5
Dwuosobowy pokój okazał się klitką oddzieloną parawanem od apokaliptycznej otchłani izby przyjęć. Serwis śniadaniowy stanowiła kroplówka sącząca się do żyły leżącego mężczyzny. W karetce zdarto z niego maskę, a na szpitalnych salonach rozcięto czarną szatę i zakrwawioną koloratkę. Obie leżały teraz w foliowym worku, czekając na odbiór przez policyjnych techników.
Cztery Iks był okryty cienkim prześcieradłem, a przez jego pierś i biodra poprowadzono skórzane pasy. Metalowe klamry ściągały je z dala od rąk. Obwiązujący szyję bandaż miał niewiele bielszy kolor od jego skóry, choć poznaczyły go smużki krwi. Upchnięte gaziki poruszały się w rytmie spokojnego oddechu.
Kiedy Tracz zbliżył się do łóżka, oczy leżącego obróciły się mechanicznie po wytyczonej ścieżce lewo-prawo i zastygły w zaciekawieniu. Blady, różowawy kawał mięśnia będący językiem prześlizgnął się po górnej wardze. Nawilżył ją i natychmiast schował się za linią paliczkowatych zębów.
- Chciałem, żeby rozpięto te pasy... - odezwał się Tracz. - Powiedziano mi, przepraszam za wyrażenie, że chyba ocipiałem.
Wcale nie przepraszał. Powiedział to z pełną premedytacją. Przynęta rzucona na pozorne seksualne zapędy chorego umysłu. Jednak tym razem musiał ją ściągnąć bez sukcesu. Cztery Iks nawet się nie odezwał. Mimo to nadal patrzył na niego z zainteresowaniem. Początki bywały najtrudniejsze.
- Alternatywą mogłyby być kajdanki - ciągnął profiler - ale gdyby ich użyto, musielibyśmy rozmawiać na odległość.
Nadal cisza. Nieznośna, pełna napięcia i zbyt długa. Przerwał ją dopiero wybuch kaszlu policjanta stojącego przy parawanie. Odgłosy dobiegające z oddziału ratunkowego stanowiły jedynie szumy w mistycznym tle. Zdawało się, że dobiegają z całkiem innego, odległego świata.
- Pan Miłosz Tracz, prawda?
Wypowiedziane szorstkim, ochrypłym głosem słowa zmroziły Tracza. Z pełną koncentracją starał się nie dać tego po sobie poznać. Zaskoczenie nie było negatywną emocją. Jednak strach zdradzał słabość. Stawiał na niższej pozycji. Ośmieszał. Tylko że jeżeli twoje imię i nazwisko wypowiada seryjny zabójca, który nie miał prawa ich znać, trudno się powstrzymać.
- Zgadza się - odparł nieco zbyt cicho. - Skąd pan mnie zna?
Józef Dycz nie odpowiedział od razu. Kilka spokojnych oddechów uniosło prześcieradło, a jego palce wygrały na materacu jakąś melodię.
Pam-pam-pampam-pam.
- Arty-kuł do "Pol-skie-go Przeglądu Psycho-logicz-nego" o usta-laniu cech immanent-nych oso-bowości - zakomunikował w rytmie uderzeń. - Załączono zdjęcie.
- To było prawie przed dwoma laty...
- Domyślam się, że nie przyszedł pan porozmawiać o stanie mojej pamięci?
- Chciałem zadać kilka pytań na zupełnie inny temat.
- A ja mogę na nie odmówić odpowiedzi.
Cztery Iks odsłonił zęby. Małe, trójkątne kły pokrywała ślina. Po ułamku sekundy zamknął usta i wessał wargi. Dziurki nosa rozciągnęły się, odkrywając pojedyncze włoski.
- Oczywiście, że pan może. - Tracz postanowił grać ugodową kartą. - To nie jest przesłuchanie...
- A co?
- Hmm... Powiedzmy, że rozmowa z ciekawości.
- Coś jak poznawanie dewianta za życia? - zapytał Iks teatralnie urażonym tonem. - Bez krojenia jego mózgu na kawałeczki? Czy raczej jak oglądanie karła w cyrku? Na żywo?
- Nie chciałem pana obrazić.
- To zbyt banalne... Niech pan sobie daruje pogadankę okrągłymi hasłami.
- Nawet takiej nie planowałem.
Dycz westchnął.
- Skoro i tak jestem uwiązany, a jak sądzę, przed wyjazdem więźniarki trzeba wypełnić milion formularzy, posłucham pana. Śmiało. Może napisze pan o mnie do "Przeglądu Psychologicznego". To byłby chyba dobry temat? Sądzę, że ludzie interesują się zwyrodnialcami.
- Chcę się jedynie dowiedzieć kilku rzeczy. To zwykła zawodowa ciekawość.
Doprecyzowanie stanowiło istotną część interakcji. Pozorne wzburzenie polegało na intuicyjnym wyczuciu możliwości takiego zachowania. Dla czystości wzajemnych stosunków należało wyjaśnić, że nie było ku niemu podstaw. Tyle mówiły podręczniki.
Rzeczywistość przedstawiała zupełnie inny obraz. Zamiast rozmazanego pacjenta na kozetce przed profilerem leżał skrępowany seryjny zabójca. Ot, drobny szczegół.
- Panie Tracz... - Iks zrobił wymowną pauzę. - Przyszedł pan porozmawiać o mnie - znowu pauza. - Więc może miło by było, gdybyśmy najpierw porozmawiali o panu?
- Nie sądzę, żeby to było ciekawe.
- I vice versa. Obaj możemy być piekielnie nudni - pauza. - Jakie miał pan dzieciństwo, panie Tracz? - Spokojne, miłe? A może przeciwnie?
Nagle oczy Dycza zmieniły wyraz. Zamiast po utartych liniach poruszyły się łagodnie, tak jak spogląda zmęczony człowiek. Wyrwanie się poza mechaniczne ścieżki stanowiło coś niespodziewanego. Normalność w tym ułamku sekundy stała się niepokojąca. Tracz natychmiast to odnotował.
- Jeszcze przyjdzie czas na dobrą zabawę - Cztery Iks odezwał się beztroskim tonem, jakby rozmawiali o wspólnym wypadzie do baru. - Nic strawionego.
Strawionego? Gra słówek wyraźnie go rozbawiła. Profiler starał się nadążyć za nagłą zmianą zachowania rozmówcy. Dopytywanie było jedną z form przesłuchania, jakkolwiek by je nazywać, zalecaną nawet przez FBI.
- Co ma pan na myśli?
- Zabawę z zapałkami - natychmiast odparł Dycz. - Jako dziecko bawił się pan zapałkami?
- Nie mamy dość czasu...
- Przypuszczam, że mniej więcej osiem tygodni.
Tracz nieświadomie skrzyżował nogi. Reakcja obronna, którą powinien powstrzymać. Reakcja na informację, że Iks jest w tej wymianie zdań o krok przed nim.
Natychmiast powrócił do otwartej pozycji.
- No dobrze. - Założył dłonie za głowę. - Zdarzało mi się bawić i zapałkami, i lupą. Jak każdemu chłopakowi.
- Każdemu?
- Pewnie prawie każdemu. Ale to szybko przechodzi.
Uwaga testowa. Racjonalne oddziaływanie na osobowość diagnozowanego sprawdzające jego osadzenie w rzeczywistości.
- Naprawde? - Iks głęboko zaczerpnął powietrza. - To strasne. Bo ja lubie sie bawic zapaleczkami.
Te słowa Dycz wypowiedział z szerokim uśmiechem i wzrokiem utkwionym w nieokreślonym punkcie gdzieś na suficie. Nie przypominało to zwykłego seplenienia, a raczej głos zaintrygowanego dziecka, któremu wypadły pierwsze mleczaki.
- Mama panu równies tego zabraniała?
- Oczywiście.
- I nie słuchał się pan?
Tracz opuścił dłonie i splótł je przed sobą. Był skołowany. Spodziewał się czegoś podobnego, ale intensywność zachowań Iksa go przerastała. Zaczynał się w nich gubić. Czas pędził zbyt szybko, by mógł w sensowny sposób poprowadzić rozmowę. Plastikowy zegar zawieszony w rogu pomieszczenia pokazywał, że właśnie minęła czwarta nad ranem. Najwyższa pora, aby przejść do sedna. Choć to, na czym mu zależało, miał wyłożone na tacy.
- Kazała mi się zawsze spowiadać z nierozważnych zabaw - powiedział zadowolony z nagłego pomysłu. - Więc się spowiadałem...
Dycz nadal spoglądał w sufit.
- Wierzy pan w Boga? - zapytał.
- Myślę, że tak.
- Liczy pan na to, że powiem, że myślenie i wiara nie mają wiele wspólnego? To pytanie przynęta? - Powoli odwrócił głowę i popatrzył prosto w oczy Tracza. Przestał się uśmiechać. Przybrał poważny, ale pogodny wyraz twarzy i jeszcze inny, nieużywany wcześniej ton głosu. Zachowywał się jak aktor odgrywający scenę przed publicznością. - Otóż mają mnóstwo wspólnego. Myślący człowiek wierzy w Boga. Zatraca się w zaufaniu w Panu.
- Rozumiem, że pan jest wierzący?
- W sensie, czy jestem, na przykład, katolikiem?
- W sensie, czy należy pan do jakiegoś zbiorowego kościoła?
Iks zamknął oczy. Były mocno wypukłe i powieki wyglądały, jakby naciągnięto je na piłeczki pingpongowe. Reakcja uświadomiła profilerowi, że właśnie popełnił dwa błędy. Powtórzony początek, a nie koniec zdania rozmówcy i zbyt oczywisty podtekst. Zbiorowy kościół... To był naprawdę słaby wymysł. Jednak na tę chwilę nie miał pojęcia, jak inaczej podnieść temat ewentualnych wspólników.
- Wszystko w porządku? - zapytał, przerywając przeciągającą się ciszę. Ze względu na okoliczności pytanie brzmiało debilnie. - Panie Dycz?
Gałki oczne Iksa poruszały się, jakby właśnie wszedł w fazę REM. Jego oddech jednak nie przyspieszył i pozostał regularny.
- Pyta mnie pan, czy będą kolejne ofiary - odezwał się, niemalże nie otwierając ust. W ich kącikach zebrała się gęsta ślina. - Już są wybrane, panie Tracz. Tylko biedulki o tym nie wiedzą.