O TOMIE PIERWSZYM NAPISANO:
"Autor kreuje łatwo przyswajalną wizję przyszłości, zbudowaną z klasycznych i dobrze znanych elementów, doprawioną odrobiną humoru,
wartką akcją i zakamuflowanym nieco głębszym przesłaniem. (...) Szmidt
serwuje bardzo popową, lekką lekturę z atrakcyjnym zakończeniem będącą
jednocześnie obietnicą znacznie większego rozmachu i rozwinięcia
zaprezentowanego świata w dalszych częściach. Warto czekać".
www.dzikabanda.pl
"Zimny i brutalny jest wszechświat kosmicznych żołnierzy przyszłości z prozy Roberta J. Szmidta. (...) Jest misja, przymus, odpowiedzialność i smutek. I jeszcze wola przetrwania".
Republika kobiet - Sylwia Skorstad
"Robert J. Szmidt - człowiek, od którego zaczęło się odrodzenie polskiej
fantastyki w XXI wieku, który wymyślił i prowadził magazyn "Science
Fiction", kiedy wszyscy pukali się w głowę, że to totalny bezsens, wydał
właśnie nową książkę. (...) To bardzo dobra, rozrywkowa space opera z ciekawymi bohaterami, wartką akcją i niepokojącymi pytaniami".
Aleksander Kusz, szortal.com
Opinie z portalu LubimyCzytać (362 oceny, średnia ocena: 7,38/10)
"Z taką książką nawet najbardziej ponury dzień człowiekowi nie
przeszkadza. Żeby nie rozwlekać: Łatwo być Bogiem to stara dobra
fantastyka, ale napisana po filmowemu. Chwilami miałem wrażenie, że
oglądam rasowe SF w kinie".
Wojtek Grabowski
"Ta powieść zupełnie mnie nie zaskoczyła. Czemu? Bowiem po tym autorze
spodziewałem się dokładnie takiej prozy: ciekawej, dynamicznej
fantastyki ze znakiem wysokiej jakości, która pod wierzchnią, rozrywkową
warstwą stara się pytać o rzeczy ważne i znaczące. I to właśnie w najnowszej książce Szmidta dostałem".
Konrad
"Moim zdaniem dzięki powieści Łatwo być Bogiem Robert Szmidt staje w szeregu wielkich mistrzów fantastyki, takich jak Asimov, Clarke czy
Aldiss. Autor serwuje nam klasyczną, twardą kosmiczną fantastykę. I okazuje się, że z takiej fantastyki się nie wyrasta. Książka jest
napisana świetnym językiem - żywym, autentycznym. I naprawdę trudno
odrywać się od czytania".
McRap1972
O TOMIE DRUGIM NAPISANO:
"(...) wprowadza powiew świeżości do tego gatunku. Świetni bohaterowie,
dynamiczna walka, plastyczne opisy. Czego chcieć więcej? Moja ocena to
9/10".
Ksiazkinawieczor.blogspot.com
"Powiedzieć, że druga część cyklu "Pola dawno zapomnianych bitew"
Roberta J. Szmidta okazała się równie dobra, jak otwierająca serię
powieść Łatwo być Bogiem, to jawne kłamstwo. Ucieczka z raju okazuje
się książką jeszcze lepszą, świetnie rozwijającą niektóre wątło
naszkicowane wątki swojej poprzedniczki (...). Z najnowszej książki
Roberta J. Szmidta jestem zadowolony jak diabli!"
Gloskultury.pl
"Szmidt w najlepszej formie - to chyba wystarczająca rekomendacja tej
książki zawarta w jednym zdaniu. Każdy fan Roberta po tej kwestii
powinien sięgnąć po tę pozycję, a ci, którzy z prozą Szmidta się
dotychczas nie spotkali (są tacy?), powinni nadrobić braki".
polacyniegesi.qs.pl
"Lektura kolejnych rozdziałów jest jak zjadanie pączka: przyjemna, z każdym kęsem coraz lepsza i z czekającą wewnątrz niespodzianką. Drugi
tom cyklu "Pola dawno zapomnianych bitew" potwierdza, że Robert Szmidt
ma świetne pomysły i potrafi doskonale prowadzić czytelnika... na
manowce".
geek-woman.blogspot.com
Opinie z portalu LubimyCzytać (179 ocen, średnia ocena: 7,85/10)
"Polecam każdemu miłośnikowi fantastyki i science fiction! Nie
zawiedziecie się, słowo harcerza!"
Wojtek Grabowski
"Fantastyczne rozwinięcie wątków zasygnalizowanych w pierwszym tomie, do
tego szczypta zagadek i niesłabnąca akcja. Bohaterowie, z którymi można
się zżyć i za których trzyma się kciuki, wydarzenia, które nie
pozostawiają obojętnym. A to wszystko rozgrywa się w kosmosie, którego
wizja nadzwyczajnie do mnie przemawia. Może dlatego, że wychowałam się
na filmach space operowych, które ta książka mi przypomina? Stare dobre
SF w najlepszym wydaniu! Polecam gorąco".
Jadche
"Pełnokrwiści bohaterowie, a do tego akcja, akcja i jeszcze raz akcja.
Działo się tyle, że starczyłoby na kilka książek. Intrygi, podejścia,
ratowanie całych planet, wojsko, flota kosmiczna, wojna, Obcy -
miodzio".
Jacek Wesołowski
PROLOG
System Ulietta, Sektor Zebra,
28.10.2354
- Uwierzyłeś w to, że po nas wrócą?
Zabytkowa lornetka - prymitywny, w pełni mechaniczny przyrząd, którym
ludzie posługiwali się w epoce, gdy przestrzeń wokół Ziemi wydawała im
się ostateczną, nieprzekraczalną granicą - nie dotarła do oczu Fitza.
Choć jej optyka była bardzo prosta, a powiększenie żałośnie małe, to
tutaj, tak blisko jaskiń, dawny szef pionu badawczego kolonii nie
pozwoliłby sobie na użycie jakiegokolwiek elektronicznego sprzętu.
Od rozpoczęcia ataku minęły już niemal cztery pełne doby, lecz Oliwerner
nadal nie miał całkowitej pewności, czy Obcy dokończyli dzieła
zniszczenia i natychmiast opuścili system, jak to mieli w zwyczaju.
Wprawdzie agresorzy zachowywali się w taki właśnie sposób podczas
wszystkich zarejestrowanych ataków, ale obaj - kapitan Święcki i on -
zdawali sobie sprawę z jednego: Delta Ulietty mogła stanowić wyjątek od
tej reguły.
Liniowce ma'lahn nigdy wcześniej nie uderzyły na tętniący życiem tlenowy
świat, na którym nie wystarczyło zniszczyć infrastrukturę, by pozbawić
człowieka możliwości przeżycia. Nikt więc nie mógł zaręczyć ukrywającym
się w jaskiniach kolonistom, że tym razem sprawy nie potoczą się
inaczej; że Obcy nie pozostaną w systemie dłużej albo że nie zejdą na
powierzchnię czy też że nie będą monitorować sytuacji na planecie,
pozostawiwszy na jej orbicie sieć uzbrojonych satelitów i sond.
Z tego właśnie powodu Fitz ustalił z Henryanem ścisły harmonogram
działań. Jednym z jego kluczowych elementów było wyzbycie się przez
ocalałych wszelkich urządzeń, których promieniowanie widma mogło
zdradzić pozycje ukrywających się ludzi, a tych pozostało na Delcie
ponad osiem tysięcy, licząc obsadę podwodnego reaktora.
- Dał mi słowo - odpowiedział wolno Oliwerner, zerkając na dawnego
zastępcę, Paulissesa Brina, sześćdziesięciopięcioletniego ciemnoskórego,
skośnookiego geologa, który przed atakiem był jednym z jego najbliższych
współpracowników i zarazem współautorem ryzykownego planu przeniesienia
reszty kolonistów do jaskiń. - Przyleci po nas.
Tak, wierzył Święckiemu. Nie miał wątpliwości, że dowodzący operacją
ewakuacji Ulietty kapitan stanie na głowie, by ich stąd wyciągnąć.
Zdawał sobie jednak sprawę, że człowiek, który obiecywał mu jak
najszybszy powrót na Deltę, jest tylko niewielkim trybikiem w bezdusznej
gargantuicznej machinie floty, zatem ostateczna decyzja o wysłaniu
konwoju na terytoria zajmowane przez Obcych niekoniecznie musi należeć
do niego. Skrzywił się na tę myśl, jakby jej kwaśna wymowa dotarła
jakimś cudem do jego kubków smakowych.
Paulisses pokręcił głową.
- A ja uwierzę, kiedy zobaczę nad horyzontem nasze wahadłowce - rzucił z niewiele weselszą miną.
W przeciwieństwie do Fitza od samego początku był przekonany, że
ostatnich mieszkańców Delty pozostawiono na pastwę losu. Mówił o tym
wprost, bez ogródek, ale tylko wtedy, gdy znalazł się sam na sam z przełożonym. Przy reszcie kolonistów zgrywał twardziela, który jest
pewien rychłego ratunku i ocalenia. Podczas ostatniej fazy ewakuacji
zadbał jednak o to, by do jaskiń trafiło dużo więcej liofilizowanej
żywności niż trzeba. To właśnie dzięki jego zapobiegliwości
pozostawionym przez Święckiego kolonistom żarcia wystarczy na dwa albo
nawet trzy miesiące, jeśli odpowiednio szybko zacznie się je racjonować.
- Nie siej defetyzmu. - Oliwerner zakończył tę wymianę zdań,
przykładając okulary antycznej lornetki do oczu.
Wyszli na powierzchnię po czterech dobach, by sprawdzić, czy Obcy
wykryli i zniszczyli przynęty rozmieszczone na przeciwległym krańcu
szerokiej doliny. Pięćdziesięciokrotne wzmocnienie nie pozwalało
dostrzec większej liczby szczegółów, ale było wystarczające, żeby Fitz
zobaczył to, co powinien.
W odległości czterech kilometrów od masywu, pod którym ukryto
ewakuowanych kolonistów, z morza mgieł wyłaniał się samotny szczyt. To
właśnie tam, u jego podstawy, przy górnej granicy rafy - Oliwerner
uważał, że nazwa ta pasuje jak ulał do ciągnących się aż po horyzont
kolonii strzygorogów, najbardziej rozpowszechnionego gatunku deltańskiej
fauny - zlokalizowano pierwszy z dobrze zamaskowanych obiektów:
niewielki sterowiec wydrukowany tuż przed ewakuacją z ultralekkich
tworzyw organicznych. Fitz potrzebował dłuższej chwili, by go namierzyć.
Owalny kadłub przypominający kształtem starożytną piłkę do futbolu
amerykańskiego miał tę samą barwę i fakturę co otaczające go zwierzęta,
został także pokryty charakterystycznymi zgrubieniami, by oka
wymalowanych na poszyciu skrzydeł wyglądały jak najbardziej naturalnie.
Otaczające go koronkowe wachlarze strzygorogów poruszały się chwiejnie
na silnym wietrze niczym korony dziwacznych dwuwymiarowych drzew.
Różowawe błony otoczone fioletowymi zgrubieniami kostnymi filtrowały bez
ustanku przepływające przez mikropory powietrze, wyławiając każde
nasiono, każdy ułomek innego osobnika, każdą cząstkę nadającą się do
strawienia. Tylko w ten sposób osiadłe na rafie organizmy mogły zdobyć
pożywienie. A potrzebowały go sporo, by utrzymać w dobrej kondycji
liczące nawet po kilka metrów wachlarzowate skrzydła.
- Numer jeden nietknięty - mruknął z satysfakcją Fitz, kierując te słowa
do zastępcy.
- Świetnie. To znaczy, że ich sondy nie zwracają uwagi na przedmioty
wykonane z tworzyw organicznych, na których nie ma żadnej elektroniki -
rzucił w odpowiedzi Brin.
Oliwerner miał już na końcu języka kąśliwą odpowiedź, że Obcy mogą być
podobni do ludzi i nie przykładać się do roboty jak trzeba, ale nagle
dotarło do niego, że skanowaniem powierzchni planety zajmują się z pewnością roboty i komputery, które trudno podejrzewać o lenistwo.
Druga przynęta znajdowała się w odległości siedmiu kilometrów. Była to
maszyna zrobiona z tworzyw sztucznych, wyposażona w dwa staromodne, mało
wydajne silniki elektryczne. Jeśli i ona... - pomyślał Fitz i zmełł w ustach przekleństwo. Choć punkt, którego szukał, był bardziej oddalony,
żadnych problemów nie nastręczyło namierzenie sterowca. A raczej
wypatrzenie miejsca, w którym został uprzednio zawieszony. W stromym
klifie skalnego masywu i w samej rafie ział wielki, czarny, wyryty
pociskiem kinetycznym krater.
- I to by było na tyle - stwierdził, odkładając lornetkę.
Nie musiał wyszukiwać kolejnych przynęt. Każda z nich była bardziej
zmechanizowana i sztuczna, a przez to łatwiejsza do wykrycia przez
skanery. Rozmieszczając je na obrzeżach doliny, chcieli sprawdzić, jak
bardzo będą musieli uważać po wyjściu z jaskiń, gdyby Obcy mimo wszystko
postanowili pilnować opuszczonego przez ludzi raju.
Na razie wiele wskazywało na to, że ocaleni mogą zapomnieć o używaniu
pojazdów napędzanych mechanicznie, nawet jeśli zostały one wyposażone w archaiczne silniki elektryczne.
Brin przytaknął, nie odrywając wzroku od horyzontu na południowym
wschodzie.
Gdzieś tam, niemal dwa tysiące kilometrów od jaskiń, znajdowała się
kolonia, a raczej to, co z niej zostało. Jeśli Święcki nie zorganizuje
wyprawy ratunkowej...
Fitz spojrzał na zegarek, kolejny mechaniczny relikt epoki
prekosmicznej, także wykonany dzięki ultraprecyzyjnym drukarkom
korporacji.
- Mamy jeszcze minutę.
Obaj zwrócili spojrzenia na zachód.
Pozostało im już tylko jedno. Musieli poczekać, aż uaktywni się szóstka
ukrytych w głębokiej sztolni sond. Urządzenia te wystartują dokładnie za
pięćdziesiąt dwie sekundy, wzniosą się na pułap sześciu tysięcy metrów,
by nadawać stamtąd komunikaty kierunkowe do fikcyjnej bazy
umiejscowionej pośrodku wyjątkowo bujnej rafy, położonej w odległości
ponad czterdziestu kilometrów od jaskiń. Jeśli ma'lahn pozostali w systemie, powinni na to zareagować.
- Teraz!
Nie mogli zobaczyć ani usłyszeć startu niewielkich maszyn korzystających
z napędu grawitacyjnego. Mimo to spoglądali w stronę majaczących za
horyzontem sinych szczytów, trzymając kciuki w nadziei, że spokoju
pogórza nie zakłóci w najbliższym czasie żaden błysk, żaden dźwięk.
Oczekiwanie mogło potrwać nawet do stu czterech godzin, jeśli odlatujący
z systemu Obcy znajdowali się aktualnie w pobliżu wylotu studni
grawitacyjnej, jednakże ludzie byli na to przygotowani. Zamierzali
pełnić warty na tej grani na zmiany, aczkolwiek nie tutaj, na gołych
skałach, gdzie ich widma byłyby widoczne jak na dłoni, lecz kilkaset
metrów niżej, na granicy rafy, gdzie wykuto w skałach dobrze zamaskowaną
strażnicę.
- Wracaj do naszych - rzucił Fitz, który miał stanąć na warcie pierwszy.
- Powiedz ludziom, jak wygląda sytua...
Nie zdążył dokończyć zdania. Odległą, przypominającą nieregularną
piramidę górę rozświetlił jasny błysk. Oliwerner spoglądał właśnie w tamtym kierunku, zatem gdy zacisnął mocno powieki, zobaczył odbity na
nich ślad. Od wielkiej plamy pośrodku biegła do góry, pod pewnym kątem,
długa prosta linia.
Paulisses, którego wzrok został oszczędzony, przypadł odruchowo do skał,
jakby się obawiał, że moc odległej eksplozji zmiecie ich z tej półki i ciśnie w kilometrową przepaść.
- A to skurwyklony! - wysyczał, wodząc spojrzeniem po zasnutym gęstymi
chmurami niebie.
JEDEN
System Anzio, Sektor Zebra,
29.10.2354
- Wykluczone. - Rutta nie podniósł głosu, choć musiał po raz dwudziesty
odpowiadać na tę samą prośbę. A może i trzydziesty, jeśli liczyć
wcześniejsze pisemne kontakty ze Święckim. - I na tym zakończmy
definitywnie tę sprawę - dodał.
- Obawiam się, generale, że nie widzę takiej opcji - wycedził Henryan.
- Może mi pan wytłumaczyć, kapitanie, dlaczego za każdym razem, gdy z panem rozmawiam, mam wrażenie déja vu?
W przeciwieństwie do byłego pułkownika i wbrew zapewnieniom członków
Rady obiecany awans Święckiego wciąż nie został oficjalnie zatwierdzony,
a w każdym razie informacje o tym nie dotarły jeszcze do sztabu
trzeciego metasektora.
- Nie dziwię się, generale. W kółko maglujemy ten sam temat.
- Co robimy? - zdumiał się Rutta.
- To jedno z powiedzonek mojego ojca, sir. Jeśli dobrze pamiętam, chodzi
o...
- Nieważne - przerwał mu obcesowo przełożony. - Mam lepsze zajęcia niż
słuchanie wyjaśnień nikomu nieznanych, archaicznych porzekadeł. Pańska
prośba...
- Moje żądanie - poprawił go beznamiętnym tonem kapitan.
- Pańska prośba - powtórzył Rutta, nie kryjąc rozdrażnienia - została
oddalona. De-fi-ni-tyw-nie - podkreślił. - Farland zapowiedział mi
dzisiaj rano, że jeśli jeszcze raz zobaczy to nagranie, osobiście zadba,
by przeniesiono pana na pierwszy lepszy niszczyciel i pozbawiono dostępu
do systemu łączności sztabowej. Chce pan tego, kapitanie? - zaakcentował
ostatnie słowo, jakby próbował uzmysłowić Święckiemu, gdzie może, choć
nie musi, tkwić przyczyna opóźnienia awansu.
- Nie chcę, sir, ale jak pan zapewne pamięta, dałem tym ludziom...
Wysoko uniesiona dłoń generała uciszyła go, zanim dokończył.
- Nie powinien pan obiecywać czegoś, co tak dalece wykracza poza pańskie
kompetencje.
- Sądziłem...
- Jeszcze nie skończyłem, kapitanie! - Tym razem w tonie przełożonego
dało się wykryć coś więcej niż tylko cień gniewu. - Zlecono panu
dowodzenie ważną misją ewakuacyjną, ponieważ jest pan inteligentnym i sumiennym oficerem. Proszę mi przypomnieć, na ile admiralicja oszacowała
powodzenie ewakuacji Ulietty? Czterdzieści pięć, pięćdziesiąt procent?
- Pięćdziesiąt sześć, generale.
- Właśnie, a panu udało się, wprawdzie w nieco nieregulaminowy sposób,
ewakuować ponad dziewięćdziesiąt pięć procent kolonistów. Ocalił pan sto
pięćdziesiąt tysięcy ludzi więcej, niż od pana wymagano, a panu nadal
coś nie pasuje?
- To "coś" ma twarze ośmiu tysięcy pozostawionych na Delcie mężczyzn i kobiet, generale.
Rutta westchnął ciężko. Czas zmienić podejście.
- Zrozum mnie, człowieku - rzucił, przełknąwszy dziwnie gęstą ślinę. -
Nie jestem w stanie przeforsować twojego planu, a próbowałem, możesz mi
wierzyć. Farland też pociągnął za kilka sznurków, ponieważ go wczoraj o to poprosiłem, choć nie powinienem... - Zamilkł na moment, jakby zbierał
myśli. - Masz rację co do jednego: oni tam, na górze - wskazał palcem
sufit kajuty, mając na myśli znajdującą się setki lat świetlnych od
stacji, choć niekoniecznie w tym kierunku, admiralicję - patrząc
codziennie na nowe raporty i tabele, nie widzą w nich, jak my, znanych
sobie ludzi, lecz suche dane. Liczby, statystyki. Ba, nie obchodzi ich,
że każda pozycja po stronie strat oznacza czyjąś osobistą tragedię,
kolejne zmarnowane życie. Tak jest i choć się z tym nie zgadzasz, tak
musi być. W końcu to jest wojna, w ostatecznym rozrachunku liczy się coś
więcej niż dobro jednostek... - widząc, że Święcki otwiera usta, nie dał
sobie przerwać i by podwładny nie wybił go z rytmu, dodał szybko: -
...nawet jeśli są ich tysiące. Nawet gdyby były ich setki tysięcy lub
miliony. Tak, wiem, jak to brzmi, ale na tym właśnie polega robota ludzi
odpowiedzianych za planowanie operacyjne i strategię. Tysiąc ofiar to
mniej niż dziesięć tysięcy. Lepiej poświęcić milion kolonistów z trudnych do ewakuowania planet, niż stracić przez to dwa miliony
istnień. Tak się to liczy. Ty podchodzisz do kwestii Ulietty osobiście,
ponieważ poznałeś ludzi kryjących się za tymi liczbami, ponieważ dałeś
pozostawionym kolonistom słowo honoru, jednakże dla admiralicji rachunek
jest prosty. Ryzyko wysłania na Deltę konwoju w sytuacji, gdy nie mamy
bladego pojęcia, czy ktokolwiek przetrwał atak - znów uniósł dłoń, by
uciszyć protest kapitana - bo tego nikt dzisiaj nie może z całą
pewnością wiedzieć, jest zbyt duże. W ciągu czterech dni, jakie minęły
od waszego odlotu z Delty, sondy Obcych pojawiły się w kolejnych
dwudziestu dwóch systemach. T'iru starły z powierzchni planet sześć
kolonii, w tym jedną niezwykle cenną kopalnię metali ziem rzadkich w wewnętrznym pasie asteroid Tantala XIV. Tylko w te cztery dni na
Rubieżach zginęło ponad trzydzieści tysięcy ludzi. Straciliśmy ich
pomimo wysiłków wielu ekip ewakuacyjnych. Może nie tak heroicznych jak
twoje, ale... - Generał zamilkł na moment, jakby straciwszy wątek. -
Prawda jest taka, że nie mamy sił ani środków, aby przenieść wszystkich
ludzi znajdujących się w strefie zagrożenia, a pan, kapitanie - widząc
po minie Święckiego, że przydługi wykład odniósł skutek, Rutta wrócił do
oficjalnej tytulatury - pan nalega, byśmy dali panu transportowce, nie
mówiąc o okrętach eskorty, i posłali je na wskroś systemów
kontrolowanych przez wroga aż do pasa U po ludzi, którzy mogą już dawno
nie żyć.
- Jestem pewien, że... - wybąkał Henryan.
- Proszę mi nie przerywać! - Generał podniósł głos, przejmując ponownie
inicjatywę. - Zdaje pan sobie sprawę z tego, że nasi sztabowcy uważają,
iż Obcy nie pozostawili podbitych terytoriów bez kontroli? - Święcki
przytaknął, choć z ociąganiem. Również był zdania, że żaden szanujący
się strateg nie popełniłby tak podstawowego błędu, wyliczył jednak, że
zdąży dolecieć na Uliettę, zanim wróg zareaguje, i wyraźnie zaznaczył to
w przesłanych dokumentach. Nie rozumiał więc, dlaczego Rutta przywołuje
akurat ten argument. - Pański konwój - kontynuował tymczasem ze spokojem
generał - żeby dostać się na Uliettę, musiałby wykonać trzy skoki przez
odebrane nam już systemy. Jak pan sądzi, kapitanie, gdzie zostalibyście
przejęci? Na pewno nie na Smaugu, ale co do Torusa nie byłbym już taki
pewny... - Rutta zawiesił znacząco głos.
- Wziąłem to pod uwagę w swoich obliczeniach - oświadczył z przekonaniem
Święcki. - Na Smaugu będziemy tylko przez trzy godziny. Lot na Torusa
potrwa szesnaście standardówek, do tego dochodzi jeszcze kwadrans na
drugi transfer i czas skoku na Uliettę, czyli kolejne czternaście
godzin. Jak pan widzi, pojawilibyśmy się w systemie docelowym
trzydzieści trzy godziny po ewentualnym wykryciu przez czujniki ma'lahn
na Smaugu i około czternastu godzin po ustaleniu przez wroga prawdziwego
celu moich okrętów, a to...
- Świetny plan - zadrwił generał, spoglądając na Henryana z niezwiastującym niczego dobrego krzywym uśmieszkiem - przy założeniu,
rzecz jasna, że Obcy są skończonymi debilami i faktycznie potrzebują
czterdziestu paru godzin na reakcję.
- Do tej pory tyle potrzebowali. Nic też nie wskazuje, by w tym wypadku
miało być inaczej. - Święcki nadal był pewny swego, choć poczuł pierwsze
ukłucie niepokoju, dostrzegając cień rozbawienia na twarzy przełożonego.
- Naprawdę? - Rutta założył ręce za plecy i zakołysał się na obcasach
jak sierżant stający przed rekrutem, któremu należy się zasłużony
opieprz. - A nie przyszło panu do głowy, kapitanie, że w takiej sytuacji
ma'lahn mogą wysłać przeciw wam t'iru skierowane wcześniej na inny cel?
Powiedzmy... - pochylił się, by aktywować mapę sektora, a potem znów
wyprostował plecy i z jeszcze szerszym uśmieszkiem dodał: - ...na Romulusa
V, gdzie okręty Obcych są spodziewane za... - rzucił okiem na zegar - plus
minus czterdzieści godzin standardowych? Jeśli dobrze liczę, gdybyście
wyruszyli teraz, wasz przelot przez Torusa VI zbiegłby się z ich
tranzytem przez Vickersa X - wymówił obie nazwy bardzo wolno i wyraźnie
- co z kolei oznacza, że mogą tam zostać poinformowani o obecności
pańskiej eskadry i o celu jej lotu. A stamtąd dolecą na Uliettę w... nieco
ponad jedenaście godzin. W najbardziej niesprzyjających okolicznościach
mogą więc dotrzeć do celu całe trzy godziny przed wami.
- Nigdy wcześniej... - zaczął Henryan, ale zaraz umilkł, czując gorąco
rozlewające się po karku i twarzy. Nie wziął tego czynnika pod uwagę,
ponieważ Obcy do tej pory ani razu nie uczynili odstępstwa od planu.
Działali metodycznie, jakby ich poczynaniami kierowały komputery. Z drugiej strony ma'lahn jak dotąd nie musieli reagować na podobne ruchy
uciekających przed nimi ludzi...
Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej przekonywała go
argumentacja przełożonego. Nie zamierzał jednak odpuszczać. To było
tylko założenie, nie pewnik.
- Odrzuciłem tę wersję zdarzeń jako mało prawdopodobną, generale -
podjął, jednakże już nie tak hardo jak przedtem. - Poza tym w razie
bezpośredniego zagrożenia zawsze możemy przerwać misję i zawrócić.
Rutta pokiwał głową, nie odrywając wzroku od mapy.
- A jeśli będą czekali na was przy samym punkcie skoku, tak jak pan na
nich podczas ewakuacji Ulietty?
Święcki przełknął ślinę. Rutta trafiał celnie. Obcy mogliby zastosować
manewr, którego sam ich nauczył. "Mogliby" nie znaczy jednak...
- Zabezpieczyłbym się, wydając jednostkom rozkaz przekierowania całej
mocy na ekrany czołowe oraz w razie wykrycia wroga w rejonie wylotu
studni grawitacyjnej wykonania natychmiastowego skoku w podprzestrzeń.
Ponieważ nie zamierzałem wdawać się w walkę, przy wcześniejszym
wprowadzeniu danych zniknęlibyśmy, zanim zrobiłoby się naprawdę gorąco.
Straty byłyby... co najwyżej minimalne.
- Tak... - Ręce generała znów zawędrowały za plecy. - Jeśli daliby wam te
dwanaście sekund potrzebnych na rozgrzanie akceleratorów, co jest mocno
wątpliwe. Ale załóżmy, że byliby tak głupi. Skaczecie i co dalej?
- Nic. - Henryan wzruszył ramionami. - Każda jednostka wróciłaby do bazy
na własną rękę.
- Rozumiem. Ile potrzebowałyby na to czasu?
- Nie znam dokładnych parametrów wyjściowych pierwszego skoku -
zastrzegł się Henryan - więc nie mogę odpowiedzieć na tak postawione
pytanie.
- Z grubsza licząc - nie ustępował generał.
Święcki wykonał kilka działań w myślach.
- Sześć do ośmiu dni standardowych.
- W najlepszym razie sześć dni, powiada pan, kapitanie - powtórzył
Rutta, rozciągając wargi w uśmiechu. - Czyli nie byłoby ich tutaj w sumie osiem dni, jeśli doliczymy czas potrzebny na dotarcie do punktu
skoku na Torusie, albo nawet dziesięć, jeśli weźmiemy pod uwagę bardziej
wyważone szacunki. Dziesięć dni standardowych, podczas których
przekazane pod pańskie dowództwo transportowce mogłyby ewakuować... -
teraz Rutta musiał coś przeliczyć w pamięci - ...mieszkańców sześciu
innych systemów, czyli jakieś czterdzieści do pięćdziesięciu tysięcy
osób, ale nie zrobią tego, skazując tych ludzi na pewną śmierć, ponieważ
wezmą udział w wyprawie po kolonistów, którzy równie dobrze mogą już być
martwi. Czy rozumie pan teraz, dlaczego jakiś stary pierdziel z admiralicji, któremu zlecono analizę pańskiego planu, uznał, że z perspektywy dowództwa i tej wojny nie ma on najmniejszego sensu? -
Generał spoważniał w sekundzie. - Z jednej strony mamy osiem tysięcy
czekających na ratunek kolonistów, którzy... pozwoli pan, że powtórzę...
mogą już nie żyć, oraz bardzo wysokie prawdopodobieństwo utraty kilku
niezwykle cennych transportowców podczas ryzykownej operacji ratunkowej,
a z drugiej pięćdziesiąt tysięcy ludzi, których te same jednostki
przetransportują bezpiecznie dwa pasy dalej, do stref, od jakich udało
się, przynajmniej chwilowo, odciągnąć wroga, by stamtąd mogli trafić
transportem cywilnym nawet na drugi kraniec podbitej przez nas
przestrzeni, gdzie będą w spokoju żyć i pracować na nasze przyszłe
zwycięstwo. Jakiego wyboru dokonałby pan, kapitanie, mając przed sobą
takie dane?
Henryan milczał. Od początku zdawał sobie sprawę, że nie będzie łatwo,
poza tym była to dla niego, jak słusznie zauważył przełożony, sprawa
osobista. Złożył obietnicę, z której nadal zamierzał się wywiązać.
- Gdybym miał wybór, nie przyjąłbym pracy polegającej na podejmowaniu
podobnych decyzji - odpowiedział zdławionym głosem, czując gorycz
przegranej.
- Wojna, kapitanie, jest nieprzerwanym ciągiem nieskończenie okrutnych
czynów, ale ani ja, ani tym bardziej pan nie zdołamy tego zmienić.
Jedyne, co możemy zrobić, to służyć jak najlepiej naszej sprawie. -
Rutta spojrzał Święckiemu prosto w oczy. - Powiem to panu raz, proszę
więc mnie słuchać uważnie. Nie posłałem pana do diabła na samym wstępie
tylko dlatego, że zaimponował mi pan swoją postawą na Ulietcie. Tak,
podziwiam pański upór w dążeniu do celu i pomysłowość, która pozwala
panu dopinać swego, ale... są pewne granice, których nie wolno mi
przekroczyć, choć naprawdę gorąco panu kibicuję. I nie tylko ja zresztą.
Zrobiliśmy z Farlandem co w naszej mocy, by panu pomóc, może mi pan
wierzyć, ale to, o co pan prosi, jest zwyczajnie niewykonalne. W każdym
razie nie tutaj i nie teraz. Potrzebujemy jeszcze co najmniej pół roku i ewakuacji paru miliardów kolonistów, zanim będziemy gotowi do podjęcia
wyrównanej walki z wrogiem. A z każdym tygodniem będzie gorzej. Musi pan
mieć świadomość, że w ciągu nadchodzących miesięcy zginą miliony, a kto
wie, czy nie dziesiątki milionów ludzi. Obcy zabiją ich, choćbyśmy
wypruli sobie żyły, dokonując podobnych cudów jak pan na Delcie. To
nieuniknione, dlatego... Dlatego czasem lepiej odpuścić.
- Dałem im słowo... - zaczął niepewnie Święcki, ale niemal natychmiast
zamilkł, słysząc, że komunikator przełożonego ożył.
Rutta pochylił się nad konsolą komputera, na moment tylko, lecz i tak
gdy prostował plecy, wydawał się bledszy niż jeszcze przed chwilą, choć
wrażenie to mogła potęgować poświata bijąca od włączonego
holoprojektora.
- ...i nie dotrzyma go pan, kapitanie - generał dokończył przerwaną
wypowiedź podkomendnego - ponieważ nasi przełożeni nie wyrazili zgody na
realizację pańskiego planu. Zatem to nie pan ponosi winę za złamanie
obietnicy.
- To nie takie proste, jak by się wydawało.
- Wiem, ale zapewniam pana, że choć dzisiaj czuje się pan jak skończony
szubrawiec, za miesiąc nie będzie pan nawet pamiętał o tych ludziach -
oznajmił Rutta.
Henryan posłał mu jadowite spojrzenie i wycedził przez zęby:
- Wątpię.
- Ręczę za to głową. W najbliższym czasie będziemy musieli podjąć wiele
gorszych decyzji. Pan, ja i wszyscy, których znamy.
- Nie rozumiem...
Rutta uśmiechnął się bez cienia radości.
- Właśnie otrzymałem informację, że Rada zdecydowała o bezzwłocznej
ewakuacji Warszawy.
Święcki drgnął, słysząc znajomą nazwę. Flota i admiralicja robiły
wszystko, aby odciągnąć t'iru od jedynego - jeśli nie liczyć Delty
Ulietty, rzecz jasna - systemu z planetą tlenową w zewnętrznych pasach
Rubieży. Z tego, co Henryan wiedział, Obcy na razie dali się zwieść,
ale... prędzej czy później odkryją prawdę. Ma'lahn kierowali się do tej
pory na źródła najaktywniejszych transmisji, atakując i doszczętnie
niszcząc duże, choć całkowicie wyludnione fałszywe kolonie, dzięki czemu
nie zwracali uwagi na sam skraj ramienia i znajdujące się tam największe
skupisko ludności w tej części metasektora. Szczęście nie mogło jednak
trwać wiecznie, zatem reakcja Rady wydawała się uzasadniona, aczkolwiek
Święcki, gdyby pozwolono mu decydować, wydałby ten rozkaz dopiero za
jakiś czas. Chyba że o czymś nie wiedział...
- Skąd ten nagły pośpiech? - zapytał, nie mając wielkich nadziei na
wyjaśnienia.
- Wygląda na to, że wojna wkroczyła w nową fazę - odparł zamyślony
Rutta. - W pasie Z pojawiły się nowe sondy Obcych. Są ich dziesiątki. W ciągu ostatnich trzech godzin straciliśmy stacje przekaźnikowe w czterdziestu dwóch systemach tranzytowych, a podejrzewam, że to dopiero
początek problemów.
- Czy... - zaczął ostrożnie Święcki.
- Nie - odpowiedział Rutta, jakby czytając mu w myślach. - Nie
przydzielono pana do operacji Warszawa. Zostaje pan w Sektorze Sierra.
Odprawa dowództwa trzeciej floty za kwadrans. Za godzinę mamy
opublikować nowy harmonogram misji. Tak jak mówiłem, będzie naprawdę
źle.
Henryan przyjął tę informację zdawkowym skinieniem głowy.
- Damy radę.
- Nie wątpię, ale tym razem czeka pana dodatkowa trudność - oświadczył
generał, wracając wzrokiem do wyświetlacza komunikatora, na który
spływały kolejne dokumenty. - Admiralicja odbiera panu cztery
transportowce.
- Ale... - Święcki zaniemówił.
Z dziesięciu okrętów tej klasy, jakimi dysponował, zostanie mu sześć, a zadań, podobnie jak wymagań, na pewno nie ubędzie.
- I tak został pan potraktowany ulgowo - zapewnił go Rutta. - Z tego, co
widzę, kapitanie, większość eskadr ewakuacyjnych została okrojona o sześćdziesiąt do siedemdziesięciu procent stanu sprzętowego. Dajemy
wszystko, co możemy, na Warszawę. Bezpośrednie polecenie Rady.
Zrozumiano?
- Tak jest.
- W takim razie... - Generał wskazał mu wyjście. Henryan zasalutował,
zebrał się w sobie, ale mimo to pozostał na miejscu. - Coś jeszcze? -
Rutta zmierzył go zdziwionym wzrokiem.
- Gdybym przyszedł kwadrans później, mógłby mi pan oszczędzić tego
kazania - rzucił Święcki, zebrawszy myśli.
- Owszem, mógłbym - przyznał przełożony - ale i tak by je pan usłyszał.
Chciałem, by dotarło do pana, że bez względu na okoliczności nie
otrzymałby pan zgody na tę operację. Chciałem też, żeby pan zrozumiał,
iż my, trepy, nie jesteśmy aż tak wielkimi skurwyklonami, za jakich pan
nas ma. A w każdym razie przynajmniej niektórzy z nas nie zasługują na
to miano.
- Ja...
- Dajmy już spokój, kapitanie. Za moment zacznie się niezła jazda, która
potrwa co najmniej kilka tygodni. Proszę się skupić na nowych zadaniach
i jak najmniej myśleć o Delcie. Nie żartowałem, mówiąc o okropieństwach,
jakich będziemy świadkami. Przy tak okrojonym sprzęcie i wąskich ramach
czasowych...
- Zrobię co w mojej mocy! - Ta deklaracja powinna zabrzmieć dobitniej,
lecz Henryan nie umiał wykrzesać z siebie nawet krzty animuszu.
- Wiem, kapitanie. Może pan odejść! - Rutta odpowiedział na kolejny
salut i odprowadził wzrokiem podwładnego, który niepewnym krokiem
kierował się do włazu. - Jeszcze jedno... - dodał, zanim Święcki
przekroczył próg.
- Słucham, generale?
- Dobra rada, kapitanie. Pozaregulaminowa. Kolonia na Delcie należała do
megakorporacji. Zrobił pan dla niej wiele dobrego, zaoszczędził pan jej
także mnóstwa pieniędzy. Proszę to wykorzystać. Proszę odszukać
ocalonych ważniaków z Ulietty i porozmawiać z nimi. Może EB szarpnie się
na własną misję ratunkową. Znając realia, nie oczekiwałbym od
właściciela tej firmy zbyt wiele, ale kto wie... Ma pan przecież niezłego
asa w rękawie.
- Asa? - zdziwił się Henryan.
- Hałdy rudy pozostawionej w kraterze - podpowiedział mu Rutta. -
Szefostwo EB nie miało dostępu do pańskich raportów...
- Nie byłbym tego taki pewny - mruknął Henryan.
Ktoś przecież uprzedził zarząd kolonii o grożącym niebezpieczeństwie,
umożliwiając lokalnym prezesom ucieczkę na dwa dni przed ogłoszeniem
ewakuacji. Taki cynk mógł dać tylko informator mający dostęp do
najtajniejszych danych. Na przykład jakiś skorumpowany admirał...
- Gdyby zapytał mnie pan o zdanie, powiedziałbym, że nasi przełożeni
pragną tej rudy bardziej od jej prawowitych właścicieli - zasugerował
generał. - Z tego, co wiem, pański raport jest w tym momencie jedynym
dokumentem, z którego można wywnioskować, że składy na księżycu Delty
ocalały. Po śmierci dyrektora Dupree i jego ekipy prawdę znamy tylko my:
pan, Farland i ja.
- Dziękuję za dobrą radę, generale.
Święcki zasalutował raz jeszcze, tym bardziej z większą werwą. Chyba
pojaśniał też na twarzy, choć tego Rutta nie był już pewny. Właz zasunął
się zbyt szybko, by zdążył się przyjrzeć obliczu podwładnego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki