Pokwitowanie o północy - Paul Féval

Kup ebooka

6.15 zł
5.29 zł (6,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

V. Na parostatku.

 

Dzięki szybkonogim kucom, Morris jeszcze przed wieczorem, przebył bagna pomiędzy Heodfort i Ballnasloe. Przenocował w pierwszym lepszym folwarku hrabstwa Boseommon i nadedniem puścił się dalej w drogę ku Dublinowi. Celem podróży jego był Londyn.

Stary Miles udał się z rodziną do Galway, gdzie sprzedał stary srebrny łańcuch liczący kilkaset lat wieku. Ellen spieniężyła złotą bransoletę stanowiącą jedyny jej majątek. Cała rodzina siadła na parostatek, na którym również odbywał podróż do Londynu kapitan dragonów Percy Mortimer, odwołany w skutek zażaleń tak katolików, jako też i protestantów.

Percy Mortimer przybył do Irlandyi ze specyalnemi instrukcyami ministra. Polecono mu utrzymywać o ile możności równowagę pomiędzy obydwoma stronnictwami i mieć zarówno baczność nad wybrykami szalonemi oranżystów jak i nad rozpaczliwemi wybuchami katolików.

Spełnił sumiennie swój obowiązek i był zmuszony oddalić się przygnębiony nienawiścią obydwóch nieprzyjaznych obozów. O'Conell i lord Jerzy Montrath zażądali obydwaj jego dymisyi. Percy Mortimer był człowiekiem silnego hartu duszy i nie ugiął się pod tym ciosem, który zwichnął świetnie rozpoczętą jego karyerę.

Na parostatku znajdowali się oranżyści i katolicy. Jedni i drudzy stronili od zwyciężonego losem żołnierza. Protestanci uciekali od niego, okazywając mu swą pogardę z nadętą, właściwą sobie pychą, katolicy widząc jego spokojną obojętność, pozwolili sobie żartować głośno z jego upadku. Percy Mortimer nie zważał ani na żarty, ani na okazywaną sobie pogardę.

Mac-Diarmidowie stroninili od niego tak jak i inni. Jednego wieczora Ellen usiadła przy nim.

Miles i synowie jego ze zdziwieniem ujrzeli, iż przemówiła do młodego oficera i uśmiechnęła się do niego. Stało się to w obecności wszystkich pasażerów. Ellen nawet się nie zarumieniła, rysy jej zachowały wyraz dumnej niewinności. Mac-Diarmidów ogarnął strach przesądny, gdyż widzieli, iż córka ich królów zniżyła się do tego żołnierza saksońskiego. W duszach ich toczyła się walka pomiędzy uczuciami uszanowania dla Elleny, a chęcią przerwania tej rozmowy, w ich przekonaniu skandalicznej. Uczucie uszanowania przemogło jednak. Cofnęli się na drugi koniec pokładu i śledzili tylko bacznem okiem za przebiegiem tego niepojętego dla nich dyalogu. W miarę jak się tenże przedłużał, zadziwienie starca i jego synów zamieniało się w niepokój; nad którym, Jermyn zwłaszcza, zapanować nie umiał. Pałający wzrok jego padał z pod ściśniętych krwi jak krawa groźba, na Percy Mortimera.

Ellen i młody oficer rozmawiali z sobą aż do chwili, gdy ciemności ogarnęły pokład parostatku. Gdy się rozstawali, na rysach Mortimera malował się wyraz rozrzewnienia i zachwycenia; z uszanowaniem ucałował rękę swej pięknej towarzyszki, której wdzięczne czoło schyliło się na znak pożegnania.

Ellen wróciła spokojnym krokiem do przybranego ojca, nie wspomniawszy ani słowa o tem co zaszło.

Miles i jego synowie milczeli takie.

Młoda dziewczyna, przyzwyczajona do czci i posłuszeństwa tych, którzy ją, otaczali, była z dobrą, wiarą, naiwną i wolną od wszelkiego uczucia pychy, przekonaną o swej wyższości. Religijne uwielbienie Mac-Diarmidów, jej urodzenie tak głośno sławione, wspomnienia wciąż wywoływane o świetności jej przodków, przyczyniały się do wzniesienia tego piedestału, który ją po nad tłumy wywyższał. Czuła się z tego powodu bardziej nieszczęśliwą niż dumną, ale szczerze wierzyła w swą rzekomą godność, którą ją łudzono od dzieciństwa. Ujrzała kapitana Percy Mortimera zacnego i wystawionego na ogólną niechęć. Szlachetna jej dusza uczuła się wzruszoną. Ellen przyzwyczajona ulegać pierwszemu wrażeniu i nie zwykła zdawać sprawy przed nikim z swych czynności, poszła, jak zwykle, gdzie ją serce wiodło. Zdawało jej się, iż daje jałmużnę opuszczonym od wszystkich, poświęciwszy mu chwil kilka i podawszy mu rękę; nie czuła żadnych wyrzutów w głębi swego sumienia.

Nazajutrz gdy się zbudziła, wróciło jej wspomnienie przeszłego wieczora i stanęła w pamięci piękna, choć surowa twarz saksońskiego żołnierza, która pod wpływem jej uśmiechu ożywiła się na chwilę; zdawało jej się, iż słyszy dźwięk tego poważnego głosu, który złagodniał, by jej powiedzieć: do widzenia! Zachowanie się tego człowieka, w miarę jak sobie szczegóły swej rozmowy z nim przypominała, wydawało jej się tak niezwykłem, znajdowała wielce wybitną różnicę pomiędzy zajęciem jakie wzbudziły w niej zamienione z nim słowa, a tem jednostajnem uwielbieniem, jakie ją wśród przybranej rodziny otaczano.

Nowy widnokrąg rozwinął się przed jej oczami. Przed zachodem słońca, Ellen siadła znowu na ławce obok kapitana Percy Mortimera. Jermynowi zbrakło cierpliwości. Zazdrość przyprowadzała go do szaleństwa. W chwili gdy Ellen wstawała by odejść, ujrzała pomiędzy sobą i oficerem, człowieka uzbrojonego nożem.

Wystawiła pierś swoją naprzeciw morderczej broni i Jermym uciekł, zanosząc się od płaczu.

Percy Mortimer schwycił padającą Ellen w swoje objęcia. Tej nocy sen jej był gorączkowy; z radością powitała jutrzenkę, czuła się niespokojną i pomięszaną.

Kochała, sama jeszcze nie zdając sobie z tego sprawy. Instynktownie czuła, iż powinna uciekać od tego człowieka, który jej stał bezustannie na myśli. Niedoświadczona, wróciła jednak do niego, okazując tylko mniej poufałej zażyłości w obcowaniu z nim, niż w pierwszych dniach ich znajomości.

Jermyn leżał złożony ciężką niemocą.

Parostatek wpłynął na wody Tamizy. Ellen i Mortimer nie powiedzieli sobie, iż się kochają, mimowoli jednak poczynili sobie wzajemne zwierzenia. Ellen powiedziała kapitanowi powód podróży swej rodziny, Percy wyznał swej towarzyszce, iż życie swoje oddał na usługi niewdzięcznej sprawy, przeprowadzenie której, przechodzi może siły ludzkie. Myśl, dla której młodość swą poświęcił, była wielką, stał się on ramieniem wykonawczem człowieka z potężną inteligencyą; dwa lata spędził w Irlandyi, by przygotować grunt dla zawarcia traktatu zgody i uśmierzenia namiętności rozdzierających ten kraj nieszczęśliwy. Aczkolwiek był protestantem, starał się jednak stawiać tamy wyuzdanym pretensyom swoich jednowierców. Jednocześnie, z szablą w ręku, ścigał tajemnicze bandy spiskowców.

I padał pod brzemieniem nienawiści obydwóch stronnictw, poświęcenie się jego, takie wydało owoce!

Ellen nie wszystkie jego słowa rozumiała, lecz zachwycała ją walka podjęta dla zapewnienia pokoju. Zadanie podjęte przez Mortimera, wydawało jej się wzniosłem i szlachetnem, poczytywała go już za zbawcę swojego kraju i jakże się czuła szczęśliwą znalazłszy jeden powód więcej dla podziwiania i kochania. Biedna nierozważna istota!

Morris był już od dwudziestu czterech godzin w Londynie, gdy jego ojciec i bracia opuścili parostatek. Oczekiwał ich na komorze.

Percy Mortimer usłyszał wymówione nazwisko Riszmond, wiedział zatem gdzie się ma udać, by odnaleźć Ellen.

Lord Jerzy Montrath posiadał w istocie willę w okolicach Riszmondu.

Morris nie stracił czasu, pozbierał wszystkie potrzebne wiadomości i obmyślił plan działania. Starzec wraz z synami i z Elleną minęli Londyn by się udać piechotą do Riszmondu. Gdy przybyli do miasta, było już ciemno. Morris pokazał im piękną siedzibę nad brzegiem Tamizy i powiedział:

- Oto tam!

Zatrzymali się. Stary Miles, wsparty na swym kiju, długo wpatrywał się w pałac Służący za więzienie dla jego przybranej córki. Wiatr powiewał długiemi kędziorami jego białych włosów. Wzrok mu się zwilżył, lecz oczy Morrisa pozostały suche. Utracił tylko swą czerstwą i pełną siły postawę, która zeń czyniła najdzielniejszego młodzieńca z Knochderry; policzki jego były blade i wpadłe, spojrzenie gorączkowe.

Podróżni poszli dalej. Zapasy ich już były wyczerpane, dla dziedziczki jednak wynajęli pokój w jednym z hoteli w Riszmondzie. Miles zaś i jego synowie położyli się na słomie w stajni.

Nazajutrz, przed wschodem słońca wszyscy młodzi ludzie byli na nogach.

- Przyprowadźcie mi moje biedne dziecko - rzekł starzec głosem drżącym.

- Ojcze - odpowiedział Morris - honorowi Mac-Diarmidów danem będzie zadosyćuczynienie.

Ośmiu młodzieńców uzbrojonych w kije opuściło Riszmond i wyszło za miasto.

Dzień począł świtać po nad uśpionym Londynem, rozpraszając mgły wznoszące się nad Tamizą. Mac-Diarmidowie skierowali kroki ku tej wspaniałej siedzibie, którą im Morris wskazał dnia poprzedniego, mówiąc:

- Oto tam.

 

VII. Ogień.

 

Niejednokrotnie Ellen, idąc za popędem głębokiego swego przywiązania do przybranej rodziny, chciała wystąpić jako anioł pokoju pomiędzy zbuntowanymi a mściwą ręką majora Percy Mortimera. Była Irlandką i kochała namiętnie swój kraj, jak wszystkie dzieci Zielonej wyspy. Łagodny głos jej wznosił się nieraz błagalnie, wstawiając się za spiskowcami, winnymi niezaprzeczenie, ale tak nieszczęśliwymi.

Percy Mortimer, który we wszystkich innych okolicznościach chętnie ulegał woli Elleny, pod tym względem nic dla niej uczynić nie był w stanie i na jej błagania odpowiadał smutnem milczeniem.

Za nadejściem nocy siadał na konia i prowadził dalej nieubłaganą wojnę. Od czasu gdy wrócił do Irlandyi, był wiecznie rannym, dzięki nienawiści spiskowców. Ale chociaż osłabiony i cierpiący, miał w sobie jeszcze dosyć krwi i siły by ścigać Płatników o północy i gnębić ich w ich niedościgłych kryjówkach.

Nigdy jeszcze tajne stowarzyszenia nie miały do czynienia z przeciwnikiem równie śmiałym i nieugiętym. Lecz jednocześnie zasłaniał spokojnych katolików przeciw manifestacyom i zniewagom zbyt gorliwych oranżystów. Usiłował zachowywać równą miarę wobec obydwóch stronnictw. Z obydwóch też stron oskarżano go o niesprawiedliwość i spiskowcy nienawidzili go zarówno jak i stronnicy protestanckiego panowania. Groźby i przekleństwa nie zatrważały jego sumienia. Szedł dalej wytkniętą drogą, bez trwogi i wzruszenia.

Ellen, sama sobie nie zdając sprawy z własnych uczuć, kochała go bardziej jeszcze za tę nieugiętą wytrwałość. Widziała wciąż tysiące rąk uzbrojonych przeciw niemu. A tego wieczora trwoga przyprowadzała ją do rozpaczy. Wiedziała, iż stowarzyszeni Molly-Maguire rzucali mu w dniu tym swoją straszną groźbę.

Ostatnia ta groźba i zapowiedź śmierci, rzucona tak śmiało wśród klubu oranżystów, zapowiadała blizką napaść. Ellen, biedna dziewczyna, nie miała nikogo, by módź prosić o radę lub pomoc. Szalona jej miłość osamotniała ją wśród rodziny, więcej jeszcze niż szacunek, którym ją otaczano. Była samą, inną poszła drogą, gdzieindziej zwróciła serce niż Mac-Diarmidowie.

Na chwilę uczuła wielką radość wśród swojej trwogi, gdy rzuciwszy wzrokiem ku morzu i szczytom Ranach-Head, ujrzała na około ciemności. Owa noc czarna, dowodziła, że nastąpiła przerwa w walce.

Ellen od roku spędzając nieraz noce na modlitwie i dumaniu, m usiała spostrzedz i dosłyszeć tajemnicze zmowy i wycieczki Mac-Diarmidów. Wiedziała, gdy wychodzili uzbrojeni na swe nocne wyprawy, wiedziała gdy wracali, a jeżeli nie odkryła wszystkich ich tajemnic, to jedynie dla tego, iż dumna jej i szlachetna natura, wzdrygała się przed każdym hańbiącym czynem.

Od kilku tygodni zauważyła, iż od czasu do czasu wśród nocy jaśniało światło na samym krańcu przylądka, na którym wznosiły się ruiny zamku Diarmidów. Synowie Milesa wychodzili zawsze, gdy ów ogień zajaśniał na górze. A nazajutrz, straszne wieści rozchodziły się po okolicy, opowiadano o srogiej zemście i właściciele ziemscy przerażeni powtarzali z trwogą szczegóły o krwawych czynach sprzysiężonych.

Światło owe zapalone wśród ciemności, było niezawodnie sygnałem, tej nocy zaś, nie jaśniało od strony morza; był to dzień przerwy, dzień pozostawiony nadziei ratunku.

Czas mijał. Ellen siedziała wciąż przed swym łóżkiem pogrążona w niespokojnem dumaniu. Nie zdawała sobie sprawy z biegu godzin, głowa jej zmęczona pochyliła się i sen, pierwszy raz od niepamiętnych dni, zaciężył na jej powiekach, zdjęła suknię i podniosła kołdrę by się położyć.

Pierwej jednak postanowiła uklęknąć przed kamiennym posągiem Bogarodzicy, by zanieść do Niej gorącą modlitwę. Przez otwarte okno zalatywało z gór zimne powietrze. Ellen przeziębiła się siedząc tak długo nieruchoma, na pół odziana. Gdy powstała, dreszcz wstrząsnął nią całą, chłodny wiatr wiał przez okno na jej obnażone ramiona.

Machinalnie popchnęła obie ramy okienne, podniosła oczy zaspane i zamglone łzami, rzuciła wzrokiem na widnokrąg i straszny krzyk wyrwał się jej z piersi. Kibić jej pochylona podniosła się, a wielkie jej otwarte oczy spoglądały w przestrzeń w osłupieniu. Cofnęła się w tył i wyciągnęła naprzód ręce jakby dla odepchnięcia groźnego widzenia.

Światło błyszczało na szczycie góry Banach-Head! Noc ciemna nadawała jeszcze więcej blasku czerwonym płomieniom, Ellen nie mogła oderwać oczów od tej krwawej plamy, która nieruchoma odbijała na tle czarnej przestrzeni.

Noc była spokojna. Ellen usłyszała jak otworzono główne wrota domostwa. Spuściła powieki, założyła ręce na piersi i nastawiła ucha. Wrota zamknięto. Ellen zgasiła świece i wychyliła się przez okno. Usłyszała stąpanie na murawie i ujrzała niewyraźne postacie przesuwające się wśród ciemności. Narachowała ich siedem.

Po słusznym ich wzroście poznała sześciu Mac-Diarmidów, siódmy był mały i drobny, zapewne Joyce parobek.

Jeden z siedmiu braci pozostał zatem w głównej sali.

Ellen zaczekała kilka minut, a gdy echo kroków zginęło u stóp góry, zapaliła na nowo świecę.

Mała Peggy spała od dawna na sienniku u stóp łóżka. Ellen przekonała się, iż śpi snem głębokim. Poczem przywdziała suknię, na którą zarzuciła czerwony burnus. Przeżegnawszy się, poszła ze świecą w ręku do głównej sali.

Skrzypienie otwieranych drzwi nie przerwało snu Jermyna, który spał na wspólnej pościółce. Obydwa psy górskie zaskowyczały i przyszły łasić się u nóg Elleny.

Głowa Jermyna leżała wsparta na ręku. Twarz miał uśmiechniętą, zapewne pod wpływem wesołego snu. Smutki dzienne zniknęły uniesione jakiemś słodkiem marzeniem. Młoda dziewczyna stanęła nieopodal niego i usłyszała wymówione własne imię. Wyraz zadowolonej dumy odmalował się na jej czole.

- Kocha mnie! - pomyślała.

I imię to wymówione ustami chłopięcia, dodało jej odwagi. Przestała się wahać, zbliżyła się śmiało do Jermyna i dotknęła palcem jego ramienia.

Wilk i Bell, dwa psy górskie, szły za nią pełzając. Upominały się o zwykłe pieszczoty. Ellen nie spoglądała na nie. Położyły się u nóg Jermyna, zwróciwszy swoje wielkie, ogniste oczy na piękną twarz Elleny.

Jermyn za dotknięciem młodej dziewczyny zadrżał. Obudził się.

- Ellen! Ellen! - rzekł przyciskając ręce do czoła.

Przyłożyła palec do ust i próbowała uśmiechnąć się.

- Ciszej, Mac-Diarmidzie! - wyszeptała.

Jermyn zamilkł.

- Mac-Diarmidzie - rzekła - przybyłam tutaj by wybrać wśród mych braci jednego z sercem gotowem do poświęceń! Czemuż znajduję cię samego w tej godzinie?

Jermyn nie mógł się zdobyć na odpowiedź. Założył ręce na kolanach i usiłował zebrać rozproszone myśli.

- Nie wiem... - wyszeptał.

- Nie chcesz mi tego powiedzieć - mówiła dalej Ellen - ale wiem, iż bracia nasi poszli spłacić dług o północy. Już są daleko. Widziałam światło na szczycie Banach-Head.

Jermyn podniósł czoło i rzucił z pod powiek podejrzliwe spojrzenie. Namiętna miłość, która go opanowała, nie mogła jednak zmienić irlandzkiej natury ostrożnej i skłonnej do podejrzeń.

I właściwość ta charakteru narodowego, obudzona nagle zapytaniem Elleny, wzięła na chwilę u niego górę. Twarz mu się zmieniła. W stał, przyniósł krzesło i podał je młodej dziewczynie.

- Moja szlachetna kuzynko - rzekł - jeżeli szukasz serca gotowego do poświęceń, obecność moich braci nie jest niezbędną. Wszakże ja jestem.

Ellen odsunęła krzesło i nie usiadła.

Role się zmieniły. Ona teraz była zakłopotaną, i nie wiedziała jak przystąpić do rzeczy. Zawahała się przez chwilę, wreszcie odezwała się głosem pieszczotliwym i łagodnym:

- Słusznie robisz Jermynie, że dochowywasz tajemnicy. Przysiągłeś, iż będziesz milczał, a Diarmid powinien dotrzymać przysięgi. Ale ja wiem o wszystkiem. Mściciele schronili się wśród skał nad morzem. Synowie ojca Milesa wyszli z domu, widziałam ich gdy schodzili z góry; usłuchali milczącego wezwania światła błyszczącego na szczycie Ranach-Head. Czemuż ty sam jeden odpoczywasz, podczas gdy wszyscy inni czuwają?

- Moja szlachetna kuzynko - odpowiedział Jermyn - spałem, gdy moi bracia opuścili łoże, a jestem za młody, by znać straszne tajemnice zemsty irlandzkiej. Nic a nic nie wiem i od ciebie dopiero dowiaduję się, iż ogień, który błyszczy na szczycie Ranach-Head, jest sygnałem sprzysiężonych Molly-Maguire.

Czarne brwi młodej dziewczyny zsunęły się i wzrok jej padł sztywny i imponujący na najmłodszego z Mac-Diarmidów.

- Kłamiesz Jermynie - rzekła.

Młodzieniec spuścił, oczy.

- Kłamiesz! - powtórzyła Ellen - wszystkie dzieci starego Milesa, od najstarszego do najmłodszego, porzuciły drogę wskazaną im przez ojca. I gdyby nawet bracia twoi nie byli cię wyprzedzili, sam potrąfiłbyś trafić do kryjówki Płatników o północy.

- Ja k możesz to przypuszczać?... - zaczął tłomaczyć się Jermyn.

- Nie przypuszczam, jestem tego pewną.

Nastał chwila milczenia, dumna twarz Elleny łagodniała zwolna i przybrała wyraz litościwego współczucia.

- Jermynie - rzekła - jakie hasło mają wymówić tej nocy nasi bracia, by się dostać na zgromadzenie sprzysiężonych Molly-Maguire?

Jermyn zadrżał i spojrzał ze zdziwieniem na młodą dziewczynę.

- Nie wiem - wyszeptał.

Ellen tupnęła nogą.

- Odpowiedz mi - rzekła rozkazującym tonem - chcę tego!

Jermyn milczał. Ellen zaczekała chwilę, poczem: wzięła go za rękę, a głos jej stał się miłym i pieszczotliwym.

- Jermynie - powtórzyła tonem, który słowom jej nadawał zupełnie inne niż wpierwej znaczenie - powiedziałam ci, iż chcę tego.

Usta Jermyna zadrżały.

- Przysiągłem - rzekł z cicha - Ellen, błagam cię, pozwól mi dotrzymać przysięgi.

- Ja chcę! - powtórzyła po raz trzeci Ellen, ściskając rękę Jermyna w swych dłoniach.

Usta młodzieńca otworzyły się mimowoli i wyrzekły:

- Erin go braegh.

Poczem dodał spuszczając głowę.

- Niech Bóg się nademną zlituje! Ellen milczała kilka sekund, jakgdyby dla zapisania usłyszanych słów w pamięci.

- Dzięki ci Jermynie - rzekła - ale mam jeszcze jedną proźbę do ciebie. Powiedz mi, gdzie się zbierają tej nocy sprzysiężeni Molly-Maguire?

- Na litość Boską! ja ci tego powiedzieć nie mogę. Przysięgi nasze są zbyt straszliwe.

- Czy myślisz, iż zamierzam cię zdradzić? - spytała.

- Przysiągłem... przysiągłem! - szeptał Jermyn.

- Błagam cię - rzekła łagodnym głosem młoda dziewczyna.

Jermyn, padł na kolana.

- Ellen! - zawołał - niech się stanie wola twoja! Nasi bracia są zgromadzeni w tej chwili w galeryi Olbrzyma.

Zatrzymał się przestraszony własnemi słowami i dodał przytłumionym głosem.

- Krzywoprzysięstwem splamiłem dach Mac-Diarmidów! Ellen puściła rękę młodzieńca i udała się do swego pokoju.

Jermyn pozostał na tem samem miejscu nieruchomy, przygnębiony.

Niebawem młoda dziewczyna ukazała się we drzwiach, zamieniła swą białą suknię na inną ciemniejszego koloru, a na nią zarzuciła swój czerwony burnus. Ujrzawszy ją, Jermyn zerwał się raptownie.

- Idziesz na górę Ranach-Head? - wyszeptał.

Ellen dała głową znak potakujący. Jermyn przycisnął obie ręce do oblanego potem czoła, rozdzierająca myśl przeszła mu przez głowę.

- Idziesz by go ocalić! - rzekł z zaciśniętemi zębami.

Rumieniec oblał szlachetne czoło Elleny, która nic nie odpowiedziawszy, poszła dalej ku wyjściu.

Jermyn chwiejnym krokiem postąpił naprzód by jej zastąpić drogę.

Pięści miał konwulsyjnie ściśnięte, drżał całem ciałem, wzrok jego był błędny.

- Ach! - zawołał - wydarłaś mi podstępnie tajemnicę, wydałem ci naszych braci i zdradliwy Saksończyk będzie wiedział, gdzie zaprowadzić swoich siepaczy. Ellen, nie wyjdziesz ztąd!

Młoda dziewczyna zatrzymała się i spoglądała na niego spokojnie.

- Ustąp się Mac-Diarmidzie! - rzekła.

Jermyn się nie ruszył, oczy błyszczały mu dzikim blaskiem.

Lecz Ellen dotknęła palcem jego ramienia, a silne to ramie cofnęło się, jakby za dotknięciem czarodziejskiej róźczki.

- Ustąp się przed córką twych królów! - rzekła Ellen.

Jermyn chciał się opierać, lecz nie miał siły i młoda dziewczyna otworzywszy drzwi, zniknęła wśród ciemności.

Jermyn przygnębiony, przeszedł też przez próg pozostawiając dom Diarmidów na Bożej łasce. Postąpił kilka kroków w ślad za Elleną, naraz zbrakło mu tchu i padł na murawę.

Ogień błyszczał wciąż na szczycie Banach-Head.

Postać Elleny ginęła już w zmroku za drzewami otaczającemi siedzibę Diarmidów, gdy Katti Neale ukazała się w progu.

Na twarzy jej malowały się zdziwienie, niepokój i trwoga.

- W galeryi Olbrzyma! - wyszeptała. - Był to głos brata Jermyna! zdaje mi się, lecz głos jego jest podobny do głosu mojego męża.

Dotknęła ręką rozpalonego czoła.

- Boże! - rzekła - Owen nie nocował zemną! gdzie on jest?

Wróciła do głównej sali, słabo oświeconej gasnącą trzcinową świecą.

Padła na pół zemdlona na krzesło, które Jermyn podsunął dla Elleny.

- Nie ma nikogo! - pomyślała głośno. - Wszyscy wyszli a Owen opuścił mnie, by iść z nimi zapewne!

Po chwili milczenia zawołała:

- Owen! Owen! gdzie jesteś? Boże mój! gdyby on mnie już nie kochał! i gdyby mój ojciec....

Nie skończyła, łzy zaschły w jej oczach. Powstała nagle, bolesna myśl przeszła jej przez głowę.

Nieobecność całej rodziny wśród nocy w Irlandyi, może mieć tylko jedno znaczenie, a to znaczenie jest straszne.

Katti obudziła się wkrótce po odejściu Owena. Nie widząc przy sobie męża, przestraszona wyskoczyła bosemi nogami. Było to w chwili, gdy Jermyn, zwyciężony naleganiem Elleny, zdradził przed nią tajemnicę schronienia sprzysiężonych. Katti usłyszała w sali głosy. Spojrzała przez szparę we drzwiach, ujrzała kobietę, lecz nie poznała jej, ucho jej, uchwyciło tylko odpowiedź Jermyna:

- W galeryi Olbrzyma!

Pomyślała o nocnych wyprawach płatników o północy i obraz zamordowanego ojca, stanął jej przed oczyma. W głowie poczynało się jej mięszać, przestała myśleć. Zawołała jeszcze na Owena słabym głosem, nie wiedząc już co począć by zwalczyć opanowującą ją trwogę.

- W galeryi Olbrzyma! - wyszeptała - muszę tam pójść, muszę się dowiedzieć.

Wróciła do swej komnaty, ubrała się naprędce i przywdziawszy czerwony burnus, zwykłą odzież kobiet w hrabstwie Connanght, wyszła.

Przechodząc dotknęła niemal nogą Jermyna leżącego na murawie, ale go nie spostrzegła i poszła dalej.

Ellen szła przed nią w tym samym kierunku, w odległości pół mili. Dążyła pewnym i szybkim krokiem, kaptur od burnusa spadał jej na czoło i zasłaniał twarz prawie zupełnie.

Doszła do stóp góry.

Księżyc wznosił się powoli na niebie i przechodził pod lekkiemi chmurkami, oświecając białem światłem ich zręby, przed oczami Elleny roztaczały się niewyraźne kontury gór, szum morza dochodził do jej uszów.

Światło błyszczało wciąż na szczycie Banach-Head.

W miarę jak się zbliżała do celu, już nie szła samotnie, na prawo i na lewo słyszała stąpania. Widocznie jacyś nieznani towarzysze szli w tym samym co i ona kierunku.

Od czasu do czasu, gdy księżyc wydobywszy się z po za zasłaniających go obłoków, rzucał jaskrawe światło na okolicę, Ellen spostrzegała czerwone burnusy podobne do jej własnego, zarzucone na męzkie ramiona, tęgich chłopców, odzianych w ciemne opończe, lub w łachmany.

Ale rozmów nie słyszała żadnych, lecz tylko odgłos kroków i regularne stukanie pałek o ziemię.

Ellen zbliżała się do kresu swej wycieczki. Straciła na chwilę z oczów czerwony płomień, lecz niebawem ujrzała go znowu, a za nim zarysowywały się wśród cieniów nocy posępne kształty zamku Diarmidów.

Ellen obeszła ją jednak dokoła nie próbując skrócić sobie drogi, gdy naraz głos, który zdawał się wychodzić ze wnętrza ziemi, zatrzymał ją w biegu.

Stanęła.

- Kto jesteś? - zapytał głos.

- Powiem ci to na ucho - odrzekła.

- Czy nic więcej powiedzieć nie umiesz?

- I owszem - odpowiedziała młoda dziewczyna.

I dodała cicho i z wolna:

- Erin go braegh!

- To co innego złotko moje! - rzekł głos. - Wejdź i strzeż się byś nie wpadł w jamę.

Ellen zniknęła w otworze skały, a ten, który ją był zatrzymał, zawołał wesoło:

- Musha! Jermynie, chłopcze mój, przybywasz ostatni, ale jesteś przynajmniej przyzwoicie ubrany! Niech mnie dyabli porwią, jeżeli nie ukradłeś burnusu twojej kuzynce Elleny, którą niech Bóg ma w swej pieczy!

 

VIII. Galeria Olbrzyma.

 

Wybrzeże było puste. Słyszano tylko świst wiatru wiejącego wśród gór i daleki szum morza. Najwprawniejsze oko, nie mogłoby dostrzedz między skałami otworu, w którym zniknęła młoda dziewczyna. Ten, który ją wpuścił, pozostał również niewidzialnym.

Milczenie to trwało kilka minut, usłyszano znowu stąpanie i stukanie irlandzkiego obuwia z drewnianemi podeszwami. Scena powyżej opisana powtórzyła się; na głos wychodzący z pod ziemi, nowo przybywający odpowiadali, w ten sam sposób jak Ellen i wchodzili do wnętrza. Za nimi przybywali inni. Przez pół godziny przesuwały się tak co kilka minut cienie pomiędzy spiczastemi zrębami skał. Wciąż powtarzano te same wyrazy, hasło dające wolny wstęp, pozostawało niezmienne. Odźwierny tego tajemniczego schronienia, którym był nie kto inny jak Patryk Mac-Duff, bohater z pod Wielkiego Oswobodziciela był dobrze wyuczony i nie dał się wywieść w pole.

Po upływie pół godziny, napływ przybywających zmniejszył się i wreszcie ustał zupełnie. Zapanowała długa cisza. Księżyc obszedł przylądek i oświecał swemi blademi promieniami olbrzymie bazaltowe schody. Nocny pejzaż przeistoczył się i ożywił w tej chwili, fantastycznem życiem.

Podczas gdy ostatni przybysze ginęli w otworze skały, człowiek stojący na czatach u ogniska na szczycie Ranach-Head, rzucił ostatnią garść gałęzi w ogień i opuścił swoje stanowisko, obszedł ruiny zamku Diarmidów i przedostawszy się przez park pałacu Montrath, dostał się na południową stronę przylądka, aż do stromej, niemal prostopadłej ścieżki, wijącej się wśród karłowatych krzewów, których gałązki, spalone ostrym morskim wiatrem, rosły leniwie, wykrzywiając się i zaczepiając jedne o drugie.

Trudno było idącemu utrzymać się w równowadze, musiał się wciąż chwytać na prawo i na lewo krzaków, lub spiczastych zębów skał, wystających z pod chudej powłoki ziemi. Ta niebezpieczna drożyna prowadziła do podnóża przylądka Ranach, a w środku pomiędzy szczytem góry i wybrzeżem, przechodziła obok wejścia do naturalnego podziemia, znanego w okolicy pod nazwą jaskini Muyr.

Człowiek ów przeszedł niezatrzymując się obok jaskini, dotarł aż do skał podwodnych, znajdujących się naprzeciw tych, brzegiem, których przybyła Ellen i dostał się tym sposobem, jak gdyby przeciwnemi drzwiami, do wybrzeża ograniczonego dwoma rzędami skał, wysokim murem przylądka Ranach i morzem. Podziemny głos dał się znowu słyszeć.

- To ja kochany Patryku - odpowiedział nowo przybyły - ja twój przyjaciel, mający z tobą jednego i tego samego patrona, drogi mój chłopcze.

- A ogień? - zapytał Mac-Duff.

- Już północ mój synu, ogień więc zgaśnie sobie powoli nie szkodząc nikomu. Czy dużo zebrało się ludzi?

- Cała procesya bracie Pat - odpowiedział Mac-Duff.

Ów Pat, którego czytelnicy z trudnością mogliby poznać po nowej prawie czystej odzieży, był jednak dawnym parobkiem Lukassa Neale. Ale awansował w ostatnich czasach i pan Crochenwell, który był głównym administratorem lorda Jerzego Montrath w hrabstwie Connanght, dał mu posadę w ruinach zamku Diarmid.

Pat miał sobie poruczoną szczególniejszą misyę, która mu nadała niemałe znaczenie, ale i narobiła wielu wrogów. Wszyscy wiedzieli, iż powierzono mu dozór i obowiązek żywienia jakiejś dzikiej bestyi, wilka, utrzymywali jedni, tygrysa twierdzili drudzy, którego przechowywano w jednej z wież starego zamczyska.

Pat nie był z natury dyskretnym, dumny z swej całej odzieży i z nowego stanowiska, chwalił się niemi przed każdym, którego spotkał. Wszyscy też wiedzieli, że Pat trzy razy dziennie wrzucał strawę bestyi i otrzymywał za to wynagrodzenie, mogące wzbudzić zazdrość najpracowitszego robotnika w całem hrabstwie.

A Pat poczciwina nie zadawał sobie wiele trudu! Urządził sobie wygodne mieszkanie w jednej z wież zamczyska. Ruiny, doskonale jeszcze zachowane, zabezpieczały dostatecznie od zimna i niepogody.

Niezawodnie Pat nigdy jeszcze nie iał równie świetnego mieszkania.

Irlandczycy uczestniczący w tajnych stowarzyszeniach, nie lubią gdy jeden z nich zamieni swoje łachmany na ubranie bez dziur. Nie w skutek zazdrości lub nieżyczliwości ale z obawy. Tak niewiele potrzeba dla przekupienia nędzy! Pat też wzbudzał podejrzenie; wątpiono o jego dobrej wierze, gdyż bez pracy doszedł do dobrego bytu. Badano go też na wszystkie strony, by się dowiedzieć jakie to zwierzę karmił w taki tajemniczy sposób. Na to Pat nic nie mógł odpowiedzieć, zaręczał tylko iż gotów jest podpalić komorę w Galway, zamek i trybunał, by dowieść swej gorliwości i wierności dla świętej sprawy. Pat prawdę powiedziawszy, był w wielkim strachu, czuł fałszywe swoje położenie. Wiedział, iż podejrzenia sprzysiężonych Molly-Maguire, mogą mieć dla niego skutki gorsze niż choroba śmiertelna i że w razie danym, jego obfity zapas kartofli, ulubiona wódka i ciepła opończa, nie będą w stanie zabezpieczyć go od katastrofy.

We śnie niejednokrotnie widział się już Pat zrzuconym z Banach-Head w przepaść. Budził się przerażony i zimny pot występował mu na czoło.

Ale o zwierzu nic a nic powiedzieć niemógł, gdyż go nigdy nie widział. Wiedział tylko, iż ów potwór ryczał przeraźliwie, tak że aż mu rude włosy z przerażenia na głowie stawały.

Nie bez powodu jednak musiano karmić takie dzikie zwierze. Pat był zdania, a wszyscy poczciwi ludziska w okolicy takowe podzielali, iż lord Montrath umyślnie wychowywał potwora, by go kiedyś wypuścić na katolików.

Ma bouchal! lord Jerzy Montrath był zresztą zdolnym popełnić podobną nikczemność.

Biedny Pat z jednej strony lękał się słusznego gniewu własnych rodaków, a z drugiej, potwór wzbudzał w nim strach nieprzezwyciężony. Mieszkańcy z Galway mylili się twierdząc, iż jego posada jest istną synekurą. Nie pracował, to prawda, ale drżał po całych dniach i nocach. Życie pędził w nieustannej gorączce.

O pewnych stałych godzinach udawał się na wieżę zbudowaną na samym skraju przylądka, kładł do kosza chleb i dzban z wodą i spuszczał takowy z pomocą sznura okręconego na bloku. A za każdym razem słyszał wydobywające się z pod ziemi jakieś głosy, iście dyabelskie.

Wychodził z wieży blady, zadyszany, osłupiały, polecał duszę Bogu, Matce Najświętszej i wszystkim Świętym. Był przekonanym, iż potwór przyczepi się kiedyś do kosza, wydobędzie się wraz z nim i pożre go odrazu!

Jednocześnie groziła mu ta śmierć okrutna i zemsta sprzysiężonych! Zaprawdę musieli być bardzo nieszczęśliwi ci, którzy mogli zazdrościć losu biednemu Patowi.

Od kilku miesięcy już mieszkał w zamczysku Diarmid, a przez ten czas wyłysiał i czoło pokryło mu się zmarszczkami. Żałował niemal dawnych głodnych dni i swoich łachmanów.

- Wejdź Pat mój synu - rzekł do niego. Mac-Duff - mamy wprawdzie jednego patrona, ale zresztą nic wspólnego z sobą i gdybym tu sądził, to nie wiem czybym cię wpuścił.

Pat schylił się i wszedł przez szczelinę w skale, za którą chuda jego postać niebawem zniknęła. Mac-Duff udał się za nim.

- Już zapewne nikt więcej nie przyjdzie - mruknął. - Czas mojej warty minął zresztą, ciekawym jestem zobaczyć co się tam w środku dzieje.

Odgłos kroków Mac-Duffa i jego towarzysza rozchodzący się wśród ciasnego korytarza, nie pozwolił im usłyczeć stąpania tuż, po za nimi. Ktoś jeszcze zbliżał się zwolna z tej strony z której przybyła Ellen.

Księżyc oświecał jasno wybrzeże. Można było sądzić, iż to szlachetna córka królów po raz drugi zjawiła się wśród skał, dążąc do galeryi Olbrzyma. Była to również kobieta, która białą swą suknię zakryła czerwonym burnusem a twarz jej ginęła pod kapturem. Nie szła pewnym krokiem, lecz chwiejnym i powolnym. Idąc płakała.

Doszła wreszcie do podnóża skały i na pół omdlała oparła się o nią.

Pochyliła w tył głowę, kaptur spadł jej na ramiona i promienie księżyca oświeciły bladą twarz Katti Neale.

Stała czas jakiś, zimno zaczynało ją przenikać, usta boleśnie uśmiechnięte, powtarzały imię Owena.

Nikt nie przyszedł zastąpić Patryka Mac-Duff na czatach. Katti Neale oparła się o krawędź szczeliny, prowadzącej do galeryi.

Za szczeliną zastępującą wrota znajdował się wązki i nizki korytarz, a za nim naturalne schody o kilkunastu stopniach.

O dwadzieścia kroków dalej, płonął olbrzymi ogień wciąż podsycany suchemi gałęźmi karłowatych sosen. Nie było innego światła prócz tego ogniska, z którego unoszące się gęsto kłęby dymu, rozchodziły się pod czarnem sklepieniem pieczary. Na około ogniska siedzieli ludzie odziani w najrozmaitszy sposób. Największa z nich część była okrytą łachmanami, drudzy mieli na sobie pospolite opończe, niektórzy byli okryci owymi czerwonymi burnusami, stanowiącymi zwykłe wierzchnie okrycie kobiet irlandzkich.

Za ogniskiem, na prawo od wejścia znajdowała się estrada, a na przodzie tejże, stał olbrzymiego wzrostu mężczyzna okryty czerwonym burnusem. Za nim znajdowało się ze dwadzieścia osób, których twarze były zasłonięte płachtami płóciennemi.

Cała ta grupa była malowniczo oświecona płomieniami, jak również i dwa pierwsze rzędy zebranego tłumu, trzeci ginął już w półcieniu, następne były zupełnie ukryte w ciemności. Niepodobna było, chociażby w przybliżeniu, obliczyć ilość uczestniczących w tem nocnem zgromadzeniu.

Słychać było wrzawę tłumu z daleka, ale objąć go okiem, stawało się niepodobieństwem. Tylko gdy wrzucono nowy pniak sosnowy do ogniska i płomień buchał rzucając ku niebu tysiące iskier, cienie nocy rozdzierając się na chwilę, ukazywały tysiące twarzy, zapełniających fantastyczne głębiny. Jednocześnie kryształowe sztachety groty jaśniały błyskotliwem światłem. Kolumny i wysokie ściany były jakby obsypane gwiazdami. Naraz wszystko gasło. Noc ogarniała całą grotę, tłum ginął wśród ciemności.

Pieczara ta była znaną pod nazwą galeryi Olbrzma. Legenda głosiła, iż Ranach, Connor, Donnal, Diarmid i wszystkie olbrzymy z mitologii irlandzkiej, wyprawiali w niej bachanalie, zanim Ś-ty Patryk rozwpoczął w hrabstwie Connanght, swoje pokojowe zdobycze.

Ludzie zebrani koło ogniska, byli to Płatnicy o północy.

Przechodząc z hymnu do prostej powieści, musimy wyznać, iż meeting sprzysiężonych Molly-Maguire nie odpowiadał w zupełności przepychowi rozsianemu przez przyrodę w galeryi Olbrzyma. Ostry zapach tytoniu mięszał się z dymem sosnowych pni, tworzącym ciężki obłok ponad głowami. Zaraz przy wejściu uderzała silna woń wódki i wyziewów kwaśnego potenu. Ze wszystkich stron rozlegał się wśród ciemności brzęk szklanek uderzanych o mosiężne dzbanki. Nocne to zgromadzenie dzielnie usiłowało walczyć z wilgocią pieczary i nie obradowało na czczo.

Mało było słychać krzyków wśród tego tłumu. Tylko głuchy szmer rozlegający się wzdłuż galeryi, który odbijając się od ścian był powtarzany przez tysiączne echa. Szmer ten wydawał się raczej wesołym niż groźnym. Ci co pierwsi przybyli, starali się rozgrzać trunkiem długie chwile oczekiwania i znajdowali się w tej wesołej fazie pierwszego upojenia. Większa zaś część obecnych przybywała z Galway i była pijaną od samego rana, piła bowiem dzień cały na cześć Wilhelma Derry, ukochanego kandydata.

- Ciszej! chłopcy - rzekł olbrzym Mahony, który stał na brzegu estrady w swoim czerwonym burnusie z kapturem i uosabiał w tej chwili ową istotę fantastyczną, Molly-Maguire, której imię wzbudzało postrach w dziesięciu hrabstwach Irlandyi.

- Będziemy milczeć Molly, luba nasza ciotuniu. Arrah! jesteśmy twemi posłusznymi siostrzeńcami!

- Wypijemy jeszcze kubek za twoje zdrowie, zacny Podpalaczu!

- I za zdrowie tych zacnych dygnitarzy, którzy siedzą za tobą i nic nie mówią!

- Naboclisch! co za piękne zgromadzenie - za wołał głos jakiś z głębi galeryi - rzekłbyś, iż to meeting O'Conella, którego niech Bóg błogosławi! I nie potrzebujemy lękać się deszczu w dodatku!

- Zaśpiewajmy bracia na cześć tych dzielnych chłopców z Kilkenny, z Clare, z Limerick i z Lestrym, którzy przybyli do nas na wybory.

- Niech dyahli porwą wybory! - zawołał Pod palacz grzmiącym głosem - poczciwi chłopaki z sąsiednich hrabstw, są naszymi miłymi gośćmi. O'Conell niech żyje długie lata, zacny człowiek! Lecz ciocia Molly-Maguire przedewszystkiem! pamiętajcie o tem mili siostrzeńcy!

- A Molly-Maguire - rzekł jeden z zamaskowanych mężczyzn stojących za olbrzymem - nie jest krewną ani Wilhelma Derry, ani Jakuba Sulliwana.

Tłum wrzaskliwie zaprotestował:

- Derry jest dobrym katolikiem!

- Sulliwan nędznik! jest kuzynem biskupa protestanckiego, który wysysa krew naszą!

- To Morris musiał się odezwać, ma bouchal! Morris nie lubi O'Conella.

Lecz drudzy poczęli wołać:

- Dajcie pokój Morrisowi, to zacny młodzieniec!

- Hurrah! niech żyje Mac-Diarmid!

Podpalacz musiał użyć swego potężnego głosu, by uspokoić tłum. Mężczyźni stojący za nim za estradzie byli wszyscy odziani w opończe. Łachmanów pomiędzy nimi nie było. Przez kilka chwil naradzali się między sobą, poczem jeden z nich nie zdjąwszy swej płóciennej maski, wystąpił naprzód estrady i zasiadł na krześle, które mu Mahony ustąpił.

Jednocześnie olbrzym zdjął z siebie czerwony burnus, włożył go na ramiona swego towarzysza i rzekł:

- Skończyłem już moją rolę chłopcy! oddajcie cześć prawdziwej Molly, waszej ciotce.

Głośne okrzyki rozległy się pod sklepieniem. Mahony zeskoczył do ogniska, którego czerwony płomień, oświecił jego olbrzymią postać i wrzucił kilka sosnowych pniaków. Posiedzenie zostało otwarte.

- Król Lew chciałby coś powiedzieć - odezwał się jakiś głos z podedrzwi.

- Hurrah! niech żyje król Lew, niech mówi!

Mężczyzna, który był przywdział czerwony burnus sprzysiężonych Molly-Maguire, rzekł kilka słów. Nastała cisza.

Tłum stojący podedrzwiami rozsunął się i jakiś człowiek gruby, mały, pękaty, zbudowany jak atleta i ubrany w kostyum majtka, wystąpił na środek pieczary.

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

I. Czarny dom.

 

Wypadki, któreśmy opowiedzieli w poprzednich rozdziałach, działy się w końcu r. 1844. Od tego czasu upłynęła kilka miesięcy, podczas których umysły w Irlandyi nie uspokoiły się bynajmniej. W owych czasach olbrzymiej walki staczanej przez Daniela O'Conella, podczas której wola jednego człowieka wstrzymywała tylko rozjątrzone stronnictwa, nie szczając do wybuchu najstraszniejszej z wojen domowych, każdy dzień był świadkiem nowej bitwy, przegranej lub wygranej, wygranej jednak prawie zawsze, gdyż gwiazda Irlandyi zaczynała błyszczeć coraz świetniejszym blaskiem na politycznym widnokręgu. Tych ośm milionów niewolników, którym tak trudno wyróść na ludzi, powstawało biednych lecz silnych, by zwalczać na pół już pokonany despotyzm angielski.

Nie byli oni bez wad i ułomności, które wytwarza niewola, lecz umieli słuchać głosu człowieka wskazującego im drogę do wolności i serca ich bić silniej zaczynały. Niezadługo mieli się obudzić ludźmi.

Podczas gdy jedni zginali jeszcze k arki przed nieubłaganą siłą nędzy, a drudzy słuchając tylko podszeptów zemsty, staczali z społeczeństwem angielskiem, wśród ciemnych nocy krwawe i nieużyteczne boje, nowe idee zawrzały tak w uciemiężonym kraju jak i po za jego obrębem. Anglia zdawała się być wzruszoną głosem rozbudzonego własnego sumienia. Tryumfalny łuk oczekiwał O'Conella u wrót więzienia; Robert Peal, ów szlachetny i energiczny geniusz potrafił okiełznać własne stronnictwo i pełnemi garściami siał ziarno na rolę, na której miał niebawem zbierać dojrzały plon wolności.

Europa zaciekawiona przyglądała się pilnie widowiskowi, zbliżając ręce do oklasków. Robert Peal umarł, O'Conell umarł. Walka nie wydała żadnych owoców, wciąż brzmi ta sama groźba pod innem nazwiskiem i wisi na coraz cieńszej nitce, jak miecz Demoklesa, ponad sercem Anglii.

Molly-Maguire zgasili swój kaganiec, lecz Fenianie ładują bomby i ostrzą mordercze noże.

O'Conell powiedział: Uciemiężona Irlandya jest to rak śmiertelny, który Anglia nosi w swoim łonie.

Wesołe czerwcowe słońce oświecało wązką uliczkę Donnor-Streat w mieście Galway, a rzucając ukośne promienie na nieregularnie ustawione domostwa, pogrążało na przemian w światło lub w cienie ich rzeźbione facyaty. Galway jest perłą Irlandyi, romantyczna siedziba, historyczne miasto, zachowało dotąd na frontonach domów, owe piękne fantazye, które średnie wieki rzeźbiły w kamieniu.

Niektóre ulice wyglądały, jak gdyby przeniesione z jakiego kastylijskiego miasta. Domy były wysmukłe i wyniosłe, z oknami gotyckiemi i z drzwiami ponad któremi zarysowywały się fantastyczne rzeźby.

Na rogu ulicy Donner-Streat i innej bezimiennej uliczki prowadzącej do przedmieścia Clodday, siedziba majtków i rybaków z Galway, duże domostwo nadzwyczaj ciekawej i charakterystycznej budowy, zamienione zostało na oberżę, w której gospodarzem był Filip Sannder, Szkot i prezbiteryanin. Po nad głównemi drzwiami, wisiał między dwoma rzeźbionemi medalionami, efektowny obraz, na którym grubo nałożone warstwy farb: żółtej, niebieskiej i czerwonej, miały przedstawiać dobrego króla Malkolma.

Po nad obrazem czytano, a wspaniałym szyldzie: Ale szkocki, poteen, oberża dla pieszych i przyjezdnych.

Był to rzeczywiście jeden z największych anglikańskich zajazdów w mieście. Niejednokrotnie Oranżyści urządzali w nim swoje meetingi i posiedzenia klubowe.

Sannder Filip, aczkolwiek prezbiteryanin, miał braterskie uczucie dla wyznawców urzędowego kościoła, którzy przychodzili pić w jego oberży. W nadmiarze gorliwości, zaproponował nawet raz swoim anglikańskim klientom, iż zdejmie szyld wyobrażający króla Malkolma, który był niegdyś stronnikiem Papieża, lecz Anglikanie wspaniałomyślnie wzgardzili tą pokorną propozycyą i niebieskie, żółte i czerwone plamy pozostały nadal jako uosobienie szkockiego monarchy.

Były to dobre czasy dla imci pana Sannder, podróżnych nie brakło w mieście Galway. Wybory miały odbyć się za dni kilka i oba stronnictwa przygotowując się do zaciętej walki, wezwały wszystkie szeregi swoich popleczników i przyjaciół. Hrabstwo Ulster wysłało znaczną ilość protestantów dla przeciwważenia głosów i dodania bodźca wąchającym się. Z Londynu przybyli emisaryusze w tym samym celu, zaś z południa Irlandyi napływały hałaśliwe tłumy, niemające bynajmniej zamiaru popierania kandydata torysów.

Inna jeszcze sprawa ściągała do Galway zaciekawione i roznamiętnione tłumy a mianowicie polityczny proces. Hotele były tak przepełnione, iż znaczna część przybyszów nie mogła się pomieścić i musiała szukać schronienia w sąsiednich miasteczkach.

Polityczny ten proces wzbudzał ogólną ciekawość. Utrzymywano, iż oskarżony jest jednym z głównych przywódców bandy Molly-Maguires. Człowiek ten wywierający wielki wpływ na ludność zamieszkałą w zachodniej części hrabstwa, posiadał wśród niej tyle sympatyi, iż podczas ostatniej kadencyi sądowej, nie znaleziono ani jednego świadka, któryby chciał przeciw niemu świadczyć.

Gdy go aresztowano, zaszły wielkie zaburzenia w hrabstwie Connanght. Liczne bandy dostały się nocą aż do środka miasta i gdyby więzień był chciał skorzystać ze wzburzenia umysłów, nie siedziałby i czterdziestu ośmiu godzin pod kluczem. Ale pozostał on spokojnie w swej celi; nie solidaryzował się z rozruchami i utrzymywał, iż potrafi przed sądem udowodnić swoją niewinność.

Lecz sąd zamiast uniewinnić go dla braku dowodów, odłożył sprawę do następnej kadencyi, jak to się często dzieje w Irlandyi. Chodziły wieści, iż tymczasem znaleziono d ostateczną ilość dowodów dla otępienia starego Milles Mac-Diarmida.

Po drugiej stronie wązkiej ulicy, naprzeciwko oberży, wznosił się duży dom, czarny, odrapany, chwiejący się, przez którego gotyckie okna z powybijanemi szybami, dął wiatr i deszcz lał do wnętrza. Ostateczna groziła mu niebawem ruina, jak wielu pałacom w Irlandyi, lecz nikt się o niego nie troszczył i nie pytał kiedy ostatecznie runie.

Była godzina druga po południu, słońce oświecało wesoło blado czerwone ściany gościnnej sali w oberży "Króla Malkolma". W sali tej, przy stołach przeznaczonych dla przedniej szych Oranżystów, kilku z tych jegomościów siedziało zapijając todry.

Loża tuż przy oknie zajętą była przez cztery osoby: dwóch mężczyzn i dwie kobiety, które bawiły się rozmową. Starsza z nich, pani Fenella Daws, mogła mieć około czterdziestu lat. Byłą bardzo chuda, blada i z włosami krótkiemi jak u dziecka, przerzedzonemi przez wiek i rozczesanemi w małych loczkach zakrywających do połowy wązkie, jeszcze nie bardzo po marszczone czoło. Oczy jej były w ciągłym ruchu i niemiłosiernie wywracała białkami, a za każdym otworzeniem wązkich ust, pokazywała długie zęby.

Umysłowi jej brakło rozwagi, ale za to serce było przepełnione romansami. Poezya, stanowiła jej codzienną strawę.

Przy niej siedziała śliczna ośm nastoletnia dziewczyna jej siostrzenica, panna Franciszka Roberts. Nie była ona w niczem podobną do ciotki, miała piękne, przejrzyste a zarazem poważne oczy, a czoło jej wdzięcznie zarysowane, osłaniały blond włosy, spadające obficie w lokach, wzdłuż policzek Córki Albionu mają przywilej tych prześlicznych włosów, których mieniąca się barw a ślicznie odbija od śnieżnej białości płci.

Frania, o tyle była skąpa uśmiechów, o ile jej ciocia niemi szafowała. Lecz gdy się uśmiechnęła, uśmiech jej pieścił oko i rozweselał serce. Miała minę poważną, surową niemal, która stanowiła dziwny kontrast z czułą minką Fenelli Daws. Wyglądały obie tak, jak gdyby zamieniły między sobą rolę, albo że ładna dziewczyna ironicznie przywdziała na siebie maskę, która powinna była przypaść w udziale dojrzałej kobiecie.

W sposobie zachowania się Fenelli z synowicą, można było zauważyć dziwną mięszanię wymuszonego poważania i szczerego lekceważenia. Widocznie uważała młodą dziewczynę jako istotę o wiele niższą od siebie; ale Frania była córką ś. p. Edmunda Robertsa, szlachcica i członka parlamentu. To ją stawiało w wyjątkowem położeniu. Fenella chętnie popisywała się podobnem pokrewieństwem. Z napuszoną miną, wspominała o pięknych stosunkach swej synowicy, która kształciła się w szykownym zakładzie naukowym i była przyjaciółką, ale to przyjaciółką od serca, kilku pań wielkiego świata, a między innemi, milordowej Gergiany Montrath.

Szlacheckie te stosunki rzucały i na Fenellę pewien blask dystyngowany, posiadający w jej oczach wielką wartość. Inaczej przygniatałaby swą wyższością pannę Roberts.

Pani Fenella Daws i jej siostrzenica zapijały herbatę, siedząc przy jednem stole i wsparte o framugę okna. Na przeciw nich, dwaj mężczyźni pili, rozprawiając.

Obydwaj byli mniej więcej jednego wieku. Ten z nich, który zamożniej wyglądał, był gruby, krótkonogi, z dużą płaską łysiną, z dwoma kosmykami siwych włosów, zaczesanemi na skronie. Miał głupią fizyognomię, osadzoną na krótkiej szyi, a spiczasty ogolony podbródek, zsuwał mu się aż na piersi. Oczy przymrużał do połowy, usiłując nadać swej twarzy wyraz godności. Ustami poruszał zwolna, wymawiając górnobrzmiące słowa. Trzymał o ile tylko mógł, sztywno swoją otyłą figurkę przystrojoną w czarny frak.

Był to we własnej osobie imci pan Jozue Dawsecq, podintendent policyi londyńskiej, małżonek Fenelli Daws i wuj panny Franciszki Roberts. Przybył do Irlandyi z ważną misyą, jak utrzymywał i zdawał się mieć o sobie samym, doskonałe wyobrażenie.

Towarzysz jego, nazwiskiem Gib Roe, był wzrostu średniego, szczupły i chudy i odzież dżentlemana ciężyła mu widocznie. Na jego kościstej fizyognomii z rysami ostremi, malowały się w tej chwili przestrach i pokorna uniżoność. Oko mimowoli szukało łachmanów na tej zgiętej postaci, a wyżółkła ręka, drżąca za lada stuknięciem, musiała niejednokrotnie wyciągać się po jałmużnę. Gib położył swój kapelusz na stole, co samo dowodziło i nie poczytuje siebie za porządnego człowieka. W Irlandyi bowiem, zarówno jak w Anglii, kapelusz musi być przykuty do czaszki dżentlemana i tylko hołota zdejmuje go z głowy.

Gib miał włosy kędzierzawe ale rzadkie, które sterczały ponad spiczastą czaszką. Jego blade wklęśnięte oczy, niknęły prawie zupełnie pod gęstemi brwiami. Policzki miał wyżółkłe i tem jaskrawiej występywały na nich czerwone plamy, któremi je nędza i choroba napiętnowały.

Spoglądał od czasu do czasu z ukosa na Jozuego Daws, a gdy tylko tenże przemawiał, Gib zginał karku i zarysowywał wyraźniej swój niewolniczy uśmiech.

- Pij Gib! biedna istoto! - rzekł Jozue Daws z protekcyjnym gestem.

- Stokrotne dzięki Waszej Wielmożności! - odpowiedział Roe, łyknąwszy ogromną porcy todry.

- A zatem - mówił dalej podintendent policyi - możemy liczyć na ciebie mój chłopcze.

- Tak jest, do usług Waszej Wielmożności.

- Mów ciszej Gib! nie widzę potrzeby wtajemniczania tych pań w nasze sprawy, aczkolwiek tajemnica nasza jest zacną mój chłopcze... chrześciańską... hm! hm!...

- Tak jest Wasza Wielmożność! - mruknął Roe.

- Pójdziesz tedy zemną jutro do sędziego, by świadczyć przeciw temu łotrowi, stronnikowi Papieża.

- Tak jest Wasza Wielmożność.

- I przyprowadzisz z sobą dzieci.

- Tak jest Wasza Wielmożność.

- Które były świadkami pożaru.

- Tak jest Wasza Wielmożność - rzekł z westchnieniem Roe, spuszczając oczy. - Zapewne, zapewne, pozwól mi Wasza Wielmożność wychylić jeszcze jeden kubek.... Widziałem... one widziały... drogie istotki. Arrach! byliśmy jednak w Kilkenry wszyscy troje, het! daleko ztąd, ale cóż to znaczy, kiedy Wasza Wielmożność nam płaci.

- A to dla dobra świętej wiary, Gib mój chłopcze. Gdzież się dzieciaki teraz znajdują?

- Tną torf w bagniskach, do usług Waszej Wielmożności.

- A w jakim są wieku?

- Ma houchal! drogie niewiniątka! Paddy ma lat jedenaście, a jego siostra Su trzynasty, niech Bóg nad niemi czuwa!

- Wybornie! - mruknął podintendent.

I dodał cedząc przez zęby i zacierając ręce z zadowoleniem:

- Musiałem aż przybyć z Londynu, by tu jakiś ład zaprowadzić! Ach ci sędziowie z Zielonej wyspy, mają krótkie ręce, ale za to długie uszy. Niech mi Bóg to uczucie dumy wybaczy.

To powiedziawszy Jozue Daws zamyślił się, Gib zaś pokornie milczał. Tymczasem ciocia i siostrzenica rozmawiały dalej, przypominając sobie wrażenia z niedawno odbytej wycieczki nad czarującemi brzegami jeziora Mask i Corrib.

- Jakżebym Praniu już chciała być w Londynie - mówiła ciotka - by módz opowiadać te cuda! Wyprawię herbatę, może nawet raut, jeżeli się p. Daws na to zgodzi, by się pochwalić tą niezwykłą podróżą. Co za krajobrazy! Jakie wody! jakie lasy! co za łąki! kostyumy! widnokręgi! wiele tu niespodzianek! wiele poezyi!

Fenella zatrzymała się zadyszana.

- To piękny kraj - rzekła Frania.

- Piękny, to nie dostateczne określenie mojem zdaniem, panno Franiu. Kraj to nadzwyczajny, zadziwiający, szatański: dzicy ludzie z długiemi włosami, dziewczęta z czerwonemi burnusami i gołe dzieciaki. Jak sobie pomyślę Franiu, iż to wszystko jest w mocy dyabelskiej.

Frania wstrząsnęła główką.

- Czy sądzisz pani - odpowiedziała - iż te ładne dzieciaczki, które się do nas uśmiechały nad brzegiem jeziora Mash, są opętane? albo te przystojne dziewczęta, których czarne oczy podziwiałyśmy.

- To tylko twoje osobiste zdanie, Franiu, gdyż ja nie lubię czarnych oczów u kobiet.

- A te dzielne chłopaki - rzekła Frania - minami tak dziarskiemi i otwartemi.

Fenella zrobiła słodkie oczy.

- Prawd a! - szepnęła - nigdym się nie spodziewała znaleźć tylu przystojnych mężczyzn w tym przeklętym kraju. Mają w sobie coś silnego i poetycznego zarazem. Lecz niech Bóg nad nami czuwa! Irlandya jest papiezką.

Frania była zadumaną.

- Jakież mogły być wrażenia tych dzikich ludzi - pomyślała - gdy widzieli nas obie, moją siostrzenicę i mnie, przesuwające się po murawie nad brzegiem jeziora? Mają oni swoją północną poezyę; ich bardowie już opiewali zapewne naszą chwałę na bohaterskich harfach, porównywując nas z boginiami, które zstąpiły z chmur. Chciałabym czytać ich wiersze.

- O czem tak myślisz Gib? - zapytał nagle p. Dawsesq.

Biedny Roe spuścił zamyśloną głowę na piersi. Może myślał o tych swobodnych dniach nędzy, gdy szedł wśród wielkich bagien, nie troszcząc się o głód, nie zważając na zimno i śpiewając stare pieśni bardów Zielonej wyspy. Wzrok swój wlepił w ponurą fasadę rudery. Daws zwrócił też oczy w tę stronę, lecz nic nie dojrzał prócz zadymionych ścian i wytartych konturów starych rzeźb obrosłych mchem.

Blada zaś zwykle twarz Giba, była pokrytą rumieńcem.

- Co Wasza Wielmożność każe? - rzekł ze drżeniem.

Widząc jednak, iż poważna fizyognomia jego towarzysza, nie zdradza żadnego podejrzenia, dodał:

- Myślałem, iż Paddy, biedne niewiniątko nie ma czem przykryć pleców i że mała Su, nie może stanąć przed sądem, naga jak jest, śliczne stworzenie.

- Masz słuszność - pospieszył odpowiedzieć Daws i sięgnąwszy do kieszeni wyjął z niej kilka sztuk złota.

Zapadłe oczy Giba Roe ożywiły się na widok pieniędzy a brzęk ich, mile połechtał jego uszy.

- Och! - zawołał, powtarzając energicznie to irlandzkie zaklęcie - och! och!

- To dla ciebie - rzekł Daws - będziesz miał za co kupić odzież dla dzieci.

Roe schwycił pieniądze i wpuścił je do kieszeni swego dżentlemańskiego surduta.

- Zdrowie Waszej Wielmożności! - zawołał z zapałem - arrach! zdrowie tej pięknej pani i tej ślicznej panienki och! dzieci widziały pożar, biedne cherubiny! Przecież z Kilkenny do Moiny nie ma więcej niż sto mil!

- Ciczej! chłopcze, ciszej! - rzekł Jozue.

Gib postawił kubek i zamilkł.

Od czasu do czasu drzwi sali otwierały się i w progi wstępowała solennie jakaś poważna osobistość. Większość z przybywających miała pod pachą olbrzymie biblie. Niebawem wszystkie krzesła w sali zostały zajęte. Był tam prokurator O'Kir, gruby tłuścioch, który obdzierał nielitościwie swoich klientów ku większej chwale prawdziwej wiary, był też sędzia Mac-Foot, autor widzeń na jawie i abstrakcyi ciała, przybyli również wójt Payne, zacny chrześcianin, który miał zawsze w pogotowiu jaki wyjątek z pisma Ś-go dla przytoczenia go biednym, proszącym go o jałmużnę, pomocnik wójta Murwo, porucznik Peters, kornet Dickson i administrator Crackenwell.

Cała śmietanka towarzystwa z Galway.

Wypito już nie mało, głowy jednak jeszcze rozgrzane nie były. Wszyscy zachowywali przybrane maski, sztucznej powagi.

Fenella Daws kończyła już szóstą filiżankę herbaty, w której maczała szerokie grzanki z masłem. Rzecz niepojęta, ile jadła pochłonąć są w stanie te eteryczne istoty, żyjące wyłącznie poezyą. Zajadając, puszczała wodze swej wymowie.

- Zapewne Franiu - mówiła, wywracając białkami - widziałaś to wszystko jak prosta, poczciwa dziewczyna, ale brak ci moje dziecko, tego czegoś, które ja tak w wysokim posiadam stopniu, tego daru dopatrzenia się we wszystkiem pięknej strony, owego boskiego zmysłu, świętego ognia... rozumiesz mnie?

- Tak jest pani.

- Dla ciebie przyroda, to tylko ziemia i trawa Zycie przesuwa się przed twemi oczami jak dramat bez namiętności. Ta scena wzruszająca, której byłyśmy świadkami na górze podczas ludowej zabawy, na tobie nie zrobiła żadnego wrażenia!

Frania usiłowała uśmiechnąć się, lecz głębokie wzruszenie odmalowało się na jej twarzy:

- O przypominam sobie - rzekła - przypominam, co za szlachetna odwaga!

- A jakie magnetyczne spojrzenie, Franiu! Jak on potrafił zapanować nad tym tłumem wrzeszczącym na koło niego! Słyszałam trzask kijów i jęki mieszające się z przekleństwami.

- A był sam jeden przeciw wszystkim! - rzekła Frania.

- Sam jeden! w swoim złocistym hełmie, przepasany jedwabną szarfą i w purpurowym mundurze.

Frania spojrzała na nią ze zdziwieniem.

- Mówisz pani o majorze Percy Mortimer? - zapytała.

- A o kimże miałabym mówić?

- Ja zaś - odpowiedziała Frania, nie spuszczając oczów - ja mówię o jego zbawcy, o Morrisie Mac-Diarmid.

- O tym człowieku w popielatej opończy! - zawołała Fenella śmiejąc się - o tym prostaku z kijem, o tym chłopie!...

Niebieskie oczy Frani zabłysły z oburzenia.

- O nim właśnie - odpowiedziała - o tym człowieku, który bezbronny stanął pomiędzy śmiercią i Mortimerem. Nie widziałam, czy ma jedwabną, szarfę, czy też łachmany, ale widziałam ogień w jego oczach, słyszałam głos jego grzmiący wśród wrzasków tłuszczy.

- A major! moja siostrzenico, żaden muskuł nie drgnął w jego twarzy.

- Widziałam jak kij jego drgał mu w ręku jak czarodziejska różczka i tłuszcza cofnęła się rozgniewana, wściekła, cofnęła się przed jednym człowiekiem!

- Ale major! stał niewzruszony z szeroko otwartemi oczami!

- Major jest odważnym żołnierzem.

- I taki piękny, taki poetyczny Franiu!

- O jakże prawdziwie pięknym był ten, który go ocalił - zawołała Frania, uniesiona niezwykłym zapałem.

Fenella spojrzała na nią ze zdziwieniem, ujrzała wzrok jej błyszczący i czoło, tak zwykle spokojne, oblane rumieńcem. Złośliwy uśmiech zarysował się na ustach dojrzałej niewiasty.

- Jakże się unosisz Franiu! - rzekła. - Wszak wymówiłaś nawet nazwisko tego prostaka.

- Zowie się Morris Mac-Diarmid, wszyscy na około nas powtarzali jego imię.

- I zapamiętałaś je Franiu?

- I nigdy je niezapomnę!

Fenella jeszcze bardzie zacięła usta.

- Nie jestże on synem Millesa Mac-Diarmida, podpalacza?

Frania spuściła oczy i zamilkła. Pani Daws ciekawie przyglądała się swej siostrzenicy. Przez chwilę zaczęła nawet przypuszczać... ale czyż to prawdopodobne, by panna przyzwoita, rodzona siostrzenica Fenelli Daws, mogła pokochać człowieka w opończy?

Prostaka! gorzej niż prostaka, gorzej niż żebraka, Irlandczyka!

Jozue Daws i biedny Gib Roe zamieniali kilka słów od czasu do czasu. Jozue dawał Gibowi pewne przestrogi, których tenże słuchał z pokornem uszanowaniem. Ale uwaga jego, nie dorównywała uszanowaniu. Źrenice jego błąkały się błędne i kierowały się wciąż na ponurą fasadę opuszczonej rudery. Poważny Jozue pił jak Anglik i był tą czynnością zajęty tak sumiennie, iż nie zwrócił uwagi na luźne towarzystwo, które się tymczasem gromadziło w sali.

Żona jego i siostrzenica, ukryte w głębi loży, nie też nie zauważyły.

Wreszcie pan podintendent spojrzał przed siebie i krzyknął z podniesienia, tak że aż Gib zadrżał. Sala była pełna i rozmowy krzyżowały się ze wszech stron. Zebrało się przynajmniej ze trzydziestu matadorów stronnictwa protestanckiego, którzy piorunowali przeciw O'Connelowi i twierdzili, iż Irlandya nie wyleczy się z ran swoich, dopóki ostatni stronnik Papieża, powieszonym nie zostanie.

Pomiędzy nim znajdowało się kilku oficerów w mundurach dragonów, którzy od czasu do czasu wznosili tylko zdrowie Jej Królewskiej Mości, by zaznaczyć swoje urzędowe stanowisko.

- Niech żyją lord Montrath i Sullewan! - wołano.

- Hurra! niech żyje Sullewan!

- Niech przepadnie ten nędznik Derry!

W sali zapanowała atmosfera politycznej orgii. Pani Fenella Daws przebudziwszy się z swych marzeń, raczyła wreszcie zwrócić uwagę na to co się na około niej działo. Uznała za stosowne przerazić się niezmiernie.

- Panie! - zawołała - wychodźmy ztąd, chciej z łaski swej utorować mi przejście!

Jozue Daws w tej chwili bacznie pilnował Giba, który miał twarz zwróconą do okna. Udawał, iż nie słyszy wezwania żony i patrzał wciąż w to samo miejsce. Niepokój malował się też w oczach Frani, gdyż tłum stawał się coraz większym, a chcąc się wydostać na zewnątrz, trzeba było przejść przez całą salę. Fenella Daws załamała ręce z rozpaczą i wlepiła w niebo swe białe oczy, jakby życiu jej groziło niebezpieczeństwo.

Aczkolwiek wrzawa wciąż wzrastała, nic jednak wśród tego napół pijanego towarzystwa, nie zdawało się zagrażać obu damom, nie przyglądano im się nawet. Była to pijatyka poważna, podczas której namiętności przywdziewały komiczną wstydliwą szatę, pobożna bachanalia, przeplatana wyjątkami z biblii, a zacne mieszczuchy żądali rozlewu krwi, pomiędzy dwoma urywkami mistycznych kazań.

Jozue Daws tymczasem wciąż spoglądał przed siebie. Znajdował się naprzeciw okna i wzrok jego padał wprost na czarną fasadę sąsiedniego domu, który słońce pozostawiało w cieniu. Jozue Daws odkrył wreszcie co tak usilnie zwracało uwagę Giba Roe, po drugiej stronie ulicy.

Przez długi czas widział tylko czarny mur a w nim obdrapane okna, wreszcie śledząc cierpliwie za wzrokiem Giba, spostrzegł na szczycie głównego okna twarz nieruchomą, bezwładną, która zdawała się stanowić jedną z rzeźb zdobiących opuszczoną ruderę. Twarz ta była jakby w ramy ujętą przez framugę okna i czy to w skutek gry światła, czy też rzeczywiście, wydawała się być większą od zwykłych ludzkich fizyognomii.

Wzrok jej, przez ulicę padał wprost na okno hotelu Króla Makolma. Ta nieruchoma fizyognomia skupiła tak uwagę Jozuego Daws.

Nie mógł sobie wytłómaczyć jej obecności u szczytu okna. Słońce padało wprost w oczy podintendentowi policyi a rzucało cień na dom naprzeciwko stojący. Po usilnem przyglądaniu się, Jozue rozpoznał prócz twarzy ogromne ręce, olbrzymi kadłub, wreszcie całą postać, o wiele przerastającą zwykły wzrost ludzki.

Jezue nie wierzył w zjawiska nadprzyrodzone, to co widział jednak było tak niezwykłem i tak nieokreślonem, iż zdziwiony zwrócił się do Giba Roe, spodziewając się, iż mu on wyjaśni ową dziwną tajemnicę.

- Co to jest? - zapytał.

Roe spojrzał się na niego, udając niewiniątko.

- Co takiego? proszę Waszej Wielmożności.

- Ta głowa?

Gib otworzył zdziwione oczy.

- Nie widzę żadnej głowy - odpowiedział.

- Panie - powtórzyła w tej chwili Fenella Daws z dramatycznym gestem - będziesz odpowiedzialny za wszystko co się stanie dwóm słabym kobietom.

- Niech żyje Jakób Sulliwan! - wrzeszczano w tłumie.

- Niech żyje Jego Wysokość lord Jerzy Montrath, jego zacny protektor!

- Panie! panie! - jęczała nieszczęsna Fenella.

Frania wstała i przyglądała się ciekawie wzburzonej tłuszczy. W jej pięknych niebieskich oczach nie było śladu obawy. Tłuszcza wrzeszczała dalej.

- Niech żyje związek!

- Związek i przewaga protestantów!

- Zdrowie porucznika Petersa!

- I zacnego chorążego Dickson!

- I szanownego junkra Brown!

- Niech dziabli porwą O'Connela i jego szczekaczy!

Wśród największej wrzawy drzwi od sali nagle się otworzyły i mężczyzna, przybrany także w mundur dragonów, zjawił się na progu. Był to oficer, wyższej rangi w paradnym mundurze, w hełmie i z szarfą haftowaną złotem. Prawą rękę nosił zawieszoną na temblaku. Szlify wskazywały, iż miał stopień majora. Niżsi oficerowie, ujrzawszy go, zamilkli natychmiast. A że stanowili główne ogniska, około których skupiała się wrzawa, więc i ich towarzysze zabawy poszli za ich przykładem i w sali zapanowało głuche milczenie.

Pani Fenella Daws przestała jęczeć. Przyglądała się majorowi z niezwykłem zajęciem i wązkie swe usta nadaremnie usiłowała nastroić do wdzięcznego uśmiechu.

W Frani oczach malowała się tylko zwykła jej wiekowi ciekawość.

- Och! - mruknął Gib Roe - to piękny Anglik zaprawdę!

Jozue Daws oderwał wzrok od fantastycznej istoty, którą był od kilku minut zajęty, zwrócił się do drzwi wchodowych i złożył majorowi, który go nie widział, uniżony ukłon.

- Panie Peters - rzekł major tonem komendy - panie Brown i panie Dickson, proszę wyjść ztąd.

Trzej młodzi ludzie, aczkolwiek napół pijani, zabierali się spełnić rozkaz. Ale inni biesiadnicy, otaczający ich ze wszech stron, nie mogli mieć w równym stopniu poczucia dyscypliny wojskowej. Zamiast ich wypuścić, ścisnęli szeregi i wrażenie spowodowane zjawieniem się majora, poczęło słabnąć powoli.

- Czego chce od nas ten człowiek? - pytano.

- Czyż mamy jakie ukryte choroby, któremi moglibyśmy zarazić żołnierzy Jej Królewskiej Mości?

- Czyż już nie można bez ubliżenia sobie, porozmawiać z nami i wypić szklankę ponczu?

- Zostańcie z nami panowie, niech sobie major idzie do dyabła.

Trzej młodzi oficerowie spuścili głowy i milczeli.

- Panie Dickson - powtórzył major - panie Brown, panie Peters, proszę wyjść.

Szmer ro zległ się po sali. Wszyscy zwrócili zagniewane oczy na teg o człowieka, który wyniośle nie zwracał najmniejszej uwagi na życzenia przedniejszych mieszczan z Galway. Fenella znowu załamała ręce i przygotowywała się zemdleć, jeżeli się po temu sposobność zdarzy.

- Nie ma nic piękniejszego - szeptała - jak ręka na temblaku.

Jozue Daws kiwał głową, nie tracąc poważnej swej miny.

Gib Roe otwierał oczy, przyglądał się złotym haftom przybysza, recytując całą litanię wykrzykników irlandzkich. Major stał nieruchomy, o kilka kroków od progu.

Był to mężczyzna około lat trzydziestu, wzrostu średniego, a proporcyonalne kształty jego, zdradzały niezwykłą siłę. Nie miał jednak w postawie nic atletycznego, a obcisły mundur zarysowywał zgrabną elegancką postać.

Czerwony kolor jego munduru, silnie uwydatniał matową bladość twarzy. Miał on piękne regularne rysy, czoło wyniosłe i dumny wyraz fizygnomii.

A wszystko jakby osłonięte maską zimną i nieruchomą.

Usłyszawszy dwa razy powtórzony rozkaz przez swego przełożonego, podkomendni oficerowie, przyzwyczajeni do posłuszeństwa, usiłowali się przebić przez tłum by się dostać do drzwi. Ale te wszystkie mózgownice irlandzkie, u których surowy purytanizm jest tylko pozornym, były nadmiarem zagrzane trunkiem. Protestanci w Irlandyi, mają nadto takie wysokie wyobrażenie o swem znaczeniu, iż szczerze wierzą, że żołnierze angielscy po to tylko istnieją, by prześladować katolików, nic też dziwnego, iż mieszczanie z Galway nie mogli znieść cierpliwie podobnej zniewagi. Człowiek, który powinienby być ich naturalnym sprzymierzeńce, obchodzi się z nimi w podobny sposób, to nie do zniesienia.

A nie pierwszy to raz major Percy Mortimer zaleca swoim oficerom, by się trzymali zdała od klubu oranżystów. Widocznie major nie sprzyja klubowi, zkąd można wnosić, iż jest umiarkowanym, może nawet obojętnym, albo oportunistą, to jest jednym z tych nędzników, którzy śmią utrzymywać, iż są protestantami, mimo to twierdzą, iż należy się w pewnej mierze zadowolić żądania tych bezbożników katolików.

Od dawna już mieszczanie w Galway przyszli do przekonania, iż rząd Jej Królewskiej Mości dostaje pomieszania zmysłów i wybór podobnego człowieka, aż nadto dowodzi nieudolności Roberta Peela. Już raz odesłano do Londynu, tego Mortimera, gdy pułkownik Brazer, zacna dusza ten przynajmniej, zawsze gotów rąbać się za świętą sprawę, zażądał jego przeniesienia. Ale Brazer jest zanadto dobrym Anglikiem, by być w łaskach u Roberta Peela; nie słuchano rad jego.

Szczęściem jest on zawsze przełożonym majora Percy Mortimera i ma przybyć do Galway z powodu wyborów. Dzięki tej nadziei pomocy i pod wpływem ponczu, członkowie klubu oranżystów zdobyli się na odwagę wypowiedzenia swej opinii. Jeden z nich wymówił słowo: zdrada, a za nim cały chór przepitych głosów powtórzył: zdrada! zdrada!

Krzyknięto trzy razy hurra! na cześć p. Dickson, trzy razy na cześć p. Brown i tyleż razy na cześć p. Petersa, zaś dwa razy tyle na intencyę zacnego pułkownika Brazera, a majora Percy Mortimera obsypano przekleństwami.

Pizyognomia jego pozostała niewzruszona wśród całej tej burzy, a we wzroku jego, skierowanym na tłum zagniewany, nie widać było ani trwogi, ani gniewu, ani pogardy. Zdawało się, iż jest zupełnie obojętnym na wszystko, co się około niego dzieje. Twarz jego odbijała blado od metalicznego blasku chełmu i purpurowej barwy munduru. Rzekłbyś, iż fantazya artysty przyodziała piękny marmurowy posąg, w mundur dragonów Jej Królewskiej Mości.

Po raz trzeci, nie podnosząc wcale głosu, rozkazał trzem oficerom wyjść z sali.

A że ci nie mogli zwalczyć oporu zbuntowanych mieszczan, major Percy Mortimer wydobył z za pasa jeden ze swoich bogato zdobionych pistoletów, odwiódł kurek i przyjrzał się starannie panewce. Frania zbladła. Ciotka jej przyłożyła flakonik do nosa i jęknęła dwa czy trzy razy.

- Podtrzymaj mnie Franiu - szepnęła - będziemy świadkami strasznego dramatu.

- Proszę się rozstąpić panowie - rzekł zwolna major, wznosząc do góry pistolet lewą ręką.

Tłum, wrzący z gniewu, cofnął się, jak mieszczuch krnąbrny a tchórzliwy. Trwało to zaledwie kilka sekund, ale trzej oficerowie, którzy wobec grozy położenia, zupełnie wytrzeźwieli, skorzystali z chwili popłochu, by utorować sobie przejście ku drzwiom. Wyszli nie wyrzekłszy ani słowa, zwyciężeni surową dyscypliną armii angielskiej.

Major pozostał sam jeden, założył pistolet za pas i zabierał się wyjść, gdy krzyk wściekłości rozległ się za nim wśród sali. Upojenie doszło do najwyższego stopnia i powstała w zgromadzeniu nagła reakcya, przeciw panującemu przed chwilą uczuciu trwogi. Było ich tam czterdziestu mieszczuchów, przeciw jednemu człowiekowi ze zranioną ręką. Mogli zatem okazać się odważnymi. Ośmiu czy dziesięciu z nich, wrzeszcząc i klnąc rzuciło się między drzwi i majora.

Oko Frani błysnęło. Wszystkie jej młode i szlachetne instynkta oburzyły się przeciw tej niecnej napaści. Nie zastanawiając się, wstała by biedź na pomoc majorowi Percy Mortimerowi. Ale nieszczęsna Fenella wstrzymała ją i rzekła mdlejącym głosem:

- Ach! Franiu! ach! biedne moje serce pęka... ach! niestety!... ach!

I strasznie wywracała białkami. Frania była zmuszoną podtrzymywać ją w swem objęciu. Poważny Jozue Daws wypił resztę trunku i wstał, by lepiej widzieć. Gib Roe poszedł za jego przykładem. Wstając rzucił ukradkiem spojrzenie na ruderę, na froncie której, widać wciąż było olbrzymią, ogorzałą fizyognomię.

W sali panowała wrzawa nie do opisania. Czterdzieści głosów sypiąc słowa z prędkością i gadatliwością iście irlandzką, wrzeszczało, klęło i rzucało obelgi. A krąg coraz bardziej ścieśniał się na około Percy Mortimera. Jedni drugich zachęcali do rozpoczęcia bójki, jeszcze kilka sekund, a major zostałby niechybnie zgnieciony przez tę pijaną i rozwścieczoną zgraję.

Odważniejsi już podnieśli na niego ręce, gdy głośny brzęk dał się słyszeć od strony okna.

Jedna z szyb wyleciała rozbita na drobne kawałki i jakiś przedmiot rzucony ze dworu, przeleciał po nad głowami napastników, uderzył o pierś majora i padł na podłogę. Jeden z napastników schylił się by go podnieść, lecz zaledwie dotknąwszy go, wypuścił z rąk jakby żarzący węgieł.

Krzyknął aż z przerażenia.

Nastała głęboka cisza i jak gdyby czarodziejska siła roztoczyła nagle swą opiekę nad majorem, krąg rozstąpił się na około niego.

Przedmiot rzucony przez okno leżał na ziemi, był to kamień wielkości pięści, do którego była przyczepiona ćwiartka papieru. Na tej ćwiartce ujrzano wyciśniętą straszną pieczęć sprzymierzonych Molly-Maguire, trumnę.

Mieszczanie z Galway stali nieruchomi, ledwie żywi, gdyż nazwisko człowieka, którego zemsta Płatników o północy skazywała na śmierć, było napisane na drugiej stronie ćwiartki i nie widzialne na pierwszy rzut oka. Dopiero major schylił się by podnieść groźne pismo. Odwrócił je na drugą stronę i odczytał głośno:

"Dla majora Percy-Mortimera".

Była to najwłaściwsza chwila do zemdlenia. Fenella Daws nie omieszkała z niej korzystać. Krzyknęła rozpaczliwie i padła na ławkę. Gib Roe robił wysilenia by zachować niewinną minę i wstrzymać się od wszelkich objawów podziwienia.

Jozue Daws zwrócił się szybko ku oknu i spojrzał na fasadę sąsiedniej rudery; lecz w miejscu, w którem pierwej widział olbrzymią twarz, z okiem zwróconem na salę, nie dojrzał już niczego, tylko ciemny otwór w gotyckiej framudze.

Major rzucił kamyk i zgniótł papier w palcach ręki, która mu pozostała wolną.

Nikt by się nie mógł domyśleć, że to jego nazwisko było wypisane na złowrogim papierze. Twarz jego nie zdradzała najmniejszego wzruszenia. Spojrzał. tylko spokojnem okiem na tęblak podtrzymujący jego prawą, zranioną rękę.

- Będzie to po raz siódmy - rzekł.

Mieszczanie z Galway rozstąpili się w milczeniu i major Percy Mortimer wyszedł, gdyż nikt tym razem nie myślał zatrzymywać go.

 

II. Kaganiec.

 

Minęło już dosyć czasu od chwili, jak stary Milles schronił się do swej sypialni. Ellen i Peggy spały w małym domku dobudowanym przy głównej chacie. Pogaszono trzcinowe świece; ludzie i zwierzęta spały. W głównej sali słychać było sapanie bydląt i chrapanie parobka, które przygłuszały oddech ośmiu braci.

Wybiła już dziesiąta i upłynęła przeszło godzina od chwili ukończenia modlitwy, która zwiastowała czas odpoczynku. Gdy mruczenie zwierząt w oborze, wzmocnione chrapaniem Joyce'a ustawało przypadkiem, można było słyszeć cichy szmer w tym końcu sali, w którym położyli się synowie Darmida.

Ale ciemność panowała tak wielka, iż niczego rozpoznać nie było można, ani domyśleć się zkąd szmer pochodził.

Po kilku minutach ten sam niewyraźny szmer dał się słyszeć w innem miejscu a mianowicie w środku sali. Jeden z psów zawył głucho pod stołem.

- Ciszej Wolf! - szepnął ktoś przytłumionym głosem.

Pies chciał jeszcze raz zawyć, lecz zamilkł nagle jak gdyby znajoma ręka zamknęła mu paszczę. Drzwi wychodzące na dwór zaskrzypiały. Czarna postać wysunęła się na zewnątrz. Przy słabem świetle księżyca, można było rozpoznać wyniosłą postać Morrisa Mac-Diarmid.

Szybko zbiegł wzdłóż ścieżki prowadzącej w dolinę, wśród której rozpościerała się wieś Knochdery. W dali świeciła się powierzchnia wód jeziora Corrib, ponad którem unosiła się lekka mgła. Reszta pejzażu ginęła niewyraźnie wśród gęstego mroku, przerywanego od czasu do czasu bladem światłem księżyca występującego z po za chmur.

Morris jeszcze nie przebył połowy drogi prowadzącej do jeziora, gdy wydało mu, iż słyszy kroki po za sobą. Zatrzymał się i słuchał. Milczenie panowało na około.

Szedł dalej. Lecz zaledwie postąpił parę kroków, znowu wydało mu się, iż jakieś niewyraźne dźwięki dochodzą jego uszów. Lecz Morrisowi pilno było widocznie, gdyż nie zatrzymując się rzekł tylko:

- To zapewne echo.

Niebawem znalazł się wśród biednych chat wioski, wspartej na stoku góry i noszącej nazwę sąsiedniego jeziora. Wszyscy spali, żadne światełko nie migotało w oknach nędznych lepianek.

Ostatnie domy były oddzielone od jeziora, tylko wązkim pasem uprawnej ziemi. Morris szybko przebiegł przez te pola i stanął na brzegu, wzdłóż którego leżały małe czółenka należące do wieśniaków. Począł wybierać pomiędzy niemi czy nie znajdzie jednego mniej lub więcej w dobrym stanie.

Gdy tak szukał wśród sitowia, próbując nogą słabe czółenka, usłyszał szczekanie psów we wsi, jak gdyby szmer kroków po żwirowatym piasku, zbudził ich ze snu. Morris począł się przysłuchiwać.

Wrócił się kilka kroków wstecz, usiłując cośkolwiek dojrzeć lub dosłyszeć. Ale chociaż księżyc był tylko osłonięty lekką mgłą, niczego nie mógł zobaczyć prócz kominów chat i wielkiej góry wznoszącej swój szczyt ku niebu. Odwiązał jedno z czółen i popłynął na drugi brzeg jeziora.

Powietrze było ciężkie, żaden powiew wiatru nie poruszał mgłą wznoszącą się ponad powierzchnią wody. Morris dostawszy się w ten tuman, stracił z oczów brzeg i musiał płynąć bez żadnego innego przewodnika, prócz własnego instynktu i dokładnej znajomości jeziora. Mgła rozpościerała nad nim i na około niego szare sklepienie. Wzrok napotykał na kilka łokci przed sobą tę okrągłą ścianę, której przeniknąć nie mógł, a która wszystko zasłaniała.

Lecz Morris wiosłował odważnie i kierował czółnem bez wahania. Od czasu do czasu wśród rozstępującej się mgły, ciemna jakaś powierzchnia przedstawiała się jego oczom. Była to jedna z licznych niezamieszkałych wysp, rozsianych wśród jeziora Corrib, na największej z nich, przechowują się dotychczas, otoczone zielonym wieńcem, wspaniałe ruiny starego opactwa Ballylocyh.

Morris już od kwadransa krążył wśród otaczającej go mgły i poraz trzeci wydało mu się, iż dolatują go jakieś niezwykłe dźwięki. Przysiągłby, iż słyszy po za sobą, szmer wioseł prujących wody jeziora.

Przestał wiosłować, a głosy stały się wyraźniejsze i zbliżały się coraz bardziej, rozchodząc się na wszystkie strony, tak że po kilku minutach oczekiwania, Morris usłyszał wyraźnie ruchy wioseł tak po za sobą, jako też po prawej i po lewej stronie.

Nie widział nic. Tajemnicze łodzie musiały płynąć blizko niego, lecz mgła coraz gęstszą pokrywała go zasłoną.

Lecz nocni ci żeglarze, nie mogli zatrzymać lub zatrwożyć takiego człowieka jak Morris, spuścił też wiosła do wody i począł płynąć dalej w milczeniu.

Aczkolwiek znał dobrze wody jeziora, gęsty tuman mylił go niejednokrotnie i ujrzawszy niespodziewanie jakąś wysepkę zmienił kierunek jazdy. Lecz dziwna rzecz, w jakąkolwiek zwrócił się stronę, słyszał zawsze z pewnej odległości, ów niepojęty ruch wioseł.

Rzekłbyś, iż wszystkie czółna ze wsi, krążą tej nocy po jeziorze.

Godzina cała upłynęła zanim dotarł do drugiego brzegu jeziora. W miarę jak się do takowego zbliżał, zdawało mu się, iż czółna fantastycznych towarzyszy oddalają się i rozchodzą w różne strony.

Gdy wreszcie wylądował i mgła rozdarła swą gęstą zasłonę, począł pilnie śledzić oczyma wzdłuż brzegu. Nie dojrzał nic, tylko gdzieś w dali, tak iż własnym oczom dowierzać nie mógł, jakąś ciemną postać, która niebawem zniknęła wśród zarośli.

To go utwierdziło w przekonaniu, iż głosy, które słyszał na jeziorze, nie zrodziły się wyłącznie w jego wyobraźni.

Lecz Morris Mac-Diarmid był w tej chwili zajęty waźnemi myślami i nie mógł tracić czasu na rozwiązywanie zagadek. Uwiązał swoje czółno wśród trzciny i puścił się szybkim krokiem wzdłuż pól oddzielających jezioro Corrib od wielkich bagien Galway.

Przechodząc przez te żyzne role, które rozumnie opracowane mogłyby z łatwością wydać plon obfity, Morris nie szedł prosto w jednym kierunku, lecz raz na prawo, drugi raz na lewo, jak gdyby szukał czegoś wśród nocy. Niebawem też i znalazł. Na skręcie drogi, nad brzegiem jednej z tych pięknych zielonych łąk tak pospolitych w Irlandyi, stado kucyków leżało na trawie.

Morris wskoczył na grzbiet jednego z tych karłowatych koników, który się ugiął pod niezwykłym ciężarem, lecz niebawem wstrząsnął tylko grzywą, wytężył silne muskuły i dowiódł, iż jest wstanie unieść nawet takiego jeźdźca, którego nogi wisiały, dotykając niemal ziemi. Morris pogłaskał go po szyi, wyszeptał kilka słów i konik pobiegł w cwał, zostawiając śpiących towarzyszy.

W kilku minutach przebiegł przez rolne pola pędząc jak wicher. Mimo nieproporcyonalności zachodzącej pomiędzy jeźdźcem i koniem, ten ostatni podnosił dumnie głowę jak rasowy wierzchowiec i nie zatrzymał się przed żadną przeszkodą.

Wśród bagien rozpościerających się pomiędzy Headford i Carndulla, miał dopiero sposobność rozwinąć swój nadzwyczajny instynkt. Bagna te zwane Bogs, są raczej olbrzymieni torfowiskami, z których mieszkańcy wydobywają torf, jedyny opał znany w Irlandyi. Spotyka się wśród nich na przemian stały grunt, ruchome błoto i stojącą wodę. Co krok można ugrzęznąć w trzęsawisku, a nawet miejscowi mieszkańcy nie zawsze potrafią w biały dzień przebyć te trzęsawiska, nie naraziwszy się na niebezpieczeństwo.

Nocą podobna przeprawa staje się stokroć groźniejszą. Długie kije nie wystarczają do sądowania głębokości i zabezpieczenia się od upadku. Podróżny rad nie rad musi się zatrzymać lub zdać duszę Bogu, jeżeli nie chce ślepo ryzykować życia i stawiać je na kartę w grze, w której ma prawie wszystkie szanse przeciw sobie.

Ale ten biegł pewnym i śmiałym kłusem, wśród tych wszystkich niebezpieczeństw. Nadzwyczajnym swym instynktem odgadywał gdzie idzie wązki pas stałej ziemi wijący się wężykiem wśród błotnistych przepaści. Omijał kałuże i zdradne murawy pokrywające bezdenne błota i śmiało puszczał się pomiędzy gęstwiny trzciny i bagnistych sosen. Dreptał tak wciąż naprzód nie zwalniając kroku ani na chwilę.

Morris ujechał już cztery do pięciu mil angielskich granicy pól ornych. W odległości jednej mili przed nim, płynęła mała rzeczka Moyna.

- Naprzód! ma bruchal! - szeptał wiejskim dyalektem. - Naprzód mój koniku! Arrach! Arrach!

Naraz zamilkł i podniósł głowę. Jeszcze raz usłyszał wśród ciemności jakieś zalatujące go głosy. I rzecz dziwna, czyniły one na nim znowu wrażenie echa. Gdy opuściwszy folwark schodził z góry, słyszał po za sobą jakby powtórzenie własnych kroków; psy we wsi Corrib wyły po dwakroć, wśród mgły jeziora, jakieś tajemnicze wiosła pruły za nim wodę, wtórując jego własnym wiosłom, a teraz wśród bagien, jak gdyby echo powtarzało kroki jego wierzchowca i mokra ziemia zdawała się dźwięczyć pod kopytami licznych kuców.

Nie mylił się; słyszał rzeczywiście stąpanie koni. Było ich kilka, było ich nawet sporo.

Wśród ciemnej nocy Morris niczego nie mógł dojrzeć, lecz nieznajomi jego towarzysze przybliżali się coraz bardziej jak gdyby wszyscy dążyli do jednego celu. Niebawem będą musieli jechać ślad w ślad za Morrisem, a wtedy niechybnie się spotkają, gdyż pomiędzy górą Corbally i rzeką Moyne bagnisko kończy się wązkim jedynie możliwym do przebycia pasem.

Morris odpiął swój karrik, rodzaj płaszcza używanego przez wszystkich wieśniaków w Irlandyi, wyjął z kieszeni kwadratowy kawał czarnego płótna i przyczepił go do kapelusza, tak że spadające fałdy zakryły mu całkiem twarz. Jedną ręką podnosił tę zasłonę dla odkrycia oczów, drugą głaskał po szyi kuca, który z podwojonym zapałem, pędził jak strzała.

Księżyc począł wychylać się z poza czarnych chmur, których brzeg oświecił srebrzystym pasem, rzucając niepewne i blade promienie na bagnisko.

Morris, korzystając z tej chwili, wytężył wzrok. Ujrzał jakąś ciemną postać posuwającą się konno jak i on, za nią ukazała się druga, potem trzecia. Tajemniczy jeźdźcy wysuwali się z mroku nocy jak widma. Morris naliczył ich siedmiu, pędzących galopem wśród bagien wężykowym szlakiem.

Wśród światła księżyca płonącego teraz na jasnym błękicie pomiędzy dwiema chmurami, przedmioty przedstawiały się wyraźnie. Morris rozróżniał dokładnie jeźdźców, którzy wszyscy zdawali się mieć tę samą co i on postać. Byli słusznego wzrostu, ubrani w ciemne opończe, mieli czarne zasłony przyczepione do kapeluszy i jechali na małych konikach.

Przybyli prawie jednocześnie nad ciasny pas bagna między rzeką Moyńe i górą Corbally.

Morris, który jechał pierwszy, słyszał tuż za sobą kroki małego kuca. Ścisnął kolanami swojego wierzchowca i zniknął niebawem między wierzbami rosnącemi wzdłuż rzeki.

Drugi jeździec zatrzymał się nagle, toż samo uczynił trzeci.

- Kto idzie? - zapytali jednocześnie nie podnosząc zasłon.

- Midnight Payes. (Płatnicy o północy) - odpowiedział trzeci przybysz.

- Owen!

Michey!

- Sam!

Trzech innych jeźdźców nadjechało jednocześnie.

- Natty! Dan! Larry!

Sześciu braci stanęło razem i podali sobie ręce.

- Niech Bóg strzeże Irlandyę! - rzekł Michey. - To tu jest miejsce schadzki. Któż nam wskaże drogę?

Nikt nie odpowiedział.

- Trzeba szukać - rzekł Michey - nasz przewodnik zjawi się gdy nadejdzie godzina.

Biedny Pat spał tymczasem w małej budzie przyczepionej do murowanego parkanu ogradzającego folwark Lukassa Neale. Z drugiej strony muru płynęła rzeka Moyna, odgraniczająca od północy posiadłość tego zamożnego middleman'a, to jest dzierżawcy pośredniego między wielkimi właścicielami a drobnymi dzierżawcami. Pat pełnił w tym folwarku jednocześnie obowiązki parobka i stróża i miał strzec wrót od strony wody.

Wśród pierwszego swego snu, został biedny chłopak zbudzony lekkiem stukaniem do bramy.

- Pat - wołał ktoś przygłuszonym głosem.

Parobek odwrócił się na słomie, łudząc się, iż to tylko sen. Nie mało się nabiegał tego wieczora i padał ze znużenia. Ale głos odezwał się znowu:

- Pat! serce moje! pilno mi.

Pat przetarł oczy z westchnieniem i zerwał się na nogi.

- Czego chcesz i kto jesteś? - zapytał, chociaż się domyślał kto to przychodzi budzić go wśród nocy.

- Synu mój - odezwał się ten sam głos - jestem siostrzeńcem naszej cioci. Czy masz ochotę bym ci łeb rozbił?

- Arrach! - mruknął biedny Pat. - Niech Bóg się nad nami zlituje. Ależ to jeszcze nie północ, proszę Waszej Wielmożności. Czyżby ciocia Molly już przyszła z całą swoją bandą?

Za drzwiami ktoś tupnął nogą i rzekł:

- Jestem sam. Otwieraj lub nie ponosisz długo całych kości przyjacielu Pat.

Parobek wsadził klucz w zamek i otworzył furtkę. Mężczyzna w ciemnym karrik u przeszedł szybko przez próg. Za furtką stała wychudła postać Pata, któremu rozczochrane włosy, prawie całkiem zasłaniały twarz.

- Dobry wieczór Pat, mój chłopcze! - rzekł mężczyzna w opończy. - Nie spodziewałeś się mnie tak wcześnie. Mamy jeszcze przed sobą godzinę czasu, musisz mnie natychmiast zaprowadzić do pokoju majora angielskiego.

- O mój dobry paniczu - odpowiedział Pat, drżąc ze strachu i z zimna - czyżbyś chciał go zabić? Ma hruchal! szkoda fatygi, Anglik i bez tego ledwie dyszy i nie potrzebuje niczyjej pomocy by się wynieść na tamten świat. Niech mu Bóg grzechy odpuści!

- Powiadam ci - odrzekł przybysz z niecierpliwością - iż masz mnie natychmiast do niego zaprowadzić.

Pat wahał się i drżał ze strachu.

- O mój paniczu, mój dobry panie - rzekł - czyż ja się dzisiaj nie dosyć już napracowałem. Daleka to droga do folwarku Maniturks, a przebiegłem ją dwa razy. Posłuchaj mnie zacny panie. Miej litość nademną i nad sobą samym. Nikt dzisiaj nie śpi w folwarku Lukassa Neale i dostaniemy obydwaj kulami w głowy zanim dojdziemy do pokoju Anglika. To niezawodne, wierzaj mi Wasza Wielmożność, niechybne drogi paniczku!

Mężczyzna w karriku schwycił go za kołnierz od koszuli. Pat jęknął tylko i wsadził brudne palce między rozczochrane włosy.

- Ruszaj! - rzekł nowo przybyły.

- Idę już, kiedy sobie pan mój tego życzy, idę złotko moje - rzekł Pat - ale niech ci Bóg moją śmierć wybaczy.

Zrozumiał, iż byłoby niebezpiecznie opierać się dłużej rozkazom przybysza i wszedł do budy dla wdziania starych swych łachmanów, poczem poszedł wzdłuż parkanu.

Pat przez cały wieczór, biegał za interesami nie mającymi nic wspólnego z dobrem jego pana, a teraz otwierał wrota nieprzyjacielowi. Zły był z niego dozorca.

Mężczyzna w karriku i on skradali się po za owocowemi drzewami i starali się stąpać jak najciszej idąc po murawie. Tak doszli aż do głównego domu nie natrafiwszy na żadną przeszkodę. Weszli.

Ciemno było na korytarzach i na schodach. Obaj towarzysze usłyszeli jakieś głosy przytłumione i niespokojne. Pat powiedział prawdę, mało kto spał tej nocy w folwarku Lukassa Neale, a plakaty porozlepiane na ulicach w Galway wystarczyły do wzbudzenia trwogi i czujności. Właśnie wskutek tych rozmów, nie dosłyszano cichego stąpania przechodniów skradających się wśród ciemnego korytarza. Tak, że szczęśliwie doszli oni do celu wyprawy.

- Oto jest pokój Anglika - rzekł Pat na pół umarły. - Czy mogę już odejść.

- Nie - odrzekł tamten - czekaj na mnie tutaj, będziesz mi jeszcze potrzebny.

Otworzył drzwi i wszedł. Pat na pół omdlały pozostał na korytarzu. Niebezpieczna to gra służyć jednocześnie dwóm panom, jak to Pat czynił, a zbytnią odwagą poszczycić się nie mógł. Przytulił się też do muru, stłumił oddech, lękając się, iż go w każdej chwili żylasta ręka dzierżawcy folwarku schwyci za czuprynę.

Pokój Anglika, był oświecony tylko trzcinową świecą umieszczoną w kącie. Na łóżku leżał wyciągnięty mężczyzna. Przy nim na krześle siedziała młoda i piękna dziewczyna z głową w tył przechyloną i z zamkniętemi oczami. Zapewne miała czuwać nad rannym, ale sen ją zmorzył i zasnęła.

Spiąć uśmiechała się, przyjemny sen rozweselał ją widocznie a czysta jej dziewicza dusza malowała się na jasnem czole.

Ranny miał oczy otwarte. Rysy jego słabo oświecone oddalonem światłem, były regularne i szlachetne, ale wzrok jego był sztywny, ponury, jak gdyby zasypiał snem wiecznym. Piersi zostawił nie osłonięte kołdrą, a z pod koszuli, na prawym boku wyglądały skrwawione bandaże. Ręce miał trupio białe, twarz bladą i nieruchomą, tylko słaby oddech wydobywający się przez na pół otwarte usta, nadawał jej pozory życia.

Nowo przybyły miał rysy zasłonięte czarnym woalem. Podszedł cichutko do łóżka. Ranny nie ruszył się i młoda dziewczyna nie zbudziła się. Nieznajomy zbliżywszy się do majora podniósł zasłonę zakrywającą mu twarz i pochylił się nad łóżkiem.

- Percy-Mortimer - rzekł - czy poznajesz mnie.

- Jesteś jednym z płatników o północy - rzekł ranny niewyraźnym głosem. - Bronić się nie mogę. Oszczędź tę młodą dziewczynę i zabij mnie.

Nieznajomy wziął trzcinową świecę i oświecił nią twarz swoją.

- Percy-Mortimer - rzekł jeszcze - czy poznajesz mnie?

- Nie - odpowiedział major.

- Widzieliśmy się już jednak dwa razy - rzekł tamten głosem wolnym i poważnym - raz w Ryszmondzie pod Londynem, gdzieś szpadą swoją oddalił od mej piersi sztylet morderczy.

- Nie pamiętam - odrzekł major.

- Drugi raz spotkaliśmy się wśród bagien Clare-Galway, gdzie ci spłaciłem część mojego długu.

Major przyjrzał mu się uważniej.

- Prawda - rzekł - ocaliłeś mi pan życie. Czegóż sobie tedy życzysz?

- Syn mojego ojca - odpowiedział nieznajomy, podnosząc dumnie głowę - oddaje trzy cięcia za jedno i trzy dobrodziejstwa za jedną usługę. Ocalę ci dzisiaj życie majorze Parcy-Mortimer i spłacę tym sposobem tylko dwie trzecie mojego długu.

Katti Neal, młoda dziewczyna śpiąca, poruszyła się zlekka, jak gdyby się miała obudzić. Nieznajomy pospiesznie zasłonił twarz i wziąwszy jedwabną chusteczkę leżącą na łóżku majora, zakneblował nią usta dziewczęcia, zanim mogła jęknąć lub słówko wymówić.

- Katti, siostrzyczko moja - wyszeptał - przyszedłem by i ciebie też ocalić.

Strach, który się malował w oczach młodej dziewczyny, tak znienacka obudzonej, ustąpił miejsca zdziwieniu. Spojrzała bystro na nieznajomego, jak gdyby chciała przeszyć wzrokiem maskę zasłaniającą twarz jego, gdyż ostatnie te słowa wymówił tonem łagodnym i czułym. Naraz odezwał się głosem ostrym i groźnym.

- Katti Neal i ty panie majorze, musicie mi towarzyszyć i milczeć jeżeli wam życie miłe.

Zgasił trzcinową świece i przywołał Pata stojącego przy drzwiach.

- Pomóż mi wziąć Anglika na plecy, poczem weźmiesz twoją młodą panią za rękę i pójdziesz z nią za mną.

- Arrah! niech się Bóg nad nami zlituje - mruknął biedny parobek.

Nie śmiał się jednak sprzeciwić. Majora otulonego kołdrami wziął na plecy zamaskowany mężczyzna, a Pat szedł trzymając za rękę Katti na pół umarłą ze strachu. Poszli znowu korytarzem. Tym razem trudno było przejść bez zwrócenia uwagi mieszkańców folwarku.

- Kto się tam włóczy? - krzyknął zdaleka Lukass Neale.

- Odpowiadaj, alboś przepadł. - rzekł zamaskowany mężczyzna do parobka.

- To ja, proszę Waszej Wielmożności - zawołał Pat, dusząc się ze strachu - to ja chodzę oglądać, czy wszystko w porządku. Bogu dzięki, nie ma nic złego. Dobrej nocy życzę Waszej Wielmożności.

Nieznajomy wraz z swoim ciężarem, znajdował się już na dole.

- Otwórz drzwi od stajni - rzekł do parobka, gdy tenże nadszedł - i zaprzęgnij konia do bryczki.

- Ależ drogi paniczu usłyszą nas - zauważył Pat żałosnym tonem.

Mężczyzna w karriku, jedną ręką podtrzymując majora, wyciągnął drugą w kierunku parobka, który uczuł przy skroni lufę pistoletu.

- Niech się Bóg nad nami zlituje - wyszeptał Pat z rozpaczą. - Arrah! Arrah!

I otworzył drzwi od stajni. Na podwórzu nie było nikogo, a uwaga mieszkańców folwarku była głównie zwróconą na zewnątrz. Gdy koń został zaprzągnięty do bryczki, zamaskowany mężczyzna usadowił w niej majora obok Katti Neale, którą pocałował w rękę. Pat siadł na kozioł, zaciął konia i pojechał.

Dzierżawca usłyszał zgrzyt otwierającej się bramy i turkot bryczki, lecz nikt mu nie umiał objaśnić, kto to z folwarku wyjechał. Podczas tej nocy pełnej trwogi, nie miano zbyt wiele czasu, na rozwiązywanie zagadek.

Nieznajomy zaś zeszedł do ogrodu, wyszedł przez bramę od strony rzeki, wsiadł na kuca, którego był przywiązał do płota i puścił się w cwał.

Wszystko to nie trwało dłużej jak kilka minut.

Tymczasem synowie Diarmida czekali wciąż na wązkiej drożynie między Corbally i rzeką Moyną. Na raz usłyszeli tentent pomiędzy wierzbami i w bladem świetle księżycowem ukazał się jeździec. Był to ten sam mężczyzna, który przed chwilą porwał Katti Neale i majora Percy-Mortimer.

- Kto idzie? - zapytał Michey.

- Płatnik o północy.

Synowie Mac-Diarmida rozstąpili się i nowo przybyły podniósłszy, czarną zasłonę, ukazaał im szlachetną twarz Morrisa. Stanąwszy w środku pomiędzy braćmi, okiem policzył otaczających go.

- Niech Bóg zbawi Irlandyę! - rzekł cichym głosem. - Jermin pozostał przynajmniej naszemu ojcu.

- Niech Bóg zbawi Irlandyę - powtórzyli wszyscy Mac-Diarmidowie.

Promienie księżyca padały prosto na ich piękne i energiczne twarze, otoczone puklami zwilżonych włosów. Było to sześciu tęgich młodzieńców, sześć dzielnych serc, kierowanych tylko jedną wolą. Można było powiedzieć "biada temu", kogo poczytywali za nieprzyjaciela.

- Bracia - odezwał się Morris głosem pewnym lecz smutnym zarazem - przywdzialiśmy czarne zasłony w tajemnicy jedni przed drugimi, powodowani siłą wyższą od naszej własnej woli. Daj Boże, by to wyszło na pożytek naszej ojczyzny.

- Postaramy się o to - rzekł Michey.

- I zwyciężymy! - zawołali młodzi.

Morris wzniósł oczy w niebo i wyszeptał głosem tak cichym, iż słowa jego zaledwie dochodziły do uszów braci:

- Ci których szanujemy i kochamy, pogardzają nami. Zwyciężymy może, ale umrzeć zawsze potrafimy.

Pochylił głowę na chwilę i podniósłszy ją znowu, rzekł głośno:

- Zostaliśmy wybrani, spełnijmy zatem obowiązek.

Owen, który do tej pory milczał, zbliżył się do niego.

- Bracie - rzekł cichym głosem - Katti Neale, mojej narzeczonej śmierć grozi, pozwól mi ją ocalić.

- Katti jest mojej siostrą, kiedy ją mój brat kocha - odpowiedział Morris - powracam z folwarku Lukassa Neale.

Owen wziął rękę brata i przycisnął ją namiętnie do serca.

- Czas leci, a ten który miał nas poprowadzić nie przybywa - rzekł Michey.

- Ten, który ma was poprowadzić już przybył, odpowiedział Morris. - Idźcie za mną.

W chwili gdy mieli odjechać, ósmy jeździec ukazał się na przesmyku, pędząc co koń wyskoczy. Wszyscy bracia pospiesznie nałożyli zasłony.

- Kto idzie? - zapytał Morris.

- Płatnik o północy - odpowiedział z pod zasłony słodki niemal dziecięcy głosik.

- Jermin! - odezwali się jednocześnie wszyscy bracia.

A Morris dodał smutnie:

- Starzec nie ma już synów według swego serca. Niech Bóg zbawi Irlandyę!

Zbliżała się północ. Bracia puścili się galopem.

Pomiędzy Corbally i Men-Longh, o milę od koryta rzeki, księżyc oświecał jakąś wielką ciemną masę, której kontury odbijały się na jasnem tle nieba. Kawalkada skierowała się w tę stronę.

W miarę jak się zbliżali, mogli już rozróżniać mury, a w nich gotyckie otwory, idące szeregiem i ginące wśród cienia. Były to ruiny Opactwa Glanmore - jednej z tych cudownych katolickich pamiątek, których szczątki trwają przez wieki.

Wszyscy synowie Diarmida, wjechali konno do klasztoru, w którym przez otwarte sklepienie widać było niebo. Zsiedli z koni dopiero we wnętrzu budynku, w wielkiej sali doskonale przechowanej, w rogu której umieszczone były schody, prowadzące do podziemi. Synowie Diarmida zeszli temi schodami. Kuce puszczone na wolność rozbiegły się po klasztorze, szukając miejscowości porośniętych trawą.

Naraz rozległ się dziwny hałas. Był to jakby tajemniczy grzmot wydobywający się z pod ziemi. Podłoga w starożytnych salach zadrżała i tysiączne echa rozeszły się wśród opuszczonych od wieków przestrzeni.

Światło zajaśniało w otworze schodów, któremi zeszli Diarmidowie. W kilka chwil później tłum w maskach zapełnił sale i przeszedł w milczeniu przez ruiny klasztoru.

Na czele tłumu szedł mężczyzna niemal olbrzymiego wzrostu, ubrany w burnus czerwony z kapturem, służący za zwykłe okrycie kobietom w hrabstwie Connanght. Trzymał on nad głową zapaloną ogromną gałąź bagnistej żywicznej sosny. Tłum opuściwszy ruiny szedł szybkim krokiem w milczeniu. Olbrzym potrząsał kagańcem i pozostawiał po za sobą długie pasmo iskier.

Czerwony burnus powiewał za nim jasno oświecony, a z swoim olbrzymim kagańcem o długim ognistym warkoczu, czynił on, pędząc przez pola, wrażenie nadprzyrodzonego zjawiska.

Ten człowiek, który się podjął roli Molly-Maguire fantastycznej królowej towarzyszów ribboumen, był dobrze znany w okolicy pod nazwiskiem Mahony, podpalacza. O milę od Opactwa Glanmore, nad brzegiem rzeki Moyny, wznosił się nowy dom folwarku, otoczony szopami i oborami. Był to folwark jakich mało w Irlandyi a zwłaszcza w hrabstwie Connanght.

Zamożność jego, stanowiła jaskrawą sprzeczność z sąsiedniemi nędznemi siedzibami.

W oknach nie było świateł, rzekłbyś, iż wszyscy śpią w domu. Pozorny to był jednak spokój i kto by Się zbliżył do ścian domostwa, ujrzałby kilka luf błyszczących po za okiennicami na pół odemkniętemi.

Folwark ten należał do Lukassa Neale, jednego z oficyalistów lorda Jerzego Montrath, posiadacza całej zachodniej części okręgu Galway.

Gdy ujrzano z daleka krwawy blask kagańca, zrobił się ruch po za okiennicami, wykrzykniki zgrozy i obawy krzyżowały się między sobą, połączone z jękami kobiet.

Kaganiec zbliżał się prędko, tuż za olbrzymem można było rozpoznać ośmiu tęgich mężczyzn, w ciemnych opończach, lecz nie uzbrojonych, po za nimi błyszczały wśród tłum u lufy palnych broni.

- Kto idzie? - zawołał ktoś z wnętrza domu.

- Mushe! - mruknął olbrzym Mahony. - Czekają na nas zacne łajdaki.

Poważny głos odezwał się wśród tłumu:

- Jesteśmy płatnikami o północy Lukassu Neale, wyrzuciłeś z dzierżawy starą Meggy, my ciebie wyrzucimy z tego domu, taki jest rozkaz towarzyszy Molly-Maguire. Taki jest rozkaz poczciwej Cioci Molly - powtórzył drwiącym głosem olbrzym przebrany za kobietę.

Jednocześnie wstrząsnął kagańcem ponad zakapturzoną głową i iskry posypały się na wszystkie strony.

- Ani kroku naprzód, w imię Boga! - zawołano z wnętrza domu.

Tłum nie usłuchał przestrogi. Usłyszano kilka strzałów, dwóch ludzi padło pomiędzy płatnikami o północy.

- Ognia towarzysze - ryknął Mahony, podpalacz wstrząsając kagańcem.

Wszyscy uzbrojeni w fuzye wystrzelili razem, w dom Lukassa Neale rozległy się jęki.

 

............................................................................................................

............................................................................................................

............................................................................................................

 

W pół godziny później straszny pożar, którego żadna siła ludzka ugasić nie była w stanie, pochłonął folwark cały.

Ogień oświecał szereg czarnych postaci otaczających nieruchomie i w milczeniu budynki przeznaczone na pastwę, przyglądających się dziełu zniszczenia.

Były to szyldwachy zemsty irlandzkiej. Strzegły pożaru przed obcą pomocą.

Nazajutrz pozostały tylko dopalające się zgliszcza.

W środku okopconych szczątków zatknięty był drąg z tablicą, na której pod nazwiskiem Molly-Maguire, czytano półstopowemi literai nakreślony napis:

 

Koniec Prologu.

 

III. Katti Neale.

 

Mieszkanie Mahoniego, tego olbrzyma, którego widzieliśmy niosącego kaganiec w nocy pożaru folwarku Lukassa Neale, znajdowało się na krańcu Claddagh, jednego z przedmieść Galway. Była to pochylona chałupa, wybudowana z nieociosanych belek, wychodząca z jednej strony na ulicę, z drugiej na podwórze, zarosłe pokrzywami i innemi zielskami, w głębi którego wznosiła się owa rudera z ponurą fasadą, widzialną z okien oberży Króla Makolma.

Mahony potrzebował przejść zaledwie kilka kroków, by się dostać na stanowisko, na którem widzieliśmy go tegoż ranka.

Był to mężczyzna około pięćdziesięciu lat wieku, z czarną kędzierzawą czupryną, wśród której srebrzyło się już kilka siwych włosów; miał on wielce charakterystyczną fizyognomię zdradzającą więcej energii niż inteligencyi. Dzieje jego były takie same jak i wielu z jego rodaków. Był małym bezkontraktowym dzierżawcą nad brzegiem jezior; przyszedł ciężki rok i agent lorda właściciela ziemi, wygnał go bez litości.

Mahony miał żonę i dzieci, przez długi czas biegał od wsi do wsi szukając pracy dla swych silnych rąk. Ale o pracę było trudno. W hrabstwie Connanght, biedny czynszownik umierający z głodu wśród nagich ścian swej chaty, nie ma czem opłacać obcych rąk. Mahony wziął się do żebraczki.

Magda, żona Mahoniego zachorowała, dzieci jego cierpiały głód. Z wściekłością przyglądał się swym silnym rękom, z żelaznemi muskułami wyglądającymi pod wychudzonej skóry. Nie było nigdzie pracy, by odegnać ów głód dręczący ukochane istoty.

Pewnego dnia dziwne wieści obiły się o jego uszy; usłyszał jakieś nieznane nazwisko połączone z słowami zemsty. Następnej nocy nie wrócił do chaty. Nazajutrz kolonia, którą zajmował niegdyś nad brzegiem jeziora Mask, leżała w zgliszczach.

Nabył niebawem wielkiego rozgłosu wśród spiskowców Molly-Maguire. Znano go na dwadzieścia mil w około, wśród nocnych zgromadzeń i pomiędzy Płatnikami o północy pod nazwą: Mahoniego Podpalacza.

Jermyn Mac-Diarmid i on, weszli razem do chaty. Usiedli obydwaj zdała od Magdy Mahony, około której czworo czy pięcioro dzieciaków bawiło się na ziemi.

- Żono - zapytał Podpalacz - czy nikt tu nie przyszedł?

- Nikt - odpowiedziała Magda smutnym głosem. - Któżby miał przyjść do nas, kiedy pełno poteenu na ulicy i gdy rozdają ciastka owsiane przed każdym szynkiem.

- Zaczekajmy nie niego - rzekł Mahony do Jermyna - niebawem nadejdzie.

Najmłodszy z synów Diarmida był w kwiecie tej młodzieńczej piękności, której wierne odmalowanie stanowi największy urok poezyi starożytnej. Rysy jego, zachowały jeszcze naiwną słodycz lat dziecinnych, zdawało się też, że tylko dziecinne sny mogą postać na pogodnem czole, ocienionem długiemi blond włosami, którychby mu najpiękniejsza z dziewic pozazdrościć mogła.

A jednak widać było, iż Jermyn utracił już wesołą swobodę lat młodzieńczych.

Miłość, która odmładza starców, dojrzewa wcześnie w sercach młodzieńczych. Jermyn kochał, Jermyn był zazdrosny, a to podwójne cierpienie być zazdrosnym w wieku, gdy serce wrażliwe boleje strasznie za najmniejszą raną. Jermyn objął głowę obiema rękami i przyglądał się olbrzymowi, który spokojnie zapalił fajkę.

- Jakąż miał minę, gdy kamień ugodził w pierś jego? - zapytał Jermyn.

- Jaką minę? - odpowiedział Mahony - za wsze tę samą, którą znasz dobrze Mac-Diarmidzie, taką jaką będzie miał w dniu swego wesela i w dniu swojej śmierci. Mosha! mój synu, czyś ty widział kiedy by ten człowiek zmienił fizyognomią?

- Nie przeląkł się? - szepnął Jermyn.

- Czy się przeląkł? Nie, na honor mój chłopcze! nie przeląkł się bardziej dzisiaj, niż roku zeszłego, gdy dziesięć obnażonych nożów błysnęło koło jego piersi. Zabiją go w końcu niezawodnie mój synu, ale go nigdy nie przestraszą.

Jermyn potarł ręką czoło.

- Dzielny on i odważny - pomyślał głośno.

- Nie wiem - odpowiedział olbrzym. - Ludzie mówią - iż jest z dyabłem w zmowie. Ja zaś przypuszczam, iż umie czarować. Gdyż mówmy seryo Mac-Diarmidzie. Jakże wytłómaczyć inaczej postępowanie twego brata Morrisa?

Jermyn nic nie odpowiedział.

- Już trzy razy - mówił dalej Mahony - Morris przyszedł mu z pomocą. Gdyby nie on, otwarcie ci to wyznam, już by dawno major poniósł do piekieł swoją bladą twarz i nieruchome oczy. Niezawodnie Morrisowi czar rzucił.

Jermyn milczał wciąż, a olbrzym prawił dalej, strząsnąwszy popiół z fajki.

- Widzisz serce moje, nie wszystko idzie jak potrzeba w domu Mac-Diarmida. Stary ojciec, jest stronnikiem O'Conella, a nas uważa za zbójców. Nie gniewam się o to, zresztą to święty człowiek i siedzi za nas w więzieniu, lecz Morris, dzielny chłopak jednak! został zaczarowany jak Bóg w niebie! Rzekłbyś, że go już kaganiec przestrasza. Chce z nas zrobić żołnierzy, ma bouchal! a tymczasem już trzy razy stanął między nami i czerwonym mundurem! A Owen mój synu! Owen, który pojął za żonę Katti Neale, córkę lordowego agenta.

- Nie miała już schronienia - przerwał Jermyn - a kochał ją.

- Kochał! - mruknął Mahony - wielka racya! ale powiadają, że w waszej rodzinie jest jeszcze jedna osoba, która także pozwala sobie kochać!...

Jerzy ścisnął konwulsyjnie rękę olbrzyma, brwi mu się zmarszczyły, twarz jeszcze bardziej pobladła.

- Milcz! - szepnął rozkazującym tonem.

- Dobrze, dobrze - odpowiedział Mahony z uległością. - Ci, którzy to mówią, mylą się może, a przy tem ta szlachetna pani stoi po nad nami.... Magdo, moja kochana, ucisz dzieci, albo je zduszę własnemi pięściami. W każdym razie, tyś nasz Mac-Diarmidzie i jestem przekonany, iż w całem hrabstwie Connanght, nie ma człowieka, któryby z równą jak ty przyjemnością wyprawił majora do wszystkich dyabłów!

- To niebezpieczny wróg Irlandyi - rzekł Jermyn rumieniąc się.

Olbrzym uśmiechnął się złośliwie.

- Arrah! mój synu, podzielam zupełnie twoje zdanie. Ale otóż i Dan powraca z więzienia.

- Jakie wiadomości przynosisz od ojca? - za pytał Jermyn.

Dan miał twarz smutną.

- Złe - odpowiedział, nie przestępując progu. Mac-Diarmid cierpi, a odmawia wszelkiej ulgi. Wyrzeka się wolności, byle tylko nie sprzeciwić się rozkazom O'Conella. Nic nie może zmienić jego postanowienie. O'Conell! wiecznie O'Conell. To bóg jego.

- Biedny ojciec! - rzekł Jermyn.

- Niech Bóg nad nim czuwa! - dodał Mahony, to święty człowiek.

- A stronnicy O'Conella - dodał Dan z goryczą - śpiewają wesoło po ulicach, podczas gdy starzec opuszczony cierpi. Chodź Jermynie, już późno, czekają na nas w domu.

Jermyn wstał, zamienił kilka słów z Mahonym i uścisnął mu dłoń, poczem wyszedł wraz z bratem.

Oranżyści i katolicy pili tymczasem dalej i rozprawiali w szynkach i na ulicy. Obydwaj Mac-Diarmidowie przeszli przez miasto szybkim krokiem, spoglądając z jednakowem uczuciem pogardy na zabawę obydwóch stronnictw. Przeszli, nie przyłączywszy się do żadnej grupy, nie przemówiwszy słowa do nikogo.

Wyszedłszy z miasta przyspieszyli kroku, przerywając zaledwie kilkoma słowami, długie chwile milczenia.

Już dzień miał się ku schyłkowi, gdy wrócili do domu.

Owen znajdował się sam w głównej sali, z córką Lukassa Neale, dzisiejszą swoją żoną. Agent lorda Montrath, został zabity w nocy podczas pożaru, gdy próbował bronić swego domu.

Katti zachowała niepewne wspomnienie o strasznych wypadkach tej nocy, przypominała sobie jak przez mgłę, iż widziała u łoża ranionego majora i usnęła, nagle sen jej został przerwany przez przybycie nieznajomego człowieka z zasłoniętą twarzą, dalej na stąpiło porwanie i szybka jazda w wózku powożonym przez parobka Pat, który ją zawiózł, wraz z majorem, do oberży w Tuam.

Wiedziała dobrze, iż sprawcami tej napaści nocnej byli Płatnicy o północy, ale nie wiedziała, iż synowie Milesa Mac-Diarmida są członkami tego groźnego stowarzyszenia.

Uwięzienie starego Milesa, uważała, tak jak wszyscy w okolicy za wielką niesprawiedliwość, albo co naj mniej za omyłkę sprawiedliwości. Stary Miles był uważany powszechnie i słusznie za zapamiętałego stronnika O'Conella, a wiedziano jak surowo Oswobodziciel potępiał wszelkie tajne stowarzyszenia. Czyż synowie starego Milesa, tacy pełni dla niego szacunku i poświęcenia, mogli nie podzielać jego przekonań?

Kochała ona Owena od dzieciństwa. Gdy Lukass Neale był tylko biednym wieśniakiem, dzierżawiącym małą kolonię na stokach gór Mamturh , dzieci spotykały się często wśród pól. Piękni oboje, dobrzy i szczerzy, zamienili wzajemnie przyrzeczenia wiecznej miłości. Później Lukass poszedł za radą prawników protestanckich z Galway; chciał się dorobić majątku i obrał potemu najłatwiejszą drogę, spekulując na cudzej nędzy.

Nędzę bo najłatwiej eksploatować można. Lukass stał się midlemanem t. j. dzierżawcą pośrednikiem. Można się prędko wzbogacić na tem stanowisku, jeżeli zemsta biedaków nie zatrzyma dorobkiewicza śmiertelnym ciosem w pół drogi.

Po kilku latach Lukass był już zamożnym dzierżawcą; zabronił swej córce widywać się z Owenem, który był teraz zbyt biednym, by módz sięgnąć po rękę Katti Neale.

Mimo tego zakazu, postanowiła pozostać wierną przyrzeczeniu.

Siedem miesięcy upłynęło już od czasu, gdy straciła ojca; szczęśliwa miłość koiła jej boleść, smutek ustępował powoli z jej serca w obec radości pierwszych dni małżeństwa. Ale była ona Irlandką. Nigdy nie zapomina o zemście. Katti często widywała we śnie bladą twarz zamordowanego ojca. Pytała wtedy męża:

- Gdzie są mordercy Lukassa Neale?

A gdy Owen odpowiadał jej iż nie wie, popadała w zadumę i wyrzucała swemu sercu, iż zapomina i zanadto kocha. Chciałaby, biedna kobieta, wystąpić sama jedna do walki, z tem tajemniczem stowarzyszeniem, które ją uczyniło sierotą. Radaby módz odnaleźć tych ludzi, zabijających wśród ciemności i oddać ich pod miecz sprawiedliwości, będąc w swej mało oświeconej wierze przekonaną, iż spełni tym sposobem święty obowiązek względem pamięci ojca.

Z wyjątkiem tej jednej mściwej myśli, dusza jej pałała tylko miłością i miłosierdziem.

A kilkakrotnie już ponure wieści rozchodziły się po okolicy. Mówiono, iż milordowa Jerzy Montrath umarła, mówiono nawet, iż lord Jerzy poślubił już inną małżonkę.

Wreszcie jednego Mac-Diarmida już nie stało. Natty, piąty brat, trafiony kulą, padł na murawę w folwarku Lukassa Neale.

Nie było nikogo z rodziny w domu w tej chwili. Katti i Owen pozostali sami. W nieobecności parobka Joyce, który wraz z małą Reggy poszedł pracować w pole, Katti była zajętą przygotowywaniem wieczerzy, rozdmuchiwała ogień pod kociołkiem, w którym gotowały się kartofle i zawczasu ustawiała mosiężne talerze, na miejscu przeznaczonem dla każdego z biesiadników.

A gdzie tylko się ruszyła, Owen szedł za nią, kradnąc jej od czasu do czasu całusa, lub zamieniając z nią uśmiechy i słodkie słówka.

Bydlęta wróciwszy same z pola o schyłku dnia, kładły się po drugiej stronie sznura i dzieliły się zgodnie wieczorną trawą.

Dwa wielkie psy górskie rozłożywszy się przy ognisku, grzały łapy w popiele, przyglądając się na pół sennemi oczami pieszczotom młodej pary.

Stół był już nakryty. Katti usiadła przy Owenie i uśmiechali się do siebie. Pozostali tak długo, przytuleni jedno do drugiego, nie prosząc Boga o nic.

Owen, od czasu swego małżeństwa, w skutek milczącego zezwolenia braci, trzymał się zdała od wszelkich czynności stowarzyszenia; Morris zostawił go w spokoju. Pozwolono mu być szczęśliwym przez dni kilka. Używał też szczęścia pełną piersią, wiedząc, iż kres jego niedaleki. Spieszył się korzystać z chwil swobodnych i pił długim tchem z ukochanej czary, którą mu niezawodnie wydrą z ręki, na pół pełną jeszcze.

Za drzwiami dały się słyszeć kroki. Owen i Katti instynktownie oddalili się od siebie; chmura zasępiła ich tak dotąd pogodne czoła.

Gdy po chwili zapomnienia, ujrzeli się znowu w obec rzeczywistości, za obopólną zgodą odepchnęli bolesne wspomnienia, a przez otwierające się drzwi, miały znowu wstąpić poważne myśli i nieszczęście.

Dan i Jermyn, wracając z Galway, pierwsi przestąpili przez próg.

Jermyn obejrzał, się po sali niespokojnym wzrokiem.

- Nasza szlachetna kuzynka jeszcze nie wróciła? - zapytał.

- Ellen zabawiła się na.spacerze dłużej niż zazwyczaj - odpowiedział Owen - będziemy na nią czekać.

W kilka minut później wrócił z pola parobek Joyce z małą Jeggy. Sam i Letrry weszli tuż za nimi. Katti wydobyła kartofle z kociołka i postawiła je na stole.

Jermyn niecierpliwię spoglądał na drzwi.

Drzwi otworzyły się wreszcie, wszedł niemi Morris.

- Czy Ellen nie idzie za tobą bracie? - zapytał Jermyn.

- Ja przychodzę zdaleka - odpowiedział Morris - ale słyszałem tentent konia u stóp gór, szlachetna Ellen zapewne za chwilę powróci.

Zaledwie wymówił te słowa, gdy drzwi n a nowo otwarto. W progu ukazała się Ellen.

Mac-Diarmidowie skłonili się, jak zwykle z oznakami czci i przywiązania.

Młoda dziewczyna spuściła kaptur swego czerwonego burnusa i przeszedłszy przez izbę, siadła na zwykłem swem miejscu, odmówiwszy wprzódy łacińską modlitwę. Mac-Diarmidowie poszli za jej przykładem. Biesiada rodzinna odbywała się smutnie i w milczeniu.

Jedzono pośpiesznie i cicho, Wypito zdrowie starego Millesa. Ellen zaledwie dotknęła skromnej strawy, nic się nie odzywała, a na pięknej jej twarzy, która przez ubiegłe miesiące jeszcze bardziej pobladła, wyczytać można było głęboką troskę. Biesiadnicy nie przerywali jej milczenia i marzeń. Katti Neale wstawała od czasu do czasu by jej usługiwać jak królowej. I rzeczywiście, siedząc, na pierwszem miejscu, otoczona czcią i objawami miłości obecnych, wyglądała prawdziwie jak królowa.

Jermyn jeden odważył się śledzić uparcie chciwem okiem za ową walką uczuć, które się naprzemian na twarzy młodej dziewczyny malowały.

Po wieczerzy, odmówiła wieczorną zwykłą modlitwę, pocałowała w czoło Katti, uścisnęła ręce przybranym braciom i odeszła do swej komnaty. Katti i Owen udali się też na spoczynek, pozostało w izbie tylko pięciu braci i Joyce, który się rzucił w-kącie na słomiane łoże.

- Wstawaj - rzekł do niego Morris - i napełnij dzbanki potenem. Tej nocy, tylko kobiety spać będą pod dachem Mac-Diarmida.

Joyce spełnił natychmiast rozkaz, postawił pełne mosiężne dzbanki na stole, na około którego bracia zasiedli na nowo, każdy na zwykłem swem miejscu, z wyjątkiem Morrisa, który zajął krzesło ojcowskie, jakgdyby się mianował naczelnikiem i głową rodziny. Miał postawę stanowczą i poważną, widać było, iż oddawna już, ujął ster rządów pomiędzy braćmi.

- Michey wraca tej nocy - rzekł - wiem o tem. Będziemy na niego czekać, a gdy światło zabłyśnie na szczycie Ranach-Head, pójdziemy wszyscy razem. Jakże wiadomości przynosisz z Tuam, Larry?

- W Tuam - odrzekł zagadnięty - kije były w robocie, gdyż kilku urwisów przybyłych ż Ulster, chciało zbyt głośno wyśpiewywać chwałę Jakóba Sulliwana. Percy Mortimer udał się tam z swymi dragonami dla zaprowadzenia porządku.

- Sam - pytał dalej Morris - co się dzieje w Headfort?.

- Krzyczą i piją - odpowiedział Sam - biedni ludziska, z kubkiem potenu w ręku, zapominają o jutrze i nie myślą, że po chwilach upojenia powrócą nędza i głód.

- A w Galway co słychać Dan?

- Trzeba by się o to spytać naszej szlachetnej krewnej Ellen - odezwał się z goryczą Jermyn - widziałem dziś rano jej czerwony burnus w Cloddagh, a że wróciła ostatnia....

- Ciszej, chłopcze! - rzekł Morris surowo.

- W Galway - mówił Dan - nikt o nas nie myśli bracie. Mogliby Anglicy powiesić Mac-Diarmida, nikt by dla tego i kropli wódki nie uronił. Wrzeszczą na cześć Wilhelma Derry! Oczekują na O'Conella i szaleją zawczasu.

- Są tacy nieszczęśliwi! - szepnął Morris, sparłszy głowę na dłoni.

- Są tacy nieszczęśliwi - mówił dalej po chwili milczenia - iż bicia własnych serc nie czują. Powiadają, iż więzień uwolniony po długich latach zamknięcia, nie może ani wstać, ani poruszać zesztywniałych członków. Chociaż wolny, leży bezwładnie na ziemi. Każą mu iść precz, on się nie rusza. Wspomnienie kajdan ciąży mu jeszcze. Myśmy bracia, podobni do niego i trzeba będzie chyba trzasku piorunów, by nas zbudzić z naszegouiśpieńia.

- Są - podli! - rzekł Sam z pogardą.

- O nie! - zawołał Mortis, podczas gdy - oczy ogniem mu błysnęły - oni są dzielni, ale tyle cierpieli! Nie gardź nimi Sam! a przedewszystkiem nie oddawaj się zwątpieniu, dopóki godzina stanowczej próby nie nadejdzie. Naszem zadaniem jest podnieść ich, myśmy powinni obudzić, ich uśpione dusze, rozżarzyć w nich ową straszną nienawiść, która ma się stać zbawieniem Irlandyi. Widzieliśmy jak biorą broń do ręki dla spełnienia prywatnej zemsty i powiedzieliśmy sobie, stańmy na ich czele, zwróćmy ostrze irlandzkich noży przeciw prawdziwym wrogom Irlandyi, zamieńmy podpalaczy w żołnierzy i niech ostatnie pokwitowanie, które nieszczęsna Erin podpisze dumnej Anglii, będzie bitwą i... zwycięztwem!

- Tak jest - szepnął Sam - powiedzieliśmy to sobie.

- I rok blizko już od tego czasu minął - dodał Larry.

- A ojciec nasz jest w więzieniu - rzekł Sam.

- Natty został zabity! - zawołał Jermyn.

- I Jessy nie żyje! - odezwał się nowo przybyły wzruszonym głosem, stanąwszy w progu izby.

Wszyscy Mac-Diarmidowie powstali jednocześnie.

Michey, z kijem podróżnym w ręku, okryty kurzem, przeszedł przez próg.

- Jessy, twoja narzeczona, bracie Morris - dodał zbliżając się do stołu wolnym krokiem. - Przysięgliśmy, iż będziemy nad nią czuwać, pamiętasz o tem?

Silna dusza Morrisa, staczała w tej chwili walkę z opanywującą go straszną boleścią. Twarz miał spokojną, chociaż mu serce pękało.

- Witamy cię bracie Michey - rzekł - siadaj wraz z nami, oczekiwaliśmy na ciebie i cieszymy się z twego powrotu.

Sam, Larry, Dan i Jermyn mieli łzy w oczach.

- Biedna Jessy - rzekł Sam - gdyby nie to przeklęte stowarzyszenie, moglibyśmy byli pójść jej z pomocą.

- Była tak dobrą!

- Tak piękna!

- Tak łagodną!

- Tak nas kochała!

- Kochała zwłaszcza naszego b rata Morrisa! - rzekł Michey, zasiadając na swem zwykłem miejscu.

Usta Morrisa drżały konwulsyjnie.

- Zlituj się bracie - wyszeptał - wiesz, iż potrzebuję wszystkich sił moich.

- Jestem ci posłuszny, Morrisie - odpowiedział Michey - ponieważ cię uznałem za naszego naczelnika, lecz niech ci Bóg przebaczy żeś nas wstrzymał, gdyśmy chcieli przepłynąć przez morze dla ratowania naszej siostry.

- Więc mogła być uratowaną? - zapytał Sam.

Michey milczał przez chwilę. Morris wlepił w niego ognisty wzrok i z gorączkową niecierpliwością oczekiwał na odpowiedź.

- Widziałem grób biednej dziewczyny na cmentarzu katolickim w Richmond - odpowiedział zwolna - na płycie kamiennej wyryte jest nazwisko Jessy O'Brien, małżonki Jego Wielmożności Jerzego lorda Montrath, zmarłej w dziewiętnastym roku życia.

Urywany oddech Morrisa, wydobywał się sycząc z jego gardła, bracia schylili głowy unikając jego wzroku.

- Powyżej wyrzeźbiono herb Jego Wielmożności, a nad grobem postawiono biały marmurowy krzyż, z napisem: Módlcie się za nią.

Michey zamilkł. Po kilku chwilach Morris powstał. Na pięknej jego twarzy malowała się daremnie tłumiona boleść. Długo powstrzymywana łza zsunęła mu się po policzkach.

- Módlmy się za nią - rzekł.

Wszyscy uklękli, Morris drżącym i przerywanym głosem odmówił po łacinie De profundis, gdy powstał, oczy miał jeszcze wilgotne.

- Bracie Michey - rzekł - nie powiedziałeś nam jeszcze wszystkiego, czy mamy zbrodnię do pomszczenia?

- Tak jest - odpowiedział Michey.

Dreszcz przebiegł po wszystkich, wzrok Morrisa zapłonął, czoło wzniósł groźnie w górę.

- Lord Jerzy zabił ją? - wyszeptał, przez zaciśnięte konwulsyjnie zęby.

- Tak jest bracie Morris - odpowiedział Michey.

- Wszak lord Jerzy przybywa niebawem do Galway?

- Lord Jerzy już przybył bracie. Jest naszym sąsiadem. Zamieszkał z nową małżonką w pałacu Diarmid. Razem odbyliśmy podróż. Pani pięknie wygląda zaprawdę, jest córką szlachetnego para. Jerzy Montrath jest szczęśliwym małżonkiem.

Krew uderzyła Morrisowi gwałtownie do głowy. Straszne przekleństwo wyrwało mu się z ust, podczas gdy pięścią uderzył w dębowe deski stołu.

Stan ten trwał jednak tylko chwil kilka. Bracia, którzy wlepili wzrok w zmienioną twarz jego, wyczytali mu z czoła, iż spokój niebawem odniósł zwycięztwo nad namiętnością. Silna wola zapanowała nad gniewem. Bladość pokryła mu lica i spokojnem już okiem odpowiadał na badawcze spojrzenia braci.

Ci zaczekali jeszcze czas jakiś, poczem kędzierzawe ich czupryny poczęły się poruszać, gniewne spojrzenia skrzyżowały się i dał się słyszeć ogólny szmer oburzenia.

- Na imię mego ojca! - rzekł Sam - przysięgam, iż ta milordowa będzie niebawem wdową.

- Krew za krew! - zawołał Larry - to nasze prawo.

Jermyn i Dan powtórzyli: krew za krew!

- Dobrze mówicie chłopcy - rzekł Michey, spoglądając na Morrisa - lecz się odzywacie zawcześnie. Niewiadomo czy Mac-Diarmid podziela nasze zdanie.

Morris schylił oczy, na pięknej jego i bladej twarzy nie było już śladów gniewu, tylko głęboki smutek malował się na niej.

- Jessy była moją narzeczoną - rzekł - kochałem ją, kochałem tak, że pamięć o niej strzedz będzie wiecznie serce moje przed nową miłością. Ona była całem szczęściem mojem i całą nadzieją, ten człowiek mi ją porwał.

Zamilkł, a poważny i pełen zapału wzrok swój zwrócił ku niebu.

- I ten człowiek ją zabił! - rzekł Larry.

- A nie powiedziałeś jeszcze, iż ją pomścisz bracie! - dodał Sam.

Michey uśmiechnął się, rad widocznie, iż kto inny jego myśl podziela.

- Kto wie czy bym ją nie był kochał więcej niż Irlandyę, mówił dalej Morris, cichym niemal szeptem, schyliwszy głowę na rękę. - Na samą myśl o szczęściu, o którem z nią marzyłem, dusza moja mięknie, wola słabnie i czuję łzy na powiekach. Ach! bracia moi! jak ja ją kochałem! Przed chwilą, uniesiony namiętnością, czułem, iż szalone słowa napełniają mi usta i chcą się wyrwać na zewnątrz. Nie wiele już brakowało, bym dla mej prywatnej egoistycznej zemsty, poświęcił pomstę Irlandyi.

Morris zamilkł. Synowie Diarmida słuchali niepewni co czynić; starali się zrozumieć.

- Życzeniem naszego brata - rzekł Michey, marszcząc brwi - jest, aby morderstwo Jessy zostało zapomnianem i aby Mac-Diarmidowie, którzy nie umieli jej ocalić, nie potrafili również jej pomścić.

Pod badawczem spojrzeniem Morrisa, Michey poczerwieniał i odwrócił głowę.

- Życzeniem mojem jest, by Mac-Diarmidowie poświęcili się wyłącznie dla Irlandyi i twierdzę, iż żaden Mac-Diarmid nie ma prawa szukać prywatnej zemsty, póki Irlandya cierpi.

Morris wyprostował się na krześle rodzica, czoło jego błyszczało łagodną i spokojną energią. Zapanowało milczenie. Pierwszy Sam podał rękę naczelnikowi rodziny.

- Mac-Diarmidzie - rzekł - twój umysł sięga dalej niż nasze, wierzę ci i spełnię co rozkażesz.

Inni bracia poszli za przykładem Sama. Michey uścisnął mu też rękę.

- Bracie - rzekł z westchnieniem. - Widzę żem błądził, ale stał mi wciąż w myśli grób, na którym wyczytałem nazwisko naszej Jessy.

Morris powstał i zbudził parobka, który spał w kącie na słomie.

- Idź zobacz - rzekł do niego - czy widać światło na szczycie Bonach-Head.

Joyce wyszedł i wrócił za chwilę.

- Światło jest zapalone - rzekł.

- Idźcie uprzedzić naszego brata Owena - mówił dalej Morris - dzisiaj upływa miesiąc od dnia jego małżeństwa. Musi wziąć się znowu wraz z nami do dzieła i spełnić swoje zadanie.

Joyce otworzył drzwi zabudowania, w którem dawniej mieszkał stary Miles, a które teraz służyło za siedzibę dla Katty i Owena. Tenże usłyszawszy wymówione swe imię, wstał natychmiast i z poddaniem się wysłuchał rozporządzeń Morrisa.

- Katti będzie bardzo nieszczęśliwą, gdy nie mogł jej powiedzieć dokąd się udaję. Pomyśli, iż już jej nie kocham... ale niech się stanie według twej woli bracie.

Morris uścisnął mu rękę.

- Idźmy zatem - rzekł - ty Jermynie zostaniesz w domu.

Jermyn już był na progu, zatrzymał się i spojrzał podejrzliwie na Morrisa.

- Chcesz jeszcze ocalić Mortimera! - szepnął zmarszczywszy brwi.

- Dług mój już spłaciłem chłopcze - odpowiedział Morris - i życie Mortimera należy do jego wrogów.

- Czemuż mi nie pozwalasz towarzyszyć wam?

- Gdy pozostawiamy dwie kobiety pod dachem Diarmidów bracie i córka naszych królów, szlachetna pani potrzebuje mieć straż, któraby nad jej snem czuwała.

Jermyn schylił głowę i odstąpił ode drzwi. Bracia jego wyszli wraz z parobkiem. Pozostawszy sam jeden w obszernej izbie, położył się na słomie i zamknął oczy. Świeca trzcinowa dopalała się na stole, oświecając bladem światłem zakopcone ściany i obrazy świętych porozwieszane na nich. Sklepienie ginęło zupełnie w cieniu, jak również i zwierzęta, które spały po drugiej stronie sznura.

Naraz drzwi od mieszkania Ellen otworzyły się i młoda dziewczyna przeszedłszy cicho przez próg, zbliżyła się zwolna do Jermyna, leżącego na słomie.

Szła z gołą głową, z rozpuszczonemi włosami spadającemi na białą jej suknię, pod fałdami której zarysowywała się kształtna jej kibić.

Świeca ożywiona powiewem powietrza, rzuciła jaśniejszy promień i oświeciła łzę zawisłą na długich rzęsach Ellen. Lecz niebawem światło przygasło i tylko wśród zmroku widać było wzniesioną dumnie głowę młodej dziewczyny, podczas gdy spokojny oddech uno sił zlekka jej piersi pod czerwonym burnusem.

 

IX. Król Lew.

 

Tłum zebrany w galeryi Olbrzyma, składał się z najróżnorodniejszych żywiołów. Większość hrabstw z zachodniej i południowej Irlandyi, miała w nim swych przedstawicieli. Byli tam rybacy z zatoki Bantry, pasterze z Korku, rolnicy z Waterford i górale z Wihlów. Sprzysiężenie bowiem Molly-Maguire rozgałęzione było w całej Irlandyi, nie wyłączając nawet gór Ulster, głównego ogniska protestantyzmu.

Większość jednak zgromadzenia stanowili mieszkańcy okoliczni, przeważnie dzierżawcy lorda Jerzego Montrath, nadbrzeżni mieszkańcy rzeki Moiny i robotnicy zajmujący się kopaniem torfu między rzeką Such i jeziorami.

Wszyscy ci ludzie należeli do sprzysiężenia i złożyli przysięgę. Wszyscy przeszli przez owe tragikomiczne próby, za pomocą których fronmasoni na całym świecie usiłują wzbudzić zbawienną trwogę w swoich neofitach.

Tajne stowarzyszenia mają bowiem wszędzie jednakowe zwyczaje. Sztylet, na który przysięgali uczestnicy tajnych sądów w Niemczech, znalazł takie same zastosowanie wśród węglarzy we Włoszech, a następnie i w Irlandyi. I dzisiaj jeszcze na Zielonej Wyspie przysięgają na puginał albo na kaganiec. Ruiny starych opactw, opustoszałe sale walących się zamków, wilgotne pieczary, w których ptaki nadbrzeżne szukają schronienia przed burzą, służą za masońskie loże i w nich odbywają się tajemnicze ceremoniały Mścicieli.

Straszna to przysięga, która zobowiązuje do niesienia kagańca, gdy pożar ma wybuchnąć, albo do wzięcia sztyletu w rękę, gdy ofiara zemsty już jest może wskazaną. Lecz oni przysięgli wszyscy.

Taka bowiem ciężka trapiła ich nędza! cierpieli głód zimno i wszystkie biedy mogące gnębić człowieka, a to wszystko obok szalonych zbytków ich panów! Tyle nienawiści zebrało się na dnie ich serc! Tyle czasu schylali głowy pod despotyzmem zdobywców. Około ich nędzy brzęczały całe roje chciwych lichwiarzy, administratorów i służalców lordów, którzy wszyscy paśli się ich krwią i żyli z ich śmierci!

Niestety! czyż można o tem wszystkiem mówić jako o sprawach należący do przeszłości. Dzisiaj jeszcze niechaj głos zemsty wzniesie się ze szczytów gór, lub rozlegnie wśród torfiastych łąk, a znajdzie tysiące ech w całym kraju, dręczonym gorączką fenianizmu. Każda chata zadrży na ten sygnał oddawna oczekiwany, wszyscy mężczyźni wzniosą głowy do góry, wstrząsając długiemi kędziorami, a modlitwy kobiet wzlecą ku niebu, prosząc o błogosławieństwo dla zemsty braci i mężów.n Kaganiec gore, krzyk potężny brzmi w powietrzu, cała Irlandya powstaje, a wśród ciemności jaśnieje straszna łuna pożarów.

Morris Mac-Diarmid niejednokrotnie odbywał wycieczki w różnych hrabstwach Irlandyi; znał tych sprzysiężonych, którzy szli do walki wiedzeni jedynie miłością ojczyzny, miłością ślepą może, ale godną podziwienia u ludzi, którym ojczyzna nie może udzielić ani pomocy, ani opieki. Morris stał na ich czele. Szli ślepo dokąd ich prowadził i pomagali mu.

Ci prawdziwi synowie starożytnej Erin, znaleźli się prawie wszyscy na stanowisku, wśród czarodziejskich kolumn galeryi Olbrzyma. Przybyli do Galway pod pretekstem wyborów. Większa część zgromadzonych nie znała tajemnic sprzysiężenia. Wielu płynęło z prądem jak i sam Morris, czując się jeszcze zbyt słabymi, by módz gwałtownie zgasić kaganiec szerzący pożary.

Ale bez przerwy pracowali nad tem, wspierani wymową swego wodza, którego śmiały głos znajdował posłuch u tłumów. Praca ich nie była bezowocną i cieszyli się nadzieją, iż blizkim jest już dzień, w którym nocni mordercy będą, mogli dumnie wznieść głowy przy świetle słonecznem i stać się żołnierzami.

Morris nie wątpił, że ten dzień już byłby nadszedł, gdyby nie opór O'Conella. Morris czcił geniusz wielkiego oswobodziciela, lecz słusznie lub nie, uważał go za największego wroga Irlandyi i jako najsilniejszą podporę panowania Anglików.

Morris był o tyle słabym, o ile Oswobodziciel był silnym. Wszechpotężny O'Conell nie wiedział nawet może, iż gdzieś w hrabstwie Connanght, jakiś nędzny wieśniak śmie walczyć w cieniu przeciw niemu.

Ale Morris miał silną wiarę i wolę nieprzezwyciężoną. Usuwał przeszkody jedna za drugą z swej drogi. Te których usunąć nie mógł, zręcznie omijał. Sprzysiężonymi nie gardził, ale z niewyczerpaną nigdy cierpliwością usiłował podnieść ich przygnębione dusze, zniżając swoje rycerskie serce aż do poziomu ich krwawego gniewu, by ich przyciągnąć do siebie, zawładnąć nimi i pozyskać ich dla swych widoków. I wpływ jego wzrastał zwolna i w cichości, tak jak pod cieniem starego dębu rośnie ów wątły krzaczek, który z czasem, stanie się królem lasów.

A gdy odwaga jego zaczynała słabnąć, dodawał sobie serca mówiąc: Siła O'Conella tkwi w nim samym, nic nie zostanie z jego polityki, potęga jego, aczkolwiek olbrzymia, jest tylko potęgą jednego człowieka i do tego starca. Jakiż inny geniusz prócz niego byłby w stanie utrzymać jego wzniosłe kłamstwo! Zasady tylko przechodzą z ojców na synów prawem dziedzictwa. Siła osobista zstępuje do grobu wraz z człowiekiem silnym.

Po zmarłym wielkim człowieku pozostaje tylko wspomnienie. O'Conell pracuje jedynie dla swej własnej chwały. Z nim razem zniknie i Rappel, miejsce dowódcy pozostanie wolne.

- Ja jestem młody. Potrzeba mi wiele czasu, ale mam długie lata przed sobą. A myśl moja czyż nie jest równie wieczną jak i prawa narodów? Jeżeli polegnę w obronie tej sprawy cóż z tego? Życie człowieka jest tylko jedną godziną w długiem życiu narodu, a ja pracuję dla Irlandyi!

I to było prawdą. Żadne egoistyczne lub osobiste uczucie nie kierowało nim, zacna jego, pełna poświęcenia dusza, mogła błądzić po manowcach, ale nie upaść.

Wśród ludzi zebranych w galeryi Olbrzyma, jedni szli za Morrisem Mac-Diarmid z przekonania; drudzy dali się przy sposobności pociągnąć jego niepospolitą wymową. Gdyby Morris chciał był ograniczyć swoją działalność na kierowaniu nocnem dziełem zemsty, żaden dowódca nie miał by równie posłusznych i tak pełnych zapału żołnierzy jak on. Ale i tak aczkolwiek niejednokrotnie stawiał opór powszechnym życzeniom, wszyscy kochali go i był niezaprzeczenie pierwszym wśród przewodników sprzysiężenia.

Trudno mu było zaiste nagiąć do swej woli tę tłuszczę hałaśliwą i nieznającą karności; nie było to jednak zadaniem niemoźliwem, a w każdym razie on jeden był je w stanie spełnić. Morris pracował też nad tem.

Oklaski i wiwaty brzmiały jeszcze wśród olbrzymiej pieczary i imię króla Lew, powtarzane na wszystkie tony, napełniało galeryę Olbrzyma.

Widocznie król Lew był osobistością bardzo popularną i tłum oczekiwał niecierpliwie jego zjawienia się, tak jak w teatrze publiczność oczekuje n a efektowną scenę dramatu.

Król Lew miał na sobie płócienną kurtkę, szerokie spodnie i skórzany kapelusz, stanowiące zwykły kostyum majtków; szedł zataczając się i z rozstawionemi szeroko nogami, jak gdyby ruchomy pomost jego statku znajdował się pod jego stopami obutemi w grube kute trzewiki. Nosił on włosy krótko strzyżone, odróżniając się tem od wszystkich wieśniaków zebranych na około ogniska, jego nadzwyczaj muskularna obnażona szyja występowała między potężnemi ramionami niezwykłej szerokości. Miał przy tem poczciwą, wesołą fizyognomię, której dwoje czarnych, osłoniętych gęstemi brwiami oczów, nadawało charakter dzikiej energii i odwagi.

Z tem wszystkiem grubiański, niezgrabny, ociężały, z jednem policzkiem wydętym olbrzymim kawałkiem tytoniu, który żuł bezustannie. Takim był król Lew z Claddagh, król Lew, jak go pospolicie nazywano.

Gdyż gwoli odwiecznego zwyczaju, sięgającego do najbardziej starożytnych czasów, marynarze z Galway wybierają corocznie swojego naczelnika, który przez czas sprawowanej władzy, nosi tytuł króla. Posiada on znakomite przywileje, wolno mu pić ile mu się spodoba, chociaż ma prawo karać majtków oddających się pijaństwu; może w dnie świąteczne powierzyć swoją robotę, pierwszemu lepszemu nowicyuszowi, stosownie do swego uznania i wreszcie z własnego wyboru naznacza królowę zaszczycając tym tytułem jaką ładną dziewczynę, która miała szczęście mu się podobać.

Majtkowie z Galway ślepo go słuchają i rozkazy jego są wykonywane bez apelacyi.

Rozumie się, iż król Lew, posiadając taką władzę, zajmował ważne stanowisko wśród sprzysiężonych Molly-Maguire. Odepchnął też swemi silnemi łokciami tłum na prawo i na lewo i wszedł w przestrzeń pozostawioną wolną, pomiędzy ogniskiem i pierwszym rzędem zgromadzenia.

W blasku płomieni, jego atletyczna postać zarysowywała się wyraźnie i tłum ukryty w cieniu ujrzawszy go, podziwiał jego szerokie ramiona i muskularne ręce.

- Hurra! niech żyje król Lew! - zaczęto wołać ze wszystkich stron; - to najlepszy majtek jakiego kiedy nosiło morze! Wołu mógłby zabić jednem kopnięciem, a wypędziłby wszystkich oranżystów z czterech połączonych prowincyi, dawszy im tylko szczutka w nos!

- Dziękuję wam moje chłopcy, dziękuję wam - odpowiedział tęgi marynarz, szukając oczami wśród ciemności swoich wielbicieli - dziwne to na mnie zawsze robi wrażenie, gdy was słyszę wrzeszczących jak dyabły, a nie mogę dojrzeć i końców waszych nosów.

Oklaski posypały się znowu wraz z głośnemi wybuchami śmiechu. Zebranie było w wesołym humorze.

- Ciszej! odezwał się potężny głos Olbrzyma Mahoniego, który na zebraniu wypełniał rozmaite funkcye a pomiędzy niemi i woźnego.

Wrzawa na chwilę ustała.

- Tak to lubię moi kochani przyjaciele - rzekł król Lew, uciszcie się trochę dla mej przyjemności.

Odwrócił się ku estradzie i dotknął ręką skórzanego kapelusza.

- Czołem przed Waszemi Wielmożnościami! - zawołał.

- Ciocia Molly, gdyż tak nazwałem mój statek, kochana ciocia Molly, była wciąż na pełnem morzu w ostatnich czasach i dla tego tak dawno nie przyszedłem was odwiedzić. Ale zgadnijcie chłopcy, kogo wam przywiozłem dzisiaj do portu z Galway.

- Wiemy już to, królu Lew - rzekł człowiek ukryty pod burnusem Molly-Maguire. - Lord Jerzy Montrath był na twoim pokładzie.

Majtek zrobił gest podziwienia.

- Gdyby nie było wzbronionem wymieniać nazwiska tych, którzy się kryją pod maską, powiedziałbym ci twoje panno Molly! - wyszeptał z cicha. - Ale mniejsza z tem, wyznaję iż zgadłeś. Tak jest chłopcy - dodał podnosząc głos - lord Jerzy Montrath, ów syn dyabelski, przybył na parostatku z Korku; a że morze było wzburzone, przeprowadzono pasażerów na mój, statek, który cudownie umie się przemykać między skałami. Lord Jerzy przybył nareszcie odwiedzić swoich poddanych i niech mnie Bóg skarze jeżeli nie jest stokroć jeszcze zuchwalszym niż dawniej! Mruknijcie no kilka razy moi kochani na intencyę lorda Jerzego!

Głuche mruczenie zagrzmiało wśród ciemności i rosło, rosło, rozszerzając się coraz bardziej. Olbrzymia pieczara napełniła się jakąś niewyraźną wrzawą, która stopniowo głuchła i wybuchała znowu, zamilkła na chwilę i zagrzmiała poraz trzeci tak potężnie, jak gdyby sklepienie skały trzaskało nad głowami tłuszczy, a to tylko trzy razy mruknięto na intencyę lorda Jerzego Montrath.

- Tak to lubię! - rzekł król Lew.

- Arrah! - odezwał się tuż przy wejściu do pieczary jakiś głos, w którym rozpoznać można było jednocześnie zadowolenie i obawę; - doskonale mruczeliście chłopcy, a ja dodam, niech djabli porwą Jego Wielmożność!

- Siedziałbyś lepiej cicho Pat, mój chłopcze - Patryk Mac-Duff, im mniej się będziesz odzywał, tem łatwiej ludzie zapomną, iż zasługujesz by ci kark skręcono!

- Już milczę, ma bruchal! - wyszeptał biedny Pat z przerażeniem.

I nie rzekł ani słowa więcej.

- Idąc z Galway - mówił dalej atletyczny majtek - widziałem światło w oknach pałacu Montrath. Milord odpoczywa po trudach podróży. Chłopcy, my mamy ciężkie rachunki do załatwienia z milordem!

Pomiędzy kolumnami pieczary zapanował ruch wielki, już nie śmiano się więcej; słychać było tylko w ciemności żałosne skargi i groźby wyrywały się z tysiąca ust, wśród ubolewań i jęków.

- Wiedzieliśmy, że-przybędzie - wołano - gdyż jego administrator Crahenwell, tysiące biedaków porozpędzał na rozstajne drogi!

- Stara Magda umarła ostatniej nocy z głodu i zimna, gdyż ją wygnał z chałupy.

- Nie miała z czego zapłacić czynszu - zawołał Mac-Duff, wybuchając gniewnym i sarkastycznym śmiechem.

- Saunder de Connemara - rzekł ktoś inny - leży na murawie na granicy swojego pola. Biedny Saunder! ma garączkę i wstać na nogi nie może!

- Milord potrzebuje pieniędzy! trzeba podnieść czynsze!

- Milord potrzebuje pieniędzy, niech więc jego dzierżawcy umierają z głodu!

- Ach! ach! - zawołał król Lew - co to może obchodzić milorda i mnie, który drwię sobie z niego na moim statku i nie potrzebuję lękać się zębów tego rekin a Crakenosell... ale wy chłopcy, to co innego! Zatrzymał się, na około zapanowało głuche milczenie.

- Mac-Duff, mój synu! - mówił dalej - nie radbyś się dowiedzieć, czy twoja siostra znajduje się wśród bagaży Jego Wielmożności? A twoja siostrzenica, John Sligg! a przybrana córka starego Diarmida! I Magdalena - dodał głosem drżącym od wzruszenia - Magdalena Lew, drogie złotko moje!

Nikt mu nie odpowiedział.

- Bracia! - zawołał gwałtownie król Lew - nieco odwagi! Gdybyśmy poszli dzisiejszej nocy podpisać pokwitowanie lordowi Jerzemu Montrath! Wszyscy milczeli. Dreszcz ich przenikał na samą myśl porwania się na potężnego lorda. Nienawidzono go, pogardzono nim, ale lękano się.

Pomiędzy nim a biednymi jego czynszownikami, których potem wzbogacał się, stała jakgdyby silna zapora zabobonnego strachu. Król Lew ruszył potężnemi ramionami.

- Jakto! - rzekł - nikt się nie odzywa?

Kilku tylko majtków z Galway, znajdujących się wśród tłumu, odpowiedziało na to wezwanie, jak również i mężczyzna uosabiający Molly-Maguire. Majtkowie odezwali się z potakiwaniem, Molly-Maguire założył veto tonem stanowczym i donośnym.

Król Lew spojrzał na niego ze zdumieniem.

- Ho! ho! serce moje! - rzekł - niech mnie dyahli porwą, jeżeli spodziewałem się natrafić na opór z twej strony. Czyś już zapomniał o krzyżu na grobowcu na cmentarzu Riszmond, Michey Mac-Diarmid?

- Nie jestem Micheyem Mac-Diarmid - odpowiedział Molly-Maguire cichym głosem.

Podczas tego krótkiego dyalogu, szmer rozszedł się wśród szeregów zgromadzenia, usposobienie tej wrażliwej tłuszczy zmieniło się w jednej chwili. Jak tylko przewodniczący wyrzekł nie, wszystkich wzięła ochota wołać, tak!

- Jeżeli go raz nie sprzątniemy - rzekł jeden z czynszowników siedzących przy ogniu - to wypije krew naszą aż do ostatniej kropli.

- A może on tu tylko po to przybył by wypuścić na nas swoją bestyę.

- Wilka ze starego zamczyska!

- Tygrysa, którego karmi by nas wszystkich pożarł.

- Ach! - jęknął biedny Pat, na wspomnienie swej bezustannej trwogi.

Mac-Duff schwycił go za gardło.

- To ten łotr karmi dzikie zwierzę! - zawołał - musha! jakże mnie ochota bierze go zdusić.

Pat nie miał już siły błagać o litość. Myślał, iż nadeszła ostatnia jego godzina.

Przekonanie o istnieniu tej dzikiej bestyi, nie było bynajmniej jakąś nieokreśloną lub fantastyczną legendą. Było ono głęboko zakorzenionem i wszyscy w istnienie potworu wierzyli. A strach większym był jeszcze od wiary. Wszyscy też byli zdania, iż zadając śmierć lordowi Montrath, nie tylko wymierzają należną mu karę, ale bronią własnego życia.

I dla tego postępowanie Mac-Diarmidów wzbudzało powszechne podziwienie. Byli oni ogólnie poważani od jezior aż do morza. Wszyscy znali ich dzieje i wszyscy wiedzieli, iż znaczna część tej rodziny znajduje się na estradzie.

Nadto, aczkolwiek wśród zgromadzenia zachowywano pewną tajemniczość we wszystkiem co się tyczyło Ciotki Molly-Maguire, wszyscy odgadywali, iż to jeden z synów starego Milesa ukrywa się pod czerwonym burnusem.

I dla tego szemrano, gdyż ów Jerzy Montrath, w obronie którego przewodniczący zebraniu wypowiedział swoje veto, porwał roku zeszłego przybraną córkę starego Mac-Diarmida. A tego wieczora rozeszła się wśród obecnych wieść, że Jessy O'Brien umarła, zamordowana przez lorda Jerzy Montrath.

- Zapomnieli już o niej! - mówiono.

- Biedna Jessy!

- Kto nam dziś powie co się dzieje w sercach Mac-Diarmidów!

- Moja biedna siostrzenica - mówił ze łzami John Ślig.

- Moja droga siostra! - zawołał Mac-Duff.

- Hurra! niech żyje król Lew.

- Śmierć Jerzemu Montrath!

Molly-Maguire dał znak Olbrzymowi Mahony, który donośnym głosem począł uspokajać tłum.

- Zycie Jerzego Montrath do was należy - rzekł Molly-Maguire - ale wzywam was, byście przez dwa dni jeszcze zostawili go w spokoju.

- Czemu? po co? - poczęto wołać ze wszystkich stron.

A gdy Molly-Maguire nic nie odpowiadał, zapanowało w galeryi wzburzenie niepodobne do opisania. Jedni krzyczeli oskarżając przewodniczącego o szaleństwo, drudzy miotali groźby. Molly-Maguire siedział nieruchomy i milczący na przodzie estrady.

Potężny głos olbrzyma nie był już w stanie zapanować nad wrzawą. Król Lew spuścił głowę i namyślił się.

Po kilku chwilach zbliżył się do estrady. Jednocześnie Molly-Maguire pochylił się i wyszeptał mu kilka słów na ucho.

- Nie rozumiem cię Morrisie - rzekł król Lew.

- Ale niech mnie dyabli. porwą, jeżeli potrzebuję rozumieć by spełniać twe rozkazy, mój chłopcze.

Wrócił na środek zgromadzenia i przyłożywszy obie ręce do ust w kształcie trąby, wrzasnął donośnym krzykiem, jakim majtkowie zwykli porozumiewać się wśród burzy.

- Hej chłopcy. - zawołał, gdy tłum zdumiony uciszył się i słuchał - zostawmy dwa dni lordowi Montrath, by miał czas odebrać swoją duszę z rąk dyabelskich i zaśpiewajcie mi lillibiero, jakeście mi przyrzekli.

Nie wiele potrzeba było by zmienić usposobienie w tych lekkomyślnych umysłach; hymn narodowy, zaintonowany najprzód przez majtków zabrzmiał pod sklepieniem, powtarzany przez wszystkich obecnych. Gdy ostatnie słowa przebrzmiały, nikt już nie wspomniał o lordzie Jerzym Montrath.

 

II. Wielki oswobodziciel.

 

Wrzawa powstała pomiędzy zacnymi mieszczanami z Galway w sali oberży pod Królem Malcolmem, była niczem w porównaniu z wrzaskiem rozlegającym się na parterze w szynku Filipa Saundera. Nazajutrz miano wybierać członka do parlamentu, na miejsce szanownego Algernona Arrow, zgasłego w kwiecie wieku. Zmarły poseł był za życia prawdziwym typem torysa, stworzonego zdaje się jedynie po to, by uporem swoim podtrzymywać monstrualny gmach przywilejów protestanckich. Umarł pełen araku i żółci, złorzecząc parlamentowi, przeklinając Roberta Peela i przepowiadając rychły upadek dynastyi, której ministrowie są do tego stopnia zaślepieni, iż się obchodzą ze stronnikami Papieża, jak z ludźmi.

Czasy zmieniły się wielce od dnia wyboru tego zacnego dżentlemana. Wypadało koniecznie wysłać do parlamentu protestanta równie gorliwego, a nie było to rzeczą łatwą.

- Niech żyje Jakób Sulliwan!

Jakób Sulliwan stanowił całą nadzieję stronnictwa oranżystów. Gorzko ubolewał nad emancypacyą i płakał z rozrzewnienia na myśl, iż nie jeden biskup anglikański jest zmuszony, z powodu ciężkich czasów zadawalniać się dochodem trzystu tysięcy franków rocznie. Biednemi trzystatysięcami, możnabyły wyżywić kilka tysięcy Irlandczyków.

Oberża pod Królem Malcolmem stanowiła jedno z ognisk, w których skupiali się stronnicy Sulliwena Jego agent elektoralny otworzył kredyt u zacnego Saundera i potem, piwo i wódka płynęły strumieniem. Szynk był przepełniony wyborcami przybyłymi ze wsi i z różnych stron hrabstwa. Pili i śpiewali piosenki, w których Wilhelm Derry, kandydat katolicki, był nielitościwie wyszydzany. Kilku dżentelmanów kręciło się wśród pijących. Byli to po większej części ludzie nie miejscowi, lecz oranżyści przybyli z Ulstern lub z Dublina, dla popierania kandydatury Sulliwana.

Major usiłował przedostać się przez tłum, ale życzliwość biesiadników w szynku była niemal równie groźną jak gniew dżentlemanów w sali. Każdy chciał uścisnąć rękę Mortimerowi i dotknąć się jego munduru, ze wszech stron wznoszono szklanki na około niego wołano:

- Pij Percy, pij złotko nasze! Zdrowie prawdziwych protestantów i naszego zacnego Jakóba Sulliwana.

Percy postępował wciąż naprzód, ale miał tylko jedną rękę swobodną, a tłum ściskał go coraz bardziej.

- Pij - powtarzano - pij majorze Percy Mortimer! Jeżeli nie jesteś łajdakiem umiarkowanym, jak ludzie mówią... albo zamaskowanym stronnikiem Papieża... to pij!

Percy torował sobie drogę naprzód i nie pił. Ale przyszła chwila, gdy już ani kroku postąpić nie mógł. Tłuszcza na pół żartem, na pół groźbą, zamykała mu przejście, podnosząc mu aż do ust szklanki napełnione trunkiem. Major zatrzymał się, spojrzał na tłum spokojnym wzrokiem i wziął szklankę do ręki.

- Wypije - zawołano. - Wypije za zdrowie naszego Sulliwana. Niech nas dyabli porwą, jeżeli to nie uczciwy człowiek!

Percy Mortimer trzymał szklankę w ręku i zdawał się wahać.

- Nie chce pić - odezwał się głos jeden. - Wolałby pić za zdrowie przeklętego Derry! Naboclisch! wypędziliśmy go już raz, potrafimy wypędzić znowu!

- Czy słyszysz Percy co oni mówią? - zawołał głos inny z boku - pij, ma bouchal! by nie wstydzić twoich przyjaciół.

- Bierz licho jego przyjaciół! to oportunista! To stronnik Papieża! - wrzasnęła część zgromadzenia.

Nie! nie! - odpowiedziała część druga - patrzcie na jego prawą rękę! Nosi ona ślady zemsty Molly-Maguire, który go chciał zamordować. To dobry protestant.

- To stronnik Papieża!

- Wypije za zdrowie Sulliwana!

- Niech sobie pije jeżeli chce za zdrowie Wilhelma Derry!

Major zbliżył szklankę do ust, zapanowała cisza, wszyscy nastawili uszów.

- Piję na cześć Irlandyi - rzekł Mortimer poważnym głosem, spoglądając na tłum.

Jedni przyklasnęli, drudzy gwizdali, posypały się oklaski i mruczenia. Wogóle większość nie zrozumiała znaczenia toastu. Major tymczasem dostał się na ulicę i zapomniano o nim.

W środkowej części ulicy było głucho i pusto, ale na drugim jej końcu roiła się też tłuszcza. Olbrzymia chorągiew zielona, wśród której była wyhaftowana harfa Irlandyi, powiewała nad szyldem "Pod Wielkim Oswobodzicielem ". A na samym szczycie domu, na transparencie równie wielkim jak u Filipa Saundera, błyszczał napis:

Górą Wilhelm Derry!

Obeża pod "Wielkim Oswobodzicielem" należała do Januarego O'Neil z Dunmore, katolika, cieszącego się pewnem w okolicy poważaniem. Obrabiano w niej kandydaturę Wilhelma Derry, kandydata zaleconego przez O'Conella.

Zakład Jaunarego O'Neil, przedstawiał mniej więcej ten sam zewnętrzny charakter, jak oberża pod "Królem Makolmem". Było to także stare domostwo, pamiętające lepsze czasy, które, chociaż dostało się w ręce plebejuszowskie, zachowało jednak herby swoich dawnych panów. Tylko January O'Neil, biedniejszy od Saundera Filipa, nie mógł należycie wyrestaurować starożytnych murów.

W domu tym, udekorowanym i przystrojonym jak na uroczyste święto, słychać było wrzaski, krzyki radości lub gniewu, przeciągłe szmery, oklaski, wybuchy śmiechu. Przez każde otwarte okno, rozchodziły się śpiewy i wrzaski. Widziano wewnątrz zarumienione twarze, długie powiewające kędziory i na pół obnażone ręce wywijające w powietrzu.

January O'Neil miał otwartą piwnicę na rachunek Wilhelma Derry, tak jak Saunder Filip, na rachunek Sulliwana.

Po obu stronach zwyczaje były jednakowe i środki werbunku też same.

Ale skutki ich nie objawiały się jednakowo w obydwóch obozach. W oberży pod "Królem Makolmem", pijaństwo przybierało pozory ponure i tchnące nienawiścią; była to gorączka upadłego stronnictwa, które straty swoje liczyło ze wściekłością i rozpaczliwie chwytało się szczątków dogorywającego despotyzmu. Po drugiej stronie ulicy Donnor przeciwnie, radość była szalona i hałaśliwa, połączona z dziecinną fanfaronadą. Zgromadzenie też było liczniejsze.

A jednak wieleż to wychudzonych głodem istot przykrywały te dziurawe łachmany! Jakiemże niezatartem piętnem, nędza naznaczyła te wybladłe policzki, które alkohol zabarwiał na godzinę czerwonemi plamami!

Wieleż to nagromadzonego gniewu kryło się w głębi tych serc przygnębionych długoletniem męczeństwem!

Ale tu charakter irlandzki objawiał się w całej swej pełni. Byli to uciśnieni synowie zielonej Erin, prawdziwe dzieci Irlandyi, ze wszystkiemi swemi nieszczęsnemi wadami wytworzonemi przez niewolę i zarazem z ową żywotną energią i wesołością, które w nich chwile dobrobytu rozbudza. Bawili się bez miary, nie myśląc o wczorajszej biedzie, bez troski o głód jutrzejszy, oddając się z duszą i z ciałem dziecinnej radości i zapominając nawet o swej nienawiści dla ciemiężycieli.

Było tam niezawodnie między nimi wielu członków tajnych stowarzyszeń, które trapią Irlandyę; połowa może tych nieszczęśliwych zapaliła niejednokrotnie wśród nocy kaganiec zemsty, lub podpisała groźny kwit, jaki sprzymierzeni Molly-Moguire posyłają agentom lordów, właścicieli ziemskich. Lecz w tej chwili, dzięki zmienności charakteru narodowego, na wszystkich tych fizyognomiach malowało się niekłamanie zadowolenie. Bawiono się wesoło, serca u wszystkich były lekkie i zajrzawszy do głębi tych dusz, nie odkryłbyś nigdzie i śladu wyrzutu sumienia.

Tak wewnątrz jak i zewnątrz katolickiej oberży panow7ał ciągły ruch i niepohamowana radość. Rzekłbyś, iż ci ludzie odnieśli świetne zwycięztwo i zdawało się, iż hasło Rappelu. powtarzane tysiącznemi głosy, było tryumfalnym hymnem Irlandyi, nareszcie wyzwolonej!

Tak w oknach jak i na ulicy, najzapaleńsi pokazywali pięście przeciwnikom z sąsiedniej oberży i śmiejąc się wyzywali ich do bitwy.

Nie lękali się niczego i nikogo, wyzywali sędziego, wójta, policyantów, nieobecnych dragonów, a nawet i strasznego majora, który z sprzysiężonymi Molly-Maguire prowadził taką zaciętą walkę.

W tej chwili nie lękano go się, przywoływano niemal tego flegmatycznego i walecznego żołnierza, który z nieustraszoną odwagą ścigał po nocach, sprzysiężonych w ich najbardziej ukrytych pieczarach. Zwykle jednak wspomnienie o nim ścinało im krew w żyłach. Jakaś tajemnicza potęga, mówiono, czuwa nad jego życiem. Tyle razy już mściwy sztylet spiskowców złamał się jego niezwyciężony pancerz!

Raniono go. Nazajutrz siadał na konia i blady, prowadził swoich dragonów do kryjówek sprzysiężonych, wśród niedostępnych gór.

Czyżby posiadał nadprzyrodzoną siłę?

Opuściwszy oberżę pod "Królem Makolmem" Percy Mortimer poszedł wzdłuż ulicy Donner wolnym krokiem. Południe zbliżało się, promienie słoneczne przedostawiając się pomiędzy ściętemi ukośnie dachami, padały wprost na ulicę. Ludzie zebrani w oberży Januarego O'Neil, spostrzegli zdaleka jaskrawą barwę i złocone hafty munduru majora.

- Dragon idzie! - zawołał Patryk Mac-Duff z osady Knochderry. - Niech go Bóg strzeże, jeżeli przejdzie blizko mego kija.

Patryk był tęgi chłop, zdrów, rumiany, dobrze zbudowany, który jadał mięso tylko raz w rok na Boże Narodzenie, jak każdy wieśniak irlandzki, ale któremu kartofle i chleb owsiany widocznie wyszły na zdrowie.

- Biada dragonowi! - odpowiedziało chórem setki rozgrzanych trunkiem głosów.

Patryk Mac-Duff, który pił siedząc wygodnie na bruku, wstał i zakręcił kijem kilka razy młynka nad głową. Ze dwunastu chłopaków poszło za jego przykładem. W oknach krzyczano: odważnie chłopcy! i bito oklaski. Oczy wszystkich były zwrócone na majora, który wciąż postępował naprzód.

W oberży "Króla Makolma" śledzono również nienawistnym wzrokiem za majorem Percy Mortimer.

- Narazilibyśmy się na ciężką odpowiedzialność - mówił prokurator O'Kir - gdybyśmy się porwali na oficera Jej Królewskiej Mości, ale jeżeli się nie mylę, idzie on właśnie odwiedzić swoich dobrych przyjaciół, pod Wielkim Oswobodzicielem.

- Pod pewnym względem - odpowiedział sędzia Mac-Foot, autor: widzeń na jawie i abstrakcyi ciała, jestem zadowolony, że się nie sprzeciwiłem prawom królestwa, lecz z drugiej strony, boleśnie mi jest patrzeć jak ten dumny Moabita pyszni się na ulicy i wznosi głowę do góry, jak prawdziwy żołnierz Pański.

- Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie - mruknął wójt Payne. - Lepiej jest powiesić człowieka z zachowaniem ostrożności, niż dać mu szczutka lekkomyślnie.

- Patrzcie panowie! patrzcie! - dodał Saunder Pilip, przynosząc wazę ponczu - idzie on wprost do oberży tego bezbożnika O'Neil.

- Niechaj przekleństwo Boże nad nim zawiśnie! - zawołali oburzeni protestanci.

Major był już w połowie drogi między Królem Makolmem i Wielkim Oswobodzicielem. Patryk Mac-Duff, który dojrzał jego szlify i szarfę, zaczął wolniej wywijać kijem i zniżył ton głosu.

- Arrah! - rzekł - to oficer! Jak wam się zdaje chłopcy, czy go wpakować do rynsztoka?

- Oficer nie więcej wart od żołnierza - odpowiedział John - nie kontraktowy czynszownik, który nie był wyborcą i za poteen Wilhelma Derry, mógł tylko zapłacić pięściami i językiem.

- Do wody czerwony mundur! - wołano z okien.

- Do wody, czerwony mundur! - powtórzyli wieśniacy leżący na bruku.

Major, wśród przekleństw protestantów, postępował wciąż naprzód ku grożącym mu katolikom. Policzki jego nie były bledsze niż zazwyczaj, oczy patrzyły zawsze tym samym zimnym wzrokiem, chód był wolny i swobodny. Zdawało się, iż kończy spokojnie rozpoczętą przechadzkę.

Słońce, padając wprost w oczy biesiadników katolickich, nie pozwalało im rozpoznać rysów zbliżającego się oficera. Patryk Mac-Duff, któremu oklaski zgromadzonych dodawały serca, wybiegł naprzód towarzyszy, wywijając kijem. Drudzy pobiegli za nim zataczając się i śmiejąc, byli już pijani.

- Idźcie chłopcy, idźcie - wołano z okien - zmuście Anglika, by wypił zdrowie Wilhelma Derry.

Patryk biegł ożywiony najlepszemi chęciami, ale nagle zatrzymał się i spuścił kij:

- Major! - wyszeptał.

Ci, którzy biegli za nim, powtórzyli też:

- Major!

I wyraz ten powtarzany coraz dalej, doszedł aż do wrót oberży pod "Wielkim Oswobodzicielem" i rozszedł się na parterze i po piętrach. Na ulicy przestano wrzeszczeć, w szynku zapanowało milczenie, w oknach nastała cisza. Ci sami ludzie, którzy pijani biegli przed chwilą z groźbami na ustach, rozstąpili się po obu stronach ulicy, pozostawiając wolne przejście.

Patryk machinalnie dotknął kapelusza na znak uszanowania.

Major odkłonił mu się i wszyscy odkryli głowy.

Tacy już oni, nawet w chwilach szału. Ręka przygniatająca ich była tak ciężką, iż nie są zdolni podnieść się jak ludzie przy świetle dziennem i głośno wyznać swą nienawiść. Tak długo byli niewolnikami, iż na widok pana zginają karki. W nocy potrafią chwycić fuzyę lub kaganiec, podpalają, walczą, giną, lecz spojrzyć Anglikowi śmiało w oczy, przechodzi ich siły.

Rzekłbyś, iż się wstydzą wolności, lub też wolność jawnie ogłoszona staje się w ich oczach zwodniczą chimerą. Nie umieją korzystać spokojnie i z godnością z swych praw obywatelskich. Nie znają środka, między dzikim gwałtem, a strachem. Drżą jak dzieci zagrożone rózgą w szkole i ci sami ludzie, którzy w masce i wśród nocy złożą dowody szalonej odwagi, uciekną przed wrogiem przy pierwszym promieniu słońca i ustąpią mu z drogi jak słabe kobiety.

A jeżeli się nie skryją na jego widok, to będą się do niego uśmiechać, schlebiać mu i usta ich potrafią bez wstydu ukryć nienawiść pod złotemi słówkami.

We wzroku majora Percy Mortimer, tak zwykle zimnym i obojętnym, można było, gdy przechodził przez ten tłum w łachmanach, wyczytać wielką i głęboką litość. Szedł zwolna wśród grup rozstępujących się, by mu zostawić przejście i uprzejmym gestem odpowiadał na ukłony tłumu. Gdy przeszedł, lekki szmer dał się słyszeć. Patryk Mac-Duff włożył kapelusz na głowę, ścisnął grubą swą pięść i pogroził nią w milczeniu.

W miarę jak major oddalał się, wrzawa rosła. Gdy zniknął na skręcie ulicy, szmery zamieniły się w wrzask przeraźliwy.

- Precz z Anglikiem! - krzyknął Mac-Duff.

Odpowiedziano mu chórem na ulicy i w oberży, w szynku na parterze i na wszystkich piętrach w domu Januarego O'Neil. Ze wszech stron rozległ się krzyk, powtarzany przez tysiące ust:

- Precz z Anglikiem!

Wrzeszczeli, wywijali pałkami, grozili zapamiętale nieobecnemu wrogami. Naraz cały ten gniew ostygł bez najmniejszego powodu i zastąpiła go szalona radość. Śmiechy i śpiewy rozległy się ze wszech stron Nazwisko O'Conella zabrzmiało w powietrzu, powitane tysiącznemi wiwatami.

Poteen i piwo popłynęły znowu strumieniem.

- Niechaj żyje Wilhelm Derry! Wilhelm Derry na zawsze!

Tymczasem ogorzała olbrzymia fizyognomia zniknęła ze swego stanowiska w gotyckiem oknie starej rudery i na pół rozwalonemi schodami zszedł na dół Mahony Podpalacz, wraz z Jermynem ostatnim synem Milesa Mac-Diarmida.

 

IV. Córka królów.

 

Pokój, w którym mieszkała Ellen, był o wiele mniejszy i niższy od izby, służącej za salę jadalną dla całej rodziny Diarmidów. Gołe ściany przykrywały tu i owdzie pospolite ryciny, ułożone jednak z pewnym artystycznym smakiem, a przy wyborze ich dawano widocznie pierwszeństwo wyobrażeniom starych legend, opromienionych wiarą i poezyą.

Wśród kilku skromnych mebli, zwracała na siebie uwagę staroświecka szafa z czarnego rzeźbionego drzewa, której kształt ciężki i masywny, świadczył o kilkowiekowej przeszłości. Czas naznaczył swem niszczącem piętnem postacie przedstawione na płaskorzeźbie, nie łatwo było rozpoznać jaką one scenę wyobrażać miały i najwprawniejszy znawca nie mógłby odgadnąć myśli artysty; kilka jednak figur pozostało nietkniętych, a mistrzowski ich, pełen siły rysunek, nadawał całemu dziełu cechę niepospolitej artystycznej wartości.

Ponad tą szafą, na konsolce wmurowane w ścianę, umieszczony był kamienny posążek Matki Boskiej, z dziecięciem Jezus na ręku i z czołem ozdobionem złocistemi promieniami. Rzeźba ta wydawała się jeszcze starszą od szafy z czarnego drzewa. Pochodziła ona widocznie z barbarzyńskiej epoki sztuki i fałdy sukni Bogarodzicy spadały sztywne w konturach zaledwie zarysowanych. Legenda w celtyckim narzeczu była wyrytą na około cokoła, w środku którego umieszczono tarczę herbową z wyobrażeniem maczugi, berła i korony królewskiej.

Było to jedyne dziedzictwo Elleny Mac-Diarmid, jej herb i jej historya zarazem. Te staroświeckie szczątki należały do niej i nadawały szlachetnej dziewicy mistyczny urok, który wzbudzał szacunek wszystkich.

Ellen była córką biedaka. Przez całe swe życie orał on mały kawałek pola, zaledwie wystarczający na chleb codzienny. Człowiek ten, by nie umrzeć z nędzy musiał nieraz korzystać z pomocy starego Milesa i jego dzieci. Ale pochodził z rodu monarszego, był potomkiem w prostej linii Diarmida rudego, króla wyspy przed najazdem Duńczyków. Ktokolwiek nosił w hrabstwie Connanght nazwisko Mac-Diarmid, przybywał jednego dnia w roku do chaty biedaka, którego zwano Heir, następca tronu. Na polu jego zastawiono stół i siedząc na honorowem miejscu, przewodniczył biesiadzie, wyprawionej na cześć jego przez rozbitków starożytnego plemienia.

Rozprawiano o dalekiej przeszłości gdy naczelnik rodziny nosił koronę i o późniejszych czasach, gdy już tylko jako lord posiadał obszerne włości, których granic ze szczytu wieży w pałacu Diarmid dojrzeć nie można było. Wspominano jak te bogactwa przeszły powoli do chciwych rąk protestantów i zapytywano, czy Bóg nie zechce podnieść znowu kiedy owego rodu, kiedyś tak potężnego, a który spadł tak nizko pod brzmieniem Jego gniewu.

Zapalano świece około kamiennej Bogarodzicy, śpiewano stare kantyczki hymny bojowe, które brzmiały w ustach kilkunastu pokoleń rycerzy wolnych, a następnie niewolników. Rzucano klątwę na lorda Montrath, syna przywłaścicieli, którego nowy pałac wznosił się o kilka kroków naprzeciwko starych wieżyc i bogactwem swem, zdawał się urągać ich opuszczonej i zaniedbanej starości.

Ellen, po śmierci ojca znalazła schronienie u starego Milesa, swego dalekiego krewnego. Zabrała z sobą kamienny posąg Matki Boskiej. W Irlandyi urok tradycyi jest wszechpotężny. Ellen, choć w nędzy, pozostawała dla mieszkańców okolicy a zwłaszcza dla swych krewnych, przedmiotem czci nieograniczonej; była ona zawsze córką potężnych lordów i jedynym potomkiem królewskiego rodu Diarmidów.

Ani stary Miles, ani jego synowie, nie poważyliby się nigdy żądać od niej sprawy z jej czynów. Była wolną, każdy w domu Diarmidów poczytywałby sobie za zbrodnię śledzić jej postępki lub chcieć odgadywać jej tajemnice. Była królową, wszyscy ulegali jej najmniejszym zachceniem.

Przez długi też czas jasny promień szczęścia oświecał, żadną troską nie zasępione czoło młodej dziewczyny. Milesa szanowała jak ojca, synów jego uważała za swych braci, życie jej płynęło spokojne i pogodne, a uśmiech jej rozweselał wspólne biesiady.

Po całych dniach bujała z Jessy O'Brien, ukochaną swą towarzyszką, po stromych skarpach gór. Dwie piękne dziewoje biegały i śpiewały, chroniąc się w cieniu lasów, lub zatapiały wzrok w dalekim błękicie.

Innym razem wolała być samą, siadała na grzbiet małego kuca i pędziła w cwał, starając się odegnać niewyraźną jeszcze troskę, budzącą się duszy lub też z wiosłem w ręku, pruła w czółnie fale wielkich jezior i zasłonięta gęstą mgłą, płynęła od wyspy do wyspy, śpiewając i marząc.

Wieczorem zasiadała przy rodzinnej wieczerzy obok Jessy O'Brien, wesołej dziewczyny, która ją kochała i uśmiechała się do niej.

Były to szczęśliwe dnie. Mógł cudzoziemiec posiadać obszerne włości Diarmidów i wznosić swoje nowe pałace obok chwiejącego się starego zamczyska, Ellen nie troszczyła się o minioną świetność. Nie znała ani żalu, ani żądzy, czuła się szczęśliwą, że żyje, że jest piękną, a modlitwa jej wieczorna wznosiła się ku niebu tylko jako hymn wdzięczności, miłości.

Naraz przyszły na nią dni smutku, jej wielkie czarne oczy poznały co to łzy. Wszystko się na około niej zmieniło. Jessy już nie ma, nieszczęście wstąpiło do chaty Mac-Diarmida. Widać już tylko same ponure twarze pod tym dachem, pod którym tak niedawno jeszcze panowało pogodne i uśmiechnięte szczęście.

Lecz nie dla tego tylko Ellen była smutną. Opuściwszy salę po wieczornej wieczerzy, postawiła lichtarz na staroświeckiej szafie, zdjęła czerwony, wilgotny jeszcze burnus i rozpuściła długie swe czarne włosy. Obiema rękami schwyciła rozpalone czoło. Spokój jej podczas wieczerzy był udany, znalazłszy się samą, zrzuciła maskę, padła na kolana przed łóżkiem a z piersi wyrwał się jej jęk bolesny.

Przez, kilka sekund pozostała tak nieruchomą i jakby przygniecioną brzemieniem strasznej boleści, na raz powstała, podbiegła do okna i otworzyła takowe. Koc była spokojna i chłodna, wzrok Elleny skierował się ku wzgórzom Kilkerran, starając się przeniknąć ciemności.

- Nie ma ognia - wyszeptała. - Dzień jeden zyskany. Jutro może mnie Bóg natchnie jak go ocalić!

Wróciła zwolna do łóżka i siadła. Dwie łzy gorące spłynęły wzdłuż jej policzek i padły na rękę. Podniosła zwolna głowę odrzuciwszy w tył włosy zasłaniające jej oczy. Jakże cierpiała Wielki Boże! Kochała Anglika, ona, córka potężnych niegdyś lordów ograbionych przez najezdników angielskich; kochała żołnierza protestanckiego, ona wierna sługa Bogarodzicy, patronki katolicyzmu; kochała majora Percy Mortimer!

Biedna Ellen!

Od dzieciństwa była wśród swej przybranej rodziny wielbioną jak bóstwo. Cześć religijna starego Milesa i jego synów wzniosła ją na piedestał wyżej ponad tych wszystkich, których by rada kochać. Synowie starca nie śmieli oczów podnieć na nią, trzymali się zdała, po za obrębem zaklętego koła, nakreślonego tradycyjnem poszanowaniem. Kochać "córkę królów" inaczej jak świętą z kalendarza, wydawało im się świętokradztwem.

Jeden z nich tylko, słabszy czy też namiętniejszy, pozwalał swej duszy marzyć o pięknej Ellen. Było to młode pachole. Kochał w milczeniu, wstydził się i lękał. Wyrzucał sobie swoją miłość jak zbrodnię, nie śmiał jej okazywać, umiał tylko cierpieć w cichości.

Dnia pewnego wielka boleść nawiedziła chatę Mac-Diarmida. Jessy O'Brien, ukochana siostrzenica starego Milesa i przybrana jego córka zniknęła. Było to dziewcze łagodne, wesołe i nieśmiałe. Od chwili gdy zbudziło się w niej serce, kochała Morrisa Mac-Diarmida. Czas wzmacniał tylko ich wzajemne przywiązanie, pełne poświęcenia i stałości. Ojciec zaręczył ich.

Jessy nie była podobną do Elleny. Nie umiała wdrapywać się na bazaltowe schody zawisłe ponad morzem, nie szukano też jej trupa u stóp wysokich skał.

Lord Jerzy Montrath przybył po raz pierwszy w życiu z kilkoma wesołymi towarzyszami, zabawić tydzień w swych dobrach w Irlandyi. Nie znał wcale ani swoich pałaców, ani wspaniałych parków, ani dzikich krajobrazów w swych włościach. "Wszystko mu się wielce podobało, polował, nie znudził się bynajmniej. Właśnie w dniu jego wyjazdu, Jessy O'Brien po raz pierwszy w życiu nie wróciła do chaty rodzinnej. Razem z nią zniknęły także Molly Mac-Duff perła z Krochderry, Magdalena Lew, królowa piękności w Galway i inne.

Stary Miles rzekł:

- Chłopcy, musicie ratować siostrę.

Morris powstał, wziął broń i wyszedł.

VI. Dług honorowy.

 

Wszyscy spali w willi lorda Jerzego Montrath. Nie było nikogo w parku, ani w okolicy. Michey ukrył duży młot pod swoją opończą. Po trzech uderzeniach zamek we wrotach prysnął. Mac-Diarmidowie weszli prowadzeni przez Morrisa, byłego narzeczonego biednej Jessy.

Na hałas zbudziło się kilku lokai, lecz opór ich został niebawem złamany twardymi irlandzkimi kijami. Milord usłyszał wrzawę przez sen i wydało mu się, iż słyszy ciężkie stąpanie po miękkich dywanach przykrywających jego. schody. Na zgrzyt otwierających się drzwi zbudził się.

Przetarł oczy. Jakiś dziwny szmer dolatywał jego uszów i wydało mu się jak gdyby sypialnia jego była pełną ludzi. Zdziwiony, podniósł się, odsunął kotarę i ujrzał ośmiu tęgich mężczyzn, nieruchomych i milczących, stojących rzędem przy jego łóżku. Milord nie rozpoznawał ich twarzy, lecz odgadł co byli za jedni.

Morris postąpił krokiem naprzód i wymówił nazwisko Diarmida; poczem dodał słów kilka głosem cichym, lecz rozkazującym. Lord Jerzy chciał odpowiedzieć, lecz z bladych ust jego żaden dźwięk nie mógł się wydobyć. Drżał ze strachu. Wstał z łóżka, przeszedł przez pokój chwiejnym krokiem i otworzył biórko.

Usiadł. Rozłożył arkusz papieru i umaczał pióro. Morris dyktował, lord pisał.

Mac-Diarmidowie przynieśli ojcu formalne przyrzeczenie lorda Jerzego Montrath, iż w przeciągu dni ośmiu zaślubi Jessy O'Brien, którą gwałtem porwał.

Starzec sądził, iż mu odprowadzą biedną dziewczynę i że będzie mógł zabrać ją z sobą do Irlandyi. Zdziwił się więc najprzód, następnie rzekł kiwając smutnie głową:

- Jessy była twoją, mój synu, miałeś więc prawo decydować w jaki sposób wypada jej bronić. Honor, tak jak go rozumieją Anglicy, jest zatem ocalony; daj Boże by drugie dziecko było szczęśliwe.

Nałożył opończę na plecy i wziął kij w rękę:

- Nie mamy tu już nic więcej do czynienia - dodał. - Nie przyszedłem by widzieć, jak córka mojej siostry oddaje rękę temu, którego ojcowie okradli dziedzictwo Diarmidów. Chodźcie synowie i ty szlachetna kuzynko, wrócimy do naszej chaty.

Rodzina puściła się w podróż, z wyjątkiem Morrisa, który pozostał w Riszmondzie. Postanowił czekać, aż milord spełni swe przyrzeczenie i zaprowadzi Jessy do ołtarza. Dzielny to był chłopiec, z sercem rycerskiem, namiętnem, lecz silnem. Umiał zarówno walczyć mężnie z samym sobą jak i z wrogiem.

Dusza mu się krwawiła na myśl, iż Jessy będzie żoną innego, lecz powiedział sobie, iż musi ona pozostać bez skazy w oczach całego świata i poświęcił miłość swoją.

Po całych dniach, a nieraz i w nocy błądził sam jeden w okolicach Riszmondu. W miarę jak się stanowczy dzień zbliżał, boleść jego stawała się tem dotkliwszą.

Podczas swych wycieczek wśród lasów opasujących zielonym wieńcem Riszmond, jego pałace i wille, nie zauważył, iż niejednokrotnie jakieś nieznane osobistości śledziły za nim ukrywając się w cieniu.

Mieszkańcy Riszmondu już go znali. Dzieciaki śmiały się i szydziły, widząc tę wyniosłą postać niezgrabnie przyodzianą w biedną irlandzką opończę. Mężczyźni brali go za waryata, kobiety w wybujałej swej wyobraźni tłómaczyły nieszczęśliwą miłością jego melancholijne usposobienie. Morris przechadzał się nie zważając na nic.

 

..............................................................................................................

..............................................................................................................

..............................................................................................................

 

Było to w wilię dnia wyznaczonego na obrzęd ślubny. Morris błądził sam jeden wśród ciemnej nocy w lesie rosnącym nieopodal Tamizy i dochodzącym aż do drogi prowadzącej do Londynu. Nie miał innej broni prócz kija, którym się podpierał. Naraz uczuł silne uderzenie w grzbiet, podczas gdy dwa mordercze noże dotknęły jego piersi.

Zrozumiał, iż nadeszła ostatnia jego godzina, był osaczonym tak zblizka, iż nie mógł bronić się kijem, Polecił duszę Bogu.

Naraz napastnicy zostali odepchnięci, Morris usłyszał szczęk broni i otworzywszy oczy ujrzał szpadę uwijającą się pomiędzy nim i zbójcami. To mu dodało odwagi. Ciężki kij jego zad rżał w silnej ręce, jeden z napastników padł na ziemię. Inni uciekli.

Morris zwrócił dziękczynny wzrok na swego zbawcę. Przy słabem świetle gwiazd rozpoznał mundur dragonów J ej Królewskiej Mości i dobrze znaną fizyognomię w hrabstwie Galway, białą i bladą, która i w tej groźnej chwili zachowała swój lodowaty spokój.

Był to kapitan Percy Mortimer, który pamiętał, iż rodzina Elleny wymówiła, nazwisko Riszmond, wysiadając z parostatku. Dążył więc tam, gdyż wspomnienie młodej dziewczyny już silnie zawładnęło jego sercem.

Morris, jak każdy Irlandczyk, czuł dla żołnierza protestanckiego nie tylko odrazę, lecz uczucia nienawiści, nie mogły w duszy jego przygłuszyć głosu wdzięczności. Podał rękę swojemu zbawcy, który jej zlekka dotknął i schował skrwawioną swoją szpadę do pochwy.

- Czyś pan raniony? - zapytał Mortimer.

- Nie - odpowiedział Morris. - Przybyłeś pan dosyć wcześnie by mnie ocalić. Dostałem tylko jedno pchnięcie, które przedziurawiło moją opończę.

- Winszuję panu - rzekł kapitan i ukłoniwszy się uprzejmie, odszedł spiesznym krokiem w kierunku Riszmondu.

Morris chciał go zatrzymać, by mu podziękować! i powiedzieć przynajm niej jak się nazywa człowiek, który mu życie ocalił. Być może, iż kapitan Percy Mortimer nie usłyszał jego wołania, w każdym razie nie odpowiedział na nie.

Kij Morrisa powalił jednego z napastników na ziemię. Morris pochylił się nad nim i poznał lokaja lorda Jerzego Montrath.

- Ona będzie nieszczęśliwą! - wyszeptał.

Ale już było zapóźno się cofnąć. Nazajutrz, pierwszy raz w życiu ukląkł w kaplicy anglikańskiej. Jessy i lord Jerzy Montrath stali przed ołtarzem. Kapłan wyrzekł sakramentalne słowa małżeństwa. Morris objął głowę obiema rękami i tłumił łkanie, by nie wybuchnąć płaczem.

Jessy została milordową Montrath. Gdy się odwróciła od ołtarza, ujrzała Morrisa poraz pierwszy po opuszczeniu Irlandyi. Morris krzyknął boleśnie i wyciągnął ku niej ręce. Jessy zachwiała się na nogach. Lord Jerzy podtrzymał ją, a na ustach jego błąkał się gorzki uśmiech.

Jessy była bardzo zmienioną. Towarzyszki już by jej nie poznały. Ale jakże pięknie wyglądała w tej bogatej ślubnej sukni!

Morris cierpiał tak, iż sądził, że umrze.

Jessy przeszła zwolna koło niego wsparta na ramieniu męża; wsiadła do powozu. W chwili gdy lord Jerzy zabierał się też wsiadać, uczuł, iż ktoś dotknął jego ramienia; odwrócił się i ujrzał zmięszaną i boleśnie skurczoną twarz Morrisa.

- Niech ona będzie szczęśliwą milordzie! - rzekł tenże, ściskając konwulsyjnie zęby, albo biada ci!...

Lord Jerzy uśmiechnął się ironicznie i nic nie odpowiedział. Jego lokaje odepchnęli gwałtownie Morrisa. Powóz ruszył galopem.

Morris powrócił do Irlandyi.

Jessy pisywała regularnie co miesiąc do przybranego ojca. Nie żaliła się, a o Morrisie nigdy w listach nie wspominała; ale widocznie była bardzo smutną.

Lecz raz cały miesiąc upłynął, a oczekiwany list nie przybył. Minął i drugi i nieszczęście zawitało do chaty Diarmidów. Stary Miles, oskarżony o spiskowanie, został osadzony w więzieniu jako domniemany sprawca pożaru folwarku Lukassa Neale.

W nieobecności naczelnika rodziny, synowie jego oddali się z większą jeszcze gwałtownością walce nocnej. Morris w nowej namiętności szukał zapomnienia swych cierpień miłosnych. Wytknął sobie do osiągnięcia szlachetny cel i poświęcił się wyłącznie sprawie Irlandyi. Jego gorący, chociaż zaślepiony patryotyzm, wskazywał mu nowe drogi. Poszedł niemi bez namysłu, ulegając tylko popędowi swej, ognistej natury, ale widział dobrze grożące mu niebezpieczeństwa i przeczuwał, iż doprowadzą go do przepaści. Nie chciał się jednak cofać.

Gdy trzy miesiące minęły bez wiadomości od Jessy, bracia rzekli do niego:

- Chodźmy do Londynu, by uratować lub pomścić naszą siostrę.

Lecz Morris potrzebował tylu rąk, by podołał swemu olbrzymiemu zadaniu! Napisał więc tylko list, ale nie otrzymał odpowiedzi. Czas mijał; a gdy wreszcie Michey udał się do Anglii, zastał już biedną Jessy nieżywą....

Ellen wróciwszy z Londynu, ujrzała ukochane swoje góry z niezwykłem wzruszeniem. Poważna boleść zatruła jej dawną dzieciną swobodę. Chciała wyperswadować sobie, iż to tylko nieobecność Jessy O'Brien, jej ukochanej siostry, jest powodem dręczącego ją zmartwienia. Ale niejednokrotnie nadzieja rozweselała jej melancholię. Uśmiechała się i płakała z radości.

Niezawodnie to nie biedna Jessy, przyczyniała się do tych zmian raptownych.

Ellen już nie była samotną. Wspomnienie towarzyszyło jej wszędzie, czy to na szczytach gór, czy na błękitnej spokojnej wodzie jezior.

Ellen kochała zawsze szczerze swego ojca przybranego i swych braci, ale przywiązanie bladło w obec ukochanego wspomnienia Anglika. Przedstawiał się on jej jako niezrównany bohater, zamiary Percy Mortimera, wydawały jej się rozkazem Boskim. Biedne nieświadome życie dziecko!

Głos tajemniczy, mówił jej z głębi duszy.

- On wróci.

Rzeczywiście wrócił. Robert Peel ocenił rozum jego i siłę. Dla przeprowadzenia swej politycznej myśli, potrzebował on takich wyborowych narzędzi, twardych i hartownych jak stal. Percy wrócił ze stopniem majora; były komendant wojskowy hrabstwa Galway, podpułkownik Brazer, wróg jego, został przeniesiony do Clare, co go dla młodego majora przyjaźnie usposobić nie mogło.

Ellen uradowała się wielce, gdyż uczucia Mortimera odpowiadały jej własnym. Piękne dnie zaczęły się dla nich, długie rozmowy w samotności i przysięgi zamieniane w obec nieba. Ale major Percy Mortimer był bezustannie wystawiony na nienawiść obydwóch skrajnych stronnictw, a nienawiść ta rosła wciąż, gdyż nieulękniona jego odwaga stawała między przeciwnikami jak tama i nikt nie zdołał jej się oprzeć.

W tym kraju trawionym szaloną gorączką, nienawiść objawiała się pchnięciami sztyletów. Stowarzyszeni Molly-Maguire, ścigani na zabój przez mojora, posłali mu ów wyrok śmierci, po otrzymaniu którego, nikt i jednego dnia bezkarnie nie przeżył i nóż nocnych morderców, znalazł drogę do jego piersi.

Ale jakaś tajemnicza siła czuwała nad życiem majora Mortimera. Trzy razy krew jego popłynęła, uniknął jednak śmierci. Trzykrotnie też Morris Mac-Diarmid, spłacając szlachetnie dług swój zaciągnięty w Riszmondzie, stanął pomiędzy jego piersią i puginałem.

Ellen, biedna istota, ledwie żyła; obawa wciąż obudzana, nie opuszczała jej na chwilę. A jednocześnie dręczyła ją straszna trwoga, połączona z wyrzutami sumienia, gdyż zaprzedała się w niewolę człowiekowi, który wypowiedział walkę bez litości jej braciom.

Od dawna już odgadła, że Mac-Diarmidowie należą do tajnego stowarzyszenia.

 

PROLOG

 

I. Biesiada irlandzka.

 

Stary Mac-Diarmid posiadał folwark siedmiu akrów obszaru, położony nad brzegiem jeziora Corrib o kilka mil od Galwoy. Dom jego znajdował się na wysokości czterechset do pięciuset stóp nad powierzchnią wód w jeziorze i stał na stoku ostatniej góry z łańcucha Manitkurs, rozciągającego się na zachodniej granicy prowincyi Connanght w Irlandyi.

Wesołe kępy drzew, które go otaczały zielonym wieńcem, nadawały mu cechę dobrobytu i szczęścia.

Był on większym od zwykłych siedzib irlandzkich, zwłaszcza w tej biednej prowincyi Connanght, w której ludzie rodzą się i umierają w chałupach, zaledwie zdatnych do pomieszczenia bydła.

Dom Mac-Diarmida składał się z głównego korpusu, który zapewne kiedyś stanowił sam w sobie oddzielne mieszkanie i z dwóch skrzydeł dodanych następnie.

Dla dania odrazu czytelnikom wyobrażenia o rzeczywistym stanie tego budynku, powiemy, iż był on mniej wart od obory pierwszego lepszego folwarku angielskiego. W hrabstwie Connanght uchodził niemal za wspaniałą siedzibę, lecz w jakimkolwiek innym kraju, każden poczytywałby go za ruderę.

Działo się to w listopadzie, około siódmej wieczorem. Nastała ciemna noc. W głównej izbie mieszkania Mac-Diarmida, na stole oświeconym dwiema świecami, ustawiono kilka dymiących się misek. Do tej, więcej niż skromnej uczty, zasiadł stary gospodarz z swymi ośmioma synami i z młodą dziewczyną. Przy szarym końcu stołu, siedzieli parobek, mała dzieweczka i jakiś obdartus w łachmanach, który formalnie pożerał.

W izbie choć dużej, nie było innych mebli prócz krzeseł otaczających stół. Krzesła te były dwojakiego rodzaju, proste pieńki dla synów i stół, a dla starca i młodej dziewczyny drewniane fotele z oparciem. Po lewej stronie starca stał trzeci podobny fotel nie zajęty. Na ścianie wisiała półka prawie całkiem opróżniona, a nad zadymionym kominem dwie fuzye założone na krzyż.

Po prawej stronie stołu, który nie stał w samym środku izby, wyciągnięty był sznur od jednej ściany do drugiej. Za tym sznurem, towarzystwo innego rodzaju zajęte było spożyciem wieczornej strawy. Najprzód piękna krowa, która zdawała się bardzo delikatnie obchodzić z oszczędnie wymierzoną jej trawą, a od czasu do czasu rzucała na biesiadującą rodzinę przyjacielskie spojrzenia. Następnie trzech baranów z długą wełną spało spokojnie w kącie. Wreszcie duży czarny wieprzek wpychał łakomie swój ryj w mieszaninę z konopich liści i obierzyn z kartofli.

Zwierzęta te znajdowały się w zwykłej swej kwaterze i nie próbowały przechodzić po za wyznaczoną im granicę.

Pod stołem, dwa tęgie psy, jako uprzywilejowani słudzy i przyjaciele domu, brali udział w wieczerzy.

Misy były napełnione gotowanemi kartoflami, których mączyste mięso wyglądało między szczelinami popękanej skórki. Przed każdym z biesiadników stał drewniany kubek, a tu i owdzie kilka dzbanków cylindrycznej formy, napełnionych ulubionym Irlandczyków napojem, mocnym i palącym poteen. Starzec i młoda dziewczyna mieli kubki mosiężne. Przed tą ostatnią stał dzban z czystą wodą.

Brak mebli zastępowała znaczna ilość ozdób różnego rodzaju porozwieszanych na ścianach. Przy słabem świetle trzcinowych świec, można było dojrzeć, że dwanaście obrazów świętych pańskich, a obok nich blade twarze kilku ofiar politycznych, którym pobożna pamięć współobywateli, wytworzyła historyę i legendę.

Obszerna ta sala, mimo owych pospolitych rycin rozwieszonych na ścianach, mimo owej ubogiej wieczornej biesiady i obecności domowych zwierząt, które połowę jej zamieniały w oborę, miała jednak charakter ponurej wielkości, który nadawały jej najprzód niezwykłe rozmiary, a przedewszystkiem szlachetna postawa biesiadników zebranych na około stołu.

Stary Miles Mac-Diarmid był wyniosłego wzrostu, twarz miał poważną, czoło łyse i szerokie, nad skroniami tylko zostały mu duże kępy białych włosów. Wzrok jego był słodki i rozkazujący zarazem. Na jego fizyognomii, którą starość nie wieloma poryła zmarszczkami, jaśniała jakby aureola patryarchalnej potęgi. Gdy przemawiał, wszyscy milczeli, każden wyraz wychodzący z ust jego, miał dla rodziny znaczenie słów wyroczni. We wzroku jego synów, gdy spoglądali na niego, wyczytać można było tylko miłość i uszanowanie, a gdy Ellen Mac-Diarmid podnosiła ku niemu swoje wielkie czarne oczy ze złotym odblaskiem, oczy pełne zawsze smutnej zadumy, uśmiech zarysowywał się na jej ustach.

Ellen miała lat dwadzieścia. Była słusznego wzrostu. Niespokojność dręcząca tęskną jej duszę, odźwierciadlała się jak w przejrzystym strumieniu na jej jasnem czole, otoczonem wieńcem przecudownych włosów. Rysy jej zachowały zupełnie charakter rasy celtyckiej. W dziecinnych latach musiała być wesołą, umiała się jeszcze uśmiechać, a uśmiech jej był bardzo słodki, lecz na wyniosłej pięknej twarzy, nie trudno było odszukać śladów znużenia i boleści.

Serce to dręczone było widocznie jakiemś ukrtem marzeniem i utraciła już spokój dziewiczy. Z tych wielkich pięknych oczów, nieraz już łzy zapewne płynęły.

By zaś zapłakać, musiała wiele cierpieć, gdyż była silną, gdyż dusza jej z męzką energią umiała się oprzeć boleści.

Kostyum jej, aczkolwiek nie podobny do ubrania wielkich pań, wyróżniał się jednak od odzieży innych biesiadników. Wszyscy Mac-Diarmidowie, tak stary jak i jego synowie byli ubrani jak irlandzcy wieśniacy, w okrągłą kurtkę wełnianą ciemnego koloru; krótkie spodnie żółto popielate, niebieskie pończochy i trzewiki skórzane z niewyprawionej skóry.

Ubranie podobne noszą tylko wieśniacy zamożni. Największa bowiem liczba mieszkańców wsi jako jedyną odzież posiadała brudne łachmany. Rodzina Mac-Diarmid mogła się poczytywać za bogatą w kraju, w którym ubóstwo jest udziałem niemal ogółu.

Ellen miała na sobie kaftanik wełniany, elegancko skrojony i dobrze zarysowujący zgrabną jej kibić. Spódnica jej z tej samej ciemnej wełnianej materyi, fałdowała się z wdziękiem, mogącym wzbudzić zazdrość u nie jednej z pięknych pań hołdujących modzie. Na około szyi zawiązała batystową chusteczkę. Za nią, na poręczy krzesła, zawieszony był czerwony burnus, jeszcze wilgotny po wieczornej przechadzce.

Z ośmiu synów Mac-Diarmida, czterech już doczekało się męzkiego wieku, a młodsi mieli od ośmnastu do dwudziestu pięciu lat. Wszyscy niemal byli podobni do ojca w zadziwiający sposób, a na ich twarzach malowała się, choć w różnym stopniu, porywczość i ognista krew Irlandczyków. A nawet u starca, mimo jego patryarchalnej powagi, można było dostrzedz tę narodową cechę. Gdy jakie niespodziewane wzruszenie, przerywało zwykły spokój, niebieskie oko błyskało ogniem pod białemi rzęsami, słowa wyrywały się szybko z ust, a gwałtowne ruchy,, zdawały się chcieć iść na wyścigi z słowami.

Najstarszy z synów siedział przy stole najbliżej Ellen. Był jednak oddalony od niej pewną przestrzenią, jak gdyby etykieta rodzinna pozwalała tylko starcowi zasiąść obok młodej dziewczyny. Młodzieniec ten mógł mieć około trzydziestu dwóch lat, twarz miał surową i namiętną, gęstą czuprynę i wydawał się bardzo silnym. Na imię mu było Michey, bracia mówili do niego z pewnem uszanowaniem, jako do przyszłej głowy rodziny.

Drugi, którego zwano Morris, wszędzie mógłby uchodzi za dorodnego młodziana. Pod prostaczą swoją odzieżą miał jednak postawę wyniosłą i wspaniałą, godną lepszego okrycia. Podobne postacie nie są bynajmniej rzadkie w Irlandyi, stronniczość angielska wysila pióro i pendzel na karykaturyzowanie biednych Irlandczyków, lecz mimo to John Bull nie potrafił zrobić siebie piękniejszym od sąsiada, a czerwona jego fizyognomia wyglądałaby dużo mniej korzystniej od irlandzkiej twarzy, gdyby go pozbawiono rozbifu i piwa i przez sześć wieków żywiono chlebem wyrabianym z owsa. Morris miał duże myślące czoło. Wzrok jego był żywy i głęboki, a uśmiech dystyngowany. Może posiadał mniej fizycznej siły od starszego brata, lecz na twarzy malowała mu się niezwykła inteligencya i niezłomna siła woli.

Młodsi jego bracia byli wszyscy dziarskie chłopaki, żywi i weseli, cięci w słowie, tędzy w pięści i obdarzeni znakomitym apetytem, którego dowody składali, zmiatając pospiesznie kartofle z miski. Zwali się: Natty, Sam, Owen, Dan i Larry. Na kiermaszach i odpustach słynne były ich shillelos sękate laski, któremi każden z nich przynajmniej raz w życiu nabił guza pięciu lub sześciu anglikańskim czaszkom, bodajby tylko dla satysfakcyi własnego sumienia.

Najmłodszy z rodziny Mac-Diarmid mający dopiero lat ośmnaście, zwał się Jermyn. Był równie dorodnym jak bracia, ale postawy łagodnej i nieśmiałej. Długie blond włosy spadały mu w puklach na ramiona, a duże niebieskie rozmarzone oczy, szukały spojrzenia pięknej Ellen, która na niego nie zwracała uwagi. Mówił nie wiele, a milczenie jego stanowiło kontrast z żywą paplaniną braci, którzy z wyjątkiem zamyślonego Morrisa, sprzeczali się pomiędzy sobą.

Wszyscy synowie starego Mac-Diarmida, bez względu na zachodzące pomiędzy niemi różnice, przedstawiali zbliżony do siebie typ siły i piękności. Energia błyszczała w ich śmiałem spojrzeniu, męztwo malowało się na ich czołach. Drgało w nich życie, kryły się skarby młodości i odwagi.

Przy Jerminie było miejsce nie zajęte, tak jak pomiędzy krzesłem Ellen i pieńkiem na którym siedział Michey.

Dalej przy stole zasiadła Peggy, czternastoletnia dzieweczka, która przy Ellen odgrywała rolę napół sługi napół przyjaciółki. Obok dzieweczki zasiadł Joyce parobek, a za nim Pat, człowiek w łachmanach.

Pat miał twarz wychudzoną, wśród której błyszczały oczy sprytne i nadzwyczaj żywe. Jego konopiaste włosy sterczały nad spiczastą czaszką. Był mały i drobny a zajadał chciwie.

W każdym innym kraju Pat uchodziłby za żebraka. W Irlandyi mógł być najemnikiem, a nawet i dzierżawcą niewielkiego kawałka ziemi. Chociaż te dwa ostatnie zajęcia nie wyłączają bynajmniej poprzedniego i w nieszczęśliwem hrabstwe Connanght najemnicy i dzierżawcy gruntów, są nieraz zmuszeni prosić o jałmużnę.

Pat dopełniał wieńca biesiadników otaczających stół i dotykał prawie próżnego siedzenia pozostawionego obok starego Mac-Diarmida.

Miski z kartoflami były już niemal wypróżnione, głód był zaspokojony a dzbanki z poteen stawały się coraz lżejszemi. Rozmawiano, śmiano się i gdyby nie obecność ojca, niebawem wśród gwaru, jeden by drugiego nie słyszał. Lecz zwykła powaga staruszka, miała w dniu tym jakiś pozór smutku.

Zaledwie raz zbliżył swój mosiężny kubek do ust, a kartofle, które wziął na talerz, pozostały prawie nietknięte.

Ta melancholia naczelnika rodziny, którą podzielali Ellen i młody Jermin, oddziaływała na ogólną wesołość. 2mżądano by Pat śpiewał, ale się źle wywiązał z zadania. Biesiadnicy przypomnieli już sobie wszystkie słynniejsze razy rozdane innym lub te, które im spadły na plecy, wciągu ubiegłego miesiąca, rozprawiano o wypadkach ostatniego meetingu i wzniesiono toast na cześć Daniela O'Conella, "wielkiego owobodziciela", tak, że towarzystwo nie miało już nic więcej sobie do powiedzenia.

- Ojcze - rzekł Morris, po chwili milczenia - wiem co ci leży na sercu. Dzisiaj mieliśmy otrzymać wiadomości, ale była burza na morzu, tak, że je dopiero jutro otrzymamy.

Stary Melis rzucił ukradkiem spojrzenie na puste przy nim miejsce, poczem spuścił oczy.

- Daj Boże! - wyszeptał. - Zapewne postąpiłeś dobrze, mój synu, ocalając honor naszej Jessy. Lecz kto wie, czy nie ściągnąłeś nieszczęście na jej głowę.

Zapanowała chwila milczenia. Na twarzy Morrisa malowało się silne wzruszenie, które usiłował zwalczać żelazną swą wolą.

- Było to koniecznem - wyszeptał z cicha.

Miejsce pozostawione wolne przy starcu, należało niegdyś do Jessy. Jessy Obrini była sierotą, córką rodzonej siostry Mac-Diarmida, który ją pokochał jak najdroższe swe dziecko. Cioteczni bracia uważali ją za siostrę z wyjątkiem Morrisa, którego była kiedyś narzeczoną.

- Tak jest - rzekł starzec - stało się to koniecznością. Ale biedna Jessy była jedyną naszą pociechą. Teraz zamiast prostaczej odzieży naszych dziewcząt, nosi bogate suknie i drogie kamienie.... Jest żoną lorda Jerzego Montrath... dumnego pana! Jak tylko list od niej się spóźnia, zdaje mi się, iż ją Bóg wypuścił z swej opieki i że miara jej nieszczęść się przebrała.

- Nie mów tego ojcze - zawołał Michey, uderzając silną pięścią o stół.

- Lord Jerzy nie odważyłby się - dodał Owen.

"Wszelkie ślady wesołości zniknęły wśród nich. Wszyscy młodzi zmarszczyli brwi. Wzrok ich stał się ponurym, jak gdyby te dwa imiona Jessy i lorda Jerzego wymówione niespodzianie, wzbudziły we wszystkich sercach jednakowe uczucia gniewu.

- Milord by nie śmiał - powtórzyli jednym głosem.

- A gdyby się odważył!... - dodał Morris, podczas gdy w wzroku jego można było wyczytać straszną groźbę.

Nie dokończył, lecz wszyscy go zrozumieli, Ellen schwyciła rękę starca.

- Jessy jest szczęśliwą - rzekła - i myśli o nas. Biedna siostra! Tyle przecierpiała, iż Bóg jej winien trochę szczęścia.

Czoła ośmiu braci rozpromieniły się. Jermin zarumienił się i spuścił oczy. Serce mu w piersi silniej zabiło, na dźwięk tego ukochanego głosu.

- Szlachetna moja kuzynko - rzekł starzec spoglądając na nią wzrokiem, w którym przebijało wielkie przywiązanie połączone z uszanowaniem - kochałaś Jessy jak siostrę. Dziękuję ci, żeś zachowała dla niej serdeczne wspomnienie. Gdy ty Ellen, mówisz o nadziei, nadzieja posłuszna wraca nam do duszy.

Schylił się i podniósłszy rękę młodej dziewczyny, dotknął jej ustami.

Czyn ten mógłby się zdawać bardzo dziwnym, każdemu który zna poufałość w obejściu Irlandczyków, ale tłómaczył się ich religijną czcią dla tradycyi i osób, których nazwiska zapisane zostały na kartach ich przeszłości.

Ellen przyjęła ten znak uszanowania, jako dań należną sobie. Wzięła rękę starego krewnego, i uściskała ją w swych dłoniach.

- Wszystko, co tylko tyczy rodziny Mac-Diarmid jest mi drogiem - rzekła - wszakże w waszej chacie znalazłam zacnego ojca i braci, którzy mnie kochają.

Słowa te wywołały szmer zadowolenia. Na wszystkich twarzach odmalował się zapał i poświęcenie bez granic. Jermin jeden nie ośmielił się podnieść oczów i łza zadrżała na długich jego rzęsach.

- No! moi kochani - zawołał Owen, wesoły chłopak, niezadowolony z melancholijnego nastroju biesiadników. - Uderzmy w szklanice na cześć tej szlachetnej pani, która nas nazwała swymi braćmi. Na mój honor, wartoby było dać się zabić dla niej.

Jermin położył rękę na sercu.

- Byłoby to równie zaszczytnem jak przyjemnem - dodał Michey. - Ojcze! za takie zdrowie musisz wychylić kubek.

Starzec wzniósł szklanicę w górę i wszyscy powstali aby wznieść toast na cześć Ellen, ostatniego potomka wielkiego rodu.

- Morris - rzekł Miles siadając - byłeś w Galwaj, co za wiadomości przywozisz.

Młodzi ludzie zamienili raptowne spojrzenie i Morris odpowiedział

- Nic nie dowiedziałem się ojcze.

- Zatem Morris! - zawołał starzec - ja wiem więcej od ciebie. Żyjemy w nikczemnych czasach moje dzieci. Oranżyści znowu podnoszą głowy i rozpoczynają swoje przeklęte hece.

- Rozbójnicy! - rzekł Michey.

- Nędznicy! - dodał Owen.

- Łajdaki! zbrodniarze!

Rzekłbyś, iż iskra elektryczna obiegła na około stołu. Wszystkie twarze zarumieniły się, oczy zabłysły, ręce drżały; nawet szlachetne rysy Ellen przybrały dziwny wyraz.

Jermin, który jej się się ukradkiem przyglądał, nie podzielał ogólnego oburzenia. Uśmiech zarysował się na jego ustach, gdy ujrzał oburzenie malujące się na twarzy kuzynki.

- Nie kocha go! - wyszeptał.

- Facth! - mruknął biedny Pat. - Szatany te chciałyby nas wszystkich wydusić. Ale moi kochani, żadna głowa protestancka nie jest tak twardą jak nasze kije.

To powiedziawszy Pat, połknął olbrzymi kartofel, nie obdarłszy go nawet ze skóry.

- Tak jest dzieci - mówił starzec - protestanci nasi wieczni wrogowie powstają znowu przeciwko nam, lecz co innego więcej mnie jeszcze boli i wydaje mi się nikczemniejszem.

- Cóż takiego? - spytali na raz wszyscy młodzieńcy.

Miles podniósł okazałą swą postać, a ruchliwa twarz jego przyjęła wyraz niewypowiedzianej pogardy.

Był on jednym z najstarszych i najsilniejszych filarów irlandzkiego stowarzyszenia Repeal. O'Connell był je go bóstwem. Pragnął on zwycięztwa swego stronnictwa, lecz tylko w walce legalnej i agitacyę pokojową, uważał jako jedyny ratunek Irlandyi. Synów wychowywał w tej wierze. Nauczał ich pałać jednakową nienawiścią dla saskich tyranów (t. j. Arylchów) jak i dla tych zbłąkanych rodaków, którzy słabi wobec męczeństwa, uciekali się do gwałtów. Sam nie mógłby powiedzieć kim bardziej pogardzał, czy Oranżystami czy też członkami tajnych stowarzyszeń, zwanymi riblonman. Miles był pewien, iż wszyscy synowie podzielają jego zapatrywania.

- Bracia nasi - mówił dalej - raz jeszcze przychodzę z pomocą Oranżystom i stają się naszymi najgorszymi przeciwnikami, a bandy zdrajców bez czci i wiary, na nową rozpoczynają zbrodnie członków stowarzyszeń Whitibrys lub Czarnych nóg. Ludzie pochodzący nie wiadomo zkąd i ukrywający się pod nazwą Mollies, bałamucą słabych i szalonych i zaciągają ich w szeregi podpalaczy.

- Słyszałem coś o nich - rzekł obojętnie Michey.

- Ci których nazywają Molly-Maguires - dodał Morris, tonem pełnym uszanowania, lecz stanowczym - są Irlandczykami i katolikami, mój ojcze.

- Czy to Diarmid w ten sposób przemawia - zawołał starzec, odzyskując naraz całą gwałtowność właściwą charakterowi jego narodu.

- Milcz Morris! Zbójcy hańbiący Irlandyę nie są Irlandczykami. I gdybyś pamiętał na słowa naszego ojca O'Conella....

- Pamiętam je - rzekł Morris - i znajduję, iż są zbyt surowe.

Milles aż zbladł z oburzenia.

- Milcz! - rzekł cichym głosem - lub będę musiał się wstydzić, iż jestem twoim ojcem.

Na pięknej twarzy młodszego Mac-Diarmida malował się wciąż ten sam wyraz niezłomnego uszanowania. Nie wyrzekł ani słowa. Bracia jego schylili głowy i zdawali się ubolewać nad tem zajściem.

Wzrok Ellen błądził z jednego na drugiego przenikliwy i niespokojny. Rzekłbyś, iż na tych wszystkich czołach umie ona czytać jak w książce i że usiłuje zgłębić tajniki ich serc.

Pat przybrał postawę pokorną i potulną, ukrywając szyderczy uśmiech. Mruczał tylko pod nosem:

Och! arrah! faith! ma buchal! musha! i tysiące innych wykrzykników, których gadatliwi Irlandczycy tak nadużywają. A tymczasem połykał nieskończoną ilość kartofli.

Stary Milles nie zauważył ponurej postawy synów, a uczuł się rozbrojonym pokornem milczeniem, jakie zapanowało po ożywionej dyskusji. Podał rękę Morrisowi.

- Mój dziarski chłopcze - rzekł łagodnym głosem - jesteś za młodym by módz rozważnie o tych rzeczach rozprawiać. Wiem, że umysły młodzieńcze nie zawsze są zdolne zrozumieć rozwagę starców. Na to też liczą te łajdaki Mollies i ich stronnicy. Wychyl szklanicę, mój synu i nie gniewaj się na ojca.

Morris uścisnął ze czcią rękę starca, a piękna twarz jego rozpromieniła się pod wpływem doznanego wzruszenia i synowskiego przywiązania.

- Dzięki ci ojcze - rzekł.

A jak gdyby łaska ojcowska spływała i na innych synów starca, wszyscy powtórzyli:

- Dzięki ci ojcze.

- Och! - wyszeptał Pat, ocierając oczy, które bynajmniej nie płakały - serce się raduje na widok takich zacnych chrześcian! Niech wam Bóg zacni ludzie błogosławi.

- Co się zaś tyczy tych łotrów Mollies - mówił dalej Milles - nic nowego oni nie wymyślili. Ja, który widziałem, Białych dzieci, Serca dębowe, Serca stalowe, Dzieci lady Clase, Psów ielkiego Feniana, Synów matki Terry, Białe nogi, Czarne nogi i wiele innych łajdackich band, z nazwami wymyślonemi przez dyabła, znam od lat pięćdziesięciu ich sposoby działania; podpalają, rabują....

- Podpalają - przerwał Morris - lecz nie rabują.

- Powiadam ci, iż rabują! - zawołał stary Milles. - Ty nie masz jeszcze trzydziestu lat, jakże chcesz więcej wiedzieć odemnie, który kończę siedemdziesiąty drugi rok. Czy ich znasz, że chcesz ich bronić? Zaledwie trzy miesiące upływa, jakeśmy po raz pierwszy usłyszeli nazwę Molly-Maguires. Byli to z początku nędzni bandyci, przybyli z południa poprzebierani za kobiety... wiecznie ta sama historya! Biedni ludziska z hrabstwa Connanght dali się im uwieść nadzieją zemsty i mimo świętych rozkazów oswobodziciela, znowu pozapalali kagańce. W skutek tego Londyn nasyła znowu do nas swoich czerwonych siepaczy a konie angielskich dragonów tratują nasze drogi w górach.

Zatrzymał się chwilę i potarłszy ręką czoło, mówił dalej:

- Smutny to czas nadszedł, kiedy synowie Diarmida stają w obronie nieprzyjaciół O'Conella.

Sam, Owen, Dan i Larry spojrzeli się na Morrisa z obawą, czy nie odpowie ojcu zbyt ostro. Lecz Morris siedział spokojnie, a w oczach jego zwróconych na ojca malowała się tylko miłość połączona z uszanowaniem.

- Niech Bóg strzeże Daniela O'Conella! - odpowiedział - to największy z Irlandczyków.

Posypały się życzenia i hymny pochwalne na cześć oswobodziciela, Pat tylko jeden nie mógł się do nich przyłączyć, gdyż miał pełne usta kartofli.

- Tak to rozumiem! - rzekł Milles Diarmid, z rozpromienionym wzrokiem. - Bądźcie pewni, iż on przyjedzie za kilka miesięcy na wybory z Galway i skryją się pod ziemię przed nimi, wszystkie te sługi szatana, jaką by nie była ich nazwa. Ale tymczasem, jak wam mówiłem nie zmienili oni systemu działania od lat pięćdziesięciu. Widziałem dzisiaj na ulicach w Galway takie same plakaty jakie rozlepiali dawniej Czarne ręce, Serca stalowe i inni bandyci z przeszłych czasów. Są one pisane krwią i opatrzone pieczęcią z trumną!

Mała Peggy zadrżała. Ellen podniosła swoje piękne czarne oczy, których przezroczyste źrenice zabłysły złotym odblaskiem.

- Niech się Pan Jezus nad nami zlituje - mruknął Pat. - Ale trumna taka dobra pieczęć jak i inna.

- A co zawierają te plakaty? - spytał Michey.

- Skazują na śmierć człowieka - odpowiedział Milles.

Powieki Ellen zadrżały zlekka.

- Oraz zapowiadają pożar wielkiego folwarku Lukassa Neale.

Owen zadrżał i spuścił oczy. Morris ścisnął mu rękę ukradkiem. Inni odezwali się wszyscy naraz.

- Lichwiarz niemiłosierny! - krzyknął Larry.

- Pijawka nienasycona!

- Zacięty Oranżysta!

- Morderca!

- Szatan! - zawołał stary Milles - to prawda! Lecz dla ukarania nędznika, czyż mamy sprowadzać nowe nieszczęście na kraj? Pamiętajcie na słowa oswobodziciela.

- Oswobodziciel jest człowiekiem - rzekł półgłosem Morris - a Bóg tylko jest nieomylny.

Starzec nie dosłyszał tej uwagi.

- A przytem - dodał - to taki piękny folwark.

- Musha! znam ja go dobrze, gdyż w nim na chleb zarabiam - poświadczył Pat żałosnym głosem - najpiękniejszy to folwark w całem hrabstwie, cacko jak równego w raju nie ma. Folwark to tak piękny, można powiedzieć, iż w porównaniu z nim nawet pałac Diarmid....

- Ciszej Pat! - rzekł starzec ze smutkiem - nie tu miejsce wspominać o pałacu Diarmid.

Nastało na około stołu milczenie. Morris zmarszczył swoje czarne brwi, a Ellen znowu spuściła powieki.

- Przyjdzie czas - rzekł Jermin półgłosem - iż będzie można mówić swobodnie o pałacu Diarmid w obecności naszej szlachetnej kuzynki,.

Oko młodzieniaszka zabłysło ogniem nieopisanego zapału, podczas gdy czoło mu się zarumieniło jak gdyby się wstydził własnej śmiałości.

- A człowiek? - spytała Ellen cicho, zwracając się do starca.

- Jaki człowiek? - zapytał tenże.

- Człowiek, którego mają zamordować.

- O to mąż z twardem sercem - odpowiedział stary Milles zwolna. - Zrobił on wiele złego naszym zbłąkanym braciom. Chcą się zemścić, może źle robią, ale stare prawo irlandzkie, wymaga krwi za krew. Niech się Bóg nad nim zlituje.

- Powiedz mi jego nazwisko ojcze - wyszeptała z cicha.

- Moja szlachetna córko - odpowiedział starze - znasz go. To major Percy Mortimer.

Zamilkła. Twarz jej nie drgnęła, a obojętne oko nie dojrzało by na niej śladów wzruszenia. A jednak Jermyn, który jej się uważnie przyglądał, zbladł bardziej jeszcze i zmarszczył brwi.

- Kocha go! - pomyślał. - Widzę dobrze, iż go kocha.

Usłyszawszy nazwisko majora, Morris zamyślił się. Pat zaś wychylał drobnemi łykami duży kubek poteen.

- Piękny folwark i piękny żołnierz - mruknął między zębami - a mogą ich uprzątnąć jednym zamachem, daję słowo, ponieważ major jest obecnie w folwarku Lukassa Neale.

- Lecz za długo już o tych sprawach gadamy - rzekł naraz stary Milles.

Wstał i mówił dalej z uśmiechem.

- Nie ma tutaj ani członków stowarzyszenia Molly-Maguires, ani Oranżystów. Jesteśmy wszyscy dobrymi Irlandczykami, stronnikami O'Conella i możemy śmiało modlić się do Boga, gdyż sumienia nasze są czyste. Na kolana dzieci, szlachetna nasza krewna, odczyta nam modlitwy wieczorne.

Biesiadnicy wstali i poszli jeden za drugim do ordynaryjnego fajansowego krzyża wiszącego na ścianie ponad kropielnicą, w której umaczawszy końce palców, przeżegnali się pobożnie.

Ellen powstała także. Jej piękna twarz była pokryta bladością, oczy spuściła ku ziemi, a usta jej drżały wskutek wysileń jakie czyniła, dla zachowania spokojnej fizyognomii. Idąc chwiała się, zdołała jednak dojść do kropielnicy nie zwróciwszy na siebie uwagi i przeżegnała się z równą pobożnością jak inni.

Wszyscy uklękli, każden wybierając sobie obraz tego świętego, do którego czuł szczególniejsze nabożeństwo. Wśród głębokiego milczenia, które zapanowało w całej sali, słychać było tylko drżący głos Ellen, powtarzający łacińskie słowa katolickiej modlitwy.

W miarę jak się modliła, głos jej się wzmacniał i uspakajał, ale za późno, gdyż Jermin zamiast się modlić, powtarzał tylko w duchu:

- Ona go kocha, o mój Boże! widzę dobrze, iż go kocha.

Tymczasem głos modlitwy brzmiał dalej. Stary Mac-Diarmid i jego synowie odpowiadali jednocześnie na słowa litanii. Modlono się długo za Daniela O'Conella oswobodziciela Irlandyi, modlono się na intencyę Jessy ukochanej córki i siostry, której groziło nieszczęście zdala od rodziny, modlono się za biednych prześladowanych Irlandczyków i za protestantów prześladowców ich.

Gdy echo ostatnich słów modlitwy przebrzmiało, wszyscy pozostali jakiś czas klęczący, wznosząc myśl do Boga. Nadeszła godzina spoczynku.

Ellen wzięła jedną ze świec trzcinowych i wyszła drzwiami znajdującemi się w głębi sali i prowadzącem i do przybudówki, dodanej do głównej budowli i służącej za sypialnią dla młodej dziewicy i jej towarzyszki Peggy.

Drzwi równolegle umieszone od tamtych prowadziły do drugiej przybudówki, którą zajmował starzec. Ośmiu młodych Mac-Diarmid, Joyce i goście szukający schronienia pod dachem starego Milles, spali w głównej sali.

W chwili gdy starzec żegnał się z synami, Pat, który się zdrzemnął podczas modlitwy, zbliżył się cichutko do Jermina i uśmiechając się, szepnął mu kilka słów na ucho. Młodzieniec zadrżał od stóp do głowy i oparł się o ścianę by nie upaść. Pat uśmiechnął się jeszcze i dotknął ramienia Owena, wyszeptawszy mu także kilka słów do ucha.

Owen zadrżał tak jak i brat jego.

Pat zbliżył się tak niepostrzeżony do pozostałych sześciu braci, którym także powtórzył jakieś tajemnicze wezwanie.

Morris, którego uprzedził na ostatku, nie zdradził żadnego wzruszenia na swej dumnej twarzy; tylko poważny smutek przygasił blask jego wzroku.

- Dobrze - odpowiedział.

- Ma bouchal - mruknął Pat - pewno że to dobre! musha! Bądźcie zdrowi moi kochani. Mam jeszcze kawał drogi przed sobą. I kto wie czy się położę spać tej nocy.

Wyszedł, pożegnawszy ich niezliczoną ilością życzeń i błogosławieństw.

Zwierzęta po drugiej stronie sznura nakarmiwszy się, legły spać. Wielkie psy górskie położyły się pod stołem. Bracia uścisnęli sobie ręce nie wyrzekłszy ani słowa. Milczenie i ciemność zapanowały w siedzibie Diarmida.