Niepodobna zupełnie twierdzić, o
ile autentyczną jest niżej opowiedziana przygoda, gdyż całkowicie
opiera się ona na słowach łaskawego p. Harringaya, który jest
artystą. Zgodnie więc z tem, co sam mówił, Harringay przyszedł do
swej pracowni koło godziny dziesiątej rano, by zobaczyć co można
zrobić z figury, nad którą pracował wczoraj. Była to postać Włocha,
grającego na lirze, i Harringay, nie mogąc zdecydować, rozważał,
czy obraz ten nazwać
Wigilja czy też
Żarliwość.
Dotąd wszystko dobrze - całe opowiadanie cechuje widoczna
prawdziwość.
Spotkawszy na ulicy żebraka, Harringay z chyżością genjusza
natychmiast wziął go do siebie.
- Klęknij i patrz na tę konsolę, jakby ci stamtąd miały
padać pieniądze... Nie pokazuj zębów... Nie mam zamiaru malować
twych dziąseł. Dobrze... Teraz zrób minę nieszczęśliwą.
Nazajutrz nie był zadowolony ze swego dzieła.
- A jednak to nie jest tak bardzo złe - monologował
Harringay do siebie. - Ta szyja wcale dobra... Ale...
Zrobił sto kroków po pracowni, chodząc zamyślony tam i
napowrót i badając swój obraz ze wszystkich stron i pod każdym
względem. Wreszcie głośno zaklął brzydkiemi wyrazy.
- Malować! - szeptał. - Chcieć wymalować zwyczajny portret
prostego grajka! Gdyby szło o sfabrykowanie żywego grajka, nie
tylebym się dręczył! To dziwne! Nigdy mi się nie uda zrobić nic
takiego, coby miało pozór istoty żywej! Czy to nie wada mojej
wyobraźni?
- Ach! to dotknięcie twórcze! Wziąć płótno i farby i
stworzyć człowieka tak, jak Adam był stworzony, z czerwonej ziemi.
Ale ta bazgranina! Ktoby to zobaczył u tandeciarza, myślałby, że to
robota bylejaka, sobotnim ściegiem... Łobuzy krzyczeliby: "oprawić
w ramki". Nie, to nie może tak pozostać...
Podszedł do okna i opuścił częściowo storę z błękitnego
płótna, opadającego do ziemi. Wziął paletę, pędzle i stanąwszy
przed obrazem, zaznaczył kąciki ust; poczem całą uwagę skupił na
źrenicy oka; następnie zauważył, że broda zupełnie była nie
odpowiednią dla
Żarliwości.
Wkrótce odłożył pędzel i paletę. Zapaliwszy cygaretkę,
cofnął się, by lepiej ocenić postęp swej pracy.
- Niech mię powieszą, jeżeli ten portret nie urąga mi -
zauważył, - widocznie drwi sobie ze mnie!
Wyraz twarzy zapewne się ożywił, ale bynajmniej nie w tym
duchu, w jakim artysta pragnął. Niepodobna było się mylić. Uśmiech
szyderczy był widoczny.
-
Żarliwość Niewierzącego - szeptał Harringay. - Ha, ha! oto
byłby tytuł subtelny. Ale brew na lewem oku nie jest dość cyniczna.
Dotknął jej zlekka i powiększył nieco orbitę oka, by lepiej
podkreślić materjalizm. Nastąpiło nowe badanie.
- Boję się, że wszelka żarliwość tu znikła... Czemuby to nie
miał być
Mefistofeles? Ale to zbyt banalne...
Przyjaciel Doży - to byłoby niezłe. Ale potrzebna zbroja.
Zbyt pachnie "Okrągłym Stołem". A może włożyć mu czerwoną suknię i
nazwać:
Członek Świętego koliegium. Byłoby to poważne i
świadczyłoby o uczonej ciekawości do średniowiecza włoskiego...
Zręczny szkic złotego puharu w kąciku - stworzyłby naraz
Benvenuta Celliniego, ale cera nie byłaby dobra.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI