PROLOG
Terytoria Wewnętrzne, orbita Alfy,
kwatera główna floty trzeciego metasektora,
System Kalidon 11, Sektor Whisky,
10.05.2234, godz. 06:30
- Imponujący widok, admirale.
- Niezaprzeczalnie - przyznał Dan Leiber dowodzący trzecim metasektorem,
jak w wojskowym żargonie nazywano obszar Terytoriów Wewnętrznych.
Stał dwa kroki od swojego gościa, niższego od niego o głowę otyłego
mężczyzny w średnim wieku. Nie dziwił się jego reakcji. Cywile, nawet
tak dobrze sytuowani jak zastępca dyrektora Instytutu i zarazem członek
zarządu NeuroTeku, nie spoglądali zbyt często w pustkę kosmosu. Ich
luksusowe statki przemierzały przestrzeń tylko wtedy, gdy było to
absolutnie konieczne. Mniej naglące sprawy załatwiali zdalnie, nie
opuszczając zacisza własnych gabinetów czy urokliwych posiadłości
znajdujących się bez wyjątku na planetach tlenowych.
- Tak wygląda przyszłość - dodał Graham Wyndham, gdy admirał zamarł w bezruchu przed grubą na trzydzieści dwa centymetry ścianą z plastali,
która w trybie transparentnym była tylko nieco mętniejsza od tafli
czystego krystalitu.
Leiber przytaknął mechanicznie. Dotarło do niego właśnie, że gość nie
wyraża podziwu dla rozciągającej się przed ich oczami panoramy Kalidona
11, która niejednemu człowiekowi, nawet oswojonemu z przestrzenią,
odebrałaby dech w piersi. Nie, zastępca dyrektora miał na myśli tylko
maleńki wycinek tego widoku: wiszący w próżni prostopadłościan
składający się z trzystu sześćdziesięciu identycznych jednostek, które
dryfowały w ciasnym szyku po wysokiej orbicie Alfy - majestatycznej
planety kilkakrotnie większej od Ziemi, ale młodszej od niej o dwa, może
nawet trzy miliardy lat. Jej wiecznie płonąca tarcza, zwłaszcza po
ciemnej stronie, nad którą wisiał kompleks stacji, robiła wrażenie na
każdym, kto miał choć odrobinę wyobraźni. Czyż nie tak wyglądałoby
piekło, gdyby naprawdę istniało? Rzeki lawy przecinały niby pajęczyna
powierzchnię stygnącego dopiero globu, spływając do basenów płytkich
gorejących mórz. Stożki plujących wiecznym ogniem wulkanów tworzyły na
powierzchni rozżarzonego przestworu czarniejsze od głębi kosmosu wyspy,
które rosły w oczach, by zapaść się później pod własnym ciężarem,
popękać i zniknąć na powrót w magmowym tyglu stworzenia. Wystarczał
miesiąc, czasem nawet tydzień, by obserwowana z orbity topografia
planety uległa przeobrażeniu.
Niejeden oficer stacjonujący w bazie podziwiał ten hipnotyzujący
spektakl - spektakl niezmiernie rzadko spotykany w przestrzeni
opanowanej przez ludzkość, lecz jak się okazało, całkowicie obojętny dla
człowieka, który przybył na Kalidona 11, by nadzorować ostatni etap
operacji mającej dać mu przepustkę do grona najważniejszych graczy
zarówno na scenie biznesowej, jak i politycznej.
Leiber pofatygował się aż do doków, w miejsce, które normalnie odwiedzał
wyłącznie wtedy, gdy opuszczał bazę albo na nią wracał, chciał bowiem
dać gościowi przedsmak czekających go zaszczytów. Nie dochrapałby się
tak wysokiego stanowiska, gdyby nie wiedział lepiej od innych, kiedy i przed kim zgiąć kark. W tym przypadku jego wrodzona ciekawość miała
drugorzędne znaczenie.
- Mogę zapytać, dlaczego pojawił się pan na Kalidonie dzisiaj, całą dobę
przed umówionym terminem? - Odwrócił się twarzą do Wyndhama.
- Zarząd wydelegował mnie, abym... - Zastępca dyrektora umilkł na moment,
jakby szukał słów, które nie urażą dowódcy trzeciego metasektora. - Abym
dopilnował, że wszystko tutaj odbywa się, jak należy.
- Aż tak nam nie ufacie?
Gość zbył te słowa kpiącym uśmiechem i wzruszeniem ramion. Choć stali o krok od siebie, to światy, w których żyli i funkcjonowali, bardzo się
różniły, być może nawet bardziej niż Alfa i Beta tego systemu.
Biały jak śnieg gazowy olbrzym, odległy o zaledwie trzy minuty świetlne
od miejsca, w którym teraz się znajdowali, przyciągał wzrok w nie
mniejszym stopniu. Jego widmowa tarcza, otoczona dyskiem pierścieni i mrowiem księżyców, stanowiła jaskrawy kontrast dla rozżarzonej Alfy.
Leiber nie miał wątpliwości, że przepaść dzieląca go od wizytującego
bazę mężczyzny jest równie wielka.
Świat metakorporacji oznaczał spiski, knowania, nieustanną rywalizację,
wbijanie sobie noży w plecy. Flota natomiast, choć stworzono ją do
toczenia wojen, była jego totalnym przeciwieństwem. Zhierarchizowana,
karna do bólu, współpracująca na każdym szczeblu. We flocie nikt nikogo
nie zdradzał ani nie rzucał na pożarcie. "Jeden za wszystkich, wszyscy
za jednego" - głosiła stara maksyma wykuta na frontowej ścianie gmachu
admiralicji. Najostrzejsze tarcia w dowództwie były niczym w porównaniu
z czystym darwinizmem współczesnego biznesu.
NeuroTek wiedział, co robi, kontrolując i po trzykroć zabezpieczając
każdy etap operacji. Konkurencja nie spała, a Leiber okazałby się
zwykłym głupcem, gdyby odmówił przyjęcia hojnych darowizn na rzecz
fundacji prowadzonych przez jego żonę i córki - darowizn, którymi rywale
Instytutu próbowali go skłonić do tego, aby podzielił się z nimi
poufnymi informacjami na temat nowinki technologicznej czy raczej broni
mającej szanse nie tylko utrwalić ład korporacyjny, ale przede wszystkim
wywindować właścicieli NeuroTeku na szczyty władzy i zapewnić im
nieograniczone wpływy.
- Powiedzmy, że nie chcemy żadnych przykrych niespodzianek - rzucił po
dłuższej chwili Wyndham, odrywając w końcu wzrok od ciasnego szyku, w jakim ustawiono centra reedukacyjne czekające na wgranie formuły. -
Zwłaszcza na ostatnim etapie operacji.
- Rozumiem. - Leiber usunął się z drogi, wskazując dłonią kierunek, w którym powinni się udać.
Żołnierze eskorty ruszyli za nimi, zachowując stosowny odstęp.
- Od czego zamierza pan zacząć inspek... - Admirał umilkł w pół słowa i zatrzymał się raptownie.
Zaskoczony gość także przystanął, ale dopiero po dwóch kolejnych
krokach. Obrócił się na pięcie i posłał lodowate spojrzenie dowódcy
trzeciego metasektora, lecz cały chłód, który miał zmrozić admirała,
wyparował w momencie, gdy Wyndham zauważył jego minę.
- Co się... - zaczął, ale szybko umilkł, ponieważ jego wszczep neuralny
ożył. - Nie... - Zachwiał się, jakby ktoś go zdzielił w twarz. - To
niemożliwe!
Żołnierze zareagowali instynktownie, jak ich tego uczono. Otoczyli
ciasnym kordonem przełożonego i jego gościa, aktywując natychmiast
kopułę pola ochronnego. Sami zamarli w pozycjach bojowych z bronią
wymierzoną we wszystkich kierunkach.
Żaden ruch ani dźwięk nie zmącił jednak półmroku wypełniającego hangar,
w którym znajdował się obecnie tylko lśniący złotem jacht Wyndhama.
Komandosi nie rozumieli więc, skąd u eskortowanych taka nerwowa reakcja,
ale też informacja ta nie była im do niczego potrzebna. Ich zadanie
polegało na neutralizacji wszelakich zagrożeń, uczynili zatem to, za co
im płacono, i w napięciu czekali na dalsze rozkazy.
Pod opalizującą kopułą pola ochronnego także panował bezruch. Leiber i Wyndham ani drgnęli, w milczeniu chłonąc napływające informacje.
Wiadomość o zniszczeniu Neurona i Protektora została nadana przez
stację monitorującą Hyperiona 32 z półtorasekundowym opóźnieniem,
ponieważ do katastrofy doszło właśnie w takiej odległości od strefy
skoku. Sterująca siecią floty sztuczna inteligencja przesyłała
otrzymywane na bieżąco dane łączami kwantowymi dalej, między innymi do
sztabu trzeciego metasektora - aktualizacje napływały z coraz większym
opóźnieniem, gdyż System bazy się dławił, analizując równocześnie
wszystkie strumienie danych, aby wyłuskać z nich najistotniejsze
elementy, z których mógłby stworzyć zwięzłe, a przy tym rzeczowe
raporty. Wiceszef Instytutu, korzystający z sieci korporacyjnej,
otrzymywał te same informacje ze znacznie mniejszym opóźnieniem, lecz w formie nieprzefiltrowanej, co nastręczało trudności w zrozumieniu
sytuacji.
Leiber wziął się w garść pierwszy. Zniszczenie dwu jednostek zaskoczyło
go, lecz nie aż w takim stopniu jak Wyndhama. Dla tego ostatniego strata
współpracowników, nierzadko znanych z imienia i nazwiska, a czasem nawet
z twarzy, była prawdziwym ciosem.
- Poruczniku Bisson! - rzucił, łącząc się z dowódcą eskorty. - Zmieńcie
kod na żółty.
Otaczające ich pole siłowe zrobiło się natychmiast bardziej przejrzyste,
po czym zgasło. Komandosi zmienili szyk na luźniejszy, nadal jednak
trzymali broń w pogotowiu. Napływające z Hyperiona informacje
wskazywały, że doszło tam do nieszczęśliwego wypadku, ale dowódca
metasektora nie mógł sobie pozwolić na popełnienie najmniejszego nawet
błędu.
- Panie dyrektorze! - Pochylił się, by spojrzeć przerażonemu Grahamowi w oczy.
- Jak... - szepnął Wyndham. - Czy oni...
- Obawiam się, że tak. Tylko Protektor zdążył odpalić kapsuły
ratunkowe, i to nie wszystkie. Z tego, co wiem, Neuron nie dysponował
odpowiednim systemem zabezpieczeń.
- Ale... jak... - dukał Wyndham, rozkładając bezradnie ręce. - Przecież...
- Obie jednostki po wyjściu ze studni grawitacyjnej trafiły w chmurę
szczątków po innej katastrofie - zaczął wyjaśniać Leiber, ale szybko
umilkł. W oczach rozmówcy nie dostrzegł śladu zrozumienia.
Zresztą w tym samym momencie nadszedł kolejny komunikat. Komandor
Dreade-Ravenore przesłał z kapsuły ratunkowej pierwszy raport. Zginęli
wszyscy żołnierze oddziałów szturmowych, z załogi ocalała tylko obsada
mostka. Cztery osoby z ponad stu dwudziestu obecnych na pokładach tych
jednostek.
Admirał przywołał jednego z eskortantów.
- Zaaplikujcie naszemu gościowi coś na uspokojenie - rozkazał.
Komandos wykonał polecenie, po czym wrócił na swoje miejsce w szyku.
Wyndham chwiał się jeszcze przez chwilę na nogach, jakby był pijany,
lecz gdy podniósł głowę, jego spojrzenie było o wiele przytomniejsze.
- Proszę się skupić, dyrektorze. - Leiber stanął tuż przed nim. Znów się
garbił, by patrzeć niższemu mężczyźnie prosto w oczy. - Rozumie pan, co
mówię?
- Tak.
- Co ten wypadek oznacza dla programu? - zadał pytanie podyktowane
chwilę wcześniej przez komandora.
- Słucham? - Wyndham nie doszedł jeszcze całkiem do siebie.
- Czy NeuroTek wywiąże się z umowy pomimo śmierci Diakowa? - uściślił
admirał.
Zastępca dyrektora skrzywił się, jakby myślenie sprawiało mu ból.
- Znaczna część danych dotyczących formuły trafiła na serwery Instytutu
na Centurionie - odparł w końcu.
W tym stanie mógł powiedzieć więcej, niżby chciał, ale Leiber nie
zamierzał naciskać zbyt mocno, ponieważ wiedział, że Wyndham będzie
pamiętał przebieg tej rozmowy. Z drugiej strony admirał chętnie sam by
uprzedził Radę, że operacja zakończyła się fiaskiem.
Zapunktuję, jeśli pokażę politykom, że panuję w pełni nad sytuacją.
- Znaczna część? - powtórzył. - A reszta?
- Na pokładzie Neurona przechowywano kluczowe elementy formuły. Diakow
nie udostępniał ich nikomu ze względów bezpieczeństwa.
- Czyli nie zdołacie dotrzymać warunków umowy?
Wyndham się otrząsnął. Wyglądał jak ktoś, kogo właśnie obudzono z bardzo
głębokiego snu.
- Na jutro raczej nie... - powiedział. - Ale nie wszystko jeszcze
stracone! - podniósł głos, widząc minę Leibera. - Nie wiem, jaki procent
formuły trafił do banków danych Instytutu, ale zapewniam, że dysponujemy
ludźmi i środkami, które pozwolą na dokończenie badań.
- Radzę to dobrze sprawdzić, zanim ktoś z Rady uzna, że ten wypadek był
wam na rękę.
- Nie sugeruje pan chyba, że stoimy za tym potwornym czynem?! - obruszył
się Wyndham, do którego dotarło, że już za moment jego przełożeni zaczną
szukać kozła ofiarnego.
- Ja niczego nie sugeruję, tylko grzecznie zwracam uwagę - odparł ze
spokojem Leiber. - Wypadek wypadkiem, ale...
- To nie był żaden wypadek! - wrzasnął zastępca dyrektora. - Nie rozumie
pan?! Komuś bardzo zależało, żeby formuła nie ujrzała światła dziennego!
- Nic nie wskazuje na... - zaczął admirał, lecz rozeźlony gość nie
pozwolił mu dokończyć.
- Wierzy pan w podobne zbiegi okoliczności? Bo ja nie!
- Musi pan przekonać nie mnie, tylko członków Rady.
- To ten skurwyklon Harada... - Wyndham poczerwieniał na twarzy i zacisnął
pięści. - Od samego początku nie potrafił znieść myśli, że możemy
przejąć inicjatywę.
Hipoteza mówiąca, że Arashi za wszelką cenę chciało uniknąć blamażu, na
tym etapie wydawała się najbardziej prawdopodobna - gdy już odrzuciło
się wersję o wypadku. Oczywiście przeciwnik, który zaplanował i przeprowadził tak śmiałą i skomplikowaną operację, jaką był atak na
NeuroTek, musiał należeć do pierwszej ligi, a właściciel i zarazem
prezes Arashi pasował do tego opisu idealnie. Ktoś taki jak on
dysponował środkami, które pozwalały nie tylko na dokonanie aktu
sabotażu, ale też na zinfiltrowanie dowództwa metasektora.
- Komandorze Pournelle! - Leiber połączył się z centrum dowodzenia. -
Zarządzam pełną blokadę systemu. - Nie czekając na potwierdzenie
przyjęcia rozkazu, odwrócił się do stojącego w pobliżu dowódcy eskorty.
- Poruczniku, odprowadźcie dyrektora Wyndhama do najbliższego schronu.
Nikt nie ma do niego dostępu. Nikt prócz mnie. Odpowiadacie za niego
własną głową, zrozumiano?
- Tak jest!
Leiber zasalutował sztywno i zaczął się oddalać, lecz nagle tknęła go
pewna myśl.
Lepiej dmuchać na zimne...
- Ty i ty! - Wskazał pierwszych z brzegu żołnierzy. - Idziecie ze mną.
* * *
Sytuacja komplikowała się z chwili na chwilę. Im szerszy był strumień
informacji napływających z Hyperiona, tym więcej wątpliwości rodziło się
w głowie Leibera.
To nie mógł być wypadek. Instalacje tego typu nie eksplodują same z siebie, a jeśli już dochodzi do katastrofy, z pewnością nie wygląda to
tak jak na ostatnich przekazach. Całe to zajście zakrawa na czyjąś
celową robotę. Tylko czyją?
Prace Instytutu zostały już na wstępie objęte klauzulą tajności. Tutaj,
na Kalidonie, o ich prawdziwym charakterze wiedziały zaledwie trzy
osoby. Dla reszty oficerów i żołnierzy służących w tym systemie
gromadzone na wewnętrznym kotwicowisku jednostki były zwykłymi okrętami
szpitalnymi najnowszej generacji. Zakładając, że doszło do przecieku,
czy to po stronie floty, czy skorumpowanych polityków - a obie wersje
wydawały się admirałowi równie mało realne - kto inny, prócz Harady,
mógł na tym skorzystać? Kto inny miał szanse dokonać sabotażu?
Decydenci? Nie, pomyślał admirał i uśmiechnął się krzywo. Politycy to
tylko marionetki poruszane zręcznymi palcami najbogatszych obywateli
Federacji. Umieją dużo gadać, lecz nawet ci, których kopnięto w sam
środek tłustej dupy i odstawiono na boczny tor, nie dysponowali
odpowiednimi możliwościami. Poza tym: co by niby mieli zyskać?
Zwykli obywatele burzyli się coraz częściej, tworząc przeróżne
stowarzyszenia, ale szczytem ich marzeń była organizacja strajków
obejmujących poszczególne instalacje i - zdecydowanie rzadziej - całe
planety, te leżące daleko na Rubieżach i ledwie zamieszkane. Wprawdzie
sabotaż programu reedukacji przyniósłby największą korzyść właśnie im,
lecz najpierw musieliby wiedzieć o jego istnieniu. Inna sprawa - czy
byliby w stanie zastawić pułapkę, w którą wpadły Neuron i Protektor?
Być może, ale już infiltracja NeuroTeku czy floty w stopniu
umożliwiającym skuteczny atak była absolutnie wykluczona. O miejscu
pobytu Diakowa wiedzieli tylko wybrani. Nawet on, wysoki rangą oficer
dowodzący całym metasektorem, do niedawna pozostawał w niewiedzy.
Zatem musi chodzić o kogoś innego, pomyślał Leiber.
Stojąc w kabinie turbowindy, przejrzał najnowszy raport z Hyperiona.
System Wydziału Bezpieczeństwa dokonał szczegółowych analiz, zwracając
uwagę zwłaszcza na moment, w którym eksplodowała wadliwa rafineria. To
nagranie przesądzało sprawę. SI potwierdziła wcześniejsze podejrzenia
admirała. Ktoś celowo doprowadził do maksymalnej defragmentacji wraku,
aby zablokować wylot tej, a nie innej studni grawitacyjnej. I był to
ktoś, kto wiedział dokładnie, jak, gdzie i kiedy uderzyć.
Czyżby Wyndham miał rację? Czyżby któryś oligarcha uznał, że lepiej nie
dopuścić do powstania centrów reedukacyjnych, niż stracić z takim trudem
wywalczoną pozycję w wyścigu nie tylko po bogactwa, ale też po władzę?
Brzytwa Ockhama pomogła admirałowi wyłonić najsensowniejszą teorię,
która jednak rodziła więcej pytań niż odpowiedzi. Sukces Instytutu
posłużyłby przecież wszystkim korporacjom. Dałby im narzędzia
pozwalające na zdławienie każdego przejawu oporu i na zachowanie przy
tym czystych rąk.
Dlaczego odrzucać taką ofertę?...
Leiber się wzdrygnął. Czerwone błyski zapłonęły przed jego oczami na
moment przed aktywacją niewirtualnej części systemu alarmowego. Winda
znajdowała się dwanaście kondygnacji od centrum dowodzenia. Kilka sekund
jazdy, nie więcej. Meldunek niewiele wyjaśniał. Bo co, u licha, znaczy:
"W przestrzeni wewnętrznej bazy wykryto obecność anomalii
grawitacyjnej"?
- Komandorze Pournelle? - wywołał oficera dyżurnego. - Może mi pan
powiedzieć, co się dzieje?
- Nie bardzo...
Admirał wychwycił w głosie podwładnego niepewność, która natychmiast mu
się udzieliła.
- Co znaczy: "nie bardzo"? Co to w ogóle za odpowiedź?! - warknął,
czując, że kabina zwalnia.
- Ja... ja nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem - tłumaczył się
chaotycznie Pournelle. - To jakby... jakby na naszych oczach rodziła się
czarna dziura.
Z jego głosu bił strach.
Leiber szybkim krokiem ruszył w kierunku stanowiska dowodzenia, ostatnie
metry pokonał truchtem, nie zwracając uwagi na witającego go przy grodzi
podoficera. Chyba po raz pierwszy w swojej długiej karierze nie
odpowiedział na salut podwładnego.
Opadł na fotel, nie odrywając wzroku od panoramiconu. Pośrodku głównego
ekranu widział prostopadłościenną formację jednostek NeuroTeku, która
nie wyglądała już tak idealnie jak jeszcze przed chwilą, gdy obserwował
ją z doków w towarzystwie zastępcy dyrektora Instytutu... W prawym górnym
narożniku, bliższym sztabu, kilkanaście jednostek złamało szyk.
Wyglądało to tak, jakby niewidzialna siła przyciągała te statki do
siebie. Albo jakby sama przestrzeń ulegała w tym punkcie zakrzywieniu.
Czyżby był świadkiem narodzin czarnej dziury? Albo nowego tunelu
czasoprzestrzennego? Wskazania sensorów zdawały się potwierdzać obie te
możliwości.
Gdyby nie katastrofa, wróć, gdyby nie zamach na Neurona i Protektora, Leiber mógłby uwierzyć, że sam wszechświat postanowił nie
dopuścić do powstania centrów reedukacji, czyniąc go naocznym świadkiem
zjawiska, jakiego nie widział nikt inny w całej historii ludzkości.
Mając jednak w pamięci wydarzenia z Hyperiona, szczerze wątpił w to
wytłumaczenie. Co zatem działo się w przestrzeni zaledwie sto kilometrów
od centrum dowodzenia? I co ważniejsze: kto za to odpowiadał?
Nagle admirała tknęła jeszcze jedna myśl, która sprawiła, że poczuł
zimne ciarki w okolicach krzyża. Choć od otrzymania pierwszego raportu
upłynęło pięć, nie, już niemal sześć minut, jak dotąd nie dobijał się do
niego żaden polityk. Nie odezwał się nikt z Rady, nie słyszał wściekłego
ryku Heinleina ani ujadania Ericksona, mimo że każdy z nich powinien
wisieć na komunikatorze od pierwszych sekund tego ataku.
Albo maczali w tym palce, albo... Nie, nie, nie... Leiber pobladł na
twarzy. Chwilę mu zajęło, nim wziął się znowu w garść. Na szczęście
ludzie wypełniający centrum dowodzenia nie patrzyli na niego. Uwagę
wszystkich, którzy zachowali jasny umysł, przykuwała flota rzekomych
statków szpitalnych dziesiątkowana na ich oczach.
Nie myśl, tylko działaj, Leiber zganił się bezgłośnie. Nie ukręcaj
bata na samego siebie.
- Komandorze!
- Tak jest! - Pournelle zgłosił się przepisowo. Reprymenda przełożonego
sprzed chwili przywołała go do porządku.
- Odwołajcie wszystkie holowniki z doków orbitalnych! Zbierzcie cały
dostępny sprzęt! Musimy ocalić tyle ce... - zająknął się. - Tyle statków
szpitalnych, ile zdołamy!
- Tak jest!
- Taktyczny! - Admirał się rozkręcał. - Namierzcie mi źródło tej...
anomalii, czymkolwiek ona jest. Chcę mieć komplet danych, natychmiast!
Kolejni wachtowi potwierdzali przyjęcie rozkazów, lecz wyniki, które
spływały na wyświetlacze stanowiska dowodzenia, nie rozjaśniły sytuacji
w najmniejszym nawet stopniu. System z uporem godnym lepszej sprawy
twierdził, że w samym środku bazy powstało przed momentem coś w rodzaju
czarnej dziury, która rosła w tempie wykładniczym, pochłaniając kolejne
statki. Na panoramiconie widział ogromną kulę szczątków, w której co
kilka sekund znikały kolejne smukłe kadłuby. Wir grawitacji rozrywał na
strzępy bądź miażdżył każdą jednostkę, która znalazła się w jego zasięgu
- a ten powiększał się w oczach.
- Admirale! - Pournelle zrobił dziwną minę.
- Co znowu?
- Nasz gość... domaga się rozmowy z panem.
Zatem już wie, pomyślał skwaszony Leiber.
Tylko tego mu brakowało. Nie miał jednak wyjścia, musiał wysłuchać
Wyndhama, żeby nikt mu nigdy nie zarzucił, że zlekceważył
przedstawiciela korporacji.
- Dlaczego nic nie robicie! - wrzasnął zastępca dyrektora, ledwie
pojawił się na wizji. - Nie widzicie, co się dzieje?
- Zapewniam, że podjęliśmy już stosowne działania - odpowiedział
stanowczym tonem admirał.
Nie obawiał się konsekwencji, ewentualne śledztwo wykaże, że działał
zgodnie z regulaminem. Rozkaz wydał przed tą rozmową, co ostatecznie
przesądzało kwestię odpowiedzialności za ewentualne szkody.
- Tak? - Twarz jego rozmówcy wykrzywiła się w złośliwym grymasie. - W takim razie proszę mi wytłumaczyć, dlaczego nie widzę tam żadnego
holownika!
- Nasze holowniki nie mają tak efektywnych napędów jak pański jacht -
odparł bez wahania. - To jednostki wewnątrzsystemowe, bliskiego zasięgu,
które służą do umieszczania remontowanych okrętów w dokach i do
przerzucania ich na pobliskie kotwicowiska. Flotylla waszych jednostek
znajduje się siedem minut lotu od najbliższej stoczni. Praw fizyki nie
da się obejść, jak pan doskonale wie - zakończył stwierdzeniem, którego
wcale nie był pewny.
- Dlaczego umieściliście je tak daleko od kompleksu bazy?! - nie
odpuszczał Wyndham.
- Jeśli mnie pamięć nie myli, zrobiliśmy to pod waszym wpływem - zgasił
go natychmiast Leiber.
- Tak?
- Tak. Może pan to sobie sprawdzić. Koordynaty miejsc postoju flotylli
otrzymaliśmy od przedstawiciela NeuroTeku. Powinien pan być mi
wdzięczny, że wybrałem najbliższą lokalizację z sugerowanych.
- Jeśli dochodzenie wykaże, że przez waszą opieszałość straciliśmy choć
jedno centrum, puścimy was wszystkich z torbami. Czy wyrażam się jasno,
admirale?
- Jasno i wyraźnie - potwierdził Leiber. - Przy sporządzaniu swojego
raportu proszę tylko nie zapomnieć o dodaniu faktu, że zawracając mi
dupę czczymi pogróżkami, uniemożliwiał pan nadzorowanie akcji
ratunkowej.
Zastępca dyrektora otworzył wprawdzie usta, ale nic już nie powiedział.
Rozłączył się za to zamaszystym gestem. Parę sekund później natarczywe
brzęczenie komunikatora oderwało Leibera od lektury kolejnego raportu.
Mechanicznie sięgnął do klawisza aktywacji, ale w ostatniej chwili
zauważył, że dobija się do niego jakiś porucznik z kwatermistrzostwa.
To nie najlepszy moment na składanie meldunków o brakach w sprzęcie,
pomyślał, posyłając natręta do diabła. Ku jego zdziwieniu ten nie
zrezygnował. Ikonka przedstawiająca uśmiechniętą twarz o kwadratowej
szczęce pojawiła się ponownie, ledwie zdążył cofnąć palec. Kolejny ruch
ręką i połączenia z magazynem zostały zablokowane na dobre.
- Admirale... - Tym razem na wyświetlaczu pojawił się Pournelle.
- Tak, komandorze?
- Zgłosił się do mnie porucznik Weber z kwater...
- Czy wam wszystkim kompletnie odbiło?! - wrzasnął Leiber, wskazując
palcem na panoramiczny ekran. - To jest nasz problem! To, a nie jakieś...
- Zatchnął się ze złości.
Komandor wpadł mu natychmiast w słowo.
- Ale on właśnie w tej sprawie.
- Co?!
- Proszę spojrzeć.
Centralną część wyświetlacza wypełniło nagranie z jakiegoś portu
orbitalnego, w którym podobna anomalia grawitacyjna pochłaniała sześcian
magazynów centrum logistycznego. Z gigantycznej konstrukcji niewiele już
zostało.
- Dajcie mi go - rzucił pośpiesznie Leiber.
- Admirale, mel... - zaczął porucznik, ale został bezpardonowo uciszony.
- Co to jest?
- To nagranie z Itmosa 21 - odparł Weber. - Krąży po Holonecie od
wczoraj. Doszło tam do niekontrolowanej aktywacji eksperymentalnego
sprzętu górniczego, czegoś, co nazywa się kolapsar. Tak przynajmniej
ogłoszo...
- Komandorze! - Leiber nie słuchał dalej. - Każcie namierzyć producenta
tego bozońskiego skurwykloństwa i bezzwłocznie mnie z nim połączcie! -
Przechodząc na kanał ogólny, dodał: - Do wszystkich załóg, mówi admirał
Leiber. Zlokalizować centrum tej anomalii grawitacyjnej i walić w nie
wszystkim, co tam macie, prócz atomówek! Bez odbioru.
Opadł ciężko na oparcie fotela, skupiając wzrok na przesłanym mu
nagraniu. To musi być to! Port orbitalny na Itmosie demolowała ta sama
siła, która dziesiątkowała statki NeuroTeku. To nie przypadek, że...
Kolejne połączenie przychodzące, tym razem ze stanowiska łączności.
Za moment poznamy prawdę, uznał dowódca trzeciego metasektora, ale
choć słusznie przewidział rozwój wypadków, nie takiego wyjaśnienia się
spodziewał.
- Admirale, powinien pan to zobaczyć - zameldował wachtowy, przesyłając
na jego wyświetlacz następny przekaz.
Leiber znał tę twarz. Potrzebował tylko kilku sekund, by dopasować do
niej nazwisko. Kapitan Bukowski, nieżyjący już niestety legendarny
bohater, jedyny dowódca ark Lockharta, który dotarł żywy do celu
gwiezdnej podróży.
- Co on ma wspólnego z obecną sytuacją? - prychnął, irytując się, że
ktoś śmie odciągać jego uwagę.
- Obawiam się, że dużo, admirale - wtrącił spoglądający gdzieś poza
własny wyświetlacz Pournelle.
Admirał aktywował neurolink. Głos Bukowskiego docierał do niego teraz
tak czysto, jakby stali twarzą w twarz.
- ...ykle groźną formę zniewolenia, jaką mają być tak zwane centra
reedukacyjne. W tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego, jak czynnie
przeciwstawić się zbrodniczym działaniom oligarchów i wysługujących się
im polityków...
Twarz Bukowskiego zniknęła, ustępując miejsca innemu przekazowi. Patrzył
obecnie na widzianą z wysokiej orbity planetę. Gęsto zaludnioną, sądząc
po ilości świateł widocznych na jej nocnej stronie. Wszczep
zidentyfikował ją niemal natychmiast. Delta Centuriona.
Czy nie tam mieści się siedziba główna Instytu...
Leiber się wzdrygnął, musiał też zmrużyć oczy, ponieważ oślepił go błysk
eksplozji, do której doszło po dziennej stronie, na skraju strefy
zmierzchu. Wokół zapadła nagle kompletna cisza. Wszyscy patrzyli w niemym przerażeniu na falę uderzeniową pochłaniającą coraz dalsze partie
głównego kontynentu, unicestwiającą wszystko, co stało na jej drodze.
- A niech mnie... - wymamrotał, dostrzegłszy nad cieniutką, połyskującą
fioletem warstwą atmosfery ciemniejsze wybrzuszenie, które rozrastało
się powoli, formując kopułę dymu i ognia. Tryskały z niej w przestrzeń
całe chmary płonących szczątków.
- System melduje, że obserwujemy skutki uderzenia asteroidy - zameldował
zduszonym głosem komandor Pournelle.
- Asteroidy? - powtórzył oszołomiony Leiber.
Zamieszkane globy były chronione przez rozbudowane systemy wczesnego
ostrzegania, dysponowały także doskonałą obroną orbitalną, która nie
przepuściłaby kamyka wielkości człowieka, a co dopiero olbrzyma mogącego
zmieść wszelkie przejawy życia.
- To atak, za który kapitan Bukowski wziął przed momentem
odpowiedzialność - kontynuował tymczasem komandor, który wysłuchał nieco
dłuższego fragmentu wypowiedzi słynnego kapitana.
- Atak?
Jakim cudem martwy od pewnego czasu kapitan może odpowiadać za
zniszczenie Delty, do którego doszło przed dwiema minutami? To musi być
jakaś mistyfikacja. Bezgranicznie durna i bezsensowna jak większość
politycznych intryg z ostatnich lat.
Admirał postanowił przyjrzeć się uważniej rzekomemu wystąpieniu
Bukowskiego. Wystarczyła chwila, by zrozumiał w czym rzecz, lecz nadal
był w kropce.
Wszystkie elementy układanki znalazły się na swoim miejscu, mimo to
Leiber nadal nie umiał się dopatrzyć sensu tego wszystkiego. Skala
podjętych działań wskazywała dobitnie, że za atakami stoi któraś z największych korporacji, ponieważ tylko ludzie dysponujący absurdalnie
wielkim kapitałem i dojściami do najwyższych szczebli władzy mogli
zaplanować i przeprowadzić operację o takim stopniu skomplikowania.
Teorii tej przeczyła jednak treść wystąpienia Bukowskiego, który
stwierdził wprost, że likwidacja Diakowa i jego programu jest dziełem
rzekomego ruchu oporu czy innej tajnej organizacji, o której istnieniu
nikt wcześniej nie słyszał. Z kolei atak na Deltę Centuriona zadawał
kłam słowom kapitana. Ludzie dążący do wywołania rewolucji muszą
pociągnąć za sobą masy, a nikt przy zdrowych zmysłach nie poparłby
zwyrodnialców winnych zniszczenia jednej z najludniejszych kolonii w Systemach Centralnych.
To nie trzyma się kupy! A zagadkowe milczenie polityków, bez wątpienia
zaangażowanych w tę operację?
Admirał sapnął głośno, gdy zerknął na timer. Szósta czterdzieści siedem
czasu standardowego. Miał wrażenie, że ten koszmar trwa całą wieczność,
lecz od chwili, gdy przekroczył próg centrum dowodzenia, minęło dopiero
siedem minut, a od ogłoszenia alarmu nie więcej niż dziesięć.
Kolejny brzęczący sygnał: na linii pojawił się znów Wyndham. Palec
Leibera zawisł nad wirtualnym klawiszem. Admirał nie miał najmniejszej
ochoty na wysłuchiwanie tyrad, zresztą po zniszczeniu Instytutu akcje
NeuroTeku spadły u niego do zera. Ta korporacja była skończona. Nawet
jeśli podniesie się po kryzysie, nie będzie znaczącym graczem, a już na
pewno nie zdoła wpłynąć na jego dalszą karierę.
- Poruczniku Bisson - zamiast odebrać, skontaktował się z dowódcą
eskorty. - Zapakujcie naszego gościa na pokład jego jachtu i każcie mu
spieprzać z Kalidona.
- Obawiam się, że nie pójdzie po dobroci.
Leiber spodziewał się podobnej odpowiedzi.
- To go zmuście. Daję wam wolną rękę, ale ma zniknąć z tego systemu. Bez
odbioru. - Chociaż jeden problem z głowy, pomyślał, koncentrując się
ponownie na spływających nieustannie komunikatach i raportach. -
Połączcie mnie z gubernatorem albo sekretarzem Rady - rozkazał moment
później wachtowym ze stanowiska łączności.
Wszystko inne musiało poczekać. Przyjdzie jeszcze czas na
rozpamiętywanie ofiar z Delty Centuriona i załóg Neurona i Protektora. Nie mógł dla nich nic zrobić, prócz biernego przyglądania
się, jak giną, a zagrożenie dla bazy pozostawało realne. Broń, której
użyto do likwidacji centrów reedukacji, okazała się trudniejsza do
zniszczenia, niż pierwotnie przypuszczał. W chwili obecnej ostrzał
prowadziło już siedem jednostek, w tym flagowy krążownik trzeciej floty,
ale kolapsar działał w najlepsze. Wir grawitacyjny powiększał się z sekundy na sekundę, pochłaniając kolejne salwy na równi z helonem i plastalą wraków.
- Gubernator Heinlein jest nieosiągalny - zameldował niemal natychmiast
wachtowy.
- To znaczy?
- Przebywa aktualnie w nadprzestrzeni.
- A co z Ericksonem?
- On... także wykonał skok. Około dwu godzin temu. - Podoficer odczytał
treść komunikatu przesłanego z Edenu.
Chociaż jedna tajemnica znalazła wyjaśnienie, pomyślał Leiber z ulgą.
Zaczynał się już obawiać, że spiskowcy, kimkolwiek byli, napadli na
wszystkie istotne cele naraz. Chociaż... Kolejna myśl go zmroziła.
Przebywający w nadprzestrzeni dygnitarze mogli przecież zostać
wyeliminowani po wykonaniu skoku. O tym, że nie żyją, reszta świata
dowie się dopiero wtedy, gdy ich statki dotrą do celu, czyli za dwie,
trzy godziny.
- Hm - mruknął i przeszedł do rozważenia innych dostępnych opcji. -
Przekażcie do centrali wubecji, że sztab trzeciego metasektora
rekomenduje zamknięcie i zabezpieczenie stref skoku w systemach, do
których zmierzają Heinlein i Erickson - rozkazał.
Krok ten - w świetle ostatnich wydarzeń - nie wydawał się bynajmniej
przesadą. Spiskowcy udowodnili, że dysponują pełną wiedzą na temat
programu Diakowa, co oznaczało, że musieli także być świadomi roli, jaką
odgrywali dwaj politycy. Leiber uznał, że lepiej będzie zadbać, aby ci
ostatni nie podzielili losu Protektora i Neurona. Jeśli zdoła ocalić
im skórę, na pewno mu się odwdzięczą.
- Gdzie są te skurwyklony od tych... jak im tam... kolapsarów! - wrzasnął,
aktywując raz jeszcze połączenie z pionem łączności. - Tylko mi nie
mówcie, że też są nieosiągalni!
- Wszyscy członkowie zarządu korporacji MineReal przebywają obecnie na
terenie portu orbitalnego Bety Itmosa 21. Przekazałem pilne wezwanie do
tamtejszej centrali wydziału, ale to naprawdę gigantyczna instalacja, a sprawę utrudnia fakt, że już wczoraj została kompletnie odcięta od Sieci
- zameldował wachtowy.
No tak, czarni, jak to oni, po prostu zablokowali wszystkie kanały
łączności, żeby zapobiec dalszym przeciekom. To komplikowało sprawę. W obecnej sytuacji nie zaprzestaną zagłuszania, a wyciągnięcie któregoś z decydentów poza granice strefy zamkniętej może potrwać godzinę albo
dłużej. Leiber nie miał tyle czasu, wiedział to bez ciągłego zerkania na
timer. Musiał jednak coś zrobić, by nie zarzucono mu bierności.
- Znajdźcie mi w takim razie kogoś niżej postawionego, głównego
inżyniera, projektanta albo choćby zwykłego robola, który pracował przy
tym całym kolapsarze i wie, jak się z nim obchodzić!
- Tak jest.
Admirał przesunął palcem pod kołnierzykiem munduru, jakby ten zaczął go
nagle uciskać. Brakowało mu tchu, pocił się nadmiernie. Pora się
wspomóc, doszedł do wniosku i aktywował wszczep neuralny. Choć załoga
centrum dowodzenia kończyła wszystkie manewry i ćwiczenia z wyróżnieniem, zauważył, że w obliczu prawdziwego kryzysu jej postawa
pozostawia wiele do życzenia. On sam też zaczynał się gubić. Zbyt dużo
działo się naraz, w dodatku żaden z problemów, przed którymi dzisiaj
stanęli, nie miał odpowiednika w programie szkoleń. Bez ostrzeżenia
trafili w sam środek piekła, a na domiar złego nie mogli liczyć na
wsparcie.
Po trzech głębszych wdechach poczuł się lepiej, spokój rozlewał się po
jego ciele chłodną falą. Jeszcze dwa oddechy i zupełnie zdławił strach.
Teraz miał znacznie jaśniejszy ogląd sytuacji. Bez formuły, bez backupu
z Instytutu, jednostki NeuroTeku były niczym więcej niż kupą złomu. Nikt
nie będzie miał mu za złe, że dopuścił do ich zniszczenia, nawet jeśli
audyt wykaże, że nie zrobił wszystkiego co w jego mocy, by je ocalić.
- Komandorze, ile statków szpitalnych zdołamy odholować? - zapytał,
prostując plecy.
- Minimum dwadzieścia, jeśli nie natrafimy na żadne nieprzewidziane
przeszkody - odparł oficer dyżurny.
Dwadzieścia? To tylko kilka procent całej formacji! Admirał pokręcił
głową z niedowierzaniem. Ten, kto zaplanował i przeprowadził tę
operację, jest pieprzonym geniuszem albo... Albo miał i być może nadal ma
pełen wgląd w to, co dzieje się na Kalidonie!
Ta druga myśl bardzo mu się nie spodobała.
- Wykonać pełne skanowanie przestrzeni wokół bazy, ze szczególnym
uwzględnieniem sektorów otaczających zaatakowaną formację! - rzucił. -
Szukać każdego odstępstwa od normy. Zneutralizować i przejąć każdy cel,
który da choćby śladowy odczyt!
- Tak jest.
- Admirale. - Wachtowy ze stanowiska łączności odezwał się znacznie
pewniejszym głosem.
- Meldujcie.
- Na kanale trzecim mamy zastępcę kierownika działu prototypów
MineReala. To niejaki Reginald...
- Łączyć! - Leibera nie interesowało, jak technik się nazywa.
- Tak jest.
Młody mężczyzna na hologramie wyglądał na bardziej zdziwionego niż
przejętego widokiem rozmówcy. Admirał nie był zapewne pierwszym
człowiekiem, który zamierzał go przemaglować, choć z pewnością
przewyższał rangą każdego poprzednika. Mając to na uwadze, Leiber
postanowił przejść od razu do rzeczy.
- Jak wyłączyć to wasze skurwykloństwo?
Technik westchnął ciężko.
- Czy wy tam, w służbach, nie umiecie komunikować się ze sobą nawet w tak ważnych kwestiach? - zapytał, krzywiąc się pogardliwie. - Trzy razy
już wam to mówiłem.
Admirał zacisnął mocno szczęki. Niewykluczone, że poczerwieniał także na
twarzy. Jako dowódca wysokiego szczebla nie spotykał się często z tak
jawnym lekceważeniem. Podobnym protekcjonalnym tonem zwracali się do
niego wyłącznie bezpośredni przełożeni, jeśli coś spieprzył, i politycy
ze szczytów władzy, dla których wszyscy prócz oligarchów byli zerami.
Nie zamierzał puścić płazem tej impertynencji.
- Odpowiadaj albo... - warknął, zawieszając głos.
Technik spokorniał w momencie.
- Wystarczy wprowadzić kody dezaktywacyjne, ale...
- Prześlij je do mnie natychmiast, razem ze szczegółową instrukcją! -
Leiber nie dał mu skończyć.
- ...ale nie radzę ich używać, jeśli nie chcecie, żeby większość
instalacji portu orbitalnego podzieliła los naszego centrum
logistycznego.
- Możesz wyrażać się jaśniej? - Admirał cofnął dłoń znad klawiatury.
- Pozbawiony zasilania kolapsar uwolni w jednej chwili całą zgromadzoną
materię, a ta...
- Chcesz powiedzieć, że zadziała jak bomba?
- Coś w tym stylu - przyznał niechętnie młody mężczyzna. - Ściągnięte
przez kolapsar szczątki polecą we wszystkich kierunkach. Przy kilku
milionach ton masy i takim rozdrobnieniu skala zniszczeń będzie trudna
do wyobrażenia. Symulacje pokazują, że stracimy ponad dziewięćdziesiąt
procent instalacji orbitalnych. Poza tym Beta nie ma gęstej atmosfery,
więc i na jej powie...
Leiber uciszył go uniesieniem dłoni.
- Co zatem sugerujesz?
- Sytuacja uległa zmianie? - Reginald pochylił się mocniej, jakby poczuł
nagle większe zainteresowanie tematem. - Udało się nawiązać kontakt z jednostką sterującą?
Admirał nie był w ciemię bity. Zdawał sobie sprawę, że nie może w oficjalnej rozmowie z osobą spoza kręgu wtajemniczonych potwierdzić
faktu aktywacji innego kolapsara w jego bazie. Musiał improwizować, choć
w tym akurat nie był zbyt dobry.
- Opracowujemy procedury na wypadek wystąpienia kolejnych zagrożeń tego
typu - podał pierwsze wytłumaczenie, jakie przyszło mu do głowy.
Gdy rozmówca spojrzał na niego znacząco, Leiber zrozumiał, że kłamstwo
było szyte zbyt grubymi nićmi. Ktoś jego rangi nie zniżyłby się przecież
do opracowywania procedur. Od tego miał podwładnych. Nie mógł już jednak
cofnąć wypowiedzianych słów.
- Mów! - ponaglił technika.
- Nie będzie kolejnych zagrożeń tego typu. - Reginald wzruszył
ramionami. - Wyprodukowaliśmy tylko dwa egzemplarze kolapsara o tak
dużej mocy. Oba znajdowały się w zniszczonym centrum logistycznym...
Co za ulga, pomyślał admirał, z radością przyjmując wiadomość, że
przeciwnik, kimkolwiek był, nie dysponował większą liczbą takich
urządzeń.
- Konkrety, proszę! - rzucił.
- W pierwszej fazie rozruchu, zanim kolapsar zdąży przechwycić znaczną
masę materii, należy stosować procedury wygaszające - wyjaśnił Reginald.
- Na późniejszych etapach, gdy masa przechwyconej materii jest już zbyt
duża, pozostaje tylko ewakuacja wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość,
poza strefę rażenia. Pod żadnym pozorem nie należy aktywować awaryjnego
wyłączenia tokamaka.
Kolapsar dziesiątkujący statki NeuroTeku zdążył stworzyć z wraków wir o masie kilku milionów ton, składający się głównie z brył plastali. Gdyby
w najbliższym czasie doszło do ich niekontrolowanego uwolnienia, cała
baza zostałaby zmieciona z przestrzeni. Do czegoś podobnego doszło na
Itmosie.
Jaki jest sens używania sprzętu, przed którym trzeba ewakuować wszystko
co cenne w zasięgu wzroku? - zdumiał się Leiber po krótkiej chwili
zastanowienia.
- Po jaką cholerę skonstruowaliście to skurwykloństwo? Z opisu wynika,
że jest kompletnie bezużyteczne.
- Z całym szacunkiem, panie admirale - odparł pośpiesznie technik - ale
mówimy o nieukończonych prototypach. Finalna wersja kolapsara jest
wyposażona w napęd. Zadaniem urządzenia będzie przechwytywanie i gromadzenie materii, na przykład z gęstych pól asteroid, i przenoszenie
jej w bezpieczne miejsce, takie jak niskie orbity planet czy pobliże
gwiazd, gdzie powoli uwalniana może być segregowana bez ryzyka
zaśmiecenia przestrzeni całego systemu.
- Rozumiem. Ile mamy czasu na przeprowadzenie ewakuacji? - Zadając to
pytanie, Leiber z trudem panował nad drżeniem głosu.
- Od aktywacji minęła dopiero doba...
- Ile?
- Z dokumentów spedycyjnych wynika - zastrzegł Reginald - że kolapsar
przed wysyłką został wyposażony w komplet nowiutkich ogniw paliwowych. W zeszłym miesiącu zrobiono mu także wszystkie przeglądy.
- Ile? - powtórzył zniecierpliwiony Leiber.
- Spokojnie, panie admirale. Macie naprawdę dużo czasu. Ten reaktor może
i powinien pracować na pełnej mocy przez dwa miesiące. Później, gdy
poziom zasilania spadnie poniżej wartości krytycznej, rozpocznie się
proces automatycznego wygaszania, który potrwa około stu godzin. W tym
czasie przejęta masa będzie stopniowo uwalniana.
- To mi wystarczy. - Admirał sięgnął do klawiatury, by zakończyć
rozmowę.
- Tylko nie próbujcie do niego strze...! - zawołał Reginald, aby zdążyć
przed rozłączeniem.
- Szlag! - zaklął Leiber, po czym przeszedł na kanał ogólny. - Do
wszystkich jednostek! Wstrzymać ogień! Powtarzam: natychmiast wstrzymać
ostrzał anomalii grawitacyjnej i czekać na dalsze rozkazy!
Odchylił się na oparcie fotela, przymknął powieki i zaczerpnął głębiej
tchu. Niewiele, naprawdę niewiele brakowało, bym spotęgował straty do
niewyobrażalnych rozmiarów...
Wprowadził kilka zwięzłych poleceń do Systemu. Zadanie było proste,
zatem odpowiedź nadeszła prawie bezzwłocznie. Przeniesienie bazy na
przeciwległą stronę Alfy potrwa sto szesnaście godzin, wliczając w to
wejście na znacznie wyższą orbitę, co pozwoli uniknąć zagrożeń ze strony
tych szczątków, które zostaną uwięzione w polu grawitacyjnym planety i okrążą ją nawet kilkakrotnie, zanim wyparują w atmosferze albo utoną w morzach lawy.
Czasu miał więc naprawdę sporo, ale i tak nie zamierzał zwlekać z ewakuacją. Im prędzej jego ludzie i sprzęt znajdą się po drugiej stronie
planety, tym lepiej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki