Pola dawno zapomnianych bitew: Bukowski (Tom 4). Wet za wet - Robert J. Szmidt

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (20,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O TOMIE PIERW­SZYM NAPI­SANO:

"Fan­ta­styka naukowa to ten rodzaj lite­ra­tury, który albo się uwiel­bia, albo któ­rego się nie­na­wi­dzi. Albo coś czy­tel­nika pociąga w powie­ści, albo dopro­wa­dza do takiego stanu, że ni­gdy wię­cej nie się­gnie on po tego typu lek­turę. W tym dru­gim przy­padku pozo­staje mu tylko żało­wać, że nie prze­czyta Łatwo być Bogiem. (...) To bar­dzo cie­kawa książka, która wbrew pozo­rom nie­sie prze­sła­nie doty­czące spraw bar­dzo przy­ziem­nych, trak­tu­jąca o nas - ludziach".

Recen­zje Subiek­tywne - Marek Bachor­ski-Rud­nicki

"W Łatwo być Bogiem autor kreuje łatwo przy­swa­jalną wizję przy­szło­ści, zbu­do­waną z kla­sycz­nych i dobrze zna­nych ele­men­tów, dopra­wioną odro­biną humoru, wartką akcją i zaka­mu­flo­wa­nym, nieco głęb­szym prze­sła­niem. (...) Szmidt ser­wuje bar­dzo popową, lekką lek­turę z atrak­cyj­nym zakoń­cze­niem będącą jed­no­cze­śnie obiet­nicą znacz­nie więk­szego roz­ma­chu i roz­wi­nię­cia zapre­zen­to­wa­nego świata w dal­szych czę­ściach. Warto cze­kać".

www.dzi­ka­banda.pl

"Zimny i bru­talny jest wszech­świat kosmicz­nych żoł­nie­rzy przy­szło­ści z prozy Roberta J. Szmidta. Nie ma w nim miej­sca na czu­ło­ści, przy­jaź­nie, związki rodzinne. Jest misja, przy­mus, odpo­wie­dzial­ność i smu­tek. I jesz­cze wola prze­trwa­nia".

Repu­blika Kobiet - Syl­wia Skor­stad

"Łatwo być Bogiem to godny uwagi kawa­łek lite­ra­tury. Nie­zły sam w sobie, ale przede wszyst­kim wiele obie­cu­jący w kolej­nych czę­ściach. Jeśli Szmidt okaże się kon­se­kwentny, to czeka nas naprawdę świetna seria science fic­tion. Tego wła­śnie możemy i powin­ni­śmy ocze­ki­wać".

Gil­dia

"Dobrze, że w Pol­sce wydaje się takie książki. One - przy­naj­mniej w moich oczach - ratują obraz kla­sycz­nej SF jako tworu roz­ryw­ko­wego. Poza tym Szmidt udo­wad­nia, że nie tylko Zachód potrafi napi­sać dobrą fan­ta­stykę, ale i nasi auto­rzy to dobry "towar". Może nawet eks­por­towy?"

Co prze­czy­tać? - Mariusz Woj­te­czek

"Łatwo być Bogiem to jedna z tych ksią­żek, które ofe­rują czy­tel­ni­kowi dokład­nie to, co zapo­wiada okład­kowy blurb. Naj­now­sza powieść Roberta J. Szmidta rze­czy­wi­ście jest przed­sta­wi­cie­lem twar­dej fan­ta­styki nauko­wej i z pew­no­ścią przy­pad­nie do gustu wszyst­kim jej miło­śni­kom".

Polter­ge­ist - Bar­tosz Szczy­żań­ski

"Robert J. Szmidt - czło­wiek, od któ­rego zaczęło się odro­dze­nie pol­skiej fan­ta­styki w XXI wieku, który wymy­ślił i pro­wa­dził maga­zyn "Science Fic­tion", kiedy wszy­scy pukali się w głowę, że to totalny bez­sens - wydał wła­śnie nową książkę. (...) To bar­dzo dobra, roz­ryw­kowa space opera z cie­ka­wymi boha­te­rami, wartką akcją i nie­po­ko­ją­cymi pyta­niami".

Alek­san­der Kusz, szor­tal.com

"Sama kon­cep­cja powie­ści to coś wię­cej niż wymiana ognia z działka lase­ro­wego w próżni kosmicz­nej i spo­tka­nia pierw­szego stop­nia z kosmi­tami - Robert J. Szmidt bar­dzo traf­nie ste­ruje suge­stiami, które mają stwo­rzyć swo­istą pira­midę zależ­no­ści ludz­kiej cywi­li­za­cji wobec całego wszech­świata. Autor wciąż przy­po­mina także o samej idei bosko­ści i tego, jak czło­wiek może postrze­gać siły nad­przy­ro­dzone".

wMe­ri­tum.pl - Patryk Wol­ski

"Czy­tam W przeded­niu Orsona Scotta Carda i Aarona John­stona. Tak strasz­nie podo­bała mi się Gra Endera, któ­rej pre­qu­elem jest ta książka. Nie­stety, po prze­czy­ta­niu Łatwo być Bogiem sci-fi nie jest już takie samo... W przeded­niu wydaje się blade i naiwne".

Bar­tek Rae Rut­kow­ski

Opi­nie z por­talu Lubimy Czy­tać

(969 ocen, 162 opi­nie, śred­nia: 7,3/10)

"Z taką książką nawet naj­bar­dziej ponury dzień czło­wie­kowi nie prze­szka­dza. Żeby nie roz­wle­kać: Łatwo być Bogiem to stara dobra fan­ta­styka, ale napi­sana po fil­mo­wemu. Chwi­lami mia­łem wra­że­nie, że oglą­dam rasowe SF w kinie".

Woj­tek Gra­bow­ski

"Ta powieść zupeł­nie mnie nie zasko­czyła. Czemu? Gdyż po tym auto­rze spo­dzie­wa­łem się dokład­nie takiej prozy: cie­ka­wej, dyna­micz­nej fan­ta­styki ze zna­kiem wyso­kiej jako­ści, która pod wierzch­nią, roz­ryw­kową war­stwą stara się pytać o rze­czy ważne i zna­czące. I to wła­śnie w naj­now­szej książce Szmidta dosta­łem".

Kon­rad

"A już myśla­łem, że pol­skie, kla­syczne sci-fi się koń­czy. Otóż nie! Fabuła trzyma w napię­ciu i cie­kawi, opi­sy­wane rasy są fascy­nu­jące, a koniec spra­wia, że chcę wię­cej. Zde­cy­do­wa­nie na tak, godne pole­ce­nia".

Arka­diusz

PROLOG

Sys­temy Cen­tralne,

orbita Delty,

Sys­tem Cen­tu­rion, Sek­tor Tango,

10.05.2234, godz. 06:46

Urwany rap­tow­nie wrzask dobie­ga­jący zza ple­ców Brendy Kowal był tak przej­mu­jący i gło­śny, że nie tylko ona, ale i wszy­scy wokół zamarli. Prze­stronną, tęt­niącą życiem halę ter­mi­nalu odlo­tów w oka­mgnie­niu wypeł­niła doj­mu­jąca cisza, lecz szmery roz­mów szybko powró­ciły, co wię­cej, ich natę­że­nie rosło z każdą chwilą. Kolejne osoby ruszały w kie­runku sze­regu pano­ra­micz­nych okien zdo­bią­cych zewnętrzną ścianę sta­cji orbi­tal­nej.

Brenda nie dołą­czyła do gęst­nie­ją­cego tłumu. Strach i zasko­cze­nie pozba­wiły ją wła­dzy w nogach, ale nawet stąd, ze środka zatło­czo­nej pocze­kalni, mogła bez trudu zoba­czyć to, co spra­wiło, że cze­ka­jący na waha­dłowce pra­cow­nicy w ułamku sekundy zapo­mnieli o chęci powrotu do domu.

Kowal zbla­dła mocno, gdy jej wzrok powę­dro­wał ku maje­sta­tycz­nej tar­czy Delty, wiszą­cej zda się na wycią­gnię­cie ręki, tuż za gru­bymi pły­tami trans­pa­rent­nej pla­stali. Ter­ra­for­mo­waną od pół­tora stu­le­cia pla­netę, dobrze jej znany, zapie­ra­jący dech w piersi tygiel paste­lo­wego sele­dynu wymie­sza­nego ze wszyst­kimi odcie­niami fio­letu, szpe­ciła nie­wielka mroczna skaza. Wysoko na pół­nocy, po sercu naj­więk­szego z kon­ty­nen­tów, roz­le­wał się z wolna czarny krąg upstrzony mro­wiem czer­wo­nych żyłek.

Co u... - tyle zdą­żyła pomy­śleć, zanim para­li­żu­jący ją stu­por odpu­ścił, ule­ga­jąc napo­rowi zawo­dze­nia syren prze­szy­wa­ją­cego każdy nerw.

- Alarm bojowy! - ryk­nął sto­jący tuż za nią ofi­cer, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od komu­ni­ka­tora wszy­tego w rękaw kom­bi­ne­zonu. - Zamknąć wszyst­kie bramki! Ewa­ku­ować pasa­że­rów z maszyn cze­ka­ją­cych na start! Już! Już!

Mało kto reago­wał na jego wrza­ski. Widok za pano­ra­micz­nymi oknami był tak nie­sa­mo­wity, że ludzie nie potra­fili ode­rwać oczu od kipią­cego morza czerni pochła­nia­ją­cego coraz więk­szą połać ich pla­nety. Czy rozu­mieli, na co patrzą, trudno powie­dzieć. Nikt wcze­śniej nie widział na żywo, jak wygląda zde­rze­nie z wielką... aste­ro­idą?

Nie, to nie­moż­liwe, pomy­ślała Brenda.

Sys­temy wcze­snego ostrze­ga­nia i obrony orbi­tal­nej Delty były jed­nymi z naj­no­wo­cze­śniej­szych i naj­wy­daj­niej­szych w całej Fede­ra­cji. Lep­szymi zabez­pie­cze­niami dys­po­no­wały, co zro­zu­miałe, tylko Zie­mia i Mars, nie­mniej pierw­sza sko­lo­ni­zo­wana przez ludz­kość pla­neta nie­wiele im ustę­po­wała pod tym aku­rat wzglę­dem.

Nie­za­wodna triada. Mro­wie sond, nie­ustan­nie prze­cze­su­ją­cych naj­głęb­sze pery­fe­ria sys­temu. Współ­pra­cu­jące z nimi deflek­tory prze­chwy­tu­jące śred­niego zasięgu, sku­tecz­nie unie­moż­li­wia­jące kosmicz­nym śmie­ciom tra­fie­nie w tak zwaną "dziurkę od klu­cza". I wresz­cie: krą­żące po wyso­kiej orbi­cie sate­lity obrony aktyw­nej. Ich gęsta sieć miała za zada­nie znisz­czyć każdy bolid albo pocisk, który jakimś cudem dotarłby w pobliże Delty.

Tego sys­temu nie dało się oszu­kać. To było po pro­stu nie­moż­liwe.

Każdy obiekt wcho­dzący na kurs koli­zyjny z zamiesz­ka­nymi pla­ne­tami Cen­tu­riona wykry­wano na wiele tygo­dni, cza­sem nawet mie­sięcy przed ewen­tu­al­nym zde­rze­niem. Nisz­czono go w dale­kiej prze­strzeni albo zmie­niano jego tra­jek­to­rię lotu tak, by tra­fił w któ­ryś z bez­lud­nych księ­ży­ców albo wle­ciał w jedną z trzech gwiazd cen­tral­nych.

W całej nie­mal stu­dwu­dzie­sto­let­niej histo­rii pobytu czło­wieka w tym sys­te­mie nie odno­to­wano żad­nego prze­ocze­nia, żad­nego wypadku, który mógłby zagro­zić życiu kolo­ni­stów bądź dopro­wa­dzić do poważ­niej­szych znisz­czeń w infra­struk­tu­rze, czy to na powierzchni, czy to na orbi­cie. W każ­dym razie Kowal nie przy­po­mi­nała sobie niczego takiego, a pamięć miała zna­ko­mitą.

Dodat­kowo, gdyby jeden ele­ment triady zawiódł, powi­nien go zastą­pić drugi, a potem trzeci.

Czyżby więc to był atak? Ale jakim cudem banda roboli z Rubieży zdo­łała stwo­rzyć broń zdolną do oszu­ka­nia sys­te­mów obrony i do tego prze­trans­por­to­wać ją nie­zau­wa­że­nie do samego serca Sys­te­mów Cen­tral­nych? Ta hipo­teza wydała się jesz­cze bar­dziej nie­praw­do­po­dobna.

- Ruszać się!

Przy­wo­łani z głębi ter­mi­nalu żan­darmi natarli wła­śnie na onie­miały tłum. Dowódz­two poszło też w końcu po rozum do głowy i naka­zało zma­to­wić wszyst­kie okna, odci­na­jąc w ten spo­sób zało­dze moż­li­wość obser­wa­cji skut­ków feral­nego zde­rze­nia, bo to było zde­rze­nie. Brenda nie miała cie­nia wąt­pli­wo­ści, na co przed momen­tem patrzyła.

Ale co mogło spaść na Deltę?

To pyta­nie zro­dziło kolejne, znacz­nie bar­dziej mro­żące krew w żyłach. Czy jej brat był bez­pieczny? Do strasz­li­wego kata­kli­zmu doszło na pół­kuli pół­noc­nej, pośrodku naj­więk­szego z kon­ty­nen­tów, czyli... osiem, może nawet dzie­więć tysięcy kilo­me­trów od ich domu. Ode­tchnęła z ulgą. O tej porze Julio zaczy­nał pracę. Pew­nie wra­cał dopiero z posia­dło­ści wice­gu­ber­na­torki.

Jak­kol­wiek tra­gicz­nie wyglą­dała sytu­acja, skutki zde­rze­nia nie powinny go dotknąć. Nawet tak potężna fala ude­rze­niowa zdąży mocno osłab­nąć, zanim pokona połowę gigan­tycz­nego globu, o ile w ogóle tam dotrze. Rów­nie dobrze może się do tego czasu roz­pro­szyć cał­ko­wi­cie, a jeśli nie, miną dłu­gie godziny, zanim jej czoło prze­wali się przez rów­niny ota­cza­jące Sat­ter­ling, gdzie zamiesz­kali nie­spełna rok wcze­śniej. Brenda obli­zała spierzch­nięte wargi.

Wszy­scy zdążą zostać ewa...

Poczuła zna­jome wibra­cje, zanim popę­dza­jący ludzi żan­darm zdą­żył ją popchnąć. Truch­ta­jąc posłusz­nie za pozo­sta­łymi pra­cow­ni­kami sta­cji orbi­tal­nej, odczy­tała krótki komu­ni­kat. Pole­cono jej sta­wić się w Rezer­wo­wym Cen­trum Kon­troli Lotów.

Nie potrze­bo­wała dal­szych zachęt, to było jedyne miej­sce, w któ­rym powinna się teraz zna­leźć.

* * *

- Nie­cie­ka­wie to wygląda - rzu­cił przez ramię Gia­como Aoki, kolega ze zmiany, na któ­rego tra­fiła już pod­czas krót­kiej odprawy, dzięki czemu mogli ponow­nie zasiąść na sąsia­du­ją­cych ze sobą sta­no­wi­skach.

Może to głu­pie, ale czuła się pew­niej, widząc obok sie­bie zna­jomą twarz.

- Fakt - przy­znała zwięźle, zapo­zna­jąc się z tymi samymi danymi.

W Deltę ude­rzył wielki obiekt, któ­rego sys­tem wcze­snego ostrze­ga­nia nie mógł i nie powi­nien prze­oczyć. Infor­ma­cje doty­czące jego masy i tra­jek­to­rii zostały wpraw­dzie utaj­nione, ale to, co zoba­czyła za oknem pocze­kalni, odarło ją ze wszel­kich złu­dzeń.

Mieli do czy­nie­nia z kata­kli­zmem iście biblij­nych roz­mia­rów.

Kowal zer­k­nęła w stronę sta­no­wi­ska dowo­dze­nia. Puł­kow­nik Lin­kla­ter, szef jej zmiany, dys­ku­to­wał zawzię­cie z kil­koma ofi­ce­rami, nie zawra­ca­jąc sobie głowy kry­ciem się za ekra­nami pola siło­wego. Połowy tre­pów Brenda nie znała nawet z widze­nia. Choć repre­zen­to­wali różne piony, łączyło ich jedno - wszy­scy mieli nie­tę­gie miny. Co gor­sza, kolejne raporty zda­wały się potę­go­wać ich strach.

Nie­do­brze.

Z tą myślą sku­piła się na wywo­łu­ją­cym ją dowódcy frach­towca.

- Kon­trola lotu, tu DMG-433, pro­szę o zezwo­le­nie na opusz­cze­nie doku.

- Odma­wiam, DMG-433.

- Co ty bre­dzisz?!

- Kod czer­wony.

- To jakiś durny żart?

Zdzi­wiła ją reak­cja roz­mówcy. Główny port orbi­talny znaj­do­wał się obec­nie nad połu­dnio­wym bie­gu­nem Delty, dokład­nie po prze­ciw­le­głej stro­nie pla­nety, ale wie­ści o zde­rze­niu powinny tam dotrzeć, zanim akty­wo­wała przy­dzie­lone jej sta­no­wi­sko. Od impaktu minęło już ponad sie­dem minut, to szmat czasu, zwłasz­cza według współ­cze­snych kwan­to­wych stan­dar­dów, co z tego jed­nak, skoro ten czło­wiek wyda­wał się nie mieć bla­dego poję­cia o powa­dze sytu­acji.

- Na mocy roz­po­rzą­dze­nia o sta­nie wyjąt­ko­wym wszyst­kie jed­nostki znaj­du­jące się w tym sys­te­mie zostają tym­cza­sowo wcie­lone w sze­regi floty prze­strzen­nej - poin­for­mo­wała go bez­na­mięt­nym tonem, prze­sy­ła­jąc sto­sowne doku­menty.

- To jed­nostka kor­po­ra­cyjna, nie może­cie nas tak po... - Szy­per nie tyle zamilkł w pół słowa, ile zaczął kląć, gdy zer­k­nął w prze­słane mu kwity.

- Nie­wy­ko­na­nie roz­kazu skut­ko­wać będzie posta­wie­niem osób decy­zyj­nych przed try­bu­na­łem polo­wym - wyre­cy­to­wała inną for­mułkę.

- Ale...

Roz­łą­czyła się, koń­cząc roz­mowę. Nie miała czasu na wysłu­chi­wa­nie cudzych żali. Na kon­takt cze­kało czter­na­ście jed­no­stek, a kolejne dołą­czały do listy w zatrwa­ża­ją­cym tem­pie, mimo że Brenda zali­czała się do ponad stu­oso­bo­wej grupy nad­pro­gra­mo­wych kon­tro­le­rów.

- Coś tu jest mocno nie tak - rzu­ciła w kie­runku Gia­coma po tym, jak już roz­pra­wiła się w iden­tyczny spo­sób z następ­nym kapi­ta­nem.

- Mnie to mówisz? - odmruk­nął.

- Dla­czego żaden nie wie, co się wyda­rzyło? W mediach powinno o tym huczeć. - Kowal zamarła z ręką odda­loną o mili­me­try od kla­wi­sza otwie­ra­ją­cego nowy kanał. - Czyżby nało­żono blo­kadę infor­ma­cyjną?

- Blo­kadę? W takiej sytu­acji? - żach­nął się Aoki. - Rzą­dzą nami skoń­czeni dur­nie, ale nawet oni nie...

- Dla­czego więc nie ogło­szono jesz­cze ewa­ku­acji pół­noc­nej pół­kuli? - wpa­dła mu w słowo, zada­jąc znacz­nie waż­niej­sze pyta­nie, po czym zer­k­nęła podejrz­li­wie w stronę sta­no­wi­ska dowo­dze­nia. - Im dłu­żej zwle­kają, tym wię­cej ludzi ucierpi...

Gia­como zbył kolej­nego szy­pra naj­szyb­ciej, jak umiał, a gdy spoj­rzał w jej kie­runku, był bled­szy od tre­pów, któ­rych dopiero co spu­ściła z oka.

- To może ozna­czać tylko jedno - wyszep­tał.

- Nie... - Kowal prze­łknęła z tru­dem ślinę.

- Tak - sap­nął pocący się coraz moc­niej Aoki. - Nie ma innego sen­sow­nego wytłu­ma­cze­nia.

Brenda przy­gry­zła ner­wowo wargę. Wek­tory kur­sów widoczne na głów­nym ekra­nie poka­zy­wały jasno, że wszyst­kie dostępne jed­nostki kie­ro­wane są za rów­nik. Wcze­śniej uwa­żała, że cho­dzi o kwe­stie bez­pie­czeń­stwa, ale uświa­do­miła sobie wła­śnie, że wyrzu­cone poza atmos­ferę śmieci nie zagra­żają bez­po­śred­nio więk­szo­ści prze­kie­ro­wy­wa­nych jed­no­stek.

- Szlag.

Blo­kada infor­ma­cyjna, brak zde­cy­do­wa­nych dzia­łań, ner­wowe ruchy prze­ło­żo­nych. Ostatni komu­ni­kat zawia­da­miał o zamknię­ciu strefy skoku Cen­tu­riona. Uznała to za nie­po­jęte, ale mil­czała, ponie­waż KoSIarz nie popeł­niał błę­dów - jedyny dys­po­no­wał peł­nią danych, dzięki czemu w ułam­kach sekundy mógł wska­zać naj­lo­gicz­niej­sze roz­wią­za­nie. Sztuczna inte­li­gen­cja musiała mieć dobry powód, skoro zde­cy­do­wała, że należy odciąć ten sys­tem i nie infor­mo­wać miesz­kań­ców o nad­cią­ga­ją­cej fali ude­rze­nio­wej, czym nie­stety ska­zy­wała ich na pewną śmierć.

- Skutki tego ude­rze­nia... - zaczęła mówić, ale kolega szybko jej prze­rwał.

- Zacho­wuj się nor­mal­nie - ostrzegł ją.

Oni także pra­co­wali w reżi­mie stanu wyjąt­ko­wego, pod­le­ga­jąc wszyst­kim jego rygo­rom, o czym zostali lojal­nie uprze­dzeni przed zaję­ciem swo­ich sta­no­wisk.

Kowal nabrała głę­biej tchu, otwie­ra­jąc kolejne połą­cze­nie. Sie­dem sekund, tyle potrze­bo­wała, by zbyć pie­klą­cego się kor­po­ra­cyj­nego dra­nia. Roz­ma­wiała z nim auto­ma­tycz­nie, ani na moment nie prze­sta­jąc myśleć o naj­waż­niej­szej dla niej kwe­stii: czy Julio jest bez­pieczny?

Jeśli fala ude­rze­niowa nie osłab­nie wystar­cza­jąco po poko­na­niu ośmiu do dzie­się­ciu tysięcy kilo­me­trów...

Poczuła zimny pot na karku. Nie miała dostępu do danych, lecz kaga­niec nało­żony na media i reak­cje prze­ło­żo­nych mówiły same za sie­bie. KoSIarz prze­wi­dy­wał, że znisz­cze­nia na dru­giej pół­kuli będą nie mniej poważne.

Następ­nemu połą­cze­niu towa­rzy­szyła jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­jąca myśl.

Na Del­cie miesz­kały obec­nie ponad dwa miliardy kolo­ni­stów. Dwa miliardy - ina­czej mówiąc, dwa tysiące milio­nów. Takiej masy ludzi nie da się ewa­ku­ować w kilka czy kil­ka­na­ście godzin, i to nawet przy zaan­ga­żo­wa­niu wszyst­kich dostęp­nych środ­ków.

Nagle jesz­cze bar­dziej zwąt­piła w nie­omyl­ność sztucz­nej inte­li­gen­cji.

Zamknię­cie strefy skoku unie­moż­liwi spro­wa­dze­nie stat­ków z sąsied­nich ukła­dów...

Otwie­ra­jąc kolejne połą­cze­nie, usi­ło­wała sobie przy­po­mnieć, z jaką pręd­ko­ścią poru­sza się fala ude­rze­niowa.

W atmos­fe­rze Delty będzie to... pół­tora tysiąca kilo­me­trów na godzinę? Może ciut wię­cej.

- Co?! Jaka fala?

Oprzy­tom­niała bły­ska­wicz­nie, sły­sząc zdzi­wie­nie w gło­sie roz­mówcy.

- Nie­ważne. Nie­wy­ko­na­nie roz­kazu skut­ko­wać będzie posta­wie­niem osób decy­zyj­nych przed try­bu­na­łem polo­wym - zakoń­czyła roz­mowę, nie bar­dzo wie­dząc, czy wypo­wie­działa wszyst­kie for­mułki, i nie bar­dzo się tym przej­mu­jąc.

- UHS-27643 - wywo­łała następną jed­nostkę, tym razem był to frach­to­wiec ocze­ku­jący na roz­ła­du­nek. - Kod czer­wony, powta­rzam, kod czer­wony. Na mocy roz­po­rzą­dze­nia o sta­nie wyjąt­ko­wym wszyst­kie jed­nostki znaj­du­jące się w tym sys­te­mie zostają tym­cza­sowo wcie­lone w sze­regi floty prze­strzen­nej...

- Przy­ją­łem - odpo­wie­dział jej rów­nie zde­ner­wo­wany głos. - Prze­pra­szam, że pytam, ale czy to prawda, że coś wiel­kiego przy­wa­liło w pół­nocną pół­kulę?

Wia­do­mo­ści zaczy­nają się roz­cho­dzić, pomy­ślała, wycią­ga­jąc rękę, by zakoń­czyć połą­cze­nie. Zawa­hała się jed­nak, ponie­waż do głowy przy­szedł jej wła­śnie bar­dzo ryzy­kowny pomysł.

- Tak - odparła, po czym zni­ża­jąc nieco głos, dodała pośpiesz­nie: - Nie roz­łą­czaj się, pro­szę. Mam na dole kogoś bli­skiego.

- Osza­la­łaś? - syk­nął obser­wu­jący ją z coraz więk­szym nie­po­ko­jem Aoki.

- Wiem, co robię - wypa­liła.

Łącz­no­ścio­wiec z UHS-27643 nie zada­wał na szczę­ście pytań. Nie zamknął też połą­cze­nia, choć powi­nien to zro­bić. Brenda prze­szła więc na sąsiedni kanał i w prze­rwie pomię­dzy kolej­nymi roz­mo­wami napi­sała, a potem wysłała przez ter­mi­nal frach­towca krótką wia­do­mość tek­stową do Julia.

Bez­po­śred­nie połą­cze­nie z powierzch­nią Delty nie było moż­liwe ze względu na blo­kadę, a gdyby nawet zdo­łała ją omi­nąć, zosta­łoby to natych­miast wykryte przez Sys­tem. Wyko­rzy­sta­nie nie­za­mknię­tego pra­wi­dłowo łącza z jed­nostką pozo­sta­jącą na orbi­cie mogło jed­nak umknąć uwa­dze KoSIa­rza, zwłasz­cza że tempo pracy na przy­dzie­lo­nym Kowal sta­no­wi­sku nie spa­dło zna­cząco.

Zagra­nie było ryzy­kowne, lecz Brenda zde­cy­do­wała się na nie, wie­dząc, że albo się narazi dowódz­twu, albo straci brata.

* * *

Julio zamarł, jak wcze­śniej jego sio­stra. Spo­glą­dał z nie­do­wie­rza­niem na ekran ter­mi­nala, ale wzrok go nie mylił.

Jeśli to kawał...

Nie, tę myśl odrzu­cił natych­miast. Brenda użyła hasła bez­pie­czeń­stwa, i to dwu­krot­nie: na początku i na końcu zwię­złej wia­do­mo­ści.

Plaga. Leć na dopa­la­czu na kosmo­drom w Pit­smo­uth. Plaga. B.

- Zapnij­cie pasy! - rzu­cił przez ramię do doka­zu­ją­cych na tyl­nym sie­dze­niu bliź­niąt.

- Dla­czego? - Roz­ba­wiona Maeve popa­trzyła na niego z wyrzu­tem.

- Musimy przy­śpie­szyć.

Wyja­śnie­nie było krót­kie, a mina, z jaką zostało wygło­szone, sku­tecz­nie zdła­wiła chęć pro­te­stu. Córka wice­gu­ber­na­torki pamię­tała wciąż, ile bólu kosz­to­wała ją poprzed­nia nie­sub­or­dy­na­cja. Sto­czyła się więc z roz­chi­chra­nego brata, pomo­gła mu zająć miej­sce w sąsied­nim fotelu służ­bo­wego śmiga i na koniec zapięła pasy, naj­pierw jego, potem swoje.

Dopa­lacz akty­wo­wał się zaraz po osią­gnię­ciu wyso­ko­ści prze­lo­to­wej. Dzie­ciaki zapisz­czały ze stra­chu, czu­jąc wci­ska­jące w opar­cia prze­cią­że­nie, ale Kowal nie odpusz­czał - skoro Brenda kazała mu się śpie­szyć, zagro­że­nie musiało być rów­nie poważne jak bli­skie.

Maszyna weszła łagod­nym łukiem na wła­ściwy kurs. Mimo że ruch w oko­licy nie był duży, Julio nie mógł włą­czyć auto­pi­lota, bo ten natych­miast zmniej­szyłby pobór mocy, zwal­nia­jąc do prze­pi­so­wej pręd­ko­ści.

- Co się stało? - zapy­tał wystra­szony Rollo.

Kowal nie odpo­wie­dział od razu. W sumie nie miał bla­dego poję­cia, o co może cho­dzić, nie­mniej ton otrzy­ma­nej wia­do­mo­ści był na tyle alar­mu­jący, że zare­ago­wał instynk­tow­nie. Brenda nie kaza­łaby mu ucie­kać, gdyby nie cho­dziło o bar­dzo poważne zagro­że­nie.

Roz­glą­dał się uważ­nie od chwili startu, lecz do tej pory nie dostrzegł niczego, co odbie­ga­łoby od normy. Jaskra­wo­se­le­dy­nowe o tej porze dnia niebo było wyjąt­kowo czy­ste. Ni­gdzie też nie widział oznak paniki. Tylko on jeden pędził na zła­ma­nie karku, pozo­stałe gli­dery i śmigi leni­wie sunęły wyty­czo­nymi kory­ta­rzami, zmie­rza­jąc we wszyst­kich kie­run­kach naraz, jakby na Del­cie nie wyda­rzyło się nic god­nego uwagi.

Julio włą­czył na moment holo, ale żadna ze sta­cji nie nada­wała komu­ni­ka­tów spe­cjal­nych. Jedyne, co go zasta­no­wiło, to obraz kon­tro­lny na dwu popu­lar­nych czę­sto­tli­wo­ściach, lecz ponie­waż cho­dziło o lokalne kanały z dale­kiej pół­nocy, nie prze­jął się tym zbyt­nio.

- Czy my przed czymś ucie­kamy?! - Maeve dołą­czyła do brata.

- Ależ skąd - odparł spo­koj­nie, z każdą chwilą nabie­ra­jąc prze­ko­na­nia, że padł ofiarą głu­piego żartu. - Mama kazała nam lecieć peł­nym gazem do Pit­smo­uth, ale nie powie­działa dla­czego.

Kto mógł z niego tak okrut­nie zakpić? Na pewno nie Brenda - choć jego sio­strę trudno nazwać świętą, z pew­no­ścią nie zro­bi­łaby niczego, co nara­zi­łoby go na gniew wice­gu­ber­na­torki.

No dobrze, jeśli nie ona, to kto?

Haseł, które usta­lili jakiś czas temu, nie miał prawa znać nikt obcy. Oboje o to zadbali, zapa­mię­tu­jąc wybrane słowa i ni­gdzie ich nie zapi­su­jąc. Jak dotąd ani razu ich nie użyli.

Tknięty tą myślą posta­no­wił się­gnąć do źró­dła komu­ni­katu, ale i tutaj spo­tkało go zasko­cze­nie.

UHS-27643? Dla­czego Brenda wysłała wia­do­mość za pośred­nic­twem kor­po­ra­cyj­nego frach­towca, skoro mogła to zro­bić bez­po­śred­nio?

Czu­jąc, że musi to spraw­dzić, wywo­łał jed­nostkę, która posłu­żyła za prze­kaź­nik, lecz nikt się nie zgło­sił, choć odcze­kał na linii dłuż­szą chwilę.

Dziwne, uznał, ale jego komu­ni­ka­tor ożył, zanim zdą­żył wybrać ponow­nie numer kodowy.

- SATT-268451, prze­kra­czasz dopusz­czalną pręd­kość o trzy­dzie­ści sie­dem pro­cent. Jeśli natych­miast nie zwol­nisz, zosta­niesz prze­jęty i przy­mu­sowo spro­wa­dzony na powierzch­nię. - Cyber­ne­tyczny gli­niarz wyre­cy­to­wał stan­dar­dową for­mułkę.

Julio zer­k­nął w prawo. Mniej wię­cej sto metrów od niego leciał rów­no­le­głym kur­sem smo­li­ście czarny poli­cyjny inter­cep­tor. To na szczę­ście nie był pro­blem. Praca dla lokal­nych poli­ty­ków nie nale­żała może do naj­lżej­szych, ale mie­wała swoje plusy.

- Kazano mi jak naj­szyb­ciej sta­wić się w ratu­szu Pit­smo­uth - powie­dział, włą­cza­jąc służ­bowy trans­pon­der. - Na bez­po­śred­nie pole­ce­nie z biura guber­na­tora - dodał.

Po kilku sekun­dach ciszy usły­szał głos nale­żący do czło­wieka.

- Nie mamy w reje­strze żad­nej infor­ma­cji na ten temat.

- Nie do mnie te żale - odburk­nął. - Robię, co mi każą.

Spraw­dze­nie tej infor­ma­cji zaję­łoby dyżur­nemu minutę, nie wię­cej, ale Kowal szcze­rze wąt­pił, by zdo­był się na nie­po­ko­je­nie biura guber­na­tora. Wku­rza­nie ludzi, któ­rzy nie bez powodu mają się za nie­ty­kal­nych, to nie­zbyt dobry pomysł, a już zwłasz­cza w wyko­na­niu pod­rzęd­nego pra­cow­nika budże­tówki. Kan­dy­daci na gli­nia­rzy dowia­dują się o tym na kur­sach wstęp­nych.

- Co tam się odwa­liło?

Kowal nie był przy­go­to­wany na takie pyta­nie.

- Gdzie? - zaczął ostroż­nie.

- W Pit­smo­uth.

- Poję­cia nie mam. Kazali lecieć, to lecę.

Jego roz­mówca mil­czał dłuż­szą chwilę, ale naj­wy­raź­niej to, co usły­szał, mu wystar­czyło. Musiał już wcze­śniej zauwa­żyć na tej tra­sie zwięk­szoną aktyw­ność pojaz­dów uprzy­wi­le­jo­wa­nych.

To musi być coś naprawdę poważ­nego, skoro poli­tycy wieją, uznał Julio.

- Przy­ją­łem, SATT-268451, dopi­suję cię do listy - ode­zwał się w końcu gli­niarz. - Wejdź na pułap sześć­set pięć­dzie­siąt i trzy­maj się wyty­czo­nego kory­ta­rza.

- Wyko­nuję.

Na wyświe­tla­czu głów­nym obok wek­tora aktu­al­nego kursu poja­wiła się nowa czer­wona linia. Sekundę póź­niej towa­rzy­szący śmi­gowi poli­cyjny dron skrę­cił ostro, scho­dząc w dół i mocno przy­śpie­sza­jąc. Następny przy­uwa­żony deli­kwent zbie­rze po dupie dwa razy moc­niej, niż na to zasłu­gi­wał, ale Kowal nie przej­mo­wał się jego losem. Miał znacz­nie waż­niej­sze sprawy na gło­wie.

Aby nie budzić dal­szych podej­rzeń, sko­ry­go­wał kurs, jak mu kazano, po czym raz jesz­cze zaczął wybie­rać numer kodowy frach­towca. I znów prze­rwał mu sygnał infor­mu­jący o nadej­ściu wia­do­mo­ści. Odru­chowo otwo­rzył fol­der poczty, uprze­dza­jąc Sys­tem, zwy­kle wyko­rzy­sty­wany do tego w trak­cie lotu.

O 06:45 w pół­nocny kon­ty­nent ude­rzyło coś wiel­kiego. Koor­dy­naty 55/11. Fala ude­rze­niowa zmie­rza w Waszym kie­runku. Musisz dotrzeć jak naj­szyb­ciej na kosmo­drom. Z dzie­cia­kami na pewno Cię wpusz­czą. CDN. B.

- To od mamy? - zain­te­re­so­wała się Maeve.

- Tak - odparł Kowal, ale dopiero po tym, jak ner­wowo prze­łknął ślinę i zaczerp­nął głę­boki oddech. Nie chciał oka­zać po sobie zde­ner­wo­wa­nia. - Macie od niej pozdro­wie­nia.

Obró­cił się do dzieci z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

- Coś się jed­nak stało? - Rollo na­dal wyglą­dał na zanie­po­ko­jo­nego.

- Nie, nic takiego - zapew­nił go Julio. - Pamię­ta­cie, co będzie za tydzień?

Próba zmiany tematu była tak nie­udolna, że sklął się w myślach, zanim skoń­czył mówić. Stres zaczy­nał go zże­rać, lecz za żadne skarby nie mógł tego oka­zać przy dzie­ciach. Jesz­cze chwila, a któ­reś z nich zacznie dzwo­nić do rodzi­ców.

- Uro­dziny taty! - zapisz­czała Maeve.

- Wła­śnie - brnął dalej. - Mama szy­kuje dla niego nie­spo­dziankę, a to zna­czy, że nikt nie może się dowie­dzieć o naszym wypa­dzie!

Na jego szczę­ście bliź­nięta chwy­ciły przy­nętę i natych­miast sku­piły się na wymy­śla­niu, jaka powinna być ta nie­spo­dzianka. To na razie powinno wystar­czyć, choć Julio zda­wał sobie sprawę, że nie­długo będzie musiał wymy­ślić lep­sze wytłu­ma­cze­nie. Zarówno na potrzeby biura, jak i poli­cji...

Kto jak kto, ale gli­nia­rze będą mieli dość roboty, by nie przej­mo­wać się prze­kro­cze­niem przeze mnie dopusz­czal­nej pręd­ko­ści, pomy­ślał. Jeśli Brenda nie kła­mała, a nie miała powodu tego robić, na nie­bie Delty lada chwila zaroi się od ucie­ki­nie­rów.

Wło­ski zje­żyły mu się na karku.

Dla­czego nie ogło­szono jesz­cze alarmu? Skoro sytu­acja była tak poważna, wła­dze powinny już dawno roz­po­cząć ewa­ku­ację lud­no­ści z zagro­żo­nych tere­nów, tym­cza­sem ruch w zasięgu jego wzroku był wciąż nie­mrawy... W polu widze­nia radaru śmiga znaj­do­wały się tylko dwie inne jed­nostki lecące z podobną pręd­ko­ścią, oczy­wi­ście w tym samym kie­runku. Znał dobrze ich numery.

Włą­czył ponow­nie holo i przy wyci­szo­nej fonii prze­rzu­cił szybko kil­ka­na­ście kana­łów. Na żad­nym nie zoba­czył ani rela­cji na żywo, ani spo­dzie­wa­nych komu­ni­ka­tów z ostrze­że­niami.

Coś jest nie tak. Albo fala ude­rze­niowa nie dotrze tak daleko, albo...

Alter­na­tywa była tak straszna, że wolał o niej nie myśleć.

- Możemy coś obej­rzeć? - popro­siła Maeve, zauwa­żyw­szy, że wyświe­tla­cze są włą­czone.

- Jasne.

Po krót­kim waha­niu wybrał nagra­nia z bazy danych. Lepiej, żeby szkraby nie oglą­dały kana­łów lecą­cych na żywo, gdzie prę­dzej czy póź­niej poja­wią się infor­ma­cje o kata­stro­fie. Po włą­cze­niu pro­jek­cji Kowal odizo­lo­wał tył kabiny polem siło­wym. Tak będzie bez­piecz­niej. Wice­gu­ber­na­torka lada moment zacznie się do niego dobi­jać.

Wpro­wa­dził do kom­pu­tera pokła­do­wego koor­dy­naty podane przez Brendę i stwier­dził, że nie jest źle. Od miej­sca zde­rze­nia dzie­liło go ponad dzie­sięć tysięcy kilo­me­trów, co ozna­czało, że fala ude­rze­niowa - o ile dotrze tak daleko - pojawi się nad tymi rów­ni­nami za mniej wię­cej sześć i pół godziny.

Morze czasu, zwa­żyw­szy, że od kosmo­dromu w Pit­smo­uth dzieli mnie zale­d­wie kwa­drans lotu.

Drgnął, gdy ożył komu­ni­ka­tor. Tej roz­mowy oba­wiał się naj­bar­dziej.

- Gdzie jeste­ście, u licha? - W gło­sie wice­gu­ber­na­torki wyczuł sporą iry­ta­cję.

- Prze­kie­ro­wano nas na naj­bliż­szy kosmo­drom - skła­mał bez mru­gnię­cia powieką.

- Co takiego?! - Kobietę zatkało.

Taką szy­chę jak ona z pew­no­ścią poin­for­mo­wano w pierw­szej kolej­no­ści, ale dla­czego ktoś miałby ostrze­gać jego? Chyba tylko omył­kowo - było to jedyne wytłu­ma­cze­nie, które miało choć odro­binę sensu.

- Otrzy­ma­łem sys­te­mowe pole­ce­nie jak naj­szyb­szego sta­wie­nia się w naj­bliż­szym por­cie kosmicz­nym - dodał, wyko­rzy­stu­jąc chwi­lowe zapo­wie­trze­nie sze­fo­wej. - Za moment roz­po­czy­nam podej­ście do lądo­wa­nia.

- Zabra­niam! - rzu­ciła, czer­wie­nie­jąc na twa­rzy jesz­cze bar­dziej. - Zawra­caj!

Lot do rezy­den­cji, która znaj­do­wała się obec­nie ponad pięć­set kilo­me­trów na pół­nocny zachód od jego pozy­cji, zająłby około czter­dzie­stu minut. Na ziemi stra­ciłby pew­nie kolejne pół godziny...

Nie, to nie wcho­dzi w grę, uznał. Ta stara lam­pu­cera ma sze­ścio­oso­bowy jacht orbi­talny. Nie będzie w nim miej­sca dla nikogo spoza jej naj­bliż­szej rodziny.

- Nie mogę. Wyko­nuję pole­ce­nie Sys­temu.

- Co ty bre­dzisz? - wysy­czała nie­na­wist­nym tonem. - Zawra­caj natych­miast albo gorzko tego poża­łu­jesz!

- Nie mogę - powtó­rzył i zagrał ostat­nią kartą: - Zostało mi tylko kilka pro­cent paliwa, ale pro­szę się nie oba­wiać. Nie odstą­pię dzie­cia­ków na krok, dopóki nie znajdą się na pokła­dzie wła­ści­wej jed­nostki ewa­ku­acyj­nej...

- Wra­caj tu, gnoju, albo każę... - umil­kła w pół zda­nia.

Dotarło do niej, że nie może nic zro­bić, dopóki bliź­niaki prze­by­wają na pokła­dzie. Gdyby nie wie­dział o kata­kli­zmie, pew­nie nasła­łaby na niego gliny, lecz infor­ma­cje o tym, że coś jest nie tak, zaczy­nały się już roz­cho­dzić. Ota­czało go ponad trzy­dzie­ści maszyn, z któ­rych wszyst­kie poru­szały się z prze­kro­czoną znacz­nie pręd­ko­ścią.

- Przy­się­gam, pani wice­gu­ber­na­tor, że włos im z głowy nie spad­nie - powie­dział jesz­cze, po czym się roz­łą­czył.

Przez dłuż­szą chwilę pró­bo­wała ponow­nie nawią­zać z nim kon­takt, ale w końcu dała sobie spo­kój. W obec­nej sytu­acji nie mogła sku­piać się wyłącz­nie na nim. Domy­ślał się też, że zdą­żyła spraw­dzić jego pozy­cję. Nie kła­mał, leciał do naj­bliż­szego portu kosmicz­nego, z któ­rego jej dzie­ciaki zostaną zabrane na orbitę - tyle że on trafi tam razem z nimi. Per­spek­tywa utraty pracy nie­spe­cjal­nie go prze­ra­żała. Oca­le­nie życia było naj­waż­niej­sze.

Zmie­nił łagod­nie kurs, kie­ru­jąc się pro­sto na główny ter­mi­nal.

- Zawróć, SATT-268451 - zare­ago­wała nie­zwłocz­nie kon­trola lotów. - Astro­port jest tym­cza­sowo zamknięty dla ruchu cywil­nego.

- Mam na pokła­dzie dzieci wice­gu­ber­na­tor Watts - odparł. - Otrzy­ma­łem pole­ce­nie odsta­wie­nia ich do naj­bliż­szego punktu ewa­ku­acyj­nego.

- Przy­ją­łem, SATT-268451. Pozo­stań na linii.

Sys­tem prze­łą­czył go na czło­wieka.

- Nie ma cię na liście upraw­nio­nych, SATT-268451 - stwier­dził nie­znany mu kon­tro­ler trzy­dzie­ści sekund póź­niej.

- To mnie dopisz albo skon­tak­tuj się z biu­rem Watts... - Włą­czył tam­temu pod­gląd na tył kabiny. - Lecę na opa­rach, a jeśli tym dzie­ciom spad­nie choć włos z głowy... - nie musiał koń­czyć groźby.

Sys­tem z pew­no­ścią roz­po­znał ich twa­rze.

Cze­kał w napię­ciu, nie prze­ry­wa­jąc pod­cho­dze­nia do lądo­wa­nia. Mniej wię­cej po minu­cie wyświe­tlacz ożył ponow­nie.

- Prze­sy­łam kod dostępu. Ter­mi­nal 16. Ląduj na sta­no­wi­sku C-34.

- Przy­ją­łem: 16, C-34 - potwier­dził i z ulgą wypu­ścił wstrzy­my­wane powie­trze.

Rozej­rzał się wokół. W kie­runku astro­portu leciało mro­wie maszyn, w zasięgu ska­ne­rów było ich sto albo i wię­cej. Widomy znak, że akcja ewa­ku­acyjna już się roz­po­częła. Włą­czył holo, prze­skro­lo­wał naj­waż­niej­sze sta­cje, ale na żad­nym kanale nie zoba­czył nawet wzmianki o zde­rze­niu.

Tak to chce­cie roze­grać, pomy­ślał. Daje­cie czas swo­ja­kom.

Zda­wał sobie sprawę, że na Del­cie i jej orbi­cie nie ma tylu jed­no­stek, by ewa­ku­ować całą lud­ność pla­nety. Pół­noc miała prze­wa­lone, ale cze­goś tu nie rozu­miał: dla­czego wła­dze guberni znaj­du­ją­cych się w oko­li­cach rów­nika nie ogło­siły jesz­cze alarmu? Im dłu­żej będą z tym zwle­kały, tym mniej miesz­kań­ców tam­tych rejo­nów zdąży uciec w oko­lice bie­guna połu­dnio­wego, wycho­dząc ze strefy raże­nia.

A można by oca­lić wiele milio­nów ist­nień...

Roz­wa­że­nie tej kwe­stii musiał odło­żyć na póź­niej. Skie­ro­wał śmiga do pobli­skiej śluzy, jedy­nej drogi pro­wa­dzą­cej pod kopułę pola ochron­nego, posa­dził go jak naj­bli­żej głów­nego wej­ścia na sta­no­wi­sko star­towe C-34. Dokoła niego stało już kil­ka­na­ście maszyn. Dru­gie tyle lądo­wało wła­śnie na roz­le­głej pły­cie. Ludzie bie­gli małymi grup­kami w stronę wyso­kiego na parę­na­ście metrów muru oka­la­ją­cego stud­nię, w głębi któ­rej spo­czy­wał sta­tek mogący wzbić się poza atmos­ferę.

Może nawet trans­por­to­wiec klasy mię­dzy­pla­ne­tar­nej...

- Wysiadka! - zako­men­de­ro­wał weso­łym tonem, wyłą­cza­jąc pole izo­lu­jące.

Maeve rozej­rzała się cie­ka­wie.

- Astro­port! - pisnęła zdu­miona.

Julio się zaśmiał.

- Nie­spo­dzianka! Pole­ci­cie dzi­siaj w kosmos!

- Ale super!

Wizja opusz­cze­nia pla­nety podzia­łała na parę dzie­się­cio­lat­ków jak magiczna różdżka. Oboje natych­miast zapo­mnieli o setce pytań, któ­rymi powi­nien zostać zasy­pany, i sku­pili się na zasta­na­wia­niu, jaki to sta­tek kryje się za ścianą poro­be­tonu.

- Ja cię! - zawo­łał Rollo, gdy ruszali w stronę wej­ścia.

W pobliżu bramy wylą­do­wały wła­śnie dwa trans­por­tery opan­ce­rzone. Kowal spoj­rzał w niebo - całe for­ma­cje podob­nych woj­sko­wych kolo­sów sunęły wysoko nad jego głową, zmie­rza­jąc w kie­runku dalej poło­żo­nych ter­mi­nali. Prze­niósł wzrok na maszyny, które usia­dły przy bra­mie. Wysy­py­wali się z nich żoł­nie­rze w peł­nym rynsz­tunku, zaj­mu­jąc od razu pozy­cje obronne za prze­no­śnymi gene­ra­to­rami pól siło­wych, jakby szy­ko­wali się do odpar­cia oddzia­łów wroga. W ciągu kil­ku­na­stu sekund dostęp do wej­ścia został cał­ko­wi­cie odcięty.

Julio zatrzy­mał się przy jed­nym z dwóch usta­wio­nych naprędce punk­tów kon­tro­l­nych. Przed nim stało kilka rodzin, które przy­le­ciały chwilę wcze­śniej. Żoł­nie­rze ska­no­wali doku­menty, potem wyłą­czali ekran ener­ge­tyczny w wąskim przej­ściu i wpusz­czali kolejne grupki ewa­ku­owa­nych na teren sta­no­wi­ska star­to­wego.

- Kod dostępu? - Zakuty w helo­nowy pan­cerz sier­żant pod­niósł ska­ner.

- Oczy­wi­ście.

Kowal pod­sta­wił komu­ni­ka­tor pod czyt­nik. Dzie­ciaki zro­biły to samo. Cichut­kie pik­nię­cie potwier­dziło auto­ry­za­cję. Zagra­dza­jące im drogę pole znik­nęło, żoł­nie­rze prze­pu­ścili bliź­nięta, ale jemu zastą­pili drogę, gdy ruszył śla­dem pod­opiecz­nych.

- Co wy robi­cie? - obru­szył się Julio. - To dzieci wice­gu­ber­na­tor Watts! Jestem ich jedy­nym opie­ku­nem.

- Od tej pory my się nimi zaj­miemy - z gło­śniczka popły­nął mecha­nicz­nie znie­kształ­cony głos. - Pro­szę nie tara­so­wać wej­ścia.

- Nie rozu­mie­cie... - Wska­zał ręką zasko­czone dzie­ciaki, które przy­glą­dały się tej sce­nie z zacie­ka­wie­niem, nie wie­dząc, dla­czego zostały od niego oddzie­lone.

- To ty nie rozu­miesz! - Sier­żant ode­pchnął go bez­ce­re­mo­nial­nie. - Odejdź po dobroci albo uży­jemy broni.

Natych­miast spo­kor­niał. Uniósł ręce, poma­chał zdez­o­rien­to­wa­nym bliź­nia­kom.

- Idź­cie dalej z tymi panami! - zawo­łał. - Mama będzie cze­kać na orbi­cie!

Wyco­fał się wzdłuż sze­regu cze­ka­ją­cych na odprawę, klnąc na czym świat stoi. Wredna jędza zro­biła go na szaro. Tyle dobrego, że nie stra­cił pra­wie dwu godzin na dostar­cze­nie bacho­rów do domu.

Może nie wszystko jesz­cze stra­cone, pomy­ślał, wra­ca­jąc truch­tem do śmiga. Na lądo­wi­sku poja­wiało się coraz wię­cej maszyn. Przy bra­mie zro­biła się spora kolejka, zanim zdą­żył opaść na fotel.

Zapiął pasy i wycią­gnął rękę do kla­wi­sza star­tera, lecz wstrzy­mał się z jego naci­śnię­ciem. Spraw­dził poziom paliwa. Sześć­dzie­siąt pięć pro­cent, niby sporo, ale... Musiał wszystko dokład­nie sobie prze­li­czyć, by nie popeł­nić naj­mniej­szego błędu.

Jak szybka mogła być fala ude­rze­niowa? Tysiąc pięć­set, tysiąc sześć­set kilo­me­trów na godzinę, plus minus. Śmig lecący na dopa­la­czu roz­wi­nie co naj­wy­żej połowę tej pręd­ko­ści. To dawało sześć godzin plus trzy i pół w pory­wach. Tyle czasu dzie­liło go od naj­gor­szego.

Paliwa wystar­czy na mak­si­mum pięć godzin lotu z mak­sy­malną pręd­ko­ścią. Nie­do­brze.

Tam, dokąd się uda­wał, nie będzie miał moż­li­wo­ści uzu­peł­nie­nia paliwa, a zamie­rzał gnać na zła­ma­nie karku, by dotrzeć jak naj­da­lej na połu­dnie.

Wysiadł ponow­nie, wygrze­bał z luku tech­nicz­nego ser­wo­łom i pod­biegł do zapar­ko­wa­nych obok maszyn. Spraw­dzał pośpiesz­nie odczyty na obu­do­wach kolej­nych ogniw. Trzeci z kolei śmig miał jedno pełne, w dru­gim bra­ko­wało nie­spełna pięt­na­stu pro­cent. Wyła­mał nakładkę mocu­jącą i wyszarp­nął to pierw­sze, nie przej­mu­jąc się wyciem alarmu. Ucie­ki­nie­rzy mieli gdzieś, co sta­nie się z porzu­co­nymi przez nich maszy­nami, a woj­skowi nie mogli opu­ścić poste­run­ków, wokół któ­rych zgro­ma­dził się w ciągu ostat­niej minuty nie­li­chy tłum.

Wró­cił pod swoją maszynę i nie zwle­ka­jąc, wymie­nił zużyte czę­ściowo ogniwo, by wystar­to­wać z peł­nym zapa­sem ener­gii. To, które usu­nął, rzu­cił po krót­kim zasta­no­wie­niu na poro­be­ton.

Nie ma czasu na kom­bi­no­wa­nie, uznał. Sto pro­cent musi wystar­czyć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki