Poldark (#6). Cztery łabędzie - Winston Graham

Reflow text when sidebars are open.
Daniel Behenna, lekarz i chirurg, miał czterdzieści lat i mieszkał w kwadratowym, odosobnionym, nieporządnym domu przy Goodwives Lane w Truro. Behenna również odznaczał się kwadratową sylwetką i żył w odosobnieniu, lecz był zadbany, ponieważ mieszkańcy miasta i okręgu dobrze płacili za nowoczesną wiedzę medyczną. Wcześnie się ożenił, owdowiał, ponownie wstąpił w związek małżeński, ale druga żona także zmarła. W tej chwili dwiema córkami Behenny opiekowała się gospodyni, pani Childs, która mieszkała na stałe w domu. Asystent, o nazwisku Arthur, spał nad stajnią.
Behenna przebywał w Truro zaledwie od pięciu lat. Przeprowadził się z Londynu, gdzie nie tylko wyrobił sobie markę jako praktykujący lekarz, ale także napisał i opublikował monografię na temat położnictwa, w której skorygował część poglądów wyrażonych w słynnym Traktacie o położnictwie Smelliego. Po przybyciu do Kornwalii zrobił wielkie wrażenie na bogatych mieszkańcach prowincji dzięki swojemu autorytetowi i zręczności.
Zwłaszcza autorytetowi. Chorzy nie lubili pragmatycznego podejścia doktora Dwighta Enysa, który dokładnie badał pacjentów i wiedział, że lekarstwa często bywają nieskuteczne, toteż unikał podejmowania kategorycznych decyzji. Nie byli zadowoleni z medyka, który przychodzi, grzecznie rozmawia, odzywa się miło do dzieci, a nawet głaszcze psa. Woleli kogoś, kto robi ważną minę, okazuje pewność siebie, zachowuje się jak półbóg. Głos Behenny odbijał się echem w całym domu już na schodach, gdy rozkazywał służącym biec po wodę i koce. Krewni pacjenta wyczekiwali na każde jego słowo. Samo pojawienie się Behenny sprawiało, że serce biło szybciej, choćby nawet, jak często się zdarzało, wkrótce przestawało bić. Nie przygnębiały go niepowodzenia. Śmierć chorego nie była winą kuracji, tylko pacjenta.
Dobrze się ubierał, zgodnie z najwyższymi standardami swojej profesji. Kiedy odbywał dalekie podróże - do czego coraz częściej zmuszała go znakomita reputacja, jaką zyskał w okolicy - dosiadał ładnego karego konia o imieniu Emir, wkładał bryczesy z koźlej skóry, wysokie buty do konnej jazdy i ciężką pelerynę narzuconą na aksamitny surdut z mosiężnymi guzikami. Zimą podróżował w grubych wełnianych rękawiczkach, a w mieście posługiwał się mufką. Nie rozstawał się z laską ze złotą gałką, w której znajdował się flakonik z ziołami zapobiegającymi infekcjom.
Wieczorem na początku października tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego piątego roku Behenna wrócił do domu po wizycie u pacjentów mieszkających po drugiej stronie rzeki. Poddał bolesnym kuracjom dwóch chorych na cholerę oraz usunął przeszło półtora litra płynu z żołądka kupca zbożem, cierpiącego na puchlinę wodną. Po koszmarnej zimie i brzydkim lecie nadszedł ciepły miesiąc i niewielkie miasto spokojnie drzemało w upale. Przez całe popołudnie mieszkańcom dokuczał smród ścieków i gnijących odpadków, lecz wieczorem powiał lekki wiatr i powietrze znów stało się rześkie. Był przypływ: rzeka podpełzła do gęstych zabudowań Truro i otoczyła je jak senne jezioro.
Dotarłszy do frontowych drzwi, doktor Behenna odprawił skinieniem dłoni niewielką grupkę ludzi czekających na jego przybycie. Mniej zamożni mieszkańcy najczęściej korzystali z usług miejskich aptekarzy, a biedota leczyła się wywarami, które sama przygotowała albo kupiła za pensa od wędrownych Cyganów, jednak czasem Behenna pomagał komuś za darmo - nie był pozbawiony wspaniałomyślności i łechtało to jego próżność - dlatego przed domem zawsze czekało na niego kilku ludzi w nadziei na krótką konsultację na schodach. Lecz dziś nie był w nastroju.
Kiedy oddał konia stajennemu i wszedł do domu, wyszła mu na powitanie pani Childs, gospodyni. Była rozczochrana i wycierała ręce brudnym ręcznikiem.
- Panie doktorze - szepnęła. - Przyjechał do pana dżentelmen. Siedzi w salonie. Czeka już od dwudziestu pięciu minut. Nie wiedziałam, kiedy pan wróci, ale powiedział do mnie, powiedział: "Zaczekam". Po prostu: "Zaczekam". Więc zaprosiłam go do salonu.
Odkładając płaszcz i torbę, Behenna patrzył na gospodynię. Była niechlujną młodą kobietą i często się zastanawiał, dlaczego ją toleruje. Tak naprawdę istniała tylko jedna przyczyna.
- Jaki dżentelmen? Dlaczego nie wezwałaś pana Arthura? - Behenna nie zniżył głosu i gospodyni nerwowo zerknęła przez ramię.
- Pan Warleggan - odrzekła.
Behenna przejrzał się w zapleśniałym lustrze, przygładził włosy, strzepnął z mankietu pyłek i spojrzał na swoje ręce, by sprawdzić, czy nie ma na nich nieprzyjemnych plam.
- Gdzie panna Flotina?
- Poszła na lekcję muzyki. Panna May ciągle leży w łóżku, ale pan Arthur powiedział, że gorączka spadła.
- Naturalnie, że spadła. Dopilnuj, by mi nie przeszkadzano.
- Tak, sir.
Behenna odchrząknął i wszedł do salonu. Był zdziwiony.
Pani Childs się nie pomyliła. Przy oknie stał George Warleggan, z rękami splecionymi do tyłu, barczysty i spokojny. Miał świeżo ufryzowane włosy i nosił ubranie uszyte w Londynie. Był najbogatszym człowiekiem w Truro i jednym z najbardziej wpływowych obywateli, lecz teraz, gdy zbliżał się do czterdziestki, coraz bardziej przypominał z wyglądu swojego dziadka kowala.
- Pan Warleggan. Mam nadzieję, że nie musiał pan długo czekać. Gdybym wiedział...
- Nie wiedział pan. Dla zabicia czasu podziwiałem pański szkielet. Rzeczywiście, dziwne są sprawy Boga i żadna kość człowieka nie jest dla niego tajemnicą1.
Mówił chłodnym tonem, jak zawsze.
- Trofeum z moich lat studenckich. Wykopaliśmy go. Należał do zbrodniarza, który źle skończył. W wielkim mieście nigdy takich nie brakuje.
- Nie tylko w wielkim mieście.
- Czy mógłbym poczęstować pana czymś do picia? Może kordiał albo kieliszek madery?
George Warleggan pokręcił głową.
- Pańska kobieta, gospodyni, już mi proponowała.
- A zatem proszę usiąść. Jestem do pańskich usług.
George Warleggan zajął miejsce w fotelu i skrzyżował nogi. Rozglądał się po pokoju, nie poruszając głową. Behenna żałował, że w salonie panuje taki bałagan. Na stole walały się książki i papiery, słoje z solą glauberską i proszkiem Dovera. Na biurku, między notatkami medycznymi, stały dwie puste butelki z korkami nadgryzionymi przez robaki. Koło wiszącego szkieletu stało krzesło z dziewczęcą sukienką przewieszoną przez oparcie. Chirurg zmarszczył brwi: nie spodziewał się odwiedzin swoich bogatych pacjentów. Wygląd salonu mógł wywrzeć złe wrażenie.
Siedzieli w milczeniu przez całą minutę. Wydawało się, że minęło dużo czasu.
- Przyszedłem w prywatnej sprawie - powiedział George.
Doktor Behenna skinął głową.
- Z tego powodu wszystko, co powiem, musi pozostać tajemnicą. Rozumiem, że nikt nas nie podsłuchuje?
- Wszystkie rozmowy między lekarzem a pacjentem są poufne - odparł medyk.
George obrzucił go beznamiętnym wzrokiem.
- Istotnie. Ale tym razem ma to szczególne znaczenie.
- Nie bardzo rozumiem, co ma pan na myśli.
- To, że o naszej rozmowie będziemy wiedzieć tylko my dwaj, pan i ja. Jeśli dowie się o niej ktoś jeszcze, to nie ja zdradzę sekret.
Behenna wyprostował się w fotelu, lecz nie odpowiedział. Miał bardzo silne poczucie własnej ważności, choć zdawał sobie sprawę z jeszcze większej ważności Warlegganów.
- W takich okolicznościach nie zachowałbym się po przyjacielsku, doktorze.
Medyk podszedł do drzwi i otworzył je gwałtownie. Korytarz był pusty. Znów zamknął drzwi.
- Jeśli chce pan ze mną rozmawiać, panie Warleggan, może pan to zrobić. Zapewniłem już pana, że zachowam pańskie słowa w tajemnicy.
George skinął głową.
- Niechaj tak będzie.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu.
- Jest pan człowiekiem przesądnym? - spytał Warleggan.
- Nie, sir. Naturą rządzą niezmienne prawa, na które nie ma wpływu człowiek czy amulet. Rola lekarza polega na zrozumieniu istoty tych praw i zastosowaniu ich w celu wyleczenia choroby. Wszystkie choroby są uleczalne. Nikt nie powinien umrzeć przed nadejściem starości.
- Ma pan dwoje dzieci?
- Dwie córki, dwunastoletnią i dziewięcioletnią.
- Nie obawia się pan, że źle na nie wpłyną kości zbrodniarza wiszące w ich domu?
- Nie, sir. Gdybym zauważył, że szkielet wywiera na nie zły wpływ, uleczyłaby je duża dawka środka przeczyszczającego.
George znów skinął głową. Wsunął trzy palce do kieszonki od zegarka i zaczął obracać znajdujące się tam monety.
- Asystował pan przy narodzinach mojego syna. Później był pan częstym gościem w naszym domu. Rozumiem, że odbierał pan wiele porodów.
- Tysiące. Przez dwa lata pracowałem w szpitalu położniczym w Westminsterze pod kierunkiem doktora Forda. Sądzę, że nikt w Kornwalii nie ma równie dużego doświadczenia, i niewielu jest takich lekarzy w innych częściach kraju. Ale... przecież pan o tym wie, panie Warleggan. Wiedział pan o tym, gdy pańska żona, pani Warleggan, spodziewała się dziecka, i postanowił pan skorzystać z moich usług. Ufam, że jest z nich pan zadowolony.
- Tak. - George Warleggan wysunął do przodu dolną wargę. Jeszcze bardziej niż zwykle przypominał cesarza Wespazjana podejmującego decyzję o losach imperium. - Ale chciałbym się z panem skonsultować.
- Jestem do pańskich usług - powtórzył Behenna.
- Mój syn Valentine urodził się w ósmym miesiącu ciąży. Czy to się zgadza? Doszło do wypadku, moja żona spadła ze schodów, i poród nastąpił miesiąc przed terminem. Czy się nie mylę?
- Nie myli się pan.
- Proszę mi powiedzieć, doktorze: skoro odebrał pan tysiące porodów, z pewnością widział pan bardzo wiele wcześniaków. Czy tak?
- Owszem, znaczną liczbę.
- Urodzonych w ósmym miesiącu? Siódmym? Szóstym?
- Ósmym i siódmym. Nigdy nie widziałem sześciomiesięcznego wcześniaka, który przeżył.
- Czy wcześniaki, które przeżywają tak jak Valentine, mają w chwili narodzin jakieś szczególne cechy? Czy różnią się czymś od dzieci, które przyszły na świat o czasie? Czy są jakieś różnice?
Behenna zastanawiał się przez chwilę, dokąd zmierzają pytania gościa.
- Różnice? Jakiego rodzaju?
- To ja pana pytam.
- Nie ma istotnych różnic, panie Warleggan. Może pan być spokojny. Przedwczesne narodziny nie wywarły żadnego negatywnego wpływu na pańskiego syna.
- Nie mam na myśli różnicy po upływie wielu lat. - W głosie George'a Warleggana pojawiła się opryskliwość. - Jakie są różnice w chwili narodzin?
Behenna jeszcze nigdy tak starannie nie dobierał słów.
- Naturalnie waga. Ośmiomiesięczne dziecko prawie nigdy nie waży więcej niż dwa kilogramy i siedemset gramów. Często płacze ciszej. Paznokcie...
- Słyszałem, że ośmiomiesięczny wcześniak nie ma paznokci.
- To nieścisła informacja. Są małe i bardziej miękkie...
- Słyszałem, że skóra takich dzieci jest pomarszczona i czerwona.
- Bywa taka również u wielu dzieci urodzonych o czasie.
- Słyszałem, że wcześniaki nie mają włosów.
- Och, czasem mogą mieć włosy, ale bardzo rzadkie i cienkie.
Na ulicy rozległ się turkot wozu. Kiedy ucichł, George powiedział:
- Cel moich pytań może być już dla pana jasny, doktorze. Muszę zadać panu ostatnie pytanie. Czy mój syn był wcześniakiem, czy nie?
Daniel Behenna oblizał wargi. Zdawał sobie sprawę, że jest uważnie obserwowany, i czuł napięcie gościa. U człowieka mniej panującego nad sobą można by to nazwać cierpieniem.
Wstał i podszedł do okna. Silniejsze światło sprawiło, że zauważył plamki krwi na swoim mankiecie.
- W przypadku wielu pytań o charakterze fizycznym nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi, panie Warleggan. Musi pan pozwolić, bym sobie wszystko przypomniał. Pana syn ma teraz - ileż to? - osiemnaście, dwadzieścia miesięcy, prawda? Od jego narodzin odbierałem wiele porodów. Proszę mi powiedzieć, kiedy dokładnie mnie pan wezwał.
- Trzynastego lutego zeszłego roku. Moja żona spadła ze schodów w Trenwith. Zdarzyło się to w czwartek wieczorem, około szóstej. Natychmiast posłałem po pana służącego i przybył pan około północy.
- Ach tak, pamiętam. W tamtym tygodniu leczyłem lady Hawkins, która złamała żebra w czasie polowania. Kiedy usłyszałem, że pana żona uległa wypadkowi, miałem nadzieję, że nie spadła z konia, bo w takiej sytuacji...
- Więc pan przyjechał - przerwał George.
- Przyjechałem. Zajmowałem się pana żoną przez całą noc i następny dzień. Jeśli dobrze pamiętam, dziecko przyszło na świat wieczorem.
- Valentine urodził się kwadrans po ósmej.
- Tak... Cóż, mogę panu powiedzieć, panie Warleggan, że nie przypominam sobie, bym zauważył coś dziwnego w chwili narodzin pańskiego syna. Naturalnie nie miałem powodu, by się zastanawiać, spekulować, uważnie obserwować. Dlaczego miałbym to robić? Nie przypuszczałem, że nadejdzie chwila, gdy będę musiał wydać kategoryczną opinię. Chodzi o zaledwie miesiąc. Pana żona nieszczęśliwie upadła i byłem rad, że urodziła żywego, zdrowego chłopca. Zwracał się pan do położnej?
George również wstał.
- Musi pan pamiętać, jak wyglądało dziecko, które pan odebrał. Czy miało w pełni uformowane paznokcie?
- Tak mi się zdaje, ale nie jestem pewien, czy...
- A włosy?
- Trochę ciemnych włosów.
- Czy skóra była pomarszczona? Zobaczyłem dziecko po godzinie i pamiętam tylko lekkie zmarszczki.
Behenna westchnął.
- Panie Warleggan, jest pan jednym z moich najzacniejszych klientów i nie chciałbym pana urazić. Czy mogę być zupełnie szczery?
- Właśnie o to pana proszę.
- Cóż, z całym szacunkiem sugeruję, by wrócił pan do domu i nie myślał więcej o tej sprawie. Nie ośmielam się zgadywać, jakie są przyczyny pańskich pytań. Ale jeśli spodziewa się otrzymać ode mnie w tej chwili - ode mnie lub od kogokolwiek innego - jasną opinię, czy pana syn był lub nie był wcześniakiem, prosi pan o coś niemożliwego, sir. Nie da się w ten sposób kategoryzować natury. Norma jest tylko normą, zawsze istnieje margines tolerancji.
- A zatem nic mi pan nie powie.
- Nie mogę panu powiedzieć. Gdyby zadał pan to pytanie w chwili porodu, mógłbym zaryzykować bardziej zdecydowaną opinię. Naturalia non sunt turpia, jak mawiają.
George ujął laskę i uderzył nią w dywan.
- Rozumiem, że doktor Enys wrócił do Kornwalii i wkrótce zacznie odwiedzać pacjentów?
Behenna zesztywniał.
- Wciąż jest niezdrów, a niebawem poślubi bogatą pannę.
- Niektórzy go cenią.
- To ich sprawa, nie moja, panie Warleggan. Ze swojej strony czuję tylko pogardę dla większości jego metod, które świadczą o słabości charakteru i braku przekonania. Człowiek, który nie opiera swoich działań na jasnej, udowodnionej teorii medycznej, nie może być dobrym lekarzem.
- Naturalnie, naturalnie. Doskonale wiem, że lekarze nigdy nie mówią dobrze o swoich kolegach po fachu.
A czy bankierzy mówią dobrze o innych bankierach? - pomyślał medyk.
- Cóż... - powiedział George. - Życzę panu miłego wieczoru, Behenna.
- Mam nadzieję, że pani Warleggan i panicz Valentine cieszą się dobrym zdrowiem - rzekł doktor.
- Dziękuję, tak.
- Nadszedł czas, bym ich odwiedził. Może na początku przyszłego tygodnia...
Zapadło milczenie i wydawało się, że George rozważa, czy nie powiedzieć: "Proszę więcej nie przyjeżdżać".
- Staram się nie spekulować, panie Warleggan, dlaczego pyta mnie pan o te kwestie - odezwał się Behenna. - Ale nie byłbym człowiekiem, gdybym nie rozumiał, jak ważna może być dla pana odpowiedź. Nie jestem w stanie wydać opinii, która, według mojej wiedzy, mogłaby rzucić cień na honor szlachetnej i cnotliwej damy - i nie zrobię tego. Nie mogę tego zrobić, nie mając pewności co do istoty sprawy, a chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że nie mam takiej pewności. Gdybym ją miał, uważałbym za swój obowiązek powiedzieć panu prawdę. Nie mam pewności. To wszystko.
George spoglądał na lekarza chłodnym wzrokiem. Niesmak malujący się na jego twarzy mógł wyrażać niechęć do Behenny lub niezadowolenie, że musiał ujawnić własne myśli przed obcym człowiekiem.
- Pamięta pan, co powiedziałem na początku naszej rozmowy, doktorze?
- Jestem zobowiązany do zachowania tajemnicy.
- Proszę o tym nie zapominać. - George ruszył w stronę drzwi. - Moja rodzina czuje się dobrze, ale może pan przyjechać, jeśli pan chce.
Po wyjściu Warleggana Behenna poszedł do kuchni.
- Nellie, dom jest w koszmarnym stanie! Marnujesz czas, plotkując, zajmując się bzdurami i gapiąc się na ulicę! Salon nie nadaje się do podejmowania zamożnych pacjentów! Zabierz tę sukienkę i buty! Uważaj, bo możesz stracić pracę!
Przez trzy lub cztery minuty łajał Nellie Childs donośnym głosem, który rozlegał się w całym domu. Słuchała, patrząc cierpliwie spod grzywy kasztanowych włosów, i czekała, aż burza minie. Czuła, że doktor musi odbudować autorytet, który w jakiś sposób podważyła wizyta dziwnego gościa. Kiedy Behenna odwiedzał swoich najbogatszych pacjentów, byli oni w potrzebie i wymagali pomocy. Stawiał diagnozy, oni zaś z lękiem wyczekiwali jego słów. Nigdy nie leczył George'a Warleggana, który cieszył się nienaturalnie dobrym zdrowiem. Dzisiaj, jak zawsze w czasie spotkań z właścicielem dworu w Trenwith, Behenna musiał się przed nim płaszczyć. Nie sprawiało mu to przyjemności, męczyło go i teraz wyżywał się na Nellie Childs.
- Tak, sir - powtarzała. - Nie, sir. Zajmę się tym jutro, sir.
Za każdym razem zwracała się do niego "sir", nawet gdy szedł za nią do sypialni: była to podstawa ich relacji. Istniało między nimi milczące quid pro quo. Traktowała jego reprymendy poważnie, lecz nie zanadto poważnie. Kiedy skończył, zaczęła w milczeniu porządkować salon, a tymczasem Behenna stał przy oknie z dłońmi pod połami surduta, rozmyślając o tym, co się wydarzyło.
- Panna May chciałaby z panem porozmawiać, sir.
- Za chwilę.
Próbowała zabrać rozrzucone buty i upuściła dwa. Włosy opadły jej na twarz.
- Bogaci dżentelmeni rzadko pana odwiedzają, sir. Potrzebował czegoś związanego z medycyną?
- Tak, z medycyną.
- Myślę, że mógł przysłać jednego ze swoich służących, prawda, sir?
Behenna nie odpowiedział. Nellie wyszła z butami i wróciła po sukienkę.
- Chyba nigdy wcześniej nie widziałam u nas pana Warleggana. Może to jakaś prywatna sprawa i nie chciał, żeby wiedzieli o niej domownicy?
Behenna odwrócił się od okna.
- Zdaje się, że Katon powiedział: Nam nulli tacuisse nocet, nocet esse locutum. Na zawsze zapamiętaj te słowa, Nellie. Powinnaś przestrzegać tej zasady. Inni ludzie także.
- Może tak, ale nie wiem, co to znaczy.
- Przetłumaczę ci. "Milczenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło, ale mowa często".
George Tabb miał sześćdziesiąt osiem lat i pracował jako stajenny i dozorca w gospodzie Pod Walecznym Kogutem. Zarabiał dziewięć szylingów tygodniowo i czasem dostawał dodatkowego szylinga za pomoc w trakcie walk kogutów. Mieszkał w przybudówce obok gospody, a jego żona, w dalszym ciągu sprawna mimo kłopotów zdrowotnych, zarabiała dwa funty rocznie jako praczka. Tabb czasem otrzymywał napiwki jako dozorca, co pozwalało mu wiązać koniec z końcem, lecz w ciągu dziewięciu lat od śmierci swojego przyjaciela i pracodawcy Charlesa Williama Poldarka często zaglądał do butelki, a obecnie pił tak dużo, że nie stać go było na utrzymanie. Emily Tabb próbowała kontrolować wydatki, ale tygodniowo trzeba było przeznaczyć pięć szylingów na chleb, dziewięć pensów na mięso, dziewięć pensów na pół funta masła i kolejne dziewięć pensów na pół funta sera oraz szylinga na dwadzieścia kilogramów kartofli, co ograniczało pole manewru. Pani Tabb gorzko żałowała - podobnie jak jej mąż, gdy był względnie trzeźwy - że dwa i pół roku wcześniej opuścili Trenwith. Elizabeth Poldark, owdowiała i pozbawiona pieniędzy, musiała po kolei zwalniać służących, aż zostali tylko wierni Tabbowie, ale pijany Tabb zrobił się bezczelny i zaczął uważać się za niezastąpionego. Po nagłym ślubie pani Poldark musieli odejść.
Pewnego popołudnia na początku października George Tabb czyścił arenę na tyłach gospody, przygotowując ją do walk kogutów, które miały się odbyć następnego dnia, gdy zagwizdał na niego szynkarz, po czym powiedział, że ktoś chce się z nim widzieć. Tabb wyszedł na ulicę i zobaczył wychudzonego mężczyznę w czarnym stroju, z oczami osadzonymi tak blisko siebie, że wydawał się zezowaty.
- Tabb? George Tabb? Ktoś chce zamienić z tobą kilka słów. Powiedz swojemu panu. Zajmie to pół godziny.
Tabb przyjrzał się gościowi i spytał, o co chodzi, kto chce się z nim widzieć i dlaczego, lecz nie otrzymał odpowiedzi. Na ulicy czekał drugi mężczyzna. W końcu Tabb odłożył miotłę i wyszedł z gospody.
Nie szli daleko. Kilka kroków zaułkiem, a następnie wzdłuż brzegu rzeki, która lśniła i migotała w czasie przypływu. Później ulicą, do furtki w murze i przez dziedziniec. Tylna część wysokiego domu.
- Tędy.
Tabb wszedł do środka. Pokój przypominał biuro prawnika.
- Zaczekaj tu. - Zamknięto za nim drzwi. Został sam.
Rozglądał się niespokojnie po pomieszczeniu, zastanawiając się, czy wezwanie nie oznacza jakichś kłopotów. Nie musiał długo czekać. Drugimi drzwiami wszedł dżentelmen. Tabb spojrzał na niego ze zdumieniem.
- Pan Warleggan! - Tabb był łysy i uniósł dłoń do pomarszczonego czoła.
Jego imiennik, nieskończenie ważny George Warleggan, skinął mu głową, po czym usiadł za biurkiem. Zajrzał do jakichś dokumentów, a Tabb zaniepokoił się jeszcze bardziej. To właśnie George Warleggan po poślubieniu pani Poldark kazał zwolnić ze służby Tabba i jego żonę. W jego dzisiejszym powitaniu nie czuło się sympatii.
- Chcę ci zadać kilka pytań, Tabb - rzekł George, nie unosząc wzroku.
- Sir?
- Pytania, które ci zadam, są poufne i spodziewam się, że będziesz je tak traktował.
- Tak, sir.
- Widzę, że nie pracujesz już na posadzie, którą ci załatwiłem na prośbę pani Warleggan, po odejściu z Trenwith.
- Tak, sir. Moja żona nie dawała sobie rady z pracą i...
- Wręcz przeciwnie. Panna Agar była niezadowolona z twojej pracy i chciała zatrzymać twoją żonę, a zwolnić ciebie.
Tabb rozglądał się niespokojnie po pokoju.
- Teraz wegetujesz jako dozorca w gospodzie. Bardzo dobrze, to twoja decyzja. Nie skorzystałeś z mojej pomocy i ponosisz tego konsekwencje!
Tabb odchrząknął. George Warleggan wsunął palce do kieszonki na zegarek i wyjął dwie monety. Były złote.
- Mimo to mogę na pewien czas złagodzić twój los. Dostaniesz te dwie gwinee pod pewnymi warunkami.
Tabb wpatrywał się w monety jak sroka w gnat.
- Sir?
- Chcę ci zadać kilka pytań na temat ostatnich miesięcy twojej pracy w Trenwith. Pamiętasz je? Odszedłeś niespełna dwa lata temu.
- O tak, sir, pamiętam bardzo dobrze.
- Jesteśmy w tym pokoju tylko my dwaj, Tabb. Tylko ty będziesz wiedział, jakie pytania ci zadam. Tak więc, jeśli w przyszłości usłyszę, że inni znają te pytania, będę wiedział, kto o nich opowiadał, prawda?
- Och, nie zrobiłbym tego, sir...
- Doprawdy? Nie jestem pewien. Pijacy bywają gadatliwi. Zatem posłuchaj, Tabb.
- Sir?
- Jeśli kiedykolwiek usłyszę jedno słowo na temat pytań, które ci dziś zadam, zostaniesz wypędzony z miasta i dopilnuję, żebyś zdechł z głodu. Zdechł z głodu. W rynsztoku. Przyrzekam ci to. Będziesz o tym pamiętał po pijanemu?
- Sir, uczciwie obiecuję. Daję słowo. Nie mogę zrobić nic więcej. Ja...
- Tak, możesz tylko dać słowo. Więc go dotrzymaj, bo ja dotrzymam swojego.
Zapadła cisza. Tabb oblizał wargi.
- Dobrze pamiętam ten okres, sir. Dobrze pamiętam czas, gdy ja i pani Tabb sami jedni dbaliśmy o dwór i gospodarstwo. Nikt nam nie pomagał, a było mnóstwo roboty...
- Wiem, wiem. I zacząłeś nadużywać swojej pozycji. Dlatego zostałeś zwolniony. Ale ze względu na długą służbę znaleziono ci inną pracę, którą potem straciłeś. Tabb, należy rozstrzygnąć pewne kwestie prawne związane z majątkiem i możesz pomóc mi to zrobić. Przede wszystkim chciałbym, żebyś przypomniał sobie wszystkie osoby odwiedzające dwór. Od kwietnia do czerwca tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku, gdy odszedłeś.
- Kto odwiedzał dwór? Żeby się zobaczyć z panią Poldark albo panną Agathą? Niewielu ludzi, sir. Prawie nie mieliśmy gości... Pamiętam wieśniaków. Betty Coad przynosiła sardynki, a raz w tygodniu pojawiał się Lobb, roznosiciel "Sherborne Mercury". Aaron Nanfan...
George dał znak ręką, nakazując Tabbowi milczenie.
- Kto odwiedzał Poldarków na gruncie towarzyskim?
Tabb zastanawiał się przez chwilę, drapiąc się po podbródku.
- Pan, sir! Najczęściej ze wszystkich! Poza tym doktor Choake, który przyjeżdżał do panny Agathy. Raz w tygodniu pastor Odgers, nadsztygar Henshawe, administrator parafii, kapitan Poldark z Nampary, ze dwa razy sir John Trevaunance i chyba raz pani Ruth Treneglos. Raz widziałem panią Teague. Ale przez pół dnia byłem na polu i dlatego nie mogę...
- Jak często przyjeżdżał kapitan Poldark z Nampary?
- Och... raz w tygodniu. Mniej więcej.
- Zwykle wieczorami?
- Nie, sir, zawsze po południu. W czwartki po południu. Pił herbatę, a potem odjeżdżał.
- Więc kto przychodził wieczorem?
- Nikt, sir. We dworze było cicho, cicho jak w grobie. Wdowa, młody panicz, co to nie miał jeszcze dziesięciu lat, i bardzo stara dama. Jakby pan mnie spytał o gości za czasów pana Francisa, to wtedy...
- A pani Elizabeth? Na pewno wyjeżdżała wieczorami?
Tabb zamrugał.
- Wyjeżdżała? Nic o tym nie wiem, sir.
- Wieczorami było jeszcze jasno. W kwietniu, maju i czerwcu. Musiała jeździć konno.
- Nie, bardzo rzadko. Sprzedaliśmy prawie wszystkie konie, oprócz dwóch, które były za stare, by się ich pozbyć.
George obracał w palcach dwie gwinee, a Tabb spoglądał na monety. Miał nadzieję, że to już koniec.
- Spokojnie, spokojnie, jeszcze nic nie zarobiłeś - rzekł George. - Zastanów się, człowieku. Musieli być inni goście.
Tabb gorączkowo się zastanawiał.
- Wieśniacy... Wuj Ben przynosił króliki. Żadnych obcych ani...
- Jak często pani Poldark jeździła do Nampary?
- Do Nampary?
- Mówię wyraźnie. W odwiedziny do Rossa Poldarka i jego żony.
- Nigdy. Ani razu. Nic o tym nie wiem. Nie, nigdy.
- Dlaczego tam nie jeździła? Byli sąsiadami.
- Myślę... myślę, że nigdy za bardzo nie lubiła żony kapitana Poldarka. Ale tak tylko myślę.
Zapadła długa cisza.
- Spróbuj dokładnie sobie przypomnieć, co się działo w maju. Na początku lub w połowie miesiąca. Kto przyjeżdżał do Trenwith? Kto przyjeżdżał wieczorem?
- No... nikt, sir. Nie widziałem żywej duszy. Już mówiłem.
- Kiedy kładłeś się spać?
- Eee... o dziewiątej albo dziesiątej. Szybko po zmroku. Od rana do zmierzchu byliśmy na polu, a potem...
- O której pani Elizabeth udawała się na spoczynek?
- Eee... o tej samej porze. Wszyscy byliśmy zmęczeni.
- Kto zamykał dwór?
- Ja, wieczorem. Wcześniej nigdy nie zamykaliśmy, ale potem, jak nie było innych służących, a wszędzie roiło się od włóczęgów...
- Cóż, obawiam się, że niczego nie zarobiłeś - oznajmił George, poruszając dłonią, jakby chciał schować pieniądze.
- Och, sir, powiedziałbym panu, gdybym wiedział to, co pan chce usłyszeć!
- Nie wątpię. A zatem oświeć mnie w jednej kwestii. Czy usłyszałbyś dzwonek, gdyby ktoś odwiedził dwór po twoim pójściu spać?
- To znaczy w nocy?
- A kiedy indziej?
Tabb się zastanawiał.
- Wątpię. Wątpię, czy usłyszałbym dzwonek. Jest w kuchni, na dole, a wszyscy śpimy na górze.
- Nigdy byś się nie zorientował, że ktoś przyszedł?
- Na pewno bym coś zauważył. Po co ktoś miałby przychodzić do dworu? Tylko po to, żeby kraść. A nie było dużo do ukradzenia.
- Jest jakieś sekretne wejście do dworu, o którym słyszałeś? Mógłby je znać jeden z członków rodziny?
- Nie... Nic o tym nie wiem. A pracowałem w Trenwith dwadzieścia pięć lat.
George Warleggan wstał.
- Bardzo dobrze, Tabb. - Upuścił monety na stół. - Weź swoje dwie gwinee i idź. Masz nikomu o tym nie wspominać, nawet żonie.
- Nic jej nie powiem - odparł Tabb. - Inaczej... no, sir, wie pan, jak to jest. Zaraz będzie chciała zabrać pieniądze.
- Weź swoje gwinee i idź - powtórzył George.
Elizabeth Warleggan miała trzydzieści jeden lat i dwoje dzieci. Starszy syn, Geoffrey Charles Poldark, wkrótce jedenastolatek, przebywał w szkole w Harrow, gdzie rozpoczął pierwszy semestr nauki. Matka otrzymała jak dotychczas trzy poplamione atramentem listy, w których syn pisał, że żyje, jest zdrowy i poznaje zwyczaje panujące w szkole. Elizabeth przechowywała je starannie złożone w rogu biurka i kiedy na nie patrzyła, zawsze czuła ból w sercu: potrafiła wyczytać wiele między wierszami. Młodszy syn, Valentine Warleggan, nie miał jeszcze dwóch lat i powoli dochodził do siebie po ciężkiej krzywicy, która zaatakowała organizm poprzedniej zimy.
Elizabeth skończyla właśnie grać w karty z trzema starymi przyjaciółkami - była to jedna z przyjemności związanych ze spędzaniem zimy w Truro. W mieście wszyscy grali w karty i pobyt w Truro był zupełnie inny od nudnych, samotnych zim, gdy przebywała w Trenwith z Francisem i mieszkała tam po jego śmierci. Życie z nowym mężem bywało trudne, zwłaszcza ostatnio, lecz również znacznie ciekawsze, a Elizabeth lubiła podniety.
Zawijała w salonie niewielką paczuszkę, gdy pojawił się George. Przez chwilę się nie odzywał: przeszedł przez pomieszczenie i zaczął przeglądać papiery leżące w szufladzie.
- Powinnaś kazać to zrobić służącej - rzekł w końcu.
- I tak mam niewiele zajęć - odpowiedziała lekkim tonem. - To prezent dla Geoffreya Charlesa. Pod koniec przyszłego tygodnia ma urodziny, a jutro odjeżdża dyliżans do Londynu.
- Tak, cóż, możesz dołączyć drobny prezent ode mnie. Nie zapomniałem o jego urodzinach.
George podszedł do innej szuflady i wyjął małe pudełeczko. Znajdowało się w nim sześć guzików z masy perłowej.
- Och, George, są takie ładne! To miło, że pamiętałeś... Myślisz, że powinien je nosić w szkole? Nie pogubi ich?
- Nawet jeśli je zgubi, nie będzie to miało znaczenia. Geoffrey Charles lubi eleganckie stroje: przyszyje mu je miejscowy krawiec.
- Dziękuję. W takim razie dodam je do swojego prezentu. I dołączę notatkę do życzeń urodzinowych, by wiedział, że guziki są od ciebie.
Geoffrey Charles w ogóle nie wspominał o ojczymie w listach do domu. Oboje to zauważyli, lecz unikali rozmów na ten temat.
- Wychodziłaś? - spytał George.
- Byłam u Marii Agar. Wspominałam ci o tym.
- O tak, zapomniałem.
- Bardzo lubię towarzystwo Marii. Jest taka wesoła i beztroska.
Zapadło pełne napięcia milczenie.
- Valentine dziś cię wołał - powiedziała Elizabeth.
- Och, Valentine?
- Tak. Bez przerwy wołał: "Papa! Papa! Papa!". Nie widział cię od kilku dni i tęskni.
- Hm, cóż... może jutro. - George zamknął szufladę. - Widziałem dziś twojego dawnego służącego. Przypadkiem spotkałem go Pod Walecznym Kogutem.
- Kogo? Którego służącego?
- George'a Tabba.
- Ach... Jest zdrów?
- Usiłował gadać o dawnych czasach.
Elizabeth ponownie owinęła papierem jeden z boków paczuszki.
- Przyznaję, że miałam wyrzuty sumienia po jego odejściu.
- Dlaczego?
- Pracował dla nas - dla mojego teścia i Francisa - przez tyle lat. Szkoda, że wszystko stracił, ale w końcu zrobił się nieznośny.
- Dałem mu dwie gwinee!
- Dwie gwinee! To wyjątkowa hojność z twojej strony! - Elizabeth popatrzyła na męża, próbując coś wyczytać z jego beznamiętnej twarzy. - Czasem się zastanawiałam, czy nie powinniśmy znów go przyjąć. Dostał nauczkę.
- Pijaka? Pijacy mają długie języki.
- O czym mógłby opowiadać? Nie mamy żadnych sekretów, które należałoby ukrywać przed światem.
George ruszył w stronę drzwi.
- Kto nie ma sekretów? Wszyscy jesteśmy narażeni na wypowiadane szeptem kalumnie i brzydkie plotki, prawda? - Wyszedł.
Później zjedli razem kolację. Rodzice Elizabeth pozostali w Trenwith, a rodzice George'a przebywali w Cardew. Ostatnio George i Elizabeth spożywali posiłki w milczeniu. George zawsze miał nienaganne maniery i rzadko robił coś niezwykłego. Pierwszy mąż Elizabeth, Francis, bywał buńczuczny, ponury, cyniczny, dowcipny, wyrafinowany, szorstki, pedantyczny i bałaganiarski. George prawie nigdy nie zachowywał się w ten sposób: zawsze panował nad emocjami. Mimo to nauczyła się odczytywać nastroje męża i rozumiała, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy jego stosunek do niej bardzo się zmienił. Nieustannie ją obserwował, jakby próbował odgadnąć, czy jest naprawdę szczęśliwa w małżeństwie. Ostatnio jego baczne spojrzenie stało się trudne do zniesienia. Dawniej, jeśli Elizabeth unosiła oczy i napotykała wzrok George'a, patrzył wprost na nią, otwarcie się jej przyglądał w sposób, który nie wywoływał przykrych wrażeń, lecz teraz szybko odwracał oczy, nie pozwalając odgadnąć swoich myśli.
Czasem miała również wrażenie, że obserwują ją służący. Kilka razy otrzymała listy, które wyglądały, jakby je otwarto i z powrotem zapieczętowano. Było to bardzo nieprzyjemne i Elizabeth często się zastanawiała, czy to tylko twory jej wyobraźni.
- Nadal nie odpowiedzieliśmy na zaproszenie na ślub Caroline Penvenen - rzekła po odejściu służących. - Musimy wkrótce to zrobić.
- Nie mam ochoty jechać. Doktor Enys zachowuje się zbyt wyniośle. Jego status tego nie usprawiedliwia.
- Zapewne pojawi się tam całe hrabstwo.
- Może.
- Wyobrażam sobie, że w czasie wesela będzie traktowany jak bohater. O mało nie zginął, nim go uratowano z rąk Francuzów.
- Niewątpliwie pojawi się tam również jego zbawca. Wszyscy będą go podziwiać i chwalić za karygodnie nierozważny czyn, który doprowadził do ocalenia jednego człowieka za cenę śmierci wielu innych.
- Cóż, wszyscy wiemy, że ludzie uwielbiają romantyczne gesty.
- I romantyczne postacie. - George wstał i odwrócił się plecami do Elizabeth. Zauważyła, jak schudł, i rozmyślała, czy zmiana jego zachowania wobec niej nie jest skutkiem choroby. - Powiedz mi, Elizabeth, co teraz myślisz o Rossie Poldarku?
Było to zaskakujące pytanie. Po ślubie nie wymawiali przez rok imienia Rossa.
- Co o nim myślę, George? O co ci chodzi? Jak to myślę?
- Po prostu pytam. To naturalne. Znasz go... Jak długo? Od piętnastu lat? Byłaś jego przyjaciółką, mówiąc oględnie. Kiedy cię poznałem, broniłaś go przed wszelką krytyką. Próbowałem nawiązać z nim przyjaźń, lecz odrzucił moje starania, a ty stanęłaś po jego stronie.
Elizabeth siedziała przy stole, nerwowo mnąc skraj serwetki.
- Nie przypominam sobie, bym stawała po jego stronie. Ale co do reszty masz rację. Jednak... w ciągu ostatnich kilku lat moje uczucia wobec niego się zmieniły. Musisz to wiedzieć, na pewno. Po tak długim czasie... Boże...!
- Mów dalej.
- Myślę, że mój stosunek do Rossa zaczął się zmieniać z powodu jego stosunku do Geoffreya Charlesa. Później, kiedy wyszłam za ciebie za mąż, wywołało to jego niezadowolenie. W arogancki sposób wdarł się do naszego domu na Boże Narodzenie i groził nam, bo jego żona miała sprzeczkę z twoim gajowym. Uznałam to za bezczelność.
- Nie wdarł się do dworu - zauważył George. - Zna jakieś wejście, o którym nie wiemy.
Elizabeth wzruszyła ramionami.
- Co to za różnica?
- Co masz na myśli?
Słuchali stukotu na ulicy przed domem. Ślepiec uderzał laską w bruk, szukając drogi. Okno było lekko uchylone i George je zamknął. Dźwięki ucichły.
- Czasem myślę, Elizabeth, czasem się zastanawiam...
- Nad czym?
- Możesz uznać, że mąż nie powinien tak myśleć o żonie, że to coś niewłaściwego... - Urwał. - Twoja nagła wrogość do Rossa Poldarka wydaje się mniej szczera od dawnej sympatii...
- Masz rację! - odpowiedziała natychmiast. - Rzeczywiście uważam, że to niewłaściwa uwaga z twojej strony! Oskarżasz mnie o hipokryzję lub coś gorszego?! - W jej głosie brzmiał gniew. Chciała zagłuszyć nim strach.
Elizabeth i George często miewali różne poglądy, ale nigdy się nie kłócili. Po zawarciu małżeństwa ich wzajemne relacje opierały się na kurtuazji. George się zawahał, cofając się przed konfrontacją, do której nie był przygotowany.
- Skąd mam wiedzieć? - zapytał. - Może to nawet nie hipokryzja, tylko oszukiwanie samej siebie?
- Czy kiedykolwiek... czy kiedykolwiek w ciągu tych dwóch lat dałam ci choć raz powody do przypuszczeń, że darzę Rossa cieplejszymi uczuciami, niż sugerują moje słowa? Czy pamiętasz choć jeden taki przypadek?!
- Nie, nie pamiętam. Nie o to chodzi. Posłuchaj. Musisz przyznać, że odznaczasz się silnym poczuciem lojalności. Zawsze stajesz po stronie przyjaciół. W czasie małżeństwa z Francisem darzyłaś Rossa przyjaźnią. Sztywniałaś, gdy wymieniałem jego imię. Jednak po naszym ślubie przestałaś traktować go jak przyjaciela, czujesz do niego taką samą niechęć jak ja. We wszystkich sporach stajesz po mojej stronie...
- Skarżysz się?
- Oczywiście, że nie. Sprawia mi to przyjemność. Cieszę się, że jesteś moją sojuszniczką. Ale nie jestem pewien, czy ta zmiana pozostaje w zgodzie z twoim charakterem. Zachowywałabyś się naturalniej, gdybyś niechętnie wspierała mnie przeciwko staremu przyjacielowi, ponieważ uważasz to za swój obowiązek jako moja żona. Bez silnych emocji, jakie okazujesz. Dlatego czasem budzą one moją podejrzliwość. Mówię sobie w duchu: może nie są szczere? Może Elizabeth mnie oszukuje, bo uważa, że sprawia mi to przyjemność. A może oszukuje samą siebie, błędnie interpretując własne uczucia?
Elizabeth w końcu wstała od stołu i podeszła do kominka. Ogień niedawno zapalono i ledwo się tlił.
- Widziałeś dziś Rossa? - Wsunęła kosmyk włosów pod grzebień podtrzymujący fryzurę. Ruch dłoni był równie chłodny jak słowa.
- Nie.
- W takim razie zastanawiam się, skąd się wzięły twoje oskarżenia przeciwko mnie.
- Wspomnieliśmy, że na pewno będzie obecny na ślubie Caroline. Czy to nie wystarczy?
- Nie wystarczy, by usprawiedliwić te... te insynuacje. Jestem zmuszona przyjąć, że już od dawna żywisz wobec mnie jakieś podejrzenia.
- Te myśli przychodzą mi od czasu do czasu do głowy. Niezbyt często. Po prostu się zastanawiam. Musiałem ci to powiedzieć.
Zapadło długie milczenie. Elizabeth z wielkim wysiłkiem zapanowała nad swoimi emocjami. Uczyła się od George'a.
Podeszła do męża i stanęła obok niego. Była smukła i miała w sobie coś dziewiczego.
- Jesteś zbyt zazdrosny, mój drogi. Nie tylko o Rossa, ale o wszystkich mężczyzn. Czy wiesz, że kiedy idziemy na przyjęcie, nie mogę się uśmiechnąć do nikogo poniżej siedemdziesiątki, bo czuję, że byłbyś gotów przeszyć go szpadą!
Warleggan chciał coś powiedzieć, lecz dotknęła dłonią jego ramienia.
- Jeśli chodzi o Rossa... Myślałeś, że chcę zmienić temat. Nie, nie mam takiego zamiaru... Jeśli chodzi o Rossa, w ogóle mnie on nie obchodzi. Jak mam cię przekonać? Spójrz na mnie. Mogę tylko powiedzieć, że kiedyś darzyłam go uczuciem, a teraz jest mi całkowicie obojętny. Nie kocham go. Mogłabym go nigdy więcej nie zobaczyć i wcale by mnie to nie obeszło. Nawet nie darzę go sympatią. Wydaje mi się pyszałkiem i kimś w rodzaju bandyty, człowiekiem w średnim wieku, który usiłuje udawać młodzieńca, kimś, kto kiedyś prowadził życie spod znaku płaszcza i szpady, lecz nie zauważył, że to wyszło z mody.
Gdyby miała więcej czasu na zastanowienie się nad doborem słów, prawdopodobnie nie znalazłaby lepszych sformułowań, by przekonać George'a. Wyznanie, że nienawidzi Rossa lub nim gardzi, nie brzmiałoby przekonująco. Ale te kilka chłodnych, miażdżących zdań, które doskonale wyrażały poglądy George'a, choć sam nie byłby w stanie wymyślić tak trafnych określeń, całkowicie go uspokoiło.
Zaczerwienił się, co zdarzało mu się wyjątkowo rzadko, i powiedział:
- Może jestem zbyt zazdrosny. Nie znam, nie znam przyczyny, ale ty powinnaś ją znać.
Uśmiechnęła się.
- Nie powinieneś być zazdrosny. Nie masz o kogo, zapewniam cię.
- Zapewniasz mnie... - Na jego twarzy znów pojawiło się zwątpienie. Pociemniała i stała się brzydka. Później wzruszył ramionami i uśmiechnął się. - Cóż...
- Zapewniam - powtórzyła Elizabeth.
Doktor Dwight Enys i panna Caroline Penvenen wzięli ślub w dzień Wszystkich Świętych, który w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym piątym roku przypadał w niedzielę. Ceremonia odbyła się w kościele pod wezwaniem Matki Boskiej w Truro. Dwór w Killewarren, gdzie mieszkała Caroline, znajdował się w parafii obejmującej Sawle i wioskę Grambler, lecz kościół w Sawle wydawał się za mały, a większość gości mieszkała w Truro lub w pobliżu miasta. Poza tym listopad nie jest dobrym miesiącem do podróży po wiejskich drogach.
Mimo wszystko było to wielkie wesele. Dwight od początku protestował, jednak Caroline postawiła na swoim, gdy był jeszcze zbyt słaby, by skutecznie się sprzeciwiać. Bardzo powoli dochodził do zdrowia po długim pobycie we francuskim więzieniu. Przez wiele tygodni był apatyczny i smutny, nie mógł się pozbyć męczącego kaszlu, miewał duszności w nocy. Chciał odłożyć ślub do wiosny, lecz Caroline powiedziała:
- Mój kochany, dostatecznie długo jestem starą panną. Poza tym musisz pamiętać o mojej reputacji. Już w tej chwili całe hrabstwo jest zgorszone, bo mieszkamy w tym samym domu bez przyzwoitki. Musisz wyzdrowieć, ale babcie nalegają, żebym postępowała jak uczciwa kobieta.
W końcu ustalono datę ślubu i szczegóły uroczystości.
- Nie powinieneś się mnie wstydzić - oznajmiła Caroline. - To zawstydzające, że mam tyle pieniędzy, lecz wiedziałeś o tym od początku, uroczyste wesele jest jedną z konsekwencji.
Przewidywania Elizabeth się potwierdziły i na ślubie pojawiła się większość hrabstwa, a przynajmniej ci, którzy mogli dojechać na miejsce. W nocy padał ulewny deszcz, po czym wstał jasny dzień, a kałuże pokrywające ulice Truro lśniły jak oczy, w których odbija się niebo. Caroline miała na sobie suknię z białej satyny obszytą ozdobną złotą nicią, na głowie zaś diadem z perełek. Ojca panny młodej zastępował jeden z jej wujów z Oxfordshire. Przyjęcie weselne odbyło się w gmachu Assembly Rooms przy High Cross.
Elizabeth udało się w końcu przekonać George'a, by jej towarzyszył. Warleggan bardzo szybko zauważył swojego dawnego wroga stojącego obok państwa młodych. Prawie nie był w stanie znieść myśli, że mógłby się zbliżyć do Rossa i jego żony, lecz jedynie Elizabeth zauważyła jego wahanie, gdy szli naprzód.
Ross Vennor Poldark, posiadacz czterdziestu hektarów jałowej, nieurodzajnej ziemi na północnym wybrzeżu Kornwalii, jedyny właściciel niewielkiej, za to bardzo dochodowej kopalni cyny, dawny oficer i wieczny buntownik, ubrany był w czarny aksamitny surdut, szarą zamszową kamizelkę i obcisłe spodnie z szarego nankinu. Kamizelka i spodnie były nowe, natomiast surdut otrzymał na dwudzieste pierwsze urodziny od ojca i nie chciał go wymieniać, choć w tej chwili mógłby sobie na to pozwolić. Być może powodowała nim lekka duma, że w ciągu czternastu lat ani nie przytył, ani nie schudł. Naturalnie krój surduta wyszedł z mody, lecz Ross nie przejmował się opiniami ludzi, którzy mogliby to spostrzec.
Mimo to nalegał, by jego żona Demelza włożyła nową suknię, choć ona uważała to za zbyteczne. Demelza Poldark miała teraz dwadzieścia pięć lat i chociaż nigdy nie była olśniewającą pięknością, jej oczy, uśmiech, sposób poruszania i witalność przyciągały uwagę mężczyzn jak magnes. Macierzyństwo nie zmieniło jej figury, więc w dalszym ciągu mogła nosić wciętą w talii suknię z zielonego adamaszku ozdobioną srebrnymi haftami. Robiło jej się słabo na myśl o cenie stroju, mimo to była bardzo zadowolona. Wydawała się w tej sukni równie smukła jak Elizabeth, choć nie tak dziewicza. Demelza nigdy nie wyglądała dziewiczo.
Dwie pary spowinowaconych sąsiadów lekko się sobie ukłoniły, nie zamieniając ani słowa. Warlegganowie podeszli do państwa młodych, uścisnęli im dłonie i złożyli życzenia szczęścia, które George z trudem zdołał wykrztusić. Enys zawsze był protegowanym Rossa Poldarka, jego fagasem. Kiedy był jeszcze ubogim, zmagającym się z przeciwnościami losu lekarzem górników, odrzucił protekcję bogatych Warlegganów i jasno dał do zrozumienia, wobec kogo jest lojalny. George zauważył, że Dwight w dalszym ciągu źle wygląda. Stał obok wysokiej, rozpromienionej, rudowłosej żony, wyższej od niego o dwa centymetry. Jej młodość, szczęście i wyrafinowanie kontrastowały z zabiedzoną, ściągniętą twarzą Enysa, posiwiałymi skroniami i wychudzonym ciałem.
Warlegganowie ruszyli dalej i przez chwilę rozmawiali z wielebnym Osborne'em Whitworthem i jego małżonką. Ossie jak zwykle był ubrany wyjątkowo modnie, a żona, którą poślubił w lipcu, miała na sobie nową suknię w kolorze tabaczkowym. Nie wyglądała w niej najlepiej, bo ciemna cera dziewczyny wydawała się teraz jeszcze ciemniejsza. Morwenna Whitworth prawie cały czas spuszczała oczy i milczała, ale gdy się do niej zwracano, unosiła wzrok, uśmiechała się i grzecznie odpowiadała. Wyraz jej twarzy nie pozwalał odgadnąć udręki i odrazy, którą czuła, ani mdłości wywołanych delikatnymi ruchami spłodzonego przez Ossiego dziecka w jej brzuchu.
Po chwili George pożegnał się z Whitworthami i poprowadził Elizabeth w stronę, gdzie stali sir Francis Basset i lady Basset. Trwało przyjęcie weselne, goście podzielili się na grupki odbywające miłą konwersację. Dwieście osób, śmietanka towarzyska środkowej Kornwalii, ziemianie, kupcy, bankierzy, wojskowi, miłośnicy polowań na lisy, utytułowani posiadacze majątków, pozbawieni tytułów bogacze, ludzie poszukujący życiowej szansy, wpływowe osobistości. Pośród tłumu gości Demelza rozdzieliła się z Rossem, zauważyła Ralpha-Allena Daniella z żoną i podeszła do nich. Powitali ją jak starą przyjaciółkę, co sprawiło jej przyjemność, bo wcześniej spotkali się tylko raz, a Ross odmówił wtedy przyjęcia stanowiska sędziego pokoju, które zaproponował mu Daniell. Obok nich stał krzepki, bezpretensjonalnie ubrany, pełen rezerwy mężczyzna przed czterdziestką. Daniell zwrócił się do niego:
- Milordzie, proszę pozwolić mi przedstawić panią Demelzę Poldark, żonę kapitana Poldarka. Wicehrabia Falmouth.
Demelza i wicehrabia złożyli sobie ukłon.
- Dużo się mówi o pani mężu. Jeszcze nie miałem przyjemności pogratulować mu znakomitego wyczynu.
- Mam nadzieję, że gratulacje, które otrzymuje, nie uderzą mu do głowy i nie skłonią go do następnej eskapady tego rodzaju.
Falmouth uśmiechnął się lekko, z wielką rezerwą, jakby odmierzał niezwykle cenny płyn, którego nie wolno marnować.
- Rzadko się zdarza spotkać żonę, która tak bardzo pragnie zatrzymać męża w domu. Ale możemy jeszcze potrzebować kapitana Poldarka i innych dzielnych ludzi podobnych do niego.
- Stawimy się na wezwanie - odparła Demelza. Popatrzyli sobie prosto w oczy.
- Muszą państwo kiedyś nas odwiedzić - rzekł lord Falmouth i odszedł.
Poldarkowie zatrzymali się na noc w domu bankiera Harrisa Pascoe przy Pydar Street i w czasie późnej kolacji Demelza powiedziała:
- Nie jestem pewna, czy dobrze usposobiłam do ciebie lorda Falmoutha, Ross. - Zrelacjonowała krótką rozmowę z wicehrabią.
- Nieważne, czy mu się spodobałaś - odparł Ross. - Nie potrzebujemy jego patronatu.
- Och, Falmouth zawsze tak się zachowuje - zauważył Pascoe. - Szkoda, że nie znaliście jego stryja, drugiego wicehrabiego. Wyglądał niepozornie, ale był straszliwie arogancki. Z jego następcą łatwiej rozmawiać.
- Walczyliśmy na tej samej wojnie, jednak się nie spotkaliśmy - powiedział Ross. - Służył w King's Own Royal Regiment i był wyższy rangą. Przyznaję, że nie podobają mi się jego maniery, ale cieszyłbym się, gdybyś zrobiła na nim dobre wrażenie.
- Uważam, że nie zrobiłam na nim dobrego wrażenia - odrzekła Demelza.
- Chyba wiecie, że Hugh Armitage to kuzyn Falmouthów - powiedział Pascoe. - Jego matka pochodzi z Boscawenów.
- Kto? - spytał Ross.
- Hugh Armitage. Powinieneś znać porucznika Armitage'a. Wyciągnąłeś go z więzienia w Quimper. - W ciągu roku Pascoe i Ross przeszli na "ty".
- Do licha! Nie, nie wiedziałem. Mało rozmawialiśmy w drodze powrotnej.
- Falmouthowie mają wobec ciebie dług wdzięczności.
- Nie bardzo rozumiem dlaczego. Nie popłynęliśmy do Francji, by go ratować. Był jednym z nielicznych szczęśliwców, którzy wykorzystali nasz wypad, by uciec z Quimper.
- Tak czy inaczej, przywiozłeś go do Anglii.
- Tak... przywieźliśmy go do Anglii. Znał się na nawigacji i przydał się w czasie rejsu...
- Więc obaj macie wobec siebie dług wdzięczności - zauważyła Demelza.
- Rozmawiałaś z Whitworthami? - spytał Ross.
- Nie. Nigdy nie poznałam Morwenny i nie przepadam za Osborne'em.
- Kiedyś wydawało się, że bardzo mu się podobasz.
- Ach, tamto przyjęcie... - odpowiedziała Demelza i zmarszczyła nos.
- Zamieniłem z Morwenną kilka słów - rzekł Ross. - Jest nieśmiała i odpowiada tylko "tak" albo "nie". Trudno się zorientować, czy czuje się nieszczęśliwa.
- Nieszczęśliwa? - odezwał się Harris Pascoe. - Po czterech miesiącach małżeństwa? Kto mógłby się tego spodziewać?
- Mój szwagier, brat Demelzy, miał krótki, nieudany romans z Morwenną Chynoweth. Chłopak w dalszym ciągu cierpi z tego powodu i próbujemy znaleźć mu jakieś zajęcie. Dlatego warto wiedzieć, czy jego ukochana jest szczęśliwa w małżeństwie, któremu, jak mówi Drake, była głęboko przeciwna.
- Wiem tylko, że Whitworth wydaje stanowczo za dużo na stroje jak na duchownego - stwierdził Pascoe. - Nie chodzę do jego kościoła, ale rozumiem, że wywiązuje się ze swoich obowiązków. To jakaś pozytywna odmiana.
Kiedy Demelza poszła spać, Ross zwrócił się do bankiera:
- A twoje sprawy, Harris? Dobrze ci idzie?
- Tak, dziękuję. Bank nieźle sobie radzi. Pieniądze są ciągle tanie, łatwo uzyskać kredyt, wszędzie powstają nowe przedsiębiorstwa. Tymczasem staramy się kontrolować emisję naszych biletów bankowych - trochę na tym tracimy - chociaż, jak wiesz, jestem ostrożnym człowiekiem i przewiduję, że ta koniunktura nie będzie trwać wiecznie.
- Słyszałeś, że obejmę jedną czwartą udziałów w nowej odlewni cyny Ralpha-Allena Daniella?
- Wspomniałeś o tym w ostatnim liście. Jeszcze trochę porto?
- Tak, proszę.
Pascoe nalał wina do kieliszków, dbając, by nie powstały bąbelki. Trzymał przez chwilę w dłoniach karafkę.
- Daniell ma głowę do interesów. Gdzie zostanie wybudowana?
- Kilka kilometrów od Truro, przy gościńcu do Falmouth. Będzie miała dziesięć pieców płomiennych wysokości stu osiemdziesięciu centymetrów i szerokości stu dwudziestu centymetrów, obsługiwanych przez wielu robotników.
- Daniellowi na pewno nie zabrakło pieniędzy.
- Nie, ale nie zna się na górnictwie, więc zaproponował mi spółkę. Będę miał wpływ na projekt i zarządzanie.
- Dobrze. Dobrze.
- I nie trzyma pieniędzy u Warlegganów.
Harris się roześmiał. Dopili porto i podjęli rozmowę na inne tematy.
- Skoro już mówimy o Warlegganach - odezwał się Pascoe. - Zawarli jakiś rodzaj sojuszu z firmą Basset, Rogers i Spółka, co wzmocni oba banki. Naturalnie nie jest to fuzja, ale zaczną koordynować swoje działania, co może być niekorzystne dla firmy Pascoe, Tresize, Annery i Spry.
- Dlaczego?
- Teraz ich łączny kapitał będzie pięć lub sześć razy większy od naszego. Zawsze jest niekorzystnie być firmą mniejszą niż firma konkurentów, zwłaszcza w niespokojnych czasach. Wielkość banku działa w magiczny sposób na depozytariuszy. Jak wiesz, przed kilku laty dokooptowałem trzech wspólników z powodu niebezpieczeństwa, że przyćmią mnie inne banki. Teraz znów zostaliśmy trochę przyćmieni.
- Nie możesz zaprosić kogoś do współpracy, by przywrócić równowagę?
- Nie z sąsiedztwa. Dalej, oczywiście... ale Truro jest za daleko od, powiedzmy, Helston albo Falmouth, by łatwo i bezpiecznie transportować gotówkę i bilety bankowe. - Pascoe wstał. - Niczego nie zmienimy i damy sobie radę, jestem pewien. Kiedy wieją sprzyjające wiatry, nikomu nic nie grozi.
W innej części Truro Elizabeth czesała włosy przy toaletce, a George siedział przy kominku w długim płóciennym szlafroku i jak zwykle ją obserwował. Teraz, w ciągu ostatniego tygodnia, po niedawnej rozmowie, obserwacja miała nieco łagodniejszy charakter. George trochę się uspokoił. Wydawało się, że przeszedł kryzys nerwowy, którego powodów Elizabeth nawet nie chciała odgadywać, i miał go już za sobą.
- Zauważyłaś, jak Falmouth nas unikał? - spytał.
- Kto? George Falmouth? Nie, nie zauważyłam. Dlaczego miałby nas unikać?
- Zawsze był niemiły, chłodny, nieprzyjemny.
- Taką ma naturę! A przynajmniej tak się zachowuje, bo w gruncie rzeczy wcale taki nie jest. Pamiętam, jak po naszym ślubie spotkałam wicehrabiego Falmoutha i jego żonę na balu. Zachowywał się tak chłodno i odstręczająco, że zastanawiałam się, czym go uraziłam. Później zganił mnie, że mamy teraz dwie pary identycznych imion: dwóch George'ów poślubiło dwie Elizabeth. Mówił, że możemy się pomylić, kto ma z kim dzielić łoże!
- Falmouth cię aprobuje, ale ja i mój ojciec nigdy nie zdobędziemy jego łask - odparł George. - Zawsze zachowywał się nieprzyjaźnie, a ostatnio jeszcze się to pogorszyło.
- Bardzo przeżył śmierć żony. To smutne, że został sam z małymi dziećmi. Nie wygląda, żeby zamierzał znów się ożenić.
- Tylko kiwnąłby palcem i zaraz przybiegłoby sto panien. Tytuł to łakomy kąsek.
Pogarda, jaka zabrzmiała w głosie George'a, sprawiła, że Elizabeth spojrzała na męża, po czym odwróciła wzrok. Zdobycie tytułu byłoby również łakomym kąskiem dla Warlegganów.
- Nie chce być jedynie właścicielem posiadłości nad rzeką Fal, chce być również panem Truro. Nikt nie ma prawa go przyćmić!
- Cóż, jest panem Truro, prawda? - odparła Elizabeth. - Dzięki majątkowi i wpływom. Nikt tego nie kwestionuje. Moim zdaniem mieszkańcy to akceptują.
- Mylisz się - odparł George. - Miasto i okręg wyborczy są zmęczone traktowaniem ich jak własność bogatego człowieka. Nigdy nie byliśmy skorumpowanym okręgiem, w którym głosujący otrzymują gratyfikacje finansowe. A zachowanie Falmoutha sprawia, że rada miejska staje się pośmiewiskiem.
- Masz na myśli wybory - odpowiedziała Elizabeth. - Niezbyt dobrze się na tym znam.
- Rada miejska wybiera dwóch członków Izby Gmin. Jak dotychczas wybierała kandydatów Boscawenów. Do niedawna mandaty sprawowało dwóch młodszych członków rodu. Nie ma w tym nic złego, bo wszyscy reprezentujemy tę samą opcję polityczną, jednak radni, choćby dla zachowania szacunku do samych siebie, powinni mieć bodaj pozór swobody wyboru. To, że głosowaliby wbrew życzeniom Falmoutha, i tak jest bardzo mało prawdopodobne.
Elizabeth splatała włosy.
- Zastanawiam się, dlaczego George niepotrzebnie ich obraża. Wiem, że jego stryj był wielkim autokratą, ale...
- Wszyscy Boscawenowie to autokraci.
Elizabeth domyślała się, dlaczego George Evelyn, trzeci wicehrabia Falmouth, i w ogóle wszyscy Boscawenowie trzymają Warlegganów na dystans. Wiedziała, że Nicholas, ojciec George'a, oraz sam George zadali sobie mnóstwo trudu, by przypodobać się Falmouthom. Częściowo chodziło o naturalną niechęć starego, utytułowanego rodu wobec parweniuszy błyskawicznie powiększających swój majątek - obie rodziny prowadziły interesy na tym samym polu. Warlegganowie stale powiększali swoje wpływy; nie kolidowały one z interesami Boscawenów, biegły równolegle. Poza tym Boscawenowie byli przyzwyczajeni, że mają do czynienia z równymi sobie arystokratami lub ludźmi stojącymi niżej. Warlegganowie nie należeli do żadnej z tych kategorii: byli nowobogackimi, którzy nie stali się jeszcze częścią żadnej z tradycyjnych sfer społeczeństwa. Istnieli naturalnie inni nowobogaccy, zwłaszcza w Londynie, lecz niektórzy adaptowali się szybciej niż inni. Elizabeth widziała, że mimo wszystkich swoich wysiłków Warlegganowie nie adaptują się szybko.
- W mieście panuje duże niezadowolenie - powiedział George. - Postacią, wokół której skupią się niezadowoleni, może się stać sir Francis Basset.
- Francis? Och, jestem pewna, że jest bardzo wpływowy, bardzo bogaty i bardzo zajęty, ale...
- Oczywiście znasz go całe życie, a ja poznałem go dopiero w lutym. Okazało się, że wiele nas łączy. Jako właściciel trzeciego co do wielkości banku w Truro daje mi okazje do robienia interesów, a ja się odwzajemniam. W istocie współpracujemy w wielu sprawach.
- W jaki sposób to...
- Od dwóch lat kupuje nieruchomości w mieście i niedawno został wybrany do rady miejskiej. Jest posłem do Izby Gmin z Penryn i kontroluje kilka innych okręgów wyborczych. Wiem, że interesuje się wyborami w Truro...
Elizabeth związała koniec warkocza chabrową wstążką. Ubrana do snu wyglądała jak osiemnastoletnia dziewczyna.
- Wspominał o tym?
- Jeszcze nie. Na razie nie jesteśmy na tak poufałej stopie. Ale widzę, o czym myśli. I sądzę, że jeśli nasza przyjaźń się rozwinie, mogę zostać jednym z jego nominatów.
Elizabeth się odwróciła.
- Ty?!
- Dlaczego nie? - spytał ostro.
- Nic w tym złego, ale ten okręg wyborczy należy do Boscawenów. Miałbyś jakieś szanse?
- Tak przypuszczam. Jeśli sytuacja się nie zmieni. Byłabyś przeciwna, gdybym kandydował?
- Naturalnie, że nie. Chyba sprawiłoby ci to przyjemność. - Wstała. - Ale Basset to przecież wig!
Chynowethowie od pokoleń byli zaprzysięgłymi torysami.
- Mnie również się to nie podoba, ale Basset zerwał z Foxem - odparł George. - Wszedłbym do Izby Gmin jako jeden z jego posłów i popierałbym obecny rząd.
Elizabeth zdmuchnęła świecę. W stronę lustra popłynęła smużka dymu i znikła.
- Skąd to zainteresowanie? Nie słyszałam, by wspominano o wyborach powszechnych.
- Nikt o nich nie mówi. Ale Pitt rządzi już bardzo długo. Nie... nie mówi się o wyborach powszechnych, tylko o wyborach uzupełniających w Truro. Sir Piers Arthur jest ciężko chory.
- Nie wiedziałam.
- Podobno nie może oddawać moczu i uparcie nie pozwala założyć sobie cewnika.
Elizabeth zasunęła kotary łóżka.
- Biedny człowiek...
- Po prostu mówię ci, o czym myślę i do czego może prowadzić moja przyjaźń z sir Francisem Bassetem.
- Dziękuję, George, że zdradzasz mi swoje sekrety.
- Oczywiście nikt nie powinien się o tym dowiedzieć. To niezwykle ważne. Trzeba przygotować grunt.
- Nikomu o tym nie wspomnę.
- Czy nie zdradzam ci wszystkich swoich sekretów? - spytał po chwili George.
- Mam nadzieję, że będziesz zawsze to robił - odpowiedziała Elizabeth.
W jeszcze innej części Truro Ossie Whitworth, zakończywszy cowieczorną zabawę z żoną, przewrócił się na bok, obciągnął koszulę nocną, poprawił szlafmycę i powiedział:
- Postanowiłem zaprosić twoją siostrę. Kiedy może przyjechać?
- Muszę napisać do mamy - odrzekła stłumionym głosem Morwenna, ukrywając mdłości i ból. - Myślę, że Rowella nie ma żadnych zobowiązań, ale mogą być jakieś sprawy, o których nie wiem.
- Pamiętaj, że nie stać nas na to, by po prostu siedziała w domu, nic nie robiąc, jako twoja towarzyszka. Powinna się zajmować dziewczynkami, a kiedy urodzisz dziecko, ma pomagać w prowadzeniu domu.
- Napiszę jej to jasno.
- Zaczekaj, ile ona właściwie ma lat? Masz tyle sióstr, że nie pamiętam ich wieku.
- W czerwcu skończyła czternaście lat.
- Jest zdrowa? Zna się na prowadzeniu domu? Nie stać nas na goszczenie młodej damy, która boi się brudzić sobie rąk.
- Potrafi szyć, gotować i zna trochę greki. Ojciec mówił, że była najlepszą uczennicą w rodzinie.
- Hm... Nie rozumiem, po co kobiecie znajomość starożytnego języka. Twój ojciec był uczonym człowiekiem, muszę mu to przyznać.
Zapadło milczenie.
- Dzisiejszy pan młody wyglądał na ciężko chorego - rzekł Osborne. - Moim zdaniem długo nie pociągnie.
Morwenna nie odpowiedziała.
- "Lekarzu, ulecz się sam", prawda? Nie sądzisz, że o to chodzi? Śpisz?
- Nie, nie.
- Często spotykałem Caroline Penvenen na przyjęciach. Odważna kobieta - dodał w zamyśleniu. - Założę się, że narowista, z tymi rudymi włosami.
- Pamiętała mnie, choć spotkałyśmy się tylko dwa razy.
- Zaskakujące. Masz tendencję do znikania w tłumie. Wielka szkoda. Pamiętaj, że jesteś żoną Osborne'a Whitwortha i możesz wysoko nosić głowę w tym mieście.
- Tak...
- Towarzystwo było dziś dość miłe. Chociaż niektórzy goście mieli straszliwie niemodne ubrania. Widziałaś córki Teague'ów? I ten Poldark... Jego surdut musiał zostać skrojony pół wieku temu!
- To dzielny człowiek.
Ossie usiadł wygodniej na łóżku i ziewnął.
- Jego żona bardzo dobrze się trzyma.
- Jest ciągle młoda, prawda?
- Tak, ale zwykle ludzie z niższych sfer starzeją się szybciej od dobrze urodzonych... Kilka lat temu w czasie przyjęć i balów robiła z siebie niezłe widowisko. Wkrótce po ślubie.
- Widowisko?
- Cóż, zwracała na siebie uwagę, kokietowała mężczyzn, możesz mi wierzyć. Nosiła suknie z głębokimi dekoltami... Była z siebie bardzo dumna. Podejrzewam, że ciągle jest.
- Elizabeth nigdy o tym nie wspominała. Chyba nie lubi swojej kuzynki.
- Ach, Elizabeth... - Wielebny Whitworth znów ziewnął, zgasił jedyną palącą się świecę i zaciągnął zasłony. Zakończenie wieczoru jak zwykle wywołało przyjemną senność. - Elizabeth nigdy o nikim źle nie mówi. Chociaż zgadzam się: nie przepadają za sobą.
Morwenna westchnęła. Najgorszy ból powoli mijał, jednak nie chciało jej się spać.
- Opowiedz mi o tym. Jaka jest przyczyna kłótni między Poldarkami a Warlegganami? Wszyscy o tym wiedzą, ale nikt nic nie mówi.
- Nie znam szczegółów. Wiem tylko, że chodzi o zazdrość i rywalizację. Elizabeth Chynoweth obiecano Rossowi Poldarkowi, lecz poślubiła Francisa, jego brata stryjecznego. Kilka lat później Francis zginął w wypadku w kopalni i Ross chciał wyrzucić dziewkę kuchenną, z którą zdążył się ożenić, i wziąć Elizabeth. Ta jednak nie chciała się zgodzić i poślubiła George'a Warleggana, zaprzysięgłego wroga Rossa... od czasu, gdy chodzili razem do szkoły... - Głos Ossiego stawał się coraz słabszy, jakby duchowny odchodził w głąb tunelu.
Morwenna spojrzała przez szparę w kotarach na światło księżyca zalewające sypialnię. W łóżku było tak ciemno, że ledwo widziała twarz męża, ale wiedziała, że za chwilę zaśnie i przez następne osiem godzin będzie spał na wznak z otwartymi ustami. Na szczęście nie chrapał, choć miał ciężki oddech.
- Kochałam Drake'a Carne'a, brata pani Poldark... - szepnęła.
- Co? Co... mówisz?
- Nic, Ossie. Zupełnie nic... Dlaczego Ross Poldark i George Warleggan stali się wrogami?
- Co mówisz? Och... nie wiem. Jeszcze nie mieszkałem w Truro. To ogień i woda. Każdy to widzi... Obaj mają sztywne karki, choć z różnych powodów. Myślę, że Poldark gardzi Warlegganem z powodu jego niskiego pochodzenia i nigdy tego nie ukrywał. A w przypadku George'a to niezbyt bezpieczne... Odmówiłaś dziś wieczorem modlitwę?
- Tak, Ossie.
- Powinnaś bardziej się przykładać do swoich... Przypomnij mi rano - ciągnął. - O jedenastej mam chrzciny... Rosewarnesowie... zamożna rodzina. - Jego oddech stał się głęboki i miarowy. Ciało i umysł jednocześnie się uspokoiły. Od ślubu z Morwenną był w wyjątkowo dobrym zdrowiu. Koniec z frustracjami wdowca pełnego energii, duchownego w niewielkim mieście.
- Ciągle kocham Drake'a Carne'a - rzekła Morwenna, tym razem głośno, spokojnie, z przekonaniem. - Kocham Drake'a Carne'a. Kocham Drake'a Carne'a. Kocham Drake'a Carne'a...
Powtarzała te słowa przez godzinę lub dwie, aż ukołysały ją do snu. Czasami rozmyślała, czy Ossie się obudzi i usłyszy. Ale tak się nie stało. Może tylko Drake Carne budził się i słyszał słowa Morwenny wiele kilometrów dalej.
W starym dworze w Killewarren młodzi małżonkowie przebywali w sypialni. Caroline siedziała na łóżku w długim zielonym peniuarze, a Dwight, ubrany w luźną jedwabną koszulę i spodnie, leniwie grzebał pogrzebaczem w kominku. Horacy, mops Caroline, dzięki któremu się poznali, został wygnany z pokoju i umieszczony wystarczająco daleko, by nie słychać było jego protestów. W pierwszych miesiącach był bardzo zazdrosny o Dwighta, lecz młody lekarz zjednał go sobie dzięki cierpliwości. W następnych tygodniach pies pogodził się z nieuniknionym i zrozumiał, że pojawił się konkurent zabiegający o względy pani.
Dwight i Caroline zamieszkali w Killewarren, bo nie mieli lepszego miejsca, gdzie mogliby się udać. Był to ich wspólny dom, odkąd Dwight wrócił wynędzniały z francuskiego więzienia dla jeńców wojennych w Quimper. Caroline nalegała, żeby wprowadził się do domu, w którym mogła się nim opiekować. W ciągu tych miesięcy, naruszając zasady przyzwoitości, zachowywali się tak przyzwoicie, że zadowoliłoby to nawet najbardziej pruderyjnych sąsiadów.
Nie kierowały nimi jedynie względy moralności. Życie Dwighta tliło się jak słabo płonąca świeca i gdyby pojawiła się w nim namiętność, łatwo mogłoby zgasnąć.
- Cóż, mój drogi, w końcu jesteśmy razem, jako małżeństwo pobłogosławione przez Kościół anglikański. Wiesz, że trudno mi zauważyć jakąś różnicę?
Dwight się roześmiał.
- Mnie też. Nigdy nie czułem się jak cudzołożnik. Może dlatego, że tak długo czekaliśmy?
- Zbyt długo.
- Zbyt długo. Ale nie mieliśmy wpływu na zwłokę.
- Nie na początku. Wina leży po mojej stronie.
- Nikt nie ponosi winy. Ostatecznie wszystko w końcu się ułożyło.
Dwight odłożył pogrzebacz, odwrócił się i spojrzał na Caroline, po czym usiadł obok niej na łóżku i położył dłoń na jej kolanie.
- Wiesz, że słyszałam o lekarzu, który tak się interesował anatomią, że zabrał ze sobą szkielet w podróż poślubną? - powiedziała Caroline. - Żona obudziła się i spostrzegła, że szkielet leży w łóżku, a mąż dotyka kości.
Dwight znów się uśmiechnął.
- Żadnych kości. Przynajmniej przez najbliższe dwa dni.
Pocałowała go. Dotknął dłońmi jej włosów, przyciskając je do policzków.
- Może powinniśmy poczekać, aż zupełnie wyzdrowiejesz? - spytała.
- Może nie powinniśmy tak długo czekać - odparł.
Jasny, migotliwy ogień sprawiał, że pokój wypełniły ruchome cienie.
- Niestety, moje ciało nie jest dla ciebie niespodzianką - powiedziała. - Na pewno jeśli chodzi o górną część, bo dokładnie ją badałeś w jasnym świetle dnia. Na szczęście nic mnie nie bolało poniżej pępka.
- Caroline, za dużo mówisz.
- Wiem. Zawsze będę mówić. To moja wada i taką mnie poślubiłeś.
- Muszę znaleźć jakiś sposób, żebyś przestała gadać.
- Są na to sposoby?
- Tak mi się zdaje.
Znów go pocałowała.
- Więc spróbuj...
Szczęście Samuela Carne'a mąciła tylko jedna zgryzota. Kilka lat wcześniej, gdy w dalszym ciągu znajdował się w szponach Szatana, jego brutalny ojciec częściowo przekonał go, a częściowo zmusił do pójścia na spotkanie modlitewne metodystów. Uczestnicząc w nim, Samuel nagle poczuł, że topnieje w nim serce, po czym po bolesnych zmaganiach duchowych doświadczył radości przebaczenia: otrzymał łaskę płynącą z Chrystusa i jego życie całkowicie się zmieniło. Teraz, opuściwszy rodzinny dom w poszukiwaniu pracy w kopalni szwagra, kapitana Rossa Poldarka, przeniósł się w okolice Nampary i okazało się, że miejsce to jest jałowym pustkowiem duchowym, gdzie regularne spotkania metodystów przestały się odbywać i gdzie prawie wszyscy mieszkańcy z wyjątkiem nielicznych już dawno pogrążyli się w grzechu i nieprawości. Mimo to w ciągu niespełna dwóch lat Sam spowodował, że ruch metodystyczny się odrodził. Podtrzymał na duchu wiernych, zmagał się z Szatanem w sercach wielu słabszych i zbłąkanych, zdobył kilku nowych zwolenników, modlił się za nich, oni zaś odkryli w sobie bezcenną łaskę Jehowy i z czasem ich serca się oczyściły i wypełniły świętością.
Było to wielkie osiągnięcie, lecz Sam na tym nie poprzestał. Nie prosząc o zgodę przywódców ruchu metodystycznego, zbudował na skraju majątku Poldarków nowy dom modlitwy z pięćdziesięciu miejscami siedzącymi. Dom był prawie gotowy. Niedawno Samuel poszedł pieszo do Truro i spotkał się tam z przywódcami zgromadzenia, którzy nadali mu tytuł przywódcy okręgu i obiecali wysłać jednego z najlepszych wędrownych kaznodziejów, by wiosną uczestniczył w otwarciu domu modlitwy.
Sam uważał to za cud. To, że Bóg działał za jego pośrednictwem, że wybrał go Chrystus, aby stał się Jego misjonarzem w tym niewielkim zakątku kraju, było źródłem nieustannego zdumienia i radości. Każdego wieczoru długo modlił się, klęcząc, żeby łaska, którą otrzymał, nie doprowadziła do grzechu pychy. Był najpokorniejszym ze wszystkich sług Boga i zawsze taki pozostanie, służąc Przedwiecznemu i wychwalając go w życiu i do końca świata.
Ale może istnieje w nim jakaś słabość i skłonność do grzechu, której nie zdołał wykorzenić? Przyczyną jego trosk był upadły młodszy brat.
Drake nie miał jeszcze dwudziestu lat. Nigdy nie odznaczał się taką żarliwością jak Sam, lecz otrzymał błogosławieństwo w młodszym wieku. Jego serce i życie stały się naprawdę święte. Dwaj bracia żyli razem w idealnej jedności, której źródłem jest służba Chrystusowi, do chwili, gdy Drake pokochał kobietę.
Małżeństwo z odpowiednią kobietą to jeden z boskich nakazów. Nie należy nim gardzić ani do niego zniechęcać, jednak dziewczyna, w której zakochał się Drake, należała niestety do wyższej sfery społecznej. Chociaż była córką dziekana Kościoła anglikańskiego i niewątpliwie szczerze i gorliwie czciła Boga, jej wychowanie i tradycyjne przekonania religijne czyniły ją nieodpowiednią małżonką dla kornwalijskiego metodysty. Drake i dziewczyna zostali rozdzieleni - nie przez Sama, który nie potrafiłby nakazać tego bratu, nawet gdyby chciał, tylko przez krewnego dziewczyny, pana Warleggana, i jej matkę. Wyszła dobrze za mąż za młodego pastora z Truro, robiącego karierę w Kościele anglikańskim.
Z pewnością była to najlepsza rzecz, jaka mogła się zdarzyć, chociaż Drake tak nie uważał. Nie dawało się go przekonać. Wszyscy sądzili, że to po prostu nieszczęśliwa pierwsza miłość i że w ciągu roku o niej zapomni i będzie równie wesoły jak przedtem, lecz nic takiego nie nastąpiło, a minęło już kilka miesięcy.
Jednak Drake nie okazywał cierpienia. Dobrze pracował i miał apetyt. Rana po francuskiej kuli z muszkietu, która trafiła go w ramię, zupełnie się zagoiła - z łatwością wspinał się po drabinach i na drzewa. Sam, który dobrze znał brata, wiedział, że w głębi duszy Drake całkowicie się zmienił. Prawie opuścił zgromadzenie. Rzadko pojawiał się na wieczornych spotkaniach modlitewnych, a czasem nawet nie przychodził na niedzielne nabożeństwa w kościele, tylko spacerował po plaży Hendrawna i znikał na całe godziny. Wieczorami nie chciał się modlić z Samem i nie można było przemówić mu do rozsądku.
- Wiem, że błądzę - mówił. - Dobrze to rozumiem. Wiem, że tracę wiarę, wiem, że nie służę Chrystusowi. Wiem, że straciłem zbawienie. Ale, bracie, to, co straciłem na tej ziemi, wydaje mi się bardziej... W porządku, masz rację, to bluźnierstwo. Niestety nie potrafię zmienić swojego serca...
- Sprawy doczesne...
- Tak, mówiłeś mi o tym, niewątpliwie to prawda, chociaż nie zmienia to moich uczuć. Jeśli chwycił mnie w swoje szpony Szatan, trzyma mnie i jest zbyt silny, by z nim walczyć. Zostaw mnie, bracie, są inne dusze, którymi powinieneś się zająć.
Samuel dał mu spokój. Drake przez dwa tygodnie mieszkał z siostrą i szwagrem w Namparze. Demelza powiedziała, że nie musi się wyprowadzać, mimo to wrócił do chaty w Reath i znów zamieszkał z bratem. Po raz pierwszy panowało między nimi napięcie. W styczniu tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego szóstego roku Ross rozwiązał problem.
Drake w dalszym ciągu pracował przy przebudowie biblioteki, gdy pewnego dnia na początku grudnia wezwano go do salonu.
- Drake, wiem, że od dawna pragniesz opuścić ten okręg - powiedział Ross. - Uważasz, że nie możesz tu osiąść na stałe po tym, co się wydarzyło. Chociaż bardzo cierpisz, ani ja, ani Demelza nie możemy patrzeć, jak marnujesz życie na próżny żal. Jesteś Kornwalijczykiem, znasz się na rzemiośle, w okolicy są lepsze możliwości niż w środkowej Anglii, gdzie musiałbyś pracować jako prosty robotnik, by w ogóle przeżyć. Możemy ci pomóc... Mówiłem to już wcześniej i mówię jeszcze raz, ponieważ pojawia się możliwość - rozsądna możliwość - byś otworzył własny interes.
Wziął ostatni numer "Sherborne & Yeovil Mercury & General Advertiser" i podał go młodemu mężczyźnie. Na ostatniej stronie złożonej gazety zaznaczono ogłoszenie. Drake, wciąż czytający dość słabo, z trudem odcyfrował treść:
We środę dziewiątego grudnia w gospodzie Pod Herbem Króla Jegomości w Chacewater odbędzie się licytacja gospodarstwa, domu i gruntu w parafii St Ann's, własności zmarłego Thosa Jewella. Skład majątku: dom złożony z czterech izb, gorzelnia, piekarnia, stodoła, obszerna kuźnia, a w niej 1 kowadło, 1 para miechów, młoty, szczypce i dwa tuziny nowych końskich podków. Poza tym stajnia z 1 klaczą, 1 źrebakiem, 1 belą starego siana. Razem 2,5 hektara gruntu, w tym pół hektara pszenicy ozimej, hektar zaoranej ziemi, 6 chudych owiec. Zadłużenie 21 funtów.
Przed licytacją zainteresowani mogą obejrzeć gospodarstwo.
Skończył czytać, po czym oblizał wargi i uniósł wzrok.
- Nie rozumiem...
- Ma to wady i zalety - rzekł Ross. - Główna wada polega na tym, że St Ann's znajduje się zaledwie dziesięć kilometrów od Nampary, więc nie przeniósłbyś się zbyt daleko. Poza tym mieszkałbyś bliżej Warlegganów z Trenwith. Do Warlegganów należą dwie z czterech kopalni czynnych w tej chwili w okręgu. St Ann's to najważniejsza wioska w tej części wybrzeża, handel idzie coraz lepiej i mogą się pojawić szanse na rozwinięcie interesu - dla kogoś, kto nie boi się ciężkiej pracy i ma dość inicjatywy.
- Mam zaledwie dwa funty i dwa szylingi - powiedział Drake. - Chyba mógłbym kupić za to tylko podkowy!
- Nie wiem, ile to będzie kosztować, ale zdajesz sobie sprawę, że stać mnie, by kupić dla ciebie to gospodarstwo - odparł Ross. - Jeśli się zgodzisz, mogę to zrobić. W lipcu, w czasie naszej wyprawy do Francji, odniosłeś poważną ranę i o mało nie przypłaciłeś tego życiem. Chociaż temu zaprzeczałeś, odniosłeś ją przynajmniej częściowo dlatego, by ocalić moją skórę. Nie lubię mieć długów, zwłaszcza wobec kogoś, kto mógłby być moim synem. W ten sposób spłacę swoje zobowiązania. - Ross przemawiał chłodnym tonem w nadziei, że zniechęci Drake'a do składania podziękowań lub proponowania czegoś w zamian.
- Ale Demelza...
- Demelza nie ma z tym nic wspólnego, choć naturalnie aprobuje pomysł.
Drake dotknął gazety.
- Dwa i pół hektara i... To duże gospodarstwo.
- Więc trzeba będzie zapłacić godziwą cenę. Szczęście, że to się pojawiło, bo takie kuźnie i niewielkie gospodarstwa najczęściej przechodzą z ojca na syna. Pally Jewell, zmarły w zeszłym miesiącu, był wdowcem i zostawił dwie córki, które wyszły za mąż za farmerów. Dziewczęta chcą się podzielić pieniędzmi.
Drake popatrzył na Rossa.
- Dowiadywał się pan?
- Tak.
- Nie wiem, co powiedzieć.
- Licytacja jest w środę. Nieruchomość można obejrzeć tego samego dnia, ale uważam, że powinniśmy pojechać tam wcześniej. Oczywiście sam musisz podjąć decyzję.
- Co pan ma na myśli?
- Masz zaledwie dwadzieścia lat. Może jeszcze sobie nie poradzisz. Nigdy nie pracowałeś na swoim. To duża odpowiedzialność.
Drake wyjrzał przez okno. Spojrzał również na szary pejzaż własnego serca. Stracił chęć do życia, dziewczyna, którą pokochał, poślubiła kogoś innego, czas wlókł się niemiłosiernie. Mimo to musiał żyć. Nawet w najczarniejszych chwilach nie myślał o samobójstwie. Propozycja Rossa była wyzwaniem, nie tylko dla przedsiębiorczości Drake'a, lecz również dla jego woli przetrwania.
- Dałbym sobie z tym radę, kapitanie. Mimo to chciałbym się nad tym dobrze zastanowić.
- Naturalnie. Masz cały tydzień.
Drake się zawahał.
- Nie wiem, czy mógłbym przyjąć taki dar. Moim zdaniem to nie w porządku. Musiałby pan dużo zapłacić. Co nie znaczy, że nie jestem wdzięczny za...
- Z tego, co słyszałem, gospodarstwo może kosztować dwieście funtów. Ale pozwól mi podjąć ostateczną decyzję co do ceny. Ty pomyśl, czy przyjmujesz propozycję. Idź do domu, porozmawiaj z Samem i daj mi znać.
Drake poszedł do domu i porozmawiał z Samem. Brat stwierdził, że to wspaniała okazja, dar zesłany przez Boga. W dalszym ciągu znajdują się w okowach doczesności, lecz mają prawo próbować poprawić swoje życie pod względem materialnym i duchowym. Należy służyć Panu i przykładać się do pracy, a nie ulegać lenistwu. Człowiek powinien modlić się do Boga, by pobłogosławił każde przedsięwzięcie powodowane dobrem, uczciwością i skromną ambicją. Dzięki pracy ciemna chmura spoczywająca na duszy Drake'a może zniknąć i znowu odnajdzie on pełne i trwałe zbawienie.
Drake zadał Samowi pytanie. Przypuśćmy, że obejrzy gospodarstwo i że kapitan Poldark kupi je dla niego - albo pożyczy mu pieniądze na zakup, co wydawało się właściwsze - czy Samuel pojedzie z bratem i zawiążą spółkę? Mogliby razem pracować i dzielić trudy lub sukcesy, jakie mogą się pojawić.
Samuel uśmiechnął się swoim młodzieńczo-starczym uśmiechem i odpowiedział, że spodziewał się tego pytania. Cieszy się, że brat je zadał, jednak już się nad tym zastanawiał i uważa za swój obowiązek pozostać w Namparze. Dzięki łasce Chrystusa i Jego miłości nawrócił już wielu mężczyzn i wiele kobiet, prowadząc ich do tronu Pana Boga. Mianowano go lokalnym przywódcą zgromadzenia, nowy dom modlitwy jest prawie gotowy, jego praca przynosi błogosławione owoce, nie może odejść i nie wolno mu tego zrobić.
- Dalej nie wiem, czy powinienem przyjąć dar kapitana Poldarka - powiedział Drake. - Wydaje się zbyt hojny.
- Hojność to jedna z najszlachetniejszych cnót chrześcijańskich i ludzi nie wolno do niej zniechęcać. Chociaż dawanie jest bardziej błogosławione niż branie, trzeba umieć z wdzięcznością przyjmować dary.
- Tak... tak... - Drake potarł podbródek pokryty młodzieńczym zarostem. - Jesteś ubogi i ciężko harujesz, bracie. To tylko dziesięć kilometrów. Wielu ludzi chodzi tak daleko do pracy. Dlaczego nie miałbyś mi pomóc?
- Może później - odparł Sam. - Jeśli... - Urwał.
- Jeśli co?
- Może za rok albo dwa, kiedy twoje życie się ustabilizuje, zechcesz zmienić stan? Wtedy nie będziesz mnie potrzebował.
- Nie rozumiem, co masz na myśli.
- Możesz zrezygnować ze stanu kawalerskiego i się ożenić. Wtedy będziesz miał własną rodzinę.
Drake popatrzył na strugi padającego deszczu.
- Dobrze wiesz, że nie mam na to ochoty.
- Wszystko może się zmienić. Modlę się za ciebie co wieczór, Drake, każdej nocy i każdego dnia. Proszę Boga, by uwolnił twoją duszę od wielkiego ciężaru. Ta młoda kobieta...
- Nie mów nic więcej. Już dość powiedziałeś.
- Tak, może.
Drake się odwrócił.
- Myślisz, że nie wiem, co myślą ludzie. Uważasz, że nie sądzę, że mogą mieć rację? Ale to nie pomaga. Nie pomaga mojemu sercu. - Dotknął swojej piersi. - Nie pomaga, bracie! Rozumiesz?! Nie pomaga! Gdyby... gdyby się okazało, że Morwenna umarła, i gdybym wiedział, że nigdy więcej jej nie zobaczę, byłoby mi ciężko, bardzo, bardzo ciężko, ale bym to zniósł. Inni też tracili kochanych ludzi. Lecz nigdy nie zniosę tego, że jest żoną tamtego człowieka, nigdy! Bo wiem, że go nie lubi, Sam. Wiem, że nie może go znieść! Czy to po chrześcijańsku? Czy to dzieło Ducha Świętego? Czy Jezus nakazał, by mężczyzna i kobieta spali razem i stawali się jednym ciałem, kiedy kobietę mdli od dotyku mężczyzny?! Gdzie mówi o tym Biblia?! Gdzie coś takiego napisano w świętych księgach?! Powiedz mi: gdzie jest miłość, miłosierdzie i przebaczenie Boga?!
Sam wydawał się bardzo poruszony.
- Bracie, to tylko twoje domysły o tej młodej kobiecie. Nie możesz wiedzieć...
- Wiem dosyć! Niewiele powiedziała, ale dużo okazała. Nie mogła mnie okłamywać w takiej sprawie! Jej twarz nie mogła kłamać! Nie mogę tego znieść, rozumiesz, bracie?!
Samuel podszedł do Drake'a i stanął obok niego. Obaj byli bliscy płaczu i milczeli przez chwilę.
- Może nie wszystko rozumiem - rzekł Sam. - Może kiedyś zrozumiem i mam nadzieję, że pewnego dnia z Bożą pomocą wybiorę sobie żonę. Widzę, co czujesz, bracie. Mogę tylko się za ciebie modlić. Robię to od czasu, gdy to się stało.
- Módl się za nią - odparł Drake. - Módl się za Morwennę.
Kuźnia Pally'ego, jak nazywano gospodarstwo wystawione na licytację, znajdowała się w niewielkiej, głębokiej dolinie w pobliżu drogi z Nampary i Trenwith do St Ann's. Schodziło się do niej krętą ścieżką ze stromego wzgórza. Po drugiej stronie znajdowała się kręta ścieżka wspinająca się na inne strome wzgórze, którą można było dotrzeć do niewielkiej nadmorskiej osady. Między kuźnią a wybrzeżem rozciągały się płaskie, kamieniste ugory i wrzosowiska szerokości dwóch kilometrów, a w dali, wśród kolcolistów i wrzosów, dymił komin Wheal Spinster, jednej z kopalni Warlegganów. Za zabudowaniami gospodarstwa teren był dość równy i właśnie tam leżały pola o powierzchni dwóch i pół hektara. Oddzielała je od majątku Warlegganów zatoka Trevaunance oraz dwór i posiadłość starego kawalera, sir Johna Trevaunance'a. Na wzgórzu od strony St Ann's stało sześć zrujnowanych chat. Za jedyną kępą drzew w okolicy wznosiła się nieostra wieża kościoła w St Ann's, ledwo widoczna nad wzgórzem.
Demelza pojechała z Rossem i Drakiem, by obejrzeć gospodarstwo. Uparła się, że musi to zrobić. Biegała po obejściu i oglądała wszystko z dużo większym zapałem niż dwaj mężczyźni. Dla Rossa zakup kuźni Pally'ego był spłatą długu wdzięczności, dobrym uczynkiem, rozsądnym wykorzystaniem pieniędzy. Drake czuł, że śni, że dzieje się coś nierzeczywistego: gdyby został właścicielem tego gospodarstwa, stałby się zamożnym człowiekiem, wykwalifikowanym rzemieślnikiem mogącym pracować na swoim, mającym przed sobą przyszłość. Nie mógł pytać, po co to wszystko, bo byłaby to ogromna niewdzięczność. Tymczasem Demelza oglądała gospodarstwo, jakby Ross chciał je kupić wyłącznie dla niej.
Wokół dziedzińca pokrytego głębokim błotem wznosił się niski kamienny murek. Na dziedzińcu walały się kawałki żelaza, części zardzewiałych pługów i połamanych okuć wozów. Obok znajdowała się kuźnia - kamienny słup do wiązania koni, palenisko, pompa z beczką, kowadło i szeroki komin. Wszędzie leżało końskie łajno. W pobliżu warsztatu stała chata z wąską kuchnią i klepiskiem zamiast podłogi, maleńką izbą ulokowaną nieco wyżej oraz dwiema sypialniami na poddaszu.
W drodze powrotnej Demelza bez przerwy paplała. Co wyrzucić, naprawić i ulepszyć. Co zrobić z polami, stodołą i dziedzińcem, jak Drake powinien wykorzystać tanią siłę roboczą, by doprowadzić gospodarstwo do porządku. Mężczyźni głównie milczeli, a kiedy dotarli do Nampary, Drake pomógł siostrze zejść z konia, uścisnął jej rękę, pocałował ją w policzek, uśmiechnął się do Rossa i poszedł do swojej chaty.
Ross patrzył za nim.
- Prawie się nie odzywa. Można by coś zrobić z tej kuźni, ale przede wszystkim on musi się otrząsnąć z melancholii.
- Myślę, że to mu pomoże, Ross. Kiedy zostanie właścicielem tego gospodarstwa, nie będzie mógł pozwolić, by wyglądało jak chlew. Tyle dałoby się tam zrobić...
- Zawsze lubisz wszystko ulepszać. Mam nadzieję, że Drake jest wystarczająco podobny do ciebie. Przynajmniej tak zakładam.
Dwa dni potem Ross i Drake pojechali do gospody Pod Herbem Króla Jegomości w Chacewater. Stali wśród dwudziestu innych potencjalnych kupców, aż w końcu Ross przebił wszystkich i zakupił kuźnię Pally'ego za dwieście trzydzieści dwa funty. Siedem tygodni później Drake Carne opuścił chatę w Reath, uścisnął i ucałował brata, wsiadł na kuca pożyczonego na tę okazję z kopalni, po czym odjechał, by objąć w posiadanie gospodarstwo. Podążał za nim drugi kuc objuczony żywnością, przyborami kuchennymi, meblami i zasłonami zgromadzonymi przez Demelzę. Na początku miał wszystko robić sam, ale opłacono wdowę mieszkającą w najbliższej chacie, by od czasu do czasu gotowała mu posiłki. Dwóch jej wnuków mogło pomóc mu w pracy w polu, gdyby nie dawał sobie rady. Przez cały dzień pracy było mnóstwo, lecz o tej porze roku zmrok zapadał wcześnie i trwał długo, więc Demelza zastanawiała się czasem, czy dobrze wybrali moment przeprowadzki.
- Trzynaście lat temu przeżywałem to samo - odparł Ross. - Nie zazdroszczę mu. To przykre przeżycie dla młodego człowieka. Przede wszystkim musi się otrząsnąć.
- Szkoda, że Samuel z nim nie pojechał.
- Spodziewam się, że będzie go często odwiedzał.
W pierwszych miesiącach Samuel stale zaglądał do Drake'a, a czasami, kiedy pogoda była zła, nocował u brata. Miał jednak dużo obowiązków wobec swoich podopiecznych, a także innych wieśniaków. Uważał, że zawsze należy przestrzegać głoszonych zasad. Trzeba naśladować Chrystusa, pomagając cierpiącym nie tylko duchowo, lecz także fizycznie. Chociaż w porównaniu z poprzednim rokiem zima okazała się łagodna, pod pewnymi względami było jeszcze gorzej. Cena pszenicy wynosiła blisko czternaście szylingów za buszel i w dalszym ciągu rosła. W zimnych, przeciekających norach kuliły się półnagie dzieci z wzdętymi brzuchami. Wszędzie panował głód, szalały choroby.
Pewnego jasnego, słonecznego ranka na początku lutego, po nocy spędzonej w kuźni Pally'ego, Samuel miał jeszcze godzinę na dotarcie do Wheal Grace na swoją szychtę, toteż po drodze wstąpił do samotnej, zrujnowanej chaty w wiosce Grambler, gdzie, jak wiedział, prawie wszyscy chorowali na febrę. Ojciec rodziny Verneyów najpierw pracował w kopalni Grambler, a po jej zamknięciu w Wheal Leisure na szczycie klifu. Kiedy ją zlikwidowano, żył z parafialnej jałmużny. Jim Verney nie chciał szukać pracy daleko od domu, bo oznaczałoby to opuszczenie żony; nie chciał również oddać synów do terminu, ponieważ wiedział, że czekałaby ich niewolnicza praca.
Tego ranka Samuel odkrył, że febra i tak ich rozdzieliła. Jim Verney zmarł w nocy, a Lottie Verney próbowała przygotować go do pogrzebu. W jedynej izbie znajdowało się tylko jedno łóżko; obok trupa ojca leżał i majaczył jego najmłodszy syn, również chory na febrę, a w nogach łóżka leżał najstarszy syn, osłabiony i blady, ale odzyskujący zdrowie. W pobliżu, w balii, leżał trzeci syn. Był martwy. Rodzina nie miała jedzenia, ognia ani żadnej pomocy. Chociaż w chacie panował nieznośny smród, Samuel spędził tam pół godziny, próbując pomóc młodej wdowie. Później poszedł pokrytą głębokimi koleinami drogą do ostatniej chaty we wsi, by powiedzieć Judowi Paynterowi, że musi pochować jeszcze dwa trupy w zbiorowej mogile dla nędzarzy.
Jud Paynter prychnął, gwizdnął przez przednie zęby i zauważył, że w zbiorowej mogile dla nędzarzy jest już dziewięć trupów. Może pochować tylko jednego i musi ją zasypać. Jeśli szybko tego nie zrobi, do zwłok dobiorą się mewy, mimo wapna i desek, którymi zakrył ciała. Albo psy. W ostatnich tygodniach w okolicy kręci się wstrętny kundel. Węszy, szczeka. Jud odgrażał się, że w końcu go dopadnie. Samuel wyszedł z chaty Juda i poszedł przekazać wiadomość doktorowi.
Fernmore, dwór doktora Thomasa Choake'a, znajdował się w odległości zaledwie ośmiuset metrów, lecz ruszywszy w jego kierunku, Samuel natychmiast przeniósł się z krainy rozpaczliwej nędzy do świata spokojnej zamożności. Poczuł różnicę już po przebyciu dziesięciu kroków. Kiedy oddalił się od śmierdzącej chałupy, otoczyło go mroźne, czyste powietrze. W nocy pojawiła się szadź, ale słońce szybko ją roztopiło. Wysoko na niebie skrzeczały mewy - chociaż miotał nimi wiatr, usiłowały panować nad kierunkiem lotu. W dali huczały fale przyboju. Dzień, w którym dobrze żyć, jeśli człowiek jest młody i ma co jeść. "Chwała Jezusowi w niebiosach!" - rzekł na głos Samuel i poszedł w dalszą drogę.
Oczywiście zdawał sobie sprawę, że Choake nie jest zainteresowany leczeniem nędzarzy, jednak problem dotyczył ludzi mieszkających w bezpośrednim sąsiedztwie jego domu i taka straszliwa tragedia zasługiwała na szczególną uwagę. Dwór Fernmore był niewiele większy od gospodarstwa wiejskiego, ale z własnym ogrodem, podjazdem i kępą starych sosen pogiętych przez wichury wyglądał dużo dostojniej. Samuel poszedł do tylnych drzwi. Otworzyła je wysoka służąca. Jeszcze nigdy nie widział kobiety o tak śmiałym, szczerym spojrzeniu.
Nie zbiło go to z tropu - czy człowiek głoszący chwałę Bożą może odczuwać nieśmiałość? Uśmiechnął się smutno, jak miał w zwyczaju, i poprosił dziewczynę, by przekazała jego słowa doktorowi. W pobliskiej chacie zmarło dwóch ludzi z rodziny Verneyów, a najmłodszy syn bardzo potrzebuje pomocy. Bez przerwy kaszle, ma wysoką gorączkę i sine plamy na policzkach i wargach. Czy doktor mógłby go zbadać?
Dziewczyna zmierzyła Sama od stóp do głów, jakby oceniając, z kim ma do czynienia. Kazała mu zaczekać, mówiąc, że zapyta doktora. Samuel ciaśniej owinął się szalikiem i dla rozgrzewki kopnął nogą kamień. Myślał o nędzy życia doczesnego i potędze wieczystej łaski. W końcu dziewczyna wróciła.
- Doktor mówi, że masz to zanieść Verneyom. Przyjdzie do nich później. Rozumiesz? A teraz idź precz.
Samuel wziął buteleczkę gęstego zielonego płynu. Dziewczyna miała bardzo białą skórę i niezwykle czarne włosy o miedzianym połysku. Wydawały się farbowane.
- Chłopiec ma to pić? - spytał. - Pić czy...
- Trzeba go nacierać, idioto! Piersi i plecy. Piersi i plecy! Jakże inaczej?! Doktor powiedział, że powinni mieć dla niego dwa szylingi, jak przyjdzie.
Podziękował służącej i się odwrócił. Spodziewał się usłyszeć trzaśnięcie drzwiami, lecz nie rozległ się żaden dźwięk. Wiedział, że dziewczyna stoi i patrzy na niego. Idąc krótką kamienną ścieżką, śliską od topniejącego śniegu, walczył z pokusą, by zawrócić. Kiedy przeszedł osiem lub dziewięć kroków w stronę bramy, pokusa stała się zbyt silna. Wiedział, że gdyby się jej oparł, popełniłby błąd, chociaż rozumiał też, że gdyby jej uległ, zaryzykowałby, że ta młoda kobieta, będąca w jego wieku, źle go zrozumie.
Zatrzymał się i odwrócił. Stała z rękami splecionymi na piersiach i patrzyła na niego. Zwilżył wargi i spytał:
- Siostro, co z twoją duszą? Czy spłynęła na ciebie łaska Boża?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki