ROZDZIAŁ 2
Terytoria Wewnętrzne,
przestrzeń wewnątrzukładowa,
System Invictus 7, Sektor Whisky,
28.04.2234
Komandor Dreade-Ravenore nawet się nie odwrócił, gdy profesor Diakow pojawił się na mostku. Nie powitał go jednym mruknięciem. Siedział nieruchomo niczym posąg wykuty w szklistym czarnym tworzywie, wpatrując się ze znudzeniem w zajmującą połowę ekranu kulę sinego dymu i wiszący obok niej, mikroskopijny w tej skali, odwrócony stożek stacji orbitalnej. Panele boczne wyświetlacza dawały mu podgląd wnętrza instalacji, która była celem misji. Zarząd korporacji Arashi udostępnił flocie komplet kodów pozwalających na przejęcie każdego systemu kopalni zarówno na orbicie, jak i pod powierzchnią Delty.
- Chciałbym poinformować, że zakończyliśmy kalibrację sprzętu - wycedził poirytowany chłodnym powitaniem naukowiec.
Komandor przechylił lekko głowę, jakby zastanawiał się nad czymś.
- Wykonać! - rzucił moment później do nieruchomych jak on podoficerów obsługujących stanowiska dowodzenia pionów bojowych.
W prawym górnym rogu każdego wyświetlacza pojawił się timer odliczający czas, a konkretnie: trzydzieści sekund. Profesor drgnął, gdy stacja zniknęła z głównego ekranu. Zastąpiło ją sześć mniejszych okien przedstawiających obie sterownie, główną i reaktora, przestronną mesę i jeszcze trzy pomieszczenia, których przeznaczenia nawet się nie domyślał. We wszystkich obecnie przebywali strajkujący.
Odliczanie szybko dobiegło końca, ale ku zaskoczeniu Diakowa nic się nie wydarzyło. Lekko zaniepokojony tym faktem zerknął nawet w kierunku komandora, ale ten spoglądał na transmitowany obraz z niezmąconym spokojem, jakby niczego innego się nie spodziewał.
Widocznie tak powinno być...
W tym właśnie momencie uwagę naukowca przykuł gwałtowniejszy ruch w jednym z okien. W mesie - z tego, co zdążył już zauważyć - zgromadziła się większość górników zatrudnionych na Delcie. Jeden z nich, siwawy drągal o posturze atlety, który stał przed pozostałymi i coś im zawzięcie tłumaczył, zachwiał się nagle, jakby poczuł zawroty głowy. Zaskoczony oparł się prawą ręką o najbliższy blat, ale nie uchroniło go to przed upadkiem. Pozbawiona czucia dłoń ześlizgnęła się z gładkiej krawędzi i mężczyzna runął z impetem na kratownicę pokładu.
Dziwne, pomyślał profesor na widok braku reakcji u pozostałych strajkujących i przyjrzał się bacznie ich twarzom. Wszyscy wyglądali, jakby zostali odurzeni. Powieki opadały im z wolna, tak samo jak żuchwy. Kilku zaczęło pochylać głowę, jak gdyby morzył ich sen. Ci, którzy mieli przed sobą stoły, opierali się o nie czołami, paru innych wylądowało na podłodze, idąc w ślady tego, co przed momentem do nich przemawiał. Górnicy na pozostałych ekranach także znieruchomieli w nienaturalnych pozach.
- Gaz obezwładniający? - Zdumiony Diakow przeniósł wzrok na komandora, ale ten znów go zignorował.
Do tej pory nie zastanawiał się, w jaki sposób Dreade-Ravenore załatwia te sprawy. Wystarczała mu wiedza, że dostawy są terminowe, a stan fizyczny obiektów nie pozostawia nic do życzenia, jeśli nie liczyć okazjonalnych sińców. Tym razem jednak musiał polecieć na akcję.
- Wszystkie cele zneutralizowane - zameldował wachtowy, ten sam, który aktywował protokół ataku. Pokład transportowca zadrgał kilkakrotnie, lekko, ale wyczuwalnie dla znajdujących się w sterowni ludzi. Właśnie odpalono sześć jednostek abordażowych. Kolejny suchy komunikat poprzedził pojawienie się nowego timera: - Trzy minuty do dokowania.
Diakow oblizał spierzchnięte wargi. Po raz pierwszy brał udział w operacji bojowej, dziwiło go więc, i to bardzo, że żołnierze podchodzą do biegu wydarzeń z takim opanowaniem, a nawet chłodem. Przyglądał im się uważnie od dłuższej chwili, lecz nie dostrzegł choćby śladu napięcia na twarzy żadnego z podoficerów. Były wyprane z uczuć do tego stopnia, iż wydawało mu się, że ma do czynienia z androidami. Oczywiście nie było to możliwe - prawo już od kilku dekad zabraniało produkcji i używania automatów imitujących wyglądem człowieka.
Tknięty tą myślą Siergiej zerknął bezwiednie w kierunku tylnej grodzi mostka, przy której w specjalnych wnękach stały tylko z grubsza humanoidalne roboty czekające na polecenia.
Odliczanie dobiegło końca chwilę po tym, gdy cylindryczne pojazdy przywarły miękko do włazów stacji. Cztery kapsuły zacumowały w najszerszej sekcji stożka, jedna w jego środkowej części, a ostatnia na samym dole, tuż nad kryzą oddzielającą część użytkową od kuli osłon reaktora. Kiedy na timerze pojawiły się same zera, obraz znów się zmienił i w centralnej części panoramiconu pojawiły się raz jeszcze ujęcia pomieszczeń wypełnionych nieprzytomnymi górnikami.
Żołnierze dotarli do nich symultanicznie mniej więcej minutę później. Diakow obserwował z uwagą, jak komandosi zabezpieczają teren. Poruszali się szybko, płynnie, z gracją nieosiągalną dla przeciętnego cywila. Przy tej akcji oszczędzono im zakładania pełnego opancerzenia, ponieważ nie musieli niczego szturmować. Lekkie egzoszkielety pozwalały na znacznie większą swobodę ruchów nawet przy pełnym ciążeniu, tutaj więc nie mieli najmniejszych problemów ze skuciem nieprzytomnych mężczyzn i kobiet.
Profesor drgnął ponownie, gdy idealną ciszę przerwało słowo wypowiedziane nosowym, lekko chrapliwym tonem.
- Lista!
Diakow potrzebował kilku sekund, by zrozumieć, że to on jest adresatem żądania.
- Tak, oczywiście.
Podniósł rękę, ustawiając prawe przedramię na wysokości klatki piersiowej, po czym aktywował komunikator wprasowany w kombinezon i jednym zdecydowanym ruchem przesłał plik na terminal stanowiska dowodzenia.
- Zidentyfikować cele i przetransportować na wahadłowce Neurona w ustalonej kolejności! - rozkazał Dreade-Ravenore, przekazując dane dalej.
Diakow poruszył się niezgrabnie.
- Czy to już wszystko? - zapytał w swoim mniemaniu niepotrzebnie. Zrobił swoje, przekazał listę obiektów sporządzoną w oparciu o profile neuralne. Już wyciągał dłoń, by zakończyć połączenie...
- Gubernator metasektora chce z panem rozmawiać - rzucił obojętnym tonem komandor.
- Heinlein? - zdziwił się profesor.
Gdy Dreade-Ravenore nie odpowiedział, awatar Diakowa zamigotał i zgasł.
* * *
Profesor znał gubernatora wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że ten nienawidzi czekania. Wygładził więc kombinezon, po czym zamarł z dłonią wiszącą milimetry od wirtualnej klawiatury. Transmisja nadprzestrzenna pożre znaczne ilości energii, tej samej, której Neuron może potrzebować do przeprowadzenia procedury.
Ryzykując ściągnięcie na siebie gniewu najbardziej wpływowego polityka Terytoriów Wewnętrznych, przeprowadził kilka szybkich obliczeń i dopiero po uzyskaniu wyników wprowadził sekwencję kodu pozwalającą na otwarcie następnego połączenia. Rozmówca zgłosił się niemal natychmiast, co było wysoce niepokojące.
- Wreszcie - parsknął Heinlein poirytowanym głosem. - Gdzie wizja?
- W kluczowym dla eksperymentu momencie nie możemy sobie pozwolić na tak duży wydatek energetyczny - odparł Diakow, siląc się na rzeczowy ton.
- Ach tak... - Gubernator westchnął ciężko, po czym jak przystało na rasowego polityka, przeszedł od razu do sedna. - Jakie są szanse na to, że zakończycie testy w ciągu najbliższych siedmiu dni? - zapytał.
- Nie powiem, że zerowe, ale na pewno niezbyt wielkie - odparł profesor, z trudem zachowując spokój.
Nie zrozumiał pytania, a raczej myśli, która za nim stała. NeuroTek zawarł z Radą umowę, na mocy której miał dostarczyć dowództwu trzeciego metasektora trzysta sześćdziesiąt mobilnych centrów reedukacyjnych, jak nazwano transportowce wyposażone w kapsuły implementacyjne w liczbie od dwudziestu czterech do nawet siedemdziesięciu dwu. Termin odbioru sprzętu i oprogramowania wyznaczono na jedenastego maja, czyli za niecałe dwa tygodnie.
- Dlaczego?
- Co: dla... - Siergiej ugryzł się w język. Rozmawiając z tym człowiekiem, lepiej było zachować ostrożność. - Wszystko zależy od reakcji obiektów, a tej niestety nie umiemy w stu procentach przewidzieć...
- Konkrety, profesorze!
- Jeśli parametry dobrane dla następnej... miejmy nadzieję, ostatniej transzy... okażą się trafione lub choćby zadowalające, zdołamy zamknąć ostatni etap synchronizacji za dziesięć dni.
- A jeśli nie będą zadowalające? - Heinlein znów wpadł mu w słowo.
- Wtedy czeka nas pełny proces weryfikacji obejmujący konieczność przetestowania jeszcze jednej transzy obiektów, tyle że już w znacznie węższym zakresie. - Diakow był świadom, że zaczyna niebezpiecznie się oddalać od prawdy. - Musi pan zrozumieć, gubernatorze, że mówimy o niezwykle skomplikowanej procedurze, zależnej od tysięcy czynników, które musimy wychwycić i uwzględnić w trakcie badań, co oznacza...
Zniecierpliwiony gubernator nie pozwolił mu dokończyć.
- Jak długo?
- W najlepszym przypadku zakończymy eksperyment za dziesięć dni. W razie uzyskania niekompletnych wyników będziemy potrzebowali dodatkowych dwu, trzech dób, ale to nadal... - Diakow zawiesił głos.
- Dwa tygodnie, kurwirtualna jego mać?! - wybuchnął Heinlein.
Gdybyś wiedział, zapluty bozonie, jak wygląda najczarniejszy scenariusz, pomyślał z przekąsem naukowiec. Na szczęście w ostatniej chwili ugryzł się w język, by nie przedstawić najgorszej opcji, która wiązała się z koniecznością wykonania dwu niemal pełnych transz procedury. Było to realne ryzyko, ponieważ pracował na fragmentarycznych wzorcach i nic nie mógł na to poradzić.
- Termin realizacji kontraktu pozostaje niezagrożony - zapewnił. - Ręczę, że...
- Przetestowaliście te cholerne procedury na ponad tysiącu ludzi - przerwał mu polityk - i ciągle wam mało?
- Pan chyba nie rozumie złożoności problemu. Każdy pozyskany dzięki naszej współpracy obiekt został wykorzystany do maksimum, niemniej...
- To pan nie rozumie! - wypalił gubernator. - Musimy podjąć ściśle określone działania. I musimy to zrobić zawczasu, żeby zaskoczenie było pełne. Dlatego chcę mieć niezachwianą pewność, że nie wciskacie nam kitu. Potrzebuję tych informacji nie za dwa tygodnie, tylko najpóźniej w piątek!
- Gdyby zgłosił pan swoje obiekcje wcześniej, admiralicja z pewnością wydałaby rozkaz przyśpieszenia pozyskań - rzucił Diakow w przedłużającą się ciszę. - W obecnej sytuacji nie widzę szans na znaczniejsze skrócenie terminu zakończenia prac. Nie wiedzieliśmy, że...
- Wybaczy pan, ale nie jestem wróżką - warknął wciąż rozeźlony polityk, po czym ku zaskoczeniu rozmówcy dodał znacznie spokojniej: - Sytuacja jest bardzo dynamiczna, profesorze. Wróg nie śpi, a każde kolejne "pozyskanie" przybliża go do poznania prawdy.
Jakbym o tym nie wiedział, pomyślał Diakow, po czym zerknął na ekrany wyświetlacza. Ewakuacja nieprzytomnych górników przebiegała bez przeszkód. Wahadłowiec Neurona przycumował już do głównej śluzy stacji, co oznaczało, że wyselekcjonowani do pierwszej transzy górnicy trafią na jego pokład za sześć minut, czyli zgodnie z ustalonym harmonogramem.
- Naprawdę nie możecie uprościć tych tam... testów? - Heinlein nie rezygnował.
- Jak pan to sobie wyobraża? - żachnął się profesor. - To pionierskie badania. Do niedawna opieraliśmy się wyłącznie na symulacjach, a te, jak wiadomo, potrafią być mylące...
- A co z tymi wszystkimi sesjami w koloniach karnych?
- Testowanie procedury na ludziach odsiadujących długie wyroki bardzo nam pomogło, nie da się ukryć, ale proszę pamiętać, że wyniki były na swój sposób skażone, ponieważ materiał wyjściowy...
- Może mi pan oszczędzić tego akademickiego bełkotu? - huknął niewidoczny rozmówca.
- Tak, tak. Chciałem powiedzieć, że testy na więźniach miały nieco inny cel. Chodziło o sprawdzenie, czy procedura działa, i to zostało w pełni potwierdzone. Ustalenie kompletu parametrów potrzebnych do kalibracji kapsuł to natomiast zupełnie inna sprawa.
- Prosiłem o coś!
- Oczywiście. - Diakow odchrząknął, by oczyścić gardło. - Aby stworzyć zamówioną przez Radę uniwersalną formułę obejmującą całość populacji, musieliśmy skatalogować ponad dwanaście milionów odrębnych parametrów. W normalnych warunkach wymagałoby to wielomiesięcznych, może nawet kilkuletnich badań, ale zapewniam pana, że dzięki funduszom Rady i nowatorskim rozwiązaniom NeuroTeku wyrobimy się w umówionym termi...
- W to właśnie nie mogę uwierzyć.
- W co?
- W to, że wyrobicie się w umówionym terminie. Jak sam pan przed momentem przyznał, ta faza badań powinna trwać znacznie dłużej.
- W normalnych warunkach - powtórzył profesor - prowadzilibyśmy badania na ochotnikach, ograniczając się do jednej, góra dwu procedur na osobę, aby nie doprowadzić do nieodwracalnych uszkodzeń mózgu. To znacznie wydłużyłoby proces badań. Tymczasem dzięki umowie zawartej z Radą możemy zintensyfikować prace, ponieważ obiekty służą nam aż do stanu terminalnego. Zapewniam więc...
- Milcz pan i słuchaj! Mam tu sytuację kryzysową. Mówimy o wypowiedzeniu regularnej wojny dwu trzecim ludzkości. Jeśli mam podjąć właściwą decyzję, potrzebuję konkretów, i to najpóźniej za tydzień, rozumiemy się?
- Nie! - Diakow także podniósł głos. - Moi zwierzchnicy ustalili z Radą dokładny harmonogram prac! Jeśli chce pan jego zmiany, proszę kontaktować się z kanclerzem i zarządem naszej korporacji, a konkretnie z zastępcą dyrektora generalnego Grahamem Wyndhamem.
Gubernator zamilkł. Albo nie nawykł do takich hardych odpowiedzi, albo dotarło do niego, że rozmawia z niewłaściwym człowiekiem.
- Przepraszam za ten wybuch. - Ton polityka stał się nagle bardziej ugodowy. - Widzi pan, ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność. Znam ustalenia, ale ich realizacja wymaga podjęcia pewnych działań nie za dwa tygodnie, tylko już teraz...
- Mówił pan coś o piątku - wtrącił ostrożnie profesor.
- Proszę mnie nie łapać za słówka! - Heinlein nabrał tchu. - Ten wasz eksperyment ma jakieś założenia wyjściowe?
- Owszem - przyznał Diakow. - Podczas symulacji i testów przeprowadzonych wcześniej w koloniach karnych uzyskaliśmy bardzo zadowalające wyniki, jednak musi pan zrozumieć, że to nie koniec procesu weryfikacji wzorców. Ostateczne rezultaty uzyskamy dopiero po niezwykle dokładnym...
- Żeby nie przedłużać. - Gubernator znów przerwał mu bezceremonialnie. - Możecie rozpocząć ten wasz cały eksperyment od fazy drugiej albo i trzeciej, pomijając najoczywistsze ustawienia?
Siergiej przygryzł wargę. Jak wytłumaczyć biurokracie, któremu grunt pali się pod nogami, co sam zresztą otwarcie przyznaje, że jak wszyscy musi uzbroić się w cierpliwość?
- Powiem tak: mogę pominąć potwierdzanie najbardziej oczywistych ustawień, ale jeśli się okaże, że pewne założenia są błędne, to po upływie jakichś ośmiu dni znajdziemy się w punkcie wyjścia, a to poważnie zagrozi terminowej realizacji projektu.
- Jakie jest ryzyko, że tak będzie? - zapytał wprost Heinlein.
- Spore.
- Czyli?
- Powiedzmy, że wynosi około czterdziestu procent.
- Zatem mamy takie prawie fifty-fifty...
- Może mi pan wierzyć, że przy tego rodzaju badaniach to naprawdę marne rokowania.
- W polityce gra byłaby warta świeczki - oznajmił sentencjonalnie gubernator.
- Na pana nieszczęście mówimy o nauce, nie o polityce - skwitował profesor.
- Czy to znaczy, że nie mogę liczyć na pańską pomoc?
Nagła zmiana frontu zaskoczyła Diakowa.
- Ja... Nie... - Język mu się plątał, zamilkł więc na moment, by zebrać myśli. - Proszę zrozumieć, gubernatorze. Jeśli nie skalibrujemy odpowiednio implementacji dla każdego wariantu wzorca neuralnego, jakiś procent procedur nie przyniesie oczekiwanego skutku. Istnieje także inne ryzyko - dodał z pewnym wahaniem. - Jeśli przesadzimy z warunkami brzegowymi, obiekty poddawane procedurze zostaną... jak by to powiedzieć... wyeliminowane z procesu reedukacji, a chyba nie o to wam chodzi. Mówimy o zupełnie nowym wymiarze implementacji. O czymś, czego nie robiono nigdy wcześniej, o pozostawieniu w pamięci każdego obiektu wszystkich wszczepionych wspomnień. Nie poszczególnych wydarzeń, tylko niekiedy wielu lat dopisanego życia. Obiekty poddane procedurze będą pamiętały po wybudzeniu każdy dzień i każdy szczegół: ból, strach, wszystkie poniesione kary i cierpienie, a proszę pamiętać, że w ciągu doby możemy zaimplementować nawet pięć i pół roku najgorszej gehenny. Reasumując: obecna faza eksperymentu ma na celu ustalenie granic, do jakich możemy się posunąć bez zabijania pacjenta, to znaczy obiektu - poprawił się szybko. - Aby móc ruszyć dalej, musimy najpierw zmapować i sprawdzić wpływ procedury na wszystkie warianty wzorców neuralnych, co właśnie robimy.
- Badania na więźniach naprawdę nie dały wam jasności?
- Osadzeni, na których przeprowadzaliśmy wstępne testy, mieli za sobą długie lata odsiadki w najcięższych koloniach karnych. Przywykli do nieludzkich warunków bytowania, zdążyli się oswoić z nową brutalną rzeczywistością. Wie pan, gubernatorze, to jakby badać poziom stresu przed bitwą na żołnierzach jednostek specjalnych, a potem przenieść otrzymane wyniki na dowolnie wybrane grupy kobiet lub dzieci. Rozumie pan, o czym mówię?
- Tak, ale... - Heinlein nagle urwał. - Muszę kończyć, profesorze. Jak wspomniałem, mamy tu poważny kryzys. Od wyników waszego eksperymentu naprawdę dużo zależy. Za maksymalnie siedem dni muszę podjąć działania, które mogą nas wszystkich wiele kosztować, jeśli nie dostarczycie mi skutecznych narzędzi do dyscyplinowania wszystkich warchołów. Wolałbym nie robić czegoś takiego w ciemno.
Diakow milczał przez chwilę, zanim się odezwał:
- Chyba mówimy o dwu kompletnie różnych kwestiach. Ja jestem w stu procentach pewien, że rozpoczynane dzisiaj testy potwierdzą wszystkie założenia projektu.
- W stu procentach?
- Powiedzmy, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu, ale to i tak znacznie więcej, niż wynosi polityczny próg ryzyka, o którym pan przed chwilą wspomniał. Nie dostarczę panu w pełni sprawnego oprogramowania w ciągu najbliższych siedmiu dni, lecz to nie oznacza, że sukces projektu jest wątpliwy. Wręcz przeciwnie, wiemy już, że jesteśmy w stanie zaimplementować dowolnemu obiektowi ogromną ilość dodatkowych wspomnień bez konieczności ich usuwania po zakończeniu procedury. Obecnie ustalamy, ile obiekt będzie mógł ich przyjąć, zanim jego mózg... odmówi współpracy. Uszczegółowienie i dopracowanie formuły to jedyny cel obecnej fazy eksperymentu.
- Zatem twierdzi pan, że wasze działania zakończą się sukcesem i że na czas dostarczycie w pełni sprawne kapsuły implementacyjne?
- Tak, jestem o tym przekonany. Nawet jeśli pozyskane dziś obiekty nie wystarczą do tego celu, komandor Dreade-Ravenore załatwi nam kolejną transzę i najdalej za osiem dni przeprowadzimy sesję uzupełniającą, która bez wątpienia dostarczy wystarczającą ilość danych, by opracować skuteczną procedurę, taką, która będzie w stanie złamać każdego warchoła, jak pan to obrazowo ujął. Sprzętowo jesteśmy gotowi, produkcyjnie też, nie przewiduję więc żadnych opóźnień w ustalonym harmonogramie.
- To właśnie chciałem usłyszeć.
Heinlein rozłączył się bez pożegnania. Diakow natomiast sprawdził pośpiesznie odczyty; rozmowa ze stolicą metasektora wyczerpała niemal połowę zapasu energii, jaką dysponował Neuron. To na szczęście nie zagrażało eksperymentowi.
Czas brać się do roboty.
* * *
Profesor opuścił mostek, gdy pierwszy z wahadłowców cumował do węzła dokującego. Neuron nie był duży, miał wyporność zaledwie pięciuset ton, jeśli liczyć na archaiczną modłę, której nie wiadomo dlaczego wciąż hołdowano, choć dzisiejsze okręty nie przemierzały oceanów, tylko bezgraniczną pustkę kosmosu. Osiemdziesięciopięciometrowy smukły kadłub składał się z trzech segmentów: niewielkiego dziobowego, zwanego sterującym, który był równocześnie autonomiczną jednostką zdolną do wykonywania lotów krótkodystansowych, także w atmosferze; kilkakrotnie większego śródokręcia, mieszczącego moduł roboczy, w którym ulokowano wszystkie laboratoria; wreszcie rufy, gdzie za kryzą ochronną znajdował się napęd i zasilający go reaktor.
Wędrówka wzdłuż szybów i korytarzy do pomieszczeń z dwudziestoma czterema eksperymentalnymi kapsułami implementacyjnymi zajęła Siergiejowi prawie pięć minut ze względu na konieczność pokonania kilku śluz oddzielających nie tylko segmenty, ale też poszczególne pokłady statku badawczego. Prócz Diakowa na Neuronie przebywało dwunastu członków załogi. Byli to dwaj piloci, dwaj mechanicy i ośmioro naukowców, którzy licząc z nim, tworzyli trzyosobowe zespoły nadzorujące przebieg poszczególnych faz eksperymentu.
Kapsuły zamontowano w największych, kulistych pomieszczeniach śródokręcia. W każdym z nich ustawiono rząd ośmiu cylindrycznych konstrukcji przypominających z grubsza proste automedy. To właśnie do nich trafią uśpieni górnicy - oczywiście po uprzednim gruntownym przebadaniu i zakwalifikowaniu do odpowiedniej grupy.
Profesor dołączył do Indiry i Gustawa Cohenów, z którymi miał dzisiaj współpracować, zanim pierwszy obiekt wylądował na żelowym leżu. Jak się okazało, był to ten sam drągal, który w mesie przemawiał do reszty strajkujących. Kolejne trzy pary noszy grawitacyjnych czekały już przy sąsiednich stanowiskach, a następne trafiły właśnie do śluzy.
Ewaluacja obiektów przebiegła szybko i sprawnie. Profile neuralne pasowały idealnie do kartotek dostarczonych przez Arashi - tym razem korporacja prezesa Harady stanęła na wysokości zadania i nie utajniła niczego. Najwyraźniej oligarchowie podchodzili do tej sprawy równie poważnie jak politycy. Było nie było, NeuroTek pracował nad rozwiązaniem, które miało zapewnić metakorporacjom pełnię kontroli nad podbitą częścią ramienia Galaktyki.
Diakow uśmiechnął się pod nosem.
Nic tak nie dyscyplinuje ludzi jak strach, a każdy, kto trafi do kokonu somnicznego, zazna niekończących się koszmarów. Jedyne ograniczenie stanowiła tu wyobraźnia scenarzystów, a Instytut zatrudniał najlepszych i najbardziej kreatywnych programistów, jakich znał ten świat.
Brzmiało to groźnie, ale Siergiej nie uważał się za potwora. Przeciwnie, był święcie przekonany, że opracowana przez niego procedura ocali niezliczone istnienia. Sytuacja w przygranicznych pasach nie wyglądała bowiem zbyt ciekawie. Ludzie, którzy wyemigrowali w przestrzeń, już po paru pokoleniach zatracili poczucie rozsądku. Kręcili nosem na warunki, o jakie modlili się ich pradziadowie. Przed exodusem w ziemskich i marsjańskich metapoliach pracowano za możliwość przeżycia kolejnego dnia. Jeden kredyt pozwalał zaspokoić podstawowe dobowe potrzeby człowieka; ktoś, kto dostawał dwie lub trzy dziesiąte ponad tę stawkę, czuł się, jakby chwycił samego Boga za nogi. A te skurwyklony, profesor zerknął z odrazą na nieprzytomnego górnika, biorą po dwa, a nawet trzy kredyty za dniówkę i wciąż się buntują...
Zanim ostatni z ośmiu mężczyzn został rozebrany, umyty i złożony w kokonie somnicznym, ożyły głośniki interkomu. Nawigator obwieścił naukowcom, że Neuron i Protektor ruszają w kierunku punktu skoku, aby zrobić miejsce dla transportowca przywożącego nową załogę kopalni. Arashi nawet w takiej sytuacji nie zamierzało tracić czasu ani pieniędzy. Kopalnia ruszy ponownie po zaledwie kilkugodzinnej przerwie.
Dreade-Ravenore zsynchronizował działania z terminem ultimatum przesłanego przez komitet strajkowy. Ostatnia zmiana wróciła na stację orbitalną pół godziny przed rozpoczęciem abordażu. Przeniesienie odurzonych górników i ich rzeczy trwało niewiele dłużej, co oznaczało, że korporacyjny transportowiec podążający śladem zespołu zadaniowego mógł już za chwilę przycumować do terminalu przewentylowanej stacji. Świeżo zatrudnieni szczęśliwcy polecą na Deltę zaraz po przydzieleniu im kabin i pobraniu przez nich sprzętu osobistego, nie mając pojęcia o tym, co wydarzyło się tuż przed ich przylotem. I co jeszcze ważniejsze, nawet nie przypuszczając, dlaczego trafili do tego systemu.
Nikt nigdy nie pozna prawdy, choćby zaistniała potrzeba zorganizowania następnej transzy. Ludzie komandora zadbali wcześniej o zablokowanie stacji monitorującej, by górnicy nie mogli wysyłać wiadomości do innych systemów (w ciągu ostatnich kilku godzin takich prób było niemało). Dzięki kodom otrzymanym z rąk prezesa zarządu regionalnego Arashi przejęto zdalnie kontrolę nad SIngapurem, czyli Systemem stacji, usuwając z niego wszystko, co miało związek z obecnością i działaniami strajkujących. Kasowane rejestry zastępowano od razu sfabrykowanymi wpisami. Wersja oficjalna, którą za moment poznają zmiennicy, mówiła o konieczności przeniesienia doświadczonej załogi do odległego systemu, w którym nie radzono sobie z eksploatacją bogatych złóż trunitu. Na stacji nie pozostało więc nic, co pozwoliłoby nowej załodze poznać prawdę.
Diakow uśmiechnął się pod nosem. W tak trudnych czasach lepiej być po stronie wygranych.
- Bierzmy się do roboty - ponaglił Cohenów.