Podziękowania
Książka ta zaczęła powstawać osiem lat temu, kiedy w toku pracy zaczęłam
napotykać cuda. Nie cuda w zwykłym znaczeniu tego słowa, jak
rozstępujące się morze czy mnożące się wykładniczo bochenki chleba, ale
jednak cuda, ponieważ kompletnie zmieniały sposób, w jaki myślimy o funkcjonowaniu świata. Cuda, z którymi się zetknęłam, dotyczyły ścisłych
dowodów skuteczności metod leczenia, które lekceważyły wszystko to, co
wiedzieliśmy na temat naszej biologii.
Odkryłam na przykład trochę dobrych prac na temat homeopatii. Badania
randomizowane, podwójnie ślepych, z zastosowaniem metody placebo -
najlepszy standard współczesnej medycyny naukowej -?pokazały, że można
wziąć jakąś substancję, rozcieńczyć ją tak, że nie zostaje nawet jedna
cząsteczka, podać ten roztwór pacjentowi -?teraz już w postaci samej
wody -?a pacjent zaczyna zdrowieć*1. Odkryłam też podobne
badania dotyczące akupunktury; wykazano w nich, że nakłuwanie skóry
cieniutkimi igłami w konkretnych miejscach ciała, wzdłuż tzw. kanałów
energetycznych, może być skuteczne w leczeniu niektórych schorzeń.
Co do uzdrawiania duchowego, to choć niektóre badania były złej jakości,
pewna ich liczba była jednak na tyle wiarygodna, by sugerować, że
faktycznie mamy tu do czynienia z czymś ciekawym i że w leczeniu na
odległość może być coś więcej niż tylko efekt placebo czy przypadkowa
poprawa samopoczucia. W wielu badaniach pacjenci nie wiedzieli nawet, że
ktoś próbuje ich uzdrawiać. A jednak były dowody, że niektórzy ludzie
potrafią skupić się na oddalonym pacjencie i w jakiś sposób zaczyna się
on czuć lepiej.
Odkrycia te wywołały u mnie ciekawość, ale również głęboki niepokój.
Wszystkie te praktyki opierały się na całkowicie odmiennym modelu
ludzkiego organizmu niż obowiązujący we współczesnej nauce. Były to
systemy medyczne, które działały jakoby na jakichś "poziomach
energetycznych", a ja byłam ciekawa, jaką to właściwie energię
wykorzystują.
W środowisku osób zajmujących się medycyną alternatywną powszechnie
używa się określeń takich jak "subtelna energia", ale dla niedowiarka
wewnątrz mnie nie było to satysfakcjonujące wyjaśnienie. Skąd pochodzi
ta energia? Gdzie rezyduje? Co to znaczy, że jest subtelna? Czy istnieje
coś takiego jak pole energii człowieka? I czy to ono jest odpowiedzialne
nie tylko za te alternatywne metody uzdrawiania, ale również za wiele
innych tajemniczych zdarzeń, które nie dają się wyjaśnić? Czy było
jakieś źródło energii, którego nie rozumiemy?
Jeśli działa coś takiego jak homeopatia, to staje na głowie wszystko, co
wiemy na temat naszej fizycznej i biologicznej rzeczywistości. Jedna z tych dwóch rzeczy musi się mylić -?albo homeopatia, albo standardowa
wiedza medyczna. Wydaje się, że aby zaakceptować to, co wydaje się
prawdą w tak zwanej medycynie subtelnych energii, potrzeba i nowej
biologii, i nowej fizyki.
Zaczęłam własne badania, próbując ustalić, czy jacyś naukowcy prowadzą
badania sugerujące alternatywną wizję świata. Pojechałam do wielu miejsc
na świecie, spotkałam się z fizykami i innymi znanymi pionierami nauki w Rosji, Niemczech, Francji, Anglii, Ameryce Południowej i Środkowej, i w USA. Korespondowałam i rozmawiałam przez telefon z wieloma badaczami w innych krajach. Brałam udział w konferencjach, na których prezentowano
zupełnie nowe odkrycia. Ogólnie rzecz biorąc, postanowiłam trzymać się
naukowców o ustalonej renomie, działających zgodnie z rygorystycznymi
zasadami pracy naukowej. W środowisku osób zajmujących się
alternatywnymi metodami leczenia było już dość spekulacji, a ja -?żeby
móc to rozgryźć i zrozumieć -?chciałam, by wszelkie nowe teorie miały
solidne podstawy w dowodach matematycznych lub doświadczalnych -
precyzyjnych równaniach, prawdziwej fizyce.
Kiedy zaczęłam się zagłębiać w temacie, odkryłam małą, lecz spójną
społeczność, złożoną ze znakomitych naukowców o uznanym dorobku, która
zajmowała się pewnym niewielkim aspektem tego samego. Ich odkrycia były
niesamowite. To, nad czym pracowali, zdawało się obalać współczesne
prawa biochemii i fizyki. Ich praca nie tylko wyjaśniała, dlaczego może
działać homeopatia i uzdrawianie duchowe. Ich teorie i doświadczenia
składały się na nową naukę, nowe widzenie świata.
Pole powstało głównie dzięki wywiadom z wszystkimi głównymi naukowcami
wspomnianymi w tej książce oraz na podstawie lektury ich najważniejszych
publikacji. Byli to: Jacques Benveniste, William Braud, Brenda Dunne,
Bernhard Haisch, Basil Hiley, Robert Jahn, Ed May, Peter Marcer, Edgar
Mitchell, Roger Nelson, Fritz-Albert Popp, Karl Pribram, Hal Puthoff,
Helmut Schmidt, Elisabeth Targ, Russel Targ, Charles Tart i Mae Wan-Ho.
Uzyskałam olbrzymią pomoc i wsparcie od każdej z tych osób,
telefonicznie i listownie. Większość z nich godziła się na rozliczne
wywiady -?często dziesięć lub więcej. Jestem im wdzięczna za zgodę na
tak liczne konsultacje i zezwolenie na pracowite sprawdzanie podanych
faktów. Tolerowali moje ciągłe wtrącanie się, a także mą ignorancję, a ich pomoc była nieoceniona.
Szczególnie muszę podziękować Deanowi Radinowi za nauczenie mnie
statystyki, Halowi Puthoffowi i Peterowi Mercerowi za to, co urosło do
kursu fizyki, Karlowi Pribramowi za zaznajomienie z neurodynamiką mózgu
i Edgarowi Mitchellowi za dzielenie się ze mną najnowszymi odkryciami.
Jestem też wdzięczna wielu osobom, z którymi rozmawiałam lub
korespondowałam, byli to: Andrei Apostol, Hanz Betz, Dick Bierman, Marco
Bischof, Christen Blom-Dahl, Richard Broughton, Toni Bunnel, William
Corliss, Deborah Delanoy, Suibert Ertel, George Farr, Peter Fenwick,
Peter Garaiev, Valerie Hunt, Enzio Insinna, David Lorimer, Hugh
MacPherson, Robert Morris, Richard Obousy, Marcel Odier, Beverly Rubik,
Rupert Sheldrake, Dennis Stillings, William Tiller, Marcel Truzzi,
Dieter Vaitl, Harald Walach, Hans Wendt i Tom Williamson.
Wprawdzie do mych przemyśleń i wniosków przyczyniła się cała gama
książek i publikacji, jednakże jestem szczególnie zobowiązana za
zestawienie dowodów na istnienie fenomenów psychicznych zawarte w książce Deana Radina The Conscious Universe: The Scientific Truth of
Sychic Phenomena (New York: Harper Edge, 1997) i książce Richarda
Broughtona Parapsychology: The Controversial Science (New York:
Ballantine, 1991). To samo odnosi się do autorów takich jak Larry
Dossey, którego liczne publikacje były niezwykle użyteczne w dokumentowaniu uzdrawiania duchowego, oraz Ervin Laszlo, autor
fascynujących teorii próżni przedstawionych w książce The
Interconnected Universe: Conceptual Founadations of Transdisciplinary
Unified Theory (Singapur: World Scientific, 1995).
Mam też ogromny dług wdzięczności wobec całego zespołu wydawnictwa
HarperCollins, zwłaszcza mej redaktorki, Wandy Whiteley, za
natychmiastowe zrozumienie, o czym jest ta książka, i wsparcie mnie swym
entuzjazmem. Jestem szczególnie wdzięczna Andrew Colemanowi za jego
pieczołowitą redakcję oryginału. I mam dług wobec mego zespołu w "What
Doctors Don't Tell You" za ich poparcie dla tego przedsięwzięcia. Julie
McLean i Sharyn Wong szczególnie za pierwszą pomoc o jedenastej i Kathy
Mingo za niezawodne wsparcie, które umożliwiło mi balansowanie między
domem i pracą.
Szczególne podziękowania należą się Peterowi Robinsonowi, memu
brytyjskiemu przedstawicielowi, oraz Danielowi Benorowi,
międzynarodowemu agentowi literackiemu, za entuzjastyczne ustosunkowanie
się do tego projektu. Bardzo też chciałabym podziękować memu agentowi w Ameryce, Russelowi Galenowi, którego niesłabnąca wiara w celowość tej
publikacji była co najmniej zadziwiająca.
Muszę też wspomnieć o mych dzieciach, Caitlin i Anyi, poprzez które
doświadczam codziennie istnienia Pola. I jak zwykle największe
podziękowania należą się memu mężowi, Bryanowi Bubbrdowi, za pomoc w zrozumieniu prawdziwego znaczenia tej książki i prawdziwego znaczenia
połączenia wzajemnego.
Przedmowa
Moja matka zmarła cztery dni przed Bożym Narodzeniem. Spędziliśmy ten
smutny, ostatni tydzień 1996 roku w jej domu na Florydzie, oddając jej
ostatnią posługę, porządkując jej rzeczy, wiążąc razem setki luźnych
końców, które pozostawia śmierć. Pewnego popołudnia, przeglądając lary i penaty w jej sypialni, natknęłam się pod jej łóżkiem na małe rdzawe
pudełko z pamiątkami i odkryłam w nim, tuż obok różowego dziecięcego
albumu i kilku spłowiałych polaroidowych fotografii, paczkę moich listów
do domu z czasów nauki w college'u.
Otworzyłam kilka kolorowych kopert i przysiadłam, by odczytać zagmatwane
pismo z czasów mojej młodości, szczegółowy opis mojego pierwszego roku
poza domem. Pośród najrozmaitszych wymyślonych osiągnięć -?dyskretnie
upewniających mych rodziców w sensowności ich inwestycji -?znalazłam
takie zdanie: "Dziś mam zamiar poznać astronomię".
Uśmiechnęłam się, wspominając tę pretensjonalną, młodszą mnie, ale
wszelkie rozbawienie szybko znikło, gdy uświadomiłam sobie, że moja
matka by tak nie zareagowała. Ona natychmiast pojęłaby prawdziwe
znaczenie tego zdania -?mam zamiar nauczyć się astronomii w jeden
dzień; ona, która tyle włożyła w tę cechę mego charakteru, byłaby
zadowolona z tej mej wczesnej pewności, że jestem w stanie bezpiecznie
położyć na łopatki każdego potwora, który stanie mi na drodze.
Dziś mam zamiar poznać astronomię. To zdanie stało się czymś w rodzaju
przysłowia, które mój mąż i ja często powtarzaliśmy w czasie pisania tej
książki. Dla nienaukowca takiego jak ja pomysł tej publikacji wydawał
się równie groteskowy co próba połknięcia całej wiedzy astronomicznej
jednym łykiem.
Pole powstało dzięki podstępowi. Przekonałam moich wydawców, by
zainwestowali w coś, co było w zasadzie podróżą bez kompasu -?aby
zobaczyć, czy jest coś takiego jak "pole energetyczne człowieka".
Zaczęłam, jak zwykle robią to dziennikarze, od żerowania na gotowym.
Jeździłam na konferencje. Czytałam artykuły naukowe. Skontaktowałam się
z pionierami tych badań na całym świecie.
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, najpierw z ciekawością, a potem z przerażeniem, że wkroczyłam w obszar nowy i niebezpieczny, naukę
raczkującą, będącą w stadium powstawania. Naukowe podstawy, które
przyjęliśmy, na których spoczywały pełne przekonania założenia na temat
nas samych i naszego miejsca w świecie, rozpadały się dosłownie na moich
oczach. Wyglądało na to, że książka mająca mnie wprowadzić w świat
pisarstwa będzie wymagała ni mniej, ni więcej, tylko przedefiniowania
naszych współczesnych poglądów na rzeczywistość.
Dziś mam zamiar poznać astronomię. Przez kilka lat, zbierając
materiały do Pola i zapoznając się z kolejnymi badaniami w tej
dziedzinie, pobierałam nauki u mniej więcej dwudziestu pięciu
cierpliwych pionierów nauki. Wierciłam im dziurę w brzuchu, podlizywałam
się, żądałam wyjaśnień i wyłudzałam od każdego z nich niezliczone
godziny, do dwudziestu wywiadów na głowę, wyciągając informacje, a w końcu wymuszając jakieś proste tłumaczenie koncepcji, które często dla
fizyków istnieją tylko w postaci matematycznej. Co to właściwie jest
spójność kwantowa? Dlaczego istnieje pole punktu zerowego? Brałam ich
często niezrozumiałe odpowiedzi i przetwarzałam na metafory, aż wreszcie
obydwoje byliśmy zgodni co do brzmienia tego laickiego przybliżenia.
Podjęłam próbę dialogu sokratejskiego, przedstawiając każde odkrycie
jako problem filozoficzny, na który należy spojrzeć w szerszym
kontekście. Czy istnieje świadomość, czy to tylko pole punktu
zerowego? Jednakże poza kilkoma zapaleńcami, takimi jak fizyk Hal
Puthoff, były dziekan szkoły inżynieryjnej w Princeton Robert Jahn i jego koleżanka, psycholog Brenda Dunne, wszyscy z wyrachowaniem unikali
wszelkich rozmów na temat metafizycznych implikacji tych badań. Nikt nie
miał ochoty rozmawiać, przynajmniej publicznie, o szerszej perspektywie,
kolektywnym znaczeniu tak wielu pojedynczych odkryć czy dokonać syntezy
wszystkich tych materiałów w całość. To zadanie, jak z bólem
zrozumiałam, pozostawiono mnie.
Przez kilka lat dreptałam po przedpokoju, łkałam za biurkiem,
zaniedbywałam dzieci i odkładałam inne prace w stosie na blacie. Nocami
dyskutowałam z mężem, absolwentem wydziału filozofii, na odwieczne
tematy: Czym właściwie jest czas i przestrzeń? Czy jeśli nie patrzymy,
Wszechświat znika? "Zostaw na boku czas i wszystko zaczyna mieć sens",
rzucił kiedyś Bob Jahn od niechcenia. Czy to możliwe? Albo, wracając do
rzeczy, czy była to konieczność?
W tym czasie pisałam w gorączkowej panice, budując książkę jak tort,
dodając nową warstwę znaczeń, gdy jakiś niuans stał się dla mnie jasny,
a końcową powłokę dodałam dosłownie na kilka miesięcy przed publikacją.
W pewnym momencie zaczęłam pisać w konwencji sugerującej, że ten proces
zachodzi przeze mnie. Każdego ranka szłam do komputera, a słowa i koncepcje wylewały się ze mnie w języku, którzy brzmiał obco -?aż zdałam
sobie sprawę, że znalazłam nowy głos i nowy temat, czy może to one w końcu mnie znalazły. Kiedy książka się ukazała, przeczytałam ją ze
zdziwieniem, że faktycznie jest to moja praca.
Zaczęłam swą dziennikarską karierę w latach siedemdziesiątych jako
dziennikarz śledczy i to podejście do pracy, trudne i bazujące na
faktach, nigdy mnie nie opuściło. Przez wiele lat redagowałam biuletyn
pod tytułem "What Doctors Don't Tell You" (Czego nie mówią wam
lekarze), krytykę współczesnej medycyny. Wprawdzie moja sympatia leży
po stronie medycyny alternatywnej, po latach studiów nad ograniczeniami
klasycznej medycyny Zachodu, nadal wymagam dowodów. Nie zwróciłam się ku
wschodniej ezoteryce czy mistycyzmowi i mam skłonność do potępiania
przejawów napuszonej duchowości Nowej Ery, wszystkich twierdzeń o medycynie "kwantowej" bez solidnych dowodów i różnych nieuzasadnionych i nieprecyzyjnych zastosowań słowa "energia". Nie ma we mnie zbyt wiele
egzaltacji.
Jednakże proces tworzenia Pola zmienił samego herolda. Gdy tylko ten
alchemiczny proces dobiegł końca, stałam się innym człowiekiem, nie
tylko inaczej mówiącym, ale także zupełnie inaczej patrzącym na świat.
Niezwykłe odkrycia tych badaczy sugerowały, że współczesny człowiek
patrzy na świat przez mętne szkło oraz że zastosowanie tych odkryć do
naszego życia będzie wymagało ni mniej, ni więcej, tylko zbudowania
świata od nowa.
Joan Didion stwierdziła kiedyś, że opowiadamy sobie historie po to, by
żyć. Z naszych wszystkich opowieści to właśnie te naukowe definiują nas
najbardziej. To one kreują naszą percepcję Wszechświata i metod, jakimi
on operuje; na tej podstawie tworzymy wszystkie nasze struktury
społeczne: nasze relacje międzyludzkie i relacje ze środowiskiem, nasze
metody robienia interesów i nauczania naszych dzieci, organizowania się
w osiedla i miasta, określania granic naszych krajów i naszych planet.
Wprawdzie postrzegamy naukę jako prawdę ostateczną, jednakże w sumie
jest ona tylko opowieścią opowiadaną na raty. Uczymy się naszego świata
po kawałku, w procesie nieustannego poprawiania i recenzowania. Nowe
rozdziały uzupełniają -?a często zastępują -?rozdziały wcześniejsze.
Biorąc pod uwagę odkrycia wyszczególnione w tej książce oraz te, do
których doszło już po jej opublikowaniu, widać jasno, że historia, którą
opowiadano, zostanie wkrótce zastąpiona jakąś jej gruntownie zmienioną
wersją.
Nasza obecna naukowa opowieść jest ponadtrzechsetletnią historią, opartą
w dużej mierze na odkryciach Izaaca Newtona, o Wszechświecie, w którym
cała materia porusza się w trójwymiarowej przestrzeni i czasie, w zgodzie z ustalonymi prawami. Newtonowska wizja świata opisuje
odpowiedzialne miejsce zamieszkane przez przewidywalną i łatwą do
zidentyfikowania materię. Wizja świata wyłaniająca się z tych odkryć
podtrzymywana jest też przez filozoficzne implikacje darwinowskiej
teorii ewolucji, z jej sugestią, że przetrwanie jest zarezerwowane dla
osobników o silnej konstrukcji genetycznej. W gruncie rzeczy opowieści
te idealizują osobność. Od chwili narodzin mówią nam, że tam, gdzie jest
zwycięzca, musi być przegrywający. Z tej zawężonej wizji zbudowaliśmy
nasz świat.
Pole opowiada całkiem nową historię naukową. Najnowszy jej rozdział,
napisany przez grupę w większości nieznanych odkrywców naukowych
rubieży, sugeruje, że w gruncie rzeczy istniejemy jako jedność,
współzależność -?całkowicie zależne od siebie wzajemnie części, w każdej
chwili wpływające na całość.
Ta nowa historia ma dla naszego rozumienia życia i dla konstrukcji
naszej społeczności kolosalne znaczenie. Jeśli pole kwantowe wiąże nas
wszystkich swoją niewidzialną siecią, to będziemy musieli na nowo
przemyśleć definicję nas samych i na nowo określić, co to właściwie
znaczy być człowiekiem. Jeśli pozostajemy w stałym i natychmiastowym
dialogu z naszym otoczeniem, jeśli cała informacja z Kosmosu przepływa w każdej chwili przez pory naszej skóry, to nasze obecne pojęcie o możliwościach istoty ludzkiej jest zaledwie migawką tego, czym powinno
być.
Jeśli nie jesteśmy oddzielni, nie możemy więcej myśleć o nas samych w kategoriach "zwycięzca" i "przegrany". Musimy na nowo zdefiniować, co
określamy jako "ja" i "nie-ja", i zreformować sposób, w jaki
współdziałamy z innymi ludźmi, prowadzimy interesy czy postrzegamy czas
i przestrzeń. Musimy rozważyć na nowo, jak wybieramy i wykonujemy pracę,
budujemy nasze społeczności i wychowujemy dzieci. Musimy wyobrazić sobie
inny sposób na życie, całkowicie nowy sposób "bycia". Musimy odrzucić
wszystkie nasze społeczne kreacje i zacząć od nowa, budując na
zgliszczach.
Większość czytelników mylnie sądzi, że materię tej książki stanowią
współczesne odkrycia naukowe. W rzeczywistości Pole to historia. Do
naukowych przełomów opisanych na stronach tej książki doszło jedną
trzecią stulecia temu. Jednakże od opublikowania Pola przedstawieni w tej książce naukowcy dowiedli zadziwiającej umiejętności przewidywania.
Wprawdzie ich główne badania prowadzone były w latach siedemdziesiątych
i osiemdziesiątych XX wieku, najnowsze odkrycia w czołowych
laboratoriach na całym świecie przynoszą dowody potwierdzające, że
dziwna koncepcja mechaniki kwantowej -?o której kiedyś sądzono, że
zarządza jedynie światem najmniejszych cząstek -?w rzeczywistości
dotyczy całego świata. Dodatkowe wzmocnienie dla idei, że świadomość
może mieć kluczowe znaczenie dla kształtu naszego świata, dają, dokonane
przez niektórych z tych badaczy, odkrycia na temat zmiennej natury
atomów i cząsteczek.
Dziesiątki naukowców z różnych dziedzin na całym świecie dowiodło, że
cała materia egzystuje w bezkresnej kwantowej sieci połączeń między
istotami ożywionymi a ich środowiskiem. Jeszcze inni wykazali, że
świadomość jest substancją występującą poza granicami ludzkiego ciała.
Mózg i DNA, uważane zawsze za głównych dyrygentów organizmu, powinny być
raczej rozważane jako przetworniki -?które przekazują, otrzymują i w końcu interpretują informację kwantową pobraną z pola. Nawet w kręgach
tradycjonalistów nasze współczesne rozumienie czasu jako czegoś
jednoznacznie ukierunkowanego zostało zdemaskowane jako konstrukcja
niekompletna, która wymaga, być może, gruntownego przeglądu.
W ciągu kilku dziesięcioleci, które minęły od odkryć tych pierwszych
badaczy, dowiedziano się tyle o naturze świadomości, że odczułam
potrzebę napisania drugiej części. The Intention Experiment to
rozwinięcie sugestii zawartych w Polu, że ukierunkowane myśli są
jednym z głównych czynników powstawania rzeczywistości -?teorii, która
jest stale testowana w masowych, ciągłych międzynarodowych
eksperymentach z czytelnikami (http://www.theintentionexperiment.com).
Od pierwszej publikacji tej książki pole punktu zerowego, jako pole
wszelkich możliwości i darmowe źródło niewyobrażalnej energii,
przyciągnęło uwagę i pobudziło wyobraźnię ludzi. Próby ekstrahowania
energii z pola punktu zerowego jako egzotycznego sposobu podróży
kosmicznych -?kiedyś obiekt sekretnych projektów finansowanych z umiarkowanych kapitałów startowych -?są dziś chętnie sponsorowane przez
takie giganty korporacyjne jak Lockheed Martin. Pole weszło do słownika
wyrazów gier komputerowych, filmów, seriali telewizyjnych i piosenek. W kreskówce Iniemamocni główny przeciwnik bohaterów filmu, Syndrome, do
unieruchomienia swoich oponentów wykorzystuje rękawice wyposażone w źródło "energii pola zerowego". Podobno technolodzy rozwijający wielkie
wyszukiwarki internetowe upatrują w polu punktu zerowego sposobu na
zaawansowane wyszukiwanie intuicyjne.
Sądząc po setkach listów, które dostałam od chwili opublikowania
pierwszego wydania Pola, każdy czytelnik widzi w tej książce coś
innego. Jednakże każdy też rozumie, że jej głównym przesłaniem jest
nadzieja na nowe możliwości. W czasie gdy stara opowieść naukowa, ta
kładąca nacisk na techniczne opanowanie Wszechświata, zagraża trwaniu
naszej planety, Pole oferuje odmienną przyszłość. Główny nurt naukowy
okopał się na swych fundamentalistycznych pozycjach, zdominowany przez
bardziej wymownych naukowców, którzy sądzą, że nasza naukowa opowieść
jest już prawie kompletna. Jednakże niewielki ruch oporu nadal
kwestionuje ten ograniczony sposób myślenia. Każdym nieortodoksyjnym
pytaniem, każdą nieprawdopodobną odpowiedzią pionierscy naukowcy, tacy
jak ci opisani w Polu, budują nasz świat na nowo. Być może oni i im
podobni wskażą nam drogę.
Lynne McTaggart
Czerwiec 2007
Rozdział pierwszy
Światełko w ciemności
Być może to, czego doświadczył Ed Mitchell, było związane z nieważkością
albo może wynikało z tego, że jego wszystkie zmysły były
zdezorientowane. Był w drodze do domu, który w tym właśnie momencie
znajdował się mniej więcej 350 000 kilometrów stąd, gdzieś tam na
powierzchni zasnutego chmurami lazurowego i białego półkola, które co
jakiś czas pojawiało się w trójkątnym oknie kapsuły załogowej statku
Apollo 14*2.
Dwa dni wcześniej został szóstym człowiekiem, który wylądował na
Księżycu. Podróż była triumfem: pierwsza wyprawa na Księżyc w celu
przeprowadzenia badań naukowych. Świadczyły o tym blisko 43 kilogramy
skał i próbek gleby w ładowni. Wprawdzie on i jego dowódca, Alan
Shepard, nie zdobyli szczytu Cone Crater, o wysokości prawie 230 metrów,
jednakże reszta punktów ich precyzyjnego harmonogramu, przylepionego
taśmą do nadgarstków, wyszczególniającego dosłownie każdą minutę ich
dwudniowej wyprawy, została metodycznie odhaczona.
Jedyne, czego nie udało im się w pełni wyjaśnić, to wpływ tego
niezamieszkanego świata o zmniejszonej grawitacji, pozbawionego
łagodzącego działania atmosfery, na zmysły. Bez punktów odniesienia,
takich jak drzewa czy kable telefoniczne, czy wreszcie czegokolwiek
różnego od Antaresa, złocistego pojazdu w kształcie owada w tym
bezkresnym pyliścieszarym krajobrazie, postrzeganie przestrzeni,
rozmiarów, odległości czy głębokości było strasznie zaburzone; Ed był
zszokowany, gdy odkrył, że dowolne dwa punkty nawigacyjne, pieczołowicie
zaznaczone na fotografiach o wysokiej rozdzielczości, były oddalone od
siebie co najmniej dwa razy bardziej, niż oczekiwano. To tak, jakby on i Alan skurczyli się w czasie podróży kosmicznej i to, co na Ziemi
wydawało się maleńkimi garbami i załamaniami powierzchni Księżyca, nagle
rozdęło się do wysokości dwóch metrów lub większej. Co więcej, kiedy
czuli się pomniejszeni, byli też lżejsi niż normalnie. Mała siła
przyciągania sprawiła, że Ed doświadczył dziwnej lekkości istnienia i,
pomimo wagi i wielkości swego niezgrabnego skafandra, przy każdym kroku
wydawało mu się, że się unosi.
Był też mylący widok Słońca, czystego i nieskalanego w tym
bezpowietrznym świecie. W oślepiającym blasku Słońca, nawet w stosunkowo
chłodny poranek, zanim temperatura osiągnęła maksimum 132 stopni
Celsjusza, kratery, elementy krajobrazu, gleba i Ziemia -?nawet samo
niebo -?wszystko było niezwykle klarowne. Dla umysłu, przyzwyczajonego
do zmiękczającego filtra atmosfery, te ostre cienie, zmieniające się
kolory łupkowoszarego gruntu, wszystko to knuło razem, by płatać figle
oczom. Ed i Alan, nie wiedząc o tym, że byli zaledwie 18 metrów od
krawędzi Cone Crater, nagle zawrócili, przekonani, że nie zdołają tam
dotrzeć w wyznaczonym czasie -?niepowodzenie, które mocno rozczarowało
Eda, od dawna marzącego o tym, by zajrzeć do wnętrza tej leżącej w środku księżycowych wyżyn dziury o średnicy 335 metrów. Ich oczy nie
wiedziały, jak interpretować ten stan nadwzroczności. Nie było tu życia,
ale też nic się nie kryło przed wzrokiem, a wszystkiemu brakowało
niuansów. Każdy obraz przytłaczał oczy jaskrawymi kontrastami. W pewnym
sensie Ed widział jednocześnie wyraźniej i mniej wyraźnie niż
kiedykolwiek w życiu.
W precyzyjnym grafiku ich zajęć było niewiele czasu na zastanowienie się
czy zdziwienie, czy w ogóle jakiekolwiek myśli o większym znaczeniu dla
podróży. Zagłębili się w przestrzeń kosmiczną dalej niż jakikolwiek inny
człowiek przed nimi i teraz, obarczeni świadomością, że kosztują
amerykańskich podatników 200 tysięcy dolarów na minutę, czuli się
zobowiązani pilnować zegara, odhaczając punkt po punkcie wszystko to, co
Houston upakowało ściśle w ich harmonogramie. Dopiero gdy pojazd
księżycowy połączył się znów z kapsułą załogową i rozpoczął dwudniową
podróż powrotną na Ziemię, Ed mógł ściągnąć swój skafander, teraz
zbrukany księżycową glebą, usiąść w samych kalesonach i postarać się
zrobić porządek ze swą frustracją i gonitwą myśli.
Kapsuła Kitty Hawk obracała się powoli, niczym kurczak na rożnie, by
wyrównać temperaturę po obu stronach statku; w czasie tych powolnych
obrotów Ziemia co jakiś czas pojawiała się w oknie jako maleńkie półkole
w pochłaniającej wszystko rozgwieżdżonej nocy. Patrząc z tej
perspektywy, gdy Ziemia zamieniała się miejscem z resztą Układu
Słonecznego, niebo nie było tylko tym, co jak zwykle rozciąga się nad
głowami, ale wielką całością, otaczającą Ziemię ze wszystkich stron.
To właśnie wtedy, wyglądając przez okno kapsuły, Ed doznał
najsilniejszego wrażenia w życiu: wrażenia łączności, jak gdyby
niewidzialna sieć łączyła wszystkie planety i wszystkich ludzi ze
wszystkich epok. Majestat chwili zaparł mu dech w piersiach. Choć nadal
ruszał pokrętłami i wciskał guziki, czuł się zdystansowany od swojego
ciała, jak gdyby za sterami siedział ktoś inny.
Wydawało się, jakby było tam jakieś olbrzymie pole siłowe, łączące
wszystkich ludzi, ich intencje i myśli, a także wszelkie ożywione i nieożywione formy materii, wszystkie czasy. Wszystko, co Ed robił i myślał, miało wpływ na resztę Kosmosu, a każde zdarzenie w Kosmosie
wywierało podobny wpływ na niego. Czas był tworem sztucznym. Wszystko,
co kiedyś myślał o Wszechświecie i odrębności ludzi i rzeczy, wydawało
się błędne. Nie było przypadków ani osobistych zamierzeń. Ta naturalna
inteligencja, która trwała od miliardów lat, która stworzyła
najdrobniejszą cząsteczkę jego jestestwa, była też odpowiedzialna za
jego obecną podróż. To nie było coś, czego doświadczał jedynie w swym
umyśle, ale przenikające instynktowne uczucie, jak gdyby fizycznie
rozszerzał się na zewnątrz okna, do najdalszych zakątków Kosmosu.
Nie zobaczył twarzy Boga. Wrażenie nie miało nic wspólnego ze
standardowym doznaniem religijnym ani z oślepiającym objawieniem -?które
religie Wschodu nazywają często "ekstazą jedności". To było tak, jakby w ułamku sekundy Ed Mitchell odkrył i poczuł Moc.
Rzucił okiem na Alana i Stu Roosa, jeszcze jednego astronautę biorącego
udział w misji Apollo 14, by sprawdzić, czy oni również doświadczają
czegoś choć trochę podobnego. Była taka chwila, gdy pierwszy raz wyszli
z Antaresa na księżycową wyżynę Fra Mauro, że Alan, weteran pierwszego
amerykańskiego lotu załogowego, zazwyczaj twardziel niemający czasu na
różne mistyczne trele-morele, wytężył się, by z wnętrza swego ciężkiego
skafandra zerknąć w górę, i aż jęknął na widok Ziemi, tak niesamowicie
pięknej na tle ciemnego nieba. Teraz jednak wydawało się, że Alan i Stu
mechanicznie wykonują swą robotę, a on nie miał odwagi powiedzieć im o czymś, co zaczynało wyglądać jak jego własna, wyjątkowa chwila prawdy.
Zawsze trochę nie pasował do tego kosmicznego programu, a przy tym, choć
był młodszy od Sheparda, to jednak, mając czterdzieści jeden lat,
należał do starszych uczestników lotu Apolla. Ze swymi włosami w kolorze
piasku, szeroką twarzą, wyglądem człowieka ze środkowego zachodu USA i przeciąganiem samogłosek typowym dla pilota linii lotniczych nie
odbiegał wyglądem od reszty. Jednakże w ich oczach był intelektualistą:
jako jedyny miał doktorat i licencję pilota. Także sposób, w jaki
znalazł się w programie kosmicznym, był niecodzienny. Uważał, że musi
zrobić doktorat z astrofizyki na MIT -?oto jak planowo przygotował swą
drogę do NASA -?i dopiero po tym uświadomił sobie, że aby się
zakwalifikować, powinien też udoskonalić umiejętności pilota. W każdym
razie, gdy chodzi o pilotaż, Ed był daleki od nonszalancji. Podobnie jak
reszta towarzyszy spędził pewien czas w latającym cyrku Chucka
Yeagera1 na pustyni Mojave, gdzie zmuszał samoloty do rzeczy,
do których wykonywania zdecydowanie nie były przystosowane. W pewnym
okresie był nawet instruktorem, lubił jednak myśleć o sobie nie tyle
jako o oblatywaczu, ile odkrywcy: kimś w rodzaju współczesnego
poszukiwacza prawdy. Jego zainteresowanie nauką nieustannie kolidowało z surowym baptystycznym wychowaniem, jakie odebrał w dzieciństwie.
Wyglądało na zrządzenie losu, że wychował się w Roswell, w Nowym
Meksyku, gdzie jakoby po raz pierwszy widziano kosmitów, i mieszkał
niespełna dwa kilometry od domu Roberta Goddarda, ojca amerykańskiej
techniki rakietowej, a od miejsca, w którym wykonano pierwsze próby bomb
atomowych, dzieliło go zaledwie kilkanaście kilometrów przez góry. Nauka
i duchowość współegzystowały w nim, konkurując zawzięcie, jemu jednak
udało się jakoś je pogodzić i sprawić, że podały sobie ręce.
Było coś jeszcze, co go trzymało z boku. Tego wieczoru, kiedy Alan i Stu
spali w hamakach, Ed po cichu przeprowadził doświadczenie, które trwało
całą podróż na Księżyc i z powrotem. Od jakiegoś czasu zajmował się
eksperymentami w dziedzinie świadomości i postrzegania pozazmysłowego,
spędzając sporo czasu na studiowaniu prac doktora Josepha B. Rhine'a,
biologa mającego na swoim koncie liczne doświadczenia nad pozazmysłową
naturą ludzkiego postrzegania. Jego najnowsi przyjaciele mieli tytuły
doktorów i prowadzili budzące zaufanie eksperymenty nad naturą
świadomości. Wspólnie zdali sobie sprawę, że księżycowa wyprawa Eda to
wyjątkowa okazja sprawdzenia, czy ludzka telepatia działa też przy
większych odległościach niż te badane w laboratorium doktora Rhine'a. To
była jedyna w życiu szansa stwierdzenia, czy ten rodzaj porozumiewania
się jest skuteczny na odległość większą niż ta, którą można osiągnąć na
Ziemi.
Czterdzieści pięć minut po rozpoczęciu fazy spania Ed wyciągnął małą
latarkę i, tak jak robił to w czasie dwóch dni lotu na Księżyc, losowo
napisał liczby, z których każda zastępowała sławne symbole Zenera
stosowane przez doktora Rhine'a: kwadrat, okrąg, krzyż, gwiazdę i trzy
faliste pionowe linie równoległe. Następnie skoncentrował się na nich,
po czym metodycznie, jedną po drugiej, spróbował je "przesłać" do swych
kolegów na Ziemi. Pomimo podekscytowania doświadczeniem starał się je
zachować w tajemnicy. Kiedyś próbował dyskutować z Alanem o naturze
świadomości, ale nie był ze swym szefem zbyt blisko, a sam temat nie
porywał innych tak bardzo jak jego. Niektórzy astronauci myśleli w przestrzeni kosmicznej o Bogu, a wszyscy uczestnicy programu kosmicznego
wiedzieli, że szukają czegoś nowego na temat działania Wszechświata.
Gdyby jednak Alan i Stu dowiedzieli się, że Ed próbuje przesłać swe
myśli ludziom na Ziemi, uważaliby go za jeszcze większego dziwaka niż
dotychczas.
Ed skończył swój nocny eksperyment i wykonał kolejny, następnego
wieczoru. Ale po tym, co mu się wcześniej przydarzyło, nie było to już
konieczne; był teraz głęboko przekonany, że to prawda. Ludzkie umysły są
ze sobą połączone, tak jak są połączone z innymi rzeczami na tym świecie
-?i na każdym innym. Intuicja podpowiadała mu, że to prawda, ale dla
naukowca było to za mało. Przez następnych dwadzieścia pięć lat czekał,
że nauka wyjaśni mu, co, do licha, mu się tam wtedy przydarzyło.
Edgar Mitchell wrócił do domu bezpiecznie. Prawdopodobnie żadnych
działań badawczych na Ziemi nie można porównać z wyprawą na Księżyc.
Kiedy następne trzy loty zostały anulowane z powodu braku funduszy, po
dwóch latach opuścił NASA i to właśnie wtedy zaczęła się jego prawdziwa
podróż. Badanie świata wewnętrznego okazało się nieskończenie bardziej
czasochłonne i trudniejsze od lądowania na Księżycu czy poszukiwania
Cone Crater.
Jego mały eksperyment z ESP2 się powiódł, co sugerowało, że
zaistniała jakaś przecząca wszelkiej logice forma komunikacji. Ed nie
zdołał wykonać wszystkich sześciu zaplanowanych eksperymentów, upłynęło
też trochę czasu, nim udało się dopasować te cztery, które
przeprowadził, do sześciu sesji domyślania, które zostały przeprowadzone
na Ziemi. Kiedy jednak cztery zestawy danych zgromadzone przez Eda w czasie dziewięciodniowej podróży zostały w końcu porównane z sześcioma
zestawami danych jego kolegów na Ziemi, okazało się, że istnieje między
nimi istotna zgodność, a prawdopodobieństwo, że jest ona wynikiem
przypadku, wyniosło jeden na trzy tysiące*3. Wyniki te były w zgodzie z tysiącami podobnych doświadczeń latami prowadzonych na Ziemi
przez Rhine'a i jego współpracowników.
Gwałtowna iluminacja, jakiej doznał Edgar Mitchell w przestrzeni
kosmicznej, pozostawiła cienkie rysy na jego wielu poglądach. Jednakże
sprawą, która w związku z jego doznaniami w przestrzeni kosmicznej
doskwierała mu najbardziej, były współczesne naukowe poglądy na temat
biologii, a szczególnie świadomości, które obecnie wydawały mu się
niesamowitym uproszczeniem. Niezależnie od tego, czego nauczył się o naturze Kosmosu, studiując fizykę kwantową na MIT, wydawało się, że
biologia utknęła na dobre w liczących czterysta lat poglądach na świat.
Wyglądało na to, że współczesny model biologiczny nadal opiera się na
klasycznym newtonowskim spojrzeniu na materię i energię oraz na
przekonaniu, że masywne, oddzielne ciała przemieszczają się po
przewidywalnych torach w pustej przestrzeni, a także na kartezjańskiej
rozdzielności ciała i duszy, czyli umysłu. Żaden z elementów tego modelu
nie był w stanie oddać prawdziwej złożoności ludzkiej, jej związków ze
światem, a już zwłaszcza jej świadomości; na dobrą sprawę istoty ludzkie
i ich części były nadal traktowane jak maszyneria.
Większość biologicznych objaśnień wielkich tajemnic świata żywego polega
na próbach zrozumienia całości przez rozbicie jej na możliwie
najmniejsze części. Organizmy przyjmują takie, a nie inne kształty
dzięki genetycznemu imprintingowi, syntezie białek i ślepej mutacji.
Zgodnie z tym, co twierdzą współcześni neurolodzy, świadomość rezyduje w korze mózgowej i jest rezultatem oddziaływania między związkami
chemicznymi i komórkami mózgu. To owe związki chemiczne są
odpowiedzialne za telewizor grający w naszym mózgu, a także za to "coś"
odpowiedzialne za oglądanie*4. Znamy świat dzięki złożoności
naszej własnej maszynerii. Współczesna biologia nie uznaje ostatecznej
niepodzielności świata.
W czasie swych własnych badań w dziedzinie fizyki kwantowej na MIT Ed
Mitchell dowiedział się, że na poziomie cząstek elementarnych
newtonowskie, czyli klasyczne podejście do świata -?zgodnie z którym
wszystko dzieje się w sposób przewidywalny, pewny, a zarazem możliwy do
zmierzenia -?już dawno ustąpiło teoriom kwantowym, które utrzymują, że
Wszechświat i sposób jego działania wcale nie jest tak uporządkowany,
jak się naukowcom do niedawna wydawało.
Na swym najbardziej podstawowym poziomie materia nie ulega podziałowi na
niezależnie istniejące jednostki, wymyka się nawet próbom dokładnego
opisu. Cząstki elementarne nie były maleńkimi trwałymi obiektami, czymś
w rodzaju kul bilardowych, ale drgającymi i nieokreślonymi pakietami
energii i jako takie nie dawały się precyzyjnie określić ilościowo ani
zrozumieć. Przeciwnie, charakteryzowała je schizofrenia: czasem
zachowywały się jak cząstki -?coś ograniczonego do małej przestrzeni -?a czasem jak fala -?coś drgającego i rozciągniętego w przestrzeni i czasie; czasem wreszcie zachowywały się jak fala i cząstka zarazem.
Cząstki subatomowe były też wszechobecne. Wygląda to tak, jakby w czasie
przeskoku z jednego poziomu energetycznego do drugiego elektrony
wypróbowywały wszystkie możliwe orbity naraz, niczym klient agencji
nieruchomości próbujący naraz zamieszkać we wszystkich oferowanych
domach, w końcu wybierając jeden, w którym osiądzie. W ogóle nic nie
było pewne. Nie było ostatecznych lokalizacji, zaledwie szansa, że jakiś
elektron może być w danym miejscu, żadnej konkretnej obecności, tylko
prawdopodobieństwo, że coś może się zdarzyć. Na tym poziomie
rzeczywistości nic nie było gwarantowane; naukowcy musieli się zadowolić
możliwością obstawiania szans. Można było najwyżej obliczyć
prawdopodobieństwo, że jeśli wykonasz pomiar danej wielkości, to
otrzymasz pewien wynik w pewnym procencie czasu. Zależności
przyczynowo-skutkowe na poziomie cząstek elementarnych nie obowiązywały.
Z pozoru stabilne atomy mogły nagle, bez wyraźnej przyczyny, doznać
jakiegoś wewnętrznego zakłócenia; elektrony mogły, bez powodu,
zdecydować się na przejście z jednego stanu energetycznego do drugiego.
W miarę dokładniejszego przyglądania się materii okazywało się nawet, że
to nie materia, żadna substancja stała, którą można dotknąć i opisać,
ale jakaś chmara niepewnych bytów, paradujących wokół jednocześnie. Na
tym najbardziej fundamentalnym poziomie materii zamiast Wszechświata
statycznej pewności zastano świat i zależności nieoczywiste i nieprzewidywalne, stan nieskończonych możliwości.
Naukowcy godzą się na powszechną łączność we Wszechświecie, ale tylko na
poziomie kwantowym, a to znaczy, że w sferze nieożywionej, a nie żywej.
Fizycy kwantowi odkryli dziwną własność świata mechaniki kwantowej
określaną jako "nielokalność". Odnosi się to do zdolności cząstki
kwantowej, takiej jak pojedynczy elektron, do natychmiastowego i niezależnego od odległości wpływania na inną cząstkę kwantową, mimo że w trakcie tego zjawiska nie działa żadna siła i nie dochodzi do wymiany
energii. Występowanie nielokalności sugeruje, że cząstki kwantowe, które
kiedyś były w styczności, są połączone nawet w stanie separacji, tak że
działanie jednej zawsze wpływa na drugą, niezależnie od tego, jak
znaczne jest to rozdzielenie. Albert Einstein powątpiewał w owo "upiorne
działanie na odległość" i był to jeden z powodów, dla których
dyskredytował całą fizykę kwantową. Od 1982 roku istnienie tego zjawiska
było wielokrotnie potwierdzone przez fizyków*5.
Nielokalność zatrzęsła podstawami fizyki. Materii nie można było już
traktować jako czegoś oddzielnego. Działania nie musiały już mieć żadnej
obserwowalnej przyczyny w obserwowalnej przestrzeni. Najważniejszy
aksjomat Einsteina nie był prawdziwy: na pewnym poziomie materii możliwa
jest podróż z prędkością większą od prędkości światła. Cząstki
elementarne nie mają znaczenia jako byty izolowane, ale mogą być
zrozumiane poprzez relacje, w jakie wchodzą. Świat na swym najbardziej
podstawowym poziomie istnieje jako złożona sieć wzajemnych, nigdy
niezanikających zależności.
Być może najważniejszym składnikiem tego połączonego Wszechświata jest
żywa świadomość, która go zaobserwowała. W fizyce klasycznej
eksperymentator był uważany za osobny byt, cichego obserwatora za
szklaną szybą, próbującego pojąć Wszechświat, który trwał niezależnie od
tego, czy był obserwowany, czy nie. Mechanika kwantowa odkryła jednak,
że stan wszystkich możliwości charakteryzujących dowolną cząstkę
kwantową kurczy się do ustalonego bytu, gdy tylko zostanie ona
zaobserwowana lub zmierzona. W celu wyjaśnienia tego dziwnego zjawiska
fizycy kwantowi zasugerowali, że między obserwatorem i obserwowanym
obiektem istnieje jakaś bezpośrednia zależność -?cząstki mogą być
rozważane tylko jako "prawdopodobnie" istniejące w przestrzeni i czasie,
chyba że dochodzi do ich "zakłócenia" i akt obserwacji oraz pomiaru
wymusza na nich przejście w stan ustalony -?coś jakby krzepnięcie
żelatyny. Ta zadziwiająca obserwacja niosła ze sobą poważne konsekwencje
dla postrzegania natury świata. Sugerowała, że to świadomość obserwatora
powołuje do istnienia obserwowany obiekt. Nic we Wszechświecie nie
istnieje jako "rzecz" niezależna od naszego postrzegania. Każdej minuty,
każdego dnia kreujemy nasz świat.
Dla Eda jednym z głównych paradoksów było to, że fizycy chcieli, by
wierzył, że patyki i kamienie rządzą się innymi prawami fizycznymi niż
cząsteczki wewnątrz nich, że inną zasadę powinno się stosować do
maleńkich, inną do dużych, inną dla żywych, inną dla materii
nieożywionej. Prawa fizyki klasycznej były niewątpliwie użyteczne dla
podstawowych własności ruchu, przy opisie sił trzymających szkielet w pionie, oddychania płucami, pompowania krwi przez serce, unoszenia
ciężarów przez mięśnie. Wiele ważnych procesów organizmu -?jedzenie,
trawienie, sen, czynności płciowe -?faktycznie podlega prawom fizyki.
Jednakże ani klasyczna fizyka, ani biologia nie wyjaśniają tak
podstawowych problemów jak przede wszystkim sam proces myślenia;
dlaczego komórki organizują się tak, a nie inaczej, dlaczego wiele
procesów cząsteczkowych zachodzi dosłownie natychmiast, czemu ręce
rozwijają się w ręce, a nogi w nogi, choć i jedne, i drugie mają takie
same geny i białka, dlaczego chorujemy na raka, w jaki sposób ta
machina, którą jesteśmy, może cudownie ozdrowieć, a wreszcie czym jest
wiedza -?jak to się dzieje, że wiemy to, co wiemy. To tak, jakby
naukowcy umieli opisać szczegółowo śruby, bolce, złącza i różne
przekładnie, ale nie wiedzieli nic o sile, która napędza silnik.
Wprawdzie umieją naprawić najdrobniejszy mechanizm konkretnego
organizmu, a jednocześnie nie mają pojęcia o najbardziej podstawowych
tajemnicach życia.
Gdyby było prawdą, że zasady mechaniki kwantowej mają zastosowanie do
świata w ogóle, nie tylko świata cząstek subatomowych, a także do
biologii, nie tylko do świata materii, wtedy cały paradygmat biologiczny
byłby błędny lub niekompletny. Skoro teorie Newtona zostały z czasem
udoskonalone przez teoretyków kwantowych, być może również Heisenberg i Einstein też się mylili lub mieli rację tylko częściowo. Gdyby
zastosować teorię kwantową do biologii w dużej skali, organizm człowieka
można by pewnie uznać za złożoną sieć pól energetycznych będących w jakiejś dynamicznej zależności z naszymi układami komórkowymi. Świat
byłby czymś w rodzaju macierzy nierozdzielnych zależności, tak jak
poczuł to Ed w przestrzeni kosmicznej. Rzecz, której ewidentnie
brakowało standardowej biologii, to jakieś wyjaśnienie zasady
organizacji ludzkiej świadomości.
Ed zaczął pochłaniać książki na temat doznań religijnych, filozofii
Wschodu i nielicznych dowodów naukowych na naturę świadomości.
Zainicjował badania z grupą naukowców ze Stanfordu; założył Institute of
Noetic Sciences, organizację non-profit, która ma na celu finansowanie
badań tego rodzaju; zaczął gromadzić materiały na temat naukowych badań
nad świadomością w celu ich publikacji. Wkrótce mógł myśleć i mówić
tylko o tym, a ta obsesja rozbiła jego małżeństwo.
Prace Mitchella być może nie wznieciły rewolucyjnej pożogi, ale z pewnością podsyciły ogień. Na różnych prestiżowych uniwersytetach na
całym świecie zaczęły się pojawiać zarzewia cichej rebelii przeciw
newtonowskiemu i darwinowskiemu widzeniu świata, dualizmowi w fizyce i współczesnym poglądom na ludzkie postrzeganie. W czasie swych badań Ed
nawiązał kontakty z naukowcami o znakomitej reputacji -?z wielu dużych i znanych uniwersytetów, jak Yale, Stanford, Berkeley, Princeton i University of Edinburgh -?dochodzącymi do odkryć, które po prostu nie
pasowały.
W przeciwieństwie do Eda naukowcy ci nie doświadczyli objawienia na
drodze do nowego spojrzenia na świat. Po prostu w trakcie swych badań
naukowych otrzymali wyniki, które tak pasowały do ustalonych teorii
naukowych jak kwiatek do kożucha, a im bardziej próbowali je do nich
dopasować -?a w wielu wypadkach badacze naprawdę tego pragnęli -?tym
bardziej nie pasowały. Większość naukowców doszła do swych konkluzji
przypadkowo i, zupełnie jakby wysiedli na złym dworcu, kiedy już się tam
znaleźli, stwierdzali, że nie ma innej rady, muszą się wziąć w garść i zbadać nowe okolice. Być prawdziwym odkrywcą oznacza kontynuować badania
nawet wtedy, gdy prowadzą do miejsc, które nie były zaplanowane.
Najważniejszą wspólną cechą wszystkich tych badaczy było zwyczajne
pragnienie, by odrzucić niedowierzanie i otworzyć się na prawdziwe
odkrycie, nawet jeśli oznaczałoby to stawienie czoła istniejącemu
porządkowi, wyalienowanie lub wystawienie na krytykę i zawodową ruinę.
Bycie rewolucjonistą w nauce oznacza dziś balansowanie na skraju
zawodowego samobójstwa. Wprawdzie środowisko rzekomo zachęca do
doświadczalnej wolności, ale cała struktura nauki, oparta na silnie
konkurencyjnej metodzie grantów i połączona z systemem publikacji i recenzowania, sprawia, że wiele zależy od osób akceptujących
obowiązujące poglądy naukowe. Taki układ zachęca uczonych do prowadzenia
doświadczeń, których celem jest przede wszystkim potwierdzenie
przyjętego stanu rzeczy, ewentualnie rozwijanie metod przemysłowych, ale
nie prezentowanie faktycznie nowych odkryć*6.
Osoby zajmujące się tymi doświadczeniami zwykle wiedziały, że stoją u progu czegoś, co może dogłębnie zmienić naszą wiedzę na temat świata i ludzi, ale w tamtym momencie były po prostu pionierami nauki, do tego
działającymi bez kompasu. Niektórzy z naukowców pracujących
indywidualnie odkryli pojedynczy element układanki i obawiali się
porównać swe wyniki z innymi. Nie istniał żaden wspólny język, ponieważ
wydawało się, że to, co odkryli, opiera się językowi.
Mitchell skontaktował się z nimi, a wówczas ich oddzielne badania
zaczęły się układać w całość, alternatywną teorię ewolucji, ludzkiej
świadomości i dynamiki wszystkich istot żywych. Nie była to zwykła
teoria, ale najlepsza szansa na ujednolicenie spojrzenia na świat na
podstawie prawdziwych doświadczeń i równań matematycznych. Główną
zasługą Eda było poznanie ludzi, sfinansowanie niektórych badań oraz -
poprzez gotowość do wykorzystania statusu bohatera narodowego dla celów
ich popularyzacji -?przekonanie badaczy, że nie są sami.
Wszystkie badania wiodły do jednego wniosku: jaźń wpływa na świat i vice
versa. Powszechna zgoda dotyczyła jeszcze tylko jednego punktu:
wszystkie przeprowadzone doświadczenia wbijają kołek w serce
obowiązującej teorii naukowej.
Mowa o Edwards Air Force Base -?bazie Sił Powietrznych USA (przyp. tłum.). [wróć]
Extrasensory perception; ESP (ang.) -?postrzeganie pozazmysłowe (przyp. tłum.). [wróć]
Rozdział drugi
Ocean światła
Bill Church miał pusty bak. Normalnie nie byłaby to sytuacja mogąca
zrujnować cały dzień. Ale w 1973 roku, kiedy Ameryka pogrążona była w pierwszym kryzysie paliwowym, napełnienie baku benzyną zależało od dwóch
czynników: jaki to był dzień tygodnia i jaka była ostatnia cyfra na twej
tablicy rejestracyjnej. Ci, których tablice kończyły się na cyfry
nieparzyste, mogli tankować w poniedziałki, środy i piątki; numery
parzyste tankowały we wtorki, czwartki i soboty. Niedziele były dniami
wolnymi, bez benzyny. Bill miał numer nieparzysty, a był to wtorek. To
znaczyło, że bez względu na to, gdzie się wybiera i jak ważne jest jego
spotkanie, musi tkwić w domu, niczym zakładnik kilku naftowych
potentatów ze Środkowego Wschodu i OPEC. Nawet gdyby numer jego tablicy
rejestracyjnej pasował do dnia tygodnia, to i tak czekałby może nawet
dwie godziny w którejś z kolejek, które zygzakami otaczały rogi
sąsiadujących ze stacją ulic. Oczywiście gdyby udało mu się znaleźć
jakąś działającą stację.
Dwa lata wcześniej paliwa było dość, by wysłać Edgara Mitchella na
Księżyc i z powrotem. Obecnie połowa stacji benzynowych w kraju była
zamknięta. Prezydent Nixon zwrócił się do narodu, prosząc wszystkich
Amerykanów o przykręcenie termostatów, zorganizowanie wspólnych dojazdów
(tzw. carpooling) i zużywanie nie więcej niż 40 litrów benzyny na
tydzień. Firmy poproszono, by zmniejszyły oświetlenie o połowę i wyłączyły światła w halach i magazynach. Waszyngton dał przykład za
pomocą tradycyjnej świątecznej choinki, ustawionej bez światełek na
trawniku przed Białym Domem. Naród, syty i zadowolony z siebie,
przywykły do konsumowania energii jak zbyt wielu cheeseburgerów, był w szoku, zmuszony po raz pierwszy iść na dietę. Debatowano o racjonowaniu
publikacji książkowych. Pięć lat później Jimmy Carter nazwałby to
"moralnym ekwiwalentem wojny" i właśnie tak odczuwała to większość
Amerykanów w średnim wieku, którzy nie musieli oszczędzać benzyny od
czasów II wojny światowej.
Bill wpadł do środka i zadzwonił do Hala Puthoffa, by się poskarżyć.
Hal, fizyk, specjalista w dziedzinie laserów, często bywał naukowym
alter ego Billa. "Musi być jakiś lepszy sposób", krzyknął załamany Bill.
Hal zgodził się, że pora zacząć szukać czegoś, co zastąpiłoby paliwa
kopalne w transporcie -?czegoś innego od węgla, drewna czy energii
atomowej.
"Ale co może być jeszcze?", zapytał Bill.
Hal wyrecytował litanię możliwości. Było to stosowanie ogniw
słonecznych, paliwowych, wodnych (próba przekształcenia wodoru z wody w elektryczność). Był wiatr i odpadki, nawet metan. Jednakże żadna z nich,
nawet najbardziej egzotyczna, nie wydawała się dość trwała czy realna.
Bill i Hal zgodzili się, że w rzeczywistości potrzebne jest całkiem nowe
źródło: tani, niewyczerpywalny, być może jeszcze nieodkryty zasób
energii. Ich rozmowy często skręcały w stronę takich spekulacji. Hal był
na ogół fanem nowych technologii -?im coś bardziej futurystyczne, tym
lepsze. Był bardziej wynalazcą niż zwykłym fizykiem i w wieku 35 lat
miał już opatentowany przestrajalny laser na podczerwień. Hal był
człowiekiem sukcesu; za naukę zabrał się jako nastolatek, po śmierci
ojca. W 1958 roku, w rok po wystrzeleniu Sputnika I, otrzymał dyplom
University of Florida, ale dorastał w okresie rządów Kennedy'ego.
Podobnie jak wielu młodych ludzi jego pokolenia wziął sobie do serca
podstawową jego metaforę, mówiącą, że Stany Zjednoczone weszły na
pionierską drogę. Przez wszystkie te lata, a nawet po tym, jak program
kosmiczny USA załamał się w wyniku braku zainteresowania i pieniędzy,
Hal trwał w idealistycznym podejściu do swej pracy i przekonaniu o kluczowym znaczeniu nauki dla przyszłości rodzaju ludzkiego. Hal był
przekonany, że to nauka jest motorem cywilizacji. Ten niski człowiek o mocnej budowie ciała, lekkim podobieństwie do Mickeya Rooneya i bujnej
kasztanowej czuprynie skrywał swe bogate życie wewnętrzne za
flegmatycznym i bezpretensjonalnym wyglądem. Na pierwszy rzut oka nie
przypominał naukowca z pierwszej linii frontu. Co nie zmienia faktu, że
był faktycznie mocno przekonany, że pionierska praca naukowa ma
podstawowe znaczenie dla przyszłości Ziemi, dostarczając inspiracji dla
nauczania i wzrostu gospodarczego. Lubił też wychodzić ze swego
laboratorium, starając się stosować fizykę w życiu codziennym.
Bill Church był może skutecznym biznesmenem, ale cechował go podobny
idealizm jak Hala i również wierzył, że siłą doskonalącą cywilizację
jest nauka. W porównaniu z Halem był jak skromny Medici na tle Leonarda
da Vinci. Jego krótka przygoda z nauką skończyła się zaraz po tym, gdy
musiał przejąć rodzinny biznes, Church's Fried Chicken, teksaską ripostę
na Kentucky Fried Chicken. Dziesięć lat zajęło mu rozwijanie tego
biznesu i właśnie wprowadził firmę na rynek. Zbił majątek i nabrał
ochoty, by wrócić do swych młodzieńczych aspiracji; bez wykształcenia
musiał mieć do tego pośrednika. Hal był idealnym uzupełnieniem -
utalentowany fizyk, skłonny badać obszary, na które inni z miejsca
machnęliby ręką. Na pamiątkę tej współpracy Bill podarował Halowi we
wrześniu 1982 roku złoty zegarek z dedykacją: "Lodowcowemu Geniuszowi od
Śniegu". Chodziło o to, że Hal był spokojnym wynalazcą, wytrwałym i chłodnym jak lodowiec, a Bill, Śnieg, stawiał przed nim nowe wyzwania,
sypiąc nimi obficie jak drobnym puchem.
"Jest jeden ogromny rezerwuar energii, o którym jeszcze nie mówiliśmy",
powiedział Hal. Każdy fizyk kwantowy, wyjaśnił, dobrze wie o polu punktu
zerowego. Mechanika kwantowa wykazała, że nie ma nic takiego jak próżnia
czy nicość. To, o czym zwykliśmy myśleć jako o bezkresnej przestrzeni, w której nic nie ma, jak gdyby cały Kosmos został wymieciony z energii i materii, jest z punktu widzenia mechaniki kwantowej prawdziwym ulem.
Zasada nieoznaczoności, sformułowana przez Wernera Heisenberga, jednego
z głównych twórców mechaniki kwantowej, mówi, że żadna cząstka nie
pozostaje w spoczynku, ale jest w nieustannym ruchu dzięki energii stanu
podstawowego, oddziałując nieustannie z materią na poziomie
elementarnym. To znaczy, że najbardziej podstawową strukturą
Wszechświata jest morze pól kwantowych, którym nie zaprzecza żadne znane
prawo fizyki.
To, co uważamy za stabilny, statyczny Wszechświat, jest w gruncie rzeczy
kipiącym wirem cząstek elementarnych, losowo pojawiających się i znikających. Wprawdzie zasada Heisenberga przede wszystkim odnosi się do
nieoznaczoności związanej z pomiarem właściwości fizycznych świata
subatomowego, ale ma też inne znaczenie: nie możemy znać zarówno
energii, jak i czasu życia cząstki, a zatem zachodzące w ułamku czasu
zdarzenie subatomowe wymaga nieznanej ilości energii. Zgodnie z teorią
Einsteina i jego sławnym równaniem E = mc2,
wiążącym energię z masą, wszystkie cząstki elementarne oddziałują ze
sobą, wymieniając energię za pomocą innych cząstek kwantowych, o których
się sądzi, że pojawiają się znikąd, powstając i anihilując się nawzajem
w mniej niż mgnienie oka -?konkretnie w 10-23 sekundy -?i powodując
przypadkowe fluktuacje energii bez wyraźnej przyczyny. Chwilowe cząstki
powstałe w tym ułamku chwili są znane jako "cząstki wirtualne". Różnią
się od prawdziwych cząstek tym, że istnieją tylko w trakcie tej wymiany
-?w czasie dopuszczonym przez zasadę nieoznaczoności. Hal lubił myśleć o tym zjawisku jako o mgiełce kropelek rozchodzącej się od dudniącej
ściany wodospadu*7.
To subatomowe tango, choć krótkie, to jednak po zsumowaniu w całym
Wszechświecie daje gigantyczną energię, większą niż ta zawarta w całej
materii świata. W określeniu "pole punktu zerowego", zwanym też przez
fizyków "próżnią", zero oznacza, że fluktuacje pola są wykrywalne w temperaturze zera bezwzględnego, w najniższym możliwym stanie energii,
gdzie nie ma żadnej materii i nie zostało nic, co może się poruszać.
Energia punktu zerowego to energia obecna w najbardziej pustej
przestrzeni przy najniższej możliwej energii, kiedy nie ma już materii,
którą można by usunąć -?w stanie, w którym ruch materii subatomowej
zbliża się najbardziej do zera*8. Jednakże zgodnie z zasadą
nieoznaczoności istnieje zawsze jakiś rezydualny ruch wynikający z wymiany cząstek wirtualnych. Zazwyczaj bywa omijany, jako coś, co jest
obecne zawsze. W równaniach fizycznych większość fizyków najchętniej
odrzuca tę kłopotliwą energię punktu zerowego -?w procesie zwanym
"renormalizacją"*9. Ponieważ energia punktu zerowego jest
wszechobecna, przyjęto, że niczego nie zmienia. A ponieważ niczego nie
zmienia, więc się nie liczy*10.
Hal interesował się polem punktu zerowego od kilku lat, od chwili, gdy
natknął się w bibliotece na publikacje Timothy Boyera z City University
w Nowym Jorku. Boyer wykazał w nich, że fizyka klasyczna, wspomagana
przez rezydualne fluktuacje pól punktu zerowego, może wyjaśnić wiele
dziwnych zjawisk związanych z mechaniką kwantową*11. Gdyby
wierzyć Boyerowi, to do opisu własności Wszechświata nie byłyby
potrzebne dwie różne fizyki -?klasyczna newtonowska i kwantowa.
Wszystko, co dzieje się w świecie kwantowym, można by wyjaśnić na
gruncie fizyki klasycznej -?pod warunkiem że uwzględni się pole punktu
zerowego.
Im więcej Hal o tym myślał, tym bardziej był przekonany, że pole punktu
zerowego spełniało wszystkie kryteria, które sobie założył: było
darmowe, nieskończone, niczego nie zanieczyszczało. Pole punktu zerowego
mogło zatem stanowić coś w rodzaju nieograniczonego źródła energii.
"Gdyby można było z niego zaczerpnąć -?powiedział Hal do Billa -?można
by nim nawet napędzać statki kosmiczne".
Billowi spodobał się ten pomysł i zaproponował, że sfinansuje jakieś
pionierskie badania w tej dziedzinie. Finansował już inne, bardziej
zwariowane pomysły Hala. W pewnym sensie nadeszła pora Hala. W wieku 36
lat Hal znalazł się w zawieszeniu. Jego pierwsze małżeństwo się
rozpadło, właśnie skończył pisać swą część książki, która okazała się
ważnym podręcznikiem elektroniki kwantowej. Zaledwie pięć lat wcześniej
na Uniwersytecie Stanforda zrobił doktorat z inżynierii elektrycznej i miał dokonania w dziedzinie laserów. Kiedy praca na uczelni zaczęła go
nużyć, przeniósł się i obecnie zajmował się laserami w SRI (Stanford
Research Institute), gigantycznym jarmarku badań naukowych, w owym
czasie stowarzyszonym z Uniwersytetem Stanforda. Instytut, usadowiony w sennym zakątku miasteczka Menlo Park, wciśnięty między seminarium św.
Patryka i pokryte dachówkami budynki Uniwersytetu Stanforda, sam był jak
uczelnia, ze skomplikowaną siecią dwupiętrowych domów z czerwonej cegły.
W owym czasie SRI był drugim co do wielkości think tankiem na świecie,
gdzie każdy mógł studiować dosłownie wszystko, tak długo, jak długo
potrafił znaleźć na to fundusze.
Hal poświęcił kilka lat na przestudiowanie literatury naukowej i wykonanie podstawowych obliczeń. Przyjrzał się dokładniej innym,
pokrewnym aspektom próżni i ogólnej teorii względności. Hal, raczej
niezbyt wylewny, starał się ograniczyć do obszarów ściśle
intelektualnych, ale od czasu do czasu nie mógł się powstrzymać od
wybiegania myślami w przód. Już w tych pierwszych latach wiedział, że
trafił na coś o podstawowym znaczeniu dla fizyki. Był to niewiarygodny
przełom, być może sposób na zastosowanie mechaniki kwantowej do świata
na wielką skalę, a może nawet zupełnie nowa nauka. To było coś innego
niż lasery i wszystko, co robił dotychczas. Czuł się trochę tak, z zachowaniem proporcji, jak Einstein, kiedy odkrywał teorię względności.
W końcu zrozumiał, do czego zmierza: był na progu odkrycia, że "nowa"
fizyka świata subatomowego może się mylić -?a przynajmniej wymaga
gruntownego przeglądu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
D. Reilly, Is evidence for homeopathy reproducible?, "The Lancet", 1994; 344: 1601-1606. [wróć]
Jeśli chodzi o podróż dr. Mitchella, opierałam się na: E. Mitchell, The Way of the Explorer: An Apollo Astronaut's Journey Through the Material and Mystical Worlds (G.P. Putnam, 1996): 61. M. Light, Full Moon (London: Jonathan Cape, 1999); wizycie na wystawie fotografii księżycowych (London: Tate Gallery, listopad 1999); osobistych wywiadach z dr. Mitchellem (lato i jesień 999); T. Wolfe, The Right Stuff (London: Jonathan Cape, 1980) i A. Chaikin, A Man on the Moon (Harmondsworth: Penguin, 994). [wróć]
E. Mitchell, Way of the Explorer: 61. Rezultaty dr. Mitchella były opublikowane w "Journal of Parapsychology", czerwiec 1971. [wróć]
D. Loye, An Arrow Through Chaos (Rochester, Vt: Park Street Press, 2000). [wróć]
Uważa się, że nielokalność została udowodniona w eksperymentach przeprowadzonych przez Alaina Aspecta i jego współpracowników w Paryżu w 1982. [wróć]
M. Schiff, The Memory of Water: Homeopathy and the Battle of Ideas in the New Science (Thorsons, 1995). [wróć]
H. Puthoff, Everything for nothing, "New Scientist", 28 lipca 1990: 52-5. [wróć]
J. D. Barrow, The Book of Nothing (London, Jonathan Cape, 2000): 216. [wróć]
Proste równanie, pokazujące energię oscylatorów harmonicznych, można przedstawić jako H=?i??i(ni+1/2), gdzie 1/2 oznacza energię punktu zerowego. W trakcie renormalizacji fizycy po prostu pomijają 1/2. W porozumieniu z Halem Puthoffem, 7 grudnia 2000. [wróć]
Pole punktu zerowego jest zawarte w stochastycznej elektrodynamice. Natomiast w zwykłej, klasycznej fizyce jest ono renormalizowane. [wróć]
T. Boyer, Deviation of the black-body radiation spectrum without quantum physics, "Physical Review", 1969; 182: 137-83. [wróć]