Polacy na uchodźczych szlakach (1939-1945) - Janusz Wróbel

Kup ebooka

35.00 zł
25.00 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przypisy

1 Cyt. za J. Tomaszewski, Preludium Zagłady. Wygnanie Żydów polskich z Niemiec w 1938 r., Warszawa 1998, s. 99.

2 J. Gawroński, Moja misja w Wiedniu 1932-1938, Warszawa 1965, s. 538.

3 Ibidem, s. 553.

4 J. Tomaszewski, Preludium Zagłady..., s. 131.

5 Ibidem, s. 181, 307.

6 Rewizje - odbieranie paszportów - wydalanie, "Polonia", 24 VIII 1939, s. 10; Tragedia ludu polskiego w "raju" hitlerowskim, "Polonia", 27 VIII 1939, s. 12.

7 U uchodźców Polaków z Niemiec, "Dziennik Poranny", 27 VIII 1939, s. 3.

8 Wśród uchodźców Polaków z Niemiec, "Polonia", 27 VIII 1939, s. 5; Antypolski terror w Gdańsku, "Polonia", 28 VIII 1939, s. 2.

9 Komitet pomocy uchodźcom z Gdańska, "Dziennik Poranny", 28 VIII 1939, s. 2; Gdańszczanie chronią się do Polski, "Dziennik Poranny", 30 VIII 1939, s. 2.

10 Gdynia opiekuje się Polakami wydalonymi z Gdańska, "Dziennik Poranny", 1 IX 1939, s. 1.

11 Relacja Wiesława Arleta [w:] Gdańsk 1939. Wspomnienia Polaków-Gdańszczan, oprac. B. Zwarra, Gdańsk 1984, s. 37.

12 Po ucieczce panikarzy, "Polonia", 27 VIII 1939, s. 12.

13 W.T. Kowalski, Ostatni rok Europy (1939), Warszawa 1989, s. 533.

14 E. Serwański, Wrzesień 1939 w Wielkopolsce, Poznań 1966, s. 83-84.

15 S.T. Olejnik, Wieluń - prawda o 1 września 1939 r. [w:] Wieluń był pierwszy. Bombardowania lotnicze miast regionu łódzkiego we wrześniu 1939 r., red. J. Wróbel, Łódź 2009, s. 85.

16 Za: T. Jurga, 1939. Obrona Polski i Europy, Warszawa 2014, s. 413.

17 A. Ossowski, Luftwaffe przeciw ludności cywilnej regionu łódzkiego (1-17 września 1939 r.) [w:] Wieluń był pierwszy..., s. 185; W. Bortnowski, Na tropach łódzkiego września. Z dziejów kampanii wrześniowej na terenie województwa łódzkiego, Łódź 1962, s. 175, 184; J. Wróbel, Przemiany ludnościowe spowodowane polityką okupanta hitlerowskiego w tzw. rejencji łódzkiej w latach 1939-1945, Warszawa 1987, s. 127.

18 P. Bauer, B. Polak, Armia "Poznań" w wojnie obronnej 1939, Poznań 1983, s. 183-184.

19 Z Gdańska do Wilna, "Kurier Wileński", 13 IX 1939, s. 3.

20 M. Tracz, Sprawozdanie z przeżycia w czasie wojny. Losy śląskiego uchodźcy 1939-1947, Chorzów 2014, s. 9.

21 Wrzesień 1939 r. w relacjach dyplomatów Józefa Becka, Jana Szembeka, Anthony'ego Drexel-Biddle'a, Leona Noëla i innych, oprac. A. Skrzypek, Warszawa 1989, s. 40.

22 J. Meysztowicz, Czas przeszły dokonany. Wspomnienia ze służby w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w latach 1932-1939, Kraków 1984, s. 250-251.

23 Z Gdańska do Wilna..., s. 3.

24 W. Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945, t. 3: Okres 1939-1945, Londyn 1960, s. 52.

25 T. Jurga, 1939. Obrona Polski..., s. 480.

26 W.T. Kowalski, Ostatni rok..., s. 544.

27 Młodzi muszą zostać w Warszawie, "Czas - 7 wieczór", 8 IX 1939, s. 1.

28 J. Meysztowicz, Czas przeszły...., s. 269.

29 A. Hory, "Martwa placówka". Wspomnienia i korespondencja posła Królestwa Węgier w Warszawie 1935-1939, Warszawa 2017, s. 91-92.

30 H. Kark-ka, Uchodźczym szlakiem, "Kurier Wileński", 21 XI 1939, s. 2-3.

31 W. Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia..., s. 53.

32 Ibidem, s. 54.

33 Roman Włodzimierz, Przystań polska w Rumunii, "Nowy Świat", 17 III 1940, s. 13.

34 Wrzesień 1939 r. w relacjach..., s. 155.

35 Przed wrześniem i po wrześniu. Ze wspomnień młodych dyplomatów II Rzeczypospolitej, Warszawa 1998, s. 83.

36 Wrzesień 1939 r. w relacjach..., s. 201-202.

37 J. Meysztowicz, Czas przeszły...., s. 286.

38 Przed wrześniem i po wrześniu..., s. 245-246.

39 Ibidem, s. 245-250.

40 Jak to było w Lubelszczyźnie? Z trzytygodniowej wędrówki na wschód, "Express Poranny", 5 X 1939, s. 2.

41 Wszyscy uchodźcy winni opuścić Warszawę, "Express Poranny", 4 X 1939, s. 2; W Ośrodkach Zdrowia i Opieki wre gorączkowa praca, ibidem, s. 2.

42 W. Pobóg-Malinowski, Najnowsza historia..., s. 61.

43 Ł. Kobiela, August Hlond 1881-1948, Katowice-Warszawa 2018, s. 402-403.

44 Dziennikarze polscy doznali serdecznej gościnności, "Kurier Polski", 24 XI 1939, s. 3.

45 J. Rakowski, Diariusz wrześniowego dramatu, "Zeszyty Historyczne" (Paryż) 1977, z. 39, s. 109-110.

46 P. Starzeński, Trzy lata z Beckiem, Warszawa 1991, s. 159.

47 Wrzesień 1939 r. w relacjach..., s. 288.

48 W. Rojek, Odyseja skarbu Rzeczypospolitej. Losy złota Banku Polskiego 1939-1950, Kraków 2000, s. 44.

49 Archiwum Akt Nowych (dalej: AAN), Bank Polski w Warszawie, 287, Sprawozdanie I. Matuszewskiego z transportu złota polskiego z Łucka do Nevers, k. 90.

50 J. Wróbel, Wojenne losy polskiego złota, "Ziemia Łódzka" 2017, nr 12, s. 12-13.

51 AAN, Bank Polski w Warszawie, 287, Sprawozdanie dyr. L. Barańskiego dla Ministerstwa Skarbu, styczeń 1940 r., k. 25-26.

52 AAN, Bank Polski w Warszawie, 287, Ewakuacja Banku Polskiego, Opracowanie naczelnika F. Szulwica, styczeń 1940 r., k. 3-8.

53 Z. Bielecki, R. Dębowski, Warszawski Wrzesień 1939, Warszawa 1984, s. 27-28.

54 Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego (dalej: IPMS), A.26.I/6, Pismo H. Floyar-Rajchmana i W. Jędrzejewicza do Ministra Skarbu w sprawie transportu FON z 23 X 1939 r., s 1-3; W. Jędrzejewicz, Fundusz Obrony Narodowej w czasie 2-ej wojny światowej, "Zeszyty His­toryczne" [Paryż] 1962, nr 1, s. 157-160.

55 J.A. Krzywda-Polkowski, Z Wawelu do Kanady. Wspomnienia, Płock 2001, s. 43.

56 A. Janta, Szalona ewakuacja, "Wiadomości" 1953, R. VIII, nr 32 (384), s. 4.

57 J.A. Krzywda-Polkowski, Z Wawelu do Kanady..., s. 70.

58 J. Antall senior, Schronienie uchodźców (Wspomnienia i dokumenty), oprac. K. Kapronczay, Warszawa 2009, s. 161.

59 T. Dubicki, K. Spruch, Przedmoście rumuńskie (wrzesień 1939), Oświęcim 2014, s. 136.

60 ?. J?kabsons, Internowanie żołnierzy polskich na Łotwie w latach 1939-1940, http://www.wyklady.ekpu.lublin.pl/wyklady/jekabsons/jekabs..., dostęp 9 I 2021 r.

61 J.K. Sawicki, S.A. Sobiś, Na alianckich szlakach 1939-1946, Gdańsk 1985, s. 17.

62 J.K. Sawicki, Polska Marynarka Handlowa 1939-1945, t. 2: Zbiór studiów, Gdynia 2021, s. 6-11.

63 Ibidem, s. 16-21.

64 J.K. Sawicki, Polska Marynarka Handlowa..., s. 102-104.

65 J.K. Sawicki, S.A. Sobiś, Na alianckich szlakach..., s. 18.

66 J.K. Sawicki, Polska Marynarka Handlowa (1939-1945), t. 1, Gdynia 1991, s. 18-20, 35.

67 Rozkaz Naczelnego Wodza "Służba na statkach Polskiej Marynarki Hand­lowej" z 4 IX 1941 r.

68 H. Batowski, Z dziejów dyplomacji polskiej na obczyźnie (wrzesień 1939-lipiec 1941), Kraków-Wrocław 1984, s. 22-25.

69 Ibidem, s. 28.

Wstęp

Pojęcie uchodźstwa, rozumianego jako opuszczanie przez ludzi stałych miejsc zamieszkania wskutek zagrożenia wojnami lub prześladowaniami, pojawiło się w prawie międzynarodowym po I wojnie światowej, jednak samo zjawisko jest znacznie starsze. W dziejach Polski zapoczątkowała je emigracja konfederatów barskich w latach sześćdziesiątych-osiemdziesiątych XVIII w. Jej uczestnicy stworzyli skupiska w Saksonii, Francji i Turcji. U schyłku tego stulecia, w wyniku nieudanych prób reform państwa i zrywów niepodległościowych, pojawiły się w Europie Zachodniej kolejne fale uchodźców z ziem polskich: najpierw po klęsce w wojnie z Rosją i drugim rozbiorze Rzeczypospolitej (1792-1793), a następnie po upadku insurekcji kościuszkowskiej i trzecim rozbiorze w latach 1794-1795. Znaczący wzrost tego zjawiska przypadł na wiek XIX, kiedy to po przegranych powstaniach (przede wszystkim listopadowym w latach 1830-1831 i styczniowym - 1863-1864) na Zachód, głównie do Francji, podążyły wielotysięczne rzesze żołnierzy powstańczych armii, działaczy politycznych i społecznych, słowem - wszyscy, którzy nie chcieli żyć w niewoli, nie pogodzili się z klęską i zamierzali kontynuować działalność niepodległościową na obczyźnie.

Swego zasadniczego celu dziewiętnastowieczni uchodźcy nie zdołali zrealizować, a naród polski aż do 1918 r., poza dwoma epizodami - Księstwa Warszawskiego (1807-1813) i autonomicznego Królestwa Polskiego (1815-1831) - pozbawiony był własnej państwowości. Mimo to zajęli oni poczesne miejsce w jego historii. To na obczyźnie rodziły się kolejne plany powstańcze i projekty reform w kraju. Żmudna praca różnych środowisk emigracji, od konserwatywnej prawicy po rewolucyjną lewicę, przypominała rządom i narodom Europy i świata, że bez rozwiązania "sprawy polskiej" i wskrzeszenia Rzeczypospolitej niemożliwy jest trwały pokój na kontynencie. W sytuacji, gdy pod zaborami swoboda twórcza była nieosiągalnym marzeniem, na Zachodzie powstały najciekawsze koncepcje polityczne i społeczne, a także największe dzieła romantycznej literatury i muzyki. Wszystko to sprawia, że wychodźców, którzy opuścili kraj po powstaniu listopadowym, określa się mianem Wielkiej Emigracji.

Odzyskanie niepodległości przez Polskę w 1918 r. zrodziło nadzieję, że uchodźstwo polityczne z jej ziem będzie już tylko zamkniętą kartą historii. Niestety, stało się inaczej. Najazd hitlerowskiej III Rzeszy i stalinowskiego Związku Sowieckiego we wrześniu 1939 r. ponownie wyrzucił za granicę wielotysięczne rzesze uciekinierów. Historia raz jeszcze miała się powtórzyć, i to na znacznie większą skalę niż poprzednio.

Autor książki, którą oddajemy do rąk Czytelników, postawił sobie za cel ukazanie polskiego uchodźstwa cywilnego w latach II wojny światowej. Jego dzieje nie doczekały się dotąd odrębnego opracowania. Losom przemieszczeń żołnierzy, ściśle związanych z dziejami Polskich Sił Zbrojnych, poświęcona została odrębna pozycja Biblioteki Szlaku Nadziei. Książka niniejsza nie jest monografią naukową, gdyż aktualny stan badań nie pozwala jeszcze na podjęcie tak ambitnego zadania, lecz pracą popularnonaukową, ukazującą w ogólnym zarysie chronologię, zasięg geograficzny i organizację życia wychodźców z Polski w krajach europejskich i na innych kontynentach na tle dramatycznych wydarzeń II wojny światowej. Poświęcona jest losom kobiet, dzieci i mężczyzn, którzy często w pośpiechu i bez środków do życia opuścili kraj, szukając schronienia na obczyźnie. W miarę możliwości oddano głos samym uchodźcom, pozostawili oni bowiem wiele świadectw pisanych swojej niezwykłej wojennej epopei. Sięgnięto również do relacji cudzoziemców, ze współczuciem obserwujących tragedię polskich emigrantów, zmuszonych nie tylko do pokonywania kolejnych granicznych kordonów, lecz także do mierzenia się z trudnościami dnia codziennego. W przezwyciężaniu tych problemów pomagał im, w miarę swych skromnych możliwości, rząd Rzeczypospolitej na obczyźnie oraz władze państw sprzymierzonych, a także neutralnych. W pracy starano się również ukazać różnorodne, oddolne inicjatywy humanitarne na rzecz uchodźców. Tysiące ludzi dobrej woli z wielu krajów, zaangażowanych w latach wojny w działania na rzecz polskich cywilów, zasłużyło na ich wdzięczność.

Książka składa się ze wstępu, trzynastu rozdzia­łów przedstawiających jej problematykę w układzie chronologiczno-problemowym, zakończenia i bibliografii selektywnej. Tekst uzupełniają fotografie, pochodzące przeważnie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego oraz archiwum autora.

Rozdział pierwszy dotyczy Polaków i obywateli polskich, zmuszonych już przed wojną do opuszczenia terytorium rządzonego przez nazistów. Migracja ta, spowodowana polityką władz w Berlinie, była prologiem tragedii, która na ogromną skalę rozpoczęła się 1 września 1939 r. Rozdział drugi poświęcony jest uchodźstwu w okresie kampanii wrześniowej. Na szlakach spontanicznych ucieczek i zorganizowanej ewakuacji znalazły się wówczas setki tysięcy ludzi, narażonych na bezlitosne ataki niemieckiego lotnictwa i ostrzał oddziałów Wehrmachtu. Ta część książki obejmuje również ewakuację do krajów neutralnych. W rozdziale trzecim ukazano pierwsze inicjatywy, mające na celu udzielenie uciekinierom pomocy, co było niezwykle ważne w pierwszych dniach po przekroczeniu granicy, kiedy wiele osób znalazło się na obczyźnie bez środków do życia, często w stanie skrajnej rozpaczy. Dwa kolejne rozdziały, czwarty i piąty, poświęcone są położeniu przybyszów z Polski w państwach neutralnych, sąsiadujących z naszym krajem. Nie stanowiły one bezpiecznego schronienia, gdyż były poddawane presji politycznej ze strony obu totalitarnych mocarstw, które dokonały agresji na Polskę. Ewakuacja uchodźców z tych krajów była jednak z wielu względów problemem trudnym do rozwiązania, trwała długo i nigdy nie została ukończona. Rozdział szósty dotyczy organizacji imigrantów z Rzeczypospolitej w krajach sojuszniczych, które do maja 1940 r. były docelowym punktem ich wędrówek. Kolejne rozdziały: siódmy, ósmy i dziewiąty, dotyczą okresu po rozpoczęciu ofensywy niemieckiej na Zachodzie w maju 1940 r., która ponownie zmusiła Polaków przebywających we Francji do ucieczki, a ponadto bardzo skomplikowała położenie tych, którzy wciąż znajdowali się na Węgrzech, w Rumunii, w krajach bałtyckich i na Bałkanach. Szybka klęska Francji sprawiła, że tysiące naszych rodaków nie zdołało opuścić tego kraju przed jej kapitulacją. Część szukała wówczas schronienia na Półwyspie Iberyjskim, a tylko nieliczni dotarli do Wielkiej Brytanii. Wyspiarskie mocarstwo, samotnie stawiające opór Hitlerowi, na przeciąg kilku lat stało się ostatnią, w miarę bezpieczną, przystanią polskiego uchodźstwa.

Rozdziały dziesiąty, jedenasty i dwunasty poświęcone zostały krajom pozaeuropejskim, które stały się schronieniem dla wychodźców z Rzeczypospolitej w okresie, gdy prawie cały Stary Kontynent znalazł się pod panowaniem niemieckim lub sowieckim. Państwa obu Ameryk i Dalekiego Wschodu były wówczas azylem dla najbardziej zdeterminowanych i przedsiębiorczych spośród nich. Szczególne miejsce w dziejach uchodźstwa polskiego lat II wojny światowej zajmuje epopeja ok. 40 tys. cywilów, głównie kobiet i dzieci, którzy opuścili Związek Sowiecki wiosną i latem 1942 r., wraz z oddziałami armii gen. Władysława Andersa. Znalezienie dla nich bezpiecznego schronienia było nie lada problemem w tym przełomowym okresie wojny, gdy państwa Osi były u szczytu potęgi, a Sprzymierzeni wytężali wszystkie siły, aby powstrzymać ofensywę niemiecką w Rosji i Afryce Północnej oraz japońską na Dalekim Wschodzie. Sukces tej wielkiej akcji sprawił, że tysiące Polaków bezpiecznie doczekało końca wojny. Ostatni, trzynasty, rozdział zawiera omówienie stanu liczebnego i rozmieszczenia emigrantów cywilnych w chwili zakończenia II wojny światowej. Nigdy wcześniej tak wielu obywateli Rzeczypospolitej nie znajdowało się na obczyźnie. Ci, którzy zdecydowali się pozostać na Zachodzie, stali się filarem drugiej Wielkiej Emigracji, której przyszło odegrać ważną rolę w zmaganiach narodu polskiego o odzyskanie pełnej niepodległości i suwerenności.

Praca niniejsza powstała głównie na podstawie literatury przedmiotu, źródeł pamiętnikarskich i publikacji prasowych z lat wojny. Nie zawsze stanowiły one wystarczającą bazę do choćby popularnego opracowania poszczególnych zagadnień, stąd konieczna była kwerenda archiwalna, przede wszystkim w zasobach warszawskich - Archiwum Akt Nowych i Archiwum Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a także londyńskiego Instytutu Polskiego i Muzeum gen. Sikorskiego oraz Instytutu Hoovera w USA. Wiele cennego materiału dostarczyły zbiory Biblioteki Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie i Biblioteki Polskiej w Paryżu.

Zanim zagrzmiały armaty

Zanim zaczęła się wojna i miliony Polaków znalazły się na uchodźczych szlakach, pojawiły się pierwsze oznaki nadciągającego kataklizmu. Już od 1933 r. z Niemiec zaczęli wyjeżdżać przeciwnicy nazizmu oraz Żydzi, dyskryminowani z powodów rasistowskich. Jedni emigrowali bezpośrednio po objęciu władzy przez Hitlera, inni czekali z wyjazdem w nadziei, że prześladowania ustaną pod naciskiem oburzonej światowej opinii publicznej. Ci ostatni bardzo się mylili. W szczególnie trudnym położeniu znaleźli się Żydzi, gdyż antysemityzm od samego początku był stałym składnikiem ideologii nazistowskiej, a po 1933 r. stał się wytyczną polityki wewnętrznej III Rzeszy. W rezultacie położenie wszystkich członków tej narodowości w Niemczech, nawet zasymilowanych, pogarszało się z każdym rokiem. Wśród tych, w których uderzyła brutalna polityka Hitlera, byli obywatele polscy narodowości żydowskiej, niekiedy mieszkający w tym kraju od wielu lat. Pod koniec lat trzydziestych konsul RP w Lipsku, Feliks Chiczewski, pisał w jednym z raportów: "Wprawdzie wśród tych Żydów, nieznających Polski, urodzonych w Niemczech, nie ma zasadniczo tendencji emigrowania do Polski, ale mogą nastąpić takie warunki, że Polska będzie dla nich jedynym ratunkiem. W ostatnich tygodniach coraz częściej zgłaszali się Żydzi, czego dawniej nie było, z zamiarem przesiedlenia się do Polski"1. Jak się wkrótce okazało, jego ocena sytuacji była prawidłowa.

Obszar, z którego emigrowano, powiększał się w miarę jak Hitler, przy bierności mocarstw europejskich, dokonywał kolejnych "pokojowych" podbojów. W 1938 r. groźba represji zawisła nad Żydami z Austrii, w tym nad obywatelami polskimi żydowskiego pochodzenia, zamieszkującymi ten kraj. 11 marca tego roku, wobec mnożących się pogłosek, że lada dzień wkroczą do niego wojska niemieckie, wśród polskich Żydów w Wiedniu wybuchła panika. Poselstwo RP w tym mieście oblegane było przez interesantów, którzy szukali informacji i porady. Poseł Jan Gawroński, doceniając dotychczasową patriotyczną postawę Żydów polskich w Wiedniu, uważał za swój obowiązek udzielić im pomocy w trudnej dla nich chwili. Gdy 12 marca oddziały Wehrmachtu przekroczyły granicę austriacką, poselstwo przystąpiło do akcji. Gawroński wspominał po latach: "Dwa nasze samochody ustawicznie odbywały przejażdżki do Bratysławy, wywożąc tam całymi rodzinami bardziej zagrożonych Żydów polskich. Ale już po południu skierowałem ekspedycje ku granicy węgierskiej, dla niepoznaki na coraz różne jej przejścia, gdyż moi oficerowie donosili mi o posuwaniu się oddziałów niemieckich w kierunku na Bratysławę, więc przejazd tamtędy naszych uciekinierów mógł wkrótce stać się trudny"2.

Zajęcie Austrii nie przerwało humanitarnej misji Gawrońskiego. Interweniował, i to skutecznie, w obronie polskich Żydów u samego Hitlera, gdy ten odbył swój triumfalny wjazd do Wiednia. Dyplomata pisał: "jedną miałem troskę: ratować! ratować! - kogo się dało, gdzie się dało, ułatwiając wyjazd najbardziej zagrożonym, przymuszając do wyjazdu zbyt łatwowiernych i zbyt ufnych, wywożąc sam przez granice Czechosłowacji i Węgier, rozdając paszporty, umożliwiając ucieczkę na każdy sposób, prawny czy bezprawny"3.

Jesienią 1938 r. na granicy polsko-niemieckiej rozegrał się dramat na większą skalę. Władze III Rzeszy postanowiły deportować Żydów legitymujących się paszportami Rzeczypospolitej. Jako pretekstu użyły decyzji władz w Warszawie, które zarządziły weryfikację dokumentów obywateli polskich mieszkających za granicą. Akcja ta, kontrowersyjna w samym swoim założeniu, miała na celu pozbawienie obywatelstwa osób, które - w arbitralnej ocenie MSZ - "utraciły więź z państwowością polską". Jak się okazało, najgorsze konsekwencje miała dla Żydów obywateli Rzeczypospolitej, zamieszkałych na terenie Rzeszy. 28 października 1938 r. w całych Niemczech rozpoczęły się aresztowania tych ludzi, których następnie przewożono do granicy Rzeczypospolitej. Nie wszystkich udało się zatrzymać, wielu z nich zdołało schronić się na czas w polskich konsulatach. Konsul Chiczewski raportował: "Już od wczesnych godzin porannych Konsulat oblegany był przez setki obywateli, których liczba w ciągu dnia wzrosła do 1000 osób. Cały obszerny ogród, wszystkie wejścia, klatki schodowe, poczekalnia, piwnice oraz część mieszkania prywatnego kierownika placówki i woźnego przepełnione były uchodźcami"4. Niektórzy z nich otrzymali polskie paszporty, co zabezpieczyło ich przed represjami, pozwoliło legalnie przekroczyć granicę oraz uratować przynajmniej część mienia.

Aresztowanych Żydów Niemcy zaczęli zwozić do Zbąszynka (wówczas Neu Bentschen), Bytomia (Beu­then) i innych miejscowości nadgranicznych. Ograbionych z kosztowności i pieniędzy, pognano na polską granicę i zmuszono do jej przekroczenia.

Barbarzyńska akcja deportacyjna objęła ok. 17 tys. osób, z czego 9 tys. wypędzono do polskiego Zbąszynia. Spośród nich 2 tys. wyjechało w głąb kraju, gdzie wielu z nich uzyskało pomoc od znajomych, rodzin i gmin żydowskich. Reszta zmuszona była pozostać. Wegetowała w starych koszarach, w niezwykle ciężkich warunkach. Sytuację ratowała pomoc okolicznej ludności polskiej i społeczności żydowskiej. Jeszcze w maju 1939 r. w Zbąszyniu przebywało ok. 3,5 tys. Żydów wypędzonych z Niemiec. Dopiero wówczas przymusowym uchodźcom zezwolono na opuszczenie miasta. Ci, którzy mieli dosyć pieniędzy i zdobyli zagraniczne wizy, wyjeżdżali. Według niepełnych danych do 1 września 1939 r. opuściły Polskę 673 osoby, które w większości udały się do Palestyny, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii5. Reszta pozostała na terenie Rzeczypospolitej.

Sytuacja z Austrii i Niemiec powtórzyła się, chociaż na dużo mniejszą skalę, po zajęciu Czech przez Niemcy w marcu 1939 r. Granicę naszego kraju przekraczali Żydzi obywatele polscy, mieszkający dotąd w Pradze i innych miastach czeskich. Często korzystali z tego, że policja Protektoratu Czech i Moraw nie zatrzymywała uciekinierów.

Pod koniec okresu międzywojennego z Niemiec musieli uchodzić również etniczni Polacy, zamieszkujący od pokoleń Górny Śląsk i Pomorze, zwłaszcza ci, którzy trwali przy polskości i pracowali na rzecz swojej zbiorowości. W miarę narastania konfliktu polsko-niemieckiego ich wolność i życie coraz częściej były zagrożone. Wręczano im decyzje o zakazie pobytu w strefie przygranicznej, odbierano paszporty, coraz częściej wtrącano do więzień i obozów koncentracyjnych. W ostatnich dniach przed wybuchem wojny prasa polska pełna była doniesień o terrorze wobec mniejszości polskiej w Niemczech.

W tej sytuacji wielu Polaków zdecydowało się na szukanie ratunku w granicach Rzeczypospolitej. Pod koniec maja 1939 r. zrobił to Arka Bożek, wybitny działacz mniejszości polskiej na Śląsku Opolskim. Pod koniec sierpnia wydawany w Katowicach dziennik "Polonia" pisał o ucieczce do Lipnicy na pograniczu polsko-niemieckim 76 Polaków, "zmuszonych do ratowania wolności osobistej i szukania schronienia na łonie matki-Polski. Przybyli oni do Polski z narażeniem własnego życia (kobiety, starcy, dzieci), zabierając ze sobą w kilku wypadkach bydło, konie i owce. Większość dobytku jednak pozostawili na pastwę losu". Niekiedy przejście granicy kończyło się tragicznie. Grupa uciekinierów obojga płci, przedzierająca się przez kordon graniczny nocą z 23 na 24 sierpnia 1939 r., została ostrzelana przez niemieckich pograniczników. W efekcie zginęła jedna z kobiet. Władze polskie i społeczeństwo Śląska pospieszyły uchodźcom z pomocą. Spontanicznie zorganizowano dla nich zbiórkę pieniędzy w celu zakupu żywności i odzieży. Przygotowano także prowizoryczne mieszkania6.

Podobne dramaty rozgrywały się na całej długości granicy polsko-niemieckiej oraz na terenie Wolnego Miasta Gdańska. W Chojnicach na Pomorzu zgromadziło się 50 uchodźców, którzy opuścili obszar Rzeszy w obawie, że zostaną aresztowani i wywiezieni do obozów pracy przymusowej7. Depesza Polskiej Agencji Telegraficznej donosiła z Wolnego Miasta, że terror niemiecki uderzał zarówno w obywateli polskich, jak i gdańskich, a "szereg osób nie mogąc znieść szykan i terroru, opuszcza Gdańsk". Miejscowa społeczność polska zwróciła się do władz Rzeczypospolitej o utworzenie dla uchodźców punktów opiekuńczych w Gdyni i Tczewie8. Najszybciej zareagował Polski Związek Zachodni, który w pierwszym z tych miast powołał do życia Komitet Pomocy Uchodźcom z Gdańska. Poznański "Dziennik Poranny" donosił 30 sierpnia, że z Wolnego Miasta "uciekają nie tylko Polacy, którzy są przedmiotem szczególnych prześladowań, ale także Niemcy"9. W numerze, który ukazał się pierwszego dnia wojny, gazeta informowała: "Fala uchodźców z Gdańska do Gdyni przybrała w dniu wczorajszym wieczorem, przez całą noc i dzień dzisiejszy wyraźnie na sile. Komitet Opieki nad uchodźcami z Gdańska i Niemiec, mający swą siedzibę przy ul. Świętojańskiej 59, co kilka minut rejestruje grupy uciekinierów z rejonu gdańskiego. [...] W biurach komitetu dzieją się dramatyczne sceny, ponieważ zdarza się, iż rodzice uciekli inną drogą, a dzieci inną; po kilkunastu godzinach niewidzenia się spotykano się w biurach i witano się ze łzami w oczach, iż cudem uniknięto niechybnej zguby, jaka ich oczekiwała z rąk oprawców w Gdańsku". Uchodźców umieszczono w Masowym Hotelu Turystycznym w Gdyni i zaopatrzono w kupony żywnościowe10.

Wiesław Arlet, urzędnik Komisariatu Generalnego RP w Gdańsku, szacował, że przed wybuchem wojny z oba­wy przed aresztowaniem wyjechało z Wolnego Miasta ok. 500 Polaków (mężczyzn), mających jego obywatelstwo11. Liczba kobiet i dzieci, które schroniły się na terytorium Rzeczypospolitej, była prawdopodobnie jeszcze większa.

Wszystko to było zapowiedzią nadchodzącej wojny. Po stronie polskiej pojawiły się wówczas nastroje niepewności, a nawet paniki, chociaż władze starały się uspokajać społeczeństwo, przekonując je, że kraj jest dobrze przygotowany do obrony i może liczyć na pomoc zachodnich sojuszników. Pod koniec sierpnia gazety wspominały o wzmożonym ruchu panującym na kolejach i drogach prowadzących na wschód. W największym stopniu dotyczyło to Górnego Śląska i Pomorza, czyli regionów, które miały się stać pierwszym celem ataku12.

Wrzesień 1939 r. Exodus

Latem 1939 r. Europa szykowała się do wojny. Hitler niedwuznacznie dawał do zrozumienia, że jeśli Polska nie spełni jego żądań w sprawie Gdańska i eksterytorialnej drogi oraz linii kolejowej przez Pomorze - nie cofnie się przed rozpętaniem konfliktu zbrojnego. Determinację, aby położyć kres "bezkrwawym" podbojom Niemiec, zaczęli wreszcie wykazywać przywódcy Francji i Wielkiej Brytanii, do których dotarło, iż dalsze ustępstwa spowodują degradację mocarstwowej pozycji ich krajów w Europie i na świecie. Ambasadorzy obu państw w Berlinie ostrzegali Hitlera, że napaść na Polskę oznacza wojnę. Przede wszystkim jednak szantażowi przywódcy III Rzeszy nie zamierzała ulec Warszawa. Dla każdego polskiego polityka, bez względu na polityczne barwy, a także dla milionów obywateli, było nie do pomyślenia, aby wyrzec się suwerenności i niepodległości, z takim trudem wywalczonych i obronionych zaledwie dwadzieścia lat wcześniej.

W tym czasie ukształtowały się dwa przeciwstawne bloki polityczno-wojskowe. Pierwszy stanowiły hitlerowskie Niemcy oraz sprzymierzone z nimi Włochy i Słowacja, a drugi - związane sojuszem obronnym Francja, Wielka Brytania i Polska. 23 sierpnia 1939 r. sojusznikiem Niemiec stał się również Związek Sowiecki, a tajny protokół układu, podpisanego tego dnia w Moskwie, przewidywał podział obszaru od Finlandii po Morze Czarne pomiędzy oba tota­litarne mocarstwa. Polityczny krajobraz Europy uzupełnić należy uwagą, iż Niemcy mogły liczyć na współpracę Japonii, a Francja i Wielka Brytania miały oparcie w swoich dominiach i koloniach, rozrzuconych po całym globie.

Od początku było jasne, że pierwsze uderzenie wojsk niemieckich spadnie na Polskę, a jej los będzie zależał nie tylko od tego, czy mocarstwa zachodnie pospieszą jej z pomocą, lecz także od tego, jak szybko i efektywnie to uczynią.

Chociaż długość i przebieg granic Rzeczypospolitej z III Rzeszą i Słowacją utrudniały obronę, polskie naczelne dowództwo zdecydowało na ich obronę na całej długości. Zdawano sobie jednak sprawę, że utrzymanie rozciągniętych pozycji będzie bardzo trudne i od początku liczono się z koniecznością odwrotu na główną linię oporu, biegnącą wzdłuż Dunajca (ewentualnie Sanu), Wisły i Narwi. Wiązało się to z koniecznością ewakuacji przynajmniej części ludności z terenów nadgranicznych, a potem także z całej zachodniej i północno-zachodniej Polski. Opracowane przed wojną plany przewidywały przemieszczenie na wschód rezerwistów, którzy mogliby zasilić szeregi wojska w późniejszym czasie, a także urzędów państwowych. Dotyczyło to również władz centralnych w przypadku, gdyby Warszawa znalazła się na linii frontu lub, co gorsza, wpadła w ręce najeźdźcy. Władze te miały zostać przeniesione na Lubelszczyznę. W poszczególnych ministerstwach i innych urzędach o znaczeniu ogólnopaństwowym poczyniono już przed wojną odpowiednie przygotowania: powołano pełnomocników do spraw ewakuacji, dokonano podziału zadań, podjęto decyzje dotyczące przydziału środków finansowych i transportowych. Panowało jednak przekonanie, że jeśli zajdzie potrzeba opuszczenia stolicy, to pojawi się ona dopiero po kilku tygodniach od rozpoczęcia działań bojowych13.

Mało kto zdawał sobie sprawę, że wspomniane plany trzeba będzie wprowadzać w życie już w pierwszych dniach wojny, i to w okolicznościach wyjątkowo niekorzystnych. Szybkie postępy wojsk niemieckich, a zwłaszcza ataki lotnicze na ludność cywilną, sprawiły, że ewakuacja przybrała ogromne rozmiary i zamieniła się w paniczną ucieczkę. Próby jej opanowania spełzły na niczym.

Już w pierwszym dniu wojny na drogach pojawili się uciekinierzy z terenów nadgranicznych. Masowo ewakuowali się mieszkańcy powiatów ostrowskiego i kępińskiego, kierując się na Kalisz i dalej w stronę Łodzi. Uczestnik tych wydarzeń wspominał: "Do Kalisza, oddalonego od Ostrowa Wlkp. o 24 km, szliśmy całą noc. [...] Postanowiliśmy maszerować dalej w stronę Błaszek po linii kolejowej wiodącej do Łodzi. Pochód z Kalisza zmienił swój obraz. Uchodźcy z Ostrowa pogubili się w wielkiej masie nowych uchodźców. [...] Do głównej drogi idącej w stronę Błaszek spływały bowiem coraz to nowe strumienie masy ludzkiej ewakuującej się z południowej Wielkopolski"14.

Do spotęgowania fali uchodźców przyczyniły się zbrodnicze ataki Niemców na ludność cywilną. Za przykład metod stosowanych przez niemieckie siły zbrojne niech posłuży przypadek Wielunia. To nadgraniczne miasto, pozbawione znaczenia wojskowego i niebronione, zostało zaatakowane przez samoloty Luftwaffe rankiem 1 września. Kilka fal bombowców nurkujących bezkarnie bombardowało i ostrzeliwało jego centrum, wywołując ogromną panikę wśród ludności. Większość ocalałych mieszkańców opuściła je w popłochu15. Podobnie było w innych bombardowanych miejscowościach zachodniej Polski. 4 września w komunikacie informacyjnym sztabu armii "Poznań" zapisano: "niemieccy lotnicy ostrzeliwują z broni pokładowej ciągnące szosami w kierunku wschodnim kolumny uchodźców. Serie oddawane były przy dobrej widoczności z pułapu 100-200 m. [...] pomyłka, że mogą to być kolumny wojskowe, była absolutnie wykluczona. Kolumny uciekinierów składały się głównie z osób starszych, kobiet i dzieci; było wśród nich wielu zabitych i rannych"16.

Wieści o barbarzyństwie Niemców lotem błyskawicy rozniosły się po całym pograniczu i przeniknęły daleko w głąb kraju. Chęć ucieczki ludności na wschód potęgowała zaplanowana, ale nie do końca przemyślana i zbyt pośpieszna ewakuacja władz i urzędów państwowych. Ludzie, widząc, iż przedstawiciele władz opuszczają swoje posterunki, a w ślad za nimi wyjeżdżają również policjanci, a nawet straż pożarna i inne służby publiczne, szli za ich przykładem.

Pod koniec pierwszego tygodnia wojny wielka fala uchodźcza ogarnęła Łódź i przyległy okręg przemysłowy. Fala uciekinierów dotarła do miasta już 4 września, pociągając za sobą miejscową ludność. Jej kulminacja nastąpiła dwa dni później. Dziesiątki tysięcy mieszkańców Łodzi i okolicznych miejscowości podążało drogami na Brzeziny, Stryków i dalej ku stolicy. Wyjechali najważniejsi urzędnicy: wojewoda Henryk Józewski, starosta grodzki Henryk Mostowski i prezydent miasta Jan Kwapiński. Na drogach prowadzących do Warszawy znalazło się ok. 60 tys. osób. W nocy z 6 na 7 września wszystkie szlaki prowadzące na wschód wypełniły tłumy przemieszanych ze sobą żołnierzy i cywilów, wozów konnych, prowadzonego bydła i pojazdów mechanicznych. Nad tym żywiołem nikt nie zdołał zapanować17.

Podobnie sytuacja wyglądała w innych rejonach kraju. Naloty na dzielnice mieszkalne Poznania wywołały masowy exodus jego mieszkańców. Wielotysięczna rzesza ludzi zablokowała wszystkie drogi prowadzące na wschód. Na dworcach kolejowych szturmowano nieliczne pociągi odchodzące do centrum kraju. Szacuje się, że tylko w połu­dniowej Wielkopolsce i w Kaliskiem w popłochu uciekła blisko połowa ludności. Szlaki ewakuacyjne prowadzące z tego obszaru usiane były zniszczonymi pociągami osobowymi, rozbitymi wozami i samochodami, stosami porzuconego dobytku, zwłokami mężczyzn, kobiet i dzieci18.

Dramatycznie przebiegała ewakuacja z Pomorza, zagrożonego uderzeniem niemieckim nie tylko z zachodu, lecz także ze wschodu, od strony Prus Wschodnich. Gdynia i miejscowości nadmorskie, latem pełne wczasowiczów, opustoszały już pod koniec sierpnia. Oprócz letników wyjeżdżały rodziny urzędników i ludzi lepiej sytuowanych. Jedna z gazet donosiła, że Gdynia stała się "wybitnie męskim miastem", a pozostali w niej tylko ci, "których warsztaty pracy zatrzymały na miejscu"19. Już 3 września wojewoda pomorski Władysław Raczkiewicz wydał polecenie ewakuacji z Torunia władz i urzędów, oddziału Banku Polskiego, a także sędziów i prokuratorów, kuratorów okręgów szkolnych, a nawet dyrekcji Lasów Państwowych. Na końcu miasto opuścić miała policja. Do przeprowadzenia tej operacji użyto kolumn samochodowych, pociągu, a nawet statku rzecznego. 5 września z Torunia wyjechał sam wojewoda, udając się do Włocławka, a potem do Warszawy.

Ewakuacyjna gorączka ogarnęła także Śląsk i Małopolskę, zagrożone uderzeniem od zachodu i południa. Już 1 września ewakuował się Urząd Wojewódzki w Katowicach, a następnego dnia armia "Kraków" rozpoczęła odwrót na linię rzek Nida i Dunajec. W ślad za nimi, w następnych dniach ruszył personel innych urzędów państwowych i samorządowych oraz wielka fala uchodźców z południowo-zachodniej Polski. Aleksander Koj, który wieczorem 1 września wyjechał samochodem z Chorzowa, na drogach spotykał "tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy uciekali z pakunkami przed wojną"20. 6 września Kraków, jako pierwsze z głównych miast polskich, znalazł się pod niemiecką okupacją.

Uciekinierzy i osoby ewakuowane z zachodnich i północno-zachodnich terenów kraju podążali ku Warszawie. Pierwsze pociągi ewakuacyjne z Wielkopolski dotarły do niej już 2 września21. Tego samego dnia na ulicach stolicy pojawiły się samochody z uchodźcami ze Śląska i Pomorza22. "Kurier Wileński" informował, że w "Warszawie w pierwszych dniach wojny stłoczyła się nadmierna ilość ludzi. Całe potoki ludzkie dążyły właśnie do Warszawy, by zatrzymać się w niej lub spłynąć dalej"23. Stolica nie gwarantowała jednak bezpieczeństwa. Tak jak cały kraj, nękana była nalotami Luftwaffe, zbliżały się również do niej pancerne czołówki Wehrmachtu. W tej sytuacji tysiące ludzi decydowało się na wyruszenie z miasta na wschód, jak najdalej od linii frontu.

Niekorzystny przebieg bitwy granicznej, a zwłaszcza przełamanie obrony przez szybkie niemieckie zgrupowania pancerne, zmierzające w kierunku stolicy, zmusiły władze polskie do rozpoczęcia ewakuacji urzędów centralnych. Już trzeciego dnia wojny Naczelny Wódz, marsz. Edward Rydz-Śmigły, polecił premierowi Felicjanowi Sławojowi Składkowskiemu rozpocząć przygotowania do przesunięcia tych urzędów na Lubelszczyznę. Następnego dnia premier wydał zarządzenie w sprawie ewakuacji tzw. eszelonów ciężkich, wszystkich ministerstw, Sejmu i Senatu oraz innych najważniejszych instytucji państwowych. W Warszawie mieli pozostać jedynie ministrowie ze swoimi ścisłymi sztabami urzędników. Specjalne pociągi oraz kolumny samochodowe opuszczały miasto w nocy z 4 na 5 września i trwały do wieczora24. Po południu tego dnia minister propagandy Michał Grażyński na specjalnie zwołanej konferencji prasowej podał do publicznej wiadomości postanowienie o ewakuacji stolicy25.

Po południu 6 września Naczelny Wódz podjął decyzję o odwrocie wojsk na wschód w celu obrony linii biegnącej wzdłuż Narwi, Wisły i Dunajca. Sam zamierzał przenieść swoją kwaterę do Brześcia nad Bugiem. Wieczorem tego samego dnia poinformował o tym premiera, który w związku z tym zrządził ewakuację urzędów centralnych dalej na wschód, z Lubelszczyzny na Wołyń.

Przemieszczanie się władz centralnych i ludności przebiegało w warunkach narastającego chaosu i paniki, do czego przyczyniło się 6 września wystąpienie przed mikrofonami Polskiego Radia ppłk. Romana Umiastowskiego, szefa propagandy Sztabu Naczelnego Wodza. Wezwał on ludność Warszawy do budowy barykad oraz nakazał wszystkim mężczyznom zdolnym do noszenia broni ewakuować się na wschód. Na drogi wyległy kolejne tysiące osób, nie tylko mężczyzn i nie tylko z Warszawy26. Apel Umiastowskiego potraktowano jako dowód, że stolica wkrótce stanie się celem ataku niemieckich wojsk lądowych, nie chciano więc zwlekać z jej opuszczeniem. Mieszkańców miasta utwierdzał w tym przekonaniu widok rządowych kolumn samochodowych zdążających na wschód. Próby ograniczenia negatywnych skutków wystąpienia szefa propagandy nie tylko okazały się nieskuteczne, lecz wręcz pogłębiły chaos. Wychodząca w stolicy popołudniówka "Czas - 7 wieczór" poinformowała 8 września, że w ciągu ostatnich dwóch dni wybuchła "nieuzasadniona panika spowodowana przez elementy dywersyjne". Gazeta, powołując się na nowe przemówienie ppłk. Umiastowskiego, wygłoszone tego samego dnia, wzywała młodych mężczyzn do pozostania w Warszawie i udziału w obronie. Zalecenia dla mieszkańców wsi i miasteczek były jednak inne - nakazano ewakuację mężczyzn zdolnych do noszenia broni oraz koni pociągowych. Stwierdzono: "Uchodźców już ciągnących drogami należy zatrzymywać, odprowadzać na boki drogi, by dać swobodę ruchu taborów". W innym fragmencie artykułu była mowa o zawracaniu z drogi kobiet i ludzi starszych27. Ograniczenie i uporządkowanie ewakuacji okazało się jednak niewykonalne.

W ślad za urzędami centralnymi i administracją lokalną podążały tysiące cywilów. Był to ruch żywiołowy i niekontrolowany. Mieszkanka Warszawy tak opisała wyjście z miasta: "Po rozsłonecznionym dniu wrześniowym wzeszła na niebo piękna księżycowa noc. Nocą ożyło miasto. Przez wszystkie mosty walił na Pragę tłum ludzi z walizami, tobołkami na plecach, na furkach, dorożkach, w samochodach, pieszo. Ulicami nie sposób było iść, trzeba było przepychać się, tłoczyć, przystawać, wołać na pogubionych w ciemnościach towarzyszy. Przeładowane w niesamowity sposób tramwaje, z przyciemnionymi światłami, wlokły się żółwim krokiem, zajeżdżały im drogę w ścisku samochody i wozy. [...] Wreszcie skończyło się miasto, pozostały gdzieś w mroku domy, ulice, tramwaje z trudem ledwie sunące, ponure sylwetki kamienic. Ale tłum ludzi biegnących w pośpiechu przed siebie nie skończył się. I nadal - setki kilometrów szliśmy w zgiełku, w ścisku, w kurzu gęstym jak dusząca mgła".

Jan Meysztowicz, urzędnik MSZ, który obserwował ewakuację na drodze z Warszawy do Lublina, zapisał: "Obok sunął chaotyczny korowód jadących mozolnie w ciemnościach, przystających co chwila gwałtownie, najróżniejszych pojazdów i samochodów z tlącymi się zaledwie światłami z pomazanych granatową lub czarną farbą reflektorów, wśród nawoływań, przekleństw, złorzeczeń i rozpaczliwego jazgotu klaksonów. A gdy ten harmider ucichł na chwilę, dochodził z mroku tupot setek butów i przytłumiony gwar piechurów"28.

András Hory, poseł węgierski, który również znalazł się na tej drodze, napisał, że nigdy nie zapomni tego tragicznego obrazu: "Na furach, ciężarówkach piętrowo ustawione meble, skrzynie, maszyny do szycia, dywany, pościel i tobołki na tobołkach. W małych, czteroosobowych samochodach po osiem, dziewięć osób, głównie kobiety, starcy, dzieci, na ich kolanach koty, klatki z kanarkami. Ludzie stali nawet na zderzakach. Zapłakani, z czerwonymi oczyma, bladzi, z przerażeniem malującym się na twarzach, zmiętoszeni, zmęczeni. Uciekinierzy. Uciekinierzy, którzy jeszcze kilka dni temu żyli w swoich domach, w ciepłych rodzinnych gniazdach, a teraz jechali i szli naprzód, może sami nie wiedząc dokąd, aby tylko wydostać się z tego miasta, gdzie nad głowami latały anioły śmierci niosące spustoszenie"29.

Na szlakach prowadzących na wschód rozgrywały się dantejskie sceny. Uchodźczyni z Warszawy wspominała: "w dzień prześladował nas znany nienawistny huk samolotów, szczekanie maszynowych karabinów, huk bomb rzucanych w uciekający tłum. [...] Huk samolotów, wybuchających bomb, strzały armatnie i suchy trzask karabinów maszynowych, płacz kobiet, histeryczny szloch mężczyzn, którym nerwy odmówiły posłuszeństwa, pobladłe twarze i dzikie zwierzęce przerażenie w ludzkich oczach - oto obrazy, jakie wżerały się w mą pamięć". Noc dawała osłonę przed nalotami, ale nie przerywała marszu. "Wszystko, co najważniejsze, działo się nocą. Kiedy, znużona nieustanną wędrówką, wyciągnęłam się jak długa w przydrożnym rowie, wyrastały nade mną, niby w niesamowitym filmie, czarne sylwetki koni, jeźdźców, ciężkim krokiem wlokących się ludzi, matek pchających wózki z dziećmi, księży w sutannach, zakonnic w habitach, żołnierzy i cywilnych, gnanych nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd, umęczonych nade wszystko"30.

W dniach 8 i 9 września urzędy centralne rozlokowały się w Łucku, Równem, Dubnie, Krzemieńcu i okolicach tych miejscowości. Do eszelonów ciężkich wkrótce dołączyli ministrowie ze swoimi sztabami31. Prezydent Ignacy Mościcki zamieszkał w pałacu Radziwiłłów w Ołyce. Jednak, wbrew nadziejom, Wołyń nie mógł być bezpiecznym schronieniem dla urzędów państwowych i mas uchodźców cywilnych. Wobec szybkich postępów wojsk niemieckich, marsz. Rydz-Śmigły zarządził w nocy z 13 na 14 września ewakuację prezydenta, rządu i urzędów centralnych na Pokucie, w pobliże granicy z Rumunią. Prezydent znalazł się w Załuczu pod Śniatyniem, w Kutach ulokowano Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a w Kosowie Huculskim i okolicach - pozostałe ministerstwa i urzędy centralne.

Władysław Pobóg-Malinowski, we wrześniu 1939 r. urzędnik MSZ, autor fundamentalnej Najnowszej historii politycznej Polski, bardzo krytycznie ocenił sposób zorganizowania i przeprowadzenia ewakuacji władz centralnych i administracji państwowej. W jego opinii: "Nie wolno było [...] pozostawić ludności bez kierownictwa ani w stolicy, ani w głębi kraju. Wojewodowie, a przede wszystkim starostowie w powiatach powinni byli zostać na swoich posterunkach, wszyscy bez wyjątku i bez względu na to, co ich spotkać mogło. [...] Wyjazd wszystkich przedstawicieli władz - rządowych, wojewódzkich i powiatowych - równoznaczny stał się w skutkach z porzuceniem ludności na pastwę losu i puszczeniem jej samopas w nowych dla niej, tragicznie ciężkich, warunkach i po straszliwym wstrząsie. Musiało to wywołać falę powszechnego żalu, rozgoryczenia, oburzenia, gniewu. Władze, uchodząc, jakby nie pamiętały o tym, jakimi oczyma patrzy na to ludność i jak to musi komentować"32.

Oburzenie na elitę sanacyjną, która nie sprawdziła się w okresie najważniejszej próby, przebija we wspomnieniach wielu uchodźców. Jeden z nich tak to przedstawił na łamach polonijnego dziennika: "Zapełniły się tedy szosy i drogi samochodami, bryczkami, wozami ciężarowymi, rowerzystami i motocyklistami, zapełniły się piechurami, widziało się obszarpane i zbiedzone kobiety niosące na ręku swe maleństwa, widziało wspaniałe buicki, packardy, widziało się wygalonowanych szoferów, uwożących naszych dotychczasowych dygnitarzy, u których boku wtulona w poduszki koronkowe żona tuliła do siebie ulubionego pieska. Ze zgrozą i odrazą patrzyło wielu z nas na ten smutny pochód, nastręczający tyle kontrastów, nasuwający myślącym tyle refleksji. Gonitwa ta, byle dalej, byle prędzej, gnająca jak niczym niepowstrzymana lawina - stanowi i stanowić będzie czarną kartę w dziejach naszej Ojczyzny"33.

Widok dygnitarzy, w towarzystwie żon, dzieci, bliższych i dalszych krewnych i znajomych, nie był rzeczą odosobnioną na szlakach ewakuacji. Rzeczywiście, wielu z nich zadbało o swoich najbliższych. Już 10 września wiceminister Jan Szembek wyprawił swą żonę samochodem przez Zaleszczyki do Bukaresztu34. Z Warszawy aż do granicy rumuńskiej minister spraw zagranicznych Józef Beck podróżował z żoną Jadwigą i pasierbicą "Bubą". Granicę przekroczyli urzędowym cadillakiem35. Rodziny towarzyszyły również prezydentowi Mościckiemu, wielu członkom rządu i najwyższych instytucji państwowych. Natomiast zapomniano o rodzinach niższego personelu.

Rozgoryczenie budziła decyzja ministra Becka, podjęta w Krzemieńcu 13 września, o dalszej ewakuacji tylko urzędników uznanych za "podstawową i niezbędną ekipę"36. Wspomniany już Jan Meysztowicz, który udał się z kierownictwem ministerstwa w dalszą drogę ku granicy rumuńskiej, był świadkiem tego wydarzenia: "Kierujący ewakuacją dyrektor [Wiktor Tomir] Drymmer kazał [...] z brutalnie wyrażoną bezwzględnością pozostawić w Krzemieńcu, by dalej radziły sobie na własną rękę, grupę niemłodych, zasłużonych i wiernych od lat ministerstwu urzędniczek, które brak realizmu w ocenie wypadków kazał najniepotrzebniej wywieźć z Warszawy. Była to niewymownie przykra i upokarzająca scena, gdy najróżniejsze pojazdy odjeżdżały spod liceum, pozostawiając za sobą na dolę i niedolę szlochające koleżanki"37. Osoby te zostały pozostawione swojemu losowi, a kilka dni później wiele z nich znalazło się w rękach Sowietów.

Krystyna Krzyżanowska, wówczas młoda urzędniczka MSZ, dostała polecenie ewakuacji wraz z resztą personelu ministerstwa. Za zgodą przełożonych towarzyszyła jej matka. W Krzemieńcu oświadczono jej, że nie jest już potrzebna, i wypłacono odprawę w wysokości trzymiesięcznych poborów. Jak zapisała we wspomnieniach, z "głuchą rozpaczą" patrzyła na oddalającą się kolumnę samochodów z kolegami, których objęto dalszą ewakuacją. Tak, jak wielu innych "rozbitków" z MSZ, pozostała na miejscu, czekając na rozwój wypadków. Wkrótce znalazła się pod okupacją sowiecką. Warunki życia w Krzemieńcu pogorszyły się wówczas z dnia na dzień, a odprawa otrzymana z ministerstwa okazała się "garstką prawie bezwartościowych papierków"38. W obawie przed popadnięciem w zupełną nędzę i aresztowaniem młoda kobieta zdecydowała się na powrót do Warszawy. Dotarła tam, razem z matką, po wielu niebezpiecznych przygodach, dopiero w ostatnich dniach grudnia 1939 r.39

Zmotoryzowane kolumny ewakuacyjne urzędów centralnych skutecznie torowały sobie drogę ku granicy, natomiast zwykli uchodźcy znaleźli się w bardzo złym położeniu. Nadzieja, że dotrą do bezpiecznych rejonów kraju, prysła w zderzeniu z okrutną rzeczywistością. Nacierające oddziały Wehrmachtu były szybsze niż wlokące się kolumny uciekinierów.

Ostatecznym ciosem dla osób podążających na wschód było wkroczenie wojsk sowieckich do Polski 17 września, co sprawiło, że w całym kraju nie było już bezpiecznego skrawka ziemi. Finał trzytygodniowej wędrówki opisał w warszawskiej gazecie anonimowy adwokat, który opuścił stolicę 7 września: "Do Kowla przybyliśmy 18 września. Tu zastała nas wiadomość o wkroczeniu wojsk sowieckich w granice Polski. Zwróciliśmy się wówczas nieco na południe - tu jednak grasowały już wówczas grupy ukraińskich partyzantów. Cofnęliśmy się do Kowla i stąd [...] wraz z falą żołnierzy i tłumem uchodźców maszerowaliśmy z powrotem przez Luboml - Łęczną do Lublina. [...] Z Lublina wyjechałem do Puław pociągiem 27 września. Po trzech godzinach dotarliśmy do Puław. Stąd maszerowaliśmy już z grupą powracających do stolicy jej mieszkańców piechotą, nocując po wsiach. Ostatnią noc, 30 września, spędziliśmy w Piasecznie. Do Warszawy wróciliśmy od strony Wilanowa 1 października"40.

Zniszczona i zatłoczona stolica nie mogła zapewnić należytej opieki tysiącom powracających uchodźców. 3 października Stefan Starzyński, urzędujący jeszcze prezydent miasta, wydał odezwę, wzywając ich do powrotu do własnych domów, w których będą "czuć się lepiej", łatwiej będą mogli się aprowidować i życie [...] będzie lżejsze". Apelował, by wracali "do swych domostw". W stolicy utworzono punkty ewakuacyjne, działające we współpracy z Wydziałem Opieki Zarządu Miejskiego. Udzielano w nich pomocy osobom powracającym na prowincję41. Wiele z nich miało się wkrótce przekonać, że ich domy zostały zburzone lub zajęte przez Niemców, a poniewierka wcale się nie skończyła.

Podczas gdy setki tysięcy ludzi powracały do swych domów w okupowanym kraju, dziesiątki tysięcy przekraczały granice sąsiednich państw. Prezydent Mościcki przejechał przez granicę rumuńską w Kutach 17 września 1939 r. po godz. 21.30. Zaraz za nim przez most na Czeremoszu przejechali członkowie korpusu dyplomatycznego, a potem Rada Ministrów w pełnym składzie, z wyjątkiem premiera, który pozostał jeszcze na terytorium Polski u boku marsz. Rydza-Śmigłego. Razem z rządem do Rumunii wyjechali szefowie najważniejszych instytucji Rzeczypospolitej, w tym marszałkowie Sejmu i Senatu, prezesi Najwyższej Izby Kontroli, Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Na emigrację udało się również wielu prominentnych przedstawicieli władz wojewódzkich i powiatowych, m.in. wojewodowie: śląski Michał Grażyński, krakowski Józef Tymiński, pomorski Władysław Raczkiewicz, stanisławowski Stanisław Jarecki i wołyński Aleksander Hauke-Nowak. Po północy 18 września Polskę opuścili marsz. Rydz-Śmigły i premier Składkowski42. Na moście granicznym zastąpił im drogę wojewoda poznański Ludwik Bociański, zamierzając odwieść marszałka od decyzji o opuszczeniu walczącego jeszcze wojska. Gdy to nie odniosło skutku, w geście rozpaczy targnął się na swoje życie. Ciężko rannego przewieziono na stronę rumuńską. W Rumunii znalazł się również prymas Polski kard. August Hlond, który ewakuował się w pierwszych dniach wojny z Poznania do Warszawy, a następnie trafił do Krzemieńca. Tam, po naradzie z nuncjuszem abp. Filippem Cortesim, zdecydował się na opuszczenie kraju. Granicę przekroczył w Zaleszczykach43.

Wśród uchodźców było wielu intelektualistów i ludzi pióra. Szacowano, że pod koniec września tylko w Rumunii przebywało 114 dziennikarzy i publicystów44. Byli wśród nich znani pisarze i poeci - Melchior Wańkowicz, Julian Tuwim, Kazimierz Wierzyński, Antoni Słonimski, Kazimiera Iłłakowiczówna - a także naukowcy: Stanisław Kot, Stanisław Stroński, Karol Estreicher, Olgierd Górka. Przyszło im wkrótce odegrać znaczącą rolę w życiu kulturalnym i politycznym polskiej emigracji wojennej.

Moment przekraczania granicy państwowej opisywało w listach i pamiętnikach wielu uchodźców, dla wszystkich był to dramat, dla wielu ostateczne pożegnanie z ojczyzną. Janusz Rakowski, urzędnik Ministerstwa Skarbu, zapisał w swoim diariuszu: "Jedziemy te 40 km tuż nad granicą, obserwując końcową fazę ewakuacji terenu - likwidację posterunków Korpusu Ochrony Pogranicza. Na parę kilometrów przed Kutami widzimy już długie pasmo kurzu, który wzbija się wysoko na szosie do Kosowa. Jest już blisko 19.00, gdy włączamy się w rzekę aut płynących paru strumieniami na most w Czeremoszu. Nigdy w życiu nie widziałem dotychczas podobnie wielkiego zgromadzenia różnorodnych pojazdów. Limuzyny urzędów państwowych stoją w miasteczku obok dużych i małych wozów prywatnych, samochodów ciężarowych, autobusów z całej Polski, aut pocztowych i wojskowych. Stoją - gdyż przed mostem funkcjonariusze policji usiłują ująć całą tę stłoczoną masę w jeden szereg, z którego Rumuni przepuszczają, nie spiesząc się, po trzy wozy, kontrolując dokumenty. Trwa to wszystko bardzo długo. [...] Wszyscy są zdenerwowani i chcieliby jak najszybciej dopaść do mostu. Każdy mocniejszy warkot motorów targa nerwy; przecież jeden bombowiec niemiecki mógłby tu sprawić paniczne zamieszanie i uniemożliwić przeprawę. Na szczęście powoli zaczyna się ściemniać i czarne skrzydła nocy roztaczają swą opiekę nad tymi tysiącami wozów, szukających schronienia na ziemi rumuńskiej. [...] Z zakrętu drogi, przy którym stoimy, widać już dość dobrze most i oświetlony brzeg Rumunii w Wyżnicy. Światła miasta, jakich nie widzieliśmy od 17 dni! Nasz brzeg - Kuty - jest nadal zaciemniony. Teraz już cała wola koncentruje się w kierunku wyrwania się z tego mroku do światła. Nikt nie myśli o tym, co go tam czeka po drugiej stronie mostu; byle przejechać go jak najszybciej!"45.

Paweł Starzeński, osobisty sekretarz ministra Becka, wraz z innymi urzędnikami MSZ ruszył w stronę mostu na Czeremoszu o szóstej po południu 17 września. On także miał poczucie tragedii, której był uczestnikiem. Po latach w pamiętniku zapisał: "Tymczasem zapadła noc, w znacznej ciżbie jedni płakali i modlili się, inni klęli i pomstowali na wszystko i na wszystkich. Były przypadki samobójstw. Ten i ów schylił się i schował ukradkiem grudkę ziemi do kieszeni. [...] Upokorzeni i z goryczą piołunu na ustach, jechaliśmy teraz przez terytorium Rumunii"46.

Tragedia polskich uchodźców robiła niezatarte wrażenie na towarzyszących im cudzoziemcach. Poseł hiszpański Luis de Pedroso tak ją opisał w raporcie dla swego ministra: "Przez całą noc z 17 na 18 września, a także w dniach 18 i 19 przedefilował przez Czerniowce niekończący się sznur aut, którymi przybyły do Rumunii grube tysiące Polaków, uchodzących z ojczystej ziemi. Nigdy przedtem nie oglądałem spektaklu równie smutnego. Nigdy też nie widziałem ludzi bardziej przybitych - mowa tu zarówno o cywilach, jak i wojskowych. [Jednakże] żaden z nich nie tracił wiary w przyszłość Polski, bez względu na jej los obecny"47.

W tłumie przerażonych i spanikowanych uchodźców znaleźli się ludzie, którzy nie zapomnieli w tych trudnych chwilach o swoich obowiązkach wobec państwa i narodu. Przede wszystkim byli to członkowie ekip, które ratowały złoto Banku Polskiego, środki Funduszu Obrony Narodowej i najcenniejsze zabytki ze zbiorów wawelskich.

Ogółem w 1939 r. zasoby złota Banku Polskiego miały wartość 463,6 mln zł, z czego 100,2 mln zł było zdeponowane w bankach zagranicznych - w Londynie, Paryżu i innych miastach francuskich, Zurychu i Nowym Jorku, a 363,4 mln zł - w kraju (193 mln w skarbcu centralnym w Warszawie i 170,4 mln w oddziałach terenowych banku)48. Na krótko przed wybuchem wojny część kruszcu rozmieszczono w oddziałach, znajdujących się we wschodniej części Polski: w Brześciu nad Bugiem, Lublinie, Siedlcach i Zamościu. Zasadnicza część pozostała jednak w Warszawie. Do stolicy miały trafić również zapasy złota, walut zagranicznych i papierów wartościowych z oddziałów usytuowanych w zachodniej, najbardziej zagrożonej części kraju. Po wybuchu wojny oddziały te rozpoczęły ewakuację, która przebiegała w niezwykle trudnych warunkach, zatłoczonymi drogami, często pod bombami samolotów Luftwaffe. Stopniowo przemieszczały się one coraz dalej na wschód. Ich ostatnie punkty zborne przed wkroczeniem wojsk sowieckich znajdowały się w Wilnie, Pińsku, Tarnopolu, Stanisławowie, Równem, Lwowie i Łucku. Gdy stało się jasne, że wkrótce cały kraj znajdzie się pod okupacją, wywieziono złoto za granicę. Oddziały w Tarnopolu, Lwowie i Łucku przekroczyły granicę rumuńską 17 i 18 września, oddział w Stanisławowie ewakuował się na Węgry, na miejscu pozostały jedynie oddziały w Wilnie i Pińsku.

Ewakuacja centrali Banku Polskiego rozpoczęła się 5 września. Tego dnia wieczorem z Warszawy wyruszyła kolumna kilkudziesięciu samochodów ze złotem i banknotami, kierując się do Lublina. Następnego dnia do tego miasta ruszyły kolejne kolumny aut ciężarowych, a specjalny pociąg skierowano do Dubna. Transporty samochodowe, po zaledwie dwudniowym pobycie w Lublinie, ruszyły dalej na Łuck, a następnie do Śniatynia na granicy z Rumunią.

W tym czasie także zasoby zgromadzone w regionalnych oddziałach Banku Polskiego zostały, kilkoma odrębnymi transportami, przewiezione do Śniatynia. Do dyspozycji władz państwowych pozostawiono w Dubnie jedynie trzy tony złota. Nocą z 13 na 14 września przygotowano kruszec do wywiezienia za granicę. Kierujący ewakuacją były minister skarbu Ignacy Matuszewski zapisał w sprawozdaniu z tej akcji: "O godz. 24.30 ukończono przeładunek z samochodów do wagonów, przy użyciu personelu banku, policji oraz kolejarzy do przenoszenia skrzyń. Wagony zaplombowano 3 różnymi plombami każdy oraz zamknięto na kłódkę. Każdy wagon otrzymał 2 dyżurnych spośród personelu banku, odpowiedzialnych za zamknięcie wagonów i ich obecność w składzie pociągu. Przez cały czas przeładunku dworzec towarowy w Śniatyniu otoczony był kordonem konwoju i zamknięty dla osób obcych. Przeładunek odbywał się w całkowitej ciemności"49.

Fot 1. Ignacy Matuszewski, organizator ewakuacji złota Banku Polskiego (archiwum autora)

Krótko po północy 14 wrześ­nia "złoty" pociąg wyruszył w kierunku Rumunii. Franciszek Duda, Polak zamieszkały w tym kraju, skierowany do pomocy rodakom na granicy, tak opisał jego przyjazd: "Ze znacznym opóź­nieniem, bo około godziny 1.30 na stację wtoczył się pociąg z Polski z wygaszonymi światłami sygnalizacyjnymi. Lokomotywa parowa miała stanowisko maszynisty i palacza zasłonięte ze wszystkich stron dużą plandeką w celu zakamuflowania ognia paleniskowego. Pociąg składał się z dwunastu wagonów towarowych krytych oraz dwóch pullmanów, jeden pierwszej, drugi drugiej klasy. Natychmiast zgłosiłem się do dowodzącego transportem, był nim wiceminister skarbu [...] i wręczyłem mu zapieczętowany list od konsula [polskiego w Czerniowcach - J.W.] Buynowskiego. W obydwu wagonach [...] było rozlokowanych ponad trzydziestu wymizerowanych i zmęczonych uchodźców, w tym dwie kobiety, ponoć jedna z nich to Halina Konopacka, była mistrzyni olimpijska w rzucie dyskiem. Większość mężczyzn to panowie w starszym wieku, przeważnie dyrektorzy oddziałów Banku Narodowego"50.

Dyrektor naczelny Banku Polskiego Leon Barański w swym sprawozdaniu napisał, iż pewne załamanie nastrojów wśród personelu nastąpiło po przekroczeniu granicy rumuńskiej. "Dla pracowników naszych, którzy konwojowali transporty od samego początku w nieprawdopodobnie ciężkich warunkach, przeważnie bez żadnej pomocy władz administracyjnych, często pod bezpośrednim naciskiem nieprzyjaciela i w kontakcie z nim - przekroczenie granicy było niesłychanym ciosem. W koszarach żandarmerii w Czerniowcach, gdzie mieliśmy kwatery, zaczęły się mnożyć wypadki prostracji i zaniku dotychczasowej energii"51. Załamanie to okazało się jednak chwilowe. Urzędnikom uświadomiono, że ich misja jeszcze nie dobiegła końca i należy zrobić wszystko, co możliwe, aby złoto znalazło się we Francji, do dyspozycji nowego rządu na obczyźnie.

W sprawozdaniu z tej akcji, sporządzonym już na terenie Francji, zapisano, że "Bank Polski zdołał wywieźć za granicę 100% swego zapasu złota, znajdującego się z początkiem września w Polsce"52. Jeśli chodzi o waluty obce, kierownictwo oddziałów niemających możliwości opuszczenia kraju (np. Baranowicze, Drohobycz) zdecydowało się na wręczenie walut za pokwitowaniem urzędnikom, którzy przewieźli je za granicę w prywatnych bagażach, a następnie zwrócili do kasy banku. Oceniano, że udało się wywieźć z kraju 90 proc. walut zagranicznych. Na podobnym poziomie kształtowała się wartość ewakuowanych papierów wartościowych. Uratowano także znaczne zapasy gotówki w złotych polskich.

Nie mniej dramatyczne przeżycia były udziałem osób ewakuujących do Rumunii aktywa Funduszu Obrony Narodowej (FON), powołanego w 1936 r. w celu gromadzenia środków na cele obrony kraju. Środki te pochodziły m.in. z darów społeczeństwa polskiego. W przededniu wojny administracja Funduszu znajdowała się w Biurze Budżetowym Ministerstwa Spraw Wojskowych (MSWojsk) w Warszawie, a przedmioty wartościowe ofiarowane przez społeczeństwo przechowywano w magazynach tego resortu. Już 4 września urzędnicy Biura Budżetowego wywieźli część depozytów, w tym gotówkę w złotych i walutach obcych. Następnego dnia zarządzono wywiezienie całości FON z magazynów przy MSWojsk i skrytek PKO. Dowodzący ewakuacją kpt. Wacław Skarżyński energicznie zabrał się do dzieła, więc wkrótce najbardziej wartościowe depozyty Funduszu zapakowano na dwa samochody ciężarowe i dołączono do kolumny ewakuacyjnej ze złotem Banku Polskiego. W transporcie "znalazły się zabytkowe, bezcennej wartości wyroby ze złota i srebra: kandelabry, cukiernice, papierośnice, biżuteria, a także złote obrączki i srebrne pięciozłotówki. Były też dary może najcenniejsze, bo rodzinne pamiątki - srebrne i złote krzyże Virtuti Militari po dziadkach i pradziadkach. Wśród skrzyń, którymi załadowano ciężarówki jadące do Lublina, 11 miało szczególną wartość: w 4 były wyroby ze złota i złoty złom, w 2 - złote monety o wartości numizmatycznej, 1 skrzynia zawierała złote monety wartości złotego kruszcu, 2 następne - złote zegarki, 1 skrzynia była wypełniona kamieniami szlachetnymi i 1 - dewizami w banknotach i czekami. Reszta skrzyń zawierała srebro: przedmioty użytkowe, monety i biżuterię"53. Ewakuowano również skrzynię rękopisów, szabel i innych drogocennych pamiątek z Muzeum Belwederskiego. Niestety, nie wszystko zdołano wywieźć, w Warszawie pozostało 60 nieotwartych paczek od ofiarodawców, obrazy, dwie skrzynki monet srebrnych i cenna porcelana. Po dotarciu do Lublina FON zdeponowano w tamtejszym oddziale Banku Polskiego, ale już dwa dni później nastąpiła dalsza ewakuacja w kierunku Lwowa. Tu nastąpiła segregacja darów, z których wydzielono złoto i waluty zagraniczne. Te ostatnie przekazano do lwowskiego oddziału Banku Polskiego. Dalszy szlak prowadził do Tarnopola, a potem do Horodenki. Następnie ewakuacją FON zajął się były minister Henryk Floyar-Rajchman, który wcześniej bezpiecznie wyekspediował do Rumunii złoto Banku Polskiego. 17 września kolumna samochodów ruszyła w kierunku Śniatynia, a następnie do Kut. Tam późnym wieczorem przekroczyła granicę rumuńską54.

Podobną determinacją w ratowaniu dóbr narodowych wykazała się administracja Zamku na Wawelu. W przededniu wojny kierowali nią: kierownik odbudowy zamku prof. Adolf Szyszko-Bohusz, zarządca jego administracji z ramienia kancelarii cywilnej Prezydenta RP Stanisław Taszkowski, kustosz zbiorów prof. Stanisław Świerz-Zaleski i Józef A. Krzywda-Polkowski. Gdy 31 sierpnia ogłoszono powszechną mobilizację, pracownicy przystąpili do zabezpieczania skarbów, w tym zwijania cennych arrasów, i pakowania ich do skrzyń z blachy cynkowej. Zamierzano wszystkie umieścić w specjalnie przygotowanych schronach. O ewakuacji jeszcze nikt nie myślał. Drugiego dnia wojny na Wawelu zaczęto zdawać sobie sprawę, że rozwój wypadków na froncie przybrał niepomyślny obrót i należy pomyśleć o wywiezieniu najcenniejszych zabytków. 3 września przed południem nadszedł z Warszawy rozkaz ewakuacji zbiorów wawelskich, ale władze państwowe nie zapewniły transportu. Nie udało się uzyskać wsparcia ze strony urzędu wojewódzkiego w Krakowie, który wyjechał już poprzedniej nocy. Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania jakichkolwiek możliwości wywiezienia skarbów, jednak ani wojsko, ani koleje państwowe nie mogły pomóc. W tej sytuacji zdesperowani kierownicy Wawelu postanowili skorzystać ze statku rzecznego, który kończył wyładunek węgla na przystani na Podgórzu. Małą ciężarówką przewieziono z Wawelu 20 skrzyń, 8 pudeł oraz bagaże personelu i nocą z 3 na 4 września załadowano ją na statek. W skrzyniach znajdowały się arrasy, mniejsze tkaniny, rzędy końskie, zbroje i tarcze. W pudłach umieszczono zrolowane chorągwie, miecze, szable, koncerze oraz cenne dywany.

Zarekwirowany stateczek, kierowany przez jego właściciela, Franciszka Misia, odpłynął w dół Wisły. Na jego pokładzie, poza skarbami, znalazły się 82 osoby, w tym 21 kobiet i dzieci55. Szanse na bezpieczne dotarcie do celu były niewielkie. Powolna, nieuzbrojona jednostka była łatwym celem dla niemieckich samolotów, a niski stan wody w rzece groził wpadnięciem na mieliznę. A jednak szczęście sprzyjało tej niezwykłej eskapadzie. Udało się uniknąć ataków niemieckiego lotnictwa, a napotkany po drodze holownik pociągnął statek w dół Wisły. 9 września transport dotarł do Kazimierza Dolnego, gdzie skarby załadowano na chłopskie furmanki pod komendą kaprala Wojska Polskiego. W ten sposób zbiory wyruszyły dalej na wschód, po czym napotkano trzy warszawskie autobusy i ciężarówkę. Tylko dzięki temu udało się 17 września dotrzeć do granicznych Kut56.Tam opiekunowie cennego transportu dowiedzieli się, że granicę wschodnią przekroczyły oddziały armii sowieckiej oraz że wydano rozkazy ewakuacji wojska i cywilów do Rumunii. Krzywda-Polkowski, kierujący ewakuacją zbiorów, tak wspominał te dramatyczne chwile. "Około godziny 2.00 rano, w dniu 18 września, wozy przed nami zaczęły się poruszać, a za nimi i nasze. O godzinie 2.30 wjechaliśmy na most graniczny, w swej drugiej, rumuńskiej połowie jasno oświetlony. Na środku mostu graniczny znak z Orłem Białym. Mijając go, zdjęliśmy nakrycia z głów, a jeden z szoferów powiedział: - Przypatrzcie się państwo na ten Znak polski, bo może niewielu z nas zobaczy go znowu w swym życiu"57. Bezcenne skarby zamku wawelskiego zostały uratowane, ale do pokonania pozostał jeszcze kolejny etap, gdyż trzeba było je przewieźć do Francji.

Strumienie uciekinierów kierowały się ku państwom, z którymi Polska sąsiadowała i z którymi nie toczyła wojny. Obok wspomnianych już Rumunii i Węgier, były to Litwa i Łotwa. Wszystkie te kraje otworzyły granice przed uchodźcami, jednak przebieg działań wojennych oraz niemiecka presja polityczna spowodowały, że dość szybko skończyły się możliwości ich legalnego przekraczania.

Na Węgrzech pierwsi uchodźcy z Polski pojawili się już 10 września i odtąd z każdym dniem było ich coraz więcej. Tydzień później, 17 września, rząd w Budapeszcie szeroko otworzył dla nich przejścia graniczne58. Cywile, przemieszani z kolumnami wojskowymi, napływali drogami wiodącymi przez przełęcze karpackie: Użocką, Tucholską, Wyszkowską i Tatarską59. Granica została zamknięta 28 września na skutek niemieckiej interwencji dyplomatycznej. Z kolei władze rumuńskie nakazały 15 września otwarcie istniejących przejść granicznych w Kutach przez most na Czeremoszu, a także w Śniatyniu, Zaleszczykach i Serafińcach. Już 21 września dotarły do tych miejsc pierwsze oddziały sowieckie i wtedy granica została zamknięta dla obywateli Rzeczypospolitej.

19 września otwarta została dla Polaków, najpierw dla wojska, a potem także dla cywilów, dość długa granica polsko-litewska, a masowy przepływ przez nią ludzi trwał do 26 września. Ewakuacja odbywała się głównie szosami prowadzącymi z Wilna do Wiłkomierza i Kowna, ale przekraczano granicę również w innych miejscach. Znacznie krótszą granicę z Łotwą uciekinierzy zaczęli przekraczać 17 września, na wieść o wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski. Już 22 września stało się to niemożliwe, gdyż przejście graniczne w Turmoncie obsadziły oddziały Armii Czerwonej60.

Zdecydowana większość uchodźców cywilnych opuszczała Polskę drogą lądową, często pieszo, nieliczni udawali się na emigrację drogą powietrzną. Na lotniskach rumuńskich (głównie w Czerniowcach) wylądowało kilkanaście cywilnych samolotów Polskich Linii Lotniczych LOT. Z kolei w łotewskim Dyneburgu znalazły się, obok wojskowych, także cywilne samoloty z lotniska w Lidzie. Ogółem, spośród 27 samolotów komunikacyjnych PLL LOT, aż 18 znalazło się w krajach neutralnych, a trzy dotarły nawet do Wielkiej Brytanii.

Do kategorii uchodźców wojennych należy zaliczyć także marynarzy polskich statków handlowych i rybackich. W obliczu narastającej groźby wojny, władze w Warszawie uznały za konieczne wysłanie jednostek Polskiej Marynarki Handlowej z Bałtyku do portów krajów sprzymierzonych lub neutralnych. Chodziło przede wszystkim o uchronienie ich przed zatopieniem lub wpadnięciem w ręce wroga, gdyż na Bałtyku dominowała niemiecka Kriegsmarine. Przewidywano, że statki będą mogły odegrać ważną rolę we wspólnym wysiłku zbrojnym krajów sojuszniczych, a już w pierwszym etapie wojny posłużą do transportu broni i zaopatrzenia z portów brytyjskich i francuskich do Rumunii, skąd ich ładunki miały dotrzeć do walczącej Polski.

Jeszcze przed wojną wszystkich polskich armatorów zobowiązano do przygotowania odpowiedniej ilości paliwa i utrzymywania załóg w pełnej gotowości do wyjścia w morze61. 24 i 28 sierpnia port gdyński opuściły wycofane z eksploatacji statki pasażerskie "Pułaski" i "Kościuszko". Na bezpiecznych wodach znalazły się najcenniejsze jednostki - transatlantyki: "Piłsudski", "Batory", "Sobieski" i "Chrobry". Ten ostatni opuścił Gdynię pod koniec lipca i udał się w regularną podróż do portów Ameryki Południowej. Poza załogą, składającą się z 260 ludzi, na statku był komplet pasażerów, ponad tysiąc osób. 30 sierpnia, gdy "Chrobry" był na morzu, kapitan otrzymał radiodepeszę z kraju, polecającą mu wprowadzić go do najbliższego portu kraju neutralnego. Drugiego dnia wojny "Chrobry" wpłynął do brazylijskiego Recife. Kilka tygodni później przepłynął Atlantyk i dotarł do Freetown w brytyjskiej kolonii Sierra Leone. Bliźniaczy statek "Sobieski" opuścił Gdynię 22 sierpnia z 208 pasażerami na pokładzie, również udając się do Ameryki Południowej. Wybuch wojny zastał go w Dakarze, głównym porcie Senegalu, będącego wówczas kolonią francuską.

"Batory" wypłynął z Gdyni 24 sierpnia w podróż do Nowego Jorku. Na pokładzie miał blisko 300 członków załogi i 465 pasażerów. Depesza z Gdyni z poleceniem zawinięcia do portu sojuszniczego zastała go na Atlantyku. 1 września transatlantyk znalazł się na redzie kanadyjskiego portu Saint John's. Natomiast załogę i pasażerów "Piłsudskiego" wybuch wojny zastał w drodze powrotnej z Nowego Jorku do Gdyni. Zgodnie z poleceniem władz polskich, jednostka schroniła się w szkockim porcie Cromarty62.

Uniknęły zniszczenia lub zajęcia przez nieprzyjaciela także statki towarowe, chociaż niektóre z nich początkowo znajdowały się w strefie zagrożenia. Na wszystkie frachtowce, znajdujące się w morzu lub w portach wysłano 29 i 30 sierpnia zaszyfrowane depesze z poleceniem zawinięcia do portów krajów sojuszniczych, a gdyby to było niemożliwe, do portów państw neutralnych. Jako ostatnia Gdynię opuściła "Lida". Odpłynęła 29 sierpnia wczesnym popołudniem. Następnego dnia zawrócono z drogi do tego portu statek "Robur IV".

Szwecja i Norwegia stały się azylem dla 11 polskich statków handlowych oraz kilkunastu kutrów rybackich i jachtów morskich. Frachtowce "Wisła" i "Lida", które znalazły się w Göteborgu, w pierwszych dniach września popłynęły na północ szwedzkimi i norweskimi wodami terytorialnymi, a następnie przez Morze Północne dotarły do Wielkiej Brytanii. Pod koniec września, także z Göteborga, wypłynęło pięć statków ("Wilno", "Chorzów", "Narocz", "Kromań" i "Robur IV"), które 3 października bezpiecznie dotarły do norweskiego portu Bergen. Stąd w połowie miesiąca, w eskorcie okrętów brytyjskich, popłynęły do portu Methil w Szkocji. Poza załogami na ich pokładach znajdowali się uczestnicy szkolnego rejsu żaglowca "Dar Pomorza", który został internowany w Szwecji, a także część załóg kutrów rybackich. W listopadzie 1939 r. udało się również wyprowadzić z portów szwedzkich statki "Poznań", "Śląsk" i "Rozewie"63. Nie wpadły w ręce nieprzyjaciela także jednostki rybackie. Piętnaście kutrów Towarzystwa Okrętowego Połowów Dalekomorskich "Mewa" (statki "Mewa-1" - "Mewa-XV") schroniło się po wybuchu wojny w Holandii. Natomiast w portach francuskich zacumowały statki połowowe towarzystw "Korab" i "Delfin"64.

Trzon Polskiej Marynarki Handlowej znalazł się w portach alianckich lub na bezpiecznych akwenach morskich. Z posiadanego przed wojną tonażu handlowego (statków o pojemności powyżej 100 BRT) obliczanego na 137 785 BRT, aż 90,1 proc. tonażu (124 151 BRT) znalazło się u boku flot krajów sojuszniczych65. Pod koniec kwietnia 1940 r. na polskich statkach służyło 1345 oficerów i marynarzy66.

Po odtworzeniu naczelnych władz państwowych i wojskowych u boku państw sprzymierzonych pod koniec września 1939 r., statki handlowe, obok okrętów Polskiej Marynarki Wojennej, były jednym z nielicznych aktywów, którymi dysponował premier na uchodźstwie i zarazem Naczelny Wódz, gen. Władysław Sikorski. Później, w rozkazie z 4 września 1941 r., polski przywódca stwierdził: "Doceniając w całej pełni ważność i niebezpieczeństwo służby na statkach Marynarki Handlowej, uważam służbę tych wszystkich, którzy ją pełnią należycie, za równie zaszczytną, jak służbę w Marynarce Wojennej"67.

Do pewnego stopnia podobne do marynarzy floty handlowej było położenie etatowych pracowników polskich placówek dyplomatycznych i konsularnych za granicą. Oni także zostali odcięci od kraju, a ich status zawodowy w zasadzie nie uległ zmianie. Ich sytuacja w krajach sprzymierzonych była stabilna, podobnie jak w krajach neutralnych, które na ogół nie negowały istnienia państwa polskiego, pomimo okupacji jego terytorium. Niepewna była sytuacja polskich dyplomatów w krajach sprzymierzonych z III Rzeszą lub jej sprzyjających. Jednak nawet Włochy, Japonia i zależne od niej Cesarstwo Mandżukuo tolerowały na swoim terytorium polskie placówki dyplomatyczne. Inaczej było w Niemczech, Związku Sowieckim i na Słowacji. Najwcześniej, już 1 września, polski chargé d'affaires w Bratysławie Mieczysław Chałupczyński z podległymi mu urzędnikami udał się do Budapesztu. Kilka dni później nastąpiła ewakuacja personelu ambasady RP w Berlinie. Ambasador Józef Lipski wybrał dla swoich ludzi drogę przez Danię, aby później, przez Szwecję, Finlandię, Estonię i Łotwę, dotrzeć do Polski. Mimo że sytuacja wojenna przybrała od początku niekorzystny obrót, Lipski konsekwentnie zrealizował swój zamiar. W poszukiwaniu MSZ przedarł się aż do Krzemieńca, gdzie wreszcie spotkał się z ministrem Beckiem. Następnie, razem z innymi przedstawicielami swojego resortu, przekroczył granicę rumuńską. Już na początku października, przez Jugosławię i Włochy, wyjechał do Francji i oddał się do dyspozycji władz RP na uchodźstwie.

Znacznie trudniej przebiegała ewakuacja personelu konsularnego. Początkowo został przez Niemców internowany w Hamburgu i Wiedniu. Dopiero 13 i 14 września zezwolono na jego wyjazd. Grupa hamburska udała się do Danii, a wiedeńska - na Węgry. Łamiąc prawo międzynarodowe, Niemcy zatrzymali trzech konsulów. Jeden z nich, Bohdan Jałowiecki z Olsztyna (wtedy Allenstein), zginął w hitlerowskim obozie w Działdowie (niem. Soldau). Brutalnie został potraktowany personel Komisariatu Generalnego RP w Gdańsku. Wszyscy, w tym komisarz Marian Chodacki, zostali aresztowani i byli maltretowani fizycznie. Dopiero 7 września odstawiono ich na granicę litewską68.

Dramatyczne były także okoliczności wyjazdu polskiego personelu dyplomatycznego i konsularnego ze Związku Sowieckiego po wkroczeniu 17 września 1939 r. Armii Czerwonej w granice Polski. Ambasador Wacław Grzybowski, wezwany rankiem tego dnia do sowieckiego Komisariatu Spraw Zagranicznych, odmówił przyjęcia noty stwierdzającej, że państwo polskie przestało istnieć, i zażądał paszportów dla pracowników ambasady oraz konsulatów w Leningradzie, Kijowie i Mińsku, którzy mieli zebrać się w Moskwie, aby następnie wyjechać z ZSRS. Nastąpiło to dopiero 10 października 1939 r. Grupa 110 polskich urzędników dyplomatycznych wyjechała przez Leningrad do Finlandii, a następnie przez Szwecję i Norwegię do Francji. Niestety, wśród wyjeżdżających nie było konsula Jerzego Matusińskiego z Kijowa69. Nie ulega wątpliwości, że został aresztowany przez Sowietów i nigdy już nie odzyskał wolności. Jego los do dziś pozostaje nieznany.

Dalsza część w wersji pełnej