Pokolenie, któremu obiecano przyszłość. Historia (nie tylko) wałbrzyska - Marta Kurkowska-Budzan

-
Proszę czekać

Przypisy

Prolog

1 Ryszard Bełdzikowski, Ludność osadnicza w procesie formowania społeczeństwa polskiego w Wałbrzychu w latach 1945-1950, w: Wałbrzyskie szkice, red. S. Bielawska, Wałbrzych 2015, s. 17.

2 Stanisław Bukowski, Niezapomniany Sylwester, w: Trudne dni. Dolny Śląsk 1945 r. we wspomnieniach pionierów, t. 3, red. M. Markowski, Towarzystwo Miłośników Wrocławia, Wrocław 1962, s. 338-347.

3 Relacja Ingetraut Tabaki, Archiwum Ośrodka KARTA, cyt. za: Piotr Retecki, Strzępy wspomnień. Ostatnie miesiące II wojny światowej w regionie wałbrzyskim na podstawie wspomnień i dokumentów, "Nowa Kronika Wałbrzyska" 2016, t. 4, s. 51.

4 Cyt. za: Ryszard Bełdzikowski, Ludność osadnicza..., s. 37.

5 Cyt. za: ibidem.

6 Memorandum by the Polish Deputy Prime Minister (Miko­łajczyk), https://history.state.gov/historicaldocuments/frus1945Berlinv02/d1389, dostęp: 18.06.2026.

7 Ibidem.

8 Paweł Wieczorek, Żydzi w Wałbrzychu i powiecie wałbrzyskim 1945-1968, Oddział Instytutu Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Wrocław-Warszawa 2017.

9 B. Z., Jasne niebo nad Wałbrzychem. Wrażenia z niedzielnej wycieczki, "Trybuna Dolnośląska" 1947, nr 163, s. 4.

10 Ibidem.

11 Cyt. za: Piotr Retecki, Strzępy wspomnień..., op. cit., s. 51.

12 Cyt. za ibidem

13 Barbara Kurek, wywiad biograficzny przeprowadzony przez Piotra Blachnika w 2002 r., oryginał nagrania w zbiorach rodzinnych. Kopia i transkrypcja w archiwum autorki.

14 Sprawozdanie Wydziału Kobiecego o zatrudnieniu kobiet w nowych zawodach, k. 32-33, cyt. za: Małgorzata Fidelis, Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce, tłum. M. Jaszczurowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015, s. 149.

15 Przeciętne wynagrodzenie w latach 1950-2022, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, https://www.zus.pl/baza-wiedzy/skladki­wskazniki-odsetki/wskazniki/przecietne-wynagrodzenie-w-latach, dostęp 2.06.2026.

16 Sztygar Zofia Lachowska, "Polska Kronika Filmowa" 1951, nr 9, zdj. J. Pyrkosz, komentarz K. Małcużyński, lektor A. Łapicki, prod. Wytwórnia Filmów Dokumentalnych.

17 Cyt za: Małgorzata Fidelis, op. cit. s. 175.

18 "Trybuna Wałbrzyska" 1955, nr 11, s. 6.

19 Rozmowa z Marią Woźniak i Piotrem Blachnikiem z 14 marca 2025 r., Wałbrzych, nagranie w archiwum autorki.

20 "Barbara" - tak nazywał się szyb w Kuźnicach Świdnickich (dzisiejszy Boguszów). "Barbara" wchodziła w skład kopalni "Victoria".

21 Przeciętne wynagrodzenie w latach 1950-2022, op. cit.

Wstęp

Urodzeni w połowie lat 50. wychowywali się w kraju bez wojny, ale z ciągłą pamięcią o niej. Socjalistyczny porządek był dla nich zastaną rzeczywistością. To oni pierwsi zasiedlili wielkopłytowe bloki, oni jechali maluchami przez całą Polskę, żeby spędzić wczasy nad morzem, oni przeżywali karnawał "Solidarności" i oni stanęli twarzą w twarz z transformacją.

Wielu z domu wyniosło pamięć biedy, może nawet strach przed nią. Nie paraliżował ich, tylko kazał biec przed siebie. Wkrótce zobaczymy ich - dwudziestolatków w długich włosach, spodniach-dzwonach i z tranzystorami w pokojach hoteli robotniczych, na stancjach, w miastach, które dużo obiecują. Oni też nie zasypiają gruszek w popiele.

Ta historia dzieje się w Wałbrzychu, mieście węgla i porcelany - czarnego i białego złota, ale dotyczy uniwersalnego doświadczenia, które było udziałem ich wszystkich - dzisiejszych siedemdziesięciolatków: chcieli się wykształcić, ustatkować, czyli mieć rodzinę i normalną pracę - to znaczy tę, do której przygotowywali się w szkole. Chcieli się wreszcie czegoś dorobić, a najbardziej mieszkania lub domu, samochodu. I jeszcze coś zostawić dzieciom.

Wszystko, albo prawie wszystko, czego doświadczało w "erze młodych" polskie pokolenie wyżu, w Wałbrzychu przeżyło się mocniej. Miasto w połowie lat 70. stało się stolicą jednego z nowych województw i starało się to wykorzystać. Górnictwo, które było wówczas branżą uprzywilejowaną, stanowiło najsilniejszy czynnik miastotwórczy - przyciągało młodych ludzi, pozwalało szybko się usamodzielnić. Pod koniec lat 70. było już coraz trudniej. I choć wciąż sprawdzał się ich przepis na życie, to trzeba było większej inwencji, żeby nie zostać na poboczu. Zaczął się okres zamienników, wyrobów czekoladopodobnych i opakowań zastępczych, czas wymian "węgla na świnkę", polowania na cegłę do domu, organizowania i załatwiania - radzenia sobie. Największa próba była jeszcze przed nimi.

Ruszali jako pokolenie gierkowskiego przyśpieszenia, pewni, że jadą autostradą, tymczasem droga okazała się serpentyną.

Na bohaterów tej historii i na Wałbrzych patrzę przede wszystkim w perspektywie pracy i ich codzienności. Pracy - tej płatnej i tej niepłatnej - oddajemy największą część życia. W ciągu ostatnich dwóch stuleci praca zmieniła swoją naturę - z wytwarzania rzeczy w wytwarzanie tego, co niematerialne. Przemianę napędzają technologie cyfrowe i ponadnarodowe sieci produkcji. Dzieci bohaterów tej książki zapewne pracują zupełnie inaczej niż ich rodzice. Oni chodzili do roboty - na zmianę, na szychtę. W świecie, w którym dorastali, robotnik był figurą ze sztandarów i pierwszych stron gazet, a kopalnia, fabryka, szwalnia, huta dawały pozycję, której nikt nie podważał. Kiedy mieli po trzydzieści parę, czterdzieści lat, nagle ten świat się skończył. Po 1989 roku samo słowo "robotnik" w mowie potocznej zaczęło zsuwać się w stronę "robola", a zawód, który był podstawą ich miejsca w świecie, stawał się dla wielu czymś wręcz wstydliwym i przemilczanym. Po zakładach, w których zaczynali pracę i z którymi wiązali swoje plany kariery, nie ma już śladu. Nazwy ich stanowisk pracy nic dziś nie mówią: rabunkarz, przeróbkarz, strzałowy, modelarz. Czy ktoś wie, co się właściwie robiło na kopalni? Co się robiło w zakładzie porcelany? Być może to właśnie "robota" naszych rodziców i dziadków jest tym, o czym warto z nimi porozmawiać, żeby się wzajemnie zrozumieć?

Podziękowania

Ta książka zaczęła się od rodzinnej wycieczki w 2021 roku, kiedy będąc pierwszy raz w życiu w Wałbrzychu, trafiłam do Centrum Nauki, Kultury i Sztuki "Stara Kopalnia" - dawnej kopalni "Thorez" ("Julia"). Oprowadzał nas Pan Czesław Makowski - emerytowany górnik. Opowiadał o swojej pracy w górnictwie, o ukochanym mieście, do którego, jak mówił, "kupił bilet w jedną stronę", i o muzyce, z takimi emocjami, że od razu wiedziałam, że trzeba tu będzie wrócić, żeby dokończyć tę rozmowę. Panu Czesławowi, który przez cały czas był gotów do pomocy - dziękuję najpierw i z całego serca. Równie serdeczne podziękowania kieruję do Pana Bogdana Klimka, który hojnie użyczył swojej biografii do tekstu, a przy tym wykazywał świętą cierpliwość, kiedy po raz kolejny tłumaczył mi, na czym polega ściana wydobywcza, i wyjaśniał wiele innych szczegółów pracy na kopalni, które są tak samo fascynujące, jak trudne do zrozumienia.

Dziękuję wszystkim, bez których gotowości do rozmowy i zgody na to, żebym ich życie czytała jako część większej opowieści, nie powstałoby tu ani jedno zdanie. Są to Panie: Elżbieta Banik, Grażyna Kozak, Barbara Możdżeń i Krystyna Wojnowska, oraz Panowie (oprócz wymienionych wyżej): Gerard Brzoza, Zbigniew Jóźwiakowski, Bogdan Klimek, Kazimierz Kmak, Janusz Kurc, Stanisław Możdżeń, Andrzej Partyka, Marek Szymański, Jerzy Światowy, Adam Wojnowski, Stanisław Zubalski.

Dziękuję za odwagę w rozmowie i składam wyrazy uznania za niestrudzoną pracę nad upamiętnieniem poległych w katastrofach górników Panu Andrzejowi Zielińskiemu.

Specjalnie podziękowania kieruję do Pani Marii Woźniak, córki Barbary Kurek, i Pana Piotra Blachnika, wnuka Barbary, którzy podzielili się wspomnieniami, udostępnili bezcenny materiał biograficzny - w tym wywiad przeprowadzony przez Pana Piotra oraz fotografie tej niezwykłej kobiety.

Wywiady w Wałbrzychu przeprowadziły też moje studentki z Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego - Julia Lisowska i Julia Mazurek, którym dziękuję za to zaangażowanie. Wdzięczna jestem w ich i swoim imieniu za poświęcony czas i ciekawe opowieści o świecie porcelany Paniom Agnieszce Chwiejczak i Marii Walencik, Panom: Andrzejowi Gniazdowskiemu, Andrzejowi Piontkowskiemu i Janowi Rożniatowskiemu, oraz Państwu Jolancie i Józefowi Gruszkom.

Mimo, że nie miałam okazji poznać osobiście Pani Liliany Gronuś i Pani Teresy Kuzio, to niniejszym dziękuję za ich piękne wspomnienia, które opublikowało Stowarzyszenie Ceramików Polskich. Nie spotkałam też wielu z bohaterów wystawy "Górnicze portrety", która miała miejsce w "Starej Kopalni" w 2025 roku, ale pozwoliłam sobie przytoczyć niektóre fakty z ich życiorysów (vide Biblio­grafia na końcu książki). Dziękuję Panowie, że chcecie się dzielić tymi historiami.

Stowarzyszeniu Ceramików Polskich i wszystkim stowarzyszeniom gwarków wałbrzyskich składam wyrazy uznania za to, z jakim zaangażowaniem dbają o pamięć o przemysłowej tożsamości miasta i regionu. Panu Zbig­niewowi Jóźwiakowskiemu kłaniam się nisko - w imieniu swoim i studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Dziękuję za zaraźliwy entuzjazm dla lokalnego dziedzic­twa wałbrzyskim instytucjom kultury: Centrum Nauki, Kultury i Sztuki "Stara Kopalnia" i Muzeum Porcelany, w szczególności ich Dyrekcjom: Jackowi Drejerowi, Janowi Jędrasikowi, Marcie Wróbel i Piotrowi Mickowi. Paniom Jolancie Łukaszewskiej i Malwinie Pac-Brzeskiej - dziękuję za serdeczność i gościnność "Sztygarówki".

Wszystkim wałbrzyskim pracownikom muzealnym składam hołd za ich przeogromną wiedzę, za pracowitość i wrażliwość, i dziękuję za pomoc: Panu Tomaszowi Nochowiczowi z Muzeum Porcelany, Pani Wioletcie Wronie-Gaj i Panu Łukaszowi Chruszczowi z Muzeum Przemysłu i Techniki oraz Pani Aleksandrze Kośmickiej, dzięki której doświadczyłam piękna postindus­trialnej architektury.

Do Wałbrzycha zabrałam - realnie i w przenośni - nie tylko studentów, ale też koleżanki i kolegów z grupy badawczej działającej na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego [Lab]orans. Im zawdzięczam ciągły ruch myśli, kolejne pomysły i siły do pracy. Dziękuję zatem najbliższym współpracownikom: Jakubowi Muchowskiemu i Marcinowi Stasiakowi, a także Katarzynie Maniak, Grace Simpson oraz Dominice i Kamilowi Federygom z "Kancelarii Historycznej". Puszczam oko do Marty Majdzik i do mojego brata Michała Kurkowskiego - nie byłoby wielu kluczowych akapitów bez ich konsultacji i oni tylko wiedzą, których i jak bardzo ważnych.

Jestem wdzięczna wszystkim, z którymi spotkałam się w Wałbrzychu i poza nim, przy różnych okazjach i w różnych miejscach, kiedy nawet przelotne rozmowy o tym mieście, o górnictwie, o porcelanie meblowały moją wyobraźnię i budowały wiedzę. Wyobraźni mi pewnie nie brakuje, ale wiedza jest nadal ułomna i nie wstydzę się do tego przyznać. Szczególnie gdy biorę do ręki kolejne teksty Piotra Reteckiego, Artura Szałkowskiego czy Piotra Frąszczyka - wymieniam tylko kilku, ale z wdzięcznością myślę o całym wałbrzyskim środowisku historyków, dziennikarzy, eksploratorów i fotografów, archiwistów i internetowych twórców.

Dziękuję Krzyśkowi, Łucji i Piotrkowi - za cierpliwość, wyrozumiałość i nasze wycieczki po Polsce.

Prolog

8 maja 1945 roku Waldenburg czekał na swój koniec. Już po południu wszystko było jasne, choć dopiero 27 sierpnia dworzec Waldenburg Altwasser dostał nowy szyld: Boro­wieck Starzyny. 7 maja 1946 roku zastąpiła go tablica: Wałbrzych Miasto. To niejedyna stacja kolejowa w mieście, wtedy i teraz. Jadąc koleją z Wrocławia, trafiamy najpierw na Wałbrzych Szczawienko, a następnie Wałbrzych Miasto, Wałbrzych Centrum i Wałbrzych Główny.

Szyldy na stacjach kolejowych się zmieniały, ale nie zmieniało się to, co pod torowiskiem - stała materia, budulec długiego trwania Wałbrzycha, czyli utwory górnego karbonu: pokłady węgla, który wydobywano tu od XVI wieku. To, co bardziej zmienne, choć wciąż nie tak, żeby je rozpatrywać datami dziennymi, to koniunktury wałbrzyskiego węgla. Te zależały od europejskich i światowych potrzeb i od wynalazków. W 1800 roku działało tu sześćdziesiąt niewielkich kopalń, które zatrudniały około tysiąca górników. W latach 30. XIX wieku zapotrzebowanie na węgiel wzrosło, bo w mieście powstały dwie duże fabryki porcelany, których piece zasilał lokalny węgiel. Kiedy na dobre opanowano koksowanie, czyli wypalanie węgla bez dostępu powietrza i przekształcanie go w paliwo czyste i dające wysoką energię - niezbędne do wytapiania żelaza, a wałbrzyski węgiel okazał się do tego idealny, nastąpiła złota era miasta. Zmieniono technologię wydobycia i zaczęły powstawać kopalnie głębinowe, mogące zatrudniać kilkudziesięcioosobowe załogi. Przy kopalniach uruchamiano nowoczesne koksownie. W 1871 roku w Waldenburgu pracowało już ponad 11 tysięcy górników, a ludność miasta osiągnęła stan pięciokrotnie wyższy niż na początku wieku. To w tym okresie prosperity zbudowano linię kolejową między Breslau a Waldenburgiem i pojawiła się pierwsza stacja: Waldenburg Oberer Bahnhof, dzisiejszy Wałbrzych Fabryczny.

Koniunktury zależały też od politycznych granic. Po przejęciu Śląska przez Prusy eksploatacja złóż górniczych została podporządkowana administracji centralnej, która regulowała prawo górnicze. Kolejne regulacje pozwalały na zwiększanie wydobycia, a nowe prawo górnicze z 1865 roku umożliwiło powstawanie dużych spółek kapitałowych. Stare kopalnie się zamykały, powstawały nowe, a na ich miejsce kolejne. W 1900 roku w Waldenburgu było jedenaście kopalń, a w 1930 tylko pięć.

Z perspektywy granic Waldenburg przez większość swojej historii lokował się na uboczu. W państwie pruskim, a potem niemieckim musiał konkurować z węglem z Zagłębia Ruhry i Górnego Śląska, które miały grubsze, czyli łatwiejsze do wydobycia pokłady, lepszą komunikację i bliżej do rynków zbytu. Niemniej warto było nadłożyć drogi - wzdłuż i wszerz, jak i w głąb Ziemi, po cenny węgiel wałbrzyski. Dzięki wynalazkom w latach 80. XIX wieku oprócz koksu uzyskiwano z niego gaz koksowniczy i inne, cenne z punktu widzenia rozwijającego się w Niemczech przemysłu chemicznego produkty uboczne. Najlepszy okres koniunktury zagłębia wałbrzyskiego to rok 1913, tuż przed wybuchem I wojny światowej. W dwudziestoleciu międzywojennym górnictwo Waldenburga nie okazało się odporne na lokalne, niemieckie kryzysy i ogólnoświatowy kryzys gospodarczy. Mówiono nawet o "dolnośląskim obszarze nędzy"1. Po 1945 roku zagłębie trafiło do Polski, która potrzebowała każdej tony, za każdą cenę.

O Wałbrzychu można więc opowiedzieć, operując terminologią długiego trwania, ale i dramatycznymi datami, kiedy zrywano nici historii. Będzie to jak najbardziej zrozumiałe i uzasadnione. Można też o nim opowiedzieć tak, jak się opowiada o ludziach: o biegu życia, zmianach nazwisk, zwycięstwach, upadkach, wyborach. Biografie mają jednak to do siebie, że się kończą.

A Wałbrzych się nie kończy. Raczej zwija, skręca, jego rzekome końce spotykają się w nieoczekiwanych momentach. Tak jak zwijały się stare i otwierały nowe kopalnie w XIX wieku. Słowem, ma w sobie coś z serpentyny. Patrząc z perspektywy topografii, w Wałbrzychu zawsze jest się gdzieś na zakręcie, bo tu rządzi geologia. Śródmieście z instytucjami administracji leży w dolinie, kopalnie-światy stały tam, gdzie kazał węgiel. W nich i pomiędzy nimi toczyło i toczy się życie, bez konieczności docierania do centrum. Rzeźba terenu nie pozwalała budować regularnej siatki ulic, a życie społeczne toczące się pod dyktando pracy - ustanawiać wyraźnych granic. Przemysł wciągał coraz dalsze wsie, które zamieniały się w dzielnice wałbrzyskie. Boguszów, Gorce, Szczawno-Zdrój, Jedlina, Walim, Mieroszów żyły w ścisłym związku z miastem, choć formalnie były i są osobnymi miejscowościami. Całość trzyma się razem tak, jak trzymają się typowe dla Dolnego Śląska minerały z grupy serpentynów właśnie: włókna, blaszki i pasma o różnej orientacji, zrośnięte bez regularnego wzorca, bez wewnętrznej krystalicznej struktury, ale spoiste. Kopalnie są dziś zasypane, ale wzór miasta jest trwały.

W połowie lat 70. XX wieku Wałbrzych, wówczas stolica nowo utworzonego województwa, liczył około stu dwudziestu ośmiu tysięcy mieszkańców. Pracowały duże kopalnie węgla kamiennego, każda z własnym zakładem przeróbki węgla i zapleczem socjalnym. Obok nich koksownie, elektrownia, huty, fabryki maszyn. Przemysł wydobywczy i ciężki zatrudniał masy robotników, ale oprócz "czarnego złota" było też "białe złoto", z którego miasto było dumne: zakłady porcelany. I wreszcie cała sfera hand­lu i usług, transportu, ochrony zdrowia, instytucje kultury i turystyki.

Praca szukała ludzi, ludzie szukali dobrego zarobku, napływali i odpływali. Ich pochodzenie i tradycje były różne i takie zostały, ale zrosły się ze sobą, pasmo z pasmem, jak włókna w serpentynicie.

Bohaterowie następnych rozdziałów tej książki to pokolenie urodzonych w okolicach 1955 roku. Przyjechali z Małopolski, ze wschodniej i z centralnej Polski albo urodzili się tu, w rodzinach, które przybyły na Dolny Śląsk dziesięć lat wcześniej. To pierwsze polskie pokolenie, dla którego socjalistyczny układ gospodarczy i polityczny był zastanym porządkiem rzeczy. To także pokolenie gierkowskiego przyśpieszenia.

W wieku piętnastu-osiemnastu lat podpisywali cyrografy i dostawali stypendium i gwarancję pracy w zamian za odpracowanie piętnastu lat w branży. W dwudziestym piątym roku życia byli po ślubie, mieli dzieci, mieszkania albo bardzo uzasadnione nadzieje na nie. Planowali życie w warunkach, które w ich perspektywie tylko się poprawiały. W Wałbrzychu poprawiały się szybciej niż gdzie indziej, a okres optymizmu ery "Edwarda Wielkiego", jak go niektórzy nazywają, trwał dłużej. Górnictwo było wszak branżą uprzywilejowaną, a województwo nowe, więc władzom lokalnym zależało na udowodnieniu, że zasłużyły na swoje stanowiska. Wszystko, co było intensywne w Wałbrzychu, było też intensywne w skutkach. Kiedy zamykano kopalnie, mieli po trzydzieści-czterdzieści lat. Nie wyemigrowali, choć "ruch" to najlepsze słowo, które do nich pasuje.

Żeby zrozumieć, z czym związali swoje życie, trzeba się cofnąć o jedno pokolenie - to, które było świadkiem zmiany szyldów na licznych stacjach kolejowych Waldenburga.

Przez całą wojnę Waldenburg był enklawą spokoju. Alianc­kie lotnictwo nie atakowało miasta, walki lądowe go ominęły. Kopalnie, koksownie, huty i zakłady przemysłowe pracowały bez przerwy. Produkowano tu między innymi elementy do samolotów i okrętów podwodnych. Na stacji Waldenburg Dittersbach, dzisiejszym Wałbrzychu Głównym, palaczem parowozu manewrowego był od 1944 roku Stanisław Bukowski, więzień obozu pracy AL Waldenburg, zesłany po powstaniu warszawskim, późniejszy prezydent miasta. Wspominał, że całymi tygodniami nic się nie zmieniało, tylko "ciągle dudniło w rejonie Wrocławia". Tydzień przed końcem wojny obserwował gorączkowy ruch pasażerski, a na Jelenią Górę szły bezustannie pociągi towarowe. Niemiecka administracja funkcjonowała do ostatniego dnia. Miasta praktycznie nie zdobywano. Komendant obozu pracy, którego więźniem był Bukowski, zamknął wszystkie budynki, klucze przekazał funkcyjnemu więźniowi i wraz z załogą pośpiesznie odjechali samochodami2.

Armia Radziecka wkroczyła 8 maja 1945 roku po południu. Wałbrzych nie stawiał oporu.

[...] cały świat wywrócił się do góry nogami. W każdym razie dla nas... [...] Nie było tu u nas żadnej strzelaniny, dwa razy może z armaty strzelali, to naprzeciwko, po drugiej stronie naszej ulicy jakiś dach został uszkodzony i to było wszystko. [...] mieszkaliśmy na drugim piętrze, można było, jak się patrzyło, zobaczyć ulicę. I tak patrzę: dwa motory i Rosjanie na motorach. A u nas też było komunistów. [...]. I stali naprzeciwko... Na tej ulicy była przędzalnia i jak ta ulica się rozchodzi, to taki plac był, sklep był półokrągły, dosyć duży plac... i tam ze trzech stało naszych z tamtych budynków. Tata też patrzył i mówił: "To są starzy komuniści". Oni przywitali tych Rosjan. Byli starsi, może mieli po 60 lat, nic nie mieli w rękach, we trójkę stali. Ci Rosjanie się zatrzymali i ci podeszli, a chcieli ręce im podać, a oni - jak to ci starsi Niemcy - zegarki mieli kieszonkowe, taki łańcuszek i przypięte, a [Rosjanie] wyciągnęli im te zegarki, schowali, wsiedli na swoje motocykle i pojechali dalej. A ci chłopi tak się patrzyli i poszli do domu. [...]. Później nie patrzyliśmy przez okno. Wywiesiliśmy te białe płachty3.

Czerwonoarmiści dostali od dowództwa dobę, podczas której mogli w mieście robić, co chcieli. Szukali łupów, w tym kobiet.

Kopalnie pracowały. Jak się do dziś powtarza w mieście, "dyrektor Niemiec zarządzał nią przed południem, a po południu zastąpił go czerwonoarmista". Przez kilka tygodni życiem miasta dyrygował radziecki komendant, a niemiecka administracja działała dalej na jego polecenie. Zachodnia granica Polski nie była jeszcze oficjalnie zatwierdzona, mimo że faktycznie przesądziła o tym konferencja w Jałcie w lutym tego roku. Jeszcze w połowie maja komendant radziecki Waldenburga prowadził nieoficjalne rozmowy z przedstawicielami rządu czechosłowackiego o przekazaniu zagłębia w ich ręce. 28 maja 1945 roku władzę w mieście oddano jednak Polakom. W tym dniu na ulicach pojawiło się obwieszczenie, którego pierwsze zdania głosiły: "Urzędowa nazwa historyczna miasta brzmi: Wałbrzych. Językiem urzędowym jest język polski, obok tekstu polskiego dopuszczone jest używanie tekstu niemieckiego"4.

W sprawozdaniu z pierwszego roku działalności polskich władz w Wałbrzychu czytamy:

Miasto w chwili objęcia przez polskie władze liczyło ponad 46 000 mieszkańców Niemców zatrudnionych głównie w przemyśle węglowym i kilkuset Polaków, przeważnie Żydów pozostałych tu po miejscowych i okolicznych obozach koncentracyjnych. Ponadto stacjonuje tu około 15 000 wojsk sowieckich [...]. Dobrze rozwinięty przemysł węglowy posiada na terenie miasta 4 kopalnie (Bolesław Chrobry, Biały Kamień, Victoria i Mieszko) [...]. Przemysł hutniczy reprezentowany jest przez jedną hutę żelaza zwaną Hutą Karol, produkującą narzędzia i urządzenia górnicze. Przemysł lniarski posiada dwie fabryki, szklany - olbrzymią hutę szkła należącą do największych hut w Polsce. Przemysł ceramiczny ma na terenie miasta dwie fabryki porcelany (Tilsch i Krister). Ponadto miasto posiada wielką elektrownię zasilającą prądem olbrzymią część Dolnego Śląska i tereny czeskie aż po Pragę, gazownię, wodociągi i kanalizację, koleje elektryczne, trolejbusy tudzież cały szereg warsztatów oraz fabryk napojów alko­holowych i przetworów owocowych itp. To wszystko po większej części było uruchamiane i prowadzone, lecz niestety rękami i mózgiem pracowników niemieckich5.

"Węgiel jest polską walutą", powiedział podczas lipcowo-sierpniowej konferencji w Poczdamie tego samego roku minister przemysłu Hilary Minc6. Razem z wice­premierem Stanisławem Mikołajczykiem rozmawiali z delegacją amerykańską o stanie gospodarki Polski i była to rozmowa głównie o węglu. Amerykanie dopytywali o szczegóły: ile ton dziennie, jaka cena za tonę, ile wagonów potrzeba, żeby dowieźć węgiel do portu, ile dni jedzie pociąg do Gdańska. Minc odpowiadał: dzienna produkcja na całym obszarze łącznie z Ziemiami Zachodnimi - 81 tysięcy ton, z "zagłębia Waldenburg" - 7 do 8 tysięcy ton. Na Górnym Śląsku, w kopalniach przejętych od Niemców wydobycie rosło z miesiąca na miesiąc. Kontrakty eksportowe obejmowały wówczas Związek Radziec­ki, Szwecję, Danię, Finlandię, Rumunię, Norwegię. Na pokrycie eksportu i potrzeb krajowych brakowało jednak wagonów, lokomotyw, zdolności przeładunkowej portów i nade wszystko brakowało ludzi. Średnia wieku górników przekraczała czterdzieści pięć lat i to był duży problem, bo Amerykanie pytali o ich wydajność7.

Na mocy ustaleń konferencji w Poczdamie ludność niemiecka z terenów objętych przez państwo polskie miała zostać przesiedlona. Waldenburg był miastem robotni­ków, którzy mieli wyjechać, i miastem kopalni, które nie mogły stanąć. Trzeba było więc doń sprowadzić ludzi, którzy zejdą na dół i przejmą pracę od niemieckich załóg.

Już w pierwszej połowie grudnia 1945 roku przez punkt Państwowego Urzędu Repatriacyjnego przeszedł pierwszy transport stu czterdziestu rodzin górniczych z Borysławia. Wkrótce dotarło ponad osiem tysięcy Drohobyczan i Borysławiaków. Byli to fachowcy z doświadczeniem: energetycy, górnicy, gazownicy. Równocześnie pojawili się osadnicy z centralnej Polski, ale w większości bez doświadczenia w pracy przemysłowej. Stało się to źródłem frustracji administracji kopalni, bo nadal brakowało rąk do pracy. Niemcy musieli zostać tak długo, jak będą potrzebni.

W tym samym czasie do Wałbrzycha trafiało tysiące Żydów - ocalonych z Gross-Rosen i jego filii rozrzuconych po okolicy, repatriantów ze Związku Radzieckiego, uciekinierów z miast centralnej Polski. Pod koniec 1946 roku mieszkało ich w mieście ponad dziesięć tysięcy. Mieli Komitet Żydowski i trzy szkoły; w największej, przy ulicy Mickiewicza, Społecznej Szkole Żydowskiej imienia I.L. Pereca, w 1948 roku uczyło się dwustu uczniów. Na tę część Sobięcina, gdzie osiedlili się Żydzi, mówiono "Palestyna". Ale wielu traktowało Wałbrzych jako przystanek. Jedni wyjeżdżali legalnie, inni przemycali się przez granicę czeską szlakiem przez Kłodzko i Kudowę-Zdrój. W kwietniu 1947 roku Żydów było w mieście niecałe pięć tysięcy8.

Ruch ludności w Wałbrzychu nie ustawał. W 1947 roku do Polski napływać zaczęli górnicy z Francji - Polacy, którzy wyjechali za chlebem w latach 20., pracowali w kopalniach w Nord-Pas-de-Calais. Wabiono ich obietnicą awansu, mieszkaniem, pracą, którą znali. Jechali do ojczyzny, którą mocno idealizowali.

Sielankowy obraz Wałbrzycha z tego roku przekazuje dziennikarz "Trybuny Dolnośląskiej", który w lipcu wybrał się tam z Wrocławia na jednodniową wycieczkę. W relacji pod tytułem Jasne niebo nad Wałbrzychem pisze:

Przyzwyczajony do ruin, żyjący stale pod wrażeniem i brzemieniem wojny mieszkaniec jednego z najbardziej zniszczonych miast odżywa nerwowo. W Wałbrzychu i okolicy niema [pis. oryg.] śladu wojny, chodzi się ulicami wśród całych domów, obok prawie przedwojennych wystaw sklepowych [...]. O godz. 14-ej wychodzą górnicy z kopalni. To pierwsza zmiana wychodzi z podziemia. O 15-tej można spotkać "Francuzów" spacerujących w kierunku lasu9.

Zachwycony prozdrowotnym sposobem spędzania czasu po pracy - jakże odmiennym od zwyczaju "chodzenia do szynku na wódkę" - reporter rozpoczyna rozmowę z jednym z "Francuzów". To okazja do poruszenia w tekście kolejnego, po higienie odpoczynku, tematu, który należało zrealizować w tekście prasowym w 1947 roku. Sytuacja aprowizacyjna w zniszczonym kraju była bardzo trudna i, co zresztą było nawet omawiane podczas wspomnianych rozmów ministra Minca w Poczdamie, jedynym sposobem, żeby zachęcić ludzi do przyjazdu na Ziemie Zachodnie i podjęcia tam pracy w górnictwie, było zaoferowanie lepszych niż gdzie indziej warunków życia. Hilary Minc w 1945 roku mówił wprost o tym, że trudno jest zapewnić górnikom wyżywienie. Dwa lata później rzekoma rozmowa dziennikarza z górnikiem toczy się wokół zaopatrzenia w Wałbrzychu. Rozmówca "stwierdza bezstronnie, że sytuacja aprowizacyjna w Polsce stopniowo się polepsza, jakkolwiek wiele jeszcze należy w tym kierunku uczynić". Nie polepsza się jednak sprawa z artykułami przemysłowymi, w szczególności tekstylnymi. Chociaż reemigrant z Francji jest dobrej myśli i mówi, że "jego towarzysze też wkrótce przyjadą do własnego kraju, by swojej własnej ojczyźnie poświęcić siły i fachowe wiadomości"10.

Około dwudziestu tysięcy francuskich reemigrantów osiedliło się w Wałbrzychu i okolicach, ponad pięć i pół tysiąca podjęło pracę w kopalniach. Zamieszkali w zwartych grupach: na Białym Kamieniu, w Gorcach, na Podgórzu. Mówiono, że Biały Kamień to "mały Paryż". Po szychcie grali na akordeonach, bawili się przy winie, obchodzili 14 lipca11. Z Borysławiakami raczej się nie lubili, z wałbrzyskimi Niemcami układało im się poprawnie. Wystarczyło przezwać kogoś "Francuzem" albo "zabużaninem" i zaraz była bójka, wspominała Władysława Szlaferek12.

Wałbrzych przed wojną liczył blisko siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców, powiat wiejski - z Mieroszowem, Boguszowem i okolicznymi wsiami - ponad sto trzydzieści tysięcy. Wysiedlenia Niemców rozpoczęły się już w 1945 roku. Do połowy 1946 roku miasto straciło ponad jedną trzecią ludności, powiat - ponad połowę. Do końca 1947 roku z miasta wyjechało łącznie blisko dwie trzecie przedwojennych mieszkańców, z powiatu - niemal wszyscy. W 1950 roku w Wałbrzychu i okolicy pozostawało jeszcze około dwudziestu pięciu tysięcy Niemców. Tych, którzy musieli zostać, bo kopalnie ich potrzebowały i potrafiły zatrzymać administracyjnymi nakazami i zakazami, i tych, którzy chcieli i odważyli się zostać.

Na jednym zdjęciu z 1956 roku stoi w stroju roboczym: bluza z grubego płótna, spodnie wpuszczone w wysokie gumowce, na głowie kask. W ręku górnicza lampa. Lekki uśmiech. W tle krajobraz - zarys gór, ciemna linia drzew, wałbrzyska przyroda w całej okazałości. Na drugim, portrecie z atelier, z tego samego roku: płaszcz w jodełkę z futerkowym kołnierzem, beret z tej samej tkaniny, starannie podkręcone loki, usta pomalowane. Barbara Kurek, z domu Schuckert, rocznik 1931.

Jej wujowie, Francis, Hugo i Konrad, pracowali na kopalni "Barbara", kiedy miasto nazywało się Waldenburg. Hugo i Francis na dole, Konrad był sztygarem na Białym Kamieniu. "Pracowali, póki nie weszli Polacy", mówi Barbara. "Poszli na renty, bo się zrobili starsi i ręce już nie te"13.

Matka Barbary wyjechała do Niemiec razem z jej bratem i najstarszą siostrą w 1948 roku. Brat trafił do NRD, do Lipska, siostra z matką - do RFN. Barbara, już wtedy z dwuletnią Lucynką na ramionach, poszła ich pożegnać na dworzec. Dlaczego została? Bo dom, który wybudował ojciec w Starym Lesieńcu koło Boguszowa, zmarnowałby się, tłumaczyła później córce. Czy żałowała? Po latach mówiła, że nie. W Polsce czuła się dobrze, "Polacy jej nie dokuczali". Matkę zobaczyła po raz pierwszy po osiemnastu latach rozłąki, w 1966 roku.

Barbara, młoda wdowa, po wojnie najpierw pracowała jako szwaczka w zakładzie odzieżowym w Boguszowie. Wspomina, że płacono od sztuki: 16 groszy, 47 groszy, 50 groszy, w zależności od rodzaju wykonanego elementu. Wychodziło góra dwieście, trzysta złotych miesięcznie. Trzeba było zostawać po godzinach, żeby wyrobić normę, a i tak "nieraz więcej się popłakała, niż zarobiła", bo jeśli brakarz cofnął robotę z poprawkami, to "godziny szły, a pieniądze niestety nie". I wtedy szwagier namówił ją na kopalnię.

Kobiety pracowały w przedsiębiorstwach kopalnianych na różnych stanowiskach infrastruktury naziemnej. Była to obsługa na początkowych i końcowych etapach przeciętnej szychty górnika, czyli w markowni, to jest ewidencji zmian pracowniczych, w szatni i łaźni, oraz prace fizyczne z zakresu utrzymywania tej infrastruktury, wreszcie prace w sortowniach węgla. W 1951 roku 13,8 procent osób pracujących w przemyśle wydobywczym w całej Polsce stanowiły kobiety. W tym samym roku Rozporządzenie Rady Ministrów dopuściło kobiety do pracy pod ziemią.

Podstawowe zarobki kobiet pracujących na dole w 1951 roku wynosiły 550-650 złotych miesięcznie, czyli o 150-300 złotych więcej niż na jakimkolwiek innym stanowisku na powierzchni14. Przeciętne wynagrodzenie w Polsce według danych Głównego Urzędu Statystycznego wynosiło w tym roku 652 złote15. Na dole łatwiej było osiągnąć i przekroczyć normy produkcyjne niż w zakładach na powierzchni, na przykład w sortowni węgla, gdzie wery­fikacji podlegały elementy nie tylko ilości, ale i jakości oczyszczonego węgla. W tymże roku już 791 kobiet pracowało pod ziemią i liczba chętnych rosła. Barbara musiała znaleźć pracę, która umożliwiłaby jej realne odgrywanie roli, którą już odgrywała, czyli "głowy rodziny". Musiała zarabiać, ale porządnie, czyli w kopalni, najlepiej na dole.

Wałbrzych szczycił się wówczas pierwszą kobietą sztygarem. Uroczysty, ale i ciepły głos Andrzeja Łapic­kiego w dziewiątym wydaniu Polskiej Kroniki Filmowej z 1951 roku komentuje film, w którym oglądamy dzień z życia Zofii Lachowskiej. Młoda kobieta o delikatnej urodzie najpierw pokazana jest w roboczym drelichu, przy pracy, a potem w eleganckim ubiorze, kiedy zmierza do redakcji gazety:

Zofia Lachowska jest pierwszą w Polsce kobietą sztygarem. W kopalni "Bolesław Chrobry" w Wałbrzychu pełni funkcję sztygara powierzchniowego. Dozoruje prace brygady, szkoli młodych górników. Przy niej uczniowie szkoły przysposobienia przemysłowego uczą się prawidłowego wyładunku i dostawy pustych wózków na dół do kopalni. Kobiety pracują również na dole. Nowe towarzyszki pracy zastępują mężczyzn w obsłudze kolejek transportu i sortowni. Lachowska rozmawia z koleżankami, tym razem nie jako sztygar, ale jako korespondent gazety robotniczej. Zbliża się uroczysty obchód Międzynarodowego Dnia Kobiet. Pracujące kobiety całej Polski uczczą ten dzień specjalnymi zobowiązaniami produkcyjnymi. Górniczki "Bolesława Chrobrego" podjęły je jako jedne z pierwszych. O tym właśnie napisała Zofia Lachowska do swojej gazety16.

W prasie coraz częściej można było się natknąć na słowo "górniczka". Na okładce tygodnika "Przyjaciółka", najpopularniejszego pisma kobiecego, w lutym 1954 roku pojawiły się młode kobiety w strojach takich, w jakim widzimy Barbarę na zdjęciu numer 1. Podpis: "Trzy górniczki z kopalni "Bolesław Chrobry""17. Wydanie "Trybuny Wałbrzyskiej" z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet w 1955 roku prezentowało portrety fotograficzne Klary Lenberg i Franciszki Kokot - "górniczek z kopalni imienia Thoreza"18.

Barbara zaczęła starania o pracę na kopalni w 1955 roku. Tu mały wtręt: "na kopalni" to jedno z tych sformułowań, które choć niepoprawne, zostanie z nami do końca tej historii. To specyfika wałbrzyskiego języka. W latach 50. w tutejszych kopalniach, powstawała wspólna górnicza terminologia, która łączyła to, co zostało po Niemcach, z tym, co przywieźli Francuzi i "Borysławiacy". Mówi się "zajazd", czyli zjazd na dół, "klatka" to górnicza winda, na którą na Górnym Śląsku mówi się "szola".

Barbara nigdy nie uczyła się polskiego w szkole. Nauczy­ła się sama, z elementarza, dopisując ołówkiem na górze strony słówka po niemiecku. Gramatyka w jej wypowiedziach czasem pozostawała jednak niemiecka, wymowa niektórych słów miękka, jak wspomina po latach córka19. Słychać to w nagraniu z 2002 roku, w którym Barbara opisuje swoją pracę na kopalni. Używa fachowego języka: "taszma", "sztupa", "bunker", "ruczki".

Droga do zatrudnienia nie była jednak prosta. Na "Barbarze"20, która znajdowała się najbliżej jej domu, miejsc dla kobiet już nie było. Chodziła do dyrekcji, nic nie wskórała. Brak stanowisk dla kobiet w kopalniach nie był wyjątkowy dla Wałbrzycha. Komisja powołana przez Wydział Kobiecy Komitetu Centralnego PZPR zlustrowała w 1951 roku kopalnie Górnego Śląska i okazało się, że były już takie, gdzie nie starczało miejsc dla wszystkich chętnych robotnic. Barbara nie odpuściła. Poszła do "czerwonego domu", czyli siedziby miejskiego komitetu PZPR. Przedstawiła swoją sprawę, pokazała pisma z kopalni. Partia wydała zdecydowaną rekomendację, a w zasadzie nakaz, żeby ją zatrudnić. Dostała pracę jako "pomocnik dołowy" na "Barbarze". Było to stanowisko męs­kie. Na kopalni wpisano w jej papiery i podkreślono na czerwono kopiowym ołówkiem, że została przyjęta "na odpowiedzialność partii".

Na dole zarabiała około dwóch tysięcy złotych, jak wspomina. W 1956 roku statystyczny Polak zarabiał 1279 złotych miesięcznie21. Pracowała na szóstym poziomie, schodziła i na siódmy, ostatni. "Równo z mężczyzną, jak mężczyzna, nie byłam liczona jako kobieta". Zaczynała przy szybie, popychała wózki do klatki. Potem przy taśmie transportowej, następnie na ścianie, z rębaczem - górnikiem urabiającym węgiel: on po lewej stronie, ona po prawej, między nimi blaszane rynny, "ruczki", po których węgiel schodził na dół, popychany sprężonym powiet­rzem. Osiem godzin na kolanach.

Dlaczego na kolanach? Warto to wyjaśnić, bo nie była to wyłącznie specyfika jej pracy, ale wałbrzyskich kopalń - owszem. Pokłady węgla w tychże kopalniach miały średnio od dwudziestu centymetrów do metra grubości, zalegały stromo i były pocięte uskokami. Na Górnym Śląsku, gdzie sięgały dwóch metrów i więcej, na ścianę mogły wjechać maszyny. Ściana to niskie, płas­kie wyrobisko ciągnące się wzdłuż pokładu. Strop nad głową podtrzymuje obudowa ze stali lub drewna. Przed rębaczem znajduje się ocios, odsłonięta powierzchnia węgla, którą urabia. Przodek to czoło wyro­biska, miejsce, gdzie posuwa się ono naprzód, w węglu albo w skale. Na przodku w wałbrzyskiej kopalni górnik klęczał twarzą do ociosa i rąbał młotem pneumatycznym. Żadna maszyna się tam nie mieściła. Na głębokości siedmiuset metrów górotwór oddawał ciepło, powietrze było wilgotne, ze skał i stropu sączyła się woda. W jednych miejscach ciągnęło zimnem od wentylatorów, w innych grzały silniki.

Dalsza część w wersji pełnej