swą kuzynką Edith. Do dziś
miała przed oczyma przyciemniony pokój, którym zarządzała surowa i uroczysta niania, szczególnie wrażliwa na punkcie czystych rąk i podartych sukienek. Margaret pamiętała też ten pierwszy podwieczorek,
gdy oddzielono ją od ojca i ciotki, którzy jedli obiad gdzieś tam, na
samym dole niekończących się schodów; uważała wtedy, że skoro ona
przebywa na wysokości nieba, oni muszą się znajdować we wnętrzu ziemi. W domu rodzinnym, przed przybyciem na Harley Street, jej pokojem
dziecinnym była gotowalnia matki, a ponieważ na plebanii życie zaczynało
się toczyć wcześniej niż w mieście, dziewczynka jadała posiłki razem z rodzicami. Dzisiaj ta wysoka, dorodna osiemnastolatka doskonale
pamiętała pierwszą noc i łzy żalu wylewane z dziką pasją przez
dziewięciolatkę ukrytą pod kołdrą. Potem jednak niania kazała jej się
uspokoić, aby płacz nie obudził panienki Edith. Płakała dalej tak samo
gorzko, ale już zdecydowanie ciszej, dopóki nie przyszła jej nowo
poznana, śliczna i imponująca ciotka, która miękko wspięła się po
schodach, aby pokazać panu Hale'owi jego słodko śpiącą córeczkę. Wtedy
mała Margaret stłumiła łkania i starała się leżeć tak cicho, jakby
spała, aby nie unieszczęśliwić ojca swą żałością, której nie ośmieliła
się okazywać także przed ciotką. Uważała w ogóle, że ten jej smutek to
coś złego, zwłaszcza po tylu nadziejach, planach, przygotowaniach i staraniach, aby dostosować jej garderobę do nowych, lepszych warunków, w jakich miała się znaleźć, i po oczekiwaniu na moment, gdy papa będzie
mógł choć na kilka dni oddalić się z parafii i odwieźć ją do Londynu.
Teraz kochała ten stary pokój, choć jego urządzenie zostało
zdemontowane, i na myśl, że już za trzy dni go opuści, rozglądała się
dookoła z uczuciem żalu, zupełnie jak domowy kot, którego ktoś wypędza z ulubionego miejsca.
- Ach Newton! - westchnęła. - Myślę, że wszystkim nam będzie przykro
opuszczać ten stary, kochany pokój!
- Właściwie, panienko, jeśli o mnie chodzi, to ja nie będę żałować. Moje
oczy nie są już takie jak dawniej, a tu takie marne światło, że koronki
to mogę naprawiać tylko przy oknie, a znowu tam jest taki okropny
przeciąg, że można się przeziębić na śmierć.
- Cóż, przypuszczam, że w Neapolu znajdziesz wystarczająco dużo i światła, i ciepła. Musisz po prostu odłożyć większość cerowania do
czasu, gdy tam dotrzecie. Dziękuję, Newton, zabiorę je na dół, jesteś
przecież zajęta.
I Margaret zeszła do salonu obładowana szalami, rozsiewając wokół ich
korzenny zapach Orientu.
Ciotka poprosiła ją, aby wystąpiła w roli manekina do zaprezentowania
przyniesionych skarbów, ponieważ Edith nadal spała. Nikt nie zwrócił
uwagi na to, że wysoka, doskonale ukształtowana figura modelki, ubranej
w czarną jedwabną suknię na znak żałoby po jednym z krewnych ojca,
wspaniale podkreślała piękno długich oszałamiających szali, w których
Edith z pewnością by utonęła. Margaret, cicha i bierna, stała
bezpośrednio pod kandelabrem, podczas gdy ciotka upinała na niej
tkaniny. Tylko od czasu do czasu podczas obracania się widziała swe
odbicie w lustrze wiszącym nad kominkiem i uśmiechała się na widok
własnej, dobrze znanej postaci, teraz występującej w szatach
księżniczki. Delikatnie dotykała owiniętych wokół siebie zwojów,
delektując się ich miękkością i zachwycając cudownymi kolorami, i z cichym, zadowolonym uśmiechem przyjmowała to przystrajanie w owe
wspaniałości, zupełnie jak dziecko cieszące się z zabawy w przebieranie.
W tej właśnie chwili drzwi się otworzyły i oznajmiono przybycie pana
Henry'ego Lennoxa, brata narzeczonego Edith. Niektóre panie lekko się
cofnęły, jakby zawstydzone swym kobiecym zainteresowaniem strojami,
natomiast pani Shaw wyciągnęła do nowo przybyłego dłoń. Margaret
pozostała nieruchoma, przypuszczając, że może być jeszcze potrzebna do
prezentowania szali, ale z rozjaśnioną rozbawieniem twarzą spoglądała na
mężczyznę, pewna chyba, że on również dostrzeże niedorzeczność sytuacji,
w której ją zastał.
Pan Henry Lennox nie zdołał przybyć na obiad i teraz pani Shaw była
pochłonięta wypytywaniem go o jego brata, a swego przyszłego zięcia, o siostrę, druhnę przybyłą specjalnie na uroczystość ze Szkocji razem z kapitanem, i o innych członków rodziny Lennoxów. Widząc to, Margaret
uznała, że nie będzie już potrzebna przy szalach, i zajęła się
zabawianiem pozostałych gości, o których jej ciotka chwilowo zapomniała.
Prawie natychmiast z tylnego salonu wyłoniła się Edith, mrużąc oczy od
silniejszego światła i odrzucając do tyłu lekko potargane loki.
Przypominała Śpiącą Królewnę właśnie wyrwaną ze snu. Nawet drzemiąc,
wyczuwała instynktownie, że pan Lennox jest kimś, dla kogo warto się
podnieść, i teraz zadawała mu dziesiątki pytań o drogą Janet, przyszłą,
a nieznaną jeszcze szwagierkę, dla której deklarowała taki afekt, że
gdyby nie duma, Margaret bez wątpienia odczuwałaby zazdrość o tę
rywalkę, tak nagle i niespodziewanie pojawiającą się na horyzoncie. Po
przyłączeniu się ciotki do ogólnej rozmowy dziewczyna wycofała się z kręgu gości i wtedy dostrzegła, że Henry Lennox patrzy na wolne miejsce
koło niej. Doskonale wiedziała, że gdy tylko Edith uwolni go od lawiny
pytań, on zajmie to wypatrzone krzesło. Nie była całkiem pewna, czy
zobaczy go tego wieczoru, ponieważ ciotka dosyć zawile relacjonowała
jego plany; w gruncie rzeczy przybycie pana Henry'ego było raczej
niespodzianką. Teraz Margaret poczuła pewność, że to będzie udany
wieczór, bo oboje mieli prawie te same upodobania. Jej twarz zajaśniała
szczerością i otwartością. Po chwili podszedł, a ona przywitała go
uśmiechem, bez cienia nieśmiałości czy zażenowania.
- Przypuszczam, że byłyście pogrążone w interesach, to znaczy damskich
interesach. Całkowicie to odmienne od moich zajęć, tych prawdziwych,
prawnych interesów. Zabawa szalami różni się trochę od sporządzania umów
i zapisów notarialnych.
- Byłam pewna, że rozbawi to pana, gdy zastanie nas podziwiające kobiece
fatałaszki, ale przyzna pan, że indyjskie szale są szczytem
doskonałości.
- Nie wątpię. Ich cena jest także doskonała. Niczego jej doprawdy nie
brakuje. - Tymczasem wchodzili kolejno inni dżentelmeni i dźwięki rozmów
stały się niższe w tonie. - To ostatni obiad, jaki wydajecie, prawda?
Ostatni przed czwartkiem?
- Zgadza się. Myślę, że po tym wieczorze nareszcie zaznamy odpoczynku,
nieznanego w tym domu od wielu tygodni. Chodzi mi o ten rodzaj spokoju,
kiedy nie ma już wreszcie nic więcej do zrobienia ani ustalenia w sprawie, która całkowicie zajmowała głowy i serca. W końcu będę miała
czas, aby spokojnie pomyśleć. To samo można chyba powiedzieć o Edith.
- Jeśli o nią chodzi, to nie byłbym tego taki pewien, natomiast mogę to
sobie wyobrazić odnośnie do pani. Kiedykolwiek panią ostatnio widziałem,
gnał panią prawdziwy wir wydarzeń, i to zawsze stworzony przez innych.
- Tak - przyznała smutno Margaret, wspominając niekończące się
zamieszanie wokół każdej błahostki, które rozpętywano w ciągu ostatniego
miesiąca. - Zastanawiam się, czy małżeństwo naprawdę musi być
poprzedzone tym, co pan nazwał wirem wydarzeń lub raczej trąbą
powietrzną? Czy nie mógłby to być czas spokoju i wyciszenia?
- Rozumiem, że to dobra wróżka zamówiłaby wyprawę, przygotowała wesele i wypisała zaproszenia? - zauważył, śmiejąc się, pan Lennox.
- Ale czy ta cała mitręga jest naprawdę potrzebna? - spytała, patrząc mu
prosto w oczy w oczekiwaniu odpowiedzi.
Uczucie nieopisanego znużenia wszystkimi przygotowaniami, mającymi na
celu wywołanie jak najlepszego wrażenia, jakimi przez ostatnie sześć
tygodni zajmowała się Edith jako najwyższy autorytet, dopadło w tej
chwili Margaret. Potrzebowała teraz kogoś, z kim mogłaby omówić kilka
swoich cichych przemyśleń na temat małżeństwa.
- Ależ oczywiście - odpowiedział, nagle poważniejąc. - Są formy i procedury, przez które trzeba przebrnąć, i to nie tyle dla własnej
satysfakcji, ile po to, aby zamknąć usta bliźnim, bo bez owego
zamknięcia spotkałoby nas potem w życiu niewiele przyjemności. A jak
pani zorganizowałaby ślub?
- Och, nie myślałam o tym zbyt wiele. Wiem tylko, że chciałabym, aby to
był piękny letni poranek. I chciałabym iść do kościoła w cieniu drzew. I żeby nie było tylu druhen. I najlepiej, by w ogóle nie było uczty
weselnej. Obawiam się, że moje rozwiązanie polegałoby przede wszystkim
na wykluczeniu tych elementów, które ostatnio sprawiały mi tyle
kłopotów.
- Nie, myślę, że to nie jest kwestia zmęczenia tym, co pani obecnie
przeżywa. Idea pełnej prostoty całkowicie zgadza się z pani charakterem.
Margaret nie bardzo spodobało się to stwierdzenie. Skrzywiła się.
Pamiętała poprzednie sytuacje, kiedy pan Lennox próbował skierować
rozmowę na cechy jej charakteru i sposób postępowania, przy czym
wyrażane przez niego opinie były nieco nadmiernie pochlebne. Ucięła ten
temat, mówiąc:
- To naturalne, że myślę raczej o spacerze do kościoła w Helstone, a nie
o karecie jadącej wybrukowaną ulicą na ślub w Londynie.
- Proszę mi opowiedzieć o Helstone. Nic przecież nie wiem o pani domu.
Chciałbym mieć jakieś wyobrażenie o miejscu, gdzie będzie pani mieszkać,
kiedy Harley Street 96 stanie się ciemne, brudne, nudne i zamknięte na
cztery spusty. Przede wszystkim proszę mi powiedzieć, czy Helstone to
wioska, czy miasto.
- To raczej tylko osada. Nawet nie zasługuje na miano wioski. Jest
kościół, a wokół niego wśród zieleni stoi kilka domów, choć właściwie
powinnam je nazwać chatkami, porośniętych pnącymi różami.
- Które kwitną przez okrągły rok, zwłaszcza na Boże Narodzenie. Tak
powinna pani uzupełnić ten obrazek - odrzekł.
- Nie - zaprzeczyła lekko rozdrażniona Margaret. - Nie maluję obrazka.
Staram się po prostu opisać Helstone takim, jakie jest. Nie powinien pan
kpić.
- Jestem pełen skruchy - odpowiedział. - Tylko że to naprawdę zabrzmiało
jak opis wioski z bajki, a nie rzeczywistej.
- Bo taka właśnie jest - zapewniła żarliwie. - Wszystkie inne miejsca,
które widziałam, wydają się w porównaniu z okolicami New Forest surowe i prozaiczne. Helstone przypomina miejsce z poematu, i to z poematu
Tennysona. Ale na tym koniec, nie będę dalej próbowała go opisywać.
Śmiałby się pan, gdybym powiedziała, co naprawdę myślę o Helstone.
- Wcale nie. Ale widzę, że już pani podjęła decyzję. W takim razie
proszę mi opowiedzieć o plebanii, bo jej również jestem ciekaw.
- Przecież nie byłabym w stanie jej opisać. To mój dom. Nie mogłabym
ująć jego czaru w słowach.
- Poddaję się. Bardzo pani dzisiaj surowa, Margaret.
- Jak to? - spytała, kierując na niego swe łagodne, wielkie oczy, w tej
chwili aż okrągłe ze zdumienia. - Nie przyszłoby mi to do głowy.
- Cóż, z powodu mojej jednej niefortunnej uwagi nie chce mi pani nic
opowiedzieć ani o Helstone, ani o samej plebanii, choć powiedziałem
przecież, jak bardzo mi zależy, aby coś o nich usłyszeć, zwłaszcza o pani domu.
- Ale ja naprawdę nie potrafię nic powiedzieć o własnym domu. Myślę w ogóle, że nie można o tym rozmawiać z kimś, kto tam nie był.
- W takim razie - tu zatrzymał się na moment - proszę mi powiedzieć, co
pani tam robi. Tutaj do południa pani czyta, bierze lekcje lub w inny
sposób doskonali swój umysł. Przed lunchem jest spacer, a potem
przejażdżka z ciotką. Wieczorem zwykle gdzieś pani wychodzi. A teraz
proszę w taki sam sposób wypełnić swój dzień w Helstone. Jeździ pani
konno, powozem czy raczej spaceruje?
- Wyłącznie spaceruję. Nie mamy konia, nawet dla papy, który chodzi
pieszo także w najodleglejsze zakątki parafii. Spacery są takie cudowne,
że poruszanie się powozem byłoby stratą. Nawet jazda konno nie byłaby
równie przyjemna.
- Zajmie się pani ogrodnictwem? To, jak przypuszczam, byłoby stosownym
zajęciem dla młodej damy na wsi?
- Nie wiem. Obawiam się, że nie lubiłabym takiej ciężkiej pracy.
- Spotkania łucznicze? Pikniki? Bale po wyścigach? Po polowaniach?
- Ależ skąd! - Roześmiała się. - Ojciec ma naprawdę bardzo niewielkie
dochody, a nawet gdyby nas było stać na takie atrakcje, wątpię, bym
brała w nich udział.
- Widzę, że nic mi pani nie powie. Tylko mi pani powtarza, że nie będzie
robiła tej czy tamtej rzeczy. Myślę, że zanim skończy się przerwa w pracy sądu, złożę pani wizytę i zobaczę, czym się pani zajmuje.
- Mam nadzieję, że naprawdę pan przyjedzie. Wtedy na własne oczy zobaczy
pan, jak piękne jest Helstone. Ale teraz muszę już pana opuścić. Edith
zasiada do gry, a tylko ja znam się na tyle na muzyce, aby przewracać
jej kartki z nutami. Poza tym ciotka nie będzie zadowolona, że tak długo
rozmawiamy.
Edith grała wyśmienicie. W połowie utworu drzwi się uchyliły i dziewczyna ujrzała w nich kapitana Lennoxa, wahającego się, czy powinien
wejść. Porzuciła muzykę i pospiesznie wybiegła z pokoju, pozostawiając
zmieszanej i zarumienionej Margaret wyjaśnienie zdumionym gościom,
czyjeż to pojawienie się spowodowało tak nagłą ucieczkę kuzynki. Kapitan
Lennox dotarł wcześniej, niż się go spodziewano. A może już było tak
późno? Goście spojrzeli zaskoczeni na zegarki i zaczęli się żegnać.
Edith wróciła jednak i promieniejąc z radości, z mieszaniną nieśmiałości
i dumy, wprowadziła do salonu swego wysokiego przystojnego kapitana.
Bracia wymienili uściski dłoni, a pani Shaw powitała narzeczonego córki
w swój zwykły uprzejmy sposób, w którym zawsze pobrzmiewały tony skargi,
wynikające z długoletniego trwania w przekonaniu, że była ofiarą
nieodpowiedniego małżeństwa. Teraz, kiedy generał przeniósł się do
wieczności, jej życie wypełniały co prawda tylko przyjemności, ujemne
strony właściwie nie istniały, ale dama z zakłopotaniem próbowała
znaleźć sobie powód do zmartwienia lub chociażby obawy. Na szczęście już
dawno temu postanowiła, że przedmiotem niepokoju będzie jej własne
zdrowie, i na samą myśl o nim zaczynała nerwowo pokasływać. Dobrze się
stało, że jeden z owych uprzedzająco grzecznych lekarzy zaordynował jej
dokładnie to, czego sobie życzyła - zimę we Włoszech. Chociaż pani Shaw,
podobnie jak większość ludzi, miała pragnienia, to jednak nie lubiła
robić czegokolwiek otwarcie, dlatego niechętnie wyrażała swą wolę lub
podawała przyjemność jako motyw postępowania. Wolała czuć się zmuszona
do działania zgodnego z nakazem lub pragnieniem innych osób. I naprawdę
potrafiła sobie wmówić, że poddaje się twardym zewnętrznym naciskom lub
konieczności. W ten oto sposób, skarżąc się i narzekając, robiła cały
czas dokładnie to, co sama chciała.
Teraz też zaczęła przedstawiać w tym świetle swą zamierzoną podróż
kapitanowi, który, jak nakazywał obowiązek, przytakiwał każdemu słowu
przyszłej teściowej, poszukując jednocześnie wzrokiem Edith. Narzeczona
zajęta była właśnie nakrywaniem stolika do herbaty i dysponowaniem
przysmaków dla kapitana, mimo iż zapewnił ją, że jadł obiad niecałe dwie
godziny wcześniej.
Pan Henry Lennox stał niedaleko swego przystojnego brata i, oparty o kominek, bawił się rozgrywającą się przed nim rodzinną sceną. Jako
jedyny w tej rodzinie złożonej z atrakcyjnych ludzi wyglądał
przeciętnie, za to jego twarz była inteligentna i żywa. Chwilami
Margaret zastanawiała się, o czym myślał, gdy tak stał w milczeniu i z zainteresowaniem zabarwionym ironią obserwował poczynania jej i Edith.
Rozmowa pani Shaw z jego bratem wywołała sarkazm, natomiast wrażenia
wzrokowe nie prowokowały takiego odczucia, gdyż Henry uważał, że dwie
kuzynki zajęte przy stoliku z zastawą do herbaty stanowią śliczny
obrazek. Edith zdecydowała, że sama się wszystkim zajmie - była akurat w odpowiednim nastroju, aby pokazać swemu lubemu, jak wspaniale sprawdzi
się w roli żony żołnierza. Stwierdziła, że woda na herbatę jest zimna, i posłała do kuchni po wielki imbryk z wrzątkiem. Efekt był taki, że gdy
odbierała go przy drzwiach i próbowała przynieść, okazał się dla niej
zbyt ciężki. Wróciła zatem do pokoju z nadąsaną minką, ciemnym śladem na
muślinowej sukience i odciśniętą od uchwytu pręgą na maleńkiej, krągłej
dłoni. Wszystko to zademonstrowała narzeczonemu, dokładnie tak samo jak
robią dzieci w wypadku skaleczenia, i lekarstwo również zastosowano
podobne. Margaret wykazała się inwencją, szybko zapalając palnik
spirytusowy, choć rozwiązanie to nie do końca odpowiadało wizji
cygańskiego obozowiska, które Edith uważała czasami za najbardziej
zbliżone do koszarowego życia.
Od tego wieczoru aż do ślubu wszędzie panował rozgardiasz i nieustanna
krzątanina.
II. Róże i ciernie
ROZDZIAŁ II
Róże i ciernie
W leśnej polany cieniu zielonym,
Dziecięcym wzrokiem zachwyconym,
W prześwitach liści drzewa starego
Szukałaś nieba błękitnego.
Felicia Hemans, The Spells of Home,
przeł. Joanna Puchalska
Margaret, ubrana w swą przedpołudniową suknię, wracała spokojnie do domu
z ojcem, który przyjechał, aby wziąć udział w uroczystości ślubnej.
Matkę zatrzymało w domu mnóstwo półpowodów, których tak naprawdę nikt
poza panem Hale'em nie rozumiał. On jeden wiedział, że wszystkie jego
argumenty na korzyść szarej atłasowej sukni, której stan wskazywał na
to, że nie była nowa, ale też nie stara, okazały się nieskuteczne.
Rozumiał też, że skoro nie może zapewnić dostatecznych środków, aby jego
żona ubrała się od stóp do głów w nowe stroje, będzie wolała nie
pokazywać się na ślubie jedynego dziecka swej jedynej siostry. Gdyby
pani Shaw odgadła prawdziwy powód nieobecności siostry, obsypałaby ją
sukniami. Upłynęło już jednakże prawie dwadzieścia lat od czasu, gdy
była ubogą, ale śliczną panną Beresford, i zdążyła zapomnieć o wszystkich smutkach, poza bólem niedobranego wiekowo małżeństwa, o którym potrafiła debatować przez pół godziny. Jej najdroższa siostra
Maria wyszła za swego ukochanego, który nie dosyć, że był od niej tylko
o osiem lat starszy, to jeszcze miał łagodne usposobienie i włosy w rzadko spotykanym czarnogranatowym odcieniu, a ponadto był jednym z najbardziej fascynujących kaznodziejów, jakich kiedykolwiek słyszała, i wcielonym ideałem proboszcza. Być może nie był to bardzo logiczny
wniosek wyprowadzony z powyższych przesłanek, ale pani Shaw zawsze
jednakowo podsumowywała los swej siostry: "Małżeństwo z miłości, czegóż
więcej Maria mogłaby chcieć od życia?". Gdyby spytać o to samą panią
Hale i gdyby zdecydowała się powiedzieć prawdę, mogłaby wyrzucić z siebie gotową listę życzeń: srebrzysty połyskujący jedwab, biały
pleciony czepek, och, tuziny rzeczy na sam ślub, a dla domu - po prostu
setki.
Margaret zdawała sobie sprawę, że matka uznała swój przyjazd na
uroczystość za zbyt kłopotliwy, i w gruncie rzeczy cieszyła się, że ich
spotkanie nastąpi na plebanii w Helstone, a nie na Harley Street, w czasie panującego przez minione dwa lub trzy dni nieziemskiego
zamieszania, w którym ona sama odgrywała rolę Figara, będąc jak on
niezbędna w kilkunastu miejscach jednocześnie. Na samo wspomnienie tego,
co zrobiła i powiedziała w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin,
wciąż jeszcze odczuwała znużenie umysłu i ciała. Tyle razy wypowiedziała
słowa "do widzenia", że utonęły w nich pospieszne pożegnania z tymi, z którymi żyła tak długo pod jednym dachem. Teraz ogarnął ją żal za
minionym czasem i nie miało znaczenia, jakie były te lata. Liczyło się
tylko to, że przeminęły, by nigdy nie wrócić. Margaret czuła w sercu
ciężar większy, niż kiedykolwiek sobie wyobrażała, że może odczuwać w chwili powrotu do ukochanego domu. To było przecież miejsce i życie, do
których wzdychała od wielu lat w momentach tęsknoty i melancholii, zanim
zacierał je sen. Zmusiła się, by oderwać myśli od wspomnień przeszłości
i zająć je jasną i niezmąconą perspektywą nadchodzącej przyszłości.
Dostrzegła naraz nie wizje minionych zdarzeń, ale to, co faktycznie
miała przed oczami: swego ojca śpiącego w przedziale kolejowym. Jego
włosy nie były już granatowoczarne, lecz siwe i przerzedzone. Pod cienką
skórą twarzy przezierały zarysy kości, co raziłoby przy gorzej
ukształtowanych rysach, w jego wypadku jednakże miało swój wdzięk, żeby
nie powiedzieć: urodę. Na jego twarzy malował się wyraz wyciszenia, ale
był to raczej wypoczynek kogoś znużonego, a nie wolny od trosk spokój
człowieka wiodącego beztroskie i satysfakcjonujące życie. Margaret
uderzyło boleśnie to zmęczenie i niepokój ojca. Przebiegła w myślach
znane sobie okoliczności życia pana Hale'a, które mogły przyczynić się
do naznaczenia jego twarzy liniami świadczącymi o nieustannym strapieniu
i zgryzocie.
Biedny Frederick! Mój biedny brat! - pomyślała, wzdychając. Och, gdyby
tylko został duchownym, zamiast zaciągać się do marynarki! Nie
stracilibyśmy go! Szkoda, że tak mało o tym wiem. Nigdy do końca nie
zrozumiałam tego, co opowiadała ciotka Shaw. Wiem tylko, że przez tę
okropną sprawę nie może wrócić do Anglii. Biedny drogi papa! Jak smutno
wygląda. Dobrze, że wracam do domu. Będę mogła pocieszyć i jego, i mamę.
Kiedy ojciec się obudził, przywitała go jasna i promienna, bez śladu
poprzedniego zmęczenia. Odpowiedział jej uśmiechem, ale tak słabym,
jakby to był dla niego niecodzienny wysiłek, po czym na twarz wróciły
natychmiast zmarszczki wiecznego niepokoju. Miał nawyk utrzymywania ust
na wpół otwartych, przez co ciągle się wydawało, że zamierza właśnie coś
powiedzieć; zwyczaj ten nadawał jego twarzy wyraz niezdecydowania i deformował kształt warg.
Jego oczy były takie jak oczy Margaret, wielkie i łagodne. Poruszał nimi
powoli i niesamowicie szeroko, a powieki niemal je przysłaniały.
Dziewczyna bardziej przypominała ojca niż matkę i ludzie często się
zastanawiali, jak to się stało, że dwoje urodziwych ludzi ma córkę,
której wygląd tak odbiega od klasycznych kanonów piękna, a według
niektórych nie ma z pięknem nic wspólnego. Miała szerokie usta, zupełnie
nieprzypominające warg w kształcie pąka róż, zdolnych wypowiedzieć tylko
"tak", "nie" ewentualnie "jak pan sobie życzy". Ale linia jej czerwonych
warg była nieskończenie miękka, a cera, choć nieprzejrzysta i biała,
zachwycała gładkością i delikatną barwą kości słoniowej. Chociaż
zazwyczaj na jej twarzy gościł wyraz zbyt poważny i dostojny jak na tak
młodą osobę, to teraz, patrząc na ojca, przypominała jasny poranek. Na
jej policzkach pojawiły się dołeczki, rzucała spojrzenia pełne
dziecięcej radości i bezgranicznej wiary w przyszłość.
Gdy Margaret wróciła do domu, lipiec zbliżał się ku końcowi. Drzewa w lasach przybrały nasycony, mroczny odcień zieleni, a paprocie rosnące u ich stóp wychwytywały ukośnie padające promienie słoneczne. Powietrze
było parne i niepokojąco nieruchome. Margaret włóczyła się u boku ojca,
a podczas tych wędrówek deptała paprocie z niemal okrutną radością,
czując, jak ustępują pod naporem jej pewnego kroku i rozsiewają wokół
charakterystyczny aromat. Potem wychodziła na rozległe błonia zalane
ciepłym światłem i wszędzie dostrzegała wolne, dzikie stworzenia,
bawiące się w blasku słońca pośród traw i kwiatów. To życie, a raczej te
spacery pomagały jej uświadomić sobie własne oczekiwania. Była dumna z tej leśnej krainy, a wśród tutejszego ludu czuła się jak wśród swoich.
Zawarła z okolicznymi mieszkańcami szczere przyjaźnie, nauczyła się ich
słownictwa i czerpała przyjemność z używania go. Przebywając z nimi,
miała poczucie wolności. Pielęgnowała ich dzieci, czytywała starszym
ludziom, cierpliwie z nimi rozmawiała, zanosiła przysmaki chorym.
Wkrótce postanowiła uczyć w szkole, do której jej ojciec chodził
codziennie z obowiązku, zawsze jednak któryś z przyjaciół - mężczyzna,
kobieta lub dziecko - odciągnął ją od tego zamiaru, zapraszając do
siebie w odwiedziny.
O ile jej życie poza domem było niemal doskonałe, domowe miało pewne
wady. Z zakłopotaniem dziecka, oskarżającego się o zbytnią
przenikliwość, dostrzegała, że nie wszystko przebiega tak, jak powinno.
Jej matka, tak zawsze czuła i uprzejma w stosunku do niej, wydawała się
coraz bardziej niezadowolona z ich położenia. Uważała, że biskup, z nieznanych przyczyn nie przydzielając panu Hale'owi bardziej dochodowej
parafii, dopuszcza się zaniedbania obowiązków episkopalnych. Winiła
także męża, że nie potrafił sam wyrazić życzenia zmiany obecnego
stanowiska na lepsze. Na takie zarzuty pan Hale wzdychał i odpowiadał,
że wystarczyłoby mu, gdyby w małym Helstone zdołał zrobić to, co jest
jego powinnością. Dodawał, że świat z każdym dniem staje się coraz
bardziej zdumiewający, a on sam czuje się bezsilny. Margaret widziała,
jak przy każdym ponawianym nacisku żony dotyczącym starań o awans ojciec
coraz bardziej się kurczył. W takich momentach próbowała przekonać matkę
do Helstone, ale pani Hale twierdziła, że otoczenie tylu drzew
negatywnie wpływa na jej zdrowie. Wtedy Margaret zabierała ją na
wspaniałe, szerokie płaskowyże, na zalane słońcem lub ocienione chmurami
równiny w przekonaniu, że matka zbytnio przywykła do życia wśród
czterech ścian domu, wychodząc tylko do kościoła, szkoły i kilku
najbliższych domostw. Spacery przynosiły dobry skutek, ale tylko latem.
Gdy nadeszła jesień i pogoda stała się zmienna, przeświadczenie pani
Hale o szkodliwości warunków panujących w okolicy wyraźnie się
pogłębiło. Coraz częściej też narzekała, że jej męża, który miał lepsze
wykształcenie niż pan Hume i który był lepszym proboszczem niż pan
Houldsworth, nie spotkały zaszczyty będące udziałem owych panów.
Margaret nie była przygotowana do życia w ciężkiej atmosferze
spowodowanej trwającymi wiele godzin napadami niezadowolenia. Jeszcze w Londynie wiedziała, a wręcz cieszyła się myślą, że będzie musiała
zrezygnować z wielu luksusów dostępnych na Harley Street, które z jej
punktu widzenia były tylko utrudnieniem lub ograniczeniem swobody.
Radość z każdej miejskiej przyjemności doskonale równoważyła, a nawet
może przeważała świadoma duma, że w razie konieczności dziewczyna
doskonale potrafiłaby się obyć bez tych atrakcji. Chmury jednak nigdy
nie zasnuwają nam tej części nieba, gdzie się ich spodziewamy. Gdy
Margaret spędzała wakacje w domu, kilkakrotnie słyszała łagodne skargi i żale matki na jakieś drobne niedogodności w Helstone czy na pozycję
zajmowaną przez pana Hale'a, ale w ogólnej masie szczęśliwych wspomnień
nie pamiętała o mniej przyjemnych detalach.
W drugiej połowie września nadeszły jesienne słoty i burze, które
zmusiły Margaret do spędzania w domu więcej czasu niż dotychczas, tym
bardziej że w bezpośrednim sąsiedztwie nie mieszkała żadna rodzina o pozycji zbliżonej do statusu państwa Hale'ów.
- To bez wątpienia jedno z najbardziej zapomnianych przez Boga i ludzi
miejsc w Anglii - stwierdziła pani Hale podczas trwania jednego ze swych
płaczliwych humorów. - Nie mogę odżałować, że ojciec nie ma tu kogoś, z kim mógłby przestawać. Jest taki odizolowany. Przez cały tydzień nie
widuje nikogo poza farmerami i parobkami. Gdybyśmy tylko mogli
zamieszkać w drugiej części parafii, to już by było znacznie lepiej. Do
Stansfieldów moglibyśmy dojść niemal pieszo, a już do Gormanów z pewnością tak.
- Gormanowie? - spytała Margaret. - Czy to nie ci, którzy dorobili się
na handlu w Southampton? Cieszę się, że ich nie odwiedzamy. Nie znoszę
sklepikarzy. Dobrze, że trzymamy się od nich z daleka i utrzymujemy
raczej kontakty z wieśniakami i robotnikami rolnymi, bo oni przynajmniej
są pozbawieni pretensji.
- Nie powinnaś być taka wybredna, droga Margaret - odpowiedziała matka,
która w skrytości myślała o przystojnym młodym Gormanie spotkanym swego
czasu u pana Hume'a.
- Ależ skąd! Mój gust można doprawdy nazwać różnorodnym. Lubię ludzi,
którzy zajmują się ziemią. Lubię żołnierzy i żeglarzy. Lubię też
wykonawców trzech wyuczonych profesji, jak sami się nazywają,
przedstawicieli prawa, Kościoła i medycyny. I jestem pewna, że nie
chciałabyś, abym podziwiała rzeźników, piekarzy i wytwórców świec. Mam
rację, mamo?
- Ale Gormanowie nie byli ani rzeźnikami, ani piekarzami, tylko ogólnie
szanowanymi producentami powozów.
- Doskonale. Produkcja powozów to takie samo kupiectwo jak pozostałe, a przy tym, moim zdaniem, to zdecydowanie mniej ważne dla społeczeństwa
niż bycie piekarzem lub rzeźnikiem. Och, jakże mnie męczyły te codzienne
przejażdżki z ciotką Shaw i jak marzyłam o spacerze!
Margaret chętnie chodziła na spacery, nawet przy niesprzyjającej aurze.
Była tak rozradowana, że prawie tańczyła u boku ojca. Gdy szła przez
wrzosowisko, a zachodni wiatr łagodnie wiał jej w plecy, popychając do
przodu, czuła się lekka jak liść unoszony jesiennymi podmuchami wiatru.
Znacznie trudniej było spędzać przyjemnie wieczory. Natychmiast po
herbacie ojciec wycofywał się do swej małej biblioteki i dziewczyna
zostawała sama z matką. Pani Hale nigdy nie gustowała w książkach i już
na samym początku małżeństwa skutecznie zniechęciła męża do czytania jej
na głos, podczas gdy ona zajęta była robótkami. Spróbowali też kiedyś
gry w tryktraka, ale to również nie spotkało się z jej aprobatą. W miarę
jak wzrastało zaangażowanie pana Hale'a pracą w szkole i w parafii,
odkrył, że spowodowane tymi obowiązkami zakłócenia w ich przyjętym
rozkładzie dnia traktowane są przez jego żonę jako poważna uciążliwość.
Uważała je za nienależące do jego profesji i w wielu sytuacjach
podejmowała z nimi walkę. Dlatego, gdy dzieci były jeszcze małe, pan
Hale usunął się do biblioteki i, o ile był w domu, tam właśnie spędzał
wieczory na lekturze swych ukochanych ksiąg o tematyce spekulatywnej i metafizycznej.
Kiedy Margaret była tu poprzednim razem, przywiozła ze sobą wielkie
pudło książek zaleconych przez nauczycieli i guwernantkę. Wtedy letnie
dni wydawały jej się zbyt krótkie, by przebrnąć przez te wszystkie
lektury przed powrotem do miasta. Teraz jednak miała do dyspozycji tylko
kieszonkową serię angielskiej klasyki w pięknej oprawie. Tomy te
eksmitowano z biblioteki ojca, aby zapełnić regał w salonie, a wśród
tych książek dzieła Thomsona, Hayleya i Middletona były zdecydowanie
najlżejsze, najnowsze i najzabawniejsze. Można zatem przyjąć, że ten
zbiór nie zapewniał zajęcia na zbyt długo. Margaret opowiedziała więc
matce każdy szczegół swego londyńskiego życia, a pani Hale słuchała tego
z zainteresowaniem. Czasami była rozbawiona, niekiedy zadawała pytania,
ale najczęściej porównywała życie swej siostry, swobodne i wygodne, ze
skromnymi możliwościami plebanii w Helstone. Podczas tych wypełnionych
narzekaniem wieczorów córka była skłonna nagle przerywać rozmowę i wsłuchiwać się w krople deszczu, równomiernie kapiące na ołowianą ramkę
wykuszowego okna. Raz czy dwa złapała się na odruchowym liczeniu tego
monotonnego kapania, podczas gdy świadoma część jej umysłu zajęta była
rozważaniem, czy odważy się zadać pytanie w kwestii tak bliskiej jej
sercu, a mianowicie: gdzie znajduje się obecnie Frederick. I co robi? I kiedy ostatnio mieli od niego wiadomości? Była świadoma, że początek
kłopotów ze zdrowiem matki i jej niechęci do Helstone datuje się od
czasu owego buntu, w który zaangażował się Frederick. Margaret wiedziała
o tym bardzo niewiele, a dodatkowo odnosiła wrażenie, że ten epizod
skazany został na zapomnienie. To wszystko sprawiało, że ilekroć
zbliżyła się do tego tematu, coś powstrzymywało ją od zadawania pytań.
Gdy była z matką, wydawało jej się, że najwłaściwszym partnerem do
takiej rozmowy byłby ojciec, jednak gdy była z nim, czuła, że to z nią
rozmawiałaby swobodniej.
Prawdopodobnie i tak nie dowiedziałaby się niczego nowego. W jednym z listów, które otrzymała podczas pobytu na Harley Street, ojciec pisał,
że mieli wieści od Fredericka. Ponoć nadal mieszkał w Rio, cieszył się
dobrym zdrowiem i przesyłał jej ucałowania. Ale to były tylko suche
fakty, a nie żywa, szczegółowa relacja, o jakiej marzyła. W tych
rzadkich chwilach, gdy się go wspominało, zawsze nazywali go biednym
Frederickiem. Jego pokój utrzymywany był dokładnie w takim stanie, w jakim się znajdował, gdy jego właściciel wyjeżdżał, a Dixon, pokojówka
pani Hale, regularnie go odkurzała. Była to jedyna praca w gospodarstwie
domowym, którą Dixon wykonywała, zawsze pamiętając dzień, kiedy lady
Beresford zatrudniła ją jako osobistą pokojówkę dla podopiecznych sir
Johna, ślicznych panien Beresford, piękności z Rutlandshire. Służąca
niezmiennie uważała pana Hale'a za plagę, która spadła na jej młodą
panią i przekreśliła jej szanse życiowe. Nie wiadomo, jak daleko mogłaby
zajść panna Beresford, gdyby się tak nie spieszyła do małżeństwa z ubogim wiejskim duchownym. Ale Dixon była zbyt lojalna, by opuścić swą
panią w nieszczęściu i upadku (czyli w małżeństwie). Została z panią
Hale i poświęciła się jej sprawom, uważając się za dobrą i opiekuńczą
wróżkę, której zadaniem jest unieszkodliwianie nienawistnego olbrzyma,
pana Hale'a. Jej ulubieńcem i dumą był panicz Frederick. Dlatego,
odstępując lekko od przyjętych przez siebie zasad i z pominięciem swej
godności, prezencji i sposobu bycia, raz w tygodniu udawała się, by
przygotować jego komnatę, jakby młody pan miał się zjawić jeszcze tego
samego wieczoru.
Margaret nie mogła pozbyć się myśli, że nadeszła jakaś wiadomość o Fredericku, która nieznana była matce, ale wywołała na twarzy ojca ów
wyraz niepokoju i troski. Pani Hale najwyraźniej nie odnotowała
jakiejkolwiek zmiany w wyglądzie czy zachowaniu męża. Był zawsze
wrażliwy i łagodny, a jego nastrój zależał od każdej informacji o losie
bliźnich - w wielodniowe przygnębienie wpędzało go asystowanie przy
czyjejś śmierci lub wiadomość o popełnionej zbrodni. Teraz jednak
Margaret zauważyła u niego pewien rodzaj roztargnienia, nieobecność,
jakby jego myśli były zajęte sprawą, od której nie potrafił się uwolnić
nawet w toku codziennych działań, takich jak pocieszanie osieroconych
rodzin czy nauczanie w szkole, gdzie miał nadzieję zwalczyć zło w młodym
pokoleniu. Ograniczył nawet swe wizyty u parafian i częściej zamykał się
w bibliotece, niecierpliwie oczekując nadejścia listonosza.
Sygnałem, że poczta dotarła, był stukot w okiennice kuchni, i jeszcze
nie tak dawno listonosz musiał powtarzać pukanie, zanim ktokolwiek
uświadomił sobie, co ten dźwięk oznacza, i pofatygował się, aby odebrać
listy. Teraz, jeśli ranek był pogodny, pan Hale kręcił się w ogrodzie,
natomiast w deszczowe dni wystawał w oknie swego pokoju, czekając, aż
listonosz zjawi się na plebanii lub minie ją, kiwając duchownemu głową
na wpół z uszanowaniem, na wpół z poufałością. Pan Hale odprowadzał go
wzrokiem aż poza różany żywopłot i zimozielony krzew chruściny, a potem,
z wszelkimi oznakami ciężkiego serca i zafrasowanego umysłu, wracał do
swego pokoju, aby zająć się codzienną pracą.
Margaret była w wieku, kiedy obawy nieoparte na bezwzględnych faktach
łatwo na pewien czas wygnać z pamięci, zwłaszcza pod wpływem jasnego
słonecznego dnia lub jakichś szczęśliwych zewnętrznych okoliczności. A kiedy w październiku nastało czternaście wspaniałych, pogodnych dni, jej
troski rozwiały się tak lekko jak dmuchawce i myślała już tylko o cudach
lasu. Sezon paproci się zakończył, a teraz, gdy minęły deszcze, zyskała
dostęp do wielu ukrytych pośród drzew polan, które w lipcu i sierpniu
mogła podziwiać tylko z oddali. Razem z Edith pobierały lekcje rysunku i teraz żałowała, że podczas letnich dni tyle czasu strawiła na czczym
upajaniu się pięknem ostępów leśnych. Postanowiła zatem naszkicować to,
co jeszcze zdoła, zanim w Helstone na stałe zagości zima. Pewnego ranka
zajęła się przygotowaniem sztalug, gdy pokojówka Sara otworzyła szeroko
drzwi do salonu i zaanonsowała:
- Pan Henry Lennox.
III. Jak się człowiek spieszy...
ROZDZIAŁ III
Jak się człowiek spieszy...
Przez powagę i oddanie,
A więc w sposób szlachetniejszy
Zyskasz damy zaufanie,
Wzniosłych rzeczy nie umniejszysz!
Wyprowadź z sali balowej,
Wskaż jej gwiazdy firmamentu,
Strzeż jej prawdomównym słowem
Bez fałszywych komplementów.
Elizabeth Browning, "Tak" pewnej damy,
przeł. Ludmiła Marjańska
- Pan Henry Lennox.
Margaret chwilę wcześniej o nim myślała, wspominając jego pytania o jej
przyszłe zajęcia domowe, i teraz przyszło dziewczynie do głowy
powiedzenie: Parler du soleil et l'on en voit les rayon1s.
Zgodnie z tym słoneczna jasność zagościła na jej twarzy, gdy odkładała
sztalugi i szła w kierunku gościa z wyciągniętą do powitania dłonią.
- Powiadom mamę, Saro - powiedziała. - Obie mamy do pana tyle pytań o Edith. Taka jestem wdzięczna, że pan przyjechał.
- Czyż nie mówiłem pani, że to zrobię? - spytał tonem niższym niż ten,
którym mówiła.
- Ale słyszałam, że przebywa pan w górach w Szkocji, więc nie sądziłam,
że Hampshire pana skusi.
- Och - odpowiedział już lżej. - Nasza młoda para płatała same niemądre
figle i wystawiała się na każde możliwe ryzyko. Wspinali się w górach,
żeglowali po jeziorze, więc uważałem, że potrzebny jest im ktoś
odpowiedzialny, kto się nimi zajmie. Całkowicie wymknęli się memu wujowi
spod kontroli i utrzymywali go w panicznym strachu przez szesnaście
godzin na dobę. Nie dziwię mu się zresztą, bo wystarczyło raz ich
zobaczyć, by się przekonać, że absolutnie nie można im zaufać. Uznałem
więc za swój obowiązek nie opuszczać ich, aż się upewnię, że bezpiecznie
zaokrętowali się w Plymouth.
- Był pan w Plymouth? Edith nic mi o tym nie wspominała. Co prawda
ostatnio pisała do mnie w takim pośpiechu. Naprawdę odpłynęli we wtorek?
- Naprawdę odpłynęli i tym samym zwolnili mnie z mych obowiązków. Edith
przekazała mi mnóstwo wiadomości dla pani. Chyba nawet mam tu taką
malutką notkę. Ach, tak, jest tutaj.
- Och, dziękuję! - wykrzyknęła Margaret i chcąc przeczytać list w samotności, przeprosiła gościa i wyszła pod pozorem sprowadzenia matki,
tłumacząc, że Sara z pewnością nie zrozumiała wydanego jej polecenia.
Gdy dziewczyna wyszła, pan Lennox zaczął w charakterystyczny dla siebie
badawczy sposób przyglądać się pomieszczeniu. W promieniach porannego
słońca mały salon wyglądał na tyle dobrze, na ile to było możliwe.
Środkowe okno w wykuszu było otwarte. Zza narożnika wychylały się pęki
róż i szkarłatnego kapryfolium, a niewielki trawnik porastały werbena i bodziszki we wszystkich kolorach tęczy. To bogactwo barw na zewnątrz
sprawiało jednak, że kolorystyka salonu wydawała się uboga i wyblakła.
Dywan nie był nowy, perkal nosił ślady częstego prania, a całe
mieszkanie sprawiało wrażenie mniejszego i bardziej zużytego, niż się
spodziewał, zwłaszcza jako tło i oprawa dla królewskiej Margaret.
Podniósł jedną z książek leżących na stole. To był Raj Dantego w starej włoskiej oprawie z białego złoconego welinu. Obok dostrzegł
słownik i kartkę z kilkoma słowami wynotowanymi przez Margaret - zwykła,
nieciekawa lista słówek, ale z jakichś względów odczuwał przyjemność,
spoglądając na nią. Po chwili z westchnieniem odłożył kartkę na stół.
Ich dochody są najwyraźniej tak małe, jak mówiła. Jakie to dziwne.
Przecież Beresfordowie to dobra rodzina.
Tymczasem dziewczyna odnalazła matkę. To był jeden z niedobrych dni pani
Hale, gdy wszystko wydawało się jej zbyt kłopotliwe i ciężkie do
zniesienia. Tak też potraktowała nagłe pojawienie się pana Lennoxa, choć
w głębi duszy pochlebiało jej, że uznał przyjazd do nich za wart fatygi.
- To bardzo niefortunne. Przecież obiad będzie dzisiaj tak wcześnie, a poza zimnym mięsem nic innego nie przygotowano, gdyż służba jest zajęta
prasowaniem. A oczywiście musimy go zaprosić, bo to w końcu szwagier
Edith i w ogóle. W dodatku ojciec jest dzisiaj w takim kiepskim
nastroju, zupełnie nie wiem, co go napadło. Byłam przed chwilą u niego i kiedy wchodziłam, siedział przy stole z twarzą ukrytą w dłoniach.
Powiedziałam mu, że z pewnością tutejsze powietrze nie służy mu ani
trochę lepiej niż mnie, ale nagle uniósł głowę i błagał, abym nic więcej
nie mówiła przeciw Helstone, bo on tego nie może znieść, gdyż jest ono
jedynym miejscem na ziemi, które kocha. Pomimo to jestem pewna, że to
powietrze jest wilgotne i szkodliwe.
Margaret poczuła, jakby gruba lodowata chmura zasłoniła przed nią
słońce. Cierpliwie wysłuchała tych narzekań, mając nadzieję, że matce
owe żale przyniosą ulgę, teraz jednak należało przyciągnąć uwagę pani
Hale z powrotem do osoby gościa.
- Papa lubi pana Lennoxa. Świetnie się rozumieli w czasie śniadania
weselnego. Jestem pewna, że jego przyjazd poprawi mu humor. I nie martw
się obiadem, mamo. Zimne mięso świetnie się nadaje na lunch, a pan
Lennox tak właśnie potraktuje nasz obiad o godzinie drugiej.
- Ale co my z nim poczniemy do tej pory? Teraz jest przecież dopiero
wpół do jedenastej.
- Zaproponuję mu, aby mi towarzyszył, gdy pójdę szkicować. Wiem, że on
też rysuje, i tym sposobem nie będziesz go miała na głowie. Tylko proszę
cię, chodź ze mną teraz do niego. To by się wydawało takie dziwne,
gdybyś do niego nie wyszła.
Pani Hale zdjęła swój czarny jedwabny fartuch i rozpogodziła się.
Wyglądała na bardzo atrakcyjną damę, gdy witała się z panem Lennoxem z serdecznością należną komuś, z kim łączyły ją więzy powinowactwa.
Wyraźnie spodziewał się zaproszenia do spędzenia u nich dnia i przyjął
je z takim entuzjazmem, że pani Hale zaczęła się zastanawiać, czy nie
byłaby w stanie dołożyć czegoś do zimnej wołowiny. Wszystko mu
odpowiadało: zachwycił się propozycją Margaret, aby poszli razem
szkicować, i za nic w świecie nie zgodził się, aby teraz przeszkadzać
panu Hale'owi, zwłaszcza wobec perspektywy spotkania się z nim przy
obiedzie. Dziewczyna przyniosła swoje przybory do rysowania, aby gość
mógł pośród nich znaleźć coś dla siebie, i kiedy papier oraz pędzle
zostały wybrane, obydwoje wyszli z domu w najweselszych nastrojach na
świecie.
- Proszę, przystańmy tu na minutę lub dwie - powiedziała Margaret. -
Właśnie te domki prześladowały mnie podczas owych dwóch tygodni deszczu
i wyrzucały mi, że ich nie narysowałam.
- Zanim się do końca zawalą i nic z nich nie pozostanie. Szczerze
mówiąc, jeśli mamy je narysować, a są rzeczywiście bardzo malownicze,
nie odkładajmy tego lepiej do przyszłego roku. Ale gdzie usiądziemy?
- Mógł pan przyjechać tu prosto z kancelarii w Temple, zamiast błąkać
się przez dwa miesiące w Szkocji. Proszę spojrzeć na ten wspaniały pień
- drwale pozostawili go w idealnie oświetlonym miejscu. Rozłożę na nim
mój pled i będzie z tego prawdziwy leśny tron.
- Tak, a ta kałuża będzie dywanikiem dla pani stóp. Proszę poczekać,
przesunę się i będzie pani mogła podejść bliżej. Kto mieszka w tych
domkach?
- Zostały wybudowane na dziko jakieś pięćdziesiąt lat temu. Jeden jest
niezamieszkany. Leśnicy zamierzają je rozebrać, kiedy tylko umrze stary
człowiek mieszkający w tej drugiej chatce. Biedaczyna! Ale proszę
spojrzeć, oto on. Podejdę i porozmawiam z nim. Jest tak głuchy, że
usłyszy pan wszystkie nasze sekrety.
Staruszek stał w słońcu tuż przed swym domkiem, z gołą głową, i opierał
się na lasce. Jego sztywne rysy rozluźniły się i rozpłynęły w powolnym
uśmiechu, gdy tylko Margaret podeszła do niego i zaczęła z nim
rozmawiać. Pan Lennox pospiesznie naszkicował te dwie postacie, a potem
ukończył pejzaż, stanowiący dla nich tło; tak przynajmniej zaobserwowała
panna Hale, gdy nadszedł czas, by wrócić do domu. Sprzątali po sobie
wodę i skrawki papieru, a gdy nawzajem zaprezentowali sobie swe dzieła,
dziewczyna śmiała się i rumieniła, natomiast pan Lennox przyglądał się
jej twarzy.
- To właśnie nazywam podstępem - skomentowała. - Nie przyszło mi do
głowy, że uwieczni pan Izaaka i mnie, kiedy na pana prośbę wypytywałam
go o historię tych chat.
- Nie mogłem się oprzeć. Nawet pani nie wie, jaka to była pokusa. I nie
ośmielę się wyznać, jak bardzo ten szkic mi się podoba.
Nie był całkowicie pewien, czy usłyszała to ostatnie zdanie, zanim
odeszła w stronę strumienia, by umyć swą paletę. Wróciła zaróżowiona,
ale poza tym wyglądała na idealnie niewinną i nieświadomą. Raczej go to
cieszyło, bo te słowa wymknęły mu się bez udziału woli, co było
ewenementem w wypadku kogoś tak dalekowzrocznie planującego swe
poczynania jak pan Henry Lennox.
Dom zaprezentował się korzystnie, gdy do niego dotarli. Chmury zniknęły
z czoła matki dzięki dwóm karpiom, które pojawiły się w najdogodniejszym
momencie za sprawą jednego z sąsiadów. Pan Hale wrócił ze swego
porannego obchodu i czekał na gościa przed furtką prowadzącą do ogrodu.
Mimo wytartego płaszcza i znoszonego kapelusza wyglądał na
stuprocentowego dżentelmena. Margaret była dumna z ojca. Zawsze ze
świeżą i czułą radością obserwowała, jakie pozytywne wrażenie wywierał
na nieznajomych. A jednak, gdy szybko obrzuciła wzrokiem jego twarz,
dostrzegła na niej ślady niezwyczajnego poruszenia, które wizyta pana
Lennoxa tymczasowo oddaliła, ale nie usunęła.
Pan Hale wyraził chęć obejrzenia ich szkiców.
- Odnoszę wrażenie, że te odcienie strzechy są zbyt ciemne, nie uważasz?
- zasugerował, zwracając córce jej pracę i wyciągając dłoń po rysunek
pana Henry'ego, który przez krótki moment zawahał się, zanim podał
kartkę panu Hale'owi.
- Nie, papo, myślę, że nie. Rojniki i rozchodniki bardzo pociemniały pod
wpływem deszczu. Czyż nie są podobne, papo? - spytała, zaglądając mu
ponad ramieniem, gdy oglądał postacie na rysunku pana Lennoxa.
- Tak, bardzo. Twoja figura i w ogóle cała postawa są wyśmienicie
oddane. A w ten dokładnie sztywny sposób stary Izaak garbi swe
zreumatyzmowane plecy. A cóż to zwisa z gałęzi? Bo przecież to nie
ptasie gniazdo.
- Och, to tylko mój czepek. Nie umiem rysować w czepku. Tak mi wtedy
gorąco w głowę. Zastanawiam się, czy potrafiłabym narysować ludzi. Tu
jest tyle osób, które chciałabym uwiecznić.
- Powiedziałbym, że z powodzeniem oddałaby pani owo podobieństwo, na
którym tak pani zależy - powiedział pan Lennox. - Głęboko wierzę w siłę
woli. Myślę, że udało mi się całkiem nieźle panią odmalować.
Pan Hale szedł w kierunku domu jako pierwszy, natomiast Margaret celowo
zwlekała, bo chciała zerwać róże i przybrać nimi do obiadu swą codzienną
suknię.
Panna z Londynu zrozumiałaby, co chciałem dać do zrozumienia, mówiąc to
- pomyślał pan Lennox. Doszukiwałaby się w każdym skierowanym do siebie
zdaniu ukrytego komplementu. Ale nie wierzę, by Margaret...
- Proszę poczekać! - zawołał. - Proszę pozwolić sobie pomóc.
Zebrał dla niej kilka aksamitnych szkarłatnych róż, których nie była w stanie sama dosięgnąć, i podzielił zebrany bukiet - dwa kwiaty zatrzymał
dla siebie i umieścił w butonierce, po czym zadowolony i szczęśliwy
oddał jej resztę, aby mogła je ułożyć.
Rozmowa przy obiedzie toczyła się spokojnie i przyjemnie. Obie strony
miały do siebie wiele pytań, było też sporo ostatnich wiadomości o włoskich wakacjach pani Shaw. Interesująca konwersacja, proste i wolne
od wszelkiej pretensji zachowanie gospodarzy, a nade wszystko sąsiedztwo
Margaret sprawiły, że pan Lennox zapomniał o owym uczuciu zawodu,
którego doznał, gdy zorientował się, że dziewczyna, opisując dochody
swego ojca jako bardzo skromne, mówiła prawdę i tylko prawdę.
- Margaret, dziecko, może zebrałabyś dla nas na deser kilka gruszek? -
zaproponował pan Hale, kiedy postawiono na stole oznakę gościnności w postaci świeżo zdekantowanej butelki wina.
Pani Hale poczuła się dotknięta. Gość mógł odnieść wrażenie, że deser
jest rzeczą niespotykaną i przez to improwizowaną na plebanii. Tymczasem
wystarczyłoby, aby mąż się odwrócił, i wtedy zobaczyłby biszkopty,
konfitury i mnóstwo innych rzeczy ustawionych zgodnie z regułami sztuki
na pomocniku. Ale pan Hale tak sobie wbił do głowy pomysł z gruszkami,
że nie mógł od tego odstąpić.
- Na południowym murze jest jeszcze trochę ber, tych brązowych
soczystych gruszek, które są warte wszystkich egzotycznych owoców i przetworów. Biegnij, Margaret, i przynieś nam kilka.
- Proponuję, byśmy przenieśli się do ogrodu i tam zjedli te gruszki -
powiedział pan Lennox. - Nie ma nic wspanialszego niż zatopić zęby w chrupiącym, soczystym owocu, ciepłym i pachnącym od słońca. Najgorsze
jest tylko to, że zuchwałe osy również roszczą sobie prawa do tych cudów
natury i potrafią zatruć człowiekowi nawet największą przyjemność.
Podniósł się, jakby chciał podążyć za Margaret, która wyszła przez
przeszklone drzwi, i czekał tylko na pozwolenie pani Hale. Gospodyni
wolałaby co prawda dokończyć obiad jak należy, z zachowaniem całego
ceremoniału, który dotychczas przebiegał tak gładko, zwłaszcza że razem
z Dixon wyciągnęły z kredensu owe szklane miseczki do opłukania palców,
aby mogła się zaprezentować jak przystało na siostrę wdowy po generale
Shaw. Jednakże, skoro jej mąż już się podniósł, aby towarzyszyć
gościowi, nie pozostało jej nic innego, jak tylko się poddać.
- Uzbroję się w nóż - stwierdził pan Hale - gdyż dni delektowania się
owocami w sposób, jaki pan zachwalał, minęły dla mnie bezpowrotnie.
Dopiero gdy pokroję je na ćwiartki, mogę się swobodnie nimi cieszyć.
Margaret przygotowała z liści buraków talerze do gruszek, zachwycających
swą złocistobrązową barwą. Pan Lennox częściej spoglądał na nią, niż na
owoce, natomiast pan Hale, zdecydowany wyczerpać do dna każdą kroplę
radości i doskonałości tej godziny, którą wykradł zmartwieniu, starannie
wybrał najbardziej dojrzałą berę, a potem delektował się nią i wolną
chwilą, siedząc na ogrodowej ławce. Margaret i pan Lennox przechadzali
się po niewielkiej, tarasowo ułożonej ścieżce wzdłuż południowego muru,
gdzie pszczoły nadal brzęczały i pilnie pracowały w ulach.
- Jakie doskonałe życie zdajecie się tu pędzić! Dotychczas zawsze
odczuwałem raczej wzgardę wobec poetów oraz tych ich życzeń: "Och,
gdybym miał maleńką chatkę za wzgórzami2" i temu podobnych
rzeczy, ale teraz obawiam się, że tak naprawdę nie jestem nikim więcej
jak tylko mieszczuchem. Dzisiaj poczułem, że dwadzieścia lat studiowania
prawa mogłoby zostać z naddatkiem wynagrodzone przez jeden rok takiego
doskonałego życia jak tutaj. Co za błękit nieba! - powiedział pan
Lennox, patrząc w górę. - I ten szkarłat lub bursztyn listowia. I do
tego ten idealny bezruch! - zachwycał się, wskazując na kilka olbrzymich
drzew, które okalały ogród, upodabniając go do gniazda.
- Zechce pan pamiętać, że to nasze niebo nie zawsze jest tak uroczo
błękitne jak teraz. Miewamy deszcze, a nasze liście opadają z drzew i wilgotnieją, choć i tak uważam, że Helstone jest najdoskonalszym
miejscem na ziemi. Proszę sobie przypomnieć, jak pewnego wieczoru na
Harley Street szydził pan z mojego opisu: "Wioska z bajki" - tak pan
powiedział.
- Szydzić, Margaret, to chyba za mocne słowo.
- Być może. Ale wtedy byłam przepełniona myślami o domu i chciałam z kimś o tym rozmawiać, a pan tymczasem... Jakiego słowa powinnam tu
użyć?... Wypowiadał się pan o Helstone tonem pozbawionym szacunku i sympatii, nadając mu miano wioski z bajki.
- Już nigdy więcej tego nie zrobię - zapewnił ją ciepło.
Doszli do narożnika i spacerowali dalej.
- Prawie bym sobie życzył, Margaret... - Zatrzymał się i zawahał.
Ta przerwa była tak niezwykła u tego elokwentnego zazwyczaj prawnika, że
zdziwiona dziewczyna spojrzała na niego pytająco. Ale prawie natychmiast
- choć nie potrafiłaby powiedzieć, co ją w nim zaniepokoiło - zapragnęła
znaleźć się przy matce, ojcu, gdziekolwiek, byle dalej od pana Lennoxa.
Czuła bowiem, że zamierza zadać jej pytanie, na które nie będzie umiała
odpowiedzieć. Już w następnej chwili jednak duma, której tyle w sobie
nosiła, pomogła jej pokonać nagłe wzburzenie i miała nadzieję, że jej
towarzysz niczego nie zauważył. Mogła, oczywiście, udzielić odpowiedzi,
i to właściwej. Czuła zresztą, że to wzdraganie się przed wysłuchaniem
go było niskie i niegodne jej, bo mogłoby świadczyć, że nie miała w sobie mocy, aby położyć kres tej sytuacji z całą swoją panieńską
godnością.
- Margaret - powiedział i niespodziewanie ujął jej dłoń, zmuszając tym
samym, by się zatrzymała i wysłuchała go. Ona tymczasem czuła łomot
serca i wyrzucała to sobie. - Margaret, wolałbym, aby nie kochała pani
Helstone aż tak bardzo, aby nie była tu pani aż tak spokojna i szczęśliwa. Przez te trzy miesiące liczyłem, że zastanę panią tęskniącą
za Londynem, za tamtejszymi przyjaciółmi, choć trochę żałującą tamtych
dni, tak aby wysłuchała pani z większą przychylnością - ona tymczasem
delikatnie, ale stanowczo usiłowała oswobodzić swą dłoń z jego uchwytu -
kogoś, kto nie ma zbyt wiele do zaoferowania, prawie nic poza
perspektywami na przyszłość. Ale ten ktoś kocha panią, i to właściwie
wbrew sobie. Margaret, zaskoczyłem panią? Proszę coś powiedzieć!
Widział, że jej usta drżą, jakby się miała rozpłakać. A ona zebrała
wszystkie siły, aby się uspokoić, i odezwała się dopiero, gdy odzyskała
panowanie nad głosem:
- Zaskoczył mnie pan. Nie sądziłam, że jest pan mną zainteresowany w ten
sposób. Zawsze myślałam o panu jako o przyjacielu i jeśli to możliwe,
chciałabym nadal tak o panu myśleć. Nie lubię, gdy ktoś do mnie mówi tak
jak pan w tej chwili. Nie mogę udzielić panu odpowiedzi, jakiej by pan
sobie życzył, choć będzie mi przykro, jeśli poczuje się pan urażony.
- Margaret - powiedział, patrząc jej prosto w oczy.
Napotkał jej otwarte spojrzenie, pełne teraz dobrej woli i niechęci do
zadawania bólu. "Czy pani kocha innego?" - zamierzał spytać, ale wydało
mu się, że takie pytanie byłoby obelgą dla nieskazitelnego spokoju tych
oczu.
- Wybacz mi, pani, działałem zbyt raptownie. Teraz spotyka mnie za to
kara. Daj mi tylko nadzieję. Daj mi tę słabą pociechę i powiedz, że nie
spotkałaś dotychczas nikogo, kogo mogłabyś... - Znowu przerwał. Nie był
w stanie dokończyć zdania. A Margaret ostro wyrzucała sobie, że stała
się przyczyną jego cierpienia.
- Ach! Jakże żałuję, że ten pomysł w ogóle przyszedł panu do głowy! Tak
się cieszyłam, mogąc myśleć o panu jako o przyjacielu.
- Ale czy mogę mieć nadzieję, Margaret, że pewnego dnia pomyślisz o mnie
jako o ukochanym? Nie teraz, oczywiście, nie ma pośpiechu, ale kiedyś?
Milczała przez pewien czas, próbując znaleźć w swym sercu prawdę, a potem odpowiedziała:
- Myślałam o panu tylko jako o przyjacielu. I lubię tak myśleć. Ale
jestem pewna, że nie byłabym w stanie traktować pana jako kogoś więcej.
Proszę, zapomnijmy oboje, że ta - "nieprzyjemna", zamierzała powiedzieć,
ale się powstrzymała - rozmowa miała w ogóle miejsce.
Przez chwilę nie odpowiadał, a gdy się odezwał, w jego głosie pojawił
się z powrotem typowy dla niego chłód:
- Oczywiście, skoro pani uczucia są tak zdecydowane, a cała ta rozmowa
okazała się dla pani tak nieprzyjemna, najlepiej będzie o niej
zapomnieć. Ten pomysł, aby zapomnieć o wszystkim, co bolesne, brzmi
świetnie w teorii, ale trudniej go będzie, przynajmniej mnie, wprowadzić
w życie.
- Jest pan rozdrażniony - zauważyła. - Co jednak mogę na to poradzić?
Mówiąc to, wyglądała na tak szczerze przejętą, że przez chwilę walczył
ze swym rozczarowaniem i w końcu udało mu się odpowiedzieć serdeczniej,
choć w jego głosie nadal pobrzmiewały twarde nuty:
- Powinna pani wziąć pod uwagę, że to jest zmartwienie i zawód nie tylko
dla człowieka zakochanego, ale w ogóle niestworzonego do romansu, kogoś
nazywanego przez otoczenie beznamiętnym i rozważnym, kto pod wpływem
pasji odstąpił od swych zwyczajów. Ale nie będziemy już o tym mówić. W każdym razie ten człowiek jeden jedyny raz dopuścił do głosu lepszą,
cieplejszą stronę swej natury i spotkało go odrzucenie oraz odmowa.
Muszę się podnieść na duchu, i to najlepiej, gardząc własnym
szaleństwem. Usiłujący się wybić adwokat wymyślił sobie, że się ożeni.
Margaret nie mogła na to odpowiedzieć. Cały ton tej wypowiedzi ją
zirytował. Wydawało się, że te słowa poruszyły i przywołały wszystkie
rozbieżności między nimi, które często ją od pana Lennoxa odpychały,
choć na Harley Street był przecież najmilszym towarzyszem, najbardziej
współczującym przyjacielem, najlepiej ze wszystkich rozumiejącym ją
człowiekiem. Na tę myśl poczuła, aż do bólu, że musiała mu odmówić,
wmieszała się jednak odrobina zadowolenia i jakby ulgi. Jej piękne wargi
wygięły się z pewnym lekceważeniem. Dobrze się stało, że właśnie
zakończyli rundę wokół ogrodu i wpadli niespodziewanie na pana Hale'a, o którym zupełnie zapomnieli. Nie skończył jeszcze swojej gruszki -
delikatnie ją obierał, uzyskując jeden długi skrawek skórki o grubości
cynfolii, a czynność tę wykonywał nieśpiesznie i z pełnym
zaangażowaniem. Przypominało to bajkę o wschodnim władc3y, który
na polecenie mędrca zanurzył głowę w misie z wodą i zanim ją wyjął,
przed oczami przebiegło mu całe życie. Margaret doznała wstrząsu,
całkowitej przemiany, zanim upłynęło tyle czasu, by ojciec zdążył zjeść
owoc. Czuła się ogłuszona i nie potrafiła odzyskać panowania nad sobą na
tyle, aby wziąć udział w trywialnej konwersacji, która wywiązała się
między jej ojcem a panem Lennoxem. Dziewczyna była poważna i nie miała
najmniejszej ochoty na rozmowę. Myślała o jednym - kiedy Henry wreszcie
się pożegna i zostawi ją samą, aby mogła spokojnie przemyśleć wydarzenia
ostatniego kwadransa. On marzył o odjeździe co najmniej tak samo
niecierpliwie jak ona, ale kilka minut lekkiej i niedbałej pogawędki,
niezależnie od tego, ile by go kosztowało, było niezbędne dla jego
urażonej próżności i zachowania resztek szacunku do siebie. Od czasu do
czasu rzucał okiem na smutną i zamyśloną twarz Margaret.
Nie jestem jej tak całkiem obojętny, jak jej się wydaje - pomyślał. Nie
wolno mi tracić nadziei.
Zanim upłynął kwadrans, w jego wypowiedziach pojawił się lekki sarkazm,
a o życiu w Londynie i na wsi mówił tak, jakby był świadom swych
szyderstw, ale też jakby się ich obawiał. Pan Hale był skonfundowany.
Jego gość nagle okazał się innym człowiekiem niż ten, z którym rozmawiał
podczas weselnego śniadania i dzisiejszego obiadu. To był powierzchowny,
błyskotliwy światowiec i jako taki stał się dla proboszcza kimś obcym.
Cała trójka poczuła ulgę, gdy oświadczył, że musi się natychmiast
pożegnać, jeżeli chce zdążyć na pociąg o godzinie piątej. Udali się do
domu i szukali pani Hale, aby mógł się także z nią pożegnać. W ostatniej
chwili przed odjazdem poprzez świeżo powstałą skorupę przedarł się
prawdziwy Henry Lennox.
- Margaret, niech pani mną nie gardzi. Ja naprawdę mam serce, pomimo to,
co tu mówiłem. A na dowód proszę mi uwierzyć, że kocham panią jeszcze
bardziej niż przedtem... o ile nie nienawidzę pani za to lekceważenie, z którym słuchałaś mnie przez ostatnie pół godziny. Do widzenia, Margaret.
Margaret!
IV. Wątpliwości i kłopoty
ROZDZIAŁ IV
Wątpliwości i kłopoty
Choćbyś mnie rzucił na brzeg pusty, Panie,
Jak okręt burzą strzaskany,
Gdzie wciąż się srożą morskie bałwany,
A wicher wyje nieubłaganie,
Kiedy Tyś ze mną, nic się nie stanie.
William Habington, Castara,
przeł. Joanna Puchalska
Odjechał. Dom zamknięto na noc. Nie było już błękitu nieba, nie było
szkarłatnych ani bursztynowych barw. Margaret weszła na górę, aby się
przebrać do herbaty, i znalazła Dixon w kiepskim humorze z powodu
zamieszania, jakie wywołał przyjazd gościa w tak pracowity dzień.
Okazywała swe niezadowolenie, szarpiąc złośliwie włosy Margaret podczas
czesania, co tłumaczyła koniecznością jak najszybszego udania się do
pani Hale; była to chyba jednak tylko wymówka, bo potem dziewczyna
bardzo długo musiała czekać na matkę w salonie. Niezapalone świece stały
na stole, a ona siedziała sama przy kominku i przebiegała myślą
wydarzenia dnia: rozkoszny spacer w lesie, miłe rysowanie, serdeczna
atmosfera przy obiedzie i nieprzyjemny, żałosny spacer w ogrodzie.
Jak bardzo mężczyźni różnią się od kobiet! Podczas gdy ona siedziała
poruszona i nieszczęśliwa, bo jej instynkt i uczciwość wymagały, aby
odmówiła, on, krótko po odrzuceniu jego propozycji, która winna być
najważniejszą i najświętszą w życiu, potrafił rozmawiać, jakby wygrane
sprawy sądowe, sukces i komfortowy dom oraz grono miłych znajomych były
wszystkim, czego pożądał. Ach, jak bardzo potrafiłaby go kochać, gdyby
był inny! Ale po zastanowieniu się zrozumiała, że był właśnie taki z powodów, które tkwią w nim bardzo głęboko. Potem jednak tłumaczyła
sobie, że jego zachowanie w czasie ostatniej rozmowy skrywało gorycz
zawodu, który z pewnością odczuwałaby i ona, gdyby to jej uczucie
zostało odrzucone.
Matka weszła do salonu, zanim Margaret zdołała opanować wirujące myśli i przywrócić w nich jakikolwiek ład. Szybko jednak została zmuszona do
otrząśnięcia się ze wspomnień wydarzeń i słów wypowiedzianych minionego
dnia i zamienienia się we współczującego słuchacza. Najpierw dowiedziała
się o oburzeniu Dixon z powodu ponownego przypalenia podkładu do
prasowania, a potem wysłuchała opowieści o tym, jak Susan Lightfoot
paradowała ze sztucznymi kwiatami przypiętymi do czepka, dając tym dowód
swej próżności i frywolnego charakteru. Pan Hale sączył herbatę w roztargnionym milczeniu, pozostawiając Margaret obowiązek udzielania
matce odpowiedzi. Zastanawiała się przy tym, jak jej rodzice mogli tak
szybko i bez śladu zapomnieć o swym dzisiejszym gościu, nawet nie
wspominając jego imienia. Nie pamiętała zapewne, że to nie im pan Lennox
się oświadczył.
Po herbacie pan Hale podniósł się i stał przy kominku, z łokciem opartym
na gzymsie i głową spoczywającą na dłoni, wyraźnie zamyślony. Od czasu
do czasu głęboko wzdychał. Pani Hale wyszła, aby ustalić z Dixon
szczegóły przekazania odzieży zimowej dla biednych, a Margaret
przygotowywała dla matki jej robótkę z wełny czesankowej i aż kurczyła
się w sobie na myśl o długim wieczorze. Marzyła, aby nadszedł już czas
pójścia do łóżka, gdzie będzie mogła ponownie przemyśleć wydarzenia
dnia.
- Margaret! - odezwał się w końcu pan Hale z tak nagłą desperacją, że
jego córka aż drgnęła. - Czy te plecionki są pilną sprawą? Chodzi mi o to, czy możesz je zostawić i pójść ze mną do biblioteki? Chcę z tobą
porozmawiać o czymś bardzo ważnym dla nas wszystkich.
"Bardzo ważnym dla nas wszystkich". Pan Lennox nie miał okazji do
odbycia na osobności rozmowy z jej ojcem po tym, jak mu odmówiła swej
ręki, nie chodziło więc o to. W pierwszej chwili Margaret poczuła się
winna i zawstydzona, że stała się dorosłą kobietą braną pod uwagę w kwestiach matrymonialnych, a zaraz potem uświadomiła sobie, że ojciec
może być niezadowolony z podjęcia przez nią decyzji bez konsultacji z nim. Szybko jednak odrzuciła te myśli, gdy zrozumiała, że to nie owo
ostatnie, nagłe wydarzenie wywołało niepokój i dręczące wątpliwości, o których ojciec życzył sobie z nią pomówić. W bibliotece pan Hale
poruszył ogień, palcami zgasił świece i kilkakrotnie westchnął, zanim
zebrał myśli na tyle, by przemówić. W końcu wyrzucił to z siebie z jękiem:
- Margaret, zamierzam opuścić Helstone.
- Opuścić Helstone, papo!? Ale dlaczego?
Nie odpowiedział od razu. Zmieszany, przekładał nerwowo jakieś papiery
na stole, kilkakrotnie otwierał usta, aby coś powiedzieć, ale zamykał je
ponownie, nie mając dość odwagi, by wyrzec choć jedno słowo. Margaret
nie mogła znieść widoku jego napięcia, które dla ojca było jeszcze
bardziej przykre niż dla niej.
- Ale dlaczego, papo kochany? Powiedz mi!
Nagle spojrzał na nią i odpowiedział wolno i z pełnym mocy spokojem:
- Ponieważ nie mogę być dłużej kapłanem Kościoła anglikańskiego.
Margaret była pewna, że ojca spotkał w końcu jeden z owych upragnionych
przez matkę awansów, i to zmusza go, by opuścił piękne, umiłowane
Helstone i zamieszkał przy którymś z tych dostojnych, cichych
dziedzińców, jakie od czasu do czasu widywała w miastach katedralnych.
Były to poważne i imponujące miejsca, ale jeśli przeniesienie się tam
miało oznaczać opuszczenie domu w Helstone na zawsze, to byłoby tylko
przygnębiającą zmianą i w konsekwencji uporczywym bólem. Nic jednak nie
mogło się równać z szokiem, jakiego doznała po ostatniej wypowiedzi pana
Hale'a. Co to mogło oznaczać? Tajemniczość tej decyzji tylko potęgowała
jej zdenerwowanie. Poruszał ją widok ojca, pełnego żałości i cierpienia,
jakby błagał własne dziecko o miłosierny i sprawiedliwy sąd. Naraz
poczuła mdłości. Czyżby został wmieszany w coś, co zrobił Frederick?
Przecież jej brat był wyjęty spod prawa. Czyżby ojciec, z powodu
naturalnej miłości do syna, dopuścił się...
- Och! Dlaczego? Powiedz, ojcze! Powiedz mi wszystko! Dlaczego już nie
możesz być duchownym? Z pewnością, jeśli biskupowi doniesiono o Fredericku, i ciężki, niesprawiedliwy...
- To nie ma żadnego związku z Frederickiem. Biskup też nie ma z tym nic
wspólnego. To ja sam. Margaret, wszystko ci opowiem. Odpowiem na każde
twoje pytanie ten jeden raz, ale później nie wracajmy już do tego.
Poniosę wszelkie konsekwencje swych bolesnych, ponurych wątpliwości, ale
mówienie o tym, co przysporzyło mi tyle cierpienia, jest ponad moje
siły.
- Wątpliwości, ojcze!? Wątpliwości w kwestiach religijnych?! -
wykrzyknęła Margaret wstrząśnięta jak nigdy dotąd.
- Nie! Nie wątpliwości w kwestiach religijnych. Żadnej najmniejszej
rysy, jeśli chodzi o wiarę. - Przerwał, a jego córka westchnęła, jakby
zatrzymała się na samej krawędzi nowej okropności. On zaś zaczął mówić
prędko, niczym ktoś, kto chce jak najszybciej dotrzeć do wyznaczonego
sobie celu. - Nie zrozumiesz tego wszystkiego, co ci opowiem... te lata
pełne niepokoju, czy powinienem pozostawać na tym stanowisku... moje
wysiłki, by stłumić ciągłe wątpliwości siłą autorytetu Kościoła. Och,
Margaret, jak ja kocham ten święty Kościół, z którego mam być
wykluczony. - Przez chwilę nie był w stanie mówić dalej.
Margaret zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. Wszystko to wydawało jej
się tak strasznie niejasne, jakby ojciec postanowił przejść na
mahometanizm.
- Czytałem dzisiaj o owych dwóch tysiącach wiernych, którzy zostali
usunięci ze swych kościołów - kontynuował pan Hale z bladym uśmiechem -
i próbowałem przejąć choć trochę ich odwagi. Ale to bez sensu. Bez
sensu. To dla mnie takie bolesne.
- Ale, papo, czy ty to dobrze rozważyłeś? Och, to takie okropne, takie
szokujące - powiedziała Margaret, nagle wybuchając płaczem. Jedyna
stabilna podstawa jej domu, idei ukochanego ojca, zdawała się trząść i przewracać. Co miała powiedzieć? Co można było poradzić?
Na widok jej rozpaczy pan Hale zebrał się w sobie, by ją pocieszyć.
Przełknął suche, dławiące go łkanie wydobywające się prosto z serca i podszedł do szafki z książkami, z której wyjął tom stanowiący w ostatnim
czasie jedną z jego podstawowych lektur. To właśnie z tej książki
czerpał siłę, aby przyjąć kurs, którym teraz podążał.
- Posłuchaj, kochana Margaret - powiedział, obejmując ją w pasie.
Ujęła w swe ręce jego dłoń i mocno ścisnęła, ale nie potrafiła podnieść
głowy i spojrzeć na niego. Nie mogła też wysłuchać uważnie tego, co jej
czytał. Była zbyt wzburzona.
- To monolog napisany przez człowieka, który kiedyś był, tak jak ja,
duchownym w wiejskiej parafii. Autorem jest niejaki pan Oldfield,
proboszcz w Carsington w Derbyshire, a napisał to ponad sto
sześćdziesiąt lat temu. Wtedy czas jego próby się skończył. Stoczył
ciężką walkę. - Te dwa ostatnie zdania pan Hale powiedział ciszej, jakby
mówił sam do siebie. A potem przeczytał na głos:
"Jeśli już dłużej nie możesz kontynuować swej pracy, nie obrażając Boga,
nie dyskredytując religii, nie rezygnując z wierności sobie, nie raniąc
sumienia, nie niszcząc pokoju i nie narażając się na utratę zbawienia,
jednym słowem, jeśli warunki, na których musiałbyś, o ile chciałbyś,
dalej pracować, są grzeszne i pozbawione łaski Boga, możesz, a raczej
musisz uwierzyć, że Nasz Pan twoje milczenie, twoje zawieszenie,
wycofanie i odstąpienie przekształci ku chwale swojej i Ewangelii. Bóg
użyje cię w taki lub inny sposób. Duszy, która pragnie Mu służyć i Go
wielbić, nigdy nie zabraknie po temu okazji. Nie ograniczaj wielkości
Naszego Pana myślą, że znajdzie On tylko jedną drogę, na której możesz
głosić Jego chwałę. Może to osiągnąć i przez twe milczenie tak samo jak
przez twe modlitwy, przez twe wycofanie tak samo jak przez twą pracę.
Jest fałszem twierdzenie, że najlepiej służymy Bogu, gdy wypełniamy
najcięższe obowiązki, jeśli to twierdzenie ma usprawiedliwiać
najmniejszy grzech, nawet gdy ten grzech zawiera się w tej służbie lub
daje okazję do spełnienia obowiązku. Nie otrzymasz dziękczynienia, jeśli
zostaniesz oskarżony o deptanie boskiej chwały i o łamanie twych ślubów
pod pozorem, że jest to niezbędne, byś mógł kontynuować swą służbę
Kościołowi".
Gdy tak to czytał, przebiegając wzrokiem to, co omijał, utwierdzał się w swych przekonaniach i czuł, że także potrafiłby się zdobyć na odwagę i stałość, aby działać w zgodzie z własnym sumieniem. Ale gdy zamilkł i usłyszał konwulsyjny szloch córki, cała jego odwaga zniknęła wobec
przenikliwego cierpienia.
- Margaret, dziecko! - zawołał, przyciągając ją bliżej. - Pomyśl o pierwszych męczennikach, pomyśl o owych tysiącach, którzy cierpieli za
swe przekonania.
- Ale, ojcze - odrzekła, unosząc nagle zarumienioną i mokrą od łez twarz
- oni cierpieli za prawdę, podczas gdy ty... och, papo, papo!
- Ja cierpię za sumienie, dziecko - powiedział z godnością, mimo że
drżał przy tym, co nie dziwiło, biorąc pod uwagę jego nadwrażliwość. -
Muszę postąpić tak, jak mi nakazuje sumienie. Zbyt długo znosiłem własne
wyrzuty i każdy inny człowiek, nie tak ospały i tchórzliwy jak ja, już
dawno by się zbuntował. - Potrząsnął głową ze smutkiem i mówił dalej: -
Najgorętsze marzenie twojej biednej matki zostanie spełnione z ową
przewrotną kpiną losu, z jaką zbyt gorące pragnienia się ziszczają. Jak
jabłko Sodomy, na zewnątrz piękne, ale w środku jest tylko popiół. To
jej życzenie doprowadziło w końcu do przesilenia, za które powinienem
być i jestem, mam nadzieję, wdzięczny. Niecały miesiąc temu biskup
zaproponował mi lepsze beneficjum. Gdybym je przyjął, musiałbym
publicznie odnowić deklarację Trzydziestu Dziewięciu Artykułów
Wiar4y. Próbowałem, Margaret, próbowałem odsunąć ten dylemat, po
prostu odrzucając awans i pozostając tu, tłamsząc me sumienie, tak jak
je do tej pory naginałem. Niech mi Bóg wybaczy.
Podniósł się i spacerował po pokoju, cichym głosem wypowiadając pod
swoim adresem słowa wyrzutu i poniżenia, z których córka na szczęście
usłyszała tylko kilka. W końcu powiedział:
- Margaret, wracam do tej smutnej troski, od której zacząłem. Musimy
opuścić Helstone.
- Tak. Rozumiem. Ale kiedy?
- Napisałem do biskupa. Wydawało mi się, że ci o tym mówiłem, ale o wszystkim teraz zapominam - powiedział pan Hale, wpadając w przygnębienie, gdy tylko zaczął mówić o szczegółach twardej
rzeczywistości. - Poinformowałem go o moim zamiarze opuszczenia parafii.
Był bardzo łaskawy i uprzejmy, argumentował i przestrzegał, ale na
próżno, zupełnie na próżno. Przecież ja sam wypróbowałem to wszystko na
sobie. Daremnie. Będę musiał wziąć mój akt rezygnacji i osobiście
zawieźć go biskupowi, by się z nim pożegnać. To będzie kolejna próba,
ale gorsze, znacznie gorsze jest to, że muszę się rozstać z moimi
parafianami. Wyznaczono wikarego, który będzie czytał modlitwy. Jest to
niejaki pan Brown i przyjedzie jutro. Ja natomiast w następną niedzielę
wygłoszę kazanie pożegnalne.
A więc to ma być tak szybko? - pomyślała Margaret. Choć może to i lepiej. Zwlekanie tylko zaostrzyłoby ból. Chyba lepiej, że tak nagle
została uderzona niby obuchem planami wprowadzanych zmian, których
prawie dokonano, zanim się o nich dowiedziała.
- Co na to wszystko mama? - spytała, wzdychając.
Ku jej zaskoczeniu ojciec nie odpowiedział od razu, tylko znowu zaczął
chodzić po pokoju. W końcu się zatrzymał i odrzekł:
- Margaret, jestem wielkim tchórzem. Nie umiem zadawać bólu. Wiem
doskonale, że małżeństwo ze mną okazało się nie tym, na co twoja matka
miała nadzieję, czego miała prawo oczekiwać. A to będzie dla niej taki
cios, że nie miałem serca... nie miałem siły, aby jej o tym powiedzieć.
Nie można jednak dłużej zwlekać. Ona musi się dowiedzieć. - Popatrzył ze
smutkiem na córkę.
Margaret aż osłabła na myśl, że matka o niczym nie wie, gdy tymczasem
sprawa jest tak zaawansowana.
- Tak. Naprawdę musi się dowiedzieć - przytaknęła. - Być może, mimo
wszystko, ona nie... ależ tak, z pewnością tak, będzie zaszokowana. -
Siła ciosu wróciła do dziewczyny, gdy próbowała sobie wyobrazić, jak jej
matka mogłaby przyjąć decyzję męża. - Ale dokąd się przeniesiemy? -
spytała wreszcie, uderzona nagle sprawą ich przyszłego bytu, o ile jej
ojciec miał w ogóle jakieś plany.
- Do Północnego Milton - odpowiedział z głuchą apatią. Zauważył, że choć
dzięki swej miłości córka stanęła po jego stronie i przez moment
usiłowała go uspokoić, jej rana była świeża, głęboka i bolesna.
- Północne Milto5n! To przemysłowe miasto w Darkshire?
- Tak - potwierdził ojciec, zobojętniały i przybity.
- Ale dlaczego tam, papo? - spytała.
- Ponieważ tam jestem w stanie zarobić na chleb dla mojej rodziny.
Ponieważ nikogo tam nie znam, nikt tam nie słyszał o Helstone i nikt nie
będzie chciał ze mną rozmawiać... o tym.
- Chleb dla rodziny! A ja myślałam, że ty i mama macie... - Nagle się
zatrzymała, powściągając swe naturalne zainteresowanie ich wspólną
przyszłością, gdy zobaczyła, że czoło ojca posępnieje. On jednakże,
dzięki swej zdolności współodczuwania, od razu wyczytał w jej twarzy jak
w lustrze odbicie własnego przygnębienia, i dla niej spróbował się choć
trochę rozchmurzyć.
- Wszystko ci opowiem, Margaret. Pomóż mi tylko poinformować matkę, bo
to jest ponad moje siły. Sama myśl o jej rozpaczy przyprawia mnie o chorobę z przerażenia. Jeśli wszystko ci opowiem, być może uda ci się
przekazać jej to jutro. Nie będzie mnie przez cały dzień, bo chcę się
pożegnać z farmerem Dobsonem i tymi biedakami na Bracy Common. Czy
wielką niechęcią napawa cię myśl o poinformowaniu o wszystkim matki,
Margaret?
Napawało ją to tak wielkim przerażeniem, że aż się kurczyła w sobie.
Drżała bardziej niż kiedykolwiek w dotychczasowym życiu i nie mogła
nawet od razu ojcu odpowiedzieć. Widząc to, rzekł:
- Bardzo tego nie chcesz, prawda?
Ona się jednak przemogła i z pogodnym zdecydowaniem na twarzy
odpowiedziała:
- To będzie trudne, ale konieczne. I zrobię to najlepiej, jak potrafię.
Ty i tak, ojcze, masz mnóstwo innych bolesnych spraw do załatwienia.
Pan Hale potrząsnął głową z przygnębieniem i ścisnął jej dłoń w przypływie wdzięczności. Margaret zaś ponownie poczuła się tak
zrozpaczona, że z trudem opanowała wybuch płaczu. Aby zająć czymś myśli,
powiedziała:
- Teraz powiedz mi, papo, jakie mamy plany. Wiem, że ty i mama macie
jakieś pieniądze niezależnie od dochodu z prebendy, prawda? Tak jak
ciotka Shaw?
- Tak, mamy około stu siedemdziesięciu funtów na rok własnych pieniędzy,
z czego siedemdziesiąt przekazujemy Frederickowi, od kiedy jest za
granicą. Nie wiem, czy on tyle potrzebuje - mówił z wahaniem w głosie. -
Musi przecież dostawać coś za służbę w hiszpańskiej armii.
- Frederickowi nie może niczego braknąć w obcym kraju - stwierdziła
zdecydowanie Margaret - skoro w ojczyźnie potraktowano go tak
niesprawiedliwie. Pozostaje zatem sto funtów. Czy nie moglibyśmy żyć we
trójkę za tę kwotę w jakimś bardzo tanim i bardzo cichym zakątku Anglii?
Jestem pewna, że tak.
- Nie - odpowiedział ojciec. - To by mi nie odpowiadało. Muszę coś
robić. Muszę się czymś zająć, aby nie dopuścić do siebie niezdrowych,
dręczących myśli. Pobyt na wsi boleśnie przypominałby mi o Helstone i o moich dawnych obowiązkach, a tego bym nie zniósł, Margaret. A poza tym
sto funtów na rok, po opłaceniu kosztów związanych z utrzymaniem domu,
nie pozwoliłoby na zapewnienie twojej matce wygód, do których jest
przyzwyczajona i do których ma prawo. Nie, musimy pojechać do Milton. To
postanowione. Podejmuję lepsze decyzje sam, gdy nie działam pod wpływem
tych, których kocham - stwierdził, jakby przepraszając za to, że
wszystko ustalił, zanim powiadomił rodzinę o swych zamiarach. - Jeśli
ktoś mi podsuwa inne rozwiązania, od razu robię się niezdecydowany.
Margaret postanowiła zachować milczenie. W końcu jakie miało znaczenie,
dokąd się przeniosą, wobec tej jednej okropnej zmiany - zmiany jego
poglądów?
Pan Hale kontynuował:
- Kilka miesięcy temu, kiedy udręka zwątpienia stała się nie do
zniesienia, napisałem do pana Bella. Pamiętasz go, Margaret?
- Nie, myślę, że nigdy go nie spotkałam. Ale oczywiście wiem, kim jest.
To ojciec chrzestny Fredericka, twój dawny opiekun w Oxfordzie, prawda?
- Zgadza się. Jest tam członkiem kolegium Plymouth, ale wydaje mi się,
że pochodzi właśnie z Północnego Milton. W każdym razie ma tam dużą
posiadłość, której wartość bardzo wzrosła, odkąd Milton stało się dużym
miastem przemysłowym. Miałem powody przypuszczać... powody, by
wierzyć... zresztą lepiej nie będę o tym mówił. Byłem pewien jego
sympatii dla mnie, ale nie mogę powiedzieć, by udzielił mi wsparcia w moich dylematach. Całe życie spędził bez żadnych wstrząsów w swoim
kolegium. Teraz jednak był dla mnie tak uprzejmy, jak to tylko możliwe.
I to jemu zawdzięczamy nasz wyjazd do Milton.
- Jak to? - spytała Margaret.
- Bo ma tam dzierżawców, domy i fabryki. Chociaż nie lubi tego miejsca,
zbyt gwarnego i ruchliwego jak na kogoś o jego przyzwyczajeniach, jest
zmuszony utrzymywać tam pewne stosunki. I powiadomił mnie, że z tego, co
słyszał, jest tam zapotrzebowanie na prywatnego nauczyciela.
- Prywatny nauczyciel! - zawołała Margaret i spytała z pogardą: - A co
ci fabrykanci mogą mieć wspólnego z klasyką, z literaturą, z obyciem
dżentelmena?
- Och - odpowiedział ojciec - niektórzy z nich wydają się przyzwoitymi
ludźmi, świadomymi własnych braków, bardziej niż wielu w Oxfordzie.
Niektórzy są zdecydowani podjąć naukę, mimo że osiągnęli wiek męski, a inni chcą, aby ich dzieci się uczyły, skoro oni sami nie mieli tej
szansy. W każdym razie, tak jak powiedziałem, jest tam miejsce dla
prywatnego nauczyciela. Pan Bell zarekomendował mnie niejakiemu panu
Thorntonowi, swemu dzierżawcy i, jak wnoszę z jego listów, bardzo
inteligentnemu człowiekowi. W Milton, Margaret, będę wiódł życie bardzo
pracowite, jeśli nawet nie szczęśliwe, a wśród innych ludzi i w nowym
otoczeniu nic nie będzie przypominało mi Helstone.
To był ten ukryty motyw. Margaret to odgadła, bo sama żywiła podobne
uczucia. Tam jest inaczej. Tamto miasto, nieodpowiadające jej jako
miejsce do życia, prawie nienawistne z tym wszystkim, co słyszała o północy Anglii, o przemysłowcach, ludziach, o dzikim i ponurym kraju,
miało jedną podstawową zaletę - było zupełnie różne od Helstone i nigdy
nie będzie im przypominało o ich ukochanym miejscu na ziemi.
- Kiedy jedziemy? - spytała po chwili.
- Jeszcze nie wiem dokładnie. Chciałem to z tobą przedyskutować. Mówiłem
ci, że matka jeszcze o niczym nie wie. Ale myślę, że powinniśmy wyjechać
w ciągu dwóch tygodni. Kiedy moja rezygnacja zostanie przyjęta, nie będę
miał prawa tu pozostawać.
Ten termin ogłuszył Margaret.
- W ciągu dwóch tygodni!
- Nie mówię, że dokładnie co do dnia. Nic nie jest jeszcze ustalone -
dopowiedział pan Hale szybko, ale z pełnym niepokoju wahaniem, bo
zauważył, że oczy córki zamgliły się smutkiem, a cała twarz zaczęła się
mienić.
Margaret błyskawicznie przywołała się do porządku.
- Tak, ojcze, masz rację, najlepiej załatwić to szybko i zdecydowanie.
Tylko że mama nic jeszcze nie wie! To chyba najgorszy kłopot.
- Biedna Maria! - powiedział czule pan Hale. - Biedna, biedna Maria!
Och, gdybym nie był żonaty, gdybym był sam na świecie, jakie to wszystko
byłoby łatwe! Ale tak... Margaret, nie ośmielę się jej tego powiedzieć!
- Nie - odpowiedziała dziewczyna ze smutkiem. - Ja to zrobię. Tylko daj
mi czas do jutra wieczorem, abym wybrała odpowiedni moment. Och ojcze! -
krzyknęła z nagłym gorączkowym błaganiem. - Powiedz, powiedz mi, że to
tylko nocny koszmar, okropny sen, powiedz, że to się nie dzieje
naprawdę. Niemożliwe, żebyś zamierzał opuścić Kościół, oddać Helstone,
odseparować się na zawsze ode mnie, od mamy, zwiedziony jakimś
urojeniem, jakąś pokusą. Niemożliwe, abyś to właśnie zamierzał!
Podczas tej przemowy ojciec siedział sztywno i nieruchomo. A potem
spojrzał jej w twarz i ochrypłym głosem odpowiedział wolno, ważąc każde
słowo:
- To właśnie zamierzam. Nie oszukuj się, wątpiąc w prawdziwość moich
słów, w moje utrwalone zamiary i postanowienia. - Przez jakiś czas
patrzył na nią w milczeniu nieruchomym, kamiennym wzrokiem.
Odpowiedziała mu błagalnym spojrzeniem, ale po chwili dotarło do niej,
że to, co oznajmił, jest nieodwołalne. Wtedy się podniosła i ruszyła w stronę drzwi. Bez słowa, bez spojrzenia. Gdy położyła dłoń na gałce,
zawołał ją. Stał przy kominku, skurczony, zgarbiony, ale kiedy cofnęła
się w jego kierunku, wyprostował się i kładąc dłonie na jej głowie,
powiedział uroczyście:
- Niech boże błogosławieństwo będzie z tobą, moje dziecko!
- I niech cię zachowa dla swego Kościoła - odpowiedziała z głębi serca.
I od razu zdjął ją lęk, aby nie uznał jej odpowiedzi za lekceważącą,
niewłaściwą, aby nie poczuł się dotknięty, że tak odpowiedziała mu
córka. Zarzuciła mu ramiona na szyję, a on przytrzymał ją przez chwilę
przy sobie. Słyszała, jak mruczał do siebie:
- Męczennicy musieli znieść jeszcze więcej bólu. Nie cofnę się.
Byli zaskoczeni, gdy usłyszeli panią Hale pytającą o córkę. Oderwali się
od siebie z pełną świadomością tego, co ich czeka. Ojciec przypomniał
pospiesznie:
- Idź, Margaret, idź. Jutro mnie nie będzie. Do wieczora musisz
powiedzieć o wszystkim matce.
- Tak - odrzekła i wróciła do salonu, oszołomiona i zdezorientowana.
V. Postanowienie
ROZDZIAŁ V
Postanowienie
Błagam Cię o rozważną miłość,
Mądrą nieustannym staraniem,
By szczęście przyjmować radosnym uśmiechem,
By umieć osuszyć łzy.
I błagam o serce niepamiętające o sobie,
Zdolne pocieszać i współczuć.
Anna Laetitia Waring, fragment hymnu
Margaret wysłuchała wszystkich planów matki dotyczących sposobów
udzielenia pomocy biedniejszym parafianom. Nie umiała nie słuchać, choć
każdy nowy projekt był jak cios sztyletem w jej serce. Kiedy nadejdą
mrozy, będą już daleko od Helstone. Reumatyzm starego Simona będzie mu
nadal dokuczał, a jego wzrok jeszcze się pogorszy, ale nie będzie
nikogo, kto by go odwiedził i mu poczytał, nikogo, kto wesprze go
kokilką bulionu i solidną czerwoną flanelą. A jeśli nawet znajdzie się
ktoś taki, będzie obcy, i staruszek nadaremnie będzie wypatrywał
Margaret. Mały kaleki synek Mary Domville na próżno dowlecze się do
drzwi, czekając na nią idącą przez las. Ci biedni przyjaciele nigdy nie
zrozumieją, dlaczego ich opuściła. A poza nimi jest wielu innych.
"Ojciec zawsze wydawał cały dochód pochodzący z prebendy. Pewnie
naruszam nasz i tak skromny fundusz, ale zima będzie najprawdopodobniej
surowa i musimy tym biedakom pomóc".
- Och mamo, zróbmy wszystko, co tylko możemy - żarliwie poprosiła
Margaret, ignorując głos rozsądku, za to chwytając się kurczowo myśli,
że po raz ostatni udzielą takiej pomocy. - Nie wiadomo, jak długo tu
jeszcze będziemy.
- Źle się czujesz, moja kochana? - spytała pani Hale z niepokojem,
opacznie rozumiejąc aluzję córki co do niepewności ich pobytu w Helstone. - Jesteś blada i wyglądasz na zmęczoną. To wszystko przez to
wilgotne, niezdrowe powietrze.
- Nie, mamo, to nie tak. Powietrze jest tu cudowne, aromatyczne. Pachnie
tak czysto i świeżo, zwłaszcza w porównaniu z zadymioną Harley Street.
Ale rzeczywiście jestem zmęczona, pewnie już nadeszła pora, żeby pójść
do łóżka.
- Już niedługo, jest wpół do dziesiątej. Ale lepiej zrób to od razu.
Poproś Dixon o kleik. Jak już będziesz w łóżku, przyjdę i sprawdzę, co z tobą. Obawiam się, że się przeziębiłaś. Albo zaszkodziło ci to morowe
powietrze znad stojących stawów.
- Och mamo - powiedziała Margaret, blado się uśmiechając, gdy całowała
matkę. - Nic mi nie jest, nie martw się o mnie. Po prostu jestem
zmęczona.
Poszła na górę. Aby ukoić niepokój matki, posłusznie zjadła miseczkę
kleiku, a potem leżała spokojnie w łóżku, gdy pani Hale przyszła, aby
sprawdzić stan córki i pocałować ją, zanim uda się na noc do swego
pokoju. W chwili gdy drzwi sypialni matki się zamknęły, Margaret
wyskoczyła z łóżka, narzuciła na siebie robdeszan i zaczęła przemierzać
pokój tam i z powrotem, aż skrzypnięcie jednej z desek podłogowych
przypomniało jej, że nie powinna robić najmniejszego hałasu. Podeszła i zwinęła się w kłębek na siedzisku w głębokiej wnęce niewielkiego okna.
Tego ranka, kiedy wyjrzała na zewnątrz, jej serce aż zadrżało na widok
jasnych, świetlistych błysków na kościelnej wieży, bo stanowiły
zapowiedź pięknego, słonecznego dnia. Teraz, szesnaście godzin później,
siedziała przepełniona smutkiem zbyt silnym, by móc go wypłakać, czując
tępy, lodowaty ból, który zdawał się wypierać z niej bezpowrotnie
młodość i pogodę ducha. Wizyta pana Henry'ego Lennoxa, jego propozycja
były jak sen, jak coś, co miało miejsce w innym życiu, natomiast przykra
rzeczywistość była taka, że jej ojciec do tego stopnia dopuścił do swego
umysłu zwątpienie, że stał się schizmatykiem, wyrzutkiem, a wszystkie
zmiany, które miały nastąpić, były konsekwencją tego jednego
niszczycielskiego faktu.
Widziała ciemnoszary zarys wieży kościelnej, znaczący równymi liniami
środek perspektywy, odcinający się od intensywnie granatowego tła, w które się wpatrywała. Czuła, że mogłaby tak patrzeć przez całą
wieczność, wpatrywać się w coraz dalsze regiony nieboskłonu, a mimo to
nie dostrzegłaby ani śladu Boga. Wydawało jej się w tym momencie, że
ziemia jest bardziej opustoszała, niż gdyby zakryto ją żelazną kopułą,
poza którą mógł panować wieczny pokój i chwała Wszechmogącego. Ten
niezmącony spokój bezkresnej przestrzeni odczuwała teraz jako
szyderstwo, stanowiące większą niż inne, realne przeszkody, barierę dla
ziemskich cierpiętników, kierujących ku niej swe wołania, które wznoszą
się w ten bezkres i giną - giną na wieki, zanim dotrą do Jego tronu.
Zatopiona w rozmyślaniach, nie usłyszała wejścia ojca. Księżyc świecił
wystarczająco mocno, aby pan Hale dostrzegł, w jak niezwykłym miejscu i nietypowej dla siebie pozycji znajduje się córka. Podszedł do niej i dotknął jej ramienia, zanim w ogóle uświadomiła sobie jego obecność.
- Margaret, usłyszałem, że wstałaś. Przyszedłem, bo chciałbym, abyś się
ze mną pomodliła, abyśmy razem zmówili Modlitwę Pańską. To nam dobrze
zrobi. Obojgu.
Uklękli razem przy oknie. On patrzył w górę, ona miała głowę opuszczoną
w pełnym pokory zawstydzeniu. Bóg tam był, blisko nich. Słuchał
szeptanych przez nich słów. Jej ojciec mógł być heretykiem, ale czy ona
sama, nie więcej niż pięć minut wcześniej, ogarnięta rozpaczliwymi
wątpliwościami, nie dała dowodu znacznie dalej idącego sceptycyzmu? Nie
odezwała się ani słowem, ale po wyjściu ojca wślizgnęła się do łóżka jak
dziecko wstydzące się swego przewinienia. Jeśli świat był pełen
wprawiających w konfuzję problemów, ona znajdzie w sobie ufność, ale
chciałaby znać choć jeden, najbliższy krok.
Tej nocy w jej snach pojawił się pan Lennox, jego wizyta i oświadczyny,
które zostały w myślach tak brutalnie odsunięte przez następne
wydarzenia dnia. Wspinał się na jakieś oszałamiająco wysokie drzewo, aby
dosięgnąć gałęzi, na której wisiał jej czepek. Mężczyzna spadał, a ona
usiłowała podbiec, aby mu pomóc, ale przytrzymywała ją jakaś
niewidzialna silna ręka. Pan Lennox zmarł. Nagle nastąpiła zmiana sceny
- Margaret znalazła się w salonie na Harley Street i rozmawiała z nim
jak dawniej, choć cały czas miała świadomość, że widziała jego śmierć na
skutek tego okropnego upadku.
Ponura, niespokojna noc. Co za fatalne przygotowanie na nadchodzący
dzień! Poderwała się ze snu, niewypoczęta i świadoma, że rzeczywistość
jest nawet gorsza niż jej majaki senne. Naraz wszystko jej się
przypomniało; nie tylko samo zmartwienie, ale też dylemat, który je
spowodował. Dokąd... jak daleko zabłąkał się jej ojciec, prowadzony
przez swe wątpliwości, które dla niej były kuszeniem Złego? Tak pragnęła
o to zapytać, ale jednocześnie czuła, że za nic w świecie nie chciałaby
usłyszeć odpowiedzi na to pytanie.
Uroczy, rześki poranek sprawił, że pani Hale czuła się wyjątkowo dobrze
i przy śniadaniu promieniała zadowoleniem. Cały czas mówiła o planowanej
pomocy dla mieszkańców wioski i w ogóle nie zauważyła, że jej mąż się
nie odzywa, a Margaret odpowiada tylko monosylabami. Zanim sprzątnięto
ze stołu, pan Hale się podniósł i opierając się jedną ręką o stół, jakby
potrzebował wsparcia, oświadczył:
- Nie będzie mnie do wieczora w domu. Idę do Bracy Common i zjem obiad u farmera Dobsona. Wrócę na herbatę o siódmej.
Nie spojrzał na żadną z nich, ale Margaret wiedziała, co chciał jej
przekazać. Do godziny siódmej matka musi się o wszystkim dowiedzieć. On
sam zwlekałby z tym aż do wpół do siódmej, ale jego córka była ulepiona
z innej gliny. Nie zniosłaby tego wiszącego nad nią ciężaru przez cały
dzień. Lepiej było mieć to najgorsze za sobą. I tak dnia jej nie
wystarczy, by pocieszyć matkę. Ale gdy stała przy oknie, zastanawiając
się, jak zacząć, i czekając, aż służąca opuści pokój, pani Hale poszła
na górę, aby się ubrać do wyjścia do szkoły. Zeszła na dół gotowa i bardziej ożywiona niż zazwyczaj.
- Mamo, przejdźmy się razem po ogrodzie. Tylko jedno okrążenie -
zaproponowała Margaret, obejmując ją w pasie.
Wyszły na zewnątrz przez oszklone drzwi. Matka odezwała się, ale
Margaret nie potrafiłaby powiedzieć, na jaki temat. Zauważyła pszczołę
wchodzącą w głąb kielicha kwiatu i postanowiła, że gdy owad wyjdzie ze
swą zdobyczą, będzie to dla niej znak. Pszczoła wyszła.
- Mamo! Papa planuje opuścić Helstone! - wyrzucała z siebie słowa jednym
tchem. - Zamierza też odejść z Kościoła i zamieszkać w Północnym Milton.
To były te trzy ciężkie prawdy z trudem wypowiedziane.
- Dlaczego tak mówisz? - spytała pani Hale z zaskoczeniem i niedowierzaniem. - Kto ci naopowiadał takich bzdur?
- Sam ojciec - odrzekła Margaret, pragnąc jednocześnie powiedzieć coś
ciepłego i pocieszającego, choć zupełnie nie wiedziała, co. Znalazły się
obok ogrodowej ławki. Matka opadła na nią i rozpłakała się.
- Nie rozumiem cię - powiedziała. - Albo się strasznie pomyliłaś, albo
to ja cię nie zrozumiałam.
- Nie, mamo, nie pomyliłam się. Papa napisał do biskupa, informując go,
że ma tak poważne wątpliwości, iż sumienie nie pozwala mu pozostać
duchownym Kościoła anglikańskiego i musi opuścić Helstone. Ojciec
konsultował się również z panem Bellem, wiesz, ojcem chrzestnym
Fredericka, i ustalili, że zamieszkamy w Północnym Milton.
Przez cały czas, gdy Margaret mówiła, pani Hale patrzyła na nią i cienie
smutku na twarzy dziewczyny upewniły ją, że jeśli nawet to nie jest
prawda, to przynajmniej córka wierzy w to, co mówi.
- Nie sądzę, aby to mogła być prawda - oświadczyła w końcu. - Jestem
pewna, że powiedziałby mi o tym, zanim sprawa zaszłaby tak daleko.
Margaret w głębi duszy uważała, że ojciec powinien był poinformować o wszystkim żonę. Nieważne, że ciągle się skarżyła i narzekała, że była
niezadowolona. Popełnił błąd, dopuszczając, by o zmianie jego poglądów i nadchodzącej rewolucji w ich życiu dowiedziała się od ich lepiej
poinformowanego dziecka. Margaret usiadła przy matce i przyciągnęła do
piersi jej niestawiającą oporu głowę, pochylając jednocześnie swoją, by
pieszczotliwie miękkim dotknąć policzkiem jej twarzy.
- Najmilsza mamo! Tak bardzo się baliśmy, że sprawimy ci ból. Ojciec
okropnie się tym martwił. Wiesz, że nie jesteś silna, a on musiał dać
sobie radę z takim niewyobrażalnym napięciem.
- Kiedy on ci powiedział, Margaret?
- Wczoraj, dopiero wczoraj - odpowiedziała, od razu wyczuwając, że to
pytanie zostało podyktowane zazdrością. - Biedny papa! - próbowała
nakierować myśli matki na to, przez co musiał przejść ojciec, i wzbudzić
w niej współczucie.
Pani Hale uniosła głowę.
- Co on ma na myśli, mówiąc o wątpliwościach? - spytała. - Chyba nie
uważa, że myśli inaczej ani że wie lepiej niż Kościół?
Margaret potrząsnęła głową i do oczu napłynęły jej łzy, bo matka
dotknęła samego jądra jej własnej zgryzoty.
- Czy biskup nie może mu wszystkiego wyjaśnić? - spytała starsza dama
niecierpliwie.
- Obawiam się, że nie - odpowiedziała Margaret. - Ale nie pytałam. Bałam
się tego, co mógłby mi odpowiedzieć. Tak czy inaczej wszystko jest już
ustalone. Opuści Helstone w ciągu dwóch tygodni. Nie jestem pewna, ale
chyba wspominał, że złożył już akt rezygnacji.
- W ciągu dwóch tygodni! - wykrzyknęła pani Hale. - Myślę, że to takie
dziwne, takie nie w porządku. Prawdziwa bezduszność - oznajmiła i zaczęła szukać ulgi we łzach. - Ma wątpliwości, tak mówiłaś, i zrzeka
się beneficjum, a to wszystko bez porozumienia ze mną. Jestem pewna, że
gdyby mnie pierwszej zwierzył się ze swych wątpliwości, zdusiłabym je w zarodku.
Jakkolwiek Margaret uważała postępowanie ojca za niewłaściwe, nie mogła
znieść, że matka go obwinia. Wiedziała, że jego skrytość brała się z czułości wobec żony i choć mógł zgrzeszyć tchórzliwością, z pewnością
jego serce nie znało bezduszności.
- A ja prawie miałam nadzieję, mamo, że ucieszysz się z wyjazdu z Helstone - powiedziała Margaret po chwili. - Sama wiesz, że nigdy nie
czułaś się dobrze w tutejszym powietrzu.
- Chyba nie sądzisz, że zadymione powietrze w przemysłowym mieście,
takim jak Północne Milton, z jego kominami i sadzami, będzie lepsze niż
tutaj. Tu jest tak czysto i słodko, nawet jeśli powietrze jest trochę
osłabiające. Wyobraź sobie tylko mieszkanie pośród fabryk i tych
robotników. Choć, oczywiście, skoro twój ojciec opuszcza Kościół, to i tak nie będziemy nigdzie przyjmowani. Cóż to za hańba dla nas! Biedny,
kochany sir John! Dobrze, że nie dożył tej chwili i nie musi oglądać
tego, do czego doprowadził twój ojciec. Gdy byłam dziewczynką i mieszkałam w Beresford Court z twoją ciotką Shaw, codziennie po obiedzie
sir John wznosił pierwszy toast: "Za Kościół i króla. I na pohybel
antymonarchistom!".
Dziewczyna była zadowolona, że myśli matki nie wracały do znaczącego
milczenia męża na temat kluczowych w jego życiu spraw, bo dla Margaret
to właśnie było najboleśniejszą okolicznością, oczywiście zaraz za
poważnym niepokojem o naturę wątpliwości gnębiących ojca.
- Wiesz przecież, mamo, że tu i tak prawie nie mieliśmy towarzystwa. A Gormanowie, którzy są naszymi najbliższymi sąsiadami... o ile można ich
nazwać towarzystwem, a poza tym prawie ich nie widujemy... zajmują się
handlem dokładnie tak samo jak ci ludzie w Milton.
- Tak - odpowiedziała pani Hale oburzonym tonem - ale Gormanowie
przynajmniej wytwarzają powozy dla połowy utytułowanych ludzi w hrabstwie, więc utrzymują z nimi choć taki kontakt. A ci fabrykanci
bawełny? Powiedz mi, jacy ludzie pod słońcem zakładają na siebie
bawełnę, skoro stać ich na len?
- Dajmy sobie spokój z przędzalniami i ich właścicielami. Nie bronię ich
ani trochę bardziej niż innych ludzi zajmujących się handlem. I tak nie
będziemy mieli z nimi do czynienia.
- Co, na litość boską, skłoniło twego ojca, aby wybrać Milton jako
miejsce zamieszkania?
- Częściowo to - odrzekła Margaret z westchnieniem - że tak bardzo różni
się od Helstone, a częściowo przyczyniło się do tej decyzji zapewnienie
pana Bella, że w Milton jest praca dla prywatnego nauczyciela.
- Prywatny nauczyciel w Milton! A dlaczego nie może pojechać do Oxfordu
i uczyć dżentelmenów?
- Zapominasz, mamo, że ojciec odchodzi z Kościoła z powodu swoich
poglądów. Jego wątpliwości uniemożliwiłyby mu podjęcie pracy w Oxfordzie.
Pani Hale przez jakiś czas się nie odzywała, tylko cicho płakała. W końcu spytała:
- A meble? Jak nam się uda zorganizować całą tę przeprowadzkę? Nigdy w życiu nic takiego nie robiłam. I mamy tylko dwa tygodnie!
Margaret poczuła niewymowną ulgę, widząc, że poruszenie i rozpacz pani
Hale opadły na tyle, iż zajęła się sprawami, które dla niej samej były
nieistotne, ale przy których mogła wesprzeć matkę. Planowała, obiecywała
i nakłaniała ją, aby rozpocząć organizację przeprowadzki przynajmniej w takim zakresie, w jakim mogły cokolwiek ustalać, nie znając dokładnych
zamiarów ojca. Przez cały dzień dziewczyna nie odstąpiła matki na krok,
próbując nadążyć ze współczuciem za wszystkimi zwrotami w jej uczuciach.
W miarę jak zbliżał się wieczór, wzrastał jej niepokój, gdyż pragnęła,
by jak najcieplejsze powitanie czekało ojca, gdy zmęczony wróci do domu
po dniu wypełnionym rozpaczą. Próbowała uświadomić matce, jakie męki
musiał znosić w samotności przez ten cały czas, ale pani Hale z uporem
powtarzała chłodno, że powinien był się jej zwierzyć, a wtedy ona
udzieliłaby mu odpowiedniej rady. Na dźwięk kroków ojca w holu Margaret
poczuła słabość w sercu. Nie śmiała wyjść do niego i zdać mu relacji z tego, co zdziałała, aby nie wywołać zazdrości matki. Słyszała, że
zwlekał z wejściem do pokoju, tak jakby oczekiwał córki lub
jakiegokolwiek od niej znaku, ale nie odważyła się ruszyć. Zauważyła, że
matce trzęsą się usta i że zbladła, więc najwyraźniej ona również była
świadoma powrotu pana Hale'a. Po chwili otworzył drzwi i stanął w progu,
niepewny, czy powinien wejść. Jego twarz miała barwę jasnego popiołu, a spojrzenie było pełne takiego onieśmielenia i strachu prawie żałosnego w męskiej twarzy, że, chcąc nie chcąc, czuło się dla niego współczucie.
Widoczna niepewność, rzucające się w oczy osłabienie ciała i umysłu
przemówiły do jego żony. Podeszła do niego, zarzuciła mu ręce na szyję i krzyknęła:
- Och Richardzie, Rchardzie! Powinieneś był mi powiedzieć już dawno!
Wtedy Margaret wybiegła z płaczem i pospieszyła po schodach na górę.
Rzuciła się na swoje łóżko i ukryła twarz w poduszce, aby zdławić
histeryczne łkanie, któremu w końcu dała upust po całym dniu
zachowywania twardej samokontroli. Nie potrafiłaby powiedzieć, jak długo
tak leżała. Nie docierały do niej żadne dźwięki, mimo że do pokoju
weszła służąca, aby przygotować sypialnię na noc. Przestraszona
dziewczyna wymknęła się z powrotem na paluszkach i poszła powiedzieć
Dixon, że panna Hale płacze tak, jakby jej pękało serce. Dodała też, że
jeśli panienka się nie uspokoi, to wpędzi się w śmiertelną chorobę. W następstwie tego Margaret poczuła czyjś dotyk i gwałtownie zerwała się
do pozycji siedzącej. Zobaczyła ten sam pokój co zawsze i zarys postaci
Dixon, bo służąca matki trzymała świecę lekko za sobą, bojąc się reakcji
oczu zaskoczonej panienki, i tak już opuchniętych i załzawionych.
- Och Dixon, nie słyszałam, jak wchodziłaś! - zawołała Margaret,
odzyskując szczątki swego opanowania. - Czy jest bardzo późno? -
zapytała, unosząc się z trudem na łóżku i stawiając stopy na podłodze,
ale nadal nie wstając. Odsuwała z twarzy wilgotne, potargane włosy i starała się wyglądać, jakby nic się nie stało, jakby tylko zasnęła.
- Nie mogę powiedzieć, która jest godzina - odpowiedziała Dixon tonem
niezadowolenia. - Zupełnie straciłam poczucie czasu od chwili, gdy mama
panienki przekazała mi te okropne wieści, kiedy ją ubierałam przed
herbatą. A jak Charlotte powiedziała mi, że panienka płacze, panno Hale,
pomyślałam: "Nic dziwnego, biedactwo!". A pan sobie wymyślił, że
zostanie tym... jak mu tam... dysydentem. W jego wieku, po tylu latach!
A przecież jeśli nawet nie można powiedzieć, że dobrze sobie radził w Kościele, to nie szło mu tak najgorzej. Miałam kuzyna, panienko, który w wieku pięćdziesięciu lat został pastorem u metodystów. A przedtem był
całe życie krawcem. No, ale to nie dziwota, że zmienił zawód, bo przez
te wszystkie lata ani razu nie udało mu się uszyć pasujących spodni. Ale
nasz pan?! Powiedziałam do pani: "Co by powiedział biedny sir John?
Nigdy nie podobało mu się, że wyszła pani za pana Hale'a, ale gdyby
wiedział, czym to się skończy, miotałby jeszcze gorsze przekleństwa niż
kiedykolwiek. O ile to w ogóle możliwe!".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki