CZĘŚĆ PIERWSZAŻYCIE WIECZNE TO NIE ŻARTY
Jako drugi chciałeś być pierwszy. I na tym polegał twój grzech. I żebyś przypadkiem nie wyciągał rąk ku drzewu życia, zebrałeś kopniaka w tyłek i znalazłeś się poza rajem. W taki sposób dla Adama i Ewy rozpoczęła się historia wygnania, cechująca się neurotycznym przymusem wykazywania innym: "Ja tutaj jestem kimś, a ty nikim". Biedny bożek ulepiony ze złudzeń i cieni. Wciąż zajęty sobą i swoimi sprawami. Jak żuk gnojak toczący przed sobą wielką kulę ulepioną z odchodów. W pewnej chwili nadchodzi "siostra śmierć", by zajrzeć nam prosto w oczy. Najpierw zgarnia nam krewnych i przyjaciół. Śmierć to podła bestia. Nie potrafi przejść obok, nie raniąc. Najgłębszą ranę pozostawia śmierć własnego dziecka. Nie ma już tego, którego wydałaś na świat - kość z twoich kości, ciało z twego ciała. Nikogo nie da się urodzić dwa razy. Klamka zapada i amen. W końcu ponura kostucha przyjdzie po ciebie. Rozpocznie swą posępną grę wstępną. Przygotuje przeciwko twemu kruchemu ciału cały arsenał sił niszczących: bakterie i wirusy, wypadki drogowe, upadki ze schodów, omdlenia podczas kąpieli, porażenie prądem, skurcze, udary i inne uprzejmości. Ty tymczasem bawisz się w filozofa: "Być czy też nie być, oto jest pytanie". Albo włączasz grę komputerową polegającą na ściganiu i mordowaniu innych. Ogłupiająca rosyjska ruletka, by odgonić od siebie rozpaczliwą myśl: "Przemijam".
Prawda upokarza
Prawda upokarza, bo zawsze jest naga, trupia. Pokazuje, że życie, które zawdzięczamy kobiecie - naszej matce - jest kruche, przejściowe, bezbronne i niepewne jak kwiaty powoju, co trwają dzień tylko jeden, wychylające się ku motylom w geście rozpaczy: nuże, pokochaj mnie, bo mój czas jest krótki. Końcem i przeznaczeniem naszym jest śmierć. Czas pakować walizki i powracać do prochu, z któregośmy powstali. Naszym prawdziwym wrogiem wydaje się Bóg, który odmierza nam czas, powołuje do istnienia i odtąd rozpoczyna się w nas powolne umieranie. Nic nie znaczymy, bo nie jesteśmy Nim. Nie pomoże nam czytanie o Supermanie, Kapitanie Ameryka czy Indianie Jonesie ani pogrążanie się w snach o doktorze Faustusie. Nie unikniemy przeznaczenia, które sprawia, że wszyscy jesteśmy równi. Od czasu do czasu kogoś ogarnie panika, jak włoskiego potentata medialnego Andreę Rizzolego, który leżąc na łożu śmierci, krzyczał: "Ja nie mogę umrzeć! Jestem najbogatszym człowiekiem w Europie!". Nie ma większej porażki od tej, gdy kogoś dopadnie śmierć, której wcześniej nigdy nie brał pod uwagę. Nie na darmo mówi psalm: "Człowiek, co w dostatku żyje, ale się nie zastanawia, przyrównany jest do bydląt, które giną" (Ps 49, 21).
Lecz nadchodzi wspaniała noc, podczas której Kościół celebruje wigilię paschalną, najpiękniejszą liturgię na ziemi. I rozbrzmiewa nieśmiertelny hymn Exsultet: "Aby wykupić niewolnika, wydałeś swego Syna". Gdy życie zamieniało się w koszmar i bezdenną rozpacz, Bóg powołał wielkiego Zbawiciela, który zwlekł z siebie szaty pełne chwały, zamieniając je na ludzkie łachmany i przyjmując postać ostatniego wyrzutka. To na wieki odmieniło dumne pojęcia i wyobrażenia o Bogu będącym Przyczyną Przyczyn, Nieporuszonym Poruszycielem, Boskim Architektem czy też Stwórczą Ideą. Żaden z wybitnych filozofów i pisarzy, wyszkolonych scholastyków, genialnych oświeceniowców, chłodnych pozytywistów czy też heideggeriańskich egzystencjalistów nie wyobraził sobie Boga z krwi i kości, Boga gotowego zstąpić w cuchnący dół śmierci, by uratować stamtąd swe sponiewierane i gnijące, aroganckie i zbuntowane dziecko. Pozwolił się On wcześniej opluć, znieważyć, sponiewierać przekleństwami, zbić do krwi i zawlec w nieludzki sposób na potwornie bolesne i hańbiące ukrzyżowanie. Wszystko to przyjął z ogromnej miłości do człowieka. Nagi jak robak, wyśmiany i odrzucony, do ostatnich chwil namawiany przez tłum szyderców: "Zejdź z krzyża, a uwierzymy w Ciebie, skoro jesteś Synem Bożym". Przybity do krzyża i napełniony goryczą złożył nieśmiertelne świadectwo o Bogu, który zanurza się całkowicie w ludzki grzech i ludzką śmierć, by wypowiedzieć swe boskie JA JESTEM. "Oto Człowiek!" - zawyrokował rzymski prokurator. Człowiek najprawdziwszy. We wszystkim stał się podobny do mnie, poddany cierpieniu i udręce, wrażliwy na lęk i odrzucenie, chwytający się modlitwy, by nie oszaleć z bólu w bezsenne noce, noszący na sobie niegojące się rany pogardy i niesprawiedliwego potraktowania, akceptujący poborców podatkowych i bezdusznych urzędników, prześmiewczych faryzeuszy i religijnych obłudników w powłóczystych szatach, padający ze zmęczenia i cierpiący głód oraz pragnienie, nieodporny na zakażenia i podobnie jak ja poniewierany pokusami, szatańskimi sztuczkami. Mimo że był Bogiem, nie tylko zaakceptował człowiecze "drugie miejsce": bycie uległym, pominiętym, zlekceważonym, niedocenionym, kruchym... ale także zgodził się zająć wręcz ostatnie miejsce, którego nikt nie lubi, od którego wszyscy oddalają się ze wstrętem. Zgodził się umrzeć za złoczyńcę i bluźniercę, biorąc na siebie moją hańbę i mój grzech. Umarł w skrajnej samotności, odarty z szacunku i czci. Lecz zmartwychwstał, by zniszczyć moją śmierć i pomóc mi zasiąść w chwale. Doprawdy, nie ma większej nowiny na świecie jak ta, że Bóg kocha grzesznika!
Książka ta zawiera teksty księdza Dolindo Ruotolo, jednego z największych mistyków XX wieku, którego święty ojciec Pio nazywał "świętym kapłanem z Neapolu". Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Bóg naszemu pokoleniu postanowił zapalić dwa potężne reflektory. Jeden za pośrednictwem siostry Faustyny, prostej zakonnicy z Krakowa, przez którą pozostawił nam bezcenne przesłanie o Bożym miłosierdziu. I widać, jak tego świat potrzebował. Po dwóch wojnach światowych i dwóch nieludzkich totalitaryzmach, które nowoczesny świat zamieniły niemal w kostnicę, trudno znaleźć miejsce na ziemi, w którym nie byłoby wizerunku Chrystusa z świetlistymi promieniami wychodzącymi z Jego przebitego boku i w którym nieznany by był słynny Dzienniczek spisany ręką polskiej zakonnicy. Drugim reflektorem rzucającym potężne światło na życie ludzi wciągniętych w zglobalizowaną sieć korporacji, reklam, wyścigu za dobrobytem i lekkostrawną, zlaicyzowaną propagandą, jest orędzie księdza Dolindo Ruotolo - płynące z zacofanej, brudnej dzielnicy Neapolu - o tym, że wiara w Boga może być przeżywana dziś jako bezgraniczne zaufanie Jego miłości, rzucenie się w ramiona Tego, który jest Panem historii i prowadzi ją na spotkanie ze szczęśliwą przyszłością w niebie. Duchowość pokornego księdza Dolindo streszczająca się w zawołaniu: "Jezu, Ty się tym zajmij!" jest jak aparat tlenowy dla dzisiejszego człowieka duszącego się w oparach trującej samowystarczalności i aroganckiej pretensji do samozbawienia.
Książka ta jest dla wszystkich tych, którzy nie zamierzają odpuścić sobie tej największej batalii życia i dla których wyroki Boże nie są zbyt wzniosłe (por. Ps 10, 5). Zwłaszcza że - jak często powtarzał ksiądz Dolindo Ruotolo - "życie wieczne to nie żarty"1.