Rozdział 6
W następnym tygodniu zgłoszono w komendzie bardzo niewiele przestępstw, jakby odjeżdżający turyści postanowili zabrać je ze sobą. Brunetti zadzwonił do znajomego karabiniera z pytaniem o sytuację z narkotykami w szkołach i usłyszał, że bada ją już specjalny oddział ulokowany w Treviso. Uspokoiwszy sumienie, nie szukał dalszych informacji. Spędził trochę czasu, czytając akta nagromadzone na jego biurku; pięć teczek zawierało życiorysy ludzi, którzy w ramach rotacji mieli w lutym zasilić szeregi funkcjonariuszy komendy. Znalazł czas, żeby pojechać na strzelnicę w Mestre i spełnić wprowadzony w ubiegłym roku wymóg odbywania treningu strzeleckiego przynajmniej raz na dwanaście miesięcy. Zachęcono go tam do wypróbowania nowych pistoletów; na unowocześnienie broni signorina Elettra jakoś znalazła fundusze dla komisarzy i funkcjonariuszy wyższych rangą. Po przetestowaniu trzech, a potem własnej służbowej broni komisarz uznał, że jeden z tych nowych pistoletów jest lżejszy i mniejszy, a dzięki temu będzie mniej ciążył w tych kilku przypadkach, gdy nie zapomni go zabrać.
Kierownik strzelnicy był wysokim i silnym mężczyzną, który przypuszczalnie spędził na tym stanowisku kilka ostatnich lat służby przed przejściem na emeryturę. Powiedział Brunettiemu, że wybrany przez niego pistolet będzie dostępny albo w maju, albo dopiero pod koniec lata.
Brunetti przesunął broń po ladzie, własną włożył do kabury, a kaburę do teczki.
- Mam dzwonić? - zapytał i zatrzasnąwszy teczkę, szykował się do wyjścia.
- Nie, commissario. Jestem w kontakcie z signoriną Elettrą. Zatelefonuję do niej, gdy je przywiozą. Wtedy może pan wrócić i go wypróbować; sprawdzić, czy nadal będzie pan wolał nowy model.
Komisarz podziękował i rzekł:
- Cóż, w takim razie cieszę się na następne spotkanie. - Naszła go pewna myśl i zapytał: - A co się dzieje z naszymi starymi pistoletami?
- Ma pan na myśli te, które wymieniamy na nowe?
- Owszem.
- Wysyła się je do odlewni i przetapia.
Brunetti skinął głową, zadowolony z odpowiedzi.
- To lepsze niż składowanie ich w jakimś magazynie.
- Oczywiście, panie komisarzu. Z bronią są tylko kłopoty.
Brunetti wyciągnął dłoń na pożegnanie.
- Będę pamiętał pańskie słowa - powiedział i się uśmiechnął, sugerując, że to żart. Nie lubił broni, nie lubił mieć jej przy sobie, w tych kilku nielicznych sytuacjach, gdy ją nosił, czuł się nieswojo i przez wszystkie lata służby nawet do nikogo z niej nie wycelował. Jego pistolet często całymi tygodniami spoczywał w zamkniętej na klucz metalowej skrzynce na półce z bielizną. Naboje leżały w podobnej zamkniętej skrzynce, dzieląc miejsce na półce ze środkami czystości w szafie wnękowej za kuchnią.
Życie biegło dalej, spokojnie i monotonnie, dopóki pewnej nocy dzwonek telefonu nie wyrwał Brunettiego z głębokiego snu bez śnienia. Gdy wreszcie odebrał, miał wrażenie, że telefon dzwonił całą wieczność.
- S?? - zapytał, wciąż otępiały od snu, ale świadom, co musi oznaczać ten telefon.
W słuchawce usłyszał kobiecy głos.
- Guido?
Dopiero po sekundzie poznał, że to Claudia Griffoni, jego koleżanka i przyjaciółka.
- Tak, Claudio, o co chodzi?
- Jestem w szpitalu - wyjaśniła. - Doszło chyba do napaści na pewnego mężczyznę.
- Gdzie? - zapytał, wstał z łóżka i wyszedłszy na korytarz, sięgnął do klamki, żeby zamknąć drzwi sypialni.
- Niedaleko San Stae.
- Kiepsko z nim?
- Na to wygląda.
- Co się stało?
- Mniej więcej przed godziną ktoś zadzwonił do szpitala z informacją, że znalazł mężczyznę leżącego u stóp mostu. Myślał, że upadł; na chodniku była krew.
- Ale? - zapytał komisarz, wiedząc, że gdyby tak było, Griffoni nie dzwoniłaby do niego.
- Ale gdy go tu przywieźli, lekarz na Pronto Soccorso dostrzegł ślady na lewym nadgarstku, które mogły pochodzić od paznokci. Jakby ktoś go złapał za przegub. - Zanim Brunetti zdążył zapytać, Griffoni powiedziała: - Pobrał próbki. W miejscu, gdzie ofiara uderzyła głową o chodnik, było dużo krwi. Lekarz twierdzi, że mężczyzna doznał wstrząśnienia mózgu. Wygląda na to, że upadając, musiał uderzyć o metalową poręcz. Próbuje ustalić, jak poważne są obrażenia. - Westchnęła. - Zadzwonili do komendy. Dziś mam dyżur.
- Czy most zabezpieczono?
- Tak. Dwaj vigili urbani patrolowali rejon Rialto, więc się tam zjawili. Dopilnuję, żeby nikt nie zbliżał się do mostu. Ekipa techniczna zmierza na miejsce zdarzenia.
- Jacyś świadkowie?
Griffoni bąknęła coś pod nosem.
- Mam tam przyjechać?
- Tam albo tutaj.
- Powiedz, który to most, to pojadę najpierw tam, a potem do szpitala.
- Chwileczkę. Mam to zapisane. - Słyszał w słuchawce odgłos szukania. - Ponte del Forner. To...
- Wiem, gdzie to jest - wtrącił.
- Mam wysłać łódź?
- Dzięki, Claudio, ale nie. Mogę tam dotrzeć w ciągu kwadransa. Będzie szybciej.
- W porządku. W takim razie do zobaczenia tutaj. Potem.
Wyłączył telefon i otworzył drzwi sypialni. Umieścił słuchawkę z powrotem w bazie i podszedł do łóżka. W świetle rzucanym przez księżyc w pełni wydawało się, że górna połowa głowy jasnowłosej Paoli się jarzy. Brunetti włączył nocną lampkę, zobaczył, że dochodzi druga, podszedł do armadio i się ubrał. Rzucił piżamę na swoją stronę łóżka i położył żonie dłoń na ramieniu.
- Paola, kochanie.
Rytm jej oddechu się zmienił i odwróciła twarz do męża. Mruknęła coś pytająco.
- Muszę wyjść.
Burknęła w odpowiedzi.
- Zadzwonię.
Znowu burknęła.
Zamierzał powiedzieć, że ją kocha, ale nie chciał, żeby odpowiedzią na tego rodzaju wyznanie było kolejne burknięcie.
W korytarzu włożył płaszcz i cicho wyszedł z mieszkania.
Nocne powietrze było gęste od caigo, tej szczególnej weneckiej wilgoci, która wypełnia płuca, przesłania widok i pozostawia kleistą, śliską warstwę na powierzchni chodnika. Komisarz szedł w kierunku mostu Rialto, rozkoszując się niemal poczuciem, że jest w opuszczonym mieście spowitym czymś więcej niż mgiełką i czymś mniej niż mgłą. Zatrzymał się i nasłuchiwał, ale nie było słychać żadnych kroków. Ruszył ponownie w stronę Campo Sant' Aponal. Zbliżał się do miejsca noszącego ślady użycia przemocy, której następstwem był ból i obrażenia ofiary, nie czuł jednak przygnębienia, a jedynie spokój płynący ze świadomości, że kroczy po swoim mieście takim, jakim było kiedyś: sennej, prowincjonalnej Wenecji, gdzie bardzo niewiele się działo, a ulice często ziały pustkami.
Gdy wszedł na campo, minął go jakiś mężczyzna ze wzrokiem utkwionym w ziemi. Przed kościołem ujrzał kolejnego mężczyznę i kobietę, spacerujących pod rękę; ich głowy obracały się z boku na bok w zachwycie. Gdy znaleźli się bliżej, Brunetti usłyszał stukanie traperów, a gdy zrównali się z nim, spostrzegł ich ciężkie plecaki. Nie zwrócili na niego uwagi i wcale go to nie zdziwiło.
Przeciął plac, kierując się ku San Cassiano. W niemal całkowitej ciemności wiele punktów orientacyjnych zniknęło, lecz komisarz zdał się we wszystkim na swoje stopy i zakodowaną w nich pamięć o tych wąskich mostach i jeszcze węższych calli, do których prowadziły. Minął stojący po prawej kościół, pokonał most, skręcił w prawo, w lewo, jeszcze jeden most i pięćdziesiąt metrów przed sobą zobaczył we mgle nagły błysk skierowanej w jego stronę latarki.
- Ty tam, most jest zamknięty - powiedział męski głos o normalnym natężeniu. - Wracaj na Calle Della Regina. - Mężczyzna posługiwał się dialektem weneckim, jakby tylko miejscowy mógł spacerować w tej części miasta o tej porze nocy.
- To ja, Brunetti - powiedział komisarz, nie zatrzymując się.
- Och, dzień dobry, commissario - rzekł mężczyzna i gdy salutował, snop światła latarki powędrował na chwilę do góry. Z niezrozumiałej dla Brunettiego przyczyny mgła w pobliżu mostu wydawała się mniej gęsta. Mężczyzna też musiał zdać sobie z tego sprawę, wyłączył bowiem latarkę i przypiął ją z powrotem do pasa.
Brunetti zauważył, że to jeden z vigili urbani, a nie któryś z jego ludzi. I właśnie wtedy usłyszał hałas i męskie głosy dolatujące zza pleców strażnika miejskiego.
- Czy to ekipa techniczna? - zapytał.
- Tak, panie komisarzu. - Gdy mężczyzna wypowiedział te słowa, mgła po drugiej stronie mostu się rozwiała i komisarz zobaczył tam błyski światła.
Ruszył w stronę mostu ze strażnikiem miejskim u boku. Zatrzymał się przy pierwszym stopniu schodów i zawołał:
- Komisarz Brunetti. Mogę wejść?
- Tak jest - odpowiedział czyjś donośny głos i Brunetti doszedł na szczyt mostu, zwracając uwagę na grubą metalową poręcz. Vigile został z tyłu i wrócił do wylotu ulicy, żeby nie wpuszczać na nią ludzi.
Ze szczytu mostu komisarz widział, jak dwaj technicy w białych kombinezonach działają według swoich przejrzystych procedur, sprawdzając, czy na ziemi nie ma niczego, co należało do ofiary lub domniemanego napastnika. Ambrosio, jeden z ludzi Bocchesego, wysoki i przeraźliwie chudy nawet w bufiastym białym kombinezonie, podszedł po schodach do Brunettiego.
- Sprawdzamy, czy razem z nim z mostu nie spadło coś jeszcze.
- Lekarz powiedział komisarz Griffoni, że prawdopodobnie ktoś go chwycił i ściągnął w dół schodów - rzekł Brunetti.
- Tak, panie komisarzu - odparł Ambrosio bezbarwnym głosem, którym ludzie z ekipy technicznej posługiwali się w odpowiedzi na sugestie swoich kolegów. - Zadzwoniła do nas z tą informacją. Szukamy śladów innej osoby lub tego, co mogło się tu wydarzyć. - Technik machnięciem ręki wskazał teren, na którym wciąż pracowali jego koledzy.
- Jacyś świadkowie? - zapytał Brunetti.
Ambrosio wzruszył ramionami.
- Odkąd tu dotarliśmy, dwoje ludzi wychyliło się z okien, żeby zobaczyć, co robimy, ale gdy zapytaliśmy, czy coś słyszeli, zaprzeczyli.
Przesłuchiwanie ewentualnych świadków nie należało do obowiązków ekipy technicznej, więc komisarz rzekł:
- Jutro przyślemy paru ludzi, żeby chodzili od drzwi do drzwi. - Wiedział, że zarówno "Il Gazzettino", jak i "Nuova Venezia" poinformują o incydencie, i zapamiętał, że ma polecić komuś, żeby zadzwonił do obu redakcji i poprosił o zamieszczenie apelu o kontakt z komendą policji wszystkich, którzy słyszeli lub widzieli zajście nieopodal San Stae. Takie apele rzadko wywoływały reakcję, ale to nie był powód, żeby nie spróbować.
Brunetti zawołał do ludzi u stóp mostu:
- Mogę zejść?
- Tak, panie komisarzu. Sprawdziliśmy ten teren.
- Znaleźliście coś? - zapytał, ruszając po schodach w ich kierunku.
- To, co zwykle leży na ulicy: niedopałki, bilet na prom, papierek po cukierku.
- Nie zapominaj o psiej kupie - powiedział drugi, gdy podniósł się, wsparł pod boki i odchylił do tyłu, jakby liczył, że dzięki temu wyprostuje kręgosłup. - To najgorsze w tej robocie - dodał, zwracając się do Brunettiego. - Nie ma ich tyle co kiedyś, ale i tak wystarczy. Aż nadto.
Postanawiając zignorować tę uwagę, komisarz zapytał Ambrosia, który podszedł do niego:
- To tam uderzył głową?
Ambrosio przytaknął i wskazał miejsce na trotuarze u stóp mostu, gdzie Brunetti spostrzegł szeroką czerwoną plamę.
- Znaleźliśmy też ślady krwi na poręczy, panie komisarzu - powiedział. - Wygląda na to, przynajmniej dla mnie, że uderzył głową tutaj, potem otarł nią o murek, a w końcu wylądował na dole i leżał tam, krwawiąc, dopóki ten gość go nie znalazł i nie zadzwonił do szpitala. - Słowom tym towarzyszył ostatni gest w kierunku podestu u stóp schodów.
Brunetti dostrzegł czerwoną smugę na poręczy i jeszcze jedną na wewnętrznej powierzchni murku, uprawdopodobniające rekonstrukcję zdarzeń dokonaną przez technika.
- Dużo macie jeszcze do zrobienia? - zapytał pozostałych dwóch mężczyzn.
Wyższy z nich, który przeszukiwał miejsce u stóp mostu, odparł:
- Nie, panie komisarzu. Teraz, gdy już wszystko pozbieraliśmy, nie. Zdjęliśmy odciski palców z poręczy i pobraliśmy próbki z tych trzech miejsc, więc musimy tylko się spakować i posprzątać.
- Posprzątać? Jak? - zdziwił się Brunetti, żałując, że nie oparł się pokusie zadania pytania.
- Trzymamy w łodzi wiadro, panie komisarzu. Z liną. Do zmycia krwi możemy użyć wody z kanału. - Technik mówił o tym tak swobodnie, jakby wskazywał drogę. - Po wszystkim wrócimy do komendy. Jeżeli poczeka pan pięć minut, możemy pana podwieźć.
- Nie, dziękuję. Wybieram się do szpitala.
- Możemy pana wysadzić po drodze. To żaden kłopot.
Brunetti wiedział, że tak będzie szybciej, podobnie jak wiedział, że na Pronto Soccorso mają w dyżurce automat z kawą. Przyjeżdżał tam w następstwie tylu wypadków, że personel izby przyjęć zaczął go traktować jak swojego i pozwalał korzystać z automatu bez względu na porę, o której się zjawiał.
- Dzięki - powiedział i ruszył w kierunku policyjnej motorówki, która cumowała przy murze obok mostu.
Motorówka dotarła do szpitalnej przystani dla karetek tuż po trzeciej, w porze złych wieści. Brunetti podziękował pilotowi i zszedł z pokładu na pomost. Skierował się do Pronto Soccorso, gdzie osiem osób siedziało na krzesłach pod ścianą w oczekiwaniu na swoją kolej. Mężczyzna w portierni rozpoznał go i dał mu znak ręką, że może przejść dalej. Brunetti zapytał o człowieka, którego przyjęto z urazem głowy. Usłyszał, że ranny przypuszczalnie wciąż przebywa na radiologii: w tym momencie nie było dla niego łóżka. Zanim zdążył zadać kolejne pytanie, portier powiedział, żeby zrobił sobie kawę, i dodał, że prawdopodobnie zastanie przy automacie swoją koleżankę, która zaledwie kilka minut temu wróciła z radiologii.
Siłą przyzwyczajenia komisarz zapukał do drzwi dyżurki. Usłyszał szuranie krzesłem, zbliżające się kroki, po czym drzwi się otworzyły i zobaczył w nich uśmiechniętą Griffoni. O trzeciej nad ranem, zmęczona i wymizerowana, bez makijażu, w spranych czarnych dżinsach, brązowych butach i luźnych skarpetkach oraz męskim swetrze z szarej wełny co najmniej o trzy numery za dużym wyglądała wystarczająco dobrze, by wziąć udział w sesji zdjęciowej.
- Piję kawę - powiedziała na powitanie - i ratuję swoje życie. - Wróciła do stołu i wypiła to, co pozostało w filiżance, a potem odstawiła ją do zlewu. - Maszyna jest wciąż włączona. Masz ochotę?
Brunetti nie widział powodu, by nie mógł przyrządzić jej sobie sam, i miał już to powiedzieć, gdy Griffoni dodała:
- Nie jestem służącą, Guido. Wyglądasz na bardziej zmęczonego niż ja.
- W takim razie tak, poproszę - odparł komisarz, odsunął krzesło i czekał w milczeniu, dopóki nie przyniosła mu kawy, informując, że cukier już jest w filiżance. - Dzięki, Claudio. Długo przebywałem na dworze. Nie miałem pojęcia, jak bardzo jest zimno.
- I wilgotno. Nie zapominaj o wilgoci - przypomniała Griffoni, trzęsąc się w bardzo teatralny sposób, a potem odsunęła krzesło, żeby usiąść naprzeciw Brunettiego. - Znaleźliście coś?
- Zwykłe śmieci na ziemi - odpowiedział i wypił łyk kawy.
- Okropna, prawda? - powiedziała Griffoni na widok jego miny. - Gdyby ktoś zaserwował ją w Neapolu, dostałby kulkę.
Brunetti dopił kawę i zaniósł filiżankę i spodek do zlewu.
- Mnie smakowała, ale z drugiej strony, gdybym był alkoholikiem, przypuszczalnie piłbym balsam po goleniu.
- Chyba właśnie to zrobiłeś - odparła.
Komisarz się uśmiechnął i oparł o zlew.
- Mów.
- Ma około pięćdziesięciu lat i doznał bardzo poważnego wstrząśnienia mózgu. Lekarz nie jest neurologiem, więc tylko tyle może stwierdzić. Mężczyzna ma sińce i skaleczenia na głowie i twarzy, prawdopodobnie wskutek upadku, oraz czerwone ślady na wewnętrznej stronie nadgarstka, o których ci mówiłam. - Griffoni odetchnęła kilka razy i ciągnęła: - Po tym, jak do ciebie zatelefonowałam, lekarz powiedział, że najpoważniejszych obrażeń doznał na skroni. - Umilkła, szukając odpowiedniego słowa. - Powiedział, że w jego czaszce jest coś jakby wgniecenie.
Oczy komisarza zwęziły się na dźwięk tego słowa.
- Sądzi, że mogło się to stać, gdy upadając, uderzył głową w poręcz.
- Jak się nazywa? - zapytał Brunetti, podchodząc bliżej stołu.
- Nie wiem. Miał w kieszeni dwa klucze do domu, ale żadnego dowodu tożsamości. Ani płaszcza.
- Przypuszczalnie mieszka niedaleko - zauważył komisarz. - Mogę go zobaczyć?
Griffoni pokręciła głową.
- Pielęgniarka zabroniła mi wracać przed piątą. Brakuje im personelu i nie chcą na oddziale nikogo, kto nie jest lekarzem lub pacjentem.
- Próbowałaś...?
- Próbowałam wszystkiego oprócz gróźb, ale oni nie żartowali - odparła Griffoni, zanim dokończył pytanie. - Ta, z którą rozmawiałam, starała się być miła. Tylko wtedy mają czas wprowadzić informacje o pacjencie do komputera i naprawdę nie życzą sobie niczyjej obecności. - Widząc, że Brunetti zamierza coś powiedzieć, dodała: - Zaufaj mi, Guido. - Spojrzała na zegarek i powiedziała: - Została tylko godzina z kawałkiem. - Starała się, by zabrzmiało to zachęcająco, ale sprawiała wrażenie zmęczonej.
Brunetti pogodził się ze zwłoką i w tym momencie albo wyczerpały się jego zasoby adrenaliny, albo stracił ducha, bo zaczął drżeć z wyczerpania. Dotychczas pochylał się wsparty obiema rękami na krześle, teraz jednak musiał na nim usiąść.
Oparł się łokciami na stole, pochylił i ukrył twarz w dłoniach, masując powieki. Nagle zapragnął umyć twarz i ręce w gorącej wodzie.
Griffoni wstała i oznajmiła, że idzie poszukać łazienki, ale komisarz nie spojrzał na nią; w rzeczywistości nie otworzył nawet oczu. Usłyszał, jak zamykają się drzwi dyżurki i położył ręce na stole, a na rękach wsparł głowę.
Kiedy się ocknął, Claudia wypowiadała jego imię. Potem poczuł na ramieniu jej dłoń.
- Guido, już po piątej. Możemy już pójść na górę.
W milczeniu, zmęczony, dawno wyzuty z energii, której dostarczyła mu kawa, Brunetti poszedł za Claudią Griffoni na oddział radiologii. Pielęgniarka w dyżurce skinęła głową, gdy weszli, i powiedziała:
- Nadal jest nieprzytomny.
- Możemy go zobaczyć? - zapytała Griffoni.
Pielęgniarka spojrzała na Brunettiego, który rzekł:
- Też jestem z policji.
Skinęła głową. Griffoni minęła dyżurkę i ruszyła korytarzem. Na jego końcu, przy lewej ścianie stały nosze na kółkach, a na nich leżała przykryta kocem postać. Spod koca wychodziły przewody elektryczne, pełznące w górę po metalowej rurce ku znajdującemu się na jej czubku urządzeniu, które przypominało skrzynkę z bezpiecznikami.
Griffoni wskazała ruchem głowy i podeszła do łóżka. Brunetti stanął obok niej i spojrzał na człowieka na noszach.
Leżał tam mężczyzna o gęstych włosach, którego widywał z professoressą Croserą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki