Stępowo, 1676 rok
Nowy proboszcz złakowski, ksiądz Franciszek Wieczorek, z trudem pokonywał zaspy. Nogi obute w nowe skórzane buty, dopiero co odebrane od szewca, tonęły w głębokim śniegu. Spojrzał na chałupy przed sobą i odetchnął głęboko, wiedząc, że nareszcie dotarł na miejsce. Gdyby nie zaspy i wciąż padający gęsty śnieg już dawno byłby w Stępowie. A tak zmitrężył więcej czasu, ale podziękował Bogu w krótkiej modlitwie za bezpieczne doprowadzenie go do wsi.
Tego ranka proboszcz postanowił wreszcie załatwić jedną z pilnych - według niego - spraw. Zaraz po porannej mszy świętej przygotował się do drogi. Zdecydował, że pójdzie pieszo. Mógł poprosić kogoś, aby go przywiózł, ale szkoda by mu było woźnicy i zwierzęcia. Od czasu gdy kilka lat wcześniej, zimą, konie poniosły zaprzęg i srodze go poturbowały, sam nie sięgał po lejce i do zwierząt odnosił się z niezwykłą ostrożnością.
Rozejrzał się ciekawie. Od czasu nagłego objęcia probostwa, zaraz po Wszystkich Świętych, nie widział nic poza Złakowem, a chciał poznać parafian, zobaczyć jak żyją. Miał nadzieję, że biskup nie będzie miał mu tego za złe.
Wokół była cisza jak makiem zasiał. Wszyscy zapewne siedzieli w chałupach, grzejąc się i przygotowując do zbliżającej się Wigilii. Tego roku zima zaczęła się w połowie listopada. Od tamtej pory trzymał solidny mróz, prawie codziennie padał śnieg, a jakby tego było mało, silny wiatr zawiewał go na pola i drogi, utrudniając komunikację. Proboszcz poprosił organistę , aby ten wytłumaczył mu, gdzie mieszkają ludzie, których chciał odwiedzić.
- Jak dojdziecie do wsi, skręćcie w prawo - rzekł organista. - I tam druga chałupa to będzie ta.
Ksiądz Franciszek zapamiętał dokładnie wskazówki i teraz stał właśnie przed tą drugą chałupą. Śnieg przygniatał ją do ziemi, małe okna były schowane pod szronem i zaspami. Chata była nieduża, poreperowana, uginająca się pod własnym ciężarem. Rozejrzał się uważnie. Wszędzie widział niewielkie chałupy, ledwo wystające spod śniegu. Jedynie leniwie unoszący się znad nich dym świadczył, że ktoś je zamieszkuje. Westchnął, zdając sobie sprawę, że to dużo biedniejsza wieś niż Złaków.
Nie zamierzał jednak teraz myśleć nad losem parafian. Stępów miał swojego właściciela, to była jego odpowiedzialność, ksiądz był tu tylko po to, by głosić słowo Boże. Nie mógł sobie od razu pozwolić na konflikt ze szlachcicem.
Wszedł na plac i podszedł do drzwi. Uniósł rękę, ale nim zapukał, drzwi się uchyliły i zobaczył dobrze znanego sobie chłopca.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Franiu - przywitał się ksiądz, uśmiechając się do dziecka.
- Jaśnie wielmożny ksiądz proboszcz! - krzyknął Franek. - Na wieki wieków.
- Wpuścisz mnie do środka, czy tak będziemy stać?
Franio od razu się cofnął, pozwalając księdzu wejść, po czym zamknął drzwi i poprowadził go do izby.
- Matulu! Matulu, zobaczcie! Ksiądz proboszcz...
Rozalia uniosła głowę znad pieca, na którym gotowała zupę i spojrzała na gościa. Podbiegła, schyliła się i pocałowała go w dłoń.
- A toż to honor dla nas! Bartłomieju! - Podeszła do ławy, na której spał mężczyzna. - Bartłomieju, patrzajcie!
Warda spojrzał na Rózię zaspanymi oczami, potem powiódł wzrokiem po izbie i w końcu zauważył przybyłego.
- Ki czort? - wymsknęło się mu.
- Ksiądz proboszcz, tatulu!
- Wybaczcie, jaśnie wielmożny. Starym, ślepym... - Próbował się podnieść.
- Siedźcie. - Ksiądz podszedł o Bartłomieja i usiadł obok.
- Czym myśmy sobie zasłużeli? - zapytała Rózia, przysiadając na zydlu.
- Pogadać z wami chciałem.
Rozalia i Bartłomiej spojrzeli po sobie, oboje tak samo zaskoczeni.
- A o czym?
Ksiądz spojrzał na Frania i skinął głową w jego kierunku.
- O nim.
Rózia przeżegnała się szybko i od razu zaczęła mówić:
- Wiedziałam, że z tego jego biegania do kościoła nic dobrego nie wyjdzie. Ale jak ja mogę go upilnować? Toż to un zowdy tak się zakrynci, że ani się człowiek obejrzy, a już go ni ma. I nie patrzy czy mróz, śnieg czy deszcz. Jak on co spsotował, powiedzcie, to my zara...
- Uspokójcie się, Wardowa. - Ksiądz jej przerwał. - Franio nic złego nie zrobił. Wręcz przeciwnie.
- Przeciwnie?
- Jestem tu od niedawna, ale widzę, że z Frania najgorliwszy ministrant. Codziennie jest na mszy świętej, do komunii przystępuje i ciągle do kościoła przychodzi się modlić.
- Od maleńkości taki był - odezwał się Bartłomiej.
Ksiądz spojrzał zaciekawiony na mężczyznę. Dotąd gospodarz siedział cicho, pozwalał mówić kobiecie i się nie wtrącał.
- Jak tylko nauczeł się pacierza, to ciągle rynce składoł do modlitwy.
- Bóg widzi wasze uczynki. Pobłogosławił was dobrym dzieciakiem. Może trzeba o jego przyszłości pomyśleć?
Zarówno Rózia jak i Warda spojrzeli na niego zaskoczeni.
- Jakże to, pomyśleć? - zapytała kobieta.
- Franio bystry jest, szybko się uczy. Do tego uczynny i posłuszny. Nie myśleliście, aby go do szkół dać? Do miasta? Szkoda by było zmarnować taki talent.
- Jak bystry i szybko się uczy, to i dobrze - powiedział twardo Bartłomiej. - Będzie mu lży, jak już sam zacznie gospodarzyć.
- Wardo, czy wyście słyszeli, co powiedziałem? - zapytał pleban.
- Com mioł nie słyszeć? Dzięki Bogu nie głuchym.
Ksiądz był przygotowany na to, że rodzice chłopaka nie od razu się zgodzą. Tylko że z tego, co widział w księgach, ojcu Frania było Wojciech, a nie Bartłomiej. Spojrzał na Rozalię, potem na Wardę.
- A wyście Bartłomiej czy Wojciech?
Nagle atmosfera w izbie się zmieniła. Ksiądz od razu wyczuł nerwowość i złość płynącą od gospodarza. Zerknął na Rozalię. Była przestraszona, patrzyła na starszego mężczyznę, jakby błagała go wzrokiem, by się nie odzywał.
- Ludzie mówią, co wy jak mąż i żona żyjecie! Grzech to wielki!
- Ludzie niech swojego obejścia pilnują! - krzyknął Bartłomiej. Widać było, że z trudem powstrzymywał złość. - Zowdy i na każdego coś znajdą!
- Ale prawda to, żeście nie chcieli się żenić? Sołtys podobno wam nakazywał, a wy nic.
- Odrobiełym! Wszystko odrobiełym! A sołtysowi mówiełym, żeby zaniechoł, bo nijaki nie wezne! - Spojrzał na Rózię i widać było, że starał się uspokoić. - Jak mój Wojtek zagineł, ona sama została. Przy nadziei. Miołym ją stąd wyrzucić? To i została. Dzieciaka urodziła i tak żyjimy. Chłopok mówi mi "tatko", bo innego łojca nie zno. A mi to nie przeszkadzo. To taki grzech?
Pleban popatrzył to na Bartłomieja, to na Rózię i Franka.
- Będę się za was modlił. - Machnął w końcu ręką i westchnął głęboko. - A teraz... Pomódlmy się do Ducha Świętego, aby dał nam mądrość i pozwolił podjąć właściwą decyzję. Ojcze nasz... - zaczął ksiądz, po chwili dołączyły do niego pozostałe trzy głosy.
Kiedy skończyli modlitwę przez dłuższą chwilę w izbie panowała cisza.
- A teraz pogadajmy - odezwał się pleban. - Czemu, Wardo, nie mielibyście Frania do szkół posłać? Nie chcielibyście, aby się kształcił?
- Chciołbym.
- To czemu jesteście przeciwni?
- Bo ktoś musi tu ostać, tę zimię naszą, rodzicielkę i karmicielkę, szanować i obrabiać. Jakby tak wszystkie, co tylko są troszku bystrzejsze, szły do szkół, to kto zostołby na roli? Kto by tu robieł? Nie może tak być, aby zimia marniała.
- Ziemia nie zmarnieje. A Franka moglibyście na jakiego uczonego wykształcić.
- I co dali? Poszedłby w świat? Tutej przynajmni mo pewnik. Jak zasieje i dopilnuje, to i dobry plon zbierze. Na pańskim odrobi i na swoim do radę. A jak się ożyni i dzieci się posypią...
- Bartłomieju... - wtrąciła cicho Rozalia. - Przestańcie! Ksiądz proboszcz o co inne pyta.
- A wy byście chcieli syna do szkół posłać?
Rózia przyciągnęła Franka do siebie i popatrzyła na syna.
- Ja niepiśmienna. Ale jak mówicie, że Franuś taki bystry, to i chciałabym. Niechby mu było lepi na tym świecie.
- Gdzie mu będzie lepi? - Warda wstał i zaczął nerwowo krążyć po izbie. - A to komu przypadnie? Do grobu tego nie zabiere! Odkąd tylko się un pojawił, wszystko było dla niego szykowane. A tera co? Pójdzie, nas łostawi... - Przerwał, bo nagłe wzruszenie odebrało mu mowę.
- Bartłomieju - odezwał się pleban. - Ja też jestem chłopskim synem. I mnie też ojciec szykowali, abym na ziemi został. I też nie chcieli się zgodzić, kiedy przyszedł do nich, jako i ja do was, ksiądz z mojej parafii i tłumaczył im, jak ja wam, dlaczego powinni dzieciaka do szkół dać. Nasz Pan, Jezus Chrystus, mówił do uczniów "nie lękajcie się". I ja wam tak mówię. Zawierzcie Bogu, pomyślcie, że gdzieś jest miejsce dla Frania. Niech on sam wybierze, co chce w życiu robić, ale pozwólcie mu na wybór. Chodzicie do kościoła, modlicie się. Znacie przypowieść o talentach? Nie ukrywajcie talentów Franka, ale pozwólcie im się rozwinąć. Ja porozmawiam z ojcem Kalasantym od pijarów, aby od nowego roku Franek mógł się już zacząć uczyć. A wy pomyślcie jeszcze. - Przerwał i wnikliwie spojrzał na całą trójkę. - W grzechu żyjecie - stwierdził. - Zaniechajcie. Nie dawajcie ludziom pożywki do gadania.
- Niechby tylko wszystkie żyli w takim grzechu - rzucił cicho Bartłomiej, ale pleban usłyszał.
Spojrzał na Wardę.
- Nie bluźnijcie mi tu! Do spowiedzi przystąpcie. Przecie nie może tak być, żebyście żyli jak pogany.
Rozalia spuściła wzrok, zawstydzona, ale Bartłomiej nie stracił rezonu.
- Jakby ona wdowa była, to ja bym w te pyndy ją do ksindza zawiózł.
Ksiądz zamilkł. Był przeciwny temu, co robili. I nawet jeśli mówili inaczej, wiedział, że grzeszą. Łamali przykazania, a przecież on tu pasterzem był i nie mógł dopuścić, aby owieczki błądziły.
- Modlić się trzeba. Do spowiedzi i komunii świętej przystępować. Mnie w każdy dzień w kościele znajdziecie. Pomyślcie o Franiu. Jakby do seminarium chciał, jak kto mógłby opinię mu dobrą wystawić? Co z tego, że u niego zdolności do dobrego, że pobożny, jak wy w grzechu żyjecie? Warto to przekreślać przyszłość dzieciaka? Zastanówcie się. No, na mnie pora. - Podniósł się i otrzepał futrzaną czapkę.
- Zaczekejcie. - Rózia chwyciła dłoń księdza. - Zupy nagotowałam, może byście pojedli z nami? A potem Bartłomiej zawiezie was do Złakowa, bom widziała, żeście na nogach przyszli.
Pleban się uśmiechnął.
- Dobra z was kobieta, Rozalio. Nic dziwnego, że Franuś taki sam. A za poczęstunek dziękuję. Z chęcią z wami siednę.