PÓŁ GODZINY
TADEUSZA KOŚCIUSZKI
Aleksander Sowa
-
Copyright by Aleksander Sowa 2013
Zdjęcie na okładce: Aleksander Sowa
Okładka:
Aleksander Sowa
Redakcja: Łukasz
Mackiewicz - eKorekta24.pl
Smashwords Edition
ISBN 9781310960840
Aleksander Sowa|Self-Publishing
www.wydawca.net
Opole, maj 2016 r.
***
I.
9 maja 1987 roku. Godzina 10.07. Okęcie. Jest
piękna pogoda, trwa przygotowywanie Tadeusza Kościuszki do startu.
Każdy lot tym samolotem to wydarzenie. Cena za bilet jest ogromna,
a jego zakup zazwyczaj wiąże się z życiową decyzją: emigracja.
Do USA, Kanady, za Atlantyk. Tak czy inaczej za wielką kałużę.
Wielu pasażerów lecących tym samolotem nigdy do Polski nie wracało.
Tym bardziej tamtego ranka Janina Szulc-Tomaszewska jest
wściekła.
- Zobaczysz, będziesz miała
kłopoty - matka proroczo mówiła jej rano.
Kobieta przyjeżdża spóźniona z Łomży, nie ma
czasu, by zgłosić futro. Staje w kolejce dla tych, którzy nie mają
nic do oclenia. Tymczasem celnik ma problem. Chciałby kogoś
zatrzymać. Zależy mu bardzo. Koleżanka chce lecieć do USA,
a w samolocie brak miejsc. Typuje ofiarę. Jest nią
Szulc-Tomaszewska. W torbie ma futro z norek.
Bingo!
- Panie kapitanie - pytają
zaczepione przez Szulc Tomaszewską stewardesy - czy możemy
poczekać na tę pasażerkę?
- Możemy piętnaście minut - mówi
kapitan, patrząc na Janinę.
- Lećcie, tę panią muszę zatrzymać
- celnik mówi do kapitana.
Zygmunt Pawlaczyk, lat 59, były pilot wojskowy,
w Polskich Liniach Lotniczych LOT pracuje od 32 lat. Za kilka
miesięcy ma odejść na emeryturę. Wylatał łącznie niemal 20 000
godzin, w tym w ciągu 12 lat 5500 na samolotach Ił-62. Na szyi
zawsze nosi złoty łańcuszek z krzyżykiem. Na tamten lot go nie
zabiera.
- Okęcie Ground - zaczyna
kilka minut potem. - Dzień dobry. LOT 5055 na siedemnastce. Hotel
na pokładzie, pushback
prosimy i zapuszczanie silników.
- 5055, dzień dobry,
zapuszczajcie - odparł suchy głos kontrolera. - Zero sześć zero
siedem, już czas. Jaki kierunek do startu chcecie?
- Trzy-trzy.
- Trzy-trzy.
Zrozumiałem.
To najdłuższa droga startowa na warszawskim
lotnisku. Pas o długości ponad trzech i pół kilometra
o azymucie 015° na północ w kierunku Warszawy i 330° w
stronę odwrotną, na Las Kabacki. Drogi startowe są numerowane
zgodnie z kierunkiem magnetycznym. Pas na kierunku 015°
nazywany jest jeden-pięć, a pas na 330° - trzy-trzy. Każdy
umożliwia start i lądowanie z jednego albo drugiego końca
pasa. Zależnie od kierunku wiatru.
- Okęcie Ground, LOT 5055. I
kołowanie prosimy - po próbie silników kapitan zgłasza gotowość do
manewrowania w kierunku drogi startowej.
- 5055, kołujcie alfą na trzy-trzy
- odpowiada kontroler z wieży. - Przed dwa-dziewięć zgłoście
się.
- OK, alfą do trzy-trzy, przed
dwa-dziewięć zgłosimy - dowódca załogi potwierdza zgodę na
kołowanie z nakazem kontaktu z wieżą przed przecięciem drogi
startowej dwa-dziewięć. - 55 - pilot kończy, skróciwszy oznaczenie
swojego lotu o dwie pierwsze cyfry.
Samolot nieśpiesznie toczy się po
asfaltobetonie niczym gigantyczna ważka z na wpół złożonymi
skrzydłami w akompaniamencie niskiego pomruku czterech silników i
błyskach czerwonych świateł. Jest piękna. Smukła i o nowoczesnej
sylwetce. Od dziobu, w kierunku ogona maszyny, dodatkowego szyku
nadaje jej wąski, niebieski pas wzdłuż rzędu okrągłych okienek na
białym tle kadłuba i ogromne litery. LOT.
- 5055, można przekołować
dwa-dziewięć - odzywa się wieża.
- Zrozumiałem - kapitan potwierdza.
- Możemy ciąć dwa-dziewięć. Dziękuję.
Tuż przed drzwi widnieje podobizna przywódcy
powstania, Tadeusza Kościuszki. Samolot to Ił 62M,
czterosilnikowy odrzutowiec dalekiego zasięgu zaprojektowany w
biurze konstrukcyjnym Iljuszyna. Pierwszy tego typu samolot
produkcji radzieckiej. Samolot potrafi latać z prędkością
ponad 820 kilometrów na godzinę, 13 kilometrów nad ziemią. Wraz z
brytyjskim Vickers VC-10 jest jedyną maszyną tej wielkości na
świecie, w konstrukcji której silniki umieszczono w części ogonowej
kadłuba, po dwa z prawej i lewej strony. Pracowano nad tym
samolotem od lat 50. Pod wieloma względami jest przełomową
konstrukcją. Dolnopłat, całkowicie metalowy, z ciśnieniową,
hermetyzowaną i klimatyzowaną kabiną, może latać bardzo szybko,
bardzo wysoko i bardzo daleko. W PRL, od wiosny 1972 roku, gdy
Polskie Linie Lotnicze zakupiły te samoloty, każdy pilot marzył, by
latać na sześćdziesiątych drugich. Dla pasażerów wygodny i cichy,
dla pilotów - stabilny w locie i o mocnej
konstrukcji.
- LOT 5055 - kapitan ponownie
zgłasza. - Przed trzy-trzy jesteśmy.
- Możecie przeciąć trzy-trzy i
zapiszcie zgodę z Warszawy do Nowego Jorku drogami planowymi -
podaje zgodę kontroler. - Wchodzić i utrzymywać poziom
dwa-osiem-zero ze zmianą na trasie. Po starcie w lewo na kurs
Tango Mike November. Do TMN-u macie przeciąć poziom sto
osiemdziesiąt lub wyżej, squok siedemnaście-zero-trzy.
Stopa jest niespełna jedną trzecią częścią
metra. 280 to poziom lotu w setkach stóp. 280 razy 30 metrów
oznacza lot na pułapie 8400 metrów.
- LOT 5055. Gotowi do zajęcia
pasa.
- 5055, możecie zająć pas
i startować - zezwala kontroler.
- Zrozumiałem. Możemy na pas
trzy-trzy i startować. Dziękuję.
- 5055. Po starcie kurs pasa na
razie utrzymujecie i przyspieszone wchodzenie do poziomu
czterdziestego, do przecięcia poziomu czterdziestego.
Poziom 40. 4000 stóp. 1200 metrów. Przestrzeń
nad terytorium państwa jest podzielona na kontrolowaną i
niekontrolowaną, zależnie od wysokości nad poziomem morza. W Polsce
statek powietrzny, niezależnie od tego, nad jakim miejscem na mapie
aktualnie się znajduje, powyżej poziomu 95 (2850 m) wchodzi
w obszar kontrolowany. W obszarze tym jest zapewniona służba
kontroli ruchu lotniczego. Dodatkowo w pobliżu lotnisk,
lotniczych baz wojskowych i poligonów przestrzeń poniżej poziomu 95
również jest kontrolowana. Im bliżej lotniska, tym coraz niższe
poziomy są objęte kontrolą, aż do samej ziemi. Dzięki temu unika
się zderzeń w powietrzu i innych niebezpiecznych sytuacji, a
kontrola zbliżania może precyzyjne śledzić ruch lotniczy.
Oczywiście służba wspomaga załogę przy starcie i lądowaniu. Po
wyjściu z rejonu lotniska załoga wznosi się na określony poziom
lotu korytarzem powietrznym i kontynuuje lot bez obawy o kolizję z
innym samolotem. Jeśli nawet coś leci w pobliżu, samoloty miną się
na różnych wysokościach.
Ruch samolotu na lotnisku i w odległości kilku
kilometrów od niego oraz kilometr nad nim śledzi kontroler
lotniska. Dalej, w rejonie do 100 kilometrów od lotniska - ruch
śledzi kontroler zbliżania, a po trasie - kontroler obszaru. Polska
jest podzielona na kilka obszarów według największych miast:
Gdańska, Poznania, Olsztyna, Warszawy oraz Krakowa.
- LOT 5055. Zrozumiałem.
- 50, startujemy.
- Zgoda. - Pilot słyszy po chwili i
Kościuszko startuje do kilkugodzinnego lotu nad
Atlantykiem.
Dźwięk silników niesie w sobie oczekiwanie. Po
chwili przechodzi w zakres coraz wyższych częstotliwości. Samolot
rusza. Toczy się z wychylonymi w maksymalne położenie klapami
i wolno nabiera szybkości. Pas znika pod jego kołami, a maszyna
wciąż sunie po nim, przekroczywszy prędkość dwustu kilometrów na
godzinę. Gdy w sercach patrzących na start samolotu na tarasie
widokowym zaczyna się rodzić niepokój, samolot wciąż jeszcze się
rozpędza. Kiedy niepokój przeradza się w nerwowy lęk, tuż przed
końcem pasa ogromna maszyna płynnie podnosi koła przednie podwozia,
zaraz potem koła główne i podnosząc swe wydłużone cielsko ku górze,
zaczyna płasko wznosić się ku bezchmurnemu niebu. Jest 10.18. W
powietrze właśnie uniosło się 167 ton masy startowej. Kapitan
rozpoczyna wznoszenie w kierunku Grudziądza zgodnie
z instrukcją kontroli żeglugi powietrznej. Koła zginają się w
kierunku kadłuba i znikają gdzieś pod skrzydłami. Sylwetka
Kościuszki zmniejsza się z każdą sekundą w akompaniamencie
grzmotu.
- Warszawa, zbliżanie. Dzień dobry
- pilot wywołuje następnego kontrolera. - LOT 5055 po starcie z
trzy-trzy.
- Czołem, 5055! - kontroler
odpowiada Pawlaczykowi. - Widzę po starcie. W lewo skręćcie kurs
dwa-dziewięć-zero, wchodząc do poziomu dwa-osiem-zero, TMA sto
osiemdziesiąt lub wyżej - mówi wpatrzony w radar.
Maszyna mozolnie pnie się ku górze. Kapitan
powinien wznosić swój samolot na 28 000 stóp w kierunku
radiolatarni w miejscowości Góra w pobliżu Płońska.
Radiolatarnia jest naziemnym urządzeniem nawigacyjnym, przydatnym w
ruchu lotniczym, szczególnie gdy brak widoczności. Działa na
podobnej zasadzie jak latarnia morska, tyle że zamiast światła
wysyła sygnał radiowy odbierany przez samolot.
Będąc nad nią, Tadeusz Kościuszko powinien
lecieć 18 000 stóp nad ziemią na pułapie 5400 metrów. Dramat
rozpocznie się 23 minuty później.
- 5055, do TMN-u pozostało dziesięć
kilometrów - Osiem minut po starcie kapitan słyszy
w słuchawkach. - Czy panowie w przeciągu dziesięciu kilometrów
przetniecie poziom sto osiemdziesiąt?
- Nie, dokładnie sto osiemdziesiąt
nie będzie, ale tak sto siedemdziesiąt w górę.
- Wchodźcie do poziomu sto
sześćdziesiąt - poleca bezosobowy głos kontrolera. - Utrzymujcie
ten poziom aż do Grudziądza.
- No, my lecimy do Nowego Jorku -
protestuje kapitan - może zdążymy przeciąć te sto
osiemdziesiąt?
- Panowie! Już nie zdążycie, bo do
TMN-u pozostało tylko pięć kilometrów - kontroler rzuca w eter
z cieniem wyrzutu. - Już na samym początku mówiłem, że
clearance był w TMA sto osiemdziesiąt lub wyżej. Latają wojskowe
samoloty i ja, niestety, nie mam z nimi łączności, żeby panów
separować.
Clearance delivery to
informacje dla pilotów podawane przez kontrolera lotniska przed
startem na temat procedury startu i opuszczania pobliża
lotniska.
- Zrozumiałem.
Zrozumiałem.
- Utrzymujcie poziom sto
sześćdziesiąt - poleca kontroler. - Już dochodzicie do TMN-u.
Dalsze wchodzenie będzie od obszaru. Na razie na częstotliwość sto
trzydzieści cztery coma osiemdziesiąt siedem. Kłaniam się. Do
usłyszenia.
- Zrozumiałem. Do miłego. Do
usłyszenia - odpowiada kapitan. - LOT 5055 - kończy korespondencję
z kontrolerem.
Z każdą sekundą nabierają 16 metrów, lecąc
z prędkością ponad 800 kilometrów na godzinę.
- 5055, wchodźcie na trzysta
dziesięć - zgłasza się jakiś czas później kontroler obszaru - i
błyskawicznie sto siedemdziesiąt przecięcie.
- 5055, zgłosimy - potwierdza
kapitan. - Do trzysta dziesięć wchodzimy.
- Błyskawicznie. Błyskawica to ma
być.
Pilot kiwa głową w kierunku swojego mechanika
pokładowego. Mężczyzna siedzi w kabinie pomiędzy kapitanem a drugim
pilotem. Jest 23. minuta lotu. Mechanik zwiększa obroty silników na
pełną moc startową. 30 sekund potem śmierć zajrzy im w oczy. Przez
następne pół godziny będzie im towarzyszyć. Aż do końca. Minuta po
minucie będą umierać, aż do ostatniej sekundy.
II.
Jest 28 sekund po 10.41. Słyszą wybuch. Słyszy
go cała załoga, personel pokładowy i 170 pasażerów. W kabinie
odzywa się przerywana syrena. Wyłączył się autopilot. Piloci czują
ból w uszach. Kabina jest rozhermetyzowana. Ciśnienie
powietrza na zewnątrz samolotu jest tak niskie i zawiera tak mało
tlenu, że pozostanie na tej wysokości grozi śmiercią w ciągu
najbliższych dwóch minut.
- Ej, hermetyzacja! - krzyczy
Pawlaczyk. Dwie sekundy później włącza się ciągły sygnał.
Dzwonek.
- Czy pożar? - kapitan pyta,
spoglądając na kokpit. - Co jest?
- Pewnie pożar - odpowiada Leopold
Karcher. Lat 54, pracuje w LOT od równo 20 lat. Były pilot
wojskowy, jako drugi pilot na Ił-62 wylatał niemal 2400 godzin,
ogółem jego nalot to ponad 10 000 godzin.
Znajdują się w rejonie miejscowości Warlubie,
na wysokości 8200 metrów. Temperatura na zewnątrz wynosi prawie 50°
Celsjusza poniżej zera. Do macierzystego lotniska mają 250
kilometrów.
- Silnik? Wyłączyć! - rozkazuje
Pawlaczyk.
- Wyłączyć! - krzyczy
mechanik. - Ten pierwszy płonie! Pożar!
- Warszawa?
Pawlaczykowi odpowiada cisza. Tamtego dnia miał
wolny dzień, zgodził się polecieć na prośbę LOT-u. Jako drugi pilot
miał lecieć Marian Nowotnik, lecz jego syn szedł do komunii i
zamienił się w grafiku lotów z kolegą z pracy.
- Rozhermetyzowanie. Dwa
silniki poszły! - zgłasza mechanik.
Włącza się kolejny sygnał akustyczny, tym razem
ciągły. Oznacza pożar silnika.
- Dwa silniki poszły!
- Wyłączyć! Zawracamy!
Pożar!
- Dwa silniki poszły! - Mężczyzna
widzi, że bliźniaczy silnik numer 1 również sygnalizuje
awarię.
- Niebezpieczeństwo! Warszawa
radar LOT! Warszawa radar! - nadaje kapitan. - Co jest? Ej! -
dodaje po chwili, bo nie wie, co dzieje się z jego
maszyną.
- Dwa silniki poszły!
- Opuszczamy w niebezpieczeństwie -
Pawlaczyk podaje dodatkowe informacje przez radio, starając się
oddać sterownicę.
- Nie mamy sterów!
- Podajcie swój - wreszcie
słyszą głos z Warszawy - call
sign.
To oznaczenie lotu stosowane przez
przewoźników. Dla przykładu lot samolotów Lufthansy numer 3171
oznaczony będzie call signem
LH 3171. Tamtego dnia rejs Tadeusza Kościuszki to LOT
5055.
- Dwa silniki oberwało! - zgłasza
kapitan. - Dwa silniki obcięło!
- Czy to zderzenie? - pyta
kontroler.
- Nie wiemy, co się stało! Dwa
silniki obcięło - głos Pawlaczyka jest rzeczowy, prawie spokojny. -
Opuszamy się.
- LOT 5055, zrozumiałem.
Nie wiedzą, co dzieje się z samolotem. Ale
wątpliwości nie ma. Jest ciężko uszkodzony. Od wybuchu upłynęły 52
sekundy.
- Ale nie możemy!
- Musimy na razie wziąć...
- Ale trzeba...
Trwa gorączkowa narada w kabinie. Muszą szybko
zejść na pułap 4000 metrów, w przeciwnym razie pasażerowie zginą
bez tlenu. Załoga zdaje sobie jednak sprawę, że kontroler wspominał
o lotach wojskowych maszyn pod trasą ich lotu, na poziomie
180, to jest 5,4 kilometra. Mija minuta od eksplozji w tylnej
części samolotu.
- Trza coś zrobić!
- Powiedziałeś, że
zawracamy?
- Co?
Nie wiedzą, co się stało. Nie mają pojęcia, co
było przyczyną eksplozji. Przypuszczają przez chwilę, że przez
przypadek mogli dostać w stery rakietą omyłkowo wystrzeloną przez
wojskowy samolot albo że się z czymś zderzyli.
- Tak. Awaria. Podwozie w dół! -
kapitan zwraca się do mechanika.
- Trzeba wyłączyć! - krzyczy
mechanik. - Trzeba wyłączyć!
Wskaźniki cieśnienia oleju oraz ciśnienia
paliwa i obrotomierze wskazują, że silniki jeden i dwa są
uszkodzone. Migają ostrzegawcze tabliczki "pożar silnika". Mechanik
widzi, że sytuacja z silnikiem numer 1 jest zła.
- Dobra. Wyłącz i koniec! - drugi
wydaje polecenie mechanikowi. Ten natychmiast przestawia metalowy
wyłącznik zewnętrznego silnika z lewej strony kadłuba.
Przesuwa też dźwignię przepustnicy, ujmując ciągu.
Kapitan tymczasem błyskawicznie analizuje
sytuację samolotu, którym dowodzi.
- Następny! Następny ma
awarię!
- ...tak, jest.
Półtorej minuty.
- Awaria... - mruczy
Pawlaczyk.
- No, mówiłem, bo wiesz...
- Dobrze to!
- Stop! Stop!
- Wiem, to dobrze, że
jest...
- Warszawa radar! - kapitan
wywołuje kontrolera obszaru. - Jeszcze raz 5055.
Jego głos jest spokojny, ostatnią cyfrę kapitan
akcentuje z manierą pilotów. Niemal jak podczas rutynowej
korespondencji. Widać, że stara się opanować sytuację.
- Pierwszy i drugi silnik
wyłączony, mamy awarię i schodzimy - dodaje. - Kręcimy w
prawo.
Tymczasem pasażerowie siedzący w tylnej części
kabiny widzą z lewej strony iskry. Załoga zdaje sobie sprawę, że w
gondolach silników jest umieszczona automatyczna instalacja
przeciwpożarowa. Po przekroczeniu określonej temperatury termopary
spowodują spracowanie gaśnic. Jeśli pożar zostanie ugaszony, w
kokpicie przestanie wyć syrena i migać ostrzegawcza
tabliczka.
- Zrozumiałem. Obserwuję
skręt. Co dalej zamierzacie robić?
W tle kabiny kapitanowi odpowiada głos
mechanika pokładowego:
- Zaraz przejdziemy na awaryjną
szynę.
- No, wracamy do Warszawy - rzuca
kapitan. - Zawracamy - chwilę później przekazuje ostateczną
decyzję kontrolerowi.
- OK. Czy zamierzacie wracać do
Warszawy? Jaka wysokość?
W ściągniętej twarzy kontrolera odbija się
fioletowy blask monitora.
- Zlewamy paliwo.
- ...awaryjny mówi.
W kabinie wciąż nakładają się gorączkowe głosy
kilku członków załogi. Mimo to zachowują spokój.
- Mamy problem.
Właśnie upływa 160. sekunda lotu uszkodzonym
samolotem. Nie ma wątpliwości. Piloci doskonale wiedzą, że
lądowanie awaryjne jest nieuniknione.
- Będziemy zlewać paliwo. Wracamy
do Warszawy. Schodzimy. Pięć tysięcy czterysta metrów mamy.
Schodzimy do czterech tysięcy.
- Zrozumiałem. Czy w tym miejscu
będziecie zrzucać?
- Po wyprowadzeniu ze skrętu
będziemy zrzucać paliwo!
- Zrozumiałem.
Samolot jest przygotowany na wielogodzinny lot
przez Atlantyk. W skrzydłach i stateczniku pionowym jest jeszcze
zgromadzone 70 ton nafty, bo w powietrzu są dopiero 27 minut.
Paliwo to prawie połowa masy całego samolotu. Lądowanie w tej
sytuacji groziłoby w najlepszym wypadku połamaniem podwozia
i skrzydeł. Od tarcia o płytę lotniska mogłoby dojść do
samozapłonu albo wybuchu, dlatego nafta musi być zlana przed
lądowaniem przez elektrycznie uruchamiane zawory na końcach
skrzydeł i stateczniku pionowym. Operacja jest bezpieczna wyłącznie
w czasie lotu po prostej, w przeciwnym razie mgła paliwowa może
zapalić się od spalin.
- Mieliśmy pożar. Pożar ugaszony i
kręcimy w prawo.
Ale to nie jest prawda.
- Proszę?
Cisza. Trzaski, szumy i piski.
Wycie.
- No i proszę podać rejon do
zlewania paliwa.
- Zrozumiałem, 5055.
Po wyjściu z zakrętu o 180° lecą w kierunku
Warszawy po prostej. To da im czas na bezpieczne pozbycie się
nadmiaru paliwa. Na szczęście samolot jest sterowny na boki,
działają lotki i ster kierunku. Nadal jednak nie działa ster
wysokości. Pawlaczyk zniża samolot w zakręcie, korzystając
z trymera. Jest dużo mniej skuteczny niż ster wysokości, ale
pozwala panować nad lotem. Właściwie zaś służy do wyważenia
samolotu w ustalonym locie.
- Rozpoczynamy zrzut - mówi
kapitan.
- Zrozumiałem.
Jest 10 sekund po 10.45 - 222. sekunda od
eksplozji. Niecałe cztery minuty. Mechanik przesuwa metalowe
przełączniki nad podsufitce pomiędzy fotelami pilota i
kapitana.
- Jaką mamy wysokość?
- (...) do (...) metrów. - Wstrząsy
płatowca zakłócają pracę rejestratora Mars.
- Co to? Pożar był? Tak? -
Pawlaczyk zwraca się do drugiego.
- ...pożar.
- LOT 5055, Warszawa. - Znów słyszą
głos kontrolera obszaru.
- Słuchamy.
Pawlaczykowi znów odpowiada cisza. Na jedną
straszliwą chwilę, w dotąd pełnej głosów kabinie, zalega mrożące
krew w żyłach milczenie. Doskonale wiedzą, że to właśnie tak się
umiera.
- 5055 - kapitan przerywa
milczenie, wznawiając korespondencję - słuchamy.
- 5055, wysokość utrzymujecie,
tak? - pyta kontroler.
- Cztery tysiące mamy - mruczy
drugi.
- Tak, cztery tysiące - potwierdza
Pawlaczyk.
- Trzy osiemset - poprawia
drugi.
- OK.
- Dziewczyny poproś.
- Gdzie był ten pożar? - pyta
drugi.
- Nie w kadłubie, a w kabinie,
idziemy zobaczyć - odpowiada mechanik.
- Naprawdę nie dociągniemy do
Warszawy - kapitan głośno się martwi.
Opadają. Nie sposób opisać tego słowami -
byłaby w nich tylko bezsilna rozpacz. W ich tragedii tylko jedno
zdaje się niemym pocieszeniem: oni do końca będą wierzyć, że może
się udać. Niemal do ostatnich sekund będą walczyć, nieświadomi
tego, że zginą, ponieważ przyczyny techniczne to tylko
rozpoznawalne oznaki tego, co już się stało. Tego, że los lotnika,
los człowieka w powietrzu, został już przypieczętowany. A to zawsze
pozostanie poza granicami umysłu ludzkiego. Żaden pokładowy
przyrząd nie może tego obliczyć.
- Ale ich tam nie ma!
Utrzymanie poziomego lotu tak obciążonej
maszyny jest niemożliwe. Kapitan zdaje sobie z tego sprawę. Szukają
innego wyjścia.
- Niech, ale zgadzamy się, by
do Warszawy - słychać w kabinie.
- Lądujemy w
Rębiechowie.
- Hm... Tak! Niech powiadomi
Okęcie.
Ale do Gdańska nie zdążą zrzucić paliwa. Nie
można. Rębiechowo odpada. Nie ma czasu, trzeba
decydować.
- Lecimy do Warszawy - Pawlaczyk
nadaje kontrolerowi. - 5055.
- 5055, przyjąłem - potwierdza
kontroler. - Dziękuję.
- Wyłącz dzwonek - odzywa się
drugi.
- Niech pan będzie uprzejmy podać
stan do koordynacji i VER-y - zgłasza się radio.
Po chwili ostrzegawczy dźwięk
cichnie.
- Już wszystko podane.
- Serdeczne dzięki.
- To jest na maksymalnym - za
ich plecami znów słychać mechanika. Mówi o ciągu pozostałych dwóch
silników.
- Daj nominalną.
- Do tysiąca pięćset
metrów...
- Tysiąc pięćset! - Odbija się jak
echo.
- To możesz trzymać sto
czterdzieści - drugi mówi o kierunku lotu - on nas
skieruje.
- Ale tam coś jest ze sterami!
- martwi się pierwszy. - Wiesz?
- Tak, myśmy się z czymś
zderzyli! - potwierdza drugi.
- No, bo stery mi nie działały.
Trymer działa.
- Ze sterami.
- Trzeci też jest wyłączony - mówi
mechanik.
- Wyłączony.
- Czwarty nie ma obciążenia -
mechanik dodaje z tyłu. - Nie pokazuje. Jeden, tylko jeden
pokazuje.
- Bo stery, rozumiesz -
ciągnie kapitan, jakby nie słyszał mechanika - wziąłem na siebie, a
on na nie reagował - mówi do drugiego pilota - wziąłem wolant,
rozumiesz, na siebie, a on nic nie reagował.
- Panowie! Na jednym
generatorze lecimy - rzuca głośniej mechanik.
Zauważa, że działa tylko jeden z czterech
generatorów prądu. Brak trzech pozostałych oznacza ogromne problemy
z funkcjonowaniem większości zasilanych prądem instalacji
samolotu.
- Co mówisz?
- Na jednym generatorze jesteśmy! -
powtarza. - Trzeba teraz zbędne bebechy powywalać.
- To już ja wyłączam.
- Nie wyłączaj radiokompasu -
ostrzega Pawlaczyk.
Mija siódma minuta lotu od uszkodzenia. Pół
godziny po starcie. W życiu każdego człowieka przychodzi taki czas,
kiedy nie żąda się już niczego. Nie liczy się ciepło, miłość,
pieniądze ani czas. Wystarczy, że gra toczy się o życie.
- Stery nie działają - potwierdza
drugi.
- No wiem o tym - odpowiada
zdenerwowany kapitan. - Zlane? - pyta mechanika o
paliwo.
- Nie jeszcze.
- No to zlej to wszystko.
Zlewaj.
- Świeci się, ale nie zlewa -
Chmielewski się denerwuje.
On widzi sygnalizator działania elektrozaworów
do zlewania paliwa. Zegar wskazuje poprawne działanie, ale
jednocześnie mechanik nie zauważa ubytku nafty. Wie, że to oznacza
awarię.
- Paliwo zlane?
- Nie, nie, nie, nie! - mechanik
się denerwuje.
- Nie, jeszcze?
To, w jakim stanie znajduje się maszyna, piloci
czują. Są z samolotem zespoleni dłońmi na sterownicach
i stopami na orczyku. Odczuwają drgania powierzchni sterowych,
kontrolują jej lot i niemal czują, jak ślizga się na powietrzu
wciąż posłuszna ich woli, choć teraz ciężko uszkodzona niczym
śmiertelnie zranione zwierzę. Ale nie mechanik. On widzi lot
samolotu, jego kondycję i rany na zegarach jak lekarz wpatrzony
w kreskę elektrokardiogramu albo wsłuchany w stetoskop. Jest
w sytuacji o wiele gorszej, bo nie kontroluje tego, co dzieje
się z ogromnym Iljuszynem. Może tylko prawie bezsilny patrzeć
na własną agonię.
- Nie wiem, dlaczego nie
zlewa.
- Schodzimy niżej - informuje
drugi. - Powiedz, że schodzimy niżej, bo nie utrzymujemy. Nie
utrzymujemy prędkości i schodzimy niżej! - mówi do
kapitana.
Jego głos jest metaliczny. Bez strachu, lecz
bezlitosny, bez cienia obietnic, żalu albo wahania. Ich sytuacja z
każdą chwilą robi się coraz groźniejsza. Samolot nie daje się
utrzymać w powietrzu. Opada z każdą sekundą. Muszą
bezzwłocznie lądować. Ponad 50-metrowej długości kolos, pusty i bez
paliwa, waży 67 ton. To nie szybowiec - nie wyląduje w kukurydzy
albo na łące. Konieczne jest duże lotnisko z długim i utwardzonym
pasem.
- Powiedz, niech nas na Modlin
skierują. I to szybko! - nagle wypala drugi.
- Ej! Te! - kapitan uspokaja
drugiego. - Pomału, pomału, nie denerwuj się.
Kapitan walczy. Stara się utrzymać prędkość
maszyny tylko za pomocą trymera. Trymer, inaczej klapka wyważająca,
to niewielkie urządzenie na sterze wysokości, normalnie
zmniejszające siłę potrzebną pilotowi do sterowania samolotem.
Działa odwrotnie niż ster i jest dużo mniej
skuteczne.
- Ster wysokości nie działa? -
upewnia się drugi. - Zameldować?!
- Powiedz!
- Ster ci nie działa,
czy...
- Nie...
- W ster wysokości coś musiało
uderzyć - mówi kapitan. - To było uderzenie jak...
- Tak! - wyręcza go mechanik.
- Uderzenie takie jak cholera.
- 5055, Warszawa - odzywa się
kontroler obszaru.
- Słuchamy.
- To były które silniki? Pierwszy i
drugi?
- Pierwszy i drugi, ale mamy
kłopoty ze sterowaniem bez steru wysokości.
- Rozumiem. Na razie utrzymujecie
wysokość?
- Nie! Niżej schodzimy, bo tylko
trymerem utrzymujemy wysokość.
- Rozumiem, a ilu pasażerów na
pokładzie?
- Sto siedemdziesiąt jeden
plus infant - drugi mówi o półtorarocznej Yvette Victorii
Trubisz.
Infant to dziecko w wieku do dwóch lat, bez
prawa do przewożenia bagażu oraz miejsca na pokładzie. Podróżuje na
kolanach rodziców. Dziewczynka zginie.
- Rozumiem.
- ...do Warszawy... - Kadłubem znów
targają wstrząsy. - ...trzeba popatrzeć...
- Do Warszawy jest sto osiem? -
analizują sytuację. - Do Warszawy jest sto osiem?
- Tak. Do najbliższego...
- Może Modlin po drodze? - kapitan
przychyla się do pomysłu swojego zastępcy.
- No nie ma innego, nie ma -
odpowiada Karcher.
- Nie ma innego - mechanik kiwa
głowa wpatrzony w zegary.
- A Modlin jest po drodze - kapitan
zastanawia się głośno. - Zlewa się?
Cisza. Stoją przed poważnym wyborem.
- Modlin po drodze może, nie? -
Pawlaczyk spogląda na drugiego pilota.
- No to jest...
- Chyba... - odpowiada
mechanik.
- Zamawiamy Modlin? - pyta
kapitan.
- Tak. Tak. - Karcher, kiwając
głową, widzi szansę.
- Co mówisz?
Kapitan nie wydaje się przekonany. Ma
wątpliwości. Chce poznać opinię drugiego, zanim podejmie ostateczną
decyzję.
- Na Modlin są dane? - pyta
drugi.
- A jaki tam pas jest?
- Długi! Płaski idealnie! - drugi
odpowiada kapitanowi zachęcająco.
- Krótki! - protestuje mechanik. -
Jaki długi!
- Można by było - zastanawia
się Pawlaczyk z nadzieją, że drugi pilot pomoże w podjęciu
decyzji - można by było na Modlin.
Od tej decyzji może zależeć życie ich i 172
pasażerów. Faktycznie lotnisko w Modlinie jest położone na płaskim
terenie, bez większych przeszkód terenowych w pobliżu i znajduje
się zdecydowanie bliżej niż Okęcie. Ale nie jest portem lotniczym,
a lotniskiem wojskowym. Nie podlega kontroli cywilnego ruchu
lotniczego i nie jest przygotowane do ewentualnej akcji
ratowniczej dla tak dużej cywilnej maszyny.
- Lepiej byłoby, gdyby można
było na długim - dodaje mechanik.
- Ale nie można utrzymać wysokości
- argumentuje Karcher.
- To tym bardziej Modlin - zdaje
się do takiego rozwiązania skłaniać Pawlaczyk. - Czekaj, może,
może...
- Aktualnie poziom sto dziesięć -
kapitan chwilę potem podaje wysokość.
- Zrozumiałem, sto dziesięć. I
możecie utrzymywać wysokość?
- No nie bardzo, nie
bardzo.
Wciąż opadają. Zeszli już na cztery kilometry,
aby można było oddychać, ale nie utrzymują lotu poziomego. Są około
3200 metrów nad gruntem.
- Rozumiem.
- Nie możemy zlewać paliwa,
pozacinało się coś! - Chmielewski mówi z przerażaniem, spoglądając
ze strachem na podsufitkę. Już wie, nie ma wątpliwości.
- Raczej trudno...
- Nie możemy zlewać paliwa -
mówi kapitan. - Kran nam się zaciął. Też nie schodzi
paliwo.
- Rozumiem.
- A tamto nie?
- Wszystkie!
Lecą w uszkodzonej maszynie 10
minut.
- Tego nie wyłączaj, nic! -
zabrania kapitan.
- Czekaj, może coś zrobię -
mechanik szuka wyjścia z opresji.
- Czekaj, czekaj, czekaj.
Pomału, no! Tylko nie szarp! - zwraca uwagę drugi. - Przygotowania
do Modlina i cześć! Nie? - mówi do kapitana.
- No można by było, można by było
siadać w Modlinie, no.
Pawlaczyk jednak nie do końca jest przekonany
o słuszności wyboru lotniska w Modlinie. Ma swoje argumenty.
Mechanik jest całkowicie przeciwny takiemu wyborowi, drugi pilot
zdaje się przychylać do takiego wyjścia z opresji. Kapitan jest
jednak dowódcą.
- Spytaj - wydaje polecenie
drugiemu - do Modlina jak daleko i czy może nas
skierować.
- Co?
- Spytaj, czy może nas
skierować na Modlin -powtarza.
- Tu Wisłę przecież widać... -
zauważa mechanik, jakby widokiem rzeki chciał przeforsować powrót
na lotnisko, skąd wystartowali do felernego lotu.
- To co mi to da?
- 50. Warszawa. Radar - drugi
wreszcie wywołuje kontrolę obszaru. - Czy może nas pan skierować na
Modlin? Bo wysokość nam ciągle spada, jest coraz niżej.
- Chwilę! Będę załatwiał.
Moment.
- Dziękuję.
- Coś jest z prądem - mruczy
mechanik. - Ale trymer działa, tak?
Samolot jest niczym łoś ciężko poszarpany przez
sforę wilków. Ucieka zraniony, znacząc śnieg plamami
krwi.
- Szyny! Szyny nie działają! Nie,
nie działa szyna!
- Nie zlejesz! Nie ma co.
Szyna nie działa jedna! Wyładowało bezpieczniki! - Szuka przyczyny
kapitan.
Dla niego sprawa jest jak najbardziej
oczywista.
Ryszard Chmielewski, lat 54, jest instruktorem,
mechanikiem pokładowym. W powietrzu na samolocie Ił 62 spędził
niemal 7000 godzin z ogółem 10 500 wylatanych. W LOT pracuje
od 1965 roku. Wciąż nie potrafi pozbyć się z samolotu zbędnego
paliwa. Właśnie odkrywa przyczynę.
- Tylko spokojnie, panowie -
uspokaja ich drugi. -To nic nie da...
- Rysiu! Nic nie zlejesz
paliwa?
- Nie wiem.
- Ale zlewa się trochę czy nic? -
pyta.
- Nic się nie zlewa - Chmielewski
odpowiada zdenerwowany. - Nic się nie zlewa, nie działa...
- No i klap nie będzie? -
zastanawia się drugi.
- ...klapy są...
- Powyłączać trzeba - mówi drugi -
co niepotrzebne.
- Czekaj, ja to też wyłączę. To
wszystko?
- Tak! Wyłącz! - potwierdza
kapitan.
- Kierują nas na Modlin?
Aktualnie?
Jedynym źródłem prądu w samolocie jest jeden
z czterech generatorów. Oprócz tego instalacja elektryczna
samolotu w większości jest uszkodzona. Przypuszczają, że paliwo nie
zlewa się, ponieważ elektrozawory prawdopodobnie nie są zasilane.
Piloci wyłączają więc zbędne urządzenia, aby oszczędzić energię dla
ważniejszych w tej sytuacji elektrozaworów.
- Radar wyłącz - kapitan mówi do
Chmielewskiego. - Niepotrzebny!
- Wiem, wiem, widzę.
- Czy możecie nas skierować na
Modlin? - kapitan łączy się z kontrolerem.
- Czekamy na decyzję wojska!
Sekundkę!
- Trzymaj wysokość - drugi
zwraca uwagę kapitanowi. - Trzy tysiące.
- Co trzymaj, jak nie można! -
denerwuje się Pawlaczyk. - Przecież prędkość spada, czego
chcesz?
Kapitan wciąż walczy z opadającym samolotem. Do
dyspozycji ma tylko koło trymera, stara się utrzymać prędkość
największej doskonałości, ale mimo pracujących dwóch prawych
silników samolot wciąż opada niczym szybowiec.
- Ale stabilizator, kurka wodna,
jest?
Przy sterownicy jest przycisk zmieniający kąt
wychylenia całego statecznika poziomego maszyny. Jeśli nie działa
ster kierunku, to gdyby wychylić statecznik tylko o kilka stopni,
pozwoliłby on na nieco bardziej efektywne kontrolowanie spadania.
Na pulpicie jest jeszcze jeden przycisk zabezpieczony cienkim
drutem. To awaryjne przestawienie stabilizatora. Kapitan już
próbował. Wie, że nie działa. Opadają, bo lecą obciążeni na połowie
ciągu. Prawa fizyki są nieubłagane.
- Stabilizatora nie ma co
ruszać - odpowiada zamyślony.
Wciąż jednak mają szansę. Gdyby tylko udało się
im dociągnąć do lotniska... To ich jedyna szansa.
- Halo, Warszawa?!
Znów cisza. W chwilach, kiedy śmierć jest
blisko, tak blisko, że czuć niemal jej obecność, jest ona bardziej
przerażająca niż najgorszy dźwięk.
- No, niech pan coś zrobi, bo
przecież jesteśmy w sytuacji naprawdę przymusowej, no! -
kapitan nadaje w kierunku kontroli. - Maksymalnie szybko musimy
siadać - w jego głosie jest coś ostatecznego.
- 5055, będzie wszystko załatwione
i już w tej chwili - natychmiast odpowiada kontroler obszaru -
jeszcze tam z wojskiem się dogadują.
- Szybko! Niech nas kieruje na
Modlin! - drugi niepotrzebnie ponagla kapitana.
Sekundę później piloci czują bardzo silne
szarpnięcie na sterownicach. Ogromna siła podrzuca samolot. W
kabinie odzywa się ten sam ostrzegawczy dźwięk.
- Eksplozja na silniku! -
Chmielewski natychmiast podaje prawdopodobną przyczynę.
- 5055 - odzywa się znów kontroler
- będziecie siadać na Modlinie. Jak was tylko zbliżanie zobaczy,
będzie was podprowadzać - mówi.
Visit: http://www.smashwords.com/books/view/639777
to purchase this book to continue reading. Show the author you
appreciate their work!