"Fantastyka naukowa to ten rodzaj literatury, który albo się uwielbia,
albo nienawidzi. Albo coś czytelnika pociąga w powieści, albo doprowadza
do takiego stanu, że nigdy więcej nie sięga on po tego typu lekturę. W tym drugim przypadku pozostaje mu tylko żałować, że nie przeczyta Łatwo być Bogiem. (...) To bardzo ciekawa książka,
która wbrew pozorom niesie przesłanie dotyczące spraw bardzo
przyziemnych, traktująca o nas - ludziach".
Recenzje Subiektywne - Marek Bachorski-Rudnicki
"W Łatwo być Bogiem autor kreuje łatwo przyswajalną wizję przyszłości,
zbudowaną z klasycznych i dobrze znanych elementów, doprawioną odrobiną
humoru, wartką akcją i zakamuflowanym, nieco głębszym przesłaniem. (...)
Szmidt serwuje bardzo popową, lekką lekturę z atrakcyjnym zakończeniem
będącą jednocześnie obietnicą znacznie większego rozmachu i rozwinięcia
zaprezentowanego świata w dalszych częściach. Warto czekać".
www.dzikabanda.pl
"Zimny i brutalny jest wszechświat kosmicznych żołnierzy przyszłości z prozy Roberta J. Szmidta. Nie ma w nim miejsca na czułości, przyjaźnie,
związki rodzinne. Jest misja, przymus, odpowiedzialność i smutek. I jeszcze wola przetrwania".
Republika Kobiet - Sylwia Skorstad
"Robert J. Szmidt - człowiek, od którego zaczęło się odrodzenie polskiej
fantastyki w XXI wieku, który wymyślił i prowadził magazyn "Science
Fiction", kiedy wszyscy pukali się w głowę, że to totalny bezsens -
wydał właśnie nową książkę. (...) To bardzo dobra, rozrywkowa space opera
z ciekawymi bohaterami, wartką akcją i niepokojącymi pytaniami".
Aleksander Kusz, szortal.com
"Dobrze, że w Polsce wydaje się takie książki. One - przynajmniej w moich oczach - ratują obraz klasycznej SF jako tworu rozrywkowego. Poza
tym Szmidt udowadnia, że nie tylko Zachód potrafi napisać dobrą
fantastykę, ale i nasi rodzimi autorzy to dobry "towar". Może nawet
eksportowy?"
Co przeczytać? - Mariusz Wojteczek
"Łatwo być Bogiem to jedna z tych książek, które oferują czytelnikowi
dokładnie to, co zapowiada okładkowy blurb. Najnowsza powieść Roberta J.
Szmidta rzeczywiście jest przedstawicielem twardej fantastyki naukowej i z pewnością przypadnie do gustu wszystkim jej miłośnikom".
Poltergeist - Bartosz Szczyżański
"Sama koncepcja powieści to coś więcej niż wymiana ognia z działka
laserowego w próżni kosmicznej i spotkania pierwszego stopnia z kosmitami - Robert J. Szmidt bardzo trafnie steruje sugestiami, które
mają stworzyć swoistą piramidę zależności ludzkiej cywilizacji wobec
całego wszechświata. Autor wciąż przypomina także o samej idei boskości
i tego, jak człowiek może postrzegać siły nadprzyrodzone".
wMeritum.pl - Patryk Wolski
"Łatwo być Bogiem to godny uwagi kawałek literatury. Niezły sam w sobie, ale przede wszystkim wiele obiecujący w kolejnych częściach.
Jeśli Szmidt okaże się konsekwentny, to czeka nas naprawdę świetna seria
science fiction. Tego właśnie możemy i powinniśmy oczekiwać".
Gildia
"Czytam W przededniu Orsona Scotta Carda i Aarona Johnstona. Tak
strasznie podobała mi się Gra Endera, której prequelem jest ta
książka. Niestety, po przeczytaniu Łatwo być Bogiem sci-fi nie jest
już takie samo... W przededniu wydaje się blade i naiwne".
Bartek Rae Rutkowski
Opinie z portalu Lubimy Czytać (98 opinii, średnia ocena: 7,48/10)
"Z taką książką nawet najbardziej ponury dzień człowiekowi nie
przeszkadza. Żeby nie rozwlekać: Łatwo być Bogiem
to stara dobra fantastyka, ale napisana po filmowemu. Chwilami miałem
wrażenie, że oglądam rasowe SF w kinie".
Wojtek Grabowski
"Ta powieść zupełnie mnie nie zaskoczyła. Czemu? Gdyż po tym autorze
spodziewałem się dokładnie takiej prozy: ciekawej, dynamicznej
fantastyki ze znakiem wysokiej jakości, która pod wierzchnią, rozrywkową
warstwą stara się pytać o rzeczy ważne i znaczące. I to właśnie w najnowszej książce Szmidta dostałem".
Konrad
"A już myślałem, że polskie, klasyczne sci-fi się kończy. Otóż nie!
Fabuła trzyma w napięciu i ciekawi, opisywane rasy są fascynujące, a koniec sprawia, że chcę więcej. Zdecydowanie na tak, godne polecenia".
Arkadiusz
JEDEN
Systemy Centralne,
Układ Słoneczny, Sektor Alfa,
22.06.2354
- Pora wstawać, mój panie... - szepnęła wciąż jeszcze zaspana
Monicatherine, przeciągając się zmysłowo w szeleszczącej pościeli.
- Jeszcze czas, słońce dopiero wschodzi... - mruknął Nike na tyle głośno,
by go usłyszała, a zarazem na tyle cicho, by nie wyrywać jej z błogiego
rozleniwienia.
Siedział, a właściwie półleżał w okrytym skórą tygrysa płytkim fotelu
opodal łoża, wpatrując się w wąski wykusz okna. Sączył cierpkie wino z kryształowego pucharu i obserwował rozkołysane szczyty drzew i siny
masyw górski w oddali. Pierwsze promienie przedświtu dopiero co
rozjaśniły horyzont, ale dawały dość światła, by można było rozróżnić
każdy szczegół krajobrazu. Rzadkie chmury płynęły leniwie jak kłęby dymu
z dogaszanego ogniska. Wśród nich baraszkowały, idąc w zawody z wiatrem,
smukłe skrzydlate sylwetki. Zbyt charakterystyczne, by je pomylić z ptakami. Zbyt szybkie i zwinne. Zbyt błyszczące. Całe stado
ognistoczerwonych smoków opuściło gniazda, by przywitać dzień w przestworzach.
- Dlaczego mnie nie zbudziłeś, mistrzu? - Pytanie dobiegło zza oparcia
fotela tak niespodziewanie, że drgnął mimo woli, wypuszczając z dłoni
puchar. Monicatherine podeszła tak cicho, a może to on odpłynął myślami
zbyt daleko. Kryształ upadł, na szczęście już opróżniony, na futra
wyściełające kamienną posadzkę. Nie stłukł się, jedynie kilka kropel
szkarłatnego trunku prysnęło na długie, śnieżnobiałe włosie. Zły znak...
Nike skrzywił się. - Co cię trapi, kochany? - Dziewczyna przykucnęła tuż
obok. Oparła głowę na jego ramieniu, a on przesunął opuszkami palców po
długich włosach barwy złota.
- Przecież wiesz... - Pochylił się, by ją pocałować, ale w tej właśnie
chwili wstała.
Przeszła obok niego naga, wciąż gorąca i zaspana. Stanęła przed oknem,
zasłaniając cały widok, po czym pochyliła się zmysłowo, opierając łokcie
o wąski parapet.
- Smoki... spójrz, kochany, jak ich dużo dzisiaj - powiedziała świadoma,
że nie na skrzydlatych gigantach skupia się teraz jego uwaga.
- Lubię smoki - powiedział Nike, starając się, by zabrzmiało to
obojętnie. - Jest w nich tyle godności, a zarazem są tak szalone.
Moni uśmiechała się, gdy to mówił. Chwilę później przyklęknęła pod oknem
i razem patrzyli na wirujące w oddali ogniki. Bladoczerwona łuna świtu
wciąż rosła na horyzoncie.
- Będzie mi ich brakowało... - Nike przymknął na moment oczy, ale nim
zdążył je ponownie otworzyć, nagły błysk zmusił go do kurczowego
zaciśnięcia powiek. Nie na wiele się to zdało. Wciąż miał wrażenie, że
nagie słońce zapłonęło na wprost jego źrenic.
- Już siódma - usłyszał głos Monicatherine. - To ostatni apel. Nie
możesz się spóźnić.
Oślepiający błysk uświadomił mu, że wyłączyła iluzjoner. Obraz
kamiennego muru z wąskim wykuszem zniknął, a wraz z nim drzewa, góry,
niebo i tańczące na wietrze smoki. Panoramiczny wyświetlacz zajmujący
całą ścianę pokazywał teraz bezbrzeżną czerń przestrzeni kosmicznej i zawieszoną w niej planetę matkę. Dokładnie zsynchronizowane z iluzją
Słońce wychynęło przed momentem zza krawędzi błękitno-białego globu.
Fotochromatyczny krystalit natychmiast pociemniał, ale ten ułamek
sekundy wystarczył, by porazić wzrok.
- Zdążę... - jęknął po części z bólu wywołanego błyskiem, a po części
dlatego, że była to ich ostatnia wspólna iluzja.
- Zabrzmiało to tak, jakbyś nie miał zamiaru iść na ten apel. - Podeszła
do niego, kręcąc biodrami, lecz zatrzymała się poza zasięgiem rąk. - Czy
aby na pewno wszystko w porządku?
- Widziałaś mój indeks - odparł wymijająco, nadal przecierając oczy. -
Mam czwarty wynik na roku.
- Widziałam - przyznała. - I mówiłam ci, że to wystarczy... możesz mi
wierzyć.
- Wierzę ci, kochanie. - Pochylił się nagle, by objąć ją w pasie, lecz
schwytał tylko powietrze i ten niepowtarzalny, jakże ulotny zapach
rozgrzanej skóry.
Monicatherine cofnęła się zwinnie o krok i nadal spoglądała na niego
uważnie, jakby chciała utrwalić w pamięci ten widok: jego pociągłą
twarz, prosty, ale niezbyt długi nos, wydatne kości policzkowe nadające
mu bardzo męski wygląd, głęboko osadzone piwne oczy i kruczoczarne,
krótko ścięte włosy porastające samą potylicę.
- Jesteś dzisiaj taki przygaszony... - szepnęła, gdy wstawał z fotela.
- Nie co dzień człowiek kończy akademię.
- Pasowanie to jeszcze nie wyrok - rzekła. - Przecież tak naprawdę nic
się nie zmieni. Z twoim świadectwem na pewno zostaniesz w obrębie Układu
Słonecznego. Może nawet załapiesz jakąś fuchę tutaj, na orbicie Ziemi.
- Tak, między nami nic się nie zmieni... - powiedział, choć doskonale
zdawał sobie sprawę, że jego słowa są większą złudą niż iluzja, którą
przed chwilą oglądali.
- Zbieraj się. - Rzuciła mu kombinezon, ten sam, który poprzedniego
wieczoru tak pieczołowicie poskładał. Paradny strój kadeta ostatniego
roku. - Masz tylko kwadrans do pierwszego gwizdka, a chciałabym jeszcze...
Nie musiała kończyć. Wiedział, czego chciała. Wiedział też, że tego
właśnie najbardziej będzie mu brakowało.
* * *
- Baczność! - Trzy równoboczne formacje umundurowanych postaci wyprężyły
się w ułamku sekundy. W tym miejscu wszystko oddziaływało na wyobraźnię.
Półmrok ogromnego hangaru, obłe kształty myśliwców, wielkie bryły
transportowców w oddali, a nade wszystko wszechobecny chłód
uświadamiający uczestnikom tej ceremonii, że od nieskończonej próżni
dzieli ich tylko kilkumetrowa warstwa helonu. - Na zakończenie apelu
przemówi rektor-admirał Damiandreas Dreade-Ravenore! - Oficer dyżurny
zasalutował, spoglądając w kierunku wykładowców siedzących na trybunie
honorowej, a potem zszedł z mównicy, ustępując miejsca postawnemu,
kompletnie łysemu mężczyźnie.
"Dredd" był żywą legendą, jedynym oficerem w służbie czynnej, który
walczył w zakończonej przed wiekiem wojnie. Choć miał na karku szesnasty
krzyżyk i zaliczone sto trzydzieści trzy lata służby, nie wyglądał na
starca. Osiem dekad przymusowej hibernacji zrobiło swoje - dzięki nim
nadal wyglądał jak młody bóg. Wzrost koszykarza, kwadratowa szczęka,
szerokie bary, mięśnie godne kulturysty, sprężyste, ale i pełne godności
ruchy. Wszyscy kadeci zazdrościli mu tej sprawności, ale żaden nie
przyznałby nawet na torturach, że w ciągu sześciu lat nauki poczuł choć
odrobinę sympatii do rektora. Dredd był wyniosłym, sadystycznym
sukinsynem i bardzo lubił przemawiać. Uwielbiał dręczyć fizycznie i werbalnie. Wiele razy przekonali się na własnej skórze o jednym i o drugim. Dlatego dawno już poprzysięgli, że żaden nie wyda z siebie
najlżejszego dźwięku podczas mowy pożegnalnej.
- Kadeci, spocznij! - rozpoczął zwyczajowo, pokazując gruby plik kartek,
na których zawarł tezy swego wystąpienia, a potem zamilkł wymownie,
licząc na szmer zwątpienia. Tym razem jednak, zgodnie z postanowieniem,
nie dali mu satysfakcji. Nie uszło to jego uwagi; kadeci z pierwszego
szeregu dostrzegli, że nerwowo drgnęła mu powieka. - Zapewne nieraz
zadawaliście sobie pytanie, dlaczego szkoliliśmy was w tak trudnych
warunkach - rzekł, odkładając kartki na mównicę. - Dlaczego musieliście
z zamkniętymi oczami przeprowadzać najbardziej skomplikowane procedury
alarmowe, skoro... - tu znowu zawiesił głos i przesunął wzrokiem po
formacjach kadetów, zanim podjął mowę od powtórzenia, ulubionego chwytu
retorycznego, który pozwalał mu przedłużyć wystąpienie - ...skoro od stu
osiemnastu lat żadna jednostka floty nie brała udziału w walce. Nie mamy
dzisiaj wrogów, to prawda. Wojna Zjednoczeniowa zakończyła się
absolutnym i bezdyskusyjnym zwycięstwem Federacji. Było to wszakże
pyrrusowe zwycięstwo, co chyba każdy z was przyzna. Nie ma żołnierza,
który nie straciłby w tym konflikcie przodka. Niemniej za cenę przelanej
wtedy krwi zapewniliśmy naszej cywilizacji rozwój na cały wiek z okładem. Jeszcze nigdy w dziejach ludzkości pokój nie był tak trwały.
Człowiek sięgnął gwiazd przed zaledwie trzema stuleciami. Ujarzmił znaną
przestrzeń w niespełna piętnaście pokoleń. Skolonizował tysiąc
czternaście planet w ośmiuset siedemdziesięciu dwóch układach. Zbadał
następne osiemnaście tysięcy systemów gwiezdnych. To wiele, naprawdę
wiele jak na trzy wieki ekspansji, a gdyby nie czas wojny domowej,
moglibyśmy do tej listy dopisać setki następnych światów. Lecz nawet
dziesięć razy więcej zasiedlonych planet to tylko kropla w oceanie
Galaktyki. Setki milionów gwiazd czeka na eksplorację. Ile wokół nich
krąży planet, nie mamy pojęcia. Ile tam może istnieć cywilizacji równych
nam albo potężniejszych, też nie wiemy. To, że nigdy nie odkryliśmy
zaawansowanych form życia w zbadanym sektorze naszego ramienia Drogi
Mlecznej, że nie trafiliśmy na żaden sygnał czy artefakt pozostawiony
przez Obcych, nie oznacza wcale, że oni nie istnieją gdzieś tam -
skinieniem wskazał na gródź - tuż za granicą poznania. Że nie obserwują
nas od dawna. Że nie zagrożą nam w przyszłości. Wszechświat jest
przeogromny, ba, ponoć nieskończony. Nie będziemy mieli gwarancji
bezpieczeństwa, póki choć jeden system w najodleglejszym zakątku
Galaktyki pozostanie niezbadany. A zakończenie eksploracji będzie
możliwe dopiero za tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy lat... - Znowu
przerwał i przesunął ręką po gołej skórze nad lewym uchem, jakby chciał
przygładzić nieistniejące włosy. Jego palce dotknęły długiej krwawej
pręgi, która ciągnąc się aż po nasadę nosa, czyniła z jego twarzy
przestrogę, co każdego z nich może spotkać w przestrzeni, kiedy
nadejdzie czas próby. - Od stu osiemnastu lat jesteśmy całkowicie
zjednoczeni. Po raz pierwszy w historii ludzkości nie ma państw i narodów, znaczenie straciły pojęcia rasy i granic. Nasi pradziadowie
złożyli daninę życia, by zjednoczyć ludzkość pod wspólnym sztandarem.
Ale Federacja będzie potrzebowała jeszcze co najmniej stu lat, by
odrobić straty poniesione w tamtej wojnie. Wiele planet czeka na ponowne
zasiedlenie, wiele już nigdy nie będzie domem człowieka... - Umilkł. Tym
razem nie patrzył na kadetów. Wrócił wspomnieniami do czasów, gdy
spoglądał na ginące kolonie jako zwykły żołnierz, potem oficer, wreszcie
dowódca floty. Dziesiątki planet zamienionych w wieczne cmentarze, setki
światów wciąż leczących rany. Taka była cena ostatecznego zjednoczenia.
Wszyscy adepci akademii znali tę minę admirała, wiedzieli też, że w jego
wypadku zaduma nad przeszłością nigdy nie trwa długo. - Dzisiaj
kończycie naukę w naszej uczelni - podjął Dredd. - Już jutro
rozpoczniecie służbę w jednostkach liniowych. Rozproszycie się po całym
sektorze, w dziesiątkach systemów. Niektórzy z was dostąpią zaszczytu
służby tutaj, na Ziemi. Tak... mam siedem takich nominacji. - Pomachał
wyjętymi z kieszeni kartami i wreszcie, mimo przysięgi, w stojących
przed nim szeregach rozległy się ciche pomruki, które skwitował krzywym
uśmiechem; nikt nie spodziewał się, że będzie tak dużo złotych kart. -
Aż tylu wychowanków akademii trafi tym razem na służbę w dowództwie
floty na Ziemi. Siedem nominacji dla siedmiu prymusów. Dla najlepszych z najlepszych. Zanim jednak je wręczę, chciałbym przekazać inną, nieco
mniej radosną informację. - Natychmiast zapadła grobowa cisza. Wszyscy
wiedzieli, co rektor zaraz powie, aczkolwiek nikt nie chciał tego
usłyszeć. - Otrzymałem z dowództwa sektora oficjalne zapotrzebowanie na...
- zrobił pauzę dla podkreślenia wagi słów - ...na trzydziestu trzech
kadetów, którzy jeszcze dzisiaj trafią do zaszczytnej i odpowiedzialnej
służby w jednostkach Korpusu Utylizacyjnego. - Głuchy jęk przetoczył się
przez hangar. Dredd spoglądał tryumfująco na kwaśne miny stojących w ostatnich rzędach młodych ludzi. To właśnie oni mieli największe szanse
na "zaszczytną" służbę w jednostkach, w których śmierć nadal zbierała
obfite żniwo. - Czeka was wielka przygoda, panowie. Nie mieliście serca
do nauki o wojnie, poznacie zatem naocznie jej skutki. Oto wasze
zaproszenia na pola dawno zapomnianych bitew - powiedział nie bez
satysfakcji Damiandreas Dreade-Ravenore, pokazując plik czarnych kart. -
Ale zanim je otrzymacie, pozwólcie, że rozpocznę właściwe przemówienie...
* * *
Nike obracał w palcach mały plastikowy prostokąt, na którym zapisano
jego przyszłość. A właściwie jej brak. Po trzygodzinnym przemówieniu
Dredda nastąpiło uroczyste wręczenie nominacji i kolejny rok akademicki
oficjalnie się zakończył. W hangarze pozostało niewiele osób. Paru
wykładowców żegnających swoich ulubionych podopiecznych i kilkunastu
kadetów czekających wciąż na spóźnionych oficerów łącznikowych z podrzędnych jednostek, do których zostali przydzieleni. W zasadzie
należało powiedzieć: kilkunastu skazańców... Służba na pokładach ciężkich
transportowców Korpusu Utylizacyjnego nie należała do bezpiecznych.
Trzydzieści trzy tegoroczne etaty oznaczały, że co najmniej tylu
członków ich załóg przeniosło się od ostatniego apelu w zaświaty. I to
tylko w dywizjonach sto czternastego sektora. A czymże on jest wobec
ogromu wszechświata?
- Stachursky?
Nike wyrwał się z zamyślenia na dźwięk własnego nazwiska. Spojrzał w kierunku wychowawców w samą porę, by zobaczyć, że Dredd, rozmawiający z niskim, otyłym mężczyzną w brudnym kombinezonie mechanika, wskazuje na
niego palcem. Podniósł worek z rzeczami i zarzucił go na ramię.
- Ty jesteś Stachursky? - Rudawy oficer o nalanej twarzy zbliżył się,
wyciągając cuchnącą chemikaliami dłoń po kartę przydziałową.
Nike przewyższał go o głowę. Dopiero z bliska zauważył na znoszonym
kombinezonie naszywki z rangą kapitana floty i nazwiskiem Morrisey
umieszczone tuż pod złotym niegdyś napisem "FSS Nomada".
- Tak jest!
Karta od razu wylądowała w czytniku, ale kapitan, zamiast odwrócić się
na pięcie, gwizdnął cicho, a potem - zadarłszy głowę - zerknął na
kadeta. Nike tego nie zauważył. Z przerażeniem wpatrywał się w metalowe
palce protezy ściskające obudowę niewielkiego urządzenia.
- Jaja sobie ze mnie robicie? - zapytał zdziwiony dowódca Nomady, nie
podnosząc wzroku. - Z danych wynika, że jesteś tegorocznym prymusem.
Czwarty wynik na roku. Tacy do nas nie trafiają.
Nike strzelił przepisowo obcasami, zanim odpowiedział.
- Melduję posłusznie, że to nie pomyłka.
- Naprawdę? Jak zatem, chłopczyku, wytłumaczysz mi to? - Morrisey
pokazał czytnik, na którym obok hologramu twarzy i danych osobowych
widoczne były wyniki egzaminów oraz zbliżona do ideału ocena końcowa.
- Powiedzmy, że zagłębił się nie w to zagadnienie, co powinien. - Dredd
podszedł do nich i wyręczył zdeprymowanego kadeta.
- Słucham? - Kapitan Morrisey wyglądał na zdziwionego.
- Melduję posłusznie, sir, że rżnąłem najmłodszą córkę pana admirała! -
wyjaśnił Nike nowemu przełożonemu nieco głośniej, niż wymagała tego
sytuacja.
Śmiechy stojących opodal wykładowców ucichły jak nożem ucięte.
DWA
- Naprawdę tak powiedział? - Heraklesteban Iarrey, chudy i wysoki jak
tyka blondyn, pierwszy oficer Nomady, otarł jednorazowym ręcznikiem
pot z karku, po czym cisnął mokry papier na podłogę.
Wchłaniacze rozpoczęły utylizację cienkiej warstewki papieru, ledwie
dotknęła metalowej kratownicy. Ktoś postanowił, że temperatura na mostku
kolapsarowca będzie symulować tropiki. Najprawdopodobniej kapitan, bo
nikt z regularnej załogi nie protestował.
- Naprawdę. - Morrisey siedział, trzymając nogi na blacie stołu, i wciąż
przeglądał akta pięciu kadetów, którzy karnie stali w szeregu pod ścianą
obok dystrybutora posiłków.
Wszyscy byli mniej więcej tego samego wzrostu i podobnej budowy, jakby
te właśnie kryteria sprawiły, że trafili na pokład Nomady.
- I Dredd go nie zabił? - zdziwił się Iarrey, sięgając po następny
ręcznik.
- Chciał, Bóg mi świadkiem, że bardzo tego chciał. Sęk w tym, że chłopak
trafił już pod moją jurysdykcję. - Morrisey pomachał od niechcenia kartą
przydziałową Nike'a.
- No to miałeś, synku, farta... - Czarnowłosa, dobrze wyposażona, choć
szczupła podporucznik-pilot Annataly Davidoff-Rozerer, główny nawigator
Nomady i jedyna kobieta na pokładzie, przyglądała się nowym nabytkom,
jakby byli towarem na sprzedaż. - Gdyby nasz szef nie był takim
służbistą...
- Za drobną opłatą obiecałem staremu, że szczeniak nie przeżyje
pierwszej roboty - rzucił od niechcenia Morrisey.
Głośny śmiech wypełnił mesę. Rechotał nawet ojciec Pedroberto, kapelan
pokładowy. Tylko kadeci przepisowo milczeli.
- No dobrze, czas na małe powitanie. - Czytnik powędrował wreszcie do
kieszeni, a nogi dowódcy zetknęły się z podłogą. - Nazywam się, jak już
pewnie wiecie, Henrichard Morrisey i mam wam do zakomunikowania kilka
łatwych do zapamiętania rzeczy. Po pierwsze, na pokładzie tego statku
jestem ważniejszy od Boga. Po drugie, jeśli uważaliście, że admirał
Dreade-Ravenore to najgorszy skurwysyn w znanym wszechświecie, już
wkrótce się przekonacie, że nie mieliście bladego pojęcia, czym jest
prawdziwe skurwysyństwo. Po trzecie, nasza robota nie należy do łatwych
i bezpiecznych. To, że wysłałem w tym roku zapotrzebowanie aż na pięciu
kadetów, powinno wam wiele powiedzieć o charakterze zadań, które nas, a właściwie was, czekają. Naczelne dowództwo przekazało dywizjonowi, w którego skład wchodzi nasza wspaniała jednostka, rozkaz oczyszczenia
słynnego Pasa N Terytoriów Wewnętrznych. Do tej pory udało się go
wykonać mniej więcej w połowie. Właśnie dotarliśmy do Sektora V jak
Victor... jeśli ta nazwa coś wam mówi. Mówi? - Spojrzał na kiwających
głowami kadetów. - Zatem proszę o króciutkie streszczenie historii walki
o ten system - ponownie wskazał palcem na pierwszego kadeta z brzegu.
- Daliśmy im w dupę, sir! - Peterasmus De'Vere miał szóstą od końca
ocenę na roku, czemu trudno było się dziwić, zważywszy na to, iż sam
jego wygląd sugerował poziom intelektualny troglodyty.
- W dupę, powiadasz? To ciekawe stwierdzenie, choć jeśli się nad nim
zastanowić, z gruntu nieprawdziwe.
- Oni dali nam w dupę, sir! - Przepytywany kadet wyszczerzył zęby w tryumfalnym uśmiechu.
Morrisey pokręcił z niedowierzaniem głową. De'Vere zdębiał.
- Remis był? - zapytał zdumiony.
- Remis, posrana karykaturo kadeta, to na meczu ligi przestrzennej można
odgwizdać. Może pan nam opowie, jak było? - Palec kapitana minął Nike'a i wycelował w pierś Christopherasmusa Carre-Foura. Głupkowaty uśmiech
spełzł z wąskich ust arystokratycznej szczupłej twarzy, gdy tylko
nieszczęśnik zrozumiał, że poprzedzający go Nike nie musi odpowiadać.
- Nie sądzę, żebym mógł dokładniej... - wymamrotał czwarty klon
arystokraty z podrzędnej planety.
- Całkiem słusznie nie sądzisz, skurwykloni pomiocie! - przerwał mu
bezceremonialnie Morrisey i nie zważając na purpurę, jaka pojawiła się
na policzkach łajanego kadeta, ryknął: - A co wy, obszczymury, macie do
powiedzenia?!
Ani Josephilip Kolczuk, pryszczaty i małomówny kurdupel, który ponoć był
nieślubnym synem jakiejś szychy z Ziemi, ani jego całkowite
przeciwieństwo, Yukitaro Domita, czternaste dziecko pańszczyźnianego
chłopa z planety o tak skomplikowanej nazwie, że nikt nie umiał jej
wymówić, nie mieli nic do powiedzenia. Co zresztą nie było niczym
zaskakującym - podobnie jak poprzednicy, zaliczali się do najniższej
warstwy intelektualnej akademii i nigdy nie ukończyliby studiów, gdyby
nie parytety i naciski rządów pomniejszych sektorów. Admiralicja
przepuszczała ich przez sita egzaminacyjne tylko dlatego, że ktoś musiał
zasilać załogi jednostek Korpusu Utylizacyjnego.
Zrezygnowany Morrisey wskazał w końcu na Nike'a.
- System numer 9413, znany również pod nazwą New Rouen, składa się z ośmiu planet - wyrecytował wyprężony jak struna prymus najlepszej
akademii floty. - Przed wojną domową był jednym z najważniejszych
punktów transferowych Sektora Victor. Federacja zamierzała przejąć nad
nim kontrolę już na początku walk, aby odciąć część wysuniętych układów
planetarnych przeciwnika od łatwego zaopatrzenia nadprzestrzennego. W tym celu wysłano dwa zespoły uderzeniowe, które miały równocześnie
zaatakować Deltę, jedyną zamieszkaną planetę układu, oraz orbitalną
stację tranzytową. Niestety wróg, po raz pierwszy w historii tej wojny,
zaminował domniemane punkty wyjścia wokół strefy skoku, łamiąc tym samym
wszelkie konwencje. Ponadto, czego dowództwo Federacji nie wiedziało na
etapie planowania operacji, rebelianci zgromadzili tam pokaźne siły
chroniące przenoszony na Deltę sztab obrony całego podsektora. Admirał
Tahomey wyprowadził pierwszy zespół uderzeniowy prosto na jedno z pól
minowych, tracąc już podczas wyjścia z nadprzestrzeni niemal połowę
jednostek liniowych. Drugie zgrupowanie miało więcej szczęścia, ale jak
się wkrótce okazało, cztery eskadry chroniące sztab i stację tranzytową
stanowiły twardy orzech do zgryzienia nawet dla najnowocześniejszych
pancerników Federacji. Można powiedzieć, że bitwa nie została
rozstrzygnięta. Zdołano zniszczyć większość instalacji obronnych
systemu, ale kontroli nad nim nie uzyskano. Obie floty wykrwawiły się w niemal trzynastogodzinnej walce, a... - Zamilkł, widząc uniesioną wysoko
dłoń dowódcy.
- Czas na mały egzamin - wycedził poirytowany Morrisey. - Jaką nazwę
nosi teraz sektor, w którym się znajdujemy? - wskazał mechanicznym
palcem wybranego kadeta.
- No... - zająknął się zaskoczony Carre-Four.
- Nie. Następny.
Żaden z pierwszej czwórki nie odpowiedział na to proste przecież
pytanie. Nike nie miał z tym najmniejszego problemu.
- Obecnie sektory mają nazwy zapożyczone z alfabetu fonetycznego floty,
zatem jest to Alfa.
- Czym jest sektor? - Morrisey szedł za ciosem.
- Eeee...
- Za mało precyzyjna definicja - uciszył próbującego zebrać myśli
De'Vere'a. - Stachursky?
- Sektorem nazywamy jedną dwudziestą czwartą poprzecznego przekroju
ramienia Galaktyki.
- A może któryś z was, skurwyklony, poda mi definicję pasa?
Nie podali, zatem znów padło na Nike'a.
- Pas to przestrzeń wewnętrzna ramienia Galaktyki zawierająca wszystkie
układy planetarne, do których da się dolecieć podczas jednego skoku
nadprzestrzennego. Systemy te noszą nazwy zaczynające się na tę samą
literę co pas, do którego należą. Jego szerokość wynosi od dwóch i pół
do trzydziestu sześciu lat świetlnych. W skład każdego metasektora
wchodzą dwadzieścia cztery takie pasy.
- Wystarczy! - Morrisey przerwał mu i znów położył nogi na blacie. -
Kadet Stachursky odrobił zadanie domowe, czego o reszcie powiedzieć nie
można. Dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że od tej chwili
pozostali panowie kadeci noszą numery zamiast nazwisk. Ty - wskazał na
De'Vere'a - masz jedynkę, ty - wymierzył palcem w Carre-Foura - dwójkę,
albo nie, natura już cię obdarzyła numerkiem, skurwykloni pomiocie, więc
zostaniesz, jak Bóg i tatuś, wybacz... dawca... chcieli, czwórką. Kolczuk to
trójka, a pan, tfu, Sodomita przejmie w takim razie numer drugi. Kadet
Stachursky pozostaje kadetem Stachurskym, dopóki nie przyjdzie mi ochota
tego zmienić, i będzie łącznikiem między załogą stałą i numerowaną. A to
oznacza, że żaden z was, skurwyklony, nigdy, ale to nigdy nie zwróci się
bezpośrednio do nikogo z pełnoprawnych członków załogi, chyba że otrzyma
pozwolenie za pośrednictwem kadeta Stachursky'ego. Żaden z numerów,
jeśli nie zostanie wezwany, nie ma też wstępu na górny pokład.
Zrozumiano?
- Tak jest! - odpowiedzieli unisono.
Co jak co, ale dyscyplinę akademia wpoiła wszystkim adeptom.
- A gdyby kogoś interesowało, co znaczą te numery, od razu wyjaśnię -
kontynuował kapitan. - To taki stary obyczaj przeniesiony do korpusu z jednostek frontowych. Kiedy wydam rozkaz, na przykład wyjścia w przestrzeń, nie będę musiał wskazywać paluchem ani wywoływać nikogo po
nazwisku. Numer jeden idzie pierwszy, a jak coś spierdoli, czytaj
wykituje, jego miejsce zajmuje numer dwa, potem trzy i tak dalej, aż do
skutku. Zrozumiano?
Tym razem odpowiedź nie była już tak jednogłośna.
- Odmaszerować! - warknął Morrisey. - A kadet Stachursky jeszcze na
moment z nami zostanie.
* * *
- Wiesz, synku, dlaczego kazałem ci zostać? - zapytał kapitan, gdy
pozostali kadeci zabrali swoje rzeczy i opuścili mesę.
- Nie wiem, sir! - odparł zgodnie z prawdą Stachursky.
- Na pewno?
- Na pewno, sir! - Nike starał się wymyślić coś na poczekaniu, ale
naprawdę nie miał pojęcia, do czego zmierza dowódca.
Morrisey przerwał jego męki.
- Czytałem twoje akta, więc wiem, że należysz do asów pieprzonej
Orbitalnej Akademii Floty. Pech chciał, że wybrałeś nie ten otwór co
trzeba i przepieprzyłeś sobie, cha, cha - śmiech kapitana okazał się
zaraźliwy - dosłownie przepieprzyłeś sobie życie. Ale głupi nie jesteś,
wręcz przeciwnie, i dlatego szybko się połapiesz, że nie wszystko, co
mówią o tej służbie, jest prawdą. A skoro i tak do tego dojdzie, wolę od
razu zaproponować ci układ.
Iarrey, nawigatorka, kapelan oraz milczący do tej pory porucznik
odpowiedzialny za systemy uzbrojenia, który chyba nazywał się Bourne -
przynajmniej tyle można było odczytać z jego brudnej naszywki - otoczyli
zdezorientowanego kadeta.
- Jaki układ, sir? - zdziwił się Nike.
- Wiesz, dlaczego wszystkie bitwy Wojny Zjednoczeniowej, i w ogóle
wszystkie potyczki w przestrzeni, odbywały się w pobliżu punktów
Lagrange'a? - zapytał pozornie bez związku kapitan.
- Teoretycznie... - zaczął Nike asekuracyjnie.
- Słucham.
- Na wykładach mówiono nam, że to kwestia strategii, ale prawda jest
chyba taka, że nikomu nie uśmiecha się powolna i do tego anonimowa
śmierć w pustce kosmicznej. Dlatego wszystkie pola bitew umiejscawiano w punktach zwanych dołkami Lagrange'a na cześć...
- Streszczaj się, synku - ponaglił go kapitan.
- W przypominających nieco pasy Saturna strefach grawitacyjnych, w których uszkodzone i zniszczone jednostki, pozostając długo na miejscu,
tworzą coś w rodzaju pola asteroid, dzięki czemu można przeprowadzić
ewentualne akcje poszukiwawcze i ratunkowe. Dlatego też od początków
podboju kosmosu wszelkie strategie admiralicji zakładały walkę
statyczną. Okręty przystępowały do akcji na minimalnych prędkościach,
żeby po ewentualnym zniszczeniu ich wraki pozostały w punktach
Lagrange'a.
- Co to oznacza w praktyce?
- W praktyce oznacza to, że w dołkach nadal powinny krążyć niemal
wszystkie jednostki zniszczone w bitwach, o ile na skutek
nieprzewidzianych okoliczności nie wyrwały się z pułapki grawitacyjnej i nie spadły na powierzchnię pobliskich planet. - Nike pomyślał o Dreddzie
i jego osiemdziesięcioletniej odysei w kapsule ratunkowej. Gdyby nie ta
taktyka, stary admirał byłby teraz kawałkiem dobrze zmrożonego mięsa
wędrującego przez nieskończoną pustkę albo ślicznym meteorem tnącym
malownicze niebo odległej planety.
- Doskonale. - Morrisey roześmiał się na cały głos. - Bardzo celny
wniosek, kadecie Stachursky. A co z tego wynika dla nas?
- Mamy ułatwioną robotę.
- To też, ale...
- Ale taki inteligentny i śliczny chłopczyk jak ty powinien już
wiedzieć, że można się przy tym nieźle obłowić.
Nike zrozumiał, dlaczego Bourne milczał aż do tej pory. Głos porucznika
odpowiedzialnego za systemy uzbrojenia mówił wszystko o jego
preferencjach seksualnych.
- Proponujemy ci drobny udział w zyskach w zamian za pełne posłuszeństwo
i kontrolę tamtych śmieci. - Kapitan wskazał ruchem głowy drzwi, za
którymi zniknęli pozostali kadeci.
- Udział w zyskach, sir? - Nike spojrzał przytomniej na rozbawionych
załogantów.
- Naprawdę nie rozumiesz? - Na ustach Morriseya pojawił się pierwszy
szczery uśmiech. - Jeśli grasz według zasad admiralicji, masz święty
spokój, jeśli według naszych, ta robota może być kurewsko niebezpieczna
- podniósł rękę, prezentując elektroniczną protezę - ale za to
opłacalna. Odbębnisz swoje latka na pokładzie Nomady i masz
zagwarantowany śliczny dodatek do emeryturki.
- A większość czarnej roboty i tak odwalają za nas numery - dodał
Iarrey.
- Mamy wprawdzie wyspecjalizowane roboty - wyjaśnił kapitan - ale to
cholernie drogi sprzęt. Zniszczenie takiej maszyny oznacza dziesiątki
szczegółowych raportów, które często wychodzą poza admiralicję. Śmierć
kadeta najniższej rangi to tylko list do rodziny, medal i znacznie
rzadziej drobna rekompensata finansowa...
- Zresztą im większe straty w akcji, tym lepiej - szepnęła niemal
zmysłowo Annataly, pochylając się do ucha Nike'a.
- Im więcej zabitych, tym mniej sensownych ludzi garnie się do roboty w Korpusie Utylizacyjnym - podjął wątek Morrisey. - A po poległych i tak
nikt nie płacze, zwłaszcza dowództwo, które ma z naszego procederu
słuszny dodatek do pensji. Przy okazji oszczędzamy admiralicji mnóstwo
kłopotu z... nazwijmy to po imieniu... odpadami akademickimi.
- Czyli rozumiem, że - powiedział kandydat na udziałowca firmy Nomada
- najpierw zgłębiamy, a dopiero potem niszczymy?
- Zgłębiamy? Wiesz, Nike, podoba mi się twój sposób myślenia... - Kapitan
uśmiechnął się do własnych myśli. - Archeologia przestrzenna to
wspaniała dziedzina nauki, szczególnie jeśli ma się wsparcie w postaci
ściśle tajnych map i dostępu do wszystkich archiwów floty. - Urwał nagle
i zapytał: - Zatem wchodzisz w to czy nie?
- Co będzie, jeśli odmówię? - zapytał ostrożnie Nike.
- Obiecałem coś admirałowi, a jestem naprawdę słownym facetem... -
Odpowiedź Morriseya, choć wypowiedziana wesołym tonem, niosła wyraźną
groźbę. - Łamię dane słowo tylko wtedy, gdy widzę w tym swój interes.
- Rozumiem. - Nike spojrzał dowódcy w oczy. Chwilę później skinął głową.
- Wchodzę. Pozostaje tylko kwestia...
- Dwie kwestie - przerwał mu bezceremonialnie kapitan.
- Dwie? - zdziwił się Nike.
- Tak. Po pierwsze, strona finansowa. Żeby nie było nieporozumień. Jak
to mówią: kochajmy się jak bracia, liczmy się jak klony. Masz dziesięć
procent zysku ze wspólnych akcji i pięćdziesiąt z tego, co sam nadasz.
- Zgoda. - Propozycja wyglądała na uczciwą, zresztą w zaistniałej
sytuacji Nike przystałby na każdą, nawet o wiele mniej korzystną.
Morrisey nagle spoważniał.
- I po drugie, chłopcze... - To "chłopcze" zabrzmiało bardzo złowróżbnie.
- Pani porucznik Davidoff-Rozerer jest jedyną kobietą na pokładzie i jak
się zapewne domyślasz, należy do mnie i tylko do mnie. Ja nie jestem
wujcio Dredd i nie będę się zastanawiał pół semestru, jak wyrafinowanie
skroić ci dupę. Jeśli wykryję choć jeden, nieważne jak mikry ślad twojej
bytności w damie mojego serca, to... - zrobił protezą nieokreślony gest
mogący oznaczać wszystko. - Rozumiemy się, panie córeczkojebco?
Nike zerknął na kombinezon lotniczy nawigatorki, a raczej na nęcące
kształty, jakie okrywał ten obcisły kawałek lśniącego materiału. Potem
popatrzył wprost w roześmiane oczy Bourne'a. Nie odpowiedział mu
uśmiechem.
- Rozumiemy - przytaknął i sięgnął po worek. - Kadet Stachursky
odmeldowuje się!
- Moment... - Kapitan nie spuszczał z niego badawczego wzroku.
- Tak, sir?
- To twoje imię. Nike... Dlaczego nie nosisz standardowego dwumianu, jak
każdy przyzwoity człowiek? - zapytał dowódca.
- Noszę, sir - odparł Nike.
- To dlaczego go nie używasz? - zapytała zaskoczona Annataly.
- Używam. Składowe to Nik i Ike.
- Ha, jednego Ikennetha to nawet znałem, ale Nick na pewno pisze się
inaczej - wtrącił Iarrey.
- Rodzina mojego ojca pochodzi ze Strefy Rosyjskojęzycznej, stąd
odmienna pisownia pierwszego członu - wyjaśnił Nike. - Na cześć jakiegoś
słynnego, cholera wie ile razy "pra" pradziada. Podobno był wziętym
pisarzem na Ziemi pod koniec Starej Ery.
TRZY
Terytoria Zewnętrzne, Pas N,
System New Rouen, Sektor Victor,
27.06.2354
Wyszli z nadprzestrzeni w dużej odległości od gwiazdy oznaczonej na
mapach Federacji symbolem 9413, kilkanaście stopni poza płaszczyzną
ekliptyki tutejszego układu planetarnego, na skraju wyliczonego pola
bezpieczeństwa. Nomada, wciąż zwalniając, leciał ku Delcie - czwartej
planecie systemu - z dala od ewentualnych wrakowisk. Współczesne systemy
koordynacji danych pozwalały na obliczanie skoków podprzestrzennych z dokładnością do miliarda mil na rok świetlny, mogli się więc zbliżyć do
każdego systemu bez potrzeby korzystania ze studni grawitacyjnych i związanego z tym ryzyka natrafienia na pozostałości dawnych bitew albo
wciąż aktywne pułapki zastawiane przez obrońców.
Trzeciego dnia po przybyciu na miejsce Morrisey pojawił się na górnym
pokładzie i zasiadł w sfatygowanym fotelu dowódcy. Annataly i Iarrey
wciąż zbierali i segregowali dane z sond dalekiego zwiadu, które
wystrzelono dwie doby wcześniej w kierunku wszystkich dołków Lagrange'a w systemie. Bourne i Nike czekali na rozwój wydarzeń przy zapasowych
konsolach, sprawdzając od czasu do czasu wybrane odczyty. Kapelana i pozostałych kadetów na razie nie wybudzono. Systemy Nomady
wykorzystały czas potrzebny na wyhamowanie po wyjściu z nadprzestrzeni,
aby starannie przebadać docelowy system. Teraz należało jedynie
zinterpretować dane i przystąpić do działania.
- Kiedy będziemy mieli pełen obraz sytuacji? - zapytał Morrisey, ledwie
zapiął pasy.
- Za plus minus pięć minut standardowych - odparł Iarrey.
Kapitan pokiwał głową i włożył do ust oliwkową bryłkę czegoś, co
najwyraźniej służyło do żucia.
- Czekam, panie pierwszy - powiedział, splunąwszy soczyście na
kratownicę pod głównym ekranem.
- Przecież nie minęła nawet minuta - żachnął się Iarrey.
- Zależy, jak na to patrzeć - stwierdził enigmatycznie kapitan,
aktywując panoramicon.
Obłe ściany mostka zmieniły zabarwienie i w kilka sekund stały się
przezroczyste. W czasie lotu nad planetą wrażenie dezorientacji
występuje u paru procent doświadczonych astronautów, w pustce nie ma
takiego problemu. Tutaj nic nie zakłóca błędnika, zwłaszcza gdy widok
sprzętów w sterowni pozwala ustalić hipotetyczny pion.
Centrum układu planetarnego z pojedynczą gwiazdą klasy G2V znajdowało
się przed dziobem okrętu. Komputer wyświetlił na ekranach opalizujące
zielenią orbity wszystkich planet i ich satelitów, zaznaczył też na
czerwono trasy większości ciał niebieskich przemierzających tę część
układu w odwiecznej podróży przez wszechświat. Trochę tego śmiecia było,
ale nie aż tyle, żeby musieli się przejmować.
- Skupisko właściwe znajduje się na orbicie czwartej planety -
zameldował chwilę później Iarrey. - Większość wrakowiska, jakieś
dziewięćdziesiąt siedem procent przewidywanej masy, pozostaje w strefie
równowagi. Mam jednak trochę odczytów na zewnątrz dołka. Złom z pogranicza zaczyna się już wydostawać z pułapki grawitacyjnej. Jeszcze
parę lat i...
- Nie filozofuj, Iarrey - przerwał mu dowódca. - Co z polami minowymi?
- Sondy poszły czterdzieści siedem godzin temu, zlokalizowaliśmy
szesnaście z dwudziestu zapór, o jakich mówiły przejęte raporty
kolonistów. Pozostałe cztery mogą już nie istnieć...
- Jeszcze się nie zdarzyło, żeby całe pole minowe zniknęło albo zostało
zdetonowane - mruknął Morrisey, zaciskając metalowe palce protezy. - Nie
ruszę dupy z fotela, dopóki nie będę znał położenia wszystkich
przeszkód.
Iarrey zbył tę uwagę wzruszeniem ramion i jakby nigdy nic nadal
sprawdzał napływające dane.
- Co robimy z namierzonymi polami? - zapytał po chwili.
- A co możemy z nimi zrobić? - mruknął poirytowany Morrisey. - Pozbądź
się tego gówna.
W próżni dźwięk się nie rozchodzi, za to widoki są piękne - tak jeden z wykładowców akademii zachwalał uroki nawigacji systemowej. Teraz jego
słowa nabrały dodatkowej głębi. Miriady towarzyszących sondom
nanoszperaczy wbiły się w pola min nuklearnych, które sto dwadzieścia
lat wcześniej miały bronić dostępu do punktu tranzytowego na
domniemanych wektorach podejścia. Atramentowa czerń pustki kosmicznej
rozbłysła nagle milionem barw. Nie przypominało to ogni sztucznych, ale
było na swój sposób urzekające. Dziesiątki zlewających się eksplozji,
gasnąca powoli plazma, halo o barwach znacznie żywszych niż kolory
tęczy. Gdyby wtedy, przed ponad wiekiem, istniała dzisiejsza
technologia, zespół uderzeniowy numer jeden przeszedłby przez pola
minowe jak promień lasera przez papier. Admirał Tahomey mógł jednak
liczyć wyłącznie na szczęście i dlatego teraz aż sto osiemdziesiąt
najrozmaitszej wielkości wraków krążyło po orbicie planety, której
prawdziwej nazwy nikt już nie pamiętał.
- Mamy namiary na resztki czterech pól, w które wszedł zespół
uderzeniowy numer jeden - zameldowała Annataly, która również zajmowała
się obróbką danych. - W zasadzie nie istnieją. Szczątki zniszczonych
okrętów aktywowały większość min pozostałych po przejściu zespołu, a te,
które nie zostały zdetonowane wtedy, pewnie i tak już nie wybuchną.
- Nigdy nie ma takiej pewności, skarbie - mruknął Morrisey. - Co z odczytami mówiącymi o aktywnych minach wewnątrz wrakowiska?
- Jest ich nie więcej niż dziesięć - odparła Annataly.
- Daj podgląd!
- Tak jest. - Na panoramiconie pojawiły się kolejne obrazy ilustrujące
położenie hipotetycznych niewypałów.
- Panie Bourne?...
To wystarczyło, by porucznik uraczył wszystkich krótkim wykładem o sposobach neutralizacji min. Roiło się w tej gadce od terminów
technicznych i wzorów matematycznych, ale sens był prosty i można go
było zawrzeć w kilku słowach: nie da się użyć kolapsarów do zdalnego
ściągnięcia całego śmiecia bez ryzyka przypadkowej eksplozji i rozrzucenia szczątków poza strefę.
- Kiedy będziemy mieli na miejscu holosondy? - zapytał Morrisey.
- Pierwsza fala jest już na orbicie i właśnie dociera do dołka
Lagrange'a - odpowiedział jak zwykle spokojnie Iarrey.
Mikrosondy sieci holowizualnej pozwalały na sporządzenie trójwymiarowej
mapy badanego sektora i niezwykle dokładną ocenę sytuacji.
- Rzućmy okiem... - Kapitan przełączył panoramicon na widok transmitowany
przez zsynchronizowane kamery sond.
W mgnieniu oka znaleźli się w samym środku wrakowiska. Zniszczone okręty
dryfowały na przestrzeni setek tysięcy mil sześciennych wokół punktu
Lagrange'a, tworząc niesamowity, ale niezwykle stabilny wir metalowych
konstrukcji. Z większości jednostek, zwłaszcza tych mniejszych, zostały
tylko strzępy - procesy destrukcji zainicjowane przez laserowe salwy
wroga dokończyła sama natura. Niekończące się kolizje z innymi wrakami
zamieniły dumne niegdyś okręty w kupę poskręcanych szczątków. W milczeniu oglądali kolejne, niewiele różniące się od siebie ujęcia;
czasem dało się uchwycić rozprute i wybebeszone kadłuby korwet i niszczycieli, ale wszystkie były zbyt zniszczone, by warto było do nich
zaglądać.
- Witam w piekle pana Lagrange'a - rzucił z sarkazmem rozparty wygodnie
Morrisey. - Tu, gdzie skarby przeszłości czekają na odkrywców, a śmierć
na frajerów.
Rejestratory sond przekazywały do sterowni dalsze, niemal identyczne
ujęcia pola bitwy, która zakończyła się sto trzydzieści lat wcześniej.
Iarrey lokalizował miny i przygotowywał się do zdalnego zdetonowania
tych, w których pobliżu nie było nic godnego zainteresowania.
Przeglądali wrakowisko systematycznie, lecz dopiero po kwadransie
zobaczyli coś wartego uwagi. Pękaty kadłub antycznego pancernika
wynurzył się majestatycznie ze stożka cienia planety. Morrisey, który
właśnie podawał kody aktywacyjne dla szperaczy mających zneutralizować
namierzone w tym sektorze miny, natychmiast kazał przenieść to ujęcie na
panoramicon i usunąć okna mniej istotnych przekazów. Najbliższe sondy
znajdowały się zaledwie kilkanaście mil od dobrze zachowanego dziobu
pancernika, dlatego Nike nie miał problemu ze zidentyfikowaniem wciąż
czytelnego numeru. Dostrzegł nawet część nazwy, która dla wielu ludzi
wciąż jeszcze była symbolem zwycięskiej walki o zjednoczenie. Olbrzymi
okręt wydawał się nietknięty. Tak potężnego pancerza nie mogły pokonać
nawet uderzenia kilkutonowych fragmentów innych wraków, a większych
odłamków w tej części dołka Lagrange'a - prócz admiralskiego okrętu
flagowego - na razie nie widzieli. Obracający się wolno wzdłuż własnej
osi pancernik wypełnił wkrótce cały ekran. Zdawało się, że płynie tuż
nad sterownią Nomady, choć w rzeczywistości oba statki dzieliło więcej
niż miliard mil.
Rozparty w fotelu Morrisey uśmiechnął się władczo.
- Panie Stachursky, co my tu mamy? - zapytał.
- FSS Odyn, numer burtowy FSBS 061, flagowy okręt admirała Tahomeya -
wyrecytował z pamięci Nike. - Milion sto sześćdziesiąt tysięcy ton masy,
długość kadłuba właściwego osiemset dziesięć metrów, średnica w najgrubszym miejscu siedemdziesiąt dwa metry, uzbrojenie...
- Wystarczy - przerwał mu nadal uśmiechnięty Morrisey. - Oto nasze
Eldorado! Pokąsany, ale nie schrupany do kości... - Sztuczna ręka kapitana
wskazała na lewą dolną część ekranu.
Spojrzeli tam i zobaczyli pociemniałe, poszarpane krawędzie pierwszej z ogromnych dziur w poszyciu, która ciągnęła się od śródokręcia aż po
przewężenie sekcji maszynowej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki