Nasza przygoda na rzece Niger zdarzyła się już bardzo dawno, ale wciąż mam
w oczach rotmistrza Rylkego, stojącego wysoko na skale, naciągającego sobie oburącz na
uszy duży, tropikalny kapelusz. Tak jak stał - w butach, koszuli i szortach, chciał skakać
w dół do głębokiego, wolno płynącego Nigru. Rotmistrz Rylke był znanym jeźdźcem,
który w 1936 roku brał udział w Olimpiadzie w Berlinie. Tym razem znowu skakał, ale
już bez konia.
Te wypadki rozgrywały się gdzieś w marcu 1942 roku. Nigeria była wtedy jedną
z brytyjskich kolonii w Zachodniej Afryce. Podczas tych pierwszych lat wojny siły państw
centralnych wciąż wzrastały, a na Dalekim Wschodzie potęga militarna Japonii zaczęła
coraz bardziej zagrażać brytyjskim interesom w tamtych rejonach. Wtedy to zaistniała
bezwzględna i gwałtowna potrzeba rozbudowy alianckich sił lądowych.
Afryka Zachodnia dysponowała bardzo dużymi zasobami ludzkimi, które jednak
trzeba było zorganizować i jak najszybciej wyszkolić do walki. Churchill od razu zdał sobie
sprawę z braku kadr instruktorskich oraz ludzi na stanowiska dowódców plutonów
i kompanii. Tymczasem w jednostkach polskich w Szkocji było bardzo wielu młodych,
wyszkolonych oficerów, którzy mogli być wykorzystani do tego celu.
Churchill szybko porozumiał się z gen. Sikorskim, a ten rozkazem z 11.VII. 1941 r.
podał do wiadomości wszystkich jednostek polskich w Szkocji o naborze do służb
w oddziałach kolonialnych Afryki.
Zgłosiłem się bez namysłu. Zdawałem sobie sprawę, że wojna będzie trwała długo;
nie chciałem spędzać tych lat w monotonii ćwiczeń w Szkocji, kiedy nadarzała się
okazja przeżycia takiej przygody. Po badaniach lekarskich i stosunkowo łatwym egzaminie
z języka angielskiego zostało przyjętych do służby liniowej 250 oficerów różnych broni
i 23 lekarzy.
Nasz wyjazd do Afryki Zachodniej zależał całkowicie od transportów morskich, które
płynąc na południe, musiały znaleźć się bliżej wybrzeża Afryki, aby nas tam wysadzić.
Niemcy bardzo intensywnie atakowali wszystkie konwoje idące na zachód do Stanów
Zjednoczonych, na południe do Afryki i dalej na Wschód. Niemieckie łodzie podwodne
posiadały bazy w różnych portach, przede wszystkim we Francji - stąd bowiem miały
w dogodnym zasięgu wszystkie konwoje. Atakowały grupami i to w nocy. W ciągu dnia
konwoje były z kolei narażone na ataki z powietrza.
Czekając w Londynie na transport, dostaliśmy minimum tropikalnego
wyposażenia: buty, owijacze, hełmy tropikalne. Hełmu nigdy nie używałem, bo później w Afiyce
wszyscy nosiliśmy tzw. slouch-hats - australijskie kapelusze tropikalne z szerokim
rondem, z lewej strony uniesionym w górę. Te slouch-hats były lekkie, wygodne i doskonale
osłaniały głowy przed ostrym, afiykańskim słońcem. Dostaliśmy również polowe łóżka
i siatki przeciwmoskitowe oraz brezentowe składane balie do kąpieli.
Wśród Polaków gotujących się do wyjazdu było nas siedmiu kawalerzystów: rtm.
A. Rylke i por. Rostworowski z 14 Pułku Ułanów (znałem go już z korpusu kadetów ze
Lwowa), por. Ciosiński (23 p.uł.), bardzo miły, spokojny, starszy o kilka lat ode mnie
kolega z Grudziądza, oraz oficerowie rezerwy - ppor. Kimont z 2 p.uł., ziemianin
z Kresów, ppor. Z. Misiewicz (1 p.szwol.), też ziemianin, ale z Kujaw, ppor. W. Kłosiński (4
p.uł.), no i ja.
Bombardowanie Londynu trwało ciągle, w większym lub mniejszym nasileniu.
Gdzieś pod koniec listopada zostaliśmy załadowani na pociąg do Liverpoolu. Tam
czekał już na nas okręt s/s "Abosso" linii obsługującej przed wojną porty Afryki
Zachodniej; dalej pływał po tej samej trasie, szybko i dobrze. Został później zatopiony przez
Niemców. Na okręcie były nawet kobiety, bo płynął z nami szpital wojenny, który miał
się gdzieś po drodze wyładować. To były ostatnie białe kobiety, jakie miałem widzieć
przez najbliższe dwa lata. Klimat Afryki Zachodniej był bardzo niezdrowy i dlatego nie
zabierano żon.
Przed wyjazdem starałem się zaszczepić przeciwko wszystkim możliwym chorobom
tropikalnym; ostatni zastrzyk położył mnie już naprawdę i poważnie osłabił.
Wypływając z Liverpoolu na Morze Irlandzkie, byliśmy wciąż w strefie dobrze
kontrolowanej przez lotnictwo i flotę brytyjską. Nasz konwój formował się gdzieś na
wysokości portu Gourock, między północną Irlandią a Szkocją. Ruch okrętów odbywał się
w nocy, bez żadnych świateł; obowiązywał tutaj sumiennie przestrzegany nakaz
zaciemniania. Dopiero rano, kiedy wyszedłem na pokład, mogłem się zorientować, jak wielki
był nasz konwój. Gdzie okiem sięgnąć, wszędzie widać było okręty płynące z tą samą
prędkością w przepisowej odległości i w tym samym kierunku. Na horyzoncie pojawiały
się pojedyncze kontrtorpedowce, które jak psy owczarskie pilnowały konwoju z jednej
strony i zarazem tworzyły osłonę przed łodziami podwodnymi. Nasz konwój, tak jak
i inne, płynął zawsze zygzakiem: co pewien czas nagle wszystkie okręty jednocześnie
zmieniały kierunek. Na nas, wtedy zupełnych laikach, jeśli szło o wojnę morską ta
dyscyplina ruchu robiła naprawdę imponujące wrażenie i wzmocniła ufność w siłę i potęgę
Royal Navy.
Ostatni tropikalny zastrzyk wciąż na mnie działał i miałem gorączkę, kiedy drugiej
nocy ogłoszono alarm, że łodzie podwodne atakują nasz konwój. Gdy w końcu wstałem
z łóżka, niebezpieczeństwo już minęło i mogłem się znowu położyć.
W ciągu dnia życie na okręcie było raczej spokojne. Mieliśmy wygodne kabiny, ja
dalnia funkcjonowała też jak za czasów pokojowych: były srebra, kryształy i śnieżne
obrusy, ubrana na czarno obsługa podawała do stołów szybko i starannie, a menu
wyglądało tak jak przed wojną. Apetyty nam dopisywały, jedliśmy jakby na zapas. Bary były
zawsze otwarte i dobrze zaopatrzone, ale nikt nie nadużywał tej okazji; może dopiero
później, kiedy wpłynęliśmy w strefę tropikalną, a piwo nabrało dla nas specjalnego
smaku.
Minąwszy Zatokę Biskajską i potem Portugalię, zostawiliśmy za sobą europejską
zimę. Pojawiły się latające ryby i stada delfinów, które płynęły obok okrętu, wyskakując
raz po raz nad wodę, jakby chciały nas zabawić. Były to bardzo szybkie i mądre
stworzenia; przyglądaliśmy się im z przyjemnością i z podziwem.
Widok pojedynczych mew wskazywał, że ląd był coraz bliżej. Jednocześnie
zaczęliśmy odczuwać pierwsze tropikalne temperatury; można już było włożyć szorty i koszule
z krótkimi rękawami. Te szorty sięgały gdzieś do połowy łydek i później dobrze
osłaniały kolana przed wysoką afrykańską trawą, która nieprzyjemnie cięła skórę. Miały jednak
pod kolanami guziki, aby można było podwinąć je wyżej.
W upale obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia. Urządziliśmy sobie prywatną
polską Wigilię, bo w jadalni, angielskim zwyczajem, podano na uroczysty obiad
pieczonego indyka i tradycyjny deser - Christmas Pudding, do którego nigdy nie potrafiłem
wykrzesać w sobie entuzjazmu. Zarówno ja, jak i moi koledzy myśleliśmy sobie, że
znacznie milej byłoby nam siedzieć w ten wieczór z rodzinami przy stole, jedząc naszą
tradycyjną kolację wigilijną z rybami i barszczem.
Zaraz po świętach zobaczyliśmy po raz pierwszy afrykański ląd. Nad ranem
dopłynęliśmy do portu Takoradi na Złotym Wybrzeżu. Zatrzymaliśmy się stosunkowo blisko
brzegu, aby wysadzić na ląd część pasażerów. Wysiadali oni wprost do łódek, bo innego
sposobu nie było, a my patrzyliśmy z daleka na ten Czarny Ląd, myśląc, co nas tam
czeka. Ale żaden z nas, Polaków, wtedy jeszcze tam nie pozostał. Tego samego dnia
popłynęliśmy dalej do głównego portu Złotego Wybrzeża - Akry. Tam mogliśmy już wysiąść
na ląd. Z pokładu spuszczano nas w skrzyni po czterech wprost do łodzi, a potem łodzią
z czarnymi wioślarzami płynęliśmy do brzegu.
Pierwsze wrażenie - to przede wszystkim upał. Słońce, stojące jakby wprost nad
głowami, paliło niesamowicie. Widzieliśmy piaszczystą plażę, a wzdłuż niej - drogę
prowadzącą do miasta. Drogą szło mnóstwo tubylców, przede wszystkich kobiet, wędrujących
na jarmark z tobołkami na głowach. Tłok, pył i niemożliwy upał bardzo szybko
zniechęciły nas do dalszego oglądania Afryki i zatęskniliśmy za wygodami naszego okrętu.
Na statku było radio, mogliśmy więc słuchać wiadomości ze świata. Codziennie rano
pojawiały się też biuletyny z wiadomościami ze wszystkich frontów wojny, a kiedy
działo się coś naprawdę nadzwyczajnego, wiadomość szła błyskawicą po całym okręcie.
Tak też było, kiedy Japończycy niespodziewanie zaatakowali flotę amerykańską w Pearl
Harbour. Wiadomość wywołała prawie taki sam efekt, jakby to w nas uderzyła bomba.
Zdawaliśmy sobie sprawę, że wojna stała się już wtedy naprawdę wojną światową, że
jej działania obejmą cały Daleki Wschód i że uczestnictwo nas, Polaków, w rozbudowie
sił lądowych w Afryce Zachodniej stawia nas w obliczu walki z Japończykami, jeżeli
zaistnieje konieczność.
Minęło jednak sporo czasu, bo blisko dwa lata, zanim nasze jednostki znalazły się
w drodze do Birmy na front japoński.
Tymczasem płynęliśmy dalej, aby w kilka dni później wylądować w Lagos. Gdy tylko
znaleźliśmy się w porcie, na okręcie pojawiło się kilku oficerów brytyjskich
z instrukcjami i z liczbowymi przydziałami dla nas. Usłyszawszy, że jest zapotrzebowanie na
siedmiu oficerów do któregoś z batalionów w głębi lądu, zgłosiliśmy się wszyscy razem,
i w ten sposób siedmiu wymienionych wcześniej polskich oficerów kawalerii znalazło
się razem w 3 batalionie Nigeria Regiment w Ilorin, w środkowej Nigerii.
Nie wiedzieliśmy zupełnie, gdzie jest ta miejscowość, bo mapy nie było;
powiedziano nam, że mamy jechać koleją, że podróż będzie trwała dzień i noc, a na drugi dzień
będziemy na miejscu.
Pociąg toczył się raczej wolno i mieliśmy czas, by podsumować nasze pierwsze
wrażenia i emocje z tropikalnej Afryki. Był wielki upał, duszno, niebo zupełnie bez chmur,
słońce wysoko na głowami paliło niesamowicie. Pierwszego dnia jechaliśmy przez
wysoki las, podszyty gęstymi krzakami; na drugi dzień las zaczął się powoli przerzedzać,
a drzewa były jakby mniejsze, dalej rosły gęste krzaki, miejscami widać było już wysoką
trawę. Pociąg był bardzo dobrze utrzymany, drogi i mosty też były w dobrym stanie, na
dworcach kłębiły się tłumy ludzi, kobiety sprzedawały owoce.
Na drugi dzień dojechaliśmy do llorinu. Nasze bagaże zabrała ciężarówka, a my od
razu ruszyliśmy do koszar, znajdujących się niedaleko za miastem. Były to niskie baraki,
ustawione w kwadrat wokół placu zbiórki i musztry. Dowódca batalionu nazywał się mjr
Webb, adiutant zaś - kpt. Cousins; niedługo potem został dowódcą mojej kompanii. Jak
się później zorientowałem, tylko dowódca batalionu był oficerem zawodowym; resztę
oficerów stanowili ochotnicy, niemal wszyscy z Rodezji; tak samo podoficerowie. Zaraz
dostaliśmy przydziały do kompanii; ja - do "D" Company. Dowódcą kompanii był kpt.
Stern. Zapowiedział, że codziennie rano będzie 15 minut gimnastyki, a potem śniadanie
i normalne zajęcia.
Nasi czarni żołnierze byli rekrutowani z północnej części Nigerii. Mówili tylko
w hausa, głównym języku Afryki Zachodniej. Dlatego też już od pierwszej chwili
musieliśmy się go uczyć na specjalnie organizowanych lekcjach. Jeszcze teraz pamiętam
pytanie: Ka j i ko hausa, ko? Ko babu? (Czy rozumiesz język hausa?)
Zaraz w pierwszym dniu kpt. Cousins powiedział mi, jak ważny jest uprzejmy
stosunek białych do czarnych i że trzeba się zawsze wzajemnie pozdrawiać; spotykając się
na drodze lub w pracy, należy powiedzieć: Sannu aboki! (Pozdrawiam cię przyjacielu!)
Kpt. Cousins przed wojną pracował w Nigerii jako urzędnik oświatowy
w administracji kolonialnej. Był bardzo oddany swojej pracy i starał się zawsze podnosić poziom
wykształcenia miejscowych ludzi.
Odbywaliśmy normalne szkolenie w ramach drużyny, plutonu i kompanii, w tym
ćwiczenia bojowe w buszu, bez względu na pogodę. Zabieraliśmy zawsze ze sobą składane
polowe łóżka i moskitiery, ale kiedy padał deszcz, żadne liście bananowe nie pomagały
i wszędzie było mokro.
Raz na tydzień mieliśmy siedmiogodzinne marsze w pełnym uzbrojeniu. Nigdy nie
lubiłem piwa, ale po takim marszu piłem je z największą przyjemnością. Zaraz po
powrocie z marszu szliśmy na nasze kwatery, gdzie kilka butelek już czekało w brezentowym
kuble i kiedy mój czarny ordynans zdejmował mi z nóg buty i owijacze, ja już piłem
duszkiem pierwszą szklankę, a pot lał się ze mnie ciurkiem. Cóż to była za przyjemność!
Dostawy często zawodziły, bo Niemcy topili okręty. Brak piwa stanowił wielką
tragedię dla naszych rodezyjskich kolegów, bo oni to piwo kochali. Dla nas, Polaków,
normalny przydział był właściwie za duży, więc bez żalu mogliśmy im oddać.
Wieczorami przy księżycu, pijąc piwo, opowiadali nam o swoim życiu w Rodezji.
Misiewicz już wtedy zdecydował, że tam właśnie osiedli się po wojnie. Był zapalonym
myśliwym i perspektywa polowań na słonie, lamparty, lwy i antylopy stanowiła dla
niego magnes, któremu nie potrafił się oprzeć. I rzeczywiście - tam się po wojnie osiedlił,
dorobił pięknej farmy tytoniowej, założył rodzinę i mógł sobie dalej żyć szczęśliwie.
Jednak przy tej pracy i polowaniach zaniedbał rodzinę i swoje zdrowie, w końcu zmarł
na serce.
Gdzieś w kwietniu 1942 roku cała nasza nigeryjska brygada została nagle
przerzucona do Sierra Leone. Zapowiadała się inwazja na Afrykę Północną; nie wiadomo było,
jakie stanowisko zajmie i po czyjej stronie opowie się Francja okupowana przez Niemców.
Nasza brygada miała brać udział w tych działaniach, uderzając z Sierra Leone na północ,
na Gwineę Francuską. Transportowano nas do Sierra Leone francuskim statkiem s/s
"Cuba". Po tygodniu podróży dopłynęliśmy do portu Freetown. Załadowaliśmy się do
pociągów i pojechaliśmy do nowego miejsca postoju, niemal na zbiegu granic Gwinei
Francuskiej i Liberii. Koszary przypominały te, które mieliśmy w Nigerii, a nasze
kwatery oficerskie były wcale wygodne.
W roku 1942 całe Morze Śródziemne było w rękach Niemców, Włochów i jakże
niepewnych Francuzów. Wszystkie transporty morskie idące na wschód zamiast płynąć
najszybszą i najkrótszą drogą przez Kanał Sueski, musiały okrążać całą Afrykę.
Kiedy nastąpiła inwazja na Afrykę Północną, Francuzi, na szczęście, bardzo szybko
opowiedzieli się po stronie aliantów i wtedy Gwinea stała się dla nas krajem
sprzymierzonym, a perspektywa walk w Afryce odpadła. Nim jednak do tego doszło, chodziłem
ze swoim plutonem na patrole wzdłuż granicy z Gwineą, co dało mi możliwość lepszego
poznania tej bardziej prymitywnej, dziewiczej Afryki. Trzeba było iść przez wysoki
i gęsty busz, prawdopodobnie jeszcze nie tknięty nogą białego człowieka, gdzie tylko
wrzaskliwe małpy, wysoko w gałęziach, dotrzymywały nam towarzystwa.
Jeszcze teraz ciarki mi chodzą po plecach, kiedy sobie przypomnę, jak kiedyś, idąc na
czele plutonu, musiałem przejść przez głęboką rzekę. Woda była stęchła, brudna i pełna
jakichś tropikalnych stworzeń. Czułem, że gdybym do niej wpadł, to już o własnych
siłach chyba nigdy bym się z niej nie wydostał. Nie było żadnego mostu, tylko bardzo
śliski, ale dostatecznie szeroki pień, po którym, z zachowaniem równowagi, można było
przejść na drugą stronę rzeki. Nie pozostawało nic innego jak iść i dać przykład
żołnierzom. Poszedłem pierwszy z duszą na ramieniu; szczęśliwie mi się udało. Moje wojsko
też przeszło bez wypadku!
Podczas tych przemarszów kupowałem czasami żołnierzom kozę, którą oni z miejsca
zabijali, oprawiali, piekli na ognisku i całą jedli, nawet bez soli.
Kiedyś, jeszcze w Szkocji, zaraz po naszym zgłoszeniu się do służby w armii
brytyjskiej pewien Polak zrobił nam pogadankę o tropikalnej Afryce Zachodniej, w której
był kiedyś. Mówił z sentymentem o ludziach i opowiadał o warunkach, w jakich tam
się znajdziemy. Na samym początku powiedział o szczególnej nazwie tego rejonu
Afryki: "grób białego człowieka". Jednak pogadankę zakończył powiedzeniem: "Afryka
woła!", i wyjaśnił, że ląd ten ma w sobie jakiś magnetyzm i że potem znowu będziemy
chcieli tam wrócić. Tak rzeczywiście się stało, zarówno ze mną, jak i z wieloma innymi.
Kiedy zgłaszaliśmy się do służby w Afryce, medycyna tropikalna nie stała jeszcze na
zbyt wysokim poziomie. Niektóre choroby, na przykład malarię czy dyzenterię, lekarze
batalionowi leczyli skutecznie i po kilku dniach wracaliśmy do normalnej pracy. Ale
innych chorób, na przykład black water fever (nagłej choroby nerek) w tym czasie jeszcze
nie potrafili leczyć. Pamiętam, że w dniu, kiedy meldowaliśmy się w batalionie, jeden
z oficerów zapadł nagle na tę chorobę i lekarz tej samej nocy odesłał go sanitarką do
odległego o ponad 100 km szpitala w Abeokucie. Wkrótce potem oficer już nie żył. Późniejsze
doświadczenia pokazały, że jedyny sposób leczenia polegał na pozostawieniu pacjenta
w absolutnym spokoju i podawaniu mu dużej ilości płynów do picia. Kiedy indziej
u naszego kolegi z batalionu, kpt. Jerzego Rostworowskiego, podczas urlopu w Londynie
wystąpiły nagle objawy śpiączki (choroby przenoszonej przez muchę tse-tse), której
jeszcze wtedy nie umiano leczyć. Na szczęście, właśnie wtedy odkryto sposób terapii, ale
szpital nie brał odpowiedzialności za przebieg leczenia. Kapitan Rostworowski jednak
wrócił do zdrowia, a później, jako major w dywizji spadochronowej, brał udział
w walkach pod Arnhem.
Inny z Polaków, por. Bochenek, w kilka miesięcy po naszym przyjeździe zmarł na
żółtą febrę. Pamiętam, że zaraz po tym wypadku przyleciał samolot ze świeżą
szczepionką i wszyscy musieliśmy na nowo poddać się szczepieniom.
Opiekę medyczną mieliśmy na wysokim poziomie i lekarze robili co mogli, aby nam
zapewnić możliwie zdrowe warunki. Aby ustrzec się przed malarią, każdy z nas
codziennie musiał zażywać chininę. Kiedy Japończycy zdobyli Malaje - jedyne źródło tego
lekarstwa zostało odcięte, a nasze zapasy się wyczerpały. Anglicy przysłali nam
wówczas inne lekarstwo - mepakrynę, które wtedy już było wypróbowane i które doskonale
chininę zastąpiło.
Określenie "grób białego człowieka" mogło kiedyś być uzasadnione, gdy medycyna
tropikalna była jeszcze w powijakach, a choroby zdarzały się często i nie było na miejscu
lekarzy. Dlatego białym przysługiwał sześciotygodniowy urlop w Anglii lub
w południowej Afryce po 18 miesiącach ciągłej służby.
W tym rejonie Afryki Zachodniej nie było słoni ani lwów. Były natomiast całe masy
skorpionów, tarantuli i dużych afrykańskich stonóg, a węże naprawdę napędzały strachu
żołnierzom.
Nasi Rodezyjczycy robili zawsze kawały ze skorpionami. Takim nowym jak my
posyłali na przykład skorpiona w kopercie. Ja też, zaraz w pierwszym dniu po zameldowaniu
się w kompanii, zobaczyłem na biurku dużą urzędową kopertę ze swoim nazwiskiem.
Wziąłem jądo ręki i wyczułem w niej coś żywego. Domyśliłem się, że ktoś chciał mi
zrobić kawał i koperty już nie otworzyłem.
Kiedyś znowu, wracając na kwaterę późną nocą otworzyłem drzwi, zapaliłem światło
i zobaczyłem pod klamką tarantulę wielkości dużej dłoni. Wziąłem laskę i rąbnąłem
w nią; spadła na ziemię i przestała się ruszać.
W pokojach trzeba było zawsze uważać na wielkie stonogi, bo te w dzień i w nocy
chodziły po podłodze. Łóżka były otoczone moskitierami, więc spaliśmy zupełnie
spokojnie.
Od początku naszego pobytu na Czarnym Lądzie szukaliśmy wrażeń. Jeszcze
w Ilorinie ktoś przypomniał sobie, że około 100 km na północ od nas płynie jedna
z największych afrykańskich rzek - Niger. Postanowiliśmy w najbliższą niedzielę wziąć
ciężarówkę i z bliska zobaczyć tę sławną rzekę. Musieliśmy dojechać do miejscowości Jebba, bo
tylko tam był most i dało się przejechać na drugą stronę. Ilorin leży w środkowej Nigerii,
gdzie już można było zauważyć wyraźną zmianę w krajobrazie. Kończyły się wysokie
drzewa i bardzo gęste poszycie, nie słyszało się już wrzaskliwych małp. Tu drzewa były
niższe i rzadsze, a wszędzie rosła wysoka afrykańska trawa. Było też coraz bardziej
gorąco, słońce wprost nad nami paliło niesamowicie.
Dojeżdżając do Nigru i potem zaraz do mostu w Jebbie, zobaczyliśmy na samym
środku szerokiej rzeki, tuż przed mostem, wyspę, a na niej - wysoko sterczącą, prawie
pionową i lekko zakrzywioną u podstawy skałę. Przekraczając most, ciągle mieliśmy ją przed
oczami; widać było rosnące na niej pojedyncze krzaki. Po drugiej stronie rzeki było już
miasto - nieliczne, rzadko rozrzucone parterowe domy, a między nimi drzewa, na których
siedziały duże, afrykańskie sępy, leniwie obserwujące to, co działo się poniżej. Także po
drodze i obok niej chodziły te ptaki wielkości dużego indyka, grzebiąc w pyle i piasku.
Zatrzymaliśmy ciężarówkę w cieniu, aby przedyskutować, co robić dalej. Skała na
środku rzeki ciągle nas intrygowała; ktoś rzucił pomysł, by podpłynąć do niej łódkami
i obejrzeć ją z bliska. Otoczyła nas gromada tubylców; byliśmy dla nich równie
interesujący jak oni dla nas. Mało kto przecież przyjeżdżał, aby zobaczyć ich miasto i rzekę.
Pytaliśmy o łódki, mówiąc, że chcemy obejrzeć z bliska skałę i popłynąć trochę
w górę rzeki, by zobaczyć krokodyle. Por. Misiewicz miał ze sobą sztucer grubego kalibru,
który kupił przed wyjazdem w Londynie, marząc o polowaniach w Afryce. Tubylcy
z chęcią chcieli nas zabrać na swoje łódki i popłynąć w górę rzeki, ale wyraźnie nie
wykazywali entuzjazmu, gdy mówiliśmy o lądowaniu na wyspie ze skałą. Powiedzieli nam, że
to jest Ju-Ju Rock i że oni boją się prowokować Ju-Ju. Ludzie w Afryce Zachodniej byli
bardzo przesądni, wierzyli w nadprzyrodzoną moc prymitywnych drewnianych bożków
czy amuletów noszonych na szyi. Ju-Ju z jednej strony miało ich osłaniać przed złem,
a z drugiej - grozić im jakimś nieokreślonym niebezpieczeństwem. Ale pieniądze okazały
się skuteczną zachętą: dwie łódki miały popłynąć wprost do wyspy, a dwie w górę rzeki.
Dla mnie wyspa nie stanowiła specjalnej atrakcji, wolałem popłynąć w górę rzeki
i popatrzeć, jak Misiewicz poluje na krokodyle, które powinny były gdzieś tam
wygrzewać się na piaskach w słońcu. Chciał też coś ciekawego sfotografować. Por. Kimont
i Kłosiński mieli popłynąć z nami. Rtm. Rylke, por. Rostworowski, kpt. Rex Willmore
i Stevenson zdecydowali się na rozpoznanie wyspy i samej skały.
Tymczasem pojawił się koło nas jakiś biały misjonarz. Słysząc, że kilku z nas chce
się wyprawić na szczyt Ju-Ju Rock, bardzo poważnie prosił, aby tego nie robić, bo dla
czarnych wyprawa na skałę byłaby swego rodzaju świętokradztwem. Koledzy jednak
nie dali się przekonać i uparli się, aby skałę z bliska zobaczyć i dowieść, że nie ma tam
żadnego Ju-Ju.
Były cztery łodzie, każda z czarnym wioślarzem stojącym z przodu, wsiedliśmy po
dwóch. Niger w rejonie Jebby płynął bardzo wolno, więc nawet pod prąd posuwaliśmy
się dość szybko. Kłosiński i ja siedzieliśmy na dnie łódki; przed nami, dość daleko,
płynął Kimont z Misiewiczem. Tymczasem Rylke, Rostworowski, Rex Willmore
i Stevenson już wylądowali na wyspie i zaczęli się wspinać po skale. My zaś, płynąc obok
wyspy, zobaczyliśmy, że skała była bardzo stroma i trudna do wspinaczki. Minęliśmy
wyspę i staraliśmy się zbliżyć do Kimonta i Misiewicza, bo ci zaczęli się już od nas
oddalać. Nagle, gdy byliśmy już około 50 m za wyspą, usłyszeliśmy za sobą głośny krzyk:
help! I jeszcze raz, coraz rozpaczliwiej żądający pomocy krzyk: heeelp! Natychmiast
zawróciliśmy i w największym pośpiechu zbliżaliśmy się do skały. Nie wiedzieliśmy, co
tam właściwie się stało. Przecież na skale nie mogło być nic groźnego! Teraz już
płynęliśmy z prądem wprost na wyspę. Będąc już niedaleko skały, zobaczyłem kapitana
Stevensona, bez kapelusza, który jakby po omacku przedzierał się przez krzaki nad wodą.
Zdążyłem zauważyć, że jego włosy zmieniły kolor. Był jasnym blondynem, a tutaj nagle
kolor jego włosów stał się ciemnobrązowy.
To były pszczoły! Zaatakowały go pierwszego, a gdy starał się przed nimi uciec, spadł
ze skały, rozbił okulary i kompletnie stracił orientację, pszczoły zaś wciąż chmarami szły
na niego.
Nie zdążyliśmy jednak zbliżyć się do skały, bo nagle nasz wioślarz rzucił wiosło do
wody i sam za nim skoczył. Kątem oka zdążyłem zauważyć rot. Rylkego, wysoko nad
nami na skale, jak obiema rękami naciąga sobie na uszy ten szeroki, tropikalny kapelusz
i gotuje się do skoku w głębokie i wolno płynące wody Nigru. Wtedy i nas opadły całe
masy dzikich, afrykańskich, od wieków nie prowokowanych pszczół, które jak
japońscy kamikadze atakowały nas jednocześnie ze wszystkich stron. Ten atak pszczół był
tak nagły i niespodziewany, że na chwilę zapomniałem o wszystkim. Tymczasem nasza
łódź, bez wioślarza, bez wiosła, sama dopłynęła do wyspy i tam się zatrzymała. Słychać
było krzyki. Domyślałem się, że to Rostworowski i Willmore też już skakali do wody.
W tym czasie Kimont z Misiewiczem musieli być gdzieś blisko nich, ale ich wioślarz,
zaatakowany przez pszczoły, także skoczył z wiosłem do wody, a ich łódka wylądowała
zaraz obok nas.
Kimont, płynąc za nami, miał najlepszy obraz sytuacji i wiedząc, że trzeba się
spieszyć, krzyknął do mnie i do Kłosińskiego, abyśmy pozostali na miejscu, a sam
przeskoczył do łódki z wiosłem, wiosło z drugiej łódki rzucił Misiewiczowi; obaj, już dwiema
łódkami, zawrócili, aby iść z pomocą Stevensonowi i innym, którzy byli gdzieś
w zalanych wodą krzakach. Pszczoły wciąż krążyły blisko nas, ale powoli zaczęły się
uspokajać. Pozwoliły zbliżyć się i wciągnąć nieprzytomnego Stevensona do pierwszej łódki.
W pośpiechu, w czasie ładowania się do drugiej łódki, nastąpiła katastrofa; łódka się
przewróciła, a Misiewicz ze swym kosztownym sztucerem, z którego jeszcze nie strzelał,
i z aparatem fotograficznym wpadł do wody. Sztucer utonął, a zawieszony na szyi aparat
zamókł i stał się bezużyteczny.
Potem już Kimont ze Stevensonem i Misiewicz z Rylkem, Willmorem
i Rostworowskim nie usiłowali wsiadać do łódki, tylko trzymając się jej rękami, dopłynęli na nasze
miejsce lądowania. Teraz mogliśmy doprowadzić się do porządku i zorganizować
powrót na drugą stronę rzeki. Szczęśliwie byliśmy wszyscy razem; nawet nasi wioślarze
i wiosła się znalazły. Obawialiśmy się o nieprzytomnego Stevensona. Odstawiliśmy go,
razem z Willmorem, pospiesznie do Jebby na drugą stronę Nigru, aby go jak najprędzej
oddać pod opiekę lekarską. Okazało się, że był rzeczywiście w bardzo ciężkim stanie;
cały opuchnięty, pszczoły miał we włosach, w nosie, uszach, po prostu wszędzie, gdzie
tylko mogły się dostać.
Po udzieleniu mu pierwszej pomocy został przy najbliższej okazji odesłany do
szpitala wojskowego do Abeokuty i tam go na szczęście uratowali. Wrócił całkowicie do
zdrowia; po raz ostatni widziałem go w marcu 1943 roku, kiedy był adiutantem obozu
tranzytowego we Freetown w Sierra Leone.
Misjonarz z Jebba miał słuszny żal do nas, że nie usłuchaliśmy jego próśb
i perswazji, ponieważ teraz jego czarni podopieczni tym bardziej uwierzyli w potęgę Ju-Ju, a on
będzie miał trudniejszą pracę misyjną.
Ale kto mógł się spodziewać, że skała Ju-Ju była jednym gigantycznym ulem
z dzikimi afrykańskimi pszczołami?