Pole position. On the grid #1 - Joanna Światkowska

Kup ebooka

60.00 zł
49.70 zł (60,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.Nowa rodzina

Lilith

Sta­łam przy pa­no­ra­micz­nym oknie w ga­bi­ne­cie Vi­vien­ne, ob­ser­wu­jąc no­wo­jor­skie ży­cie to­czące się pod mo­imi sto­pa­mi. Klak­so­ny, mi­ga­jące świa­tła, lu­dzie, któ­rzy za­wsze wie­dzie­li, do­kąd idą. Cze­ka­łam na moją sze­fo­wą, a jed­no­cze­śnie ko­bie­tę, dzi­ęki któ­rej mia­łam po­wód do wsta­wa­nia co­dzien­nie z łó­żka.

- Prze­pra­szam, że mu­sia­łaś cze­kać! - wpa­dła do ga­bi­ne­tu. - Dzi­siej­szy dzień to ist­ne sza­le­ństwo!

Vi­vien­ne Ha­no­ver była praw­dzi­wym wul­ka­nem ener­gii. Gęste blond wło­sy mi­ęk­ko opa­da­ły na jej ra­mio­na. Prze­cze­sa­ła je pal­ca­mi, sia­da­jąc za biur­kiem. Zlu­stro­wa­ła mnie swo­imi nie­bie­ski­mi ocza­mi, po­sy­ła­jąc pi­ęk­ny uśmiech.

- Nic nie szko­dzi. - Usia­dłam przed biur­kiem. - Dla­cze­go chcia­łaś się ze mną dzi­siaj spo­tkać?

Kla­snęła w dło­nie.

- Je­steś go­to­wa.

- Go­to­wa na co kon­kret­nie?

- Jak to na co, głup­ta­sie? Na swo­je­go pierw­sze­go klien­ta!

Jej sło­wa za­wi­sły mi­ędzy nami. Pierw­szy klient. Cze­ka­łam na ten mo­ment od mie­si­ęcy, a kie­dy nad­sze­dł, za­miast eks­cy­ta­cji po­czu­łam strach. Na moje bar­ki spa­da­ła wiel­ka od­po­wie­dzial­no­ść. Przez ostat­nie mie­si­ące by­łam w agen­cji cie­niem. Uczy­łam się, ob­ser­wo­wa­łam, wy­ko­ny­wa­łam po­le­ce­nia. Vi­vien­ne osiem lat temu za­ło­ży­ła agen­cję, któ­ra zrze­sza­ła me­na­dże­rów pra­cu­jących dla spor­tow­ców, ce­le­bry­tów, ar­ty­stów wy­so­kiej pó­łki. Lu­dzie wy­pru­wa­li so­bie wnętrz­no­ści, aby do­stać się na staż do Ha­no­ver Me­dia Agen­cy. Cóż, ja nie mu­sia­łam, po­nie­waż Vi była moją nie­do­szłą ma­co­chą. Roz­sta­ła się z moim oj­cem dzie­wi­ęć lat temu. Lau­ren­ta nie chcia­ła wi­dzieć na oczy, ży­czy­ła mu spo­tka­nia sa­me­go dia­bła i gni­cia w męczar­niach. Na szczęście mnie nie ży­czy­ła tego sa­me­go. Kie­dy, na prze­kór ro­dzi­com, szu­ka­łam wła­snej ży­cio­wej dro­gi, wzi­ęła mnie pod swo­je skrzy­dła.

- Nie cie­szysz się? - spy­ta­ła za­sko­czo­na wi­docz­nym bra­kiem en­tu­zja­zmu.

- Cie­szę! - Skła­ma­łam. - Ale my­śla­łam, że jesz­cze przez chwi­lę będę mo­gła się od cie­bie uczyć.

- Sko­ńczy­łaś stu­dia. Zro­bi­łaś wszyst­kie kur­sy, na ja­kie cię po­sła­łam. Wy­ro­bi­łaś so­bie mar­kę i masz pierw­sze zna­jo­mo­ści. Pra­cu­jesz tu wy­star­cza­jąco dłu­go, abym mo­gła mieć pew­no­ść, że so­bie świet­nie po­ra­dzisz. Prze­cież wiesz, że nie trak­tu­ję cię ulgo­wo.

- Nie wszy­scy są tego sa­me­go zda­nia - mruk­nęłam pod no­sem.

Vi­vien­ne nie ukry­wa­ła przed swo­imi pra­cow­ni­ka­mi, że po­zna­ły­śmy się wcze­śniej.

- Kie­dy mia­ła­bym do­stać tego no­we­go klien­ta?

- Za­raz po two­im po­wro­cie z Lon­dy­nu.

Lon­dyn. Nie chcia­łam tam le­cieć i gdy­by Vi po­trze­bo­wa­ła mnie na miej­scu, zo­sta­ła­bym. Moja mat­ka wy­cho­dzi­ła za mąż po raz... Do­bra, nie war­to li­czyć. Mia­łam wi­ęcej eks ta­tu­siów, niż oj­ciec fun­do­wał mi po­ten­cjal­nych no­wych ma­muś. Tak, moi ro­dzi­ce byli przy­kła­dem lu­dzi, któ­rzy nie po­win­ni mieć dzie­ci.

Nowy mąż mo­jej mat­ki był an­giel­skim lor­dem. Z ty­tu­łem, po­sia­dło­ścią i sy­nem, z któ­rym ca­łkiem nie­źle się do­ga­dy­wa­łam. Po raz pierw­szy chy­ba zła­pa­łam język z przy­rod­nim ro­dze­ństwem.

- Co to za klient? Przej­mę go po in­nym agen­cie, czy to ktoś nowy?

Na twa­rzy Vi po­ja­wił się de­li­kat­ny uśmiech.

- Na ten mo­ment nie­wie­le mogę zdra­dzić. Umo­wa cały czas jest w fa­zie pod­pi­sy­wa­nia, a jemu za­le­ży na dys­kre­cji. Dla mo­jej agen­cji to ogrom­na szan­sa.

- Sko­ro to taki wa­żny klient, może nie po­win­nam go do­sta­wać?

- Wła­śnie dla­te­go chcę, abyś to ty go do­sta­ła. On po­trze­bu­je ko­goś mło­de­go, ko­goś, kto nie boi się od­wa­żnych kro­ków, ale też po­trze­bu­ję ko­goś, kto cho­ciaż tro­chę zna... For­mu­łę 1.

Po­czu­łam, jak moje ser­ce za­czy­na ko­ła­tać. Czy ona na­praw­dę po­wie­dzia­ła to, co usły­sza­łam? For­mu­ła 1? Nie, nie, nie!

- Nie!

Spoj­rza­ła na mnie już bez gra­ma uśmie­chu. Vi była mi bli­ższa niż moja mama, ale w biz­ne­sie kie­ro­wa­ła się wła­snym in­te­re­sem i nie lu­bi­ła, gdy pra­cow­ni­cy jaw­nie się sprze­ci­wia­li.

- Nie to chcia­łam usły­szeć, Li­lith.

- For­mu­ła 1? Nie, Vi! Nie ma mowy!

Wes­tchnęłam i od­chy­li­łam się na krze­śle. Spoj­rza­łam w stro­nę pa­no­ra­micz­ne­go okna. Z jed­nej stro­ny ro­zu­mia­łam, dla­cze­go wy­bra­ła mnie, choć bez do­świad­cze­nia. Ża­den z za­trud­nio­nych tu me­na­dże­rów nie pra­co­wał wcze­śniej z oso­bą z F1.

- Wiesz, co mój oj­ciec zna­czy w For­mu­le. Wiesz, jak bar­dzo chcę się od tego trzy­mać z da­le­ka.

Lau­rent Me­stral był czło­wie­kiem, któ­ry w For­mu­le 1 był ni­czym arab­ski szejk, otwie­ra­jący swo­je sej­fy, pe­łne bo­gac­twa i szans na zdo­mi­no­wa­nie se­zo­nu. Mój oj­ciec był Szwaj­ca­rem, a jego naj­wi­ęk­szym klien­tem było Fer­ra­ri. Był im lo­jal­ny ni­czym pies pa­ster­ski.

- Spo­koj­nie, to nikt z Fer­ra­ri.

- Bez ró­żni­cy. Dla mnie to jed­no i to samo. Tam ka­żdy zna mo­je­go ojca, wła­zi mu w dupę i... Vi, wiem, że dla cie­bie to szan­sa, ale ja na­praw­dę nie chcę pra­co­wać z kimś z For­mu­ły.

- A czy przez chwi­lę mo­gła­byś na to spoj­rzeć z in­nej per­spek­ty­wy? Twój oj­ciec tobą gar­dzi. Robi z cie­bie swo­je­go pion­ka. Przy­po­mi­na so­bie o to­bie, kie­dy je­steś mu po­trzeb­na. Mo­żesz mu po­ka­zać, że nie je­steś na jego smy­czy. Po­dej­mu­jesz wła­sne de­cy­zje, pra­cu­jesz w mo­to­spor­cie na wła­snych za­sa­dach i ni­g­dy nie ugniesz się pod ci­ęża­rem jego spoj­rze­nia. Za­wsze ci na tym za­le­ża­ło. Tak, na po­cząt­ku może nie być ła­two. Lau­rent będzie pró­bo­wał we­jść ci w dro­gę, ugrać coś dla sie­bie, ale ty po­ka­żesz mu, wo­bec kogo je­steś lo­jal­na. Wo­bec sie­bie.

- Nie chcę, żeby Lau­rent miał do mnie do­stęp. Ani przez klien­ta, ani przez me­dia, ani przez co­kol­wiek zwi­ąza­ne­go z F1.

- Nie je­steś już na­sto­lat­ką. Je­steś do­ro­słą, świa­do­mą ko­bie­tą, po­dej­mu­jącą wła­sne de­cy­zje. Pra­cu­jesz dla mnie. Nie dla swo­je­go ojca. On może spa­dać na drze­wo.

- Wzi­ęłaś tego klien­ta, aby za­grać mu na no­sie?

- Może - przy­zna­ła się z uśmie­chem. - Ale nie chcę, abyś my­śla­ła, że cię wy­ko­rzy­stu­ję. Po pro­stu wiem, że nikt nie zaj­mie się tym klien­tem le­piej od cie­bie. Znasz ten świat. By­łaś w nim. Za jego ple­ca­mi, ale by­łaś. Po­trze­bu­ję cię. - Spoj­rza­ła mi pew­nie w oczy. - Wróć ze ślu­bu - po­wie­dzia­ła ła­god­nie. - Zre­se­tuj się w tej An­glii, po­ukła­daj so­bie wszyst­ko w gło­wie, a kie­dy wró­cisz, jesz­cze raz po­roz­ma­wia­my.

Chcia­łam jej po­wie­dzieć, że je­że­li będę mia­ła w An­glii zbyt wie­le cza­su, jesz­cze wpad­nę na ge­nial­ny po­my­sł, aby się zwol­nić. Nie chcia­łam jed­nak tra­cić pra­cy. Nie chcia­łam jej zmie­niać, ale coś czu­łam, że mogę wpa­ść na taki po­my­sł, je­że­li w An­glii coś mnie strze­li.

Za­bra­łam to­reb­kę i wy­szłam z ga­bi­ne­tu mo­jej sze­fo­wej. Na­praw­dę chcia­łam się trzy­mać z da­le­ka od świa­ta mo­je­go ojca, ale ro­zu­mia­łam, że Vi po­trze­bo­wa­ła tego klien­ta, bo For­mu­ła, ge­ne­ro­wa­ła gi­gan­tycz­ne pie­ni­ądze. Fir­ma do­brze pro­spe­ro­wa­ła, ob­słu­gi­wa­li­śmy wie­le to­po­wych na­zwisk, ale Vi za­le­ża­ło na tym, aby mieć wi­ęcej mi­lio­no­wych klien­tów, a gwiaz­da For­mu­ły 1, za­do­wo­lo­na z na­szych usług, mo­gła szep­nąć do­bre słów­ko da­lej i przy­ci­ągnąć Vi no­wych klien­tów. Szko­da tyl­ko, że moim kosz­tem.

Wła­śnie ro­bi­łam pierw­szy krok w stro­nę świa­ta, od któ­re­go całe ży­cie pró­bo­wa­łam uciec.

***

Wy­sia­dłam z win­dy na ostat­nim pi­ętrze. Moje miesz­ka­nie po­grążo­ne było w ci­szy i mro­ku. Włączy­łam świa­tło. Nie było tam ni­ko­go, kto na mnie cze­kał. Od nie­mal pó­łto­ra roku by­łam sama. Z moim po­przed­nim chło­pa­kiem roz­sta­łam się za­raz po tym, jak przy­ła­pa­łam go na zdra­dzie.

Miesz­ka­nie skła­da­ło się z po­łączo­nej prze­strze­ni, w skład któ­rej wcho­dzi­ły sa­lon, ja­dal­nia i kuch­nia. W głębi miesz­ka­nia na lek­kim pod­wy­ższe­niu znaj­do­wa­ła się moja sy­pial­nia, gar­de­ro­ba oraz ła­zien­ka. Ka­żdy kąt był do­pra­co­wa­ny do per­fek­cji. Mar­mu­ro­we podło­gi, mar­mu­ro­we fi­la­ry pod­trzy­mu­jące strop, wi­dok z sze­śćdzie­si­ąte­go ósme­go pi­ętra na per­fek­cyj­ny Man­hat­tan to­nący w mi­lio­nach świa­te­łek.

- Pa­mi­ętaj, komu to wszyst­ko za­wdzi­ęczasz!

Głos mo­je­go ojca wy­brzmiał w mo­jej gło­wie. Sły­sza­łam go nie­mal co­dzien­nie, kie­dy wra­ca­łam do domu. Po­win­nam się spa­ko­wać i wy­pro­wa­dzić, ale... przy­zwy­cza­iłam się do wy­go­dy. Pa­ra­doks. Chcia­łam trzy­mać się z da­le­ka od mo­je­go ojca, a jed­nak jego pie­ni­ądze da­wa­ły mi za­bez­pie­cze­nie. Nie mu­sia­łam uże­rać się z wła­ści­cie­la­mi, nie mu­sia­łam się mar­twić na­głą eks­mi­sją, bo ktoś chce od­zy­skać swój lo­kal.

Zrzu­ci­łam płaszcz na opar­cie krze­sła. Prze­szłam boso po chłod­nej podło­dze. Moje od­bi­cie prze­su­wa­ło się w lu­strza­nych po­wierzch­niach ścian. Szczu­pła syl­wet­ka, dłu­gie czar­ne wło­sy spły­wa­jące swo­bod­nie po ple­cach, prze­cho­dzące od po­ło­wy w chłod­ny gra­dient trzech od­cie­ni sza­ro­ści. Wło­sy były moim zna­kiem roz­po­znaw­czym. Oj­ciec mó­wił, że wy­glądam śmiesz­nie, a ja upo­rczy­wie trzy­ma­łam ten ko­lor, po­nie­kąd z ra­do­ścią ro­bi­ąc mu na zło­ść. Ciem­ne oczy pod­kre­śla­łam moc­niej­szym ma­ki­ja­żem. Usta ro­bi­łam za­wsze krwi­ście czer­wo­ne.

Za­trzy­ma­łam się przy ku­chen­nej wy­spie i na­la­łam so­bie bia­łe­go wina. Wzi­ęłam za­chłan­ny łyk. Nie po­mó­gł. Wzi­ęłam ko­lej­ny.

For­mu­ła 1.

Nie mo­głam wy­łączyć my­śle­nia. Za­ci­snęłam pal­ce na kie­lisz­ku. Vi mia­ła ra­cję. Zna­łam ten świat. I cho­ciaż ni­g­dy nie by­łam w jego środ­ku, nie sta­łam u boku ojca w jego brud­nych in­te­re­sach, wie­dzia­łam, co tym świa­tem kie­ru­je. Wie­dzia­łam, z kim trze­ba trzy­mać, aby osi­ągać suk­ces. Wie­dzia­łam, od kogo na­le­ży ucie­kać, aby nie zna­le­źć się na dnie. Wie­dzia­łam, na któ­rych ga­lach trze­ba być, a na któ­re nie war­to tra­cić cza­su.

Po­szłam do sy­pial­ni i otwo­rzy­łam gar­de­ro­bę. Rzędy ubrań wi­sia­ły ide­al­nie upo­rząd­ko­wa­ne. Wy­bra­łam czar­ną, ce­ki­no­wą su­kien­kę na cien­kich ra­mi­ącz­kach. Wy­so­kie szpil­ki pod­kre­śli­ły moje dłu­gie i zgrab­ne nogi. Kre­ska na po­wie­ce była nie­ska­zi­tel­na. Rzęsy ro­bi­łam kil­ka dni temu. Wło­sy zo­sta­wi­łam roz­pusz­czo­ne.

Noc­tur­ne było ide­al­nym miej­scem, w któ­rym szło za­po­mnieć o świe­cie zo­sta­wia­nym za drzwia­mi. Ochro­na mnie zna­ła. Wpu­ści­li mnie bez sta­nia w ko­lej­ce. Po­de­szłam do baru i za­mó­wi­łam drin­ka.

Ru­szy­łam na par­kiet. Ta­ńczy­łam mi­ędzy nie­zna­jo­my­mi twa­rza­mi. Po­zwa­la­łam, by noc mnie pro­wa­dzi­ła. Ni­g­dy nie chcia­łam, aby świat ojca mnie wci­ągnął. Ko­cha­łam Vi bar­dziej niż moją mat­kę. Opie­ko­wa­ła się mną, kie­dy Ele­anor szu­ka­ła so­bie ko­lej­ne­go męża, a mną miał się zaj­mo­wać wte­dy oj­ciec. Trwa­ły wte­dy wa­ka­cje, a przez te kil­ka ty­go­dni w roku by­łam zmu­szo­na spędzać czas pod da­chem mo­je­go ojca. Jed­nak, mimo że ko­cha­łam Vi, nie chcia­łam, aby mnie wy­ko­rzy­sta­ła. Wie­dzia­łam, że po­zy­ska­nie klien­ta z mo­to­spor­tu to nie żad­na ze­msta na moim ojcu. Nie mie­li z Lau­ren­tem kon­tak­tu od dzie­wi­ęciu lat. Ona była szczęśli­wa ze swo­im na­rze­czo­nym, a mój oj­ciec od tego cza­su był już z trze­ma in­ny­mi ko­bie­ta­mi. Ka­żde po­szło w swo­je stro­ny. Nie­mal o so­bie za­po­mnie­li. Je­dy­nie, kie­dy wi­dzia­łam się z oj­cem, py­tał mnie, co u Vi, a ja la­ko­nicz­nie od­po­wia­da­łam: w po­rząd­ku. Nie­mal to samo od­po­wia­da­łam Vi, kie­dy py­ta­ła o ojca: na­dal żyje.

Mia­łam kil­ka dni, aby prze­my­śleć, jaką od­po­wie­dź dać mo­jej sze­fo­wej. Nie chcia­łam od­cho­dzić z pra­cy, ale je­że­li uznam, że by­cie me­na­dżer­ką ko­goś z mo­to­spor­tu będzie dla mnie zbyt ry­zy­kow­ne, po­dej­mę tę jed­ną, dra­stycz­ną de­cy­zję.

Ale to za kil­ka dni. Te­raz się za­baw­my.

***

Prze­su­nęłam de­li­kat­nie dło­nią po twa­rzy i po­czu­łam ude­rza­jącą falę mdło­ści. Świet­nie, mia­łam kaca.

Otwo­rzy­łam oczy i spoj­rza­łam w su­fit. Nie wy­glądał jak su­fit w moim apar­ta­men­cie. Nie pa­so­wa­ły mi od­bi­ja­jące się na nim ko­lo­ry.

Gdzie ja, do cho­le­ry, je­stem?

Ude­rzy­ła we mnie pa­ni­ka. Moje my­śli były cha­otycz­ne. Ser­ce ga­lo­pem biło w pier­si. Bo­la­ła mnie gło­wa i było mi nie­do­brze. Żo­łądek mia­łam zwi­ąza­ny w su­peł. My­śli wra­ca­ły po­wo­li. By­łam w klu­bie. Pi­łam, ta­ńczy­łam, śmia­łam się. Po­zna­łam ja­kie­goś fa­ce­ta. Za­mó­wił mi drin­ka, chwi­lę po­ga­da­li­śmy, a pó­źniej... wsie­dli­śmy w tak­sów­kę i przy­je­cha­li­śmy do ho­te­lu. Prze­kręci­łam gło­wę.

- Szlag!

Nie by­łam sama.

Pod­nio­słam się do po­zy­cji sie­dzącej. Obok mnie le­żał mężczy­zna. Od pasa w górę był nagi. Spał na brzu­chu z dło­ńmi wsu­ni­ęty­mi pod po­dusz­kę. Twarz miał zwró­co­ną w dru­gą stro­nę. Sze­ro­kie bar­ki no­si­ły drob­ne śla­dy mo­ich pa­znok­ci. I nie czu­łam z tego po­wo­du ab­so­lut­nie żad­nych wy­rzu­tów su­mie­nia. Do­bra, po­nio­sło mnie i już pa­mi­ętam dla­cze­go. Seks był... in­ten­syw­ny, bez­piecz­nie nie­bez­piecz­ny i taki, o któ­rym my­ślisz na dłu­go po jego fi­na­le. Nie by­łam w sta­nie przy­po­mnieć so­bie imie­nia tego fa­ce­ta. By­łam pew­na, że się przed­sta­wił, ale al­ko­hol za­mro­czył mi tę jed­ną ko­mór­kę my­ślo­wą.

Po­ru­szy­łam się ostro­żnie. Prze­ście­ra­dło zsu­nęło się z mo­je­go cia­ła. Mężczy­zna mruk­nął coś przez sen, ale się nie obu­dził. Świet­nie! Nie mia­łam ocho­ty na roz­mo­wę. Chcia­łam znik­nąć. Wy­su­nęłam się z łó­żka tak ci­cho, jak po­tra­fi­łam. Sto­py do­tknęły mi­ęk­kiej wy­kła­dzi­ny. Prze­cze­sa­łam wło­sy pal­ca­mi, spo­gląda­jąc na ze­ga­rek. Mia­łam pięć go­dzin do sa­mo­lo­tu. Mu­sia­łam wró­cić do domu, do­ko­ńczyć pa­ko­wa­nie i je­chać na lot­ni­sko, aby zdążyć na lot do Lon­dy­nu. Szyb­ko ze­bra­łam po­roz­rzu­ca­ne po po­ko­ju ubra­nia. Nie ro­bi­łam tego pierw­szy raz. Wie­lo­krot­nie wy­my­ka­łam się nad ra­nem z cu­dzych sy­pial­ni, nie zo­sta­wia­jąc żad­nej kar­tecz­ki.

W ła­zien­ce spoj­rza­łam na sie­bie w lu­strze. Roz­ma­za­ny ma­ki­jaż, po­tar­ga­ne wło­sy, po­mad­ka, któ­ra stra­ci­ła swój błysk za spra­wą po­ca­łun­ków ostat­niej nocy... By­łam lek­ko ska­co­wa­na, ale nie mia­łam żad­nych wy­rzu­tów su­mie­nia. Wło­ży­łam su­kien­kę, po­pra­wi­łam wło­sy i wy­szłam z ła­zien­ki. Mój noc­ny ko­cha­nek spał. Nie da­łam mu ca­łu­sa na po­że­gna­nie. Za­bra­łam to­reb­kę, za­mó­wi­łam Ube­ra i wy­szłam z bu­ta­mi w dło­niach.

Uber cze­kał już na mnie pod ho­te­lem. Kie­row­ca rzu­cił ukrad­ko­we spoj­rze­nie, ale ko­men­tarz zo­sta­wił dla sie­bie. Opa­rłam gło­wę o szy­bę, ob­ser­wu­jąc mia­sto prze­su­wa­jące się za szkłem. Te­le­fon za­wi­bro­wał mi w dło­ni. De­li­kat­nie uśmiech­nęłam się pod no­sem, wi­dząc nadaw­cę.

Hay­den: O któ­rej lądu­jesz? Oj­ciec chce wie­dzieć, na któ­rą go­dzi­nę pod­sta­wić kie­row­cę.Li­lith: Nie wiem, nie pa­mi­ętam. Nie każ mi te­raz szu­kać bi­le­tu i spraw­dzać.Hay­den: Gdzie je­steś?Li­lith: W Ube­rze.Hay­den: Któ­ra jest u cie­bie go­dzi­na?Li­lith: Chwi­la po czwar­tej... nad ra­nem. Nie susz gło­wy, mam kaca!Hay­den: Przy­naj­mniej był wart nie­prze­spa­nej nocy?Li­lith: Chy­ba tak.

Za­śmia­łam się, pi­sząc ostat­nią wia­do­mo­ść.

Hay­den: Chy­ba?Li­lith: No... nie­wie­le pa­mi­ętam. Nie osądzaj. Sam nie je­steś lep­szy.

Do­je­cha­li­śmy pod moje miesz­ka­nie. Czte­ry i pół go­dzi­ny do sa­mo­lo­tu. Czas we­jść na wy­ższe ob­ro­ty i we­jść w rolę... cór­ki Ele­anor Rho­des. A może Parks? Cho­ciaż ostat­nio na­zy­wa­ła się Le­vi­ne.

Nie­wa­żne. Za dwa dni będzie Da­ven­port.

Tyl­ko na jak dłu­go?

***

Cze­mu lu­dzie za­chwy­ca­ją się An­glią, wrzu­ca­jąc ją na swo­je li­sty must vi­sit? Zim­no, po­nu­ro, mgli­ście i dżdży­ście. Aura przy­pra­wi­ła mnie o de­pre­sję już w mo­men­cie wyj­rze­nia przez okno sa­mo­lo­tu. Co to będzie, jak wyj­dę poza lot­ni­sko?

Ri­chard Da­ven­port był an­giel­skim biz­nes­me­nem, któ­re­go moja mat­ka po­zna­ła na przy­jęciu w No­wym Jor­ku. Dwie go­dzi­ny roz­mów i czte­ry drin­ki pó­źniej dzie­li­li wspól­ne łó­żko ho­te­lo­we, aby po trzech mie­si­ącach ro­man­su stwier­dzić, że są so­bie pi­sa­ni. Ele­anor prze­ży­wa­ła dru­gą mło­do­ść. Pa­trzy­ła na mnie z na­dzie­ją, że będę za­zdro­sna, kogo uda­ło jej się usi­dlić i jak nie musi się mar­twić o pie­ni­ądze. Cóż, ni­cze­go jej nie za­zdro­ści­łam.

Ri­chard był tak uprzej­my, że wy­słał po mnie kie­row­cę. Si­wie­jący kie­row­ca mó­wił do mnie nie­na­gan­ną an­gielsz­czy­zną. Otwo­rzył mi drzwi, opo­wia­dał o mi­ja­nych za­byt­kach i uro­kach miesz­ka­nia w An­glii. Przy­ta­ki­wa­łam w grzecz­no­ści, a w my­ślach od­li­cza­łam dni do sa­mo­lo­tu po­wrot­ne­go.

Kie­row­ca za­trzy­mał się przed ma­syw­ną że­la­zną bra­mą, któ­ra otwie­ra­ła się po­wo­li, bu­du­jąc na­pi­ęcie. Re­zy­den­cja Da­ven­por­tów była ogrom­na. Ka­mien­na fa­sa­da, wy­so­ki por­tyk z ko­lum­na­mi, ozdob­ne ba­lu­stra­dy przy bal­ko­nach. Okna mia­ły ciem­ne ramy, pod­jazd po­kry­wał ide­al­nie uło­żo­ny bruk. Ca­ło­ść pre­zen­to­wa­ła się z kla­są. I chło­dem. Ta­kim bo­ga­tym, an­giel­skim chło­dem. Czu­łam się jak na pla­nie fil­mo­wym no­we­go se­zo­nu Do­wn­ton Ab­bey lub Brid­ger­to­nów.

- Gra­tu­la­cje, mamo. Usta­wi­łaś się do­kład­nie tak, jak chcia­łaś - po­wie­dzia­łam do sie­bie, wy­gląda­jąc przez okno. - Świat się ko­ńczy.

Będziesz tu­taj mile wi­dzia­na. Sło­wa mat­ki dud­ni­ły mi w gło­wie. Po­dob­no były to sło­wa Ri­char­da. Cie­ka­we, czy na­praw­dę będę mo­gła wpa­dać bez za­po­wie­dzi, czy był to grzecz­no­ścio­wy zwrot an­giel­skie­go lor­da. Po­dej­rze­wa­łam to dru­gie. Ri­chard miał do­ro­słe­go syna, któ­ry nie­mal nie by­wał w domu. By­łam pew­na, że i mnie nie będą chcie­li często wi­dzieć na oczy, aby wić so­bie tu­taj gniazd­ko no­wo­że­ńców.

Kie­row­ca wska­zał mi drzwi we­jścio­we. Sam miał za­jąć się moją wiel­ką wa­liz­ką. Gdy wspi­ęłam się na trze­ci scho­dek, drzwi od re­zy­den­cji się otwo­rzy­ły. Za pro­giem do­strze­głam go­spo­się. Mat­ka wie­dzia­ła, jak się usta­wić. Nie chcę źle za­brzmieć, bo do­brze jej ży­czy­łam i nie prze­ma­wia­ło prze­ze mnie żad­ne zgorzk­nie­nie, ale mia­łam dwa­dzie­ścia trzy lata i tro­chę ją zna­łam.

Wnętrze ro­bi­ło wra­że­nie. Ka­mien­ne scho­dy, ob­ra­zy w ma­syw­nych ra­mach, krysz­ta­ło­we ży­ran­do­le, per­skie dy­wa­ny. Tu­taj czas się za­trzy­mał, a no­wo­cze­sno­ść zo­sta­wa­ła za pro­giem. Spoj­rza­łam na scho­dy, na któ­rych po­ja­wi­ła się moja mama ubra­na w gra­na­to­wą je­dwab­ną suk­nię. Ele­anor na pierw­szy rzut oka nie mo­żna było okre­ślić moją mat­ką. W ogó­le nie by­ły­śmy do sie­bie po­dob­ne. Mat­ka była fi­li­gra­no­wą blon­dyn­ką o mi­ęk­kich wło­sach i zie­lo­nych oczach. Mia­ła za sobą kil­ka za­bie­gów me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej, po­nie­waż nie go­dzi­ła się z tym, że mia­ła czter­dzie­ści dwa lata i czas za­czął od­ci­skać na niej swo­je pi­ęt­no.

- Li­lith! - Po­ca­ło­wa­ła mnie w oba po­licz­ki, jak­by­śmy nie wi­dzia­ły się od roku, a nie od mie­si­ąca, kie­dy by­łam tak uprzej­ma i od­wio­złam ją na lot­ni­sko.

- Cze­ść, mamo.

- Jak lot?

- Dłu­gi - od­po­wie­dzia­łam.

- Jak ci się tu­taj po­do­ba?

Ro­zej­rza­łam się, gry­ząc się w język, aby nie po­wie­dzieć zbyt wie­le.

- Ina­czej niż w domu - od­po­wie­dzia­łam, ci­cho chrząka­jąc.

Dom. Dziw­nie to brzmia­ło, bo ni­g­dy nie mia­łam praw­dzi­we­go domu, jak moje ko­le­żan­ki. Mama nie pie­kła dla mnie cia­ste­czek, nie od­ra­bia­ła ze mną lek­cji, a im­pre­zo­wa­ła i szu­ka­ła ko­lej­ne­go męża. Moi ro­dzi­ce po­zna­li się, kie­dy mia­ła dwa­dzie­ścia lat, a on dwa­dzie­ścia pięć. Rok pó­źniej zo­sta­li ro­dzi­ca­mi, któ­ry­mi nie chcie­li być. Trzy lata pó­źniej zo­sta­łam w wy­pa­sio­nym domu je­dy­nie z mamą, któ­ra za­miast usy­piać swo­ją małą cór­kę, im­pre­zo­wa­ła z ko­le­żan­ka­mi i przy­pro­wa­dza­ła do domu po­ten­cjal­nych ta­tu­siów. Wi­ęk­szo­ść z nich ucie­ka­ła z sa­me­go rana, kie­dy wi­dzie­li małą dziew­czyn­kę w ró­żo­wej pi­żam­ce.

Po wie­lu po­ra­żkach i ma­ru­dze­niu, że mężczy­źni są in­fan­tyl­ni i nie­doj­rza­li, mama rzu­ci­ła się w wir pra­cy. Zo­sta­ła agent­ką dzieł sztu­ki. Kto by po­my­ślał, że to będzie jej za­wód ma­rzeń, ide­al­ny do ło­wie­nia mężów. I tak kil­ka nie­uda­nych ma­łże­ństw pó­źniej na jed­nym z ban­kie­tów dla ko­lek­cjo­ne­rów po­zna­ła Ri­char­da. Oboj­gu wy­da­wa­ło się, że wy­gra­li los na lo­te­rii, bo mat­ka wi­dzia­ła pie­ni­ądze i pre­stiż, a on ko­bie­tę, któ­ra nie będzie na­rze­ka­ła, że za dużo pra­cu­je. W oba­wie, że uciek­nie, po­da­ro­wał jej pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy wiel­ko­ści żel­ki w kszta­łcie mi­sia Ha­ri­bo.

- A kogo my tu mamy?!

Świ­ęte­go Mi­ko­ła­ja - mruk­nęłam w my­ślach.

Ri­chard Da­ven­port, mój nowy oj­czym, był jed­nym z tych mężczyzn, któ­rzy mają nie­na­gan­ny ak­cent i ubiór. Był do­brze zbu­do­wa­nym pi­ęćdzie­si­ęcio­lat­kiem, któ­ry na­wet w domu cho­dził w gar­ni­tu­rze. Po­dzi­wia­łam ta­kich lu­dzi, któ­rzy ro­bi­li po­ka­zów­kę w miej­scu, w któ­rym na ni­kim nie ro­bi­li wra­że­nia. Wie­dzia­łam, że nie był złym czło­wie­kiem, ale nie za­mie­rza­łam od­gry­wać roli słod­kiej pa­sier­bi­cy w an­giel­skim te­atrzy­ku.

- Cze­ść, Ri­chard. - Uśmiech­nęłam się. - Mo­gła­bym iść do swo­je­go po­ko­ju? Chcia­ła­bym od­po­cząć przed ko­la­cją.

- Tak, za­pro­wa­dzę cię! - Mama za­re­ago­wa­ła z prze­sad­nym en­tu­zja­zmem.

Wspi­na­ły­śmy się po scho­dach, a ja czu­łam się jak bo­ha­ter­ka an­giel­skie­go hor­ro­ru. Je­że­li w nocy usły­szę dzwo­nie­nie ła­ńcu­chów, ucie­kam stąd z krzy­kiem.

- Hay­den po­je­chał spo­tkać się ze zna­jo­my­mi, przy­je­dzie wie­czo­rem przed samą ko­la­cją.

Mo­je­go przy­szłe­go przy­rod­nie­go bra­ta spo­tka­łam po raz pierw­szy pół roku temu, kie­dy nasi ro­dzi­ce na wspól­nej ko­la­cji po­sta­no­wi­li nam po­wie­dzieć, że się po­bie­ra­ją na kil­ka dni przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Ja i Hay­den od tam­te­go cza­su wi­dzie­li­śmy się raz, ale po­zo­sta­li­śmy w kon­tak­cie po­przez wia­do­mo­ści i to nas do sie­bie zbli­ży­ło. Śmia­ło mo­głam trak­to­wać go jak do­bre­go zna­jo­me­go, a na­wet wi­dzia­łam za­lążek przy­ja­źni. Mój przy­szły brat był za­wo­do­wym kie­row­cą For­mu­ły 1 i je­ździł dla te­amu Mer­ce­de­sa. Iro­nia losu, praw­da?

Cze­kał na mnie po­kój jak z ty­po­we­go an­giel­skie­go ka­ta­lo­gu. Wiel­kie ma­syw­ne łó­żko z bal­da­chi­mem, drew­nia­ny sto­li­czek z dwo­ma krze­sła­mi, ide­al­ny­mi na pod­wie­czo­rek. Ma­syw­ny ko­mi­nek na­prze­ciw łó­żka był chy­ba je­dy­nym ele­men­tem po­ko­ju, któ­ry mi się po­do­bał.

- Będę w sali ba­lo­wej, gdy­byś mnie szu­ka­ła.

- Sala ba­lo­wa? - po­wtó­rzy­łam. - Lo­chy też tu­taj mają?

- Scho­waj sar­kazm do kie­sze­ni. Cho­ciaż na dzi­siej­szy wie­czór, pro­szę.

- Wy­bacz, ale ni­g­dy wcze­śniej nie by­łam w an­giel­skiej re­zy­den­cji na­le­żącej do praw­dzi­we­go lor­da. Po ślu­bie będę mu­sia­ła się do cie­bie za­cząć zwra­cać per hra­bi­no Da­ven­port?

Mama wy­wró­ci­ła ocza­mi.

- Li­lith, bądź po­wa­żna - po­pro­si­ła. - Cie­szę się, że tu­taj je­steś.

Usia­dłam na skra­ju łó­żka. Wie­le mo­głam po­wie­dzieć o mo­jej ma­mie, ale ni­g­dy nie wi­dzia­łam jej ta­kiej szczęśli­wej. Po­tra­fi­ła uda­wać. Jak coś jej się nie po­do­ba­ło, kła­ma­ła, a za ple­ca­mi wy­ra­ża­ła, co na­praw­dę my­śli, ale dzi­siaj ni­cze­go nie uda­wa­ła. Pro­mie­nia­ła szczęściem. Chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu.

- Je­steś szczęśli­wa - stwier­dzi­łam ła­god­nym to­nem.

I cho­ciaż mama zmie­rza­ła już do wy­jścia, za­trzy­ma­ła się. By­ły­śmy na­praw­dę ró­żne i rzad­ko kie­dy się ro­zu­mia­ły­śmy.

- Je­stem, a Ri­chard to mężczy­zna mo­je­go ży­cia.

Na ko­ńcu języ­ka mia­łam, że to samo mó­wi­ła o po­ten­cjal­nym ta­tu­siu nu­mer czte­ry, ale się za­mknęłam, aby nie psuć tego, co się mi­ędzy nami po­ja­wi­ło.

- Od­pocz­nij, wi­dzi­my się wie­czo­rem na ko­la­cji.

Lek­ko za­mknęła za sobą drzwi, zo­sta­wia­jąc mnie w tym prze­ra­źli­wie ci­chym po­ko­ju. In­ten­syw­nie wy­pu­ści­łam po­wie­trze z płuc, po czym ude­rzy­łam ple­ca­mi o ca­łkiem wy­god­ny ma­te­rac. Zwi­nęłam się w kul­kę i za­snęłam.

Obu­dzi­łam się pó­łto­rej go­dzi­ny przed ko­la­cją. Sta­nęłam przed lu­strem. Wy­bra­łam we­lu­ro­wą suk­nię w od­cie­niu bur­gun­du na cien­kich ra­mi­ącz­kach, któ­ra opi­na­ła wszyst­kie moje wa­lo­ry. Mia­łam metr sze­śćdzie­si­ąt sie­dem wzro­stu i wa­ży­łam czter­dzie­ści osiem ki­lo­gra­mów, co było za­słu­gą pew­ne­go dup­ka, przez któ­re­go stra­ci­łam zdro­wie. Wło­sy zo­sta­wi­łam roz­pusz­czo­ne. Swo­je cze­ko­la­do­we oczy pod­kre­śli­łam moc­niej­szym ma­ki­ja­żem, a usta jak za­wsze po­ma­lo­wa­łam czer­wo­ną po­mad­ką.

Go­ście pod­je­żdża­li pod re­zy­den­cję, a kie­dy wy­bi­ła siód­ma, ze­szłam na dół. Sta­nęłam w holu, uśmie­cha­jąc się do zna­jo­mych mat­ki i krew­nych.

Zgar­nęłam kie­li­szek szam­pa­na z tacy kel­ne­ra. Spoj­rza­łam przed sie­bie i do­strze­głam zmie­rza­jące­go w moją stro­nę Hay­de­na. Miał w so­bie nutę non­sza­lan­cji, a kie­dy sze­dł ko­ry­ta­rzem, kel­ner­ki od­wra­ca­ły się za nim z ci­chy­mi wes­tchni­ęcia­mi. Miał po­nad metr osiem­dzie­si­ąt wzro­stu i mod­nie przy­strzy­żo­ne brązo­we wło­sy. Bia­ła ko­szu­la była roz­pi­ęta na dwa gu­zi­ki pod szy­ją. W oczy rzu­cał się zło­ty ze­ga­rek na ręku. Tak, Hay­den lu­bił po­ka­zy­wać, że do­brze za­ra­bia.

- Kogo to moje oczy wi­dzą! Sio­strzycz­ka!

- Cze­ść, Hay­den!

Był w do­brym hu­mo­rze i wy­po­częty. Zdążył już ode­spać se­zon, któ­ry się sko­ńczył nie­mal dwa ty­go­dnie temu. Spoj­rzał na mój kie­li­szek.

- Chcia­łem za­pro­po­no­wać ci drin­ka, ale po pierw­sze, już jed­ne­go masz, a po dru­gie, po ostat­niej nocy może ci wy­star­czy, co?

Spoj­rza­łam na szam­pa­na. Jed­nym ły­kiem wy­pi­łam za­war­to­ść, któ­ra w nim po­zo­sta­ła. Po­ka­za­łam mu pu­ste szkło.

- Już nie mam!

- Miss Ame­ri­ca­na, wy­ko­ńczysz moją wątro­bę.

Bry­tyj­ski ak­cent Hay­de­na na po­cząt­ku mnie iry­to­wał, ale szyb­ko do nie­go przy­wy­kłam. Nie­ste­ty nie mogę po­wie­dzieć tego sa­me­go o ksyw­ce, któ­rą mi nadał pół roku temu.

Usie­dli­śmy na ka­na­pie w rogu sali ba­lo­wej, któ­ra oka­za­ła się wiel­kim po­ko­jem z drew­nia­nym par­kie­tem, lu­stra­mi na jed­nej ścia­nie i krysz­ta­ło­wy­mi ży­ran­do­la­mi. Sto­li­ki usta­wio­no nie­opo­dal po­dium, na któ­rym przy­gry­wał kwar­tet smycz­ko­wy.

- Po jaką cho­le­rę wam sala ba­lo­wa? - za­py­ta­łam, kie­dy Hay­den do mnie wró­cił z ko­lej­nym drin­kiem.

- Je­ste­śmy an­giel­skim szla­chec­kim ro­dem - za­ak­cen­to­wał. - Mu­si­my mieć gdzie przyj­mo­wać go­ści i po­ka­zy­wać, że mamy wi­ęcej pie­ni­ędzy niż ro­zu­mu.

Tak, Hay­den był ge­nial­nie cy­nicz­ny i od razu zo­rien­to­wa­łam się, że mój przy­szły brat uwiel­bia kpić z miej­sca, w któ­rym do­ra­stał i do któ­re­go wra­cał je­dy­nie na świ­ęta i uro­dzi­ny ojca, wy­pra­wia­ne z prze­py­chem na pi­ęćset osób. Nie wiem, czy przez całe ży­cie po­zna­łam tyle osób, któ­re on uwa­żał za bli­skich przy­ja­ciół. Wy­obra­ża­cie so­bie ob­dzwo­nić ich wszyst­kich na Boże Na­ro­dze­nie z ży­cze­nia­mi? Przy set­nej stra­ci­ła­bym głos i za­częła się za­sta­na­wiać, po jaką cho­le­rę to ro­bię.

Urządzi­li­śmy so­bie na ka­na­pie małą lożę szy­der­ców, wy­ty­ka­jąc na­szych krew­nych, któ­rych war­to było przed­sta­wić dru­giej stro­nie.

- Two­ja mat­ka po­ja­wi się na ślu­bie?

- Nie, ona i oj­ciec nie żyją w naj­lep­szych re­la­cjach. Miesz­ka na pó­łno­cy i pi­sze ksi­ążki o nie­za­le­żno­ści. A twój tata?

- Nie wiem, czy na­wet wie, że mama po­now­nie wy­cho­dzi za mąż. Ich kon­takt ogra­ni­cza się je­dy­nie do prze­le­wu ali­men­tów, któ­re tata zo­bli­go­wał się pła­cić przez czas mo­jej na­uki, a że kil­ka mie­si­ęcy temu sko­ńczy­łam stu­dia, wza­jem­nie za­po­mnie­li o swo­im ist­nie­niu. Po roz­wo­dzie jesz­cze wy­mie­nia­li mo­no­sy­la­by, kie­dy prze­sia­da­łam się z jed­ne­go sa­mo­cho­du do dru­gie­go, gdy z week­en­du od ojca wra­ca­łam do mat­ki.

Hay­den wy­ci­ągnął dłoń ze swo­ją szkoc­ką w moją stro­nę, aby wznie­ść to­ast.

- Za dzie­ci roz­wod­ni­ków.

- Amen - mruk­nęłam, do­pi­ja­jąc za­war­to­ść kie­lisz­ka.

Hay­den przy­wo­łał kel­ne­ra. Od­dał pu­ste kie­lisz­ki i zgar­nął ko­lej­ne­go szam­pa­na.

Po­win­ni­śmy zwol­nić.

- Wiesz, Li­lith, za­nim cię po­zna­łem, by­łem pe­wien, że będę trzy­mać się od cie­bie z da­le­ka, a te­raz nie wy­obra­żam so­bie ty­go­dnia bez na­szych wia­do­mo­ści.

Zro­bi­ło mi się cie­plej na ser­cu. Nie mia­łam w swo­im oto­cze­niu zbyt wie­lu bli­skich osób. Kie­dy mia­łam czter­na­ście lat, wy­sła­no mnie do szko­ły z in­ter­na­tem, bo nie miał kto się mną zaj­mo­wać. Ro­dzi­ców wi­dy­wa­łam w fe­rie i wa­ka­cje, a w sa­mej szko­le nie na­wi­ąza­łam przy­ja­źni, któ­re by­ły­by w sta­nie prze­trwać lata. Hay­den był pierw­szą oso­bą, któ­rej chy­ba na­praw­dę na mnie za­le­ża­ło.

- A wła­ści­wie jak so­bie mnie wy­obra­ża­łeś?

- No wiesz, by­łem pe­wien, że będziesz taka... ame­ry­ka­ńska. Gło­śna, rosz­cze­nio­wa, Make Ame­ri­ca Gre­at Aga­in.

- Nie! - Wzdry­gnęłam się. - Bła­gam! Cze­kam na prze­pro­si­ny! Nie ka­żdy jest taki, jak uwa­żasz, ale spo­koj­nie, ty też je­steś mniej an­giel­ski.

- Co­kol­wiek to zna­czy z two­ich ust.

- Wiesz, masz ojca lor­da. Spo­dzie­wa­łam się, że wej­dziesz tu­taj we fra­ku, będziesz mó­wił do mnie "pa­nien­ko", a za­miast do­le­wać mi szam­pa­na, po­dasz her­bat­kę i her­bat­ni­ki.

- Nie zno­szę her­ba­ty.

- Jak mo­że­cie do­le­wać do niej mle­ka?!

Hay­den się wzdry­gnął.

- Je­śli za dużo wy­pi­łaś i chcesz po­zbyć się tre­ści żo­łąd­ko­wych, dzia­ła ide­al­nie.

- Wo­la­ła­bym się męczyć, niż wzi­ąć to do ust! Poza tym my­śla­łam, że będziesz od pro­gu ga­dał je­dy­nie o wy­ści­gach, a ty ani razu nie wspo­mnia­łeś o tym swo­im ma­łym sa­mo­cho­dzi­ku.

- Wy­lądu­jesz za mo­ment na podło­dze za ten tekst o ma­łym sa­mo­cho­dzi­ku.

Obo­je się za­śmia­li­śmy. Hay­den na­chy­lił się i do­lał mi szam­pa­na.

- Jak w pra­cy?

- W po­rząd­ku.

Mo­głam go za­py­tać, czy gdzieś w pad­doc­ku nie usły­szał o kimś, kto chce ko­rzy­stać z usług agen­cji Vi, ale ugry­złam się w język. Vi sama mó­wi­ła, że nie może po­dać mi na­zwi­ska klien­ta, bo do­ku­men­ty nie są skom­ple­to­wa­ne, a jemu za­le­ży na dys­kre­cji.

Hay­den si­ęgnął do kie­sze­ni po te­le­fon. Szyb­ko od­pi­sał na wia­do­mo­ść, któ­ra wy­świe­tli­ła się na ekra­nie.

- Ju­tro będziesz mia­ła szan­sę po­znać dwóch mo­ich przy­ja­ciół.

- Mam paść im do stóp i dzi­ęko­wać, że mogę kąpać się w ich chwa­le?

Hay­den gło­śno się za­śmiał.

- Cass by­łby za­chwy­co­ny.

- To imię po­win­no mi coś mó­wić?

- Kur­wa, ty na­dal nic nie wiesz o For­mu­le, praw­da?

Słod­ko się uśmiech­nęłam.

- Gdy­bym była słod­ka, po­wie­dzia­ła­bym, że dzi­siaj w nocy nad­ro­bię bra­ki, ale nie je­stem, dla­te­go po­wiem, że ni­g­dy nie in­te­re­so­wa­li mnie fa­ce­ci je­żdżący w kó­łko. Kogo będę mia­ła szan­sę po­znać?

Hay­den nie wy­da­wał się ura­żo­ny moim bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia jego ca­łkiem nie­bez­piecz­nym za­wo­dem. Praw­da była taka, że jesz­cze parę lat temu po­tra­fi­łam wy­mie­nić na­zwi­ska kie­row­ców i po­wie­dzieć, do któ­rej staj­ni na­le­żą. Kie­dy jed­nak prze­szłam na ciem­ną stro­nę Vi, oj­ciec stra­cił mną za­in­te­re­so­wa­nie i prze­stał mnie za­dręczać na­zwa­mi, na­zwi­ska­mi i in­for­ma­cja­mi, któ­re na­praw­dę mnie nie in­te­re­so­wa­ły.

- Cas­sia­na Ra­vel­le'a oraz Pier­re'a Roux. Cass to były kie­row­ca Fer­ra­ri. Sie­dem ty­tu­łów mi­strza świa­ta. Jest na spor­to­wej eme­ry­tu­rze. Tak jak­by. Ze­rwał kon­trakt z Fer­ra­ri, po­nie­waż... mie­li swo­je we­wnętrz­ne pro­ble­my.

Fer­ra­ri.

Aż prze­szły mnie ciar­ki. Sko­ro był eks kie­row­cą czer­wo­nych, z pew­no­ścią znał mo­je­go ojca, ale nie mógł znać mnie.

Uśmiech­nęłam się słod­ko, że na­dal nic mi to nie mówi.

- O ile nie zro­bią pit sto­pu w sy­pial­ni ja­kie­jś ste­war­de­sy, po­win­ni zja­wić się punk­tu­al­nie na ślu­bie.

Za­chły­snęłam się śli­ną, sły­sząc, jak ich de­fi­niu­je.

- Prze­pra­szam, co?

- Mó­wię do­słow­nie. Zwłasz­cza Cas­sian. Jego re­kord to czte­ry ho­stes­sy i jed­na me­na­dżer­ka lot­ni­ska mi­ędzy Mo­na­ko a Abu Zabi - za­śmiał się.

- Czy­li cho­dzący te­sto­ste­ron za kie­row­ni­cą bo­li­du.

- Mniej wi­ęcej.

- Brzmi jak ktoś, z kim nie chcę dzie­lić się tym sa­mym po­wie­trzem.

- Po­cze­kaj, aż go zo­ba­czysz. On za­wsze zo­sta­wia po so­bie wra­że­nie.

- Cho­ro­by prze­no­szo­ne dro­gą kro­pel­ko­wą pew­nie też.

Hay­den par­sk­nął nie­kon­tro­lo­wa­nym śmie­chem. Zwi­nął się w kłębek, jak­by ktoś go ude­rzył i nie mógł po­wstrzy­mać śmie­chu.

- Co się tu­taj dzie­je?

Na­wet nie za­uwa­ży­łam, kie­dy mama i Ri­chard po­de­szli. Mama wło­ży­ła szma­rag­do­wą suk­nię z sa­ty­ny. Ri­chard po­sta­wił na kla­sycz­ny smo­king. Hay­den pró­bo­wał opa­no­wać na­pad śmie­chu, a Da­ven­port prze­nió­sł wzrok na syna.

- Na­praw­dę mu­sia­łeś przy­jść w roz­pi­ętej ko­szu­li i bez kra­wa­ta?

- Na­praw­dę nie mu­sia­łem - od­pa­rł Hay­den z nie­win­nym uśmie­chem. - To było bar­dzo świa­do­me.

- Hay­den, nie mo­żesz choć raz wy­glądać tak, jak się tego od cie­bie ocze­ku­je?

- Pa­mi­ętasz, że je­stem kie­row­cą, nie ak­to­rem? Lu­dzie nie pła­cą za to, jak wy­glądam, tyl­ko za to, jak wy­prze­dzam Fer­ra­ri na ostat­nim okrąże­niu.

Stuk­nęli­śmy się kie­lisz­ka­mi.

- Wi­dzę, że się do­ga­da­li­ście - mruk­nął Ri­chard ze zre­zy­gno­wa­niem.

Od­nio­słam wra­że­nie, że mój oj­czym wo­la­łby, aby­śmy byli kla­sycz­nym ro­dze­ństwem z pierw­szych ma­łże­ństw, któ­re le­d­wo sie­bie to­le­ru­je.

- Przy­kro mi, oj­cze, ale chy­ba faj­nie będzie mieć sio­strę!

Spoj­rza­łam na nie­go za­sko­czo­na. Na­praw­dę po­wie­dział to na głos? Na­wet moja mama wy­da­wa­ła się za­sko­czo­na. Wiem, że oba­wia­ła się, że ja i Hay­den po­żre­my się na tej ko­la­cji i wyj­dzie ro­dzin­ny dra­mat, któ­ry spo­wo­du­je, że ona i Ri­chard się po­kłó­cą, a ju­trzej­szy ślub prze­bie­gnie w gro­bo­wej at­mos­fe­rze.

Może w tej po­kręco­nej ro­dzin­nej ukła­dan­ce zna­la­złam ko­goś, kto na­praw­dę będzie za­do­wo­lo­ny z mo­ich wia­do­mo­ści, obec­no­ści i ko­men­ta­rzy. Ko­goś, kto będzie mnie tak zwy­czaj­nie lu­bił.

***

Po­przed­nie­go wie­czo­ra po­szłam spać koło pierw­szej. Zde­cy­do­wa­nie po­ło­ży­ła­bym się szyb­ciej, ale oczy­wi­ście Hay­den za­brał mnie jesz­cze na spa­cer po re­zy­den­cji. Sko­ńczy­ło się na tym, że sie­dzie­li­śmy na podło­dze w pu­stym skrzy­dle i dzie­li­li­śmy się bu­tel­ką te­qu­ili. Od rana pęka­ła mi gło­wa. Mia­łam ocho­tę udu­sić mo­je­go przy­szłe­go bra­cisz­ka, ale mu­sia­łam odło­żyć mor­der­stwo na pó­źniej, po­nie­waż dzi­siaj był wiel­ki dzień mo­jej mat­ki, a ja jesz­cze przed przy­lo­tem do Lon­dy­nu obie­ca­łam, że nie na­ro­bię tego dnia wsty­du.

Przez wi­ęk­szo­ść dnia nad­zo­ro­wa­łam przy­go­to­wa­nia. Spraw­dza­łam, czy flo­ry­ści od­po­wied­nio roz­sta­wi­li hor­ten­sje, or­kie­stra za­jęła wła­ści­we miej­sce, a sprzęt usta­wio­no tak, by nie rzu­cał się w oczy. By­łam cie­ka­wa, gdzie był w tym cza­sie Hay­den, ale pew­nie le­czył kaca.

Na go­dzi­nę przed ślu­bem za­mknęłam się z mamą w jej sy­pial­ni. Po­sta­wi­ła na ręcz­nie wy­szy­wa­ną, ja­sno­sza­rą kre­ację z sub­tel­nym po­ły­skiem, któ­ry czy­nił ją bar­dziej no­wo­cze­sną niż kla­sycz­ną. Pa­trzy­łam na nią i wi­dzia­łam ko­bie­tę, któ­ra po tylu la­tach sa­mot­no­ści zno­wu się za­ko­cha­ła.

- Pi­ęk­nie wy­glądasz, mamo.

Spoj­rza­ła na mnie w lu­strze, a po­tem od­wró­ci­ła się i po­pra­wi­ła mi wło­sy. Ruch jej dło­ni był de­li­kat­ny, ale dla mnie wie­le zna­czył. Za­mknęłam na mo­ment po­wie­ki, aby nie do­strze­gła tych ma­łych łez, cza­jących się w kąci­kach oczu. Mama nie była wy­lew­na w uczu­ciach.

- Dzi­ęku­ję ci, że tu je­steś.

To jed­no zda­nie ude­rzy­ło mnie moc­niej niż co­kol­wiek in­ne­go. Mu­sia­łam od­wró­cić wzrok, żeby nie spie­przyć ma­ki­ja­żu.

- A gdzie mia­ła­bym być? - spy­ta­łam, od­cho­dząc od niej. Rzu­ci­łam okiem na swo­je od­bi­cie w lu­strze.

Za­ło­ży­łam czar­ną suk­nię, dłu­gą do zie­mi z roz­ci­ęciem do uda. Gor­se­to­wy de­kolt, cien­kie ra­mi­ącz­ka, głębo­kie wy­ci­ęcie na ple­cach. Stan­dar­do­wo po­sta­wi­łam na taki sam ma­ki­jaż jak po­przed­nie­go wie­czo­ru. Wło­sy zo­sta­wi­łam roz­pusz­czo­ne, gład­ko wy­pro­sto­wa­ne, opa­da­jące na ple­cy jak ak­sa­mit­ny we­lon.

- Mogę o coś za­py­tać? - spy­ta­łam, ukła­da­jąc w rządek ko­sme­ty­ki na to­a­let­ce.

- Oczy­wi­ście.

- Ko­cha­łaś kie­dy­kol­wiek tatę?

Mama za­ma­rła, a jej usta lek­ko się roz­chy­li­ły.

- Li­lith, co to za py­ta­nie?

- Pro­ste. - Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. - Po pro­stu wczo­raj wy­da­wa­ło mi się, że po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam cię na­praw­dę szczęśli­wą. I za­częłam się za­sta­na­wiać, czy kie­dy­kol­wiek czu­łaś się tak przy ta­cie.

Mama wy­pu­ści­ła z sie­bie po­wie­trze. Usia­dła na skra­ju łó­żka, uwa­ża­jąc, aby nie po­gnie­ść ma­te­ria­łu suk­ni.

- By­łam młod­sza od cie­bie, kie­dy po­zna­łam two­je­go ojca. Wte­dy wy­da­wa­ło mi się, że po­zna­łam mi­ło­ść swo­je­go ży­cia, ale kie­dy wy­szli­śmy z eta­pu mio­do­we­go mie­si­ąca i zde­rzy­li­śmy się z rze­czy­wi­sto­ścią, z ka­żdym dniem przy­cho­dzi­ło otrze­źwie­nie. Cza­sa­mi spo­ty­ka­my ko­goś, w kim się za­ko­chu­je­my, i wy­da­je nam się, że to ten je­dy­ny, ale ten stan trwa do mo­men­tu przy­jścia pro­zy co­dzien­no­ści.

- Ja nią by­łam, praw­da?

Od­wró­ci­łam się w jej stro­nę. Wi­dzia­łam, jak mama szu­ka od­po­wied­nich słów, aby mnie nie zra­nić.

- By­łam mło­da, nie­go­to­wa na ma­cie­rzy­ństwo, a twój oj­ciec był nie­go­to­wy emo­cjo­nal­nie. Ko­cha­łam go, ale ina­czej niż ko­cham Ri­char­da, czy któ­re­goś z mo­ich po­przed­nich mężów. To jest doj­rza­łe uczu­cie. Obo­je mamy swo­ją prze­szło­ść i wie­my, cze­go ocze­ku­je­my od part­ne­ra. Je­stem szczęśli­wa, bo po­zna­łam ko­goś... doj­rza­łe­go, któ­ry nie uciek­nie w pra­cę, kie­dy będzie trze­ba za­jąć się pew­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi by­cia w zwi­ąz­ku.

Cu­dow­nie się słu­cha­ło, że może gdy­bym po­ja­wi­ła się pó­źniej na świe­cie, ich ma­łże­ństwo by się nie roz­pa­dło. To chy­ba była naj­szczer­sza i naj­po­wa­żniej­sza roz­mo­wa w na­szym ży­ciu. I po raz pierw­szy nie mia­łam go­to­wej ri­po­sty. Mama nie spusz­cza­ła ze mnie swo­ich zie­lo­nych oczu, a ja nie by­łam w sta­nie udźwi­gnąć jej ci­ęża­ru.

Po raz pierw­szy... ucie­kłam. Jak tchórz bez sło­wa wy­szłam z jej sy­pial­ni. Zbie­głam po scho­dach. W za­chod­nim skrzy­dle re­zy­den­cji był przy­go­to­wa­ny bar. Sta­nęłam przy la­dzie, a bar­man prze­stał po­le­ro­wać szklan­kę.

- Co po­dać?

- Mar­ti­ni - po­wie­dzia­łam. - Tyl­ko moc­ne.

Na­gle u mo­je­go boku sta­nął mężczy­zna.

- Whi­sky, bez lodu.

Zna­łam ten głos. Unio­słam na nie­go wzrok. Ciem­ne wło­sy mod­nie ostrzy­żo­ne. Czar­ne ni­czym węgiel oczy, a wo­kół nich wa­chla­rze dłu­gich rzęs. Moc­na szczęka po­kry­ta kil­ku­dnio­wym, bar­dzo za­dba­nym za­ro­stem. Ko­szu­la roz­pi­ęta do trze­cie­go gu­zi­ka, czar­ny gar­ni­tur ide­al­nie skro­jo­ny, a na nad­garst­ku mar­ko­wy ze­ga­rek wart for­tu­nę.

O. Mój. Boże!

Mężczy­zna z po­ko­ju w ho­te­lu. Jed­na noc. Ide­al­ny seks. Wzrok mi się za­mglił. Wi­dzia­łam ten po­kój ho­te­lo­wy, dło­nie za­ci­ska­jące się na moim na­gim bio­drze i usta ca­łu­jące moją szy­ję. Nie­mal po­czu­łam ci­ężar męskie­go cia­ła na swo­im.

On rów­nież za­ma­rł.

- Mar­ti­ni, dla pani. - Kel­ner pod­su­nął mi drin­ka.

Mia­łam ocho­tę prze­chy­lić go na raz. Jak to mo­żli­we, że w świe­cie, na któ­rym miesz­ka osiem mi­liar­dów lu­dzi, idę do łó­żka z fa­ce­tem, któ­re­go dwa dni pó­źniej spo­ty­kam na ślu­bie mo­jej mat­ki? Jesz­cze tego bra­ko­wa­ło, że to ja­kiś bli­ski krew­ny Hay­de­na i będę zmu­szo­na spędzać z nim świ­ęta.

- Whi­sky dla pana.

- Przy­po­mnisz mi swo­je imię? - spy­tał ide­al­nie opa­no­wa­nym to­nem gło­su.

- Nie - od­po­wie­dzia­łam szyb­ko. - I two­je­go imie­nia też nie chcę so­bie przy­po­mi­nać.

- Li­lith! Wie­dzia­łem, że cię tu znaj­dę.

Pie­przo­ny. Hay­den.

Od­wró­ci­łam się przez ra­mię. Da­ven­port spoj­rzał na mnie, a na­stęp­nie na mężczy­znę obok mnie.

- Już się zna­cie?

Ze­sztyw­nia­łam. Nie, Hay­den nie mógł wie­dzieć, że da­łam mu się prze­le­cieć. Na­wet nie pa­mi­ęta­łam, jak ten typ ma na imię.

- Jesz­cze nie - od­po­wie­dzia­łam pierw­sza, za­nim mój ko­cha­nek zdo­łał pal­nąć coś głu­pie­go.

- Jak niby mie­li­by­śmy się po­znać?

OK, przy­naj­mniej chce grać w tę samą grę co ja.

- Li­lith to Cas­sian. - Po tych sło­wach wska­zał na mężczy­znę.

Cas­sian.

Kur­wa. Kur­wa. Kur­wa.

Fer­ra­ri.

Jego przy­ja­ciel.

Prze­spa­łam się z kie­row­cą F1. Prze­spa­łam się z eks Fer­ra­ri.

- Cas­sian, po­znaj moją sio­strę, Li­lith!

Cass spoj­rzał na mnie dłu­żej.

- Miło cię po­znać... - wy­ci­ągnął rękę w moją stro­nę - ...Li­lith.

W jego oczach coś bły­snęło. I bła­ga­łam wszech­świat, aby Hay­den tego nie do­strze­gł.

- Cie­bie rów­nież, Cas­sian.

Szko­da, że wca­le nie cie­szy­łam się z na­sze­go spo­tka­nia. Mia­łam prze­chla­pa­ne.