Pokot. Komisarz Sikora. Tom 3 - Piotr Kościelny

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Mro­zów, oko­lice Wro­cła­wia, 14 lu­tego 2012 r.

Eu­ge­niusz Der­kacz je­chał po­lną drogą w stronę po­bli­skiego lasu.

Za trak­to­rem cią­gnął przy­czepę, na którą za ja­kąś go­dzinę za­ła­dują drewno. Do­ga­dał się z Ka­zi­kiem od Ho­rosz­czaka, że dzi­siaj zwiozą to, co ścięli dwa dni wcze­śniej. Mu­sieli się po­śpie­szyć, bo ostat­nio dziel­ni­cowy cho­dził po wsi i py­tał, czy nie wie­dzą, kto w le­sie kłu­suje lub krad­nie drewno.

Der­kacz się dzi­wił, że po­li­cja zaj­muje się ta­kimi głu­po­tami. Tak jakby nie mieli waż­niej­szych rze­czy na gło­wie. Zda­wał so­bie oczy­wi­ście sprawę, że kłu­so­wa­nie jest nie do końca uczciwe, ale prze­cież ni­komu krzywdy nie ro­bił. Zwie­rzyny w la­sach było aż nadto. Poza tym od dłuż­szego czasu w oko­licy gra­so­wała wa­taha zdzi­cza­łych psów. Nie­kiedy na­tra­fiał w le­sie na mar­twą sarnę ze śla­dami świad­czą­cymi o za­gry­zie­niu. Skoro one mogą za­bić, to dla­czego czło­wiek nie może? Prze­cież ma wię­cej praw niż ja­kiś tam kun­del, roz­my­ślał po dro­dze.

Od po­ko­leń jego ro­dzina za­opa­try­wała się w le­sie za­równo w mięso, jak i w opał. Gie­nek po­dob­nie jak oj­ciec i dzia­dek uwa­żał, że tylko głupi płaci za coś, co może mieć za darmo. Mi­li­cja w po­przed­nim sys­te­mie co prawda ła­pała kłu­sow­ni­ków, ale koń­czyło się na po­gro­że­niu pal­cem i wrę­cze­niu panu wła­dzy ła­pówki. Z re­guły kilka pęt kieł­basy i flaszka z wła­snej bim­browni za­ła­twiały sprawę. Przy­naj­mniej w Mro­zo­wie i oko­licy. Czy w in­nych czę­ściach kraju było po­dob­nie, Der­kacz nie miał po­ję­cia. Nie in­te­re­so­wał się tym zbyt­nio. W ogóle mało było rze­czy, któ­rymi się in­te­re­so­wał.

Przy­ha­mo­wał przed za­krę­tem, a po kilku me­trach za­trzy­mał cią­gnik. Z kie­szeni sta­rej woj­sko­wej kurtki wy­jął bu­telkę z sa­mo­go­nem. Od­krę­cił ją i wziął dwa łyki. Po­czuł zna­jome pa­le­nie w prze­łyku. Bim­ber miał swoją moc, nie­wielu we wsi po­tra­fiło taki zro­bić. Re­cep­tura prze­cho­dziła z ojca na syna i Gie­nek także na­uczył swo­jego pier­wo­rod­nego pę­dzić ten wy­jąt­kowy tru­nek. Za­krę­cił bu­telkę i się­gnął po starą pa­pie­ro­śnicę, po czym wsu­nął do ust wła­sno­ręcz­nie skrę­co­nego pa­pie­rosa. Jego my­śli po­wę­dro­wały w stronę domu.

Miał dziś je­chać do lasu ze swoim sy­nem, ale wczo­raj wie­czo­rem Szy­mek nie­for­tun­nie sta­nął i skrę­cił kostkę. Za­wył jak wilk i za­czął krzy­czeć z bólu. Może gdyby wcze­śniej nie wy­pili dwóch fla­szek, nic by się nie stało, ale nie było już co gdy­bać. Gdy noga bły­ska­wicz­nie spu­chła, po­sta­no­wili dzia­łać. Po­szli do Tar­czyń­skiego i po­ga­dali z nim, aby za­wiózł Szymka do szpi­tala. We Wro­cła­wiu się oka­zało, że sprawa jest po­ważna i nogę trzeba usztyw­nić. To dla­tego je­chał te­raz sam przez ośnie­żone pola, a Szy­mek sie­dział w domu przed te­le­wi­zo­rem.

Od­pa­lił pa­pie­rosa i wy­dmu­chał dym w mroźne po­wie­trze. Spoj­rzał w stronę pola, które dzier­ża­wił Gwiz­dała, i do­strzegł gra­su­jącą w po­bliżu wsi wa­tahę psów. Była od­da­lona o ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów od drogi, na któ­rej stał. Psy coś ja­dły. Der­ka­cza za­cie­ka­wił ten wi­dok. Za­sta­na­wiał się, co upo­lo­wały.

Wy­siadł z ur­susa i ru­szył w ich stronę. Nie bał się tych na wpół zdzi­cza­łych kun­dli. Wie­dział, że są pło­chliwe i ra­czej nie po­winny mu zro­bić krzywdy, jed­nak dla bez­pie­czeń­stwa wziął do ręki sie­kierę, którą miał na pace.

Po przej­ściu kilku me­trów rzu­cił pa­pie­rosa w śnieg i krzyk­nął:

- A po­szły mi stąd! A już mi po­szły!

Psy spoj­rzały w jego stronę i już po se­kun­dzie rzu­ciły się do ucieczki.

- Tchórz­liwe dziady... - mruk­nął Gie­nek pod no­sem.

Wy­cią­gnął bu­telkę, wziął dwa łyki, a na­stęp­nie otarł usta i splu­nął. Scho­wał bim­ber z po­wro­tem do kie­szeni kurtki i ru­szył w stronę pa­dliny. Spło­szone psy były już da­leko. Te­raz przy mię­sie po­ja­wiły się wrony i za­częły je dzio­bać.

Gie­nek za­trzy­mał się i od­pa­lił ko­lej­nego pa­pie­rosa. Ni­g­dzie mu się nie śpie­szyło. Był co prawda umó­wiony z Ka­zi­kiem, ale cie­ka­wość prze­wa­żyła nad punk­tu­al­no­ścią. Wziął ma­cha. Dym za­krę­cił go w no­sie. Za­sło­nił pal­cem jedną dziurkę, wy­dmuch­nął wy­dzie­linę i otarł nos dło­nią. Na­stęp­nie strzep­nął smarki, a rękę wy­tarł o spodnie.

Po­woli ru­szył da­lej. Ja­kieś dzie­sięć me­trów przed pa­dliną jed­nak znów sta­nął. Coś tu nie pa­so­wało. Do­piero te­raz zwró­cił na to uwagę. Żadna sarna nie nosi prze­cież ubrań. Wie­dział już, że ma do czy­nie­nia z ludz­kim cia­łem. Pod­szedł bli­żej i gwał­tow­nymi ru­chami rąk prze­go­nił dzio­biące zwłoki ptac­two.

Pa­pie­rosa do­pa­lił dwoma moc­nymi ma­chami. Rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię i zdep­tał gu­mia­kiem. Spoj­rzał na ciało. Są­dząc po wiel­ko­ści, na­le­żało do karła albo dziecka. Wnętrz­no­ści były wy­żarte, a do­okoła na śniegu było pełno krwi. Z po­dziu­ra­wio­nej czar­nej kurtki wy­sta­wały frag­menty za­bar­wio­nej na czer­wono bia­łej waty. Udo było ob­gry­zione do ko­ści.

Ten wi­dok nie zro­bił na Gienku wra­że­nia. Wiele razy wi­dział już pa­dlinę, do któ­rej do­brały się zwie­rzęta. Je­dyna róż­nica po­le­gała na tym, że to tu­taj to czło­wiek.

- Co tu się od­pier­do­liło... - mruk­nął do sie­bie.

Pa­trzył jesz­cze przez chwilę na zwłoki. Co bar­dziej od­ważne ptaki za­częły pod­cho­dzić bli­żej ciała.

- Po­szły! - wy­krzyk­nął, pró­bu­jąc kop­nąć tego naj­bli­żej.

Wrony od­le­ciały i wy­lą­do­wały kil­ka­na­ście me­trów da­lej.

- I, kurwa, chuj - za­klął Der­kacz.

Wie­dział, że nie może tak tego zo­sta­wić. Mu­siał po­wia­do­mić po­li­cję. A wtedy nici ze zwo­że­nia drewna z lasu.

Nie za­ry­zy­kuje trans­portu, gdy za­czną się tu krę­cić gli­nia­rze. Nie po­trze­bo­wał nie­wy­god­nych py­tań.

***

Wro­cław, 14 lu­tego 2012 r.

Si­kora wszedł do domu i po ci­chu pod­szedł do śpią­cej jesz­cze Mo­niki. Po­ło­żył koło łóżka bom­bo­nie­rkę i jedną czer­woną różę, a po­tem de­li­kat­nie do­tknął ra­mie­nia ko­biety.

- Bu­dzimy się, księż­niczko - szep­nął.

Mo­nika otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na Si­korę.

- Co się stało? - spy­tała. - Wy­cho­dzisz już?

- Za chwilę. Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji wa­len­ty­nek. - Się­gnął po różę.

- O jejku... Za­po­mnia­łam. Przez ten be­bech wiele rze­czy wy­pada mi z głowy. - Uśmiech­nęła się, czule do­ty­ka­jąc swo­jego brzu­cha.

- Ko­pie?

- Jak Messi!

- No to trzeba bę­dzie za­pi­sać go do ja­kiejś dru­żyny.

Si­kora w wy­ob­raźni wiele razy wi­dział, jak idzie z sy­nem na plac za­baw, jak ra­zem ko­pią piłkę. Chciał ro­bić z nim wszystko to, czego nie ro­bił jego oj­ciec.

- A wzią­łeś pod uwagę, że może bę­dzie wo­lał tań­czyć w ba­le­cie?

- Taa, jak Bie­lecki za­cznie mu wuj­ko­wać, to pew­nie tak to się skoń­czy.

Mo­nika się za­śmiała, a po­tem wzięła różę z rąk Si­kory i po­wą­chała ją.

- Pięk­nie pach­nie. A skoro mowa o Mi­chale. Py­ta­łeś już, czy zo­sta­nie chrzest­nym?

- Nie mia­łem czasu. Poza tym nie wiem na­wet, czy on jest wie­rzący. Nie chcę go do ni­czego zmu­szać. Mamy jesz­cze czas.

- Czas? Mam ro­dzić w po­ło­wie marca! - obu­rzyła się Mo­nika, od­kła­da­jąc różę na szafkę nocną. - To le­d­wie mie­siąc.

- Ale prze­cież dzie­ciak po przyj­ściu na świat nie wpada od razu do chrzciel­nicy. Od uro­dze­nia do chrztu z re­guły mija kilka ty­go­dni, je­śli nie mie­sięcy. Tak mi się przy­naj­mniej wy­daje...

- Pie­przysz, Si­kora.

- Chciał­bym. - Pu­ścił do niej oko.

Mo­nika wzięła do ręki bom­bo­nie­rkę i od­wró­ciła pu­dełko.

- Spe­cjal­nie to zro­bi­łeś?

- Co niby?

- Wszyst­kie są z al­ko­ho­lem. Jak­byś nie za­uwa­żył, nie mogę te­raz chlać.

- Fak­tycz­nie... Trudno, zjem sam. - Si­kora wy­cią­gnął rękę po sło­dy­cze.

- Zo­staw. - Pac­nęła go w palce. - Ter­min jest w miarę długi. Za ja­kiś czas spa­ła­szuję je ze sma­kiem. A ty, królu złoty, jak bę­dziesz wra­cał z fa­bryki, kup ja­kieś nor­malne cze­ko­ladki, ta­kie dla mnie, bez­al­ko­ho­lowe. Mogą być z kar­me­lem albo ga­la­retką. Osta­tecz­nie z orze­chami.

Si­kora spoj­rzał na ze­ga­rek.

- O cho­lera, ro­bota! - Ze­rwał się na równe nogi. - I zo­bacz, za­ga­da­łaś mnie i bym się spóź­nił.

Gdy ru­szył ku drzwiom, Mo­nika też za­częła wsta­wać z łóżka. Ro­biła to tro­chę nie­po­rad­nie, bo spory już brzuch utrud­niał jej ru­chy.

- Cho­lera ja­sna z tym be­be­chem! - za­klęła. - Czło­wiek ru­szyć się nie może. Kiedy to się skoń­czy...

Si­kora za­wró­cił, pod­szedł do niej i po­dał jej dłoń. Do­piero gdy ją chwy­ciła, udało jej się wstać.

- Wię­cej mnie nie na­mó­wisz na coś ta­kiego - sap­nęła. - Po tym żad­nych dzieci, zero ry­zy­ko­wa­nia.

- Ry­zy­ko­wa­nia?

- Tak. Żad­nego seksu. Bo po­tem tak to się koń­czy.

- Czyli mam zgodę na ro­mans na boku?

- Jaki, kuźwa, ro­mans?

- No jak w domu ko­bieta nie go­tuje, to fa­cet może jeść na mie­ście.

- Ja ci za­raz zjem...

W tym mo­men­cie za­częła dzwo­nić ko­mórka Si­kory. Wy­cią­gnął ją z kie­szeni dżin­sów i spoj­rzał na wy­świe­tlacz.

- Mi­chał się do­bija.

- Od­bierz. Ja so­bie po­ra­dzę.

Trzy­ma­jąc się za plecy w oko­licy krzyża, Mo­nika po­woli ru­szyła w stronę ła­zienki.

- No, co jest? - spy­tał Si­kora, przy­kła­da­jąc te­le­fon do ucha.

- Mamy zwłoki.

- Gdzie?

- Ja­kaś wio­cha pod mia­stem. Mro­zów czy coś ta­kiego. Spraw­dzę na na­wi­ga­cji.

- To póź­niej. Kon­krety?

- Ja­kiś wsiok je­chał cią­gni­kiem i zna­lazł ciało.

- Nie­le­galny ubój? - spy­tał Si­kora, cho­ciaż wie­dział już, jaka bę­dzie od­po­wiedź.

- Jakby było ina­czej, nie za­wra­cał­bym ci dupy. Ja­sne, że tak.

- A ja­kiś lo­kalny ko­mi­sa­riat nie może tego ogar­nąć? Wiesz, że mamy od za­je­ba­nia ro­boty.

- Wła­śnie lo­kalni stwier­dzili, że mu­szą to zro­bić psy z więk­szym do­świad­cze­niem. Dla­tego dzwo­nię.

Si­kora spoj­rzał w stronę ła­zienki. Po­my­ślał, że jak będą je­chać na miej­sce, za­pyta Mi­chała o tego chrzest­nego.

- Do­bra. Za­raz będę.

- Cze­kaj. Ja już po cie­bie jadę.

Si­kora roz­łą­czył się i pod­szedł do łóżka, by po­pra­wić po­duszkę Mo­niki. Uło­żył ją tak, aby jego ko­bie­cie było wy­god­nie.

***

Obu­dził się i spoj­rzał na swoje dło­nie. Wie­dział, że ko­lejny raz to zro­bił.

Na­dal miał czer­wone ślady na rę­kach, ale nie pa­mię­tał wiele z ostat­nich go­dzin. Za­wsze tak było. Pa­mię­tał je­dy­nie, że za­bił. To się za ja­kiś czas zmieni, wszyst­kie wspo­mnie­nia po­wrócą. Cza­sem po­trze­bo­wał na to kilku go­dzin, cza­sem kilku dni, a cza­sem wy­star­czył kwa­drans. Te­raz jed­nak ostat­nie go­dziny za­snute były mgłą nie­pa­mięci.

Ten dzie­ciak był jego czwartą ofiarą. Po­przed­nie trzy za­bił prze­szło dzie­sięć lat temu. Miesz­kał wtedy w Zie­lo­nej Gó­rze i tam za­li­czył krótką se­rię za­bójstw. Tak jak znie­na­cka za­czął mor­do­wać, tak samo znie­na­cka prze­stał. Ja­kaś siła jed­nak znowu go do tego zmu­siła. Nie po­tra­fił się jej oprzeć. To było sil­niej­sze od niego. Nie był w sta­nie po­ha­mo­wać mor­der­czych żą­dzy.

Pierw­szą jego ofiarą był sied­mio­la­tek, któ­rego siłą wcią­gnął do bramy. Mocne ude­rze­nie w kark spra­wiło, że dzie­ciak stra­cił przy­tom­ność. Wtedy za­cią­gnął go do piw­nicy i udu­sił. Nie wy­ko­rzy­stał go sek­su­al­nie. Przy­naj­mniej tak mu się wy­da­wało... Uciekł spło­szony ha­ła­sem na ko­ry­ta­rzu.

Z te­le­wi­zji się do­wie­dział, że kil­ka­na­ście mi­nut po jego ucieczce ciało od­na­lazł je­den z miesz­kań­ców bloku. Po­li­cja szu­kała sprawcy, ale nic nie mieli. Żad­nego punktu za­cze­pie­nia, żad­nych świad­ków. Nie po­dano na­wet ry­so­pisu mor­dercy. Wie­dział, że tylko szczę­ściu za­wdzię­czał to, że nie zo­stał wtedy przy­ła­pany na go­rą­cym uczynku. Przez ko­lejne dni w mie­ście pa­no­wała at­mos­fera stra­chu. Z cza­sem jed­nak wszystko wró­ciło do normy. Inne wy­da­rze­nia przy­kryły za­bój­stwo sied­mio­latka.

Ko­lejną jego ofiarą była dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka. Z tego co so­bie póź­niej przy­po­mi­nał, zo­ba­czył ją na placu za­baw. Ba­wiła się z ko­le­żanką na ka­ru­zeli. Wi­dział, jak że­gna się z ró­wie­śnicą i ru­sza w stronę domu. Po­biegł za nią i za­py­tał, czy nie po­może mu w po­szu­ki­wa­niu psa. Wa­hała się za­le­d­wie przez chwilę. Naj­pierw mó­wiła, że mu­sia­łaby za­py­tać mamę, ale w końcu po­szła z nim w stronę po­bli­skiego placu bu­dowy. Tam chwy­cił ją za szyję i pod­du­sił. Kiedy już stra­ciła przy­tom­ność, przez chwilę pa­trzył na jej drobne ciało. Na­wet nie wie­dział, skąd w jego dłoni wziął się ten ka­wa­łek za­rdze­wia­łej bla­chy. Po­de­rżnął ma­łej gar­dło. Jej też nie wy­ko­rzy­stał.

Gdy wró­cił do domu, wszyst­kie me­dia hu­czały już o za­gi­nię­ciu dziew­czynki. Na imię miała Ma­ry­sia. Po­szu­ki­wali jej po­li­cjanci, stra­żacy i na­prędce zor­ga­ni­zo­wana grupa są­sia­dów. Ciało zo­stało zna­le­zione po trzech go­dzi­nach. On w tym cza­sie szo­ro­wał swoje po­pla­mione krwią ubra­nie. Wtedy jesz­cze nie pa­mię­tał, co zro­bił. Wie­dział tylko, że było to coś złego.

Po­li­cja po­dała ry­so­pis za­bójcy. Nie wi­dział żad­nego po­do­bień­stwa, ale bał się, że śled­czy na­tra­fią na jego ślad. Nie wie­dział, czy za chwilę nie za­pu­kają do drzwi i nie wy­pro­wa­dzą go sku­tego kaj­dan­kami. To by­łoby dla niego straszne. Nic ta­kiego jed­nak się nie stało. Uspo­koił się. Za­bił dwoje dzieci w ciągu za­le­d­wie mie­siąca. W Zie­lo­nej Gó­rze lu­dzie szybko po­łą­czyli te mor­der­stwa. Śled­czy pew­nie też.

Trze­cią ofiarę za­bił tuż po za­koń­cze­niu roku szkol­nego. Był aku­rat w No­wej Soli i tam ją zo­ba­czył. Wy­glą­dała pięk­nie. Miała na so­bie gra­na­tową spód­niczkę i białą ga­lową bluzkę. W dłoni ści­skała świa­dec­two. Wy­glą­dała na szczę­śliwą. Pod­szedł do niej i za­ga­dał. Po­tem na­wet nie pa­mię­tał te­matu roz­mowy. Ock­nął się nad jej cia­łem. Le­żała, pa­trząc nie­wi­dzą­cym wzro­kiem w niebo. Jej bluzka była czer­wona od krwi. Wie­dział, że na ja­ką­kol­wiek po­moc jest już za późno. Uciekł.

Dzi­siej­szej nocy be­stia, którą nie­świa­do­mie się sta­wał, za­ata­ko­wała po­now­nie.

Nie pa­mię­tał jesz­cze, kogo za­bił, ale był pewny, że to zro­bił.

Wstał z łóżka i po­szedł do ła­zienki. Mu­siał umyć ręce.

***

Si­kora pa­lił pa­pie­rosa, cze­ka­jąc na Bie­lec­kiego.

Po­sta­no­wił, że dzi­siaj za­pyta przy­ja­ciela i za­ra­zem part­nera, czy nie ze­chciałby zo­stać oj­cem chrzest­nym jego syna. Za kilka ty­go­dni Pio­truś przyj­dzie na świat i po­winni za­cząć ogar­niać pewne sprawy. Jak do­tąd nie byli szcze­gól­nie przy­go­to­wani do tego wiel­kiego dnia. Ow­szem, Mo­nika sporo czy­tała w In­ter­ne­cie, co jest po­trzebne mło­dej ma­mie i dziecku, ale on nie miał do tego głowy. Cią­gle za­przą­tały go sprawy za­le­ga­jące na biurku w wy­dziale. Ak­tu­al­nie pro­wa­dzili aż cztery. Pierw­sza do­ty­czyła zna­le­zio­nych zwłok na­sto­latki w parku po­łu­dnio­wym. Na le­żącą na ławce dziew­czynę na­tra­fił bie­ga­jący męż­czy­zna. Po­cząt­kowo my­ślał, że jest pi­jana. Ale po prze­bie­gnię­ciu kil­ku­na­stu me­trów za­trzy­mał się i po­sta­no­wił spraw­dzić, czy wszystko z nią w po­rządku. Za­wró­cił, pod­szedł bli­żej i zo­ba­czył, że dziew­czyna jest mar­twa. We­zwał po­moc. Na miej­scu po­ja­wił się pa­trol z po­bli­skiego ko­mi­sa­riatu. Wy­ko­nali wstępne czyn­no­ści i po kilku go­dzi­nach sprawę prze­ka­zano za­bój­com z ko­mendy wo­je­wódz­kiej.

Oka­zało się, że za­mor­do­wana była córką lo­kal­nego biz­nes­mena po­wią­za­nego z ra­tu­szem. Oj­ciec po­cią­gnął za kilka sznur­ków i sprawą mieli się za­jąć naj­lepsi gli­nia­rze od za­bójstw. Si­kora był wście­kły. Po­cząt­kowo uwa­żał, że pro­ce­dury nie po­zwa­lają na ta­kie dzia­ła­nia. Roz­mowa z Pal­cza­kiem jed­nak wy­ja­śniła mu pewne za­leż­no­ści po­mię­dzy pro­wa­dze­niem tej sprawy a pod­wy­żką, o którą ostat­nio się sta­rał. Od­pu­ścił.

Już pierw­sze oglę­dziny po­zwa­lały stwier­dzić, że na­sto­latka zo­stała udu­szona. Sek­cja zwłok wy­ka­zała w jej ciele spore ilo­ści nar­ko­ty­ków. Oj­ciec dziew­czyny jed­nak pod­wa­żył te usta­le­nia. Twier­dził, że jego córka ni­gdy nie za­ży­wała żad­nych środ­ków odu­rza­ją­cych. Był prze­ko­nany, że ktoś do­dał jej coś do na­poju bez jej wie­dzy.

Prze­śle­dzili ostat­nie go­dziny ży­cia dziew­czyny. Oka­zało się, że była w pu­bie ze zna­jo­mymi i wy­szła z niego po te­le­fo­nie od ja­kie­goś męż­czy­zny. Bie­lecki uwa­żał, że dziew­czynę z lo­kalu wy­wa­bił za­bójca. Bi­lingi wy­ka­zały jed­nak, że dzwo­nił do niej oj­ciec. Byli w śle­pej uliczce. Roz­py­ty­wali świad­ków i zna­jo­mych dziew­czyny, ale nikt ni­czego nie wie­dział. Za­bez­pie­czono mo­ni­to­ring z oko­licy, jed­nak żadna ka­mera nie uchwy­ciła ni­kogo po­dej­rza­nego.

Bie­lecki po­dej­rze­wał na­wet, że dziew­czynę za­mor­do­wał bie­gacz, który ją zna­lazł, a po­tem sta­rał się wy­pro­wa­dzić or­gany ści­ga­nia w pole. Jed­nak sek­cja zwłok wy­ka­zała, że śmierć na­stą­piła dwie go­dziny przed ujaw­nie­niem ciała. Fa­cet w tym cza­sie prze­by­wał w domu i miał na to kilku świad­ków. Jak do­tych­czas nie mieli żad­nych suk­ce­sów. Wy­ko­nali ka­wał ro­boty i wciąż stali w miej­scu.

Ko­lejna sprawa do­ty­czyła na­padu ra­bun­ko­wego, w cza­sie któ­rego śmierć po­niósł eme­ryt. Znali ry­so­pis sprawcy, ale nic poza tym. Si­kora był jed­nak prze­ko­nany, że za­bójca jesz­cze da im się we znaki. Za­ata­ko­wał dla kilku gro­szy i nie wa­hał się za­bić. Taka osoba nie ma ha­mul­ców i przy ko­lej­nym na­pa­dzie także nie cof­nie się przed za­sto­so­wa­niem prze­mocy. Li­czyli, że wtedy uda im się uzy­skać wię­cej in­for­ma­cji i do­pro­wa­dzą do za­trzy­ma­nia. Dwie po­zo­stałe sprawy pro­wa­dzili już od kilku mie­sięcy i wszystko prze­ma­wiało za tym, że tra­fią na półkę jako nie­roz­wią­zane. Nie lu­bił ta­kich sy­tu­acji. Uwa­żał, że każda zbrod­nia po­winna zo­stać uka­rana. Każda sprawa, w któ­rej nie udało się usta­lić mor­dercy, była dla niego oso­bi­stą po­rażką. Na szczę­ście nie miał ta­kich wiele na swoim kon­cie.

Do­pa­lił pa­pie­rosa i za­ga­sił go na sto­ją­cym obok śmiet­niku. W tym sa­mym cza­sie na par­king wje­chał służ­bowy fiat punto. Sie­dzący za kie­row­nicą Bie­lecki po­ma­chał do Si­kory. Chwilę póź­niej za­par­ko­wał przy kra­węż­niku i zga­sił sil­nik.

- A ty co tak ma­chasz gibką łapką? - za­py­tał ko­mi­sarz, wsia­da­jąc na fo­tel pa­sa­żera.

- Czym?

- Gibką łapką. Masz ja­kąś kon­tu­zję nad­garstka?

- Kurwa, Si­kora, o co ci biega?

- A bo wy, pe­dały, to ta­kie prze­gię­ciu­chy. Łapka jakby u dzie­wu­chy. Po co ta­kie rze­czy ro­bi­cie?

- Po to, żeby taki ho­mo­fob jak ty się za­sta­na­wiał - mruk­nął Bie­lecki, wrzu­ca­jąc bieg.

- Już ci kie­dyś mó­wi­łem, że nie je­stem ho­mo­fo­bem. To, że nie lu­bię pe­da­łów, nie zna­czy, że się ich boję.

- Ow­szem, bo­isz się. Pa­mię­tasz, jak się kie­dyś obok mnie obu­dzi­łeś i my­śla­łeś, że się bzyk­nę­li­śmy?

- Na­wet mi tego nie przy­po­mi­naj, bo się spa­wiuję! - Si­kora zro­bił minę, jakby na­prawdę miał za­miar zwy­mio­to­wać.

- A wi­dzisz! Ty pod­świa­do­mie je­steś taki sam pe­dał jak ja. Może na­wet gor­szy, bo ja w prze­ci­wień­stwie do cie­bie się z tym nie kryję. Mam już w du­pie, co ktoś po­wie. A ty w dal­szym ciągu mu­sisz uda­wać. Wtedy pew­nie uda­wa­łeś, że nie chcesz mnie w so­bie po­czuć. Pod­świa­do­mie pew­nie chciał­byś cof­nąć czas i spę­dzić tamtą noc ina­czej...

- Po­pier­do­liło cię? - Si­kora po­pa­trzył na part­nera z obrzy­dze­niem.

- Dro­czysz się. Ale obaj znamy prawdę. Ma­rzysz o mnie i o wspól­nie spę­dzo­nej nocy.

- Tak se tłu­macz. Do­bra, skończmy ten te­mat, bo robi mi się nie­do­brze. Po­wiedz mi le­piej coś na te­mat trupka. Co to za zwłoki?

Bie­lecki wy­je­chał na główną drogę.

- Ja­kiś rol­nik je­chał do lasu i zo­ba­czył, jak psy wpier­da­lają pa­dlinę. Po­go­nił je w pizdu i pod­szedł bli­żej. Do­piero wtedy do­tarło do niego, że to ludz­kie zwłoki. We­zwał lo­kal­sów, ale oni stwier­dzili, że są na to za krótcy. Pal­czak po­dej­rzewa, że...

- Pal­czak po­dej­rzewa? - prze­rwał mu Si­kora. - Mi­chał! Czy ty zda­jesz so­bie sprawę, co wła­śnie po­wie­dzia­łeś? Twój wu­jek po­dej­rzewa? Roz­ba­wi­łeś mnie do łez.

Bie­lecki uśmiech­nął się na te słowa.

- Sam nie mogę w to uwie­rzyć. Ale se­rio po­wie­dział, że po­dej­rzewa, że lo­kalsi chcą się po­zbyć sprawy, bo nie za­mie­rzają się w niej za­ko­pać.

- Ge­niusz! Można gdzieś go zgło­sić? Do ja­kie­goś No­bla albo cuś?

- Po­my­ślę. Może wy­star­czy wy­słać zgło­sze­nie do Pol­skiej Aka­de­mii Nauk.

Przez chwilę je­chali w mil­cze­niu. Si­kora się za­sta­na­wiał, czy nie za­ga­dać na te­mat chrzcin, jed­nak czuł, że to nie naj­lep­szy mo­ment. Pa­trzył przez boczną szybę i za­sta­na­wiał się, co ich czeka w Mro­zo­wie.

***

Wy­tarł dło­nie w ręcz­nik, po­szedł do po­koju i usiadł na fo­telu.

Gdy włą­czył te­le­wi­zor, za­czął dzwo­nić te­le­fon. Spoj­rzał na wy­świe­tlacz. Nu­mer na­le­żał do wła­ści­ciela ko­misu sa­mo­cho­do­wego. Kilka dni temu był u niego i oglą­dał wy­sta­wione audi a4. Po­do­bało mu się. Od dawna o ta­kim ma­rzył. Pa­so­wało mu w nim wszystko. Ko­lor, wy­po­sa­że­nie, ja­sne skó­rzane fo­tele. Wła­ści­ciel ko­misu stwier­dził, że sa­mo­chód jest za­re­zer­wo­wany, ale je­śli tam­ten klient go nie kupi, to on bę­dzie pierw­szy w ko­lejce. Mo­dlił się, aby audi tra­fiło do niego. Pra­gnął go jak ni­czego wcze­śniej. Mu­siał je mieć.

Wi­docz­nie fa­cet ku­pił au­dicę i han­dlarz chce mi wci­snąć coś in­nego, po­my­ślał, za­nim ode­brał.

- Krzysz­tof Czar­nota, słu­cham?

- Dzień do­bry, Piotr Ma­li­now­ski, dzwo­nię z ko­misu. Był pan u mnie ostat­nio i oglą­dał tę wy­pa­sioną au­dicę. Dał mi pan swój nu­mer...

- Tak, da­łem - po­twier­dził.

- No i wła­śnie mam dla pana wspa­niałą wia­do­mość. Może pan ją brać. Ku­piec się wy­co­fał.

Czar­nota uśmiech­nął się pod no­sem. Jego mo­dli­twy zo­stały wy­słu­chane.

- Kiedy mogę się pana spo­dzie­wać? - spy­tał sprze­dawca.

- A po­wie mi pan, dla­czego tam­ten nie wziął? Auto ma ja­kiś fe­ler?

- Pa­nie, co pan! Za kogo pan mnie masz?

- Ale prze­cież było po­noć do­ga­dane.

- Było? Tam­ten to ja­kiś ku­piec go­ło­du­piec! - Han­dlarz był wy­raź­nie wzbu­rzony. - Taką furę re­zer­wuje, a kasy nie ma! Ga­dał, że nie do­stał kre­dytu. Kto te­raz na kre­dyt ku­puje?

- Ja tam nie wiem...

- Ale pan to kasę masz, co?

- Mam.

W słu­chawce za­pa­dła ci­sza. Po kilku se­kun­dach wła­ści­ciel ko­misu po­wie­dział:

- Wie pan, nie chcę po­tem znowu wyjść na fra­jera. Mam kilku chęt­nych na tego cu­kie­reczka.

Czar­nota wie­dział, że fa­cet ściem­nia, ale po­zwo­lił mu się wy­ga­dać.

- Tak, mam pie­nią­dze. Mogę być u pana koło po­łu­dnia? - za­py­tał.

- Ja­sne. Tylko bądź pan z ka­siorką. Od razu za­ła­twimy for­mal­no­ści.

- Do­brze. To do póź­niej.

Roz­łą­czył się. Miał jesz­cze sporo czasu. Już się­gał po pi­lota, gdy przy­po­mniał so­bie wy­da­rze­nia sprzed kil­ku­na­stu go­dzin. Ja­kaś siła ka­zała mu wsiąść do sta­rej skody fa­bii, którą jeź­dził. Przez dwie go­dziny krą­żył po mie­ście, aż w końcu po­je­chał na Ko­za­nów. Za­par­ko­wał przy Cel­tyc­kiej i za­czął się krę­cić przy blo­kach. Na­gle zo­ba­czył wy­cho­dzą­cego z klatki chłopca. W rę­kach ści­skał plik ze­szy­tów. Pod­szedł do niego i spy­tał, czy ten nie po­może mu uwol­nić za­plą­ta­nego w druty kota. Dzie­ciak od razu za­pa­lił się do po­mocy. Po­de­szli do miej­sca, gdzie za­par­ko­wał sa­mo­chód. Dzie­ciak przed­sta­wił się jako Pa­weł. Chwilę roz­ma­wiali - o szkole i o fe­riach zi­mo­wych. Dzie­ciak mó­wił coś o nie­dawno prze­by­tej cho­ro­bie. W pew­nej chwili Czar­nota pod­niósł z ziemi ka­mień i ude­rzył dzie­ciaka w twarz. To jesz­cze ko­ja­rzył. Na­stępne wy­da­rze­nia skryły się za za­słoną nie­pa­mięci. Ko­lejną rze­czą, którą so­bie przy­po­mniał, była po­lna droga. Je­chał nią, raz po raz od­wra­ca­jąc się i pa­trząc na le­żą­cego na tyl­nej ka­na­pie chłopca.

Wię­cej wspo­mnień nie po­tra­fił przy­wo­łać. Wie­dział jed­nak, że w swoim cza­sie wrócą do niego wszyst­kie.

***

Mro­zów, oko­lice Wro­cła­wia, 14 lu­tego 2012 r.

Po­ręba pa­trzył na swo­ich współ­pra­cow­ni­ków do­ku­men­tu­ją­cych sprawę zna­le­zio­nych zwłok dziecka. Sam stał kilka me­trów da­lej i sta­rał się uspo­koić od­dech. Nie lu­bił zaj­mo­wać się zwło­kami nie­let­nich. Przy­po­mniały mu się wy­da­rze­nia sprzed dwóch lat, kiedy w mie­ście gra­so­wał Ka­sper­czak. Fa­cet ro­bił do­brą ro­botę - eli­mi­no­wał tych, któ­rzy krzyw­dzili dzieci. Za­bił mię­dzy in­nymi pe­do­fila, który zgwał­cił i z zimną krwią za­mor­do­wał dziecko w bloku na Mło­dych Tech­ni­ków. Po­ręba był wtedy za­do­wo­lony, że to nie jemu przy­pa­dło za­bez­pie­cza­nie śla­dów na miej­scu zbrodni. Nie po­tra­fił przejść do po­rządku dzien­nego nad wi­do­kiem mar­twego dziecka. Te­raz też nie był w sta­nie sku­pić się na pod­sta­wo­wych czyn­no­ściach. Sam miał syna w wieku tego chłopca, któ­rego roz­szar­pały zdzi­czałe psy. Dla­tego wy­da­wał dys­po­zy­cje z od­dali.

Jak tu przy­je­chał i zo­ba­czył ciało, z miej­sca go ze­mdliło. Zwłoki były ma­ka­brycz­nie oka­le­czone. Wie­dział, że to nie tylko psy do­ko­nały ta­kiego spu­sto­sze­nia. Za­bójca był wy­jąt­kowo bru­talny.

- Ja­rek, mamy tu ślady opon - po­wie­dział je­den z tech­ni­ków.

- Zrób­cie od­lew - po­le­cił Po­ręba.

- Nie mu­sisz nas uczyć. Za­raz to ogar­niemy.

Przez chwilę pa­trzył, jak jego pod­władny roz­ra­bia gips w nie­wiel­kiej mi­seczce. Wie­dział, że może na nich po­le­gać. Z każ­dym z nich współ­pra­co­wał od lat. Ma­rek, który roz­ra­biał gips, do la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nego tra­fił pięć lat temu. Był nie­zwy­kle zdolny i za ja­kiś czas pew­nie go za­stąpi.

- Kto ma się za­jąć sprawą? - za­py­tał tech­nik, wy­le­wa­jąc gips na ślad opony.

Po­ręba się­gnął do kie­szeni po pa­pie­rosy. Od dawna sta­rał się rzu­cić na­łóg. Jak do­tąd bez­sku­tecz­nie.

- Z tego co wiem, Si­kora - po­wie­dział, wkła­da­jąc pa­pie­rosa do ust.

- No to trzeba się spi­nać. Przy­je­dzie i za­raz bę­dzie truł dupę.

- Nie jest taki zły.

- Eee, ta­kie ga­da­nie. Po tam­tej po­je­ba­nej, co my­ślała, że jest córką tej ak­torki, to się za­czął wo­zić. Fakt, wy­ko­nał do­brą ro­botę, ale nie jest żad­nym Ko­ja­kiem czy in­nym Co­lumbo - po­wie­dział Ma­rek.

- Oca­lił Mo­nikę i Bie­lec­kiego.

- To go nie upo­waż­nia do cze­pia­nia się nas i na­szej ro­boty.

- Po­ga­dam z nim.

Rze­czy­wi­ście w ostat­nich ty­go­dniach Si­kora, ile­kroć się po­ja­wiał, za­wsze do cze­goś się przy­cze­pił. Ostat­nio miał pre­ten­sje, że Ma­rek zbyt wolno zbiera nie­do­pałki pa­pie­ro­sów z miej­sca, gdzie zna­le­ziono zwłoki. Sam był za­sko­czony, że Si­kora za­re­ago­wał w taki spo­sób. Krzy­czał co ja­kiś czas na tech­nika, aż w końcu wsiadł do służ­bo­wego auta i od­je­chał. Na miej­scu zo­stał Bie­lecki, rów­nie za­sko­czony jak on.

Po­ręba miał na­dzieję, że dzi­siaj Si­kora bę­dzie w lep­szym na­stroju.

***

Wro­cław, 14 lu­tego 2012 r.

Ali­cja Gę­siarz co chwila wy­cie­rała oczy chu­s­teczką. Od kil­ku­na­stu go­dzin za­sta­na­wiała się, gdzie jest jej Pa­we­łek. Dzie­się­cio­la­tek wy­szedł wczo­raj do ko­legi po ze­szyty i nie wró­cił.

Tuż po fe­riach mały zła­pał prze­zię­bie­nie, więc nie cho­dził do szkoły. Zwol­nie­nie miał do dzi­siaj i mu­siał uzu­peł­nić braki. Gdy nie wra­cał po trzy­dzie­stu mi­nu­tach, za­częła się mar­twić. Ma­riusz, ko­lega z klasy, nie miesz­kał da­leko, Pa­we­łek nie mu­siał na­wet po­ko­ny­wać żad­nego skrzy­żo­wa­nia. Wiele razy wcze­śniej uczu­lała go, aby był ostrożny, kiedy prze­cho­dzi przez jezd­nię. Kilka lat wcze­śniej jej ciotka zo­stała po­trą­cona przez kie­rowcę na przej­ściu dla pie­szych przy Świd­nic­kiej. Le­dwo uszła z ży­ciem. W szpi­talu spę­dziła bli­sko trzy ty­go­dnie. Od tam­tej pory Ali­cja miała traumę zwią­zaną z prze­cho­dze­niem przez drogę.

Po­de­szła do okna i wyj­rzała na ze­wnątrz. Bała się o syna. Gdy po­wie­działa Tom­kowi o swo­ich oba­wach, po­cząt­kowo je zba­ga­te­li­zo­wał, ale po chwili sam za­czął się mar­twić. Nie znali nu­meru te­le­fonu ro­dzi­ców Ma­riu­sza, więc nie mo­gli do nich za­dzwo­nić z py­ta­niem, czy Pa­weł już wy­szedł. W końcu To­mek po­szedł szu­kać syna. Zmro­ziło ją, gdy wró­cił dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej i po­wie­dział, że Pa­weł już dawno opu­ścił dom Ma­riu­sza.

Zde­cy­do­wali się po­wia­do­mić po­li­cję.

Na szczę­ście na ko­mi­sa­riat nie mieli da­leko. Już po kil­ku­na­stu mi­nu­tach roz­ma­wiali z ofi­ce­rem dy­żur­nym. Pół go­dziny póź­niej po osie­dlu krą­żyły ra­dio­wozy w po­szu­ki­wa­niu Pa­we­łka. Do ak­cji przy­łą­czyli się także są­sie­dzi. Jak do­tąd jed­nak nie udało się od­na­leźć chłopca.

Ode­rwała wzrok od okna i spoj­rzała na Tomka, który roz­ma­wiał z kimś przez te­le­fon. Wie­działa, że mąż stara się zor­ga­ni­zo­wać do­dat­kowe osoby do po­szu­ki­wań. Cho­ciaż tych było wy­star­cza­jąco dużo, chciał za­jąć głowę czymś in­nym niż snu­cie czar­nych sce­na­riu­szy. Przy­po­mniała jej się sprawa sprzed dwóch lat i gra­su­jący w mie­ście łowca pe­do­fi­lów. Wie­działa, że tam­ten mści­ciel zgi­nął i nie był już za­gro­że­niem. Za­gro­że­niem za to byli pe­do­file. Naj­bar­dziej się bała, że jej sy­nek do­stał się w łapy ja­kie­goś zbo­czeńca.

Po­li­cja i straż po­żarna prze­szu­ki­wały Odrę. Po­li­cjanci i są­sie­dzi eks­plo­ro­wali oko­liczne klatki scho­dowe. Jak do­tąd, nie­stety, bez­sku­tecz­nie.

***

Mro­zów, oko­lice Wro­cła­wia, 14 lu­tego 2012 r.

Bie­lecki za­par­ko­wał za ra­dio­wo­zem i zga­sił sil­nik. Si­kora wy­siadł z sa­mo­chodu, po czym od­pa­lił pa­pie­rosa. W od­dali wi­dzieli miej­sce, gdzie zna­le­ziono zwłoki. Obok ciała krę­ciło się kilku tech­ni­ków. W nie­wiel­kim od­da­le­niu od zwłok stał Po­ręba.

Szef tech­ni­ków ru­chem ręki przy­wo­łał ich do sie­bie.

- Go­towy na spo­tka­nie ze zbrod­nią? - spy­tał Mi­chał.

- Za­wsze - mruk­nął Si­kora.

Ru­szyli w stronę miej­sca, gdzie pra­co­wali tech­nicy kry­mi­na­li­styczni. Kil­ka­na­ście me­trów da­lej stał cią­gnik, przy któ­rym dwóch po­li­cjan­tów roz­ma­wiało z ja­kimś męż­czy­zną.

- Naj­pierw zer­k­niemy na ciało, a po­tem po­ga­damy z wsio­kiem - po­wie­dział Bie­lecki.

- Tak. Naj­pierw obo­wiązki, po­tem przy­jem­no­ści. - Si­kora rzu­cił nie­do­pa­łek pa­pie­rosa na zie­mię i spoj­rzał na swoje buty. Zro­bił le­d­wie parę kro­ków, a już były całe brudne od po­śnie­go­wego błota. - Patrz, kurwa - za­klął - nowe buty i już upier­do­lone. Czy ten psy­chol nie mógł wy­rzu­cić ciała w ja­kimś bar­dziej cy­wi­li­zo­wa­nym miej­scu?

- A ty mu­sisz się już ci­skać? - po­wie­dział Po­ręba, pod­cho­dząc do nich.

- A ty co się cze­piasz? Ro­boty nie masz? - od­pa­ro­wał Si­kora.

Bie­lecki sta­nął z boku. Nie chciał przy­pad­kowo obe­rwać od Si­kory lub od szefa tech­ni­ków. Od kilku ty­go­dni za­ob­ser­wo­wał, że jego part­ner, po­ja­wia­jąc się na miej­scu zbrodni, wpada w agre­sywny na­strój. Ostat­nio cią­gle się cze­piał jed­nego z tech­ni­ków.

- Zba­stuj, Si­kora. Co się z tobą dzieje? - za­ry­zy­ko­wał, choć zda­wał so­bie sprawę, że to py­ta­nie może się na nim ze­mścić.

- A co ma się dziać? - Si­kora od­wró­cił się do niego.

- Do­pie­przasz się do chło­pa­ków od Jarka. Cią­gle się cze­piasz tego tech­nika.

- No wła­śnie. Co ci Ma­rek zro­bił? - wtrą­cił się Po­ręba. - Je­dziesz po nim jak po bu­rej suce.

Si­kora mil­czał. Bie­lecki wy­czuł, że coś jest nie tak.

- Ej, co się dzieje? Co ci Ma­rek zro­bił? - spy­tał.

Si­kora spoj­rzał na niego wście­kle.

- Ku­tas za­ry­wał do Mo­niki.

- Jak za­ry­wał?

- No ga­dał jej ja­kieś kom­ple­menty, chciał z nią wy­sko­czyć na bro­war...

- Kiedy? Te­raz? - Szef tech­ni­ków nie krył za­sko­cze­nia.

- Nie. Jak jesz­cze brzuch nie był wi­do­czny. Mó­wił, że szkoda, żeby się ze mną mar­no­wała.

- Po­nie­kąd ma ra­cję... - Bie­lecki pu­ścił do Si­kory oko.

- Młody!

- Co?

- Pier­dol się...

Kiedy Si­kora ru­szył przez pole w kie­runku pra­cu­ją­cych przy ciele tech­ni­ków, Bie­lecki spoj­rzał na Po­rębę i wzru­szył ra­mio­nami.

- Wi­dzisz, co ja mu­szę zno­sić?

- Po­wi­nie­neś do­stać me­dal. Si­kora zro­bił się cho­ler­nie ma­rudny. Taki chyba jesz­cze ni­gdy nie był.

- A daj spo­kój. Po­dej­rze­wam, że to z ner­wów. Może do­piero do niego do­ciera, że za kilka ty­go­dni zo­sta­nie oj­cem.

- Ale że się do­czepi do Marka, to się nie spo­dzie­wa­łem.

- A co ja mam po­wie­dzieć? Jeź­dzisz z chło­pem tyle czasu i do­piero te­raz za­uwa­żasz, że ma ja­kieś wyż­sze uczu­cia. Niby taki twar­dziel, a za­zdro­sny jak na­sto­la­tek!

Pa­trzyli za idą­cym w stronę ciała Si­korą.

- A ty czemu tak z da­leka sta­łeś? - zmie­nił te­mat Bie­lecki.

- A bo ja­koś nie mogę pa­trzeć na zwłoki dzieci. Ostat­nio od­rzuca mnie od ta­kich wi­do­ków. Może to zmę­cze­nie ma­te­riału, a może cho­dzi o to, że sam mam dzie­ciaka w po­dob­nym wieku do tam­tego... - Po­ręba wska­zał na pra­cu­ją­cych przy zwło­kach pod­wład­nych.

Bie­lecki ski­nął głową. On też cza­sem czuł się wy­pa­lony. Jak wszedł do za­bój­ców, nie spo­dzie­wał się, że każda zbrod­nia od­bije piętno na jego psy­chice. Niby był twardy, ale wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej to wszystko nim wstrzą­śnie.

- Do­bra - wes­tchnął - chodźmy, za­nim Si­kora na­stuka temu two­jemu tech­ni­kowi.

***

Wro­cław, 14 lu­tego 2012 r.

Ali­cja Gę­siarz nie mo­gła zna­leźć so­bie miej­sca. Co chwila pod­cho­dziła do okna spoj­rzeć, czy Pa­we­łek nie bawi się gdzieś na po­dwórku. Na­słu­chi­wała pod drzwiami, czy sy­nek nie wraca do domu. Kilka razy za­cho­dziła do jego po­koju i brała do ręki jego za­bawki. Przy­tu­lała się do nich, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać łzy.

Bała się o syna. Zda­wała so­bie sprawę, że mo­gło się wy­da­rzyć naj­gor­sze. Sta­rała się jed­nak od­go­nić złe my­śli. Usia­dła na wer­salce i wbiła wzrok w ścianę z pla­ka­tami przed­sta­wia­ją­cymi pił­ka­rzy. Jej syn uwiel­biał piłkę nożną i kie­dyś za­mie­rzał zo­stać pił­ka­rzem. Nie po­tra­fiła so­bie przy­po­mnieć, w któ­rym za­gra­nicz­nym klu­bie chciał grać. Na pewno nie umiał się zde­cy­do­wać, czy woli Real Ma­dryt czy Bar­ce­lonę. Kie­dyś po­wie­dział, że chciałby, aby Messi grał z Ro­na­ldo w jed­nej dru­ży­nie. Twier­dził, że jak do­ro­śnie, bę­dzie za­wod­ni­kiem Bar­ce­lony lub jej słyn­nego kon­ku­renta. Nie po­tra­fił jesz­cze wy­brać. Gra szła mu co­raz le­piej, z każ­dym dniem po­tra­fił cel­niej strze­lać. Po­ka­zał jej na­wet, jak pod­bija piłkę głową. Udało mu się wy­ko­nać sie­dem ta­kich po­wtó­rzeń. Ali­cja nie wie­działa, czy to dużo czy mało. Wie­działa tylko, że jej syn ma praw­dziwą pa­sję.

Dzień przed za­gi­nię­ciem po­wie­dział jej, że chciałby nowe korki. Stare były już za małe i ci­snęły go w palce. Ali­cja jed­nak nie miała te­raz pie­nię­dzy na głu­poty. Mu­sieli oszczę­dzać. Rata kre­dytu wzro­sła i le­dwo wią­zali ko­niec z koń­cem. Poza tym nie po­dzie­lała za­mi­ło­wa­nia syna do piłki noż­nej. Uwa­żała, że to nie jest za­wód z przy­szło­ścią. Mu­siałby być wy­jąt­ko­wym szczę­ścia­rzem, aby osią­gnąć suk­ces. Le­piej by było, gdyby wy­brał ja­kiś kon­kretny za­wód, który po­zwoli mu się utrzy­mać. Prze­cież z ta­kiej piłki tylko nie­liczni mogą wy­żyć. Więk­szość bo­le­śnie zde­rza się z rze­czy­wi­sto­ścią.

Te­raz Ali­cja obie­cy­wała so­bie, że jak tylko jej sy­nek wróci do domu cały i zdrowy, kupi mu te wy­ma­rzone korki.

Na­gle usły­szała od­głos prze­krę­ca­nego w drzwiach klu­cza. Ze­rwała się na równe nogi i wy­bie­gła z po­koju syna. W ko­ry­ta­rzu stał To­mek. Spoj­rzała na niego py­ta­jąco. Miała na­dzieję, że za­raz usły­szy z jego ust, że Pa­weł od­na­lazł się cały i zdrowy. Jed­nak nic ta­kiego nie na­stą­piło.

To­mek nic nie po­wie­dział, tylko po­krę­cił głową. Po­de­szła i go ob­jęła. Po­trze­bo­wała te­raz bli­sko­ści.

***

Mro­zów, oko­lice Wro­cła­wia, 14 lu­tego 2012 r.

Si­kora pa­trzył na le­żące na ziemi zwłoki dziecka. Nie po­tra­fił okre­ślić jego wieku.

Czarna kurtka była po­roz­ry­wana i czer­wona od krwi. Wnętrz­no­ści le­żały na za­krwa­wio­nym śniegu. Część trzewi znaj­do­wała się ka­wa­łek da­lej - praw­do­po­dob­nie psy roz­cią­gnęły je po polu. Ten od­ra­ża­jący wi­dok świad­czył o tym, że za­bójca był wy­jąt­kowo bru­talny.

Ko­mi­sarz zda­wał so­bie sprawę, że naj­więk­szego spu­sto­sze­nia do­ko­nały zdzi­czałe psy, ale sprawca i tak miał swój udział w tym, co tu za­stali.

- Wiemy, w jaki spo­sób zgi­nął? - zwró­cił się do tech­ni­ków.

Sta­rał się nie pa­trzeć na Marka. Ko­leś wy­jąt­kowo dzia­łał mu na nerwy, od­kąd Mo­nika wy­znała, że skła­dał jej ja­kieś pro­po­zy­cje. Prze­cież każdy śred­nio roz­gar­nięty fa­cet po­wi­nien wie­dzieć, że nie za­rywa się do cu­dzej ko­biety. Chyba że chce się tra­fić w czar­nym worku na stół pa­to­loga.

Do zwłok pod­szedł To­mek, inny z tech­ni­ków.

- Ślady świad­czą o uży­ciu noża. Wcze­śniej dzie­ciak był du­szony. - Przy­kuc­nął przy zwło­kach i od­su­nął głowę na bok.

Si­kora zo­ba­czył si­niaki na szyi dziecka. Ukła­dały się w kształt dłoni.

- Fa­cet wy­ka­zał się wy­jąt­kową siłą - cią­gnął tech­nik. - Nie za­bił jed­nak ma­łego w ten spo­sób. Na ciele jest sporo ran kłu­tych. Na­li­czy­łem po­nad dwa­dzie­ścia dźgnięć. Oprócz tego roz­pła­tał mu brzuch od mostka do pępka. - Wska­zał na dłu­gie cię­cie na brzu­chu.

- Pier­do­lony zwy­rol... - za­klął ko­mi­sarz.

- Mamy ślady opon. Są już za­bez­pie­czone - wtrą­cił Ma­rek.

Si­kora udał, że go nie usły­szał.

- A ja­kieś ślady za­bez­pie­czy­li­ście? - zwró­cił się do Tomka.

Tech­nik z uśmie­chem spoj­rzał na Marka. Tam­ten mach­nął tylko ręką i skie­ro­wał się w stronę za­par­ko­wa­nych ka­wa­łek da­lej sa­mo­cho­dów.

- Jak już Ma­rek wspo­mniał...

- Kto? - spy­tał Si­kora.

To­mek wska­zał głową na od­da­la­ją­cego się ko­legę.

- Mój kum­pel za­bez­pie­czył ślady opon. Mamy od­lewy. Spraw­dzimy w ba­zie, co to za ro­dzaj gum, to bę­dziemy wie­dzieć tro­chę wię­cej.

Do ciała pod­szedł Bie­lecki. Si­kora spoj­rzał na niego z obawą, czy part­ner za­raz nie zwy­mio­tuje, bo po­bladł i przy­sło­nił usta.

- Spo­koj­nie, Mi­chał - po­wie­dział. - Od­dy­chaj.

Bie­lecki wziął kilka wde­chów i kiw­nął głową.

- Już mi le­piej. Po pro­stu nie spo­dzie­wa­łem się ta­kiego wi­doku.

Si­kora ro­zej­rzał się do­okoła.

- A gdzie Po­ręba?

Zo­ba­czył szefa tech­ni­ków sto­ją­cego dwa­dzie­ścia me­trów da­lej. Trzy­mał w ręku no­tat­nik i coś w nim za­pi­sy­wał.

- Nie może pa­trzeć na ciało dzie­ciaka - oznaj­mił Bie­lecki.

- Taki wraż­liwy?

Si­kora się uśmiech­nął. Se­kundę póź­niej jed­nak tego po­ża­ło­wał. Sam le­dwo zno­sił wi­dok mar­twego dzie­ciaka le­żą­cego w za­krwa­wio­nym śniegu. W ca­łej swo­jej ka­rie­rze wi­dział nie­jedno ciało, ale to za­dzia­łało na niego wy­jąt­kowo. Nie wie­dział, czy to kwe­stia ciąży Mo­niki i tego, że nie­długo sam zo­sta­nie oj­cem, czy może zbrod­nia była nie­zwy­kle bru­talna.

- Do­bra, czas się brać do ro­boty. Zwłoki zna­lazł tam­ten rol­nik? - Wska­zał na sto­ją­cych przy cią­gniku po­li­cjan­tów i męż­czy­znę.

- Tak. Je­chał przez pole i zo­ba­czył psy wpie­prza­jące pa­dlinę. My­ślał, że to sarna. Po­go­nił je i pod­szedł - po­wie­dział sto­jący kilka me­trów da­lej mun­du­rowy.

Si­kora ru­szył w tamtą stronę. Bie­lecki po­dą­żył za nim.

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki