Pokusa Harringaya - Herbert George Wells

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kuszenie Harringaya

Niepodobna zupełnie twierdzić, o ile autentyczną jest niżej opowiedziana przygoda, gdyż całkowicie opiera się ona na słowach łaskawego p. Harringaya, który jest artystą. Zgodnie więc z tem, co sam mówił, Harringay przyszedł do swej pracowni koło godziny dziesiątej rano, by zobaczyć co można zrobić z figury, nad którą pracował wczoraj. Była to postać Włocha, grającego na lirze, i Harringay, nie mogąc zdecydować, rozważał, czy obraz ten nazwać Wigilja czy też Żarliwość.

Dotąd wszystko dobrze - całe opowiadanie cechuje widoczna prawdziwość. Spotkawszy na ulicy żebraka, Harringay z chyżością genjusza natychmiast wziął go do siebie. - Klęknij i patrz na tę konsolę, jakby ci stamtąd miały padać pieniądze... Nie pokazuj zębów... Nie mam zamiaru malować twych dziąseł. Dobrze... Teraz zrób minę nieszczęśliwą. Nazajutrz nie był zadowolony ze swego dzieła. - A jednak to nie jest tak bardzo złe - monologował Harringay do siebie. - Ta szyja wcale dobra... Ale... Zrobił sto kroków po pracowni, chodząc zamyślony tam i napowrót i badając swój obraz ze wszystkich stron i pod każdym względem. Wreszcie głośno zaklął brzydkiemi wyrazy. - Malować! - szeptał. - Chcieć wymalować zwyczajny portret prostego grajka! Gdyby szło o sfabrykowanie żywego grajka, nie tylebym się dręczył! To dziwne! Nigdy mi się nie uda zrobić nic takiego, coby miało pozór istoty żywej! Czy to nie wada mojej wyobraźni? - Ach! to dotknięcie twórcze! Wziąć płótno i farby i stworzyć człowieka tak, jak Adam był stworzony, z czerwonej ziemi. Ale ta bazgranina! Ktoby to zobaczył u tandeciarza, myślałby, że to robota bylejaka, sobotnim ściegiem... Łobuzy krzyczeliby: "oprawić w ramki". Nie, to nie może tak pozostać... Podszedł do okna i opuścił częściowo storę z błękitnego płótna, opadającego do ziemi. Wziął paletę, pędzle i stanąwszy przed obrazem, zaznaczył kąciki ust; poczem całą uwagę skupił na źrenicy oka; następnie zauważył, że broda zupełnie była nie odpowiednią dla Żarliwości. Wkrótce odłożył pędzel i paletę. Zapaliwszy cygaretkę, cofnął się, by lepiej ocenić postęp swej pracy. - Niech mię powieszą, jeżeli ten portret nie urąga mi - zauważył, - widocznie drwi sobie ze mnie! Wyraz twarzy zapewne się ożywił, ale bynajmniej nie w tym duchu, w jakim artysta pragnął. Niepodobna było się mylić. Uśmiech szyderczy był widoczny. - Żarliwość Niewierzącego - szeptał Harringay. - Ha, ha! oto byłby tytuł subtelny. Ale brew na lewem oku nie jest dość cyniczna. Dotknął jej zlekka i powiększył nieco orbitę oka, by lepiej podkreślić materjalizm. Nastąpiło nowe badanie. - Boję się, że wszelka żarliwość tu znikła... Czemuby to nie miał być Mefistofeles? Ale to zbyt banalne... Przyjaciel Doży - to byłoby niezłe. Ale potrzebna zbroja. Zbyt pachnie "Okrągłym Stołem". A może włożyć mu czerwoną suknię i nazwać: Członek Świętego koliegium. Byłoby to poważne i świadczyłoby o uczonej ciekawości do średniowiecza włoskiego... Zręczny szkic złotego puharu w kąciku - stworzyłby naraz Benvenuta Celliniego, ale cera nie byłaby dobra.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI