PROLOG
Rubieże Wewnętrzne, Pas V,
System Valis 11, Sektor Zebra,
18.09.2354
- Ile jest gwiazd w naszej Galaktyce? - zapytał niespodziewanie komandor
Garyan Zachs.
Szóstka rekrutów nie wyglądała już tak radośnie jak jeszcze przed
chwilą, gdy nowy przełożony opowiadał im o bazie Korpusu Zwiadowczego i misjach, w których - zapewne już wkrótce - będą mogli wziąć udział.
- Czterysta siedemdziesiąt sześć miliardów - odpowiedział po krótkiej
chwili wahania Danthony Reyes, najmłodszy z zaciągu, szczupły, niski
blondyn o bardzo wydłużonej twarzy, siedzący w drugim rzędzie po prawej.
Poirytowany Zachs przymknął skośne oczy. To były podstawy wiedzy; coś,
co każdy średnio rozgarnięty człowiek, a w szczególności adept
Orbitalnej Akademii Floty powinien wyrecytować z pamięci w środku nocy,
nawet gdy zostanie brutalnie wyrwany z najgłębszego snu. Niestety w niewielkiej sali odpraw nie było w tym momencie ani jednego kadeta.
Komandor miał przed sobą najzwyklejszych w świecie rekrutów: zwabionych
obietnicami wielkiej przygody cywilów z najbardziej zapadłych dziur
znanej przestrzeni. Sześcioro, mimo że wielokrotnie zgłaszał dowództwu
zapotrzebowanie na dziewięciu nowych operatorów.
Za moich czasów... - pomyślał.
Za jego czasów na Rubieże leżące za Terytoriami Wewnętrznymi trafiała
wyłącznie elita. Tylko najlepsi z najlepszych mogli nadzorować
bezzałogowe sondy wysyłane poza granice zdobytej przez ludzkość
przestrzeni. Dzisiaj, gdy daleki zwiad przestał być pełnym nadziei
kontaktem z nieznanym, odkrywanie i katalogowanie nowych systemów
gwiezdnych składano na barki nie asów, ale zwykłych przeciętniaków,
takich jak ci chłopcy... - i dziewczyna, poprawił się w myślach, zerkając
w kierunku nazbyt szczupłej jak na jego gust mieszkanki jednej z peryferyjnych stacji orbitalnych - których wiózł teraz na Valis 11,
najdalej wysunięty posterunek Federacji od strony centrum Galaktyki. I nie dziwota; po trzystu trzydziestu dwóch latach eksploracji Ramienia
Oriona wciąż nie natrafiono na żaden ślad zaawansowanej obcej
cywilizacji, który sugerowałby, że gdzieś tam, w mrowiu setek miliardów
gwiazd, ludzkość odnajdzie kiedyś braci w rozumie.
Na twarzy komandora pojawił się blady uśmiech. Nie do końca prawdziwe
były twierdzenia o braku życia w kosmosie. Znał jeden, choć niezbyt
reprezentatywny wyjątek. Xan 4 z jego dwiema zwalczającymi się rasami.
Wspomnienie uniesienia, z jakim oglądał pierwsze przekazy z Bety, było w nim wciąż żywe. Wtedy wierzył, że jest świadkiem narodzin nowej epoki,
że współtworzy historię, nie bazy, nie korpusu, lecz całej cywilizacji...
Dzisiaj czuł jedynie gorycz porażki, której nie osłodził mu nawet
zasłużony awans na komandora.
Obcy po bliższej obserwacji okazali się bardzo prymitywnymi
stworzeniami, jego zdaniem niegodnymi miana istot cywilizowanych, a admiralicja... Cóż, admiralicja postąpiła jak zwykle w takich przypadkach.
Odkrycie zostało natychmiast utajnione, nikt więc, prócz garstki
przydzielonych do projektu Dwa Słońca naukowców i żołnierzy, nie mógł
się dowiedzieć o pierwszym przełomie, który nie był aż tak wielkim
sukcesem, jak początkowo sądzono, choć w ogólnym rozrachunku przysłużył
się korpusowi, i to bardzo.
Zwielokrotnienie budżetu, budowa niemal setki nowych sond,
rozmieszczenie czterech dodatkowych baz dalekiego zwiadu na obu
Rubieżach - wszystko to miało przyśpieszyć tempo eksploracji. I rzeczywiście, w ciągu zaledwie sześciu lat udało się przesunąć granice
Federacji o rekordowe osiemset parseków, aczkolwiek - pomimo wytężonej
pracy setek ekip i wysłania sond do ponad dwunastu tysięcy kolejnych
systemów gwiezdnych - Beta Xana 4 pozostała wyjątkiem i co gorsza, nic
nie wskazywało, by w najbliższym czasie miało się to zmienić.
- Czterysta siedemdziesiąt sześć miliardów - powtórzył Zachs, ponownie
skupiając uwagę na przysłanych mu rekrutach. - W drugiej połowie
dwudziestego wieku sądzono, że Droga Mleczna składa się z około stu
miliardów gwiazd, potem jednak, w miarę rozwoju dostępnych technologii,
szacunki te zaczęły szybko rosnąć. W początkach dwudziestego pierwszego
stulecia przyjmowano, że liczba ta może być dwukrotnie wyższa,
pięćdziesiąt lat później podwojono ją raz jeszcze. Dzisiaj wiemy z całkowitą pewnością, że wokół masywnych czarnych dziur tworzących serce
naszej Galaktyki krąży nie mniej niż czterysta siedemdziesiąt sześć
miliardów gwiazd... - Zamilkł na moment, by aktywować holo. - Przyjmijmy
jednak na chwilę, oczywiście dla ułatwienia, że jest ich pół biliona. -
Światła w sali odpraw przygasły, a nad głową komandora pojawił się
hipnotyzujący migotliwym blaskiem wir. - Droga Mleczna. Gdybyśmy
poświęcali tylko sekundę na zbadanie każdego istniejącego w niej
systemu, potrzebowalibyśmy niemal szesnastu tysięcy lat na pełną
eksplorację wszystkich ramion. Gdybyśmy poświęcali na to godzinę...
dotarlibyśmy do ostatniej gwiazdy po pięćdziesięciu siedmiu milionach
lat. Szmat czasu, nieprawdaż? - zażartował, ale spięci rekruci nie
zauważyli tego momentu rozluźnienia. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że
dla większości tych młodych ludzi jest to prawdopodobnie pierwsza tak
daleka wyprawa w przestrzeń. - Niestety prawda jest znacznie bardziej
skomplikowana od szacunków. Chociaż korpus dysponuje dzisiaj ponad
trzystoma nowoczesnymi sondami dalekiego zasięgu, każda z naszych misji
trwa nie sekundy, nie godziny, lecz całe dni, a czasami nawet tygodnie.
W tym tempie, o ile nie zmienimy drastycznie metodologii poszukiwań
polegającej na systematycznym przeczesywaniu systemu po systemie,
sektora po sektorze, pasa po pasie, przed końcem tysiąclecia nie
skolonizujemy nawet miejsca, w którym Ramię Oriona łączy się z Ramieniem
Perseusza. Kto mi powie, dlaczego tamtejsze skupiska gwiazd mają tak
ogromne znaczenie?
Zgłosili się wszyscy - w końcu pytał o kolejną oczywistą oczywistość.
Tym razem komandor wybrał jedyną w tym gronie dziewczynę.
- Danaomi?
- Nie wiem dlaczego, ale tunele czasoprzestrzenne łączą gwiazdy
znajdujące się w obrębie konkretnego ramienia Galaktyki.
- Zgadza się. Jedyna znana nam droga do sąsiedniego Ramienia Perseusza
biegnie przez ten łącznik.
- A co z podróżami podprzestrzennymi? - zapytała po chwili wahania
dziewczyna.
Zachs westchnął. Kolejna sprawa, o której nie musiałby wspominać, gdyby
miał do czynienia z zawodowcami.
- Napędy podprzestrzenne mają trzy podstawowe ograniczenia. Pierwsze to
technologia: nasze najpotężniejsze reaktory pozwalają na wykonanie
skoków o maksymalnym zasięgu półtora parseka. Drugie to czas: tego typu
jednostki są o wiele wolniejsze. Tunele czasoprzestrzenne pozwalają
pokonać rok świetlny w niespełna kwadrans, a podróż na tę samą odległość
przy korzystaniu z podprzestrzeni zajmuje dwie doby standardowe. Trzecie
to precyzja. Z nieznanych nam jeszcze powodów nie jesteśmy w stanie
wyliczyć dokładnie punktu wyjścia. W dodatku im dalej skaczemy, tym
rozrzut jest większy. Dlatego też wykorzystujemy napęd podprzestrzenny
wyłącznie w ruchu lokalnym, między systemami leżącymi bardzo blisko
siebie. Nie chcielibyście chyba się pojawić kilkanaście miliardów
kilometrów od celu podróży, zwłaszcza gdy reaktor jest przeciążony. Albo
trafić w dysk rozproszony systemu, nie mówiąc już o jego gwieździe
centralnej, a takie przypadki odnotowujemy kilka razy do roku... - Pokiwał
głową ze smutkiem, wspominając los FSS Magellan, jednej z pierwszych
ofiar nowej technologii. Skok na maksymalny dystans zakończył się
wyjściem z podprzestrzeni niemal na granicy fotosfery lokalnej gwiazdy.
Wielki okręt badawczy wyparował w ułamku sekundy, a o jego zagładzie
dowództwo dowiedziało się z późniejszych analiz drgań pola
grawitacyjnego. - Nie czarujmy się. Dopóki nie dotrzemy do gromad gwiazd
w rejonie łącznika, nie mamy co marzyć o podróżach po innych ramionach
Galaktyki...
- Dlaczego więc nie zaryzykujemy i nie poślemy tam choć jednej sondy? -
wpadł mu w słowo czarny jak otaczająca ten okręt pustka Zahartur
Gawrylenko, Noworosjanin i jedyny w tym towarzystwie mundurowy, sierżant
policji z jakiejś zapyziałej kolonii górniczej, której nazwy nie dało
się wymówić. - Moglibyśmy uzyskać wiele odpowiedzi już teraz, nie
czekając, aż...
Uniesiony palec komandora ostudził zapał rekruta.
- Myślisz, chłopcze, że tobie pierwszemu to przyszło do głowy?
Zdezorientowany Gawrylenko milczał, pozostali spoglądali na niego
niepewnie, zerkając od czasu do czasu w kierunku rozbawionego Zachsa.
- Korpus wysyłał już sondy do łącznika? - Krępujące milczenie przerwała
dopiero Danaomi Ritter.
W jej głosie komandor wychwycił zdziwienie, a nawet szczyptę
niedowierzania.
- Tak. Wysłaliśmy sondę do jednej z gromad kulistych łącznika -
potwierdził po chwili zastanowienia.
Spodobała mu się reakcja Noworosjanina.
Może chociaż on nie będzie kolejnym tępym narzędziem w rękach
przełożonych i wykaże kiedyś inicjatywę, jak oficerowie, z którymi
niegdyś pracowałem - pomyślał.
- Czterdzieści osiem lat temu admiralicja, zniechęcona kilkoma dekadami
ciągłych niepowodzeń, uległa namowom kierownictwa naszej bazy i zgodziła
się na wyjątkową misję bardzo dalekiego zasięgu - powiedział,
rozsiadając się wygodniej. - Celem sondy miała być gromada kulista
znajdująca się w samym sercu rozwidlenia. Rozumowaliśmy tak: to przecież
jedyny węzeł komunikacyjny obu ramion. Jedyna droga do centrum Galaktyki
z Perseusza. Jeśli w Drodze Mlecznej istnieje życie rozumne, to właśnie
tam znajdziemy jego ślady. Dowództwo wydzieliło specjalny zespół, w którym znalazło się szesnastu najlepszych operatorów, w tym i ja... -
Zachs przerwał, jakby do niego dotarło, że wykład wprowadzający zszedł
na niewłaściwe tory, ale jego wahanie było krótkie. Niech posłuchają,
może zainspiruje ich do czegoś więcej niż rutynowe odbębnianie służb. -
Wtedy mapowaliśmy niezbadaną przestrzeń nieco inaczej, niż robi się to
teraz. Nie było jeszcze mierników van Vogta, dzięki którym jesteśmy w stanie mierzyć napięcia i odkształcenia przestrzeni, więc nasza sonda po
dotarciu do kolejnego systemu wysyłała drony do wszystkich nowo
odkrytych studni grawitacyjnych, by sprawdzić, dokąd prowadzą. Po ich
powrocie nanosiliśmy dane na holomapę i wybieraliśmy kolejny cel lotu.
Trzy lata i osiem miesięcy, tyle potrzebowaliśmy, by znaleźć drogę do
łącznika. Wykonaliśmy w tym czasie trzysta dziewięćdziesiąt cztery
skoki, z czego dwieście sześćdziesiąt osiem było chybionych. Czasami
musieliśmy się cofać o osiem albo nawet dziesięć tuneli
czasoprzestrzennych, żeby wrócić na właściwą drogę. Ale w końcu
dopięliśmy swego... - Zawiesił głos, a potem spuścił głowę.
- I co odkryliście? - zapytał po chwili niezręcznej ciszy ktoś z pierwszego rzędu.
Zachs westchnął ciężko.
- Nic. Zupełnie nic. Ani po drodze, ani w łączniku, choć
przeczesywaliśmy lokalną gromadę kulistą przez niemal pół roku, badając
każdy tunel czasoprzestrzenny, jaki udało się tam znaleźć. Trafialiśmy
tylko na martwe planety krążące wokół najzwyczajniejszych w świecie
gwiazd. Nie zobaczyliśmy nic, czego byśmy wcześniej nie widzieli na
tysiącach zbadanych światów naszego ramienia. Coś wtedy pękło w ludziach, przekonałem się o tym na własnej skórze. To był chyba ten
moment, w którym ostatecznie straciliśmy nadzieję na znalezienie braci w rozumie. Po zakończeniu misji zostawiliśmy sondę z przekazem o naszym
istnieniu w łączniku i wróciliśmy do rutynowych lotów, by skupić się na
systematycznym przeczesywaniu bliższej przestrzeni. Kolejne trzydzieści
osiem lat...
- Chyba czterdzieści cztery - przerwał mu Gawrylenko. - Jeśli misja do
łącznika zaczęła się czterdzieści osiem lat temu...
Zachs otrząsnął się z zamyślenia. Mało brakowało, a zdradziłby tym
szczylom odkrycie Bety.
- Tak, przepraszam. Rozkojarzyłem się trochę tymi wspomnieniami.
Wracając do właściwego tematu naszego spotkania, od jutra zacznę was
wprowadzać w procedury. Potem, po zdaniu wszystkich testów, dostaniecie
przydziały do... - Znów zamilkł, tym razem zaskoczony pojawieniem się
nowej ikonki na holokonsoli. Rubinowy punkt mrugał miarowo, informując
go o oczekującym połączeniu. Chodziło o audiowizualne połączenie
kwantowe z Gammy, terraformowanej planety, wokół której krążyła stacja
korpusu. To musiało być coś pilnego, inaczej władze kolonii górniczej
nie zezwoliłyby na takie obciążenie swoich, niezbyt przecież wydajnych,
reaktorów. - Wybaczcie na moment - mruknął, aktywując pole izolacyjne
wokół stanowiska i równocześnie włączając projektor. Na opalizującej
ścianie pojawiła się widmowa twarz starszego brodatego mężczyzny o oliwkowej skórze, haczykowatym nosie i bardzo głęboko osadzonych oczach.
- Słucham, zarządco Rami...
- Mamy problem ze stacją monitorowania strefy skoku! - wypalił
podenerwowany mężczyzna, zanim jego rozmówca zakończył grzecznościową
formułkę powitania, i zaraz dodał: - Dwie godziny temu otrzymaliśmy
informację o wzmożeniu aktywności studni grawitacyjnej numer pięć,
sugerującym wyjście z nadprzestrzeni niewielkiej jednostki, chwilę
później nadeszły dane potwierdzające wykonanie skoku i... - Umilkł na
moment, jakby musiał zebrać myśli. - Tutaj robi się dziwnie. Po pięciu
sekundach nadszedł komunikat o kolejnym skoku, tym razem w przeciwnym
kierunku, a potem stacja zamilkła na dobre.
- Nie pinguje...? - zaczął komandor, zanim dotarł do niego właściwy
przekaz. Studnia numer pięć prowadziła do systemu znajdującego się nadal
poza granicami Federacji, korzystać z niej więc mogły wyłącznie sondy
korpusu. Żadna z nich jednak nie była w stanie wykonać manewru, o jakim
mówił zarządca. Przygotowanie sprzętu do ponownego skoku trwało co
najmniej sześć minut.
- Możecie sprawdzić, o co chodzi? - Ramirez wykorzystał moment wahania
rozmówcy. Każda sekunda tego połączenia zwiększała koszty. - Wasz okręt
znajduje się teraz w połowie drogi między Gammą a strefą skoku.
Dotrzecie na miejsce w niespełna czterdzieści osiem godzin, pięć razy
szybciej niż jakakolwiek nasza jednostka.
Komandor zaklął pod nosem. Awaria stacji monitorowania rodziła poważny
problem dla kolonistów, nie mówiąc już o bazie. Wszystkie wyloty tuneli
czasoprzestrzennych znajdowały się w wąskim pasie przestrzeni zaledwie
ćwierć jednostki astronomicznej od fotosfery gwiazdy tego systemu,
dokładnie w płaszczyźnie ekliptyki Drogi Mlecznej. Krótko mówiąc, gdyby
przeciętny człowiek mógł zobaczyć te anomalie, ujrzałby kłębowisko
gigantycznych węży wijących się za mknącą przez pustkę kosmosu gwiazdą.
Galaktyka, wbrew pozorom, nie była bowiem monolitem. Pojedyncze gwiazdy,
gromady, mgławice, wszystkie elementy szerokiego na sto siedemnaście
tysięcy lat świetlnych wiru mknęły przez bezbrzeżną pustkę z rozmaitymi
prędkościami, czasami różniącymi się o dziesiątki tysięcy kilometrów na
sekundę, zatem nic dziwnego, że łączące je studnie grawitacyjne także
pozostawały w ciągłym ruchu. Mogło się nawet zdarzyć, że nadmiernie
rozciągane rwały się i znikały, choć w skali ludzkiego życia było to
zjawisko niezwykle rzadkie. W ciągu ostatnich dwóch stuleci nauka
odnotowała tylko dwa takie przypadki. Raz zdarzyło się też, że czerwony
olbrzym przechwycił biegnącą w jego pobliżu anomalię, dzieląc ją i tworząc "punkt przesiadkowy", jak określano to zjawisko w nieoficjalnych
raportach pionu badawczego. Naukowcy obserwowali teraz ten system, by
sprawdzić, czy dalszy ruch gwiazdy nie doprowadzi do ponownego scalenia
przepołowionego tunelu nadprzestrzennego.
Brak działającej stacji monitorowania oznaczał konieczność wstrzymania
odlotów z systemu. Wprawdzie ruch na Valis 11 nie należał do
największych - tylko dwie z sześciu odkrytych tu anomalii prowadziły na
terytoria Federacji - ale i tak strefa skoku obsługiwała kilka, a czasami nawet ponad dziesięć frachtowców na dobę. Do tego trzeba było
dodać wszystkie statki kurierskie, teledrony oraz prywatne jednostki
należące do ludzi zatrudnionych w kopalniach Gammy i Kappy. No i sondy
korpusu, które korzystały z pozostałych czterech studni. Czterdzieści
osiem godzin lotu wewnątrzsystemowego - bo tyle potrzebował FSS
Walternest Rutheford na dotarcie do strefy skoku - oszczędzi górnikom
trzy, a może nawet cztery doby przestoju. Ich jednostki remontowe były
naprawdę powolne, zwłaszcza w porównaniu z potężnym okrętem wojennym.
Kolejnym impulsem skłaniającym komandora do udzielenia pomocy kolonistom
był fakt, że do uszkodzenia stacji monitorowania musiała doprowadzić
któraś z powracających sond. Ze studni prowadzących poza granicę nie
przylatywało na Valis 11 nic, co nie należało do Korpusu Zwiadowczego.
- Zajmiemy się tym - obiecał Zachs, widząc, że spoconemu zarządcy
zaczyna nerwowo drgać powieka. - Jeśli awaria stacji nastąpiła z naszej
winy, dokonamy wszystkich napraw na koszt korpusu. Jeśli sprzęt
korporacji zawiódł z innego powodu, rozliczymy się jak zwykle.
Ramirez skinął szybko głową i rozłączył się bez zbędnych pożegnań. Każda
sekunda tej rozmowy pozbawiała jego kolonię kolejnych, jakże cennych
megawatów energii. Komandor spojrzał na timer. Połączenie trwało niemal
minutę. Górnicy na pewno nie będą zadowoleni z dzisiejszego przymusowego
zaciemnienia - pomyślał, wyłączając pole izolacyjne.
- Mam dla was świetną wiadomość - rzucił w kierunku zaniepokojonych
rekrutów. - Nasz lot potrwa nieco dłużej, niż przypuszczałem. Wracamy do
strefy skoku, by udzielić pomocy technicznej tutejszej kolonii. Zanim
dotrzemy do bazy, zdążymy przećwiczyć w polu standardowe procedury
alarmowe i ratunkowe, które i tak musielibyście zaliczyć przed
przyznaniem podstawowych kodów dostępu.
* * *
- Dziwne - mruknął Zachs, wpatrując się w przepływające przez
wyświetlacze komputerów ciągi danych. - Sprawdźcie to jeszcze raz -
polecił, odwracając się do podoficerów siedzących na kolistych
stanowiskach operacyjnych po prawej. To oni odpowiadali za łączność i sensory.
- Tak jest! - Zwięzła odpowiedź nadeszła niemal natychmiast.
Tu nie było czasu ani miejsca na dyskusje, choć zarówno komandor, jak i jego podwładni doskonale zdawali sobie sprawę, że ponowne skanowanie
przestrzeni nie może przynieść niczego nowego.
FSS Walternest Rutheford dotarł do strefy skoku przed planowanym
czasem, po niespełna czterdziestu dwu godzinach lotu. Tak blisko gwiazdy
można było podlecieć jedynie przy włączonych na maksymalną moc polach
siłowych. Krążownik klasy Minotaur nie miał z tym jednak najmniejszego
problemu. Jego generatory osłon, jak w przypadku każdego dużego okrętu
wojennego, dysponowały ogromnymi rezerwami nawet wtedy, gdy główny
reaktor pracował na pełnych obrotach od wielu godzin, a tak właśnie się
stało, ponieważ Zachs chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu i wyjaśnić sprawę.
Korpus nie dysponował niestety nagraniami z momentu katastrofy - a z nią
najwyraźniej mieli do czynienia, sądząc po rozpływającej się z wolna
chmurze szczątków - ponieważ Gamma, stacja orbitalna i transportowce w liczbie siedmiu, zmierzające obecnie w kierunku strefy skoku, znajdowały
się w czasie zdarzenia po drugiej stronie gwiazdy centralnej, znacznie
dalej niż krążownik. Jedynymi dowodami pozostawały więc odczyty sensorów
i przechwycone wcześniej transmisje kwantowe, które - Zachs musiał to
przyznać niemal od razu - niczego nie wyjaśniały.
Wielokrotnie odczytywał zwięzły komunikat zawierający informację o aktywności studni numer pięć. Potem nadeszło jeszcze krótsze
potwierdzenie wykonanego skoku i pięć sekund później odbiorniki
zarejestrowały kolejny sygnał, tym razem dotyczący wejścia w nadprzestrzeń tego samego obiektu. I to by było na tyle.
Nic tu nie pasowało. Po pierwsze: tego dnia standardowego nie
przewidywano powrotu żadnej z osiemnastu sond badających pobliskie
sektory przestrzeni. Po drugie: wszystkie urządzenia przebywające za
granicami Federacji wysłały prawidłowy sygnał zwrotny, po tym jak
komandor zarządził natychmiastową kontrolę wykonywanych misji. Po
trzecie: w przestrzeni przy strefie skoku znaleziono tylko czarną
skrzynkę zniszczonej stacji monitorowania. Ściągnięte z niej dane nie
pomogły jednak w wyjaśnieniu zagadkowej kolizji.
Eksploatująca bogactwa Valis 11 firma StarMin była typową korporacją
nastawioną na maksymalizację zysków, nic więc dziwnego, że oszczędzała,
na czym tylko mogła. Zwłaszcza tutaj, na Rubieżach, gdzie mało kto
liczył się z przepisami i ludźmi. W każdym cywilizowanym systemie tak
wiekowa stacja trafiłaby już dawno na złom, tutaj jednak posłużyłaby
jeszcze wiele lat, gdyby nie to niefortunne zdarzenie.
Z trzech przepisowych rejestratorów działał tylko jeden, a i to nie do
końca. Ktoś odłączył w nim moduł zapisu wizji, zapewne aby zmniejszyć do
minimum obciążenie zabytkowych procesorów. Zachs nie zdziwił się więc
specjalnie, gdy jego technicy wydobyli z pamięci czarnej skrzynki
informacje o tym, że wspomnianej ingerencji dokonano już kilka lat temu.
Dla korporacji najważniejszy był przekaz kwantowy - tylko dzięki niemu
koloniści mogli kontrolować zdalnie ruch pozasystemowy. Problemami
wynikającymi z niemożności ustalenia przebiegu ewentualnego wypadku nikt
więc nie zaprzątał sobie głowy. Słyszał ktoś w ogóle o zniszczeniu
takiego sprzętu podczas kolizji z obiektem wychodzącym z nadprzestrzeni?
Komandor nie pamiętał takiego wydarzenia, a miał za sobą kilka dekad
czynnej służby na Terytoriach Wewnętrznych. Ale - jak słusznie zauważył
kiedyś jego zastępca - zawsze musi być pierwszy raz. Pech chciał, że do
tego nietypowego wypadku doszło właśnie tutaj i teraz.
Jedno wszakże komandor ustalił ponad wszelką wątpliwość. Nie chodziło o przypadkową kolizję stacji z uszkodzoną sondą. Korpus nie będzie więc
musiał wypłacać górnikom odszkodowania, a wręcz przeciwnie, otrzyma od
zarządu kolonii całkiem ładną sumkę za przeprowadzenie akcji ratunkowej
i użyczenie sprzętu zastępującego zniszczoną stację do czasu, aż StarMin
sprowadzi na Rubieże jakiś nowy złom.
Mimo to Zachs czuł podskórnie niepokój. Choć wykonał skany i przeprowadził skrupulatne dochodzenie, nadal nie wiedział, co zniszczyło
stację. Z dostępnych danych i kolejnych analiz rozproszenia szczątków
wynikało, że kilkadziesiąt godzin wcześniej doszło tutaj do
bezpośredniego zderzenia z obiektem, który wyszedł z nadprzestrzeni. I to właśnie było najdziwniejsze w tej całej sprawie.
Ludziom nawykłym do życia na planetach mogłoby się wydawać, że takie
zderzenie to nic szczególnego: licząca osiemdziesiąt metrów średnicy
walcowata stacja wisiała przecież na wprost wylotów studni
grawitacyjnych. To tak, jakby ktoś ustawił grawiolot na wprost
wielonitkowego tunelu transkontynentalnej lotostrady. Coś wyleciało z nadprzestrzeni pod niewłaściwym kątem, nie wyhamowało w porę, nie
skręciło kiedy trzeba... Bzdura. W przestrzeni kosmicznej odległości są
tak duże, że przystawianie do nich planetarnych miar nie ma
najmniejszego sensu. Stacja o średnicy osiemdziesięciu metrów wisiała na
wprost wylotów tuneli czasoprzestrzennych, to prawda, ale w odległości
pół sekundy świetlnej od nich. Sto pięćdziesiąt tysięcy kilometrów od
miejsca, w którym statki wyłaniały się z nadprzestrzeni. Poza tym
silniki manewrowe ustawiały ją zawsze tak, by znajdowała się poza
przypuszczalnymi wektorami nadlatujących jednostek. A gdyby nawet
zawiodły tym razem, to prawdopodobieństwo, że kilkusetmetrowy obiekt
wyrzucony ze studni grawitacyjnej o średnicy od tysiąca do trzech
tysięcy kilometrów wyrżnie akurat w stację monitorowania, było mniejsze
niż szansa na trafienie trzy razy z rzędu głównej wygranej w Galotto. To
nie miało prawa się zdarzyć, chyba że...
Chyba że to, co przyleciało na Valis 11, miało za zadanie zniszczyć
stację monitorowania!
Charakterystyka zmian napięcia grawitacyjnego wskazywała, że chodzi o bardzo mały obiekt mający zaledwie jedną ósmą masy sondy korpusu. Co tak
niewielkiego mogło przylecieć z przestrzeni zewnętrznej? - zastanawiał
się komandor, gdy jego wyświetlacze ponownie ożyły. Wypełniające
holoekrany dane, zgodnie z przewidywaniami, nie zmieniły się ani na
jotę. Czymkolwiek był przybysz spoza granic Federacji, wyparował bez
śladu. Każdy z namierzonych szczątków należał do zniszczonej stacji.
Czujniki masy Rutheforda nie mogły się mylić.
Zachs pogładził się wolno po gładko ogolonej szczęce. Czyżby był
świadkiem jakiejś nielegalnej operacji na dużą skalę? Słyszał
kilkakrotnie o prywatnych sondach wysyłanych do niezbadanej jeszcze
części ramienia. Najbogatsze firmy próbowały w ten sposób wyprzedzić
konkurencję w wyścigu do nowych złóż. Do wybuchu wojny domowej miały
możliwość legalnego wykupienia praw eksploracyjnych w zbadanych przez
siebie systemach, potem jednak ta polityka uległa daleko idącym zmianom,
a szesnaście lat temu niespodziewanie zatrzaśnięto ostatnią furtkę
dopuszczającą wielki biznes do bogactw, które czekały wciąż na odkrycie.
Komandor nie wiedział, czym spowodowany był ten ostatni ruch władz, ale
przeczuwał, iż korporacje nie poddały się tak łatwo i nadal robią swoje,
tyle że w sekrecie.
Nigdy wcześniej nie natknął się na ślady nielegalnej eksploracji, ale
nie wykluczał możliwości, że zniszczenie stacji było sprawką ludzi,
którzy pragnęli zataić swój powrót na terytorium Federacji. Z każdą
chwilą nabierał większej pewności, że tak właśnie jest. Jeśli przeczucie
mnie nie myli - rozmyślał - lada moment studnia numer pięć znów się
uaktywni i statek badawczy korporacji spróbuje wejść do tego systemu, by
zaraz wykonać kolejny skok do innego systemu, najprawdopodobniej
niezamieszkanego przez ludzi, ale leżącego już po tej stronie granicy.
Dwa, trzy takie skoki i łamiąca blokadę jednostka rozpłynie się w przestrzeni, a naukowcy i dane znajdujące się na jej pokładzie trafią -
po przesiadce na inne statki - do siedziby korporacji...
Jednego komandor był bowiem pewien: w żadnej z pięciu studni nie doszło
po katastrofie do napięć świadczących o wykonaniu skoku - mierniki van
Vogta w obserwatoriach na Gammie, stacji korpusu i jego krążowniku nie
zanotowały najmniejszego drgnięcia pola grawitacyjnego po feralnym
momencie.
Jego teoria miała wszakże poważną lukę - chodziło o ostatni komunikat
stacji, mówiący o skoku powrotnym, który nieznana jednostka wykonała
niespełna pięć sekund po przylocie. Komandor był pewien, że nawet flota
nie dysponuje technologiami pozwalającymi na tak szybkie wykonanie
zwrotu i ponownego skoku, a dla wojska pracowali przecież najlepsi z najlepszych, którzy jeśli komuś ustępowali, to tylko ekipom zatrudnianym
w ośrodkach badawczych gigantów przemysłu wydobywczego. Czyli
korporacji. I tak zamykało się błędne koło.
Sześć minut. Tyle trwał najkrótszy odwrót w nadprzestrzeń. Zachs nie
mógł i nie chciał uwierzyć w to, że jajogłowi siedzący w kieszeni
jakiegoś koncernu dokonali aż tak wielkiego przełomu. Skrócenie
wspomnianego czasu o połowę wydawało się realne, sam przecież słyszał,
jak na odprawach pionu naukowego jego stacji zastanawiano się, czy warto
inwestować w technologie pozwalające na podobne osiągi, ale
siedemdziesięciokrotne przyśpieszenie tego procesu? Nie, to czyste
science fiction - uznał po chwili namysłu.
- Komandorze! - Z rozważań wyrwał go głos bosmana Honveda, który
odpowiadał na tej wachcie za skanery. - Rejestrujemy wzmożoną aktywność
studni numer pięć.
A więc jednak! - ucieszył się Zachs. Kimkolwiek byli dranie, którzy
rozpieprzyli stację, właśnie nadlatywali, pewni swego. Jeśli
przeprowadzili dokładne rozpoznanie - a nie wyobrażał sobie, żeby ktoś,
kto ryzykuje miliardy kredytów, robił takie numery w ciemno - to
świetnie znali rozkład lotów frachtowców i wiedzieli, że koloniści będą
potrzebowali trzech dni standardowych na naprawienie wyrządzonych im
szkód i odzyskanie pełnej kontroli nad studniami grawitacyjnymi. Jednego
tylko nie mogli przewidzieć: że w pobliżu strefy skoku znajdzie się
przypadkiem krążownik korpusu.
- Ogłosić alarm bojowy - polecił przez ramię.
Zamierzał przekonać współdowódcę, że złoczyńcom należy przygotować
naprawdę gorące powitanie. Załodze przyda się odrobina rozrywki, a kto
wie, czy sztab nie doceni takiej postawy i nie nagrodzi rozpieprzenia
nielegalnych eksploratorów czymś więcej niż tylko zwyczajową pochwałą.
- Napięcie wciąż rośnie - zameldował bosman. - Charakterystyka drgań
sugeruje, że może chodzić o kilka dużych obiektów.
To była niepokojąca wiadomość.
- Jak dużych? - spytał Zachs.
- Odpowiadających co najmniej klasie Sword. - W głosie Honveda dało
się słyszeć zdenerwowanie.
Sword był podstawowym modelem korwety floty. Mierzył od dziobu do rufy
sto dziewięćdziesiąt metrów, nie licząc znajdujących się za kryzą rufową
dysz pędnika. To nadal niewiele w porównaniu z pełnowymiarowym
krążownikiem, ale...
- Przy tym tempie wzrostu odczytów możemy spodziewać się przylotu
jednostek wielkości niszczycieli trzeciej generacji - rzucił w kierunku
stanowiska dowódcy pionu wojskowego, po tym jak bosman raz jeszcze
przeliczył napływające dane.
- Albo dużych frachtowców - dodał obojętnym tonem kapitan Attanasio,
opadając ciężko na kokon fotela.
Sądząc po roztaczanym zapachu, alarm zastał go w mesie. Nie pytał o sytuację, sprawdził ją sam, zanim dotarł na mostek. Nie wydawał się
jednak zaniepokojony; wierzył niezachwianie w odstraszającą moc niemal
czterystumetrowego okrętu wojennego, a jeszcze więcej nadziei pokładał w najnowocześniejszych systemach uzbrojenia. Siła ognia Rutheforda
dorównywała niektórym pancernikom poprzedniej generacji. Tylko szaleniec
chciałby wejść w kontakt bojowy z taką potęgą.
- Trzydzieści sekund do wyjścia pierwszego obiektu z nadprzestrzeni! -
zameldował zgodnie z regulaminem Honved, choć wszyscy mieli te dane na
swoich wyświetlaczach.
- Dajemy czadu? - spytał Zachs, wskazując głową stanowiska bojowe.
Attanasio spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Chcesz ich rozwalić zaraz po wejściu do systemu?
- Nie - odparł komandor. - Ale myślę, że mały pokaz siły nie zaszkodzi.
Te sukinsyny zniszczyły stację monitorowania, żeby ukryć swój powrót na
terytorium Federacji. Jeśli nie zastosują się do naszych poleceń...
- Tak, wiem, trzy strzały ostrzegawcze w brzuch, a potem zaczynamy
negocjacje - mruknął kapitan, rozcierając palce nad wirtualnymi
klawiaturami. Wprowadził kilka komend i nagle zamarł. - A jeśli to są... -
Zawiesił znacząco głos, spoglądając na współdowódcę z pionu
nawigacyjnego.
Zachs się skrzywił. Myśl o Obcych odrzucił na samym początku, jako
najbardziej niedorzeczną. Teraz jednak, na kilkanaście sekund przed
wyjściem tamtych z nadprzestrzeni, poczuł ukłucie niepewności. W tym
samym momencie dotarło do niego, że ludzie łamiący blokadę nie musieli
wracać na terytorium Federacji przez zamieszkany system. Mogli bez
problemu prześlizgnąć się przez któryś z sąsiednich, martwych i niepilnowanych układów planetarnych, gdzie zniknęliby naprawdę bez
śladu. Dlaczego więc wybrali miejsce, w którym prócz sporej kolonii
górniczej znajdowała się także duża baza korpusu?...
- Dziesięć sekund do skoku - zameldował Honved, wyrywając komandora z zamyślenia. Attanasio wprowadził ostatni kod aktywujący broń, zanim
rozpoczęło się ostateczne odliczanie. - Trzy, dwie, jedna...
Wbrew pokutującym opiniom wyjście z nadprzestrzeni nie jest widowiskowym
zjawiskiem. Spoglądasz w bezdenną ciemność pustki i nagle widzisz na tle
odległych gwiazd lecący spokojnie obiekt. Tam, gdzie przed milionową, a nawet miliardową częścią sekundy nie było nic, przestrzeń "puchła" - tak
to właśnie wyglądało, choć ludzkie oko nie było w stanie tego zobaczyć -
a gdy bąbel "pękał", czemu nie towarzyszyły żadne błyski, eksplozje ani
wyładowania, na jego miejscu pojawiał się wychodzący z nadprzestrzeni
okręt. Tylko najszybsze sensory były w stanie uchwycić ten proces, ale
nagrane za ich pomocą holo nie porywało widza. Na jednej klatce była
pustka, na drugiej wybrzuszenie, na trzeciej przybysz w pełnej krasie.
Oprócz takich obrazów rejestrowano tylko drgania grawitacji, które
rozchodziły się wokół strefy skoku jak fale po wodzie. Ich natężenie
zależało od masy obiektu wypluwanego do trójwymiarowej przestrzeni, lecz
nawet najsilniejsze z nich można było zmierzyć wyłącznie miernikami van
Vogta.
I tak to właśnie wyglądało teraz. Jednakże Zachs, Attanasio i cała
reszta wachtowych wstrzymali oddech, gdy na ekranach taktycznych pojawił
się... dziwaczny obiekt nieprzypominający żadnego wyprodukowanego w stoczniach Federacji statku kosmicznego. Dzięki rozmieszczonym wokół
strefy skoku dronom komandor mógł zobaczyć na otaczających go
wyświetlaczach kilka rzutów tej niesamowitej jednostki. Na pierwszy rzut
oka okręt ten przypominał planetoidę, do której ktoś dołączył
hipernapęd. Kadłub miał gruszkowaty kształt, jego w miarę gładkie, choć
pofałdowane nierównomiernie poszycie pokrywały w strefie czołowej dwa
rzędy koncentrycznie rozmieszczonych niemal identycznych płaskich kopuł
i mnóstwo mniejszych bąbli. Z węższego końca wyrastała - inaczej nie
można tego określić - ażurowa konstrukcja zwieńczona regularnym
sześcianem i kilkoma dyszami. Drugi i trzeci obiekt - jednostki pojawiły
się w równych, sekundowych odstępach - wyglądały niemal identycznie.
Komputery wykryły tylko niewielkie różnice w pofałdowaniu matowego
poszycia i rozmieszczeniu kopuł.
- Obcy? - wyszeptane przez Zachsa słowo padło w tym samym momencie z wielu ust.
Oniemiały komandor przeniósł wzrok na kapitana. Dowódca pionu wojskowego
siedział z szeroko otwartymi ustami, trzymając palec nad połyskującym
blado czerwonym klawiszem wirtualnej klawiatury.
- Czek... - zaczął Zachs, ale nie zdążył dokończyć.
Czołowa jednostka Obcych otworzyła ogień.
Nawet ślepiec trafiłby z tej odległości w nieruchomy cel wielkości
federacyjnego krążownika. Ustawiony burtą do wylotów studni okręt
wojenny chroniły pola siłowe i tylko one uratowały go przed
natychmiastowym zniszczeniem. Ale to był dopiero początek starcia. Druga
jednostka Obcych wychodziła już na pozycję ogniową, a trzecia
rozpoczynała zwrot.
Attanasio wybudził się z letargu, zanim komputery przyciemniły wszystkie
ekrany, by ludzie na mostku nie oślepli od blasku, jakim rozjarzyły się
smagane laserowymi promieniami tarcze. Jego palce opadły na czerwony
klawisz. FSS Walternest Rutheford nie miał zamiaru poddać się bez
walki.
W kierunku wroga pomknęło mrowie rakiet, szły salwami, jedna tuż po
drugiej, odpalane automatycznie ze wszystkich rewolwerowych wyrzutni,
ale baterie dział laserowych wciąż milczały. Prawie
czterdziestodwugodzinny lot na dopalaczach pochłonął znaczną część
rezerw energii, zatem odbudowanie jej zapasów, pozwalających na
osiągnięcie pełnej mocy głównych systemów uzbrojenia, wymagało czasu, a tego niestety załoga krążownika nie miała. Nie było też szans na
przekierowanie części energii z nieużywanych osłon. Tarcze na sterburcie
musiały pracować na pełnej mocy, aby powstrzymać napór morderczego
promieniowania pobliskiej gwiazdy.
Obcy zniszczyli większość pocisków manewrujących, zanim te zdołały
dotrzeć do ich osłon energetycznych, ale skupienie ognia na ponad
czterystu dodatkowych celach dało chwilę wytchnienia załodze krążownika.
Zbyt krótką jednak, by współdowódcy zdążyli opracować nową strategię.
Kilka sekund później owal dziobu atakującej jednostki pokrył się
rozbłyskami licznych eksplozji, co niestety nie przyniosło spodziewanych
efektów. Chroniące Obcych pole siłowe przejęło i wchłonęło bez
najmniejszego problemu energię trzydziestu siedmiu zderzeń z dwukilogramowymi rdzeniami kinetycznymi rozpędzonymi do jednej setnej
świetlnej! Broń skonstruowana z myślą o zdejmowaniu osłon najcięższych
okrętów wojennych okazała się całkowicie nieskuteczna w starciu z osłonami nieznanego wroga.
Deflektory dziwacznego okrętu rozjarzyły się dopiero po tym, jak
turbolaserowe baterie dziobowe krążownika otworzyły w końcu ogień. Serie
niewidzialnych dla ludzkiego oka milisekundowych promieni, z których
każdy mógł przepalić kilkunastometrowy blok plastali, nie dały jednak
rady tarczom Obcych, choć po ostatniej salwie pole siłowe trafionej
jednostki migotało jeszcze przez dłuższą chwilę, co mogło znaczyć, że
zaczynało szwankować.
Niestety ludzie nie zdążyli się o tym przekonać. Drugi napastnik
otworzył ogień, zanim do akcji weszły turbolasery ze śródokręcia.
Rutheford zadrżał mocno, jakby uderzył w niewidzialną przeszkodę. Na
którymś ze sferycznych stanowisk po prawej zawyły alarmy, szybko jednak
umilkły zdławione dłońmi wachtowych.
- Straciliśmy tarczę Bb7! - zameldował spanikowany mat nadzorujący
systemy obrony.
Sektor B7. Rufa od strony bakburty. Środkowa jej część. Dranie nie
nawalali na ślepo! Dokładnie wiedzieli, gdzie skoncentrować ogień. I osiągnęli cel. Światła i wyświetlacze komputerów zamigotały, a potem
ściemniały na mgnienie oka, gdy systemy przełączały się na tryb
awaryjny.
Zachs nie słuchał kolejnych komunikatów, które spływały teraz lawinowo.
Wiedział już, że przegrał tę bitwę, mimo że wciąż odpalali kolejne
rakiety i nadal byli w stanie użyć rufowej baterii turbolaserów. Wróg
pozbawił ich właśnie napędu, odciął śródokręcie i dziób od głównego
reaktora, uniemożliwiając ewentualne manewrowanie i próbę ucieczki.
Słabnące z sekundy na sekundę tarcze zaś nie wytrzymają długo tak
potężnej nawały ognia, zwłaszcza że lada moment do walki włączy się
trzeci okręt Obcych.
Kolejny wstrząs był dłuższy i silniejszy. Gdyby nie uprzęże, wachtowi
powylatywaliby z kokonów foteli.
- Straciliśmy Ba7, Bb6 i Bb2. Bb4 na piętnastu procentach mocy.
Przeciwnik nie przejmował się już tak bardzo bronią kinetyczną.
Wiedział, że nawet sto równoczesnych trafień nie zdejmie mu osłon
czołowych. Skupił więc ogień na tarczach baterii turbolaserowych i na
pozbawionej osłony rufie, na której znajdowały się bliźniacze reaktory
krążownika.
- Łącz mnie z bazą! Natychmiast! - wycharczał komandor w kierunku
roztrzęsionego Honveda.
FSS Walternest Rutheford, duma korpusu dalekiego zwiadu, zamienił się
w obłok rozgrzanej do białości plazmy, zanim bosman zdążył wykonać ten
rozkaz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki