PROLOG
Systemy Centralne,
orbita Delty,
System Centurion, Sektor Tango,
10.05.2234, godz. 06:46
Urwany raptownie wrzask dobiegający zza pleców Brendy Kowal był tak
przejmujący i głośny, że nie tylko ona, ale i wszyscy wokół zamarli.
Przestronną, tętniącą życiem halę terminalu odlotów w okamgnieniu
wypełniła dojmująca cisza, lecz szmery rozmów szybko powróciły, co
więcej, ich natężenie rosło z każdą chwilą. Kolejne osoby ruszały w kierunku szeregu panoramicznych okien zdobiących zewnętrzną ścianę
stacji orbitalnej.
Brenda nie dołączyła do gęstniejącego tłumu. Strach i zaskoczenie
pozbawiły ją władzy w nogach, ale nawet stąd, ze środka zatłoczonej
poczekalni, mogła bez trudu zobaczyć to, co sprawiło, że czekający na
wahadłowce pracownicy w ułamku sekundy zapomnieli o chęci powrotu do
domu.
Kowal zbladła mocno, gdy jej wzrok powędrował ku majestatycznej tarczy
Delty, wiszącej zda się na wyciągnięcie ręki, tuż za grubymi płytami
transparentnej plastali. Terraformowaną od półtora stulecia planetę,
dobrze jej znany, zapierający dech w piersi tygiel pastelowego seledynu
wymieszanego ze wszystkimi odcieniami fioletu, szpeciła niewielka
mroczna skaza. Wysoko na północy, po sercu największego z kontynentów,
rozlewał się z wolna czarny krąg upstrzony mrowiem czerwonych żyłek.
Co u... - tyle zdążyła pomyśleć, zanim paraliżujący ją stupor odpuścił,
ulegając naporowi zawodzenia syren przeszywającego każdy nerw.
- Alarm bojowy! - ryknął stojący tuż za nią oficer, nie odrywając
spojrzenia od komunikatora wszytego w rękaw kombinezonu. - Zamknąć
wszystkie bramki! Ewakuować pasażerów z maszyn czekających na start!
Już! Już!
Mało kto reagował na jego wrzaski. Widok za panoramicznymi oknami był
tak niesamowity, że ludzie nie potrafili oderwać oczu od kipiącego morza
czerni pochłaniającego coraz większą połać ich planety. Czy rozumieli,
na co patrzą, trudno powiedzieć. Nikt wcześniej nie widział na żywo, jak
wygląda zderzenie z wielką... asteroidą?
Nie, to niemożliwe, pomyślała Brenda.
Systemy wczesnego ostrzegania i obrony orbitalnej Delty były jednymi z najnowocześniejszych i najwydajniejszych w całej Federacji. Lepszymi
zabezpieczeniami dysponowały, co zrozumiałe, tylko Ziemia i Mars,
niemniej pierwsza skolonizowana przez ludzkość planeta niewiele im
ustępowała pod tym akurat względem.
Niezawodna triada. Mrowie sond, nieustannie przeczesujących najgłębsze
peryferia systemu. Współpracujące z nimi deflektory przechwytujące
średniego zasięgu, skutecznie uniemożliwiające kosmicznym śmieciom
trafienie w tak zwaną "dziurkę od klucza". I wreszcie: krążące po
wysokiej orbicie satelity obrony aktywnej. Ich gęsta sieć miała za
zadanie zniszczyć każdy bolid albo pocisk, który jakimś cudem dotarłby w pobliże Delty.
Tego systemu nie dało się oszukać. To było po prostu niemożliwe.
Każdy obiekt wchodzący na kurs kolizyjny z zamieszkanymi planetami
Centuriona wykrywano na wiele tygodni, czasem nawet miesięcy przed
ewentualnym zderzeniem. Niszczono go w dalekiej przestrzeni albo
zmieniano jego trajektorię lotu tak, by trafił w któryś z bezludnych
księżyców albo wleciał w jedną z trzech gwiazd centralnych.
W całej niemal studwudziestoletniej historii pobytu człowieka w tym
systemie nie odnotowano żadnego przeoczenia, żadnego wypadku, który
mógłby zagrozić życiu kolonistów bądź doprowadzić do poważniejszych
zniszczeń w infrastrukturze, czy to na powierzchni, czy to na orbicie. W każdym razie Kowal nie przypominała sobie niczego takiego, a pamięć
miała znakomitą.
Dodatkowo, gdyby jeden element triady zawiódł, powinien go zastąpić
drugi, a potem trzeci.
Czyżby więc to był atak? Ale jakim cudem banda roboli z Rubieży zdołała
stworzyć broń zdolną do oszukania systemów obrony i do tego
przetransportować ją niezauważenie do samego serca Systemów Centralnych?
Ta hipoteza wydała się jeszcze bardziej nieprawdopodobna.
- Ruszać się!
Przywołani z głębi terminalu żandarmi natarli właśnie na oniemiały tłum.
Dowództwo poszło też w końcu po rozum do głowy i nakazało zmatowić
wszystkie okna, odcinając w ten sposób załodze możliwość obserwacji
skutków feralnego zderzenia, bo to było zderzenie. Brenda nie miała
cienia wątpliwości, na co przed momentem patrzyła.
Ale co mogło spaść na Deltę?
To pytanie zrodziło kolejne, znacznie bardziej mrożące krew w żyłach.
Czy jej brat był bezpieczny? Do straszliwego kataklizmu doszło na
półkuli północnej, pośrodku największego z kontynentów, czyli... osiem,
może nawet dziewięć tysięcy kilometrów od ich domu. Odetchnęła z ulgą. O tej porze Julio zaczynał pracę. Pewnie wracał dopiero z posiadłości
wicegubernatorki.
Jakkolwiek tragicznie wyglądała sytuacja, skutki zderzenia nie powinny
go dotknąć. Nawet tak potężna fala uderzeniowa zdąży mocno osłabnąć,
zanim pokona połowę gigantycznego globu, o ile w ogóle tam dotrze.
Równie dobrze może się do tego czasu rozproszyć całkowicie, a jeśli nie,
miną długie godziny, zanim jej czoło przewali się przez równiny
otaczające Satterling, gdzie zamieszkali niespełna rok wcześniej. Brenda
oblizała spierzchnięte wargi.
Wszyscy zdążą zostać ewa...
Poczuła znajome wibracje, zanim popędzający ludzi żandarm zdążył ją
popchnąć. Truchtając posłusznie za pozostałymi pracownikami stacji
orbitalnej, odczytała krótki komunikat. Polecono jej stawić się w Rezerwowym Centrum Kontroli Lotów.
Nie potrzebowała dalszych zachęt, to było jedyne miejsce, w którym
powinna się teraz znaleźć.
* * *
- Nieciekawie to wygląda - rzucił przez ramię Giacomo Aoki, kolega ze
zmiany, na którego trafiła już podczas krótkiej odprawy, dzięki czemu
mogli ponownie zasiąść na sąsiadujących ze sobą stanowiskach.
Może to głupie, ale czuła się pewniej, widząc obok siebie znajomą twarz.
- Fakt - przyznała zwięźle, zapoznając się z tymi samymi danymi.
W Deltę uderzył wielki obiekt, którego system wczesnego ostrzegania nie
mógł i nie powinien przeoczyć. Informacje dotyczące jego masy i trajektorii zostały wprawdzie utajnione, ale to, co zobaczyła za oknem
poczekalni, odarło ją ze wszelkich złudzeń.
Mieli do czynienia z kataklizmem iście biblijnych rozmiarów.
Kowal zerknęła w stronę stanowiska dowodzenia. Pułkownik Linklater, szef
jej zmiany, dyskutował zawzięcie z kilkoma oficerami, nie zawracając
sobie głowy kryciem się za ekranami pola siłowego. Połowy trepów Brenda
nie znała nawet z widzenia. Choć reprezentowali różne piony, łączyło ich
jedno - wszyscy mieli nietęgie miny. Co gorsza, kolejne raporty zdawały
się potęgować ich strach.
Niedobrze.
Z tą myślą skupiła się na wywołującym ją dowódcy frachtowca.
- Kontrola lotu, tu DMG-433, proszę o zezwolenie na opuszczenie doku.
- Odmawiam, DMG-433.
- Co ty bredzisz?!
- Kod czerwony.
- To jakiś durny żart?
Zdziwiła ją reakcja rozmówcy. Główny port orbitalny znajdował się
obecnie nad południowym biegunem Delty, dokładnie po przeciwległej
stronie planety, ale wieści o zderzeniu powinny tam dotrzeć, zanim
aktywowała przydzielone jej stanowisko. Od impaktu minęło już ponad
siedem minut, to szmat czasu, zwłaszcza według współczesnych kwantowych
standardów, co z tego jednak, skoro ten człowiek wydawał się nie mieć
bladego pojęcia o powadze sytuacji.
- Na mocy rozporządzenia o stanie wyjątkowym wszystkie jednostki
znajdujące się w tym systemie zostają tymczasowo wcielone w szeregi
floty przestrzennej - poinformowała go beznamiętnym tonem, przesyłając
stosowne dokumenty.
- To jednostka korporacyjna, nie możecie nas tak po... - Szyper nie tyle
zamilkł w pół słowa, ile zaczął kląć, gdy zerknął w przesłane mu kwity.
- Niewykonanie rozkazu skutkować będzie postawieniem osób decyzyjnych
przed trybunałem polowym - wyrecytowała inną formułkę.
- Ale...
Rozłączyła się, kończąc rozmowę. Nie miała czasu na wysłuchiwanie
cudzych żali. Na kontakt czekało czternaście jednostek, a kolejne
dołączały do listy w zatrważającym tempie, mimo że Brenda zaliczała się
do ponad stuosobowej grupy nadprogramowych kontrolerów.
- Coś tu jest mocno nie tak - rzuciła w kierunku Giacoma po tym, jak już
rozprawiła się w identyczny sposób z następnym kapitanem.
- Mnie to mówisz? - odmruknął.
- Dlaczego żaden nie wie, co się wydarzyło? W mediach powinno o tym
huczeć. - Kowal zamarła z ręką oddaloną o milimetry od klawisza
otwierającego nowy kanał. - Czyżby nałożono blokadę informacyjną?
- Blokadę? W takiej sytuacji? - żachnął się Aoki. - Rządzą nami
skończeni durnie, ale nawet oni nie...
- Dlaczego więc nie ogłoszono jeszcze ewakuacji północnej półkuli? -
wpadła mu w słowo, zadając znacznie ważniejsze pytanie, po czym zerknęła
podejrzliwie w stronę stanowiska dowodzenia. - Im dłużej zwlekają, tym
więcej ludzi ucierpi...
Giacomo zbył kolejnego szypra najszybciej, jak umiał, a gdy spojrzał w jej kierunku, był bledszy od trepów, których dopiero co spuściła z oka.
- To może oznaczać tylko jedno - wyszeptał.
- Nie... - Kowal przełknęła z trudem ślinę.
- Tak - sapnął pocący się coraz mocniej Aoki. - Nie ma innego sensownego
wytłumaczenia.
Brenda przygryzła nerwowo wargę. Wektory kursów widoczne na głównym
ekranie pokazywały jasno, że wszystkie dostępne jednostki kierowane są
za równik. Wcześniej uważała, że chodzi o kwestie bezpieczeństwa, ale
uświadomiła sobie właśnie, że wyrzucone poza atmosferę śmieci nie
zagrażają bezpośrednio większości przekierowywanych jednostek.
- Szlag.
Blokada informacyjna, brak zdecydowanych działań, nerwowe ruchy
przełożonych. Ostatni komunikat zawiadamiał o zamknięciu strefy skoku
Centuriona. Uznała to za niepojęte, ale milczała, ponieważ KoSIarz nie
popełniał błędów - jedyny dysponował pełnią danych, dzięki czemu w ułamkach sekundy mógł wskazać najlogiczniejsze rozwiązanie. Sztuczna
inteligencja musiała mieć dobry powód, skoro zdecydowała, że należy
odciąć ten system i nie informować mieszkańców o nadciągającej fali
uderzeniowej, czym niestety skazywała ich na pewną śmierć.
- Skutki tego uderzenia... - zaczęła mówić, ale kolega szybko jej
przerwał.
- Zachowuj się normalnie - ostrzegł ją.
Oni także pracowali w reżimie stanu wyjątkowego, podlegając wszystkim
jego rygorom, o czym zostali lojalnie uprzedzeni przed zajęciem swoich
stanowisk.
Kowal nabrała głębiej tchu, otwierając kolejne połączenie. Siedem
sekund, tyle potrzebowała, by zbyć pieklącego się korporacyjnego drania.
Rozmawiała z nim automatycznie, ani na moment nie przestając myśleć o najważniejszej dla niej kwestii: czy Julio jest bezpieczny?
Jeśli fala uderzeniowa nie osłabnie wystarczająco po pokonaniu ośmiu do
dziesięciu tysięcy kilometrów...
Poczuła zimny pot na karku. Nie miała dostępu do danych, lecz kaganiec
nałożony na media i reakcje przełożonych mówiły same za siebie. KoSIarz
przewidywał, że zniszczenia na drugiej półkuli będą nie mniej poważne.
Następnemu połączeniu towarzyszyła jeszcze bardziej niepokojąca myśl.
Na Delcie mieszkały obecnie ponad dwa miliardy kolonistów. Dwa miliardy
- inaczej mówiąc, dwa tysiące milionów. Takiej masy ludzi nie da się
ewakuować w kilka czy kilkanaście godzin, i to nawet przy zaangażowaniu
wszystkich dostępnych środków.
Nagle jeszcze bardziej zwątpiła w nieomylność sztucznej inteligencji.
Zamknięcie strefy skoku uniemożliwi sprowadzenie statków z sąsiednich
układów...
Otwierając kolejne połączenie, usiłowała sobie przypomnieć, z jaką
prędkością porusza się fala uderzeniowa.
W atmosferze Delty będzie to... półtora tysiąca kilometrów na godzinę?
Może ciut więcej.
- Co?! Jaka fala?
Oprzytomniała błyskawicznie, słysząc zdziwienie w głosie rozmówcy.
- Nieważne. Niewykonanie rozkazu skutkować będzie postawieniem osób
decyzyjnych przed trybunałem polowym - zakończyła rozmowę, nie bardzo
wiedząc, czy wypowiedziała wszystkie formułki, i nie bardzo się tym
przejmując.
- UHS-27643 - wywołała następną jednostkę, tym razem był to frachtowiec
oczekujący na rozładunek. - Kod czerwony, powtarzam, kod czerwony. Na
mocy rozporządzenia o stanie wyjątkowym wszystkie jednostki znajdujące
się w tym systemie zostają tymczasowo wcielone w szeregi floty
przestrzennej...
- Przyjąłem - odpowiedział jej równie zdenerwowany głos. - Przepraszam,
że pytam, ale czy to prawda, że coś wielkiego przywaliło w północną
półkulę?
Wiadomości zaczynają się rozchodzić, pomyślała, wyciągając rękę, by
zakończyć połączenie. Zawahała się jednak, ponieważ do głowy przyszedł
jej właśnie bardzo ryzykowny pomysł.
- Tak - odparła, po czym zniżając nieco głos, dodała pośpiesznie: - Nie
rozłączaj się, proszę. Mam na dole kogoś bliskiego.
- Oszalałaś? - syknął obserwujący ją z coraz większym niepokojem Aoki.
- Wiem, co robię - wypaliła.
Łącznościowiec z UHS-27643 nie zadawał na szczęście pytań. Nie zamknął
też połączenia, choć powinien to zrobić. Brenda przeszła więc na
sąsiedni kanał i w przerwie pomiędzy kolejnymi rozmowami napisała, a potem wysłała przez terminal frachtowca krótką wiadomość tekstową do
Julia.
Bezpośrednie połączenie z powierzchnią Delty nie było możliwe ze względu
na blokadę, a gdyby nawet zdołała ją ominąć, zostałoby to natychmiast
wykryte przez System. Wykorzystanie niezamkniętego prawidłowo łącza z jednostką pozostającą na orbicie mogło jednak umknąć uwadze KoSIarza,
zwłaszcza że tempo pracy na przydzielonym Kowal stanowisku nie spadło
znacząco.
Zagranie było ryzykowne, lecz Brenda zdecydowała się na nie, wiedząc, że
albo się narazi dowództwu, albo straci brata.
* * *
Julio zamarł, jak wcześniej jego siostra. Spoglądał z niedowierzaniem na
ekran terminala, ale wzrok go nie mylił.
Jeśli to kawał...
Nie, tę myśl odrzucił natychmiast. Brenda użyła hasła bezpieczeństwa, i to dwukrotnie: na początku i na końcu zwięzłej wiadomości.
Plaga. Leć na dopalaczu na kosmodrom w Pitsmouth. Plaga. B.
- Zapnijcie pasy! - rzucił przez ramię do dokazujących na tylnym
siedzeniu bliźniąt.
- Dlaczego? - Rozbawiona Maeve popatrzyła na niego z wyrzutem.
- Musimy przyśpieszyć.
Wyjaśnienie było krótkie, a mina, z jaką zostało wygłoszone, skutecznie
zdławiła chęć protestu. Córka wicegubernatorki pamiętała wciąż, ile bólu
kosztowała ją poprzednia niesubordynacja. Stoczyła się więc z rozchichranego brata, pomogła mu zająć miejsce w sąsiednim fotelu
służbowego śmiga i na koniec zapięła pasy, najpierw jego, potem swoje.
Dopalacz aktywował się zaraz po osiągnięciu wysokości przelotowej.
Dzieciaki zapiszczały ze strachu, czując wciskające w oparcia
przeciążenie, ale Kowal nie odpuszczał - skoro Brenda kazała mu się
śpieszyć, zagrożenie musiało być równie poważne jak bliskie.
Maszyna weszła łagodnym łukiem na właściwy kurs. Mimo że ruch w okolicy
nie był duży, Julio nie mógł włączyć autopilota, bo ten natychmiast
zmniejszyłby pobór mocy, zwalniając do przepisowej prędkości.
- Co się stało? - zapytał wystraszony Rollo.
Kowal nie odpowiedział od razu. W sumie nie miał bladego pojęcia, o co
może chodzić, niemniej ton otrzymanej wiadomości był na tyle alarmujący,
że zareagował instynktownie. Brenda nie kazałaby mu uciekać, gdyby nie
chodziło o bardzo poważne zagrożenie.
Rozglądał się uważnie od chwili startu, lecz do tej pory nie dostrzegł
niczego, co odbiegałoby od normy. Jaskrawoseledynowe o tej porze dnia
niebo było wyjątkowo czyste. Nigdzie też nie widział oznak paniki. Tylko
on jeden pędził na złamanie karku, pozostałe glidery i śmigi leniwie
sunęły wytyczonymi korytarzami, zmierzając we wszystkich kierunkach
naraz, jakby na Delcie nie wydarzyło się nic godnego uwagi.
Julio włączył na moment holo, ale żadna ze stacji nie nadawała
komunikatów specjalnych. Jedyne, co go zastanowiło, to obraz kontrolny
na dwu popularnych częstotliwościach, lecz ponieważ chodziło o lokalne
kanały z dalekiej północy, nie przejął się tym zbytnio.
- Czy my przed czymś uciekamy?! - Maeve dołączyła do brata.
- Ależ skąd - odparł spokojnie, z każdą chwilą nabierając przekonania,
że padł ofiarą głupiego żartu. - Mama kazała nam lecieć pełnym gazem do
Pitsmouth, ale nie powiedziała dlaczego.
Kto mógł z niego tak okrutnie zakpić? Na pewno nie Brenda - choć jego
siostrę trudno nazwać świętą, z pewnością nie zrobiłaby niczego, co
naraziłoby go na gniew wicegubernatorki.
No dobrze, jeśli nie ona, to kto?
Haseł, które ustalili jakiś czas temu, nie miał prawa znać nikt obcy.
Oboje o to zadbali, zapamiętując wybrane słowa i nigdzie ich nie
zapisując. Jak dotąd ani razu ich nie użyli.
Tknięty tą myślą postanowił sięgnąć do źródła komunikatu, ale i tutaj
spotkało go zaskoczenie.
UHS-27643? Dlaczego Brenda wysłała wiadomość za pośrednictwem
korporacyjnego frachtowca, skoro mogła to zrobić bezpośrednio?
Czując, że musi to sprawdzić, wywołał jednostkę, która posłużyła za
przekaźnik, lecz nikt się nie zgłosił, choć odczekał na linii dłuższą
chwilę.
Dziwne, uznał, ale jego komunikator ożył, zanim zdążył wybrać ponownie
numer kodowy.
- SATT-268451, przekraczasz dopuszczalną prędkość o trzydzieści siedem
procent. Jeśli natychmiast nie zwolnisz, zostaniesz przejęty i przymusowo sprowadzony na powierzchnię. - Cybernetyczny gliniarz
wyrecytował standardową formułkę.
Julio zerknął w prawo. Mniej więcej sto metrów od niego leciał
równoległym kursem smoliście czarny policyjny interceptor. To na
szczęście nie był problem. Praca dla lokalnych polityków nie należała
może do najlżejszych, ale miewała swoje plusy.
- Kazano mi jak najszybciej stawić się w ratuszu Pitsmouth - powiedział,
włączając służbowy transponder. - Na bezpośrednie polecenie z biura
gubernatora - dodał.
Po kilku sekundach ciszy usłyszał głos należący do człowieka.
- Nie mamy w rejestrze żadnej informacji na ten temat.
- Nie do mnie te żale - odburknął. - Robię, co mi każą.
Sprawdzenie tej informacji zajęłoby dyżurnemu minutę, nie więcej, ale
Kowal szczerze wątpił, by zdobył się na niepokojenie biura gubernatora.
Wkurzanie ludzi, którzy nie bez powodu mają się za nietykalnych, to
niezbyt dobry pomysł, a już zwłaszcza w wykonaniu podrzędnego pracownika
budżetówki. Kandydaci na gliniarzy dowiadują się o tym na kursach
wstępnych.
- Co tam się odwaliło?
Kowal nie był przygotowany na takie pytanie.
- Gdzie? - zaczął ostrożnie.
- W Pitsmouth.
- Pojęcia nie mam. Kazali lecieć, to lecę.
Jego rozmówca milczał dłuższą chwilę, ale najwyraźniej to, co usłyszał,
mu wystarczyło. Musiał już wcześniej zauważyć na tej trasie zwiększoną
aktywność pojazdów uprzywilejowanych.
To musi być coś naprawdę poważnego, skoro politycy wieją, uznał Julio.
- Przyjąłem, SATT-268451, dopisuję cię do listy - odezwał się w końcu
gliniarz. - Wejdź na pułap sześćset pięćdziesiąt i trzymaj się
wytyczonego korytarza.
- Wykonuję.
Na wyświetlaczu głównym obok wektora aktualnego kursu pojawiła się nowa
czerwona linia. Sekundę później towarzyszący śmigowi policyjny dron
skręcił ostro, schodząc w dół i mocno przyśpieszając. Następny
przyuważony delikwent zbierze po dupie dwa razy mocniej, niż na to
zasługiwał, ale Kowal nie przejmował się jego losem. Miał znacznie
ważniejsze sprawy na głowie.
Aby nie budzić dalszych podejrzeń, skorygował kurs, jak mu kazano, po
czym raz jeszcze zaczął wybierać numer kodowy frachtowca. I znów
przerwał mu sygnał informujący o nadejściu wiadomości. Odruchowo
otworzył folder poczty, uprzedzając System, zwykle wykorzystywany do
tego w trakcie lotu.
O 06:45 w północny kontynent uderzyło coś wielkiego. Koordynaty 55/11. Fala uderzeniowa zmierza w Waszym kierunku. Musisz dotrzeć jak najszybciej na kosmodrom. Z dzieciakami na pewno Cię wpuszczą. CDN. B.
- To od mamy? - zainteresowała się Maeve.
- Tak - odparł Kowal, ale dopiero po tym, jak nerwowo przełknął ślinę i zaczerpnął głęboki oddech. Nie chciał okazać po sobie zdenerwowania. -
Macie od niej pozdrowienia.
Obrócił się do dzieci z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Coś się jednak stało? - Rollo nadal wyglądał na zaniepokojonego.
- Nie, nic takiego - zapewnił go Julio. - Pamiętacie, co będzie za
tydzień?
Próba zmiany tematu była tak nieudolna, że sklął się w myślach, zanim
skończył mówić. Stres zaczynał go zżerać, lecz za żadne skarby nie mógł
tego okazać przy dzieciach. Jeszcze chwila, a któreś z nich zacznie
dzwonić do rodziców.
- Urodziny taty! - zapiszczała Maeve.
- Właśnie - brnął dalej. - Mama szykuje dla niego niespodziankę, a to
znaczy, że nikt nie może się dowiedzieć o naszym wypadzie!
Na jego szczęście bliźnięta chwyciły przynętę i natychmiast skupiły się
na wymyślaniu, jaka powinna być ta niespodzianka. To na razie powinno
wystarczyć, choć Julio zdawał sobie sprawę, że niedługo będzie musiał
wymyślić lepsze wytłumaczenie. Zarówno na potrzeby biura, jak i policji...
Kto jak kto, ale gliniarze będą mieli dość roboty, by nie przejmować
się przekroczeniem przeze mnie dopuszczalnej prędkości, pomyślał.
Jeśli Brenda nie kłamała, a nie miała powodu tego robić, na niebie
Delty lada chwila zaroi się od uciekinierów.
Włoski zjeżyły mu się na karku.
Dlaczego nie ogłoszono jeszcze alarmu? Skoro sytuacja była tak poważna,
władze powinny już dawno rozpocząć ewakuację ludności z zagrożonych
terenów, tymczasem ruch w zasięgu jego wzroku był wciąż niemrawy... W polu
widzenia radaru śmiga znajdowały się tylko dwie inne jednostki lecące z podobną prędkością, oczywiście w tym samym kierunku. Znał dobrze ich
numery.
Włączył ponownie holo i przy wyciszonej fonii przerzucił szybko
kilkanaście kanałów. Na żadnym nie zobaczył ani relacji na żywo, ani
spodziewanych komunikatów z ostrzeżeniami.
Coś jest nie tak. Albo fala uderzeniowa nie dotrze tak daleko, albo...
Alternatywa była tak straszna, że wolał o niej nie myśleć.
- Możemy coś obejrzeć? - poprosiła Maeve, zauważywszy, że wyświetlacze
są włączone.
- Jasne.
Po krótkim wahaniu wybrał nagrania z bazy danych. Lepiej, żeby szkraby
nie oglądały kanałów lecących na żywo, gdzie prędzej czy później pojawią
się informacje o katastrofie. Po włączeniu projekcji Kowal odizolował
tył kabiny polem siłowym. Tak będzie bezpieczniej. Wicegubernatorka lada
moment zacznie się do niego dobijać.
Wprowadził do komputera pokładowego koordynaty podane przez Brendę i stwierdził, że nie jest źle. Od miejsca zderzenia dzieliło go ponad
dziesięć tysięcy kilometrów, co oznaczało, że fala uderzeniowa - o ile
dotrze tak daleko - pojawi się nad tymi równinami za mniej więcej sześć
i pół godziny.
Morze czasu, zważywszy, że od kosmodromu w Pitsmouth dzieli mnie
zaledwie kwadrans lotu.
Drgnął, gdy ożył komunikator. Tej rozmowy obawiał się najbardziej.
- Gdzie jesteście, u licha? - W głosie wicegubernatorki wyczuł sporą
irytację.
- Przekierowano nas na najbliższy kosmodrom - skłamał bez mrugnięcia
powieką.
- Co takiego?! - Kobietę zatkało.
Taką szychę jak ona z pewnością poinformowano w pierwszej kolejności,
ale dlaczego ktoś miałby ostrzegać jego? Chyba tylko omyłkowo - było to
jedyne wytłumaczenie, które miało choć odrobinę sensu.
- Otrzymałem systemowe polecenie jak najszybszego stawienia się w najbliższym porcie kosmicznym - dodał, wykorzystując chwilowe
zapowietrzenie szefowej. - Za moment rozpoczynam podejście do lądowania.
- Zabraniam! - rzuciła, czerwieniejąc na twarzy jeszcze bardziej. -
Zawracaj!
Lot do rezydencji, która znajdowała się obecnie ponad pięćset kilometrów
na północny zachód od jego pozycji, zająłby około czterdziestu minut. Na
ziemi straciłby pewnie kolejne pół godziny...
Nie, to nie wchodzi w grę, uznał. Ta stara lampucera ma
sześcioosobowy jacht orbitalny. Nie będzie w nim miejsca dla nikogo
spoza jej najbliższej rodziny.
- Nie mogę. Wykonuję polecenie Systemu.
- Co ty bredzisz? - wysyczała nienawistnym tonem. - Zawracaj natychmiast
albo gorzko tego pożałujesz!
- Nie mogę - powtórzył i zagrał ostatnią kartą: - Zostało mi tylko kilka
procent paliwa, ale proszę się nie obawiać. Nie odstąpię dzieciaków na
krok, dopóki nie znajdą się na pokładzie właściwej jednostki
ewakuacyjnej...
- Wracaj tu, gnoju, albo każę... - umilkła w pół zdania.
Dotarło do niej, że nie może nic zrobić, dopóki bliźniaki przebywają na
pokładzie. Gdyby nie wiedział o kataklizmie, pewnie nasłałaby na niego
gliny, lecz informacje o tym, że coś jest nie tak, zaczynały się już
rozchodzić. Otaczało go ponad trzydzieści maszyn, z których wszystkie
poruszały się z przekroczoną znacznie prędkością.
- Przysięgam, pani wicegubernator, że włos im z głowy nie spadnie -
powiedział jeszcze, po czym się rozłączył.
Przez dłuższą chwilę próbowała ponownie nawiązać z nim kontakt, ale w końcu dała sobie spokój. W obecnej sytuacji nie mogła skupiać się
wyłącznie na nim. Domyślał się też, że zdążyła sprawdzić jego pozycję.
Nie kłamał, leciał do najbliższego portu kosmicznego, z którego jej
dzieciaki zostaną zabrane na orbitę - tyle że on trafi tam razem z nimi.
Perspektywa utraty pracy niespecjalnie go przerażała. Ocalenie życia
było najważniejsze.
Zmienił łagodnie kurs, kierując się prosto na główny terminal.
- Zawróć, SATT-268451 - zareagowała niezwłocznie kontrola lotów. -
Astroport jest tymczasowo zamknięty dla ruchu cywilnego.
- Mam na pokładzie dzieci wicegubernator Watts - odparł. - Otrzymałem
polecenie odstawienia ich do najbliższego punktu ewakuacyjnego.
- Przyjąłem, SATT-268451. Pozostań na linii.
System przełączył go na człowieka.
- Nie ma cię na liście uprawnionych, SATT-268451 - stwierdził nieznany
mu kontroler trzydzieści sekund później.
- To mnie dopisz albo skontaktuj się z biurem Watts... - Włączył tamtemu
podgląd na tył kabiny. - Lecę na oparach, a jeśli tym dzieciom spadnie
choć włos z głowy... - nie musiał kończyć groźby.
System z pewnością rozpoznał ich twarze.
Czekał w napięciu, nie przerywając podchodzenia do lądowania. Mniej
więcej po minucie wyświetlacz ożył ponownie.
- Przesyłam kod dostępu. Terminal 16. Ląduj na stanowisku C-34.
- Przyjąłem: 16, C-34 - potwierdził i z ulgą wypuścił wstrzymywane
powietrze.
Rozejrzał się wokół. W kierunku astroportu leciało mrowie maszyn, w zasięgu skanerów było ich sto albo i więcej. Widomy znak, że akcja
ewakuacyjna już się rozpoczęła. Włączył holo, przeskrolował
najważniejsze stacje, ale na żadnym kanale nie zobaczył nawet wzmianki o zderzeniu.
Tak to chcecie rozegrać, pomyślał. Dajecie czas swojakom.
Zdawał sobie sprawę, że na Delcie i jej orbicie nie ma tylu jednostek,
by ewakuować całą ludność planety. Północ miała przewalone, ale czegoś
tu nie rozumiał: dlaczego władze guberni znajdujących się w okolicach
równika nie ogłosiły jeszcze alarmu? Im dłużej będą z tym zwlekały, tym
mniej mieszkańców tamtych rejonów zdąży uciec w okolice bieguna
południowego, wychodząc ze strefy rażenia.
A można by ocalić wiele milionów istnień...
Rozważenie tej kwestii musiał odłożyć na później. Skierował śmiga do
pobliskiej śluzy, jedynej drogi prowadzącej pod kopułę pola ochronnego,
posadził go jak najbliżej głównego wejścia na stanowisko startowe C-34.
Dokoła niego stało już kilkanaście maszyn. Drugie tyle lądowało właśnie
na rozległej płycie. Ludzie biegli małymi grupkami w stronę wysokiego na
paręnaście metrów muru okalającego studnię, w głębi której spoczywał
statek mogący wzbić się poza atmosferę.
Może nawet transportowiec klasy międzyplanetarnej...
- Wysiadka! - zakomenderował wesołym tonem, wyłączając pole izolujące.
Maeve rozejrzała się ciekawie.
- Astroport! - pisnęła zdumiona.
Julio się zaśmiał.
- Niespodzianka! Polecicie dzisiaj w kosmos!
- Ale super!
Wizja opuszczenia planety podziałała na parę dziesięciolatków jak
magiczna różdżka. Oboje natychmiast zapomnieli o setce pytań, którymi
powinien zostać zasypany, i skupili się na zastanawianiu, jaki to statek
kryje się za ścianą porobetonu.
- Ja cię! - zawołał Rollo, gdy ruszali w stronę wejścia.
W pobliżu bramy wylądowały właśnie dwa transportery opancerzone. Kowal
spojrzał w niebo - całe formacje podobnych wojskowych kolosów sunęły
wysoko nad jego głową, zmierzając w kierunku dalej położonych terminali.
Przeniósł wzrok na maszyny, które usiadły przy bramie. Wysypywali się z nich żołnierze w pełnym rynsztunku, zajmując od razu pozycje obronne za
przenośnymi generatorami pól siłowych, jakby szykowali się do odparcia
oddziałów wroga. W ciągu kilkunastu sekund dostęp do wejścia został
całkowicie odcięty.
Julio zatrzymał się przy jednym z dwóch ustawionych naprędce punktów
kontrolnych. Przed nim stało kilka rodzin, które przyleciały chwilę
wcześniej. Żołnierze skanowali dokumenty, potem wyłączali ekran
energetyczny w wąskim przejściu i wpuszczali kolejne grupki ewakuowanych
na teren stanowiska startowego.
- Kod dostępu? - Zakuty w helonowy pancerz sierżant podniósł skaner.
- Oczywiście.
Kowal podstawił komunikator pod czytnik. Dzieciaki zrobiły to samo.
Cichutkie piknięcie potwierdziło autoryzację. Zagradzające im drogę pole
zniknęło, żołnierze przepuścili bliźnięta, ale jemu zastąpili drogę, gdy
ruszył śladem podopiecznych.
- Co wy robicie? - obruszył się Julio. - To dzieci wicegubernator Watts!
Jestem ich jedynym opiekunem.
- Od tej pory my się nimi zajmiemy - z głośniczka popłynął mechanicznie
zniekształcony głos. - Proszę nie tarasować wejścia.
- Nie rozumiecie... - Wskazał ręką zaskoczone dzieciaki, które przyglądały
się tej scenie z zaciekawieniem, nie wiedząc, dlaczego zostały od niego
oddzielone.
- To ty nie rozumiesz! - Sierżant odepchnął go bezceremonialnie. -
Odejdź po dobroci albo użyjemy broni.
Natychmiast spokorniał. Uniósł ręce, pomachał zdezorientowanym
bliźniakom.
- Idźcie dalej z tymi panami! - zawołał. - Mama będzie czekać na
orbicie!
Wycofał się wzdłuż szeregu czekających na odprawę, klnąc na czym świat
stoi. Wredna jędza zrobiła go na szaro. Tyle dobrego, że nie stracił
prawie dwu godzin na dostarczenie bachorów do domu.
Może nie wszystko jeszcze stracone, pomyślał, wracając truchtem do
śmiga. Na lądowisku pojawiało się coraz więcej maszyn. Przy bramie
zrobiła się spora kolejka, zanim zdążył opaść na
fotel.
Zapiął pasy i wyciągnął rękę do klawisza startera, lecz wstrzymał się z jego naciśnięciem. Sprawdził poziom paliwa. Sześćdziesiąt pięć procent,
niby sporo, ale... Musiał wszystko dokładnie sobie przeliczyć, by nie
popełnić najmniejszego błędu.
Jak szybka mogła być fala uderzeniowa? Tysiąc pięćset, tysiąc sześćset
kilometrów na godzinę, plus minus. Śmig lecący na dopalaczu rozwinie co
najwyżej połowę tej prędkości. To dawało sześć godzin plus trzy i pół w porywach. Tyle czasu dzieliło go od najgorszego.
Paliwa wystarczy na maksimum pięć godzin lotu z maksymalną prędkością.
Niedobrze.
Tam, dokąd się udawał, nie będzie miał możliwości uzupełnienia paliwa, a zamierzał gnać na złamanie karku, by dotrzeć jak najdalej na południe.
Wysiadł ponownie, wygrzebał z luku technicznego serwołom i podbiegł do
zaparkowanych obok maszyn. Sprawdzał pośpiesznie odczyty na obudowach
kolejnych ogniw. Trzeci z kolei śmig miał jedno pełne, w drugim
brakowało niespełna piętnastu procent. Wyłamał nakładkę mocującą i wyszarpnął to pierwsze, nie przejmując się wyciem alarmu. Uciekinierzy
mieli gdzieś, co stanie się z porzuconymi przez nich maszynami, a wojskowi nie mogli opuścić posterunków, wokół których zgromadził się w ciągu ostatniej minuty nielichy tłum.
Wrócił pod swoją maszynę i nie zwlekając, wymienił zużyte częściowo
ogniwo, by wystartować z pełnym zapasem energii. To, które usunął,
rzucił po krótkim zastanowieniu na porobeton.
Nie ma czasu na kombinowanie, uznał. Sto procent musi wystarczyć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki