Półmrok - Katarzyna Staniszewska

-
Proszę czekać

ZAKON CZUWANIAŚmierć ustąpi przed życiem

_________________

 

ARDAVAN ARGORION, I WIELKI MISTRZ — najmłodszy brat Cesarza Boga Bertariona, wielki książę krwi, książę Aramartu. Ginie w czasie bitwy na Polach Vareghara, ratując swojego brata, Eredana.

PRADAGAR ARGORION, II WIELKI MISTRZ — pierworodny syn Ardavana. Nieformalnie związany z Ryaną Farkaryią, z którą ma córkę, Erienę.

ELHAN ARTAMAND, MISTRZ WOJNY — niegdyś wykładowca na Imperialnej Akademii, stowarzyszony w Kręgu Oświeconych. Odpowiedzialny za namaszczenie członków rodu Argorion. Wcielony do Zakonu na rozkaz Cesarza Boga Bertariona. Wybitny valk.

VERGRENOR ARGORION, MISTRZ POKOJU — młodszy brat Pradagara. Wypowiada mu posłuszeństwo i opuszcza Zakon.

KARAN, KOMENDANT — niegdyś podwładny Calahana, wyznaczony na dowódcę grupy najmłodszych członków Zakonu. Dezerteruje.

REIVAN, KOMENDANT — awansowany na dowódcę po dezercji Karana. Spokojny i cierpliwy. Nigdy nie zetknął się z Ciemnością. Lojalny wobec mistrzów. Podkomendni:

– ERIENA, PROWADZĄCA — właściwie Annauriela Argorion, córka Wielkiego Mistrza i tyreny Kaldaranu, valka.

– ANAREN, PRZYBOCZNY — najlepszy przyjaciel Erieny.

– JESUPP

– BEREN

– NIVEL

– GWEL — zdegradowany prowadzący, valk.

– COHEN — najlepszy przyjaciel Reivana.

RIODAN, KOMENDANT — Nigdy nie zetknął się z Ciemnością. Lojalny wobec mistrzów. Podkomendni:

– ULFAR, PROWADZĄCY — valk.

– KERIAN

– ARLAND

– DELON

– OWEN

– TREV

BERICK, KOMENDANT — najstarszy wiekiem dowódca. Przewodzi grupie weteranów, zwanej "Starą Gwardią". Wraz ze swoją drużyną brał udział w bitwie na Polach Vareghara. Żywi do Wielkiego Mistrza urazę za związek z kobietą i sprowadzenie do Zakonu dziecka. Podkomendni:

– BRAN, PROWADZĄCY — valk.

– DELON, PRZYBOCZNY

– ROGVAR

– JOR — zwany Garbatym. Kombatant wykluczony z czynnej służby.

KOMENDANT CALAHAN — lojalny członek "Starej Gwardii". Uznawany przez braci za bezwzględnego. Widział pierwszą falę Ciemności. Podkomendni:

– NATE, PROWADZĄCY

– AVARAY, PRZYBOCZNY

 

Najpierw zabili mi matkę. Nie pamiętam tego, lecz jej ostatni krzyk co noc rozlegał się w mojej głowie, wyrywając z mrocznych odmętów niespokojnych snów. Nie wiem, kim byli zabójcy, kto ich nasłał ani co chciał dzięki temu osiągnąć. Po tamtym życiu nie było już zresztą żadnego śladu.

Oddano mnie pod opiekę ojcu, który, ogarnięty żądzą zemsty, zniknął na całe lata. Gdy powrócił, ukrył się w fortecy wzniesionej z żalu po utracie kobiety, którą kochał ponad wszystko inne. Zaopiekował się mną Elhan – mistrz Elhan Artamand z Zakonu Czuwania, a Przełęcz Wędrujących Cieni stała się moim domem. Dał mi na imię Erien – Stokrotka, od najpiękniejszej rzeczy, jaką można zobaczyć w tym ponurym i jałowym miejscu. Od pospolitego kwiatu, który ledwie wyrasta spośród chwastów.

Pod jego czujnym spojrzeniem upłynęło mi dziesięć spokojnych i wypełnionych nauką lat, po których powoli zaczęłam zmieniać się w kobietę. W twierdzy pełnej niemal zupełnie odizolowanych od świata mężczyzn było to jak iskra rzucona w stóg suchego siana.

Zaczęło się od spojrzeń. Jako dziecko byłam ignorowana i cieszyłam się względną swobodą w poruszaniu się po zamku i jego błoniach. Na dziewczynę patrzono w taki sposób, że swoją komnatę opuszczałam dopiero zmuszona przez głód lub obowiązek. Kiedy do spojrzeń dołączyły dłonie, natarczywe i zbyt silne, by je odtrącić, zaczęłam ryglować komnatę i spać z nożem pod poduszką, ale nikomu się nie poskarżyłam. Nie doczekałam czternastych urodzin.

To wydarzyło się na szlaku, gdy wracałam do twierdzy z Jesiennej Wieży, ruin strzegących zachodniej drogi na przełęcz. Natknęłam się na dwóch moich "braci". Nate i Avaray byli dużo starsi ode mnie, a przy tym świetnie wyszkoleni i sprawni. Służyli od dziesiątek lat pod doświadczonym komendantem Calahanem. Nate był valkiem – człowiekiem potrafiącym posługiwać się magią, a ja tylko głupią, bezbronną dziewczynką, która nie wiedziała wtedy, co jeden człowiek może zrobić drugiemu. Co mężczyzna może zrobić kobiecie.

Ścieżka do zamku wiedzie głównie graniami i skrajami urwisk. Dwa konie z trudem mogą się na niej wyminąć, kiedy więc zajechali mi drogę, musiałam się zatrzymać. Później wszystko stało się niezwykle szybko. Nate uderzył mocą. Lekko, jakby od niechcenia. Nie celował we mnie, ale w wierzchowca, który, zaskoczony, stanął dęba i zrzucił mnie na ziemię z siłą, która na chwilę odebrała mi świadomość.

Nie było gróźb ani śmiechu. Nie padło nawet jedno słowo. Avaray doskoczył do mnie i uderzył na odlew w policzek otwartą dłonią, a następnie przycisnął ją do moich ust. Pamiętam ich gwałtowne ruchy, pośpiech, ekscytację. Nerwowe chrapanie koni, mój strach i ból rozlewający się po wykręcanych brutalnie kończynach. Promieniował od kości, rozlewając się po skórze jak ukrop. Pamiętam gorąc, wrzaski i swąd palonego ciała. I słońce w zenicie świecące tak jasno, że całe niebo zdawało się płonąć.

*

Obudziły mnie promienie słońca, wdzierające się do komnaty przez kolorowe szkła w wąskich oknach wieży. Zerwałam się z łóżka, gwałtownie zrzucając z siebie puchową pościel i narzutę z wilczych skór. Zbiegłam po schodach, ubierając się i pokonując po kilka stopni naraz. Choć nie byłam formalnym członkiem Zakonu i nigdy nie złożyłam przysięgi, wymagano ode mnie niewiele mniej niż od reszty. Spanie do południa było absolutnie nie do przyjęcia, nawet jeśli zasnęłam dopiero przed świtem.

Zamek zdawał się niepokojąco cichy i odgłos moich kroków dudnił głucho w pustych korytarzach. Dopiero przy dębowych wrotach Wielkiej Sali natknęłam się na braci.

Kerian stał pochylony nad siedzącym na ziemi Jesuppem, który, obejmując muskularnymi ramionami kolana, przyglądał się krwi leniwie skapującej mu z rozbitego nosa na kamienną posadzkę.

Obaj wyglądali na moich równolatków. Zdawali się dojrzali, a jednocześnie pełni młodzieńczej witalności. Widziałam jednak, że byli ode mnie starsi o co najmniej kilka dekad. Wszystkich mieszkańców tego zamku łączyło ze sobą niezwykłe błogosławieństwo. Przekazywane w procesie zwanym namaszczeniem, czyniło niemal nieśmiertelnym i zmieniało wiek w pozbawioną znaczenia liczbę.

Zwolniłam kroku, a Kerian uniósł na mnie niezwykłe, płonące oczy i uśmiechnął się blado.

– Witaj, piękna – powiedział cicho.

– Co się dzieje?

Słyszałam dobiegający zza uchylonych wrót nieprzyjemny, metaliczny głos Pradagara Argoriona, który właśnie wyzywał kogoś od durni i kretynów.

– Prada egzaminuje was z walki? – zdziwiłam się.

– A gdzie tam! – odparł, nerwowo zerkając do wnętrza. – Zebrał wszystkich po porannym apelu i zaczął maglować. Wywołuje każdego z osobna, zadaje pięć pytań z historii, medycyny i wszystkich innych rzeczy, jakich kiedykolwiek nas uczono. Każda zła odpowiedź to tuzin batów.

– Najwyraźniej w końcu znudziła go bezczynność – stwierdziłam cierpko – i postanowił nas wszystkich po prostu zabić.

– Mów za siebie – warknął milczący do tej pory Jesupp, wysmarkując skrzep i wycierając palce w brudne spodnie. Spojrzał mi w oczy, a na jego zakrwawione wargi wpełzł znajomy, drapieżny uśmiech. – Ja nie popełniłem żadnego błędu.

Uniosłam brwi w niedowierzaniu, ale Kerian, widząc moje zdziwienie, tylko pokiwał głową. Jesupp był popędliwy. Najpierw działał, a później myślał, choć nigdy o konsekwencjach. Nieustannie wdawał się w bójki, pyskował, dostawał kary i nie wyciągał wniosków. Jego smoliście czarne, niedbale zaczesane na tył głowy włosy, kontrastowały silnie z jasnymi oczami, a ostre rysy i wydatny, kilkukrotnie złamany nos idealnie pasowały do impulsywnego charakteru. Tylko wargi miał kształtne i kusząco wypukłe.

– A skąd krew?

– Elhan zauważył, jak pokazałem łokieć Cohenowi. Drań chciał się ze mną zakładać, przy którym bacie Beren zacznie płakać.

– Przy odrobinie szczęścia to on zbierze cięgi – mruknął Kerian, mrużąc gniewnie poczernione sadzą powieki.

Cohen był zarozumialcem. Dobrze radził sobie w walce, był bystry, a do tego dość przystojny. Potrafił też postępować z kobietami, co w połączeniu z typową dla braci muskularną sylwetką sprawiało, że w czasie patroli cieszył się wielkim zainteresowaniem napotkanych przypadkowo wieśniaczek. Wszystko to czyniło z niego całkowite przeciwieństwo Berena, który był impotentem, o czym niestety wiedział każdy w twierdzy. Fakt ten miał druzgocący wpływ na jego samoocenę. Prawdopodobnie w czasie namaszczenia coś poszło nie tak, a Elhan, choć był mistrzem w posługiwaniu się magią i dysponował przeogromną wiedzą z zakresu medycyny, albo nie potrafił, albo nie chciał mu pomóc.

Odwróciłam się i przecisnęłam przez uchylone wrota. Wielka Sala była pełna. Chłopcy siedzieli przy wytartych ławach, rozstawionych równo pomiędzy kolumnami z szarego, górskiego kamienia. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej widziała w niej ich wszystkich. Wyglądało na to, że mistrzowie nie tylko odwołali zajęcia i dyżury, lecz także ściągnęli do zamku nawet najdalej wysłane patrole. W palenisku ogromnego kominka huczał ogień, ale po śniadaniu nie pozostał nawet zapach. O ile w ogóle je dziś podano.

W najdalszym końcu pomieszczenia, pod pokrytą barwnymi freskami ścianą zajęli miejsca moi najdrożsi przyjaciele.

Anaren, Ulfar i Gwel.

Kerian objął mnie ramieniem i pociągnął w ich stronę. Choć niezbyt wysoki, był prawdziwą duszą towarzystwa. Z wyjątkową pieczołowitością dbał o swój wygląd, zawsze nosił starannie zaplecione włosy i strzygł na krótko rudawą brodę. Miał ponadto naturalny dryg do poezji i dźwięczny głos o pięknej barwie. Unikał alkoholu, świetnie grał na tallharpie i bębnach. Szkoda jedynie, że zamiast szerzyć sztukę, za cel obrał sobie irytowanie innych.

Jako pierwszy nasze nadejście zauważył siedzący na stole Anaren. Był on całkowitym przeciwieństwem Keriana. Wysoki, szczupły i z jasnymi włosami opadającymi na plecy, zawsze odznaczał się rozsądkiem i choć raczej wycofany, często pełnił funkcję rozjemcy w toczonych przez braci sporach.

Później dostrzegł nas Gwel. Barczysty valk o rudej czuprynie i szerokiej twarzy pokrytej piegami. Pełnił funkcję prowadzącego mojej drużny – przewodnika i dowódcy na szlaku. Zostawała nim osoba nie tylko władająca mocą, ale także z najobszerniejszą wiedzą, jednak ciemne plamy rumieńca na jego policzkach i szyi sugerowały, że zorganizowany przez mistrzów egzamin nie poszedł mu zbyt dobrze.

Siedzący obok niego Ulfar także piastował to stanowisko, choć w innej grupie. Włosy miał jaśniejsze nawet od Anarena, niemal białe, do tego splecione na czubku podgolonej wysoko głowy w elegancki, dobierany warkocz. Zawsze skory do żartów i pewny siebie, mężczyzna uśmiechnął się do mnie szeroko, a później ruchem głowy wskazał na kraniec sali.

Obejrzałam się.

U szczytu komnaty, przy stole ustawionym w poprzek podwyższenia, siedział mistrz Artamand, rozświetlony majestatycznie znajdującym się za jego plecami wielkim, witrażowym oknem. Gdyby ktoś zapytał mnie, kim jest dla mnie ten mężczyzna, znalazłabym tysiące pasujących słów, ale żadnej zadowalającej odpowiedzi. To on zaopiekował się mną, gdy trafiłam na przełęcz, a później uczył, starając się przekazać jak najwięcej z posiadanej przez siebie wiedzy. Mimo to nie zrodziło się między nami żadne uczucie choćby przypominające to, jakie zazwyczaj dzielą dzieci i ich najbliżsi opiekunowie. Łączyły nas szacunek, zaufanie i troska. I coś jeszcze, coś bardziej nieuchwytnego.

Jemu także czas oszczędził swojego zgubnego wpływu. Mistrz Wojny ramiona miał szerokie, a plecy proste, jakby nieśmiertelność zyskał w chwili osiągnięcia pełni wieku męskiego. W ciemnych, zebranych na karku włosach lśniły pojedyncze srebrne nici i jedynie w zimnym błękicie jego oczu odbijał się porażający ogrom wiedzy i doświadczenia.

Popijając od czasu do czasu z cynowego kielicha, całą uwagę zdawał się poświęcać rozłożonym przed sobą dokumentom. Przed nim, oparty swobodnie o blat, z ramionami skrzyżowanymi na szerokiej piersi, stał on, Pradagar Argorion. Mężczyzna od niemal czterech wieków piastujący tytuł Wielkiego Mistrza Zakonu Czuwania. Tak, to właśnie on był moim ojcem.

Ponoć byliśmy do siebie nieco podobni, zwłaszcza z postury i ciemnej barwy włosów, choć większość fizycznych cech, jak mi się zdawało, odziedziczyłam po matce. Nie wiedziałam jak wyglądała. Ojciec nie miał jej portretu i nigdy o niej nie mówił. Nie dlatego, że jej tożsamość była tajemnicą. To on, mimo upływu lat, wciąż nie pogodził się z jej śmiercią.

– Moment najsilniejszego stężenia kadaweryny w zwłokach? – zapytał.

– Około pół doby od chwili zgonu – odparł Cohen. Zęby miał zaciśnięte tak mocno, że niemal nie dało się zrozumieć odpowiedzi.

– Mięśnie grupy tylnej uda?

– Dwugłowy, prosty...

– Źle! Metody działań opóźniających?

– Ciągłe, przemienne, kombinowane.

– Podstawowa metoda walki z ożywieńcem?

– Ogień i eksplozje.

– Dwadzieścia cztery baty – oświadczył Prada.

Skóra na karku Cohena stała się tak czerwona, że zlała się niemal z ciemnokasztanową barwą jego włosów. Odwrócił się i odszedł nerwowym krokiem w kąt sali.

– Erien! – zawołał ojciec, a mnie przeszył lodowaty dreszcz. – Skoro już postanowiłaś zaszczycić nas swoją obecnością, zapraszam na środek.

Zmusiłam nogi do ruchu, czując na sobie kilkadziesiąt par ciekawskich oczu. Nie sądziłam, że ojciec mnie wywoła. Kiedy Elhan wyciskał ze mnie siódme poty, gnębiąc i przetrzymując w laboratorium nieraz przez całą dobę, Prada do mojej obecności na swoich zajęciach miał stosunek raczej obojętny.

Stanęłam przed komendantami tkwiącymi w milczącym oczekiwaniu u stóp podwyższenia. Dopiero teraz zauważyłam, że wszyscy czterej trzymają w dłoniach grube kańczugi.

Najstarszy, łysy i pobliźniony Berick, posłał mi pełne wściekłości spojrzenie. Nie licząc mistrzów to właśnie on był najstarszym z żyjących członków Zakonu. Może była to kwestia straszliwych wspomnień, jakie wyniósł z bitew toczonych przed laty u ich boku, lecz nie widziałam, by on, lub któryś z jego podkomendnych, kiedykolwiek się uśmiechał. A może zwyczajnie, jak większość braci, którymi dowodził, nie mógł ścierpieć mojej obecności. Wszyscy oni uważali moje przyjście na świat za hańbę Zakonu, a sprowadzenie do Chmurnego Zamku za osobistą zniewagę. Jak dotąd żaden z nich nie odważył się jednak otwarcie wystąpić ani przeciwko mi, ani przeciwko mojemu ojcu. Lęk i szacunek, jakim go darzyli, wciąż były silniejsze od żywionej urazy.

Znajdował się wśród nich i Calahan. Nieco młodszy od Bericka, zgodnie z wieloletnią tradycją, udawał, że w ogóle nie istnieję. Był postawny, oczy miał błękitne, a włosy długie i jasne jak słoma. Surową twarz przecinała gęsta sieć starych blizn, a całości nieprzyjemnego wyglądu dopełniał straszliwie zniekształcony nos, lata temu zniszczony przez Pradę. Choć nigdy nie spotkała mnie z jego strony żadna przykrość, wiedziałam, że nie tylko przyjaźni się z Berickiem, lecz także w pełni podziela jego poglądy. To właśnie on był przełożonym braci, którzy niegdyś mnie skrzywdzili, choć nikt nigdy nie zdołał dowieść, że wiedział cokolwiek o ich zamiarach.

Był i Riodan. Ten uśmiechnął się zachęcająco. Wysoki i czarnowłosy, z elegancko przystrzyżonym zarostem dowodził drużyną niewiele bardziej doświadczoną od naszej. Nigdy dotąd nie zetknął się z Ciemnością, lecz jego oddanie mistrzom było tak wielkie, że bez wahania ruszyłby na ich rozkaz w ognień najstraszliwszej bitwy.

Reivan był za to najmłodszym komendantem, jakiego od wieków znało cesarstwo. Nadal jednak znacznie starszy ode mnie, był mężczyzną rosłym i barczystym. Niezwykle poważny, przeszywał mnie spojrzeniem, które paliło jak ogień. Odwzajemniłam je z tą samą intensywnością, a wtedy kąciki jego pełnych warg zadrżały nieznacznie. Nie miałam pewności, czy poruszył je hamowany z trudem uśmiech, czy też pragnęły wyrazić coś zupełnie innego. Wiedziałam, że jeśli zawalę, to on, jako mój dowódca, będzie zmuszony mnie ukarać. Wśród zebranych zapanowało poruszenie, jakby wszyscy zastanawiali się, czy Reivan zdołałby to zrobić i czy ojciec rzeczywiście by na to pozwolił.

Prada nie przepadał za chłostą jako formą wymierzania kary, mimo to miałam nieszczęście kilkukrotnie być jej świadkiem. Oglądałam potworne ślady, jakie zostawiały po sobie jego baty. Po dziesiątym ciosie skóra zaczynała pękać, zaś pięćdziesiąt oznaczało zazwyczaj mięśnie oderwane od kości, trwałe kalectwo lub śmierć w męczarniach. Zacisnęłam usta, uniosłam oczy na ojca i czekałam.

– Pierwszy udokumentowany przypadek Czarnego Moru?

– Wedle Adriana Flaubera był to w 654 roku szesnastoletni giermek na służbie barona Zarzecza, członek sześcioosobowej grupy patrolowej, którego towarzysze zmarli wkrótce po nim. Jednak zdaniem Aremina Tellemeha była nią elfia dziewczyna, uchodźczyni z Białych Wież, którą owa grupa kilka dni wcześniej porwała – odpowiedziałam spokojnie, czując, jak opuszcza mnie pierwsza paraliżująca fala lęku.

Ojciec przechylił lekko głowę, mrużąc płonące zimnym blaskiem, stalowoszare oczy.

– Główne przejawy Bożej Iskry?

– Długowieczność, intuicja i rozpoznawanie kłamstwa.

Przedłużająca się cisza sugerowała, że odpowiedź nie jest wystarczająca.

– Zgodnie z legendą – zaczęłam z westchnieniem – Erlendur, po zjednoczeniu pod swoim panowaniem wszystkich wolnych królestw Altamaru, został pobłogosławiony na szczycie góry Ormorieny przez samego boga Merkara, który tchnął w niego Bożą Iskrę. Potomkowie Erlendura, okrzykniętego później Królem Prorokiem, odznaczają się niezwykłą długowiecznością, wielką intuicją, pozwalającą rzekomo na podejmowanie właściwych decyzji na podstawie znikomej ilości informacji, i bez trudu odczytują kłamstwa.

– Rzekomo? – Uniósł pytająco ciemne brwi.

– Nikt nie jest nieomylny – powiedziałam twardo.

Ojciec przyglądał mi się przez chwilę badawczo. Erlendur był jego pradziadkiem, a wuj Bertarion, tytułujący się Cesarzem Bogiem, pragnący pod każdym względem przewyższyć słynnego przodka, najechał Vanador i jego skłócone królestwa, topiąc je we krwi. Kiedy wojenny obłęd sięgnął zenitu, coś się stało. Nie było wybuchu ani żadnej wielkiej katastrofy. W absolutnej ciszy z serca północnego królestwa elfów, jak krew ze śmiertelnej rany, wypłynęła Ciemność. Nie zgasło słońce, nie nadciągnęła nieskończona zima. Było szaleństwo, dławiąca groza, moc, która wszystko wypaczała i wywołany nią Czarny Mór, pożerający dom po domu i miasto po mieście.

Bertarion nie chciał się pogodzić z nadchodzącą klęską. Zamiast tego dostrzegł w Ciemności okazję do umocnienia swojej chwiejnej pozycji i udowodnienia swej boskości szlachcie sprzeciwiającej się krwawej wojnie. Gdyby znalazł sposób na powstrzymanie katastrofy, uklękliby przed nim wszyscy, nawet ci, którzy stawiali mu dotąd najsilniejszy opór. Niewielu potrafiło jednak wejść w Ciemność i pozostać przy zdrowych zmysłach, a nawet ich powalał później straszliwy Mór.

Cesarz Bóg odkrył, że najbardziej odporni są członkowie królewskiej dynastii, mający w swojej krwi najwięcej błogosławieństwa. Nakazał więc Wielkim Oświeconym dokonanie rzeczy wspaniałej i straszliwej zarazem – wyizolowanie z ich krwi Bożej Iskry. Bez wahania poświęcał własnych krewnych, by móc ją udoskonalić i odkryć sposób na brutalne wtłoczenie w ludzkie ciało. Proces okazał się bardzo trudny i obarczony wielkim ryzykiem, ale Bertarion słał Oświeconym okręty wypełnione vanadorskimi jeńcami. Ich życie zostało poświęcone większej sprawie. Ormoriena, Święta Góra, kiedyś serce Imperium, stała się upadłą świątynią, w której wyrywano z ludzi ich największe błogosławieństwo.

Wiedziałam, że Wielkim Oświeconym się powiodło – dowody ich sukcesu otaczały mnie przecież ze wszystkich stron, ale bogowie opuścili Altamar i, mimo wszelkich wysiłków cesarza, jego wspaniałe Imperium upadło.

Ojciec i Elhan dawno temu chodzili jasnymi ulicami jego stolicy, do końca tocząc beznadziejną walkę o jej ocalenie. A gdy pochłonęła ją Ciemność, wylądowali w samotnej twierdzy na jałowej przełęczy Gór Bukowych, w samym sercu podbitego przed wiekami Vanadoru, z wiedzą wyprzedzającą otaczający świat o całe stulecia.

– Roślinne składniki Nowiu?

– Zimowit jesienny, kropidlak, czarna datura, lisiennik górski – wymieniłam powoli.

– Wydzielanie jakich substancji wzmacnia olej tratminowy?

– Dopaminy i noradrenaliny.

Wtedy zauważyłam niepokojący uśmiech na twarzy Elhana. Odstawił kielich, oparł przedramiona o blat stołu i zajrzał mi w oczy. Zanim Prada zadał ostatnie pytanie, usłyszałam jego głos i od razu wiedziałam, że mnie złapał.

– Obszar mózgu współodpowiedzialny za wyzwalanie reakcji stresowej i wydzielanie noradrenaliny?

Po sali poniósł się nerwowy szept. Zaklęłam w myślach. Doskonale pamiętałam większość jego wykładów, ale akurat tamtego dnia byłam wyjątkowo zmęczona i denerwowałam go kompletnym brakiem koncentracji. Teraz postanowił mnie za to ukarać.

– Mówiłem, żebyś słuchała – powiedział bardziej chyba rozbawiony niż zły. – Powinienem był cię wtedy zbić, ale jak widać, co się odwlecze...

– Pień mózgu, miejsce sinawe! – wykrzyknęłam, przypominając sobie nagle: – Jak twój tyłek, jeśli nie zaczniesz słuchać – dodałam parodiując go i uśmiechając się najpiękniej, jak tylko umiałam.

Prada uniósł ciemną brew i spojrzał na Elhana, który obracając w palcach długie pióro, patrzył na mnie intensywnie i w bardzo dziwny sposób.

– Jesteś wolna – powiedział w końcu ojciec. – Kto nam jeszcze został od Reivana?

– Beren – rzekł Elhan. – Chodź do nas, chłopcze.

Odwróciłam się i ruszyłam do swojej grupy.

– Ale dostałaś zestaw – mruknął Kerian, kiedy się do nich zbliżyłam.

– Składniki Nowiu? – podniecił się Jesupp. – Przecież nam nawet myśleć o tym nie wolno!

– Ucisz się – syknął Anaren, poruszając nerwowo nogą. – Jak Beren nie skrewi, możemy mieć najlepszą średnią.

– To jakieś zawody? – zdziwiłam się, siadając obok niego na blacie i pozwalając, by objął mnie ciężkim ramieniem.

– Nie wiem, ale Elhan wszystko notuje.

W napięciu patrzyliśmy na Berena. Prada zadawał pytania, a on odpowiadał. Spokojnie, pewnie, rzeczowo i bezbłędnie.

– Sukinsyn.

Anaren się uśmiechnął. Nawet ojciec zdawał się zaskoczony i stopniowo podnosił poziom trudności. Przy ostatnim pytaniu zamyślił się niebezpiecznie.

– Co otrzymamy po zmieszaniu wyciągu z liści bielunia dziędzierzawy i lulka czarnego?

Jesupp zaklął, Kerian westchnął. Beren zmarszczył czoło, przymknął powieki i zwinął dłonie w pięści. Zacisnęłam kciuki z całych sił.

– No dalej – mruknął Anaren, a jego drgająca dotąd noga znieruchomiała. – Wiesz to!

– Beren? – ponaglił go ojciec.

– Serum prawdy – odparł, unosząc głowę. – Przez elfów nazywane Liam'vaen, Szczerą Wodą.

– Tak! – krzyknęliśmy jednocześnie. Mistrzowie spojrzeli na nas ostro, a kącik warg Reivana uniósł się w nieznacznym uśmiechu. Gdy tylko odwrócili wzrok, Jesupp zerknął w stronę opartego o ścianę Cohena i ponownie pokazał mu zgięty łokieć.

– Jesteś wolny – powiedział w końcu Prada. – Tobias, zapraszam.

Beren zbliżył się do nas, rozpromieniony tak obcą dla niego, pewnością siebie i od razu został wciągnięty w plątaninę ramion, ściskających go i poklepujących.

Nie byłam zaskoczona jego wynikiem. Wiedziałam, że, tak jak ja, większość swojego wolnego czasu poświęcał na naukę, choć nie była to kwestia wrodzonej ambicji czy głodu wiedzy. Po prostu w pewnym momencie życia oboje znaleźliśmy się w tym samym miejscu, choć z zupełnie różnych powodów. Kiedy ja odnalazłam schronienie w księgach, on tkwił w nich już od kilkudziesięciu lat.

Spośród niewielu rozrywek dostępnych w twierdzy zdecydowanie najważniejszą był alkohol. Mnogość alchemicznej aparatury i powszechna wiedza, jak go uzyskać, sprawiały, że mimo wszelkich wysiłków mistrzów, by zahamować wezbraną falę pokątnego bimbrownictwa, stał się on niemal nieodłącznym elementem towarzyskich spotkań.

Drugą stanowiły napotykane czasami na patrolach kobiety, będące niewyczerpanym źródłem przechwałek i dziwnej rywalizacji między braćmi. Licytowali się niemal wszystkim – od liczby zębów wybranki po najbardziej oryginalne metody zwrócenia na siebie jej uwagi.

Te dwie rozrywki nieuchronnie prowadziły do trzeciej – drwin i okrutnych żartów. Ich najczęstszą ofiarą padał właśnie Beren. Beren, a ja wraz Berenem. Poczucie wyobcowania zbliżyło nas do siebie, stając się podwaliną naszej przyjaźni.

Wymknęłam się, by uspokoić pusty żołądek, ale zgodnie z moimi przypuszczeniami w kuchni nie było zbyt wiele. Złapałam zimny kawałek kiełbasy z wczorajszej kolacji, niemal całkiem już czarny od zbyt długiego wylegiwania się na ruszcie, i resztkę chleba. Zjadłam je łapczywie i nalałam piwa do obtłuczonego kufla. Było świeże i pieniste, a intensywna gorycz chmielu doskonale zmywała nieprzyjemny posmak starego tłuszczu. Kiedy wróciłam do sali, wszystko dobiegało już końca.

– I jak? – zapytałam.

– Gwel utopił – odparł cicho Kerian, poklepując po plecach siedzącego u jego stóp niskiego, potężnego mężczyznę o rudej czuprynie i szerokiej twarzy pokrytej piegami.

– Utopiłem? – parsknął ponuro Gwel. – Byłem chyba najgorszy. Czterdzieści osiem batów.

Spojrzałam na niego współczująco, a później zerknęłam na zimne, kusząco spienione piwo. Podałam mu kufel z niemiłą świadomością, że najprawdopodobniej już go nie zobaczę. Gwel upił solidny łyk i, zgodnie z moimi przewidywaniami, po prostu podał go dalej. Westchnęłam i spojrzałam na mistrzów. Skończyli odpytywanie i teraz rozmawiali cicho, pochyleni nad dokumentami. Miałam wrażenie, że nie podoba się im to, co tam widzą. W końcu Pradagar wrócił na krawędź podwyższenia i omiótł nas poważnym spojrzeniem zmrużonych oczu.

– Cóż – zaczął z westchnieniem. – Ten test dał nam pewien obraz waszej wiedzy i przygotowania. Dość niezwykły i z całą pewnością daleki o tego, jakiego oczekiwaliśmy.

Zamilkł na chwilę, a w ciszy, jaka nagle zapadła, dał się słyszeć jedynie suchy trzask palących się polan.

– Wielu nas dzisiaj zaskoczyło. Jedni pozytywnie – tu jego przenikliwe spojrzenie padło na Berena i wyszczerzonego kretyńsko Jesuppa – ale większość wyjątkowo negatywnie. Nadchodzi czas próby i wasza wiedza zdecyduje o losie krain, wiosek, miast i zamków! Tarcza, którą osłonicie ludzi, będzie tak silna, jak silne będą wasze ciała! Miecz, który wzniesiecie przeciwko wrogom tak ostry, jak ostre będą wasze umysły! Gdy nadejdzie Ciemność, Zakon stanie w obronie świata, który dziś znacie, a o zwycięstwie zdecyduje to, jak ciężko pracujecie teraz, jak duży wysiłek włożycie, by się przygotować!

Znowu zamilkł, krążąc po podwyższeniu i omiatając nas płomiennym spojrzeniem.

– Byłem na Równinach Vareghara niemal czterysta lat temu, walcząc z tworami plugawej magii u boku największych bohaterów ludzi: Arvendura Niosącego Światło, Kalenhada Żmijobójcy i Brandona Aredina – Byka z Brach-Tur. A przede wszystkim u boku przyjaciół i braci. U waszego boku – Rogvar, Delon, Edric, Berick i Bran!

Stara Gwardia, choć była grupą najbardziej doświadczonych braci, opuściła głowy z wyrazami wstydu i zakłopotania na twarzach, na których podobne emocje gościły bardzo rzadko.

– Byliśmy tam razem – ciągnął ojciec – gdy świat stał na krawędzi zagłady, gdy wokół nas była tylko Ciemność, ogień, śmierć i niekończące się szeregi wroga! A mimo to zwyciężyliśmy! Daliśmy szansę temu światu, by przetrwał, by się odrodził! Jednak historia zatoczyła koło. Otchłań znów się otwiera i będzie chciała was pożreć, zniszczyć i podzielić, bo zna już siłę Zakonu! Staję więc dziś przed wami jako weteran tamtych wydarzeń, jako zwycięzca i ocalony, mówiąc: Podejmijcie wysiłek! Ćwiczcie! Uczcie się! A gdy przyjdzie czas, przeciwstawcie Ciemności mocne tarcze i ostre miecze silni więzami przyjaźni, braterstwa i zaufania, bo jeśli wy polegniecie, ten świat także zginie.

Prada umilkł i znieruchomiał nagle. Trwał tak przez chwilę, przenosząc wzrok z jednej twarzy na drugą, aż w końcu odwrócił się i usiadł za stołem, opierając czoło o splecione ze sobą dłonie. Teraz to Elhan stanął przed nami, unosząc w dłoni plik papierów i wykrzywiając usta w gorzkim uśmiechu.

– Ośmioro – powiedział w końcu. – Tylu z was nie popełniło dziś żadnego błędu. Ośmioro spośród czterdziestu dwojga. Tylko trzynastu odpowiedziało poprawnie na cztery pytania, a szesnastu zatrzymało się na trzech. O pozostałych nawet nie będę wspominać.

Cisnął dokumentami o stół tak, że bezładnie rozsypały się przed nieruchomym jak posąg Pradagarem.

– Co to właściwie oznacza? Że zawiedliśmy jako nauczyciele? Może. Że połowa z was okazała się albo zbyt głupia, albo zbyt leniwa, by nauczyć się więcej? Prawdopodobnie. Przede wszystkim jednak wygląda na to, że tylko połowa Zakonu będzie mieć realny wpływ na walkę, jaką wkrótce przyjdzie nam stoczyć, i tylko ją zdaje się to w ogóle obchodzić.

Umilkł na chwile, pozwalając, by jego słowa wybrzmiały właściwie.

– Patrząc na te żałosne wyniki, można pomyśleć, że byliśmy dla was zbyt wymagający, że nakładaliśmy za dużo kar i obowiązków. A jednak mam tu dowód, że ich przyczyna jest zupełnie inna – powiedział, kładąc dużą dłoń na rozrzuconych papierach. – Niech wystąpią bezbłędni.

Spojrzeliśmy na siebie z Jesuppem i Berenem. Anaren klepnął mnie nagląco w ramię i wszyscy czworo stanęliśmy w szeregu przed podwyższeniem, wraz z Ulfarem, jasnowłosym prowadzącym drużyny Riodana.

– Wszyscy bezbłędni – rozkazał chłodno Elhan.

Komendanci drgnęli i po chwili obok nas zatrzymał się także Reivan, Riodan i Calahan. Nagle stało się jasne, dlaczego Berick ma tak wściekłą minę.

– Mam nadzieję, że teraz już wszyscy widzicie kuriozalność tej sytuacji. Siedmioro spośród ośmiorga bezbłędnych należy do naszej młodzieży, przy czym pięcioro z nich jest z jednej drużyny. Z drużyny najbardziej zajmującej, kłopotliwej i niesfornej! Proszę bardzo! – kontynuował gniewnie Elhan. – Jesupp, nieustannie odsiadujący szlabany, wpadający z jednych kłopotów w drugie. Ma na swoim koncie więcej kar niż wy wszyscy razem wzięci. Jak to się stało, że ma taki wynik?

– Pierwszy raz w życiu czuję się naprawdę dumny – wyszeptał teatralnie mężczyzna.

– Wiecznie skarżyłeś się, że są głośni, wulgarni i niezdyscyplinowani, tak, Berick? Że przynoszą Zakonowi wstyd, że nie darzą was, Starej Gwardii, należytym szacunkiem. Starej Gwardii! Weteranów! Średnia 3,8!

Elhan odetchnął, choć mięśnie na jego szczęce wciąż silnie drgały.

– Okazuje się, że to młodzi są naszą siłą. Reivan, Riodan gratuluję. Od komendantów nie oczekiwałem mniejszej wiedzy, ale wasze grupy także okazały się najlepsze i zostają zwolnione z kary.

Pradagar dźwignął się z miejsca i stanął wyprostowany u jego boku.

– Calahan, od jutra obejmiesz dowództwo nad twierdzą. Berick, twoja drużyna przejmuje wszystkie obowiązki. Będziecie szorować gary i czyścić latryny tak długo, aż osiągniecie wymaganą średnią. A teraz wyprowadźcie swoje grupy na dziedziniec. Osobiście dopilnuję, by kara została wymierzona właściwie. Pozostali są wolni, odpoczną i przygotują się do wymarszu. O świcie opuszczamy przełęcz – rozkazał donośnym głosem. – Dziś w nocy przyszedł list z Białego Miasta. Jego Cesarska Wysokość nas wzywa.

Wielką Salę wypełnił pomruk zdziwienia. Od co najmniej dwóch stuleci Zakon nie zapuszczał się poza leżące kilka dni drogi na wschód ruiny Wieży Smutku lub wzgórz Hirholmu na zachodzie. A nawet to w grupach nie większych niż kilkuosobowe. Wszyscy sądziliśmy, że jesteśmy już tylko zapomnianym reliktem upiornej przeszłości, który cesarstwo utrzymuje na tym pustkowiu bardziej z przyzwyczajenia niż realnej potrzeby. Na północy wprawdzie Ciemność wciąż spływała po zboczach Białych Wież, zalegając na znacznych terenach Wielkiego Królestwa Angaranu, ale nawet tam wróciły, by się na stałe osiedlić, półdzikie klany Wawarków i Korkorów.

Elhan lekko zeskoczył z podwyższenia i zbliżył się do nas.

– Pójdziecie za mną – rozkazał i sprężystym krokiem ruszył w stronę wrót, całkowicie ignorując chaos, jaki wywołały słowa Prady.

Szliśmy za nim w całkowitym milczeniu, starając się zrozumieć to, co właśnie się wydarzyło. Przemowa ojca, zamiast zachęcić do działania, wzbudziła we mnie niepokój, a w głowie bez końca rozbrzmiewały mi jego słowa. Przyszedł list z Białego Miasta. Przyszedł list.

Mistrz Wojny zaprowadził nas do swojego gabinetu – niewielkiego pomieszczenia z dwojgiem drzwi. Jedne prowadziły do jego prywatnych komnat, a drugie wprost do auli, w której wykładał. Pod ścianami ciągnęły się regały zawalone stertami zwojów, ksiąg i szczegółowych map anatomicznych. Spojrzał na nas, stanął przed ciężkim biurkiem i zaczekał, aż wchodzący jako ostatni Riodan zamknie drzwi.

– Liczyłem, że będzie was więcej – powiedział w końcu, przywołując na twarz grymas niezadowolenia. – Riodan, Reivan, Anaren, Beren. Jego Wysokość zażądał, by do jego dworu dołączył w roli doradcy ktoś z Zakonu. Nie muszę chyba wspominać, że to wyjątkowo ważna i delikatna misja, którą mogę powierzyć tylko najlepszym? Ulfar i Eriena nie są brani pod uwagę, valków i tak mamy zbyt mało, a Jesupp skończyłby nabity na pal, jeszcze zanim zsiadłby z konia. Musi więc to być któryś z was. Jeżeli do rana nie zgłosi się ochotnik, decyzję podejmę sam. Oczywiście otrzymacie nasze pełne wsparcie, Jego Wysokość natomiast gwarantuje pensję wysokości dziesięciu koron tygodniowo, a do tego wszelkie profity, jakie wiążą się ze wstąpieniem na służbę. Ktoś już się zdecydował, czy potrzebujecie czasu?

– Wolałbym zostać – zaczął niepewnie Riodan, gdy cisza zaczęła niezręcznie się przedłużać – ale jeśli nikt...

– Ja pojadę – przerwał mu niespodziewanie Beren. Spojrzeliśmy na niego zaskoczeni. – Miałem już kilka razy styczność ze szlachtą, uważam też, że lepiej przysłużę się Zakonowi tam niż w terenie.

– Jesteś pewien? – zapytał Elhan, choć ton jego głosu sugerował, że taki właśnie byłby też jego wybór.

– Tak.

– W porządku. Przyjdź do mnie wieczorem, omówimy szczegóły. Możesz odejść. Wy też – powiedział, zwracając się do Jesuppa, Riodana, Ulfara i Anarena.

Zaczekał, aż chłopcy wyjdą, po czym zwrócił oczy na Reivana.

– Eriena będzie twoją nową prowadzącą – oświadczył nagle i bez ogródek. – Gwel zawalił egzamin. Za mało wie i nie potrafi panować nad emocjami.

Komendant kiwnął krótko głową, a mnie zalała gwałtowna fala sprzecznych uczuć. Elhan natychmiast dostrzegł moje zmieszanie i spojrzał mi wyczekująco w oczy. Bez trudu mógłby odczytać moje myśli, ale wiedziałam, że tym razem tego nie zrobi. Nie zamierzał mi niczego ułatwiać.

– Nie jestem gotowa – powiedziałam, starając się brzmieć rzeczowo.

– Naprawdę?

Zaplótł ramiona na szerokiej piersi i przysiadł na krawędzi biurka, choć sam bezwzględnie ganił za to każdego z nas. Jego płonące głębokim błękitem oczy były nieprzeniknione i zimne jak odłamki lodu, ale widziały wszystko i niczego nie zdradzały. Zerknęłam na nieruchomą postać Reivana. Było jasne, że nie wyjdzie, póki mistrz go nie odprawi.

– Nie wiem, czy powinnam jechać – poprawiłam się, starannie dobierając słowa. – Obawiam się, że moja obecność mogłaby stać się dla Zakonu kłopotliwa.

Komendant poruszył lekko szerokimi barkami i skierował spojrzenie w bok, udając zainteresowanie niepokojąco szczegółową mapą ludzkiego układu krwionośnego. Ten ruch uzmysłowił mi to, co on rozumiał od samego początku. Elhan nie składał mi propozycji. Wydawał rozkaz.

– Jesteś gotowa i pojedziesz – powiedział bardzo powoli, nie odrywając ode mnie swojego spojrzenia i silnie akcentując każde słowo. – Zrobisz to, co do ciebie należy, a jeśli przyjdzie ci stawić czoła przeszłości, to się z nią zmierzysz i nareszcie zostawisz ją za sobą. Radzę, byście niezwłocznie zabrali się za przygotowania.

Reivan kiwnął głową i posłusznie ruszył do drzwi. Stałam przez chwilę, wpatrując się w twarz mistrza i poszukując w niej niemej zgody na kontynuowanie dyskusji, ale kiedy ponownie napotkałam jego spojrzenie, drobne zmarszczki w kącikach jego oczu pogłębiły się, a przez oblicze przemknął przerażający grymas jakiejś niewysłowionej udręki. W mojej głowie rozbrzmiało niskie, drażniące dudnienie, które po chwili uformowało się w krótki rozkaz. A może to była prośba?

"Idź".

Posłusznie odwróciłam się do Reivana, który stał już w otwartych drzwiach, czekając, aż przez nie przejdę. Minęłam go, ruszając korytarzem w stronę swojej wieży, a komendant dogonił mnie i przez chwilę szliśmy obok siebie w całkowitym milczeniu.

Gorączkowo myślałam o tym, co mam zrobić i jak się przygotować. Z całego serca pragnęłam się sprawdzić, ale jednocześnie coraz mocniej się bałam. Nie chodziło o niepokój wywołany przysłanym przez cesarza listem. W twarzy Elhana zobaczyłam echo przeszłości, dawnego koszmaru, który po wiekach najwyraźniej zaczął powracać do życia.

Szaloną gonitwę moich myśli przerwał dopiero dotyk twardej dłoni, szorstkiej jak surowe drewno, i zdałam sobie sprawę, że bezwiednie zaciskam palce na gorącym klejnocie, który od lat nosiłam ukryty pod ubraniem. Reivan powoli uwolnił moją dłoń i pogładził ją uspokajająco, pozwalając, by spłynęło z niej przenikliwe mrowienie – piętno wspólne dla wszystkich, którym przez namaszczenie wtłoczono w ciało moc udoskonalonej Bożej Iskry Merkara. Spojrzał mi w oczy.

Był wysoki, choć niewiele wyższy ode mnie i raczej masywnej budowy. Ciemne, przycięte nierówno włosy opadały mu na uszy i wysoki kołnierz skórzanego kaftana. Nie był szczególnie atrakcyjny, choć w jego łagodnych rysach i pełnych wargach zdecydowanie było coś przyciągającego wzrok.

– Wszystko będzie dobrze, Stokrotko – zapewnił.

– Nie będzie – odparłam, gwałtownie potrząsając głową.

– Oboje znamy twoje zdolności...

– Do diabła z moimi zdolnościami! – przerwałam mu, sama zaskoczona obcym brzmieniem swojego głosu. – Nie o to chodzi!

– O co więc?

Wyrwałam rękę z jego uścisku i szarpnęłam się, próbując dać ujście nagromadzonym emocjom. Gdy to nie pomogło, oparłam się dłońmi o kamienny filar galerii i ukryłam głowę w wyciągniętych ramionach. Czułam obecność stojącego obok mężczyzny, bijącą od niego energię, silną woń stali, potu i wyprawionej skóry. W końcu wyprostowałam się i spojrzałam na niego bezradnie.

– Nie wiem – przyznałam cicho. – O nic i o wszystko. Nie patrz tak na mnie, Reiv! Jestem teraz twoją prowadzącą i chciałabym ostrzec cię prostymi słowami, ale nie potrafię! Po prostu mam przeczucie, że stanie się coś bardzo złego, choć nie umiem powiedzieć co. Ani nawet kiedy!

Komendant przyglądał mi się przez chwilę poważnym wzrokiem.

– Już stało się coś bardzo złego – stwierdził w końcu. – Czy gdyby było inaczej, cesarz przysłałby list?

– Nie – odpowiedziałam głucho. – Oczywiście, że nie.

*

W auli unosiła się ciężka woń medykamentów i chemicznych odczynników. Zagapiłam się na uchylone okno wychodzące na niewielki wirydarz – jedyny żyzny skrawek ziemi w promieniu wielu mil. Był pieczołowicie pielęgnowany przez Garbatego Jora należącego niegdyś do Starej Gwardii Bericka. Odniesione niegdyś rany już dawno wykluczyły go z czynnej służby. Patrzyłam, jak mężczyzna, pozbawiony jednego oka i znacznej części twarzy, z czułością gładzi wysokie pędy kosztywału. Mżyło, a wilgoć potęgowała tylko wdzierający się z zewnątrz przyjemny zapach ziół i ciemnej, mokrej ziemi.

Nagle Jor wyprostował się i spojrzał na mnie, a jego okaleczona głowa poruszyła się nieznacznie. Odkłoniłam mu się z uśmiechem.

– Przeszkadzam?

W wejściu stanął Beren, zerkając niepewnie w moją stronę.

– Nie – powiedziałam, kończąc układanie lśniących chirurgicznych narzędzi i mocno zaciągając rzemień, który utrzymywał je na miejscu. – Pakuję się.

Mężczyzna zamknął drzwi i podszedł do mnie, przysuwając stołek do katedry, z której zwykł wykładać Elhan. Usiadł na nim, przez chwilę obracając w zamyśleniu stojące na blacie fiolki, aż w końcu uniósł głowę i spojrzał na mnie.

– Jak się czujesz?

– Skołowana – przyznałam, starannie zwijając pokrowiec i obwiązując go ciasno. – Trochę podekscytowana, a trochę przerażona.

– A z tym, że Jego Wysokość jednak potrafi pisać?

– Z tym? Nijak – odparłam, wzruszając ramionami. – On rozkazuje, my słuchamy.

– Rozumiem – powiedział, przeciągając dłonią po ciemnych, przyciętych tuż przy skórze włosach. – Właściwie to przyszedłem prosić cię o radę.

– W kwestii twojej misji?

– Tak. – Kiwnął głową i podał mi do spakowania dokładnie pozwijane bandaże. – Co mam zrobić, kiedy zaczną mnie wypytywać o Zakon, o...

– Wtedy powiesz im wszystko, z wyjątkiem rzeczy, o których mistrzowie wyraźnie mówić ci zabronią – przerwałam mu. – Wiesz równie dobrze jak ja, że cesarz bez trudu rozpozna kłamstwo i wyczuje nieszczerość, a kiedy to się stanie, wasza współpraca będzie w najlepszym wypadku trudna, w najgorszym zaś zupełnie bezcelowa.

– Nie chcę, byś miała do mnie o coś żal.

Westchnęłam, podchodząc do wielkiego regału zastawionego eksponatami, preparatami i laboratoryjnym szkłem. Przesunęłam wyjątkowo okropny słój, wewnątrz którego w brunatnozielonej cieczy tkwiła odcięta tuż nad łokciem ręka. Był to ulubiony okaz ze zbioru Elhana, doskonale, jego zdaniem, obrazujący efekt połączenia "wielkich ambicji z gównianą wiedzą".

Pechowa kończyna należała do pewnego młodego rekruta i bardzo obiecującego valka, z którym wiązano naprawdę duże nadzieje. Chłopak, jak powtarzał Elhan, zachłysnął się pochwałami i postanowił mu zaimponować, czerpiąc ze Źródła bijącego pod Jesienną Wieżą. Uderzenie kinetyczne wyszło mu wprawdzie wyjątkowo imponująco – położył trupem trzech ćwiczących z nim dzieciaków i pogrzebał ich ciała pod gruzami wyburzonej mocą ściany koszar. Niestety jemu samemu usmażyło mózg, kości ramion rozszczepiło w drzazgi, a miękkie tkanki rozerwały się na krwawe strzępy.

W twierdzy od moich narodzin nie wyszkolono ani jednego nowego kandydata, a zapomniana ręka kurzyła się na półce, ukrywając mój żelazny zapas poprawiaczy humoru. Sięgnęłam głębiej i wyciągnęłam pękaty gliniany gąsiorek. Otworzyłam go, pociągnęłam łyk i podałam Berenowi, który nieufnie powąchał zawartość.

– Tujonówka? – zdziwił się.

– Ćma Wieczoru. – Puściłam do niego oko. – Praca w laboratorium ma pewne zalety.

– Trafię po niej do pokoju? – zapytał, ale wypił solidny łyk, skrzywił się i otarł twarz przedramieniem. – Straszne gówno.

– Ma odprężać, a nie smakować – odparłam i spojrzałam na niego poważnie. – Beren, nie przejmuj się mną i skup się na swoim zadaniu.

Kiwnął głową, wpatrując się w ciemny otwór naczynia, po czym znowu pociągnął łyk. Wtedy ktoś ostro załomotał w uchylone okno, a my podskoczyliśmy zaskoczeni. Do środka zaglądał Jor. Nie mógł wprawdzie mówić, ale jego poruszający się gniewnie palec był aż nadto wymowny. Beren westchnął głośno i wstał, zaciskając usta. Podał mężczyźnie gąsiorek. Jor spojrzał na nas swoim jedynym, błyszczącym okiem i zakołysał naczyniem, jakby oceniał poziom jego zawartości, po czym podniósł go do okaleczonych ust. Beren wzdrygnął się, patrząc na podskakującą rytmicznie grdykę Jora.

– Boję się, że wszystko spieprzę – przyznał w końcu, opierając się barkiem o bieloną framugę okna.

– Nie spieprzysz – zapewniłam go. – Jesteś inteligentny, masz ogromną wiedzę i szansę zobaczyć trochę świata. Jeśli będziesz szczerze wspierał cesarza i doradzał mu zgodnie z najlepszą wiedzą, to nie masz się czym martwić.

– I już? To takie proste?

Jor oddał mu gąsiorek i spojrzał wymownie w oczy. Uśmiechnęłam się blado, doskonale go rozumiejąc.

– Nie, Beren. To wcale nie będzie proste.

Kiedy skończyłam przygotowania, było już ciemno. Wracałam do swojego pokoju, niosąc przewieszoną przez ramię torbę, do której spakowałam w laboratorium wszystko, co uznałam za najważniejsze. Wiedziałam, że chłopcy postanowili wspólnie uczcić wyjazd, jednak nie planowałam do nich dołączać. Wolałam nacieszyć się ciepłym łóżkiem.

Wspinałam się powoli po odkształconych, kamiennych schodach, gdy nagle dostrzegłam w ciemności sylwetkę siedzącego na stopniach mężczyzny. Ciemnoszare oczy rozbłysły w mroku, kiedy podniósł głowę i obserwował w milczeniu, jak mijam go, zbliżając się powoli do swojego pokoju. Odetchnęłam głęboko, czując unoszący się w powietrzu zapach szarego mydła, i weszłam do środka, nie zamykając za sobą drzwi. Ostrożnie położyłam torbę obok grubego śpiwora i wypchanych po brzegi juków. Podążałam schodami na piętro, gdzie miałam sypialnię, jednak nim dotarłam na górę, usłyszałam ciche skrzypnięcie i metaliczny szczęk zasuwanego rygla, a później miękki, ledwie słyszalny krok idącego moim śladem mężczyzny.

*

Obudził mnie hałas trzeszczącego w spojeniach łóżka. W komnacie panowała ciemność i przenikliwy, nocny chłód. Ciężka dłoń odgarnęła mi włosy z karku i spłynęła w dół nagich pleców, zaciskając się zachłannie na krągłości biodra. Przesuwając się powoli, pozostawiała na mojej skórze delikatny, rozwibrowany ślad uwięzionej w niej energii. Nigdy nie zapytałam, co on czuje, gdy dotyka mnie.

Aura namaszczonego różni się od sposobu, w jaki emanuje valk, tak jak różni się zanurzenie dłoni w chłodnej wodzie spokojnego jeziora od włożenia jej w rwący, lodowaty prąd spływającego z gór strumienia. Kiedy jego skóra zaledwie mrowiła, sama obecność kogoś tak potężnego jak Elhan wywoływała charakterystyczny ucisk w skroniach, a zetknięcie z jego ciałem niebezpiecznie balansowało pomiędzy bólem a przyjemnością.

– Musimy już wstać – szepnął mężczyzna, muskając lekko płatek mojego ucha i usiadł na krawędzi łóżka. Słuchałam, jak brząka cicho sprzączką pasa i klamrami wysokich butów.

Leżałam na brzuchu, a obok mnie na posłaniu lśnił zawieszony na połyskującym łańcuszku klejnot, oprawiony w misterny filigran z księżycowego srebra. Wpatrywałam się w pięć podłużnych kamieni ułożonych na kształt gwiazdy, które jarzyły się dziwnym, wewnętrznym blaskiem, jakby ktoś uwięził w ich wnętrzu pierwsze światło wschodzącego słońca.

Mężczyzna wciągnął na siebie ubranie a później przyklęknął na łóżku, które ponownie zajęczało w proteście i ugięło się pod jego ciężarem. Pochylił się nade mną i pocałował w szyję, a kiedy nie zareagowałam tak, jak tego oczekiwał, ukąsił tuż pod uchem.

– Niedługo zacznie świtać, Erieno – wyszeptał nagląco w moje włosy.

Nie odpowiedziałam. Z jakiegoś powodu czułam, że jeśli tym razem wypowiem choć słowo, mogą paść między nami jakieś deklaracje. Jeszcze niedawno ich pragnęłam. Chciałam, by jego nocne wędrówki do mojej sypialni były czymś więcej niż tylko wygodnym układem. Teraz jednak nie byłam już tego taka pewna. Spojrzałam z goryczą na lśniący kamień, walcząc z przemożną chęcią, by zerwać go z szyi.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, mężczyzna odsunął się ode mnie. Obdarzył klejnot krótkim, pełnym niechęci spojrzeniem i zniknął cicho jak duch. Wstałam, podeszłam do okna i otworzyłam je na oścież. Tam, gdzie kolorowe szkiełka zbiły się lub wypadły, w drewniane listewki wstawiono cienkie błony z wołowych żołądków, napinające się pod wpływem chłodnego wiatru, który owiał moje nagie ciało, odpędzając resztki snu. Patrzyłam się przez chwilę, jak ostre szczyty gór rozdzierały swymi wierzchołkami spływające po zboczach chmury. Słyszałam rżenie koni dobiegające z dziedzińca niskiego zamku, co oznaczało, że większość chłopców szykowała się już do drogi.

Umyłam się i ubrałam w pośpiechu. Dopięłam do pasa miecz, nóż o długim ostrzu i trzy pomocnicze rzemienie, które zawsze były pod ręką, by pomóc w zatamowaniu krwawienia. Były proste i gładkie. Liczyłam jednak, że pewnego dnia ozdobią je nabijki ofiarowane mi przez braci, którym zdołam ocalić życie. Zarzuciłam na ramię torbę i uniosłam ciężkie juki. Ostatni raz omiotłam wzrokiem swój pokój i ruszyłam schodami w dół.

Wielką Salę zalewał blask bijący z huczącego paleniska i małych, kopcących kaganków porozstawianych na stołach. Pachniało pieczystym, cebulą i majerankiem, co sugerowało, że śniadanie będzie wyjątkowo sute. Zauważyłam jednego z podkomendnych Bericka. Z wyraźnym wysiłkiem dokładał do ognia świeże polana, a na szarym lnie jego koszuli, niczym upiorne kwiaty, wyrastały szkarłatne plamy krwi. Odwróciłam wzrok.

Anaren, Kerian i Gwel siedzieli przy jednym z ustawionych pod ścianą stołów. Wszyscy trzej wyglądali na niewyspanych, mimo to Kerian jak zawsze prezentował się bez zarzutu. Włosy miał schudnie uczesane i lśniące, a w starannie wymodelowanej brodzie połyskiwały srebrne spinki. Anaren beznamiętnie wpatrywał się w zawartość swojej miski. Policzki miał gładkie, ale skórę poszarzałą ze zmęczenia. Piegowata twarz Gwela wyglądała na obrzękniętą, zaś ciemne oczy były silnie przekrwione. Leżał na blacie z udręczoną miną, jakby przemocą wywleczono go z łóżka tuż po tym, jak się w nim położył. Jakkolwiek postanowili spędzić poprzedni wieczór, z pewnością uważali to teraz za zły pomysł.

Zbliżyłam się do nich, ostrożnie dokładając swoje juki do kopiastej sterty ich pakunków.

– Jak impreza? – zagadnęłam, biorąc pustą miskę z toczonego drewna. Półleżący na blacie Gwel wzruszył ramionami.

– Ciesz się, że nie byłaś – powiedział Anaren i uniósł na mnie ciemnoniebieskie oczy, współgrające ładnie z jego jasnymi włosami. – Ktoś zmieszał frustracje z alkoholem i trochę mu się ulało.

– Niech zgadnę – wykrzywiłam się. – Ten ktoś jest rudy.

– Ja też jestem rudy – obruszył się Gwel.

– Ty jesteś ryży – parsknął Kerian, a valk uniósł na niego zapuchnięte oczy w wyrazie kompletnego niezrozumienia.

– A co za różnica?

– Zasadnicza, przyjacielu. – Łagodnie poklepał go po plecach Anaren. – Zasadnicza.

Podeszłam do kotła i nakładając sobie gęstego gulaszu z kaszą, zauważyłam, że mi się przyglądają.

– Ładnie wyglądasz – powiedział Anaren, dolewając sobie piwa i starając się powstrzymać cisnący się na wargi uśmiech.

– Nie licząc tego kołtuna na głowie. Siadaj, wyczeszę cię – zaproponował Kerian, wyciągając ze swojej torby kościany grzebień.

– Poważnie?

– A myślisz, że kto mi zawsze układa włosy? – wtrącił się Ulfar, podchodząc do mnie szybkim krokiem. Ubrany był w długą, sięgającą kostek przeszywanicę, nitowaną kolczugę z drobnych ogniw i ozdobną skórznię. Uśmiechnął się szeroko i objął mnie potężnymi ramionami.

– Gratuluję awansu na prowadzącą i oficjalnie witam na pierwszej linii! – powiedział. – Wiesz, jak brzmi nasze zawołanie?

My giniemy pierwsi – odparłam, krzywiąc się i szarpiąc go delikatnie za wypielęgnowaną brodę. – Dzięki, Ulfar.

– Kto jest twoim przybocznym?

– Ja – odezwał się Anaren.

– To nie będzie tak źle – zażartował valk, puszczając mi oko i klepiąc w ramię.

– Będzie – mruknął wciąż leżący na stole Gwel. – Kerian zabrał bęben.

– Chcesz, żebym ci coś zaśpiewał, Ulfie? Może Piętnaście kufli Miriona? – zaproponował niewinnym głosem Kerian, wyciągając ze sterty juków duży, obręczowy bęben i owiniętą rzemieniem pałkę.

– Pewnie! – powiedział entuzjastycznie valk, natychmiast podchwytując pomysł.

– Jak on zacznie bębnić, to ja się zabiję – oświadczył Gwel udręczonym głosem. Kerian wziął teatralnie głęboki oddech i zaczął grać, drąc się przy tym na całe gardło.

Mirion strasznym bucem był

Co by w karczmie tylko tkwił

Piwo cięgiem chciałby chlać

Patrząc, komu by tu w mordę dać.

Gwel zerwał się z ławy, zebrał swoje juki i klnąc pod nosem, ruszył w stronę wyjścia.

– Dziwne – mruknął Kerian, marszcząc brwi i udając zaskoczenie. – Wczoraj wytrzymał co najmniej do trzynastego kufla.

– I to nie piwa – dodał Anaren, odprowadzając go wzrokiem.

– Mam nadzieję, że to nie przeze mnie – powiedziałam, siadając na zwolnionym przez niego miejscu w cuchnących oparach na wpół przetrawionego alkoholu.

– Nie żartuj – parsknął Kerian, rozplatając mój warkocz i rozczesując włosy energicznymi ruchami. – Gwel nadaje się na prowadzącego, jak oset do podtarcia tyłka. I żeby nie było, to jego własne słowa.

Nie zdążyłam zjeść nawet połowy gulaszu, gdy do sali weszli pogrążeni w rozmowie komendanci. Obaj, opancerzeni jak Ulfar, mieli na sobie dodatkowo stalowe naramienniki, a na szerokich barkach piękne, czarne wilcze futra, dopięte do ozdobnych pasów poprzecznie przecinających piersi. W końcu Reivan klepnął Riodana w ramię i ruszył w naszą stronę, niosąc w ręce białe zawiniątko i dzwoniąc sięgającą za kolana, oksydowaną kolczugą.

– Jeszcze niegotowi? – zapytał, posyłając chłopcom surowe spojrzenie. – Gdzie wasz sprzęt? Ulfar, gdzie twoja skóra?

Prowadzący Riodana oddalił się szybko, unosząc dłonie w obronnym geście.

– Myślałem, że pancerz założymy dopiero w Jesiennej Wieży – powiedział Anaren. – Bez sensu tłuc się w blachach przez góry.

– A jednak Prada chce nas widzieć na dziedzińcu w pełnym rynsztunku.

– Widziałeś może Jesuppa? – zagadnął Kerian, wprawnymi ruchami zaplatając mi z części włosów dobierany warkocz. – Nie było go wczoraj na imprezie.

– Mistrzowie posłali go przodem z kilkoma chłopakami – odparł Reivan. – Mają zrobić zwiad wokół Car'Dunn i dołączyć do nas w ruinach.

Zwrócił na mnie oczy i uniósł trzymane w dłoni śnieżnobiałe futro.

– Mam dla ciebie skórę – oświadczył. – Elhan chciał ci ją dać już dawno temu, ale ciężko było upolować wilka we właściwym kolorze. Pozwolisz?

Poczekałam, aż Kerian zwiąże mi włosy rzemieniem i podeszłam do Reivana, który zarzucił mi futro na bark i upiął starannie trzymające je pasy. Spojrzał na mnie, uśmiechając się lekko.

– Obyś zawsze odnalazła drogę w Ciemności, prowadząca – powiedział poważnie. Wygładził je dłonią i cofnął się o krok, pochylając przede mną głowę. Odkłoniłam się.

Kiedyś marzyłam, że gdy już zasłużę na skórę, mistrzowie zorganizują dla mnie oficjalną ceremonię, a Elhan osobiście okryje nią moje ramiona w Świątyni Nieba. Jednak życie uwielbiało brutalnie weryfikować wszystkie moje plany, pragnienia i ambicje. Dlatego cieszyłam się, że w ogóle uznano mnie za godną jej noszenia, że wręczył mi ją Reivan, a chłopcy ufali mi na tyle, by milcząco przystać na moje przewodnictwo. Komendant wyprostował się i uniósł na mnie oczy. Jego wargi drgnęły, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, zamiast tego jednak gwałtownie odwrócił się do chłopców.

– Pośpieszcie się – warknął i odszedł szybkim krokiem, zaciskając dłonie w pięści.

Kiedy wyszliśmy na dziedziniec, większość braci była już na koniach, które tupały niecierpliwie w chłodzie przedświtu. Przemoczony Gwel kulił się w siodle i dzwonił zębami, ale wyglądał już na całkiem przytomnego. Przed stajnią czekały na nas wyszczotkowane, osiodłane wierzchowce. Osobno stały tylko dwa wielkie ogiery z długimi, brokatowymi czaprakami. Uwieszony na ich ozdobnym ogłowiu i boleśnie przygarbiony mężczyzna zdawał się drzemać, a sina opuchlizna wokół powiek sugerowała, że to jego pierwsza od zeszłej nocy, mizerna dawka snu.

Podeszłam do swojej karodereszowatej klaczy, która parsknęła przyjaźnie, obserwując moje nadejście czarnym okiem. Pogładziłam ją czule po łopatce i starannie przytroczyłam do siodła juki. Dociągałam właśnie popręg, gdy w końcu zjawili się mistrzowie. Na widok właścicieli ogiery targnęły łbami, rżąc głośno i przestępując niecierpliwie z nogi na nogę. Zaskoczony mężczyzna na chwilę stracił równowagę, uwieszony bezwładnie między zwierzętami, aż w końcu zasyczał z bólu i osadził je w miejscu, szarpiąc za uzdy.

– Na konie – rozkazał krótko Prada, wyrywając mu wodze i lekko wskakując na swojego ogniście czerwonego wierzchowca, który zatańczył pod nim, nerwowo żując wędzidło. – I ogarnąć się. To nie wycieczka do burdelu!

Omiótł wzrokiem dziedziniec, gotów z całą surowością ukarać najmniejszy przejaw niesubordynacji i na krótką chwilę zatrzymał na mnie szare jak popiół oczy. Wydawało mi się, że jego spojrzenie stało się niemal czułe, a wąskie wargi zadrżały w smutnym uśmiechu.

Wtedy odezwał się dzwon, wielki Brązowy Kruk, który budził się rzadko i jedynie po to, by oznajmić śmierć, oblężenie lub nadejście Ciemności. Ojciec odwrócił głowę, a czułość i uśmiech zniknęły z jego surowej twarzy, jakby nigdy ich tam nie było.

Elhan ruszył pierwszy — jako Mistrz Wojny i przełożony wszystkich valków Zakonu zawsze zajmował miejsce na czele kolumny. Za nim jechał Riodan, najstarszy wiekiem komendant w grupie, a cała reszta podążyła za nimi. Prada i Ulfar zamykali szyk. Najsprawniejszy wojownik i towarzyszący mu valk zawsze ochraniali jadących na końcu najsłabszych albo rannych członków grupy, pilnując, by żaden z nich nie pozostał z tyłu.

Kiedy kary ogier Elhana wynurzył się z mrocznego tunelu Pierwszej Bramy, on sam powoli uniósł dłoń do czoła, po czym opuścił ją na kamienny łeb stojącego przy jej wejściu skrzydlatego stworzenia. Starsi bracia nazywali je Al'an'thur, Zawsze-czujny. Podobno posąg przedstawiał kiedyś mantikorę, herbową bestię Argorionów, ale czas i niezliczone dłonie gładzące ją w poszukiwaniu szczęścia, zmieniły jej wyszczerzony pysk w upiorną maskę z pustymi oczodołami i szeregiem popękanych zębów. Każdy kolejny jeździec naśladował gest mistrza. Wszyscy chcieliśmy dotknąć go w nadziei, że niebawem bezpiecznie powrócimy w objęcia wysokich murów twierdzy.

Zeszliśmy z przełęczy w Dolinę Białego Noża, a ptaki rozświergotały się wśród drzew, zagłuszając cichnące bicie dzwonu. Jechaliśmy powoli, starając się oszczędzać konie i pozwalając im ostrożnie stawiać kopyta na śliskich skałach.

Przed zmrokiem dotarliśmy do Car'Dunn, a cały las zdawał się płonąć złotem i czerwienią. Jeźdźcy stali się niespokojni, a wierzchowce parskały, brodząc po morzu opadłych liści. Nad rozsianymi w wąskim ujściu doliny zabudowaniami niewielkiej twierdzy górowała potężna wieża z szarego kamienia. Była dużo starsza niż warownia, niemal prymitywna, a mimo to nie nosiła żadnych śladów upływającego czasu. Wzniesiono ją na Źródle, którego energia sprawiała, że okoliczna roślinność żyła w dziwnym cyklu niekończącej się śmierci i odrodzenia. Buki, gęsto porastające okolicę, były tu większe niż gdziekolwiek indziej, a z ich srebrnych konarów, rozpiętych nad naszymi głowami jak baldachim, nieustannie spadały złote liście. To właśnie z powodu tego niezwykłego zjawiska nazwano ją Jesienną Wieżą.

Mimo całego piękna odczuwało się tu niepokój, potęgowany przez rytmiczne, głuche pulsowanie Źródła, odbierane każdym napiętym nerwem ciała. I głęboką ciszę. Zwierzęta unikały Car'Dunn, nawet wiatr zdawał się omijać to miejsce. Lodowaty strumień Białego Noża okrążał ujście doliny, przemykając jaskiniami i zmieniając się w malownicze wodospady i sadzawki kilka mil od twierdzy.

Wjeżdżając na dziedziniec, zobaczyliśmy zbliżającego się do nas mężczyznę.

– Jakie wieści? – zwrócił się do niego Prada.

– Pod lasem czarno od Wron – zameldował. – Zapuszczają się aż po same ruiny i nawet nie uznają za stosowne, by się z tym szczególnie kryć.

– Przysyłają zwiad wojskowy czy łowców?

– Trzyosobowe oddziały lekkiej jazdy. Na kasakach mają insygnia cesarskiej Czarnej Armii – odparł brat i splunął pod końskie kopyta. – Chłopcy zostali pobawić się z nimi w chowanego.

– Nie taki mieliście rozkaz! – warknął wściekle Prada. Zeskoczył z ogiera i zbliżył się do mężczyzny. – Znajdziesz ich i odwołasz, a jeśli do tego czasu któryś z nich zrobi coś głupiego, osobiście oddam wszystkich cesarskim oprawcom.

Mężczyzna zacisnął zęby, skinął krótko głową i oddalił się szybkim krokiem.

– Z koni! – rzucił ojciec. – Nie mam zamiaru was niańczyć! Reivan, Riodan, odpowiadacie za swoje grupy. Sami organizujecie obozowiska, posiłki i warty. O świcie macie być gotowi do drogi.

Przez chwilę w napięciu przyglądałam się, jak wraz z Elhanem udają się do niewielkiego donżonu. Kiedy okazało się, że żaden z nich nie zamierza zwrócić na mnie najmniejszej uwagi, uśmiechnęłam się szeroko i zsiadłam z klaczy.

– Z czego się cieszysz? – zapytał Anaren, gdy odprowadzaliśmy wierzchowce do prostej stajni wtulonej w mur.

– Z tego, że ojciec potraktował mnie tak samo jak was – odparłam szczerze. – Bałam się, że nie będzie spuszczał ze mnie oka, zmuszając wszystkich, by nade mną skakali albo, co gorsza, dla bezpieczeństwa każe mi spać między nim a Elhanem.

– Twoja radość może być przedwczesna. W porównaniu do wątpliwej przyjemności dzielenia namiotu z Gwelem i Jesuppem, nawet spanie w przydrożnym rowie wydaje się prawdziwym luksusem.

– Zbiórka! – ryknął Riodan, maszerując u boku Reivana przez zmurszały dziedziniec. – Ruchy! Liczę do pięciu i widzę tu was wszystkich!

Bez słowa rzuciłam juki na ziemię i ruszyłam w stronę komendantów. Obie drużyny ustawiły się przed nimi w równych dwuszeregach. Riodan uśmiechnął się, błyskając bielą zębów z gęstwiny czarnego, starannie przystrzyżonego zarostu, i rozłożył szeroko ramiona.

– Na początku naszej wspólnej podróży coś sobie wyjaśnijmy – powiedział głośno. – My przydzielamy wam zadania, a wy wykonujecie je sprawnie i bez zbędnego marudzenia. Sprawa jasna? Doskonale! Po pierwsze – ogień. Cohen, od tej chwili odpowiadasz za opał. Ma być zawsze pocięty, suchy i gotowy do użycia. Druga sprawa – konie. To twoja działka, Arland. Mają być lśniące jak moje jajca. Mogę ci zaprezentować, jeśli nie masz porównania. Każdy z was dba o swój sprzęt. Ma być czysty i cały. Jeśli zrobi się wam dziura w gaciach, nie czekacie na dobrą wróżkę, tylko sami ją cerujecie. Jasne?

Mruknęliśmy potakująco.

– Jeśli chodzi o warty – wtrącił się Reivan. – Moja grupa patroluje mury, Riodana bierze na siebie jaskinie. Zmieniamy się co dwa obroty klepsydry. Jeśli cokolwiek wzbudzi wasz niepokój, zgłaszacie to nam, nie mistrzom. Jasne? O każdej porze dnia i nocy. Arland, będziesz miał wartę zawsze jako drugi, Cohen jako ostatni. Pozostałe obsadzacie wedle własnych ustaleń. W razie konfliktu decydujemy my.

– W takim razie zacznijmy od razu! – zawołał wesoło Anaren. – Hej, Reivan! Ja i Erien bierzemy pierwszą wartę.

Spojrzałam na niego wymownie.

– Witaj w prawdziwym świecie, księżniczko! – powiedział, uśmiechając się szeroko i obejmując ramieniem moje plecy.

– W porządku. – Kiwnął głową Reivan.

– Czy wszyscy wszystko zrozumieli? – zapytał Riodan. – Tak? No to szanowni panowie i ty, nadobna pani, do dzieła!

Wieczór był chłodny i wyjątkowo przyjemny. Spacerowałam po murze, ale mój wzrok, zamiast pilnować otaczających twierdzę ruin, raz po raz kierował się w stronę obozowiska. Wpatrywałam się w oświetlone blaskiem ognisk twarze rozmawiających braci. Siedzący na kłodzie Kerian śpiewał z zamkniętymi oczami i twarzą wzniesioną do ciemniejącego szybko nieba, a wygrywany na bębnie rytm zlewał się z miarowym pulsem Źródła.

Nie czułam zagrożenia. Mury Car'Dunn były niskie i wyszczerbione, ale twierdzy nie dało się tak po prostu wziąć szturmem. Spływające z gór strumienie tworzyły liczne bagna i rozlewiska, a stary, gęsty las skutecznie opóźniałby marsz. Źródło pod Jesienną Wieżą było potężne, ale dzikie i bardzo kapryśne. Żaden rozsądny valk, nieznający go na tyle, by spróbować się do niego dostroić, nie zaryzykowałby korzystania przy nim z mocy. Jego energia potrafiła rozerwać na strzępy nawet kogoś bardzo doświadczonego. Z tego powodu w okolicy nie dało się też otworzyć portalu. Wieża wszystko wypaczała i próba przeniesienia się w jej pobliże musiała skończyć się tragicznie.

Dostrzegłam Reivana, który samotnie wspiął się na mur i oparł o jego krawędź, wpatrując się w las.

– Co czujesz? – szepnął, gdy tylko znalazłam się u jego boku. Spojrzałam na niego zaskoczona, ale odetchnęłam głęboko i przymknęłam powieki. Chłodne powietrze wypełniała intensywna woń zbutwiałej roślinności. Słyszałam łagodny szelest opadających liści, głosy braci i rżenie koni.

– Nic, czym powinniśmy się martwić – odparłam, otwierając oczy i patrząc na niego. Kiwnął powoli głową, ale przez twarz przemknął mu dziwny grymas i nagle zaniepokoiła mnie myśl, że mogłam źle zrozumieć jego pytanie.

– To były dobre dwa lata, Stokrotko – powiedział, zmuszając się do uśmiechu i pochylając w moją stronę tak bardzo, że ciemne pasma włosów opadły mu na oczy.

– Mówisz, jakby któreś z nas było już na łożu śmierci – odparłam, przyglądając mu się z niepokojem.

Kątem oka zauważyłam Anarena zbliżającego się z drugiej strony patrolowanego muru. Spojrzał na nas, teatralnie wywrócił oczami i odszedł w drugą stronę, dając nam jeszcze chwilę prywatności. Uśmiechnęłam się. Reivan wykorzystał tę chwilę i sięgnął do moich ust. Zadrżałam. Dotyk jego chłodnych warg zamrowił przyjemnie, rozlewając się po ciele falą gorąca. Zawahałam się, a później przechyliłam głowę, by pogłębić pocałunek.

– To pożegnanie? – zapytałam, gdy odsunął się ode mnie ze ściągniętą z bólu twarzą.

– Kiedy opuścimy te mury, wszystko się zmieni – odparł, znowu zwracając oczy ku ruinom, które bielały rozrzucone pośród lasu jak stare kości.

– Pewne rzeczy nie zmieniają się tak łatwo.

– Wiem – przyznał z goryczą. – I tego właśnie się boję.

COPYRIGHT ? BY

Katarzyna Staniszewska

COPYRIGHT ? BY

Wydawnictwo Abyssos

WYDANIE I

ISBN: 978-83-968241-7-2

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

 

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowywana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.

 

Redakcja: Bartosz Ejzak

Korekta, skład, ilustracje: Michał J. Sobociński

Projekt graficzny okładki i ilustracja okładki: Grzegorz Kiszycki

Autor mapy: Dobrogniewa Lecyk

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

 

WYDAWCA:

Wydawnictwo Abyssos

Ul. Marii Konopnickiej 16

67-106 Modrzyca

NIP: 9252066581

REGON: 386321883

www.abyssos.eu

kontakt@abyssos.com

www.facebook.com/czasabyssos

 

 

 

OBSERWUJ

 

BĄDŹ NA BIEŻĄCO

 

 

facebook.com/czasabyssos

 

instagram.com/wydawnictwo_abyssos