Pole Girl. Prywatny taniec - Kinga Litkowiec

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Ten tydzień dał mi porządnie w kość. Mój szef to skończony palant, któremu najchętniej ucięłabym jaja przy samej dupie. Nienawidzę go tak bardzo, że nie jestem nawet w stanie ubrać w słowa tego, co o nim myślę. Stara, gruba, ohydna szowinistyczna świnia. Znów zwalił na mnie swoją robotę, żeby nie pracować w weekend. Wczoraj siedziałam przy JEGO dokumentach do późnej nocy, by dziś móc choć chwilę odpocząć.

Pakuję torbę na trening, latam z pokoju do łazienki, sprawdzając za każdym razem, czego jeszcze nie zabrałam. W końcu znalazłam szkołę, która nie wymaga horrendalnych opłat i ma w swojej ofercie pojedyncze sale. Obskurny lokal, jednak nie obchodzi mnie to. Ja chcę po prostu tańczyć. Wiem, że to, co robię, kojarzy się ludziom z prostytucją, choć nie rozumiem, co ma pole dance do puszczania się za pieniądze. Nigdy nie tańczyłam publicznie. Pokochałam to, kiedy razem z koleżanką wyjechałyśmy na tydzień do Las Vegas. Świętowałyśmy wtedy zakończenie szkoły. Pierwszego dnia trafiłyśmy na ogłoszenie o kursach pole dance, to miała być tylko zabawa, ale po tygodniu lekcji wiedziałam, że chcę to robić. Praca w klubach nie wchodziła w grę od początku, nie chciałam świecić tyłkiem przed napalonymi mężczyznami. W Jasper nie miałam możliwości kontynuacji nauki, przede wszystkim ze względu na zbyt religijną mamę, która taniec na rurze uważa za wynalazek diabła. Podjęłam więc decyzję o studiowaniu w Portland, z dala od zacofanej rodziny, ale także przyjaciół. Większość z nich miała już pracę na miejscu lub nie wybierała się na studia zbyt daleko od domu. Ja chciałam inaczej, chciałam w końcu poczuć, że żyję. Studiowałam administrację i ćwiczyłam pole dance, w międzyczasie dorabiałam na zmywaku w restauracji niedaleko mieszkania, które wtedy wynajmowałam. Zaraz po studniach znalazłam pracę, ale na tyle daleko, że zostałam zmuszona do zmiany adresu. Przeprowadziłam się do obecnego mieszkania trzy miesiące temu, a szef okazał się dupkiem, który od razu obniżył mi pensję. Przez dwa pierwsze miesiące nie mogłam pozwolić sobie na trening pole dance, dopiero kilka tygodni temu znalazłam szkołę, na którą mnie stać, choć nie ukrywam, że jest ciężko.

Wychodzę z bloku, uśmiechając się na myśl o miejscu, do którego zmierzam. To może być niezrozumiałe dla większości ludzi, ale ja naprawdę to kocham. Taniec odpręża i pozwala nie myśleć o problemach. Czasami tańczę dwie, a nawet trzy godziny, nie czując upływającego czasu. Tylko dzięki temu mogę normalnie funkcjonować i po powrocie do domu bez bólu głowy brać się za pracę.

Gdy wchodzę do budynku, spotykam tylko kierownika szkoły, witam się z nim i przechodzę do szatni. Przebieram się szybko w szorty i sportowy biustonosz, z torby wyciągam butelkę wody oraz płytę z ulubioną muzyką. Sala, w której ćwiczę, jest tuż obok, więc szybko jestem w środku. Wkurzają mnie trochę szyby, umieszczone w górnej części ściany, ale zdążyłam do nich przywyknąć. Nie lubię, kiedy ktoś na mnie patrzy. Owen Ric, kierownik szkoły, podglądał mnie kilka razy, po czym zaproponował dobrze płatną pracę w jakimś super klubie. Ale ja nie jestem striptizerką, a z jego propozycji wywnioskowałam, że właśnie o taki rodzaj pracy mu chodzi.

Włączam radio i wchodzę na podest, łapię za chłodną rurę, zamykając na chwilę oczy. Muzyka się rozkręca, a ja zaczynam odpływać. Moje ruchy są machinalne. Nigdy nie uczyłam się specjalnych układów, jedynie oglądam wszelkiego rodzaju filmy w internecie. Dzięki nim poznaję nowe pozycje i uczę się bardziej skomplikowanych figur, opanowanie każdej daje mi dużo satysfakcji. Lubię być z siebie dumna, a bardzo rzadko mam ku temu powód...

Gdy kończy się piąta piosenka, postanawiam odpocząć przez chwilę. Odwracam się odruchowo w stronę szyby. Ktoś tam jest, ale to nie kierownik. Ten jest dużo młodszy. To atrakcyjny brunet, który uśmiecha się do mnie w bardzo dziwny sposób i odchodzi. Nie mam pojęcia, kim jest, ale czuję skrępowanie na myśl, że mnie podglądał. Nie jestem nieśmiała, nie brakuje mi pewności siebie, po prostu traktuję taniec jak coś osobistego, tylko i wyłącznie mojego.

Po kilku minutach przerwy wracam do treningu. Na początku nie mogę przestać zerkać co chwilę w stronę szyby, ale w końcu przestaje się to dla mnie liczyć. Wiem, że muszę się skupić i dać sobie szansę na odstresowanie. Wiem też doskonale, co czeka mnie po powrocie do domu. Na samą myśl robię się ponownie wściekła. Wspinam się po rurze, a kiedy jestem już wystarczająco wysoko, oplatam ją mocno udami i puszczam dłonie. Opadam głową w dół, zamykając oczy. To jedna z figur, które opanowałam niedawno, za każdym razem trochę się boję, ale teraz nie czuję strachu.

Jestem już zmęczona, spędziłam tu trzy godziny. Siadam na podłodze, starając się unormować oddech.

Zamykam oczy, chciałabym nie myśleć o problemach, choć przez chwilę. Boję się, że będę musiała wrócić do Jasper, a tak bardzo tego nie chcę.

Po kilku minutach wychodzę z sali. W szatni wyciągam żel pod prysznic i przechodzę wolnym krokiem do łazienki, to jedyne miejsce, które nie przeraża swoim wyglądem. Wchodzę do pierwszej kabiny, odkręcam ciepłą wodę i zmywam z siebie pot. Nie śpieszy mi się, powrót do mieszkania skazuje mnie na pracę do północy, chcę przedłużyć ten moment relaksu, choć wiem, że to bez sensu.

Po półgodzinnym prysznicu wychodzę z szatni, zmierzam prosto do wyjścia, przy którym spotykam Rica. Jest dziwnie zdenerwowany, nie wiem, czy coś się stało, ale gdy idzie w moim kierunku, domyślam się, że za chwilę się dowiem.

- Nicole, musimy pogadać - mówi zdenerwowany. - Mój szef chce widzieć cię dzisiaj u siebie. Musisz dla niego zatańczyć.

- Że co, kurwa?! - Echo mojego głosu roznosi się po pomieszczeniu.

- Wiem, jak to brzmi, ale uwierz mi, nie masz wyjścia - odpowiada roztrzęsiony.

- Powiedz swojemu szefowi, kimkolwiek on jest, że może mnie cmoknąć w dupę! - Chcę go minąć i wyjść, ale łapie mnie za rękę.

- Posłuchaj, naprawdę nie masz wyjścia. Jeśli dziś się nie zjawisz, stracisz pracę i mieszkanie. - Patrzę na niego szeroko otwartymi oczami, nie mam pojęcia, jak jeden człowiek może doprowadzić do tego. - Nie znasz go, ale uparł się na ciebie, wie o tobie wystarczająco dużo, żeby w ciągu doby zmienić twoje życie w koszmar. Przyjdź tu o osiemnastej dla własnego dobra. W przeciwnym razie jutro będziesz bezrobotną bezdomną.

Puszcza mnie i odchodzi.

Stoję w bezruchu, zastanawiając się, czy to naprawdę mi grozi. Jestem przerażona perspektywą utraty dachu nad głową i pracy, której wprawdzie nienawidzę, ale jednak daje mi pieniądze na to nędzne życie.

Serce bije mi jak szalone, gdy wracam do siebie. Słyszę jedynie szum w głowie, jestem roztrzęsiona. Nie zamierzam tańczyć dla jakiegoś buca, który sobie tak, kurwa, postanowił!

Przekręcam zamek w drzwiach i na chwiejnych nogach wchodzę do mieszkania.

Ściągam buty, odkładam torbę, idę wolno do salonu, gdzie zostawiłam wczoraj wszystkie papiery, nad którymi pracuję. Siadam na kanapie, dopada mnie coraz większa panika. Stracę pracę, bez względu na to, czy tam pójdę, czy nie. Jestem tak przerażona, że nie potrafię skupić się na dokumentach.

Zaczynam płakać. Jestem wykończona fizycznie i psychicznie, mam dość swojego życia i pecha, jaki towarzyszy mi od kilku miesięcy. A teraz jeszcze to. Tak bardzo cieszyłam się, że znalazłam to miejsce. Miało być dla mnie odskocznią od mojego parszywego życia.

Zerkam na zegar, trzynasta. Jeszcze pięć godzin. Muszę coś wymyślić.

Dzwonię do Marthy, dziewczyny z pracy, z którą szybko się zaprzyjaźniłam.

Rozumie mnie, mało się od siebie różnimy. Nie wiem, czy i na ile będzie umiała mi pomóc, ale tak naprawdę nie mam innego pomysłu.

- Cześć Niki! - Na szczęście odbiera. - Zrobiłaś sobie wolne od pracy dla tego sukinsyna? - Słyszę nerwy w jej głosie, gdy tylko o nim wspomina.

- Posłuchaj. Mam problem - mówię cicho, zastanawiając się, jak jej to wszystko streścić. - Wiesz, gdzie chodzę potrenować pole dance?

- No wiem. Zamknęli to miejsce, czy zgodziłaś się w końcu na propozycję kierownika i będziesz tańczyć w klubie?

Martha nie widzi nic złego w tej pracy. Zawsze powtarza, że gdyby miała talent, nie zastanawiałaby się ani chwili, bo to łatwa i przyjemna fucha.

- Nie, nic z tych rzeczy. Okazuje się, że Ric ma szefa, a jego szef postanowił, że mam dla niego dziś zatańczyć - wyrzucam z siebie szybko.

- Co?! - krzyczy do słuchawki. - Ale jak to postanowił? Nic z tego nie rozumiem, Niki.

- Ja też nie. Albo się zjawię tam o osiemnastej, albo jutro stracę mieszkanie i pracę.

- Nie wierzę, przecież to niemożliwe. Kim jest ten koleś? Wiesz coś o nim?

- Nic nie wiem, ale Ric był przerażony, kiedy mi o nim mówił.

- Kurwa, ty masz jakiegoś pecha dziewczyno. I co teraz zamierzasz zrobić?

- Nie mam pojęcia. - Wstaję z kanapy i zaczynam chodzić nerwowo po salonie. - Miałam nadzieję, że ty mi coś doradzisz. Nie wiem nawet, czy te jego groźby nie są bez pokrycia, ale boję się ryzykować. Jeśli on może to zrobić, zabierze mi wszystko.

- To może być jakiś zboczeniec, a raczej na pewno nim jest. Może lepiej nie ryzykuj? Wiem, że możesz stracić pracę i mieszkanie, ale z drugiej strony on może cię zgwałcić i zabić.

- Nie strasz mnie! - krzyczę przerażona.

- Wybacz. Nie wiem, co mam ci poradzić. To dziwna sytuacja.

- Zostałabyś w domu na moim miejscu?

- Zostałabym w domu na swoim miejscu. Mieszkanie jest na moich rodziców, więc nie mógłby mnie go pozbawić, a za pracą wcale bym nie tęskniła. Jednak nie wiem, co zrobiłabym na twoim miejscu - odpowiada zrezygnowana.

- Poradź mi coś, bo zaraz zwariuję.

- Niki, nie wiem, co mam ci powiedzieć. - Milczy przez chwilę. - Może ma jakieś zboczenie i chce tylko popatrzeć, ale nigdy nie wiadomo, to trudna decyzja. Musisz przemyśleć wszystko na spokojnie, masz jeszcze kilka godzin.

- To nie takie proste. Ale spróbuję.

- Daj znać, co postanowisz.

- Jasne.

Rozłączam się, skoro Martha nie potrafi mi pomóc, muszę zrobić to sama. Nie wiem nawet, na co mam się przygotować, niezależnie od decyzji, jaką podejmę.

Godzinę później wciąż chodzę po salonie. Pukanie do drzwi wywołuje u mnie dziwną panikę. Podchodzę do nich powoli i wyglądam przez wizjer. Z ulgą odkrywam, że to Martha. Szybko wpuszczam ją do środka, zaskoczona wizytą. O tej porze zazwyczaj zbiera się na imprezę.

- Co tu robisz?

- Nie mogłam cię zostawić. Zdecydowałaś już?

- Nie. Wciąż jestem w czarnej dupie.

- Pomyślałam, że pomogę ci w pracy, bo pewnie nie masz do tego głowy.

Uśmiecham się, gdy to słyszę, spadła mi z nieba. Nieważne, co zdecyduję, przecież i tak nie dam rady ogarnąć jeszcze tych wszystkich analiz i wykresów.

Wpuszczam przyjaciółkę do salonu, a ona od razu zabiera się do roboty, ja wracam do chodzenia po salonie i zastanawiania się, co mam zrobić.

Martha milczy już od dwóch godzin, udaje, że jest pochłonięta pracą, ale wiem, co chodzi jej po głowie. Zerka na mnie co chwilę, myśląc, że tego nie widzę. Zostały mi dwie godziny.

- Pójdę się wykąpać - odzywam się cicho.

- Zdecydowałaś, idziesz tam? - pyta, odrywając się od dokumentów.

- Nie, wciąż nie wiem, co mam robić. Ale potrzebuję kąpieli.

Moja przyjaciółka kiwa głową i wraca do papierów.

Wolnym krokiem przechodzę do sypialni, wyciągam z komody czystą bieliznę i idę do łazienki. Odkręcam gorącą wodę, związuję włosy i rozbieram się.

Kąpiel nie pomogła. Dalej nie mam pojęcia, co mam robić, ale gdzieś z tyłu głowy siedzi mi myśl, że nie mam wyjścia, że muszę tam pójść.

Choć chcę wierzyć w to, że jeśli tego nie zrobię, nic się nie stanie, stracę jedynie miejsce do treningów i tego się boję.

- Dostałaś chyba wiadomość - Martha odzywa się, gdy wchodzę do salonu.

Wątpię, że to coś ważnego, ale dla świętego spokoju odczytuję SMS-a, widzę, że to nieznany numer. Gdy zaczynam czytać, czuję, że robi mi się słabo.

Witaj, Nicole. Mam nadzieję, że dobrze zdecydowałaś i zatańczysz dziś dla mnie. Liczę na udany występ.

Siadam na podłodze, przyjaciółka podbiega do mnie od razu. Zanim spyta, co się stało, wkładam jej telefon do dłoni. Odczytuje wiadomość z przerażeniem wypisanym na twarzy, unosi głowę i patrzy na mnie.

- Zostawiłaś w szkole swój numer telefonu? - Kręcę głową. - Idź tam lepiej. Wiem, jak to brzmi, ale olanie tego faceta jest chyba złym pomysłem.

Kiwam głową i wstaję wolno. Martha ma rację, nie mam wyjścia. On zna mój numer, choć na sto procent nie podawałam go podczas zapisu do szkoły.

Starając się myśleć jak najmniej, poprawiam makijaż i ubieram się do wyjścia. Moja przyjaciółka podaje mi sportowe legginsy i top. Boję się, że ten cały szef nie na taki strój czeka, ale przecież nic nie mówił na ten temat.

- Zostanę tu i poczekam na ciebie, przy okazji przerobię jeszcze trochę tych dokumentów - mówi Martha, gdy wkładam buty.

- Dziękuję - odpowiadam cicho i wychodzę na klatkę.

Nie zwracam uwagi na drogę, po prostu idę przed siebie. Za piętnaście minut szósta, zdążę, jest niedaleko. Przed samymi drzwiami nogi uginają się pode mną. Z wielkim trudem udaje mi się złapać klamkę i wejść do środka, gdzie już czeka na mnie Ric.

- Dobra decyzja, chodź.

Mówi i odwraca się w stronę sal. Idę kilka kroków za nim. Dziwię się, gdy wchodzimy do jego gabinetu, a w momencie, w którym odsuwa regał z książkami, odsłaniając przy tym ukryte przejście, jestem już śmiertelnie przerażona. Otwiera je i gestem ręki pokazuje, że mam iść przodem. Boże, w co ja się wpakowałam? Przełykam głośno ślinę i idę przed siebie. Wchodzę na schody prowadzące w dół, na ich końcu znajdują się kolejne drzwi. Otwieram je wolno. To jakiś klub, widzę tu kilka rur do tańca, które stoją na wysokich podestach, prowadzi do nich długi wybieg. Ja mam tu tańczyć? Niemal mdleję na myśl o tym i widoku wszystkich zbierających się w tym miejscu mężczyzn. Przecież nie po to tu przyszłam.

Owen mija mnie, patrzę na niego sparaliżowana, odwraca się i głową daje mi znak, że mam podążać za nim. Widzę, że ludzie zaczynają mnie dostrzegać, czuję ich spojrzenia na sobie, nogi plączą się pode mną, próbuję nie zwracać na nich uwagi.

Wychodzimy z tamtego pomieszczenia, jesteśmy teraz na korytarzu, co chwilę mijamy jakieś drzwi. Wchodzimy do pokoju wyglądającego jak garderoba. W rogu stoi długi wieszak z bielizną, a jedną ścianę zajmuje lustro, pod którym na blacie ułożone są wszelkiego rodzaju kosmetyki.

- Musisz się przebrać. - Pokazuje wieszak, na który od razu po wejściu tutaj zwróciłam uwagę. - Te ubrania są nowe, przyszły dziś rano. Wybierz sobie jeden zestaw, musisz też zmienić buty. To wszystko tutaj jest do twojej dyspozycji. Masz czterdzieści minut na zebranie się. Poczekam na zewnątrz.

Ric wychodzi. Stoję w miejscu i staram się choć w niewielkim stopniu opanować strach. Ale nie uda mi się to, to przecież niemożliwe.

Wolnym krokiem podchodzę do ubrań, których nigdy w życiu nie chciałabym założyć, jednak nie mam wyjścia. Sięgam po bardzo krótkie szorty, które przypominają raczej jeansowe bokserki. I tak na próżno szukać tu czegoś, co zakryje więcej ciała. W komplecie do nich jest biała koszula z długim rękawem, jej wada polega na czymś innym - zawiązywana jest tuż pod biustem.

Przebieram się i ponownie poprawiam makijaż, nie chcę przesadzić, nie zamierzam malować się dla jakiegoś palanta. Ale nie chcę też go rozzłościć, mam zamiar zatańczyć i zapomnieć o tym, co tu się stało. O ile pozwolą mi zapomnieć.

Uchylam lekko drzwi, Ric stoi na korytarzu, przygląda mi się uważnie i znów kiwa głową. Nie wracamy do lokalu, przez który przechodziliśmy. Idziemy w głąb korytarza, aż do ostatnich drzwi na samym końcu. Mężczyzna otwiera je i odsuwa się o dwa kroki.

- Wchodzisz i idziesz na lewo, pokonujesz trzy schody, za którymi jest kurtyna, tuż przed nią stoi radio, włączasz muzykę i przechodzisz dalej. Idziesz wybiegiem, dochodzisz do rury i tańczysz. Nie kombinuj, rozzłoszczony szef jest równie niebezpieczny jak głodny lew. Kiedy skończysz, czekasz, aż każe ci odejść. Wracasz tutaj, prowadzę cię do szatni, przebierasz się i zmykasz do domu. Jasne?

Kiwam twierdząco głową, choć sama nie wiem, czy wszystko zapamiętałam. Wchodzę do ciemnego pomieszczenia, a drzwi zamykają się tuż za moimi plecami. Duszno mi, rozglądam się dookoła, starając się przyzwyczaić wzrok do ciemności. Dopiero po chwili dostrzegam lekkie światło po lewej stronie. Idę w jego kierunku i nagle w coś uderzam.

- Kurwa! - syczę z bólu.

Zapomniałam o pieprzonych schodach. Buty, które włożyłam, są niewygodne i zbyt wysokie, żeby można było w nich przejść bez upadku. Tym bardziej, kiedy chodzi się w czymś takim po raz pierwszy w życiu. I ja mam niby w tym zatańczyć?! Wolne żarty. Liczę do dziesięciu i biorę głęboki wdech, pokonuję schody, których nawet nie widzę. Wyciągam rękę do przodu, czuję pod palcami materiał kurtyny. Chcę zrobić kolejny krok i mieć to za sobą, ale w ostatniej chwili przypominam sobie o radiu. Kucam ostrożnie, starając się znaleźć je w tych ciemnościach, światło sączące się spod kurtyny nie pomaga, a ja nie chcę uszkodzić sprzętu. W końcu wyczuwam go pod palcami, kształtem wydaje się identyczny z tym, który stoi w sali treningowej. Udaje mi się włączyć za pierwszym razem. Muzyka jest bardzo wolna i dobiega z pomieszczenia, do którego niestety muszę wejść.

Prostuję się i robię kolejny krok. Jestem już na miejscu, przede mną rozciąga się oświetlony wybieg, a na samym jego końcu sporej wielkości, okrągła scena z rurą. Idę w jej kierunku powoli, moje nogi chwieją się, a obcasy jeszcze bardziej utrudniają mi stawianie każdego kolejnego kroku. Muzyka dopiero zaczyna się rozkręcać, a ja dochodzę do rury. Staję sztywno, dostrzegając mężczyznę naprzeciwko mnie. Siedzi na kanapie, a jego twarz schowana jest w mroku. Nie widzę niczego z wyjątkiem jego ubrania. Ma na sobie dopasowany, ciemny garnitur. Posturą nie przypomina starca, a tak sobie go wyobrażałam. Krzyżuję ręce na klatce piersiowej. Przełykam głośno ślinę. Jakoś sobie poradzę.

2.

Ten niepozorny budynek, na jednej z wielu ulic tego miasta, nie różni się niczym od innych, ale jego wnętrze kryje tajemnicę, którą oprócz mnie znają nieliczni. Zawsze o tym myślę, kiedy staję przed jego drzwiami. Dla większości ludzi to zwykła szkoła tańca nieciesząca się renomą. Dla mnie jednak to idealna przykrywka, dzięki której trzepię niezłą kasę, a przy tym nie kiwam nawet palcem.

Wchodzę głównym wejściem z uśmiechem na ustach. Rozglądam się po dość obskurnym holu, jest w takim stanie, w jakim był, gdy go kupiłem. Robię kilka kroków, słyszę, że ktoś biegnie w moim kierunku. Ric staje na baczność obok mnie, jak zawsze zdenerwowany i przerażony moją wizytą.

- Witam, panie Black. Mam dla pana dobrą wiadomość, klub przynosi coraz większe zyski, tym razem utarg znów przebił poprzedni - mówi jednym tchem.

- A dochody ze szkoły?

Tak naprawdę mnie nie obchodzą, jednak ta instytucja musi się utrzymać. Jedynie przy dodatnich dochodach ma na to szanse. W przeciwnym razie ktoś w końcu się nią zainteresuje. Opłacam naukę tutaj każdej dziewczynie z klubu, jednak jest ich tylko sześć, to zbyt mało, żeby utrzymać tak dużą szkołę.

- Jesteśmy na plusie, niewiele, ale dobre i to. Zapisało się do nas kilka dziewczyn, niektóre na lekcje, inne przychodzą tu sobie poćwiczyć same. Bez trenera miesięczny pakiet jest trochę tańszy, ale... - Unoszę dłoń, nie chcę tego słuchać. - Przepraszam.

Odwracam się w stronę korytarza, idę wolnym krokiem, obserwując każdą salę. Na pierwszej trenują dziewczyny, które tańczą w klubie. Przystaję na chwilę, żeby sprawdzić, jak im idzie. Specjalnie zatrudniłem jedną z najlepszych trenerek pole dance, żeby nie było dla nich konkurencji w innych klubach. Gdy jedna z dziewczyn mnie zauważa, idę dalej, nie chcę rozpraszać ich podczas lekcji. Kolejna sala jest pusta, na następnej trenuje kilka dziewczyn w grupie. Przyglądam się każdej uważnie, ale nie widzę wśród nich materiału nawet na jedną noc. Ostatnia sala jest najmniejsza, zazwyczaj światła w niej są zgaszone, jednak dziś ktoś tu jest. Podchodzę do szyby i przyglądam się dziewczynie, którą na pewno widzę po raz pierwszy. Zapamiętałbym ją.

- Kto to? - pytam Rica, nie odrywając wzroku od jasnowłosej ślicznotki.

- Ma na imię Nicole, zapisała się do nas prawie miesiąc temu. Zawsze trenuje sama na tej sali. Nie wiem o niej nic więcej.

- Dlaczego nie poinformowałeś mnie, że przychodzi tu taka dziewczyna? - Mój ton robi się surowy, Ric doskonale zna moje wytyczne.

- Proponowałem jej pracę u pana i to niejednokrotnie. Za każdym razem mi odmawiała.

- Jesteś idiotą. Dziękuj losowi, że dziś mam dobry humor. - Uśmiecham się szeroko, gdy dziewczyna oplata rurę swoimi długimi i niewiarygodnie seksownymi nogami. - Twoim obowiązkiem nie jest proponowanie pracy w moim klubie, a informowanie mnie w takich przypadkach.

- Najmocniej pana przepraszam, nie pomyślałem. - Głos mu się trzęsie, oddycha coraz głośniej, tchórz.

- Chcę widzieć ją dzisiaj wieczorem w mojej prywatnej sali.

- Panie Black, ale ona się nigdy na to nie zgodzi - odpowiada przerażony.

- Masz to załatwić, użyj groźby. Gówno mnie obchodzi, jak to zrobisz - mówię stanowczo.

- Groźby? Czym mogę jej zagrozić? Nic o niej nie wiem.

Odwracam się w jego stronę, karcę go spojrzeniem i obserwuję, jak zaczyna panikować. Robi krok w tył, patrzy na mnie z wypisanym w oczach strachem. Przerażenie to idealne słowo oddające wyraz jego twarzy.

- Jak ona ma na nazwisko?

- Read. Nicole Read.

Wyciągam telefon z kieszeni, tylko jedna osoba może dostarczyć mi o niej informacji w krótkim czasie.

- Co jest szefie? - Szybko odbiera.

- Nicole Read. Od miesiąca przychodzi do mojej szkoły, nie wiem, jak długo mieszka w Portland. - Odwracam się w jej stronę. - Chcę dostać jak najwięcej informacji o jej życiu. Potrzebuję czegoś, czym mogę jej zagrozić, przeszukaj jej przeszłość, sprawdź, czy jest coś, czego nie chciałaby stracić. Wszystko wyślij do klubu.

Rozłączam się i zerkam na przestraszonego Rica.

- Niedługo dostaniesz na tacy wystarczającą liczbę argumentów. Masz to załatwić.

Odwracam się po raz ostatni w stronę dziewczyny. Zauważa mnie, uśmiecham się i odchodzę. Już niedługo będzie tańczyła tylko dla mnie.

Idę na koniec korytarza, otwieram ostatnie drzwi, wchodzę do biura Rica. To tu znajduje się ukryte przejście do mojego klubu. Przesuwany regał z książkami jest idealną zasłoną dla drzwi, które kryją za sobą schody do mojego raju. Luksusowy klub dla najbardziej wpływowych ludzi w tym mieście, całkowicie dyskretny i tylko dla wybranych.

Jest jeszcze przed południem, więc nie ma tu ludzi z wyjątkiem kilku pracowników. Kiwam głową do barmana, który od razu nalewa mi podwójną whisky. Biorę szklankę do ręki i wracam myślami do dziewczyny, która wywarła na mnie tak duże wrażenie. Nie zdarza mi się to zbyt często, na co dzień otaczam się pięknymi kobietami. Nie przepuszczę jej, będzie moja, choć jeszcze nie wiem, jak chcę ją wykorzystać. Nicole...

Po godzinie jestem w swoim biurze, przeglądam papiery z utargiem z ostatnich kilku dni. Założenie tego klubu było moją najlepszą życiową decyzją. Już dawno znudziło mi się prowadzenie firmy po ojcu, zyski są duże, ale ta praca nie jest dla mnie. Jednak to jedyne, co zostawił mi staruszek. Poza tym matka nigdy nie wybaczyłaby mi sprzedania wszystkiego, na co pracowali z ojcem przez tyle lat. Ale kto powiedział, że muszę tam siedzieć i pilnować wszystkiego osobiście? Każdy mój pracownik wie, że nie jestem typem człowieka, który daje drugą szansę.

Owen po przejrzeniu dokumentów i nastraszeniu Nicole przyniósł mi informacje o niej. Nie ma tu niczego, co mogłoby mnie zaskoczyć. Ma dwadzieścia pięć lat, pochodzi z normalnej, przykładnej rodziny z Jasper. Mały domek w pobliżu lasu, w którym do zakończenia szkoły mieszkała z rodzicami. W Portland jednak nie wiedzie się jej najlepiej. Praca w marnej korporacji za grosze, wynajmowane mieszkanie, którego właściciel zwiększył czynsz.

- Tu cię mam, cukiereczku.

Uśmiecham się na myśl, że właśnie to jest idealnym powodem, dla którego zrobi, co jej każę. Jeśli będzie grzeczna, nie będzie musiała martwić się o dach nad głową ani o pieniądze. Jednak, jeżeli przyjdzie jej do głowy zlekceważenie mnie, wtedy gorzko tego pożałuje.

Gdy na zegarze dochodzi siedemnasta, postanawiam wysłać do niej wiadomość. Niech wie, że nie ucieknie przede mną. Jej numer telefonu przy pozostałych informacjach jest jak prezent od Alexa. Wiem, że gdyby miał więcej czasu, dostarczyłby mi cały życiorys Nicole. Może mu to zlecę...

Zostało kilka minut do osiemnastej, dziewczyna przyszła, Ric wysłał mi wiadomość, że się przebiera. Przechodzę do mojej prywatnej sali. Siadam na kanapie ze szklanką whisky i czekam.

Jest kilka minut po osiemnastej, gdy słyszę ruch dobiegający z końca wybiegu. Muzyka zaczyna grać w głośnikach, jednak jej wciąż nie ma.

Pojawia się w końcu, idzie wolnym krokiem. Nawet z tej odległości widzę, że się trzęsie. Lubię być powodem silnych emocji u kobiet, niezależnie od tego, jakie są. Jednak strach jest czymś, co daje mi zastrzyk adrenaliny. Sprawia, że czuję się panem, jej panem...

Nicole staje na scenie, patrzy w moim kierunku, jest przerażona tą sytuacją, a ja zastanawiam się, czy jest wystarczająco silna, by mimo wszystko zatańczyć. Zaczynam się jednak powoli irytować, gdy nic się nie dzieje. Chcę zobaczyć, jak się rusza. Krzyżuję ręce na piersiach, w oczekiwaniu na jej występ. Prostuje się, łapie dłońmi rurę i zaczyna tańczyć. Na początku powoli, daje mi tym okazję do dokładnego przyjrzenia się jej ciału. Jest wyjątkowo seksowną kobietą. Nie umyka mojej uwadze zgrabna pupa i talia osy.

Zaczyna swój pokaz, któremu przyglądam się z niemałą uwagą. Cieszę się, że nie przyjęła propozycji pracy od Rica. Jej taniec jest inny, nie przypomina tego, co pokazują dziewczyny w klubie. To połączenie seksu i kobiecości. Nie erotyczny układ, mający na celu jedynie podnieść fiuty facetów, którzy oglądają występ. Ona pokazuje coś więcej, coś, czego jeszcze nie widziałem. Coś, co chcę oglądać.

Muzyka przestaje grać. Mała staje prosto na scenie. Boi się mnie, choć nie wiem, czy powinna, mogę być jej ratunkiem. Obserwuję ją jeszcze przez chwilę, po czym wyciągam dłoń w jej kierunku, dając znak, że ma podejść. Zanim robi krok, ściąga buty i zostawia je na scenie, powoli podchodzi do mnie, choć mam wrażenie, że zejście z trzech niewielkich schodków jest dla niej wyzwaniem. Obserwuję w milczeniu każdy jej ruch, a także reakcje, gdy jest już na tyle blisko, by przyjrzeć się mojej twarzy. Wciąż jednak się boi, wciąż nie wie, co czeka ją dalej.

- To mi się podobało, Nicole - mówię jej, opierając się o kanapę. - Podejdź. - Staje naprzeciwko stolika. - Nie, Nicole, podejdź bliżej, kotku. - Robi kilka kroków, zatrzymując się tuż obok mnie. - Nie musisz się mnie bać. Jeśli będziesz grzeczna, nic ci się nie stanie. A teraz posłuchaj, chciałbym, żebyś od czasu do czasu tańczyła dla mnie. Co ty na to?

- Czy mogę odmówić? - pyta łamiącym się głosem.

- Nie - odpowiadam stanowczo. - Bo widzisz, należę do tych ludzi, którym się nie odmawia. Chyba że chcesz mnie za wroga. Chcesz, Nicole? - Kręci delikatnie głową. - Mądra dziewczynka. - Wyciągam z kieszeni portfel, a z niego kilka banknotów i kładę je na stolik. - To zapłata za twój dzisiejszy występ. - Widzę po jej minie, że nie chce brać tych pieniędzy. - Pamiętaj, że nie przyjmuję sprzeciwów, jeśli chcesz, żebym był dla ciebie dobry, musisz słuchać tego, co mówię, rozumiesz? - Znów jedynie kiwa głową. - No dobrze. Możesz wracać do domu. Kiedy będę chciał cię zobaczyć, wyślę ci SMS-a. Nie próbuj uciekać, niech nie przychodzi ci do głowy lekceważenie mojego zaproszenia.

Stoi w bezruchu ze spuszczoną głową. Jest nieśmiała, czy tylko wystraszona?

Wstaję z kanapy, biorę pieniądze i podchodzę do niej.

- Wiem o tobie wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że to dla ciebie szansa. Za kilka dni masz zapłacić czynsz, a facet, który wynajmuje ci mieszkanie, podniósł go. Twoja pensja ci nie wystarczy, prawda? - Biorę jej dłoń i wciskam pieniądze. - Weź je i idź już.

Wracam na kanapę, obserwuję, jak wolno odwraca się ode mnie. Wraca na scenę, bierze buty i idzie wzdłuż wybiegu.

W końcu ginie z zasięgu mojego spojrzenia.

Siedzę tak jeszcze chwilę, zastanawiając się, czy dobrze robię. Ale przecież nazywam się Damon Black, jestem człowiekiem bez skrupułów i zawsze dostaję to, co chcę. A teraz chcę Nicole.

Po północy wracam do swojego domu. Już w drzwiach wita mnie wkurwiona Amanda.

- Dlaczego nie odbierasz ode mnie telefonów?! - wydziera się jak skończona wariatka. - Gdzie byłeś? Czy tak ciężko jest poinformować mnie, że nie wrócisz na kolację?! Jaki jest sens czekania na ciebie, skoro nigdy nie pojawiasz się na czas?!

- Dobrze, że sama jej nie robisz - odpowiadam lekceważąco. - Przestań się drzeć, nie mam siły na wysłuchiwanie twoich kolejnych histerii.

- Ty skończony chamie!

- Zawsze możesz odejść. - Mijam ją, przechodzę przez salon do mojego gabinetu.

Dlatego nie lubię normalnego życia. Nie potrzebuję kobiety, która będzie witała mnie krzykiem na wejściu, ale właśnie to daje iluzję mojej matce. Iluzję, że jej syn jest przykładnym obywatelem, ma kochającą narzeczoną, a ona wkrótce przywita swoje wnuki na świecie. Nic z tego nie jest prawdą. Daleko mi do uczciwego biznesmena, a Amanda jest jedynie elementem sprytnie wymyślonego przeze mnie planu. Jeśli już chodzi o dzieci, nie lubię ich, nie zamierzam nigdy zostać ojcem.

Wchodzę do sypialni po godzinie, niestety, Amanda nie obraziła się na tyle, żeby pójść spać gdzieś indziej. Jest próżna, zakochana w życiu, które prowadzi przy mnie. Brak jej jakiegokolwiek honoru, inaczej już dawno by odeszła. Zgadza się na brak szacunku, byle tylko mieć dostęp do moich pieniędzy.

Kładę się po prawej stronie materaca, wracam myślami do blondynki o niebieskich jak ocean oczach. Zastanawiam się, czy będzie grzeczna, czy jednak pomyśli o wykiwaniu mnie. Nie wiem, czy jestem w stanie spełnić swoje groźby, po co miałbym niszczyć jej życie? Ale ze mną lepiej nie zadzierać, nigdy nie wiadomo, co może przyjść mi do głowy. Sam tego nie wiem.

Budzę się o świcie, wstaję z łóżka i idę prosto do łazienki. Muszę wziąć prysznic i pojechać do firmy. To, że nie bywam tam każdego dnia, nie oznacza, że nie muszę sprawdzać tego, co się tam dzieje. Poza tym dziś jest piątek, ulubiony dzień mojej matki na zrobienie niezapowiedzianej kontroli.