Podpucha
Ależ ta poduszka twarda!
Nie z pierza i nie z gąbki. Najpewniej z wierzbowych trocin. Z wiórów sosnowych byłaby bardziej miękka i pachnąca, a z waty czy włókna bambusowego to jak z gęsiego puchu. Ale bambusu szkoda na poduszkę, która przecież zgnije w ziemi. Maszyny tkackie przerobią go na skarpety, na majtki i na podkoszulki. Klienci uwierzą, że kupili odzież antybakteryjną, higroskopijną, termoaktywną, usuwającą nieprzyjemny zapach.
A to tylko sezonowa moda.
Spoczywa na deskach obciągniętych czymś białym, co nie jest płótnem, a tym bardziej jedwabiem. Pewnie sztuczne, bo cholernie parzy w plecy i zalatuje chemią. Deski twarde jak płyty chodnikowe wokół ratusza. Nawet nie leżały obok heblarki, za to na pewno są odżywicowane. Naturalna żywica znowu jest w cenie. Znajdzie się w medykamentach przeciw krztuścowi, moczopędnych, rozkurczowych, w żelu do kąpieli, w szamponie na łojotok i jeszcze zostanie do maści na oparzenia. Gniecie go w plecy dziura w rozdartej marynarce. Zawsze mu się wydawało, że kto jak kto, ale ten, który myje i ubiera nieboszczyka w kostnicy, jest delikatny, a łapiduch się nie ciaćkał. Koszulę i spodnie naciągnął na niego identycznie jak sam robił to codziennie z rana. Marynarkę rozdarł na plecach, jakby to była bezwartościowa szmata i jej poły wcisnął pod niego. Prawda, garnitur miał swoje lata i był znoszony, to go nie szkoda.
- Jego najbardziej ulubione ubranie - powiedziała Beata do tego, co myje, goli i ubiera nieboszczyków.
Ulubione? Stara i niemodna dwurzędówka z bistoru, odrzut z eksportu wyprodukowany przez ZPO "Goflan" w Gubinie. Ostatni raz miał je na sobie co najmniej ćwierć wieku temu, gdy pierwszy raz po ślubie pojechali do teściów na Wielkanoc. Koszula też z poprzedniej epoki, uszyta w renomowanym wtedy ZPO "Parys" w Świebodzinie, ale jakby Beata miała nieść ją do magazynu Caritas albo wyrzucić do kubła na śmieci, to lepiej niech Adam zabierze ją ze sobą do piachu. Mianowicie bez niego, co, drogi czytelniku, zrozumiesz za chwilę. Krawat niemodny, z mikrofibry czy czegoś podobnego i na gumce, tyle że na krawat nikt nie zwraca uwagi. Prawie w tym samym kolorze poszetka wciśnięta do butonierki, to znaczy niemodna chusteczka, wyprasowana i złożona w kostkę. Tylko buty są nowe, żeby sąsiedzi widzieli niezadeptane podeszwy. Kupione w hipermarkecie przy Wrocławskiej. Zrobione przez Chińczyka ze sztucznej skóry, to parzą jak jasna cholera. A skarpety elastyczne, stare. Ta na lewej pięcie jest dziurawa.
W dłoniach ma modlitewnik i różaniec. To też przede wszystkim ze względu na sąsiadów i rodzinę. Według Prawa kanonicznego Adam jest katolikiem, bo jako niemowlak został ochrzczony przez proboszcza w kościele Najświętszego Zbawiciela. W podstawówce musiał chodzić na religię. Mama pragnęła, żeby był ministrantem jak Witek od Jaskólskich. I żeby został księdzem. Miałby w życiu dobrze. Proboszcz był odmiennego zdania. W liceum dlatego dyrdał do salki katechetycznej pod plebanią, żeby mama nie zastanawiała się, co z niego wyrośnie. I jeszcze dlatego tam chodził, że wszyscy chłopcy z jego klasy też tam chodzili i szczypali dziewczyny. Na studiach dał sobie spokój z religią. Ostatni raz był w kościele... Niech będzie, że na ślubie siostrzeńca. Zimą zeszłego roku poszedł ze studentami do cerkwi greckokatolickiej, tej przy Boduena, za biblioteką Norwida. Jest to jedyne miejsce w mieście, gdzie w niedzielę można usłyszeć język staro-cerkiewno-słowiański.
Po obu stronach trumny na wysokości jego głowy skwierczą gromnice. Nie znosi zapachu stearyny. Zresztą gdyby to była czysta stearyna, nie miałby nic przeciw jej zapachowi. To pewnie mieszanina parafiny z olejem rzepakowym, żeby gromnice były tańsze i dłużej się paliły. Knoty nie są z prawdziwej bawełny, dlatego niemiłosiernie kopcą i skwierczą. Po wszystkim trzeba będzie wymalować pokój.
Nie wie, od ilu godzin tak leży. Obie nogi mu ścierpły. Stara się nie ruszać palcami, żeby książeczka nie wypadła z rąk i różaniec się nie rozplątał. Sęki w deskach uwierają go w pośladki. Płótno coraz bardziej zalatuje chemią. Cholernie niewygodnie leżeć bez najmniejszego ruchu. Żeby chociaż było można rozprostować plecy albo przekręcić się na bok. Pewnie już po dziewiątej, bo samochody coraz rzadziej przejeżdżają drogą obok domu. Może jest trochę dalej. Aż do północy musi tak tkwić. Zerknąłby na zegar nad drzwiami, ale musiałby rozewrzeć oczy. Jak to zrobi, pięciozłotówki zsuną się z powiek na poduszkę. Liczy w pamięci. Przywieźli go koło siódmej. Taki tu zwyczaj, że ostatnią noc przed pogrzebem umarlak musi spędzić we własnym domu. Zanim wywiozą go na cmentarz Nowy przy Wrocławskiej, trzy razy podniosą i opuszczą trumnę nad progiem. Nieboszczycy z bloków na osiedlu Przyjaźni czy Łużyckim mają lepiej, bo mieszkania malutkie, to nikt nie wnosi ich tam na ostatnią noc. Nadzy czekają w kolejce na pochówek w przechowalni zwłok. Godzinę przed pogrzebem ten, który myje i goli, odziewa ich w koszule, garnitury, skarpety i buty. Piętnaście minut leżą na katafalku w cmentarnej kaplicy, póki ksiądz nie powie "Prochem jesteś i w proch się obrócisz, ale Pan cię wskrzesi w dniu ostatecznym. Żyj w pokoju", i hajda na wózek akumulatorowy. Potem do piachu. Na szczęście czeka go tylko jedna noc we własnym domu. Gdyby mieszkał w Płotach albo w Wilkanowie, leżałby trzy pełne doby w otwartej trumnie. Nieboszczyk musi wytrzymać trzy doby przy kopcących gromnicach. Taki tam zwyczaj.
Sąsiadki już odśpiewały, co było do odśpiewania. Sąsiedzi przypomnieli same dobre rzeczy. Że z nikim nie sprzeczał się i na ogół wszystkim ustępował. Z każdym zamienił zdanie, pomimo tego że oni to tylko zwyczajni inżynierowie, nauczyciele, aptekarze, urzędnicy, właściciele jednoosobowych firemek, a on doktor habilitowany w zakresie językoznawstwa, spodziewający się tytułu profesora zwyczajnego. Odpowiadał na każde "dzień dobry". Wychodząc ze sklepu, mówił "do widzenia". Na uwagi pyskatej sąsiadki, której nie podobało się, że dwa koła samochodu stawia na chodniku, wyjaśniał, że nie łamie przepisów. Nawet, co podkreślił dyrektor liceum dla pracujących, notabene jego magistrant, nie chciał być radnym, mimo że grono pedagogiczne było tego zdania. Przekonywał sąsiadów i nauczycieli, że zna swoje miejsce i wie, na co go stać.
- Zawsze mi się wydawało, że wujek jest dużo wyższy i jakby tęższy - usłyszał głos żony. - Czyżbym aż tak się pomyliła? Prawda, nie widziałam wujka... Ile to?... Z osiem, dziesięć lat. Boże, jak ten czas leci.
A jeszcze rano prosił, żeby upodobnił się do ciotki Fisi. Mieszka w Niemczech niedaleko francuskiej granicy. Pierwszy i ostatni raz była u nich jakieś piętnaście lat temu. Oni u niej pół roku później. Beata mogłaby pogadać z nią przez internet, ale ciotka nie umie włączyć komputera. Leniwa i za stara. Nawet nie ma komórki. Jej drugi mąż, Christian czy Christoph, jest właścicielem fabryczki długopisów albo tylko wkładów do długopisów i za żadne skarby nie rusza się z miasteczka. To i ciotka również. Nawet nie chodzą do kościoła, mimo że kościół mają za rogiem.
- Niemal wszyscy mężczyźni w wujka wieku noszą okulary. Wujek pewnie ma szkła kontaktowe - domyślała się Beata.
Radził, żeby dokładnie przyjrzał się komuś starszemu. Jego żona ma oczy ze wszystkich stron głowy. Jej nie da się oszukać.
- I głos wujek ma jakiś taki. Zmieniony. Jak nie stuprocentowy mężczyzna - zauważyła Beata. - Podobno wraz z wiekiem męska barwa głosu upodabnia się do kobiecej, kobieca zaś do męskiej.
Zamiast coś palnąć i się bronić, zwrócił głowę w stronę Adama w trumnie, jakby błagał go o pomoc. Przecież nie teraz, stary. Później, kiedy sąsiedzi wrócą do swoich domów, a Beata po kąpieli pójdzie do sypialni, żeby wypocząć, bo na pogrzebie musi ładnie wyglądać. Na pewno powie mu, co i jak ma robić. Nie o wszystkim pomyślał, jak i nie wszystko da się przewidzieć. Co innego w jego środowisku, gdzie każdy drobiazg można zaprogramować. Powiedział, że chce sprawdzić, jak to jest być mężczyzną wśród Ziemian? Jest więc na Ziemi. Niech sprawdza.
- Wujek jakiś taki małomówny.
A ma przyznać się do tego, kim jest? Przecież nie powie, że zamienili się miejscami.
- To bolesne i bardzo przykre, kiedy odchodzi najbliższa osoba, wujku. Trudno to znieść, ale trzeba mieć mocną osobowość i umieć się z tym pogodzić. Trzeba dalej żyć - perorowała jego żona. - Może wujek pójdzie do pokoju gościnnego i położy się na kanapie? Przynajmniej na godzinkę. Proszę odpocząć.
Idź, bo jeszcze coś się wyda. Tylko nie zapomnij zmienić go nad ranem. Umówili się, że Adam poleży od wieczora do północy, prawda? A on później. Jemu nie robi różnicy, czy ma pod plecami bawełniane prześcieradło na miękkiej kanapie w pokoju gościnnym, czy twarde dechy wąskiej i ciasnej trumny. Nogi mu nie cierpną, ręce nie drętwieją. Zamiast na poduszce z pierza głowę może położyć na trocinach i tak nic nie poczuje.
*
To zaczęło się przedwczoraj między jedenastą a południem, bliżej dwunastej. W Nowej Soli Adam powinien wjechać na obwodnicę i ekspresówką S3 dostać się do Zielonej Góry. Zamyślił się, nie zauważył znaku i dlatego pojechał starą drogą. To nie było takie złe, bo zatrzymał się w Otyniu na parkingu przed sklepem z oświetleniem. Kupił jedenaście żarówek ledowych i wrócił do samochodu, powinien powiedzieć: do rupcia, bo na nową pandę czy jeszcze tańszą dacię na razie go nie stać. Może kiedy zostanie profesorem zwyczajnym (a już najwyższy czas) i za prawdziwe pieniądze będzie wygłaszał referaty na zagranicznych konferencjach, wtedy jego status materialny wyraźnie pójdzie w górę, to znaczy będzie zarabiać tyle, ile płacą Beacie.
- Jak pan dostał się do w mojego samochodu? - naskoczył na tego, który siedział na miejscu dla pasażera. Bywało, że Adam zapominał zamknąć drzwi albo mechanizm się odblokowywał, bo volkswagen jest z końca zeszłego wieku i już dawno powinien trafić na złomowisko. - Jeśli pan natychmiast nie wysiądzie, wezwę policję.
Nieznajomy nie wysiadł, nawet się nie poruszył. Zresztą nikogo nie mógłby wezwać, ponieważ gdzieś zapodział komórkę, do czego się nie przyznał.
- Wzywanie policji z tak delikatnego powodu tylko pana doktora ośmieszy - stwierdził. Był ubrany w sprane dżinsy i koszulkę typu T-shirt z nadrukiem Bachanalia fantastyczne 2022, pod którą nie krągliły się piersi, mimo że głos miał wyraźnie kobiecy. Pewnie kurewka przebrana za faceta, pomyślał Adam. Ale już w Otyniu? Co innego na parkingu przy tej wielkiej stacji paliw przed Raculą. Tam jak nie Mołdawianki to Białorusinki albo Rosjanki polują na wyposzczonych tirowców. Najbardziej zaczepne są Bułgarki. Żeby chociaż były zgrabne, a to pulchne kusiajdy, jak mówią studenci. A może to ciota? Latem dużo takich kręci się po parkingach przy ważniejszych traktach. A jeżeli nie ciota, to prędzej isetu-isetam, czyli transwestyta. Czego takie coś spodziewa się przy starej drodze w Otyniu?
- Mogę się z panem zabrać na północ?
- Jadę niedaleko. Tylko do Zielonej Góry - wyjaśnił Adam.
- To mi bardzo odpowiada - odrzekł(a) altem.
Ciota. Za Niedoradzem, gdy wjedziemy w las, zacznie się do mnie dobierać, pomyślał z odrazą. Pomimo tego przekręcił kluczyk w stacyjce, ruszył z parkingu i kiedy samochód minął zjazd do Otynia, spytał:
- Pan nie boi się ze mną jechać?
- Dlaczego mam się bać?
- Dziś rano jechałem tą samą drogą, tyle że w przeciwnym kierunku. Chciałem się zabić. Uwolnić się. Mieć wszystko z głowy.
- Pan chciał się zabić? A z jakiego powodu, jeśli to nie jest tajemnica?
- Żona puszcza się z moim młodszym kolegą z instytutu.
- Jak się puszcza?
- Zdradza mnie.
- Zdradza?
Z księżyca urwałeś(aś) się, że zadajesz takie pytania? W twoim otoczeniu nie ma puszczalskich? Same dozgonne pobożnisie i świętoszki. Udajesz czy nie wiesz, że kobietom po pięćdziesiątce podobają się młodsi faceci? Dzieci poszły z domu na swoje, a im się wydaje, że co miały zrobić, już zrobiły i stały się zbyteczne. Jedne właśnie wtedy przypochlebiają się swoim mężom, co nie jest złe, inne, jak Beata, puszczają się z rozwodnikami, młodymi wdowcami i wiecznymi kawalerami.
Adam trochę się krępował, dlatego więc zamiast tego, co mu przyszło do głowy, załamując palce lewej dłoni, mówił:
- Ćwierć wieku temu przed ołtarzem ja Beacie i Beata mnie ślubowała miłość, wierność, uczciwość małżeńską i to, że nie rozstaniemy się aż do śmierci. Wikary księdza Herrmanna zapisał to własnoręcznie w parafialnej księdze zaślubionych w kościele pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela.
- Aha - przytaknął nieznajomy, jakby wreszcie zrozumiał, o czym przed chwilą pitolił Adam. - I z tego powodu chce się pan zabić?
- A mam inne wyjście? - odpowiedział pytaniem. - Cały instytut szepcze za moimi plecami "rogacz". Nawet studenci się ze mnie śmieją. - Miał ochotę dodać, że nie zabije się póty, póki nie odbierze dyplomu potwierdzającego tytuł profesorski. W ten sposób zmusi Beatę do wyrycia na płycie nagrobnej "Śp. Adam Jan Małolepszy / profesor zwyczajny doktor habilitowany nauk humanistycznych / w zakresie językoznawstwa ojczystego /1957-2022/ Odszedł tak nagle, że ani uwierzyć, ani się z tym pogodzić". Ale tego nie powiedział. I tak za dużo wyjawił obcej osobie.
- Mogę panu doktorowi pomóc.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.