Pola dawno zapomnianych bitew. Łatwo być Bogiem. Tom 1 - Robert J. Szmidt

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (18,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

"Fan­ta­styka naukowa to ten rodzaj lite­ra­tury, który albo się uwiel­bia, albo nie­na­wi­dzi. Albo coś czy­tel­nika pociąga w powie­ści, albo dopro­wa­dza do takiego stanu, że ni­gdy wię­cej nie sięga on po tego typu lek­turę. W tym dru­gim przy­padku pozo­staje mu tylko żało­wać, że nie prze­czyta Łatwo być Bogiem. (...) To bar­dzo cie­kawa książka, która wbrew pozo­rom nie­sie prze­sła­nie doty­czące spraw bar­dzo przy­ziem­nych, trak­tu­jąca o nas - ludziach".

Recen­zje Subiek­tywne - Marek Bachor­ski-Rud­nicki

"W Łatwo być Bogiem autor kreuje łatwo przy­swa­jalną wizję przy­szło­ści, zbu­do­waną z kla­sycz­nych i dobrze zna­nych ele­men­tów, dopra­wioną odro­biną humoru, wartką akcją i zaka­mu­flo­wa­nym, nieco głęb­szym prze­sła­niem. (...) Szmidt ser­wuje bar­dzo popową, lekką lek­turę z atrak­cyj­nym zakoń­cze­niem będącą jed­no­cze­śnie obiet­nicą znacz­nie więk­szego roz­ma­chu i roz­wi­nię­cia zapre­zen­to­wa­nego świata w dal­szych czę­ściach. Warto cze­kać".

www.dzi­ka­banda.pl

"Zimny i bru­talny jest wszech­świat kosmicz­nych żoł­nie­rzy przy­szło­ści z prozy Roberta J. Szmidta. Nie ma w nim miej­sca na czu­ło­ści, przy­jaź­nie, związki rodzinne. Jest misja, przy­mus, odpo­wie­dzial­ność i smu­tek. I jesz­cze wola prze­trwa­nia".

Repu­blika Kobiet - Syl­wia Skor­stad

"Robert J. Szmidt - czło­wiek, od któ­rego zaczęło się odro­dze­nie pol­skiej fan­ta­styki w XXI wieku, który wymy­ślił i pro­wa­dził maga­zyn "Science Fic­tion", kiedy wszy­scy pukali się w głowę, że to totalny bez­sens - wydał wła­śnie nową książkę. (...) To bar­dzo dobra, roz­ryw­kowa space opera z cie­ka­wymi boha­te­rami, wartką akcją i nie­po­ko­ją­cymi pyta­niami".

Alek­san­der Kusz, szor­tal.com

"Dobrze, że w Pol­sce wydaje się takie książki. One - przy­naj­mniej w moich oczach - ratują obraz kla­sycz­nej SF jako tworu roz­ryw­ko­wego. Poza tym Szmidt udo­wad­nia, że nie tylko Zachód potrafi napi­sać dobrą fan­ta­stykę, ale i nasi rodzimi auto­rzy to dobry "towar". Może nawet eks­por­towy?"

Co prze­czy­tać? - Mariusz Woj­te­czek

"Łatwo być Bogiem to jedna z tych ksią­żek, które ofe­rują czy­tel­ni­kowi dokład­nie to, co zapo­wiada okład­kowy blurb. Naj­now­sza powieść Roberta J. Szmidta rze­czy­wi­ście jest przed­sta­wi­cie­lem twar­dej fan­ta­styki nauko­wej i z pew­no­ścią przy­pad­nie do gustu wszyst­kim jej miło­śni­kom".

Polter­ge­ist - Bar­tosz Szczy­żań­ski

"Sama kon­cep­cja powie­ści to coś wię­cej niż wymiana ognia z działka lase­ro­wego w próżni kosmicz­nej i spo­tka­nia pierw­szego stop­nia z kosmi­tami - Robert J. Szmidt bar­dzo traf­nie ste­ruje suge­stiami, które mają stwo­rzyć swo­istą pira­midę zależ­no­ści ludz­kiej cywi­li­za­cji wobec całego wszech­świata. Autor wciąż przy­po­mina także o samej idei bosko­ści i tego, jak czło­wiek może postrze­gać siły nad­przy­ro­dzone".

wMe­ri­tum.pl - Patryk Wol­ski

"Łatwo być Bogiem to godny uwagi kawa­łek lite­ra­tury. Nie­zły sam w sobie, ale przede wszyst­kim wiele obie­cu­jący w kolej­nych czę­ściach. Jeśli Szmidt okaże się kon­se­kwentny, to czeka nas naprawdę świetna seria science fic­tion. Tego wła­śnie możemy i powin­ni­śmy ocze­ki­wać".

Gil­dia

"Czy­tam W przeded­niu Orsona Scotta Carda i Aarona John­stona. Tak strasz­nie podo­bała mi się Gra Endera, któ­rej pre­qu­elem jest ta książka. Nie­stety, po prze­czy­ta­niu Łatwo być Bogiem sci-fi nie jest już takie samo... W przeded­niu wydaje się blade i naiwne".

Bar­tek Rae Rut­kow­ski

Opi­nie z por­talu Lubimy Czy­tać (98 opi­nii, śred­nia ocena: 7,48/10)

"Z taką książką nawet naj­bar­dziej ponury dzień czło­wie­kowi nie prze­szka­dza. Żeby nie roz­wle­kać: Łatwo być Bogiem to stara dobra fan­ta­styka, ale napi­sana po fil­mo­wemu. Chwi­lami mia­łem wra­że­nie, że oglą­dam rasowe SF w kinie".

Woj­tek Gra­bow­ski

"Ta powieść zupeł­nie mnie nie zasko­czyła. Czemu? Gdyż po tym auto­rze spo­dzie­wa­łem się dokład­nie takiej prozy: cie­ka­wej, dyna­micz­nej fan­ta­styki ze zna­kiem wyso­kiej jako­ści, która pod wierzch­nią, roz­ryw­kową war­stwą stara się pytać o rze­czy ważne i zna­czące. I to wła­śnie w naj­now­szej książce Szmidta dosta­łem".

Kon­rad

"A już myśla­łem, że pol­skie, kla­syczne sci-fi się koń­czy. Otóż nie! Fabuła trzyma w napię­ciu i cie­kawi, opi­sy­wane rasy są fascy­nu­jące, a koniec spra­wia, że chcę wię­cej. Zde­cy­do­wa­nie na tak, godne pole­ce­nia".

Arka­diusz

JEDEN

Sys­temy Cen­tralne,

Układ Sło­neczny, Sek­tor Alfa,

22.06.2354

- Pora wsta­wać, mój panie... - szep­nęła wciąż jesz­cze zaspana Moni­ca­the­rine, prze­cią­ga­jąc się zmy­słowo w sze­lesz­czą­cej pościeli.

- Jesz­cze czas, słońce dopiero wscho­dzi... - mruk­nął Nike na tyle gło­śno, by go usły­szała, a zara­zem na tyle cicho, by nie wyry­wać jej z bło­giego roz­le­ni­wie­nia.

Sie­dział, a wła­ści­wie pół­le­żał w okry­tym skórą tygrysa płyt­kim fotelu opo­dal łoża, wpa­tru­jąc się w wąski wykusz okna. Sączył cierp­kie wino z krysz­ta­ło­wego pucharu i obser­wo­wał roz­ko­ły­sane szczyty drzew i siny masyw gór­ski w oddali. Pierw­sze pro­mie­nie przed­świtu dopiero co roz­ja­śniły hory­zont, ale dawały dość świa­tła, by można było roz­róż­nić każdy szcze­gół kra­jo­brazu. Rzad­kie chmury pły­nęły leni­wie jak kłęby dymu z doga­sza­nego ogni­ska. Wśród nich barasz­ko­wały, idąc w zawody z wia­trem, smu­kłe skrzy­dlate syl­wetki. Zbyt cha­rak­te­ry­styczne, by je pomy­lić z pta­kami. Zbyt szyb­kie i zwinne. Zbyt błysz­czące. Całe stado ogni­sto­czer­wo­nych smo­ków opu­ściło gniazda, by przy­wi­tać dzień w prze­stwo­rzach.

- Dla­czego mnie nie zbu­dzi­łeś, mistrzu? - Pyta­nie dobie­gło zza opar­cia fotela tak nie­spo­dzie­wa­nie, że drgnął mimo woli, wypusz­cza­jąc z dłoni puchar. Moni­ca­the­rine pode­szła tak cicho, a może to on odpły­nął myślami zbyt daleko. Krysz­tał upadł, na szczę­ście już opróż­niony, na futra wyście­ła­jące kamienną posadzkę. Nie stłukł się, jedy­nie kilka kro­pel szkar­łat­nego trunku pry­snęło na dłu­gie, śnież­no­białe wło­sie. Zły znak... Nike skrzy­wił się. - Co cię trapi, kochany? - Dziew­czyna przy­kuc­nęła tuż obok. Oparła głowę na jego ramie­niu, a on prze­su­nął opusz­kami pal­ców po dłu­gich wło­sach barwy złota.

- Prze­cież wiesz... - Pochy­lił się, by ją poca­ło­wać, ale w tej wła­śnie chwili wstała.

Prze­szła obok niego naga, wciąż gorąca i zaspana. Sta­nęła przed oknem, zasła­nia­jąc cały widok, po czym pochy­liła się zmy­słowo, opie­ra­jąc łok­cie o wąski para­pet.

- Smoki... spójrz, kochany, jak ich dużo dzi­siaj - powie­działa świa­doma, że nie na skrzy­dla­tych gigan­tach sku­pia się teraz jego uwaga.

- Lubię smoki - powie­dział Nike, sta­ra­jąc się, by zabrzmiało to obo­jęt­nie. - Jest w nich tyle god­no­ści, a zara­zem są tak sza­lone.

Moni uśmie­chała się, gdy to mówił. Chwilę póź­niej przy­klęk­nęła pod oknem i razem patrzyli na wiru­jące w oddali ogniki. Bla­do­czer­wona łuna świtu wciąż rosła na hory­zon­cie.

- Będzie mi ich bra­ko­wało... - Nike przy­mknął na moment oczy, ale nim zdą­żył je ponow­nie otwo­rzyć, nagły błysk zmu­sił go do kur­czo­wego zaci­śnię­cia powiek. Nie na wiele się to zdało. Wciąż miał wra­że­nie, że nagie słońce zapło­nęło na wprost jego źre­nic.

- Już siódma - usły­szał głos Moni­ca­the­rine. - To ostatni apel. Nie możesz się spóź­nić.

Ośle­pia­jący błysk uświa­do­mił mu, że wyłą­czyła ilu­zjo­ner. Obraz kamien­nego muru z wąskim wyku­szem znik­nął, a wraz z nim drzewa, góry, niebo i tań­czące na wie­trze smoki. Pano­ra­miczny wyświe­tlacz zaj­mu­jący całą ścianę poka­zy­wał teraz bez­brzeżną czerń prze­strzeni kosmicz­nej i zawie­szoną w niej pla­netę matkę. Dokład­nie zsyn­chro­ni­zo­wane z ilu­zją Słońce wychy­nęło przed momen­tem zza kra­wę­dzi błę­kitno-bia­łego globu. Foto­chro­ma­tyczny kry­sta­lit natych­miast pociem­niał, ale ten uła­mek sekundy wystar­czył, by pora­zić wzrok.

- Zdążę... - jęk­nął po czę­ści z bólu wywo­ła­nego bły­skiem, a po czę­ści dla­tego, że była to ich ostat­nia wspólna ilu­zja.

- Zabrzmiało to tak, jak­byś nie miał zamiaru iść na ten apel. - Pode­szła do niego, krę­cąc bio­drami, lecz zatrzy­mała się poza zasię­giem rąk. - Czy aby na pewno wszystko w porządku?

- Widzia­łaś mój indeks - odparł wymi­ja­jąco, na­dal prze­cie­ra­jąc oczy. - Mam czwarty wynik na roku.

- Widzia­łam - przy­znała. - I mówi­łam ci, że to wystar­czy... możesz mi wie­rzyć.

- Wie­rzę ci, kocha­nie. - Pochy­lił się nagle, by objąć ją w pasie, lecz schwy­tał tylko powie­trze i ten nie­po­wta­rzalny, jakże ulotny zapach roz­grza­nej skóry.

Moni­ca­the­rine cof­nęła się zwin­nie o krok i na­dal spo­glą­dała na niego uważ­nie, jakby chciała utrwa­lić w pamięci ten widok: jego pocią­głą twarz, pro­sty, ale nie­zbyt długi nos, wydatne kości policz­kowe nada­jące mu bar­dzo męski wygląd, głę­boko osa­dzone piwne oczy i kru­czo­czarne, krótko ścięte włosy pora­sta­jące samą poty­licę.

- Jesteś dzi­siaj taki przy­ga­szony... - szep­nęła, gdy wsta­wał z fotela.

- Nie co dzień czło­wiek koń­czy aka­de­mię.

- Paso­wa­nie to jesz­cze nie wyrok - rze­kła. - Prze­cież tak naprawdę nic się nie zmieni. Z twoim świa­dec­twem na pewno zosta­niesz w obrę­bie Układu Sło­necz­nego. Może nawet zała­piesz jakąś fuchę tutaj, na orbi­cie Ziemi.

- Tak, mię­dzy nami nic się nie zmieni... - powie­dział, choć dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że jego słowa są więk­szą złudą niż ilu­zja, którą przed chwilą oglą­dali.

- Zbie­raj się. - Rzu­ciła mu kom­bi­ne­zon, ten sam, który poprzed­niego wie­czoru tak pie­czo­ło­wi­cie poskła­dał. Paradny strój kadeta ostat­niego roku. - Masz tylko kwa­drans do pierw­szego gwizdka, a chcia­ła­bym jesz­cze...

Nie musiała koń­czyć. Wie­dział, czego chciała. Wie­dział też, że tego wła­śnie naj­bar­dziej będzie mu bra­ko­wało.

* * *

- Bacz­ność! - Trzy rów­no­boczne for­ma­cje umun­du­ro­wa­nych postaci wyprę­żyły się w ułamku sekundy. W tym miej­scu wszystko oddzia­ły­wało na wyobraź­nię. Pół­mrok ogrom­nego han­garu, obłe kształty myśliw­ców, wiel­kie bryły trans­por­tow­ców w oddali, a nade wszystko wszech­obecny chłód uświa­da­mia­jący uczest­ni­kom tej cere­mo­nii, że od nie­skoń­czo­nej próżni dzieli ich tylko kil­ku­me­trowa war­stwa helonu. - Na zakoń­cze­nie apelu prze­mówi rek­tor-admi­rał Damian­dreas Dre­ade-Rave­nore! - Ofi­cer dyżurny zasa­lu­to­wał, spo­glą­da­jąc w kie­runku wykła­dow­ców sie­dzą­cych na try­bu­nie hono­ro­wej, a potem zszedł z mów­nicy, ustę­pu­jąc miej­sca postaw­nemu, kom­plet­nie łysemu męż­czyź­nie.

"Dredd" był żywą legendą, jedy­nym ofi­ce­rem w służ­bie czyn­nej, który wal­czył w zakoń­czo­nej przed wie­kiem woj­nie. Choć miał na karku szes­na­sty krzy­żyk i zali­czone sto trzy­dzie­ści trzy lata służby, nie wyglą­dał na starca. Osiem dekad przy­mu­so­wej hiber­na­cji zro­biło swoje - dzięki nim na­dal wyglą­dał jak młody bóg. Wzrost koszy­ka­rza, kwa­dra­towa szczęka, sze­ro­kie bary, mię­śnie godne kul­tu­ry­sty, sprę­ży­ste, ale i pełne god­no­ści ruchy. Wszy­scy kadeci zazdro­ścili mu tej spraw­no­ści, ale żaden nie przy­znałby nawet na tor­tu­rach, że w ciągu sze­ściu lat nauki poczuł choć odro­binę sym­pa­tii do rek­tora. Dredd był wynio­słym, sady­stycz­nym sukin­sy­nem i bar­dzo lubił prze­ma­wiać. Uwiel­biał drę­czyć fizycz­nie i wer­bal­nie. Wiele razy prze­ko­nali się na wła­snej skó­rze o jed­nym i o dru­gim. Dla­tego dawno już poprzy­się­gli, że żaden nie wyda z sie­bie naj­lżej­szego dźwięku pod­czas mowy poże­gnal­nej.

- Kadeci, spo­cznij! - roz­po­czął zwy­cza­jowo, poka­zu­jąc gruby plik kar­tek, na któ­rych zawarł tezy swego wystą­pie­nia, a potem zamilkł wymow­nie, licząc na szmer zwąt­pie­nia. Tym razem jed­nak, zgod­nie z posta­no­wie­niem, nie dali mu satys­fak­cji. Nie uszło to jego uwagi; kadeci z pierw­szego sze­regu dostrze­gli, że ner­wowo drgnęła mu powieka. - Zapewne nie­raz zada­wa­li­ście sobie pyta­nie, dla­czego szko­li­li­śmy was w tak trud­nych warun­kach - rzekł, odkła­da­jąc kartki na mów­nicę. - Dla­czego musie­li­ście z zamknię­tymi oczami prze­pro­wa­dzać naj­bar­dziej skom­pli­ko­wane pro­ce­dury alar­mowe, skoro... - tu znowu zawie­sił głos i prze­su­nął wzro­kiem po for­ma­cjach kade­tów, zanim pod­jął mowę od powtó­rze­nia, ulu­bio­nego chwytu reto­rycz­nego, który pozwa­lał mu prze­dłu­żyć wystą­pie­nie - ...skoro od stu osiem­na­stu lat żadna jed­nostka floty nie brała udziału w walce. Nie mamy dzi­siaj wro­gów, to prawda. Wojna Zjed­no­cze­niowa zakoń­czyła się abso­lut­nym i bez­dy­sku­syj­nym zwy­cię­stwem Fede­ra­cji. Było to wszakże pyr­ru­sowe zwy­cię­stwo, co chyba każdy z was przy­zna. Nie ma żoł­nie­rza, który nie stra­ciłby w tym kon­flik­cie przodka. Nie­mniej za cenę prze­la­nej wtedy krwi zapew­ni­li­śmy naszej cywi­li­za­cji roz­wój na cały wiek z okła­dem. Jesz­cze ni­gdy w dzie­jach ludz­ko­ści pokój nie był tak trwały. Czło­wiek się­gnął gwiazd przed zale­d­wie trzema stu­le­ciami. Ujarz­mił znaną prze­strzeń w nie­spełna pięt­na­ście poko­leń. Sko­lo­ni­zo­wał tysiąc czter­na­ście pla­net w ośmiu­set sie­dem­dzie­się­ciu dwóch ukła­dach. Zba­dał następne osiem­na­ście tysięcy sys­te­mów gwiezd­nych. To wiele, naprawdę wiele jak na trzy wieki eks­pan­sji, a gdyby nie czas wojny domo­wej, mogli­by­śmy do tej listy dopi­sać setki następ­nych świa­tów. Lecz nawet dzie­sięć razy wię­cej zasie­dlo­nych pla­net to tylko kro­pla w oce­anie Galak­tyki. Setki milio­nów gwiazd czeka na eks­plo­ra­cję. Ile wokół nich krąży pla­net, nie mamy poję­cia. Ile tam może ist­nieć cywi­li­za­cji rów­nych nam albo potęż­niej­szych, też nie wiemy. To, że ni­gdy nie odkry­li­śmy zaawan­so­wa­nych form życia w zba­da­nym sek­to­rze naszego ramie­nia Drogi Mlecz­nej, że nie tra­fi­li­śmy na żaden sygnał czy arte­fakt pozo­sta­wiony przez Obcych, nie ozna­cza wcale, że oni nie ist­nieją gdzieś tam - ski­nie­niem wska­zał na gródź - tuż za gra­nicą pozna­nia. Że nie obser­wują nas od dawna. Że nie zagrożą nam w przy­szło­ści. Wszech­świat jest prze­ogromny, ba, ponoć nie­skoń­czony. Nie będziemy mieli gwa­ran­cji bez­pie­czeń­stwa, póki choć jeden sys­tem w naj­od­le­glej­szym zakątku Galak­tyki pozo­sta­nie nie­zba­dany. A zakoń­cze­nie eks­plo­ra­cji będzie moż­liwe dopiero za tysiące, jeśli nie dzie­siątki tysięcy lat... - Znowu prze­rwał i prze­su­nął ręką po gołej skó­rze nad lewym uchem, jakby chciał przy­gła­dzić nieist­niejące włosy. Jego palce dotknęły dłu­giej krwa­wej pręgi, która cią­gnąc się aż po nasadę nosa, czy­niła z jego twa­rzy prze­strogę, co każ­dego z nich może spo­tkać w prze­strzeni, kiedy nadej­dzie czas próby. - Od stu osiem­na­stu lat jeste­śmy cał­ko­wi­cie zjed­no­czeni. Po raz pierw­szy w histo­rii ludz­ko­ści nie ma państw i naro­dów, zna­cze­nie stra­ciły poję­cia rasy i gra­nic. Nasi pra­dzia­do­wie zło­żyli daninę życia, by zjed­no­czyć ludz­kość pod wspól­nym sztan­da­rem. Ale Fede­ra­cja będzie potrze­bo­wała jesz­cze co naj­mniej stu lat, by odro­bić straty ponie­sione w tam­tej woj­nie. Wiele pla­net czeka na ponowne zasie­dle­nie, wiele już ni­gdy nie będzie domem czło­wieka... - Umilkł. Tym razem nie patrzył na kade­tów. Wró­cił wspo­mnie­niami do cza­sów, gdy spo­glą­dał na ginące kolo­nie jako zwy­kły żoł­nierz, potem ofi­cer, wresz­cie dowódca floty. Dzie­siątki pla­net zamie­nio­nych w wieczne cmen­ta­rze, setki świa­tów wciąż leczą­cych rany. Taka była cena osta­tecz­nego zjed­no­czenia. Wszy­scy adepci aka­de­mii znali tę minę admi­rała, wie­dzieli też, że w jego wypadku zaduma nad prze­szło­ścią ni­gdy nie trwa długo. - Dzi­siaj koń­czy­cie naukę w naszej uczelni - pod­jął Dredd. - Już jutro roz­pocz­nie­cie służbę w jed­nostkach linio­wych. Roz­pro­szy­cie się po całym sek­to­rze, w dzie­siąt­kach sys­te­mów. Nie­któ­rzy z was dostą­pią zaszczytu służby tutaj, na Ziemi. Tak... mam sie­dem takich nomi­na­cji. - Poma­chał wyję­tymi z kie­szeni kar­tami i wresz­cie, mimo przy­sięgi, w sto­ją­cych przed nim sze­re­gach roz­le­gły się ciche pomruki, które skwi­to­wał krzy­wym uśmie­chem; nikt nie spo­dzie­wał się, że będzie tak dużo zło­tych kart. - Aż tylu wycho­wan­ków aka­de­mii trafi tym razem na służbę w dowódz­twie floty na Ziemi. Sie­dem nomi­na­cji dla sied­miu pry­mu­sów. Dla naj­lep­szych z naj­lep­szych. Zanim jed­nak je wrę­czę, chciał­bym prze­ka­zać inną, nieco mniej rado­sną infor­ma­cję. - Natych­miast zapa­dła gro­bowa cisza. Wszy­scy wie­dzieli, co rek­tor zaraz powie, acz­kol­wiek nikt nie chciał tego usły­szeć. - Otrzy­ma­łem z dowódz­twa sek­tora ofi­cjalne zapo­trze­bo­wa­nie na... - zro­bił pauzę dla pod­kre­śle­nia wagi słów - ...na trzy­dzie­stu trzech kade­tów, któ­rzy jesz­cze dzi­siaj tra­fią do zaszczyt­nej i odpo­wie­dzial­nej służby w jed­nostkach Kor­pusu Uty­li­za­cyj­nego. - Głu­chy jęk prze­to­czył się przez han­gar. Dredd spo­glą­dał try­um­fu­jąco na kwa­śne miny sto­ją­cych w ostat­nich rzę­dach mło­dych ludzi. To wła­śnie oni mieli naj­więk­sze szanse na "zaszczytną" służbę w jed­nostkach, w któ­rych śmierć na­dal zbie­rała obfite żniwo. - Czeka was wielka przy­goda, pano­wie. Nie mie­li­ście serca do nauki o woj­nie, pozna­cie zatem naocz­nie jej skutki. Oto wasze zapro­sze­nia na pola dawno zapo­mnia­nych bitew - powie­dział nie bez satys­fak­cji Damian­dreas Dre­ade-Rave­nore, poka­zu­jąc plik czar­nych kart. - Ale zanim je otrzy­ma­cie, pozwól­cie, że roz­pocznę wła­ściwe prze­mó­wie­nie...

* * *

Nike obra­cał w pal­cach mały pla­sti­kowy pro­sto­kąt, na któ­rym zapi­sano jego przy­szłość. A wła­ści­wie jej brak. Po trzy­go­dzin­nym prze­mó­wie­niu Dredda nastą­piło uro­czy­ste wrę­cze­nie nomi­na­cji i kolejny rok aka­de­micki ofi­cjal­nie się zakoń­czył. W han­ga­rze pozo­stało nie­wiele osób. Paru wykła­dow­ców żegna­ją­cych swo­ich ulu­bio­nych pod­opiecz­nych i kil­ku­na­stu kade­tów cze­ka­ją­cych wciąż na spóź­nio­nych ofi­ce­rów łącz­ni­ko­wych z pod­rzęd­nych jed­no­stek, do któ­rych zostali przy­dzie­leni. W zasa­dzie nale­żało powie­dzieć: kil­ku­na­stu ska­zań­ców... Służba na pokła­dach cięż­kich trans­por­tow­ców Kor­pusu Uty­li­za­cyj­nego nie nale­żała do bez­piecz­nych. Trzy­dzie­ści trzy tego­roczne etaty ozna­czały, że co naj­mniej tylu człon­ków ich załóg prze­nio­sło się od ostat­niego apelu w zaświaty. I to tylko w dywi­zjo­nach sto czter­na­stego sek­tora. A czymże on jest wobec ogromu wszech­świata?

- Sta­chur­sky?

Nike wyrwał się z zamy­śle­nia na dźwięk wła­snego nazwi­ska. Spoj­rzał w kie­runku wycho­waw­ców w samą porę, by zoba­czyć, że Dredd, roz­ma­wia­jący z niskim, oty­łym męż­czy­zną w brud­nym kom­bi­ne­zo­nie mecha­nika, wska­zuje na niego pal­cem. Pod­niósł worek z rze­czami i zarzu­cił go na ramię.

- Ty jesteś Sta­chur­sky? - Rudawy ofi­cer o nala­nej twa­rzy zbli­żył się, wycią­ga­jąc cuch­nącą che­mi­ka­liami dłoń po kartę przy­dzia­łową.

Nike prze­wyż­szał go o głowę. Dopiero z bli­ska zauwa­żył na zno­szo­nym kom­bi­ne­zo­nie naszywki z rangą kapi­tana floty i nazwi­skiem Mor­ri­sey umiesz­czone tuż pod zło­tym nie­gdyś napi­sem "FSS Nomada".

- Tak jest!

Karta od razu wylą­do­wała w czyt­niku, ale kapi­tan, zamiast odwró­cić się na pię­cie, gwizd­nął cicho, a potem - zadarł­szy głowę - zer­k­nął na kadeta. Nike tego nie zauwa­żył. Z prze­ra­że­niem wpa­try­wał się w meta­lowe palce pro­tezy ści­ska­jące obu­dowę nie­wiel­kiego urzą­dze­nia.

- Jaja sobie ze mnie robi­cie? - zapy­tał zdzi­wiony dowódca Nomady, nie pod­no­sząc wzroku. - Z danych wynika, że jesteś tego­rocz­nym pry­mu­sem. Czwarty wynik na roku. Tacy do nas nie tra­fiają.

Nike strze­lił prze­pi­sowo obca­sami, zanim odpo­wie­dział.

- Mel­duję posłusz­nie, że to nie pomyłka.

- Naprawdę? Jak zatem, chłop­czyku, wytłu­ma­czysz mi to? - Mor­ri­sey poka­zał czyt­nik, na któ­rym obok holo­gramu twa­rzy i danych oso­bo­wych widoczne były wyniki egza­mi­nów oraz zbli­żona do ide­ału ocena koń­cowa.

- Powiedzmy, że zagłę­bił się nie w to zagad­nie­nie, co powi­nien. - Dredd pod­szedł do nich i wyrę­czył zde­pry­mo­wa­nego kadeta.

- Słu­cham? - Kapi­tan Mor­ri­sey wyglą­dał na zdzi­wio­nego.

- Mel­duję posłusz­nie, sir, że rżną­łem naj­młod­szą córkę pana admi­rała! - wyja­śnił Nike nowemu prze­ło­żo­nemu nieco gło­śniej, niż wyma­gała tego sytu­acja.

Śmie­chy sto­ją­cych opo­dal wykła­dow­ców uci­chły jak nożem ucięte.

DWA

- Naprawdę tak powie­dział? - Hera­kle­ste­ban Iar­rey, chudy i wysoki jak tyka blon­dyn, pierw­szy ofi­cer Nomady, otarł jed­no­ra­zo­wym ręcz­ni­kiem pot z karku, po czym cisnął mokry papier na pod­łogę.

Wchła­nia­cze roz­po­częły uty­li­za­cję cien­kiej war­stewki papieru, led­wie dotknęła meta­lo­wej kra­tow­nicy. Ktoś posta­no­wił, że tem­pe­ra­tura na mostku kolap­sa­rowca będzie symu­lo­wać tro­piki. Naj­praw­do­po­dob­niej kapi­tan, bo nikt z regu­lar­nej załogi nie pro­te­sto­wał.

- Naprawdę. - Mor­ri­sey sie­dział, trzy­ma­jąc nogi na bla­cie stołu, i wciąż prze­glą­dał akta pię­ciu kade­tów, któ­rzy kar­nie stali w sze­regu pod ścianą obok dys­try­bu­tora posił­ków.

Wszy­scy byli mniej wię­cej tego samego wzro­stu i podob­nej budowy, jakby te wła­śnie kry­te­ria spra­wiły, że tra­fili na pokład Nomady.

- I Dredd go nie zabił? - zdzi­wił się Iar­rey, się­ga­jąc po następny ręcz­nik.

- Chciał, Bóg mi świad­kiem, że bar­dzo tego chciał. Sęk w tym, że chło­pak tra­fił już pod moją jurys­dyk­cję. - Mor­ri­sey poma­chał od nie­chce­nia kartą przy­dzia­łową Nike'a.

- No to mia­łeś, synku, farta... - Czar­no­włosa, dobrze wypo­sa­żona, choć szczu­pła pod­po­rucz­nik-pilot Anna­taly Davi­doff-Roze­rer, główny nawi­ga­tor Nomady i jedyna kobieta na pokła­dzie, przy­glą­dała się nowym nabyt­kom, jakby byli towa­rem na sprze­daż. - Gdyby nasz szef nie był takim służ­bi­stą...

- Za drobną opłatą obie­ca­łem sta­remu, że szcze­niak nie prze­żyje pierw­szej roboty - rzu­cił od nie­chce­nia Mor­ri­sey.

Gło­śny śmiech wypeł­nił mesę. Recho­tał nawet ojciec Pedro­berto, kape­lan pokła­dowy. Tylko kadeci prze­pi­sowo mil­czeli.

- No dobrze, czas na małe powi­ta­nie. - Czyt­nik powę­dro­wał wresz­cie do kie­szeni, a nogi dowódcy zetknęły się z pod­łogą. - Nazy­wam się, jak już pew­nie wie­cie, Hen­ri­chard Mor­ri­sey i mam wam do zako­mu­ni­ko­wa­nia kilka łatwych do zapa­mię­ta­nia rze­czy. Po pierw­sze, na pokła­dzie tego statku jestem waż­niej­szy od Boga. Po dru­gie, jeśli uwa­ża­li­ście, że admi­rał Dre­ade-Rave­nore to naj­gor­szy skur­wy­syn w zna­nym wszechświe­cie, już wkrótce się prze­ko­na­cie, że nie mie­li­ście bla­dego poję­cia, czym jest praw­dziwe skur­wy­syń­stwo. Po trze­cie, nasza robota nie należy do łatwych i bez­piecz­nych. To, że wysła­łem w tym roku zapo­trze­bo­wa­nie aż na pię­ciu kade­tów, powinno wam wiele powie­dzieć o cha­rak­te­rze zadań, które nas, a wła­ści­wie was, cze­kają. Naczelne dowódz­two prze­ka­zało dywi­zjo­nowi, w któ­rego skład wcho­dzi nasza wspa­niała jed­nostka, roz­kaz oczysz­cze­nia słyn­nego Pasa N Tery­to­riów Wewnętrz­nych. Do tej pory udało się go wyko­nać mniej wię­cej w poło­wie. Wła­śnie dotar­li­śmy do Sek­tora V jak Vic­tor... jeśli ta nazwa coś wam mówi. Mówi? - Spoj­rzał na kiwa­ją­cych gło­wami kade­tów. - Zatem pro­szę o kró­ciut­kie stresz­cze­nie histo­rii walki o ten sys­tem - ponow­nie wska­zał pal­cem na pierw­szego kadeta z brzegu.

- Dali­śmy im w dupę, sir! - Pete­ra­smus De'Vere miał szó­stą od końca ocenę na roku, czemu trudno było się dzi­wić, zwa­żyw­szy na to, iż sam jego wygląd suge­ro­wał poziom inte­lek­tu­alny tro­glo­dyty.

- W dupę, powia­dasz? To cie­kawe stwier­dze­nie, choć jeśli się nad nim zasta­no­wić, z gruntu nie­praw­dziwe.

- Oni dali nam w dupę, sir! - Prze­py­ty­wany kadet wyszcze­rzył zęby w try­um­fal­nym uśmie­chu.

Mor­ri­sey pokrę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową. De'Vere zdę­biał.

- Remis był? - zapy­tał zdu­miony.

- Remis, posrana kary­ka­turo kadeta, to na meczu ligi prze­strzen­nej można odgwiz­dać. Może pan nam opo­wie, jak było? - Palec kapi­tana minął Nike'a i wyce­lo­wał w pierś Chri­sto­phe­ra­smusa Carre-Foura. Głup­ko­waty uśmiech spełzł z wąskich ust ary­sto­kra­tycz­nej szczu­płej twa­rzy, gdy tylko nie­szczę­śnik zro­zu­miał, że poprze­dza­jący go Nike nie musi odpo­wia­dać.

- Nie sądzę, żebym mógł dokład­niej... - wymam­ro­tał czwarty klon ary­sto­kraty z pod­rzęd­nej pla­nety.

- Cał­kiem słusz­nie nie sądzisz, skur­wy­kloni pomio­cie! - prze­rwał mu bez­ce­re­mo­nial­nie Mor­ri­sey i nie zwa­ża­jąc na pur­purę, jaka poja­wiła się na policz­kach łaja­nego kadeta, ryk­nął: - A co wy, obszczy­mury, macie do powie­dze­nia?!

Ani Jose­phi­lip Kol­czuk, prysz­czaty i mało­mówny kur­du­pel, który ponoć był nie­ślub­nym synem jakiejś szy­chy z Ziemi, ani jego cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo, Yuki­taro Domita, czter­na­ste dziecko pańsz­czyź­nia­nego chłopa z pla­nety o tak skom­pli­ko­wa­nej nazwie, że nikt nie umiał jej wymó­wić, nie mieli nic do powie­dze­nia. Co zresztą nie było niczym zaska­ku­ją­cym - podob­nie jak poprzed­nicy, zali­czali się do naj­niż­szej war­stwy inte­lek­tu­al­nej aka­de­mii i ni­gdy nie ukoń­czy­liby stu­diów, gdyby nie pary­tety i naci­ski rzą­dów pomniej­szych sek­to­rów. Admi­ra­li­cja prze­pusz­czała ich przez sita egza­mi­na­cyjne tylko dla­tego, że ktoś musiał zasi­lać załogi jed­no­stek Kor­pusu Uty­li­za­cyj­nego.

Zre­zy­gno­wany Mor­ri­sey wska­zał w końcu na Nike'a.

- Sys­tem numer 9413, znany rów­nież pod nazwą New Rouen, składa się z ośmiu pla­net - wyre­cy­to­wał wyprę­żony jak struna pry­mus naj­lep­szej aka­de­mii floty. - Przed wojną domową był jed­nym z naj­waż­niej­szych punk­tów trans­fe­ro­wych Sek­tora Vic­tor. Fede­ra­cja zamie­rzała prze­jąć nad nim kon­trolę już na początku walk, aby odciąć część wysu­nię­tych ukła­dów pla­netarnych prze­ciw­nika od łatwego zaopa­trze­nia nad­prze­strzen­nego. W tym celu wysłano dwa zespoły ude­rze­niowe, które miały rów­no­cze­śnie zaata­ko­wać Deltę, jedyną zamiesz­kaną pla­netę układu, oraz orbi­talną sta­cję tran­zy­tową. Nie­stety wróg, po raz pierw­szy w histo­rii tej wojny, zami­no­wał domnie­mane punkty wyj­ścia wokół strefy skoku, łamiąc tym samym wszel­kie kon­wen­cje. Ponadto, czego dowódz­two Fede­ra­cji nie wie­działo na eta­pie pla­no­wa­nia ope­ra­cji, rebe­lianci zgro­ma­dzili tam pokaźne siły chro­niące prze­no­szony na Deltę sztab obrony całego pod­sek­tora. Admi­rał Taho­mey wypro­wa­dził pierw­szy zespół ude­rze­niowy pro­sto na jedno z pól mino­wych, tra­cąc już pod­czas wyj­ścia z nad­prze­strzeni nie­mal połowę jed­no­stek linio­wych. Dru­gie zgru­po­wa­nie miało wię­cej szczę­ścia, ale jak się wkrótce oka­zało, cztery eska­dry chro­niące sztab i sta­cję tran­zy­tową sta­no­wiły twardy orzech do zgry­zie­nia nawet dla naj­no­wo­cze­śniej­szych pan­cer­ni­ków Fede­ra­cji. Można powie­dzieć, że bitwa nie została roz­strzy­gnięta. Zdo­łano znisz­czyć więk­szość insta­la­cji obron­nych sys­temu, ale kon­troli nad nim nie uzy­skano. Obie floty wykrwa­wiły się w nie­mal trzy­na­sto­go­dzin­nej walce, a... - Zamilkł, widząc unie­sioną wysoko dłoń dowódcy.

- Czas na mały egza­min - wyce­dził poiry­to­wany Mor­ri­sey. - Jaką nazwę nosi teraz sek­tor, w któ­rym się znaj­du­jemy? - wska­zał mecha­nicz­nym pal­cem wybra­nego kadeta.

- No... - zająk­nął się zasko­czony Carre-Four.

- Nie. Następny.

Żaden z pierw­szej czwórki nie odpo­wie­dział na to pro­ste prze­cież pyta­nie. Nike nie miał z tym naj­mniej­szego pro­blemu.

- Obec­nie sek­tory mają nazwy zapo­ży­czone z alfa­betu fone­tycz­nego floty, zatem jest to Alfa.

- Czym jest sek­tor? - Mor­ri­sey szedł za cio­sem.

- Eeee...

- Za mało pre­cy­zyjna defi­ni­cja - uci­szył pró­bu­ją­cego zebrać myśli De'Vere'a. - Sta­chur­sky?

- Sek­to­rem nazy­wamy jedną dwu­dzie­stą czwartą poprzecz­nego prze­kroju ramie­nia Galak­tyki.

- A może któ­ryś z was, skur­wy­klony, poda mi defi­ni­cję pasa?

Nie podali, zatem znów padło na Nike'a.

- Pas to prze­strzeń wewnętrzna ramie­nia Galak­tyki zawie­ra­jąca wszyst­kie układy pla­ne­tarne, do któ­rych da się dole­cieć pod­czas jed­nego skoku nad­prze­strzen­nego. Sys­temy te noszą nazwy zaczy­na­jące się na tę samą literę co pas, do któ­rego należą. Jego sze­ro­kość wynosi od dwóch i pół do trzy­dzie­stu sze­ściu lat świetl­nych. W skład każ­dego meta­sek­tora wcho­dzą dwa­dzie­ścia cztery takie pasy.

- Wystar­czy! - Mor­ri­sey prze­rwał mu i znów poło­żył nogi na bla­cie. - Kadet Sta­chur­sky odro­bił zada­nie domowe, czego o resz­cie powie­dzieć nie można. Dla­tego z przy­kro­ścią muszę stwier­dzić, że od tej chwili pozo­stali pano­wie kadeci noszą numery zamiast nazwisk. Ty - wska­zał na De'Vere'a - masz jedynkę, ty - wymie­rzył pal­cem w Carre-Foura - dwójkę, albo nie, natura już cię obda­rzyła numer­kiem, skur­wy­kloni pomio­cie, więc zosta­niesz, jak Bóg i tatuś, wybacz... dawca... chcieli, czwórką. Kol­czuk to trójka, a pan, tfu, Sodo­mita przej­mie w takim razie numer drugi. Kadet Sta­chur­sky pozo­staje kade­tem Sta­chur­skym, dopóki nie przyj­dzie mi ochota tego zmie­nić, i będzie łącz­ni­kiem mię­dzy załogą stałą i nume­ro­waną. A to ozna­cza, że żaden z was, skur­wy­klony, ni­gdy, ale to ni­gdy nie zwróci się bez­po­śred­nio do nikogo z peł­no­praw­nych człon­ków załogi, chyba że otrzyma pozwo­le­nie za pośred­nic­twem kadeta Sta­chur­sky'ego. Żaden z nume­rów, jeśli nie zosta­nie wezwany, nie ma też wstępu na górny pokład. Zro­zu­miano?

- Tak jest! - odpo­wie­dzieli uni­sono.

Co jak co, ale dys­cy­plinę aka­de­mia wpo­iła wszyst­kim adep­tom.

- A gdyby kogoś inte­re­so­wało, co zna­czą te numery, od razu wyja­śnię - kon­ty­nu­ował kapi­tan. - To taki stary oby­czaj prze­nie­siony do kor­pusu z jed­no­stek fron­to­wych. Kiedy wydam roz­kaz, na przy­kład wyj­ścia w prze­strzeń, nie będę musiał wska­zy­wać palu­chem ani wywo­ły­wać nikogo po nazwi­sku. Numer jeden idzie pierw­szy, a jak coś spier­doli, czy­taj wyki­tuje, jego miej­sce zaj­muje numer dwa, potem trzy i tak dalej, aż do skutku. Zro­zu­miano?

Tym razem odpo­wiedź nie była już tak jed­no­gło­śna.

- Odma­sze­ro­wać! - wark­nął Mor­ri­sey. - A kadet Sta­chur­sky jesz­cze na moment z nami zosta­nie.

* * *

- Wiesz, synku, dla­czego kaza­łem ci zostać? - zapy­tał kapi­tan, gdy pozo­stali kadeci zabrali swoje rze­czy i opu­ścili mesę.

- Nie wiem, sir! - odparł zgod­nie z prawdą Sta­chur­sky.

- Na pewno?

- Na pewno, sir! - Nike sta­rał się wymy­ślić coś na pocze­ka­niu, ale naprawdę nie miał poję­cia, do czego zmie­rza dowódca.

Mor­ri­sey prze­rwał jego męki.

- Czy­ta­łem twoje akta, więc wiem, że nale­żysz do asów pie­przo­nej Orbi­tal­nej Aka­de­mii Floty. Pech chciał, że wybra­łeś nie ten otwór co trzeba i prze­pie­przy­łeś sobie, cha, cha - śmiech kapi­tana oka­zał się zaraź­liwy - dosłow­nie prze­pie­przy­łeś sobie życie. Ale głupi nie jesteś, wręcz prze­ciw­nie, i dla­tego szybko się poła­piesz, że nie wszystko, co mówią o tej służ­bie, jest prawdą. A skoro i tak do tego doj­dzie, wolę od razu zapro­po­no­wać ci układ.

Iar­rey, nawi­ga­torka, kape­lan oraz mil­czący do tej pory porucz­nik odpo­wie­dzialny za sys­temy uzbro­je­nia, który chyba nazy­wał się Bourne - przy­naj­mniej tyle można było odczy­tać z jego brud­nej naszywki - oto­czyli zdez­o­rien­to­wa­nego kadeta.

- Jaki układ, sir? - zdzi­wił się Nike.

- Wiesz, dla­czego wszyst­kie bitwy Wojny Zjed­no­cze­nio­wej, i w ogóle wszyst­kie potyczki w prze­strzeni, odby­wały się w pobliżu punk­tów Lagrange'a? - zapy­tał pozor­nie bez związku kapi­tan.

- Teo­re­tycz­nie... - zaczął Nike ase­ku­ra­cyj­nie.

- Słu­cham.

- Na wykła­dach mówiono nam, że to kwe­stia stra­te­gii, ale prawda jest chyba taka, że nikomu nie uśmie­cha się powolna i do tego ano­ni­mowa śmierć w pustce kosmicz­nej. Dla­tego wszyst­kie pola bitew umiej­sca­wiano w punk­tach zwa­nych doł­kami Lagrange'a na cześć...

- Stresz­czaj się, synku - pona­glił go kapi­tan.

- W przy­po­mi­na­ją­cych nieco pasy Saturna stre­fach gra­wi­ta­cyj­nych, w któ­rych uszko­dzone i znisz­czone jed­nostki, pozo­sta­jąc długo na miej­scu, two­rzą coś w rodzaju pola aste­roid, dzięki czemu można prze­pro­wa­dzić ewen­tu­alne akcje poszu­ki­waw­cze i ratun­kowe. Dla­tego też od począt­ków pod­boju kosmosu wszel­kie stra­te­gie admi­ra­li­cji zakła­dały walkę sta­tyczną. Okręty przy­stę­po­wały do akcji na mini­mal­nych pręd­ko­ściach, żeby po ewen­tu­al­nym znisz­cze­niu ich wraki pozo­stały w punk­tach Lagrange'a.

- Co to ozna­cza w prak­tyce?

- W prak­tyce ozna­cza to, że w doł­kach na­dal powinny krą­żyć nie­mal wszyst­kie jed­nostki znisz­czone w bitwach, o ile na sku­tek nie­prze­wi­dzia­nych oko­licz­no­ści nie wyrwały się z pułapki gra­wi­ta­cyj­nej i nie spa­dły na powierzch­nię pobli­skich pla­net. - Nike pomy­ślał o Dred­dzie i jego osiem­dzie­się­cio­let­niej ody­sei w kap­sule ratun­ko­wej. Gdyby nie ta tak­tyka, stary admi­rał byłby teraz kawał­kiem dobrze zmro­żo­nego mięsa wędru­ją­cego przez nie­skoń­czoną pustkę albo ślicz­nym mete­orem tną­cym malow­ni­cze niebo odle­głej pla­nety.

- Dosko­nale. - Mor­ri­sey roze­śmiał się na cały głos. - Bar­dzo celny wnio­sek, kade­cie Sta­chur­sky. A co z tego wynika dla nas?

- Mamy uła­twioną robotę.

- To też, ale...

- Ale taki inte­li­gentny i śliczny chłop­czyk jak ty powi­nien już wie­dzieć, że można się przy tym nie­źle obło­wić.

Nike zro­zu­miał, dla­czego Bourne mil­czał aż do tej pory. Głos porucz­nika odpo­wie­dzial­nego za sys­temy uzbro­je­nia mówił wszystko o jego pre­fe­ren­cjach sek­su­al­nych.

- Pro­po­nu­jemy ci drobny udział w zyskach w zamian za pełne posłu­szeń­stwo i kon­trolę tam­tych śmieci. - Kapi­tan wska­zał ruchem głowy drzwi, za któ­rymi znik­nęli pozo­stali kadeci.

- Udział w zyskach, sir? - Nike spoj­rzał przy­tom­niej na roz­ba­wio­nych zało­gan­tów.

- Naprawdę nie rozu­miesz? - Na ustach Mor­ri­seya poja­wił się pierw­szy szczery uśmiech. - Jeśli grasz według zasad admi­ra­li­cji, masz święty spo­kój, jeśli według naszych, ta robota może być kurew­sko nie­bez­pieczna - pod­niósł rękę, pre­zen­tu­jąc elek­tro­niczną pro­tezę - ale za to opła­calna. Odbęb­nisz swoje latka na pokła­dzie Nomady i masz zagwa­ran­to­wany śliczny doda­tek do eme­ry­turki.

- A więk­szość czar­nej roboty i tak odwa­lają za nas numery - dodał Iar­rey.

- Mamy wpraw­dzie wyspe­cja­li­zo­wane roboty - wyja­śnił kapi­tan - ale to cho­ler­nie drogi sprzęt. Znisz­cze­nie takiej maszyny ozna­cza dzie­siątki szcze­gó­ło­wych rapor­tów, które czę­sto wycho­dzą poza admi­ra­li­cję. Śmierć kadeta naj­niż­szej rangi to tylko list do rodziny, medal i znacz­nie rza­dziej drobna rekom­pen­sata finan­sowa...

- Zresztą im więk­sze straty w akcji, tym lepiej - szep­nęła nie­mal zmy­słowo Anna­taly, pochy­la­jąc się do ucha Nike'a.

- Im wię­cej zabi­tych, tym mniej sen­sow­nych ludzi gar­nie się do roboty w Kor­pu­sie Uty­li­za­cyj­nym - pod­jął wątek Mor­ri­sey. - A po pole­głych i tak nikt nie pła­cze, zwłasz­cza dowódz­two, które ma z naszego pro­ce­deru słuszny doda­tek do pen­sji. Przy oka­zji oszczę­dzamy admi­ra­li­cji mnó­stwo kło­potu z... nazwijmy to po imie­niu... odpa­dami aka­de­mic­kimi.

- Czyli rozu­miem, że - powie­dział kan­dy­dat na udzia­łowca firmy Nomada - naj­pierw zgłę­biamy, a dopiero potem nisz­czymy?

- Zgłę­biamy? Wiesz, Nike, podoba mi się twój spo­sób myśle­nia... - Kapi­tan uśmiech­nął się do wła­snych myśli. - Arche­olo­gia prze­strzenna to wspa­niała dzie­dzina nauki, szcze­gól­nie jeśli ma się wspar­cie w postaci ści­śle taj­nych map i dostępu do wszyst­kich archi­wów floty. - Urwał nagle i zapy­tał: - Zatem wcho­dzisz w to czy nie?

- Co będzie, jeśli odmó­wię? - zapy­tał ostroż­nie Nike.

- Obie­ca­łem coś admi­ra­łowi, a jestem naprawdę słow­nym face­tem... - Odpo­wiedź Mor­ri­seya, choć wypo­wie­dziana weso­łym tonem, nio­sła wyraźną groźbę. - Łamię dane słowo tylko wtedy, gdy widzę w tym swój inte­res.

- Rozu­miem. - Nike spoj­rzał dowódcy w oczy. Chwilę póź­niej ski­nął głową. - Wcho­dzę. Pozo­staje tylko kwe­stia...

- Dwie kwe­stie - prze­rwał mu bez­ce­re­mo­nial­nie kapi­tan.

- Dwie? - zdzi­wił się Nike.

- Tak. Po pierw­sze, strona finan­sowa. Żeby nie było nie­po­ro­zu­mień. Jak to mówią: kochajmy się jak bra­cia, liczmy się jak klony. Masz dzie­sięć pro­cent zysku ze wspól­nych akcji i pięć­dzie­siąt z tego, co sam nadasz.

- Zgoda. - Pro­po­zy­cja wyglą­dała na uczciwą, zresztą w zaist­nia­łej sytu­acji Nike przy­stałby na każdą, nawet o wiele mniej korzystną.

Mor­ri­sey nagle spo­waż­niał.

- I po dru­gie, chłop­cze... - To "chłop­cze" zabrzmiało bar­dzo zło­wróżb­nie. - Pani porucz­nik Davi­doff-Roze­rer jest jedyną kobietą na pokła­dzie i jak się zapewne domy­ślasz, należy do mnie i tylko do mnie. Ja nie jestem wuj­cio Dredd i nie będę się zasta­na­wiał pół seme­stru, jak wyra­fi­no­wa­nie skroić ci dupę. Jeśli wykryję choć jeden, nie­ważne jak mikry ślad two­jej byt­no­ści w damie mojego serca, to... - zro­bił pro­tezą nie­okre­ślony gest mogący ozna­czać wszystko. - Rozu­miemy się, panie córecz­ko­jebco?

Nike zer­k­nął na kom­bi­ne­zon lot­ni­czy nawi­ga­torki, a raczej na nęcące kształty, jakie okry­wał ten obci­sły kawa­łek lśnią­cego mate­riału. Potem popa­trzył wprost w roze­śmiane oczy Bourne'a. Nie odpo­wie­dział mu uśmie­chem.

- Rozu­miemy - przy­tak­nął i się­gnął po worek. - Kadet Sta­chur­sky odmel­do­wuje się!

- Moment... - Kapi­tan nie spusz­czał z niego badaw­czego wzroku.

- Tak, sir?

- To twoje imię. Nike... Dla­czego nie nosisz stan­dar­do­wego dwu­mianu, jak każdy przy­zwo­ity czło­wiek? - zapy­tał dowódca.

- Noszę, sir - odparł Nike.

- To dla­czego go nie uży­wasz? - zapy­tała zasko­czona Anna­taly.

- Uży­wam. Skła­dowe to Nik i Ike.

- Ha, jed­nego Iken­ne­tha to nawet zna­łem, ale Nick na pewno pisze się ina­czej - wtrą­cił Iar­rey.

- Rodzina mojego ojca pocho­dzi ze Strefy Rosyj­sko­ję­zycz­nej, stąd odmienna pisow­nia pierw­szego członu - wyja­śnił Nike. - Na cześć jakie­goś słyn­nego, cho­lera wie ile razy "pra" pra­dziada. Podobno był wzię­tym pisa­rzem na Ziemi pod koniec Sta­rej Ery.

TRZY

Tery­to­ria Zewnętrzne, Pas N,

Sys­tem New Rouen, Sek­tor Vic­tor,

27.06.2354

Wyszli z nad­prze­strzeni w dużej odle­gło­ści od gwiazdy ozna­czo­nej na mapach Fede­ra­cji sym­bo­lem 9413, kil­ka­na­ście stopni poza płasz­czy­zną eklip­tyki tutej­szego układu pla­ne­tar­nego, na skraju wyli­czo­nego pola bez­pie­czeń­stwa. Nomada, wciąż zwal­nia­jąc, leciał ku Del­cie - czwar­tej pla­ne­cie sys­temu - z dala od ewen­tu­al­nych wra­ko­wisk. Współ­cze­sne sys­temy koor­dy­na­cji danych pozwa­lały na obli­cza­nie sko­ków pod­prze­strzen­nych z dokład­no­ścią do miliarda mil na rok świetlny, mogli się więc zbli­żyć do każ­dego sys­temu bez potrzeby korzy­sta­nia ze studni gra­wi­ta­cyj­nych i zwią­za­nego z tym ryzyka natra­fie­nia na pozo­sta­ło­ści daw­nych bitew albo wciąż aktywne pułapki zasta­wiane przez obroń­ców.

Trze­ciego dnia po przy­by­ciu na miej­sce Mor­ri­sey poja­wił się na gór­nym pokła­dzie i zasiadł w sfa­ty­go­wa­nym fotelu dowódcy. Anna­taly i Iar­rey wciąż zbie­rali i segre­go­wali dane z sond dale­kiego zwiadu, które wystrze­lono dwie doby wcze­śniej w kie­runku wszyst­kich doł­ków Lagrange'a w sys­te­mie. Bourne i Nike cze­kali na roz­wój wyda­rzeń przy zapa­so­wych kon­so­lach, spraw­dza­jąc od czasu do czasu wybrane odczyty. Kape­lana i pozo­sta­łych kade­tów na razie nie wybu­dzono. Sys­temy Nomady wyko­rzy­stały czas potrzebny na wyha­mo­wa­nie po wyj­ściu z nad­prze­strzeni, aby sta­ran­nie prze­ba­dać doce­lowy sys­tem. Teraz nale­żało jedy­nie zin­ter­pre­to­wać dane i przy­stą­pić do dzia­ła­nia.

- Kiedy będziemy mieli pełen obraz sytu­acji? - zapy­tał Mor­ri­sey, led­wie zapiął pasy.

- Za plus minus pięć minut stan­dar­do­wych - odparł Iar­rey.

Kapi­tan poki­wał głową i wło­żył do ust oliw­kową bryłkę cze­goś, co naj­wy­raź­niej słu­żyło do żucia.

- Cze­kam, panie pierw­szy - powie­dział, splu­nąw­szy soczy­ście na kra­tow­nicę pod głów­nym ekra­nem.

- Prze­cież nie minęła nawet minuta - żach­nął się Iar­rey.

- Zależy, jak na to patrzeć - stwier­dził enig­ma­tycz­nie kapi­tan, akty­wu­jąc pano­ra­mi­con.

Obłe ściany mostka zmie­niły zabar­wie­nie i w kilka sekund stały się prze­zro­czy­ste. W cza­sie lotu nad pla­netą wra­że­nie dez­orien­ta­cji wystę­puje u paru pro­cent doświad­czo­nych astro­nau­tów, w pustce nie ma takiego pro­blemu. Tutaj nic nie zakłóca błęd­nika, zwłasz­cza gdy widok sprzę­tów w ste­rowni pozwala usta­lić hipo­te­tyczny pion.

Cen­trum układu pla­ne­tar­nego z poje­dyn­czą gwiazdą klasy G2V znaj­do­wało się przed dzio­bem okrętu. Kom­pu­ter wyświe­tlił na ekra­nach opa­li­zu­jące zie­le­nią orbity wszyst­kich pla­net i ich sate­li­tów, zazna­czył też na czer­wono trasy więk­szo­ści ciał nie­bie­skich prze­mie­rza­ją­cych tę część układu w odwiecz­nej podróży przez wszech­świat. Tro­chę tego śmie­cia było, ale nie aż tyle, żeby musieli się przej­mo­wać.

- Sku­pi­sko wła­ściwe znaj­duje się na orbi­cie czwar­tej pla­nety - zamel­do­wał chwilę póź­niej Iar­rey. - Więk­szość wra­ko­wi­ska, jakieś dzie­więć­dzie­siąt sie­dem pro­cent prze­wi­dy­wa­nej masy, pozo­staje w stre­fie rów­no­wagi. Mam jed­nak tro­chę odczy­tów na zewnątrz dołka. Złom z pogra­ni­cza zaczyna się już wydo­sta­wać z pułapki gra­wi­ta­cyj­nej. Jesz­cze parę lat i...

- Nie filo­zo­fuj, Iar­rey - prze­rwał mu dowódca. - Co z polami mino­wymi?

- Sondy poszły czter­dzie­ści sie­dem godzin temu, zlo­ka­li­zo­wa­li­śmy szes­na­ście z dwu­dzie­stu zapór, o jakich mówiły prze­jęte raporty kolo­ni­stów. Pozo­stałe cztery mogą już nie ist­nieć...

- Jesz­cze się nie zda­rzyło, żeby całe pole minowe znik­nęło albo zostało zde­to­no­wane - mruk­nął Mor­ri­sey, zaci­ska­jąc meta­lowe palce pro­tezy. - Nie ruszę dupy z fotela, dopóki nie będę znał poło­że­nia wszyst­kich prze­szkód.

Iar­rey zbył tę uwagę wzru­sze­niem ramion i jakby ni­gdy nic na­dal spraw­dzał napły­wa­jące dane.

- Co robimy z namie­rzo­nymi polami? - zapy­tał po chwili.

- A co możemy z nimi zro­bić? - mruk­nął poiry­to­wany Mor­ri­sey. - Pozbądź się tego gówna.

W próżni dźwięk się nie roz­cho­dzi, za to widoki są piękne - tak jeden z wykła­dow­ców aka­de­mii zachwa­lał uroki nawi­ga­cji sys­te­mo­wej. Teraz jego słowa nabrały dodat­ko­wej głębi. Miriady towa­rzy­szą­cych son­dom nanosz­pe­ra­czy wbiły się w pola min nukle­ar­nych, które sto dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej miały bro­nić dostępu do punktu tran­zy­to­wego na domnie­ma­nych wek­to­rach podej­ścia. Atra­men­towa czerń pustki kosmicz­nej roz­bły­sła nagle milio­nem barw. Nie przy­po­mi­nało to ogni sztucz­nych, ale było na swój spo­sób urze­ka­jące. Dzie­siątki zle­wa­ją­cych się eks­plo­zji, gasnąca powoli pla­zma, halo o bar­wach znacz­nie żyw­szych niż kolory tęczy. Gdyby wtedy, przed ponad wie­kiem, ist­niała dzi­siej­sza tech­no­lo­gia, zespół ude­rze­niowy numer jeden prze­szedłby przez pola minowe jak pro­mień lasera przez papier. Admi­rał Taho­mey mógł jed­nak liczyć wyłącz­nie na szczę­ście i dla­tego teraz aż sto osiem­dzie­siąt naj­roz­ma­it­szej wiel­ko­ści wra­ków krą­żyło po orbi­cie pla­nety, któ­rej praw­dzi­wej nazwy nikt już nie pamię­tał.

- Mamy namiary na resztki czte­rech pól, w które wszedł zespół ude­rze­niowy numer jeden - zamel­do­wała Anna­taly, która rów­nież zaj­mo­wała się obróbką danych. - W zasa­dzie nie ist­nieją. Szczątki znisz­czo­nych okrę­tów akty­wo­wały więk­szość min pozo­sta­łych po przej­ściu zespołu, a te, które nie zostały zde­to­no­wane wtedy, pew­nie i tak już nie wybuchną.

- Ni­gdy nie ma takiej pew­no­ści, skar­bie - mruk­nął Mor­ri­sey. - Co z odczy­tami mówią­cymi o aktyw­nych minach wewnątrz wra­ko­wi­ska?

- Jest ich nie wię­cej niż dzie­sięć - odparła Anna­taly.

- Daj pod­gląd!

- Tak jest. - Na pano­ra­mi­co­nie poja­wiły się kolejne obrazy ilu­stru­jące poło­że­nie hipo­te­tycz­nych nie­wy­pa­łów.

- Panie Bourne?...

To wystar­czyło, by porucz­nik ura­czył wszyst­kich krót­kim wykła­dem o spo­so­bach neu­tra­li­za­cji min. Roiło się w tej gadce od ter­mi­nów tech­nicz­nych i wzo­rów mate­ma­tycz­nych, ale sens był pro­sty i można go było zawrzeć w kilku sło­wach: nie da się użyć kolap­sa­rów do zdal­nego ścią­gnię­cia całego śmie­cia bez ryzyka przy­pad­ko­wej eks­plo­zji i roz­rzu­ce­nia szcząt­ków poza strefę.

- Kiedy będziemy mieli na miej­scu holo­sondy? - zapy­tał Mor­ri­sey.

- Pierw­sza fala jest już na orbi­cie i wła­śnie dociera do dołka Lagrange'a - odpo­wie­dział jak zwy­kle spo­koj­nie Iar­rey.

Mikro­sondy sieci holo­wi­zu­al­nej pozwa­lały na spo­rzą­dze­nie trój­wy­mia­ro­wej mapy bada­nego sek­tora i nie­zwy­kle dokładną ocenę sytu­acji.

- Rzućmy okiem... - Kapi­tan prze­łą­czył pano­ra­mi­con na widok trans­mi­to­wany przez zsyn­chro­ni­zo­wane kamery sond.

W mgnie­niu oka zna­leźli się w samym środku wra­ko­wi­ska. Znisz­czone okręty dry­fo­wały na prze­strzeni setek tysięcy mil sze­ścien­nych wokół punktu Lagrange'a, two­rząc nie­sa­mo­wity, ale nie­zwy­kle sta­bilny wir meta­lo­wych kon­struk­cji. Z więk­szo­ści jed­no­stek, zwłasz­cza tych mniej­szych, zostały tylko strzępy - pro­cesy destruk­cji zaini­cjo­wane przez lase­rowe salwy wroga dokoń­czyła sama natura. Nie­koń­czące się koli­zje z innymi wra­kami zamie­niły dumne nie­gdyś okręty w kupę poskrę­ca­nych szcząt­ków. W mil­cze­niu oglą­dali kolejne, nie­wiele róż­niące się od sie­bie uję­cia; cza­sem dało się uchwy­cić roz­prute i wybe­be­szone kadłuby kor­wet i nisz­czy­cieli, ale wszyst­kie były zbyt znisz­czone, by warto było do nich zaglą­dać.

- Witam w pie­kle pana Lagrange'a - rzu­cił z sar­ka­zmem roz­party wygod­nie Mor­ri­sey. - Tu, gdzie skarby prze­szło­ści cze­kają na odkryw­ców, a śmierć na fra­je­rów.

Reje­stra­tory sond prze­ka­zy­wały do ste­rowni dal­sze, nie­mal iden­tyczne uję­cia pola bitwy, która zakoń­czyła się sto trzy­dzie­ści lat wcze­śniej. Iar­rey loka­li­zo­wał miny i przy­go­to­wy­wał się do zdal­nego zde­to­no­wa­nia tych, w któ­rych pobliżu nie było nic god­nego zain­te­re­so­wa­nia.

Prze­glą­dali wra­ko­wi­sko sys­te­ma­tycz­nie, lecz dopiero po kwa­dran­sie zoba­czyli coś war­tego uwagi. Pękaty kadłub antycz­nego pan­cer­nika wynu­rzył się maje­sta­tycz­nie ze stożka cie­nia pla­nety. Mor­ri­sey, który wła­śnie poda­wał kody akty­wa­cyjne dla szpe­ra­czy mają­cych zneu­tra­li­zo­wać namie­rzone w tym sek­to­rze miny, natych­miast kazał prze­nieść to uję­cie na pano­ra­mi­con i usu­nąć okna mniej istot­nych prze­ka­zów. Naj­bliż­sze sondy znaj­do­wały się zale­d­wie kil­ka­na­ście mil od dobrze zacho­wa­nego dziobu pan­cer­nika, dla­tego Nike nie miał pro­blemu ze ziden­ty­fi­ko­wa­niem wciąż czy­tel­nego numeru. Dostrzegł nawet część nazwy, która dla wielu ludzi wciąż jesz­cze była sym­bo­lem zwy­cię­skiej walki o zjed­no­cze­nie. Olbrzymi okręt wyda­wał się nie­tknięty. Tak potęż­nego pan­ce­rza nie mogły poko­nać nawet ude­rze­nia kil­ku­to­no­wych frag­men­tów innych wra­ków, a więk­szych odłam­ków w tej czę­ści dołka Lagrange'a - prócz admi­ral­skiego okrętu fla­go­wego - na razie nie widzieli. Obra­ca­jący się wolno wzdłuż wła­snej osi pan­cer­nik wypeł­nił wkrótce cały ekran. Zda­wało się, że pły­nie tuż nad ste­row­nią Nomady, choć w rze­czy­wi­sto­ści oba statki dzie­liło wię­cej niż miliard mil.

Roz­party w fotelu Mor­ri­sey uśmiech­nął się wład­czo.

- Panie Sta­chur­sky, co my tu mamy? - zapy­tał.

- FSS Odyn, numer bur­towy FSBS 061, fla­gowy okręt admi­rała Taho­meya - wyre­cy­to­wał z pamięci Nike. - Milion sto sześć­dzie­siąt tysięcy ton masy, dłu­gość kadłuba wła­ści­wego osiem­set dzie­sięć metrów, śred­nica w naj­grub­szym miej­scu sie­dem­dzie­siąt dwa metry, uzbro­je­nie...

- Wystar­czy - prze­rwał mu na­dal uśmiech­nięty Mor­ri­sey. - Oto nasze Eldo­rado! Poką­sany, ale nie schru­pany do kości... - Sztuczna ręka kapi­tana wska­zała na lewą dolną część ekranu.

Spoj­rzeli tam i zoba­czyli pociem­niałe, poszar­pane kra­wę­dzie pierw­szej z ogrom­nych dziur w poszy­ciu, która cią­gnęła się od śród­o­krę­cia aż po prze­wę­że­nie sek­cji maszy­no­wej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki