Policja. Harry Hole. Tom 10 - Jo Nesbo

Kup ebooka

34.50 zł
26.91 zł (26,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Spał w środ­ku, za drzwicz­ka­mi.

Wnę­trze na­roż­nej szaf­ki pach­nia­ło sta­rym drew­nem, na­ga­rem i sma­rem do bro­ni. Kie­dy słoń­ce wpa­da­ło przez okno do po­ko­ju, pro­mień świa­tła w kształ­cie klep­sy­dry prze­ci­skał się przez dziur­kę od klu­cza w drzwicz­kach szaf­ki i gdy słoń­ce usta­wia­ło się pod od­po­wied­nim ką­tem, pi­sto­let le­żą­cy na środ­ko­wej pół­ce przez chwi­lę lek­ko po­ły­ski­wał.

Była to ro­syj­ska ode­ssa, ko­pia bar­dziej zna­ne­go stiecz­ki­na.

Mia­ła za sobą burz­li­we ży­cie. Z ku­ła­ka­mi z Li­twy po­dró­żo­wa­ła na Sy­be­rię, wę­dro­wa­ła po głów­nych kwa­te­rach urków na po­łu­dnio­wej Sy­be­rii, znaj­do­wa­ła się w po­sia­da­niu pew­ne­go ata­ma­na, przy­wód­cy ko­za­ków, któ­ry zgi­nął za­bi­ty przez po­li­cję ze swo­ją ode­ssą w ręku, nim wresz­cie tra­fi­ła do domu ko­lek­cjo­ne­ra bro­ni, a za­ra­zem dy­rek­to­ra wię­zie­nia w Ta­gi­le. W koń­cu brzyd­ki, kan­cia­sty pi­sto­let ma­szy­no­wy zo­stał przy­wie­zio­ny do Nor­we­gii przez Ru­dol­fa Asa­je­wa, któ­ry przed swo­im znik­nię­ciem zmo­no­po­li­zo­wał ry­nek nar­ko­ty­ków w Oslo, wpro­wa­dza­jąc na nie­go vio­li­nę - przy­po­mi­na­ją­cy he­ro­inę opio­id. Broń po­zo­sta­ła w tym mie­ście, a kon­kret­nie na Hol­men­kol­lve­ien, w wil­li Ra­kel Fau­ke. W ma­ga­zyn­ku ode­ssy mie­ści­ło się dwa­dzie­ścia na­boi ka­li­bru 9X18 mm Ma­ka­ro­wa i moż­na było z niej za­rów­no od­da­wać po­je­dyn­cze strza­ły, jak i strze­lać sal­wa­mi. W ma­ga­zyn­ku zo­sta­ło dwa­na­ście kul.

Trzy na­bo­je wy­strze­lo­no do Al­bań­czy­ków z Ko­so­wa sta­no­wią­cych kon­ku­ren­cję na ryn­ku nar­ko­ty­ków, przy czym tyl­ko jed­na kula wbi­ła się w cia­ło.

Dwa na­stęp­ne strza­ły za­bi­ły Gu­sta Hans­se­na, mło­de­go zło­dzie­ja i di­le­ra, któ­ry przy­własz­czył so­bie pie­nią­dze i nar­ko­ty­ki Asa­je­wa.

Pi­sto­let wciąż było czuć trze­ma ostat­ni­mi strza­ła­mi, któ­re tra­fi­ły w gło­wę i pierś by­łe­go po­li­cjan­ta, Har­ry'ego Hole, pod­czas śledz­twa w spra­wie za­bój­stwa wła­śnie Gu­sta Hans­se­na. A ad­res tego ostat­nie­go miej­sca zda­rze­nia był taki sam jak ad­res po­przed­nie­go: Hau­smanns gate 92.

Po­li­cja wciąż jesz­cze nie roz­wią­za­ła spra­wy Gu­sta, a osiem­na­sto­let­ni chło­pak, któ­re­go aresz­to­wa­no na po­cząt­ku śledz­twa, zo­stał zwol­nio­ny. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że nie zdo­ła­no zna­leźć bro­ni, z któ­rej za­bi­to Gu­sta, ani w ża­den spo­sób go z nią po­wią­zać. Chło­piec na­zy­wał się Oleg Fau­ke i bu­dził się co noc, wpa­trzo­ny w ciem­ność i wsłu­cha­ny w od­głos strza­łów. Nie tych, któ­ry­mi za­bił Gu­sta, tyl­ko tych dru­gich. Tych od­da­nych do po­li­cjan­ta, któ­ry w okre­sie jego do­ra­sta­nia był dla nie­go jak oj­ciec i w daw­nych ma­rze­niach chłop­ca miał po­ślu­bić jego mat­kę, Ra­kel. Do Har­ry'ego Hole. Spoj­rze­nie Har­ry'ego pło­nę­ło przed Ole­giem w ciem­no­ści, ka­żąc mu my­śleć o pi­sto­le­cie scho­wa­nym głę­bo­ko w na­roż­nej szaf­ce i mieć na­dzie­ję, że już nig­dy wię­cej go nie zo­ba­czy. Że nikt wię­cej go nie zo­ba­czy. Że bę­dzie tam spał przez całą wiecz­ność.

Spał w środ­ku, za drzwia­mi.

Strze­żo­na sala szpi­tal­na pach­nia­ła le­kar­stwa­mi i far­bą. Urzą­dze­nie sto­ją­ce obok re­je­stro­wa­ło ude­rze­nia ser­ca.

Isa­bel­le Sk?y­en, rad­na do spraw spo­łecz­nych w ra­tu­szu Oslo, i Mi­ka­el Bel­l­man, świe­żo mia­no­wa­ny ko­men­dant okrę­go­wy sto­łecz­nej po­li­cji, mie­li na­dzie­ję, że nig­dy wię­cej go nie zo­ba­czą.

Że nikt wię­cej go nie zo­ba­czy.

Że bę­dzie spał przez całą wiecz­ność.

1

To był cie­pły, dłu­gi wrze­śnio­wy dzień, pe­łen tego świa­tła, któ­re zmie­nia Oslo­fjor­den w płyn­ne sre­bro i spra­wia, że ni­skie wzgó­rza z po­ja­wia­ją­cy­mi się na nich pierw­szy­mi ozna­ka­mi je­sie­ni za­czy­na­ją się ża­rzyć. Je­den z tych dni, któ­re zmu­sza­ją miesz­kań­ców Oslo do zło­że­nia przy­się­gi, że nig­dy, prze­nig­dy się stąd nie wy­pro­wa­dzą. Słoń­ce za­cho­dzi­ło za wzgó­rzem Ul­lern i jego ostat­nie pro­mie­nie prze­su­wa­ły się pła­sko po kra­jo­bra­zie, po ni­skich, su­ro­wych ka­mie­ni­cach, świad­czą­cych o skrom­nych po­cząt­kach mia­sta, po kosz­tow­nych lo­ftach z ta­ra­sa­mi opo­wia­da­ją­cy­mi baśń o ro­pie naf­to­wej, za któ­rej spra­wą kraj stał się jed­nym z naj­bo­gat­szych na świe­cie, po ćpu­nach na szczy­cie wznie­sie­nia w Sten­spar­ken w tym ma­łym upo­rząd­ko­wa­nym mie­ście, w któ­rym zgo­nów z przedaw­ko­wa­nia było wię­cej niż w ośmio­krot­nie więk­szych mia­stach Eu­ro­py. Po ogro­dach, w któ­rych tram­po­li­ny za­bez­pie­cza­ła siat­ka, a ska­ka­ło na nich naj­wy­żej tro­je dzie­ci, tak jak za­le­ca­ła in­struk­cja ob­słu­gi. Po wzgó­rzach i la­sach, któ­re w po­ło­wie ota­cza­ły tak zwa­ną niec­kę Oslo. Słoń­ce nie chcia­ło roz­sta­wać się z mia­stem, wy­cią­ga­ło pro­mie­nie jak pal­ce ręki wy­su­wa­ją­cej się z okna po­cią­gu w prze­dłu­ża­nym po­że­gna­niu.

Ra­nek przy­niósł chłod­ne przej­rzy­ste po­wie­trze i ostre świa­tło, ta­kie jak z lamp na sali ope­ra­cyj­nej. W cią­gu dnia tem­pe­ra­tu­ra wzro­sła, błę­kit nie­ba na­brał in­ten­syw­no­ści, a po­wie­trze przy­ja­znej na­ma­cal­no­ści, dzię­ki któ­rej wrze­sień sta­wał się naj­pięk­niej­szym mie­sią­cem roku. A kie­dy przy­szedł zmierzch, mięk­ko i ostroż­nie, w dziel­ni­cach wil­lo­wych na zbo­czach cią­gną­cych się w stro­nę je­zio­ra Ma­ri­dal­svan­net pach­nia­ło jabł­ka­mi i roz­grza­nym świer­ko­wym la­sem.

Er­lend Ven­ne­sla zbli­żał się do szczy­tu ostat­nie­go wzgó­rza. Czuł już gro­ma­dzą­cy się w mię­śniach kwas mle­ko­wy, ale kon­cen­tro­wał się na od­po­wied­nim pio­no­wym na­ci­sku na za­trza­sko­we pe­da­ły i na lek­kim wy­gię­ciu ko­lan do we­wnątrz. Bo wła­ści­wa tech­ni­ka była waż­na. Szcze­gól­nie wte­dy, gdy po­ja­wia­ło się zmę­cze­nie, a mózg na­bie­rał ocho­ty na zmia­nę po­zy­cji cia­ła i na ob­cią­że­nie mniej zmę­czo­nych, lecz przy tym pra­cu­ją­cych mniej sku­tecz­nie mię­śni. Er­lend czuł, jak sztyw­na rama ro­we­ru ab­sor­bu­je i wy­ko­rzy­stu­je każ­dy wci­ska­ny w nią wat ener­gii, jak na­bie­ra pędu przy prze­łą­cze­niu na wyż­szy bieg. Pod­niósł się z sio­deł­ka, pró­bu­jąc utrzy­mać tę samą czę­sto­tli­wość pe­da­ło­wa­nia, oko­ło dzie­więć­dzie­się­ciu ob­ro­tów na mi­nu­tę. Zer­k­nął na pul­so­metr. Sto sześć­dzie­siąt osiem. Skie­ro­wał czo­łów­kę na przy­mo­co­wa­ny do kie­row­ni­cy wy­świe­tlacz GPS-u. W urzą­dze­niu znaj­do­wa­ła się szcze­gó­ło­wa mapa Oslo i oko­lic oraz ak­tyw­ny na­daj­nik. Ro­wer wraz z do­dat­ko­wym wy­po­sa­że­niem kosz­to­wał znacz­nie wię­cej, niż po­wi­nien wy­da­wać świe­żo eme­ry­to­wa­ny śled­czy, ale utrzy­ma­nie for­my było waż­ne, zwłasz­cza te­raz, gdy ży­cie sta­wia­ło przed nim inne wy­zwa­nia.

Mniej­sze, szcze­rze mó­wiąc.

Za­kwa­sy pie­kły już i w udach, i w łyd­kach. Bo­la­ło, lecz ten ból był jed­no­cze­śnie cu­dow­ną obiet­ni­cą tego, co wkrót­ce mia­ło na­stą­pić: uczty en­dor­fin. Przy­jem­nej sztyw­no­ści mię­śni. Za­do­wo­le­nia z sie­bie. Piwa z żoną na bal­ko­nie, je­śli tem­pe­ra­tu­ra po za­cho­dzie słoń­ca za bar­dzo nie spad­nie.

I na­gle zna­lazł się na sa­mej gó­rze. Dro­ga sta­ła się pła­ska, a przed nim roz­cią­ga­ło się je­zio­ro, Ma­ri­dal­svan­net. Zwol­nił. Był na wsi. To wła­ści­wie ab­sur­dal­ne, że po pięt­na­stu mi­nu­tach ostrej jaz­dy ro­we­rem z cen­trum eu­ro­pej­skiej sto­li­cy czło­wie­ka na­gle ota­cza­ją wiej­skie za­gro­dy, pola i gę­sty las, pe­łen tu­ry­stycz­nych ście­żek zni­ka­ją­cych po­wo­li w wie­czor­nej ciem­no­ści. Od potu swę­dzia­ła go gło­wa pod an­tra­cy­to­wo­sza­rym ka­skiem fir­my Bell, któ­ry sam kosz­to­wał tyle co dzie­cię­cy ro­we­rek dla wnucz­ki, Line Ma­rie, ku­pio­ny przez Er­len­da na jej szó­ste uro­dzi­ny. Ale Er­lend Ven­ne­sla nie zdjął ka­sku. Wśród cy­kli­stów prze­wa­ża­ją­cą przy­czy­ną zgo­nów są ob­ra­że­nia gło­wy.

Znów spoj­rzał na pul­so­metr. Sto sie­dem­dzie­siąt pięć. Sto sie­dem­dzie­siąt dwa. Mile wi­dzia­ny lek­ki po­wiew wia­tru przy­niósł z mia­sta od­gło­sy zbio­ro­we­go aplau­zu. Mu­sia­ły do­cho­dzić ze sta­dio­nu Ul­le­va­al, na któ­rym tego wie­czo­ru roz­gry­wa­no ja­kiś mię­dzy­na­ro­do­wy mecz. Ze Sło­wa­cją czy Sło­we­nią. Er­lend Ven­ne­sla przez chwi­lę wy­obra­żał so­bie, że te okrzy­ki po­dzi­wu są dla nie­go. Tro­chę cza­su już mi­nę­ło, od­kąd ktoś go okla­ski­wał. Ostat­nie okla­ski usły­szał chy­ba pod­czas ce­re­mo­nii po­że­gnal­nej w KRI­POS na Bryn. Tort, prze­mo­wa sze­fa, Mi­ka­ela Bel­l­ma­na, któ­ry od tam­tej pory po­dą­żył wy­zna­czo­nym kur­sem ku sta­no­wi­sku ko­men­dan­ta okrę­go­we­go. A Er­lend przyj­mo­wał te okla­ski, nie ucie­kał od spoj­rzeń, dzię­ko­wał i na­wet po­czuł ści­ska­nie w gar­dle, kie­dy sam miał wy­gło­sić swo­ją pro­stą, krót­ką i opar­tą na fak­tach mowę, jak na­ka­zy­wa­ła tra­dy­cja w KRI­POS. Jako spe­cja­li­sta od za­bójstw miał swo­je wzlo­ty i upad­ki, ale uda­ło mu się unik­nąć wiel­kich wpa­dek. Przy­najm­niej na tyle, na ile wie­dział. Bo ta­kich rze­czy nig­dy nie moż­na być pew­nym na sto pro­cent. Zwłasz­cza te­raz, kie­dy tech­no­lo­gia ana­li­zy DNA za­szła już tak da­le­ko, a sze­fo­stwo po­li­cji wy­sy­ła­ło sy­gna­ły świad­czą­ce o tym, iż za­mie­rza po­now­nie przyj­rzeć się nie­któ­rym sta­rym spra­wom, ist­nia­ło ry­zy­ko, że po­ja­wią się od­po­wie­dzi. Nowe od­po­wie­dzi. Roz­wią­za­nia. Do­pó­ki cho­dzi­ło o spra­wy nie­wy­ja­śnio­ne, Er­lend uwa­żał, że to w po­rząd­ku, ale nie mógł po­jąć, dla­cze­go po­li­cja chce po­świę­cać środ­ki rów­nież na grze­ba­nie w spra­wach od daw­na roz­wią­za­nych i za­koń­czo­nych.

Ciem­ność już gęst­nia­ła i na­wet w bla­sku la­tar­ni mało bra­ko­wa­ło, a nie za­uwa­żył­by drew­nia­ne­go dro­go­wska­zu kie­ru­ją­ce­go w głąb lasu. Ale dro­go­wskaz tam był. Tak jak go za­pa­mię­tał. Er­lend skrę­cił z szo­sy na ścież­kę w mięk­kim le­śnym pod­szy­ciu. Je­chał naj­wol­niej, jak po­tra­fił, nie tra­cąc jed­no­cze­śnie rów­no­wa­gi. Snop świa­tła za­mon­to­wa­nej na ka­sku czo­łów­ki omia­tał ścież­kę i za­trzy­my­wał się na ciem­nej ścia­nie świer­ków po obu jej stro­nach. Cie­nie pierz­cha­ły przed nim, wy­stra­szo­ne i pło­chli­we. Prze­obra­ża­ły się i zni­ka­ły w ukry­ciu. Wła­śnie tak to so­bie wy­obra­żał, gdy usi­ło­wał po­sta­wić się w jej sy­tu­acji. Bie­gną­ca, ucie­ka­ją­ca z la­tar­ką w dło­ni, za­mknię­ta i gwał­co­na przez trzy dni.

A kie­dy w tej sa­mej chwi­li uj­rzał la­tar­kę za­pa­la­ją­cą się w ciem­no­ści przed nim, przez chwi­lę wy­da­wa­ło mu się, że to jej la­tar­ka, że to ona znów bie­gnie, a on sie­dzi na mo­to­rze, któ­ry ją ści­ga i do­ga­nia. Świa­tło przed Er­len­dem za­mi­go­ta­ło i skie­ro­wa­ło się wprost na nie­go. Za­trzy­mał się i zsiadł z ro­we­ru. Czo­łów­ką po­świe­cił na pul­so­metr. Już po­ni­żej stu. Nie­źle.

Roz­piął pa­sek pod bro­dą, zdjął kask i po­dra­pał się po gło­wie. Boże, co za przy­jem­ność! Zga­sił czo­łów­kę, po­wie­sił kask na kie­row­ni­cy i za­czął pro­wa­dzić ro­wer w stro­nę świa­tła la­tar­ki. Kask chy­bo­tał się i ude­rzał go w prze­gub.

Za­trzy­mał się przed la­tar­ką, któ­ra skie­ro­wa­ła się do góry. Ostre świa­tło za­pie­kło w oczach. Ośle­pio­ny po­my­ślał, że wciąż sły­szy swój cięż­ki od­dech. I że to dziw­ne, sko­ro puls ma już tak ni­ski. Do­strzegł ruch cze­goś, co zo­sta­ło unie­sio­ne po­nad wiel­ki, drżą­cy krąg świa­tła, usły­szał ci­chy świst w po­wie­trzu i w tej sa­mej chwi­li przy­szła mu do gło­wy dzi­wacz­na myśl. Że nie po­wi­nien był tego ro­bić. Nie po­wi­nien był zdej­mo­wać ka­sku. Wśród cy­kli­stów więk­szość zgo­nów...

Myśl jak­by się za­jąk­nę­ła, jak­by szarp­nę­ło nią w cza­sie, jak­by na mo­ment ze­rwał się jej zwią­zek z ob­ra­zem.

Er­lend Ven­ne­sla zdu­mio­ny pa­trzył przed sie­bie, czu­jąc go­rą­cą kro­plę potu spły­wa­ją­cą po czo­le. Mó­wił, ale sło­wa nie mia­ły sen­su, jak­by ze­psu­ło się po­łą­cze­nie mię­dzy mó­zgiem a usta­mi. Znów usły­szał ten sam ci­chy świst. I wszyst­kie dźwię­ki znik­nę­ły. Wszyst­kie. Nie sły­szał już na­wet wła­sne­go od­de­chu. Zo­rien­to­wał się, że klę­czy, a ro­wer po­wo­li prze­wra­ca się do rowu. Przed nim tań­czy­ło żół­te świa­tło, ale znik­nę­ło, kie­dy kro­pla potu do­tar­ła do na­sa­dy nosa i spły­nę­ła do oczu, ośle­pia­jąc go. Zro­zu­miał wte­dy, że to nie jest pot.

Trze­cie ude­rze­nie było jak so­pel lodu wbi­ja­ny przez gło­wę i szy­ję do wnę­trza cia­ła. Wszyst­ko w nim za­mar­z­ło.

Nie chcę umie­rać, po­my­ślał, pró­bu­jąc unieść rękę, żeby osło­nić gło­wę, ale po­nie­waż nie mógł po­ru­szyć żad­ną koń­czy­ną, zro­zu­miał, że jest spa­ra­li­żo­wa­ny.

Czwar­te­go ude­rze­nia nie za­re­je­stro­wał, ale po za­pa­chu mo­krej zie­mi po­znał, że na niej leży. Kil­ka­krot­nie za­mru­gał i od­zy­skał wzrok w jed­nym oku. Tuż przed sobą uj­rzał dwa duże ubło­co­ne buty. Pię­ty się unio­sły i w tej sa­mej chwi­li buty ode­rwa­ły się od zie­mi. I wy­lą­do­wa­ły. Za­raz się to po­wtó­rzy­ło. Naj­pierw unio­sły się pię­ty, a po­tem buty. Jak­by ten, któ­ry ude­rzał, pod­ska­ki­wał. Po to, by wło­żyć w cio­sy jesz­cze więk­szą siłę. Ostat­nią my­ślą, jaka prze­bie­gła mu przez gło­wę, było to, że musi za­pa­mię­tać imię wnucz­ki, że nie może go za­po­mnieć.

2

Sier­żant po­li­cji An­ton Mit­tet z nie­wiel­kie­go czer­wo­ne­go eks­pre­su do kawy Ne­spres­so D290 wy­jął na­peł­nio­ny do po­ło­wy pla­sti­ko­wy ku­bek, schy­lił się i od­sta­wił go na pod­ło­gę. W po­bli­żu nie było żad­ne­go me­bla, na któ­rym mógł­by go umie­ścić. Po­tem od­wró­cił po­dłuż­ne pu­deł­ko do góry dnem, tak by w dłoń wpa­dła świe­ża kap­suł­ka z kawą, od­ru­cho­wo spraw­dził, czy wiecz­ko z cien­kiej me­ta­lo­wej fo­lii nie jest prze­dziu­ra­wio­ne, co ozna­cza­ło, że kap­suł­ka na­praw­dę nie była uży­wa­na, po czym wło­żył ją do eks­pre­su. Pu­sty ku­bek pod­su­nął pod kra­nik i wci­snął je­den ze świe­cą­cych gu­zi­ków.

Kie­dy ma­szy­na za­czę­ła dy­szeć i par­skać, spoj­rzał na ze­ga­rek. Nie­dłu­go pół­noc. Zmia­na dy­żu­ru. W domu na nie­go cze­ka­li, ale uwa­żał, że i tak bę­dzie mu­siał wpro­wa­dzić swo­ją zmien­nicz­kę w obo­wiąz­ki, bo była prze­cież je­dy­nie stu­dent­ką szko­ły po­li­cyj­nej. Sil­je, chy­ba tak mia­ła na imię. An­ton Mit­tet spoj­rzał na kra­nik. Czy po­szedł­by po kawę, gdy­by to był męż­czy­zna? Nie wie­dział. Zresz­tą wszyst­ko jed­no, prze­stał już szu­kać od­po­wie­dzi na ta­kie py­ta­nia. Zro­bi­ło się tak ci­cho, że sły­szał, jak do kub­ka wpa­da­ją ostat­nie, nie­mal prze­zro­czy­ste kro­ple. Z kap­suł­ki nie dało się już wy­ci­snąć wię­cej ko­lo­ru ani sma­ku, ale waż­ne było, by nie zmar­no­wać naj­mniej­szej dro­bi­ny, bo dziew­czy­nę cze­kał dłu­gi noc­ny dy­żur. Bez to­wa­rzy­stwa, bez żad­nych wy­da­rzeń, bez żad­ne­go in­ne­go za­ję­cia niż wpa­try­wa­nie się w nie­po­ma­lo­wa­ne gołe be­to­no­we ścia­ny Szpi­ta­la Cen­tral­ne­go. Dla­te­go po­sta­no­wił przed odej­ściem wy­pić z nią kawę. Wziął oba kub­ki i ru­szył z po­wro­tem. Echo jego kro­ków od­bi­ja­ło się od ścian. Mi­jał po­za­my­ka­ne na klucz drzwi. Wie­dział, że za nimi nie ma nic ani ni­ko­go, tyl­ko ko­lej­ne gołe ścia­ny. Pod­czas bu­do­wy Szpi­ta­la Cen­tral­ne­go Nor­we­go­wie wy­jąt­ko­wo pa­trzy­li w przy­szłość, świa­do­mi tego, że bę­dzie nas wię­cej, bę­dzie­my star­si, bar­dziej cho­rzy i bar­dziej wy­ma­ga­ją­cy. My­śle­li da­le­ko­wzrocz­nie. Tak jak Niem­cy bu­du­ją­cy swo­je au­to­stra­dy, a Szwe­dzi lot­ni­ska. Ale czy nie­licz­ni kie­row­cy mkną­cy przez nie­miec­ką wieś w sa­mot­nym ma­je­sta­cie be­to­no­wych ma­sto­don­tów w la­tach trzy­dzie­stych albo szwedz­cy pa­sa­że­ro­wie prze­mie­rza­ją­cy ogrom­ne hale na lot­ni­sku Ar­lan­da w la­tach sześć­dzie­sią­tych też uwa­ża­li, że tam stra­szy? Że stra­szy­ło tam, cho­ciaż wszyst­ko było nowe, nie­tknię­te, dzie­wi­cze, a jesz­cze nikt nie zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym czy lot­ni­czym? Czy już wte­dy my­śle­li, że re­flek­to­ry sa­mo­cho­do­we w każ­dej chwi­li mogą wy­ło­wić z ciem­no­ści ro­dzi­nę na skra­ju dro­gi, ska­mie­nia­łe twa­rze, za­krwa­wio­ne i bla­de, wpa­tru­ją­ce się w świa­tło, ojca prze­bi­te­go drąż­kiem, mat­kę z gło­wą ob­ró­co­ną ty­łem do przo­du, dziec­ko z koń­czy­na­mi tyl­ko po jed­nej stro­nie? Że zza pla­sti­ko­wej za­sło­ny na ta­śmie ba­ga­żo­wej w hali przy­lo­tów na Ar­lan­dzie na­gle mogą za­cząć się wy­ła­niać spa­lo­ne zwło­ki, któ­re wciąż jesz­cze się ża­rzą, wta­pia­ją w gumę, z otwar­ty­mi dy­mią­cy­mi usta­mi za­sty­gły­mi w nie­mym krzy­ku? Ża­den z le­ka­rzy nie po­tra­fił mu po­wie­dzieć, do cze­go z cza­sem mia­ło zo­stać prze­zna­czo­ne to skrzy­dło. Pew­ne było je­dy­nie, że za tymi drzwia­mi będą umie­rać lu­dzie. To już da­wa­ło się wy­czuć w po­wie­trzu. Nie­wi­dzial­ne cia­ła z nie­mo­gą­cy­mi za­znać spo­ko­ju du­sza­mi już zo­sta­ły przy­ję­te na ten od­dział.

An­ton skrę­cił za róg i otwo­rzył się przed nim nowy ko­ry­tarz, oszczęd­nie oświe­tlo­ny, pu­sty i tak sy­me­trycz­nie pro­sto­kąt­ny, że wy­wo­łał dziw­ne złu­dze­nie optycz­ne: dziew­czy­na w mun­du­rze sie­dzą­ca na krze­śle na sa­mym jego koń­cu wy­glą­da­ła jak ob­ra­zek po­wie­szo­ny na prze­ciw­le­głej ścia­nie.

- Pro­szę, to­bie też przy­nio­słem - po­wie­dział An­ton, sta­jąc przed nią. Ile mo­gła mieć lat? Dwa­dzie­ścia? Tro­chę wię­cej. Może dwa­dzie­ścia dwa.

- Dzię­ku­ję, ale mam wła­sną - od­par­ła i wy­ję­ła ter­mos z ple­cacz­ka, któ­ry po­sta­wi­ła przy krze­śle. W jej ak­cen­to­wa­niu słów dało się wy­chwy­cić le­d­wie sły­szal­ny wzno­szą­cy się ton, może reszt­ki dia­lek­tu z pół­no­cy.

- Ta jest lep­sza. - Wciąż trzy­mał rękę wy­cią­gnię­tą przed sie­bie.

Za­wa­ha­ła się, w koń­cu wzię­ła ku­bek.

- I nic nie kosz­tu­je. - An­ton dys­kret­nie scho­wał rękę za ple­cy, po­tarł po­pa­rzo­ne czub­ki pal­ców o chłod­ny ma­te­riał kurt­ki. - Mamy ten eks­pres tyl­ko dla sie­bie. Stoi w ko­ry­ta­rzu przy...

- Za­uwa­ży­łam go, gdy tu szłam - prze­rwa­ła mu. - Ale w in­struk­cji jest na­pi­sa­ne, że na­wet na mo­ment nie mo­że­my spu­ścić z oczu drzwi do sali pa­cjen­ta, więc przy­nio­słam wła­sną kawę z domu.

An­ton Mit­tet wy­pił łyk z pla­sti­ko­we­go kub­ka.

- Nie­źle wy­kom­bi­no­wa­łaś, ale tu pro­wa­dzi tyl­ko ten je­den ko­ry­tarz. Je­ste­śmy na czwar­tym pię­trze i mię­dzy tymi drzwia­mi a eks­pre­sem do kawy nie ma żad­nych drzwi, któ­re pro­wa­dzi­ły­by do ja­kichś in­nych scho­dów czy przejść. Nie da się nas mi­nąć nie­zau­wa­że­nie, na­wet je­śli pój­dzie­my po kawę.

- Rze­czy­wi­ście mnie uspo­ko­iłeś, ale chy­ba ra­czej będę się trzy­ma­ła in­struk­cji. - Po­sła­ła mu krót­ki uśmiech. A po­tem, może dla zrów­no­wa­że­nia po­śred­niej przy­ga­ny, też wy­pi­ła łyk kawy.

An­ton po­czuł lek­kie ukłu­cie iry­ta­cji i już chciał po­wie­dzieć coś o sa­mo­dziel­nym my­śle­niu, któ­re­go na­by­wa się wraz z do­świad­cze­niem, ale nie zdo­łał sfor­mu­ło­wać tej my­śli do koń­ca, po­nie­waż na­gle za­uwa­żył ja­kiś ruch na koń­cu ko­ry­ta­rza. Bia­ła po­stać zda­wa­ła się uno­sić nad pod­ło­gą. Usły­szał, że Sil­je wsta­je. Po­stać przy­bra­ła kon­kret­niej­szą for­mę. Zmie­ni­ła się w pulch­ną blon­dyn­kę w luź­nym stro­ju pie­lę­gniar­ki. An­ton wie­dział, że ko­bie­ta ma noc­ny dy­żur. I że ju­tro wie­czo­rem ma wol­ne.

- Do­bry wie­czór. - Pie­lę­gniar­ka uśmiech­nę­ła się we­so­ło, po­ka­za­ła dwie strzy­kaw­ki, po­de­szła do drzwi i po­ło­ży­ła rękę na klam­ce.

- Chwi­lecz­kę. - Sil­je zro­bi­ła krok do przo­du. - Mu­szę jed­nak pa­nią pro­sić o oka­za­nie iden­ty­fi­ka­to­ra. Zna pani ha­sło na dzi­siaj?

Pie­lę­gniar­ka zdu­mio­na po­pa­trzy­ła na An­to­na.

- Chy­ba że mój ko­le­ga może za pa­nią po­rę­czyć - do­da­ła Sil­je.

An­ton kiw­nął gło­wą.

- Wchodź, wchodź, Mona.

Pie­lę­gniar­ka otwo­rzy­ła drzwi, a An­ton zaj­rzał do środ­ka. W sła­bo oświe­tlo­nej sali do­strzegł urzą­dze­nia sto­ją­ce wo­kół łóż­ka i pal­ce stóp wy­sta­ją­ce spod koł­dry. Pa­cjent był tak wy­so­ki, że trze­ba było za­ma­wiać spe­cjal­ne łóż­ko. Drzwi za­raz się za­mknę­ły.

- Świet­nie. - An­ton uśmiech­nął się do Sil­je. I od razu spo­strzegł, że wca­le jej się to nie spodo­ba­ło. Że uzna­ła go za mę­skie­go szo­wi­ni­stę, któ­ry wła­śnie wy­sta­wił szkol­ną oce­nę młod­szej ko­le­żan­ce, ko­bie­cie.

Ale prze­cież ona była stu­dent­ką, do dia­bła cięż­kie­go! I pod­czas roku prak­ty­ki mia­ła się uczyć od star­szych do­świad­czo­nych po­li­cjan­tów. Sta­nął, ko­ły­sząc się na pię­tach, nie­pew­ny, jak po­dejść do tej sy­tu­acji. Sil­je go uprze­dzi­ła:

- Prze­czy­ta­łam in­struk­cję, tak jak mó­wi­łam. A na cie­bie pew­nie cze­ka ro­dzi­na...

Pod­niósł ku­bek z kawą do ust. Co ona mo­gła wie­dzieć o jego sta­nie cy­wil­nym? Czyż­by coś in­sy­nu­owa­ła? Na przy­kład w związ­ku z Moną? Wie­dzia­ła, że parę razy po dy­żu­rze od­wiózł ją do domu i że na tym się nie skoń­czy­ło?

- Na­lep­ka z mi­siem na two­jej tor­bie - wy­ja­śni­ła z uśmie­chem.

Wy­pił duży łyk. Chrząk­nął.

- Mam czas. Po­nie­waż to jest twój pierw­szy dy­żur, po­win­naś sko­rzy­stać z oka­zji, je­śli się nad czymś za­sta­na­wiasz. Nie za­wsze wszyst­ko da się zna­leźć w in­struk­cji. - Prze­stą­pił z nogi na nogę. Miał na­dzie­ję, że zro­zu­mia­ła pod­tekst.

- Jak so­bie chcesz - od­par­ła z iry­tu­ją­cą pew­no­ścią sie­bie, na jaką moż­na so­bie po­zwo­lić tyl­ko wte­dy, gdy nie ma się jesz­cze skoń­czo­nych dwu­dzie­stu pię­ciu lat. - Ten pa­cjent, któ­ry tam leży. Kim on jest?

- Tego nie wiem. I to rów­nież na­pi­sa­no w in­struk­cji. Jest ano­ni­mo­wy i taki ma po­zo­stać.

- Ale ty coś wiesz.

- Tak są­dzisz?

- Mona. Nie prze­cho­dzi się z ludź­mi na ty bez wcze­śniej­szej roz­mo­wy na ja­kiś te­mat. Co ci po­wie­dzia­ła?

An­ton Mit­tet przyj­rzał jej się uważ­nie. Była ra­czej ład­na, ale nie mia­ła w so­bie cie­pła ani wdzię­ku. Tro­chę za chu­da jak na jego gust. Za­nie­dba­ne wło­sy i lek­ko unie­sio­na przez nie­co zbyt na­pię­te wę­dzi­deł­ko gór­na war­ga, od­sła­nia­ją­ca przez to nie­rów­ne przed­nie zęby. Ale dziew­czy­na mia­ła mło­dość. I jędr­ne wy­tre­no­wa­ne cia­ło skry­te pod mun­du­rem, po pro­stu był tego pe­wien. Gdy­by więc prze­ka­zał jej to, co wie­dział, czy zro­bił­by to, po­nie­waż pod­świa­do­mie wy­kal­ku­lo­wał­by, że dzię­ki jego do­brej woli szan­se na prze­spa­nie się z nią zwięk­szy­ły­by się o zero prze­ci­nek zero je­den pro­cent? A może ra­czej po­nie­waż dziew­czy­ny ta­kie jak Sil­je w cią­gu pię­ciu lat zo­sta­wa­ły ko­mi­sa­rza­mi lub śled­czy­mi spe­cjal­ny­mi i mo­gły mu sze­fo­wać, gdyż sam miał po­zo­stać sier­żan­tem, nędz­nym sier­żan­tem tyl­ko dla­te­go, że tam­ta spra­wa z Dram­men mia­ła nig­dy się od nie­go nie od­kle­ić i być jak ścia­na, jak pla­ma, któ­rej nie da się usu­nąć?

- Usi­ło­wa­nie za­bój­stwa - po­wie­dział An­ton. - Stra­cił mnó­stwo krwi. Po­dob­no kie­dy go tu przy­wieź­li, puls miał pra­wie nie­wy­czu­wal­ny. Od tej pory cały czas w śpiącz­ce.

- A dla­cze­go ochro­na po­li­cyj­na?

An­ton wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Po­ten­cjal­ny świa­dek. Je­śli prze­ży­je.

- A co on ta­kie­go wie?

- Coś o nar­ko­ty­kach. Na wy­so­kim szcze­blu. Je­śli się ock­nie, to naj­praw­do­po­dob­niej prze­ka­że in­for­ma­cje, któ­re mogą znisz­czyć gru­be ryby na ryn­ku nar­ko­ty­ko­wym w Oslo. No i oczy­wi­ście bę­dzie mógł po­wie­dzieć, kto pró­bo­wał go za­bić.

- Czy­li uwa­ża­ją, że za­bój­cy wró­cą i do­koń­czą dzie­ła?

- Je­śli się do­wie­dzą, że żyje i gdzie jest, to tak. Wła­śnie dla­te­go tu je­ste­śmy.

- Prze­ży­je?

An­ton po­krę­cił gło­wą.

- Le­ka­rze są­dzą, że zdo­ła­ją utrzy­mać go przy ży­ciu przez kil­ka mie­się­cy, jed­nak szan­se na to, żeby się wy­bu­dził ze śpiącz­ki, są ra­czej nie­wiel­kie. Ale i tak... - Znów prze­niósł cię­żar cia­ła na dru­gą nogę, bo ba­daw­cze spoj­rze­nie Sil­je było na dłuż­szą metę wręcz nie­przy­jem­ne. - Ale i tak do tej pory trze­ba go pil­no­wać.

An­ton Mit­tet opusz­czał Sil­je z po­czu­ciem klę­ski. Mi­nął re­cep­cję i wy­szedł na je­sien­ny wie­czór. Do­pie­ro kie­dy na par­kin­gu wsiadł do sa­mo­cho­du, zo­rien­to­wał się, że brzę­czy ko­mór­ka.

Dzwo­ni­li z Cen­tra­li Ope­ra­cyj­nej.

- Ma­ri­da­len. Za­bój­stwo - po­in­for­mo­wał Zero Je­den. - Wiem, że skoń­czy­łeś służ­bę na dzi­siaj, ale po­trzeb­ne jest wspar­cie do za­bez­pie­cze­nia miej­sca zda­rze­nia. A po­nie­waż już je­steś w mun­du­rze...

- Na jak dłu­go?

- Ktoś cię zmie­ni w cią­gu mak­sy­mal­nie trzech go­dzin.

An­ton nie po­sia­dał się ze zdzi­wie­nia. Ostat­nio ro­bio­no wszyst­ko, byle tyl­ko nie do­pu­ścić do nad­go­dzin. Kom­bi­na­cja sztyw­nych za­sad z okro­jo­nym bu­dże­tem nie po­zwa­la­ła na­wet na sto­so­wa­nie prak­tycz­nych roz­wią­zań. Do­my­ślił się, że to musi być ja­kieś spe­cjal­ne za­bój­stwo. Miał tyl­ko na­dzie­ję, że nie cho­dzi o dziec­ko.

- W po­rząd­ku - po­wie­dział.

- Prze­ślę ci współ­rzęd­ne GPS.

To była no­wość - GPS ze szcze­gó­ło­wą mapą Oslo i oko­lic oraz ak­tyw­nym na­daj­ni­kiem umoż­li­wia­ją­cym Cen­tra­li Ope­ra­cyj­nej lo­ka­li­za­cję funk­cjo­na­riu­szy. Pew­nie wła­śnie dla­te­go do nie­go za­dzwo­ni­li. Był naj­bli­żej.

- Do­brze - zgo­dził się An­ton. - Trzy go­dzi­ny.

Lau­ra już się po­ło­ży­ła, ale i tak lu­bi­ła, żeby po pra­cy pręd­ko wra­cał do domu, więc wy­słał jej SMS-a, a do­pie­ro po­tem wrzu­cił bieg i ru­szył w stro­nę Ma­ri­dal­svan­net.

An­ton nie mu­siał ko­rzy­stać z GPS-u. Przy wjeź­dzie na Ul­le­v?l­se­te­rve­ien sta­ły za­par­ko­wa­ne czte­ry po­li­cyj­ne ra­dio­wo­zy, a nie­co da­lej dro­gę wska­zy­wa­ły bia­ło-po­ma­rań­czo­we ta­śmy.

Wy­jął la­tar­kę ze schow­ka i pod­szedł do funk­cjo­na­riu­sza sto­ją­ce­go przed ta­śma­mi. Wi­dział bły­ski la­ta­rek w le­sie i re­flek­to­ry tech­ni­ków, któ­re za­wsze ko­ja­rzy­ły mu się z pla­nem fil­mo­wym. Zresz­tą nie było to ta­kie da­le­kie od praw­dy, bo te­raz nie tyl­ko ro­bi­ło się zdję­cia, lecz rów­nież fil­mo­wa­ło w ja­ko­ści HD za­rów­no ofia­ry, jak i całe miej­sce zda­rze­nia. Umoż­li­wia­ło to po­now­ne obej­rze­nie ca­ło­ści i po­więk­sze­nie na stop-klat­ce szcze­gó­łów, któ­re po­cząt­ko­wo wy­da­ły się nie­istot­ne.

- Co się dzie­je? - spy­tał po­li­cjan­ta, któ­ry trząsł się ze skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si rę­ka­mi.

- Za­bój­stwo - od­parł męż­czy­zna nie­wy­raź­nym gło­sem. Oczy miał za­czer­wie­nio­ne, a twarz nie­na­tu­ral­nie bla­dą.

- To już sły­sza­łem. Kto tu rzą­dzi?

- Tech­ni­cy. L?nn.

An­ton sły­szał szum gło­sów do­bie­ga­ją­cy z lasu. Było ich wie­le.

- Nie ma jesz­cze ni­ko­go z KRI­POS? Ani z Wy­dzia­łu Za­bójstw?

- Z cza­sem przy­je­dzie wię­cej lu­dzi. Cia­ło do­pie­ro co zna­le­zio­no. To ty masz mnie za­stą­pić?

Jesz­cze wię­cej lu­dzi. A jemu mimo wszyst­ko dali nad­go­dzi­ny. An­ton przyj­rzał się funk­cjo­na­riu­szo­wi. Po­li­cjant miał na so­bie gru­by płaszcz, ale trząsł się co­raz bar­dziej, cho­ciaż wca­le nie było tak zim­no.

- By­łeś na miej­scu pierw­szy?

W mil­cze­niu kiw­nął gło­wą i spu­ścił wzrok. Sze­rzej roz­sta­wił nogi.

Do dia­bła, po­my­ślał An­ton. Dziec­ko. Prze­łknął śli­nę.

- O, An­ton! Zero Je­den cię przy­słał?

Mit­tet pod­niósł gło­wę. Nie usły­szał tych dwoj­ga, cho­ciaż wy­ło­ni­li się z gę­stych za­ro­śli. Już wcze­śniej miał oka­zję ob­ser­wo­wać, jak tech­ni­cy po­ru­sza­ją się w miej­scu zda­rze­nia, tro­chę jak nie­zdar­ni tan­ce­rze, po­chy­la­ją się i wy­gi­na­ją tak, by ni­cze­go nie do­tknąć, a sto­py sta­wia­ją, jak­by byli astro­nau­ta­mi na Księ­ży­cu. A może to po pro­stu ich bia­łe stro­je na­su­nę­ły mu ta­kie sko­ja­rze­nie.

- Tak, mam tu ko­goś za­stą­pić - od­po­wie­dział An­ton ko­bie­cie. Do­brze wie­dział, kim jest, wszy­scy ją zna­li. Be­ate L?nn, sze­fo­wa Wy­dzia­łu Tech­ni­ki Kry­mi­na­li­stycz­nej, była sław­na jako ktoś w ro­dza­ju Rain Mana z po­wo­du swo­jej zdol­no­ści roz­po­zna­wa­nia twa­rzy, któ­rą wy­ko­rzy­sty­wa­no do iden­ty­fi­ko­wa­nia ra­bu­siów na ziar­ni­stych, ska­czą­cych na­gra­niach z mo­ni­to­rin­gu. Mó­wi­ło się, że jest w sta­nie roz­po­znać na­wet do­brze za­ma­sko­wa­nych ban­dy­tów, je­śli tyl­ko byli wcze­śniej ska­za­ni. I że ma w swo­jej ja­sno­wło­sej głów­ce bazę da­nych z wie­lo­ma ty­sią­ca­mi po­li­cyj­nych fo­to­gra­fii prze­stęp­ców. To za­bój­stwo mu­sia­ło więc być szcze­gól­ne. Prze­cież sze­fów nie zry­wa się z łóż­ka w środ­ku nocy.

Przy bla­dej, nie­mal prze­zro­czy­stej twa­rzy de­li­kat­nej ko­bie­ty ob­li­cze jej ko­le­gi zda­wa­ło się nie­mal pło­nąć. Jego pie­go­wa­te po­licz­ki zdo­bi­ły jak dwa pół­wy­spy ja­skra­wo­ru­de bo­ko­bro­dy. Męż­czy­zna miał lek­ko wy­łu­pia­ste oczy, jak­by w gło­wie pa­no­wa­ło zbyt wy­so­kie ci­śnie­nie, i przez to wy­da­wał się sta­le nie­co zdzi­wio­ny. Naj­bar­dziej jed­nak przy­cią­ga­ła uwa­gę czap­ka, któ­ra uka­za­ła się, gdy ścią­gnął z gło­wy bia­ły kap­tur: wiel­ka czap­ka ra­sta w ko­lo­rach zie­lo­nym, żół­tym i czer­wo­nym.

Be­ate L?nn po­ło­ży­ła rękę na ra­mie­niu roz­trzę­sio­ne­go funk­cjo­na­riu­sza.

- No to jedź już do domu, Si­mon. I nie mów, że ja tak po­wie­dzia­łam, ale za­le­cam moc­ne­go drin­ka, a po­tem szyb­ko do łóż­ka.

Po­li­cjant kiw­nął gło­wą, a trzy se­kun­dy póź­niej jego przy­gar­bio­ne ple­cy po­chło­nę­ła ciem­ność.

- Fa­tal­nie to wy­glą­da? - spy­tał An­ton.

- Nie masz kawy? - rzu­cił ten w ra­sta­fa­riań­skiej czap­ce i otwo­rzył ter­mos. Już po tych trzech sło­wach An­ton roz­po­znał, że męż­czy­zna nie po­cho­dzi z Oslo. Mu­siał być ze wsi, ale An­ton, jak więk­szość miesz­kań­ców miast we wschod­niej Nor­we­gii, nie miał po­ję­cia o dia­lek­tach ani też za bar­dzo się nimi nie in­te­re­so­wał.

- Nie mam - od­po­wie­dział.

- Za­wsze mą­drze jest za­brać wła­sną kawę na miej­sce zda­rze­nia - po­uczy­ła Czap­ka Ra­sta. - Nig­dy nie wia­do­mo, ile przyj­dzie tu za­ba­wić.

- Daj spo­kój, Bj?rn. On już pra­co­wał przy za­bój­stwach - włą­czy­ła się Be­ate L?nn. - W Dram­men, praw­da?

- Zga­dza się. - An­ton za­ko­ły­sał się na pię­tach. Pra­wi­dło­wa od­po­wiedź po­win­na brzmieć: "O tyle o ile". Nie­ste­ty po­dej­rze­wał, dla­cze­go Be­ate L?nn go pa­mię­ta. Ode­tchnął głę­bo­ko. - Kto zna­lazł zwło­ki?

- On. - Be­ate L?nn ru­chem gło­wy wska­za­ła sa­mo­chód funk­cjo­na­riu­sza, któ­ry wła­śnie włą­czył sil­nik.

- Cho­dzi­ło mi o to, kto po­in­for­mo­wał o zwło­kach?

- Zona za­dzwo­ni­ła, kie­dy nie wró­cił do domu z prze­jażdż­ki ro­we­ro­wej - wy­ja­śnił ten w czap­ce. - Za­po­wie­dział, że nie bę­dzie go naj­wy­żej przez go­dzi­nę, więc prze­stra­szy­ła się, że ser­ce mu wy­sia­dło. Miał przy so­bie GPS z na­daj­ni­kiem, dla­te­go szyb­ko go zna­leź­li.

An­ton z na­my­słem ski­nął gło­wą. Da­lej po­tra­fił so­bie wszyst­ko wy­obra­zić. Dwo­je po­li­cjan­tów dzwo­ni do drzwi, ko­bie­ta i męż­czy­zna. Chrzą­ka­ją, pa­trzą na żonę po­waż­nym wzro­kiem, któ­ry ma prze­ka­zać to, co za mo­ment po­wtó­rzą sło­wa­mi. Nie­moż­li­wy­mi sło­wa­mi. Twarz żony, któ­ra się opie­ra, nie chce, ale mimo wszyst­ko ob­na­ża się, po­ka­zu­je całe swo­je wnę­trze.

Przed ocza­mi sta­nę­ła mu Lau­ra, jego wła­sna żona.

Ci­cho pod­je­cha­ła ka­ret­ka. Bez sy­re­ny, bez włą­czo­ne­go ko­gu­ta.

An­to­no­wi roz­ja­śni­ło się w gło­wie. Bły­ska­wicz­na re­ak­cja na zwy­kłe zgło­sze­nie za­gi­nię­cia. GPS z na­daj­ni­kiem. Mnó­stwo lu­dzi. Nad­go­dzi­ny. Ko­le­ga tak wstrzą­śnię­ty zna­le­zio­nym cia­łem, że mu­siał zo­stać ode­sła­ny do domu.

- To po­li­cjant - stwier­dził ci­cho.

- Ob­sta­wiam, że tem­pe­ra­tu­ra tu­taj jest o pół­to­ra stop­nia niż­sza niż w mie­ście - po­wie­dzia­ła Be­ate L?nn i wy­stu­ka­ła ja­kiś nu­mer w ko­mór­ce.

- Zga­dzam się - od­parł ten w czap­ce i wy­pił łyk z kub­ka od ter­mo­su. - Na ra­zie nie ma żad­nych prze­bar­wień skó­ry. Czy­li że mię­dzy ósmą a dzie­sią­tą?

- Po­li­cjant - po­wtó­rzył An­ton. - To dla­te­go wszy­scy tu są, praw­da?

- Ka­tri­ne? - ode­zwa­ła się Be­ate. - Mo­żesz mi coś spraw­dzić? Cho­dzi mi o spra­wę San­dry Tve­ten. Do­brze.

- Psia­krew! - za­wo­łał ten w czap­ce. - Prze­cież pro­si­łem, żeby za­cze­ka­li, aż przy­wio­zą wo­rek na zwło­ki!

An­ton od­wró­cił się i zo­ba­czył prze­dzie­ra­ją­cych się przez za­ro­śla dwóch męż­czyzn z no­sza­mi tech­ni­ków. Spod koca wy­sta­wa­ły buty do jaz­dy na ro­we­rze.

- On go znał - stwier­dził An­ton. - To dla­te­go tak się trząsł, praw­da?

- Mó­wił, że pra­co­wa­li ra­zem na ?kern, za­nim Ven­ne­sla prze­szedł do KRI­POS - wy­ja­śnił ten w czap­ce.

- Masz tę datę? - spy­ta­ła L?nn ko­goś w te­le­fo­nie.

Roz­legł się okrzyk.

- Do ja­snej cho... - za­klął ra­sta­fa­ria­nin.

An­ton znów od­wró­cił gło­wę. Je­den z dźwi­ga­ją­cych no­sze po­śli­zgnął się w ro­wie. Pro­mień świa­tła jego la­tar­ki padł na no­sze. Na koc, któ­ry się zsu­nął. Na... na co? An­ton wy­ba­łu­szył oczy. Czy to była gło­wa? Czy to, co wień­czy­ło bez wąt­pie­nia ludz­kie cia­ło, na­praw­dę było kie­dyś gło­wą? W cią­gu lat prze­pra­co­wa­nych w Wy­dzia­le Za­bójstw, przed swo­im wiel­kim błę­dem, An­ton miał oka­zję oglą­dać wie­le zwłok. Ale cze­goś ta­kie­go nig­dy nie wi­dział. Sub­stan­cja uło­żo­na w kształ­cie klep­sy­dry sko­ja­rzy­ła mu się z nie­dziel­nym ro­dzin­nym śnia­da­niem, z ugo­to­wa­ny­mi przez Lau­rę na pół­twar­do jaj­ka­mi, na któ­rych wciąż tkwią reszt­ki sko­ru­pek, pęk­nię­ty­mi tak, że żółt­ko wy­pły­wa, za­sty­ga­jąc na ścię­tym, ale jesz­cze mięk­kim biał­ku.

An­ton stał i mru­gał w ciem­no­ści, pa­trząc, jak tyl­ne świa­tła ka­ret­ki zni­ka­ją. I na­gle uświa­do­mił so­bie, że to po­wtór­ka, że już to kie­dyś wi­dział. Ubra­ne na bia­ło po­sta­cie. Ter­mos. Sto­py ster­czą­ce spod koca. Tak nie­daw­no wi­dział to w Szpi­ta­lu Cen­tral­nym. Tak jak­by to był zwia­stun. Gło­wa...

- Dzię­ku­ję, Ka­tri­ne - za­koń­czy­ła Be­ate.

- O co cho­dzi? - spy­tał ten w czap­ce.

- Pra­co­wa­łam z Er­len­dem do­kład­nie w tym miej­scu - od­po­wie­dzia­ła Be­ate.

- Tu­taj? - zdzi­wił się jej ko­le­ga.

- Do­kład­nie tu­taj. On kie­ro­wał śledz­twem. Już z dzie­sięć lat temu. San­dra Tve­ten. Zgwał­co­na i za­bi­ta. Jesz­cze dziec­ko.

An­ton prze­łknął śli­nę. Dziec­ko. Po­wtór­ki.

- Pa­mię­tam tę spra­wę - oży­wił się ru­dzie­lec. - Los dziw­nie się ple­cie. Zgi­nąć w miej­scu pro­wa­dzo­ne­go przez sie­bie śledz­twa... Czy tam­ta spra­wa też nie była ja­koś na je­sie­ni?

Be­ate mil­cza­ła, ale wol­no ski­nę­ła gło­wą.

An­ton mru­gał i mru­gał. To nie mo­gła być praw­da, on  r z e c z y w i ś c i e  wi­dział po­dob­ne zwło­ki.

- Psia­krew! - za­klął ci­cho ra­sta­fa­ria­nin. - Nie chcesz po­wie­dzieć, że...?

Be­ate L?nn wzię­ła od nie­go ku­bek od ter­mo­su, wy­pi­ła łyk i od­da­ła mu go z po­wro­tem. Kiw­nę­ła gło­wą.

- Niech to cho­le­ra - szep­nął ru­dzie­lec.

3

- Déja vu - po­wie­dział St?le Aune, pa­trząc na gę­sty śnieg sy­pią­cy na Spo­rve­is­ga­ta, gdzie po­ran­ny gru­dnio­wy mrok ustę­po­wał przed krót­kim dniem. Po­tem od­wró­cił się do męż­czy­zny sie­dzą­ce­go na krze­śle przy biur­ku. - Déja vu to wra­że­nie, że wi­dzi się coś, co się już wcze­śniej wi­dzia­ło. Nie wie­my, co to jest.

Mó­wiąc "my", miał na my­śli ogól­nie psy­cho­lo­gów, nie tyl­ko te­ra­peu­tów.

- Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że kie­dy je­ste­śmy zmę­cze­ni, na­stę­pu­je opóź­nie­nie w prze­ka­zy­wa­niu in­for­ma­cji do świa­do­mej czę­ści mó­zgu, więc in­for­ma­cja do­cie­ra do nas już po tym, jak przez pe­wien czas tkwi­ła w pod­świa­do­mo­ści. Dla­te­go do­świad­cza­my tego jako roz­po­zna­nia. Zmę­cze­nie może tłu­ma­czyć, dla­cze­go prze­ży­cia déja vu wy­stę­pu­ją naj­czę­ściej pod ko­niec ty­go­dnia pra­cy. Ale to mniej wię­cej wszyst­ko, co po­tra­fi stwier­dzić na­uka. Że pią­tek to dzień déja vu.

St?le Aune być może li­czył na uśmiech. Wpraw­dzie uśmie­chy nie mia­ły zna­cze­nia dla jego za­wo­do­wych am­bi­cji na­pra­wia­nia lu­dzi, ale uwa­żał, że w tej sy­tu­acji by się przy­dał.

- Nie ta­kie déja vu mam na my­śli - za­pro­te­sto­wał pa­cjent. Klient. In­te­re­sant. Czło­wiek, któ­ry za mniej wię­cej dwa­dzie­ścia mi­nut miał w re­cep­cji za­pła­cić za wi­zy­tę, do­rzu­ca­jąc się w ten spo­sób do kwo­ty na po­kry­cie wspól­nych kosz­tów pię­cior­ga psy­cho­lo­gów pro­wa­dzą­cych od­ręb­ne prak­ty­ki w czte­ro­kon­dy­gna­cyj­nym, po­zba­wio­nym cha­rak­te­ru, a mimo wszyst­ko sta­ro­świec­kim bu­dyn­ku na Spo­rve­is­ga­ta w śred­nio do­brej za­chod­niej dziel­ni­cy Oslo. St?le Aune ukrad­kiem zer­k­nął na ze­gar ścien­ny za gło­wą męż­czy­zny. Osiem­na­ście mi­nut.

- To bar­dziej jak sen, któ­ry sta­le się po­wta­rza.

- J a k  sen? - Spoj­rze­nie St?le­go Aune prze­su­nę­ło się po ga­ze­cie, któ­rą miał roz­ło­żo­ną w otwar­tej szu­fla­dzie biur­ka w spo­sób nie­wi­docz­ny dla pa­cjen­ta. Obec­nie więk­szość te­ra­peu­tów sia­dy­wa­ła na fo­te­lu na­prze­ciw­ko pa­cjen­ta, więc gdy do ga­bi­ne­tu St?le­go wno­szo­no ma­syw­ne biur­ko, ko­le­dzy ze śmie­chem przy­po­mnie­li mu, że teo­ria no­wo­cze­snej te­ra­pii twier­dzi, iż naj­le­piej po­zbyć się wszel­kich fi­zycz­nych ba­rier mię­dzy te­ra­peu­tą a pa­cjen­tem. Od­po­wiedź St?le­go była krót­ka: "Być może naj­le­piej dla pa­cjen­ta".

- To jest sen. Śnię.

- Po­wta­rza­ją­ce się sny nie są ni­czym nie­zwy­kłym. - Aune po­tarł ręką usta, żeby stłu­mić ziew­nię­cie. Z tę­sk­no­tą po­my­ślał o ulu­bio­nej sta­rej ka­na­pie, któ­rą za­bra­no z jego ga­bi­ne­tu. Sta­ła te­raz w re­cep­cji, gdzie ra­zem z ław­ką do pod­no­sze­nia cię­ża­rów i sztan­gą funk­cjo­no­wa­ła jako coś w ro­dza­ju psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne­go dow­ci­pu, zro­zu­mia­łe­go tyl­ko dla wą­skie­go krę­gu osób. Pa­cjen­ci na ka­na­pie jesz­cze bar­dziej uła­twia­li mu spo­koj­ne czy­ta­nie ga­zet.

- Ale ja nie chcę, żeby mi się to śni­ło. - Wą­skie war­gi roz­cią­gnię­te w pew­nym sie­bie uśmie­chu. Cien­kie, sta­ran­nie ostrzy­żo­ne wło­sy.

Wi­ta­my u eg­zor­cy­sty snów, po­my­ślał Aune i pró­bo­wał rów­nież się uśmiech­nąć. Pa­cjent był ubra­ny w prąż­ko­wa­ny gar­ni­tur, sza­ro­czer­wo­ny kra­wat i czar­ne błysz­czą­ce buty. Sam Aune był w twe­edo­wej ma­ry­nar­ce, we­so­łej musz­ce wy­sta­ją­cej spod po­dwój­ne­go pod­bród­ka i brą­zo­wych bu­tach, któ­re już od pew­ne­go cza­su nie wi­dzia­ły szczot­ki.

- Może pan po­wie­dzieć, o czym jest ten sen?

- Prze­cież przed chwi­lą mó­wi­łem.

- Owszem, ale mógł­by pan przed­sta­wić go bar­dziej szcze­gó­ło­wo?

- Za­czy­na się, tak jak wspo­mi­na­łem, w tym miej­scu, gdzie się koń­czy Dark Side of the Moon. Ec­lip­se wy­brzmie­wa przy tym, jak Da­vid Gil­mo­ur śpie­wa... - męż­czy­zna zło­żył war­gi i prze­szedł na an­giel­ski z taką ma­nie­rą, że Aune do­słow­nie zo­ba­czył, jak uno­si fi­li­żan­kę do uło­żo­nych w dzio­bek warg - ...and eve­ry­thing un­der the sun is in tune but the sun is ec­lip­sed by the moon.

- I to się panu śni?

- Nie! A ra­czej tak. To zna­czy w rze­czy­wi­sto­ści pły­ta też się tak koń­czy. Opty­mi­stycz­nie. Po trzech kwa­dran­sach śmier­ci i sza­leń­stwa. Czło­wiek my­śli więc, że wszyst­ko do­brze się skoń­czy. Do wszyst­kie­go wra­ca har­mo­nia. Ale w chwi­li, gdy dźwię­ki z pły­ty wy­brzmie­wa­ją, w tle le­d­wie sły­chać mam­ro­ta­nie. Trze­ba pod­gło­śnić, żeby zro­zu­mieć sło­wa. Wte­dy sły­szy się je bar­dzo wy­raź­nie: The­re is no dark side of the moon, re­al­ly. Mat­ter of fact, it's all dark. Wszyst­ko jest ciem­ne. Ro­zu­mie pan?

- Nie - od­parł Aune. We­dług pod­ręcz­ni­ka po­wi­nien te­raz spy­tać: "Czy to dla pana waż­ne, że­bym zro­zu­miał?" albo ja­koś tak. Ale nie miał na to siły.

- Zło nie ist­nie­je, po­nie­waż wszyst­ko jest złe. Ko­smos jest ciem­ny. Ro­dzi­my się źli. Zło jest punk­tem wyj­ścia, tym, co na­tu­ral­ne. Nie­kie­dy po­ja­wia się ma­leń­kie świa­teł­ko, świe­ci jed­nak tyl­ko przez pe­wien czas i znów wra­ca­my do ciem­no­ści. Wła­śnie to się dzie­je w tym śnie.

- Pro­szę mó­wić da­lej. - Aune ob­ró­cił się na krze­śle i wyj­rzał przez okno z za­my­ślo­ną miną. Mina mia­ła ukryć fakt, że czuł, iż musi po­pa­trzeć na coś in­ne­go niż twarz tego męż­czy­zny, na któ­rej wid­nia­ło prze­mie­sza­nie uża­la­nia się nad sobą z pew­no­ścią sie­bie. Ten czło­wiek naj­wy­raź­niej uwa­żał się za wy­jąt­ko­we­go, a więc psy­cho­log po­wi­nien mieć w co się tu za­głę­biać. Bez wąt­pie­nia cho­dził już wcze­śniej na te­ra­pię. Aune do­strzegł par­kin­go­we­go po­ru­sza­ją­ce­go się po uli­cy na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych no­gach jak sze­ryf, i za­dał so­bie py­ta­nie, do ja­kie­go in­ne­go za­wo­du nada­wał­by się on, St?le Aune. Pręd­ko do­szedł do kon­klu­zji - do żad­ne­go. Poza tym prze­cież ko­chał psy­cho­lo­gię, uwiel­biał na­wi­go­wać w prze­strze­ni mię­dzy tym, co wia­do­me, a tym, co nie­wia­do­me, łą­czyć swój cięż­ki ba­last wie­dzy me­ry­to­rycz­nej z in­tu­icją i cie­ka­wo­ścią. W każ­dym ra­zie po­wta­rzał to so­bie co rano. Dla­cze­go więc sie­dział tu­taj i pra­gnął wy­łącz­nie tego, by ten czło­wiek wresz­cie się za­mknął i wy­szedł z jego ga­bi­ne­tu, znik­nął z jego ży­cia? Czy cho­dzi­ło o tę oso­bę? Czy o pra­cę w roli te­ra­peu­ty? Zmia­ny wy­mu­si­ło po­sta­wio­ne w za­sa­dzie ja­sno przez In­grid ul­ti­ma­tum: ma pra­co­wać mniej, a wię­cej cza­su po­świę­cać jej i cór­ce Au­ro­rze. Zre­zy­gno­wał więc z cza­so­chłon­nej pra­cy na­uko­wej, z kon­sul­ta­cji w Wy­dzia­le Za­bójstw i wy­kła­dów w Wyż­szej Szko­le Po­li­cyj­nej. Zo­stał te­ra­peu­tą, któ­ry ma sta­łe go­dzi­ny pra­cy. Wy­da­wa­ło się to słusz­ną de­cy­zją, bo z cze­go wła­ści­wie zre­zy­gno­wał? Cze­go mo­gło mu bra­ko­wać? Tę­sk­nił za opra­co­wy­wa­niem pro­fi­li sza­leń­ców za­bi­ja­ją­cych in­nych lu­dzi? Za ana­li­zo­wa­niem czy­nów tak okrut­nych, że od­bie­ra­ły spo­koj­ny sen, a je­śli w koń­cu uda­wa­ło mu się za­snąć, za na­głym bu­dze­niem przez ko­mi­sa­rza Har­ry'ego Hole, któ­ry żą­dał na­tych­mia­sto­wych od­po­wie­dzi na swo­je nie­moż­li­we py­ta­nia?

Czy może za tym czło­wie­kiem, w któ­re­go zmie­nił go Hole, stwa­rza­jąc z nie­go na wła­sny ob­raz i po­do­bień­stwo czuj­ne­go ma­nia­ka, war­czą­ce­go na każ­de­go, kto ośmie­lił się prze­szko­dzić mu w pra­cy nad je­dy­ną ma­ją­cą we­dług nie­go zna­cze­nie kwe­stią, i po­wo­li, ale sku­tecz­nie od­py­cha­ją­ce­go od sie­bie ko­le­gów, ro­dzi­nę i przy­ja­ciół?

Cho­le­ra, pew­nie że za tym tę­sk­nił. Tę­sk­nił za tym, co w tym było  w a ż n e.

Tę­sk­nił za po­czu­ciem, że ra­tu­je ludz­kie ży­cie. I nie cho­dzi­ło mu wca­le o ży­cie ra­cjo­nal­nie my­ślą­cych przy­szłych sa­mo­bój­ców, któ­rzy od cza­su do cza­su ka­za­li mu za­da­wać so­bie py­ta­nie: je­że­li ży­cie spra­wia ko­muś taki ból, a nie mo­że­my na to wpły­nąć, to dla­cze­go po pro­stu nie po­zwo­lić ta­kiej oso­bie umrzeć? Tę­sk­nił za tym, by być tym ak­tyw­nym, tym, któ­ry in­ter­we­niu­je, któ­ry ra­tu­je nie­win­ne­go przed win­nym. Za ro­bie­niem tego, cze­go nikt inny zro­bić nie mógł, po­nie­waż to on, St?le Aune, był w tym naj­lep­szy. Po pro­stu. Tak, tę­sk­nił za Har­rym Hole. Tę­sk­nił za tym, by ten wy­so­ki, po­nu­ry, za­pi­ja­czo­ny męż­czy­zna o wiel­kim ser­cu dzwo­nił i pro­sił, a ra­czej roz­ka­zy­wał St?le­mu Aune sta­wić się w służ­bie spo­łe­czeń­stwu, by żą­dał zło­że­nia w ofie­rze ży­cia ro­dzin­ne­go i spo­koj­ne­go snu po to, żeby ła­pać ko­lej­ne­go wy­rzut­ka. Ale w Wy­dzia­le Za­bójstw nie było już ko­mi­sa­rza o na­zwi­sku Har­ry Hole, a nikt inny do St?le­go nie dzwo­nił.

Znów prze­su­nął wzro­kiem po stro­nach ga­ze­ty. Zwo­ła­no kon­fe­ren­cję pra­so­wą. Od za­bój­stwa w Ma­ri­da­len mi­nę­ły już nie­mal trzy mie­sią­ce, a po­li­cja wciąż nie mia­ła żad­nych śla­dów ani po­dej­rza­nych. To była jed­na z tych spraw, w któ­rych kie­dyś za­dzwo­nio­no by do nie­go. Do za­bój­stwa do­szło w tym sa­mym miej­scu i tego sa­me­go dnia, co w in­nej sta­rej nie­roz­wią­za­nej spra­wie. Ofia­rą był po­li­cjant, któ­ry wte­dy uczest­ni­czył w śledz­twie.

Ale to już prze­szłość. Te­raz cho­dzi­ło o bez­sen­ność prze­pra­co­wa­ne­go biz­nes­me­na, do któ­re­go nie czuł sym­pa­tii. Wkrót­ce po­wi­nien za­cząć za­da­wać mu py­ta­nia, któ­re praw­do­po­dob­nie wy­klu­czą ze­spół stre­su po­ura­zo­we­go, bo kosz­ma­ry sen­ne sie­dzą­ce­go przed nim męż­czy­zny naj­wy­raź­niej nie pro­wa­dzi­ły u nie­go do za­bu­rzeń w co­dzien­nym funk­cjo­no­wa­niu. Jego po pro­stu in­te­re­so­wa­ło je­dy­nie po­now­ne osią­gnię­cie szczy­to­wej for­my efek­tyw­no­ści. Na­stęp­nie Aune za­mie­rzał wrę­czyć mu ko­pię ar­ty­ku­łu Ima­ge­ry Re­he­ar­sal The­ra­py Kra­ko­wa i... Nie pa­mię­tał już po­zo­sta­łych na­zwisk. Po­pro­sić o opi­sa­nie kosz­ma­ru na pa­pie­rze i przy­nie­sie­nie mu tego opi­su na­stęp­nym ra­zem. Wspól­nie zaj­mą się uło­że­niem al­ter­na­tyw­ne­go, szczę­śli­we­go za­koń­cze­nia snu, któ­re men­tal­nie wy­tre­nu­ją, tak aby sen wy­da­wał się przy­jem­niej­szy albo wręcz znik­nął.

Aune sły­szał mo­no­ton­ny usy­pia­ją­cy szum gło­su pa­cjen­ta i my­ślał o tym, że spra­wa za­bój­stwa w Ma­ri­da­len już od pierw­sze­go dnia utknę­ła w mar­twym punk­cie. Na­wet gdy na jaw wy­szły nie­zwy­kłe zbież­no­ści ze spra­wą San­dry w po­sta­ci daty, miej­sca i oso­by, ani KRI­POS, ani Wy­dział Za­bójstw nie były w sta­nie po­su­nąć się da­lej. A te­raz pro­szo­no opi­nię pu­blicz­ną o na­mysł i zgła­sza­nie in­for­ma­cji, bez wzglę­du na to, jak mało istot­ne mo­gły się wy­dać pew­ne szcze­gó­ły. Tego wła­śnie do­ty­czy­ła wczo­raj­sza kon­fe­ren­cja pra­so­wa. Aune przy­pusz­czał, że to gra pod pu­blicz­kę. Po­li­cja po­czu­ła, że musi się wy­ka­zać ja­kimś dzia­ła­niem, za­prze­czyć, ja­ko­by zna­la­zła się w sta­nie pa­ra­li­żu. Choć oczy­wi­ście na to wła­śnie wy­glą­da­ło: bez­rad­ne, ostro kry­ty­ko­wa­ne sze­fo­stwo z re­zy­gna­cją zwra­ca się do opi­nii pu­blicz­nej z proś­bą o ja­kie­kol­wiek pod­po­wie­dzi.

Spoj­rzał na zdję­cie z kon­fe­ren­cji pra­so­wej. Roz­po­znał Be­ate L?nn.

I Gun­na­ra Ha­ge­na, na­czel­ni­ka Wy­dzia­łu Za­bójstw, któ­ry co­raz bar­dziej przy­po­mi­nał mni­cha ze wzglę­du na wia­nu­szek moc­nych gę­stych wło­sów ota­cza­ją­cych ni­czym wie­niec lau­ro­wy lśnią­cą łysą czasz­kę. Na kon­fe­ren­cję przy­szedł na­wet Mi­ka­el Bel­l­man, nowy ko­men­dant okrę­go­wy, bo prze­cież cho­dzi­ło o za­bój­stwo czło­wie­ka z wła­snych sze­re­gów. Ścią­gnię­ta twarz. Szczu­plej­szy, niż Aune go pa­mię­tał. Przy­ja­zne me­diom loki, za­wsze sta­ran­nie przy­cię­te na od­po­wied­niej gra­ni­cy, tak by nie dało się ich na­zwać zbyt dłu­gi­mi, naj­wy­raź­niej mu­sia­ły znik­nąć gdzieś mię­dzy sta­no­wi­ska­mi sze­fa KRI­POS i Wy­dzia­łu Prze­stęp­czo­ści Zor­ga­ni­zo­wa­nej a ga­bi­ne­tem sa­me­go sze­ry­fa. Aune po­my­ślał o nie­mal dziew­czę­cej uro­dzie Bel­l­ma­na, pod­kre­ślo­nej dłu­gi­mi rzę­sa­mi i sma­głą cerą z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi bia­ły­mi plam­ka­mi. Na zdję­ciu nic z tego nie było wi­dać. Nie­wy­ja­śnio­ne za­bój­stwo po­li­cjan­ta to oczy­wi­ście naj­gor­szy z moż­li­wych po­cząt­ków pra­cy ko­men­dan­ta okrę­go­we­go po­li­cji, któ­re­go bły­ska­wicz­na ka­rie­ra opie­ra­ła się wy­łącz­nie na sa­mych suk­ce­sach. Bel­l­man za­pro­wa­dził po­rzą­dek wśród gan­gów nar­ko­ty­ko­wych w Oslo, ale to mo­gło szyb­ko zo­stać mu za­po­mnia­ne. Eme­ry­to­wa­ny po­li­cjant Er­lend Ven­ne­sla co praw­da for­mal­nie nie zo­stał za­bi­ty na służ­bie, ale więk­szość lu­dzi ro­zu­mia­ła prze­cież, że jego śmierć mia­ła w ja­kiś spo­sób zwią­zek z za­bój­stwem San­dry. Z tego po­wo­du Bel­l­man zmo­bi­li­zo­wał wszel­kie środ­ki i siły za­rów­no spo­śród wła­snych lu­dzi, jak i tych z ze­wnątrz. Tyl­ko nie jego. St?le­go Aune skre­ślo­no z li­sty. Było to w za­sa­dzie na­tu­ral­ne, bo prze­cież sam o to pro­sił.

A te­raz wcze­śnie przy­szła zima, a wraz z nią uczu­cie, że śnieg przy­sy­pu­je śla­dy. Wy­sty­głe śla­dy. Nie ma śla­dów. Wła­śnie tak wy­ra­zi­ła się pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej Be­ate L?nn: wręcz rzu­ca­ją­cy się w oczy brak śla­dów tech­nicz­nych. Oczy­wi­ście spraw­dzi­li wszyst­kich po­wią­za­nych w ja­ki­kol­wiek spo­sób ze spra­wą San­dry. Po­dej­rza­nych, krew­nych, przy­ja­ciół, a na­wet ko­le­gów Ven­ne­sli, któ­rzy pra­co­wa­li przy tej spra­wie. Bez żad­nych re­zul­ta­tów.

W po­ko­ju za­pa­dła ci­sza i St?le Aune po mi­nie pa­cjen­ta po­znał, że ten wła­śnie za­dał ja­kieś py­ta­nie i cze­ka na od­po­wiedź psy­cho­lo­ga.

- Hm. - Aune oparł bro­dę na za­ci­śnię­tej pię­ści i po­pa­trzył pa­cjen­to­wi w oczy. - A co pan o tym my­śli?

W spoj­rze­niu męż­czy­zny po­ja­wi­ło się zdu­mie­nie. Aune przez mo­ment już się bał, że pa­cjent po­pro­sił o szklan­kę wody lub coś po­dob­ne­go.

- Co my­ślę o tym, że ona się uśmie­cha? Czy o tym ostrym świe­tle?

- O jed­nym i o dru­gim.

- Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że uśmie­cha się, po­nie­waż mnie lubi. Kie­dy in­dziej, że chce mnie na­kło­nić, że­bym coś zro­bił. Ale gdy prze­sta­je się uśmie­chać, to ostre świa­tło w jej oczach ga­śnie i wte­dy jest za póź­no, żeby coś stwier­dzić, bo wte­dy ona nie chce już nic mó­wić. Dla­te­go uwa­żam, że to może wzmac­niacz. Mam ra­cję?

- Hm... Wzmac­niacz?

- Tak. - Chwi­la mil­cze­nia. - Ten, o któ­rym opo­wia­da­łem. Ten, któ­ry oj­ciec wy­łą­czał, kie­dy wcho­dził do mo­je­go po­ko­ju i mó­wił, że słu­cham tej pły­ty już za dłu­go, że to gra­ni­czy z sza­leń­stwem. Opo­wia­da­łem panu, że pa­trzy­łem, jak to małe czer­wo­ne świa­teł­ko przy wy­łącz­ni­ku po­wo­li ga­śnie, aż w koń­cu zni­ka. Jak oko. Albo jak za­chód słoń­ca. My­śla­łem wte­dy, że ją tra­cę. To dla­te­go ona milk­nie pod ko­niec snu. To ona jest wzmac­nia­czem, któ­ry cich­nie, kie­dy oj­ciec go wy­łą­cza. Wte­dy nie mogę z nią roz­ma­wiać.

- Słu­chał pan płyt i my­ślał o niej?

- Tak. Nie­ustan­nie. Tak mniej wię­cej do szes­na­ste­go roku ży­cia. I nie płyt. Pły­ty.

Dark Side of the Moon?

- Tak.

- Ale ona pana nie chcia­ła?

- Tego nie wiem. Naj­praw­do­po­dob­niej nie. Wte­dy.

- Hm. Na­sza go­dzi­na do­bie­gła koń­ca. Dam panu coś do po­czy­ta­nia na na­stęp­ny raz. I chciał­bym, że­by­śmy uło­ży­li nowe za­koń­cze­nie tej hi­sto­rii ze snu. Ona musi mó­wić. Musi coś do pana po­wie­dzieć. Coś, co chciał­by pan od niej usły­szeć. Na przy­kład, że pana lubi. Może pan tro­chę o tym po­my­śleć przed na­stęp­ną wi­zy­tą?

- Do­brze.

Pa­cjent wstał, zdjął płaszcz z wie­sza­ka i pod­szedł do drzwi. Aune usiadł przy biur­ku i spoj­rzał na ka­len­darz, któ­ry świe­cił mu w oczy z ekra­nu kom­pu­te­ra. Już wy­glą­dał na de­pry­mu­ją­co wy­peł­nio­ny. Na­gle psy­cho­log uświa­do­mił so­bie, że to zno­wu się sta­ło. Ko­lej­ny raz cał­kiem wy­le­cia­ło mu z gło­wy na­zwi­sko pa­cjen­ta. Na szczę­ście zna­lazł je w ka­len­da­rzu. Paul Sta­vnes.

- W przy­szłym ty­go­dniu o tej sa­mej po­rze, w po­rząd­ku, pa­nie Sta­vnes?

- Oczy­wi­ście.

St?le go wpi­sał. Kie­dy pod­niósł wzrok, Sta­vne­sa już nie było.

Aune wstał, wziął ga­ze­tę i pod­szedł z nią do okna. Gdzie, u dia­bła, po­dzia­ło się to glo­bal­ne ocie­ple­nie, któ­re sta­le obie­cy­wa­li? Zer­k­nął na ga­ze­tę, ale na­gle nie miał już na nią siły. Rzu­cił ją na pod­ło­gę. Ty­go­dnie i mie­sią­ce po­wta­rza­nia tych sa­mych fraz. Za­mor­do­wa­ny. Moc­ne cio­sy w gło­wę. Er­lend Ven­ne­sla po­zo­sta­wił żonę, dzie­ci i wnu­ki. Przy­ja­cie­le i ko­le­dzy są w szo­ku. "Cie­pły, życz­li­wy czło­wiek". "Nie dało się go nie lu­bić". "Miły, uczci­wy i to­le­ran­cyj­ny. Nie miał ab­so­lut­nie żad­nych wro­gów". St?le Aune głę­bo­ko wcią­gnął po­wie­trze w płu­ca. The­re is no dark side of the moon, not re­al­ly. Mat­ter of fact, it's all dark.

Spoj­rzał na te­le­fon. Mie­li jego nu­mer. Ale apa­rat mil­czał. Tak jak dziew­czy­na z tego snu.

4

Na­czel­nik Wy­dzia­łu Za­bójstw Gun­nar Ha­gen po­tarł czo­ło ręką i prze­su­nął ją wy­żej na la­gu­nę wśród wło­sów. Pot, któ­ry ze­brał się na dło­ni, po­zo­stał na gę­stym ato­lu w tyl­nej jego czę­ści. Przed nim sie­dzia­ła gru­pa śled­cza. W wy­pad­ku ty­po­we­go za­bój­stwa skła­da­ła­by się z dwu­na­stu osób, ale za­bój­stwa ko­le­gów nie za­li­cza­ły się do ty­po­wych i sala K2 za­peł­ni­ła się aż po ostat­nie krze­sło bli­sko pięć­dzie­się­cio­ma oso­ba­mi. Gdy­by wziąć pod uwa­gę jesz­cze tych, któ­rzy byli na zwol­nie­niach le­kar­skich, gru­pa li­czy­ła­by pięć­dzie­siąt trzy oso­by. Wkrót­ce na zwol­nie­nie mie­li tra­fić ko­lej­ni, bo na­cisk me­diów za­czy­nał so­lid­nie da­wać się we zna­ki. Naj­lep­szą rze­czą, jaką dało się po­wie­dzieć o tej spra­wie, było to, że dzię­ki niej dwa duże śro­do­wi­ska zaj­mu­ją­ce się wy­kry­wa­niem spraw­ców za­bójstw w Nor­we­gii - Wy­dział Za­bójstw Ko­men­dy Okrę­go­wej i KRI­POS - zbli­ży­ły się do sie­bie. Za­wie­szo­no wszel­ką ry­wa­li­za­cję, człon­ko­wie po­szcze­gól­nych jed­no­stek współ­pra­co­wa­li ze sobą jako jed­na gru­pa, któ­rej je­dy­nym prio­ry­te­tem sta­ło się wy­ja­śnie­nie, kto za­bił ich ko­le­gę. Pierw­sze ty­go­dnie wy­peł­nio­ne in­ten­syw­no­ścią i ża­rem wpra­wi­ły Ha­ge­na w prze­ko­na­nie, że spra­wa zo­sta­nie pręd­ko wy­ja­śnio­na, mimo bra­ku śla­dów tech­nicz­nych, świad­ków, ewen­tu­al­nych mo­ty­wów czy po­dej­rza­nych, moż­li­wych i nie­moż­li­wych tro­pów. Po pro­stu dla­te­go, że tak wiel­ka była wola wy­kry­cia spraw­cy. Sieć mia­ła bar­dzo drob­ne oczka, a środ­ki, ja­kie od­da­no im do dys­po­zy­cji, wy­da­wa­ły się pra­wie bez gra­nic. A jed­nak.

Sza­re zmę­czo­ne twa­rze wpa­try­wa­ły się w nie­go z apa­tią, któ­ra w ostat­nich ty­go­dniach sta­wa­ła się co­raz wy­raź­niej­sza. Wczo­raj­sza kon­fe­ren­cja pra­so­wa - któ­ra z uwa­gi na proś­bę o wszel­ką moż­li­wą po­moc pa­skud­nie przy­po­mi­na­ła ka­pi­tu­la­cję - nie pod­nio­sła mo­ra­le w gru­pie. Dziś wpły­nę­ły ko­lej­ne dwa zwol­nie­nia, i to od lu­dzi, któ­rzy nie rzu­ca­li ręcz­ni­ka z po­wo­du ka­ta­ru. Oprócz spra­wy Er­len­da Ven­ne­sli jesz­cze spra­wa Gu­sta Hans­se­na zmie­ni­ła sta­tus z roz­wią­za­nej na nie­roz­wią­za­ną, po­nie­waż Oleg Fau­ke zo­stał zwol­nio­ny, a Chris "Adi­das" Red­dy wy­co­fał swo­je przy­zna­nie się do winy. No tak, spra­wa Ven­ne­sli mia­ła jesz­cze jed­ną po­zy­tyw­ną stro­nę: śmierć po­li­cjan­ta prze­sło­ni­ła za­bój­stwo di­le­ra nar­ko­ty­ków do tego stop­nia, że pra­sa ani sło­wem nie wspo­mnia­ła o wzno­wie­niu śledz­twa.

Ha­gen spoj­rzał na kart­kę, któ­ra le­ża­ła przed nim na mów­ni­cy. Za­pi­sa­ne na niej były dwie li­nij­ki. To wszyst­ko. Po­ran­na od­pra­wa z dwie­ma li­nij­ka­mi. Chrząk­nął.

- Dzień do­bry wszyst­kim. Jak więk­szość z was już wie, po wczo­raj­szej kon­fe­ren­cji pra­so­wej otrzy­ma­li­śmy wie­le zgło­szeń. Łącz­nie było ich osiem­dzie­siąt dzie­więć. Wie­le z nich te­raz spraw­dza­my.

Nie mu­siał do­da­wać tego, co wie­dzie­li wszy­scy: że po bli­sko trzech mie­sią­cach do­tar­li już do osa­dów den­nych i dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent tych zgło­szeń to wie­rut­ne bzdu­ry. Zwy­kli wa­ria­ci, któ­rzy dzwo­ni­li za­wsze, pi­ja­cy, lu­dzie, któ­rzy chcie­li rzu­cić po­dej­rze­nia na ko­goś, kto po­de­rwał im dziew­czy­nę, na są­sia­da, któ­ry nie umył scho­dów, chcie­li zro­bić dow­cip, albo po pro­stu tacy, któ­rzy po­trze­bo­wa­li tro­chę uwa­gi, chwi­li roz­mo­wy z dru­gim czło­wie­kiem. Mó­wiąc "wie­le z nich", miał na my­śli czte­ry. Czte­ry zgło­sze­nia. A mó­wiąc "spraw­dza­my", skła­mał, bo już zo­sta­ły spraw­dzo­ne. I do­pro­wa­dzi­ły ich tam, gdzie byli wcze­śniej - do­ni­kąd.

- Mamy dzi­siaj wi­zy­tę z wy­so­kie­go szcze­bla - do­dał i od razu się zo­rien­to­wał, że mo­gło to zo­stać ode­bra­ne jako sar­kazm. - Ko­men­dant chciał po­wie­dzieć parę słów. Pro­szę, Mi­ka­elu...

Za­mknął pa­pie­ro­wą tecz­kę, uniósł ją i opu­ścił jej brzeg na stół, jak­by za­wie­ra­ła cały plik no­wych in­te­re­su­ją­cych do­ku­men­tów za­miast po­je­dyn­czej kart­ki A4. Miał na­dzie­ję, że uży­wa­jąc imie­nia Bel­l­ma­na, wy­gła­dził okre­śle­nie "z wy­so­kie­go szcze­bla", i ski­nął gło­wą męż­czyź­nie sto­ją­ce­mu przy drzwiach nie­co w głę­bi sali.

Mło­dy ko­men­dant okrę­go­wy po­li­cji opie­rał się o ścia­nę z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­si. Od­cze­kał chwi­lę, żeby wszy­scy zdą­ży­li się od­wró­cić i spoj­rzeć na nie­go, po czym ener­gicz­nym, zwin­nym ru­chem ode­rwał się od ścia­ny i szyb­kim zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szył w stro­nę mów­ni­cy. Na ustach błą­kał mu się cień uśmie­chu, jak­by my­ślał o czymś za­baw­nym, a kie­dy lek­ko i swo­bod­nie ob­ró­cił się na mów­ni­cy, po­ło­żył przed­ra­mio­na na pul­pi­cie, wy­chy­lił się i spoj­rzał na ze­bra­nych, pod­kre­śla­jąc, że nie ma przed sobą przy­go­to­wa­nej kart­ki, Ha­gen po­my­ślał, że te­raz Bel­l­man po­wi­nien dać im to, co obie­cał ta­kim en­trée.

- Nie­któ­rzy z was wie­dzą być może, że się wspi­nam - za­czął Mi­ka­el. - A kie­dy bu­dzę się w ta­kie dni jak dzi­siej­szy, kie­dy wy­glą­dam przez okno i oka­zu­je się, że wi­docz­ność jest ze­ro­wa, a pro­gno­zy za­po­wia­da­ją dal­sze opa­dy śnie­gu i wzma­ga­ją­cy się wiatr, wte­dy my­ślę o szczy­cie, na któ­ry kie­dyś pla­no­wa­łem się wspiąć.

Bel­l­man za­wie­sił głos, a Ha­gen stwier­dził, że nie­ocze­ki­wa­ny wstęp za­dzia­łał - ko­men­dant zdo­łał przy­kuć uwa­gę. Przy­najm­niej na ra­zie. Na­czel­nik wie­dział jed­nak, że w prze­pra­co­wa­nej gru­pie próg to­le­ran­cji na głu­pie opo­wiast­ki jest ni­ski i że nikt nie za­mie­rza się wy­si­lać, by to ukryć. Bel­l­man był za mło­dy, zbyt krót­ki czas spę­dził w fo­te­lu sze­fa i do­szedł do nie­go za szyb­ko, by po­zwo­li­li mu igrać ze swo­ją cier­pli­wo­ścią.

- Ta góra przy­pad­kiem na­zy­wa się tak samo jak ta sala. Tak samo jak nie­któ­rzy z was ochrzci­li spra­wę Ven­ne­sli. K2. To do­bra na­zwa.

Dru­ga pod wzglę­dem wy­so­ko­ści góra świa­ta. The Sa­va­ge Mo­un­ta­in. Naj­trud­niej­sza na świe­cie do zdo­by­cia. Na każ­de czte­ry oso­by, któ­rym uda­ło się na nią wejść, jed­na zgi­nę­ła. Pla­no­wa­li­śmy jej zdo­by­cie od po­łu­dnio­wej stro­ny, na­zy­wa­nej rów­nież Ma­gicz­ną Li­nią. Wcze­śniej do­ko­na­no tego tyl­ko dwa razy i pró­ba wej­ścia tam­tę­dy przez wie­lu lu­dzi uwa­ża­na jest za ry­tu­al­ne sa­mo­bój­stwo. Nie­wiel­ka zmia­na po­go­dy i siły wia­tru, a górę ra­zem z tobą ota­cza śnieg i tem­pe­ra­tu­ra, do ja­kiej nikt z nas nie jest przy­sto­so­wa­ny. Nie do prze­ży­cia. W każ­dym ra­zie nie z ilo­ścią tle­nu w me­trze sze­ścien­nym mniej­szą, niż ma się pod wodą. A po­nie­waż to są Hi­ma­la­je, wszy­scy wie­dzą, że taka zmia­na po­go­dy i siły wia­tru na­stą­pi.

Krót­ka prze­rwa.

- Dla­cze­go więc chcia­łem się wspiąć aku­rat na tę górę?

Ko­lej­na prze­rwa. Tym ra­zem dłuż­sza, jak­by cze­kał, że ktoś od­po­wie. I cią­gle ten pół­u­śmiech. Pau­za się prze­dłu­ża­ła. Za dłu­go, po­my­ślał Ha­gen. Po­li­cjan­ci nie są zwo­len­ni­ka­mi te­atral­nych sztu­czek.

- Po­nie­waż... - Bel­l­man puk­nął pal­cem w pul­pit - ...po­nie­waż ona jest naj­trud­niej­sza na świe­cie. Fi­zycz­nie i psy­chicz­nie. Przy pod­cho­dze­niu nie ma ani se­kun­dy przy­jem­no­ści, tyl­ko za­mar­twia­nie się, znój, lęk, cho­ro­ba wy­so­ko­ścio­wa, brak tle­nu, ata­ki groź­nej dla ży­cia pa­ni­ki i jesz­cze groź­niej­szej apa­tii. I na­wet na szczy­cie nie ma miej­sca na na­pa­wa­nie się chwi­lą trium­fu, bo trze­ba zbie­rać do­wo­dy na to, że na­praw­dę się tam było. Pstryk­nąć jed­no czy dwa zdję­cia i nie oszu­ki­wać się, że naj­gor­sze ma się już za sobą. Żeby nie za­paść w przy­jem­ną drzem­kę, tyl­ko da­lej się kon­cen­tro­wać, wy­ko­ny­wać za­da­nia, jak na­le­ży, sys­te­ma­tycz­nie jak za­pro­gra­mo­wa­ny ro­bot, ale jed­no­cze­śnie nie prze­sta­jąc oce­niać sy­tu­acji.  C a ł y   c z a s  na­le­ży oce­niać sy­tu­ację. Jaka jest po­go­da? Ja­kie sy­gna­ły wy­sy­ła cia­ło? Gdzie je­ste­śmy? Od jak daw­na już tu prze­by­wa­my? Jak się czu­ją inni człon­ko­wie ze­spo­łu? - Cof­nął się o krok od mów­ni­cy. - Bo K2 to nie­ustan­ne prze­ciw­no­ści i opór. Na­wet przy scho­dze­niu. Prze­ciw­no­ści i opór. Wła­śnie dla­te­go chce­my pró­bo­wać.

W sali pa­no­wa­ła ci­sza. Ab­so­lut­na. Nikt nie zie­wał de­mon­stra­cyj­nie ani nie szu­rał no­ga­mi pod krze­słem. Na mi­łość bo­ską, po­my­ślał Ha­gen. Na­praw­dę mu się uda­ło.

- Dwa sło­wa - cią­gnął Bel­l­man. - Nie trzy, tyl­ko dwa. Wy­trzy­ma­łość i współ­dzia­ła­nie. Za­mie­rza­łem wy­mie­nić jesz­cze am­bi­cję, ale to sło­wo nie jest ta­kie waż­ne. Nie­do­sta­tecz­nie wiel­kie w po­rów­na­niu z dwo­ma po­przed­ni­mi. Mo­że­cie spy­tać, jaki jest sens wy­trzy­ma­ło­ści i współ­dzia­ła­nia, je­że­li nie ma celu, nie ma am­bi­cji. Wal­ka dla sa­mej wal­ki? Chwa­ła bez na­gro­dy? Tak. Wal­ka dla sa­mej wal­ki. Chwa­ła bez na­gro­dy. Gdy po wie­lu la­tach wciąż bę­dzie się mó­wi­ło o spra­wie Ven­ne­sli, to z po­wo­du opo­ru, dla­te­go, że wy­glą­da­ła na nie­moż­li­wą do roz­wią­za­nia. Że góra była za wy­so­ka, po­go­da za su­ro­wa, a po­wie­trze za rzad­kie. Że wszyst­ko szło źle. I wła­śnie opo­wieść  o   o p o r z e  uczy­ni z tej spra­wy le­gen­dę. Bę­dzie się o niej opo­wia­da­ło przy ogni­sku, bo to jed­na z ta­kich spraw, któ­re żyją dłu­go. Tak jak więk­szość wspi­na­czy na świe­cie nig­dy nie do­trze na­wet do pod­nó­ża K2, tak moż­na całe ży­cie być po­li­cyj­nym śled­czym i nig­dy nie brać udzia­łu w ni­czym po­dob­nym do tej spra­wy. Za­sta­na­wia­li­ście się nad tym, że gdy­by za­bój­cę wy­kry­to w cią­gu pierw­szych ty­go­dni, to za kil­ka lat cał­kiem już by o niej za­po­mnia­no? No bo co wspól­ne­go łą­czy wszyst­kie le­gen­dar­ne spra­wy kry­mi­nal­ne w hi­sto­rii? - Bel­l­man cze­kał. W koń­cu kiw­nął gło­wą, jak­by ktoś po­dał mu od­po­wiedź, a on ją tyl­ko po­wtó­rzył. - Wy­ma­ga­ły  c z a s u.  I na­tra­fi­ły na  o p ó r.

Tuż obok Ha­ge­na roz­legł się szept:

Chur­chill, eat your he­art out.

Od­wró­cił się i zo­ba­czył Be­ate L?nn, któ­ra sta­nę­ła przy nim, uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie.

Lek­ko ski­nął gło­wą i spoj­rzał na ze­bra­nych. Może to i sta­ra sztucz­ka, ale wciąż dzia­ła­ła. Tam, gdzie przed kil­ko­ma mi­nu­ta­mi wi­dział tyl­ko czar­ne wy­ga­słe ogni­sko, Bel­l­man zdo­łał tchnąć ży­cie w żar. Ha­gen jed­nak wie­dział, że ogień nie bę­dzie się dłu­go pa­lić, je­że­li szyb­ko nie do­star­czy mu się po­żyw­ki w po­sta­ci ja­kie­go­kol­wiek po­stę­pu.

Trzy mi­nu­ty póź­niej Bel­l­man za­koń­czył spek­takl i sze­ro­ko uśmiech­nię­ty opu­ścił sce­nę przy wtó­rze okla­sków. Ha­gen z obo­wiąz­ku też kla­snął kil­ka razy, wal­cząc jed­no­cze­śnie z lę­kiem przed po­wro­tem na mów­ni­cę. Miał świa­do­mość, że po­psu­je ten show in­for­ma­cją, że gru­pa zo­sta­je okro­jo­na, zmniej­szo­na do trzy­dzie­stu pię­ciu osób. Ta­kie było po­le­ce­nie Bel­l­ma­na, ale usta­li­li, że sam im o tym nie po­wie. Ha­gen wy­stą­pił na­przód, odło­żył swo­ją tecz­kę, chrząk­nął, udał, że prze­rzu­ca ja­kieś pa­pie­ry. W koń­cu pod­niósł gło­wę. Znów chrząk­nął i uśmiech­nął się krzy­wo.

La­dies and gen­tle­men, Elvis has left the bu­il­ding.

Ci­sza. Nikt się nie ro­ze­śmiał.

- No cóż, mamy spo­ro rze­czy do zro­bie­nia. Nie­któ­rzy z was zo­sta­ną prze­nie­sie­ni do in­nych za­dań.

Ogni­sko zga­sło.

Kie­dy Mi­ka­el Bel­l­man wy­sia­dał z win­dy w atrium Bu­dyn­ku Po­li­cji, mi­gnę­ła mu przed ocza­mi po­stać wsia­da­ją­ca do są­sied­niej. Czyż­by to był Truls? Nie­moż­li­we, miał prze­cież kwa­ran­tan­nę po spra­wie Asa­je­wa. Bel­l­man wy­szedł głów­ny­mi drzwia­mi i przedarł się przez za­mieć do cze­ka­ją­ce­go na nie­go sa­mo­cho­du. Gdy przej­mo­wał ga­bi­net ko­men­dan­ta okrę­go­we­go, wy­ja­śnio­no mu, że teo­re­tycz­nie ma do dys­po­zy­cji kie­row­cę, ale jego trzej po­przed­ni­cy zre­zy­gno­wa­li z ta­kie­go przy­wi­le­ju, uzna­jąc, że był­by to zły sy­gnał, sko­ro na wszyst­kich in­nych fron­tach obo­wią­zy­wa­ły cię­cia. Bel­l­man od­wró­cił tę prak­ty­kę, mó­wiąc wprost, że nie po­zwo­li, by tego ro­dza­ju so­cjal­de­mo­kra­tycz­na ma­łost­ko­wość za­kłó­ca­ła efek­tyw­ność jego dni pra­cy, i że za waż­niej­sze uwa­ża za­sy­gna­li­zo­wa­nie lu­dziom sto­ją­cym ni­żej w hie­rar­chii, iż cięż­ka pra­ca i awans wią­żą się z pew­ny­mi przy­wi­le­ja­mi. Rzecz­nik pra­so­wy od­cią­gnął go póź­niej na bok i za­pro­po­no­wał, że gdy­by ktoś z me­diów kie­dyś o to spy­tał, to Mi­ka­el po­wi­nien ra­czej ogra­ni­czyć się do efek­tyw­no­ści dnia pra­cy, na­to­miast frag­ment o przy­wi­le­jach skre­ślić.

- Do ra­tu­sza - po­le­cił, sia­da­jąc z tyłu.

Sa­mo­chód ru­szył, ob­je­chał ko­ściół na Gr?n­land i skie­ro­wał się w stro­nę ho­te­lu Pla­za i bu­dyn­ku Pocz­ty, któ­ry mimo trwa­ją­cej roz­bu­do­wy wo­kół Ope­ry wciąż do­mi­no­wał w skrom­nej pa­no­ra­mie Oslo. Ale dzi­siaj nie było żad­nej pa­no­ra­my, tyl­ko śnieg, a w gło­wie Bel­l­ma­na po­ja­wi­ły się jed­no­cze­śnie trzy nie­za­leż­ne od sie­bie my­śli. Prze­klę­ty gru­dzień. Prze­klę­ta spra­wa Ven­ne­sli. I prze­klę­ty Truls Bernt­sen.

Mi­ka­el nie roz­ma­wiał z Trul­sem ani na­wet nie wi­dział go od po­cząt­ku paź­dzier­ni­ka, kie­dy to mu­siał za­wie­sić w peł­nie­niu obo­wiąz­ków swo­je­go przy­ja­cie­la z dzie­ciń­stwa i pod­wład­ne­go. To zna­czy chy­ba za­uwa­żył go w ze­szłym ty­go­dniu pod ho­te­lem Grand w za­par­ko­wa­nym sa­mo­cho­dzie. Przy­czy­ną kwa­ran­tan­ny były duże wpła­ty go­tów­ko­we na kon­to Trul­sa, z któ­rych nie mógł - albo nie chciał - się wy­tłu­ma­czyć. Mi­ka­el jako jego szef nie miał wy­bo­ru, cho­ciaż oczy­wi­ście wie­dział, skąd wzię­ły się te pie­nią­dze - były wy­na­gro­dze­niem za ro­bo­tę pa­la­cza, czy­li nisz­cze­nie do­wo­dów w spra­wie nar­ko­ty­ko­we­go gan­gu Ru­dol­fa Asa­je­wa. A ten idio­ta Truls po pro­stu wpła­cił je na swo­je kon­to.

Mi­ka­el mógł się po­cie­szać je­dy­nie tym, że ani te pie­nią­dze, ani sam Truls nie wska­zy­wa­ły na nie­go. Na ca­łym świe­cie je­dy­nie dwie oso­by mo­gły ujaw­nić współ­pra­cę Mi­ka­ela z Asa­je­wem. Jed­ną z tych osób była rad­na do spraw spo­łecz­nych, a za­ra­zem współ­win­na, dru­ga zaś le­ża­ła umie­ra­ją­ca w śpiącz­ce w za­mknię­tym skrzy­dle Szpi­ta­la Cen­tral­ne­go.

Je­cha­li przez Kva­dra­tu­ren. Bel­l­man za­fa­scy­no­wa­ny ob­ser­wo­wał kon­trast mię­dzy czar­ną skó­rą pro­sty­tu­tek a bie­lą śnie­gu w ich wło­sach i na ra­mio­nach. Za­uwa­żył też, że próż­nia po Asa­je­wie zdą­ży­ła się już wy­peł­nić ko­lej­ny­mi za­stę­pa­mi di­le­rów nar­ko­ty­ko­wych.

Truls Bernt­sen. To­wa­rzy­szył Mi­ka­elo­wi w okre­sie do­ra­sta­nia na Man­gle­rud, tak jak ryba po­dnaw­ka to­wa­rzy­szy re­ki­no­wi. Mi­ka­el miał mózg, chęć przy­wódz­twa, zdol­ność wy­po­wia­da­nia się i uro­dę. Truls "Be­avis" Bernt­sen miał od­wa­gę, za­ci­śnię­te pię­ści i wręcz dzie­cin­ną lo­jal­ność. Mi­ka­el na­wią­zy­wał przy­jaź­nie, gdzie tyl­ko się ob­ró­cił. Trul­sa tak trud­no było po­lu­bić, że wszy­scy świa­do­mie się od nie­go od­wra­ca­li. Mimo to wła­śnie ci dwaj byli nie­roz­łącz­ni: Bel­l­man i Bernt­sen. Z li­sty w dzien­ni­ku wy­czy­ty­wa­no ich jed­ne­go po dru­gim. Tak samo było póź­niej, w szko­le po­li­cyj­nej. Bel­l­man pierw­szy, Bernt­sen snu­ją­cy się za­raz za nim. Mi­ka­el za­czął cho­dzić z Ullą, ale Truls wciąż mu to­wa­rzy­szył, za­wsze o dwa kro­ki z tyłu. W mia­rę upły­wu lat Truls zwol­nił, bra­ko­wa­ło mu wro­dzo­nych am­bi­cji Mi­ka­ela za­rów­no w kwe­stii ży­cia pry­wat­ne­go, jak i ka­rie­ry. Z re­gu­ły ła­two się nim kie­ro­wa­ło i za­cho­wy­wał się prze­wi­dy­wal­nie. Zwy­kle ska­kał, kie­dy Mi­ka­el po­wie­dział "skacz". Ale cza­sa­mi w jego oczach po­ja­wiał się mrok i sta­wał się wte­dy kimś, kogo Mi­ka­el nie znał. Tak jak wte­dy, z tam­tym aresz­tan­tem, mło­dym chło­pa­kiem, któ­re­go Truls tak po­bił pał­ką, że chło­pak oślepł. Albo z tam­tym fa­ce­tem z KRI­POS, któ­ry oka­zał się pe­da­łem i pró­bo­wał do­bie­rać się do Mi­ka­ela. Ko­le­dzy to wi­dzie­li, Mi­ka­el mu­siał więc przed­się­wziąć od­po­wied­nie kro­ki, tak aby ja­sne się sta­ło, że nie to­le­ru­je po­dob­nych za­cho­wań. Za­brał więc Trul­sa do domu tego fa­ce­ta, zwa­bił go do ga­ra­żu i do­pie­ro tam Truls rzu­cił się na nie­go. Wa­lił pał­ką naj­pierw kon­tro­lo­wa­nie, po­tem z co­raz więk­szą wście­kło­ścią, a mrok w jego oczach zda­wał się roz­sze­rzać. W koń­cu Truls spra­wiał ta­kie wra­że­nie, jak­by był w sta­nie szo­ku, oczy miał sze­ro­ko otwar­te i cał­kiem czar­ne. Mi­ka­el mu­siał go po­wstrzy­my­wać, bo in­a­czej uka­tru­pił­by tam­te­go. Oczy­wi­ście Truls był lo­jal­ny. Ale przy­po­mi­nał rów­nież od­bez­pie­czo­ny gra­nat. I wła­śnie to mar­twi­ło Mi­ka­ela Bel­l­ma­na. Kie­dy prze­ka­zał mu, że Rada do spraw Za­trud­nie­nia po­sta­no­wi­ła za­wie­sić go w obo­wiąz­kach do cza­su wy­ja­śnie­nia, skąd wzię­ły się pie­nią­dze na jego kon­cie, Truls po­wtó­rzył tyl­ko, że to pry­wat­na spra­wa, wzru­szył ra­mio­na­mi, jak­by to nie mia­ło naj­mniej­sze­go zna­cze­nia, i od­szedł. Jak­by Truls "Be­avis" Bernt­sen miał do cze­go odejść. Jak­by miał jesz­cze ja­kieś ży­cie poza pra­cą. A Mi­ka­el znów do­strzegł ten mrok w jego oczach. To przy­wo­dzi­ło na myśl za­pa­le­nie lon­tu i ob­ser­wo­wa­nie, jak się spa­la co­raz da­lej w głę­bi czar­ne­go ko­pal­nia­ne­go ko­ry­ta­rza. I nic się nie dzie­je. Nie wia­do­mo jed­nak, czy ten lont po pro­stu zgasł, czy też jest bar­dzo dłu­gi. Czło­wiek cze­ka więc w na­pię­ciu, bo coś mu mówi, że im dłu­żej to trwa, tym gło­śniej huk­nie.

Sa­mo­chód skrę­cił na tyły ra­tu­sza. Mi­ka­el wy­siadł i po scho­dach ru­szył do wej­ścia. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że wła­śnie tu znaj­do­wa­ło się głów­ne wej­ście, za­pro­jek­to­wa­ne przez ar­chi­tek­tów Ar­ne­ber­ga i Po­uls­so­na w la­tach dwu­dzie­stych ubie­głe­go wie­ku, a pro­jekt od­wró­co­no przez nie­po­ro­zu­mie­nie. Gdy to od­kry­to pod ko­niec lat czter­dzie­stych, bu­do­wa po­su­nę­ła się już na tyle da­le­ko, że spra­wę wy­ci­szo­no i uda­wa­no, że nic się nie sta­ło, z na­dzie­ją, że ci, któ­rzy przy­pły­ną do sto­li­cy Nor­we­gii fior­dem, nie zro­zu­mie­ją, że wita się ich ku­chen­nym wej­ściem.

Wło­skie skó­rza­ne po­de­szwy mięk­ko kla­ska­ły o ka­mien­ną po­sadz­kę, gdy Mi­ka­el Bel­l­man ma­sze­ro­wał do re­cep­cji. Sie­dzą­ca za kon­tu­arem ko­bie­ta po­wi­ta­ła go pro­mien­nym uśmie­chem.

- Dzień do­bry, pa­nie ko­men­dan­cie. Jest pan ocze­ki­wa­ny. Dzie­sią­te pię­tro, w głę­bi ko­ry­ta­rza na lewo.

Pod­czas jaz­dy win­dą Bel­l­man przej­rzał się w lu­strze. I po­my­ślał, że wszyst­ko się zga­dza. Jest w dro­dze na górę. Mimo spra­wy tego za­bój­stwa. Po­pra­wił je­dwab­ny kra­wat, któ­ry Ulla przy­wio­zła mu z Bar­ce­lo­ny. Po­dwój­ny wę­zeł wind­sor­ski. W szko­le śred­niej uczył Trul­sa wią­zać kra­wat, ale tyl­ko pro­ste­go, cien­kie­go wę­zła.

Drzwi w głę­bi ko­ry­ta­rza były uchy­lo­ne, Mi­ka­el je pchnął.

Ga­bi­net wy­da­wał się nagi. Biur­ko sprząt­nię­te, pół­ki pu­ste, a na ta­pe­cie wi­dać było ja­śniej­sze pola - śla­dy po ob­ra­zach, któ­re wcze­śniej tam wi­sia­ły. Sie­dzia­ła na pa­ra­pe­cie. Na jej twa­rzy znać było kon­wen­cjo­nal­ną uro­dę, o któ­rej ko­bie­ty mó­wią "wspa­nia­ła", ale bez sło­dy­czy i wdzię­ku, mimo ja­snych lal­ko­wa­tych wło­sów uło­żo­nych w ja­kieś ko­micz­ne gir­lan­dy. Była wy­so­ka, moc­nej bu­do­wy, mia­ła sze­ro­kie bar­ki i bio­dra, tego dnia wtło­czo­ne w ob­ci­słą skó­rza­ną spód­ni­cę. Uda skrzy­żo­wa­ne. Mę­skie ele­men­ty w jej twa­rzy pod­kre­ślo­ne przez duży orli nos i zim­ne, nie­bie­skie jak u wil­ka oczy - w po­łą­cze­niu z pew­no­ścią sie­bie w wy­zy­wa­ją­cym spoj­rze­niu - skło­ni­ły Bel­l­ma­na do róż­nych do­my­słów, kie­dy zo­ba­czył ją pierw­szy raz. Uznał wów­czas, że Isa­bel­le Sk?y­en chęt­nie po­dej­mu­je ini­cja­ty­wę i jest skłon­ną do ry­zy­ka ko­ci­cą, lu­bią­cą seks z młod­szy­mi od niej męż­czy­zna­mi.

- Za­mknij na klucz - po­wie­dzia­ła.

I wca­le się wte­dy nie po­my­lił.

Za­mknął drzwi i prze­krę­cił klucz w zam­ku. Pod­szedł do jed­ne­go z trzech okien. Ra­tusz gó­ro­wał nad masą skrom­nych czte­ro - i pię­cio­pię­tro­wych ka­mie­nic. Po dru­giej stro­nie pla­cu Ra­tu­szo­we­go kró­lo­wa­ła li­czą­ca sie­dem­set lat twier­dza Aker­shus, wznie­sio­na na wy­so­kich wa­łach, ze sta­ry­mi, uszko­dzo­ny­mi pod­czas woj­ny ar­ma­ta­mi wy­ce­lo­wa­ny­mi w fiord, któ­ry wy­glą­dał te­raz tak, jak­by po­krył się gę­sią skór­ką i lek­ko drżał w lo­do­wa­tych po­dmu­chach wia­tru. Śnieg już prze­stał pa­dać, a pod oło­wia­no­sza­ry­mi chmu­ra­mi mia­sto le­ża­ło ską­pa­ne w nie­bie­sko­bia­łym świe­tle. Tru­pi ko­lor, po­my­ślał Bel­l­man.

Głos Isa­bel­le od­bił się echem od go­łych ścian:

- I co po­wiesz, mój dro­gi? Jak ci się po­do­ba ten wi­dok?

- Po pro­stu im­po­nu­ją­cy. O ile do­brze pa­mię­tam, po­przed­nia rad­na do spraw spo­łecz­nych mia­ła ga­bi­net o wie­le mniej­szy i znacz­nie ni­żej po­ło­żo­ny.

- Nie tam­ten wi­dok. Ten.

Od­wró­cił się do niej. Świe­żo mia­no­wa­na rad­na do spraw spo­łecz­nych i prze­ciw­dzia­ła­nia nar­ko­ma­nii roz­su­nę­ła nogi. Majt­ki le­ża­ły obok na pa­ra­pe­cie. Isa­bel­le wie­lo­krot­nie po­wta­rza­ła, że nig­dy nie zro­zu­mie cza­ru wy­go­lo­nej cip­ki, ale Mi­ka­el, wpa­tru­jąc się w dżun­glę, po­my­ślał, że chy­ba musi ist­nieć ja­kieś roz­wią­za­nie po­śred­nie, i pod no­sem po­wtó­rzył cha­rak­te­ry­sty­kę wi­do­ku: po pro­stu im­po­nu­ją­cy.

Moc­no stuk­nę­ła ob­ca­sa­mi o par­kiet i po­de­szła do nie­go. Strzep­nę­ła mu z kla­py nie­wi­dzial­ny py­łek. Na­wet bez szpi­lek by­ła­by od nie­go o cen­ty­metr wyż­sza, a w tej chwi­li nad nim gó­ro­wa­ła. Nie wi­dział w tym nic krę­pu­ją­ce­go, prze­ciw­nie, jej roz­mia­ry w po­łą­cze­niu z do­mi­nu­ją­cą oso­bo­wo­ścią sta­no­wi­ły cie­ka­we wy­zwa­nie. Wy­ma­ga­ły od nie­go jako męż­czy­zny wię­cej niż drob­na po­stać i ła­god­na ule­głość Ulli.

- Uwa­żam za jak naj­bar­dziej słusz­ne, że to ty za­in­au­gu­ru­jesz mój ga­bi­net. Bez two­jej... woli współ­pra­cy nie do­sta­ła­bym tego sta­no­wi­ska.

- I vice ver­sa - po­wie­dział Mi­ka­el Bel­l­man, wdy­cha­jąc za­pach jej per­fum. Wy­dał mu się zna­jo­my. Per­fu­my... Ulli? Mar­ka Toma For­da. Jak one się na­zy­wa­ją? Black Or­chid. Mu­siał je ku­po­wać pod­czas wy­jaz­dów do Pa­ry­ża czy Lon­dy­nu, bo w Nor­we­gii były nie do do­sta­nia. Zbieg oko­licz­no­ści wy­da­wał się nie­praw­do­po­dob­ny.

Do­strzegł śmiech w jej oczach, bę­dą­cy od­po­wie­dzią na jego zdu­mie­nie. Za­rzu­ci­ła mu ręce na szy­ję i od­chy­li­ła się do tyłu.

- Prze­pra­szam, ale nie mo­głam się po­wstrzy­mać.

No tak, cho­le­ra! Po pa­ra­pe­tów­ce w no­wym domu Ulla prze­cież się skar­ży­ła, że zgi­nę­ła jej bu­tel­ka per­fum. Twier­dzi­ła, że mu­siał ją ukraść któ­ryś z za­pro­szo­nych przez nie­go ele­ganc­kich go­ści. Mi­ka­el na­to­miast był w du­chu prze­ko­na­ny, że zro­bił to ra­czej je­den z miej­sco­wych man­gle­rud­czy­ków, a kon­kret­nie Truls Bernt­sen. Prze­cież do­brze wie­dział, że Truls od wcze­snej mło­do­ści jest po uszy za­ko­cha­ny w Ulli, cho­ciaż oczy­wi­ście nig­dy o tym nie wspo­mniał, ani jej, ani Trul­so­wi. Nie wspo­mniał też o per­fu­mach. Prze­cież i tak le­piej, że Truls ukradł per­fu­my Ulli, niż miał­by kraść jej majt­ki.

- Przy­szło ci do gło­wy, że może wła­śnie na tym po­le­ga twój pro­blem? - spy­tał Mi­ka­el. - Na tym, że nie umiesz się po­wstrzy­mać?

Ro­ze­śmia­ła się mięk­ko. Za­mknę­ła oczy. Dłu­gie gru­be pal­ce roz­plo­tły się na jego kar­ku, prze­su­nę­ły na krzyż i za­nur­ko­wa­ły pod pa­sek. Po­pa­trzy­ła na nie­go z ła­god­nym roz­cza­ro­wa­niem w oczach.

- Co się dzie­je, mój byku?

- Le­ka­rze mó­wią, że on nie umrze - od­parł Mi­ka­el. - A ostat­nio po­ja­wi­ły się ozna­ki świad­czą­ce o tym, że może się wy­bu­dzić ze śpiącz­ki.

- Jak to? Ru­sza się?

- Nie, ale wi­dzą ja­kieś zmia­ny w EEG, więc za­czę­li pro­wa­dzić ba­da­nia neu­ro­fi­zjo­lo­gicz­ne.

- I co z tego? - Jej war­gi były tuż przy jego ustach. - Bo­isz się go?

- Nie jego, tyl­ko tego, co może po­wie­dzieć. O nas.

- Dla­cze­go miał­by zro­bić coś tak głu­pie­go? Jest prze­cież sam. Nic by na tym nie zy­skał.

- Po­zwól, że po­wiem tak, moja dro­ga. - Mi­ka­el od­su­nął jej rękę.

- Już sama myśl o tym, że tam jest ktoś, kto może za­świad­czyć, że współ­pra­co­wa­li­śmy z han­dla­rzem nar­ko­ty­ków, żeby po­pchnąć na­sze wła­sne ka­rie­ry...

- Po­słu­chaj - prze­rwa­ła mu Isa­bel­le. - My tyl­ko ostroż­nie in­ter­we­nio­wa­li­śmy, nie po­zwa­la­jąc, by siły ryn­ku dzia­ła­ły same. To do­bra, od daw­na wy­pró­bo­wa­na po­li­ty­ka Par­tii Pra­cy, mój dro­gi. Po­zwo­li­li­śmy Asa­je­wo­wi uzy­skać mo­no­pol na sprze­daż nar­ko­ty­ków i aresz­to­wa­li­śmy wszyst­kich po­zo­sta­łych ba­ro­nów nar­ko­ty­ko­wych, po­nie­waż to­war ofe­ro­wa­ny przez Asa­je­wa nie po­wo­do­wał tylu śmier­tel­nych ofiar. Inne po­stę­po­wa­nie ozna­cza­ło­by złą po­li­ty­kę an­ty­nar­ko­ty­ko­wą.

Mi­ka­el mu­siał się uśmiech­nąć.

- Sły­szę, że wy­szli­fo­wa­łaś re­to­ry­kę na tych kur­sach.

- Zmie­ni­my te­mat, mój dro­gi? - Wsu­nę­ła mu rękę pod kra­wat.

- Wiesz, jak zo­sta­ło­by to przed­sta­wio­ne pod­czas pro­ce­su? Że ja do­sta­łem fo­tel ko­men­dan­ta okrę­go­we­go po­li­cji, a ty sta­no­wi­sko rad­nej do spraw spo­łecz­nych, po­nie­waż wy­da­wa­ło się, że oso­bi­ście za­pro­wa­dzi­li­śmy po­rzą­dek na uli­cach Oslo i zre­du­ko­wa­li­śmy licz­bę zgo­nów z przedaw­ko­wa­nia. Na­to­miast w rze­czy­wi­sto­ści po­zwo­li­li­śmy Asa­je­wo­wi nisz­czyć do­wo­dy, uśmier­cać kon­ku­ren­tów i sprze­da­wać nar­ko­ty­ki czte­ry razy sil­niej­sze i bar­dziej uza­leż­nia­ją­ce niż he­ro­ina.

- Mmm. Strasz­nie się pod­nie­cam, kie­dy tak mó­wisz... - Przy­lgnę­ła do nie­go i wsu­nę­ła mu ję­zyk do ust. Usły­szał cha­rak­te­ry­stycz­ny chrzęst poń­czo­chy, gdy otar­ła się łyd­ką o jego nogę i po­cią­gnę­ła go za sobą ko­ły­szą­cym ru­chem w stro­nę biur­ka.

- Je­śli on się ock­nie w szpi­ta­lu i za­cznie ga­dać...

- Ci­cho bądź, nie ścią­gnę­łam cię tu na roz­mo­wę. - Już maj­stro­wa­ła przy jego pa­sku.

- Mamy pro­blem, któ­ry trze­ba roz­wią­zać, Isa­bel­le.

- Ro­zu­miem, ale te­raz, kie­dy je­steś ko­men­dan­tem po­li­cji, tra­fi­łeś do bran­ży, któ­ra jest prio­ry­te­to­wa, a aku­rat w tej chwi­li prio­ry­te­tem ra­tu­sza jest  t o!

Mi­ka­el zdo­łał ode­pchnąć jej rękę.

Wes­tchnę­ła.

- No do­brze. Mów, co wy­my­śli­łeś.

- Trze­ba mu za­gro­zić, i to w wia­ry­god­ny spo­sób.

- Po co gro­zić? Dla­cze­go od razu go nie uśmier­cić?

Mi­ka­el się ro­ze­śmiał. Śmiał się, do­pó­ki nie zro­zu­miał, że Isa­bel­le mówi po­waż­nie. I że nie po­trze­bo­wa­ła na­wet cza­su do na­my­słu.

- Po­nie­waż... - Przy­trzy­mał ją wzro­kiem i za­pa­no­wał nad gło­sem. Sta­rał się być tym sa­mym sta­now­czym Mi­ka­elem Bel­l­ma­nem, któ­ry pół go­dzi­ny wcze­śniej stał przed gru­pą śled­czą. Pró­bo­wał zna­leźć od­po­wiedź. Ale ona go uprze­dzi­ła:

- Po­nie­waż ty się bo­isz. Sprawdź­my, co znaj­dzie­my pod ha­słem "Ak­tyw­na po­moc przy umie­ra­niu" w książ­ce te­le­fo­nicz­nej. Ka­żesz usu­nąć ochro­nę, uza­sad­nia­jąc to nie­wła­ści­wym wy­ko­rzy­sta­niem środ­ków i tak da­lej, a pa­cjen­ta nie­ocze­ki­wa­nie od­wie­dzi gość z książ­ki te­le­fo­nicz­nej. To zna­czy gość nie­ocze­ki­wa­ny przez nie­go. A zresz­tą mo­żesz wy­słać tego swo­je­go cie­nia, "Be­avi­sa", Trul­sa Bernt­se­na. Prze­cież on dla pie­nię­dzy zro­bi wszyst­ko, praw­da?

Mi­ka­el z nie­do­wie­rza­niem po­krę­cił gło­wą.

- Po pierw­sze, to Gun­nar Ha­gen, szef Wy­dzia­łu Za­bójstw, zle­cił sta­łą ochro­nę tego pa­cjen­ta. Gdy­by fa­cet zo­stał uśmier­co­ny za­raz po mo­jej in­ge­ren­cji w de­cy­zję Ha­ge­na, nie­zbyt do­brze bym wy­glą­dał, je­śli mogę tak to okre­ślić. Po dru­gie, nie ma mowy o za­bój­stwie.

- Po­słu­chaj mnie, mój dro­gi. Ża­den po­li­tyk nie jest lep­szy od swo­ich do­rad­ców. Dla­te­go wa­run­kiem do­tar­cia na szczyt jest za­wsze ota­cza­nie się ludź­mi mą­drzej­szy­mi od sie­bie. A wła­śnie za­czę­łam wąt­pić w to, czy je­steś ode mnie mą­drzej­szy, Mi­ka­elu. Przede wszyst­kim nie po­tra­fisz zła­pać tego za­bój­cy po­li­cjan­ta, a w do­dat­ku nie wiesz, jak roz­wią­zać pro­sty pro­blem czło­wie­ka w śpiącz­ce. A sko­ro jesz­cze nie chcesz mnie po­su­wać, to mu­szę za­dać so­bie py­ta­nie: "Co mi wła­ści­wie po nim?". Po­tra­fisz mi na to od­po­wie­dzieć?

- Isa­bel­le...

- Przyj­mu­ję to za od­po­wiedź prze­czą­cą. Po­słu­chaj mnie więc uważ­nie, bo zro­bi­my to tak...

Nie mógł jej nie po­dzi­wiać. Tego kon­tro­lo­wa­ne­go, wręcz zim­ne­go pro­fe­sjo­na­li­zmu przy jed­no­cze­snej go­to­wo­ści do po­dej­mo­wa­nia ry­zy­ka i nie­obli­czal­no­ści, któ­re spra­wia­ły, że w jego ko­le­gach wzma­ga­ła się czuj­ność. Nie­któ­rzy uwa­ża­li ją za wręcz nie­bez­piecz­ną, ale nie ro­zu­mie­li, że wy­twa­rza­nie nie­pew­no­ści sta­no­wi­ło ele­ment gry pro­wa­dzo­nej przez Isa­bel­le Sk?y­en. Za­li­cza­ła się do tych, któ­rym w nie­prze­cięt­nie krót­kim cza­sie uda­wa­ło się zajść da­lej i wy­żej i któ­rych upad­ki, je­śli do nich do­cho­dzi­ło, na­stę­po­wa­ły z wy­so­ka i były przez to groź­niej­sze. Mi­ka­el Bel­l­man po­nie­kąd roz­po­zna­wał w niej sie­bie, ale Isa­bel­le Sk?y­en sta­no­wi­ła jego eks­tre­mal­ną wer­sję. Dziw­ne na­to­miast było to, że za­miast po­cią­gać go za sobą, zmu­sza­ła go do więk­szej ostroż­no­ści.

- Na ra­zie pa­cjent się nie obu­dził, więc nie ro­bi­my nic - oświad­czy­ła Isa­bel­le. - Znam pew­ne­go pie­lę­gnia­rza ane­ste­zjo­lo­gicz­ne­go z Ene­bakk. Nie­cie­ka­wy typ. Za­opa­tru­je mnie w ta­blet­ki, któ­rych jako po­li­tyk nie mogę ku­po­wać na uli­cy. Ten czło­wiek tak jak Be­avis zro­bi pra­wie wszyst­ko dla pie­nię­dzy. A wszyst­ko dla sek­su. A pro­pos...

Usia­dła na brze­gu biur­ka, unio­sła i roz­ło­ży­ła nogi, a po­tem jed­nym szarp­nię­ciem roz­pię­ła gu­zi­ki jego spodni. Mi­ka­el moc­no zła­pał ją za nad­garst­ki.

- Isa­bel­le, za­cze­kaj­my do śro­dy w Gran­dzie.

- N i e  cze­kaj­my do śro­dy w Gran­dzie.

- A ja gło­su­ję, żeby tak było.

- Do­praw­dy? - Wy­rwa­ła mu się, do koń­ca roz­pię­ła roz­po­rek i spoj­rza­ła w dół. Za­raz do­da­ła gar­dło­wym gło­sem: - W ta­kim ra­zie zo­sta­łeś prze­gło­so­wa­ny. Dwa do jed­ne­go, mój dro­gi.

5

Wraz z za­pa­da­ją­cą ciem­no­ścią spa­dła rów­nież tem­pe­ra­tu­ra. Bla­dy księ­życ świe­cił za oknem po­ko­ju Stia­na Ba­rel­le­go, kie­dy z sa­lo­nu do­biegł głos mat­ki:

- To do cie­bie, Stian!

Już wcze­śniej usły­szał dzwo­nek te­le­fo­nu sta­cjo­nar­ne­go, ale miał na­dzie­ję, że to nie do nie­go. Odło­żył kon­tro­ler Nin­ten­do Wii. Osią­gnął wy­nik dwa­na­ście un­der par, a zo­sta­ły mu jesz­cze trzy doł­ki, czy­li in­ny­mi sło­wy miał świet­ną po­zy­cję i moż­li­wość za­kwa­li­fi­ko­wa­nia się do Ma­sters. Grał jako Rick Fow­ler, po­nie­waż była to je­dy­na faj­na po­stać w grze Ti­ger Wo­ods - The Ma­sters, a poza tym wie­kiem zbli­żo­na do nie­go. Miał dwa­dzie­ścia je­den lat. Poza tym obaj lu­bi­li Emi­ne­ma i ze­spół Rise Aga­inst i w do­dat­ku obaj mie­li upodo­ba­nie do po­ma­rań­czo­wych ciu­chów. Oczy­wi­ście Ric­ka Fow­le­ra stać było na wła­sne miesz­ka­nie, na­to­miast Stian wciąż miesz­kał w swo­im chło­pię­cym po­ko­ju. Ale tyl­ko chwi­lo­wo, do­pó­ki nie do­sta­nie sty­pen­dium na tym uni­wer­sy­te­cie na Ala­sce. Wszy­scy śred­nio przy­zwo­ici nor­we­scy al­pej­czy­cy do­sta­wa­li się tam na pod­sta­wie wy­ni­ków osią­gnię­tych w mi­strzo­stwach Nor­we­gii ju­nio­rów i po­dob­nych za­wo­dach. Oczy­wi­ście pro­blem po­le­gał na tym, że do tej pory nikt nie stał się lep­szym al­pej­czy­kiem dzię­ki wy­jaz­do­wi na tę uczel­nię, ale co z tego? Ko­bie­ty, wino i nar­ty. Może być coś lep­sze­go? Może na­wet ja­kiś dy­plom, je­śli star­czy na to cza­su. Pa­pie­ry, któ­re będą mo­gły mu za­pew­nić ja­kąś nie­złą pra­cę. Pie­nią­dze na wła­sne miesz­ka­nie. Ży­cie lep­sze od tego, od spa­nia w tro­chę za krót­kim łóż­ku pod zdję­cia­mi Bode Mil­le­ra i Ak­se­la Lun­da Svin­da­la, od je­dze­nia klop­si­ków mat­ki i sto­so­wa­nia się do za­sad wy­zna­czo­nych przez ojca, od tre­no­wa­nia roz­be­stwio­nych gów­nia­rzy, któ­rzy we­dług ich cier­pią­cych na śle­po­tę śnież­ną ro­dzi­ców byli ob­da­rze­ni ta­len­tem Aamod­ta albo Kju­sa. Od ob­słu­gi­wa­nia wy­cią­gu nar­ciar­skie­go na sto­ku Try­van­n­skle­iva, za staw­kę go­dzi­no­wą, ja­kiej za cho­le­rę nie ośmie­li­li­by się za­pro­po­no­wać wy­zy­ski­wa­nym dzie­ciom w In­diach. Dla­te­go Stian od razu wie­dział, że to dzwo­ni pre­zes klu­bu nar­ciar­skie­go, bę­dą­cy poza wszyst­kim je­dy­ną zna­ną Stia­no­wi oso­bą, któ­ra uni­ka­ła te­le­fo­no­wa­nia na ko­mór­ki, po­nie­waż jest to  t r o c h ę  droż­sze, i wo­la­ła zmu­szać lu­dzi do bie­ga­nia po scho­dach w tych ja­ski­niach z epo­ki ka­mie­nia łu­pa­ne­go, w któ­rych wciąż znaj­do­wa­ły się te­le­fo­ny sta­cjo­nar­ne.

Stian wziął od mat­ki słu­chaw­kę.

- Słu­cham.

- Cześć, Stian, tu Bak­ken. Wła­śnie mia­łem te­le­fon, że wy­ciąg na Kle­iva cho­dzi.

- O tej po­rze? - Stian zer­k­nął na ze­ga­rek. Pięt­na­ście po je­de­na­stej. Za­my­ka­li o dzie­wią­tej.

- Mo­żesz tam zaj­rzeć i spraw­dzić, co się dzie­je?

- O tej po­rze? - po­wtó­rzył.

- Chy­ba że je­steś czymś wy­jąt­ko­wo za­ję­ty, oczy­wi­ście.

Stian nie za­re­ago­wał na iro­nię w gło­sie pre­ze­sa. Wie­dział, że ma za sobą dwa roz­cza­ro­wu­ją­ce se­zo­ny, spo­wo­do­wa­ne w opi­nii pre­ze­sa nie bra­kiem ta­len­tu, tyl­ko nad­mia­rem wol­ne­go cza­su, któ­ry Stian naj­le­piej, jak po­tra­fił, wy­peł­niał le­ni­stwem, tra­ce­niem for­my fi­zycz­nej i ge­ne­ral­nym nie­rób­stwem.

- Nie mam sa­mo­cho­du - oświad­czył Stian.

- Mo­żesz wziąć mój - za­pro­po­no­wa­ła szyb­ko mat­ka. Nie od­su­nę­ła się, tyl­ko sta­ła obok z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­si.

Sor­ry, Stian, ale usły­sza­łem - po­wie­dział cierp­ko pre­zes. - Pew­nie wła­ma­ły się ja­kieś ło­bu­zy z klu­bu He­ming i uwa­ża­ją, że to za­baw­ne.

Do­jazd krę­tą dro­gą do wie­ży te­le­wi­zyj­nej Try­van­n­st?r­net za­jął Stia­no­wi dzie­sięć mi­nut. Wie­ża ster­cza­ła jak stu­osiem­na­sto­me­tro­wa włócz­nia wbi­ta w zie­mię na szczy­cie wzgó­rza w pół­noc­no-za­chod­niej stro­nie Oslo.

Wje­chał na za­śnie­żo­ny par­king i za­uwa­żył, że stoi tam je­dy­nie czer­wo­ny golf. Wy­jął nar­ty z ba­gaż­ni­ka na da­chu, przy­piął je do nóg i ru­szył obok głów­ne­go bu­dyn­ku do gór­nej sta­cji wy­cią­gu krze­seł­ko­we­go Try­vann Eks­press. Stam­tąd miał wi­dok na je­zio­ro i na Kle­iva, mniej­szy wy­ciąg, or­czy­ko­wy. Wpraw­dzie noc była księ­ży­co­wa, ale jed­nak zbyt ciem­na, by mógł do­strzec, czy uchwy­ty w kształ­cie od­wró­co­nej li­te­ry T się po­ru­sza­ją. Ale je sły­szał. Sły­szał war­kot ma­szy­ne­rii na dole.

Kie­dy za­czął zjeż­dżać dłu­gi­mi le­ni­wy­mi tra­wer­sa­mi, na­gle zdu­miał się nie­zwy­kłą ci­szą pa­nu­ją­cą tu w nocy. Pierw­szą go­dzi­nę po za­mknię­ciu wy­cią­gu wciąż wy­peł­nia­ło echo ra­do­snych krzy­ków dzie­ci, uda­wa­ne pi­ski stra­chu dziew­cząt, chrzęst me­ta­lo­wych kan­tów na ubi­tym śnie­gu i lo­dzie, ocie­ka­ją­ce te­sto­ste­ro­nem wo­ła­nie mło­dych chłop­ców do­ma­ga­ją­cych się uwa­gi. Na­wet po zga­sze­niu re­flek­to­rów świa­tło zda­wa­ło się jesz­cze przez chwi­lę wi­sieć w po­wie­trzu. A po­tem stop­nio­wo ro­bi­ło się co­raz ci­szej. I ciem­niej. I jesz­cze ci­szej. W koń­cu ci­sza wy­peł­nia­ła wszyst­kie za­głę­bie­nia te­re­nu, a z lasu wy­peł­za­ła ciem­ność. Wte­dy oko­li­ca Try­vann na­gle zmie­nia­ła się w zu­peł­nie inne miej­sce, któ­re na­wet dla Stia­na, któ­ry znał tę oko­li­cę jak wła­sną kie­szeń, sta­wa­ło się tak obce, że rów­nie do­brze mo­gło się znaj­do­wać na in­nej pla­ne­cie. Na zim­nej, ciem­nej i bez­lud­nej pla­ne­cie.

Brak świa­teł spra­wił, że mu­siał je­chać na wy­czu­cie, sta­rać się prze­wi­dzieć fa­lo­wa­nie śnie­gu i pod­ło­ża pod nar­ta­mi. Ale wła­śnie na tym po­le­gał jego ta­lent: za­wsze ra­dził so­bie naj­le­piej przy sła­bej wi­docz­no­ści, w śnie­ży­cy, we mgle, przy pła­skim świe­tle. Wy­czu­wał to, cze­go nie mógł zo­ba­czyć. Zo­stał ob­da­rzo­ny czymś w ro­dza­ju zdol­no­ści ja­sno­wi­dze­nia, jaką po­sia­da­ją tyl­ko nie­któ­rzy nar­cia­rze, a inni - więk­szość - nie mają jej w ogó­le. Pie­ścił śnieg, zjeż­dżał po­wo­li, chcąc prze­dłu­żyć przy­jem­ność. Wresz­cie jed­nak zna­lazł się na dole i skrę­cił pod sta­cję z ma­szy­ne­rią wy­cią­gu.

Drzwi bud­ki były wy­ła­ma­ne.

Na śnie­gu le­ża­ły drza­zgi, a otwór wej­ścio­wy ział czer­nią. Do­pie­ro w tej chwi­li Stian uświa­do­mił so­bie, że jest sam. I że jest śro­dek nocy, a on znaj­du­je się w chwi­lo­wo kom­plet­nie bez­lud­nym miej­scu, w któ­rym nie­daw­no po­peł­nio­no prze­stęp­stwo. Praw­do­po­dob­nie je­dy­nie chu­li­gań­ski wy­bryk, ale jed­nak. Pew­no­ści prze­cież mieć nie mógł. Ani co do tego, że to był na­praw­dę chu­li­gań­ski wy­bryk, ani co do tego, że jest sam.

- Halo? - za­wo­łał, prze­krzy­ku­jąc war­kot sil­ni­ka i zgrzyt or­czy­ków, któ­re nad­jeż­dża­ły i od­jeż­dża­ły na sta­lo­wej li­nie śpie­wa­ją­cej nad jego gło­wą. I na­tych­miast tego po­ża­ło­wał. Echo od­bi­ło się od skal­nej ścia­ny, a wraz z nim od­głos jego wła­sne­go stra­chu. Bo on się bał. Bo myśl nie za­trzy­ma­ła się na sło­wach "prze­stęp­stwo" i "sam", tyl­ko po­bie­gła da­lej. Do tam­tej sta­rej hi­sto­rii. Za dnia w ogó­le o niej nie my­ślał, ale cza­sa­mi, kie­dy miał wie­czor­ny dy­żur i pra­wie już nie było nar­cia­rzy, zda­rza­ło się, że tam­ta sta­ra hi­sto­ria wy­peł­za­ła z lasu ra­zem z mro­kiem. To się sta­ło pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Dziew­czy­nę naj­praw­do­po­dob­niej odu­rzo­no gdzieś w cen­trum i przy­wie­zio­no tu­taj. W kaj­dan­kach i w kap­tu­rze. Z par­kin­gu prze­nie­sio­no ją do dol­nej sta­cji, do któ­rej drzwi wy­ła­ma­no. Dziew­czy­nę zgwał­co­no w środ­ku. Stian sły­szał, że pięt­na­sto­lat­ka była taka drob­na i szczu­pła, że nie­przy­tom­ną gwał­ci­ciel albo gwał­ci­cie­le mo­gli bez tru­du prze­nieść z par­kin­gu aż tu­taj. Moż­na było mieć na­dzie­ję, że na­wet na chwi­lę nie od­zy­ska­ła przy­tom­no­ści. Ale cho­dzi­ły też plot­ki, że dziew­czy­nę przy­twier­dzo­no do ścia­ny za po­mo­cą dwóch wiel­kich gwoź­dzi, któ­re wbi­to jej w bar­ki pod oboj­czy­ka­mi, tak by spraw­ca albo spraw­cy mo­gli ją gwał­cić na sto­ją­co, za­cho­wu­jąc je­dy­nie mi­ni­mal­ny kon­takt ze ścia­na­mi, pod­ło­gą i samą dziew­czy­ną. Po­dob­no wła­śnie dla­te­go po­li­cja nie zna­la­zła żad­nych śla­dów DNA, od­ci­sków pal­ców ani włó­kien z ubra­nia. Ale moż­li­we, że to w ogó­le nie­praw­da. Praw­dą na­to­miast było, że cia­ło dziew­czy­ny zna­le­zio­no w trzech miej­scach. Z je­zio­ra Try­vann wy­ło­wio­no tors i gło­wę. Na dole w le­sie przy sto­ku Wyl­ler­l?y­pa le­ża­ła po­ło­wa dol­nej czę­ści cia­ła, na brze­gu je­zio­ra Aur­tjern - dru­ga. Wła­śnie dla­te­go, że te dwie ostat­nie czę­ści zna­le­zio­no tak da­le­ko od sie­bie i w róż­nych kie­run­kach od miej­sca, w któ­rym zo­sta­ła zgwał­co­na, po­li­cja wy­su­nę­ła teo­rię, że spraw­ców mu­sia­ło być dwóch. Ale oprócz teo­rii nic wię­cej nie mie­li. Spraw­cy - je­śli to w ogó­le byli męż­czyź­ni, bo nie zna­le­zio­no na­sie­nia, któ­re by to po­twier­dza­ło - nie zo­sta­li wy­kry­ci. Jed­nak pre­zes i inni waż­nia­cy chęt­nie opo­wia­da­li mło­dym człon­kom klu­bu przed ich pierw­szym dy­żu­rem w ośrod­ku nad Try­vann, że po­dob­no w ci­che noce z dol­nej sta­cji wy­cią­gu sły­chać od­gło­sy. Krzyk, któ­ry nie­mal za­głu­sza ten dru­gi dźwięk. Dźwięk gwoź­dzi wbi­ja­nych w ścia­nę.

Stian od­piął wią­za­nia i pod­szedł do drzwi. Lek­ko ugiął nogi w ko­la­nach, łyd­ki przy­ci­snął do tyl­nej ścian­ki bu­tów, sta­ra­jąc się zi­gno­ro­wać puls, któ­ry ewi­dent­nie przy­spie­szył.

Boże, niby co mu się wy­da­wa­ło? Że zo­ba­czy krew? Du­cha?

Wsu­nął rękę za drzwi, zna­lazł prze­łącz­nik i prze­krę­cił.

Spoj­rzał w głąb oświe­tlo­ne­go po­miesz­cze­nia.

Na ścia­nie z su­ro­wej so­sny wi­sia­ła na gwoź­dziu dziew­czy­na. Była pra­wie naga, tak zwa­ne stra­te­gicz­ne czę­ści opa­lo­ne­go cia­ła za­sła­nia­ło ską­pe żół­te bi­ki­ni. Pod nią wid­niał na­pis Gru­dzień, ale ka­len­darz był ze­szło­rocz­ny. W pe­wien bar­dzo spo­koj­ny wie­czór kil­ka ty­go­dni wcze­śniej Stian na­wet ona­ni­zo­wał się przy tym zdję­ciu. Dziew­czy­na była sexy, ale jesz­cze bar­dziej pod­nie­ca­ły go żywe dziew­czy­ny prze­miesz­cza­ją­ce się pa­sa­żem mię­dzy bud­ką a wy­cią­giem i to, że sie­dział w od­le­gło­ści pół me­tra od nich z na­brzmia­łym człon­kiem w ręku. Szcze­gól­nie pod­nie­ca­ły go te, któ­re wsia­da­ły na or­czyk same, wy­ćwi­czo­nym ge­stem wsu­wa­ły sztyw­ny pręt mię­dzy nogi i za­ci­ska­ły uda. Or­czyk uno­sił im po­ślad­ki. Pro­sto­wa­ły ple­cy w chwi­li, gdy sprę­ży­na za­mo­co­wa­na mię­dzy prę­tem a sta­lo­wą liną kur­czy­ła się, szarp­nię­ciem za­bie­ra­jąc dziew­czy­ny sprzed jego oczu i wcią­ga­jąc na górę.

Wszedł do bud­ki. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że ktoś tu za­glą­dał. Pla­sti­ko­wa część prze­łącz­ni­ka słu­żą­ce­go do uru­cha­mia­nia i za­trzy­my­wa­nia wy­cią­gu była uła­ma­na. Le­ża­ła w dwóch czę­ściach na pod­ło­dze, a z pa­ne­lu kon­tro­l­ne­go ster­czał je­dy­nie me­ta­lo­wy bo­lec. Stian ści­snął zim­ny me­tal w dwóch pal­cach i spró­bo­wał go prze­krę­cić, ale pal­ce się ze­śli­zgnę­ły. Pod­szedł do szaf­ki z bez­piecz­ni­ka­mi sto­ją­cej w ką­cie. Me­ta­lo­we drzwicz­ki były za­mknię­te, a klucz, zwy­kle wi­szą­cy obok na sznur­ku, znik­nął. Dziw­ne. Stian wró­cił do pa­ne­lu kon­tro­l­ne­go. Spró­bo­wał ścią­gnąć pla­sti­ko­we uchwy­ty z prze­łącz­ni­ków do włą­cza­nia oświe­tle­nia na sto­ku i mu­zy­ki, ale pręd­ko zro­zu­miał, że nic nie osią­gnie, naj­wy­żej znisz­czy rów­nież te prze­łącz­ni­ki, bo uchwy­ty są przy­kle­jo­ne, a w każ­dym ra­zie przy­mo­co­wa­ne na sta­łe. Po­trze­bo­wał cze­goś, czym mógł­by moc­no ści­snąć me­ta­lo­wy bo­lec, na przy­kład ob­cę­gów. W chwi­li, gdy wy­cią­gał szu­fla­dę ze sto­li­ka pod oknem, na­gle ogar­nę­ło go prze­czu­cie. Ta­kie samo jak wte­dy, gdy po omac­ku je­chał na nar­tach. Wy­czuł to, cze­go nie mógł zo­ba­czyć, wy­czuł, że ktoś stoi w ciem­no­ści i go ob­ser­wu­je.

Pod­niósł gło­wę.

I spoj­rzał w twarz, któ­ra ga­pi­ła się na nie­go wiel­ki­mi, sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

W swo­ją wła­sną twarz, we wła­sne wy­stra­szo­ne oczy w po­dwój­nym od­bi­ciu w szy­bie.

Ode­tchnął z ulgą. Cho­le­ra, ależ jest stra­chli­wy!

Na­gle jed­nak, kie­dy ser­ce już znów za­czy­na­ło bić i wła­śnie prze­no­sił wzrok z po­wro­tem na wnę­trze szu­fla­dy, oko uchwy­ci­ło ja­kiś ruch na ze­wnątrz. Od­ry­wa­ją­cą się od od­bi­cia w szy­bie twarz, któ­ra szyb­ko prze­su­nę­ła się na pra­wo i znik­nę­ła. Czym prę­dzej znów pod­niósł gło­wę, ale wciąż wi­dział tyl­ko swo­je od­bi­cie. Tyle że nie było po­dwój­ne jak po­przed­nio. A może?

Za­wsze miał nie­zdro­wą wy­obraź­nię. Tak przy­najm­niej twier­dzi­li Ma­rius i Kjel­la, kie­dy wy­znał im, że pod­nie­ca go myśl o zgwał­co­nej dziew­czy­nie. Oczy­wi­ście nie to, że zo­sta­ła zgwał­co­na i za­mor­do­wa­na. W każ­dym ra­zie zda­rza­ło mu się my­śleć o tym gwał­cie. Ale przede wszyst­kim o tym, że była taka ład­na, drob­na i de­li­kat­na i że była tu­taj, w ich bud­ce. Naga. Z fiu­tem w cip­ce... Tak, to po­tra­fi­ło go pod­nie­cić. Ma­rius stwier­dził, że jest "cho­oory", a Kjel­la, ten idio­ta, oczy­wi­ście wszyst­ko wy­pa­plał i kie­dy hi­sto­ria wró­ci­ła do Stia­na, usły­szał, że wręcz miał­by ocho­tę uczest­ni­czyć w tym gwał­cie. I to jest kum­pel, po­my­ślał Stian, grze­biąc w szu­fla­dzie. Kar­ne­ty na wy­ciąg, pie­cząt­ka, po­dusz­ka do stem­pli, dłu­go­pi­sy, ta­śma kle­ją­ca, no­życz­ki, fiń­ski nóż, blo­czek po­kwi­to­wań, śrub­ki, mu­try. Niech to cho­le­ra! Zaj­rzał do na­stęp­nej szu­fla­dy. Żad­nych ob­cę­gów, żad­ne­go klu­cza. Na­gle uświa­do­mił so­bie, że musi po pro­stu zna­leźć drą­żek z awa­ryj­nym wy­łącz­ni­kiem - zwy­kle wty­ka­li go w śnieg obok bud­ki tak, aby oso­ba, któ­ra pil­no­wa­ła na ze­wnątrz, mo­gła szyb­ko za­trzy­mać wy­ciąg, wci­ska­jąc czer­wo­ny gu­zik na czub­ku drąż­ka, je­że­li coś się sta­ło. A sta­wa­ło się cią­gle. Dzie­cia­ki do­sta­wa­ły or­czy­kiem w gło­wę, po­cząt­ku­ją­cy upa­da­li do tyłu przy pierw­szym szarp­nię­ciu, a mimo to nie pusz­cza­li się i cią­gnę­ło ich pod górę, albo ja­cyś idio­ci, któ­rzy chcie­li się po­pi­sać, za­cze­pia­li o or­czyk ko­la­nem i ja­dąc po ze­wnętrz­nej stro­nie tra­sy, si­ka­li wzdłuż brze­gu lasu.

Za­czął prze­szu­ki­wać szaf­ki. Drą­żek to nie igła. Dłu­go­ści oko­ło me­tra, z me­ta­lu, z ostrym koń­cem po­zwa­la­ją­cym wbić go w zlo­do­wa­cia­ły śnieg. Stian roz­gar­nął za­po­mnia­ne rę­ka­wicz­ki, czap­ki i go­gle. Na­stęp­na szaf­ka. Ga­śni­ca. Wia­dro i ścier­ki do pod­ło­gi. Sprzęt do udzie­la­nia pierw­szej po­mo­cy. La­tar­ka kie­szon­ko­wa. Ale drąż­ka nie było.

Oczy­wi­ście mo­gli za­po­mnieć go przy­nieść, kie­dy za­my­ka­li na noc. Wziął la­tar­kę i ob­szedł sta­cję do­oko­ła.

Tu też nig­dzie nie było go wi­dać. Do ja­snej cho­le­ry, czyż­by go ukra­dli? A kar­ne­ty na wy­ciąg zo­sta­wi­li? Na­raz wy­da­ło mu się, że coś usły­szał, i ob­ró­cił się w stro­nę lasu. Po­świe­cił la­tar­ką mię­dzy drze­wa­mi.

Ptak? Wie­wiór­ka? Zda­rza­ło się, że zja­wiał się tu łoś. Ale ło­sie na ogół się nie ukry­wa­ły. Byle tyl­ko uda­ło mu się za­trzy­mać ten cho­ler­ny wy­ciąg, le­piej by wszyst­ko sły­szał.

Znów wró­cił do bud­ki, w środ­ku po­czuł się le­piej. Pod­niósł z pod­ło­gi dwa ka­wał­ki pla­sti­ko­we­go prze­łącz­ni­ka. Spró­bo­wał za­ci­snąć je wo­kół bol­ca i w ten spo­sób prze­krę­cić, ale się roz­pa­da­ły.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Nie­dłu­go pół­noc. Miał ocho­tę ro­ze­grać przed snem tę par­tię gol­fa do koń­ca. Za­sta­no­wił się, czy nie za­dzwo­nić do pre­ze­sa. Cho­le­ra, prze­cież wy­star­czy prze­krę­cić ten bo­lec o pół ob­ro­tu!

Od­ru­cho­wo uniósł gło­wę i ser­ce mu się za­trzy­ma­ło.

To się sta­ło tak szyb­ko, że nie miał pew­no­ści, czy w ogó­le to wi­dział, czy nie. Z całą pew­no­ścią nie był to łoś. Stian wy­brał nu­mer do pre­ze­sa, ale pal­ce drża­ły mu tak, że mu­siał kil­ka razy pró­bo­wać, za­nim w koń­cu tra­fił.

- Tak?

- Tu Stian. Ktoś się wła­mał i znisz­czył wy­łącz­nik, a drą­żek z awa­ryj­nym wy­łącz­ni­kiem zgi­nął. Nie mogę wy­łą­czyć wy­cią­gu.

- Szaf­ka z bez­piecz­ni­ka­mi...

- Za­mknię­ta, a klu­cza nie ma.

Usły­szał ci­che prze­kleń­stwo i wes­tchnie­nie re­zy­gna­cji.

- No do­brze, zo­stań tam, za­raz przy­jeż­dżam.

- Weź ob­cę­gi czy coś.

- Ob­cę­gi czy coś - po­wtó­rzył pre­zes, nie skry­wa­jąc po­gar­dy.

Stian już daw­no zro­zu­miał, że sza­cu­nek pre­ze­sa jest za­wsze pro­por­cjo­nal­ny do miej­sca na li­ście wy­ni­ków. Scho­wał te­le­fon do kie­sze­ni. Po­pa­trzył w ciem­ność na ze­wnątrz. I uświa­do­mił so­bie, że przy świe­tle za­pa­lo­nym w bud­ce jego mo­gli wi­dzieć wszy­scy, a on ni­ko­go. Wstał, z ca­łej siły za­trza­snął drzwi i zga­sił świa­tło. Cze­kał. Or­czy­ki z pu­sty­mi sie­dze­nia­mi zjeż­dża­ją­ce ze zbo­cza zda­wa­ły się przy­spie­szać w mo­men­cie za­wra­ca­nia przy dol­nej sta­cji przed roz­po­czę­ciem ko­lej­nej po­dró­ży pod górę.

Stian za­mru­gał.

Dla­cze­go nie po­my­ślał o tym wcze­śniej?

Prze­krę­cił wszyst­kie prze­łącz­ni­ki na pa­ne­lu kon­tro­l­nym. W chwi­li, gdy świa­tło za­la­ło stok, rów­no­cze­śnie z gło­śni­ków na całą do­li­nę po­pły­nę­ło Em­pi­re Sta­te of Mind Jaya-Z. Te­raz było o wie­le przy­jem­niej.

Za­czął bęb­nić do ryt­mu pal­ca­mi i znów spoj­rzał na me­ta­lo­wy bo­lec. Na sa­mym czub­ku była dziur­ka. Stian wstał, wziął ka­wa­łek sznur­ka wi­szą­cy przy szaf­ce z bez­piecz­ni­ka­mi, zło­żył go po­dwój­nie i prze­wlekł przez otwo­rek. Owi­nął sznur­kiem bo­lec i de­li­kat­nie po­cią­gnął. To się mo­gło udać. Po­cią­gnął tro­chę moc­niej. Sznu­rek wy­trzy­mał. Jesz­cze tro­chę moc­niej. Bo­lec się po­ru­szył. Stian szarp­nął.

Od­głos ma­szy­ne­rii wy­cią­gu za­marł z prze­cią­głym ję­kiem, któ­ry prze­szedł w wy­cie.

- Mam cię, su­kin­sy­nu! - krzyk­nął Stian.

Na­chy­lił się nad te­le­fo­nem, żeby za­dzwo­nić i za­mel­do­wać wy­ko­na­nie za­da­nia. Uświa­do­mił so­bie jed­nak, że pre­ze­so­wi ra­czej nie spodo­ba­ło­by się, że nocą pusz­cza z gło­śni­ków rap na cały re­gu­la­tor, więc przy­ci­szył mu­zy­kę.

Kie­dy zro­bi­ło się ci­cho, usły­szał sy­gnał na­wią­zy­wa­ne­go po­łą­cze­nia. Od­bierz wresz­cie! I wte­dy znów po­ja­wi­ło się to uczu­cie. Wra­że­nie, że ktoś tu jest. Że ktoś na nie­go pa­trzy.

Stian Ba­rel­li po­wo­li pod­niósł wzrok.

I po­czuł, jak chłód roz­prze­strze­nia się od tyłu gło­wy, jak­by za­mie­niał się w ka­mień. Jak­by pa­trzył w twarz Me­du­zy. Ale to nie była Me­du­za. To był męż­czy­zna ubra­ny w dłu­gi, czar­ny skó­rza­ny płaszcz. Miał sze­ro­ko otwar­te oczy sza­leń­ca i usta wam­pi­ra ze struż­ka­mi krwi spły­wa­ją­cy­mi z obu ką­ci­ków ust. W do­dat­ku zda­wał się uno­sić nad zie­mią.

- Halo? Stian? Je­steś tam? Stian?

Ale Stian nie od­po­wia­dał. Wstał, prze­wra­ca­jąc krze­sło, cof­nął się i wci­snął ple­cy w ścia­nę, zry­wa­jąc z gwoź­dzia dziew­czy­nę grud­nia, tak że spa­dła na pod­ło­gę.

Zna­lazł wresz­cie ten prze­klę­ty drą­żek - ster­czał z ust męż­czy­zny na­bi­te­go na mo­co­wa­nie jed­ne­go z or­czy­ków.

- Jeź­dził w kół­ko na wy­cią­gu? - spy­tał Gun­nar Ha­gen, prze­krzy­wia­jąc gło­wę i przy­glą­da­jąc się wi­szą­cym przed nim zwło­kom. Było coś dziw­ne­go w kształ­cie tego cia­ła, przy­po­mi­na­ło fi­gu­rę wo­sko­wą, któ­ra się topi i po­wo­li spły­wa na zie­mię.

- Tak nam po­wie­dział ten chło­pak. - Be­ate L?nn wbi­ła nogi w śnieg i spoj­rza­ła w górę na oświe­tlo­ną tra­sę wy­cią­gu, na któ­rej ubra­ni na bia­ło ko­le­dzy nie­mal zle­wa­li się ze zbo­czem.

- Ja­kieś śla­dy? - spy­tał szef wy­dzia­łu ta­kim to­nem, jak­by już znał od­po­wiedź.

- Całe mnó­stwo - od­par­ła Be­ate. - Śla­dy krwi cią­gną się czte­ry­sta me­trów w górę na szczyt, a po­tem scho­dzą czte­ry­sta me­trów w dół.

- Mia­łem na my­śli śla­dy, któ­re świad­czy­ły­by o czymś in­nym oprócz tego, co oczy­wi­ste.

- Od­ci­ski stóp na śnie­gu pro­wa­dzą­ce z par­kin­gu na skró­ty bez­po­śred­nio tu­taj - oznaj­mi­ła Be­ate. - Wzór na po­de­szwach od­po­wia­da bu­tom ofia­ry.

- On przy­szedł  w   b u t a c h?

- Tak. W do­dat­ku sam. Są tyl­ko jego śla­dy. Na par­kin­gu stoi czer­wo­ny golf. Spraw­dza­my te­raz, kto jest wła­ści­cie­lem.

- Żad­nych śla­dów spraw­cy?

- Co po­wiesz, Bj?rn? - spy­ta­ła Be­ate, od­wra­ca­jąc się do Hol­ma, któ­ry wła­śnie pod­szedł z rol­ką po­li­cyj­nej ta­śmy.

- Na ra­zie nic - od­parł zdy­sza­ny. - Żad­nych in­nych od­ci­sków stóp. Ale oczy­wi­ście mnó­stwo śla­dów nart. Żad­nych wi­docz­nych od­ci­sków pal­ców, żad­nych wło­sów czy włó­kien z ubra­nia. Może znaj­dzie­my coś na wy­ka­łacz­ce. - Bj?rn Holm ru­chem gło­wy wska­zał drą­żek ster­czą­cy z ust tru­pa. - A jak nie, to po­zo­sta­je mieć na­dzie­ję, że w In­sty­tu­cie Me­dy­cy­ny Są­do­wej coś od­kry­ją.

Gun­nar Ha­gen za­drżał, cho­ciaż był w cie­płym płasz­czu.

- Mó­wi­cie tak, jak­by­ście już stra­ci­li wia­rę w zna­le­zie­nie cze­go­kol­wiek.

- No cóż - po­wie­dzia­ła Be­ate L?nn.

To "no cóż" Ha­gen na­tych­miast roz­po­znał. Wy­po­wie­dzia­ne ta­kim to­nem przez Har­ry'ego Hole zwy­kle sta­no­wi­ło wstęp do prze­ka­za­nia złych wia­do­mo­ści.

- W po­przed­nim miej­scu zda­rze­nia też nie było DNA ani od­ci­sków pal­ców - do­koń­czy­ła Be­ate.

Ha­gen nie wie­dział, czy to tem­pe­ra­tu­ra, fakt, że ze­rwał się z łóż­ka, czy też sło­wa sze­fo­wej tech­ni­ków spra­wi­ły, że ciar­ki prze­bie­gły mu po ple­cach.

- Co chcesz przez to po­wie­dzieć? - spy­tał, cały się spi­na­jąc.

- Chy­ba wiem, kto to jest - od­par­ła Be­ate.

- Wy­da­wa­ło mi się, że nie zna­leź­li­ście przy nim żad­ne­go do­wo­du toż­sa­mo­ści.

- Owszem, to praw­da, i upły­nę­ła chwi­la, za­nim go roz­po­zna­łam.

- Ty? My­śla­łem, że nig­dy nie za­po­mi­nasz żad­nej twa­rzy.

Gy­rus fu­si­for­mis tra­ci orien­ta­cję, kie­dy obie ko­ści po­licz­ko­we są zmiaż­dżo­ne. Ale to jest Ber­til Nil­sen.

- I kto to taki?

- Wła­śnie dla­te­go do cie­bie za­dzwo­ni­łam. To... - Be­ate na­bra­ła po­wie­trza.

Nie mów tego, bła­gał w my­ślach Ha­gen.

- Po­li­cjant - do­koń­czył Bj?rn Holm.

- Pra­co­wał w urzę­dzie len­sma­na w Ne­dre Eiker - cią­gnę­ła Be­ate.

- Za­nim przy­sze­dłeś do Wy­dzia­łu Za­bójstw, zaj­mo­wa­li­śmy się pew­ną spra­wą. Nil­sen skon­tak­to­wał się wte­dy z KRI­POS, bo uwa­żał, że to za­bój­stwo wy­ka­zu­je ce­chy po­do­bień­stwa z gwał­tem, przy któ­rym pra­co­wał w Krok­sta­de­lva. Za­ofia­ro­wał się, że przy­je­dzie do Oslo nam po­móc.

- I?

- Nie­wy­pał. Przy­je­chał, ale w za­sa­dzie tyl­ko prze­szka­dzał w śledz­twie. Za­bój­cy bądź za­bój­ców nie wy­kry­to.

Ha­gen po­ki­wał gło­wą.

- Gdzie...?

- Tu­taj - od­po­wie­dzia­ła Be­ate. - Zgwał­co­na w tej sta­cji wy­cią­gu, za­bi­ta i po­ćwiar­to­wa­na. Je­den frag­ment zwłok zna­le­zio­ny tu, w je­zio­rze, dru­gi - ki­lo­metr da­lej na po­łu­dnie, a trze­ci sie­dem ki­lo­me­trów w prze­ciw­nym kie­run­ku, nad je­zio­rem Aur­tjern. W za­sa­dzie tyl­ko z tego po­wo­du po­dej­rze­wa­no, że spraw­ca nie był sam.

- No tak, a data...

- ...do­kład­nie ta sama co dzi­siaj, co do dnia.

- Jak daw­no?

- Dzie­więć lat.

Za­zgrzy­ta­ło w krót­ko­fa­lów­ce. Ha­gen zo­ba­czył, że Bj?rn Holm przy­kła­da urzą­dze­nie do ucha i coś ci­cho mówi. Za­raz je odło­żył.

- Golf na par­kin­gu jest za­re­je­stro­wa­ny na nie­ja­ką Mirę Nil­sen. Ten sam ad­res co Ber­ti­la Nil­se­na. To pew­nie żona.

Ha­gen z ję­kiem wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc, para buch­nę­ła mu z ust jak bia­ła fla­ga.

- Mu­szę to zgło­sić ko­men­dan­to­wi - oznaj­mił. - Na te­mat za­bój­stwa tej dziew­czy­ny trzy­maj­cie gęby na kłód­kę.

- Pra­sa i tak się do tego do­grze­bie.

- Wiem. Ale za­mie­rzam do­ra­dzić ko­men­dan­to­wi, że­by­śmy na ra­zie po­zo­sta­wi­li wszel­kie spe­ku­la­cje dzien­ni­ka­rzom. Niech me­dia we­zmą to na swój ra­chu­nek.

- Mą­drze - po­chwa­li­ła Be­ate.

Ha­gen prze­lot­nie się do niej uśmiech­nął, jak­by dzię­ko­wał za bar­dzo mu po­trzeb­ne sło­wa otu­chy. Spoj­rzał w górę na szczyt wzgó­rza, na któ­rym był par­king, my­śląc o cze­ka­ją­cej go po­wrot­nej wspi­nacz­ce. Po­pa­trzył na zwło­ki i znów za­drżał.

- Wiesz, o kim my­ślę, kie­dy wi­dzę ta­kie­go wy­so­kie­go chu­de­go męż­czy­znę?

- Wiem - od­par­ła Be­ate.

- Ża­łu­ję, że go z nami nie ma.

- On nie był wy­so­ki i chu­dy - oświad­czył Bj?rn Holm.

Od­wró­ci­li się do nie­go zdzi­wie­ni.

- Har­ry nie był...?

- Mam na my­śli tego fa­ce­ta. - Holm ski­nie­niem gło­wy wska­zał tru­pa na li­nie. - Nil­se­na. On się wy­dłu­żył w cią­gu nocy. Gdy­by­ście do­tknę­li jego cia­ła, zo­ba­czy­li­by­ście, że jest jak ga­la­re­ta. Wi­dzia­łem ta­kie samo zja­wi­sko u lu­dzi, któ­rzy spa­dli z wy­so­ka i po­ła­ma­li wszyst­kie ko­ści. Przy tak znisz­czo­nym szkie­le­cie cia­ło tra­ci ramę, któ­rej może się trzy­mać, i za­czy­na opa­dać. Pod­da­je się sile cią­że­nia, do­pó­ki nie po­wstrzy­ma tego stę­że­nie po­śmiert­ne. Dziw­ne, co nie?

W mil­cze­niu przy­glą­da­li się zwło­kom. W koń­cu Ha­gen ob­ró­cił się na pię­cie i od­szedł.

- Za dużo in­for­ma­cji? - zdzi­wił się Bj?rn.

- Może tro­chę za dużo zbęd­nych szcze­gó­łów - stwier­dzi­ła Be­ate. - A poza tym ja też bym chcia­ła, żeby tu był.

- My­ślisz, że kie­dy­kol­wiek do nas wró­ci? - spy­tał Bj?rn Holm.

Be­ate po­krę­ci­ła gło­wą. Bj?rn nie wie­dział, czy to była od­po­wiedź na py­ta­nie, czy po pro­stu ko­men­tarz do ca­łej sy­tu­acji. Od­wró­cił się i za­uwa­żył ga­łąź świer­ka lek­ko ko­ły­szą­cą się na skra­ju lasu. Prze­raź­li­wy krzyk pta­ka wy­peł­nił ci­szę.

6

Dzwo­nek nad drzwia­mi za­dzwo­nił z iry­ta­cją, kie­dy Truls Bernt­sen z lo­do­wa­tej uli­cy wszedł w wil­got­ne cie­pło. Uno­sił się tu za­pach brud­nych wło­sów i po­ma­dy.

- Strzy­że­nie? - spy­tał mło­dy męż­czy­zna z lśnią­cą czar­ną fry­zu­rą, któ­rą z całą pew­no­ścią za­ła­twił so­bie w in­nym sa­lo­nie fry­zjer­skim.

- Dwie­ście? - rzu­cił Truls, otrze­pu­jąc śnieg z ra­mion. Ma­rzec. Mie­siąc zła­ma­nych obiet­nic. Kciu­kiem wska­zał za ra­mię, by się upew­nić, że pla­kat na ze­wnątrz wciąż mówi praw­dę. Pa­no­wie - 200. Dzie­ci - 85. Eme­ry­ci - 75. Truls wi­dział, że lu­dzie przy­pro­wa­dza­ją tu psy.

- Tyle co za­wsze, ko­le­go - od­parł fry­zjer z pa­ki­stań­skim ak­cen­tem i wska­zał je­den z dwóch wol­nych fo­te­li. W trze­cim sie­dział męż­czy­zna, któ­re­go Truls bły­ska­wicz­nie za­kla­sy­fi­ko­wał jako Ara­ba. Ciem­ne spoj­rze­nie ter­ro­ry­sty pod świe­żo zmo­czo­ną grzyw­ką kle­ją­cą się do czo­ła. Spoj­rze­nie, któ­re ucie­kło prze­stra­szo­ne, gdy na­po­tka­ło wzrok Trul­sa w lu­strze. Może męż­czy­zna wy­czuł za­pach be­ko­nu, a może roz­po­znał gli­nia­rza. Je­śli tak, to moż­li­we, że był jed­nym z di­le­rów z oko­lic Bru­ga­ta. Tyl­ko ha­szysz. Ara­bo­wie bar­dzo uwa­ża­li na tward­sze nar­ko­ty­ki. Może Ko­ran sta­wiał am­fe­ta­mi­nę i he­ro­inę w jed­nym rzę­dzie z pie­cze­nią wie­przo­wą? A może to al­fons. Mógł na to wska­zy­wać zło­ty łań­cuch. Ale je­śli tak, to ja­kiś drob­ny gracz, bo gęby wszyst­kich du­żych Truls znał.

Wło­żyć śli­niak.

- Ale ci wło­sy uro­sły, ko­le­go.

Truls nie lu­bił, żeby ko­le­gą na­zy­wa­li go Pa­ki­stań­cy, w szcze­gól­no­ści pa­ki­stań­skie pe­da­ły, a w szcze­gól­nej szcze­gól­no­ści pa­ki­stań­skie pe­da­ły, któ­re wkrót­ce mia­ły go do­ty­kać. Ale za­le­tą tu­tej­szych pe­da­łów od no­ży­czek było to, że nie przy­ci­ska­li klien­tom bio­dra do ra­mie­nia, z prze­krzy­wio­ną gło­wą nie gła­ska­li ich po wło­sach, za­glą­da­jąc im w oczy w lu­strze, i nie do­py­ty­wa­li się, czy ma być tak, czy ra­czej tak. Od razu bra­li się do ro­bo­ty. Nie py­ta­li, czy chcesz, żeby ci umyć tłu­ste wło­sy, tyl­ko je spry­ski­wa­li wodą z bu­tel­ki, pusz­cza­li mimo uszu ewen­tu­al­ne in­struk­cje i pra­co­wa­li grze­bie­niem i no­życz­ka­mi, jak­by to były mi­strzo­stwa Au­stra­lii w strzy­że­niu owiec.

Truls spoj­rzał na pierw­szą stro­nę ga­ze­ty le­żą­cej na pół­ce przy lu­strze. Znów ten sam re­fren. Jaki mo­tyw kie­ru­je tak zwa­nym opraw­cą po­li­cjan­tów? Więk­szość spe­ku­la­cji mó­wi­ła o sza­leń­cu, któ­ry nie­na­wi­dzi po­li­cji, lub o ja­kimś eks­tre­mal­nym anar­chi­ście. Nie­któ­rzy wspo­mi­na­li o za­gra­nicz­nych ter­ro­ry­stach, cho­ciaż ci zwy­kle chwa­li­li się uda­ny­mi ak­cja­mi, a w tym wy­pad­ku nic ta­kie­go nie na­stą­pi­ło. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że te dwa za­bój­stwa są ze sobą po­wią­za­ne - daty i miej­sca to wy­klu­cza­ły, a przez pe­wien czas po­li­cja szu­ka­ła kry­mi­na­li­stów, któ­rych za­rów­no Ven­ne­sla, jak i Nil­sen mo­gli aresz­to­wać, prze­słu­chi­wać lub w ja­kiś inny spo­sób ura­zić. Ale żad­ne­go ta­kie­go związ­ku nie od­kry­to. Póź­niej pra­co­wa­no nad teo­rią za­kła­da­ją­cą, że za­bój­stwo Ven­ne­sli było dzie­łem jed­nej oso­by, kie­ru­ją­cej się zwy­kłym mo­ty­wem, czy­li chę­cią ze­msty, za­zdro­ścią albo pra­gnie­niem prze­ję­cia spad­ku, na­to­miast Nil­se­na za­mor­do­wał zu­peł­nie inny spraw­ca, dzia­ła­ją­cy z in­nych po­bu­dek, lecz na tyle by­stry, by w pew­nym sen­sie sko­pio­wać tam­tą zbrod­nię i zmy­lić po­li­cję. Zmu­sić śled­czych, by są­dzi­li, że mają do czy­nie­nia z se­rią za­bójstw, i nie szu­ka­li w naj­bar­dziej oczy­wi­stych miej­scach. Ale po­li­cja to wła­śnie zro­bi­ła. Szu­ka­ła w naj­bar­dziej oczy­wi­stych miej­scach, jak­by to były dwa nie­po­wią­za­ne ze sobą za­bój­stwa. I też nic nie zna­la­zła.

Po­li­cja wró­ci­ła więc do punk­tu wyj­ścia. Do mor­der­cy po­li­cjan­tów. Po­dob­nie po­stą­pi­ła pra­sa, któ­ra da­lej uty­ski­wa­ła: dla­cze­go po­li­cja nie po­tra­fi ująć czło­wie­ka, któ­ry za­bił dwóch spo­śród jej wła­snych sze­re­gów?

Truls, wi­dząc ta­kie ty­tu­ły, czuł jed­no­cze­śnie za­do­wo­le­nie i gniew. Mi­ka­el na pew­no miał na­dzie­ję, że kie­dy przyj­dą Boże Na­ro­dze­nie i Nowy Rok, pra­sa sku­pi się na in­nych te­ma­tach, za­po­mni o za­bój­stwach i po­zwo­li im pra­co­wać w spo­ko­ju. Po­zwo­li mu być no­wym przy­stoj­nym sze­ry­fem w mie­ście, the whiz kid, straż­ni­kiem mia­sta, nie zaś tym, któ­re­mu nic nie wy­cho­dzi, któ­ry po­wo­du­je jesz­cze więk­szy ba­ła­gan i sie­dzi tyl­ko w desz­czu fle­szy z miną prze­gra­ne­go, bę­dąc ży­wym do­wo­dem nie­po­rad­no­ści, na któ­rą za­zwy­czaj mo­no­pol mia­ła ko­lej.

Truls nie mu­siał prze­glą­dać ga­zet, prze­czy­tał je już w domu. Śmiał się gło­śno z nie­zgrab­nych sfor­mu­ło­wań Mi­ka­ela o sta­nie śledz­twa. "W obec­nej chwi­li nie­moż­li­we jest stwier­dze­nie..." i "brak ja­kich­kol­wiek in­for­ma­cji o...". To były zda­nia żyw­cem wy­ję­te z roz­dzia­łu do­ty­czą­ce­go kon­tak­tów z me­dia­mi w pod­ręcz­ni­ku Me­to­dy śled­cze Bjerk­ne­sa i Hoff Jo­han­sen, bę­dą­ce­go lek­tu­rą obo­wiąz­ko­wą w szko­le po­li­cyj­nej. Za­le­ca­no tam, by po­li­cjan­ci sto­so­wa­li te ogól­ni­ko­we niby-zda­nia, po­nie­waż dzien­ni­ka­rze po­pa­da­ją w głę­bo­ką fru­stra­cję, sły­sząc "bez ko­men­ta­rza". I że funk­cjo­na­riu­sze ge­ne­ral­nie po­win­ni uni­kać przy­miot­ni­ków.

Truls pró­bo­wał szu­kać na zdję­ciach zroz­pa­czo­nej miny Mi­ka­ela, tej, któ­ra się po­ja­wia­ła, gdy więk­si chłop­cy z są­siedz­twa na Man­gle­rud do­cho­dzi­li do wnio­sku, że naj­wyż­sza pora za­mknąć wiel­ką gębę ład­ne­mu jak dziew­czy­na chło­pacz­ko­wi, i Mi­ka­el po­trze­bo­wał po­mo­cy. Po­mo­cy Trul­sa. A Truls oczy­wi­ście sta­wiał się na za­wo­ła­nie. I to za­wsze on wra­cał do domu z pod­bi­tym okiem i roz­kr­wa­wio­ną war­gą, nie Mi­ka­el. Twarz Mi­ka­ela po­zo­sta­ła ład­na i nie­tknię­ta. Do­sta­tecz­nie ład­na dla Ulli.

- Tyl­ko nie za krót­ko - za­po­wie­dział Truls. W lu­strze ob­ser­wo­wał, jak wło­sy spa­da­ją z bla­de­go, wy­so­kie­go, lek­ko wy­pu­kłe­go czo­ła. Wła­śnie przez to czo­ło i moc­no wy­su­nię­tą dol­ną szczę­kę lu­dzie czę­sto bra­li go za głup­ka. Nie­kie­dy było to na­wet za­le­tą. Nie­kie­dy. Za­mknął oczy. Pró­bo­wał w du­chu usta­lić, czy roz­pacz­li­wa mina Mi­ka­ela na­praw­dę była wi­docz­na na zdję­ciach z kon­fe­ren­cji pra­so­wej, czy też tyl­ko on chciał ją tam wi­dzieć.

Kwa­ran­tan­na. Za­wie­sze­nie. Wy­da­le­nie. Od­rzu­ce­nie.

Wciąż do­sta­wał pen­sję. Mi­ka­el go prze­pra­szał. Po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu i stwier­dził, że tak bę­dzie naj­le­piej dla wszyst­kich. Dla Trul­sa tak­że, przy­najm­niej do­pó­ki praw­ni­cy nie orzek­ną, ja­kie kon­se­kwen­cje musi mieć fakt, że po­li­cjant przyj­mo­wał pie­nią­dze, z któ­rych nie chciał albo nie mógł się wy­tłu­ma­czyć. Mi­ka­el za­dbał na­wet o to, żeby Truls za­cho­wał nie­któ­re do­dat­ki. Wca­le nie mu­siał więc cho­dzić do ta­nie­go fry­zje­ra. Po pro­stu za­wsze się tu strzygł. Ale te­raz jesz­cze bar­dziej mu się to po­do­ba­ło. Lu­bił mieć iden­tycz­ną fry­zu­rę jak ten Arab na są­sied­nim fo­te­lu. Fry­zu­rę ter­ro­ry­sty.

- Z cze­go się śmie­jesz, ko­le­go?

Truls urwał gwał­tow­nie, kie­dy usły­szał swój chrum­ka­ją­cy śmiech. Wła­śnie od nie­go wzię­ło się prze­zwi­sko Be­avis. To Mi­ka­el go tak na­zwał pod­czas ja­kiejś im­pre­zy w szko­le śred­niej, ku ra­do­ści wszyst­kich ze­bra­nych, któ­rzy jak­by do­pie­ro wte­dy od­kry­li, że, cho­le­ra, Truls Bernt­sen rze­czy­wi­ście wy­glą­da i śmie­je się tak jak ta po­stać z kre­sków­ki pusz­cza­nej w MTV Co do joty. Ulla, czy ona tam wte­dy była? A może Mi­ka­el obej­mo­wał wów­czas zu­peł­nie inną dziew­czy­nę? Ulla o ła­god­nym spoj­rze­niu, w bia­łym swe­trze, z tą swo­ją szczu­płą dło­nią, któ­rą kie­dyś ob­ję­ła go za kark i przy­cią­gnę­ła jego gło­wę bli­żej, żeby krzyk­nąć mu coś do ucha, za­głu­sza­jąc ryk mo­to­cy­kli Ka­wa­sa­ki w pew­ną nie­dzie­lę na Bryn. Chcia­ła tyl­ko spy­tać, czy wie, gdzie jest Mi­ka­el. Ale on wciąż pa­mię­tał cie­pło jej dło­ni. Miał wte­dy wra­że­nie, że się pod nim roz­to­pi, że roz­pły­nie się na wia­duk­cie nad au­to­stra­dą w przed­po­łu­dnio­wym słoń­cu. I ten jej od­dech przy uchu i na po­licz­ku... Wszyst­kie zmy­sły miał na­pię­te do tego stop­nia, że na­wet tam, cho­ciaż sta­li oto­cze­ni za­pa­chem ben­zy­ny, spa­lin i pa­lo­nej gumy mo­to­cy­klo­wych opon, po­tra­fił zi­den­ty­fi­ko­wać jej pa­stę do zę­bów i wie­dział, że błysz­czyk do ust ma tru­skaw­ko­wy smak, a swe­ter był upra­ny w prosz­ku Milo. Że Mi­ka­el ją ca­ło­wał. Że ją miał. A może i to so­bie wmó­wił? Ale pa­mię­tał przy­najm­niej swo­ją od­po­wiedź, że nie wie, gdzie jest Mi­ka­el. Cho­ciaż wie­dział. Cho­ciaż ja­kaś jego cząst­ka chcia­ła jej to zdra­dzić. Znisz­czyć tę ła­god­ność, czy­stość, nie­win­ność i na­iw­ność w jej oczach. Znisz­czyć jego. Mi­ka­ela.

Ale oczy­wi­ście tego nie zro­bił.

Dla­cze­go miał­by go nisz­czyć? Mi­ka­el był jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Je­dy­nym przy­ja­cie­lem. I co by zy­skał, mó­wiąc Ulli, że Mi­ka­el jest u An­ge­li­ki? Ulla mo­gła mieć każ­de­go, kogo tyl­ko chcia­ła, a jego, Trul­sa, nie za­uwa­ża­ła. Do­pó­ki cho­dzi­ła z Mi­ka­elem, miał przy­najm­niej szan­sę być bli­sko niej. Miał spo­sob­ność, ale nie miał mo­ty­wu.

Wte­dy.

- I jak, ko­le­go?

Truls uj­rzał tył wła­snej gło­wy w okrą­głym pla­sti­ko­wym lu­ster­ku, któ­re spe­da­lo­ny fry­zjer trzy­mał w rę­kach.

Fry­zu­ra ter­ro­ry­sty. Sa­mo­bój­cy z bom­bą. Za­chrum­kał. Wstał, rzu­cił dwu­stu­ko­ro­no­wy bank­not na ga­ze­tę, żeby nie ry­zy­ko­wać kon­tak­tu ręka-ręka. Wy­szedł na mar­co­we po­wie­trze, któ­re wciąż nio­sło je­dy­nie nie­po­twier­dzo­ną plot­kę o wio­śnie. Zer­k­nął na Bu­dy­nek Po­li­cji. Kwa­ran­tan­na. Ru­szył w stro­nę sta­cji ko­lej­ki na Gr?n­land. Strzy­że­nie trwa­ło dzie­więć i pół mi­nu­ty. Uniósł gło­wę i po­szedł szyb­ciej. Do ni­cze­go mu się nie spie­szy­ło. Do ni­cze­go. Wła­ści­wie coś miał. Ale to coś nie wy­ma­ga­ło wie­le. Tyl­ko tego, cze­go nig­dy mu nie bra­ko­wa­ło: cza­su na pla­no­wa­nie, nie­na­wi­ści, go­to­wo­ści na stra­ce­nie wszyst­kie­go. Przej­rzał się w szy­bie wy­sta­wy jed­ne­go z azja­tyc­kich skle­pi­ków spo­żyw­czych w tej dziel­ni­cy.

I stwier­dził, że na­resz­cie wy­glą­da tak jak ten, któ­rym był na­praw­dę.

Gun­nar Ha­gen sie­dział wpa­trzo­ny w ta­pe­tę na ścia­nie nad biur­kiem i pu­stym fo­te­lem ko­men­dan­ta. Pa­trzył na ciem­niej­sze miej­sca po zdję­ciach, któ­re wi­sia­ły tam, od­kąd się­gał pa­mię­cią. Były to fo­to­gra­fie daw­nych ko­men­dan­tów okrę­go­wych i za­pew­ne mia­ły in­spi­ro­wać, ale Mi­ka­el Bel­l­man naj­wy­raź­niej po­tra­fił się obejść bez nich i ich in­kwi­zy­tor­skich, oce­nia­ją­cych spoj­rzeń, któ­ry­mi ob­rzu­ca­li swo­ich na­stęp­ców.

Ha­gen miał ocho­tę za­bęb­nić o pod­ło­kiet­nik, ale żad­ne­go pod­ło­kiet­ni­ka nie było. Bel­l­man wy­mie­nił też krze­sła. Na twar­de, ni­skie, drew­nia­ne.

Gun­nar Ha­gen zo­stał we­zwa­ny, a kie­dy przy­szedł, se­kre­tar­ka wpro­wa­dzi­ła go tu­taj i oświad­czy­ła, że ko­men­dant za­raz przyj­dzie.

Otwo­rzy­ły się drzwi.

- Je­steś! - Bel­l­man ob­szedł biur­ko i cięż­ko opadł na fo­tel. Ręce za­ło­żył za gło­wę. - Coś no­we­go?

Ha­gen chrząk­nął. Wie­dział, że Bel­l­man wie, że nic no­we­go nie ma, po­nie­waż wy­dał po­le­ce­nie in­for­mo­wa­nia go na bie­żą­co o każ­dym naj­mniej­szym ru­chu w tych dwóch spra­wach. Za­tem nie dla­te­go Ha­gen zo­stał we­zwa­ny. Ale zro­bił to, co mu po­le­co­no. Wy­ja­śnił, że nadal nie zna­le­zio­no śla­dów w żad­nej z tych spraw trak­to­wa­nych osob­no ani też żad­nych związ­ków mię­dzy nimi, oprócz tego, co było oczy­wi­ste, a mia­no­wi­cie, że obie ofia­ry to po­li­cjan­ci, do zbrod­ni do­szło w miej­scach, w któ­rych już wcze­śniej po­peł­nio­no nie­wy­ja­śnio­ne za­bój­stwa, a ofia­ry uczest­ni­czy­ły w śledz­twach.

W po­ło­wie wy­po­wie­dzi Ha­ge­na Bel­l­man pod­niósł się i sta­nął przy oknie, od­wró­co­ny do swo­je­go pod­wład­ne­go ple­ca­mi. Za­ko­ły­sał się na pię­tach. Jesz­cze przez chwi­lę uda­wał, że słu­cha, po czym mu prze­rwał:

- Mu­sisz się z tym upo­rać, Ha­gen.

Gun­nar Ha­gen urwał. Cze­kał na dal­szy ciąg.

Bel­l­man się od­wró­cił. Bia­łe plam­ki pig­men­to­we na jego twa­rzy po­czer­wie­nia­ły.

- No i je­stem zo­bli­go­wa­ny do po­ru­sze­nia in­nej kwe­stii. Naj­wy­raź­niej prio­ry­te­tem dla cie­bie jest utrzy­my­wa­nie ca­ło­do­bo­wej ochro­ny w Szpi­ta­lu Cen­tral­nym, pod­czas gdy giną uczci­wi po­li­cjan­ci. Nie po­wi­nie­neś za­an­ga­żo­wać w śledz­two wszel­kich moż­li­wych sił?

Ha­gen spoj­rzał zdzi­wio­ny.

- Nie wy­ko­rzy­stu­je­my do tego mo­ich lu­dzi, tyl­ko funk­cjo­na­riu­szy z po­ste­run­ku Cen­trum i stu­den­tów z Wyż­szej Szko­ły Po­li­cyj­nej na prak­ty­ce. Nie uwa­żam, żeby śledz­two na tym cier­pia­ło, Mi­ka­el.

- Nie? Mimo wszyst­ko chciał­bym, że­byś jesz­cze raz roz­wa­żył spra­wę tej ochro­ny. Nie wi­dzę żad­ne­go bez­po­śred­nie­go za­gro­że­nia. Nie są­dzę, żeby ktoś miał za­bić tego pa­cjen­ta po tak dłu­gim cza­sie. A poza tym i tak wia­do­mo, że on nie bę­dzie w sta­nie ze­zna­wać.

- Le­ka­rze mó­wią, że są pew­ne ozna­ki po­pra­wy.

- Ta spra­wa już nie ma prio­ry­te­tu. - Od­po­wiedź ko­men­dan­ta pa­dła szyb­ko, nie­mal ze zło­ścią. Bel­l­man za­raz jed­nak za­czerp­nął po­wie­trza i włą­czył swój cza­ru­ją­cy uśmiech. - Ale oczy­wi­ście de­cy­zja o kon­ty­nu­owa­niu ochro­ny na­le­ży do cie­bie. Ja się w ogó­le w to nie wtrą­cam, ja­sne?

Ha­gen chciał od­ru­cho­wo za­prze­czyć, ale zdo­łał się po­wstrzy­mać i tyl­ko krót­ko ski­nął gło­wą, usi­łu­jąc się do­my­ślić, o co Bel­l­ma­no­wi tak na­praw­dę cho­dzi.

- No to świet­nie. - Mi­ka­el kla­snął w dło­nie, jak­by da­wał sy­gnał, że au­dien­cja skoń­czo­na. Ha­gen już miał wstać, rów­nie zdez­o­rien­to­wa­ny jak wte­dy, kie­dy przy­szedł. Nie ru­szył się jed­nak.

- Mamy za­miar wy­pró­bo­wać inny spo­sób dzia­ła­nia.

- Tak?

- Tak - po­wie­dział Ha­gen. - Po­dzie­lić gru­pę śled­czą na kil­ka mniej­szych pod­grup.

- Po co?

- Żeby stwo­rzyć wię­cej prze­strze­ni dla roz­ma­itych po­my­słów. Duże gru­py mają siłę dzia­ła­nia, ale nie bar­dzo na­da­ją się do my­śle­nia wy­kra­cza­ją­ce­go poza pod­ręcz­nik.

- A tu trze­ba my­śleć... wy­kra­cza­jąc poza pod­ręcz­nik?

Ha­gen udał, że nie wy­czuł sar­ka­zmu. Jako były śled­czy spe­cja­li­zu­ją­cy się w za­bój­stwach Bel­l­man rzecz ja­sna świet­nie znał to zja­wi­sko: duża gru­pa za­klesz­cza się w punk­tach wyj­ścia, przy­pusz­cze­nia się po­wta­rza­ją, zmie­nia­ją się w fak­ty i lu­dzie tra­cą zdol­ność wy­snu­wa­nia al­ter­na­tyw­nych hi­po­tez. Mimo to Bel­l­man po­krę­cił gło­wą.

- Pra­ca w ma­łych ze­spo­łach ozna­cza utra­tę efek­tyw­no­ści, Ha­gen. Od­po­wie­dzial­ność się roz­drab­nia, lu­dzie dep­czą so­bie po pal­cach i kil­ka razy wy­ko­nu­ją tę samą ro­bo­tę. Duża, do­brze sko­or­dy­no­wa­na gru­pa śled­cza to za­wsze naj­lep­sze roz­wią­za­nie. Przy­najm­niej do­pó­ki kie­ru­je nią do­bry, sil­ny przy­wód­ca...

Ha­gen wy­czuł nie­rów­no­ści na trzo­now­cach, kie­dy za­ci­snął zęby z na­dzie­ją, że sku­tek in­sy­nu­acji Bel­l­ma­na nie uwi­docz­nił się na jego twa­rzy.

- Ale...

- Kie­dy przy­wód­ca za­czy­na zmie­niać tak­ty­kę, ła­two to od­czy­tać jako de­spe­ra­cję i pra­wie przy­zna­nie się do tego, że już mu się nie po­wio­dło.

- Ale nam się na­praw­dę nie po­wio­dło, Mi­ka­el. Jest ma­rzec, a to ozna­cza, że od pierw­sze­go za­bój­stwa po­li­cjan­ta mi­nę­ło sześć mie­się­cy.

- Nikt nie pój­dzie za przy­wód­cą, któ­re­mu się nie po­wio­dło, Ha­gen.

- Moi współ­pra­cow­ni­cy nie są ani śle­pi, ani głu­pi. Wie­dzą, że utknę­li­śmy w mar­twym punk­cie. Wie­dzą też, że do­brzy przy­wód­cy mu­szą umieć zmie­nić kurs.

- Do­brzy przy­wód­cy po­tra­fią za­in­spi­ro­wać za­ło­gę.

Ha­gen prze­łknął. Prze­łknął to, co miał ocho­tę po­wie­dzieć. Że pro­wa­dził wy­kła­dy w Aka­de­mii Woj­sko­wej na te­mat za­rzą­dza­nia wte­dy, gdy Bel­l­man jesz­cze bie­gał z pro­cą. Że je­śli Bel­l­man zna się tak świet­nie na in­spi­ro­wa­niu pod­wład­nych, to dla­cze­go cho­ciaż tro­chę nie za­in­spi­ru­je jego, Gun­na­ra Ha­ge­na. Ale był zbyt zmę­czo­ny i zbyt sfru­stro­wa­ny, by prze­łknąć sło­wa, któ­re - jak wie­dział - zi­ry­tu­ją Mi­ka­ela Bel­l­ma­na jesz­cze bar­dziej.

- Od­nie­śli­śmy suk­ces z tą nie­za­leż­ną gru­pą, któ­rą kie­ro­wał Har­ry Hole, pa­mię­tasz? Tam­te za­bój­stwa w Usta­oset nie zo­sta­ły­by wy­ja­śnio­ne, gdy­by nie...

- Chy­ba sły­sza­łeś, co po­wie­dzia­łem, Ha­gen. Za­sta­no­wię się ra­czej nad zmia­ną kie­row­nic­twa gru­py śled­czej. To do­wódz­two jest od­po­wie­dzial­ne za na­sta­wie­nie wśród pod­wład­nych, a w tej chwi­li wy­da­je mi się ono za mało sku­pio­ne na re­zul­ta­tach. A je­śli nie masz już żad­nej in­nej spra­wy, to mu­szę nie­dłu­go wyjść na spo­tka­nie.

Ha­gen pra­wie nie wie­rzył wła­snym uszom. Pod­niósł się na sztyw­nych no­gach, w któ­rych krew jak­by zu­peł­nie prze­sta­ła krą­żyć przez cały ten czas, jaki prze­sie­dział na wą­skim ni­skim krze­seł­ku. Po­czła­pał do drzwi.

- A przy oka­zji - rzu­cił jesz­cze Bel­l­man. Ha­gen usły­szał, że stłu­mił ziew­nię­cie. - Coś no­we­go w spra­wie Gu­sta?

- Tak jak sam po­wie­dzia­łeś - od­parł Ha­gen, nie od­wra­ca­jąc się. Da­lej szedł do drzwi, by nie po­ka­zać Bel­l­ma­no­wi twa­rzy, w któ­rej na­czy­nia krwio­no­śne w prze­ci­wień­stwie do tych w no­gach zda­wa­ły się być pod wy­so­kim ci­śnie­niem. Ale głos i tak lek­ko mu drżał z wście­kło­ści. - Ta spra­wa już nie ma prio­ry­te­tu.

Mi­ka­el Bel­l­man za­cze­kał, aż drzwi się za­mkną i bę­dzie sły­chać, jak na­czel­nik wy­dzia­łu że­gna się z se­kre­tar­ką. Do­pie­ro wte­dy cięż­ko usiadł w skó­rza­nym fo­te­lu z wy­so­kim opar­ciem i za­padł się w so­bie. Nie we­zwał Ha­ge­na po to, by wy­py­ty­wać go o za­bój­stwa po­li­cjan­tów, i przy­pusz­czał, że Ha­gen to zro­zu­miał. Skło­nił go do tego te­le­fon Isa­bel­le Sk?y­en, któ­ra za­dzwo­ni­ła przed go­dzi­ną. Oczy­wi­ście da­lej po­wta­rza­ła swój re­fren o tym, że te nie­wy­ja­śnio­ne zbrod­nie sta­wia­ją ich obo­je w złym świe­tle, po­ka­zu­ją, że są sła­bi, nie­zdar­ni i bez­sil­ni. I że w prze­ci­wień­stwie do nie­go ona jest uza­leż­nio­na od ła­ski wy­bor­ców. Od­po­wia­dał "tak" i "aha", cze­ka­jąc, aż Isa­bel­le się wy­ga­da, żeby mógł wresz­cie odło­żyć słu­chaw­kę, kie­dy w koń­cu wy­pu­ści­ła bom­bę:

- On się bu­dzi.

Bel­l­man sie­dział z łok­cia­mi na biur­ku i dłoń­mi przy­ło­żo­ny­mi do czo­ła. Wpa­try­wał się w lśnią­cy la­kier bla­tu, w któ­rym wi­dział znie­kształ­co­ne wła­sne od­bi­cie. Ko­bie­ty uwa­ża­ły, że jest pięk­ny. Isa­bel­le po­wie­dzia­ła wprost, że wy­bra­ła go, bo lubi pięk­nych męż­czyzn. I wła­śnie dla­te­go upra­wia­ła seks z Gu­stem. Z tym pięk­nym chłop­cem. Pięk­nym jak Elvis. Lu­dzie czę­sto źle od­bie­ra­li mę­ską uro­dę. Mi­ka­el po­my­ślał o tam­tym fa­ce­cie z KRI­POS, któ­ry pró­bo­wał go pod­ry­wać i chciał go po­ca­ło­wać. My­ślał o Isa­bel­le. I o Gu­ście. Wy­obra­żał ich so­bie ra­zem we dwo­je. We tro­je. Na­gle wstał z krze­sła. Znów pod­szedł do okna.

Re­ali­za­cja zo­sta­ła roz­po­czę­ta. Tak okre­śli­ła to Isa­bel­le. Re­ali­za­cja. Je­dy­ne, co mu­siał ro­bić, to cze­kać. Po­wi­nien po­czuć się dzię­ki temu spo­koj­niej­szy, życz­li­wiej na­sta­wio­ny do świa­ta. Dla­cze­go więc wbił w Ha­ge­na nóż i jesz­cze go ob­ra­cał? Żeby zo­ba­czyć, jak Ha­gen bę­dzie się wił? Tyl­ko po to, żeby po­pa­trzeć w inną udrę­czo­ną twarz? Rów­nie udrę­czo­ną jak ta, któ­ra od­bi­ja­ła się w la­kie­rze biur­ka? Ale nie­dłu­go to się skoń­czy. Wszyst­ko było te­raz w jej rę­kach. Kie­dy spra­wa zo­sta­nie za­ła­twio­na, bę­dzie tak jak daw­niej. Będą mo­gli za­po­mnieć o Asa­je­wie i Gu­ście, a przy­najm­niej o tym, o któ­rym nikt nie po­tra­fił prze­stać mó­wić. O Har­rym Hole. Tak już jest, wszy­scy i wszyst­ko prę­dzej czy póź­niej tra­fia­ją do księ­gi za­po­mnie­nia. Z cza­sem to samo cze­ka i te za­bój­stwa po­li­cjan­tów.

Wszyst­ko bę­dzie jak daw­niej.

Mi­ka­el Bel­l­man chciał spraw­dzić, czy na­praw­dę tego pra­gnie. Po­sta­no­wił jed­nak na­wet nie pró­bo­wać. Wie­dział prze­cież, że tak jest.

7

St?le Aune wziął głę­bo­ki od­dech. Do­tarł do ko­lej­nych roz­sta­jów w te­ra­pii, pod­czas któ­rych mu­siał do­ko­nać wy­bo­ru. I do­ko­nał:

- To może być ja­kiś tłu­mio­ny ele­ment pań­skiej sek­su­al­no­ści.

Pa­cjent spoj­rzał na nie­go. Cien­kie war­gi. Wą­skie oczy. Szczu­płe dło­nie z wręcz nie­na­tu­ral­nie dłu­gi­mi pal­ca­mi unio­sły się, jak­by mia­ły ocho­tę po­pra­wić wę­zeł kra­wa­ta do­bra­ne­go do prąż­ko­wa­nej ma­ry­nar­ki, ale zre­zy­gno­wa­ły. St?le już wcze­śniej ob­ser­wo­wał po­dob­ny gest u pa­cjen­tów, któ­rzy zdo­ła­li się od­zwy­cza­ić od kon­kret­nych czyn­no­ści przy­mu­so­wych, lecz za­cho­wa­li wstęp do ry­tu­ału. Gest ręki za­mie­rza­ją­cej coś zro­bić, nie­do­koń­czo­ną czyn­ność, któ­ra sama w so­bie jest jesz­cze bar­dziej bez­sen­sow­na niż ta pier­wot­na, kom­pul­syw­na, ale przy­najm­niej od­czy­ty­wal­na. Jak bli­zna. Jak ka­lec­two. Echo. Przy­po­mnie­nie, że nic nie zni­ka cał­kiem, że wszyst­ko po­zo­sta­wia gdzieś po so­bie ślad. Tak jak dzie­ciń­stwo. Jak lu­dzie, któ­rych się zna­ło. Jak je­dze­nie, któ­re kie­dyś za­szko­dzi­ło. Ja­kaś daw­na na­mięt­ność. Pa­mięć ko­mó­rek.

Ręka pa­cjen­ta opa­dła z po­wro­tem na ko­la­na. Chrząk­nął krót­ko, a głos za­brzmiał wro­go i me­ta­licz­nie.

- Co pan, do cho­le­ry, in­sy­nu­uje? Za­czy­na­my ja­kieś freu­dow­skie bred­nie?

St?le spoj­rzał na nie­go. W domu jed­nym okiem oglą­dał w te­le­wi­zji se­rial kry­mi­nal­ny, w któ­rym spe­cja­li­ści od­czy­ty­wa­li ży­cie uczu­cio­we lu­dzi z ich mowy cia­ła. Mowa cia­ła też ma oczy­wi­ście zna­cze­nie, ale to głos ujaw­nia naj­wię­cej. Stru­ny gło­so­we i krtań są tak wraż­li­we, że po­tra­fią wy­twa­rzać drga­nia, któ­rych cią­gi dają się zi­den­ty­fi­ko­wać w po­sta­ci słów. Kie­dy St?le wy­kła­dał w Wyż­szej Szko­le Po­li­cyj­nej, miał zwy­czaj pod­kre­śla­nia zna­cze­nia tego praw­dzi­we­go cudu. Do­da­wał przy tym, że ist­nie­je jesz­cze czul­szy in­stru­ment, a mia­no­wi­cie ludz­kie ucho, któ­re po­tra­fi nie tyl­ko od­szy­fro­wać te drga­nia i za­kla­sy­fi­ko­wać je jako spół­gło­ski i sa­mo­gło­ski, lecz rów­nież uchwy­cić tem­pe­ra­tu­rę, po­ziom na­pię­cia i uczu­cia oso­by mó­wią­cej. Po­wta­rzał, że pod­czas prze­słu­cha­nia waż­niej­sze są uszy niż oczy. Lek­kie pod­wyż­sze­nie tonu czy le­d­wie za­uwa­żal­ne drże­nie gło­su to o wie­le bar­dziej zna­czą­ce sy­gna­ły niż skrzy­żo­wa­ne ra­mio­na, za­ci­śnię­te dło­nie, wiel­kość źre­nic i wszyst­kie inne czyn­ni­ki, do któ­rych nowe po­ko­le­nie psy­cho­lo­gów przy­kła­da­ło taką wagę, a któ­re jed­nak - jak wy­ni­ka­ło z do­świad­cze­nia St?le­go - czę­sto tyl­ko dez­orien­to­wa­ły śled­cze­go i spro­wa­dza­ły go na ma­now­ce. Co praw­da sie­dzą­cy przed nim pa­cjent użył prze­kleń­stwa, ale to przede wszyst­kim wy­czu­wal­na zmia­na na­ci­sku na bło­nę bę­ben­ko­wą w uszach St?le­go po­wie­dzia­ła mu, że u pa­cjen­ta wzmo­gły się czuj­ność i gniew. Nor­mal­nie nie po­win­no to mar­twić do­świad­czo­ne­go psy­cho­lo­ga - prze­ciw­nie, sil­ne uczu­cia czę­sto ozna­cza­ły prze­łom w te­ra­pii. Ale pro­blem z pa­cjen­tem po­le­gał na tym, że po­ja­wia­ły się one w nie­wła­ści­wej ko­lej­no­ści. Na­wet po kil­ku mie­sią­cach re­gu­lar­nych spo­tkań St?le­mu nie uda­ło się na­wią­zać z nim kon­tak­tu, nie było mię­dzy nimi za­ufa­nia ani in­tym­no­ści. Praw­dę mó­wiąc, te­ra­pia oka­zy­wa­ła się tak bez­owoc­na, że St?le za­sta­na­wiał się, czy nie za­le­cić jej prze­rwa­nia, ewen­tu­al­nie nie skie­ro­wać pa­cjen­ta do któ­re­goś z ko­le­gów po fa­chu. Gniew w spo­koj­nej, peł­nej za­ufa­nia at­mos­fe­rze nie był ni­czym złym, ale w tym wy­pad­ku mógł ozna­czać, że pa­cjent jesz­cze bar­dziej się za­my­ka, że oko­pu­je się jesz­cze głę­biej.

St?le wes­tchnął. Naj­wy­raź­niej pod­jął błęd­ną de­cy­zję, ale było już za póź­no. Po­sta­no­wił więc nie od­pusz­czać.

- Pa­nie Pau­lu - za­czął.

Męż­czy­zna wcze­śniej pod­kre­ślił, że jego imię na­le­ży wy­ma­wiać jako "Pol", nie "Paul". I nie jak nor­we­skie P?l, tyl­ko z an­giel­skim "l" na koń­cu, cho­ciaż St?le nie był w sta­nie wy­chwy­cić tej róż­ni­cy. To oświad­cze­nie wraz ze sta­ran­nie wy­sku­ba­ny­mi brwia­mi i dwie­ma ma­leń­ki­mi bli­zna­mi pod bro­dą świad­czą­cy­mi o do­ko­na­nym li­ftin­gu spra­wi­ło, że St?le za­kla­sy­fi­ko­wał go już po dzie­się­ciu mi­nu­tach pierw­szej wi­zy­ty.

- Tłu­mio­na ho­mo­sek­su­al­ność jest zja­wi­skiem bar­dzo po­wszech­nym, na­wet w na­szym po­zor­nie to­le­ran­cyj­nym spo­łe­czeń­stwie - pod­jął Aune, ob­ser­wu­jąc re­ak­cję pa­cjen­ta. - Czę­sto zda­rza mi się po­ma­gać po­li­cji. Je­den z funk­cjo­na­riu­szy, któ­ry przy­cho­dził do mnie na te­ra­pię, wy­znał mi, że ma świa­do­mość swo­je­go ho­mo­sek­su­ali­zmu, ale w pra­cy nie może tego ujaw­nić, bo zo­stał­by wy­klu­czo­ny. Spy­ta­łem, czy na­praw­dę jest tego pew­ny, bo ta­kie tłu­mie­nie czę­sto mie­wa zwią­zek z na­szy­mi ocze­ki­wa­nia­mi wo­bec sa­mych sie­bie i tymi, ja­kich spo­dzie­wa­my się ze stro­ny in­nych, szcze­gól­nie osób naj­bliż­szych, przy­ja­ciół i ko­le­gów z pra­cy. - Urwał.

U pa­cjen­ta nie na­stą­pi­ło roz­sze­rze­nie źre­nic czy zmia­na ko­lo­ru skó­ry, nie oka­zał nie­chę­ci do na­wią­za­nia kon­tak­tu wzro­ko­we­go ani nie od­wró­cił żad­nej czę­ści cia­ła od te­ra­peu­ty. Prze­ciw­nie, na wą­skich war­gach po­ja­wił się kpią­cy uśmie­szek. Na­to­miast St?le Aune ku swe­mu za­sko­cze­niu po­czuł, że wzro­sła tem­pe­ra­tu­ra jego wła­snych po­licz­ków.

O Boże, jak on nie­na­wi­dził tego pa­cjen­ta! Jak nie­na­wi­dził tej pra­cy!

- I co z tym po­li­cjan­tem? Po­słu­chał pań­skiej rady?

- Na­sza go­dzi­na mi­nę­ła - oświad­czył St?le, nie pa­trząc na ze­ga­rek.

- Je­stem bar­dzo cie­ka­wy, pa­nie Aune.

- Mam obo­wią­zek do­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy.

- Na­zwij­my go Iks. Wi­dzę po panu, że nie po­do­ba­ło się panu to py­ta­nie - uśmiech­nął się Paul. - Usłu­chał pań­skiej rady, ale źle się to skoń­czy­ło, praw­da?

Aune wes­tchnął.

- Iks po­su­nął się za da­le­ko. Źle zro­zu­miał pew­ną sy­tu­ację i w to­a­le­cie pró­bo­wał po­ca­ło­wać ko­le­gę. Zo­stał od­rzu­co­ny. Ale to się mo­gło skoń­czyć do­brze. Za­sta­no­wi się pan cho­ciaż nad tym do na­stęp­ne­go razu?

- Ale ja nie je­stem ho­mo­sek­su­ali­stą. - Pa­cjent pod­niósł pal­ce do szyi i za­raz je opu­ścił.

St?le Aune ski­nął gło­wą.

- W przy­szłym ty­go­dniu o tej sa­mej po­rze?

- Nie wiem. Prze­cież mi się nie po­pra­wia, praw­da?

- Po­wo­li, ale po­su­wa­my się do przo­du - od­parł St?le. Była to od­po­wiedź rów­nie au­to­ma­tycz­na, jak gest pa­cjen­ta się­ga­ją­ce­go do wę­zła kra­wa­ta.

- Tak, mó­wił pan to już kil­ka razy. Ale ja cią­gle mam wra­że­nie, że pła­cę za nic. Że jest pan rów­nie nie­przy­dat­ny jak ci po­li­cjan­ci, któ­rzy nie są w sta­nie zła­pać cho­ler­ne­go se­ryj­ne­go za­bój­cy i gwał­ci­cie­la...

St?le z pew­nym zdzi­wie­niem za­re­je­stro­wał, że głos pa­cjen­ta stał się cich­szy, spo­koj­niej­szy. Za­rów­no ton Pau­la, jak i mowa cia­ła ko­mu­ni­ko­wa­ły zu­peł­nie co in­ne­go niż sło­wa. Mózg St?le­go jak na włą­czo­nym au­to­pi­lo­cie za­czął ana­li­zo­wać, dla­cze­go pa­cjent po­słu­żył się aku­rat tym przy­kła­dem, ale roz­wią­za­nie tej za­gad­ki było na tyle oczy­wi­ste, że nie mu­siał się w nie za­głę­biać. To ga­ze­ty, któ­re le­ża­ły na biur­ku St?le­go od je­sie­ni, za­wsze otwar­te na stro­nach z do­nie­sie­nia­mi na te­mat za­bójstw po­li­cjan­tów.

- Uję­cie se­ryj­ne­go za­bój­cy nie jest ła­twe - od­parł Aune. - Spo­ro wiem o se­ryj­nych za­bój­cach. To, praw­dę mó­wiąc, moja spe­cjal­ność. Ale je­śli czu­je pan, że po­wi­nien za­koń­czyć te­ra­pię albo spró­bo­wać sko­rzy­stać z usług któ­re­goś z mo­ich ko­le­gów, to de­cy­zja na­le­ży do pana. Mam tu li­stę bar­dzo zdol­nych psy­cho­lo­gów i mogę panu po­móc...

- Zry­wa pan ze mną?

Paul lek­ko prze­chy­lił gło­wę, po­wie­ki z bez­barw­ny­mi rzę­sa­mi tro­chę mu opa­dły, a uśmiech stał się szer­szy. St?le nie po­tra­fił oce­nić, czy to wciąż iro­nia od­no­szą­ca się do su­ge­stii ho­mo­sek­su­ali­zmu, czy też może Paul ujaw­nia swo­je praw­dzi­we ja. A może jed­no i dru­gie.

- Niech mnie pan źle nie zro­zu­mie - po­wie­dział St?le ze świa­do­mo­ścią, że wca­le nie zo­stał źle zro­zu­mia­ny. Chciał się go po­zbyć, ale pro­fe­sjo­na­li­ści nie po­zby­wa­ją się trud­nych pa­cjen­tów, tyl­ko jesz­cze bar­dziej się an­ga­żu­ją, praw­da? Po­pra­wił musz­kę. - Chcę pro­wa­dzić pana te­ra­pię, ale bar­dzo waż­ne jest na­sze wza­jem­ne za­ufa­nie, a aku­rat w tej chwi­li od­no­szę wra­że­nie, że...

- Mam po pro­stu gor­szy dzień. - Paul roz­ło­żył ręce. - Wiem, że pan jest do­bry. Po­ma­gał pan przy spra­wach se­ryj­nych za­bój­ców, praw­da? Brał pan udział w uję­ciu tego, któ­ry ry­so­wał pen­ta­gra­my w miej­scach zbrod­ni. Ra­zem z tym ko­mi­sa­rzem.

St?le ob­ser­wo­wał pa­cjen­ta, któ­ry wstał i za­pi­nał ma­ry­nar­kę.

- Świet­nie się pan dla mnie na­da­je, pa­nie Aune. No to w przy­szłym ty­go­dniu. A ja w tym cza­sie za­sta­no­wię się, czy nie je­stem homo.

St?le nie ru­szał się z miej­sca. Sły­szał, jak Paul nuci w ko­ry­ta­rzu, cze­ka­jąc na win­dę. Me­lo­dia wy­da­ła mu się zna­jo­ma.

Poza tym ude­rzy­ło go coś w sło­wach Pau­la. Mó­wiąc o se­ryj­nych za­bój­cach, użył po­li­cyj­ne­go okre­śle­nia za­miast po­tocz­ne­go "se­ryj­ne mor­der­stwo". Har­ry'ego Hole na­zwał ko­mi­sa­rzem, a prze­cież więk­szość lu­dzi nie mia­ła po­ję­cia o stop­niach po­li­cyj­nych. Za­zwy­czaj za­pa­mię­ty­wa­li krwa­we szcze­gó­ły z re­por­ta­ży w ga­ze­tach, a nie mało istot­ne de­ta­le, ta­kie jak pen­ta­gram wy­ry­ty w drew­nia­nej bel­ce przy zwło­kach. Ale tym, na co zwró­cił szcze­gól­ną uwa­gę - po­nie­waż to mo­gło mieć zna­cze­nie dla te­ra­pii - było po­rów­na­nie go do "po­li­cjan­tów, któ­ry nie są w sta­nie zła­pać cho­ler­ne­go se­ryj­ne­go za­bój­cy i gwał­ci­cie­la".

St?le sły­szał, że win­da przy­je­cha­ła i od­je­cha­ła. Przy­po­mniał już so­bie, co to za me­lo­dia. Wy­słu­chał bo­wiem pły­ty Dark Side of the Moon, żeby się prze­ko­nać, czy nie znaj­dzie tam ja­kie­goś śla­du po­zwa­la­ją­ce­go roz­szy­fro­wać sen Pau­la Sta­vne­sa. Pio­sen­ka na­zy­wa­ła się Bra­in Da­ma­ge. I opo­wia­da­ła o sza­leń­cach. O sza­leń­cach, któ­rzy są w tra­wie, któ­rzy są w holu, któ­rzy się przy­su­wa­ją.

Gwał­ci­ciel.

Za­bi­ci po­li­cjan­ci nie zo­sta­li zgwał­ce­ni.

Oczy­wi­ście pa­cjent mógł na tyle mało in­te­re­so­wać się spra­wą, że po­my­lił po­li­cjan­tów z wcze­śniej­szy­mi ofia­ra­mi, któ­re zgi­nę­ły w tych sa­mych miej­scach. Albo za ogól­ną praw­dę przy­jął, że se­ryj­ni za­bój­cy gwał­cą. Albo śni­li mu się zgwał­ce­ni po­li­cjan­ci, co oczy­wi­ście umac­nia­ło teo­rię tłu­mio­ne­go ho­mo­sek­su­ali­zmu. Albo...

St?le Aune za­marł w pół ru­chu i ze zdu­mie­niem spoj­rzał na swo­ją rękę, któ­ra się­ga­ła do musz­ki.

An­ton Mit­tet wy­pił łyk kawy i spoj­rzał na męż­czy­znę śpią­ce­go w szpi­tal­nym łóż­ku. Czy on rów­nież nie po­wi­nien po­czuć cze­goś w ro­dza­ju ra­do­ści? Tej sa­mej ra­do­ści, któ­rej wy­raz dała Mona, na­zy­wa­jąc zda­rze­nie "jed­nym z nie­wiel­kich co­dzien­nych cu­dów, spra­wia­ją­cych, że war­to ha­ro­wać jako pie­lę­gniar­ka"? Pew­nie, do­brze, że pa­cjent w śpiącz­ce, któ­re­go śmier­ci wszy­scy się już spo­dzie­wa­li, na­gle zmie­nił de­cy­zję i po­sta­no­wił się obu­dzić, wró­cić do ży­cia. Ale ten czło­wiek w łóż­ku - ta bla­da udrę­czo­na twarz na po­dusz­ce - nie miał dla An­to­na żad­ne­go zna­cze­nia. Jego prze­bu­dze­nie ozna­cza­ło je­dy­nie, że pra­ca zbli­ża się do koń­ca. Oczy­wi­ście nie­ko­niecz­nie było to rów­no­znacz­ne z koń­cem ro­man­su, bo prze­cież i tak nie tu­taj spę­dza­li ra­zem naj­go­ręt­sze go­dzi­ny. Prze­ciw­nie, już nie będą mu­sie­li mar­twić się o to, że ko­le­dzy za­uwa­żą czu­łe spoj­rze­nia, ja­kie po­sy­ła­li so­bie za każ­dym ra­zem, gdy Mona wcho­dzi­ła do pa­cjen­ta albo od nie­go wy­cho­dzi­ła, nie­co zbyt dłu­gie roz­mo­wy i ich na­głe za­koń­cze­nia, kie­dy po­ja­wiał się ktoś inny. Ale An­ton Mit­tet miał przy­kre uczu­cie, że wła­śnie to wszyst­ko wa­run­ko­wa­ło ich zwią­zek. Ta­jem­ni­ca. Nie­le­gal­ność. Na­pię­cie wy­ni­ka­ją­ce z tego, że moż­na pa­trzeć, ale nie wol­no do­tknąć. Ko­niecz­ność cze­ka­nia, wy­my­ka­nia się z domu, ser­wo­wa­nia Lau­rze kłamstw o do­dat­ko­wym dy­żu­rze, któ­re przy­cho­dzi­ły mu z co­raz więk­szą ła­two­ścią, a mimo to sło­wa ro­sły mu w ustach, jak­by wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej go za­dła­wią. Ro­zu­miał, że zdra­da nie czy­ni go w oczach Mony lep­szym czło­wie­kiem, że praw­do­po­dob­nie już so­bie wy­obra­ża, jak kie­dyś w przy­szło­ści bę­dzie tak samo tłu­ma­czył się przed nią. Opo­wia­da­ła mu, że prze­ży­wa­ła to już wcze­śniej z in­ny­mi męż­czy­zna­mi, któ­rzy ją zdra­dza­li. Była wte­dy szczu­plej­sza i młod­sza, więc gdy­by zde­cy­do­wał się po­rzu­cić tłu­ściut­ką pa­nią w śred­nim wie­ku, w jaką się zmie­ni­ła, wca­le by jej to nie zszo­ko­wa­ło.

Pró­bo­wał prze­ko­ny­wać, że nie po­win­na tak mó­wić, na­wet je­śli na­praw­dę tak my­śla­ła, bo przez to robi się brzyd­sza, bo on przez to robi się gor­szy, po­nie­waż sta­je się męż­czy­zną, któ­ry bie­rze so­bie to, co może ła­two do­stać. Ale te­raz cie­szył się, że to po­wie­dzia­ła. To się musi kie­dyś skoń­czyć, a ona mu to uła­twi­ła.

- Skąd wzią­łeś kawę? - spy­tał nowy pie­lę­gniarz i po­pra­wił okrą­głe oku­la­ry, żeby prze­czy­tać kar­tę cho­ro­by za­wie­szo­ną w no­gach łóż­ka pa­cjen­ta.

- Ka­wa­łek da­lej w ko­ry­ta­rzu stoi eks­pres. Tyl­ko ja z nie­go ko­rzy­stam, ale mo­żesz...

- Bar­dzo dzię­ku­ję - od­parł pie­lę­gniarz. An­ton za­uwa­żył, że wy­ma­wia sło­wa w ja­kiś dziw­ny spo­sób. - Ale ja nie piję kawy. - Pie­lę­gniarz wy­jął z kie­sze­ni kurt­ki kart­kę. - Za­raz zo­ba­czy­my... Trze­ba mu po­dać pro­po­fol.

- Nie wiem, co to po­wo­du­je.

- Tyle, że bę­dzie spał przez dłuż­szy czas.

An­ton ob­ser­wo­wał, jak pie­lę­gniarz prze­kłu­wa igłą strzy­kaw­ki me­ta­lo­wą fo­lię za­my­ka­ją­cą bu­te­lecz­kę z prze­zro­czy­stym pły­nem. Pie­lę­gniarz był nie­wy­so­ki i drob­ny, po­dob­ny do zna­ne­go ak­to­ra. Ale nie do któ­re­goś z tych przy­stoj­nia­ków. Do jed­ne­go z tych, któ­rym się uda­ło mimo wszyst­ko. Do tego z brzyd­ki­mi zę­ba­mi i wło­skim na­zwi­skiem, nie­moż­li­wym do za­pa­mię­ta­nia. Zresz­tą na­zwi­ska, ja­kim przed­sta­wił się pie­lę­gniarz, też już nie pa­mię­tał.

- Pa­cjen­ci w śpiącz­ce, któ­rzy się wy­bu­dza­ją, to skom­pli­ko­wa­na hi­sto­ria - tłu­ma­czył pie­lę­gniarz. - Są wy­jąt­ko­wo wraż­li­wi i trze­ba ich bar­dzo ostroż­nie wpro­wa­dzać w stan świa­do­mo­ści. Je­den źle zro­bio­ny za­strzyk i ry­zy­ku­je­my ode­sła­nie ich tam, skąd przy­cho­dzą.

- Ja­sne - po­wie­dział An­ton. Męż­czy­zna wcze­śniej oka­zał mu iden­ty­fi­ka­tor, po­dał ha­sło i za­cze­kał, aż po­li­cjant za­dzwo­ni na dy­żur­kę i uzy­ska po­twier­dze­nie, że wła­śnie tej oso­bie wy­zna­czo­no dzi­siej­szą wi­zy­tę.

- Masz duże do­świad­cze­nie w znie­czu­la­niu lu­dzi? - spy­tał An­ton.

- Tak, pra­co­wa­łem przy ane­ste­zji przez do­bry rok.

- I już nie pra­cu­jesz?

- Kil­ka lat po­dró­żo­wa­łem. - Pie­lę­gniarz uniósł igłę strzy­kaw­ki pod świa­tło i wci­snął tło­czek, a stru­mień, któ­ry wy­try­snął z igły, za­raz zmie­nił się w chmu­rę mi­kro­sko­pij­nych kro­pe­lek. - Ten pa­cjent wy­glą­da tak, jak­by miał za sobą cięż­kie ży­cie. Dla­cze­go w kar­cie cho­ro­by nie ma żad­ne­go na­zwi­ska?

- Ma po­zo­stać ano­ni­mo­wy. Nie po­wie­dzie­li ci o tym?

- Nic mi nie po­wie­dzie­li.

- A po­win­ni. Jest po­ten­cjal­ną ofia­rą za­bój­stwa. Wła­śnie dla­te­go sie­dzę na tym ko­ry­ta­rzu.

Tam­ten na­chy­lił się nad pa­cjen­tem. Za­mknął oczy. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by chło­nął jego od­dech. An­to­na prze­szły ciar­ki.

- Ja już go kie­dyś wi­dzia­łem - stwier­dził pie­lę­gniarz. - Czy on jest z Oslo?

- Obo­wią­zu­je mnie ta­jem­ni­ca.

- A my­ślisz, że mnie nie?

Pie­lę­gniarz pod­wi­nął pa­cjen­to­wi rę­kaw noc­nej ko­szu­li. Pstryk­nął w we­wnętrz­ną część przed­ra­mie­nia. To coś dziw­ne­go w jego spo­so­bie mó­wie­nia nie da­wa­ło An­to­no­wi spo­ko­ju. Znów za­drżał, kie­dy igła wbi­ła się w skó­rę. W ide­al­nej ci­szy wy­da­ło mu się, że sły­szy lek­ki sze­lest jej tar­cia o mię­śnie i szum pły­nu prze­ci­ska­ją­ce­go się przez igłę po na­ci­śnię­ciu tłocz­ka strzy­kaw­ki.

- Przez wie­le lat miesz­kał w Oslo, za­nim uciekł za gra­ni­cę - po­wie­dział An­ton. - Ale po­tem wró­cił. Plot­ki mó­wią, że z po­wo­du ja­kie­goś chłop­ca, nar­ko­ma­na.

- Smut­na hi­sto­ria.

- Owszem, ale wy­glą­da na to, że bę­dzie mia­ła szczę­śli­wy ko­niec.

- Tro­chę za wcze­śnie, żeby coś prze­są­dzać. - Pie­lę­gniarz wy­cią­gnął strzy­kaw­kę. - Wie­lu pa­cjen­tów w śpiącz­ce ma na­głe na­wro­ty.

An­ton na­resz­cie zo­rien­to­wał się, o co cho­dzi. Było to le­d­wie uchwyt­ne, ale pie­lę­gniarz nie­wy­raź­nie wy­ma­wiał "s". Se­ple­nił.

Po wyj­ściu z sali cho­re­go, kie­dy męż­czy­zna już znik­nął w ko­ry­ta­rzu, An­ton jesz­cze raz zaj­rzał do pa­cjen­ta. Po­ob­ser­wo­wał ekran z wi­docz­nym wy­kre­sem bi­cia ser­ca. Przez chwi­lę słu­chał ryt­micz­nych pi­sków przy­po­mi­na­ją­cych sy­gna­ły so­na­ru, któ­ry na­tra­fił na okręt pod­wod­ny w głę­bi­nie. Nie wie­dział, co go do tego skło­ni­ło, ale zro­bił to samo co pie­lę­gniarz - na­chy­lił się nad twa­rzą tego czło­wie­ka. Za­mknął oczy. I po­czuł na po­licz­ku jego od­dech.

Alt­man. Przed odej­ściem pie­lę­gnia­rza An­ton uważ­nie przyj­rzał się przy­pię­te­mu do far­tu­cha iden­ty­fi­ka­to­ro­wi z na­zwi­skiem. Pie­lę­gniarz na­zy­wał się Si­gurd Alt­man. Czy­sta in­tu­icja, nic wię­cej, ale już po­sta­no­wił, że ju­tro go spraw­dzi. Nie bę­dzie tak jak w tej spra­wie z Dram­men. Tym ra­zem nie po­peł­ni żad­ne­go błę­du.