CO MNIE UKSZTAŁTOWAŁO
Moje pierwsze spotkanie z Gdańskiem oraz jego zabytkami, a właściwie w większości z ruinami, przypadło po świętach Bożego Narodzenia 1946 roku, gdy przyjechałem tutaj z matką z Włocławka. Oczywiście nic nie pamiętam z tego wydarzenia, bo miałem wówczas jedynie półtora roku. Jednak zanim przejdę do tej opowieści, muszę cofnąć się o kilka lat wstecz na polskie Kresy, na Wileńszczyznę. Gdyż tam podczas nauki na wydziale budowlanym w Państwowej Szkole Technicznej w Wilnie ojciec podjął współpracę z wykładowcą architektury Janem Borowskim5, co znacząco wpłynęło na dalsze losy jego zawodowej kariery, a tym samym na całą naszą rodzinę. Borowski powierzył ojcu prowadzenie pod swoim kierownictwem pierwszych prac konserwatorskich na zamku w Trokach. To tam latem 1940 roku ojciec poznał moją matkę. Pochodząca z Pomorza Helena Prusakowska6 trafiła na te tereny, gdy jej ojciec Jan Prusakowski7 został skierowany do pracy na Kresy Wschodnie. W święta Bożego Narodzenia 1944 roku moi rodzice wyjechali z Wilna i w Nowy Rok przekroczyli granicę Polski. Po krótkim pobycie w Białymstoku wyjechali do Grudziądza, do pomorskiej rodziny mojej matki, gdzie 14 lipca 1945 roku przyszedłem szczęśliwie na świat. Jednak już w październiku przenieśliśmy się do Włocławka, gdzie zamieszkaliśmy u Swarcewiczów - rodziny siostry mojego ojca. W lipcu 1946 roku ojciec przyjął ofertę pracy Borowskiego, wówczas wojewódzkiego konserwatora zabytków, i przeniósł się do Gdańska. Po pół roku dołączyliśmy do niego z resztą rodziny. Ojciec od najmłodszych lat często zabierał mnie ze sobą do pracowni konserwatorskiej, mieszczącej się wtedy we Wrzeszczu. Z ciekawością przyglądałem się poustawianym na półkach makietom kościołów, wież i konstrukcji więźb dachowych. Obserwowałem, jak powstawały precyzyjne rysunki, mające posłużyć do rekonstrukcji detali architektonicznych, oraz przysłuchiwałem się tajemniczym dla mnie wówczas dysputom. Czasami otrzymywałem kartkę papieru, ołówek lub kredki i mogłem tworzyć swoje wizje projektowe. W pracowni konserwatorskiej panowała rodzinna atmosfera i czasami brałem udział w pracownianych uroczystościach, podczas których poznałem najbliższych współpracowników profesora Borowskiego. Z niektórymi z nich przyszło mi później pracować w Przedsiębiorstwie Państwowym Pracownie Konserwacji Zabytków w Gdańsku (PP PKZ). Ojciec w tym czasie projektował i prowadził nadzór nad rekonstrukcją hełmu wieży Ratusza Głównego Miasta. Uroczystość związana z osadzeniem posągu króla Zygmunta Augusta na zrekonstruowanym renesansowym hełmie odbyła się 7 listopada 1950 roku. Ojciec bardzo chciał, abym i ja był świadkiem tego wydarzenia, więc przyszedł po mnie do domu na gdańską Olszynkę, gdzie wówczas mieszkaliśmy. Gdy dotarliśmy do ratusza, proces wciągania posągu już trwał i dalszą część tej uroczystości oglądaliśmy razem z dołu. Zapamiętałem z tego wydarzenia głównie to, jak za pomocą dużego drewnianego kołowrotu kilku robotników nawijało linę, która unosiła posąg coraz wyżej, aż na miejsce jego osadzenia na szczycie hełmu.
ilustracja 3.
Rodzice, Helena i Kazimierz Macurowie, Duniłowicze, 1942 rok
ilustracja 4.
W pracowni prof. Jana Borowskiego (Andrzej Macur szósty od prawej), Gdańsk, 1949 rok
ilustracja 5.
Andrzej Macur podczas pomiarów inwentaryzacyjnych na zamku w Kętrzynie, 1961 rok
W 1959 roku przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania w Głównym Mieście w Gdańsku przy ulicy Świętojańskiej. Tutaj znalazłem się w zupełnie nowym otoczeniu, które otworzyło przede mną możliwość codziennego przebywania pośród wielowiekowych zabytków oraz starannie odbudowywanych kamienic. Zza kuchennego okna naszego mieszkania wyzierały dostojne mury kościoła św. Jana i jego mroczne zaułki. Od tamtego czasu zabytkowe budowle stały się moimi towarzyszami na wiele lat. Także dlatego, że gdy ojciec od 1951 roku rozpoczął pracę w gdańskim oddziale PKZ, znowu zabierał mnie do pracowni projektowej - tym razem mieszczącej się w Zielonej Bramie. Czasami pomagałem mu w pomiarach inwentaryzacyjnych zniszczonych zabytków, trzymając zero taśmy mierniczej. Przy tej okazji poznawałem architektoniczną terminologię części budowli i jej detali.
Nie było żadnych sugestii ze strony ojca, abym poszedł w jego ślady. Lecz pod koniec liceum w marcu 1963 roku skierował mnie na ćwiczenia z rysunku. Jeszcze czworo nieznanych mi osób stawiało tam swoje pierwsze kroki, szkicując na dużych arkuszach papieru, umieszczonego na drewnianej sklejce. Uczono nas rysowania martwej natury i portretu, używając do tego węgla drzewnego lub miękkiego, grubego grafitu. Nigdy wcześniej nie rysowałem takimi narzędziami ani martwej natury, ani postaci. Okazało się, że trzymiesięczny kurs ujawnił moje zdolności w tym kierunku i egzamin klasyfikacyjny z rysunku zdałem ogólnie z wynikiem dobrym, a z portretu nawet z bardzo dobrym. Również pozostałe egzaminy zaliczyłem bez problemów i jesienią rozpocząłem studia na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej.
ilustracja 6.
Na zajęciach z malarstwa na wydziale architektury Politechniki Gdańskiej, 1965 rok
Wakacje podczas studiów nie były okresem wypoczynku, lecz czasem letnich praktyk. Pierwszą, którą odbywałem w kilkuosobowej grupie kolegów i koleżanek z roku, była miesięczna praktyka budowlana w Nowej Hucie. Miałem szczęście zamieszkać w hotelu robotniczym w jednym pokoju z Bartkiem Zwiejskim, który na studia przybył z Pasłęka. Był studentem bardzo uzdolnionym plastycznie i mającym dużą łatwość w nauce języków obcych. Na początku może czuł się trochę zagubiony w nowym wielkomiejskim środowisku, ale my od razu znaleźliśmy wspólny język i pozostajemy przyjaciółmi do dzisiaj.
Nowa Huta, w której byłem po raz pierwszy, zdumiała mnie swoją wielkością, monumentalnością założenia urbanistycznego oraz architekturą niektórych budynków. We wspomnieniach kojarzy mi się z monotonną kolorystycznie (budynki nie były otynkowane), pozbawioną zieleni "maszyną do mieszkania". Trafiliśmy do przedsiębiorstwa, które realizowało kolejne duże osiedle w najnowszej technologii wielkiej płyty. Było to dla mnie o tyle interesujące, że wcześniej nie spotkałem się z tym systemem realizacji budynków. Mieszkając w Głównym Mieście w Gdańsku, obserwowałem na co dzień, jak stawiano z cegły kolejne kamieniczki metodami tradycyjnymi. A tutaj zobaczyłem wielkie płyty żelbetowe unoszone przez dźwigi posuwające się po torach i składające kolejne ściany i piętra jak z klocków. Również wykończenie budynków było uprzemysłowione: wylewano posadzki i wykonywano tynki za pomocą agregatów, a nie ręcznie. Ale ta nowinka techniczna szybko mi się opatrzyła, tym bardziej że same mieszkania były bardzo małe, a rozwiązania funkcjonalne nieciekawe.
ilustracja 7.
Odpoczynek podczas praktyki urbanistycznej, Mirosław Hrynkiewicz, Andrzej Macur i Adam Kołodziej, Gdańsk-Przymorze, 1966 rok
W czerwcu następnego roku wyjechaliśmy na plener malarski do wsi Wiele, przepięknie położonej nad jeziorem, w której znajduje się neobarokowy kościół i kalwaria. Zamieszkaliśmy w kwaterach prywatnych małych domów położonych wzdłuż ulicy przebiegającej przez całą wieś. Mimo paskudnej pogody przez dwa tygodnie malowaliśmy kaszubskie krajobrazy, kąpaliśmy się w jeziorze i odbywaliśmy spacery na kalwarię. Był to dla nas nie tylko czas nauki, ale też integracji. W trakcie jednego ze spacerów Kalwarią Wielewską poznałem Mirka Hrynkiewicza. Od tego czasu zaczęła się nasza przyjaźń - późniejsze wspólne praktyki, wojaże oraz różne filmowe i teatralne plany. Mirek przyjechał na studia z nieznanej mi Ornety. Już wtedy wyróżniał się wieloma zdolnościami. Był bardzo oczytany, pisał wiersze oraz teksty i muzykę do pieśni, które sam wykonywał, grając na gitarze. To on wprowadził mnie w krąg światowej literatury i był niedoścignionym wzorem w inspirowaniu różnych kulturalnych wydarzeń, ale też codziennych imprez oraz naszego wspólnego podróżowania. I tak już pozostało przez długie lata.
ilustracja 8.
W trakcie realizacji filmu, 1968 rok
Latem 1966 roku podczas praktyki urbanistycznej opracowywałem z Adamem Kołodziejem, Mirkiem Hrynkiewiczem i Markiem Sójką dokumentację dotyczącą rozplanowania i charakteru zabudowy osiedla Przymorze, połączoną z analizą jego aspektów urbanistycznych. Przy tej okazji mogłem doskonalić umiejętności fotografowania architektury oraz skonfrontować swoje wcześniejsze wrażenia z Nowej Huty, ponieważ Przymorze również powstało jako wielka sypialnia - w tym wypadku przede wszystkim dla pracowników stoczni. Jednakże założenie urbanistyczne Przymorza różniło się od tego z Nowej Huty. Tutejsza zabudowa nie miała nic wspólnego z tworzeniem pierzei, była rozrzucona i komponowana w wyszukane układy, jakby miała być oglądana z lotu ptaka. Ten modernistyczny sposób planowania urbanistycznego okazał się trudny do oswojenia dla większości mieszkańców, którzy przyzwyczaiwszy się do zabudowy wzdłuż wyraźnie wytyczonej siatki ulic, czuli się zagubieni w plątaninie nowej zabudowy. To słabe rozgraniczenie strefy publicznej od prywatnej powodowało raczej poczucie chaosu, a nie ładu przestrzennego.
Druga letnia praktyka była już zdobywaniem doświadczenia w realizacji profesjonalnej dokumentacji zabytku. Dotyczyła ona inwentaryzacji zabytkowej kamienicy mieszczańskiej w Toruniu przy ulicy Żeglarskiej 6. Ta kilkukondygnacyjna budowla gotycka miała dwie kondygnacje sklepionych piwnic. Wykonywanie inwentaryzacji nie było dla mnie czymś nowym, ponieważ już wcześniej pomagałem ojcu w pomiarach i obserwowałem, jak ze szkiców pomiarowych wykonywał rysunki rzutów, przekrojów i elewacji budowli. Zostałem wyznaczony na kierownika pięcioosobowego zespołu i tak sprawnie pokierowałem pracą, że w ciągu dwóch tygodni jako nieliczni zrobiliśmy pomiary i wyrysowaliśmy pełną inwentaryzację kamienicy. Dla efektu naszej pracy dużą rolę odegrał Janusz Zawieja, który w tylko sobie znany sposób pięknie wykreślił całość w tuszu. Wszyscy zaliczyliśmy praktykę z oceną bardzo dobrą.
ilustracja 9.
Z Mirkiem Hrynkiewiczem podczas podróży na Południe, Budapeszt, 1967 rok
Na uczelni od lat działał Parlament Studencki, który był pierwszym samorządem studenckim, jaki powstał w kraju po 1957 roku. Jesienią 1966 roku zostałem wybrany na przewodniczącego Komisji Kultury Zespołu Poselskiego Wydziału Architektury i tę funkcję pełniłem do sławnego marca roku 1968. W ramach komisji uczestniczyłem w organizowaniu koncertów muzycznych, wystaw malarskich i fotograficznych czy przedstawień teatralnych. Dodatkowa działalność w klubach filmowych Żaka - AKF i DKF, a także uczestnictwo w Wakacyjnych Studiach Wiedzy o Filmie poszerzało moje horyzonty w tej dziedzinie. Poznawałem najnowsze szkoły i kierunki filmowe, od młodych angielskich gniewnych, nowej fali czeskiej, po nieznane mi dotychczas kino japońskie czy brazylijskie cinema-nôvo, a także dzieła Felliniego i Antonioniego, prezentujące nową stylistykę filmową. Niezapomniane wrażenie wywarły na mnie filmy nowej fali francuskiej, bardzo poetyckie Hiroszima, moja miłość i Zeszłego roku w Marienbadzie Resnaisa oraz nowoczesne w narracji filmowej obrazy Godarda, naszego ówczesnego guru. To oczarowanie nowymi prądami w filmie przeniosło się także na literaturę i teatr. Najbardziej zainteresowały mnie dzieła Robbe-Grilleta, Calvino, Cendrarsa, Gary'ego, Baudelaire'a, ale także powieści pisarzy radzieckich - Paustowskiego i Babla. Uczestniczyłem w prowadzonych przez moich przyjaciół kabaretach czy spektaklach teatralnych Teatru "ą" Włodzimierza Wieczorkiewicza8, uważanego wówczas za jeden z najciekawszych teatrów w kraju. To zapewne miało wpływ na ukształtowanie się mojej wrażliwości artystycznej i spowodowało, że również spróbowałem tworzyć własne formy wyrazu. To wtedy gdy zostałem szefem Amatorskiego Klubu Filmowego, przy udziale kolegów z wydziału architektury, Sójki, Urbanowicza i Hrynkiewicza, powstały moje pierwsze filmy, które pokazywaliśmy w klubie na imprezach kabaretowych. A klub filmowy, zdobywając nagrody na licznych festiwalach, zaliczał się w tamtych czasach do polskiej czołówki kina amatorskiego.
ilustracja 10.
Podczas inwentaryzacji w budynku bramnym zamku w Szymbarku, 1968 rok
W 1967 roku władze pozwoliły biurom turystycznym na sprzedaż dewiz w wysokości 60 dolarów, co umożliwiło mi wraz z Mirkiem, Bartkiem oraz Wojtkiem Maciejewskim, odbyć wędrówkę po krajach południowowschodniej Europy, od Czechosłowacji aż do Rumunii. Ale głównym celem była podróż autostopem wzdłuż całej Jugosławii, która w czasach komuny była dla nas oazą świata zachodniego. Była to niesamowita, niezapomniana ponad miesięczna tułaczka po wspaniałych zabytkach, uroczych zakątkach Adriatyku, odbyta w atmosferze niepewności dokąd dojedzie się dnia następnego i co nas tam spotka. To wszystko doskonale wpisywało się w klimat tamtych czasów, związany z motywem drogi, hipisowskiej beztroski oraz miłości.
W następnym roku udało się nam ponownie wyjechać do Jugosławii. Tym razem przebywaliśmy na wyspach Kryk, Hvar i Korčuli, ale także odwiedzając Mostar, Sarajewo Trogir i Dubrownik. 21 sierpnia będąc w Trogirze dowiedzieliśmy się o agresji wojsk Paktu Warszawskiego na Czechosłowację. Wieczorem w TV Viesti obejrzeliśmy kręcony z samochodu ambasady austriackiej reportaż z Pragi, ukazujący demonstracje oraz wozy pancerne i czołgi obwieszone transparentami i hasłami. Radio, TV oraz prasa jugosłowiańska i zachodnia podały, że jesteśmy narodem zhańbionym. Wobec czego Mirek wyszył na swojej bluzie napis - INFAME FOR POLAND. Informacje uzyskiwane od przygodnych turystów były sprzeczne. Jedni mówili, że nie można wrócić do kraju, inni, iż turyści z Polski powinni kontynuować urlopy, a potem pojechać do Budapesztu. Nie mieliśmy pewności, czy w ogóle warto wracać do kraju? Postanowiliśmy jednak kontynuować naszą podróż.
Był już ostatni semestr studiów i końcowe egzaminy, gdy przydarzyła mi się dość dziwna historia. Podczas egzaminu z konserwacji zabytków dobry znajomy ojca, prof. Marian Osiński, przeprowadził ze mną dziwną grę. Podczas egzaminu wciąż pomijał mnie przy zadawaniu pytań. Dopiero na koniec egzaminu zwrócił się do mnie z pytaniem, czym jest PKZ i kto to jest Kazimierz Macur. Musiałem niezadawalająco odpowiedzieć na te pytania, gdyż zaliczyłem egzamin na stopień dobry. Ponieważ z pozostałych egzaminów miałem oceny bardzo dobre, zapytałem profesora, dlaczego postawił mi czwórkę. Odpowiedział: "bo piątkę może mieć jedynie pana ojciec".
Prawdziwe, profesjonalne rozpoczęcie mojego Pół wieku z zabytkami można datować dopiero na 1968 rok, gdy przystąpiłem do opracowywania pracy magisterskiej Adaptacyjna rekonstrukcja zamku w Szymbarku - jako obiektu ekspozycji turystycznej na Dom Architekta - SARP. Zyskała ona uznanie i ze względu na wzorową staranność oraz warstwę merytoryczną została oceniona na celujący, z wnioskiem o wyróżnienie. Doc. dr Jerzy Stankiewicz zaproponował mi pracę w katedrze Historii Architektury Polskiej. Jednak nie mogłem przyjąć tej oferty, bo byłem już związany umową z firmą mojego ojca.
I tak 1 lipca 1969 roku rozpocząłem pracę w PKZ, którego gdański oddział mieścił się w Zielonej Bramie. Nie trafiłem do zespołu ojca, ale przygotowano dla mnie stanowisko pracy w pokoju, który zajmowali projektanci związani z misją egipską. Architekci Waldemar Połoczanin i Adam Stefanowicz oraz kierownik misji Zygmunt Wysocki, jako od dawna związani z PKZ, nie byli mi obcy. Pierwsze powierzone mi zadanie projektowe okazało się niezbyt trudne, gdyż polegało na dokończeniu projektów wykonawczych dwóch baz transportu leśnego. Po wykonaniu w kilka dni pierwszego projektu drugi poszedł jak z płatka, bo był jego lustrzanym odbiciem. Spokojnie oddałem pracę przed upływem wyznaczonego mi dwutygodniowego terminu, a po rozliczeniu kwartału otrzymałem pierwszą premię. W ten sposób minął krótki okres stażu w pracowni projektowej i rozpocząłem pracę na budowie kamienic przy ulicy Chlebnickiej, które adaptowano na akademik dla studentów Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych i Wyższej Szkoły Muzycznej. Nie była to dla mnie najciekawsza praca. Polegała przede wszystkim na sprawdzaniu zgodności przedmiarów wykonanych robót z kosztorysem, a w dalszej kolejności przygotowaniu rachunków rozliczeniowych. Dlatego bardzo ucieszyłem się, gdy po dwóch miesiącach przeniesiono mnie na budowę związaną z restauracją Ratusza Głównego Miasta. Tę budowę prowadził Kazimierz Tor, a ojciec był na niej częstym gościem, gdyż jako autor projektu prowadził nadzór autorski nad pracami. To właśnie na tej budowie, uczestnicząc w naradach gromadzących najważniejszych gdańskich konserwatorów różnych specjalności, zdobyłem swoje pierwsze prawdziwe konserwatorskie doświadczenia. Oprócz Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków Tadeusza Chrzanowskiego9 w naradach brali udział moi dawni profesorowie Jerzy Stankiewicz i Ryszard Massalski, profesorowie Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych Józefa Wnukowa, autorka plafonu w sieni głównej, i Jacek Żuławski, autor fresków w Sali Białej. Na co dzień w ratuszu pracowało wielu konserwatorów malarstwa, drewna i metalu ze specjalistycznych pracowni PKZ. To od nich uczyłem się podstaw mojej profesji znacznie efektywniej niż ze skryptów na politechnicznych wykładach. Pod koniec prac w Sali Czerwonej dostałem swoje pierwsze samodzielne zadanie, które tak wspominałem: "Cóż ja, świeżo upieczony absolwent Wydziału Architektury, mogłem robić przy tak odpowiedzialnym przedsięwzięciu konserwatorskim? A jednak powierzono mi nadzór nad restauracją Sali Czerwonej. Oprócz wykonywanej w normalnym czasie pracy przy rekonstrukcji boazerii, kominka, wykładzin ścian i posadzek dodatkowa grupa czerech stolarzy pod moim nadzorem montowała po południu elementy sufitu. Mając do dyspozycji jedynie rysunek z rozmieszczeniem poszczególnych elementów, trzeba było niejednokrotnie głowić się nad sposobem zamocowania ich do metalowej konstrukcji podwieszonej do żelbetowego stropu nad salą. Na początku należało umocować malowane na niebiesko deski z dekoracjami. Później montowane były ramy, w które osadzono 25 obrazów, podtrzymywanych przez dekoracyjne listwy dociskowe. Na samym końcu montowane były pozostałe elementy dekoracyjne i ozdobne wieszary.
ilustracja 11.
Kadra pracowni projektów PKZ w Gdańsku, 1979 rok
Z tego okresu pamiętam takie zdarzenie: Gdy przystąpiliśmy do zakładania owalnej ramy największego obrazu - Apoteozy Gdańska - okazało się, że rama przechowywana po konserwacji w innych warunkach klimatycznych zmieniła kształt i nie można jej było wpasować w oryginalny otwór pozostawiony w niebieskich deskach. Dodatkowym stresem była obecność ekipy filmowej, która "uwieczniała" końcowy etap naszych prac. A nam, pomimo kilkakrotnych prób, nie wychodziło zamocowanie eliptycznej ramy, której krótsza oś była większa niż otwór. Wpadłem wówczas na pomysł, aby wykonać ściąg, który spłaszczyłby trochę naszą ramę. Gdy następnego dnia przystąpiliśmy do naprężania ściągu okazało się, że owszem, rama poddała się, zmniejszając nieco swoją średnicę, ale równocześnie wyboczyła się i powstała tzw. ósemka. Odkryłem swój błąd i na następny dzień zamówiłem dwa ściągi, które już bez kłopotu pozwoliły nam na wykonanie, cały czas filmowanego, zadania.
ilustracja 12.
Montaż ramy stropu w Sali Czerwonej Ratusza Głównego Miasta, 1970 rok
Równolegle z pracami wewnątrz ratusza prowadzony był remont pokrycia hełmu wieży oraz wykonywana instalacja carillonu. W związku z tym od górnego tarasu do szczytu hełmu wykonane zostało drewniane rusztowanie. Nie mogłem się powstrzymać, aby nie wejść na górę i nie stanąć oko w oko z posągiem króla Zygmunta Augusta. Największe wrażenie zrobił na mnie widok z takiej wysokości Głównego Miasta. Kościół Mariacki przypominał olbrzymią kwokę otoczoną pisklętami, które uosabiały rozmieszczone wokół niego kamieniczki"10.
Gdy 30 marca 1970 roku, po wielu latach prac restauratorskich, nastąpiło oficjalne otwarcie ratusza, mogłem w nim również uczestniczyć. Tym samym zakończyła się moja praca związana z tym obiektem i przeniesiono mnie na budowę Domu Harcerza. Były to trzy średniowieczne baszty i budynki gospodarcze dawnego Dworu Miejskiego, zaadaptowane na hotel, pracownie i salę widowiskową dla harcerzy. Na tej budowie, zdecydowanie mniej interesującej niż poprzednia, spędziłem niewiele czasu, gdyż na początku maja, po złożeniu egzaminu przed komisją klasyfikacyjną, zaliczono mi staż na stanowisku asystenta majstra i otrzymałem nowy angaż jako inżynier budowy. W związku z tym powierzono mi pierwszą niewielką budowę związaną z restytucją kopuły na budynku Katowni.
We wrześniu 1970 roku wróciłem do pracowni projektów, tym razem już do zespołu ojca. Byłem młodym i ambitnym architektem, który chciał jak najszybciej wcielać w życie swoje projektowe wizje. Były one niekonwencjonalne i choć wydawało mi się, że zgodne z doktrynami konserwatorskimi, to jednak wywoływały dyskusje w pracowni i z ojcem. Mieliśmy niekiedy odmienne poglądy na restaurację obiektów zabytkowych. Ojciec był zwolennikiem tak zwanej polskiej szkoły konserwacji, polegającej często na wiernej rekonstrukcji obiektów na podstawie zachowanych przekazów. Natomiast ja miałem przekonanie, że odbudowywane fragmenty zabytkowych budowli powinny nosić znamię współczesności. Na swoim stanowisku utwierdziłem się jeszcze bardziej podczas odbytego w latach 1970-1971 kursu konserwatorskiego dla asystentów w Instytucie Zabytkoznawstwa i Konserwatorstwa UMK w Toruniu. W sytuacji dosyć odmiennych poglądów na konserwację obiektów zabytkowych dyskusje prowadzone przeze mnie z ojcem w pracowni były czasami dość burzliwe. Ale po nich dalej pracowaliśmy razem. Z czasem ojciec coraz częściej przekazywał mi wykonywanie projektów technicznych, a sam zajmował się opracowywaniem do nich najtrudniejszych rysunków roboczych odtwarzanych detali architektonicznych. Pozwoliło mi to realizować własne koncepcje projektowe, odznaczające się wprowadzaniem nowoczesnej architektury do adaptacji przeważnie zniszczonych obiektów zabytkowych. Dotyczyły one między innymi Szkoły Łacińskiej w Malborku, kościoła Bożego Ciała w Elblągu czy później zamku w Działdowie. Patrząc na te obiekty obecnie, już po dokonanych na nich bez mojej wiedzy zmianach, te nowe rozwiązania projektowe uważam za mniej udane.
Na początku grudnia 1972 roku, gdy pracowałem z ojcem nad projektem Centralnego Muzeum Morskiego, wyjechałem w delegację służbową do Szwecji i Danii, by zapoznać się z działalnością kilku muzeów morskich. Miałem okazję poszerzyć swoją wiedzę o współczesnych muzeach, a przede wszystkim poznać zastosowane rozwiązania funkcjonalne i technologiczne, organizację ruchu zwiedzających oraz systemy bezpieczeństwa, przechowywania i eksponowania zbiorów. Pismo polecające od dyrektora Muzeum Morskiego w Gdańsku Przemysława Smolarka w pierwszej kolejności skierowało mnie do sztokholmskiego Statens Sjöhistorika Museum. Poznałem w nim sposoby magazynowania eksponatów, w tym nieznane mi klimatyzowane gabloty do przechowywania tkanin i papieru. Najbardziej zadziwiło mnie, że duże grupy uczniów odbywały lekcje historii w salach muzeum. Kolejne sztokholmskie muzeum było poświęcone wyłowionemu z morza siedemnastowiecznemu okrętowi Waza, eksponowanemu w specjalnie do tego wybudowanym pawilonie. Przedstawiono mi technologię konserwacji i metodę ekspozycji drewnianej konstrukcji okrętu, przeprowadzane przy zachowaniu w pomieszczeniu stałego mikroklimatu. Natomiast w Sjöfartsmuseet w Göteborgu poznałem zbiory oraz archiwa związane z historią żeglugi handlowej. Jednakże najciekawsza okazała się współczesna część muzeum, w której wydzielono przestrzenie dla osób w różnym wieku, gdzie można było wykonywać prace malarskie, rzeźbiarskie czy modelowe oraz wystawiać je jako tymczasowe eksponaty. Dalsze muzea Handels- og S?fartsmuseet w Kopenhadze oraz muzeum morskie w Krenenborgu okazały się nienowoczesnymi i niezbyt ciekawymi obiektami.
Gdy w 1974 roku odbyłem z rodziną Mirka Hrynkiewicza oraz moją żoną podróż do Włoch. Mogłem zweryfikować swoje wyobrażenia o historycznych budowlach, powstałe podczas wykładów i studiowanych podręczników. Jako pierwsza zaskakujące wrażenie zrobiła na mnie Wenecja. Znałem zdjęcia tego miasta, ale to, co zobaczyłem na miejscu, przeszło najśmielsze oczekiwania. To miasto naprawdę mnie oczarowało. Nie mogłem nadziwić się plątaninie jego wąskich uliczek oraz wspaniałym budowlom, oglądanym to z lądu, to od strony kanałów. Bogactwo i różnorodność architektury wzbudzały podziw. Ponieważ nie mogliśmy oglądać wnętrz budowli, były to jedynie wrażenia z zewnątrz. Zaskakiwało przede wszystkim odwrócenie kompozycji miasta i sposobu poruszania się po nim ze względu na taką ilość wody w postaci kanałów wprowadzonych do jego wnętrza. Przy tym pozostawały klasycznie komponowane place, otwarte na fasady pałaców, kościołów lub wielokolumnowe podcienia. Do tej pory uważam, że Wenecja to jedno z najpiękniejszych, a przy tym niepowtarzalnych miast na świecie.
Urzekł mnie również widok z Monte Berico na panoramę Vicenzy. Dominował w niej pokryty spatynowaną blachą miedzianą dach bazyliki Palladiańskiej w kształcie odwróconej wanny oraz smukła wieża zwana Torre dei Bissari. Jeszcze większe wrażenie odnosiło się, patrząc na nią z Piazza dei Signori, gdy trzeba było bardzo wysoko zadzierać głowę, aby zauważyć zwieńczenie kampanili. Niezwykle malownicze okazały się krajobrazy Toskanii, które oglądaliśmy, jadąc pociągiem do Florencji. Samo miasto nie zrobiło na mnie tak dużego wrażenia. Oczywiście podziwiałem marmurowe cacka katedry Santa Maria Assunta del Fiore i kampanili, ale jedynie wykonane z brązu drzwi do baptysterium były wyróżniającym się dla mnie dziełem. Także Piazza della Signoria z Galerią Uffizi odebrałem bez większego entuzjazmu, zapewne dlatego, że znałem je już z podręczników historii architektury. Natomiast niezapomniane wrażenie z rejonu Toskanii pozostawił pobyt w Sienie. Przede wszystkim niespotykany kształt Piazza del Campo z górującą nad nim niebotyczną więżą Torre del Mangia. Zadziwiły mnie również przepiękne posadzki katedry Santa Maria. Taormina na Sycylii okazała się wspaniale usytuowanym miejscem do zwiedzania i wypoczynku. Urzekło mnie to położone na wzgórzu stare miasto z amfiteatrem z czasów grecko-rzymskich z przepięknym widokiem na morze oraz licznymi zatoczkami i wysepkami, a także z pojawiającym się w oddali wulkanem Etną. Inne wrażenia i duży niedosyt wyniosłem ze zwiedzania Rzymu. Przytłaczał nas natłok miejsc i obiektów, które należało i chcieliśmy obejrzeć. Codzienne piesze wędrówki w kolejne rejony miasta były męczące i zapewne z braku możliwości większej swobody i z powodów skromnych zasobów finansowych, niepozwalających na intensywniejsze wieczorne biesiadowanie, pozostawiło ten niedosyt wrażeń.
Dalszą podróż do Francji odbyłem już samotnie z Mirkiem. Po nieudanej próbie podróży autostopem po Lazurowym Wybrzeżu wieczorem dojechaliśmy pociągiem do Marsylii. Nie spełniły się obietnice architekta Jacka Padlewskiego o możliwości zatrudnienia nas w jego biurze, które mieściło się w bloku marsylskim zaprojektowanym przez samego Corbusiera. Mogliśmy jedynie obejrzeć to dzieło architektoniczne, o którym wcześniej uczyliśmy się podczas studiów. Ale ono mnie rozczarowało. Betonowe konstrukcje były chłodne w odbiorze, a wymyślony program funkcjonalny dla tego bloku, obejmujący mieszkania, zlokalizowaną na ósmym piętrze dwukondygnacyjną ulicę handlową, a na dachu basen, plac zabaw dla dzieci, taras wypoczynkowy i klub dla mieszkańców - nie sprawdziły się. Budynek pozostawał w części pusty. Natomiast niezwykłe wrażenie zrobiła na mnie willa Jacka Padlewskiego. Była usytuowana pośród zieleni na części ogromnego dziedzińca dostępnego po przekroczeniu bramy zespołu kamienic w centrum Marsylii. Takie położenie jej było dla mnie olbrzymim zaskoczeniem, podobnie jak wspaniale współcześnie zaprojektowane wnętrza mieszkania. Późniejszy tygodniowy pobyt w Paryżu nie okazał się zbyt interesujący ze względu na ciągłą walkę o to, aby się jakoś utrzymać za 5 dolarów dziennie, a przy okazji jeszcze coś zobaczyć.
Gdy w 1975 roku otrzymałem tytuł projektanta, ojciec przekazał mi kierownictwo nad zespołem projektowym. Miałem z tego powodu nowe obowiązki związane z przygotowywaniem i rozdzielaniem pracy projektowej, tak aby wszystkim zapewnić zajęcie. Jednakże, jak to było dotychczas, przeważnie sam opracowywałem koncepcje projektów, a ojciec wykonywał wydzielone tematy związane z restytucją zabytkowych detali architektonicznych i nikomu nie pozwalał wtrącać się do swojej pracy. A ja starałem się uszanować jego wolę.
ilustracja 13.
Konrad Hrynkiewicz, Dorota i Andrzej Macurowie, Jolanta i Barbara Hrynkiewicz, Murano,1974 rok
ilustracja 14.
Taras bloku marsylskiego Corbusiera, Marsylia, 1974 rok
ilustracja 15.
Z ojcem w pracowni PKZ, 1976 rok
Później wiedzę konserwatorską najbardziej pogłębiłem podczas studium podyplomowego z konserwacji zabytków, prowadzonego na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Program dwuletniego studium był bardzo obszerny, gdyż obejmował całokształt zagadnień konserwatorskich, poczynając od repetytorium z historii architektury i konserwatorstwa do szczegółowych zagadnień konserwacji detalu z kamienia czy drewna. Tych kwestii wcześniej mnie nie uczono, a dotychczasowa praktyka w gdańskim oddziale PKZ ograniczała się w większości wypadków do rekonstrukcji, pomijając tak ważne zagadnienia jak badania archeologiczne czy architektoniczne. Dlatego zapewne najciekawsze dla mnie okazały się wykłady Antoniego Kąsinowskiego o badaniach architektonicznych, Janusza Bogdanowskiego o architekturze obronnej i konserwacji krajobrazu w zespołach zabytkowych, Teresy Zarębskiej o historii budowy miast i Jana Tajchmana o historycznej stolarce i jej konserwacji. Również bardzo odkrywcze były wykłady Andrzeja Gruszeckiego o konserwacji ruin, a przede wszystkim Jerzego Teligi o technicznych problemach konserwacji zabytków, czyli o tym, jak wzmacniać elementy konstrukcji aż do przemieszczania całych budowli. Oprócz wykładów odbyłem w Przemyślu praktyczne ćwiczenia z badań architektonicznych, a na Węgrzech mogłem poznać najnowsze realizacje konserwatorskie w Budapeszcie i Sopronie. Byłem zafascynowany współczesną architekturą i detalami wprowadzonymi do budowli zabytkowych, zwłaszcza że u nas takie działania zdarzały się jeszcze wyjątkowo. Podczas zajęć seminaryjnych miałem okazję zaprezentować swoje projekty, wprowadzające nową architekturę do budowli zabytkowych na przykładzie kościoła Bożego Ciała w Elblągu i zamku w Działdowie. Oba zyskały duże uznanie i wywołały żywą dyskusję o tym, jak daleko można pójść w łączeniu współczesnej architektury z zabytkiem, aby nie doszło do jego degradacji. Oceniono, że odbudowa obu zabytków, z których w następstwie wojny pozostały jedynie nieliczne fragmenty, a których wielka wartość skłaniała do ich zachowania i włączenia w nowy budynek, wymagała od projektanta wrażliwości i umiaru. Stwierdzono, że w większości przypadków o dobrym efekcie adaptacji zabytku do nowej funkcji przesądza jakość współczesnej architektury oraz zachowanie jej właściwej skali i proporcji.
Dalsze praktyczne doświadczenia w konserwacji zabytków zdobyłem, gdy w 1977 roku rozpocząłem udział w pracach Polsko-Jugosłowiańskiej Misji Archeologiczno-Konserwatorskiej w Prilepie, prowadzonej przez dyrektora zarządu PKZ Tadeusza Polaka11, który dzięki osobistym kontaktom z dyrektorem muzeum w Prilepie Boško Babičem doprowadził do jej powstania. O moich pracach podczas misji pisałem: "Mija już tydzień, jak siedzę tu na drugim końcu Europy, niedaleko granicy greckiej. Miejscowość nazywa się Prilep i słynna jest prawdopodobnie w całej Europie z wyrobów tytoniowych. Mieszkam w monastyrze we wsi Varoš, u podnóża góry Markovi Kuli, gdzie znajdują się ruiny zamku kniazia Marka. Jest to bardzo wysoka, skalista góra, na którą muszę się codziennie wspinać. Na szczycie oprócz prac nad ruinami zamku i obwarowaniami dawnego podgrodzia prowadzone są równocześnie badania archeologiczne pierwotnej osady słowiańskiej z IX-X wieku.
ilustracja 16.
Boško Babič i Tadeusz Polak, Prilep, 1977 rok
Z koleżanką z Rzeszowa inwentaryzujemy stanowiska archeologiczne, które były odkryte w przeciągu ostatnich 10 lat. Mordercza praca, bo trzeba chodzić po górach i wyszukiwać na skałach znaki literowe, którymi oznaczone były stanowiska archeologiczne, a następnie je zmierzyć, narysować i sfotografować. Stanowisk jest około 300 i nie damy chyba rady zainwentaryzować wszystkich"12.
Zaraz po powrocie z Macedonii, jeszcze na lotnisku w Warszawie, żona wręczyła mi karteczkę od Bartka Zwiejskiego, który informował:
"Andrzeju!
W związku z I wyróżnieniem (35 000 zł) i dyskusją - wystawą spieszę w ten sposób Cię zawiadomić i pogratulować oraz powitać, żebyś może był w Łodzi przy okazji powrotu z Jugosławii.
Piszę to na wszelki wypadek, bo może złapię Cię osobiście na lotnisku, co nie jest jeszcze takie pewne. Z Łodzi wracalibyśmy razem.
Do zobaczenia. Bartek"
Na karteczce był podpis dyrektora Babickiego, który w ten sposób wyraził zgodę, abym wrócił do pracy dzień później. Tak więc następnego dnia pojechałem do Łodzi na dyskusję, która dotyczyła konkursu na koncepcję programowo-przestrzenną północnej części śródmieścia Łodzi. Pracę na ten konkurs wykonaliśmy w zespole Bartek Zwiejski, Wojtek Rutkowski i ja, ale największy wkład koncepcyjny i graficzny wniósł Bartek. Więc to było przede wszystkim wyróżnienie dla niego. Później wykonaliśmy wspólnie jeszcze jedną pracę konkursową na historyczne centrum Płocka i również otrzymaliśmy wyróżnienie.
ilustracja 17.
Widok na antresolę pokoju dziennego domu w Sopocie, 1979 rok
W latach 1979-1986 w okresie letnich wakacji kilkakrotnie przyjeżdżałem do Prilepu, aby prowadzić dalsze prace konserwatorskie. Wykonywaliśmy je powoli, gdyż wszystkie materiały trzeba było przy ponad trzydziestostopniowej temperaturze wnosić ręcznie na położoną na wzgórzu budowlę. Jednakże każdego sezonu udostępnialiśmy zwiedzającym kolejny fragment średniowiecznej twierdzy.
ilustracja 18.
Ekipa PKZ po zatwierdzeniu projektu (Andrzej Macur czwarty od lewej), Tallin, 1979 rok
W 1977 roku, po wyprowadzeniu się lokatorów, odzyskałem mansardową część domu w Sopocie. Nie prezentowała się ciekawie. Ściany grubości jednej cegły wymagały ocieplenia, stolarka była zniszczona i nieszczelna, więc całość nadawała się do generalnego remontu.
Po rozbiórce niepotrzebnych ścianek i fragmentów stropu, przystąpiłem do remontu konstrukcji dachu, w czym pomagali mi dwaj stolarze z PKZ. To byli prawdziwi fachowcy, którzy oprócz dobrego wykonywania robót, często podpowiadali mi właściwe rozwiązania. To przy nich zdobyłem praktyczne doświadczenie budowlane. Po pogrubieniu ścian zewnętrznych, przystąpiłem do prac tynkarskich, był jednak dylemat w jaki sposób pogodzić pomysł wyeksponowania drewnianej konstrukcji dachu z koniecznością jej ocieplenia. I wówczas popełniłem największy błąd, ponieważ zgodziłem się, aby pod deskowanie podbić jedynie pięciocentymetrową płytę supremy (wióry z cementem), na to założyć siatkę budowlaną i otynkować. Oczywiście po wykonaniu tych prac i pobejcowaniu na ciemny orzech całej więźby, efekt był znakomity, ale gdy zimą trzeba było ogrzewać tak duże powierzchnie źle ocieplonego dachu, koszty okazały się ogromne. Ta sytuacja nie została rozwiązana do dzisiaj. Ale po latach mozolnego remontu w połowie 1980 roku mogliśmy w końcu przenieść się do naszego mieszkania.
Zarząd Główny PKZ, dokonując corocznej oceny prac projektowych dotyczących badań architektonicznych oraz studiów i projektów odbudowy, adaptacji lub przekształcenia obiektów zabytkowych, przyznał w 1977 roku wyróżnienia dla dwóch moich prac. Pierwsze za adaptację Wielkiego Młyna w Gdańsku na centrum rozrywki. Komisja podkreśliła wykorzystanie w tym projekcie zasad nowoczesnej techniki widowiskowej (ruchomych elementów sceny i kształtowania widowni). Drugie za studium architektoniczno-technologiczne odbudowy i adaptacji spichrzy przy ulicy Chmielnej 37/38 w Gdańsku dla Ośrodka Ochrony Dóbr Kultury.
Wiosną 1978 roku wyjechałem z zespołem na kontrakt do Tallina, wówczas stolicy Radzieckiej Republiki Estońskiej. Był to pierwszy kontrakt zagraniczny PKZ w ZSRR. Na Igrzyskach Olimpijskich w 1980 roku zawody w sportach wodnych rozgrywały się w Tallinie. My na tę imprezę zaadaptowaliśmy zespół zabytkowych kamienic na zakład gastronomiczny Cafe Gnom. Było to dla mnie zupełnie nowe wyzwanie, ponieważ zostałem mianowany głównym projektantem tego zadania. Ojcu przypadło przeprowadzenie badań architektonicznych, wykonanie rysunków detali architektonicznych oraz wspomaganie mnie językowo, gdyż cała dokumentacja oraz rozmowy musiały być prowadzone w języku rosyjskim. Aby zapoznać się z wymogami lokalnego prawa budowlanego, pracę rozpocząłem od studiowania rosyjskich przepisów projektowych. Pomagał mi ojciec, ale i tak przez większość norm musiałem przebrnąć sam i dopiero wtedy przyswoiłem sobie fachowe rosyjskie słownictwo. Kolejnym zadaniem było zapoznanie się z dotychczasowymi estońskimi opracowaniami historycznymi i koncepcjami projektowymi. I tu spotkało mnie wielkie zaskoczenie, gdyż okazało się, że Estończycy mają wspaniałą kadrę historyków i architektów, którzy od lat prowadzili badania nad lokalną architekturą. Jak się od nich dowiedziałem, po to, aby udokumentować i podtrzymać swoje narodowe tradycje kulturowe przed postępującą rusyfikacją. Oprócz wykonanych profesjonalnie badań i projektów restauracji średniowiecznej zabudowy Tallina wydali również na ten temat wiele publikacji. Poczułem się trochę zażenowany, bo my przyjechaliśmy do nich jako światowej klasy fachowcy, aby popisać się "polską szkołą konserwacji", ale nie było za bardzo czym się chwalić. Akurat w Gdańsku badania architektoniczne dopiero raczkowały, a nasze konserwatorskie realizacje dotyczyły w większości rekonstrukcji. Nie mieliśmy również żadnych publikacji naukowych na temat swoich dotychczasowych prac. Przyjęto nas jednak ogólnie życzliwie - może oprócz architekta prowadzącego wcześniej nasz projekt. Na podstawie jego koncepcji mieliśmy bowiem kontynuować dokumentację, a później realizację całego zadania.
ilustracja 19.
Po objęciu stanowiska kierownika pracowni projektowej PKZ, 1982 rok
Po kilkumiesięcznych sporach moje propozycje z projektu wstępnego zostały w końcu zaakceptowane. Kolejną fazę dokumentacji projektowej wykonywaliśmy już w kraju, a moje kilkudniowe wyjazdy delegacyjne do Tallina dotyczyły bieżących uzgodnień i nadzoru nad pracami budowlano-konserwatorskimi. Adaptację zespołu kamienic na Cafe Gnom oceniono bardzo dobrze i zaprezentowano w publikacji dotyczącej architektury Tallina13.
W tym czasie spotkało mnie kilka wyróżnień. Otrzymałem odznakę "Zasłużony Działacz Kultury" oraz srebrną odznakę "Za opiekę nad zabytkami".
5 stycznia 1981 roku zostałem wybrany na przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" przy PP PKZ w Gdańsku. Nie w pełni zdawałem sobie sprawę, ile dodatkowych obowiązków spadnie na mnie oraz jak ważne będę musiał podejmować decyzje. Był to dla mnie również egzamin z pokierowania tak dużą organizacją, która reprezentowała cały przekrój społeczny przedsiębiorstwa.
W 1982 roku objąłem stanowisko kierownika pracowni projektowej, przeniesionej do nowego obiektu dla pracowni naukowo-konserwatorskich w kamienicach przy ulicy Straganiarskiej, odbudowanych według projektu, który wykonałem z Władkiem Sucharskim. Oprócz odrestaurowania Domu Mrongowiusza została dobudowana nowa kamienica - jako pierwsza na Głównym Mieście we współczesnej formie architektonicznej, nawiązującej do kamienic manierystycznych. Było o to wiele sporów z Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków i konsultantami z politechniki, ale w końcu udało mi się obronić moją koncepcję. Również wnętrze zostało zaprojektowane współcześnie, a pracownia projektowa, którą umieszczono na poddaszu, miała otwarte wnętrza z licznymi połączeniami drewnianymi schodami (ta koncepcja nie utrzymała się jednak później, gdy w latach dziewięćdziesiątych kamienica przeszła w ręce prywatne i pozabudowywano sporo fragmentów pomieszczeń, w tym dużą sień na parterze).
ilustracja 20.
Na wystawie Dorobek Macurów (od lewej: Zenon Sykutera, Mirosława Szczechowska, Małgorzata Ruszkowska, Andrzej Macur, Waldemar Połoczanin, Zygmunt Wysocki, Kazimierz Macur, Janusz Ciemnołoński, Anna Chrzanowicz i Romuald Chomicz), 1982 rok
Na otwarcie tego zespołu kamienic zorganizowałem w hallu wystawę fotograficzną poświęconą pracom projektowym ojca i swoim. W lokalnej gazecie ukazała się następująca wiadomość: "Z cyklu wystaw autorskich w Gdańsku w hallu Domu Mrongowiusza, przy ul. Straganiarskiej, otwarto nową ekspozycję. Tym razem oglądamy projekty i fotografie ilustrujące dorobek konserwatorski przedstawicieli dwóch pokoleń architektów: Kazimierza i Andrzeja Macurów. Kazimierz Macur wykonał projekt rekonstrukcji i adaptacji Bramy Mariackiej, na potrzeby Muzeum Archeologicznego. Jego autorstwa jest także rekonstrukcja fasad i szczytów w Zielonej Bramie. Andrzej Macur jako uczestnik polsko-jugosłowiańskiej misji archeologiczno-konserwatorskiej w Prilepie ma na swoim koncie liczne prace badawcze i projektowe, projekty konserwacji murów warowni Markovi Kuli. Architekt pracował także w Estonii. Według jego projektu wykonano roboty konserwatorskie w domu przy ul. Vana Turg w Tallinie. Efekty pracy polskich architektów, konserwatorów, znane są niemal na całym świecie. Wystawa ukazuje tylko część osiągnięć przedstawicieli tzw. polskiej szkoły konserwatorskiej".
Wyjazd w 1983 roku na kontrakt do Algierii był dla mnie dużym wyzwaniem. Znalazłem się na nowym kontynencie o odmiennej architekturze i obyczajach, o których niewiele wcześniej wiedziałem. Początkowo czułem się dosyć obco w środowisku warszawskich architektów i konstruktorów, którzy poznali już wcześniej cytadelę, wykonując dla tego obiektu inwentaryzacje i orzeczenia techniczne. Ale wkrótce uzyskałem wsparcie, gdy na kontrakcie pojawił się architekt Jerzy Tusiacki, którego znałem bardzo dobrze z prac konserwatorskich prowadzonych wcześniej w Tallinie.
Moje pierwsze wrażenia z kontraktu w Algierii opisywałem w korespondencji z rodziną: "[...] trochę o obiektach, które mamy konserwować. Jest to duży kompleks pałacowo-obronny z okresu tureckiego, mający dla Algierczyków takie znaczenie jak dla nas Wawel. Aby uzmysłowić Wam ogrom tego kompleksu, to powiem tylko, że jego zwiedzanie zajęło nam trzy dni. Przy okazji zwiedzania innych pałaców musieliśmy zejść do miasta, tj. do najstarszej dzielnicy Algieru - Kasby. Niezapomniane wrażenie. Wąskie na metr uliczki spadające w dół tysiącem stopni, zakrętów, płynących ścieków, walających się śmieci i bawiących się dzieci, które w pewnym momencie obrzuciły nas kamieniami. Wyobrażam sobie, jaki tu musi być zapach w gorące lato. Po zejściu na dół dochodzi się do głównej ulicy handlowej, pełnej drobnych prywatnych sklepików i większych państwowych, które w południe są zamknięte. Wypiłem już kilka kaw, gdyż idąc w towarzystwie dostosowałem się do ogółu, a jak wiesz, wcześniej nie piłem kawy"14.
ilustracja 21.
Od góry: Zygmunt Młyński, Włodzimierz Nowak, Antoni Kozielski, Jerzy Rybak, Andrzej Macur, Jan Spratek, Wiesław Olszowicz, Jerzy Tusiacki, Teresa Dobiszewska, Przemysław Woźniakowski i Ryszard Szczęsny, Tipaza, 1983 rok
"Nasz obiekt to zespół pałacowo-obronny na samym szczycie starego miasta w Algierze. Ja mam zająć się restauracją Pałacu Bejów i Prochowni. Są to obiekty z czasów panowania tureckiego, tj. od I połowy wieku XVI do 1830 roku. Obiekty są bardzo ciekawe, ale zupełnie odmienne w stosunku do naszej architektury i zostały bardzo zdewastowane. Znowu, podobnie jak w Tallinie, trzeba będzie rozebrać pewne fragmenty, aby odtworzyć dawny wygląd pałacu Bejów. W tym dosyć krótkim, bo tygodniowym okresie czasu, zdołałem się już trochę zaznajomić się z architekturą muzułmańską, oglądając kilka pałaców w innej części miasta"15.
"Właśnie wróciłem z wycieczki do Konstantyny. [...] interesował mnie przede wszystkim pałac Ahmed Beja, który ma pewne analogie do pałacu Bejów w Algierze. Znalazłem tam zachowany przykład drewnianego ażuru (muszarabiji), zamykającego pawilon wypoczynkowy. Był to element, którego długo poszukiwałem do mojego projektu. Ponadto w restauracji hotelowej był wykonany aneks do picia kawy, z sofami i pufami do siedzenia oraz dużym okrągłym stolikiem z grawerowanym mosiężnym blatem. Podsunęło mi to pomysł na podobne rozwiązanie w moim obiekcie. Tak więc ze względów profesjonalnych ten wyjazd uważam za bardzo udany"16.
"Decyzję o mianowaniu mnie na to stanowisko [koordynatora prac projektowych] podjął dyrektor kontraktu, ale w tej sprawie jeszcze nie wypowiedział się Zarząd PKZ w Warszawie. Dyrektor twierdzi, że ostatecznie ureguluje to, kiedy na początku sierpnia pojedzie do Warszawy. A ja, na razie bez nowego angażu, ciągnę oba gdańskie projekty oraz kieruję całością prac. Ostatnio miałem trzydniowe rozmowy ze stroną algierską, które zakończyły się moim sukcesem. Zostały podpisane protokoły zaawansowania prac na 45% oraz zakresy: projektu wstępnego i współpracy polsko-algierskiej. Tak więc będą pieniądze i dyrektorowi poweselała mina. Zaprosił mnie do domu na kawę i omawiał strategię na dalszą część kontraktu"17.
"Bardzo przyjemnie było odbyć wieczorną kąpiel w morzu po całodziennej pracy ze sporą grupą projektantów, podczas której musiałem weryfikować przedstawione rysunki i przekonywać do swojej koncepcji, aby utrzymać jednorodność całego opracowania projektowego. A było co robić, był to bowiem końcowy etap projektu wstępnego i na mnie spoczywał obowiązek przygotowania opisów do tych projektów. Do tej pory uważam, że było to moje najlepsze, składające się z trzech tomów, opracowanie projektowe. Uzyskało ono uznanie Algierczyków i mogliśmy przejść do kolejnej fazy wykonywania projektów. Nie wiem, czy dyrekcja PKZ oczekiwała z moją nominacją na generalnego projektanta na ostateczny rezultat kierowanych przeze mnie prac, gdyż wręczono mi ją dopiero w dniu 1 listopada 1984 roku"18.
ilustracja 22.
Krzysztof i Hanna Kamińscy, Zygmunt Wysocki, Andrzej i Mateusz Macurowie, Deir el-Bahari, 1985 rok
"Były to bardzo ciężkie dni. Powodów było sporo. Przede wszystkim nastąpiła zmiana na stanowisku wiceministra kultury Algierii, który prowadził sprawy naszego kontraktu. W związku z tym rozpoczęły się od nowa rozmowy dotyczące realizowanego przez nas projektu. Musiałem referować cały projekt i prezentować stan zaawansowania prac. Wypadło dobrze i zakończyło się obiadem w restauracji w Tipazie. Ten nowy wiceminister to również architekt i rozmowy z nim prowadziło się o wiele łatwiej niż z poprzednim, który był z branży petrochemicznej"19.
Pobyt na kontrakcie umożliwił mi w marcu 1985 roku wyjazd do Egiptu. Zależało mi, aby szybko dotrzeć do Luksoru, gdyż polska misja kończyła właśnie swój sezon prac, a chciałem spotkać się z jej szefem. Pojechaliśmy wieczornym pociągiem i już następnego dnia w południe dotarliśmy do Polsko-Egipskiej Misji Archeologiczno-Konserwatorskiej w Świątyni Hatszepsut w Deir el-Bahari. Stojąc przed przepięknym widokiem na dolinę z wspaniale wkomponowaną w masyw skalny świątynią królowej Hatszepsut, wysłuchaliśmy opowieści szefa misji Zygmunta Wysockiego, o historii świątyni i prowadzonych już przez kilkanaście lat pracach archeologicznych i konserwatorskich. Następnie udaliśmy się w kierunku świątyni i po kamiennych pochylniach wspinaliśmy się na poszczególne jej tarasy. Najciekawszym okazał się dziedziniec z świątynią grobową królowej, zlokalizowany na trzecim, najwyższym tarasie, na którym obecnie koncentrowały się prace. Zygmunt Wysocki nie omieszkał wspomnieć, iż ciągle liczy, że w dalszej przyszłości również wezmę udział w tych pracach. Jak prorocze były to słowa, okazało się już niebawem.
ilustracja 23.
Andrzej Siliński, Tomasz Celewicz, Władysław Sucharski, Stefan Sykutera, Jan Jarecki i Andrzej Macur, Tipaza, 1985 rok
W kolejnych dniach naszej podróży mogłem skonfrontować zapamiętane z okresu studiów wyobrażenia o zabytkach położonych po obu stronach Nilu z tym, co zobaczyłem na miejscu. Były to groby w Dolinie Królów, ruiny Ramesseum z leżącą rzeźbą Ramzesa II, Kolosy Memnona, ruiny zespołu Totmesa III w Medinet Habu oraz świątynia Amona w Luksorze. Największe wrażenie zrobił na mnie zespół świątyń w Karnaku z Aleją Sfinksów oraz Salą Stu Kolumn z przepięknie rzeźbionymi trzonami i głowicami. Zwróciłem również uwagę na sposób anastylozy części świątyni, wykonywanej przez ekipę francuską z wykorzystaniem do kotwień i wzmocnień elementów ze stali nierdzewnej. W kolejnych dniach zwiedziliśmy jeszcze dwie najlepiej zachowane świątynie z okresu ptolemejskiego w Esnie i Kom Ombo oraz świątynię Izdy na wyspie File. W Kairze byliśmy gośćmi polskiej misji PKZ z Kielc, która zajmowała się konserwacją świątyni grobowej z okresu Mameluków. Tam dzięki pomocy kolegów archeologów i architektów zostaliśmy oprowadzeni po tej części miasta, gdzie znajdują się grobowce Mameluków, słynne meczety Al-Akmar i Ahmada Ibn Tuluna oraz Muhammada Alego w zespole cytadeli kairskiej. Ta cytadela okazała się zupełnie inna od algierskiej, nad której restauracją pracowaliśmy. Brak jakichkolwiek analogii. Będąc w dalszym ciągu w Kairze, poznaliśmy piramidy w Gizie, które mnie rozczarowały, ponieważ te w Sakkarze okazały się bardziej interesujące (obecnie, po zapoznaniu się z najnowszymi wynikami badań opisanymi przez R. M. Schocha i R. Bauvala w Tajemnicy Wielkiego Sfinksa, zmieniłem zdanie). Odwiedziliśmy też Memfis, aby ostatniego dnia udać się do Aleksandrii. Tam naszym przewodnikiem był architekt Henryk Kołłątaj, który prowadził polską misję PKZ w Aleksandrii i zaznajomił nas z wykopaliskami i pracami konserwatorskimi związanymi z amfiteatrem z epoki rzymskiej.
ilustracja 24.
Wiesław Olszowicz, Andrzej Macur i Krystyna Kulczyńska, Tunis, 1985 rok
Jeszcze w czerwcu tego samego roku wraz z Krystyną Kulczyńską, Wiesławem Olszowiczem i Krzysztofem Kamińskim odbyliśmy pięciodniową delegację służbową do Tunisu. Wyjazd okazał się owocny, gdyż poznaliśmy główne zabytki Tunisu, trochę podobne, ale zarazem odrębne od architektury Algieru. Zachwycił mnie meczet Zitouna i bogate zbiory mozaik rzymskich w muzeum Bardo. Również ciekawa okazała się tunezyjska Medyna z gąszczem wąskich uliczek przykrytych kolebkowymi sklepieniami, wokół których były rozlokowane kolorowe sklepiki, kawiarnie lub małe warsztaciki. Natomiast pałace wydały mi się skromniejsze od algierskich, i to zarówno w samych założeniach, jak i dekoracji architektonicznej.
O pojawiających się kolejnych trudnościach w realizacji algierskiego kontraktu pisałem do ojca: "[...] ostatnie tygodnie były tak bogate w wydarzenia, że nie miałem w ogóle czasu wolnego. Na przyjazd Doroty z Mateuszem i Mają nałożyły się negocjacje z Algierczykami na temat podpisania kontraktu na realizację prac konserwatorskich w cytadeli w Algierze. Rozmowy te prowadził dyrektor Polak. Wynikiem tych rozmów jest obietnica podpisania z nami nowej umowy do końca roku. W tej sytuacji dyrektor Polak podjął decyzję, że po zakończeniu prac projektowych w Algierii pozostaję ja i pełnomocnik z PKZ. Otworzyło mi to nową perspektywę przebywania tutaj jeszcze przez pięć lat w celu dopilnowania realizacji prac konserwatorskich w ramach nadzoru autorskiego. Samo podpisanie umowy nie jest jeszcze pewne w 100%, ale wszystko wskazuje na to, że tak się stanie. W tej sytuacji nierealne stają się plany związane z Misją Egipską. Proszę, Tato, powiadom o tej nowej sytuacji pana Wysockiego, który pewnie jest jeszcze w kraju. [...] Tato, w ostatnich tygodniach miałem Radę Techniczną Zarządu PKZ, która dokonała oceny prowadzonych przeze mnie prac projektowych. W skład rady weszli profesorowie członkowie UNESCO, muzeolog prof. Z. Żygulski, urbanista prof. K. Pawłowski, prof. W. Domasłowski - konserwator kamienia i technolog prac konserwatorskich - i prof. J. Teliga - specjalista w zakresie konstrukcji. Prezentacja dokumentacji i dyskusje trwały tydzień. Oprócz drobnych zaleceń projekt został uznany za wzorcowy, co jest zapisane w protokóle (kopię przesłałem dyrektorowi Babickiemu - niech wie!)"20.
"Myślałem, że się bardzo szybko uporam ze skończeniem dokumentacji projektowej, a cała sprawa trwa do tej pory. Po wyjeździe 19 grudnia ostatnich osób z ekipy projektowej zostało mi jeszcze tyle pracy przy kończeniu rysunków, sprawdzaniu opisów, wrysowywaniu schematów w obliczeniach konstrukcyjnych, że ostatnie te uzupełnienia skończyłem 30 grudnia, pracując od rana do późnej nocy, również przez całe święta. Później pozostało kompletowanie odbitek i opisów, a nazbierało się tego bardzo dużo, samych rysunków jest 1080, a opisów 2000 stron i to wszystko w pięciu egzemplarzach. Całe szczęście, że już to wszystko mam za sobą, gdyż całość dokumentacji jest teraz u introligatora i czeka na oprawienie. Ja w międzyczasie przygotowałem wystawę naszych prac projektowych, która ma być zaprezentowana Ministrowi Kultury Algierii. Od tego prawdopodobnie mają zależeć ostateczne decyzje o podpisaniu z nami umowy na prace realizacyjne.
Jak to jest tutaj w zwyczaju, sprawy nabierają mocy bardzo pomału. Wystawa miała być otwarta 15 stycznia, ale w tym czasie były wybory w Algierii i wszyscy politycy byli zainteresowani czym innym. A to wszystko oddala ostateczny termin podpisania nowego kontraktu. Z tego powodu żyjemy wszyscy w dużej niepewności co dalej"21.
"Za pół godziny jadę do Ministerstwa Kultury Algierii prezentować projekt. Wczoraj udało się nam przekazać Algierczykom trzy komplety dokumentacji i uzyskać na to odpowiednie podpisane protokoły. Po dzisiejszej wystawie i prezentacji dla najwyższych dostojników i władz algierskich ten etap powinien być zakończony. Co prawda Algierczycy mają prawo zgodnie z kontraktem w ciągu 6 tygodni wnosić swoje uwagi, ale nikt na to nie liczy, powątpiewając, czy będą do tego zdolni"22.
"Tutaj jak w kalejdoskopie wszystko się zmienia z dnia na dzień. Gdy już mi się wydaje, że wszystko wiadomo i sprawy przyjmują prawidłowy obrót, nagle wszystko się zmienia i znów nic nie wiadomo. Tak jest i w tej chwili, gdy kilka dni temu nastąpiła zmiana na stanowisku Ministra Kultury Algierii. Poprzedni tydzień temu gratulował nam projektu i obiecywał przyśpieszenie załatwienia formalności z parafowaniem nowego kontraktu, a obecnie nowy [uprzedni Minister Poczt i Telekomunikacji] jest niedostępny i nie wiadomo, jakie będzie jego nastawienie. Czy będzie mu zależało na rewaloryzacji obiektów zabytkowych. W tej chwili wszyscy poprzedni urzędnicy Ministerstwa walczą o utrzymanie się na swoich stanowiskach i nie są skłonni do jakichkolwiek rozmów na temat cytadeli. A więc znów następuje okres niepewności co dalej. Pesymiści mówią, że może nastąpić okres dłuższej przerwy do czasu podjęcia prac wykonawczych. W tym tygodniu w Warszawie ma się odbyć narada w sprawie przyszłych prac w Algierze i mają tam być podjęte decyzje co do dalszych poczynań. Dotyczą one również mojej osoby, gdyż jeżeli w najbliższym czasie Algierczycy nie podpiszą nowego kontraktu, to będę musiał wracać do kraju"23.
"Mija dzisiaj już 27. miesiąc mojego pobytu w Algierii. Nie wiadomo, jak się dalej potoczą sprawy następnego kontraktu i może już niedługo będziemy musieli powrócić do kraju. Prawdę mówiąc, to już jestem trochę zmęczony i chętnie bym wrócił do domu, chociaż na kilka miesięcy. Tutaj jak na huśtawce, sprawa następnego kontraktu była już tak pewna, że szykowano nowe ekipy. Aż tu kilka dni temu zmienili ministra kultury Algierii i znowu nic nie wiadomo. Pozostaje czekać w niepewności, czy już się pakować, gdyż mieszkanie na Bouzarei wynajęte jest do 15 kwietnia, czy snuć nowe plany"24.
I tak w połowie 1986 roku powróciłem z kontraktu i objąłem stanowisko kierownika zespołu sprawdzającego w pracowni projektowej PKZ. W tym czasie wziąłem udział w międzynarodowej naradzie grupy roboczej krajów socjalistycznych ds. Konserwacji Zabytków Historii, Kultury i Muzealiów, podczas której prezentowałem prace konserwatorskie PKZ w Algierii. Po naradzie dyrektor ds. Naukowo-Konserwatorskich Zarządu PKZ dr Lech Krzyżanowski napisał do mnie: "Wobec zakończonego sukcesem cyklu projektowego dotyczącego cytadeli Zarząd PP PKZ uznaje, że nadszedł już czas podsumowania tego wysiłku w formie publikacji". Przygotowałem więc dwa artykuły, które ukazały się w wydawnictwach PKZ. Pierwszy pod tytułem Cytadela Casbah w Algierze - projekt rewaloryzacji i drugi PKZ w Algierze - ratowanie najcenniejszych obiektów architektury muzułmańskiej. Niedługo później zostałem uhonorowany złotą odznaką PKZ oraz medalem pamiątkowym z okazji XXXV-lecia PP PKZ.
ilustracja 25.
W pracowni projektowej PKZ, 1986 rok
ilustracja 26.
Dorota Macur z synem Mateuszem i córką Mają, Sopot, 1988 rok
Po powrocie z kontraktu w Algierii mieszkałem z rodziną w Sopocie, jednocześnie kontynuowałem budowę domu we Wrzeszczu, przygotowując go do zamieszkania. Jednak niedługo czekał mnie kolejny wyjazd związany z prowadzeniem prac misji PKZ w Egipcie podczas sezonu 1988/1989.
Zygmunt Wysocki wspominał wcześniej o możliwości włączenia mnie do prac misji, ale obecna propozycja, abym objął rolę kierownika misji, była dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Prace trwały już od dwudziestu lat i od początku uczestniczyli w niej oprócz Zygmunta Wysockiego architekci Waldemar Połoczanin i Adam Stefanowicz, od kilku lat Andrzej Kwaśnica, a od jednego sezonu Jacek Gzowski. Będąc trochę zaniepokojony tą propozycją, poinformowałem dyrekcję PKZ, że nie zapoznano mnie z zakresem i metodami prowadzonych dotychczas prac i zaproponowałem, aby pojechał ze mną Zygmunt Wysocki, wprowadził na miejscu w zagadnienia prac konserwatorskich oraz przedstawił miejscowym notablom, z którymi współpracował od lat. Odpowiedziano mi, że Wysocki z powodu choroby żony nie może wyjechać. Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami, że dyrekcji się nie odmawia, oraz tym, że w życiu co jakiś czas otwierają się furtki nowych możliwości - zgodziłem się na szefowanie misji w najbliższym sezonie. Przeniesiono mnie z pracowni projektowej do zespołu misji egipskiej i Wysocki przez kilka tygodni objaśniał mi, nad czym pracowali do tej pory oraz jaki jest plan na najbliższy sezon. Najbardziej zadziwiły mnie przekazane przez niego rady, z kim rozmawiać i o czym, a kogo unikać. Wszystkie te informacje skrzętnie zanotowałem, ale to, co mnie później spotkało na miejscu, przekroczyło moje pierwotne wyobrażenia.
ilustracja 27.
Przed muzeum starożytności w Kairze, 1988 rok
Po wylądowaniu w Kairze i zainstalowaniu się w budynku Stacji Archeologii Śródziemnomorskiej UW, następnego dnia wysłałem ekipę do Luxoru, aby przygotowali rozpoczęcie misji w Deir el-Bahari. W Kairze pozostałem jedynie z Tomkiem Celewiczem, aby opracować wystąpienie o planach pracy w tym sezonie, które miałem zaprezentować na posiedzeniu Wysokiego Komitetu Organizacji Starożytności Egipskich (OSE). Będąc jeszcze w Gdańsku i słuchując wyjaśnień Wysockiego doszedłem do wniosku, że do tej pory za dużo wykonywano rekonstrukcji, a nie prowadzono prac ściśle restauratorskich. Postanowiłem to zmienić i udało mi się wzmocnić ekipę dwoma konserwatorami, z których jeden specjalizował się w konserwacji kamienia, a drugi polichromii. Kolejną zmianą było nowe podejście do prac rekonstrukcyjnych i zabezpieczających. Przyjąłem założenie o możliwości odwrócenia dokonanych działań, czyli wykonania ich w ten sposób, aby po czasie można było wrócić do oryginału. Miało to szczególne znaczenie w wykonywanych pracach zabezpieczeniowych sklepień przed obsypującymi się blokami górotworu. Zaproponowałem, aby nie łączyć bezpośrednio żelbetowego zabezpieczenia z blokami kamiennymi składającymi się na sklepienia, a stworzyć niezwiązaną warstwę izolacyjną i zarazem amortyzującą. Nowe propozycje wniosłem do programu prac, a jego prezentacja stała się dla mnie niezapomnianym wydarzeniem.
Po dłuższym oczekiwaniu na korytarzu jedenastego piętra budynku OSE zostaliśmy wreszcie wpuszczeni do olbrzymiej sali. Po obu jej stronach wzdłuż ścian ustawione były małe stoliki i siedzenia, które zajmowali przedstawiciele poszczególnych misji prowadzących prace w Egipcie. Na końcu sali było podwyższenie, na którym przy dużym biurku zasiadał prezydent komitetu, obok przy mniejszym stoliku towarzyszyło mu dwóch pisarzy. Wokół przedstawicieli misji uwijali się kelnerzy w galabijach i turbanach na głowie, donoszący na tacach kawę i herbatę. Po chwili zamieszania nastąpiła cisza i prezydent komitetu, wskazując na poszczególne stoliki, zbierał informacje o programach prac od przedstawicieli kolejnych misji. Czasami zadawał dodatkowe pytania i żądał wyjaśnień. Wreszcie przyszła kolej i na mnie. Całe wystąpienie miałem przygotowane na kartach i kilkakrotnie wcześniej przećwiczyłem jego prezentację, więc wszystko poszło dobrze. Na dodatkowe pytania odpowiadał egiptolog Franciszek Pawlicki, szef Stacji Archeologii Śródziemnomorskiej UW w Kairze.
Po kilku dniach otrzymałem pismo z imienną zgodą na prowadzenie prac w świątyni Hatszepsut w Deir el-Bahari i następnego dnia w towarzystwie Celewicza i Szafrańskiego służbowym fiatem 125P kombi wyjechałem do Luxsoru. Tak to opisałem: "Po bardzo hałaśliwym Kairze, wieczorem w dolinie Deir el-Bahari panuje prawdziwy spokój. Z podcienia Metropolitan House widać podświetloną świątynię i tylko czasami słychać ujadanie psów lub głos muezina z pobliskiego meczetu. Nie mam tutaj ani radia, ani telewizora, więc wieczorami studiuję dokumentację związaną z pracami w świątyni, gdyż w dzień nie ma na to czasu. Ledwo jestem tutaj od kilku dni, po długiej podróży wzdłuż Morza Czerwonego, a już za kilka dni znowu lecę do Kairu, aby wydostać stypendia. Odwiedziłem już głównych notabli miejscowej Organizacji Starożytności Egipskich, od których zależne są nasze prace. W tym celu musiałem przeprawić się promem wraz z samochodem na drugą stronę Nilu do Luxoru. Tam brnąłem po rozkopanych, zatłoczonych dorożkami uliczkach. Wszędzie bardzo dużo pyłu, że aż w gardle drapie, a w garniturze nie było mi zbyt wygodnie"25.
Gdy już myślałem, że po przeniesieniu się do Deir będę miał trochę spokoju, prawdziwe problemy dopiero się zaczęły. Przede wszystkim zgodnie z instrukcjami przekazanymi przez Wysockiego musiałem odwiedzić wszystkich lokalnych przedstawicieli OSE po obu brzegach Nilu. Spotkania były czysto towarzyskie, polegały na tym, że przedstawiałem się jako nowy szef ekipy PKZ, przekazywałem listy od Wysockiego oraz drobne upominki od naszej misji. Podczas każdej takiej wizyty wypijałem małą kawę, informowałem, od kiedy zaczynamy pracę i ilu zatrudnimy ludzi. W tych wizytach towarzyszył mi Waldemar Połoczanin. Gdy pierwszy raz odwiedziliśmy urzędującego w pobliżu świątyni w Karnaku księgowego, z którym byłem zobowiązany rozliczać wydatki misji, nie mogłem nadziwić się zaobserwowanym widokiem. Biura umieszczone były w parterowym murowanym baraku. Do każdego pomieszczenia, doświetlonego jedynie małym oknem, prowadziły metalowe drzwi, przeważnie otwarte. Wewnątrz pomieszczenia, za drewnianym stołem zastawionym stertą dokumentów, siedział urzędnik. Obok stołu stała metalowa szafa wypełniona papierami, reszta dokumentów leżała porozrzucana na obsypanej pyłem ceramicznej podłodze. Po przedstawieniu mnie przez Połoczanina księgowemu i wymienieniu przez niego zwyczajowych grzeczności w języku arabskim oraz wręczeniu upominku, mogliśmy usiąść na dwóch koślawych krzesełkach. Za chwilę pojawił się arab w galabii, który podał nam w małych szklaneczkach bardzo słodką miętową herbatę. Tak zapoznałem się ze sferą urzędniczą na niższym poziomie administracji. Urzędnicy lokalni albo bardzo słabo mówili po angielsku, albo nie mówili w ogóle. Miałem z tego powodu spore kłopoty, bo ja nie mówiłem po arabsku. Ale musiałem sobie jakoś radzić i szło mi to wcale dobrze.
O kolejnych zawirowaniach z prowadzeniem misji pisałem w dalszej korespondencji: "Dzisiaj, po przeszło tygodniowych bojach w Kairze, udało mi się odebrać pieniądze za listopad i grudzień dla siebie i wszystkich kolegów. Tak więc jutro mogę już spokojnie wracać do Luxoru i mam nadzieję, że nie będę musiał już przyjeżdżać do Kairu w tym roku. W międzyczasie zostało podpisane porozumienie o współpracy kulturalnej na następne trzy lata, co jest podstawą do negocjacji w sprawie dalszych prac misji. W tekście ogólnym został wprowadzony zapis o pracy polskich misji, którego pierwotnie nie było. Nastąpiła kolejna zmiana na stanowisku Prezydenta Organizacji Starożytności Egipskich i jeszcze nie wiemy, jaki jest stosunek nowego prezydenta do naszych Misji. Z rozmowy z sekretarzem Stacji Archeologii Śródziemnomorskiej w Kairze wynika, że chyba dalsze rozmowy pójdą pomyślnie i praca misji będzie kontynuowana, zgodnie z planem, tj. do końca marca"26.
"Ciągle jestem bardzo zajęty. Po załatwieniu spraw finansowych w Kairze, teraz tu na miejscu muszę zrobić listy płac dla 136 robotników, dokonywać rozdziału ubrań roboczych oraz obuwia itp. Nie starcza mi czasu na zapoznanie się z samą budową, a tam też problemów nie brakuje. Mamy ustawić kolumny na górnym dziedzińcu, a tu wynika problem, czy były ich trzy rzędy, jak zaproponował pan Wysocki w swoim projekcie, czy dwa rzędy, jak wynika z częściowo zachowanych śladów. Tą zagadkę od kilku dni stara się rozwiązać Tomek Celewicz, ale ja również jestem w to zaangażowany. W innym miejscu chcemy złożyć rozsunięte kamienie w sklepieniu Świątyni Anubisa, ale gdy to robimy, częściowo ulega uszkodzeniu polichromia na styku kamieni. W zupełnie innej partii świątyni sól w kamieniu niszczy płaskorzeźby i nie wiadomo, co z tym zrobić. A to nie ma drutu o odpowiednim przekroju, bo przywieźli inny itd., itd. Oto moje codzienne problemy"27.
"Prace na świątyni przebiegają dobrze i nie mam z nimi większych problemów. W tych dniach udało się nam zlikwidować wychylenie ściany w północnej kaplicy Anubisa. Było to trudne zagadnienie konserwatorskie, na które zdecydowałem się, obawiając się jednocześnie, czy nam się uda? Zbudowana z rzeźbionych i polichromowanych bloków kamiennych kaplica uległa częściowemu rozwarstwieniu i trzeba było wyczyścić spoiny, aby bloki kamienne trafiły na swoje pierwotne miejsce, a przy tym należało uważać, aby nie odpadły reliefy i polichromie. Ta operacja jest już prawie ukończona i nieliczne fragmenty, które odpadły razem z tynkiem, zostaną ponownie sklejone przez konserwatora. Po wykonaniu całości prac konserwatorskich będzie to najładniejsza kaplica w świątyni"28.
ilustracja 28.
Metropolitan House, budynek polskiej misji w Deir-el Bahari, 1998 rok
Najbardziej martwiłem się o prowadzone dotychczas przez wiele lat prace konserwatorskie i uzyskany podczas nich skromny dorobek badawczy. Nie zostały ukończone podstawowe badania egiptologiczne na górnym tarasie, gdzie ostatnie koncentrowały się prace. Było to wynikiem braku porozumienia pomiędzy grupą egiptologów pracujących na świątyni a ekipą PKZ. Stwierdziłem na miejscu, że niektóre wykonane prace nie mają swojego potwierdzenia w badaniach29. W rozwiązaniu tego zadania pomogli mi młodzi architekci Tomek Celewicz i szczególnie Andrzej Kwaśnica, którzy mieli dobre kontakty z egiptologami i wciągnęli ich do współpracy. Po kilku dniach zgłosił się do mnie również szef egiptologów Janusz Karkowski, który zadeklarował współpracę i od tego momentu bardzo mnie wspierał i mogłem liczyć na jego pomoc.
Tak więc po kilku tygodniach prac okazało się, że składana już dwukrotnie przez PKZ ściana południowa dziedzińca górnego ma dużo błędów, a kolumny stoją nie na swoich miejscach. I gdy już myślałem o tym, jak dyskretnie naprawić błędy moich poprzedników, dotarły do nas wieści o zmianie prezydenta OSE, a nowy miał do nas niezbyt dobre nastawienie i zarzucał nam sporo błędów w prowadzeniu dotychczasowych prac. W konsekwencji tych zdarzeń docierały do nas informacje o prawdopodobnym zamknięciu naszej misji. W tej sytuacji postanowiłem wysłać do kraju część ekipy, a z pozostałą zakończyć pierwsze prace czysto konserwatorskie związane z kaplicą Anubisa. Zleciłem wykonanie niezbędnych zabezpieczeń, na wypadek gdyby doszło do przerwania prac misji oraz dyskretne poprawienie ustawienia kolumn na górnym tarasie. W tym czasie architekci i egiptolodzy kończyli dokumentację konserwatorską odtworzenia ściany południowej, którą zamierzałem wprowadzić do prac w następnym roku. Jednakże nie mieliśmy okazji kontynuować swoich zadań. Wkrótce przyszła informacja o przerwaniu prac misji PKZ, o czym zawiadamiałem: "[...] w jednym z ostatnich listów napisałaś "wracaj szybko" i pewnie Allach wysłuchał tego wezwania, gdyż wszystko wskazuje na to, że wrócę szybko. Ostatni prezydent Organizacji Starożytności Egipskich, trzeci podczas mojego krótkiego tutaj pobytu, podjął decyzję o zawieszeniu prac Misji Deir el-Bahari do czasu wykonania badań geologicznych. Chodzi o to, że egipscy geolodzy złożyli raport o zagrożeniu świątyni przez otaczający ją masyw skalny. Chodzi przede wszystkim o niszczące działanie łupków, które prąc na mury, powodują powolne ich rozpojenie. Decyzja o zawieszeniu prac wiąże się z przerwaniem finansowania naszej misji. W związku z tym będący tutaj zastępca dyrektora Polaka podjął decyzję o kończeniu przez nas działalności w tym sezonie i wyjeździe ekipy do kraju, gdyż, jak wszystko wskazuje, nie dostaniemy stypendium za styczeń. W ciągu dwóch tygodni chcę zakończyć prace i sukcesywnie wysyłam ekipę do kraju"30.
ilustracja 29.
Światynia królowej Hatepszut w Deir-el Bahari, 1998 rok
"[...] odbyła się w Luxorze specjalna narada wieloosobowej komisji egipskiej. Około piętnastu osób różnej specjalności, od egiptologów po geologów, przez kilka godzin oglądało nasze prace na świątyni. Z zadawanych pytań oraz bieżących komentarzy wynikało, że mają wiele zastrzeżeń do metod i sposobu wykonanych przez nas prac. Główna sprawa to wpływ masywu skalnego na stabilność murów starożytnych. Nie ma w tej sprawie jednoznaczności stanowiska naszych geologów z egipskimi. Nasi twierdzą, że górotwór jest stabilny, a oni że ulega przesunięciu. Z tego powodu negują zaproponowane i realizowane przez nas zabezpieczenia konstrukcyjne. Inne zarzuty to mały postęp prac na przestrzeni 21 lat pracy w Egipcie oraz to, że zbyt dużo jest rekonstrukcji w stosunku do "czystej" konserwacji. Najzabawniejsze to, że ja się z większością ich uwag zgadzam, a muszę bronić zupełnie innego stanowiska, które było przyjęte przez lata przez moich poprzedników. Gdy już w tym sezonie udało się zmienić skład ekipy oraz przeprowadzić prawdziwe prace konserwatorskie polichromii w kaplicy Anubisa - to przychodzi ta decyzja. Według opinii kierownika Stacji Archeologii Śródziemnomorskiej w Kairze [Franciszka Pawlickiego] oraz dyrektora zarządu PKZ [Lecha Krzyżanowskiego] moje działania w przeciągu dwóch miesięcy tego sezonu, wprowadziły prace na właściwe tory oraz wyraźnie zdynamizowały realizację badań, projektów oraz wykonawstwa. Tak więc piję piwo, którego nawarzyli moi koledzy. Z tego powodu, jak zauważyłem kilka dni temu, bardzo posiwiały mi skronie. Staram się jakoś opanować i nie przeżywać ostatnich wydarzeń zbyt emocjonalnie, aby wrócić do domu w dobrej kondycji psychicznej.
ilustracja 30.
Odkuwanie brakujących kamiennych elementów sklepienia kaplicy Anubisa, 1988 rok
Jakie są przewidywania? Tego samego dnia po odbytej wizytacji komisji w świątyni, wieczorem została nam podana ustnie informacja. Z tym, że każda z trzech osób, która nam jej udzielała, mówiła coś innego. Tak więc mamy wstrzymać wykonywanie robót konstrukcyjnych zabezpieczających, a możemy kontynuować konserwatorskie. Ale jakoś tak się składa, że konserwatorskich nie będziemy mogli prowadzić, bo nie ma ukończonych badań i projektów, a bez nich nie podejmę decyzji o rozpoczęciu tych prac. A w ogóle dopiero 6 lutego będzie posiedzenie specjalnej komisji w Kairze, która ostatecznie zadecyduje, co z nami dalej. Tak więc przewiduję, że do końca stycznia posiedzę jeszcze w Deir, aby zakończyć prace i zrobić rozliczenia finansowe, a na początku lutego przeniosę się do Kairu i będę czekał na dalszy rozwój sytuacji"31.
ilustracja 31.
Podczas restauracji sklepienia kaplicy Anubisa, 1988 rok
"Piszę tak bardziej optymistycznie o możliwości przedłużenia prac misji, gdyż ostatnio padło pod jej adresem trochę pozytywnych opinii, które mogą zaważyć na ostatecznym stanowisku. Istnieje przypuszczenie, że mogą pozwolić prowadzić nam prace konserwatorskie z wyłączeniem zabezpieczeniowych. Trochę denerwująca jest ta niepewność. A tu w okolicy, tj. na promie, przewoźnicy i inni ostatnio się dziwią, że Polacy jeszcze pracują, gdyż w lokalnej prasie podano, że prace polskiej misji zostały zatrzymane.
A ja nie mogę przerwać prac, gdyż nie dostałem w tej sprawie oficjalnego stanowiska na piśmie. Co prawda od początku lutego zwolniłem połowę robotników i prowadzę prace pozorujące, gdyż nie wiem, czy angażować się w jakieś poważniejsze przedsięwzięcie. Zrobiliśmy generalne porządki oraz poprawiłem wszystkie prowizoryczne zabezpieczenia zagrożonych partii świątyni. Co będzie dalej, zobaczymy"32.
ilustracja 32.
Restytucja wejścia do kaplicy Anubisa, 1988 rok
Moje wątpliwości rozwiała informacja przekazana przez Rafała Czernera: "Niestety Permament Commitee 6 lutego 1989 roku podjął decyzję zawieszenia działalności obu polskich misji w Deir el-Bahari i jeszcze trzeciej na dokładkę. Jak na razie przewiduje się, że misja Hatszepsut będzie siedzieć w Deir do 15 lutego, a więc niewiele później chyba należy spodziewać się Andrzeja (chyba, że coś się odkręci, ale szanse są marne). Sprawa ma wydźwięk polityczny: pisze się w prasie o usuwaniu ostatnich pozostałości polityki Naserowskiej - ale oczywiście pretekstów szuka się innych - zła konserwacja itp., tyle wiadomo dzisiaj"33.
Ostatecznie kontrakt został zawieszony i musiałem wracać do Kairu. Mieszkając w Stacji Archeologii Śródziemnomorskiej, miałem do dyspozycji dwa tygodnie na wykonanie ostatecznego raportu z prac misji i jej rozliczenie. Przy okazji zrealizowałem niezapomnianą wyprawę do Sakkary, gdzie wędrowałem po piaskach, spośród których wystawały fragmenty dawnych piramid schodkowych. Podziwiałem wspaniałe widoki na całą okolicę, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci jako jedne z najpiękniejszych, ale też upajałem się spokojem tego miejsca, związanym z niewielką liczbą turystów. Pozostały czas poświęciłem na wędrówki po starym Kairze, gdzie nieczęsto zapędzają się wycieczki. Spacery pozwoliły mi poznać tradycyjne warsztaty szklarskie, urokliwe stragany z wyrobami lokalnego rzemiosła, stare kawiarnie z palaczami nargili oraz urokliwe wille, w tym najciekawszą, należącą do pewnego kairskiego lekarza. Wnętrze tej willi zrobiło na mnie niezwykłe wrażenie. Jego tajemniczość była spowodowana zawiłym układem pomieszczeń oraz wąskimi korytarzami, w których przez gęste muszarabie był wgląd do innych wnętrz. Występowały też utajone pokoje, tajemnicze schowki, a sala wypoczynku z fontannami i basenami oraz ławami wyścielonymi kolorowymi poduszkami pozwalała wyobrazić sobie chociaż po części koloryt tego miejsca i związane z nim tradycje.
ilustracja 33.
Na cytadeli z grupą szkolonych przeze mnie Algierczyków, Algier, 1990 rok
ilustracja 34.
Narada u wojewódzkiego konserwatora zabytków (od lewej: prof. Jerzy Stankiewicz, Andrzej Macur i Justyna Czyszek), 1993 rok
Z misji egipskiej wróciłem w marcu, a już jesienią 1990 roku wyjechałem na kilka miesięcy do Algieru, aby przygotować warunki kontraktu na nadzór nad pracami i szkoleniem Algierczyków podczas prowadzonych przez nich prac konserwatorskich związanych z restauracją cytadeli. O czym tak pisałem: "Przygotowujemy obecnie [z Janem Ponichterą] szczegółowe harmonogramy prowadzenia robót w poszczególnych obiektach. W harmonogramie dla pałacu Beja chcę wykazać, że do końca roku, mogą być wykonywane jedynie prace rozbiórkowe na dziedzińcu, a następne prace konserwatorskie muszą być już prowadzone pod ścisłym nadzorem konstrukcyjnym. Chcemy w ten sposób przyśpieszyć podpisanie przez nich umowy na nadzór autorski prowadzony przez PKZ. Jeżeli uporają się z podpisaniem kontraktu na nadzory, to już od stycznia powinien przyjechać do Algieru konstruktor. Jeżeli nie podpiszą, to wstrzymuję roboty.
[...] Tato, jesteś architektem i widziałeś cytadelę, to rozumiesz, jaki jest tutaj ogrom prac, a mnie, jak oświadczyli, chcą zostawić tutaj na 5 lat, abym koordynował im wszystkie roboty i wziął na siebie odpowiedzialność za prawidłowość realizacji"34.
"[...] kończę pracę nad harmonogramami i muszę przystąpić do napisania raportu końcowego. Zostałem zakwalifikowany jako ekspert UNESCO i wpisany na listę specjalistów międzynarodowych ds. konserwacji zabytków. Raport, który mam opracować, ma posłużyć Algierczykom do wystąpienia do tej agencji o przyznanie odpowiednich kredytów z puli na szkolenie w krajach rozwijających się. Podobną umowę mają podpisaną Włosi, którzy prowadzą prace konserwatorskie przy Bastionie 23. Tak więc przyszły pięcioletni kontrakt, przy okazji realizacji prac na cytadeli, ma dotyczyć przede wszystkim szkolenia Algierczyków w zakresie konserwacji zabytków. Tak też muszę ukształtować harmonogram pobytu naszych specjalistów, którzy w ramach pełnionego nadzoru będą również szkolić Algierczyków. Połowa czasu ma być przeznaczona na szkolenie ogólnokonserwatorskie przez architektów i konstruktora, a druga część czasu na szczegółowe szkolenie w zakresie konserwacji, polichromii drewna, metalu, ceramiki i kamienia"35.
Jednakże sytuacja polityczna w tym czasie uległa znacznemu pogorszeniu i pomimo kilkakrotnych prób czynionych przez Biuro Handlu Zagranicznego PKZ nie udało się podpisać kontraktu. Ciągłe zmiany personalne w algierskich urzędach związanych z Ministerstwem Kultury oraz ogólne zawirowania polityczne nie sprzyjały dalszemu prowadzeniu negocjacji i w końcu ich zaniechano. Po powrocie do kraju ponownie kierowałem pracownią projektową PKZ.
ilustracja 35.
Zarząd gdańskiego oddziału Stowarzyszenia Konserwatorów Zabytków (od lewej: Aleksander Piwek, Janusz Ciemnołoński, Jolanta Sołtysik, Justyna Czyszek, Andrzej Macur i Janusz Tarnacki), 2002 rok
W latach 1992-2002 pełniłem funkcję prezesa gdańskiego oddziału Stowarzyszenia Konserwatorów Zabytków. Podjęliśmy wówczas wiele dyskusji poświęconych przede wszystkim ważniejszym problemom nurtującym lokalne środowisko konserwatorskie. Wnioski i postulaty z tych narad zostały przedstawione władzom samorządowym, inwestorom i służbom konserwatorskim. Odbyły się między innymi dyskusje nad planem śródmieścia Gdańska, mające doprowadzić do przyjęcia rozwiązań zgodnych z założeniami konserwatorskimi. Złożyliśmy wnioski w sprawie modernizacji i przekształceń parterów usługowo-handlowych w miejskich zespołach zabytkowych. Przedstawiliśmy program odnowy średniowiecznych fortyfikacji Głównego Miasta w Gdańsku, możliwy do wykorzystania w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Poruszaliśmy również bieżące problemy konserwatorskie związane z ochroną obiektów: Twierdzy Wisłoujście, Wyspy Spichrzów, Dworu Artusa, Ratusza Głównego Miasta, kościoła św. Jana czy Wielkiego Młyna. Uczestniczyliśmy w odbiorze robót konserwatorskich wykonanych na wieży Ratusza Głównego Miasta oraz w dyskusji, podczas której zostało sformułowane stanowisko w sprawie zastosowanych metod konserwatorskich, materiałów i technologii. Odbyła się także prezentacja i dyskusja nad koncepcjami adaptacji kościoła św. Jana na Międzynarodowe Centrum Kulturalno-Kongresowe oraz nad kontrowersyjnymi kwestiami dotyczącymi odbudowy i rekonstrukcji pieca w Dworze Artusa. Wspólnie z Towarzystwem Przyjaciół Gdańska i Prezydentem Miasta Gdańska ogłosiliśmy konkurs na wspomnienia z odbudowy Głównego Miasta w Gdańsku i doprowadziliśmy do wydania drugiego tomu publikacji, której pierwodruk ukazał się pod koniec lat siedemdziesiątych.
ilustracja 36.
Podczas podpisania umowy o utworzeniu SAP Projekt Północ (od lewej: Mieczysław Jaśkowski, Mirosław Hrynkiewicz, Andrzej Macur), 1997 rok
Po transformacji ustrojowej i zniesieniu ograniczeń w projektowaniu obiektów zabytkowych ranga PKZ bardzo zmalała. Służby konserwatorskie wydawały upoważnienia do wykonywania projektów obiektów wpisanych na listę ochrony zabytków, a archiwa udostępniały wcześniej wykonaną w PKZ dokumentację inwentaryzacyjną i projektową. Do projektowania przystąpiło liczne grono architektów niemających odpowiedniego przygotowania, ale oferujących zdecydowanie niższe ceny. Coraz częściej dowiadywałem się z prasy, że realizuje się projekt z wykorzystaniem wcześniejszych opracowań moich lub kolegów z PKZ, bez naszej zgody i z naruszeniem obowiązującego już prawa autorskiego. W tej sytuacji powołałem w kwietniu 1992 roku Pracownię Autorską Macur (PAM), w której od tej pory wykonywaliśmy projekty konserwatorskie we wszystkich specjalnościach, gdyż współpracowałem ze specjalistami z różnych branż. Na działalność pracowni wydzieliłem poddasze naszego domu, a w 1995 roku, po upadku PP PKZ i utworzeniu nowej jednostki pod nazwą PKZ BHZ, przeniosłem swoje biuro do ich siedziby w bramie Świętego Ducha. Wówczas wykonałem dla nich między innymi projekty związane z adaptacją Dworu Młyniska w Gdańsku, modernizacją ambasady Rosji w Tallinie, restauracją Domu Czertkowa i Domu Mielnikowa w Moskwie, a także zespołu hotelowego w Kaliningradzie. Równocześnie startowałem w przetargach, uzyskując kolejne zlecenia na projekty odbudowy i adaptacji kamienic w Elblągu i Malborku, restauracji pałacu Przebendowskich w Wejherowie, skrzydła południowego zamku w Sztumie oraz murów obronnych w Kwidzynie i wiele innych. Stały skład zespołu oprócz mnie i ojca tworzyli architekt Mirosław Czapliński, technik Filip Wysocki i sekretarka Mirosława Szczechowska. Studia historyczne i aranżacje wnętrz wykonywała historyczka sztuki żona Małgorzata, a serwisy fotograficzne i filmowe syn Mateusz.
ilustracja 37.
W pracowni SAP Projekt, Sopot, 1999 rok
W 1997 roku myślałem o ograniczeniu działalności i ponownym przeniesieniu pracowni na poddasze mojego domu, ale niespodziewanie otrzymałem z firmy SAP Projekt z Warszawy propozycję utworzenia filii ich firmy w Trójmieście. Chcąc sprostać temu wyzwaniu, zaproponowałem Mirkowi Hrynkiewiczowi, abyśmy nową firmę utworzyli z naszych dwóch pracowni architektonicznych - Pracowni Autorskiej Macur i Hita Hrynkiewicz i Trzebiatowski Architekci s.c. Tak powstał SAP Projekt Północ Spółka z o.o. z siedzibą w pawilonie na hipodromie w Sopocie. Firma zajmowała się przede wszystkim obsługą inwestycyjną i projektową niemieckiego koncernu Metro. Przygotowywaliśmy wielobranżową dokumentację projektową, uzyskiwaliśmy niezbędne uzgodnienia i pozwolenia na budowę, a następnie prowadziliśmy i nadzorowaliśmy realizację centrów handlowych Real i Praktiker. Moje zadania jako kierownika projektów polegały na koordynacji prac projektowych i związanych z realizacją inwestycji. Nie spodziewałem się, że będzie z tym tyle problemów formalno-prawnych, przede wszystkim na etapie uzgodnień i uzyskania prawomocnych decyzji o pozwoleniu na budowę. Trwało to czasami kilka lat, gdyż kolejne decyzje były zaskarżane i trzeba było przebrnąć przez procedury odwoławcze w Samorządowym Kolegium Odwoławczym oraz Sądzie Administracyjnym, podczas których występowałem jako pełnomocnik inwestora. Gdy uzyskiwaliśmy prawomocne pozwolenie na budowę, to realizacja inwestycji była blokowana przez ekologów, spółdzielnie mieszkaniowe czy Samoobronę. Z tych przyczyn nie udało się zrealizować centrum handlowego Real na Morenie przy ulicy Piecewskiej. Powstały natomiast Praktiker i Real w Gdańsku przy ulicy Kołobrzeskiej i Real w Kobylnicy koło Słupska. Dzięki współpracy z dużą niemiecką firmą, a przede wszystkim z jej wieloma specjalistami był to dla mnie okres zdobywania bardzo cennych doświadczeń zawodowych. Konieczność wprowadzania europejskich norm i procedur nauczyła mnie koordynacji wielobranżowych projektów, realizowanych przez różne krajowe i zagraniczne biura, prowadzenia przetargów dla firm wykonawczych oraz procedur nadzoru i odbiorów technicznych inwestycji. Była to bezcenna i uprzednio nieposiadana przeze mnie wiedza.
12 czerwca 2000 roku doczekałem się uroczystości otwarcia odrestaurowanych kamieniczek Biblioteki Elbląskiej przy ulicy św. Ducha 3/4 w Elblągu. Uważam to za jedną z ciekawszych moich i ojca realizacji konserwatorskich. Zgodnie z tą koncepcją odtworzono układ dwóch kamienic z oficynami, odrestaurowano manierystyczną elewację kamienicy przy ulicy św. Ducha 3 oraz jej średniowieczną sień z elementami późniejszego barokowego wyposażenia. Jest to jedyny znany mi na Pomorzu przykład odrestaurowanej sieni kamienicy z okresu miast Hanzy. W kolejnych latach zakończyła się realizacja moich następnych projektów: Międzynarodowego Centrum Wymiany Młodzieży w skrzydle południowym zamku w Sztumie, restauracja pałacu Przebendowskich w Wejherowie, powiązana z adaptacją na Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej, restauracja Domu Komendanta w Twierdzy Wisłoujście oraz adaptacja na hotel kamienic przy ulicy 17 Marca 26/27 w Malborku, która została nominowana do tytułu Modernizacji Roku.
ilustracja 38.
Maks, Małgorzata, Maja, Kazimierz i Andrzej Macurowie, Gdańsk, 1999 rok
Podczas sesji jubileuszowej z okazji dwudziestolecia SKZ i obchodów Międzynarodowego Dnia Ochrony Zabytków w kwietniu 2002 roku na zamku królewskim w Warszawie w uznaniu zasług dla ochrony dziedzictwa kulturowego i jako wieloletniemu członkowi stowarzyszenia wręczono mi Złotą Odznakę SKZ. Natomiast w listopadzie tegoż roku na zaproszenie Nadbałtyckiego Centrum Kultury wziąłem udział w sesji "Miasto historyczne w dialogu ze współczesnością", podczas której zaprezentowałem dwa tematy: Restauracja i adaptacja kamienic przy ulicy św. Ducha 3/4 w Elblągu oraz Rewaloryzacja kwartału zabudowy wokół kościoła św. Jana w Gdańsku.
ilustracja 39.
Zwiedzanie Kazby w Algierze (od lewej: Agnieszka Lasota, Andrzej Macur, Krzysztof Pawłowski i Yassine Ouagueni), 2007 rok
Po przejęciu SAP Projektu przez holenderski Tebodin nastąpiła zmiana profilu firmy z architektonicznego na bardziej inżynierski. W tej sytuacji wraz Mirkiem Hrynkiewiczem podjęliśmy decyzję o zakończeniu pracy w SAP Projekt Północ i prowadzeniu dalszej działalności w prywatnej pracowni. Tak więc z początkiem 2006 roku przenieśliśmy się na ulicę Sobolową do domu Hrynkiewiczów, w którym ulokowaliśmy Pracownię Hrynkiewicz i Synowie (HiS). Gdy dowiedziałem się, że kontrakt dotyczący cytadeli, dla którego przygotowywałem zakresy robót, harmonogramy i wyceny, został parafowany przez władze algierskie, zakończyłem współpracę z HiS i oczekiwałem na wyjazd.
Do Algieru wyjechałem dopiero w lutym 2007 roku, a po nieotrzymaniu zapłaty za wykonanie pierwszego etapu kontraktu, postanowiliśmy nie kontynuować dalszych prac do czasu uregulowania zobowiązań. Dowiedziałem się, że bezpośrednią przyczyną zaistniałej sytuacji była dokonywana reorganizacja w ministerstwie kultury. Z tego powodu część osób zrezygnowała z udziału w dalszych pracach w Algierze. Po czternastomiesięcznym okresie wyczekiwania - bardzo trudnym dla mnie ze względu na kłopoty finansowe i nie najlepszej z tego powodu atmosfery w domu - dopiero w listopadzie 2008 roku wznowiliśmy nasze prace, a te, które wykonaliśmy dotychczas, zostały ocenione. Dawało to nadzieję na uruchomienie przez Algierczyków płatności i umożliwiało kierownictwu PKZ uregulowanie naszych zaległości płatniczych oraz ustalenie harmonogramu dalszych wyjazdów. Jednakże niewiele wyszło z tych oczekiwań i o bieżącej sytuacji tak informowałem współpracującego ze mną projektanta Ryszarda Szczęsnego: "Przygotowałem prezentację, podczas której będę przedstawiać, oprócz badań polichromii i ceramiki, wyniki naszych wspólnych badań ścian pałacu Bejów oraz założenia programowe i konserwatorskie rewaloryzacji cytadeli. Archeolog ma natomiast przedstawić badania geologiczne i archeologiczno-architektoniczne. W międzyczasie mam wystąpić w filmie, który kręcą Algierczycy o cytadeli. Dzisiaj otrzymałem scenariusz i muszę się przygotować do tego występu. 10 kwietnia jadę do kraju i mam zamiar powrócić do Algieru dopiero w połowie maja. Jestem już poważnie wkurzony zaistniałą sytuacją, ponieważ wykonując kolejne zadania, zostałem praktycznie sam. Obecnie równolegle nadzoruję badania architektoniczne, archeologiczne i geologiczne, które prowadzą Algierczycy pod naszym nadzorem. Biegam przez cały dzień od odwiertu do wykopu itd., a wieczorem siedzę nad opracowywaniem kolejnych badań, i tak już od kilku miesięcy, bez żadnego wolnego piątku. Przez ciągłe działanie w pełnym napięciu, jestem już wykończony fizycznie i psychicznie. Prawą ręką nie mogę już prawie ruszać, taki odczuwam ból. Jestem umówiony do lekarza po powrocie do domu i muszę się podkurować. Nowy kierownik kontraktu nic nie zmienił, gdyż dopiero się uczy"36.
ilustracja 40.
Podczas prezentacji projektu, Algier, 2007 rok
ilustracja 41.
Ryszard Szczęsny i Andrzej Macur w tarkcie badań architektonicznych, Algier, 2009 rok
Napisałem wtedy także do archeologa Eligiusza Dworaczyńskiego: "Jeżeli chodzi o nasze prace, to zamknęliśmy generalnie etap badawczy i przystąpiliśmy do fazy projektowej. Ale tak jak i poprzednio ciągle z problemami, gdyż Algierczycy ociągają się z decyzjami, a jeszcze gorzej jest z płatnościami. Twoje badania bardzo się przydały, gdyż opisy warstw z odwiertów i wykopów posłużyły mi do postawienia pewnej teorii o budowie murów obronnych na cytadeli. Może Halina [Rojkowska-Tasak] coś ci na ten temat wspominała. Bo w styczniu zakończyliśmy badania i ustaliliśmy fazy budowy pałacu Deja. Ja uważam, że dotychczasowe prace nie zamykają badań jako takich i ciągle uzmysławiam Algierczykom i naszej dyrekcji, iż istnieje konieczność ich kontynuowania podczas prac budowlanych, gdyż wówczas będzie można dotrzeć do wielu niezbadanych węzłów. W negocjacjach dotyczących nadzoru nad pracami wykonawczymi muszą uwzględnić konieczność nadzoru prowadzonego przez archeologa, historyka sztuki oraz dokumentowanie prac na bieżąco przez fotografa. Namawiam również do zagwarantowania odpowiednich kwot na publikacje z nadzoru i nowych badań"37.
Kontrakt trwał już z przerwami czwarty rok i z trudnościami posuwał się do zakończenia fazy badawczo-projektowej. Przy ciągłych zmianach w ekipach algierskich ja pozostawałem przypisany do tego tematu, co nie ukrywam, trochę już mnie męczyło. Arabska opieszałość w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji, ich ciągłe obiecywanie, że coś załatwią jutro, było denerwujące, ale starałem się z tym jakoś pogodzić. Kłopoty kontraktowe dalej się pogłębiały. Będąc na cytadeli ciągle sam, opracowywałem wytyczne do restytucji wnętrz pałacowych, ale nie miałem ich z kim skonsultować. A ustalenie pierwotnej formy niektórych detali oraz ich historycznej kolorystyki budziło wiele wątpliwości. W tym czasie nastąpiła kolejna zmiana kierownika projektu restauracji cytadeli ze strony algierskiej. Została nią młoda architektka Nabila Boutira, z którą codziennie spotykałem się w pracowni na cytadeli i referowałem moje koncepcje projektowe. Okazało się, że mieliśmy zbliżone poglądy na realizację restauracji cytadeli i odtąd wielokrotnie wspierała mnie w dalszych działaniach kontraktowych.
To, co wydarzyło się później relacjonowałem historyczce sztuki Halinie Rojkowskiej-Tasak: "[...] w Algierze po niespotykanych tutaj opadach śniegu i deszczu zawaliła się na cytadeli ściana Baterii 4. Po prostu woda rozmyła konstrukcję zasypu gliniastego baterii i obsunęła się część zewnętrzna elewacji, ukazując za nią konstrukcję wcześniejszego muru z basztą, której się tam spodziewałem, ale nie wiedziałem, gdzie dokładnie się znajduje. Było trochę zamieszania z tego powodu w prasie i telewizji, w nawiązaniu do tego, że od tylu lat prowadzone są projekty i badania, a cytadela się wali. Teraz trwają prace zabezpieczeniowe, a konkretne prace nie wiadomo, kiedy się rozpoczną"38.
ilustracja 42.
Cytadela w Algierze, odsłonięta baszta po awarii baterii 4, 2012 rok
W odpowiedzi dostałem wskazówki: "[...] katastrofa jest "piękna", jak widać na zdjęciach. Wyszła kolista baszta licowana ciemnym kamieniem, fazę z ciemnym kamieniem trzeba brać poważnie jako najstarszą. Gratuluję intuicji badawczej, pamiętam nasze rozmowy i nie jestem zazdrosna. Mury zewnętrzne trzeba przebadać pod kątem starszych baszt i niekoniecznie przy okazji katastrofy. A teraz jak spiąć te pęknięte mury i czym? Właściwie wytworzyła się naturalna odkrywka pokazująca starszą fazę i może byłoby dobrze utrwalić tę szczelinę, a przynajmniej jej fragment, w celu dydaktycznym. Nie wiem, czy w Polsce znajdziemy konstruktorów doświadczonych w takich konstrukcjach, to nie nasza technologia. Może w Hiszpanii lub Francji, a może w Maroku? Co na to Algierczycy poza aferą w TV? A czy zabezpieczenia robione przez nas w innych partiach muru się trzymają? A co z projektem, czy Algierczycy przyjęli go bez słowa i zapłacili, czy też czepiają się, żeby odwlec fakturę?"39
Odpowiadając na zadane pytania, opowiadałem dalej: "Na cytadeli ciągle gorączka z wykonywaniem zabezpieczeń po awarii fragmentu muru Baterii 4. Jak wcześniej informowałem, tymi pracami zajmują się Algierczycy, Portugalczycy i ostatnio Hiszpanie. Ciągle zauważalna jest mała aktywność z naszej strony. Geolog Józef Koszela i nowy konstruktor Tomasz Piszczek nie dali ze swojej strony żadnego opracowania. Ja swoje przedstawiłem i wspólnie z Hiszpanami powstała koncepcja pocięcia zachowanych fragmentów muru banche40, na części po linii podziału bloków, a następnie wmontowania ich w restytuowany fragment muru.
Ciekawsze jest jednak to, co się ukazało po awarii, czyli okrągła baszta, a ostatnio fragment muru składający się z trzech warstw. [...] pierwszy mur grubości 38-46 cm wykonano z kamienia bleu41, tak jak mury baszty. Ale dwa następne styczne do niego od strony wewnętrznej są murami z arkadami. Moje przypuszczenia są następujące: dwa pierwsze mury o łącznej grubości 140-150 cm to pierwotne mury obronne Kazby, związane z epoką przedotomańską. Ten sam mur jest widoczny w pomieszczeniu dawnej kuchni janczarów w pałacu Bejów (tam, gdzie występuje duża szczelina widoczna już przy klatce schodowej). Trzeci mur powstał prawdopodobnie w okresie kształtowania podwyższonego poziomu Baterii 4. Wysyłam Ci kilka zdjęć i jestem i ciekaw, co o tym sądzisz?"42
ilustracja 43.
Podczas inwentaryzacji detali kamieniarki z Mateuszem i Mohamedem, Algier, 2008 rok
Jakiś czas później Halina Rojkowska-Tasak podzieliła się swoimi opiniami: "To wszystko jest bardzo ciekawe i potwierdza wiarygodność rysunku z 1569 roku, szczególnie te arkady - trochę w nie nie wierzyłam. Półkolista baszta i zewnętrzny mur z kamieniem bleu jako faza przedotomańska i element murów obronnych miasta to chyba słuszna hipoteza43. Szkoda, że nie można ich porównać z jakimiś fragmentami na kasbie. Dodatkowo małe wysunięcie baszty świadczy o jej archaiczności, ma też chyba płaski gzyms u góry. Trzeba szukać kolejnych płytkich baszt (może znowu jakaś mała katastrofa?). Czy ta zewnętrzna warstwa ok. 50 cm to jest warstwa licowa zewnętrzna tego najstarszego muru? I czy mogła przechodzić w krenelaż? Gdy porównuje się to z innymi fragmentami cytadeli, badawczo robi się coraz ciekawiej. Coraz bardziej pachnie mi to arabską Hiszpanią. Najstarszymi śladami niebieskiego kamienia trzeba szukać dalej. A czy te wewnętrzne arkady wyszły też przy rozwaleniu się muru, czy przy jakichś innych pracach?
A co do konstrukcji muru to czy te wycięte kubiki będziecie sklejać tą samą ziemno-wapienną zaprawą, czy będziecie to szpilkować i "drutować" dodatkowo? I skąd wzięli się na cytadeli Hiszpanie i Portugalczycy? Brakuje jeszcze Turków. Życzę interesujących odkryć, pozdrawiam i czekam na informacje"44.
ilustracja 44.
W trakcie narady (od lewej: Nabila Boutira, Nariman Bouhara, Abdelouhab Zekagh i Andrzej Macur), Algier, 2011 rok
Z początkiem września 2012 roku wróciłem do Algieru, aby zakończyć aktualizację koncepcji. Był to trudny okres, podczas którego prezentowałem Algierczykom i Hiszpanom projekt związany z pałacem Bejów. Bałem się trochę, bo w ostatniej chwili okazało się, że nie przyjadą prowadzący ten temat architekt oraz konstruktor, nie było także umówionego wcześniej tłumacza. W zaistniałej sytuacji wystąpiłem sam, prezentując cały projekt. Dzielnie podtrzymywała mnie na duchu moja algierska przyjaciółka - architektka Nabila Boutira, która w przeddzień prezentacji przysłała mi mail: "Odwagi na jutro, zobaczysz, pójdzie dobrze, choć nie masz całej ekipy ze sobą. Ty jesteś EKIPĄ! Do jutra".
ilustracja 45.
Podczas uzgadniania współpracy (od lewej: Hanifa Hamouche, Andrzej Macur i Xavier Guitart), Algier, 2013 rok
Jeszcze w styczniu 2013 roku przez miesiąc przebywałem w Algierze. Później nastąpiła długa przerwa, podczas której prezes PKZ BHZ Elżbieta Mitrosz nie wywiązała się z zawartych umów w zakresie delegowania odpowiednich grup specjalistów do pracy w Algierze i nie wypłaciła wielomiesięcznych zaległych wynagrodzeń. Spowodowało to opóźnienia w realizacji zadań kontraktowych i w efekcie doprowadziło pod koniec 2013 roku do zerwania umowy przez stronę algierską. Nie pozwoliło to zespołowi projektowemu, którego byłem głównym projektantem, zakończyć badań oraz projektów i pozostawiło nas bez wynagrodzenia za wcześniej wykonane prace.
ilustracja 46.
Z Aleksandrem Piwkiem podczas promocji książki Gdańsk Kazimierza Macura, 2016 rok
W tej sytuacji, gdy w listopadzie otrzymałem od pracowni algierskiej BET Hamouche45 zaproszenie do kontynuowania z nimi prac na cytadeli w Algierze, przyjąłem ich propozycję i w połowie listopada 2013 roku stawiłem się w pracy. Ówczesne okoliczności charakteryzowałem następująco: "[...] obecnie jestem w zupełnie w odmiennej sytuacji. Nie ma już PKZ, którego byłem głównym reprezentantem, wokół prac na cytadeli pojawiło się kilka pracowni algierskich oraz przede wszystkim Hiszpanie. I to z nimi prowadzone są główne rozmowy, gdyż utworzyli oni wraz Algierczykami wspólne instytucje, które będą obecnie prowadzić prace konserwatorskie i nadzory nad obiektami, nad którymi do tej pory miało pieczę PKZ. Tak więc do realizacji prac wzmocnienia konstrukcji i restauracji pałacu Bejów została przywołana firma hiszpańska Gerca z Katalonii i pracownicy algierscy. Natomiast do prac związanych z zakończeniem projektów dla pałacu Deja i nadzoru inwestorskiego do pałacu Bejów powołana została firma algierska BET Hamouche i katalońska Guitart Arguitectura. Ja zostałem włączony do firmy algierskiej. Na wczorajszych prezentacjach wszędzie widniały znaki firmowe tych przedsiębiorców i nazwiska ich współpracowników. Ja nigdzie nie byłem wymieniony, choć pani minister kultury bardzo miło się ze mną przywitała i powiedziała, że to bardzo dobrze, że będę dalej współpracował przy pracach na cytadeli. Muszę się jakoś odnaleźć w tej nowej sytuacji i znaleźć dla siebie takie miejsce, aby nie być bezimiennym dostarczycielem wiedzy i rozwiązań, a zaistnieć jako główny projektant i architekt prowadzący nadzór autorski. Czy mi się to uda? Zobaczymy, jest w tej chwili ostatni moment na to, aby sobie zagwarantować odpowiednią pozycję w budującym się nowym układzie"46.
Ale i tym razem, chociaż prowadziłem badania i nadzory do końca marca 2014 roku, nie otrzymałem umowy o pracę i obiecanego mi wynagrodzenia. Powodem miało być niepodpisanie umów przez Ministerstwo Kultury Algierii. W tej sytuacji pozostałem w kraju i rozpocząłem pisanie dwóch książek. Pierwszej o pałacach cytadeli Casbah w Algierze i niniejszej o moim półwiecznym obcowaniu z zabytkami, gdyż ta o życiu i twórczości mojego ojca została już wydana.