Pollyanna dorasta - Eleanor H. Porter

Kup ebooka

47.90 zł
36.88 zł (36,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

Della mówi, co my­śli

DELLA WE­THERBY ŻWAWO WE­SZŁA po oka­za­łych scho­dach pro­wa­dzą­cych do domu jej sio­stry przy Com­mon­we­alth Ave­nue w Bo­sto­nie, po czym ener­gicz­nie na­ci­snęła przy­cisk elek­trycz­nego dzwonka. Z ca­łej jej po­staci - od ka­pe­lu­sza przy­bra­nego pió­rami aż po czubki trze­wi­ków na pła­skim ob­ca­sie - biły zdro­wie, siła i zde­cy­do­wa­nie. Na­wet jej głos wi­bro­wał ra­do­ścią ży­cia, gdy po­zdra­wiała po­ko­jówkę, która otwo­rzyła drzwi.

- Dzień do­bry, Mary. Czy za­sta­łam sio­strę?

- Tak, psze pani, pani Ca­rew jest u sie­bie - od­parła z wa­ha­niem dziew­czyna. - Ale... mó­wiła, że ni­kogo nie przyj­muje.

- Ni­kogo? Cóż, ja nie je­stem ni­kim, więc ze mną może się spo­tkać - rze­kła z uśmie­chem panna We­therby. - Nie przej­muj się, we­zmę to na sie­bie. - Ski­nęła głową na wi­dok prze­stra­chu w oczach dziew­czyny. - Gdzie ona jest? U sie­bie w sa­lo­niku?

- Tak, psze pani, ale... To zna­czy pani mó­wiła... - Lecz panna We­therby znaj­do­wała się już w po­ło­wie sze­ro­kich scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro, po­ko­jówka więc po­szła w swoją stronę, obej­rzaw­szy się z roz­pa­czą w tył.

W holu na pię­trze Della We­therby bez wa­ha­nia ru­szyła w kie­runku uchy­lo­nych drzwi i za­pu­kała.

- Oj, Mary! - ode­zwał się znu­żony głos to­nem "co znowu?". - Prze­cież ci mó­wi­łam... Ach, Della! - Te ostat­nie słowa zo­stały wy­po­wie­dziane z za­sko­cze­niem i na­głym przy­pły­wem ser­decz­no­ści. - Ko­chana moja, skąd się tu wzię­łaś?

- Tak, to ja. - Młoda ko­bieta we­szła do po­koju, bez­tro­sko uśmiech­nięta. - Wpa­dłam na chwilę, bo aku­rat z dwiema in­nymi pie­lę­gniar­kami wy­bra­ły­śmy się z oka­zji nie­dzieli na plażę, a te­raz wra­cam już do sa­na­to­rium. To zna­czy w tej chwili je­stem aku­rat tu­taj, ale nie za­ba­wię długo. Wpa­dłam tylko... po to - za­koń­czyła, ob­da­ro­wu­jąc ca­łu­sem ko­bietę o znu­żo­nym gło­sie.

Pani Ca­rew spo­chmur­niała i dość chłodno od­chy­liła głowę. Ta odro­bina ra­do­ści i oży­wie­nia, która przed chwilą po­ja­wiła się na jej twa­rzy, zni­kła, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie po­nure roz­draż­nie­nie, naj­wy­raź­niej bę­dące tam czę­stym go­ściem.

- Oczy­wi­ście! Mo­głam się tego spo­dzie­wać - jęk­nęła. - Ni­gdy się tu­taj nie za­trzy­mu­jesz.

- Tu­taj?! - Della We­therby ro­ze­śmiała się i wy­rzu­ciła ręce w górę, za­raz jed­nak coś się w niej od­mie­niło. Spoj­rzała na sio­strę po­waż­nie i z czu­ło­ścią. - Ruth, ko­chana, nie mo­gła­bym. Nie by­ła­bym w sta­nie tu miesz­kać. Wiesz, że nie da­ła­bym rady - za­koń­czyła ła­god­nie.

Pani Ca­rew po­ru­szyła się ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Nie bar­dzo ro­zu­miem dla­czego - mruk­nęła.

Della We­therby po­krę­ciła głową.

- Ow­szem, wiesz, moja droga. Do­sko­nale zda­jesz so­bie sprawę, że to nie dla mnie: po­nura at­mos­fera, brak celu, nie­ustę­pliwe trwa­nie w nie­szczę­ściu i roz­go­ry­cze­niu.

- Ale ja je­stem nie­szczę­śliwa i roz­go­ry­czona!

- A nie po­win­naś.

- Dla­czego? Ja­kim spo­so­bem mia­ła­bym czuć co­kol­wiek in­nego?

Della mach­nęła ręką, znie­cier­pli­wiona.

- Po­słu­chaj, Ruth - rze­kła buń­czucz­nie. - Masz trzy­dzie­ści trzy lata i je­steś w do­brym zdro­wiu, to zna­czy by­ła­byś, gdy­byś na­le­ży­cie o sie­bie dbała. Z całą pew­no­ścią masz na­to­miast mnó­stwo czasu i pie­nię­dzy. Chyba każdy by stwier­dził, że po­win­naś so­bie zna­leźć ja­kie­kol­wiek za­ję­cie w tak piękny po­ra­nek, poza uża­la­niem się nad sobą i sie­dze­niem w domu przy­po­mi­na­ją­cym gro­bo­wiec, po­le­ciw­szy po­ko­jówce, by ni­kogo nie wpusz­czała.

- Ale ja nie chcę ni­kogo wi­dzieć.

- Ja bym się zmu­siła.

Pani Ca­rew wes­tchnęła prze­cią­gle i od­wró­ciła głowę.

- Och, Dello, czy ty mnie kie­dyś zro­zu­miesz? Nie je­stem taka jak ty. Nie mogę... za­po­mnieć.

Przez twarz młod­szej ko­biety prze­szedł gry­mas bólu.

- Pew­nie ci cho­dzi o Ja­miego. Nie za­po­mi­nam o nim, ko­chana. Nie mo­gła­bym, oczy­wi­ście. Lecz uża­la­nie się nad sobą ni­jak nie po­może nam go od­na­leźć.

- Prze­cież pró­bo­wa­łam go od­na­leźć przez osiem dłu­gich lat, a nie tylko uża­la­łam się nad sobą - żach­nęła się pani Ca­rew nieco płacz­li­wym gło­sem.

- Oczy­wi­ście, moja droga - po­twier­dziła skwa­pli­wie jej sio­stra - i bę­dziemy da­lej go szu­kać, ty i ja, aż go znaj­dziemy lub wy­zio­niemy du­cha. Lecz tego ro­dzaju po­stawa nie jest wcale po­mocna.

- Ale ja nie mam ochoty ro­bić nic in­nego - mruk­nęła po­sęp­nie Ruth Ca­rew.

Na chwilę za­pa­dła ci­sza. Młod­sza ko­bieta sie­działa, pa­trząc na sio­strę wzro­kiem peł­nym tro­ski i dez­apro­baty.

- Ruth - po­wie­działa w końcu z nutą iry­ta­cji. - Wy­bacz, ale... już za­wsze taka bę­dziesz? No do­brze, je­steś wdową. Lecz twoje mał­żeń­stwo trwało za­le­d­wie rok, a mąż był od cie­bie znacz­nie star­szy. Sama by­łaś wów­czas nie­mal dziec­kiem, a ten krótki okres te­raz wy­daje się jakby snem. Chyba nie po­win­naś przez resztę ży­cia po­grą­żać się w go­ry­czy!

- Nie, ra­czej nie - mruk­nęła pani Ca­rew, rów­nie po­sęp­nie jak wcze­śniej.

- Czy za­tem bę­dziesz już za­wsze tak się za­cho­wy­wać?

- No cóż, oczy­wi­ście gdy­bym mo­gła od­na­leźć Ja­miego...

- Tak, tak, wiem. Ale Ruth, ko­chana moja, czy nie ma na świe­cie nic poza Ja­miem, co mo­głoby choć odro­binę cię uszczę­śli­wić?

- Chyba nie, w każ­dym ra­zie nic mi o tym nie wia­domo - wes­tchnęła obo­jęt­nie pani Ca­rew.

- Ruth! - za­wo­łała jej sio­stra, nie­mal roz­złosz­czona tym upo­rem. Po­tem jed­nak na­gle się ro­ze­śmiała. - Och, Ruth. Chcia­ła­bym, że­byś mo­gła otrzy­mać dawkę Pol­ly­anny. Nie znam ni­kogo, kto po­trze­bo­wałby jej bar­dziej od cie­bie!

Pani Ca­rew nieco ze­sztyw­niała.

- Cóż, nie wiem, co to za spe­cy­fik, ale na pewno go nie po­trze­buję - wark­nęła z roz­draż­nie­niem. - Przy­po­mi­nam, że nie je­ste­śmy w twoim uko­cha­nym sa­na­to­rium, a ja nie je­stem pa­cjentką, którą mo­żesz po­uczać i fa­sze­ro­wać le­kami.

Oczy Delli We­therby za­bły­sły we­soło, lecz na usta nie wy­pły­nął uśmiech.

- Pol­ly­anna to nie na­zwa leku, moja droga - wy­ja­śniła - choć sły­sza­łam, jak nie­któ­rzy mó­wią, że jest do­sko­na­łym le­kiem na wzmoc­nie­nie. To dziew­czynka.

- Dziecko? Niby skąd mia­łam wie­dzieć? - od­parła pani Ca­rew, wciąż na­bur­mu­szona. - Skoro ist­nieje "dzie­wanna", czemu nie mia­łoby być "pol­ly­anny"? Poza tym wciąż mi po­le­casz ja­kieś leki, a tym ra­zem wy­raź­nie po­wie­dzia­łaś, że po­win­nam "otrzy­mać dawkę". To prze­cież zwy­kle ozna­cza ja­kieś le­kar­stwo.

- Cóż, Pol­ly­anna to fak­tycz­nie swego ro­dzaju le­kar­stwo. - Della się uśmiech­nęła. - W każ­dym ra­zie wszy­scy le­ka­rze w sa­na­to­rium zgod­nie twier­dzą, że jest lep­sza niż te, które zwy­kle prze­pi­sują pa­cjen­tom. To dwu­na­sto- czy może trzy­na­sto­let­nia dziew­czynka. Całe ostat­nie lato i więk­szą część zimy spę­dziła w sa­na­to­rium. Wi­dy­wa­łam ją le­d­wie przez kilka ty­go­dni, bo wy­je­chała wkrótce po moim przy­by­ciu. Ale zdą­ży­łam w pełni pod­dać się jej uro­kowi. A poza tym całe sa­na­to­rium używa te­raz jej po­wie­dzo­nek i pró­buje ba­wić się tak jak ona.

- Ba­wić się!

- Tak. - Della po­ki­wała głową z ta­jem­ni­czym uśmie­chem. - W szu­ka­nie po­wo­dów do ra­do­ści. Ni­gdy nie za­po­mnę, jak po raz pierw­szy się z tym ze­tknę­łam. Je­den z za­bie­gów skła­da­ją­cych się na ku­ra­cję dziew­czynki był szcze­gól­nie nie­przy­jemny, a na­wet bo­le­sny. Wy­ko­ny­wano go co wto­rek rano, a mnie za­raz po roz­po­czę­ciu tam pracy przy­pa­dło w udziale wła­śnie tym się za­jąć. Prze­ra­żało mnie to, bo z wcze­śniej­szych do­świad­czeń z dziećmi wie­dzia­łam, czego się spo­dzie­wać: co naj­mniej ma­ru­dze­nia i łez. Jed­nak ku mo­jemu bez­mier­nemu zdu­mie­niu ta mała po­wi­tała mnie z uśmie­chem i po­wie­działa, że cie­szy ją mój wi­dok. A po­tem przez cały czas trwa­nia za­biegu, wierz lub nie, na­wet nie pi­snęła, choć wie­dzia­łam, że spra­wiam jej okrutny ból. Mu­sia­łam chyba ja­koś wy­ra­zić za­sko­cze­nie, bo za­raz mi szcze­rze wy­ja­śniła: "Och, daw­niej rze­czy­wi­ście ma­ru­dzi­łam i bar­dzo się tego ba­łam, aż w końcu po­my­śla­łam so­bie, że to bę­dzie do­kład­nie tak jak u Nancy z pra­niem, czyli będę naj­szczę­śliw­sza wła­śnie we wtorki, bo prze­cież po­tem przez cały ty­dzień już ani jed­nego wtorku nie bę­dzie!".

- Do­prawdy nie­zwy­kłe! - Pani Ca­rew zmarsz­czyła brwi, nie cał­kiem ro­zu­mie­jąc. - Na­dal jed­nak nie wi­dzę, gdzie tu się kryje ja­kaś za­bawa.

- Też nie wi­dzia­łam. Wszystko stało się ja­sne do­piero póź­niej, kiedy mi wy­tłu­ma­czyła. Otóż dziew­czynka do­ra­stała bez matki, jako córka bied­nego pa­stora na da­le­kim za­cho­dzie, przy wspar­ciu pań z Koła Opieki i pa­czek mi­syj­nych. Gdy była młod­sza, ma­rzyła o lalce i bar­dzo li­czyła, że znaj­dzie ją w ko­lej­nej par­tii da­rów, oka­zało się jed­nak, że nie ma tam nic oprócz pary drew­nia­nych kul dla in­wa­li­dów. Mała oczy­wi­ście się po­pła­kała i wła­śnie wtedy oj­ciec na­uczył ją za­bawy w szu­ka­nie po­wo­dów do ra­do­ści w każ­dej sy­tu­acji. Na po­czą­tek ka­zał jej się cie­szyć, że tych kul nie po­trze­buje. Tak się za­częło. Pol­ly­anna mówi, że to piękna za­bawa i że od tam­tej pory wciąż się w niej ćwi­czy, a im trud­niej zna­leźć po­wód do ra­do­ści, tym jest cie­ka­wiej, z wy­jąt­kiem sy­tu­acji, w któ­rych robi się okrop­nie trudno, co jej się cza­sem zda­rzało.

- To rze­czy­wi­ście nie­zwy­kłe! - szep­nęła pani Ca­rew, wciąż nie do końca ro­zu­mie­jąc.

- Tym bar­dziej byś się zdzi­wiła, gdy­byś wi­działa efekty tej za­bawy w sa­na­to­rium. - Della po­ki­wała głową. - Dok­tor Ames mówi, że w swoim mia­steczku też wy­wo­łała istną re­wo­lu­cję. On do­brze zna dok­tora Chil­tona, czyli czło­wieka, za któ­rego wy­szła jej ciotka. Na­wia­sem mó­wiąc, to mał­żeń­stwo też chyba wy­ni­kło z jej sta­rań, bo zdo­łała po­go­dzić ze sobą dawno skłó­co­nych na­rze­czo­nych. Wi­dzisz, nieco po­nad dwa lata temu zmarł jej oj­ciec, więc Pol­ly­annę wy­słano do ciotki. W paź­dzier­niku mała wpa­dła pod sa­mo­chód i po­wie­dziano jej, że już ni­gdy nie bę­dzie cho­dzić. W kwiet­niu dok­tor Chil­ton skie­ro­wał ją do sa­na­to­rium, gdzie prze­by­wała aż do tego marca, czyli pra­wie rok. Wró­ciła do domu prak­tycz­nie wy­le­czona. Szkoda, żeś tego dziecka wtedy nie wi­działa! Jej ra­dość mą­ciło tylko to, że nie mo­gła prze­być ca­łej drogi pie­szo! O ile wiem, całe mia­steczko wy­le­gło na jej po­wi­ta­nie, z or­kie­strą dętą i cho­rą­giew­kami. Ale o tej dziew­czynce nie wy­star­czy opo­wia­dać. Trzeba ją zo­ba­czyć! Dla­tego mó­wi­łam, że po­win­naś otrzy­mać dawkę Pol­ly­anny. Na pewno po­pra­wi­łoby ci to hu­mor.

Pani Ca­rew unio­sła nieco brodę.

- Do­prawdy, mu­szę po­wie­dzieć, że mnie nie prze­ko­na­łaś - od­parła chłodno. - Nie mam ochoty na żadne "re­wo­lu­cje", nie po­trze­buję też go­dzić się z na­rze­czo­nym. I nie znio­sła­bym, gdyby ja­kaś mała panna Ma­ruda sie­działa tu ze smętną miną i mnie po­uczała, za co po­win­nam być wdzięczna. Nie zno­szę...

Prze­rwał jej jed­nak per­li­sty śmiech.

- Och, Ruth! - wy­krztu­siła jej sio­stra ra­do­śnie. - No na­prawdę, Pol­ly­anna jako panna Ma­ruda! Och, gdy­byś tylko zo­ba­czyła to dziecko! Cóż, mo­głam się tego spo­dzie­wać. Mó­wi­łam prze­cież, że o Pol­ly­an­nie nie po­winno się opo­wia­dać. A ty oczy­wi­ście nie bę­dziesz w sta­nie się z nią zo­ba­czyć. Ale... panna Ma­ruda, ładne rze­czy! - Znów par­sk­nęła śmie­chem. Za­raz jed­nak spo­waż­niała i prze­szyła sio­strę za­tro­ska­nym jak zwy­kle wzro­kiem. - Czy rze­czy­wi­ście, moja droga, nic się nie da zro­bić? - spy­tała bła­gal­nie. - Nie po­win­naś tak mar­no­wać so­bie ży­cia. Może jed­nak spró­bu­jesz cza­sem gdzieś wyjść, z kimś się spo­tkać?

- A niby po co, skoro nie mam ochoty? Mę­czą mnie lu­dzie. Wiesz, że ni­gdy nie prze­pa­da­łam za to­wa­rzy­stwem.

- To może spró­bu­jesz za­jąć się czymś po­ży­tecz­nym, na przy­kład do­bro­czyn­no­ścią?

Pani Ca­rew żach­nęła się, znie­cier­pli­wiona.

- Droga Dello, już o tym roz­ma­wia­ły­śmy. Prze­ka­zuję datki, i to cał­kiem spore. To w zu­peł­no­ści wy­star­czy. Cza­sem za­sta­na­wiam się na­wet, czy nie na­zbyt wy­so­kie. Nie je­stem prze­ko­nana, czy to po­maga lu­dziom dźwi­gnąć się z ubó­stwa.

- Ale gdy­byś dała coś z sie­bie, ko­chana - za­ry­zy­ko­wała ła­god­nie Della. - Gdy­byś tylko za­in­te­re­so­wała się czym­kol­wiek poza wła­snym ży­ciem, na pewno by ci to po­mo­gło i...

- Moja droga Dello - prze­rwała jej star­sza sio­stra gwał­tow­nie. - Bar­dzo cię lu­bię i miło mi cię tu wi­dzieć, ale wprost nie zno­szę, gdy ktoś mi prawi ka­za­nia. To wspa­niale, że we­szłaś w rolę anioła mi­ło­sier­dzia i po­da­jesz cho­rym wodę oraz ban­da­żu­jesz zra­nione głowy i tak da­lej. Być może to­bie ła­twiej jest w ten spo­sób za­po­mnieć o Ja­miem, ale ja bym tak nie mo­gła. Jesz­cze bar­dziej bym wów­czas o nim roz­my­ślała i za­sta­na­wiała się, czy jemu ma kto po­dać wodę i za­ban­da­żo­wać głowę. Poza tym dla mnie to by było dość nie­smaczne, tak wciąż się krę­cić wśród lu­dzi roz­ma­itego po­kroju.

- A pró­bo­wa­łaś kie­dyś?

- Oczy­wi­ście, że nie! - W obu­rzo­nym gło­sie pani Ca­rew po­brzmie­wała po­garda.

- Skąd masz więc to wie­dzieć, je­śli nie spró­bu­jesz? - spy­tała młoda pie­lę­gniarka i ze znu­że­niem wstała. - Mu­szę już iść, moja droga. Mam się spo­tkać z dziew­czę­tami na Dworcu Po­łu­dnio­wym. Nasz po­ciąg od­jeż­dża o dwu­na­stej trzy­dzie­ści. Przy­kro mi, je­śli cię roz­gnie­wa­łam - po­wie­działa na ko­niec i po­ca­ło­wała sio­strę w po­li­czek.

- Wcale się na cie­bie nie gnie­wam, Dello - wes­tchnęła pani Ca­rew. - Chcia­ła­bym tylko, że­byś mnie zro­zu­miała.

Po chwili Della We­therby prze­mie­rzała już ci­che, po­nure ko­ry­ta­rze, po­tem zaś wy­szła na ulicę. Wy­ra­zem twa­rzy, cho­dem i po­stawą bar­dzo się róż­niła od osóbki, która żwawo wbie­gała po scho­dach pół go­dziny wcze­śniej. Całe jej oży­wie­nie, gib­kość i ra­dość ży­cia gdzieś znik­nęły. Nie­mal do na­stęp­nej prze­cznicy wlo­kła się noga za nogą. Po­tem zaś nie­spo­dzie­wa­nie od­rzu­ciła głowę w tył i za­czerp­nęła tchu.

- Je­den ty­dzień w tym domu i pa­dła­bym tru­pem! - Wzdry­gnęła się. - Chyba na­wet Pol­ly­anna nie zdo­ła­łaby się prze­bić przez to przy­gnę­bie­nie. A je­dyne, z czego mo­głaby się cie­szyć, to że nie musi tam miesz­kać na stałe!

Wkrótce jed­nak oka­zało się, że po­mimo de­kla­ro­wa­nej nie­wiary w zdol­ność Pol­ly­anny do od­mie­nie­nia domu pani Ca­rew na lep­sze Della We­therby w isto­cie wcale tak nie uważa. Gdy tylko pie­lę­gniarka wró­ciła do sa­na­to­rium, do­wie­działa się cze­goś, co spra­wiło, że już na­za­jutrz jak na skrzy­dłach raz jesz­cze po­ko­nała osiem­dzie­się­cio­ki­lo­me­trowy dy­stans dzie­lący ją od Bo­stonu.

Na miej­scu za­stała scenkę nie­mal taką samą jak po­przed­nio, jakby pani Ca­rew od jej ostat­niej wi­zyty w ogóle nie ru­szyła się z miej­sca.

- Ruth! - wy­pa­ro­wała z en­tu­zja­zmem Della, od­po­wie­dziaw­szy na pełne za­sko­cze­nia po­wi­ta­nie. - Po pro­stu mu­sia­łam przy­je­chać, a ty mu­sisz ten je­den raz mi ustą­pić i przy­stać na to, co za­pro­po­nuję. Po­słu­chaj! Je­śli ze­chcesz, mo­żesz mieć tu u sie­bie tę małą Pol­ly­annę!

- Ale ja nie chcę - od­parła chłodno pani Ca­rew.

Della We­therby pu­ściła to mimo uszu i z peł­nym en­tu­zja­zmem traj­ko­tała da­lej:

- Gdy wczo­raj wró­ci­łam, do­wie­dzia­łam się, że dok­tor Ames otrzy­mał list od dok­tora Chil­tona, wiesz, tego, który po­ślu­bił ciotkę Pol­ly­anny. No i oka­zuje się, że on ma spę­dzić zimę w Niem­czech na ja­kichś spe­cja­li­stycz­nych stu­diach. Chciał za­brać ze sobą żonę, ale mu­siałby naj­pierw ją prze­ko­nać, że Pol­ly­anna może w tym cza­sie spo­koj­nie gdzieś tu­taj uczyć się w szkole z in­ter­na­tem. Lecz pani Chil­ton nie chce zo­sta­wiać Pol­ly­anny w ta­kim miej­scu, więc on za­czął się oba­wiać, że żona z nim nie po­je­dzie. I tu po­ja­wia się szansa dla nas, Ruth. Chcia­ła­bym, żeby dziew­czynka mo­gła tę zimę spę­dzić u cie­bie i cho­dzić do szkoły w po­bliżu.

- Co za nie­do­rzeczny po­mysł, Dello! Tylko kło­potu z dziec­kiem mi tu bra­kuje!

- Z nią nie bę­dzie żad­nego kło­potu. Ma już trzy­na­ście lat albo coś koło tego i pew­nie nie wi­dzia­łaś jesz­cze tak zmyśl­nego dziecka.

- Nie lu­bię "zmyśl­nych" dzieci - od­parła prze­kor­nie pani Ca­rew, ale się przy tym za­śmiała, a jej sio­stra w związku z tym po­czuła na­gły przy­pływ od­wagi i za­częła jesz­cze usil­niej ją na­ma­wiać.

Być może o spra­wie prze­są­dziły za­sko­cze­nie lub nie­ty­po­wość tej pro­po­zy­cji, może hi­sto­ria Pol­ly­anny ja­koś po­ru­szyła serce Ruth Ca­rew, a może po pro­stu ko­bieta nie chciała od­mó­wić usil­nym proś­bom sio­stry. Nie wia­domo, co prze­wa­żyło szalę, w każ­dym ra­zie gdy pół go­dziny póź­niej Della We­therby po­spiesz­nie wy­cho­dziła, miała do prze­ka­za­nia obiet­nicę przy­ję­cia Pol­ly­anny pod nowy dach.

- Pa­mię­taj tylko - ostrze­gła ją sio­stra przy po­że­gna­niu - że w chwili, gdy ta mała za­cznie mi pra­wić ka­za­nia i każe dzię­ko­wać za ła­skę otrzy­ma­nych da­rów, za­raz wróci do cie­bie i mo­żesz so­bie z nią ro­bić, co ze­chcesz, bo u mnie nie zo­sta­nie!

- Będę pa­mię­tać, ale nie mar­twi­ła­bym się na za­pas. - Młod­sza ko­bieta ski­nęła głową na po­że­gna­nie.

Póź­niej zaś, gdy po­spiesz­nie od­da­lała się od domu sio­stry, szep­nęła sama do sie­bie:

- Pierw­sza po­łowa za­da­nia już za mną. Te­raz druga: spra­wić, by Pol­ly­anna przy­je­chała. Ale na pewno przy­je­dzie! Na­pi­szę list i będą mu­sieli ją tu przy­słać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki