Pola dawno zapomnianych bitew (Tom 3). Na krawędzi zagłady - Robert J. Szmidt

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (20,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O TOMIE PIERWSZYM NAPISANO:

"Autor kreuje łatwo przy­swa­jalną wizję przy­szło­ści, zbu­do­waną z kla­sycz­nych i dobrze zna­nych ele­men­tów, dopra­wioną odro­biną humoru, wartką akcją i zaka­mu­flo­wa­nym nieco głęb­szym prze­sła­niem. (...) Szmidt ser­wuje bar­dzo popową, lekką lek­turę z atrak­cyj­nym zakoń­cze­niem będącą jed­no­cze­śnie obiet­nicą znacz­nie więk­szego roz­ma­chu i roz­wi­nię­cia zapre­zen­to­wa­nego świata w dal­szych czę­ściach. Warto cze­kać".

www.dzi­ka­banda.pl

"Zimny i bru­talny jest wszech­świat kosmicz­nych żoł­nie­rzy przy­szło­ści z prozy Roberta J. Szmidta. (...) Jest misja, przy­mus, odpo­wie­dzial­ność i smu­tek. I jesz­cze wola prze­trwa­nia".

Repu­blika kobiet - Syl­wia Skor­stad

"Robert J. Szmidt - czło­wiek, od któ­rego zaczęło się odro­dze­nie pol­skiej fan­ta­styki w XXI wieku, który wymy­ślił i pro­wa­dził maga­zyn "Science Fic­tion", kiedy wszy­scy pukali się w głowę, że to totalny bez­sens, wydał wła­śnie nową książkę. (...) To bar­dzo dobra, roz­ryw­kowa space opera z cie­ka­wymi boha­te­rami, wartką akcją i nie­po­ko­ją­cymi pyta­niami".

Alek­san­der Kusz, szor­tal.com

Opi­nie z por­talu Lubi­my­Czy­tać (362 oceny, śred­nia ocena: 7,38/10)

"Z taką książką nawet naj­bar­dziej ponury dzień czło­wie­kowi nie prze­szka­dza. Żeby nie roz­wle­kać: Łatwo być Bogiem to stara dobra fan­ta­styka, ale napi­sana po fil­mo­wemu. Chwi­lami mia­łem wra­że­nie, że oglą­dam rasowe SF w kinie".

Woj­tek Gra­bow­ski

"Ta powieść zupeł­nie mnie nie zasko­czyła. Czemu? Bowiem po tym auto­rze spo­dzie­wa­łem się dokład­nie takiej prozy: cie­ka­wej, dyna­micz­nej fan­ta­styki ze zna­kiem wyso­kiej jako­ści, która pod wierzch­nią, roz­ryw­kową war­stwą stara się pytać o rze­czy ważne i zna­czące. I to wła­śnie w naj­now­szej książce Szmidta dosta­łem".

Kon­rad

"Moim zda­niem dzięki powie­ści Łatwo być Bogiem Robert Szmidt staje w sze­regu wiel­kich mistrzów fan­ta­styki, takich jak Asi­mov, Clarke czy Aldiss. Autor ser­wuje nam kla­syczną, twardą kosmiczną fan­ta­stykę. I oka­zuje się, że z takiej fan­ta­styki się nie wyra­sta. Książka jest napi­sana świet­nym języ­kiem - żywym, auten­tycz­nym. I naprawdę trudno odry­wać się od czy­ta­nia".

McRap1972

O TOMIE DRUGIM NAPISANO:

"(...) wpro­wa­dza powiew świe­żo­ści do tego gatunku. Świetni boha­te­ro­wie, dyna­miczna walka, pla­styczne opisy. Czego chcieć wię­cej? Moja ocena to 9/10".

Ksiaz­ki­na­wie­czor.blog­spot.com

"Powie­dzieć, że druga część cyklu "Pola dawno zapo­mnia­nych bitew" Roberta J. Szmidta oka­zała się rów­nie dobra, jak otwie­ra­jąca serię powieść Łatwo być Bogiem, to jawne kłam­stwo. Ucieczka z raju oka­zuje się książką jesz­cze lep­szą, świet­nie roz­wi­ja­jącą nie­które wątło naszki­co­wane wątki swo­jej poprzed­niczki (...). Z naj­now­szej książki Roberta J. Szmidta jestem zado­wo­lony jak dia­bli!"

Glo­skul­tury.pl

"Szmidt w naj­lep­szej for­mie - to chyba wystar­cza­jąca reko­men­da­cja tej książki zawarta w jed­nym zda­niu. Każdy fan Roberta po tej kwe­stii powi­nien się­gnąć po tę pozy­cję, a ci, któ­rzy z prozą Szmidta się dotych­czas nie spo­tkali (są tacy?), powinni nad­ro­bić braki".

pola­cy­nie­gesi.qs.pl

"Lek­tura kolej­nych roz­dzia­łów jest jak zja­da­nie pączka: przy­jemna, z każ­dym kęsem coraz lep­sza i z cze­ka­jącą wewnątrz nie­spo­dzianką. Drugi tom cyklu "Pola dawno zapo­mnia­nych bitew" potwier­dza, że Robert Szmidt ma świetne pomy­sły i potrafi dosko­nale pro­wa­dzić czy­tel­nika... na manowce".

geek-woman.blog­spot.com

Opi­nie z por­talu Lubi­my­Czy­tać (179 ocen, śred­nia ocena: 7,85/10)

"Pole­cam każ­demu miło­śni­kowi fan­ta­styki i science fic­tion! Nie zawie­dzie­cie się, słowo har­ce­rza!"

Woj­tek Gra­bow­ski

"Fan­ta­styczne roz­wi­nię­cie wąt­ków zasy­gna­li­zo­wa­nych w pierw­szym tomie, do tego szczypta zaga­dek i nie­słab­nąca akcja. Boha­te­ro­wie, z któ­rymi można się zżyć i za któ­rych trzyma się kciuki, wyda­rze­nia, które nie pozo­sta­wiają obo­jęt­nym. A to wszystko roz­grywa się w kosmo­sie, któ­rego wizja nad­zwy­czaj­nie do mnie prze­ma­wia. Może dla­tego, że wycho­wa­łam się na fil­mach space ope­ro­wych, które ta książka mi przy­po­mina? Stare dobre SF w naj­lep­szym wyda­niu! Pole­cam gorąco".

Jad­che

"Peł­no­krwi­ści boha­te­ro­wie, a do tego akcja, akcja i jesz­cze raz akcja. Działo się tyle, że star­czy­łoby na kilka ksią­żek. Intrygi, podej­ścia, rato­wa­nie całych pla­net, woj­sko, flota kosmiczna, wojna, Obcy - mio­dzio".

Jacek Weso­łow­ski

PROLOG

Sys­tem Ulietta, Sek­tor Zebra,

28.10.2354

- Uwie­rzy­łeś w to, że po nas wrócą?

Zabyt­kowa lor­netka - pry­mi­tywny, w pełni mecha­niczny przy­rząd, któ­rym ludzie posłu­gi­wali się w epoce, gdy prze­strzeń wokół Ziemi wyda­wała im się osta­teczną, nie­prze­kra­czalną gra­nicą - nie dotarła do oczu Fitza. Choć jej optyka była bar­dzo pro­sta, a powięk­sze­nie żało­śnie małe, to tutaj, tak bli­sko jaskiń, dawny szef pionu badaw­czego kolo­nii nie pozwo­liłby sobie na uży­cie jakie­go­kol­wiek elek­tro­nicz­nego sprzętu.

Od roz­po­czę­cia ataku minęły już nie­mal cztery pełne doby, lecz Oli­wer­ner na­dal nie miał cał­ko­wi­tej pew­no­ści, czy Obcy dokoń­czyli dzieła znisz­cze­nia i natych­miast opu­ścili sys­tem, jak to mieli w zwy­czaju. Wpraw­dzie agre­so­rzy zacho­wy­wali się w taki wła­śnie spo­sób pod­czas wszyst­kich zare­je­stro­wa­nych ata­ków, ale obaj - kapi­tan Święcki i on - zda­wali sobie sprawę z jed­nego: Delta Ulietty mogła sta­no­wić wyją­tek od tej reguły.

Liniowce ma'lahn ni­gdy wcze­śniej nie ude­rzyły na tęt­niący życiem tle­nowy świat, na któ­rym nie wystar­czyło znisz­czyć infra­struk­turę, by pozba­wić czło­wieka moż­li­wo­ści prze­ży­cia. Nikt więc nie mógł zarę­czyć ukry­wa­ją­cym się w jaski­niach kolo­ni­stom, że tym razem sprawy nie poto­czą się ina­czej; że Obcy nie pozo­staną w sys­te­mie dłu­żej albo że nie zejdą na powierzch­nię czy też że nie będą moni­to­ro­wać sytu­acji na pla­ne­cie, pozo­sta­wiw­szy na jej orbi­cie sieć uzbro­jo­nych sate­li­tów i sond.

Z tego wła­śnie powodu Fitz usta­lił z Hen­ry­anem ści­sły har­mo­no­gram dzia­łań. Jed­nym z jego klu­czo­wych ele­men­tów było wyzby­cie się przez oca­la­łych wszel­kich urzą­dzeń, któ­rych pro­mie­nio­wa­nie widma mogło zdra­dzić pozy­cje ukry­wa­ją­cych się ludzi, a tych pozo­stało na Del­cie ponad osiem tysięcy, licząc obsadę pod­wod­nego reak­tora.

- Dał mi słowo - odpo­wie­dział wolno Oli­wer­ner, zer­ka­jąc na daw­nego zastępcę, Pau­lis­sesa Brina, sześć­dzie­się­cio­pię­cio­let­niego ciem­no­skó­rego, sko­śno­okiego geo­loga, który przed ata­kiem był jed­nym z jego naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków i zara­zem współ­au­to­rem ryzy­kow­nego planu prze­nie­sie­nia reszty kolo­ni­stów do jaskiń. - Przy­leci po nas.

Tak, wie­rzył Święc­kiemu. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że dowo­dzący ope­ra­cją ewa­ku­acji Ulietty kapi­tan sta­nie na gło­wie, by ich stąd wycią­gnąć. Zda­wał sobie jed­nak sprawę, że czło­wiek, który obie­cy­wał mu jak naj­szyb­szy powrót na Deltę, jest tylko nie­wiel­kim try­bi­kiem w bez­dusz­nej gar­gan­tu­icz­nej machi­nie floty, zatem osta­teczna decy­zja o wysła­niu kon­woju na tery­to­ria zaj­mo­wane przez Obcych nie­ko­niecz­nie musi nale­żeć do niego. Skrzy­wił się na tę myśl, jakby jej kwa­śna wymowa dotarła jakimś cudem do jego kub­ków sma­ko­wych.

Pau­lis­ses pokrę­cił głową.

- A ja uwie­rzę, kiedy zoba­czę nad hory­zon­tem nasze waha­dłowce - rzu­cił z nie­wiele wesel­szą miną.

W prze­ci­wień­stwie do Fitza od samego początku był prze­ko­nany, że ostat­nich miesz­kań­ców Delty pozo­sta­wiono na pastwę losu. Mówił o tym wprost, bez ogró­dek, ale tylko wtedy, gdy zna­lazł się sam na sam z prze­ło­żo­nym. Przy resz­cie kolo­ni­stów zgry­wał twar­dziela, który jest pewien rychłego ratunku i oca­le­nia. Pod­czas ostat­niej fazy ewa­ku­acji zadbał jed­nak o to, by do jaskiń tra­fiło dużo wię­cej lio­fi­li­zo­wa­nej żyw­no­ści niż trzeba. To wła­śnie dzięki jego zapo­bie­gli­wo­ści pozo­sta­wio­nym przez Święc­kiego kolo­ni­stom żar­cia wystar­czy na dwa albo nawet trzy mie­siące, jeśli odpo­wied­nio szybko zacznie się je racjo­no­wać.

- Nie siej defe­ty­zmu. - Oli­wer­ner zakoń­czył tę wymianę zdań, przy­kła­da­jąc oku­lary antycz­nej lor­netki do oczu.

Wyszli na powierzch­nię po czte­rech dobach, by spraw­dzić, czy Obcy wykryli i znisz­czyli przy­nęty roz­miesz­czone na prze­ciw­le­głym krańcu sze­ro­kiej doliny. Pięć­dzie­się­cio­krotne wzmoc­nie­nie nie pozwa­lało dostrzec więk­szej liczby szcze­gó­łów, ale było wystar­cza­jące, żeby Fitz zoba­czył to, co powi­nien.

W odle­gło­ści czte­rech kilo­me­trów od masywu, pod któ­rym ukryto ewa­ku­owa­nych kolo­ni­stów, z morza mgieł wyła­niał się samotny szczyt. To wła­śnie tam, u jego pod­stawy, przy gór­nej gra­nicy rafy - Oli­wer­ner uwa­żał, że nazwa ta pasuje jak ulał do cią­gną­cych się aż po hory­zont kolo­nii strzy­go­ro­gów, naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nego gatunku del­tań­skiej fauny - zlo­ka­li­zo­wano pierw­szy z dobrze zama­sko­wa­nych obiek­tów: nie­wielki ste­ro­wiec wydru­ko­wany tuż przed ewa­ku­acją z ultra­lek­kich two­rzyw orga­nicz­nych. Fitz potrze­bo­wał dłuż­szej chwili, by go namie­rzyć. Owalny kadłub przy­po­mi­na­jący kształ­tem sta­ro­żytną piłkę do fut­bolu ame­ry­kań­skiego miał tę samą barwę i fak­turę co ota­cza­jące go zwie­rzęta, został także pokryty cha­rak­te­ry­stycz­nymi zgru­bie­niami, by oka wyma­lo­wa­nych na poszy­ciu skrzy­deł wyglą­dały jak naj­bar­dziej natu­ral­nie.

Ota­cza­jące go koron­kowe wachla­rze strzy­go­ro­gów poru­szały się chwiej­nie na sil­nym wie­trze niczym korony dzi­wacz­nych dwu­wy­mia­ro­wych drzew. Różo­wawe błony oto­czone fio­le­to­wymi zgru­bie­niami kost­nymi fil­tro­wały bez ustanku prze­pły­wa­jące przez mikro­pory powie­trze, wyła­wia­jąc każde nasiono, każdy uło­mek innego osob­nika, każdą cząstkę nada­jącą się do stra­wie­nia. Tylko w ten spo­sób osia­dłe na rafie orga­ni­zmy mogły zdo­być poży­wie­nie. A potrze­bo­wały go sporo, by utrzy­mać w dobrej kon­dy­cji liczące nawet po kilka metrów wachla­rzo­wate skrzy­dła.

- Numer jeden nie­tknięty - mruk­nął z satys­fak­cją Fitz, kie­ru­jąc te słowa do zastępcy.

- Świet­nie. To zna­czy, że ich sondy nie zwra­cają uwagi na przed­mioty wyko­nane z two­rzyw orga­nicz­nych, na któ­rych nie ma żad­nej elek­tro­niki - rzu­cił w odpo­wie­dzi Brin.

Oli­wer­ner miał już na końcu języka kąśliwą odpo­wiedź, że Obcy mogą być podobni do ludzi i nie przy­kła­dać się do roboty jak trzeba, ale nagle dotarło do niego, że ska­no­wa­niem powierzchni pla­nety zaj­mują się z pew­no­ścią roboty i kom­pu­tery, które trudno podej­rze­wać o leni­stwo.

Druga przy­nęta znaj­do­wała się w odle­gło­ści sied­miu kilo­me­trów. Była to maszyna zro­biona z two­rzyw sztucz­nych, wypo­sa­żona w dwa sta­ro­modne, mało wydajne sil­niki elek­tryczne. Jeśli i ona... - pomy­ślał Fitz i zmełł w ustach prze­kleń­stwo. Choć punkt, któ­rego szu­kał, był bar­dziej odda­lony, żad­nych pro­ble­mów nie nastrę­czyło namie­rze­nie ste­rowca. A raczej wypa­trze­nie miej­sca, w któ­rym został uprzed­nio zawie­szony. W stro­mym kli­fie skal­nego masywu i w samej rafie ział wielki, czarny, wyryty poci­skiem kine­tycz­nym kra­ter.

- I to by było na tyle - stwier­dził, odkła­da­jąc lor­netkę.

Nie musiał wyszu­ki­wać kolej­nych przy­nęt. Każda z nich była bar­dziej zme­cha­ni­zo­wana i sztuczna, a przez to łatwiej­sza do wykry­cia przez ska­nery. Roz­miesz­cza­jąc je na obrze­żach doliny, chcieli spraw­dzić, jak bar­dzo będą musieli uwa­żać po wyj­ściu z jaskiń, gdyby Obcy mimo wszystko posta­no­wili pil­no­wać opusz­czo­nego przez ludzi raju.

Na razie wiele wska­zy­wało na to, że oca­leni mogą zapo­mnieć o uży­wa­niu pojaz­dów napę­dza­nych mecha­nicz­nie, nawet jeśli zostały one wypo­sa­żone w archa­iczne sil­niki elek­tryczne.

Brin przy­tak­nął, nie odry­wa­jąc wzroku od hory­zontu na połu­dnio­wym wscho­dzie.

Gdzieś tam, nie­mal dwa tysiące kilo­me­trów od jaskiń, znaj­do­wała się kolo­nia, a raczej to, co z niej zostało. Jeśli Święcki nie zor­ga­ni­zuje wyprawy ratun­ko­wej...

Fitz spoj­rzał na zega­rek, kolejny mecha­niczny relikt epoki pre­ko­smicz­nej, także wyko­nany dzięki ultra­pre­cy­zyj­nym dru­kar­kom kor­po­ra­cji.

- Mamy jesz­cze minutę.

Obaj zwró­cili spoj­rze­nia na zachód.

Pozo­stało im już tylko jedno. Musieli pocze­kać, aż uak­tywni się szóstka ukry­tych w głę­bo­kiej sztolni sond. Urzą­dze­nia te wystar­tują dokład­nie za pięć­dzie­siąt dwie sekundy, wzniosą się na pułap sze­ściu tysięcy metrów, by nada­wać stam­tąd komu­ni­katy kie­run­kowe do fik­cyj­nej bazy umiej­sco­wio­nej pośrodku wyjąt­kowo buj­nej rafy, poło­żo­nej w odle­gło­ści ponad czter­dzie­stu kilo­me­trów od jaskiń. Jeśli ma'lahn pozo­stali w sys­te­mie, powinni na to zare­ago­wać.

- Teraz!

Nie mogli zoba­czyć ani usły­szeć startu nie­wiel­kich maszyn korzy­sta­ją­cych z napędu gra­wi­ta­cyj­nego. Mimo to spo­glą­dali w stronę maja­czą­cych za hory­zon­tem sinych szczy­tów, trzy­ma­jąc kciuki w nadziei, że spo­koju pogó­rza nie zakłóci w naj­bliż­szym cza­sie żaden błysk, żaden dźwięk. Ocze­ki­wa­nie mogło potrwać nawet do stu czte­rech godzin, jeśli odla­tu­jący z sys­temu Obcy znaj­do­wali się aktu­al­nie w pobliżu wylotu studni gra­wi­ta­cyj­nej, jed­nakże ludzie byli na to przy­go­to­wani. Zamie­rzali peł­nić warty na tej grani na zmiany, acz­kol­wiek nie tutaj, na gołych ska­łach, gdzie ich widma byłyby widoczne jak na dłoni, lecz kil­ka­set metrów niżej, na gra­nicy rafy, gdzie wykuto w ska­łach dobrze zama­sko­waną straż­nicę.

- Wra­caj do naszych - rzu­cił Fitz, który miał sta­nąć na war­cie pierw­szy. - Powiedz ludziom, jak wygląda sytua...

Nie zdą­żył dokoń­czyć zda­nia. Odle­głą, przy­po­mi­na­jącą nie­re­gu­larną pira­midę górę roz­świe­tlił jasny błysk. Oli­wer­ner spo­glą­dał wła­śnie w tam­tym kie­runku, zatem gdy zaci­snął mocno powieki, zoba­czył odbity na nich ślad. Od wiel­kiej plamy pośrodku bie­gła do góry, pod pew­nym kątem, długa pro­sta linia.

Pau­lis­ses, któ­rego wzrok został oszczę­dzony, przy­padł odru­chowo do skał, jakby się oba­wiał, że moc odle­głej eks­plo­zji zmie­cie ich z tej półki i ciśnie w kilo­me­trową prze­paść.

- A to skur­wy­klony! - wysy­czał, wodząc spoj­rze­niem po zasnu­tym gęstymi chmu­rami nie­bie.

JEDEN

Sys­tem Anzio, Sek­tor Zebra,

29.10.2354

- Wyklu­czone. - Rutta nie pod­niósł głosu, choć musiał po raz dwu­dzie­sty odpo­wia­dać na tę samą prośbę. A może i trzy­dzie­sty, jeśli liczyć wcze­śniej­sze pisemne kon­takty ze Święc­kim. - I na tym zakończmy defi­ni­tyw­nie tę sprawę - dodał.

- Oba­wiam się, gene­rale, że nie widzę takiej opcji - wyce­dził Hen­ryan.

- Może mi pan wytłu­ma­czyć, kapi­ta­nie, dla­czego za każ­dym razem, gdy z panem roz­ma­wiam, mam wra­że­nie déja vu?

W prze­ci­wień­stwie do byłego puł­kow­nika i wbrew zapew­nie­niom człon­ków Rady obie­cany awans Święc­kiego wciąż nie został ofi­cjal­nie zatwier­dzony, a w każ­dym razie infor­ma­cje o tym nie dotarły jesz­cze do sztabu trze­ciego meta­sek­tora.

- Nie dzi­wię się, gene­rale. W kółko maglu­jemy ten sam temat.

- Co robimy? - zdu­miał się Rutta.

- To jedno z powie­dzo­nek mojego ojca, sir. Jeśli dobrze pamię­tam, cho­dzi o...

- Nie­ważne - prze­rwał mu obce­sowo prze­ło­żony. - Mam lep­sze zaję­cia niż słu­cha­nie wyja­śnień nikomu nie­zna­nych, archa­icz­nych porze­ka­deł. Pań­ska prośba...

- Moje żąda­nie - popra­wił go bez­na­mięt­nym tonem kapi­tan.

- Pań­ska prośba - powtó­rzył Rutta, nie kry­jąc roz­draż­nie­nia - została odda­lona. De-fi-ni-tyw-nie - pod­kre­ślił. - Far­land zapo­wie­dział mi dzi­siaj rano, że jeśli jesz­cze raz zoba­czy to nagra­nie, oso­bi­ście zadba, by prze­nie­siono pana na pierw­szy lep­szy nisz­czy­ciel i pozba­wiono dostępu do sys­temu łącz­no­ści szta­bo­wej. Chce pan tego, kapi­ta­nie? - zaak­cen­to­wał ostat­nie słowo, jakby pró­bo­wał uzmy­sło­wić Święc­kiemu, gdzie może, choć nie musi, tkwić przy­czyna opóź­nie­nia awansu.

- Nie chcę, sir, ale jak pan zapewne pamięta, dałem tym ludziom...

Wysoko unie­siona dłoń gene­rała uci­szyła go, zanim dokoń­czył.

- Nie powi­nien pan obie­cy­wać cze­goś, co tak dalece wykra­cza poza pań­skie kom­pe­ten­cje.

- Sądzi­łem...

- Jesz­cze nie skoń­czy­łem, kapi­ta­nie! - Tym razem w tonie prze­ło­żo­nego dało się wykryć coś wię­cej niż tylko cień gniewu. - Zle­cono panu dowo­dze­nie ważną misją ewa­ku­acyjną, ponie­waż jest pan inte­li­gent­nym i sumien­nym ofi­ce­rem. Pro­szę mi przy­po­mnieć, na ile admi­ra­li­cja osza­co­wała powo­dze­nie ewa­ku­acji Ulietty? Czter­dzie­ści pięć, pięć­dzie­siąt pro­cent?

- Pięć­dzie­siąt sześć, gene­rale.

- Wła­śnie, a panu udało się, wpraw­dzie w nieco nie­re­gu­la­mi­nowy spo­sób, ewa­ku­ować ponad dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent kolo­ni­stów. Oca­lił pan sto pięć­dzie­siąt tysięcy ludzi wię­cej, niż od pana wyma­gano, a panu na­dal coś nie pasuje?

- To "coś" ma twa­rze ośmiu tysięcy pozo­sta­wio­nych na Del­cie męż­czyzn i kobiet, gene­rale.

Rutta wes­tchnął ciężko. Czas zmie­nić podej­ście.

- Zro­zum mnie, czło­wieku - rzu­cił, prze­łknąw­szy dziw­nie gęstą ślinę. - Nie jestem w sta­nie prze­for­so­wać two­jego planu, a pró­bo­wa­łem, możesz mi wie­rzyć. Far­land też pocią­gnął za kilka sznur­ków, ponie­waż go wczo­raj o to popro­si­łem, choć nie powi­nie­nem... - Zamilkł na moment, jakby zbie­rał myśli. - Masz rację co do jed­nego: oni tam, na górze - wska­zał pal­cem sufit kajuty, mając na myśli znaj­du­jącą się setki lat świetl­nych od sta­cji, choć nie­ko­niecz­nie w tym kie­runku, admi­ra­li­cję - patrząc codzien­nie na nowe raporty i tabele, nie widzą w nich, jak my, zna­nych sobie ludzi, lecz suche dane. Liczby, sta­ty­styki. Ba, nie obcho­dzi ich, że każda pozy­cja po stro­nie strat ozna­cza czy­jąś oso­bi­stą tra­ge­dię, kolejne zmar­no­wane życie. Tak jest i choć się z tym nie zga­dzasz, tak musi być. W końcu to jest wojna, w osta­tecz­nym roz­ra­chunku liczy się coś wię­cej niż dobro jed­no­stek... - widząc, że Święcki otwiera usta, nie dał sobie prze­rwać i by pod­władny nie wybił go z rytmu, dodał szybko: - ...nawet jeśli są ich tysiące. Nawet gdyby były ich setki tysięcy lub miliony. Tak, wiem, jak to brzmi, ale na tym wła­śnie polega robota ludzi odpo­wie­dzia­nych za pla­no­wa­nie ope­ra­cyjne i stra­te­gię. Tysiąc ofiar to mniej niż dzie­sięć tysięcy. Lepiej poświę­cić milion kolo­ni­stów z trud­nych do ewa­ku­owa­nia pla­net, niż stra­cić przez to dwa miliony ist­nień. Tak się to liczy. Ty pod­cho­dzisz do kwe­stii Ulietty oso­bi­ście, ponie­waż pozna­łeś ludzi kry­ją­cych się za tymi licz­bami, ponie­waż dałeś pozo­sta­wio­nym kolo­ni­stom słowo honoru, jed­nakże dla admi­ra­li­cji rachu­nek jest pro­sty. Ryzyko wysła­nia na Deltę kon­woju w sytu­acji, gdy nie mamy bla­dego poję­cia, czy kto­kol­wiek prze­trwał atak - znów uniósł dłoń, by uci­szyć pro­test kapi­tana - bo tego nikt dzi­siaj nie może z całą pew­no­ścią wie­dzieć, jest zbyt duże. W ciągu czte­rech dni, jakie minęły od waszego odlotu z Delty, sondy Obcych poja­wiły się w kolej­nych dwu­dzie­stu dwóch sys­te­mach. T'iru starły z powierzchni pla­net sześć kolo­nii, w tym jedną nie­zwy­kle cenną kopal­nię metali ziem rzad­kich w wewnętrz­nym pasie aste­roid Tan­tala XIV. Tylko w te cztery dni na Rubie­żach zgi­nęło ponad trzy­dzie­ści tysięcy ludzi. Stra­ci­li­śmy ich pomimo wysił­ków wielu ekip ewa­ku­acyj­nych. Może nie tak hero­icz­nych jak twoje, ale... - Gene­rał zamilkł na moment, jakby stra­ciw­szy wątek. - Prawda jest taka, że nie mamy sił ani środ­ków, aby prze­nieść wszyst­kich ludzi znaj­du­ją­cych się w stre­fie zagro­że­nia, a pan, kapi­ta­nie - widząc po minie Święc­kiego, że przy­długi wykład odniósł sku­tek, Rutta wró­cił do ofi­cjal­nej tytu­la­tury - pan nalega, byśmy dali panu trans­por­towce, nie mówiąc o okrę­tach eskorty, i posłali je na wskroś sys­te­mów kon­tro­lo­wa­nych przez wroga aż do pasa U po ludzi, któ­rzy mogą już dawno nie żyć.

- Jestem pewien, że... - wybą­kał Hen­ryan.

- Pro­szę mi nie prze­ry­wać! - Gene­rał pod­niósł głos, przej­mu­jąc ponow­nie ini­cja­tywę. - Zdaje pan sobie sprawę z tego, że nasi szta­bowcy uwa­żają, iż Obcy nie pozo­sta­wili pod­bi­tych tery­to­riów bez kon­troli? - Święcki przy­tak­nął, choć z ocią­ga­niem. Rów­nież był zda­nia, że żaden sza­nu­jący się stra­teg nie popeł­niłby tak pod­sta­wo­wego błędu, wyli­czył jed­nak, że zdąży dole­cieć na Uliettę, zanim wróg zare­aguje, i wyraź­nie zazna­czył to w prze­sła­nych doku­men­tach. Nie rozu­miał więc, dla­czego Rutta przy­wo­łuje aku­rat ten argu­ment. - Pań­ski kon­wój - kon­ty­nu­ował tym­cza­sem ze spo­ko­jem gene­rał - żeby dostać się na Uliettę, musiałby wyko­nać trzy skoki przez ode­brane nam już sys­temy. Jak pan sądzi, kapi­ta­nie, gdzie zosta­li­by­ście prze­jęci? Na pewno nie na Smaugu, ale co do Torusa nie był­bym już taki pewny... - Rutta zawie­sił zna­cząco głos.

- Wzią­łem to pod uwagę w swo­ich obli­cze­niach - oświad­czył z prze­ko­na­niem Święcki. - Na Smaugu będziemy tylko przez trzy godziny. Lot na Torusa potrwa szes­na­ście stan­dar­dó­wek, do tego docho­dzi jesz­cze kwa­drans na drugi trans­fer i czas skoku na Uliettę, czyli kolejne czter­na­ście godzin. Jak pan widzi, poja­wi­li­by­śmy się w sys­te­mie doce­lo­wym trzy­dzie­ści trzy godziny po ewen­tu­al­nym wykry­ciu przez czuj­niki ma'lahn na Smaugu i około czter­na­stu godzin po usta­le­niu przez wroga praw­dzi­wego celu moich okrę­tów, a to...

- Świetny plan - zadrwił gene­rał, spo­glą­da­jąc na Hen­ry­ana z nie­zwia­stu­ją­cym niczego dobrego krzy­wym uśmiesz­kiem - przy zało­że­niu, rzecz jasna, że Obcy są skoń­czo­nymi debi­lami i fak­tycz­nie potrze­bują czter­dzie­stu paru godzin na reak­cję.

- Do tej pory tyle potrze­bo­wali. Nic też nie wska­zuje, by w tym wypadku miało być ina­czej. - Święcki na­dal był pewny swego, choć poczuł pierw­sze ukłu­cie nie­po­koju, dostrze­ga­jąc cień roz­ba­wie­nia na twa­rzy prze­ło­żo­nego.

- Naprawdę? - Rutta zało­żył ręce za plecy i zako­ły­sał się na obca­sach jak sier­żant sta­jący przed rekru­tem, któ­remu należy się zasłu­żony opieprz. - A nie przy­szło panu do głowy, kapi­ta­nie, że w takiej sytu­acji ma'lahn mogą wysłać prze­ciw wam t'iru skie­ro­wane wcze­śniej na inny cel? Powiedzmy... - pochy­lił się, by akty­wo­wać mapę sek­tora, a potem znów wypro­sto­wał plecy i z jesz­cze szer­szym uśmiesz­kiem dodał: - ...na Romu­lusa V, gdzie okręty Obcych są spo­dzie­wane za... - rzu­cił okiem na zegar - plus minus czter­dzie­ści godzin stan­dar­do­wych? Jeśli dobrze liczę, gdy­by­ście wyru­szyli teraz, wasz prze­lot przez Torusa VI zbiegłby się z ich tran­zy­tem przez Vic­kersa X - wymó­wił obie nazwy bar­dzo wolno i wyraź­nie - co z kolei ozna­cza, że mogą tam zostać poin­for­mo­wani o obec­no­ści pań­skiej eska­dry i o celu jej lotu. A stam­tąd dolecą na Uliettę w... nieco ponad jede­na­ście godzin. W naj­bar­dziej nie­sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach mogą więc dotrzeć do celu całe trzy godziny przed wami.

- Ni­gdy wcze­śniej... - zaczął Hen­ryan, ale zaraz umilkł, czu­jąc gorąco roz­le­wa­jące się po karku i twa­rzy. Nie wziął tego czyn­nika pod uwagę, ponie­waż Obcy do tej pory ani razu nie uczy­nili odstęp­stwa od planu. Dzia­łali meto­dycz­nie, jakby ich poczy­na­niami kie­ro­wały kom­pu­tery. Z dru­giej strony ma'lahn jak dotąd nie musieli reago­wać na podobne ruchy ucie­ka­ją­cych przed nimi ludzi...

Im dłu­żej się nad tym zasta­na­wiał, tym bar­dziej prze­ko­ny­wała go argu­men­ta­cja prze­ło­żo­nego. Nie zamie­rzał jed­nak odpusz­czać. To było tylko zało­że­nie, nie pew­nik.

- Odrzu­ci­łem tę wer­sję zda­rzeń jako mało praw­do­po­dobną, gene­rale - pod­jął, jed­nakże już nie tak hardo jak przed­tem. - Poza tym w razie bez­po­śred­niego zagro­że­nia zawsze możemy prze­rwać misję i zawró­cić.

Rutta poki­wał głową, nie odry­wa­jąc wzroku od mapy.

- A jeśli będą cze­kali na was przy samym punk­cie skoku, tak jak pan na nich pod­czas ewa­ku­acji Ulietty?

Święcki prze­łknął ślinę. Rutta tra­fiał cel­nie. Obcy mogliby zasto­so­wać manewr, któ­rego sam ich nauczył. "Mogliby" nie zna­czy jed­nak...

- Zabez­pie­czył­bym się, wyda­jąc jed­nost­kom roz­kaz prze­kie­ro­wa­nia całej mocy na ekrany czo­łowe oraz w razie wykry­cia wroga w rejo­nie wylotu studni gra­wi­ta­cyj­nej wyko­na­nia natych­mia­sto­wego skoku w pod­prze­strzeń. Ponie­waż nie zamie­rza­łem wda­wać się w walkę, przy wcze­śniej­szym wpro­wa­dze­niu danych znik­nę­li­by­śmy, zanim zro­bi­łoby się naprawdę gorąco. Straty byłyby... co naj­wy­żej mini­malne.

- Tak... - Ręce gene­rała znów zawę­dro­wały za plecy. - Jeśli daliby wam te dwa­na­ście sekund potrzeb­nych na roz­grza­nie akce­le­ra­to­rów, co jest mocno wąt­pliwe. Ale załóżmy, że byliby tak głupi. Ska­cze­cie i co dalej?

- Nic. - Hen­ryan wzru­szył ramio­nami. - Każda jed­nostka wró­ci­łaby do bazy na wła­sną rękę.

- Rozu­miem. Ile potrze­bo­wa­łyby na to czasu?

- Nie znam dokład­nych para­me­trów wyj­ścio­wych pierw­szego skoku - zastrzegł się Hen­ryan - więc nie mogę odpo­wie­dzieć na tak posta­wione pyta­nie.

- Z grub­sza licząc - nie ustę­po­wał gene­rał.

Święcki wyko­nał kilka dzia­łań w myślach.

- Sześć do ośmiu dni stan­dar­do­wych.

- W naj­lep­szym razie sześć dni, powiada pan, kapi­ta­nie - powtó­rzył Rutta, roz­cią­ga­jąc wargi w uśmie­chu. - Czyli nie byłoby ich tutaj w sumie osiem dni, jeśli doli­czymy czas potrzebny na dotar­cie do punktu skoku na Toru­sie, albo nawet dzie­sięć, jeśli weź­miemy pod uwagę bar­dziej wywa­żone sza­cunki. Dzie­sięć dni stan­dar­do­wych, pod­czas któ­rych prze­ka­zane pod pań­skie dowódz­two trans­por­towce mogłyby ewa­ku­ować... - teraz Rutta musiał coś prze­li­czyć w pamięci - ...miesz­kań­ców sze­ściu innych sys­te­mów, czyli jakieś czter­dzie­ści do pięć­dzie­się­ciu tysięcy osób, ale nie zro­bią tego, ska­zu­jąc tych ludzi na pewną śmierć, ponie­waż wezmą udział w wypra­wie po kolo­ni­stów, któ­rzy rów­nie dobrze mogą już być mar­twi. Czy rozu­mie pan teraz, dla­czego jakiś stary pier­dziel z admi­ra­li­cji, któ­remu zle­cono ana­lizę pań­skiego planu, uznał, że z per­spek­tywy dowódz­twa i tej wojny nie ma on naj­mniej­szego sensu? - Gene­rał spo­waż­niał w sekun­dzie. - Z jed­nej strony mamy osiem tysięcy cze­ka­ją­cych na ratu­nek kolo­ni­stów, któ­rzy... pozwoli pan, że powtó­rzę... mogą już nie żyć, oraz bar­dzo wyso­kie praw­do­po­do­bień­stwo utraty kilku nie­zwy­kle cen­nych trans­por­tow­ców pod­czas ryzy­kow­nej ope­ra­cji ratun­ko­wej, a z dru­giej pięć­dzie­siąt tysięcy ludzi, któ­rych te same jed­nostki prze­trans­por­tują bez­piecz­nie dwa pasy dalej, do stref, od jakich udało się, przy­naj­mniej chwi­lowo, odcią­gnąć wroga, by stam­tąd mogli tra­fić trans­por­tem cywil­nym nawet na drugi kra­niec pod­bi­tej przez nas prze­strzeni, gdzie będą w spo­koju żyć i pra­co­wać na nasze przy­szłe zwy­cię­stwo. Jakiego wyboru doko­nałby pan, kapi­ta­nie, mając przed sobą takie dane?

Hen­ryan mil­czał. Od początku zda­wał sobie sprawę, że nie będzie łatwo, poza tym była to dla niego, jak słusz­nie zauwa­żył prze­ło­żony, sprawa oso­bi­sta. Zło­żył obiet­nicę, z któ­rej na­dal zamie­rzał się wywią­zać.

- Gdy­bym miał wybór, nie przy­jął­bym pracy pole­ga­ją­cej na podej­mo­wa­niu podob­nych decy­zji - odpo­wie­dział zdła­wio­nym gło­sem, czu­jąc gorycz prze­gra­nej.

- Wojna, kapi­ta­nie, jest nie­prze­rwa­nym cią­giem nie­skoń­cze­nie okrut­nych czy­nów, ale ani ja, ani tym bar­dziej pan nie zdo­łamy tego zmie­nić. Jedyne, co możemy zro­bić, to słu­żyć jak naj­le­piej naszej spra­wie. - Rutta spoj­rzał Święc­kiemu pro­sto w oczy. - Powiem to panu raz, pro­szę więc mnie słu­chać uważ­nie. Nie posła­łem pana do dia­bła na samym wstę­pie tylko dla­tego, że zaim­po­no­wał mi pan swoją postawą na Uliet­cie. Tak, podzi­wiam pań­ski upór w dąże­niu do celu i pomy­sło­wość, która pozwala panu dopi­nać swego, ale... są pewne gra­nice, któ­rych nie wolno mi prze­kro­czyć, choć naprawdę gorąco panu kibi­cuję. I nie tylko ja zresztą. Zro­bi­li­śmy z Far­lan­dem co w naszej mocy, by panu pomóc, może mi pan wie­rzyć, ale to, o co pan prosi, jest zwy­czaj­nie nie­wy­ko­nalne. W każ­dym razie nie tutaj i nie teraz. Potrze­bu­jemy jesz­cze co naj­mniej pół roku i ewa­ku­acji paru miliar­dów kolo­ni­stów, zanim będziemy gotowi do pod­ję­cia wyrów­na­nej walki z wro­giem. A z każ­dym tygo­dniem będzie gorzej. Musi pan mieć świa­do­mość, że w ciągu nad­cho­dzą­cych mie­sięcy zginą miliony, a kto wie, czy nie dzie­siątki milio­nów ludzi. Obcy zabiją ich, choć­by­śmy wypruli sobie żyły, doko­nu­jąc podob­nych cudów jak pan na Del­cie. To nie­unik­nione, dla­tego... Dla­tego cza­sem lepiej odpu­ścić.

- Dałem im słowo... - zaczął nie­pew­nie Święcki, ale nie­mal natych­miast zamilkł, sły­sząc, że komu­ni­ka­tor prze­ło­żo­nego ożył.

Rutta pochy­lił się nad kon­solą kom­pu­tera, na moment tylko, lecz i tak gdy pro­sto­wał plecy, wyda­wał się bled­szy niż jesz­cze przed chwilą, choć wra­że­nie to mogła potę­go­wać poświata bijąca od włą­czo­nego holo­pro­jek­tora.

- ...i nie dotrzyma go pan, kapi­ta­nie - gene­rał dokoń­czył prze­rwaną wypo­wiedź pod­ko­mend­nego - ponie­waż nasi prze­ło­żeni nie wyra­zili zgody na reali­za­cję pań­skiego planu. Zatem to nie pan ponosi winę za zła­ma­nie obiet­nicy.

- To nie takie pro­ste, jak by się wyda­wało.

- Wiem, ale zapew­niam pana, że choć dzi­siaj czuje się pan jak skoń­czony szu­bra­wiec, za mie­siąc nie będzie pan nawet pamię­tał o tych ludziach - oznaj­mił Rutta.

Hen­ryan posłał mu jado­wite spoj­rze­nie i wyce­dził przez zęby:

- Wąt­pię.

- Ręczę za to głową. W naj­bliż­szym cza­sie będziemy musieli pod­jąć wiele gor­szych decy­zji. Pan, ja i wszy­scy, któ­rych znamy.

- Nie rozu­miem...

Rutta uśmiech­nął się bez cie­nia rado­ści.

- Wła­śnie otrzy­ma­łem infor­ma­cję, że Rada zde­cy­do­wała o bez­zwłocz­nej ewa­ku­acji War­szawy.

Święcki drgnął, sły­sząc zna­jomą nazwę. Flota i admi­ra­li­cja robiły wszystko, aby odcią­gnąć t'iru od jedy­nego - jeśli nie liczyć Delty Ulietty, rzecz jasna - sys­temu z pla­netą tle­nową w zewnętrz­nych pasach Rubieży. Z tego, co Hen­ryan wie­dział, Obcy na razie dali się zwieść, ale... prę­dzej czy póź­niej odkryją prawdę. Ma'lahn kie­ro­wali się do tej pory na źró­dła naj­ak­tyw­niej­szych trans­mi­sji, ata­ku­jąc i doszczęt­nie nisz­cząc duże, choć cał­ko­wi­cie wylud­nione fał­szywe kolo­nie, dzięki czemu nie zwra­cali uwagi na sam skraj ramie­nia i znaj­du­jące się tam naj­więk­sze sku­pi­sko lud­no­ści w tej czę­ści meta­sek­tora. Szczę­ście nie mogło jed­nak trwać wiecz­nie, zatem reak­cja Rady wyda­wała się uza­sad­niona, acz­kol­wiek Święcki, gdyby pozwo­lono mu decy­do­wać, wydałby ten roz­kaz dopiero za jakiś czas. Chyba że o czymś nie wie­dział...

- Skąd ten nagły pośpiech? - zapy­tał, nie mając wiel­kich nadziei na wyja­śnie­nia.

- Wygląda na to, że wojna wkro­czyła w nową fazę - odparł zamy­ślony Rutta. - W pasie Z poja­wiły się nowe sondy Obcych. Są ich dzie­siątki. W ciągu ostat­nich trzech godzin stra­ci­li­śmy sta­cje prze­kaź­ni­kowe w czter­dzie­stu dwóch sys­te­mach tran­zy­to­wych, a podej­rze­wam, że to dopiero począ­tek pro­ble­mów.

- Czy... - zaczął ostroż­nie Święcki.

- Nie - odpo­wie­dział Rutta, jakby czy­ta­jąc mu w myślach. - Nie przy­dzie­lono pana do ope­ra­cji War­szawa. Zostaje pan w Sek­to­rze Sierra. Odprawa dowódz­twa trze­ciej floty za kwa­drans. Za godzinę mamy opu­bli­ko­wać nowy har­mo­no­gram misji. Tak jak mówi­łem, będzie naprawdę źle.

Hen­ryan przy­jął tę infor­ma­cję zdaw­ko­wym ski­nie­niem głowy.

- Damy radę.

- Nie wąt­pię, ale tym razem czeka pana dodat­kowa trud­ność - oświad­czył gene­rał, wra­ca­jąc wzro­kiem do wyświe­tla­cza komu­ni­ka­tora, na który spły­wały kolejne doku­menty. - Admi­ra­li­cja odbiera panu cztery trans­por­towce.

- Ale... - Święcki zanie­mó­wił.

Z dzie­się­ciu okrę­tów tej klasy, jakimi dys­po­no­wał, zosta­nie mu sześć, a zadań, podob­nie jak wyma­gań, na pewno nie ubę­dzie.

- I tak został pan potrak­to­wany ulgowo - zapew­nił go Rutta. - Z tego, co widzę, kapi­ta­nie, więk­szość eskadr ewa­ku­acyj­nych została okro­jona o sześć­dzie­siąt do sie­dem­dzie­się­ciu pro­cent stanu sprzę­to­wego. Dajemy wszystko, co możemy, na War­szawę. Bez­po­śred­nie pole­ce­nie Rady. Zro­zu­miano?

- Tak jest.

- W takim razie... - Gene­rał wska­zał mu wyj­ście. Hen­ryan zasa­lu­to­wał, zebrał się w sobie, ale mimo to pozo­stał na miej­scu. - Coś jesz­cze? - Rutta zmie­rzył go zdzi­wio­nym wzro­kiem.

- Gdy­bym przy­szedł kwa­drans póź­niej, mógłby mi pan oszczę­dzić tego kaza­nia - rzu­cił Święcki, zebraw­szy myśli.

- Ow­szem, mógł­bym - przy­znał prze­ło­żony - ale i tak by je pan usły­szał. Chcia­łem, by dotarło do pana, że bez względu na oko­licz­no­ści nie otrzy­małby pan zgody na tę ope­ra­cję. Chcia­łem też, żeby pan zro­zu­miał, iż my, trepy, nie jeste­śmy aż tak wiel­kimi skur­wy­klo­nami, za jakich pan nas ma. A w każ­dym razie przy­naj­mniej nie­któ­rzy z nas nie zasłu­gują na to miano.

- Ja...

- Dajmy już spo­kój, kapi­ta­nie. Za moment zacznie się nie­zła jazda, która potrwa co naj­mniej kilka tygo­dni. Pro­szę się sku­pić na nowych zada­niach i jak naj­mniej myśleć o Del­cie. Nie żar­to­wa­łem, mówiąc o okro­pień­stwach, jakich będziemy świad­kami. Przy tak okro­jo­nym sprzę­cie i wąskich ramach cza­so­wych...

- Zro­bię co w mojej mocy! - Ta dekla­ra­cja powinna zabrzmieć dobit­niej, lecz Hen­ryan nie umiał wykrze­sać z sie­bie nawet krzty ani­mu­szu.

- Wiem, kapi­ta­nie. Może pan odejść! - Rutta odpo­wie­dział na kolejny salut i odpro­wa­dził wzro­kiem pod­wład­nego, który nie­pew­nym kro­kiem kie­ro­wał się do włazu. - Jesz­cze jedno... - dodał, zanim Święcki prze­kro­czył próg.

- Słu­cham, gene­rale?

- Dobra rada, kapi­ta­nie. Poza­re­gu­la­mi­nowa. Kolo­nia na Del­cie nale­żała do mega­kor­po­ra­cji. Zro­bił pan dla niej wiele dobrego, zaosz­czę­dził pan jej także mnó­stwa pie­nię­dzy. Pro­szę to wyko­rzy­stać. Pro­szę odszu­kać oca­lo­nych waż­nia­ków z Ulietty i poroz­ma­wiać z nimi. Może EB szarp­nie się na wła­sną misję ratun­kową. Zna­jąc realia, nie ocze­ki­wał­bym od wła­ści­ciela tej firmy zbyt wiele, ale kto wie... Ma pan prze­cież nie­złego asa w ręka­wie.

- Asa? - zdzi­wił się Hen­ryan.

- Hałdy rudy pozo­sta­wio­nej w kra­te­rze - pod­po­wie­dział mu Rutta. - Sze­fo­stwo EB nie miało dostępu do pań­skich rapor­tów...

- Nie był­bym tego taki pewny - mruk­nął Hen­ryan.

Ktoś prze­cież uprze­dził zarząd kolo­nii o gro­żą­cym nie­bez­pie­czeń­stwie, umoż­li­wia­jąc lokal­nym pre­ze­som ucieczkę na dwa dni przed ogło­sze­niem ewa­ku­acji. Taki cynk mógł dać tylko infor­ma­tor mający dostęp do naj­taj­niej­szych danych. Na przy­kład jakiś sko­rum­po­wany admi­rał...

- Gdyby zapy­tał mnie pan o zda­nie, powie­dział­bym, że nasi prze­ło­żeni pra­gną tej rudy bar­dziej od jej pra­wo­wi­tych wła­ści­cieli - zasu­ge­ro­wał gene­rał. - Z tego, co wiem, pań­ski raport jest w tym momen­cie jedy­nym doku­men­tem, z któ­rego można wywnio­sko­wać, że składy na księ­życu Delty oca­lały. Po śmierci dyrek­tora Dupree i jego ekipy prawdę znamy tylko my: pan, Far­land i ja.

- Dzię­kuję za dobrą radę, gene­rale.

Święcki zasa­lu­to­wał raz jesz­cze, tym bar­dziej z więk­szą werwą. Chyba poja­śniał też na twa­rzy, choć tego Rutta nie był już pewny. Właz zasu­nął się zbyt szybko, by zdą­żył się przyj­rzeć obli­czu pod­wład­nego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki