Drugiego dnia mojej wielkiej wolności astrolożka z YouTube'a powiedziała, że w tym tygodniu czeka mnie okres stagnacji i wyciszenia, z którego może jednak wyniknąć coś wielkiego. Mam wrażenie, że symulacja komunikuje się ze mną poprzez horoskopy.
- Ja pierdolę z tą symulacją. - Hulya przyszła do mojego pokoju przed zajęciami, bo nie mogła spać. Obudziła mnie, co było bardzo ekscytujące. Nie robi tego często, bo jej sen jest równie poukładany i monitorowany, jak cała reszta jej życia. Sen nie powinien robić w chuja przyszłej specjalistki od prawa międzynarodowego i dobrze o tym wie.
Zagotowałyśmy wodę w czajniku. Hulya jadła pikantny ramen z kiosku, a ja barszczyk w pięć minut z poprzedniej paczki od rodziców. Siedziała na kręconym krześle przy biurku, ja u jej stóp na podłodze.
- Wszystko, o czym mówię, w końcu się sprawdza. Nawet jeżeli to nie ma sensu. Na przykład ten wyjazd. Mówiłam wszystkim, że wyjadę do Korei, długo przed ogłoszeniem wyników. I mówiłam, że dostałam się na studia magisterskie, kiedy jeszcze wcale się nie dostałam. I ci na górze, którzy kontrolują symulację, oni po prostu nie mogą słuchać tego mojego pierdolenia i mówią sobie: "No, dajmy już jej tę Koreę, bo będzie przypał".
- Kto na górze?
- Ci od symulacji.
- Czyli niby kto?
- Programiści, nie wiem.
Machałam nogami, uderzając w podłogę. Miałam wyrzuty sumienia przez ten barszczyk. Bo przecież mam nie jeść do czternastej, dla zdrowia i długowieczności. Musiałam poświęcić długowieczność dla potrzeb społecznych.
- Ale dlaczego tych programistów miałoby obchodzić, że coś ci się uda czy nie uda. - Hulya nie potrafiła ukryć rozbawienia. Udałam, że tego nie słyszę.
- Bo to po prostu byłby słaby odcinek. Wiesz, w filmie jest build-up i jest play-out. Jak jest szabla w pierwszym odcinku, to w ostatnim musi wystrzelić. I jak już budują jakąś sytuację ileś odcinków, to teraz nie mogą jej tak po prostu porzucić. To by się słabo oglądało.
- To teraz ta symulacja to jakaś gra komputerowa?
- Reality show raczej. Pomyśl, żeby stworzyć tak ogromny silnik, żeby utrzymać tak ogromną symulację, to przecież ogromne koszty! Jakoś się to musi zwracać. Więc pewnie są reklamy w przerwach. Albo zmontowane jest w normalnej telewizji, a za specjalną opłatą masz dostęp przez całą dobę. To jest reality show, to się ogląda, stąd jest kasa na serwery.
- I to jest reality show o tobie.
- No, na to by wychodziło, tak mi się wydaje. Bo wiem, że ja istnieję. To znaczy czuję, że nie jestem programem komputerowym. Chociaż nie jestem pewna, bo nie wiem, jak się czuje program komputerowy.
- Czyli że tylko ty istniejesz naprawdę, a reszta jest zaprogramowana?
- No, może tak być. - Zawahałam się przez chwilę. Nie chciałam zrobić Hulyi przykrości, mówiąc wprost, że jest zaprogramowana. - Niewykluczone, że istnieje parę kluczowych postaci. Wiesz, są główne postaci i są te epizodyczne, i już one są podstawione.
Hulya odchyliła się na krześle i odstawiła zupkę na biurko. Jest szczupła, oczywiste, że nie da rady zjeść całej. Jeżeli nie wrzuci jej do śmietnika, zjem resztki, przemknęło mi przez głowę. Chociaż rosołek wypiję. Takie kalorie to dobre kalorie. Nie wolno wyrzucać jedzenia.
- Skąd w ogóle ten pomysł z symulacją? Tylko dlatego, że ktoś o tym napisał w internetach? - W głosie Hulyi wybrzmiewała drwina, ale i zatroskanie. Wiedziałam, że muszę powiedzieć coś, co ją uspokoi. Że jeszcze nie zwariowałam. Ale nie byłabym sobą, gdybym była nieszczera.
- Zawsze mi się wydawało, że ta rzeczywistość nie może być prawdziwa. - Popatrzyłam w sufit, unikając jej zaniepokojonego spojrzenia. - Bo wiesz, to wszystko jest jednak zbyt głupie, żeby było prawdziwe, nie?
Hulya zastanawiała się przez chwilę, wgapiając się w ten sam fragment sufitu. Po chwili pokiwała głową.
Kiedy jadłam z Hulyą zupki, umarł mój Sim. Nie zabrałam mu drabinki z basenu, nie podpaliłam kuchenki, nie zamknęłam w pokoju bez klamek. Lorenzo umarł ze starości, tak jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.
- Gromadzisz rzeczy materialne, kupujesz duży telewizor i jacuzzi - tłumaczyłam różowo-fioletowemu rekinowi, z którym śpię. - Pniesz się w karierze. Zdobywasz punkty. Jesteś bardziej otwarty, bardziej zabawny, masz więcej przyjaciół. Ogrodnictwo, gotowanie, łowienie ryb. Zaczynasz z zero na dziesięć, potem masz dwa, trzy, pięć, siedem, aż w końcu masz dziesięć na dziesięć w jednym, potem w drugim. I kiedy już prawie masz dziesięć na dziesięć we wszystkim, koniec.
Rekin milczał, wyraźnie czekając na puentę.
- Na tym właśnie polega życie. Im wyższy poziom zdobywasz, tym bliżej jesteś końca.
Usiadłam na brzegu łóżka. Byłam jeszcze w piżamie, mogłam wrócić do spania ("Sen jest równie ważny dla zdrowia jak zdrowa dieta i aktywność", napisane było w internetach). Wychodząc, Hulya wyrzuciła zupkę do śmieci. Kochana, dobrze wychowana Hulya.
Skoro ten tydzień ma przynieść zmiany, to warto wiedzieć jakie. Wpisałam słowa capricorn i horoscope w Google. Prawie usłyszałam, jak wpadły, wessane w internetową próżnię. Plum. Problemy miłosne pod koniec miesiąca. Tego nie słuchamy. Bardziej dokładny horoskop, tu już trzeba znać godzinę urodzenia. Przez chwilę zastanawiałam się, jaka pora dnia jest teraz w Polsce. Czy powinnam zadzwonić do matki i spytać, o której się urodziłam?
Wysłałam mejla.
Tarot. To najlepszy wybór. Łatwe w interpretacji, kolorowe obrazki. Przydałoby się mieć go na własność. Wrzuciłam najtańsze karty do koszyka na Gmarkecie. Ale chciałam tarota teraz, natychmiast. A tarot z YouTube'a to nie to samo. Tarota najlepiej stawiać indywidualnie.
"Musimy iść do koreańskiej wróżki", napisałam do Hulyi. W Korei plastikowe namioty wróżbitów znaleźć można na każdym kroku. Najpopularniejsze są wróżby z ręki i z gwiazd, ale od tarota na pewno też się ktoś znajdzie. Nic nie zrozumiem, Hulya mi przetłumaczy.
Swoją drogą, wróżenie z ręki.
I już wyszukiwałam obrazki linii dłoni. Linii serca chyba nie mam w ogóle. Za to długa linia małżeństwa. Długie małżeństwo bez serca? Nie mam też linii słońca, cokolwiek ona oznacza. Do tego musiałabym sprawdzić tekst, a nie tylko wróżyć z obrazka. Na szczęście linię życia mam bardzo długą, zawijającą się aż na wierzchnią stronę dłoni.
To może nie muszę się tak starać z tą długowiecznością.
Sprawdziłam dzienny horoskop na pierwszej stronie, którą polecił Google. "Jeżeli masz ochotę wyrzucić jakieś przedmioty, do których jesteś emocjonalnie przywiązana, nie powstrzymuj się. Trzymanie rzeczy, które przypominają ci o osobach, które darzyłaś uczuciem, albo prezentów, które przypominają ci o przeszłości, trzymają cię właśnie tam - w przeszłości. Pora na nowy start. Nie pozbędziesz się starego - nie powitasz nowego. Przed tobą same dobre rzeczy. Zrób na nie miejsce".
Rozejrzałam się po pokoju. Od pięciu lat przeprowadzam się średnio cztery raz w roku, w tym przynajmniej raz zmieniam kraj zamieszkania. Nie mam wielu rzeczy.
Zawsze coś się znajdzie, pomyślałam.
Przeszłam przez pokój. Otworzyłam maleńką lodówkę. Tu was mam! W lodówce trzymałam jednorazowe sztućce dodawane do jedzenia. A nuż kiedyś się przydadzą.
Z tym, że one dotyczą przyszłości, zbeształam się.
Otworzyłam szafę. Jest! Znalazłam zieloną koszulkę z dinozaurem z H&M, którą kupiłam w Tokio. Wtedy, kiedy byłam jeszcze z ostatnim Byłym. Obok wisiała jego koszulka. Nie, jej nie byłam gotowa wyrzucić.
Koszulka wylądowała w koszu, a ja z powrotem przy komputerze. Bałam się szukać kolejnych horoskopów, skoro te dotychczasowe były tak pozytywne. Chciałam poczuć coś magicznego, jakiś absolut na jedenastu metrach gównianego akademika w Korei.
"Spoko, chodźmy! Dam znać, jak skończę", odpisała Hulya.
Koziorożec, sprawdzam. Kamień - ametyst. Kolor - fioletowy. Żywioł - ziemia. Planeta - Saturn. Po japońsku czyta się ją tak samo jak słowo Szatan. Wielki, gazowy gigant, z nicością w środku. A wokół niego cmentarz umarłych księżyców.
Co by to musiało być za uwalniające uczucie znaleźć się pośród tych wszystkich gazów, unosząc się w próżni, bez gruntu pod stopami. Pośrodku wielkiej elektrycznej burzy i deszczu diamentów. I już zapomniałam o symulacji, zapomniałam o horoskopie i oglądałam.
Saturn 101. Złoty. Saturn jest złoty. I mniej gęsty niż woda. "Gdyby położyć Saturna na wielkim oceanie, unosiłby się na wodzie", tłumaczyła pani z YouTube'a. I pokazywała wyładowania na biegunie północnym, wielkości dwóch Ziemi. Wyładowania dziesięć tysięcy razy silniejsze niż burze na ziemi.
"To wszystko są tylko zjawiska magnetyczne. - Westchnęłam. - Dla nas to jest pogoda, to jest zmiana pór roku, to są rzeczy do obserwowania na niebie. To są wieczory ze znajomymi i z rodzicami, pikniki, cykady nad uchem. A dla wszechświata to tylko zjawisko fizyczne, które może trwać miliony lat".
SATURN - a traveler's guide to the planets. Czterdzieści pięć minut. Przerzuciłam parę scen. Księżyce, gejzery, pierścienie, pięć gadających głów. Vonnegut miał rację z tym lodem numer siedem, pomyślałam. Nie, nie mam na to czasu. Wiedza musi być podana szybko.
What would you see, if you fell into Saturn? - więc wpadłam w Saturna. Na razie było okej, grawitacja podobna do ziemskiej. Zaraz pojawiły się chmury z amoniaku. Minus sto trzydzieści stopni. Zimno. Potem brązowe chmury, też z amoniaku. Trochę cieplej, tylko minus sto. Zrobiło się ciemniej, światło słoneczne już tu nie dociera. Dookoła mnie silne wiatry, najsilniejsze w Układzie Słonecznym. Za nimi lodowe chmury i wielka burza. To, z czego Saturn jest znany. Nieco cieplej - sto stopni na plusie. Wreszcie wleciałam w poziom płynów i metali. Dziewięć tysięcy stopni. Dużo cieplej. Pole magnetyczne. Białe, intensywne światło. Wylądowałam na powierzchni z lodu i metalu.
Uff. Muszę zebrać wszystkie fakty do kupy, pomyślałam od razu o pozostałych planetach, w które jeszcze nie udało mi się wlecieć. Dowiedzieć się więcej na temat planet jako takich. Najlepiej na obrazkach i w prostych tabelkach. Siup - wrzuciłam książkę Michio Kaku do gmarketowego koszyka.
Włączyłam filmik z dziesięcioma faktami o Saturnie. Sześciokątny biegun północny. "Właściwie dlaczego bieguny muszą być kuliste? Dlaczego cokolwiek musi podążać za prawami fizyki, które ukuliśmy sobie, obserwując wszechświat z małego kawałka skały?"
Kolejne wideo - na Saturnie pada deszcz z diamentów. A im bliżej jądra, tym bardziej płynne stają się te diamenty. Próbowałam wyobrazić sobie płynny diament. Czy mogłabym go wypić? Wypijanie diamentów to chyba najbardziej ekstrawaganckie hobby, nad jakim do tej pory miałam okazję się zastanawiać.
Kolejne - czy planety mogą istnieć bez gwiazdy? Chwila odpoczynku od Saturna. To wydaje się takie jasne, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam? Przecież planety to tylko kawałki skały, które stają się obłe, obracając się ciągle, wyrzucone po wielkim wybuchu. To, że krążą wokół gwiazd, wydaje nam się oczywiste tylko dlatego, że nasza tak robi. Pokręciłam głową. Jesteśmy rasistami nawet w stosunku do innych planet.
Z czego właściwie zrobione są gwiazdy? To kule gazowe, mówił Pumba z Króla Lwa. Wpisałam pytanie w Google. Gorący gaz. Gwiazdy świecą, spalając wodór do postaci helu. Pumba miał rację.
A Wenus obraca się dookoła w odwrotną stronę niż reszta planet. Prawdopodobnie dlatego, że miliony lat temu uderzyła w nią asteroida i zmieniła jej oś. Wychodzi na to, że żeby zrozumieć wszechświat, wystarczy ogarniać fizykę stołu bilardowego.
Włączyłam zdjęcia Cassini. Piękne, czarno-białe, artystyczne. Sonda przeleciała dalej, niż człowiek kiedykolwiek dotrze. Służyła nam dwadzieścia lat. Chwilę zadumałam się nad jej tragicznym końcem - samospaleniem w środku Saturna. Robiąc ostatnie zdjęcia, ujęła małą kropkę Ziemi gdzieś daleko, w tle. Mogła ostatni raz rzucić okiem na dom, umierając. Dlaczego śmierć obiektów martwych jest smutniejsza niż śmierć ludzka?
Kolejne wideo - Saturn traci pierścienie. Prowadząca opowiadała o tym z zaangażowaniem, które wskazywało na ważniejszą sprawę. Co gorsze - zmiana klimatu czy znikające pierścienie na Saturnie? Zaśmiałam się i zaraz zbeształam w głowie. W perspektywie wszechświata może to nie jest takie głupie pytanie. Już za trzysta milionów lat Saturn będzie wolny od pierścieni. Ludzkości nie będzie od dawna. Może uchowają się chociaż króliki? One się szybko mnożą. Zasmuciłam się i spojrzałam z czułością na rekina. Jak dobrze, że są przytulanki.
A te pierścienie nie są takie stare. Mają tylko sto milionów lat. To mniej niż niektóre dinozaury. Uff, ale dobrze się wstrzeliliśmy z ewolucją naszego gatunku!
Kolejny filmik, nie ma przecież czasu, trzeba napakować głowę wiedzą. "Wiosna na Saturnie, pojawia się sześciokąt", zaczyna narrator. Jak słowo "wiosna" może w ogóle coś znaczyć w miejscu, w którym nie ma zwierząt, nie ma roślin, nie ma deszczu ani kwiatów? Nie ma nawet ziemi, na której można by stanąć? Zatrzymałam się na chwilę. Co ja właściwie robię? Spojrzałam na zegarek. Jest wcześnie, mogłabym jeszcze pospać. Przecież to wszystko nic dla mnie nie znaczy, dopóki jestem tylko prostą Ziemianką i wiosna kojarzy mi się z deszczem i kwiatami. Zganiłam się za umysłową ciasnotę. Co jest słuszne, mikro- czy makroperspektywa? Czy powinnam pochylać się nad każdym pęknięciem w chodniku, czy raczej żyć myślą o wszechświecie i zapomnieć o doczesnych bzdurach?
Dzisiaj chciałam tego drugiego.
Włączyłam dźwięki Saturna. Były szybkie, głębokie, rytmiczne. Metaliczne. Trochę łopotanie śmigieł helikoptera, trochę krzyki zombiaków uwięzionych w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym, trochę zepsute radio dziadka. Poczułam ciarki strachu i podniecenia. Od dziesięciu lat słucham dark ambientu, co to dla mnie wyładowania elektryczne na Saturnie - dodałam sobie kurażu. Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. Ciekawe, czy jeszcze mogłabym wstąpić do NASA.
Nagle przypomniałam sobie o Neilu deGrasse Tysonie. Natychmiast się poderwałam i włożyłam wszystkie jego książki do koszyka na Gmarkecie. Przewinęłam odgłosy do początku i spokojnie położyłam się z powrotem.
Wytrzymałam może dwie minuty, poderwałam się i włączyłam kolejny filmik. The most extreme planets discovered so far! z wykrzyknikiem na końcu. Znowu poważna sprawa. Znalazłam siedem podobnych filmików i natychmiast dodałam je do zakładek. Czułam, jak przeglądarka ugina się pod ciężarem zobowiązań. Przeprosiłam ją w myślach.
"Gdzie woda, tam życie" - tłumaczył narrator. Co za próżność definiować życie z perspektywy jednej tylko planety, jednego tylko pierwiastka. Do dzisiaj myślałam, że przynajmniej planety są czymś stałym we wszechświecie. A one zmieniają stany skupienia, gubią pierścienie, dostają księżyce, spalają się przez miliony lat. Pytanie nie brzmi: czy gdzieś jest życie? Tylko: czy w tym krótkim momencie naszego istnienia wpadniemy na życie, które całkowitym przypadkiem też teraz przeżywa swój moment. Diamenty są dla nas tak cenne, bo tak mało jest ich na ziemi, a poza naszym systemem istnieje planeta w całości złożona z wielkiego diamentu.
W sumie dość randomowe są te wszystkie planety, powiedziałam do siebie i przeciągnęłam kręgosłup. Spojrzałam na komórkę. "Lunch za pół godziny", napisała Julia na grupowym czacie.
- Sorki za spóźnienie. - Uderzyłam tacą o stół. Dzisiaj nie było ryby, jadłam różowy ryż z gumowymi ryżowymi kluskami tteokbokki w ostrym sosie.
- Jak to jest możliwe, że Koreańczycy przyprawiają wszystko tak mocno, a jednocześnie ich jedzenie jest tak bardzo bez smaku? - Julia nie podnosiła wzroku znad talerza.
- Prosto spod prysznica? - Juan wskazał na moje mokre włosy.
Przytaknęłam. Poczułam się jednocześnie bardzo luksusowo, mogąc brać prysznic o jedenastej, i jednocześnie jak totalna przegrana, która może spać do południa, bo spędza dnie na telewizji i zdrapkach.
- Jak tam poszukiwania siebie? Dużo schudłaś od wczoraj? - Michael męczył się, wydłubując kawałki kurczaka spośród makaronu ze słodkich ziemniaków. Tydzień wcześniej przeczytał coś w internecie i nie ufał już koreańskim kurczakom.
- To mój pierwszy posiłek dzisiaj. - Wskazałam na talerz.
- Czytaliście ten artykuł o raku? - spytał podekscytowany James. - Podobno znaleźli lekarstwo na każdy rodzaj raka, przez przypadek. Jakieś bakterie, które go zjadają. Same szukają uszkodzonych komórek po całym ciele i je usuwają. Nikt nie rozumie, dlaczego i jak je rozpoznają, ale to robią.
- Już od dawna jest lek na raka - wtrąciła się Chen. Chen jest współlokatorką Julii, ma czarne włosy przycięte w kształt garnka i czasami je z nami lunch. Jest po czterdziestce, pisze doktorat, pochodzi z Tajwanu i nienawidzi, kiedy ktoś mówi, że jest z Chin. - Tylko nikomu się nie opłaca, żeby raka wyleczyć. Chcą ciągle go badać i leczyć bez końca, za hajsy. Tak to wygląda, kiedy mamy prywatną służbę zdrowia.
Michael rzucił mi porozumiewawcze spojrzenie. W naszej grupie byliśmy parą dyżurnych komunistów. Ale wiedzieliśmy dobrze, że ludzkich poglądów nie zmienia się w stołówce nad plastikowym talerzem z przegródkami.
- Może te badania są bardziej rozwinięte, niż nam się mówi, ale naukowcy nie będą krzyczeć, że odkryli lek na raka za każdym razem, gdy uda im się wyleczyć jedną komórkę! - oburzył się James. - I co za różnica, czy prywatna, czy nie? Państwo też musi płacić naukowcom, nie tylko prywatne firmy. Ty pewnie myślisz, że raka można wyleczyć witaminą C w klinice w Meksyku.
Ugryzłam się w język. Po obejrzeniu paru dokumentów na YouTubie uważam się już za ekspertkę w dziedzinie leczenia raka witaminą C. Jeżeli przez koreańskie jedzenie nabawię się w końcu nowotworu jelita, to wiem, gdzie pojadę.
- A właściwie dlaczego witamina C nie miałaby leczyć raka? - Chen powiedziała to, co ja pomyślałam. - Każda choroba bierze się z natury i natura może ją wyleczyć!
- Jak wrócę do Hiszpanii, będę robić meal prep - mruknęła Julia pod nosem. Na razie jadła wielką porcję makaronu, w którym pływały kawałki suchego kurczaka i marchewki. Reszta grupy zwykle ją ignorowała. Raczej słusznie.
- Znacie Billie Eilish? - zapytał Michael. Skończył już jeść i zaczynał się nudzić.
- Tak, ale jest taka piosenka Tinashe. - Ucieszyłam się na zmianę tematu. - Aquarius. Musisz obadać. Powinno być więcej piosenek o astrologii.
- No bo to w sumie ciekawe. - Położył dłonie na twarzy w dramatycznym geście. - Ludzie gadają o astrologii bez przerwy, a nie ma o niej piosenek.
- Ludzie gadają o wielu rzeczach, a o seksie i miłości najmniej. A wszystkie piosenki, cała literatura, kino, wszystko skupia się na seksie i miłości.
- I przemocy! - Michael uderzył pięścią w stół. - Przemoc też jest super!
- No to może bardziej w temacie kina. Nie ma chyba aż tyle piosenek o przemocy. Powinna być piosenka o leczeniu raka witaminą C.
Natychmiast zaczęłam się zastanawiać, jakie piosenki o przemocy znam. Jakieś strzelaniny w szkole, coś o pistolecie, czasami groźby w rapsach. Przychodziła mi do głowy głównie przemoc w kontekście seksualnym.
- Nirvana dobrze ograła ten motyw, ta piosenka z perspektywy gwałciciela jest nadal mocna. - James wrócił do nas ze świata medycyny.
Pokiwałam głową. To rzeczywiście ciekawe - zbrodnia z perspektywy zbrodniarza. Może powinnam pooglądać jakieś true crime po powrocie do pieczary. Jakieś wyznania z celi śmierci albo wywiady.
Czułam, że jak najszybciej chcę wrócić do siebie i usłyszeć Aquariusa. Ciekawe, kiedy urodziła się Magda Gessler?
"Ciężkie gwiazdy mogą się zapadać pod wpływem własnej grawitacji", tłumaczył Stephen Hawking. Z iPada leciała zapętlona Tinashe. Szesnaście zakładek z filmikami o planetach w przeglądarce było jak obowiązek, a jednocześnie jak bliscy znajomi.
Dziesiąty lipca, Rak. Tak myślałam, że urodziła się latem, pogratulowałam sobie w myślach, googlując na komórce.
"To jak w wannie. Gdy woda przekroczy granicę, czyli horyzont zdarzeń, nie ma dla niej powrotu. Gwiazdy, które znajdą się zbyt blisko, są rozszarpywane przez czarne dziury".
Pomyślałam, że to bez sensu. Woda w kranie nie znika, a tylko przechodzi na drugą stronę systemu kanalizacyjnego, do ścieków. Jak pociąg na stacji, który oddalając się od nas, nie zmniejsza się, a tylko jedzie gdzieś. Może to, co wpada do czarnej dziury, wcale nie znika, ale gdzieś jedzie?
Położyłam się na łóżku. Jak małe są moje problemy, moje życie, nawet cały YouTube, skoro gdzieś we wszechświecie są czarne dziury i inne światy, do których prowadzą. Nie wiedziałam, co zrobić z tą refleksją. Drogi były dwie. Jedna to nihilizm, druga - hedonizm. Skoro nic nie ma znaczenia, pozostaje się załamać albo wreszcie żyć tak, jak naprawdę się pragnie. Prosty wybór.
"Podobno Toxic Britney Spears jest zsamplowane z Bollywoodu, wiedziałaś?" - wyskoczyło na Messengerze. Nie, nie wiedziałam.
"Białe karły i gwiazdy neutronowe wszystkie były kiedyś słońcami, ale wypaliło się ich paliwo".
A więc i nasze słońce nie jest wieczne. There's always the sun, always, always, always the sun, śpiewali Stranglersi. I jak widać, nie mieli racji. Jak można ufać politykom, naukowcom, Hawkingowi i Stranglersom, skoro nic nie jest wieczne? Poczułam irytację. Nihilizm wygrywał z hedonizmem. Dość przyjemności zmysłowych, powinnam zamknąć się w domu i oddać nauce. Twarda nauka, tylko to jest prawdziwe i stałe w tym świecie.
Łatwo było tak myśleć przy pełnym różowego ryżu żołądku.
Co jeszcze było takie znane Stranglersów?
Zmieniłam Tinashe na Golden Brown. Też na pętli.
- Najcięższe gwiazdy, kiedy dochodzą do kresu żywota, zapadają się, bo nie są powstrzymywane przez wewnętrzne ciśnienie. Gwiazda ulega koncentracji do niewyobrażalnie małego, pojedynczego punktu o nieskończonej gęstości, czyli do osobliwości.
"Nie chcę już słuchać Britney ani popu, muzyka lat osiemdziesiątych jest najlepsza. Pamiętasz Stranglersów? Member? Member the Stranglers?" - odpisałam na Messengerze. Kiedyś razem z Byłym oglądaliśmy South Park przytuleni na kanapie. Teraz wysyłamy sobie wiadomości z dwóch kontynentów.
"Mówi się, że czasoprzestrzeń jest gładka i płaska, ale nie w osobliwości. Tam krzywizna czasoprzestrzeni jest nieskończona. Osobliwość to koniec samego czasu".
I dobrze, nie wierzę w czas, pomyślałam.
- Czas jest arbitralny - tłumaczyłam Hulyi parę miesięcy temu, kiedy jadłyśmy boribap - ryż i grykę z warzywnym gulaszem, w restauracji niedaleko szkoły. - Podaj mi jeden przykład na istnienie czasu.
- To, że się starzejemy. To, że pada deszcz, a potem jest mokro. To, że rodzimy się i umieramy. To, że zmieniają się pory roku - wymieniała, odginając palce u ręki.
- Nie, nie, nie - przerwałam jej. - To są przykłady na to, że rzeczy się wydarzają. Ale nie na to, że czas mija. To, że jesteśmy starzy, to tylko dlatego, że smażymy się przez kolejne obroty Słońca. To, że umieramy, to dlatego, że organy przestają działać. Ale sam czas? Nie ma przykładu na to, że jest jakiś czas, który mija.
Hulya rzuciła mi długie spojrzenie, najwyraźniej nie mogąc zdecydować, czy jestem geniuszem, czy debilem. Nalała gęstego gulaszu z kociołka do naszych miseczek.
- Czas nie istnieje, ale jak się spóźniam pięć minut, to się wkurwiasz.
- Ale ja nie neguję, że istnieje koncept czasu! - broniłam się, kładąc delikatnie rozpadające się tofu na kupce kaszy jęczmiennej. Boribap smakował cudownie treściwie, jak miękka biała fasola bez przypraw. - Ale to jest arbitralny koncept, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością realną. My, ludzie, koordynujemy się między sobą. Po to wymyśliliśmy czas. To coś jak "rzeczownik". Nie istnieje rzeczownik. To tylko pomocny koncept. Wiesz, o co mi chodzi? To, że mamy imiona. Mamy je tylko po to, żeby było wiadomo, o kogo chodzi. Ale one nic nie znaczą.
Hulya, milcząc, grzebała w kociołku przez kolejne dziesięć minut. Jej naukowy umysł nie potrafi odrzucić żadnego z moich najgłupszych przemyśleń. Każde z nich rozważa w ciszy i rozwadze. Za to ją kocham.
Włączyłam filmik, który obiecał pokazać mi przyszłość wszechświata aż do jego końca.
"Gdzie jesteś?"
Co. Jak to.
"Gdzie jesteś? Są tylko Chinki, pospiesz się", napisał KaTalk. Zamknęłam laptopa, wskoczyłam w czarne legginsy i różowy T-shirt z H&M, narzuciłam kurtkę i wybiegłam z budynku.
Kurwa, woda.
Zawróciłam do pokoju, chwyciłam zimną gazowaną z lodówki. Pokoju. Mieszkania. Pokoju. Córka, siostra. Nadal nie wiem, jak nazwać jedenaście metrów, na których są trzy pokoje, wanna, pralka i klimatyzacja z lat osiemdziesiątych. Mojego domu na ten rok.
- Wiesz co, chyba nie będę chodzić na siłownię w porze obiadowej - oświadczyłam, wbiegając do sali.
Hulya leżała na boku na macie do jogi i ćwiczyła wewnętrzną część uda. Siedemdziesiąt powtórzeń na każdą stronę i na każdy mięsień, bo gdzieś wyczytała, że tak jest optymalnie.
- Nie możesz ćwiczyć po jedzeniu? - spytała bez zaskoczenia, nie zwracając na mnie wzroku.
- Nie, po prostu czuję, że jestem blisko czegoś. Że coś odkryję. I nie mogę się ograniczać godzinowo. Będę chodzić wtedy, kiedy poczuję, że potrzebuję odpoczynku.
- To czym się tak intensywnie zajmujesz?
Rozłożyłam matę obok Hulyi. Zaczęłam rozciągać się "na motylka".
- Muszę się dowiedzieć, co jest moją prawdziwą pasją. Czego naprawdę chcę. Jak króliki. One zawsze robią to, na co mają ochotę. Jeżeli akurat chce im się spać, to zasypiają. Jak chcą jeść, jedzą. A jak mają ochotę skoczyć pionowo na metr, to skaczą. One wiedzą, co sprawia im przyjemność. Mają kontakt ze swoim wnętrzem. Wiesz, o co mi chodzi? A ja nie wiem, czy coś sprawia mi przyjemność, bo sprawia mi przyjemność, czy dlatego, że coś sobie w ten sposób załatwiam. Czy czytam książkę, bo to sprawia mi przyjemność, czy czuję przyjemność spełnionego obowiązku? Rozumiesz?
Hulya pokiwała głową i zaśmiała się w ten przyjemny sposób, w który tylko ona umie się zaśmiać. Matczyny, ze zrozumieniem, bez cienia kpiny, a jednocześnie z dystansem. Stoicki śmiech. Zrobiła kobrę, a ja zaczęłam brzuszki.
- Dzisiaj na zajęciach czytaliśmy teksty z gazet codziennych - zmieniła temat i natychmiast poczułam spokój. Że nie muszę nic dodawać, bo ona już rozumie.
Hulya opowiadała mi o nowej skomplikowanej koreańskiej strukturze gramatycznej, której się dzisiaj nauczyła, o słowach pochodzących z chińskiego. O młodszym Koreańczyku, z którym gada na Tinderze. O tym, że chyba na nowo obejrzy całe Breaking Bad ("Kocham! To oglądajmy razem!"). O tym, że musimy iść do dog cafe - kawiarni z psami do głaskania ("Może zdążymy dzisiaj wieczorem, po wróżbicie?"). O tym, że musi zadzwonić do ojca.
Na chwilę byłam z powrotem w naszym wspólnym, małym świecie, w którym Saturn nigdy nie straci pierścieni, a czarne dziury robią się co najwyżej w skarpetkach.
Chinki stały w kółeczku wokół jedynego urządzenia na siłowni, które je interesowało. Na zmianę wchodziły na stopień, zakładały na uda i brzuchy wibrujący pas, opierały się i czekały, aż tłuszcz wywibruje się z ich ciał. Rozmawiałam z nimi tylko raz, z Hulyą w roli tłumaczki. Nie znają angielskiego. Podobno nie chcą ćwiczyć siłowo, bo się boją, że dostaną mięśni. Jedna z nich z tego powodu nigdy nie chodzi po schodach ("Mówi, że nawet na pierwsze piętro wjeżdża windą, tak się boi, że będzie mieć mięśnie!").
- Dlatego studiuję prawo. Żeby zawsze mieć dobrą sytuację finansową i zawsze mieć hajsy na następny botoks - podsumowała Hulya, kiedy rozstawałyśmy się w progu.
Amen.
Antropocen w pełni. Rozbudowujemy Ziemię, zdobywamy Księżyc, zakładamy kolonie na Marsie. Postępuje zmiana klimatu. Ziemię nawiedzają wielkie tsunami. Topią się lodowce, wysychają zbiorniki wodne.
Przynajmniej tutaj jakaś równowaga, zaśmiałam się gorzko.
Tsunami wyższe niż wieżowce zmiata z powierzchni Nowy Jork. Wiek dwudziesty ósmy - ziemskie pola magnetyczne zamieniają się miejscami.
Czy to coś właściwie znaczy? Czy to jakaś różnica, że plus jest po lewej, a minus po prawej? - zastanowiłam się. Zapisałam tę myśl w notatniku na komórce: "Sprawdzić, czy zmiana pola magnetycznego Ziemi ma jakieś znaczenie".
Wiek trzydziesty ósmy - wraca kometa Hale'a-Boppa. Witaj, stary przyjacielu! Wiek pięćdziesiąty trzeci - poziom mórz podnosi się drastycznie. Nie mieszkamy już na ziemi, mieszkamy na oceanie. Wodny Świat w pełni.
Ciekawe, czy Kevin Costner zostanie uznany za mesjasza. Przyszli ludzie znajdą kasety z jego filmem i zrobią z niego proroka. Nostradamusa swoich czasów.
Wiek siedemdziesiąty dziewiąty. Asteroida o średnicy trzydziestu metrów uderza w Ziemię. Dziesiąte tysiąclecie. Gwiazda Antares zamienia się w supernową.
Nawet nie wiedziałam, że istnieje, a już za nią tęsknię, stwierdziłam smutno w myślach. I nieważne, że jest dzisiaj. To, że kiedyś umrze, zasługuje na dzisiejszą żałobę.
Sześć tysięcy lat później Sahara zamienia się w las tropikalny.
Wszystko się zgadza. To tak jak z egipskimi piramidami i sfinksem. Też zostały wybudowane za czasów, kiedy pustynia była lasem tropikalnym. A dzisiaj ludzie lekceważą ślady erozji wodnej i myślą, że ktoś wyrzeźbił lwicy kobiecą twarz. Zapisałam: "Wygooglować więcej, zostać ekspertem od piramid i sfinksa".
Trzydzieste trzecie tysiąclecie. Gwiezdne konstelacje zaczynają się rozpadać i oddalać od siebie. Wybierają się na powolne spacerki po wszechświecie. Voyager mija najbliższą nam gwiazdę.
"Czterdzieści tysięcy lat od dzisiaj, a on wciąż leci. I dopiero teraz spotyka gwiazdę inną niż Słońce. To pokazuje, jak bardzo jesteśmy samotni na tej małej skałce". W nagłym poczuciu dzierżenia bólu całego świata na swoich barkach otworzyłam ukrywaną na czarną godzinę puszkę kirina, japońskiego piwa z importu. Poza kirinem w lodówce czekało na mnie tylko cassy - koreańskie piwo o smaku sików, które zyskuje zmrożone na lód lub podawane z dodatkiem koreańskiej ryżowej wódki soju.
Sto tysięcy lat od dzisiaj - wybuch superwulkanu. Pojawia się nowa wyspa na Hawajach. A potem nowe łańcuchy wysp na całym świecie. Kolejna ze znanych gwiazd staje się supernową. Dziewięć milionów lat od dzisiaj - rozbłysk promieni gamma. Mars dostaje pierścień. A Saturn traci swój.
Ale to już było zaspoilerowane.
Antarktyka topnieje. Wielka asteroida uderza w Ziemię. Nie jest to zresztą już nasza Ziemia - bez naszych gór, naszych skał, za to z obcymi wyspami i nową mapą nieba. Pojawia się nowy superkontynent. Nowa Pangea. Ale na krótko. Słońce rozgrzewa się do czerwoności, a na Ziemi ustaje fotosynteza. Umiera całe życie, jakie znamy. Z powierzchni wyparowują oceany. W końcu Słońce zamienia się w czerwonego olbrzyma, przy okazji zabijając Ziemię. Pyk. Koniec.
Jezu, a to dopiero początek filmiku, jakieś dziesięć procent. Oparłam się wygodniej na krześle i wypiłam duży łyk kirina. Smakował metalicznie. Zupełnie nie tak, jak wyobraża sobie smak piwa dziecko, oglądając amerykańskie filmy, na których bohaterowie otwierają z charakterystycznym pyknięciem smukłe brązowe butelki na ganku gdzieś w Teksasie. Osiem miliardów lat. Więcej nie mamy. To bardzo krótko. Gdyby właściciel Zary do końca świata wydawał jednego dolara dziennie, nie zdążyłby nawet roztrwonić majątku, zamyśliłam się. Powinnam była wyłączyć filmik w tym momencie, kiedy już czułam ból świata, a jeszcze potrafiłam cieszyć się smakiem piwa.
Słońce jest już białym karłem. Martwe. Powoli zaczyna oziębiać się w bezlitosnych temperaturach wszechświata.
Jęknęłam. Szybka muzyka w tle została zastąpiona wolną, melancholijną melodią, pełną bólu, straty i nostalgii za naszą dobrą, starą Ziemią. Strachu i niepewności w obliczu zimnego, nieczułego wszechświata.
I oto zostajemy sami, bez Ziemi-matki, skazani na łaskę i niełaskę okrutnego kosmosu. Z tym że - oczywiście - nas już nie ma.
Wszystkie gwiazdy muszą w końcu zgasnąć, aż wszechświat zapadnie się w nieskończoną, ciemną noc. Już za tryliard lat gwiazdy zaczynają się wyłączać - jak światełka na choince. Za dwieście pięćdziesiąt tryliardów lat nie ma światła we wszechświecie. Umierają ostatnie karły. Świat wygasa i żegna się z publicznością. Pełen jest już tylko martwych gwiazd, zimnych jak skała, i czarnych dziur.
Wielka pustka na środku wszechświata zaczyna przyciągać ostatnie gwiazdy do siebie, na powtórną śmierć. Czasami się zderzają, na chwilę formując nowe gwiazdy. W końcu czarne dziury pochłaniają całą pozostałą materię. Ale nawet tutaj mogą pojawić się nowe cywilizacje. W końcu wszyscy żyjemy na wyspach czasu. To, co dla nas stanowi idealne warunki do życia, jest tylko punktem w czasie.
Czasoprzestrzeń się rozszerza. Oddalamy się jeszcze dalej od siebie, samotni w tym ciemnym, chłodnym wszechświecie. Tak oto wszechświat spędza większość swojego istnienia - w ciszy, w ciemności, w bezruchu i w przerażającej samotności. Już za tryliard tryliardów tryliardów lat zaczynają rozpadać się protony. Czarne dziury łączą się w pary. W końcu i one zaczynają umierać. Wszechświat składa się już wyłącznie z ciemnej materii. Wreszcie znika i czas.
Siedziałam nadal w ciszy, kiedy Timelapse of the Future płynnie zastąpiła kłótnia dwóch youtuberów modowych. Poszło o podobny outfit na Insta. A przy okazji o byłego chłopaka. Nie wyłączyłam jej, nie chcąc się poruszyć. Po paru minutach spojrzałam kątem oka na zegarek. Dopiero czternasta. Tak jakbym ten trzydziestominutowy filmik obejrzała w pięć minut. Może to zagięcie w czasoprzestrzeni, może to błąd w symulacji, pomyślałam. I od razu doszłam do wniosku, że gdybym miała być superbohaterką i posiadać jedną, tylko jedną supermoc, to chciałabym oglądać trzydziestominutowe filmiki z YouTube'a w pięć minut.
Ale tego filmiku wolałabym nie oglądać. Chciałabym cofnąć czas - do tej chwili pięć lub trzydzieści minut temu, kiedy jeszcze nie wiedziałam, jak będzie. Że nie tylko ja umrę. Umrze moja rodzina, umrze ludzkość, umrze pamięć po nas, umrze moja Ziemia, moje Słońce, moja Droga Mleczna. Umrą nawet moje protony. I to już za sto sześćdziesiąt sześć trylionów trylionów trylionów lat.
Jeżeli nie mogę żyć wiecznie, wszystko poniżej wieczności to wciąż za mało. Jeżeli znajdą lek na nieśmiertelność i będę nieśmiertelna, ale tylko przez sto sześćdziesiąt sześć tryliardów tryliardów tryliardów lat, to wciąż za mało.
"Była taka młoda", mówią o trzydziestolatce, która umiera na raka. "Miał dobre życie", mówią o staruszku, który umiera w fotelu. Jego śmierć już jest w porządku. Gdzie leży granica między "była taka młoda" a "miała dobre życie"? Czy to osiemdziesiąt lat? Czy siedemdziesiąt pięć? Czy dzień przed dziewięćdziesiątymi urodzinami "była taka młoda", a dzień po już "miała dobre życie"? Żyjemy między "była taka młoda" a "miała dobre życie".
Kiedy byłam mała, często śniła mi się śmierć. W snach umierał mój dziadek, moja babcia. Nigdy rodzice. Oni przecież są nieśmiertelni. Kiedyś jak zwykle przyśnił mi się pogrzeb dziadka. Byłam na nim ja, rodzice, nasz pies, kuzyni. Wszyscy byli smutni, ubrani na czarno. Stali po kolana w błocie, w rękach trzymając wieńce i czerwone plastikowe lampki za dziewięć złotych. Dziadek leżał pośrodku w trumnie i wyglądał, jakby spał. Miał zamknięte oczy, przypudrowaną na biało twarz i upomadowane włosy. Nagle się obudził, wstał i wyszedł z trumny. Zdumioną rodzinę uspokoił, mówiąc: "Ja mogę umrzeć drugi raz, bo już umiem".
Szczególnie często śniły mi się pogrzeby po tym, jak oglądałam straszne filmy. Nie ze strachu. Mama pytała mnie, czy nie boję się sama spać. Nie, nigdy. Z uśmiechem usypiałam po każdej książce Stephena Kinga, po każdej części Teksańskiej masakry piłą mechaniczną i po każdym horrorze o nawiedzonym domu, lalce czy klownie. Kiedy dowiedziałam się, że gdy myślimy o czymś intensywnie przed zaśnięciem, może się nam to przyśnić, wzięłam czaszkę-twarz ludzika Lego i wpatrywałam się w nią intensywnie co noc w mieszkaniu babci.
Temat śmierci, potworów i życia po życiu fascynował mnie od zawsze.
- Ja się w ogóle nie boję oglądać duchów ani potworów - tłumaczyłam koleżance na huśtawkach pod liceum. Ona paliła papierosa i udawała bardzo dorosłą. Sama obcinała sobie grzywkę, robiła kreskę drogim eyelinerem i malowała na czarno paznokcie. Ja nadal chodziłam w czerwonych bojówkach, kupionych przez mamę, i nosiłam bransoletki przyjaźni.
- Jak to? - zapytała, wydmuchując dym, po odpowiednio długiej pauzie. Zakładała ręce, jakby chciała pokazać, że nic jej to nie obchodzi. Ale pod makijażem, papierosem i koszulkami z modnego, nowo otwartego wtedy H&M wciąż była dzieciakiem, który z wypiekami czeka na opowieść o duchach i potworach.
- Pomyśl o tym logicznie. - Wychyliłam się w jej stronę z huśtawki. - Jeżeli po obejrzeniu horroru nie przyjdzie do mnie w nocy potwór, to super. Jeżeli nikt nie chowa się pod łóżkiem, w szafie ani za oknem, to super. Wygrywam. A jeżeli przyjdzie? To będzie dowód na to, że istnieje coś więcej niż tylko ta rzeczywistość. Że jest jakieś życie po życiu. Jakiś inny świat, niematerialny. I nasza śmierć nie jest ostatecznością. Więc tutaj też wygrywam. Win-win.
- Musisz mi tłumaczyć każde słowo, muszę wiedzieć wszystko, co się wydarzy - prosiłam Hulyę gorączkowo. Stałyśmy przed plastikowym namiocikiem z napisem "saju", czyli "wróżby", gdzieś w bocznej uliczce dzielnicy Hongdae. Do wyboru miałyśmy astrologię, wróżby z rąk, z twarzy i tarota. Postanowiłyśmy zdać się na gwiazdy. Przez przezroczyste ścianki namiotu obserwowałyśmy, jak nasi poprzednicy dziękują wróżbicie, kłaniając się.
- Okej, ale powtórz to, co mówiłaś o tych protonach. - Hulya była bardziej opanowana. Zna lepiej nie tylko język, ale i kulturę koreańską. Wierzyłam, że nawet u wróżbity może poczuć się jak ryba w wodzie.
- Neutronach. Że osobiście przeżywam rozpad neutronów we wszechświecie.
- Osobiście przeżywasz rozpad neutronów we wszechświecie - powtórzyła wolno. - Świetne. Musisz to sobie gdzieś zapisać, dobry tekst. - Uśmiechnęła się i odsłoniła wejście do namiotu. Para przed nami wyszła, kiwając jej głowami w podziękowaniu. Szeroko uśmiechnięci. Najwyraźniej ich daty urodzenia są zgodne. Będzie wesele!
Dłoń, w której przygotowane miałam pięćdziesiąt tysięcy wonów, pociła się, słone kropelki wsiąkały w banknot. Wróżbita zaprosił nas gestem do środka. Siedział przy czerwonym plastikowym stoliku, na którym leżały biała cerata, notatki, na wpół wypita butelka zimnej herbaty i tteokbokki. Gdzieś koło jego nogi stał mniejszy stolik z metalową skrytką na pieniądze. Dookoła nie było magicznie. Żadnych świeczek czy figurek. Plakaty wskazywały tylko na ceny usług. Pachniało kimchi i mocnymi papierosami.
Przywitałyśmy się skinieniem głowy i usiadłyśmy naprzeciwko na czerwonych plastikowych krzesłach, kupionych pewnie razem ze stołem w zestawie "na działkę". Nie wiedząc, jak podłużny kręgosłup dopasować do okrągłego oparcia, usiadłam, opierając łokcie na kolanach. Banknot przekazałam Hulyi. Nie wiedziałam, czy należy zapłacić z góry, czy może w ten sposób zapeszę wróżbę.
Wróżbita zagadał najpierw do Hulyi. Przez kolejne piętnaście minut prowadzili dialog, z którego nic nie rozumiałam. On gestykulował, ona powtarzała "nde, de, de", jakby w środku zaciął się jej mechanizm. Jak prawdziwa Koreanka, pomyślałam z podziwem. Później wróżbita zaczął kreślić tabelki, które nadały matematyczny, naukowy sznyt naszej przygodzie. Ja kręciłam się na niewygodnym krześle. Czułam dyskomfort i irytację. Chciałam jak najszybciej usłyszeć moją wróżbę, nie dlatego, że byłam jej ciekawa, ale aby móc już wstać z tego krzesła.
- Pyta cię o datę urodzenia - zwróciła się nagle do mnie Hulya.
- Podaj mu, przecież znasz.
Przekazała informację. Wróżbita zapisał coś na kartce. Wróżył teraz mnie, ale wciąż patrzył tylko na Hulyę.
- Godzina?
- Kurde, nie wiem. Nie odpisała mi mama. - Wykonałam międzynarodowy gest rozkładania rąk na boki i zrobiłam smutną minę. Wróżbita był skonsternowany. Poczułam litość. I że chcę go uratować. - Powiedz, że szesnasta.
Hulya pokornie powtórzyła wiadomość. Wróżbita zawahał się, ale zapisał godzinę na kartce. Przez chwilę rozmawiali.
- Powiedziałam mu, że urodziłaś się w Polsce.
- Tak, zgadza się.
- Pyta o pogodę. Czy było zimno, kiedy się urodziłaś.
- Tak, powiedz mu, że bardzo zimno. Był styczeń. Powiedz mu, że styczeń w Polsce jest taki jak w Korei. Bardzo zimno.
Hulya przekazała informację, a wróżbita zaśmiał się i pokiwał energicznie głową w miłym zaskoczeniu. Potem zaczął w milczeniu notować jakieś liczby na kartce. Spojrzałyśmy po sobie. Przed chwilą podobną tabelkę cyfr i znaków przygotował dla Hulyi. Kiedy skończył, wskazał na mnie ręką i zaczął czytać wnioski, patrząc to na mnie, to na Hulyę. Po dłuższym wywodzie Hulya wzięła głęboki oddech i zaczęła powoli tłumaczyć:
- Po pierwsze, masz bardzo silną wolę i zawsze wiesz dokładnie, czego chcesz.
Kurwa, czyli nie szesnasta.
"Co robisz?" - wyskoczyło na KaTalku.
"Nic właściwie, jem sałatkę". Trzeci dzień zaczęłam od wszechogarniającego poczucia rozczarowania i bezsilności. Oto astrologia nie przyniosła mi otuchy, a przy porannym ważeniu także waga okazała się bezlitosna.
W lodówce znalazłam sałatkę, której dzisiaj upływał termin ważności. Zalałam ją porządnie sosem i od razu tego pożałowałam. Smakowała słono, kwaśno i w niezrozumiały sposób rybnie.
"Saturn powraca na pozycję z dnia urodzin dwadzieścia siedem lat po naszym urodzeniu. Wiedziałaś?" Nie wiedziałam. Ułożyłam się wygodniej na moim łóżku-kanapie. Spojrzałam przed siebie. To już niedługo.
"Jest film dla ciebie, nazywa się The Mandela Effect", wysłał w nocy Były na Messengerze. Poszukałam zwiastuna na YouTubie. "O kurwa, serio!", odpisałam. Włączyłam VPN-a i zaczęłam szukać filmu po torrentach. Nie było szansy na to, żebym obejrzała go w koreańskim kinie. Tam królowały tylko mainstream mainstreamu i wzruszające, koreańskie do bólu historie o miłości, wojnie i teściach.
"Widziałeś już? Czy tylko ci się skojarzyło?", zapytałam, choć znałam odpowiedź. Tak naprawdę Były nie ogląda filmów. Ogląda zwiastuny, ekscytuje się samą ideą filmu, zaczyna szukać informacji dookoła niej, czyta o niej, czyta o filmie, studiuje Wikipedię, wciąga się w to coraz bardziej, aż zapomina obejrzeć film.
The Mandela Effect okazał się opowieścią o mężczyźnie, który za pomocą komputera kwantowego przeprogramowuje symulację, w której żyjemy, tak aby uratować od śmierci kilkuletnią córkę. Wiem, bo zrobiłam to, co robię zwykle - przeczytałam opis filmu na Wikipedii aż do momentu zakończenia. W międzyczasie ściągnął się film. Przewinęłam do ostatnich dwudziestu minut i obejrzałam końcówkę. Nie różnimy się z Byłym tak bardzo.
- Zawsze jest ktoś taki - powiedziała Hulya, kiedy się poznałyśmy.
Siedziałyśmy na spotkaniu informacyjnym w wielkiej hali pachnącej naftaliną. Profesorowie ubrani byli w garnitury, profesorki miały pudrowane trwałe i czerwone szminki, a my byliśmy przepoceni i zdżetlegowani. Udawaliśmy zainteresowanie przemówieniami, mimo że większość z nas nie rozumiała koreańskiego. Kiedy zobaczyłam dziewczynę w bluzie z Chipem i Dale'em, od której pachniało przetrawionym niedawno samolotowym tanim winem, wiedziałam, że się zaprzyjaźnimy. Usiadłam obok i oświadczyłam jej, że powinna się ze mną zaprzyjaźnić, bo mam na dysku sto filmów, które ściągnęłam na rok w Korei po tym, jak usłyszałam, że kiepsko tu z torrentami.
- Nie widziałam żadnego filmu, a wszystkie znam - odpowiedziała. - Bo zawsze znam kogoś, kto je oglądał. Na przykład ktoś mnie pyta: "O, a znasz komiksy Marvela?". Nie, ale znam kogoś, kto to czyta. "Znasz coś tam, oglądasz coś tam?" Nie, ale znam kogoś kto to dobrze zna!
Powinnam być tym kimś, pomyślałam, przypominając sobie jej słowa. Tą skarbnicą wiedzy wszelakiej, którą prosisz o pomoc w znalezieniu dobrego dokumentu, książki podróżniczej, gry RPG albo płyty techno. Przeszły mnie ciarki podniecenia. Oto znalazłam swój cel. Być może nie zostanę astronomem ani nawet astrologiem, ale przecież mogę zostać swoim własnym ekspertem - ekspertem od popkultury. Tu, teraz, w dresach i z sałatką w ręku. Wyprostowałam się. Spojrzałam na doskonale umalowaną twarz w lustrze, wzięłam elegancko mały kęs sałatki do ust. Czułam się jak Kim, Kourtney i Khloé.
Przejrzałam dysk. Nie sto, ale sto sześćdziesiąt filmów w czyśćcu. Gruziński film o wyspie pomarańczy z 2014 roku, którego wyczekiwałam latami, a kiedy wreszcie udało mi się go znaleźć, odłożyłam go na wieczne nigdy. Rumuńska komedia z 2005 o umierającym czterdziestolatku, która znudziła mnie, ale krytycy ją cenią, więc próbuję się do niej zmusić od lat. Trochę Felliniego, klasyki, żeby móc powiedzieć, że znam się na kinie. Jedna komedia z Sethem Rogenem - te z dysku znikają najszybciej.
Kiedy film jest na dysku, nie trzeba go już ściągać. Czy widziałaś ten albański film o zaprzysiężonej dziewicy? Nie, ale mam go i obejrzę, jak tylko będę mieć czas! I już wiadomo, że się znam, że wiem, ale jestem taka zajęta ważnymi sprawami, może ważniejszym kinem.
Muszę wiedzieć wszystko, znać każdy ważny film.
Wyprostowałam się przed komputerem jak do ważnej rządowej misji i zamówiłam subskrypcję "Sight & Sound" oraz "London Review of Books". Napisałam też do mamy, żeby zaczęła mi zbierać polskie "Kino". Weszłam na Google. Top 100 najważniejszych filmów wszech czasów, które musisz obejrzeć. Bingo.
"Dalej googlujesz Saturna? Idziemy do noraebangu?" - napisała Hulya. Noraebang, koreański klub karaoke, znajdował się pół kilometra od akademika. Prowadząca udawała, że nie widzi, jak przemycamy własny alkohol do boksu, i pod koniec każdej spędzonej tam godziny wrzucała nam drugą za darmo.
- Seobisy - powtarzała - service. - Service, czyli po koreańsku za darmo.
Karaoke, rozrywka maluczkich, gdzie mu do kina artystycznego. Ale kto umie mu się oprzeć.
"Jasne, będę. Jemy coś przed?" - odpisałam i od razu tego pożałowałam. Hulya jest szczupła i może jeść to, na co ma ochotę. Zazwyczaj ma ochotę na to, co tłuste i smażone. A ja nie chciałam jeszcze porzucić swojego nowego, zdrowego trybu życia.
"Chimaek?"
Syknęłam. Sama złapałam się w pułapkę. "OK", odpisałam. Szybko postanowiłam w myślach, że przynajmniej nie będę jeść niczego między poranną sałatką a kubłem kurczaka wieczorem. Zresztą, nie będę miała na to czasu.
Nie mogę być biernym widzem kinowym, muszę rozumieć te wszystkie techniczne terminy, mówiłam w myślach, wrzucając kolejne grube podręczniki filmoznawstwa do koszyka na Gmarkecie. Zresztą, tak zaoszczędzę czas. Zamiast oglądać każdy film jak naiwny widz, będę je sobie mogła uszeregować, powtarzałam, wpisując tytuły co droższych podręczników w Google i szukając spiraconych PDF-ów.
Tak, był plan na ten chaos. Powoli w tle ściągały się filmy z listy stu najważniejszych, o reszcie doczytywałam na Wikipedii. Zaczęłam czytać o Jestem legendą, podobno najlepszym filmie o zombie. Świetnie, jak go zaliczę, nie będę musiała oglądać już nic o zombie.
Okej, właśnie tak wyobrażam sobie apokalipsę zombie, zauważyłam z zadowoleniem, przewijając klatki filmu o dziesięć minut. Cisza, pustka, słońce, opuszczone miasto. Kable na wierzchu, gruz, zimna woda w kranie. Naprawdę dobry film jak na film o zombie, powiedziałam do siebie, przeskakując z czterdziestej piątej minuty na pięćdziesiątą drugą. Apokalipsa, Will Smith morduje zombiaki. Chyba wszystko już wiem, pora na finał. Podobno lepsza wersja reżyserska.
Przestraszona para z dzieckiem oddycha bardzo głęboko. Są w małym pomieszczeniu, za szybą. Wszystko jest czerwone, pomarańczowe. Jak krew. Jak zachód słońca. Z drugiej strony grupa białych łysych potworów. Will Smith wyjeżdża do nich z zombie leżącą na łóżku szpitalnym. Jego dziewczyna w panice zamyka za nim drzwi. Potwór się przybliża, krzyczy. Willowi pot spływa z czoła, kiedy wyciąga strzykawkę z antidotum. Wkłuwa igłę w nogę leżącej zombie. Kobieta ożywa. Ukochany bierze ją w ramiona. Zanim odejdą, patrzy jeszcze na Willa oskarżająco.
A więc to on był potworem, to on mordował Bogu ducha winnych zombie! - rozpromieniłam się. Jak wiele mądrości można znaleźć w kinie, nawet tym najbardziej komercyjnym. Położyłam się na kanapie i zatopiłam na chwilę w myślach o Innym, o moralności, o plemienności, o obiektywizmie, o dobru, o człowieczeństwie. Kto jest tym Innym, tym wrogiem w naszym życiu? Dla kogo to my jesteśmy potworami? Dla zwierząt? Dla ekosystemu tej planety?
Przez dłuższą chwilę upajałam się swoim intelektualizmem. Jeszcze rano jadłam sałatkę w dresie jak Kardashianka, a teraz leżałam i myślałam o tym, co znaczy być człowiekiem. Przez kolejne godziny obejrzałam Proces, Noce Cabirii i gruziński film o dorastaniu dwóch nastolatek w czasach komunizmu. Powoli nadchodziło popołudnie, a ja nadal nic nie zjadłam. Spojrzałam na komórkę. Wciąż dwie godziny do spotkania z Hulyą.
W sklepiku na kampusie można kupić głównie papier toaletowy, słodycze, parę owoców i pięćset rodzajów ramenów. Jak w większości miejsc w Korei w środku pachnie kimchi i smażoną wieprzowiną. Wesołe starsze panie kucharki odgrzewają tteokbokki, rolują kimbap i przygotowują przysmak prosto z Zachodu, specjalnie dla obcokrajowców - gorący, rozmoczony tost z serem i dżemem. Tostowy chleb jest słodki, jak to w Korei, a ser jasnożółty i bez smaku. Na początku sugestię, że ma reprezentować kuchnię mojego kontynentu, traktowałam jako obrazę. Z czasem zaczęłam przychodzić po tosty trzy razy w tygodniu, czasami po dwa. Może dzięki nim, może dzięki gorącej ryżowej herbacie, a może dzięki wiecznie uśmiechniętym kucharkom, jedząc w sklepiku, czuję się zaopiekowana, jakby przykryta cieplutkim, miękkim kocykiem.
O siedemnastej przychodzi najwięcej studentów po zupki i instanty. Większość to Chińczycy i Koreańczycy, którzy nie mówią po angielsku. Usiadłam przy pojedynczym plastikowym stoliku z boku i przygotowałam w głowie formułkę na wypadek, gdybym spotkała kogoś znajomego. Mogliby mnie spytać, co dzisiaj robiłam, a ja mogłabym popisać się, jaką jestem intelektualistką i jak wiele mam mądrych przemyśleń o filmach.
Przed sobą położyłam dwa opakowania chapagetti - słodkiego ramenu z ciemnym sosem chajang. Kupiłam je dla Albiny - Uzbeczki, która mieszkała na moim korytarzu. Słodki sos gulaszowy z cebulą i marchewką był ulubionym instantem Albiny, a przy okazji całego akademika, dlatego rzadko udawało się go dostać. Zostawię jej pod drzwiami, pomyślałam.
Łapczywie pochłonęłam oba tosty, wyrzuciłam papierki i teraz czekałam cierpliwie, aż ostygnie herbata. Moment zen. Na zresetowanie mózgu, przejrzenie całej wiedzy, którą w nim dzisiaj zmagazynowałam. Kątem oka obserwowałam wchodzących. Za każdym razem kiedy otwierały się drzwi, do środka wpadał przyjemnie chłodny wiatr.
Czułam się wspaniale zmęczona produktywnością moich nieproduktywnych dni. Studiując już ósmy rok, ciągle byłam pod presją terminów i prac do zaliczenia. Tak mocno miałam wdrukowane to, że powinnam cały czas coś robić i za czymś gonić, że wyrzuty sumienia nie ustawały, nawet kiedy siadałam, żeby to zrobić. Pisałam więc pracę magisterską, cały czas mając poczucie winy, że zajmuję się głupotami, a powinnam przecież pisać pracę magisterską.
A teraz siedziałam, patrząc w styropianowy kubek i czekając, aż herbata ostygnie. Na plakacie naprzeciwko dwa czerwone dinozaury mówiły do mnie po koreańsku. Przez chwilę próbowałam rozszyfrować, co starają się mi przekazać. Coś o higienie? O odnoszeniu sztućców? Chciałabym obejrzeć znowu Park Jurajski, pomyślałam i natychmiast skarciłam się w duchu. Przecież jest tyle filmów, których jeszcze nie widziałam, po co więc oglądać ten, który widziałam już piętnaście razy?
Druga część Parku Jurajskiego była pierwszym filmem, który zobaczyłam poza domem. W kinie Ochota nie było już tego dnia biletów w kasie, tata kupił je od konika, drożej. Koników widziałam potem jeszcze tylko raz, dwa lata później, na Toy Story 2. Czułam się dorosła, bo film był przecież "prawdziwy", a nie animowany (kiedy koleżanka opowiadała mi o premierze Pocahontas, na którą zabrali ją rodzice, wyobrażałam sobie, że premiera to taki dzień, kiedy animowane filmy puszczane są w wersji aktorskiej. Jak wielki był mój zawód, kiedy okazało się, że nie istnieje animowana wersja Titanica).
Z seansu nie pamiętam wiele poza tym, że na drugi dzień zażądałam, abyśmy wypożyczyli kasetę z pierwszą częścią. Co sobotę chodziłam z rodzicami do wypożyczalni, wybieraliśmy jeden film "dorosły", familijny i jedną bajkę, najczęściej tę samą, zdartą, różową VHS z Kucykami Pony.
Kasetę wypożyczałam pięć razy, aż rodzice zgodzili się kupić mi na Gwiazdkę własną kopię ze Stadionu Dziesięciolecia. Na stadionie sprzedawano wtedy wersje nagrywane trzęsącą się kamerą z ręki w kinie, z charakterystycznym echem i odgłosami jedzenia popcornu. Kosztowały dwadzieścia złotych, co na tamte czasy oznaczało albo fortunę, albo cztery filmy z wypożyczalni. Filmy bez echa oglądało mi się zdecydowanie gorzej.
Chyba właśnie wtedy, kiedy oglądaliśmy po raz pierwszy razem Park Jurajski, zamarzyłam o posiadaniu królika. Pochylona postawa tych puchatych zwierzątek o wielkich skokach i małych przednich łapkach, a także ich puste, psychopatyczne spojrzenie przypominały mi ulubionego T-Rexa.
Ostatnią scenę Parku Jurajskiego przewijałam bez końca. Rodzina głównych bohaterów, nareszcie zjednoczona, znalazła się w potrzasku, otoczona przez welociraptory. Nagle zza ich pleców, całkowicie po cichu, wyłoniła się ogromna samica T-rexa. Ta sama, która jeszcze niedawno goniła ich celem konsumpcji, teraz postanowiła uratować ich przed raptorami.
To było moje pierwsze zderzenie z deus ex machina - i byłam pod ogromnym wrażeniem. Od tej pory zaczęłam wyszukiwać go w lekturach z polskiego i w książkach dla dzieci. Fascynowało mnie to, z jaką lekkością i rozmachem nakreślano zmiany i wklejano do historii całkowicie nowe wątki i postaci. Nieobliczalna kreatywność i odwaga twórców zakończeń deus ex machina była dla dziecka czymś tajemniczym, magicznym. Wolnością, do której sama chciałam dążyć.
No właśnie, skoro już mam wiedzieć wszystko o filmach, to może powinnam zacząć pisać scenariusze, wpadło mi do pustej, przewietrzonej głowy. Wypiłam resztę herbaty, przechylając do tyłu głowę, i wybiegłam ze sklepu, dziękując uśmiechniętym kucharkom ukłonem w pas. Warto było na chwilę wyłączyć mózg.
- Ale o czym te filmy chcesz robić? - Hulya nachylała się nad ociekającym tłuszczem i słodyczą kurczakiem. - Nie lubię skórek, możesz wziąć moje.
W knajpie półmrok, K-pop i pocące się od ciepła piwo. Hulya zamówiła dwie połówki smażonego kurczaka - jednego na słodko, drugiego na wytrawnie. Pierwsze kawałki błyszczały od miodu i posypane były cukrem pudrem. W smaku przypominały lukrowanego pączka z mięsną niespodzianką w środku. Druga połówka była równie słodka, ale obtoczona kremową śmietaną i czerwona od pikantnych przypraw. Jakby nie wystarczało nam słodyczy, kelnerka przyniosła pojemniczek różowego dżemu z trudnego do określenia owocu.
Podejrzliwie przyglądałam się kawałkowi kurczaka. Zamawiając pół kurczaka w Korei, rzeczywiście dostajesz pół kurczaka. Nie nóżki, nie piersi, nie udka - pół kurczaka. A że czasami trafisz na dziób, a czasami na kurzą nóżkę, to już twój pech albo szczęście. Wgryzłam się w podejrzany kawałek. Kość była w kształcie spłaszczonego pierścienia. Czy to odbyt?
- Mam już jeden pomysł. - Wyjęłam kość spomiędzy zębów i położyłam na talerzu. - Wyobraź sobie taką sytuację. Dorosła kobieta, około trzydziestu lat. Nie ma dobrych stosunków z matką. Do tego stopnia, że gdy ta umiera, dowiaduje się o tym miesiąc później, kiedy okazuje się, że otrzymała od niej dom w spadku. Przyjeżdża do tego domu...
- Bo mieszka gdzie indziej? - przerwała mi Hulya.
- Tak, mieszka gdzie indziej. W innym mieście, kraju, stanie. Nie wiem, gdzie to się będzie działo. Może w Stanach? To chyba bez znaczenia, bo to takie nie-miejsce bardziej.
- Nawet jeżeli film ma mieć przesłanie uniwersalne, to dobrze, żeby był osadzony w jakiejś konkretnej rzeczywistości - odparła stanowczo. Myślałam, że uwagą o nie-miejscu jej zaimponuję. Miałam przed sobą twardszego krytyka, niż mi się wydawało.
- Dobra, potem się nad tym zastanowię. Może być i w Korei. W każdym razie ona przyjeżdża do tego domu, który jest nad jeziorem. Na początku jest ciężka atmosfera. Trochę wspomnień, trochę żalu do matki, wiesz, tego typu sprawy.
Hulya pokiwała głową ze zrozumieniem i zajęła się ogryzaniem kolejnego tajemniczego kurczaczego fragmentu.
- W każdym razie w końcu bierze leżak i schodzi nad jezioro. I przypomina sobie, jak miała trzy latka i matka zabrała ją nad jezioro, żeby nauczyć ją pływać. Natychmiast zaczęła się topić, a matka nie potrafiła jej pomóc. Na szczęście po drugiej stronie jeziora był sąsiad, który przypłynął i ją uratował. Teraz śmieje się na to wspomnienie, że matka była taka roztrzepana i myślała, że trzyletnie dziecko można nauczyć pływać. No, że taka to była matka, trochę nieogarnięta, ale że to w sumie w jej stylu, nic dziwnego. Wiesz, taka scena, wieczorem, bohaterka pije piwko na leżaku, śmieje się. I nagle jakby ją zmroziło. - Zrobiłam dramatyczną pauzę. Hulya gryzła kurczaka i patrzyła na mnie skoncentrowana. - Bo myśli sobie: nikt nie jest na tyle głupi, żeby uczyć trzyletnie dziecko pływać. I wtedy dociera do niej, że rzeczywiście, że nikt nie jest na tyle głupi, żeby uczyć trzyletnie dziecko pływać. Matka próbowała ją utopić - kończę. Hulya jednak jakby oczekiwała na ciąg dalszy.
- Fajny obrazek - powiedziała w końcu. - Tylko że to wszystko, o czym mówisz, dzieje się jakby w głowie bohaterki, co nie?
- No tak.
- No właśnie, a na poziomie akcji po prostu oglądamy kobietę siedzącą na leżaku. To raczej mało ciekawe. Kiepski początek, ale jako scena gdzieś w środku bardzo spoko.
Zatrzymałam powietrze w ustach. Hulya wydawała się wiedzieć więcej o tworzeniu wiarygodnych historii niż ja po całym dniu edukacji filmowej.
- To znaczy oczywiście to tylko fragment jakiejś całości, nie wiem, gdzie mnie jeszcze poniesie, ale to jest wizja, którą chcę jakoś rozwijać, coś dodawać wokół niej, bawić się nią.
Hulya znów pokiwała głową. Na ekranie telewizora nad nią BTS tańczyli z rekinami.
- W ogóle bardzo szanuję ten twój projekt szukania siebie - powiedziała nagle, maczając kurczaka w dżemie. - Nawet to googlowanie Saturna. Nie jest taki zły ten sos.
Odłożyłam swój kawałek kurczaka, wytarłam ręce i sięgnęłam po piwo, nie odrywając od niej wzroku.
- Jak tak myślę o znajomych w Stambule, którzy już skończyli studia, jak zresztą większość w naszym wieku, o ich życiu w korpo, to zastanawiam się, co ma sens. Że może to właśnie googlowanie Saturna ma sens, a nie tabelki z korpo. Ale trochę boję się porzucić myślenie o korpo i zająć się googlowaniem Saturna. Bo jeżeli teraz jest mi smutno i czasami myślę, że moje życie jest bez sensu, to może dowiem się jeszcze bardziej, że tak jest?
Milczałam. Nie potrafiłam pocieszyć Hulyi i udawać, że uważam korpożycie za dobry wybór dla niej. Ale nie potrafiłam też entuzjastycznie zachęcać jej do googlowania Saturna. Milczałam więc, czekając, aż cisza stanie się dla niej nieznośna i zmieni temat.
- Zresztą uważaj, nie zatrać się w tych poszukiwaniach. - Pogroziła mi palcem i zaśmiała się. - Pamiętaj o tym, co w życiu ważne. Kurczaki i piwo. Swoją drogą, jestem jednego do przodu.
Piwo piłyśmy po koreańsku - zamawiałyśmy po butelce i rozlewałyśmy do niskich szklanek.
- Nie jesteś, bo jak ty siedziałaś z pustym, to ja wypiłam i dopiero nalałam.
- Dobra, nie wiem. Ale, ale. I tak nie powinnam tyle pić. - Wychyliła szklankę, rzuciła portfel na stół i dała gest do wyjścia.
Hulya śpiewała piosenkę o Mr. Crowleyu, a na ekranie animowane figurki tańczyły układ choreograficzny, zapewne w rytm wesołego disco zapętlonego od lat siedemdziesiątych w ich głowach. Ozzy przewracałby się w grobie. Na szczęście jeszcze nie umarł.
Było ciemno. Ciasną salkę noraebangu oświetlała tylko dyskotekowa kula, która oślepiała nas stoma odcieniami neonowych pomarańczy i czerwieni. Ustawione w półokręgu skórzane czerwone kanapy przydawały wnętrzu subtelnego wdzięku burdelu. Nawet tutaj, w noraebangu, czuć było kimchi, pewnie od klientów z poprzedniego dnia.
Julia i Juan przynieśli zachodnie przysmaki - owocowe, słodkie chipsy i pachnące sztucznością czekoladki. Julia bawiła się kręconymi włosami, podśpiewując z Black Sabbath. Michael i James usiedli z tyłu i skubali na zmianę suszone białe plastry mątwy i włókniste kawałki suchego jak wiór dorsza. Koreańskie przekąski do piwa zadziwiają bezsmakiem i gumowatością.
- Pomieszałeś proporcje! - zaśmiała się Chen. Juan nalewał jej somaek, piwo z dodatkiem soju. Mała butelka najpopularniejszej marki soju - Chamisul - kosztuje dolara, dostępna jest we wszystkich sklepach i knajpach. Każdy owocowy smak ma inną piękną, młodą Koreankę na etykiecie.
Przyszedł też Tony, kolega Michaela z barowych zajęć pozalekcyjnych. Poznał go parę weekendów temu, a dzisiaj przedstawił reszcie grupy. Wysoki, umięśniony, opalony, o ogromnych czarnych oczach o dziwnym, prostokątnym kształcie. Młodszy, dwadzieścia dwa-trzy lata. W niczym nie przypominał Michaela - o jasnobrązowej brodzie i delikatnych, niemieckich rysach.
- To dlatego, że jestem Maorysem, a on jest Pakeha - tłumaczył mi.
- Co to Pakeha? Biały? Ja jestem Pakeha?
- Nie, ty jesteś Tauiwi.
- Ale też jestem biała, jak Michael.
- Ale nie jesteś Kiwi, nie jesteś z Aotearoa.
- Znaczy się z Nowej Zelandii?
- Znaczy się z Nowej Zelandii.
- Spoko, w słowie Tauiwi i tak jest więcej kiwi niż w Pakeha.
Zaśmiał się. Sięgnęłam po piwo. To, które leżało najbliżej niego. Po paru dniach spędzonych z YouTube'em byłam w nastroju na zaczepki.
- Michael mówił, że wierzysz w horoskopy - powiedział prowokacyjnie, z nutką uszczypliwości.
Uśmiechnęłam się do siebie. Możemy zatańczyć.
- Nie że jakoś bardzo w to wierzę, po prostu to taka forma afirmacji. Trochę jak powtarzanie sobie czegoś do lustra codziennie rano. Sprawdzasz rano horoskop, jest napisane: "dzisiaj będziesz bardzo kreatywna", i jakoś się na tę kreatywność nastawiasz na cały dzień. Wiesz, o czym mówię?
- Nie! - Zaśmiał się, już nie prześmiewczo, ale z sympatią.
Zobaczymy, jaki jesteś odważny. Uśmiechnęłam się i przysunęłam się do niego tak, że znalazłam się tuż pod ramieniem, które wyciągnął na brzegu kanapy. Moja twarz była tuż obok jego twarzy.
- Zobacz tutaj, mam taką apkę Sanctuary. Jaki masz znak?
- Rak - rzucił krótko, najwyraźniej starając się nie poruszyć. Poczułam jego oddech na policzku.
- Okej, to sprawdzimy! - Wybrałam znak na ekranie i przeczytałam: - "Dzisiaj jesteś pełen ambicji. Pełnia księżyca sprawia, że jesteś gotowy wyciągnąć rękę po coś więcej. Użyj intuicji, żeby spełnić swoje marzenia". - Słyszałam, jak przełyka ślinę. Odchyliłam głowę i spojrzałam wyczekująco prosto w jego oczy, przez co nasze usta znalazły się parę milimetrów od siebie. Uśmiechnęłam się. On milczał i oddychał płytko, nadal starając się nie poruszyć. Oblizał wargi. Odsunęłam się, żeby go nie spłoszyć.
- To czemu nazywasz się Tony, skoro jesteś Maorysem? - Sięgnęłam po piwo.
Rozluźnił się i znowu zaczął się uśmiechać. W tym czasie Hulya oddała mikrofon Juanowi, który profanował teraz piosenkę Nightwish.
- Ale wiesz co, z tą duchowością to w sumie jest ciekawe - powiedział Tony i ułożył się wygodniej na kanapie. - Byłem w zeszłym miesiącu na wycieczce na Hokkaido. Poszliśmy do sklepiku z pamiątkami kupić sobie jakieś bzdety. Dziewczyny przeglądały maseczki, kosmetyki, nie wiem, faceci breloczki albo otwieracze do piwa. Ja wziąłem jakieś pocztówki i poszedłem w głąb sklepu. Leżały tam takie różne kryształy. Bardzo drogie. Przewracałem je trochę i dotykałem, tak z ciekawości. No bo dlaczego kawałek kamienia jest taki drogi? Musi w nim być coś szczególnego, prawda? - Pokiwałam głową. - Był taki jeden kryształ, jasnoróżowy. Trzymałem go w rękach i nie mogłem się od niego oderwać. Chłopaki wołały, że już pora iść, że są głodni, a ja cały czas stałem z tym kryształem jak jakiś debil, czaisz? - Zaśmiał się. Zaśmiałam się z nim, empatycznie, przy okazji znowu przysuwając się o milimetr. - I nadal pamiętam ten kryształ, jakie miałem uczucie, kiedy trzymałem go w rękach. Żałuję, że go nie kupiłem, coś mnie do niego ciągnęło. Dziwne, co nie? - Uśmiechnął się wyczekująco. Chciał, żebym się roześmiała i rozładowała napięcie. Nic z tego.
- Może musisz po niego wrócić? Może macie wspólną energię? - Spojrzałam mu prosto w oczy. - Może symulacja jest zaprogramowana na ezoterykę?
- Chodź, duet! - krzyknęła nagle Hulya. Chwyciła mnie, wyciągnęła z głębokiej kanapy na środek i wcisnęła mikrofon do ręki.
Powinnam zapytać, co śpiewamy, ale to wiedziałam. Noc karaoke z Hulyą nie była kompletna bez It's my Life. Bon Jovi był moją pierwszą miłością. Jako nastolatka jego słodkie usta na czarno-białym plakacie całowałam codziennie przed pójściem spać i tuż po przebudzeniu.
Śpiewałyśmy, obejmując się w talii, z całego serca, krzycząc i wymachując rękami. Do refrenu dołączyli pozostali. Krzyczeli głośno i wylewali piwo dookoła. Najlepiej słychać było chłopaków z tyłu, choć nie mieli mikrofonów. Nagle Michael wstał i wyciągnął Jamesa na środek. Po chwili już wszyscy staliśmy razem przed ekranem, a mikrofony nie były nam potrzebne. Chen kiwała się do rytmu i klaskała, najwyraźniej nie znając piosenki. Może na Tajwanie nie była popularna. Po chwili odwróciła się i zajęła tym, co lubi najbardziej - matkowaniem nam.
- Konbe! - krzyknęła, kiedy skończyliśmy śpiewać i bić sobie wzajemnie brawo. Gestem pokazała stojące na stole pięknie ułożone jednorazowe plastikowe szklaneczki do szotów. Na oko szesnaście, po dwa dla każdego.
- Co to takie zielone? - spytał zaskoczony, ale wyraźnie zachwycony James.
- Midori. Ze sklepu z zagranicznym alkoholem.
Wydaliśmy grupowy pomruk podziwu. Pierwszy za kieliszki chwycił Michael.
- No to chyba nie ma na co czekać! Konbe, za nas! Na zdrowie!
Wznieśliśmy kielichy i wypiliśmy szoty jeden po drugim. Hulya spojrzała prosto w moje oczy. Podjęłam wyzwanie, ale już przy drugim kieliszku skrzywiłam się od mocy i słodyczy alkoholu. Zaśmiała się ze mnie i przytuliła mnie mocno.
- Dopiero teraz widzę, że masz jakąś inną grzywkę - zauważyłam.
- Obcięłam przed wyjściem, sama. Zawsze kiedy zmieniam fryzurę, czuję, że pokonuję śmiertelność. Są na to nawet jakieś badania.
Pocałowałam ją w czoło. Chwilę pokiwałyśmy się do rytmu K-popu, który śpiewała Chen. Potem Hulya poszła do toalety, a ja upadłam, pijana i zmęczona, na kanapę pomiędzy Nowozelandczykami.
- Literatura nie dorosła do Kardashianek - mówił ożywiony Tony, a Michael energicznie potakiwał głową. Zaczynałam rozumieć, dlaczego tak szybko się zaprzyjaźnili. - Ludzie chcą oglądać ładne osoby, które siedzą w dresach na tapczanie i jedzą sałatki.
- No i ja się zgadzam - odpowiedział Michael, odbijając jak w lustrze jego sposób gestykulacji. - Mnie tylko chodziło o to, że musimy napierdalać w system, a nie w ludzi, którzy są jego więźniami. Ja, ty, Kim Kardashian. Życie nie powinno być grą komputerową, w której zbierasz punkty i zdobywasz nagrody, ale musisz najpierw obstawić dobrego konia i jeszcze wiedzieć, co będzie modne za dwadzieścia lat. Wiesz, o co mi chodzi?
Byłam pełna podziwu, że doszli do tego momentu dyskusji pięć minut po tym, jak wychynęli po dwa szoty zielonego japońskiego alkoholu.
- To tak jak Simsy - wcięłam się w rozmowę, nie do końca wiedząc, czy dobrze rozumiem jej sedno. - Kiedy gram w Simsy, czuję się, jakbym spotykała się ze starymi znajomymi. Ale co dostajesz za doskonale przeżyte życie w Simsach? Nic. A nawet gorzej, bo dostajesz śmierć. - Chyba trafiłam, bo Michael zaczął potakiwać i na mnie.
- Amen! - Tony podniósł butelkę, a gdy pokazałam puste ręce, rozejrzał się i podał mi piwo, uśmiechając się szeroko.
Otworzyłam je z sykiem, piana wylała się dookoła. Zaśmialiśmy się i stuknęliśmy się butelkami na zdrowie. Michael posłał mi wymowne spojrzenie i rzucił, że idzie pogadać z Chen.
Ja i Tony milczeliśmy przez chwilę.
- Chen ładnie śpiewa - zauważyłam w końcu.
- Ty ładnie śpiewasz - odpowiedział Tony, a ja poczułam ciepło na policzkach. - Serio, z takim wyglądem i z takim głosem mogłabyś być gwiazdą.
Parsknęłam, ale on uśmiechał się dalej. Rozczuliła mnie jego świeża niewinność, te naiwne komplementy. Zamknęłam oczy i pocałowałam go delikatnie. Kiedy przeciągnął ręką po mojej talii, poczułam, że muszę biec do toalety. Pocałowałam go więc jeszcze raz, żeby nie sprawiać wrażenia, że chcę uciec, pogłaskałam po policzku, a potem przeprosiłam i wyszłam z pokoju.
Na zewnątrz była zupełnie inna rzeczywistość. Zniknął Tony, zniknęli pijani przyjaciele, a pojawiły się szum w głowie i głośny łomot serca. Uświadomiłam sobie, że nie pamiętam, gdzie jest łazienka. Podeszłam do drzwi, przy których stała recepcja. Poczekałam chwilę, ale właścicielka nie podchodziła. Wyszłam więc na korytarz i zaczęłam iść po omacku. Zamiast przypomnieć sobie, w którą stronę mam iść, skupiłam się na walce z helikopterem w mojej głowie.
Jest! Wbiegłam do toalety i poczułam ogromną ulgę. Kurwa, męska... W środku poza umywalką znajdował się tylko porcelanowy pisuar. Nie wytrzymam. Zaczęłam zdejmować dżinsy przez buty. Prawie upadłam, wyjmując stopę z lewej nogawki. Zrolowałam prawą, pozwalając spodniom ciągnąć się po podłodze. Stanęłam przed pisuarem, zacisnęłam wargi, zgięłam kolana i skupiłam się na tym, żeby skierować mocz jak najprostszym strumieniem. Udało się. Trzymałam się jedną ręką ściany, robiłam przysiad, a strużka wpadała celnie do pisuaru. Poczułam ulgę. Wyciągnęłam rękę po papier toaletowy i natrafiłam na pustkę. Podmyłam się więc w umywalce. Zadowolona z dobrze wykonanej misji, umyłam ręce i włożyłam spodnie. Na podłodze znalazłam klucze i szminkę, które wypadły z tylnej kieszeni.
Po co faceci tak się upierają przy tym, żeby sikać na stojąco, zastanawiałam się, zapinając rozporek. Na siedząco można jednocześnie sprawdzać Insta.
Otworzyłam drzwi na korytarz. Pod toaletą stało dwóch koreańskich biznesmenów. W marynarkach, pachnący soju, czosnkiem i pikantnymi marynatami. Na mój widok zaniemówili ze zdziwienia. Nie dość, że biała, nie dość, że blond, to jeszcze trans. Uśmiechnęłam się i rzuciłam do nich "Annyong" na odchodne. Odpowiedzieli i roześmiali się, skonsternowani.
Przeszłam korytarzem. Pod wpływem wyrzutów sumienia zamówiłam u ulubionej właścicielki trzy butelki soju i kolejkę piwa dla każdego. I tak jest tu tanio, a my, niewdzięczni, przychodzimy z własnym alkoholem, pomyślałam, kręcąc głową. Wizyta w toalecie nieznacznie mnie otrzeźwiła. Wypiłam duszkiem kubek zimnej wody z automatu, teraz już pewna, że i z nią sobie poradzę.
W ciemnym korytarzu znalazłam nasz pokój. Ze środka dobiegały głosy Hulyi i Michaela śpiewających razem Country Roads. Że też nie poczekali na mnie. Chen krzyczała coś do Julii, głośno i po koreańsku. Julia się śmiała, a Juan pewnie próbował się włączyć do rozmowy.
Zawahałam się przed naciśnięciem klamki. Czułam wyrzuty sumienia, że jeszcze rano rozmawiałam z Byłym, a teraz całuję się z nowo poznanym Nowozelandczykiem. Sorry, Maorysem. Oparłam się o ścianę, cały czas walcząc z helikopterem. Gdybym paliła, mogłabym teraz wyjść na fajkę. Zamknęłam oczy. Country roads, take me home.
Otwieram powoli oczy. Jest noc, jestem sama. Dookoła bladoróżowy pył, a ja unoszę się na czymś miękkim i porowatym. Przechylam się na lewo. Ugina się pode mną jak źle napompowany materac wodny. Przechylam się na prawo. Kołyszę się chwilę, a oczy przyzwyczajają się do intensywnej, różowej poświaty.
Obraz jest ziarnisty, jakbym widziała wszystko przez filtr z Instagrama. Jak w przygodówce, kiedy wchodzisz w mgłę i smugi światła. Próbuję się podnieść, ale zapadam się jak wśród kolorowych piłeczek w Kolorado. Chyba leżę na ziemi, może na trawie. Jest nienaturalnie miękko i komfortowo.
Powoli przyzwyczajam się do bladoróżowej chmury i zaczynam zauważać, że dookoła mnie jest ogromna pusta przestrzeń. Nie ma drzew, nie ma budynków, nie ma trawy. Dźwięczy cisza. Patrzę wprost i widzę kulisty horyzont. Niebo jest nienaturalnie czarne, bezksiężycowe i bezgwiezdne. Tylko małe strumyki żółtego światła przebijają się z niego przez gęsty obłok. Dostrzegam je kątem oka, ale nie udaje mi się na dłużej zatrzymać ich wzrokiem.
Jest jasno, ale wiem, że jest środek nocy. Powinnam czuć strach, ale jestem spokojna. Powoli zaczynam rozumieć, czym są różowe smugi dookoła. To pierścienie.
Czerń nieba nie wydaje się już taka czarna. To szarość, gazowa, przesuwająca się powoli i z ciężkością. Ogromna planeta przesłania niebo i zbliża się powoli do Ziemi. Milimetr po milimetrze. Teraz widzę ją już dokładnie. Wielki gazowy gigant otoczony pięknie pachnącymi różowymi pierścieniami. Jest już całkiem blisko.
Kładę się wygodnie na podłodze, ziemi, trawie - gdziekolwiek jestem. Zakładam ramiona na kark i patrzę w górę. Jestem spokojna. Obserwuję, jak różowe pierścienie obejmują mnie ciepłem i rozpływają się w powietrzu.
To chyba już koniec, stwierdzam spokojnie bez strachu. Czuję przyjemną bryzę na twarzy. Planeta jest coraz bliżej, a wraz z nią delikatne igiełki elektryczności miło łaskoczące skórę. Patrzę na nią prosto, nie uciekam wzrokiem i nie zdejmuję uśmiechu z twarzy. Nie ma się czego bać.
Witaj z powrotem.
Klapa Samoana to nowozelandzki duet śpiewający po chorwacku tradycyjne piosenki o pierwszej i ostatniej miłości. Dowiaduję się tego, budząc się w czwartkowe południe i spoglądając na ekran iPada. Budzi mnie dźwięk KaTalka. "Słuchaj, co ty wczoraj odwalałaś, hahah?"
Przeglądam grupową konwersację. Chen, Julia i Juan umawiają się na lunch w stołówce. Reszta jest offline i pewnie wykorzystuje bezcenne nieobecności na odsypianie kaca.
"Nie pamiętam. Chyba całowałam się z Tonym".
"Pierdolisz. Zawsze się tak mówi, że nie pamiętam".
"Serio nie pamiętam. Mów mi wszystko, wezmę to na klatę".
"W sumie nic takiego, ale bawiłaś się bardzo dobrze". Czytając, słyszę w głowie śmiech Hulyi i czuję, jak moja twarz pąsowieje. "Tańczyłaś z naszym nowym kolegą całą noc. Nie mogliście się od siebie oderwać. Chcieliśmy z wami rozmawiać, śpiewać, ale wy nikogo nie słuchaliście, tylko tańczyliście i rzucaliście się po kątach".
Odruchowo chowam twarz w dłoniach i odsuwam od siebie komórkę. Wzdycham ciężko. Wysyłam zawstydzoną emotkę.
"W końcu siłą musiałam cię od niego odciągać, bo już byś pewnie jechała za nim do centrum Seulu w środku nocy".
Centrum Seulu. Uświadamiam sobie, że nawet nie wiedziałam, czym mój nowy znajomy zajmuje się na co dzień. Trzy zawstydzone emotki.
"A on też był mocno pijany. Michael wziął go za rękaw i zaciągnął do swojego pokoju na noc. A ty, sądząc po tym, że żyjesz, jakoś trafiłaś do siebie?"
"Obudziłam się w piżamie, bez makijażu i nawet umyłam zęby, choć nie wiem, jak to się stało. Zupełnie nic nie pamiętam, ale jestem z siebie dumna".
"No to może się ogarnij, bo twój Tony pewnie jeszcze śpi u Michaela. Obudź go, może zabierze cię na pierwszą randkę na śniadanie do Paris Baguette?", drąży bez litości Hulya.
Sprawdzam szybko fejsa. Na szczęście jeszcze bez nowych zaproszeń do znajomych.
"Teraz musisz się z nim umawiać, jeżeli cię zaprosi. Bo on będzie częścią naszej grupy, a ty mu się podobasz. Nie możesz go zghostować, przynajmniej nie od razu", pisze jeszcze, a ja czuję, że serce zaczyna mi szybciej bić i powoli podchodzi do gardła.
Dobiegam do toalety, lewą ręką szukam na komórce Spotify i puszczam Go Your Own Way na full, żeby zagłuszyć, jak głośno wymiotuję.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI