1.
Ten tydzień dał mi porządnie w kość. Mój szef to skończony palant, któremu najchętniej ucięłabym jaja przy samej dupie. Nienawidzę go tak bardzo, że nie jestem nawet w stanie ubrać w słowa tego, co o nim myślę. Stara, gruba, ohydna szowinistyczna świnia. Znów zwalił na mnie swoją robotę, żeby nie pracować w weekend. Wczoraj siedziałam przy JEGO dokumentach do późnej nocy, by dziś móc choć chwilę odpocząć.
Pakuję torbę na trening, latam z pokoju do łazienki, sprawdzając za każdym razem, czego jeszcze nie zabrałam. W końcu znalazłam szkołę, która nie wymaga horrendalnych opłat i ma w swojej ofercie pojedyncze sale. Obskurny lokal, jednak nie obchodzi mnie to. Ja chcę po prostu tańczyć. Wiem, że to, co robię, kojarzy się ludziom z prostytucją, choć nie rozumiem, co ma pole dance do puszczania się za pieniądze. Nigdy nie tańczyłam publicznie. Pokochałam to, kiedy razem z koleżanką wyjechałyśmy na tydzień do Las Vegas. Świętowałyśmy wtedy zakończenie szkoły. Pierwszego dnia trafiłyśmy na ogłoszenie o kursach pole dance, to miała być tylko zabawa, ale po tygodniu lekcji wiedziałam, że chcę to robić. Praca w klubach nie wchodziła w grę od początku, nie chciałam świecić tyłkiem przed napalonymi mężczyznami. W Jasper nie miałam możliwości kontynuacji nauki, przede wszystkim ze względu na zbyt religijną mamę, która taniec na rurze uważa za wynalazek diabła. Podjęłam więc decyzję o studiowaniu w Portland, z dala od zacofanej rodziny, ale także przyjaciół. Większość z nich miała już pracę na miejscu lub nie wybierała się na studia zbyt daleko od domu. Ja chciałam inaczej, chciałam w końcu poczuć, że żyję. Studiowałam administrację i ćwiczyłam pole dance, w międzyczasie dorabiałam na zmywaku w restauracji niedaleko mieszkania, które wtedy wynajmowałam. Zaraz po studniach znalazłam pracę, ale na tyle daleko, że zostałam zmuszona do zmiany adresu. Przeprowadziłam się do obecnego mieszkania trzy miesiące temu, a szef okazał się dupkiem, który od razu obniżył mi pensję. Przez dwa pierwsze miesiące nie mogłam pozwolić sobie na trening pole dance, dopiero kilka tygodni temu znalazłam szkołę, na którą mnie stać, choć nie ukrywam, że jest ciężko.
Wychodzę z bloku, uśmiechając się na myśl o miejscu, do którego zmierzam. To może być niezrozumiałe dla większości ludzi, ale ja naprawdę to kocham. Taniec odpręża i pozwala nie myśleć o problemach. Czasami tańczę dwie, a nawet trzy godziny, nie czując upływającego czasu. Tylko dzięki temu mogę normalnie funkcjonować i po powrocie do domu bez bólu głowy brać się za pracę.
Gdy wchodzę do budynku, spotykam tylko kierownika szkoły, witam się z nim i przechodzę do szatni. Przebieram się szybko w szorty i sportowy biustonosz, z torby wyciągam butelkę wody oraz płytę z ulubioną muzyką. Sala, w której ćwiczę, jest tuż obok, więc szybko jestem w środku. Wkurzają mnie trochę szyby, umieszczone w górnej części ściany, ale zdążyłam do nich przywyknąć. Nie lubię, kiedy ktoś na mnie patrzy. Owen Ric, kierownik szkoły, podglądał mnie kilka razy, po czym zaproponował dobrze płatną pracę w jakimś super klubie. Ale ja nie jestem striptizerką, a z jego propozycji wywnioskowałam, że właśnie o taki rodzaj pracy mu chodzi.
Włączam radio i wchodzę na podest, łapię za chłodną rurę, zamykając na chwilę oczy. Muzyka się rozkręca, a ja zaczynam odpływać. Moje ruchy są machinalne. Nigdy nie uczyłam się specjalnych układów, jedynie oglądam wszelkiego rodzaju filmy w internecie. Dzięki nim poznaję nowe pozycje i uczę się bardziej skomplikowanych figur, opanowanie każdej daje mi dużo satysfakcji. Lubię być z siebie dumna, a bardzo rzadko mam ku temu powód...
Gdy kończy się piąta piosenka, postanawiam odpocząć przez chwilę. Odwracam się odruchowo w stronę szyby. Ktoś tam jest, ale to nie kierownik. Ten jest dużo młodszy. To atrakcyjny brunet, który uśmiecha się do mnie w bardzo dziwny sposób i odchodzi. Nie mam pojęcia, kim jest, ale czuję skrępowanie na myśl, że mnie podglądał. Nie jestem nieśmiała, nie brakuje mi pewności siebie, po prostu traktuję taniec jak coś osobistego, tylko i wyłącznie mojego.
Po kilku minutach przerwy wracam do treningu. Na początku nie mogę przestać zerkać co chwilę w stronę szyby, ale w końcu przestaje się to dla mnie liczyć. Wiem, że muszę się skupić i dać sobie szansę na odstresowanie. Wiem też doskonale, co czeka mnie po powrocie do domu. Na samą myśl robię się ponownie wściekła. Wspinam się po rurze, a kiedy jestem już wystarczająco wysoko, oplatam ją mocno udami i puszczam dłonie. Opadam głową w dół, zamykając oczy. To jedna z figur, które opanowałam niedawno, za każdym razem trochę się boję, ale teraz nie czuję strachu.
Jestem już zmęczona, spędziłam tu trzy godziny. Siadam na podłodze, starając się unormować oddech.
Zamykam oczy, chciałabym nie myśleć o problemach, choć przez chwilę. Boję się, że będę musiała wrócić do Jasper, a tak bardzo tego nie chcę.
Po kilku minutach wychodzę z sali. W szatni wyciągam żel pod prysznic i przechodzę wolnym krokiem do łazienki, to jedyne miejsce, które nie przeraża swoim wyglądem. Wchodzę do pierwszej kabiny, odkręcam ciepłą wodę i zmywam z siebie pot. Nie śpieszy mi się, powrót do mieszkania skazuje mnie na pracę do północy, chcę przedłużyć ten moment relaksu, choć wiem, że to bez sensu.
Po półgodzinnym prysznicu wychodzę z szatni, zmierzam prosto do wyjścia, przy którym spotykam Rica. Jest dziwnie zdenerwowany, nie wiem, czy coś się stało, ale gdy idzie w moim kierunku, domyślam się, że za chwilę się dowiem.
- Nicole, musimy pogadać - mówi zdenerwowany. - Mój szef chce widzieć cię dzisiaj u siebie. Musisz dla niego zatańczyć.
- Że co, kurwa?! - Echo mojego głosu roznosi się po pomieszczeniu.
- Wiem, jak to brzmi, ale uwierz mi, nie masz wyjścia - odpowiada roztrzęsiony.
- Powiedz swojemu szefowi, kimkolwiek on jest, że może mnie cmoknąć w dupę! - Chcę go minąć i wyjść, ale łapie mnie za rękę.
- Posłuchaj, naprawdę nie masz wyjścia. Jeśli dziś się nie zjawisz, stracisz pracę i mieszkanie. - Patrzę na niego szeroko otwartymi oczami, nie mam pojęcia, jak jeden człowiek może doprowadzić do tego. - Nie znasz go, ale uparł się na ciebie, wie o tobie wystarczająco dużo, żeby w ciągu doby zmienić twoje życie w koszmar. Przyjdź tu o osiemnastej dla własnego dobra. W przeciwnym razie jutro będziesz bezrobotną bezdomną.
Puszcza mnie i odchodzi.
Stoję w bezruchu, zastanawiając się, czy to naprawdę mi grozi. Jestem przerażona perspektywą utraty dachu nad głową i pracy, której wprawdzie nienawidzę, ale jednak daje mi pieniądze na to nędzne życie.
Serce bije mi jak szalone, gdy wracam do siebie. Słyszę jedynie szum w głowie, jestem roztrzęsiona. Nie zamierzam tańczyć dla jakiegoś buca, który sobie tak, kurwa, postanowił!
Przekręcam zamek w drzwiach i na chwiejnych nogach wchodzę do mieszkania.
Ściągam buty, odkładam torbę, idę wolno do salonu, gdzie zostawiłam wczoraj wszystkie papiery, nad którymi pracuję. Siadam na kanapie, dopada mnie coraz większa panika. Stracę pracę, bez względu na to, czy tam pójdę, czy nie. Jestem tak przerażona, że nie potrafię skupić się na dokumentach.
Zaczynam płakać. Jestem wykończona fizycznie i psychicznie, mam dość swojego życia i pecha, jaki towarzyszy mi od kilku miesięcy. A teraz jeszcze to. Tak bardzo cieszyłam się, że znalazłam to miejsce. Miało być dla mnie odskocznią od mojego parszywego życia.
Zerkam na zegar, trzynasta. Jeszcze pięć godzin. Muszę coś wymyślić.
Dzwonię do Marthy, dziewczyny z pracy, z którą szybko się zaprzyjaźniłam.
Rozumie mnie, mało się od siebie różnimy. Nie wiem, czy i na ile będzie umiała mi pomóc, ale tak naprawdę nie mam innego pomysłu.
- Cześć Niki! - Na szczęście odbiera. - Zrobiłaś sobie wolne od pracy dla tego sukinsyna? - Słyszę nerwy w jej głosie, gdy tylko o nim wspomina.
- Posłuchaj. Mam problem - mówię cicho, zastanawiając się, jak jej to wszystko streścić. - Wiesz, gdzie chodzę potrenować pole dance?
- No wiem. Zamknęli to miejsce, czy zgodziłaś się w końcu na propozycję kierownika i będziesz tańczyć w klubie?
Martha nie widzi nic złego w tej pracy. Zawsze powtarza, że gdyby miała talent, nie zastanawiałaby się ani chwili, bo to łatwa i przyjemna fucha.
- Nie, nic z tych rzeczy. Okazuje się, że Ric ma szefa, a jego szef postanowił, że mam dla niego dziś zatańczyć - wyrzucam z siebie szybko.
- Co?! - krzyczy do słuchawki. - Ale jak to postanowił? Nic z tego nie rozumiem, Niki.
- Ja też nie. Albo się zjawię tam o osiemnastej, albo jutro stracę mieszkanie i pracę.
- Nie wierzę, przecież to niemożliwe. Kim jest ten koleś? Wiesz coś o nim?
- Nic nie wiem, ale Ric był przerażony, kiedy mi o nim mówił.
- Kurwa, ty masz jakiegoś pecha dziewczyno. I co teraz zamierzasz zrobić?
- Nie mam pojęcia. - Wstaję z kanapy i zaczynam chodzić nerwowo po salonie. - Miałam nadzieję, że ty mi coś doradzisz. Nie wiem nawet, czy te jego groźby nie są bez pokrycia, ale boję się ryzykować. Jeśli on może to zrobić, zabierze mi wszystko.
- To może być jakiś zboczeniec, a raczej na pewno nim jest. Może lepiej nie ryzykuj? Wiem, że możesz stracić pracę i mieszkanie, ale z drugiej strony on może cię zgwałcić i zabić.
- Nie strasz mnie! - krzyczę przerażona.
- Wybacz. Nie wiem, co mam ci poradzić. To dziwna sytuacja.
- Zostałabyś w domu na moim miejscu?
- Zostałabym w domu na swoim miejscu. Mieszkanie jest na moich rodziców, więc nie mógłby mnie go pozbawić, a za pracą wcale bym nie tęskniła. Jednak nie wiem, co zrobiłabym na twoim miejscu - odpowiada zrezygnowana.
- Poradź mi coś, bo zaraz zwariuję.
- Niki, nie wiem, co mam ci powiedzieć. - Milczy przez chwilę. - Może ma jakieś zboczenie i chce tylko popatrzeć, ale nigdy nie wiadomo, to trudna decyzja. Musisz przemyśleć wszystko na spokojnie, masz jeszcze kilka godzin.
- To nie takie proste. Ale spróbuję.
- Daj znać, co postanowisz.
- Jasne.
Rozłączam się, skoro Martha nie potrafi mi pomóc, muszę zrobić to sama. Nie wiem nawet, na co mam się przygotować, niezależnie od decyzji, jaką podejmę.
Godzinę później wciąż chodzę po salonie. Pukanie do drzwi wywołuje u mnie dziwną panikę. Podchodzę do nich powoli i wyglądam przez wizjer. Z ulgą odkrywam, że to Martha. Szybko wpuszczam ją do środka, zaskoczona wizytą. O tej porze zazwyczaj zbiera się na imprezę.
- Co tu robisz?
- Nie mogłam cię zostawić. Zdecydowałaś już?
- Nie. Wciąż jestem w czarnej dupie.
- Pomyślałam, że pomogę ci w pracy, bo pewnie nie masz do tego głowy.
Uśmiecham się, gdy to słyszę, spadła mi z nieba. Nieważne, co zdecyduję, przecież i tak nie dam rady ogarnąć jeszcze tych wszystkich analiz i wykresów.
Wpuszczam przyjaciółkę do salonu, a ona od razu zabiera się do roboty, ja wracam do chodzenia po salonie i zastanawiania się, co mam zrobić.
Martha milczy już od dwóch godzin, udaje, że jest pochłonięta pracą, ale wiem, co chodzi jej po głowie. Zerka na mnie co chwilę, myśląc, że tego nie widzę. Zostały mi dwie godziny.
- Pójdę się wykąpać - odzywam się cicho.
- Zdecydowałaś, idziesz tam? - pyta, odrywając się od dokumentów.
- Nie, wciąż nie wiem, co mam robić. Ale potrzebuję kąpieli.
Moja przyjaciółka kiwa głową i wraca do papierów.
Wolnym krokiem przechodzę do sypialni, wyciągam z komody czystą bieliznę i idę do łazienki. Odkręcam gorącą wodę, związuję włosy i rozbieram się.
Kąpiel nie pomogła. Dalej nie mam pojęcia, co mam robić, ale gdzieś z tyłu głowy siedzi mi myśl, że nie mam wyjścia, że muszę tam pójść.
Choć chcę wierzyć w to, że jeśli tego nie zrobię, nic się nie stanie, stracę jedynie miejsce do treningów i tego się boję.
- Dostałaś chyba wiadomość - Martha odzywa się, gdy wchodzę do salonu.
Wątpię, że to coś ważnego, ale dla świętego spokoju odczytuję SMS-a, widzę, że to nieznany numer. Gdy zaczynam czytać, czuję, że robi mi się słabo.
Witaj, Nicole. Mam nadzieję, że dobrze zdecydowałaś i zatańczysz dziś dla mnie. Liczę na udany występ.
Siadam na podłodze, przyjaciółka podbiega do mnie od razu. Zanim spyta, co się stało, wkładam jej telefon do dłoni. Odczytuje wiadomość z przerażeniem wypisanym na twarzy, unosi głowę i patrzy na mnie.
- Zostawiłaś w szkole swój numer telefonu? - Kręcę głową. - Idź tam lepiej. Wiem, jak to brzmi, ale olanie tego faceta jest chyba złym pomysłem.
Kiwam głową i wstaję wolno. Martha ma rację, nie mam wyjścia. On zna mój numer, choć na sto procent nie podawałam go podczas zapisu do szkoły.
Starając się myśleć jak najmniej, poprawiam makijaż i ubieram się do wyjścia. Moja przyjaciółka podaje mi sportowe legginsy i top. Boję się, że ten cały szef nie na taki strój czeka, ale przecież nic nie mówił na ten temat.
- Zostanę tu i poczekam na ciebie, przy okazji przerobię jeszcze trochę tych dokumentów - mówi Martha, gdy wkładam buty.
- Dziękuję - odpowiadam cicho i wychodzę na klatkę.
Nie zwracam uwagi na drogę, po prostu idę przed siebie. Za piętnaście minut szósta, zdążę, jest niedaleko. Przed samymi drzwiami nogi uginają się pode mną. Z wielkim trudem udaje mi się złapać klamkę i wejść do środka, gdzie już czeka na mnie Ric.
- Dobra decyzja, chodź.
Mówi i odwraca się w stronę sal. Idę kilka kroków za nim. Dziwię się, gdy wchodzimy do jego gabinetu, a w momencie, w którym odsuwa regał z książkami, odsłaniając przy tym ukryte przejście, jestem już śmiertelnie przerażona. Otwiera je i gestem ręki pokazuje, że mam iść przodem. Boże, w co ja się wpakowałam? Przełykam głośno ślinę i idę przed siebie. Wchodzę na schody prowadzące w dół, na ich końcu znajdują się kolejne drzwi. Otwieram je wolno. To jakiś klub, widzę tu kilka rur do tańca, które stoją na wysokich podestach, prowadzi do nich długi wybieg. Ja mam tu tańczyć? Niemal mdleję na myśl o tym i widoku wszystkich zbierających się w tym miejscu mężczyzn. Przecież nie po to tu przyszłam.
Owen mija mnie, patrzę na niego sparaliżowana, odwraca się i głową daje mi znak, że mam podążać za nim. Widzę, że ludzie zaczynają mnie dostrzegać, czuję ich spojrzenia na sobie, nogi plączą się pode mną, próbuję nie zwracać na nich uwagi.
Wychodzimy z tamtego pomieszczenia, jesteśmy teraz na korytarzu, co chwilę mijamy jakieś drzwi. Wchodzimy do pokoju wyglądającego jak garderoba. W rogu stoi długi wieszak z bielizną, a jedną ścianę zajmuje lustro, pod którym na blacie ułożone są wszelkiego rodzaju kosmetyki.
- Musisz się przebrać. - Pokazuje wieszak, na który od razu po wejściu tutaj zwróciłam uwagę. - Te ubrania są nowe, przyszły dziś rano. Wybierz sobie jeden zestaw, musisz też zmienić buty. To wszystko tutaj jest do twojej dyspozycji. Masz czterdzieści minut na zebranie się. Poczekam na zewnątrz.
Ric wychodzi. Stoję w miejscu i staram się choć w niewielkim stopniu opanować strach. Ale nie uda mi się to, to przecież niemożliwe.
Wolnym krokiem podchodzę do ubrań, których nigdy w życiu nie chciałabym założyć, jednak nie mam wyjścia. Sięgam po bardzo krótkie szorty, które przypominają raczej jeansowe bokserki. I tak na próżno szukać tu czegoś, co zakryje więcej ciała. W komplecie do nich jest biała koszula z długim rękawem, jej wada polega na czymś innym - zawiązywana jest tuż pod biustem.
Przebieram się i ponownie poprawiam makijaż, nie chcę przesadzić, nie zamierzam malować się dla jakiegoś palanta. Ale nie chcę też go rozzłościć, mam zamiar zatańczyć i zapomnieć o tym, co tu się stało. O ile pozwolą mi zapomnieć.
Uchylam lekko drzwi, Ric stoi na korytarzu, przygląda mi się uważnie i znów kiwa głową. Nie wracamy do lokalu, przez który przechodziliśmy. Idziemy w głąb korytarza, aż do ostatnich drzwi na samym końcu. Mężczyzna otwiera je i odsuwa się o dwa kroki.
- Wchodzisz i idziesz na lewo, pokonujesz trzy schody, za którymi jest kurtyna, tuż przed nią stoi radio, włączasz muzykę i przechodzisz dalej. Idziesz wybiegiem, dochodzisz do rury i tańczysz. Nie kombinuj, rozzłoszczony szef jest równie niebezpieczny jak głodny lew. Kiedy skończysz, czekasz, aż każe ci odejść. Wracasz tutaj, prowadzę cię do szatni, przebierasz się i zmykasz do domu. Jasne?
Kiwam twierdząco głową, choć sama nie wiem, czy wszystko zapamiętałam. Wchodzę do ciemnego pomieszczenia, a drzwi zamykają się tuż za moimi plecami. Duszno mi, rozglądam się dookoła, starając się przyzwyczaić wzrok do ciemności. Dopiero po chwili dostrzegam lekkie światło po lewej stronie. Idę w jego kierunku i nagle w coś uderzam.
- Kurwa! - syczę z bólu.
Zapomniałam o pieprzonych schodach. Buty, które włożyłam, są niewygodne i zbyt wysokie, żeby można było w nich przejść bez upadku. Tym bardziej, kiedy chodzi się w czymś takim po raz pierwszy w życiu. I ja mam niby w tym zatańczyć?! Wolne żarty. Liczę do dziesięciu i biorę głęboki wdech, pokonuję schody, których nawet nie widzę. Wyciągam rękę do przodu, czuję pod palcami materiał kurtyny. Chcę zrobić kolejny krok i mieć to za sobą, ale w ostatniej chwili przypominam sobie o radiu. Kucam ostrożnie, starając się znaleźć je w tych ciemnościach, światło sączące się spod kurtyny nie pomaga, a ja nie chcę uszkodzić sprzętu. W końcu wyczuwam go pod palcami, kształtem wydaje się identyczny z tym, który stoi w sali treningowej. Udaje mi się włączyć za pierwszym razem. Muzyka jest bardzo wolna i dobiega z pomieszczenia, do którego niestety muszę wejść.
Prostuję się i robię kolejny krok. Jestem już na miejscu, przede mną rozciąga się oświetlony wybieg, a na samym jego końcu sporej wielkości, okrągła scena z rurą. Idę w jej kierunku powoli, moje nogi chwieją się, a obcasy jeszcze bardziej utrudniają mi stawianie każdego kolejnego kroku. Muzyka dopiero zaczyna się rozkręcać, a ja dochodzę do rury. Staję sztywno, dostrzegając mężczyznę naprzeciwko mnie. Siedzi na kanapie, a jego twarz schowana jest w mroku. Nie widzę niczego z wyjątkiem jego ubrania. Ma na sobie dopasowany, ciemny garnitur. Posturą nie przypomina starca, a tak sobie go wyobrażałam. Krzyżuję ręce na klatce piersiowej. Przełykam głośno ślinę. Jakoś sobie poradzę.