Pokolenie Kolosów - Piotr Tomza

Reflow text when sidebars are open.
III Ogólnopolskie Spotkania Podróżników
(nominacje do Kolosów za rok 2000)
25-27 lutego 2001 roku
Gdynia, Centrum Gemini
Finał Kolosów 2000
21-22 marca 2001 roku
Kraków, Studio S-5 Radia Kraków
Zakręty historii (i tej wielkiej, i tych osobistych) jeszcze w latach osiemdziesiątych rzuciły ich na emigrację. Jacek Bogucki, Zbigniew Bzdak, Piotr Chmieliński, Stefan Danielski, Krzysztof Kraśniewski, Jerzy Majcherczyk i Andrzej Piętowski, członkowie grupy Canoandes '79, którzy w maju 1981 roku jako pierwsi w historii spłynęli monumentalnym kanionem rzeki Colca w Peru (jego głębokość w niektórych miejscach przekracza cztery tysiące metrów), bez wyjątku osiedlili się potem w Stanach Zjednoczonych oraz w Kanadzie.
W dwudziestą rocznicę tamtej wyprawy, uznawanej za jedną z najważniejszych rzecznych ekspedycji eksploracyjnych XX wieku, Kapituła Kolosów postanowiła przyznać im Super Kolosa. Trzech z siedmiu bohaterów historycznego wydarzenia przyjechało do Polski specjalnie po to, by odebrać statuetkę.
Dopiero druga edycja, a nagrody już cieszyły się takim prestiżem, że warto było dla nich poświęcić podróż przez ocean.
*
Władysław Vermessy
(kierownik nagrodzonej Kolosem wyprawy "Atacama 2000")
Dla młodych ludzi, którzy mają wielkie serca, ale czasami brak im możliwości, ta impreza to bardzo dobry znak. Cieszę się, że wreszcie taki sposób aktywności, jaka nas cechuje, zaczyna być zauważany.
*
Krzysztof Starnawski, laureat Kolosa 1999 za rekord Polski w nurkowaniu jaskiniowym, nie zwalniał tempa i w następnym roku zszedł w Hranickiej propasti jeszcze głębiej. Co wtedy czytał?
Krzysztof Starnawski (fot. Irena Stangierska)
Kolos w kategorii "Wyczyn roku" 1999
Wyróżnienie w kategorii "Wyczyn roku" 2000
Wyróżnienie w kategorii "Wyczyn roku" 2006
Wyróżnienie w kategorii "Wyczyn roku" 2011
BEZ CIŚNIENIA
Zaledwie dziesięć procent ludzi przeżyło bez urazów nurkowania na głębokość dwustu pięćdziesięciu metrów. Co najmniej co drugi stracił życie. Nie możemy tego popierać, ale wiemy, że ludzie to robią. Istnieje ciche uznanie dla tego, co robią, ponieważ wiemy, że robią to z pasją i poświęceniem.
Frans Cronje, południowoafrykański lekarz specjalizujący się w leczeniu nurków, w szczególności z choroby ciśnieniowej1
Jednym z takich ludzi jest Krzysztof Starnawski. Pod wodą czyta
- Z ostatniej próby najbardziej utkwił mi w pamięci wywiad z profesorem Philipem Zimbardo, słynnym psychologiem społecznym - zdradził Starnawski podczas Kolosów 2011. Kilka miesięcy wcześniej ustanowił rekord świata w nurkowaniu głębokim na obiegu zamkniętym, schodząc pod powierzchnię wody w Morzu Czerwonym na dwieście osiemdziesiąt trzy metry. Właśnie to nurkowanie miał na myśli, mówiąc o "ostatniej próbie". - Zimbardo zastanawia się nad tym, ile jest w człowieku dobra, a ile zła, czy jesteśmy zdolni do bohaterstwa i jacy w ogóle są ludzie. Fajnie o takich rzeczach poczytać pod wodą.
Mniej niż na Księżycu
Nurkowanie, a zwłaszcza nurkowanie ekstremalne oraz nurkowanie w jaskiniach, to dziedziny, w których Polacy od lat osiągają wyniki rangi światowej. Co więcej, swoimi działaniami wyznaczają kierunki rozwoju tych dyscyplin. Mimo to w kraju pozostają niemal całkowicie anonimowi. Bo kto, poza wąskim gronem miłośników sportów ekstremalnych, słyszał o Mirosławie Kopertowskim, Dariuszu Wilamowskim (o urzekającej ksywie "Miodzio") lub o Krzysztofie Starnawskim? A przecież dwóm ostatnim udało się podczas nurkowań przekroczyć wspomnianą granicę dwustu pięćdziesięciu metrów. Ciśnienie, jakie działa tam na człowieka, jest czterokrotnie większe niż w oponie samochodu ciężarowego. Oprócz dwójki Polaków podobnego uczucia w takich warunkach doświadczyło jeszcze tylko dziewięciu śmiałków. Więcej osób spacerowało po Księżycu.
Chociaż z tą anonimowością, przynajmniej w przypadku Starnawskiego, to nie do końca prawda. Czasem bywa o nim głośno. Po raz pierwszy zrobiło się tak za sprawą Kolosów.
- Dzięki inicjatywie przyznawania tych nagród ktoś w ogóle usłyszy o nurkowaniu jaskiniowym. Dowie się, że w tym sporcie coś się dzieje. I to już będzie sukces - mówił Starnawski kilkanaście lat temu, niedługo po tym, jak podczas pierwszej edycji imprezy otrzymał Kolosa w kategorii "Wyczyn roku". Kapituła uhonorowała go za nurkowanie na głębokość stu trzydziestu trzech metrów w jaskini Hranická propast na Morawach. Miał wtedy trzydzieści dwa lata i właśnie ustanowił w swojej dziedzinie rekord Polski. Już wcześniej uchodził w środowisku za wybitną indywidualność, a wiele przejść, jakich dokonał w jaskiniach tatrzańskich jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych, do dziś nie została powtórzona. Odtąd jego nazwisko pojawia się na corocznej kolosowej liście nagrodzonych dość regularnie (choć nie tak często jak Andrzeja Ciszewskiego).
- Już nawet nie pamiętam, skąd dowiedziałem się o Krzyśku - mówi Janusz Janowski, pomysłodawca i organizator Kolosów. - Chyba z kuponu. Podczas pierwszych edycji Kolosów w gazetach, z którymi współpracowaliśmy, znajdowały się kupony, na których można było zgłaszać kandydatury do nagród, wysyłając je do nas pocztą. Wydaje mi się, że ktoś zarekomendował go właśnie w ten sposób. Bo sam Krzysztof na pewno tego nie zrobił.
Biwak na Morawach po zejściu na głębokość 217 metrów w Hranickiej propasti, czerwiec 2012 roku. Fot. Irena Stangierska
Nudy
Nie to, żeby był jakoś wyjątkowo nieśmiały.
- Pisanie to nie jest rzecz, którą lubię, nie bardzo też mam na to czas. Chcę wykorzystywać swoje siły, póki je mam, na realizowanie przedsięwzięć, a nie na pisanie o nich - mówi Starnawski. Chociaż przyznaje: - Oczywiście warto byłoby kiedyś o tym wszystkim opowiedzieć, bo przecież tworzymy tymi naszymi nurkowaniami kawałek historii. W dodatku robimy to - my, Polacy - idąc własną, oryginalną drogą. Stworzyliśmy coś wyjątkowego. Nie naśladujemy innych nurków, nie musimy.
Brzmi nieźle, jednak słuchając Starnawskiego, całkiem często można nabrać przekonania, że dyscyplina, którą uprawia, zasłużenie nie cieszy się popularnością. "Jest wielką sztuką napisać książkę o tak nudnym sporcie, jakim jest nurkowanie, w sposób interesujący i wciągający"2 - stwierdza Starnawski w przedmowie do autobiografii Verny van Schaik, najgłębiej nurkującej kobiety. Kiedy indziej dodaje zaś: - Jeśli mam pójść nurkować dla rekreacji, to wolę się wybrać na rower albo pobiegać.
W czym rzecz w takim razie?
W jednym "ale".
- Ale gdy mam do wyboru: rower czy eksplorowanie jaskiń, zdecydowanie wybieram to drugie. Po to w ogóle uczyłem się nurkować: żeby móc eksplorować jaskinie. To nie jest turystyka czy rekreacja, ale próba odnalezienia zupełnie nowych korytarzy, dotarcia tam, gdzie nie było wcześniej żadnego człowieka. Gdy mi się to udaje, w jakimś małym stopniu czuję się odkrywcą. Naprawdę fajne uczucie.
- To jest facet, który ma eksplorację we krwi - mówi o Starnawskim Marcin Jamkowski, w latach 2005-2007 redaktor naczelny "National Geographic Polska", autor książki Duchy z głębin Bałtyku, poświęconej badaniom bałtyckich wraków. - Jest przy tym bezdyskusyjnie jednym z największych napieraczy naszych czasów. Wiele z przedsięwzięć, które podejmuje, to rzeczy absolutnie przełomowe. Jego projekty przesuwają granice eksploracji.
W ultranowoczesnym podwójnym rebreatherze i z kupą liści na głowie, Hranická propast, czerwiec 2012 roku. Fot. Irena Stangierska
Zajęty
Krzysztof Starnawski ma czterdzieści pięć lat i sprawia wrażenie mocnego, zdecydowanego faceta. W młodości zjeździł na motocyklu kawał Europy. Powściągliwy, pewny siebie, taki, co to mniej gada, a więcej robi. Krótko i bez owijania w bawełnę: typ twardziela. Do tego strasznie ambitny ("Gdy bije się rekordy, liczy się wyłącznie pierwsze miejsce"3).
- Samiec alfa - podsumowuje Jamkowski. - Bardzo uparty, niechętnie zmienia zdanie i plany, ale też ma je zawsze dokładnie przemyślane. Nie porywa się z szablą na czołgi, wszystko starannie przygotowuje i stara się przewidywać. Do tego sportowiec, lubi się ścigać. Rywalizacja go motywuje, nakręca - w zdrowy, pozytywny sposób. Dzięki niej nabiera przekonania, że da się z powodzeniem doprowadzić do końca nawet niezwykle trudne rzeczy.
Na co dzień, czy raczej wtedy, gdy pomiędzy kolejnymi wyprawami i treningami znajdzie wreszcie czas na pracę, jest ratownikiem TOPR-u (w tłumie na Kolosach łatwo go rozpoznać właśnie po koszulce lub kurtce z charakterystycznym błękitnym krzyżem). A ponadto: instruktorem wspinaczki, taternictwa jaskiniowego, nurkowania, narciarstwa oraz żeglarstwa. Filmowcem (kręci pod wodą), uczestnikiem rajdów przygodowych i organizatorem wypraw kanioningowych. No i wynalazcą (o tym za chwilę).
Da się wyżyć.
Tyle że Starnawski, który najczęściej sam finansuje swoje wyprawy i realizowane podczas nich przedsięwzięcia, przeważnie jest w drodze.
- Nie mam czasu na odpoczynek, a co gorsza, na pracę - mówi.
I to od dawna.
Hranická propast (I)
Szczęśliwie jeden z najważniejszych celów eksploracyjnych Starnawskiego zlokalizowany jest całkiem blisko, bo najwyżej godzinę drogi samochodem z Cieszyna. W efektownej, częściowo zarośniętej rzadkim lasem skalnej rozpadlinie zwieńczonej małym jeziorem pod lustrem wody kryje się potencjalnie najgłębsza krasowa studnia świata - Hranická propast. Dzięki Starnawskiemu wiadomo, że jej dno znajduje się na głębokości co najmniej trzystu siedemdziesięciu trzech metrów. Tyle wskazała opuszczona przez niego sonda. To zaledwie dziewiętnaście metrów mniej, niż ma najgłębsza znana podwodna jaskinia świata, Pozzo del Merro we Włoszech4. Według szacunków bazujących na tym, że woda termalna w studni pod Ołomuńcem wydostaje się spod grubych warstw wapienia, jej rzeczywista głębokość może się okazać nawet dwukrotnie większa.
Polak eksploruje Hranicką od 1997 roku. O jego wyczynie z roku 1999 (nurkowanie na sto trzydzieści trzy metry) była już mowa. Kilkanaście miesięcy później poprawił swój wynik o blisko pięćdziesiąt metrów.
Podczas tamtego wyjazdu na Morawy wszystko układało się nie tak jak powinno. Począwszy od pogody (deszcz, a z deszczu błoto), przez przeziębienie, aż po kłopoty z działaniem aparatury. Ale Starnawski, wspierany przez mocną ekipę grotołazów z Mielca oraz z Warszawy, nie odpuszczał. Owszem, spali tylko po cztery godziny na dobę, w dodatku na gołej ziemi, ale gdy tylko się dało, napierali.
W dzień finałowego nurkowania Starnawski wstał o piątej rano, zbudził jednego z towarzyszących mu kolegów, Pawła Dybka, i rozpoczął przygotowania. Najważniejsze czynności, jakie miał do wykonania, to założenie na siebie kombinezonu z elektrycznym systemem grzewczym (temperatura naturalnie saturowanej, kwaśnej wody w czeskiej jaskini wynosi co prawda, bez względu na porę roku, około piętnastu-szesnastu stopni Celsjusza, ale Starnawski zamierzał spędzić w niej długie godziny, co groziło zarówno wyziębieniem, jak i podrażnieniami skóry), na to szczelnego skafandra z cewnikiem do odprowadzania moczu i wreszcie góry sprzętu nurkowego ważącego łącznie prawie dwieście kilogramów. Ten ostatni punkt mógł na szczęście zrealizować już będąc w wodzie, dzięki czemu nie czuł na sobie ciężaru jedenastu butli i automatów oddechowych z mieszaninami gazów (nurkował jeszcze wtedy na obiegu otwartym) oraz pięciu samodzielnie zaprojektowanych reflektorów o mocy sto dwadzieścia watów każdy wraz z niezbędnym do ich działania zasilaniem (listę rzeczy do zabrania na wycieczkę do studni uzupełniły: tabele dekompresyjne, przyrządy pomiarowe, kołowrotek z liną, trochę skondensowanego mleka i soku jabłkowego, a także - obowiązkowo - coś do czytania).
"Cechą charakterystyczną odkrywców jest to, że dla skomplikowanych problemów szukają najprostszych rozwiązań". Fot. Irena Stangierska
Kwestia czasu
Schodząc pod wodę, Starnawski miał dokładnie dwadzieścia jeden minut, by zejść na zaplanowaną głębokość - sto siedemdziesiąt pięć metrów. Po tym czasie musiał rozpocząć stopniowe wynurzanie. W razie opóźnienia nie starczyłoby mu bowiem zapasu mieszanki do oddychania, by wytrzymać długie minuty dekompresji, czyli "przyzwyczajania" organizmu do zmiany ciśnienia na kolejnych, sukcesywnie zmniejszanych głębokościach (skomplikowany fizjologiczny proces pozbywania się z krwi rozpuszczonego w niej gazu obojętnego - azotu i helu). Właśnie do tego, by się w tym nie pogubić, niezbędne są tabele dekompresyjne.
Poszło lepiej, niż oczekiwał. Bez problemu zrealizował plan minimum, przezwyciężył objawy zmory nurków - HPNS (Syndrom Neurologicznych Objawów Wysokich Ciśnień występujący na dużych głębokościach; między innymi nudności, wymioty, drgawki, zaburzenia oddechu), a ponieważ zostało mu kilka minut w zapasie, zszedł jeszcze niżej, osiągając ostatecznie głębokość stu osiemdziesięciu jeden metrów.
Nadeszła najwyższa pora, by rozpocząć wynurzanie.
- Niestety, nurkowania głębokie to przede wszystkim czas - mówi Starnawski. - Zejście jest szybkie, ale im głębsze, tym dłuższa potem musi być dekompresja. I to jest bardzo kłopotliwe, nudne, wszystko wtedy doskwiera. Nie ma się co oszukiwać, środowisko wodne nie jest naturalne dla człowieka, więc kiedy przebywamy w nim za długo, czujemy się nie najlepiej. Ale dekompresja jest niezbędna, żeby nie ulec chorobie i w ogóle przeżyć tak głębokie nurkowanie.
Wtedy, w 2000 roku, Starnawski wynurzał się z Hranickiej propasti ponad cztery godziny. Żeby nie skisnąć z nudów, zabrał się za biografię Olivera Stone'a. (Tak teraz mówi, chociaż na filmie, który pokazywał na Kolosach, wyraźnie widać, jak kilka metrów pod powierzchnią wody - gdzie musiał spędzić ostatnią godzinę przed wyjściem ze studni - z uwagą studiuje ABC nurkowania w weekend.) Gdy wreszcie, już na brzegu jeziora, odbierał od kolegów zasłużone gratulacje, wiedział, że do Hranickiej propasti wróci. Tyle że na razie nie był jeszcze technicznie gotowy na zejście niżej.
Dual Rebreather Team. Od lewej: Grzegorz Rutkowski, Irena Stangierska, Marek Klyta. Fot. Irena Stangierska
Od Bikini po Biegun
Lista przedsięwzięć związanych z nurkowaniem oraz eksploracją jaskiń, które Krzysztof Starnawski realizował w ciągu ostatniej dekady, jest równie długa co imponująca. Nurkował we wrakach w Bałtyku i w Morzu Norweskim (wyprawa na spoczywający na głębokości stu metrów ORP "Grom"), dokonując "cudów" i z powodzeniem operując w bardzo niewielkich, ciasnych i zamkniętych przestrzeniach (przeszedł między innymi wrak łodzi podwodnej typu Malutka w Zatoce Gdańskiej). Jako pierwszy człowiek zszedł na dno najgłębszego jeziora w Polsce - Hańczy (sto pięć metrów). W 2006 roku dotarł na biegun północny i wspólnie z Leszkiem Czarneckim (finansistą, twórcą między innymi grupy Getin Holding) dokonał tam pierwszego polskiego nurkowania, efektownie schodząc pod dryfujące pole lodowe (wyróżnienie na Kolosach). Również z Czarneckim, już w znacznie cieplejszych wodach jaskini Dos Ojos, położonej na półwyspie Jukatan w Meksyku, uczestniczył w zakończonej powodzeniem próbie ustanowienia rekordu świata w długości nurkowania jaskiniowego (siedemnaście kilometrów). Nurkował też u wybrzeży Kalifornii, na atolu Bikini i na atolu Truck w Mikronezji oraz w jaskiniach Francji, Włoch, Chorwacji, Syberii, a nawet Australii.
W 2010 roku rozpoczął realizację projektu "Starnawski 360 stopni" (patronat nad przedsięwzięciem objął wydawca serii "360 stopni. Człowiek na krawędzi", specjalizujący się w książkach i filmach o ekstremalnych wyczynach; Olo Sawa, właściciel wydawnictwa Mayfly: "Krzysztof to bardzo szczery i prawdziwy człowiek, szalenie autentyczny w tym, co robi, niezwykły. Przy tym szalenie ambitny. Czasami impulsywny. Współpraca z nim nie przebiegała łatwo, ale mimo trudnych momentów nasza znajomość przetrwała").
Pomysł polegał na połączeniu pod wspólnym szyldem trzech bardzo niekonwencjonalnych wypraw. Celem pierwszej było przetestowanie sprawności podwójnego rebreathera (o tym już za chwilę) na głębokości poniżej dwustu metrów w głębinie Blue Hole w Morzu Czerwonym.
Poszło jak z płatka. Starnawski zszedł na głębokość dwustu dwudziestu dwóch metrów i zaledwie kilka tygodni później ruszył do Meksyku realizować cel numer dwa.
Pod wodą Starnawski nie tylko eksploruje, lecz także czyta. Fot. Irena Stangierska.
Zamknięte oczy
Tym razem chodziło o coś jeszcze śmielszego - próbę odnalezienia podwodnego połączenia pomiędzy dwoma potężnymi systemami zalanych jaskiń na Jukatanie. W meksykańskim stanie Quintana Roo, wielkością porównywalnym do Słowacji, pod powierzchnią (żeby było ciekawiej, w dużej części zarośniętą gęstym, tropikalnym lasem) rozciąga się gigantyczna sieć zalanych tuneli stworzonych przez naturę. Dość powiedzieć, że aż siedem z dziesięciu najdłuższych podwodnych jaskiń świata znajduje się właśnie na, a raczej w, tym skrawku lądu.
Starnawski, zanurzając się w studni The Pit, należącej do sytemu Dos Ojos, chciał znaleźć drogę do zalanej jaskini Blue Abyss wchodzącej w skład innego systemu - Sac Actun. Na powierzchni odległość między nimi to zaledwie pół kilometra, trudno się więc dziwić, że perspektywa podwodnego połączenia okazała się kusząca. Gdyby udało się je odnaleźć, "powstałaby" najdłuższa podwodna jaskinia świata o łącznej długości korytarzy przekraczającej trzysta dziesięć kilometrów.
Jednak ani wtedy, za pierwszym razem, ani w trakcie kolejnych wypraw na Jukatan, podejść to z jednej, to drugiej strony i pomimo cząstkowych sukcesów, jak odnalezienie kilku niezmapowanych wcześniej rozwidleń oraz zacisków, Starnawski nie trafił na połączenie. Pozostały zapierające dech zdjęcia fantazyjnie rozwidlających się korytarzy zalanych przezroczystą wodą oraz pocieszenie w postaci - po pierwsze - nadziei, że jeszcze kiedyś się uda (w 2012 roku systemy zostały co prawda połączone, ale stało się tak wskutek odnalezienia suchego korytarza; w roku 2013 Starnawski kontynuował swoje poszukiwania), po drugie zaś - trzeciego celu badawczego do zrealizowania.
Pełna koncentracja i dbałość o szczegóły to w nurkowaniu sprawa życia i śmierci. Fot. Irena Stangierska
Obieg otwarty / obieg zamknięty
Ale zanim opowiemy krótką historię o tym, jak zostaje się rekordzistą świata przy okazji, najpierw kilka słów o technologii. A potem o ludziach.
Kto wie, co ma większe znaczenie?
Swoje pierwsze rekordowe nurkowania w Hranickiej propasti, te z końca XX wieku, Krzysztof Starnawski wykonywał, korzystając z obiegu otwartego. W dużym uproszczeniu polega on na tym, że nurek oddycha pod wodą mieszaniną gazów z butli, które ma ze sobą (w trakcie przygotowań do nurkowania często zostawia się je też na określonych głębokościach). Ze względu na zwiększone ciśnienie, organizm człowieka przyswaja tam jednak zaledwie jedną czwartą ilości tlenu, którą pobiera. Pozostałą część wypuszcza w postaci bąbelków, wydychając ją wraz z dwutlenkiem węgla oraz azotem. Oznacza to, że marnuje się aż dziewięćdziesiąt pięć procent zasobów znajdujących się w butli. Metoda obiegu otwartego jest względnie bezpieczna, ale uzależnia czas przebywania pod wodą od tego, ile butli ma się do dyspozycji. W przypadku nurkowań bardzo głębokich, wymagających długiej dekompresji, to poważne ograniczenie (stąd tak ciężki bagaż). Bezwzględnemu rekordziście świata w nurkowaniu, Nuno Gomesowi, który swój imponujący rezultat osiągnął w 2005 roku, korzystając właśnie z obiegu otwartego, w zejściu na głębokość trzystu osiemnastu metrów w Morzu Czerwonym musiała asystować ponad setka ludzi.
Rozwiązanie stanowi rebreather - obieg zamknięty. Po co marnować wydychane powietrze, skoro można postarać się je oczyścić z dwutlenku węgla, wzbogacić w tlen i znów nim odetchnąć? Główną zaletą obiegu zamkniętego jest to, że nurek potrzebuje niewiele gazu, by długo przebywać pod wodą; podstawową wadą - że urządzenie bywa zawodne. Sterowane jest za pomocą komputera, a na głębokości, gdzie na wszystko działa olbrzymie ciśnienie, o awarię nietrudno. Od biedy można rebreatherem sterować ręcznie, ale lepiej tego unikać. Ujmując rzecz krótko: łatwo zginąć.
Dual rebreather i inni
Krzysztof Starnawski jest jednym z najlepszych nurków świata nie tylko dlatego, że korzysta z dostępnej aparatury - ale też ją udoskonala. Zachwycony możliwościami rebreathera oraz świadomy jego zawodności, zaczął kombinować, co zrobić, by na obiegu zamkniętym dało się nurkować bezpieczniej.
Tak powstał podwójny rebreather (czy raczej - jego podwójny rebreather, bowiem trzydzieści lat przed Starnawskim w podobnym kierunku eksperymentował niemiecki nurek Jochen Hasenmayer).
- Bez niego wiele byśmy nie zdziałali. Całość składa się z elementów, które są znane od dawna, nasza zasługa tylko w tym, że udało nam się je tak połączyć, że stworzyliśmy urządzenie dające dwa razy większe możliwości i doskonale sprawdzające się w trakcie nurkowań głębokich - tłumaczy Starnawski. - Oczywiście wymagało to wielu prób w bardzo różnych warunkach, za to teraz jesteśmy z niego naprawdę zadowoleni.
- System wymyślony przez Krzysztofa jest dopracowany do perfekcji, on go ulepszał latami - uzupełnia Jamkowski. - Pozwala przesuwać granice eksploracji w sposób maksymalnie bezpieczny.
Dual rebreather to nic innego jak dwa rebreathery zintegrowane tak, by stanowiły możliwie małą, kompaktową i przyjazną dla nurka całość oraz, w razie potrzeby, mogły działać niezależnie od siebie. Coś jak zapasowy spadochron dla skoczka.
- Rebreathery to duże i nieporęczne urządzenia. Sztuka polegała na zespoleniu ich w ten sposób, żeby dało się tego wygodnie używać. Zrobiliśmy sprzęt, który jest funkcjonalny, i nauczyliśmy się go obsługiwać pod wodą. Podwójny rebreather to nowy kierunek w nurkowaniu. Jest naszym wkładem w rozwój tej dyscypliny - przekonuje Starnawski.
Używa liczby mnogiej, bo w nurkowaniu eksploracyjnym równie ważnym czynnikiem, co sprawdzony sprzęt, są ludzie, na których można polegać. Od kilku lat laureat Kolosa 1999 jeździ na swoje wyprawy najczęściej w tym samym składzie. Skromnym, ale doskonale się uzupełniającym. Lubi działać w małych grupach złożonych z osób, które się lubią, rozumieją i odnoszą do siebie z szacunkiem. Dual Rebreather Team tworzy, oprócz lidera, troje jego byłych kursantów: Irena Stangierska, Marek Klyta oraz Grzegorz Rutkowski.
Krzysztof Starnawski w Hranickiej propasti, czerwiec 2012 roku. Fot. Irena Stangierska
Hranická propast (II)
To właśnie oni towarzyszyli Starnawskiemu, kiedy ustanawiał rekord świata. A było tak:
- Trenując przed powrotem do Hranickiej propasti, musiałem przećwiczyć bardzo głębokie nurkowanie z użyciem podwójnego rebreathera - opowiada nurek. - Chodziło o ustalenie, jak sobie poradzimy - i ja, i sprzęt - w przedziale pomiędzy dwieście pięćdziesiąt a trzysta metrów. Ciepłe wody Morza Czerwonego nadają się idealnie do tego typu przedsięwzięć, bo łatwo tam dotrzeć, warunki są komfortowe, a logistyka nie przedstawia wielkich trudności. Co prawda takie nurkowania mniej cieszą niż jaskiniowe, no ale przecież muszę gdzieś ćwiczyć.
W listopadzie 2011 roku, schodząc pod wodę nieopodal kurortu Dahab, Krzysztof Starnawski po zaledwie dziewięciu minutach od zanurzenia dotarł na dno - na głębokość dwustu osiemdziesięciu trzech metrów. Tym samym o trzynaście metrów poprawił dotychczasowy rekord świata w nurkowaniu na obiegu zamkniętym, ustanowiony w 2004 roku przez Australijczyka Davida Shawa w słynnej południowoafrykańskiej jaskini Boesmansgat. Dekompresja zajęła mu dziewięć godzin.
- Oczywiście, kiedy już muszę zejść tak głęboko, lepiej przy okazji pobić jakiś rekord, ale nie to było głównym celem mojego nurkowania w Egipcie - przekonuje.
A co?
Niezmiennie: eksploracja.
W styczniu 2012 roku Starnawski uznał, że jest wreszcie gotowy do tego, by wrócić na Morawy. Po dwunastu latach przerwy znowu zanurzył się w kwaśnej wodzie, którą wypełniona jest Hranická propast.
Na dzień dobry poprawił swój rekord Polski, zszedł na głębokość stu dziewięćdziesięciu sześciu metrów i dostrzegł, że zaledwie kilka metrów niżej, na dnie głównej studni, znajduje się wąskie przejście, dające nadzieję na dotarcie jeszcze dalej w głąb jaskini. W czerwcu przecisnął się przez ten korytarz, potwierdził swoje przypuszczenia, a także po raz kolejny poprawił rekord Polski (do dwustu siedemnastu metrów). I wreszcie w październiku - dotarł do głębokości dwustu dwudziestu trzech metrów, równocześnie sondując dno studni, która otwarła się za zaciskiem, czyniąc z niej drugą najgłębszą znaną podwodną jaskinię świata.
Można być pewnym, że na tym nie poprzestanie.
Jaskinia Minotauro w Meksyku, listopad 2010 roku. Fot. Irena Stangierska
Pozory
- On sprawia wrażenie takiego luzaka, nawet bałaganiarza, jakby wszystko olewał, niczego nie traktował poważnie - mówi Marcin Jamkowski. - Bo chodzi zawsze na sportowo, w polarach, ma taki sposób bycia. Przez to ludzie, którzy go nie znają, nie doceniają go. Ale niewiele trzeba, żeby się przekonać, jakiego kalibru to facet: z jak ogromną wiedzą, z jakim doświadczeniem, z jakimi pomysłami.
- Może się wydawać gburowaty, grubo ciosany, jakby nie miał zbyt wiele do powiedzenia - uzupełnia Olo Sawa. - Ale to tylko otoczka twardego, muskularnego mężczyzny. Jego przemyślenia na temat tego, czym się zajmuje, są niezwykle interesujące. Krzysztof napisał przedmowy do kilku wydanych przez nas książek. To są naprawdę mądre, trafiające w sedno teksty.
Presja, czyli lepiej płacić samemu
Na koniec wróćmy jeszcze do Fransa Cronje i tego, że nurkowań na głębokość poniżej dwustu pięćdziesięciu metrów tak naprawdę nie powinniśmy popierać, a potem do popularności (czy raczej jej braku).
Starnawski za podporządkowanie życia swojej pasji płaci wysoką cenę. Jest człowiekiem odpowiedzialnym, dlatego - z wyboru - nie założył rodziny.
- Na pewno muszę się liczyć z tym, że w trakcie nurkowania coś pójdzie nie tak i ulegnę wypadkowi. Nawet śmiertelnemu. To jest wpisane w ten sport, tym bardziej przy głębokich nurkowaniach. Z drugiej strony, kiedy mam do wykonania rzeczywiście trudne zadanie, mocniej się koncentruję. Problemy zdarzają mi się raczej podczas treningów, w trakcie zupełnie banalnych nurkowań. Bo kiedy schodzę głęboko, jestem skupiony, dobrze przygotowany, mam przy sobie świetny zespół, gotowy do tego, by w razie potrzeby mi pomóc, czuję się dość pewnie. I na razie wszystko się udaje. Ale oczywiście liczę się z tym, że może zdarzyć się sytuacja, z której nie wyjdę cało.
- Wielu ludzi patrzy na niego i mówi: wariat. Ale on nie jest wariatem, ryzyko ma bardzo dobrze skalkulowane - przekonuje Marcin Jamkowski, który wielokrotnie towarzyszył Krzysztofowi w ekspedycjach. - On kocha życie, nie jest typem straceńca. Nieraz mu mówię, że dożyje stu czterech lat i umrze na katar we własnym łóżku.
Starnawski nie ma jednak nie tylko żony, ale także stałego sponsora.
- Krzysiek nie zabiega o sponsorów i wydaje mi się, że postępuje tak świadomie - stwierdza Janusz Janowski. - Jeśli opowiada o swoich wyprawach, to dopiero gdy zakończą się powodzeniem. Nie lubi rozgłosu przed. Nie chce czuć presji ani spełniać niczyich oczekiwań. Gdyby wiedział, że brak rekordu podczas jakiejś próby zostanie odebrany jako porażka, mógłby popełnić jakiś błąd i zginąć. Chwila dekoncentracji i po wszystkim. Przy tej skali trudności wiele nie trzeba.
Jak widać, system się sprawdza.
Podobnie jak podwójny rebreather.
Przekrój i historia eksploracji Hranickiej propasti. Autor: David Cani, uzupełnienie: Irena Stangierska i Krzysztof Starnawski. Źródło: www.hranickapropast.cz / www.dualrebreather.com
*
Krzysztof Starnawski
Rocznik 1968, ratownik TOPR. Kolosa 1999 otrzymał za ustanowienie polskiego rekordu głębokości w nurkowaniu jaskiniowym (sto trzydzieści trzy metry w jaskini Hranická propast na Morawach), rok później poprawił wynik do głębokości stu osiemdziesięciu jeden metrów, za co otrzymał wyróżnienie w kategorii "Wyczyn roku". W ten sam sposób Kapituła Kolosów uhonorowała go również za osiągnięcia z lat 2006 (wspólnie z Leszkiem Czarneckim dokonali pierwszego polskiego nurkowania na biegunie północnym, schodząc pod dryfujące pole lodowe) i 2011 (rekord świata w nurkowaniu na obiegu zamkniętym - dwieście osiemdziesiąt trzy metry, zatoka Akaba, Egipt).
*
Wiertarka w kombinezonie (opowiada Marcin Jamkowski)
- Cechą charakterystyczną odkrywców jest to, że dla skomplikowanych problemów szukają najprostszych rozwiązań. Bo są najskuteczniejsze i najmniej zawodne. Krzysiek też to ma, jest niesłychanie kreatywny. Podam przykład. Długotrwałe, wielogodzinne dekompresje są uciążliwe i męczące. Żeby nieco zmniejszyć dyskomfort, czasem używa się tak zwanego habitatu. W skrócie: jest to opuszczony do wody, odwrócony do góry nogami namiot wypełniony powietrzem, do którego wpływa się pod koniec nurkowania, by spędzić w nim ostatnie godziny dekompresji. Będąc w środku, można wyjąć z ust aparat oddechowy i trochę odpocząć. Problem polega na tym, jak zakotwiczyć taką instalację, która ma przecież ogromną wyporność. Najprościej byłoby to zrobić z użyciem spitów, kołków rozporowych, takich, jakie stosuje się we wspinaczce przy zakładaniu stanowisk asekuracyjnych, ale - znowu - jak wbić takiego spita w ścianę jaskini? Nawet na powierzchni kosztuje to sporo czasu i wysiłku, a co dopiero pod wodą. Więc Krzysiek wymyślił: trzeba wziąć wiertarkę! No ale jak? Wiertarkę pod wodę? Kombinował, sprawdzał, testował, aż w końcu wymyślił: wodoszczelne opakowanie. Zaprojektował je, poszedł do producenta i powiedział: "Uszyj mi coś takiego. Tu ma być suwak gazoszczelny, tu wyjście na ośkę, tu coś jeszcze". I on mu to zrobił. Krzysiek zabrał ubraną w kombinezon wiertarkę pod wodę i ona działa. Nakręcił film, jak jej używa. Ludzie nie mogli uwierzyć, oczy wychodziły im z orbit.
Hranická propast (III)
Projekt eksploracji podwodnej jaskini Hranická propast, który w roku 2014 zamierza kontynuować Krzysztof Starnawski, otrzymał niedawno mocne wsparcie w postaci grantu przyznanego przez Global Exploration Fund, fundację działającą pod egidą National Geographic Society (począwszy od roku 2012 przedstawicielki NGS, Camilla Hansen i Rebecca Martin, poszukujące wartościowych, godnych wsparcia przedsięwzięć eksploracyjnych, stale goszczą w Gdyni podczas Kolosów). Oznacza to, że Starnawskiemu nie tylko będzie łatwiej sfinansować realizację planu lepszego poznania - być może - najgłębszej jaskini świata (przypomnijmy, że do Pozzo del Mero we Włoszech brakuje jej tylko dziewiętnastu metrów) i próby ustanowienia tam rekordu świata w nurkowaniu, ale też o konsekwentnie eksplorowanej przez niego od kilkunastu lat studni pod Ołomuńcem zrobi się głośno na całym świecie.
Niby proste pytanie. Jeśli ktoś był, widział i poczuł tę atmosferę, najzwyczajniej wie, nie ma o czym mówić, sprawa oczywista.
A jeśli nie? Zacznijmy może od definicji.
Po pierwsze: Kolosy to nazwa pierwszych polskich nagród za dokonania eksploracyjne przyznawanych corocznie, począwszy od marca 2000 roku.
Po drugie: Kolosy to nieoficjalna, ale powszechnie używana nazwa Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów, największej w Europie imprezy podróżniczej, która każdego marca odbywa się w Gdyni. Jej organizatorami są Urząd Miasta Gdynia i agencja MART z Krakowa. Trwa trzy dni, podczas których od rana do wieczora w ogromnej hali, mogącej pomieścić równocześnie nawet cztery tysiące widzów, zaadaptowanej tak, by pełniła również funkcję sali kinowej, odbywają się prezentacje (relacje, pokazy zdjęć oraz filmów) najciekawszych podróżniczych dokonań minionego roku kalendarzowego. Uzupełnieniem pokazów są liczne wydarzenia towarzyszące: wystawy zdjęć, seminaria specjalistyczne, spotkania z autorami książek czy targi sprzętu outdoorowego. Kulminacyjny punkt programu to zawsze ceremonia wręczenia nagród.
Po trzecie: I tu pojawia się trudność.
Bo Kolosy to również instytucja. Albo - ten termin będzie bardziej odpowiedni - marka, pod którą realizowanych jest wiele różnorodnych działań, których nadrzędny cel to popularyzacja niekomercyjnej działalności eksploracyjnej, a także integracja polskiego środowiska podróżniczego. Pod szyldem Kolosów działa strona internetowa, odbywają się spotkania z podróżnikami, a niedawno - na przykład - zorganizowana została debata o przyszłości polskiego himalaizmu.
Przede wszystkim jednak Kolosy to ludzie.
Może i brzmi to jak egzaltowany slogan, ale co na to poradzić. To ludzie są w całym tym przedsięwzięciu najważniejsi. I właśnie dlatego - chcąc opowiedzieć o piętnastu latach istnienia Kolosów - trzeba mówić o ludziach. To najlepszy sposób, by zbliżyć się do prawdy.
Tych, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej o historii Kolosów, ich genezie i kolejnych fazach rozwoju, odsyłamy od razu do rozmowy z Januszem Janowskim, znajdującej się na końcu książki.
Tym zaś, którzy informacje wolą sobie dozować, proponujemy - nim rozpoczną lekturę piętnastu historii na piętnastolecie - szybki przegląd najważniejszych pojęć dotyczących Kolosów.
Kolosy (nagrody)
Honorowe nagrody przyznawane dorocznie przez Kapitułę Kolosów za dokonania zrealizowane (ukończone) w trakcie roku poprzedzającego werdykt. A zatem, przykładowo, Kolosy 2006 to nagrody przyznane podczas imprezy odbywającej się w marcu 2007 za osiągnięcia roku 2006.
Kapituła, którą od roku 2010 wspiera ciało doradcze, Rada Kolosów, nagradza osiągnięcia w pięciu równorzędnych kategoriach: "Podróże", "Żeglarstwo", "Alpinizm", "Eksploracja jaskiń" oraz "Wyczyn roku". Jedynym organizatorem Nagrody Kolosy jest MART.
Super Kolos
Honorowa nagroda przyznawana co roku przez Kapitułę Kolosów za całokształt osiągnięć lub w uznaniu wybitnego historycznego dokonania zespołowego, zazwyczaj w jego rocznicę.
Kapituła Kolosów
Stałe gremium, w skład którego wchodzą osoby cieszące się autorytetem w środowisku podróżniczym (więcej: strona 320).
Kolosy (przyznawanie nagród)
Kolosy wręczane są zawsze w marcu (wyjątkiem był rok 2002, gdy ceremonia odbyła się w kwietniu). W trakcie trzech pierwszych edycji Kolosów wybór laureatów był dwuetapowy. Kandydaci do nagród najpierw prezentowali swoje dokonania podczas Ogólnopolskich Spotkań Podróżników w Gdyni, następnie Kapituła wybierała najlepsze z nich i w ostatni dzień Spotkań ogłaszała nominacje do Kolosów w poszczególnych kategoriach. Nominacja miała rangę wyróżnienia, sami nominowani zaś otrzymywali zaproszenie do udziału w finale Kolosów. Pierwszy odbył się w Wieliczce, dwa kolejne w Krakowie. Każdy składał się z prelekcji osób nominowanych, posiedzeń Kapituły i ceremonii wręczenia statuetek.
Począwszy od Kolosów 2002, finał odbywa się w Gdyni, w ostatni dzień Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów, Kapituła wybiera zaś od razu zwycięzców i wyróżnionych.
Nagroda specjalna Kolosów
Honorowa nagroda, którą Kapituła Kolosów wręcza co roku (począwszy od edycji za rok 2004) w uznaniu dorobku lub dokonań ważnych dla środowiska podróżniczego, a wykraczających poza kategorie, w których przyznawane są Kolosy.
Nagrody publiczności
Honorowe nagrody za najlepszą prezentację oraz najlepszą fotografię towarzyszącej Kolosom wystawy FotoGlob, przyznawane w głosowaniu publiczności (począwszy od edycji za rok 2003).
Nagroda dziennikarzy
Honorowa nagroda przyznawana niezależnie od werdyktów Kapituły Kolosów w głosowaniu dziennikarzy akredytowanych podczas finału imprezy (po raz pierwszy w edycji za rok 2000).
Nagroda im. Andrzeja Zawady
Nagroda połączona z grantem w wysokości piętnastu (początkowo dziesięciu) tysięcy złotych, fundowanym przez prezydenta Gdyni z przeznaczeniem na organizację wyprawy dla osoby lub osób wybranych przez Kapitułę spośród kandydatów, którzy zgłoszą projekt ciekawego i ambitnego przedsięwzięcia, wykażą się obiecującym dorobkiem i nie przekroczyli określonego wieku (początkowo było to dwadzieścia sześć lat, potem trzydzieści, dziś trzydzieści pięć). Po raz pierwszy nagrodę - wraz z grantem - przyznano 24 lutego 2002 roku. Wręczają ją zawsze prezydent Gdyni oraz Anna Milewska, wdowa po Andrzeju Zawadzie.
Statuetki
Laureaci Kolosów otrzymują statuetki przedstawiające postaci nawiązujące wyglądem do słynnych Moai, posągów z Wyspy Wielkanocnej. Podczas pierwszej ceremonii wręczenia nagród, która odbyła się w kopalni soli w Wieliczce, statuetki wykonano z soli. Przed drugą edycją wykonano je z kamienia według projektu studentów krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ustalony wtedy wzór Kolosa, z niewielkimi poprawkami, stosowany jest do dzisiaj.
Każda statuetka Kolosa jest rzeźbiona ręcznie, a więc niepowtarzalna. Od wielu lat wytwarza je ten sam krakowski kamieniarz. Materiał, z którego są wykonane, to porfir - skała pochodzenia wulkanicznego, podobnie jak tuf, z którego powstały Moai - w średniowieczu stosowany do produkcji posągów i kolumn (między innymi w rzymskim panteonie i w Hagii Sophii). Po wypolerowaniu nabiera charakterystycznego koloru (coś pomiędzy purpurą a fioletem). "Zwykły" Kolos waży 6,3 kilograma, Super Kolos - prawie dziesięć.
II Ogólnopolskie Spotkania Podróżników
(nominacje do Kolosów za lata 1998-1999)
25-27 lutego 2000 roku
Gdynia, WTC Gdynia-Expo
Finał Kolosów 1999
17-18 marca 2000 roku
Wieliczka, Kopalnia Soli
Pewnie mało kto wie, że niewiele brakowało, a podczas pierwszej edycji Kolosów nie stawiłby się na niej jej, być może, najważniejszy uczestnik. Dla już wtedy bardzo poważnie chorego Andrzeja Zawady koniec zimy roku 2000 był czasem niezwykle intensywnym. Oczywiście, nie aż tak jak dwadzieścia lat wcześniej, ale za to z tego samego powodu. 17 lutego minęła okrągła rocznica jednego z najważniejszych osiągnięć w historii himalaizmu - pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest. W 1980 roku na wierzchołku stanęli Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki, uczestniczący w narodowej wyprawie kierowanej przez Andrzeja Zawadę.
Po dwudziestu latach miło było wrócić pamięcią do tamtych wydarzeń. W połowie marca Zawadę zaproszono na rocznicową imprezę do Karpacza. O Kolosach, mówiąc bez ogródek, zapomniał. Zreflektował się w ostatnim momencie. Obiecał, że będzie, więc inna możliwość w ogóle nie wchodziła w rachubę. Wziął taksówkę.
Kurs z Karpacza do Wieliczki kosztował pięćset złotych.
Niestety pierwszy raz na Kolosach był dla legendarnego kierownika wypraw wysokogórskich również ostatnim (choć wziął jeszcze udział w jednym posiedzeniu Kapituły, które odbyło się w Warszawie). Andrzej Zawada zmarł na nowotwór kilka miesięcy później, w sierpniu 2000 roku. Miał siedemdziesiąt dwa lata.
*
Jacek Fluder
(wspólnie z Januszem Gołąbem i Stanisławem Piecuchem laureat Kolosa 1999 w kategorii "Alpinizm")
Nagroda sprawiła nam olbrzymią satysfakcję. Szkoda tylko, że nie miała bezpośredniego przełożenia na większą skuteczność rozmów z potencjalnymi sponsorami. Ale może się to zmieni, kiedy impreza utrwali się w świadomości ludzi. Jest szansa, że mniej dziś znane dyscypliny staną się bardziej popularne.
(Rok później, tym razem po otrzymaniu na Kolosach wyróżnienia, alpiniści podpisali umowę sponsorską z dużą firmą.)
*
Pierwsza edycja Kolosów i od razu pierwsza nagroda dla Andrzeja Ciszewskiego. W kolejnych latach najwybitniejszy polski grotołaz otrzymał jeszcze siedem wyróżnień, aż wreszcie, w roku 2010, Kapituła uhonorowała go Super Kolosem. Nikt nie był nagradzany podczas Kolosów częściej od niego.
Andrzej Ciszewski (fot. Michał Ciszewski)
Kolos w kategorii "Eksploracja jaskiń" 1999
Wyróżnienie w kategorii "Eksploracja jaskiń" 2001
Wyróżnienie w kategorii "Eksploracja jaskiń" 2002
Wyróżnienie w kategorii "Eksploracja jaskiń" 2003
Wyróżnienie w kategorii "Eksploracja jaskiń" 2004
Wyróżnienie w kategorii "Eksploracja jaskiń" 2005
Wyróżnienie w kategorii "Eksploracja jaskiń" 2006
Wyróżnienie w kategorii "Eksploracja jaskiń" 2008
Super Kolos 2009
PODZIEMNA KREACJA
- Wyliczając poszczególne osiągnięcia, łatwo jest zgubić to, co najważniejsze, widoczne tylko z perspektywy czasu, a ta ukazuje Andrzeja jako najwybitniejszego w minionym półwieczu, ciągle aktywnego polskiego taternika i alpinistę jaskiniowego. Co więcej, jednego z najwybitniejszych na świecie - mówił w marcu 2010 roku w laudacji wygłoszonej z okazji przyznania Andrzejowi Ciszewskiemu Super Kolosa Maciej Kuczyński. W mało czyich ustach takie słowa brzmiałyby wiarygodniej.
Kuczyński to legenda. Współtworzył taternictwo jaskiniowe, uczestniczył w najważniejszych odkryciach największych jaskiń w Tatrach, w roku 1966 kierował polską wyprawą, która zeszła na dno najgłębszej wówczas jaskini świata, Gouffre Berger we Francji. Przez długi czas był niekwestionowanym liderem polskiego ruchu jaskiniowego. W latach osiemdziesiątych schedę po nim przejął właśnie Ciszewski.
Wartość utylitarna
- Czy chodzenie po jaskiniach to sport ekstremalny? Dla mnie prawdziwie ekstremalny wyczyn to bezpieczne przejechanie samochodem z Krakowa do Tarnowa - mówił jeszcze kilka lat temu późniejszy laureat Super Kolosa. Od tego czasu trochę się pozmieniało, między miastami zbudowano autostradę, ale Ciszewski bezdyskusyjnie wciąż jest numerem jeden w swojej dziedzinie.
Co to za dziedzina?
Efektowna? Nie bardzo. Zyskowna? Też nie. W ogóle sprawiająca wrażenie dość niepoważnej. Wczołgiwanie się do dziur w ziemi czy do otworów w skałach. Błoto, woda, ciemno, zimno. Czasem coś spadnie na głowę.
- Wbrew pozorom ze społecznego punktu widzenia to, co robimy w jaskiniach, ma większą wartość użytkową niż, nie przymierzając, działalność wspinaczkowa w górach. Po pierwsze, przyczyniamy się do lepszego poznania świata, przede wszystkim w zakresie geologii i hydrologii. Po drugie, doskonalimy tak zwane techniki alpinistyczne. To, co często określa się tym mianem i jest wykorzystywane podczas prac wysokościowych, przez straż pożarną czy wojsko, to tak naprawdę techniki jaskiniowe, wypracowane przez grotołazów. Dzięki nim w iluś sferach życia udało się osiągnąć postęp - przekonuje Ciszewski.
Popularności jednak raczej to nie przysparza. Ludzie nawet nie wiedzą, że mogliby być komuś wdzięczni, a co dopiero, że komuś konkretnie.
- Dominuje działalność zespołowa, na gwiazdorstwo nie ma miejsca. Nie zostałem celebrytą, ale ani mnie, ani chyba nikomu, kto działa w jaskiniach, taka sytuacja specjalnie nie przeszkadza.
Radosny żywot
Andrzej Ciszewski jest pogodnym i - to się rzuca w oczy - zadowolonym z życia mężczyzną. Wychowywał się w starej leśniczówce w Puszczy Sandomierskiej, gdzie jego dziadek był leśniczym. Nie znosi dużych miast, źle się czuje w Warszawie, mieszka pod Krakowem, a jego ulubiona stolica to Muskat (piękne biało-zielone miasto, żadnej wysokiej zabudowy). Pewny siebie, ale w ujmujący, nienachalny sposób, z poczuciem humoru i dystansem do własnej osoby. Siwa broda zdradza, że jest już po sześćdziesiątce (chociaż świeżo), ale pewnie niejeden młodszy od niego, chcąc się z nim zmierzyć w takiej czy innej fizycznej konfrontacji, mógłby się srodze przejechać.
- Kręgosłup nawala, stawy też, nie ma się co oszukiwać, wiek ogranicza, ale w skale wciąż jestem w stanie przejść szóstkową drogę.
Uczestniczył w około stu wyprawach, większością z nich kierował. Działał w kilku tysiącach jaskiń, nie pamięta, w ilu dokładnie. W każdym razie na całym świecie: w Tatrach, Alpach, północnej Afryce, Meksyku, USA, Chinach, Patagonii, Iranie, na Półwyspie Arabskim, Wyspie Wielkanocnej. Jak sam mówi, gdyby zsumować tygodnie i miesiące strawione na zmaganiach z naturą, wyszłoby, że we wnętrzach rozmaitych górskich masywów spędził dobrych kilka lat, i to nie dwa albo trzy.
Piętrowy korytarz w jaskini Laizi D?ng, Hubei, Chiny. Fot. Michał Ciszewski
A wszystko zaczęło się ponad czterdzieści lat temu, podręcznikowo.
- Najpierw to była oczywiście tylko zabawa, głównie w skałkach podkrakowskich - wspomina. - Z grupą przyjaciół od początku liceum jeździliśmy na biwaki, prowadziliśmy bardzo radosny żywot. Zaczynaliśmy od wspinaczki na sznurach do bielizny, z czasem przybrało to formę bardziej zaawansowaną. Trafiliśmy do Krakowskiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego, ukończyliśmy kurs i rozpoczęliśmy poważną działalność.
Pierwszą jaskinią, do której wszedł Andrzej, była Wierzchowska Górna w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, jedna z najładniejszych jaskiń w okolicach Krakowa. Ale nie od samego początku było jasne, że Ciszewski poświęci się właśnie speleologii.
- Wtedy jeszcze działałem równolegle: chodziłem po jaskiniach i wspinałem się w skałkach. Za jaskiniami przeważyło, że są bardziej tajemnicze. Poza tym szybko wciągnęła mnie eksploracja. W jaskiniach jest znacznie więcej niż w górach możliwości poznawania rzeczy zupełnie nowych. Ta działalność jest dla mnie bardziej kreatywna - mówi.
W dodatku zdarzają się takie momenty:
- Eksplorowaliśmy jedną z jaskiń w Alpach. Po pokonaniu bardzo długiej trasy zjeżdżałem jako pierwszy niewielkim ciągiem wodnym obok kilkunastometrowego wodospadu. Nie było słychać echa, więc nie wiedziałem, dokąd spada woda. Myślałem, że do jakiejś bardzo głębokiej studni. Tymczasem nagle zobaczyłem, że znajduję się nad piękną zieloną tonią. Okazało się, że wodospad kończy się w majestatycznie płynącej podziemnej rzece. Coś wspaniałego.
Galeria Srebrnej Wody, jaskinia Feichtnerschachthöhle, Kitzsteinhorn, Austria. Fot. Michał Ciszewski
Droga na dno
Ciszewski bardzo szybko zdobył uznanie w środowisku. Był prekursorem wprowadzenia w Polsce nowoczesnych i do dziś wykorzystywanych technik linowych poruszania się po jaskiniach (technika odcinkowa). Ich zastosowanie pozwoliło na szybkie pokonywanie dystansów w jaskiniach w małych zespołach, co w efekcie pchnęło polską speleologię na nowe tory i dało podwaliny pod jej późniejsze sukcesy.
W latach siedemdziesiątych zasłynął błyskawicznymi i świetnymi stylowo przejściami trudnych jaskiń tatrzańskich (między innymi Ptasiej Studni, Bandziocha Kominiarskiego, Wielkiej Litworowej), z sukcesami prowadził też eksplorację takich systemów jak Czarna, Za Siedmiu Progami czy Jaskinia Kozia. Od połowy dekady zaczął ponadto - najpierw jako uczestnik, następnie w roli kierownika - brać udział w wyprawach poza granice Polski, co wkrótce zaowocowało kolejnymi świetnymi rezultatami. W roku 1980 zespół kierowany przez Ciszewskiego w najgłębszej wówczas jaskini świata, Reseau Jean Bernard w Alpach Sabaudzkich, dokonał pierwszego przejścia od najwyższego otworu do syfonu końcowego, osiągając głębokość tysiąca trzystu sześćdziesięciu pięciu metrów.
Harmonia sfer
Tryb życia polegający na spędzaniu co najmniej kilku miesięcy w roku na górskich wyprawach nie mógł nie odcisnąć piętna na życiu zawodowym i rodzinnym Ciszewskiego.
I odcisnął. Zbawienny.
- Uznałem, że muszę osiągnąć niezależność ekonomiczną, to był mój cel - wyjaśnia z zawodu chemik. - Samo zarabianie pieniędzy nigdy nie było dla mnie najważniejsze.
Już w 1982 roku założył przedsiębiorstwo zajmujące się wykonywaniem robót górniczych i wysokościowych i podejmował się realizacji między innymi remontów szlaków górskich oraz tras turystycznych w jaskiniach. Wykonuje też zlecenia wymagające skomplikowanych prac w kopalniach i kamieniołomach, a zakres usług świadczonych przez jego firmę jest bardzo szeroki. W ostatnich latach Ciszewski, między innymi, remontował kopiec Kościuszki w Krakowie oraz wzmacniał konstrukcję krzyża znajdującego się na Giewoncie.
Ponadto od początku lat dziewięćdziesiątych zajmuje się dystrybucją specjalistycznego ekwipunku wysokogórskiego i jaskiniowego. Tę działalność rozpoczął wspólnie z Januszem Śmiałkiem, również wybitnym grotołazem i kierownikiem wielu wypraw, głównie do jaskiń Francji. Podczas tych wyjazdów Śmiałek zaprzyjaźnił się z wielkim francuskim speleologiem i producentem sprzętu jaskiniowego Fernandem Petzlem, który następnie pomógł mu i Ciszewskiemu otworzyć polskie przedstawicielstwo swojej firmy (Janusz Śmiałek zginął tragicznie w Tatrach w 1997 roku).
Partie King-Kong jaskini Lamprechtsofen, Leoganger Steinberge, Austria. Fot. Michał Ciszewski
- Zatrudniam w firmach około setki ludzi - mówi Ciszewski. - Pewnie, że nie jest łatwo zarządzać wszystkim na odległość, ale skompletowałem dobrą ekipę i jakoś to hula. Udało mi się całość zorganizować w taki sposób, by prowadzenie biznesu dawało mi wolność finansową, a równocześnie nie przeszkadzało w mojej pasji.
A co z rodziną?
- Na pewno stanowimy swego rodzaju ewenement. Nie znam podobnego przypadku.
Ewa Wójcik to jedna z najbardziej cenionych w środowisku kobiet eksplorujących jaskinie. W wyprawach bierze udział od końca lat siedemdziesiątych. Ma na koncie wiele znakomitych przejść w podziemnych systemach w Europie i w Ameryce Południowej, w tym pierwsze kobiece zejście na dno Gouffre Jean Bernard (ówczesny rekord świata). Z Andrzejem są razem od ponad trzydziestu lat.
- Ewa wciąż jest w takiej formie, że wielu młodych facetów ma problem, żeby wytrzymać jej tempo - mówi z dumą Ciszewski.
Ale para to mało. Jest jeszcze Michał.
- Ma w tej chwili dwadzieścia pięć lat i śmiało można go zaliczyć do najbardziej doświadczonych grotołazów w Polsce. Zarówno ze względu na staż wyprawowy, jak i liczbę sytuacji, w jakich musiał sobie poradzić.
Syn Ewy Wójcik i Andrzeja Ciszewskiego, dziś obiecujący młody naukowiec, doktorant w dziedzinie mechatroniki, jeździł na wyprawy z rodzicami od dziecka. Swoje pierwsze kroki stawiał w górach, umiejętność samodzielnego chodzenia doskonalił, mając półtora roku, w Alpach.
- Mamy świetne relacje, nigdy nie było między nami rywalizacji - zapewnia ojciec. - Przez to, że razem z Ewą wszędzie zabieraliśmy go ze sobą, mogliśmy mu poświęcać mnóstwo czasu, teraz to procentuje.
Na wyprawy jeździ się jednak przecież między innymi po to, żeby choć na chwilę wyrwać się z domu. A tu co? Wszędzie razem.
- Wiadomo, różnie z tym bywa. Ale jeśli wszyscy w rodzinie robią coś, co naprawdę jest ich pasją, wtedy wygląda to chyba trochę inaczej. Poza tym my, mimo wszystko, gdy już jesteśmy w górach, potrafimy się odciąć od codzienności.
Życie jako zbieg okoliczności
Oczywiście za przywilej rodzinnych wycieczek na dna jaskiń od czasu do czasu trzeba zapłacić określoną cenę.
- W ubiegłym roku podczas trudnej eksploracji w Chinach doszło do obrywu. Byłem wtedy na głębokości stu metrów. Ze stropu poleciało kilka, może kilkanaście ton skały, ogromne płyty. Huk, jakby tuż nad głową przeleciał odrzutowiec. Na dole znajdowali się wtedy moja Ewa i Michał, przez długą chwilę nie wiedziałem, czy żyją. Niewiele brakło. Syn potem obliczył, że te płyty musiały spadać z prędkością dwustu pięćdziesięciu-trzystu kilometrów na godzinę. Byliby bez szans. - I dodaje: - Sam zresztą też miałem niejedną taką historię. To, że w ogóle żyję, to jest jakiś zbieg okoliczności. Czasami się dziwię.
Ryzyko jest związane z działalnością jaskiniową w sposób nieunikniony, ale można sporo zrobić, by je zminimalizować.
- Speleologia to zajęcie dla ludzi wytrwałych. Trzeba być odpowiednio przygotowanym fizycznie oraz psychicznie i mieć dobrą koordynację. No i nic się tak nie przydaje jak doświadczenie. Jeśli ktoś po roku uważa, że potrafi chodzić po jaskiniach, to jest w dużym błędzie. Żeby naprawdę poczuć, o co w tym chodzi, potrzeba czasu.
Przydaje się też coś w rodzaju talentu albo intuicji. Niezbędna jest także umiejętność współpracy z ludźmi. Bo w jaskiniach wszystkie naprawdę istotne osiągnięcia to efekt wysiłku wieloosobowych zespołów.
- Każdy z nas od czasu do czasu wchodzi do jaskiń solo, a odrobina rywalizacji się przydaje, bo pozytywnie wpływa na doskonalenie umiejętności, ale celem podstawowym musi być eksploracja. Inaczej to nie ma sensu - ucina Ciszewski.
Co nie znaczy, że rekordy nie są w cenie.
Zjazd klifami pola lawowego Roiho, Wyspa Wielkanocna, Chile. Fot. Ewa Wójcik
Gra bez końca
Szczególnie taki jak ten, który padł w 1998 roku w Lamprechtsofen w Alpach Salzburskich, ulubionej jaskini Andrzeja Ciszewskiego.
Po dwudziestu pięciu latach wytrwałej eksploracji jej korytarzy kierowany przez niego zespół osiągnął głębokość tysiąca sześciuset trzydziestu dwóch metrów, o trzydzieści metrów bijąc dotychczasowy rekord świata, należący do Francuzów, dominujących w tej konkurencji od końca lat czterdziestych.
Eksploracja jaskiń na Wyspie Wielkanocnej, Chile. Fot. Jerzy Zygmunt
"Lampo" stała się najgłębszą jaskinią świata (chodzi o różnicę wysokości między najwyżej położonym otworem a najniższym punktem jaskini).
- Staram się żyć konsekwentnie, a Lamprechtsofen to była sukcesywna realizacja raz podjętego celu, dlatego wciąż tam wracałem - mówi Ciszewski. - Dostrzegliśmy szansę, by po pierwsze bardzo wiele poznać, a po drugie osiągnąć wynik, który pójdzie w świat. I to nam się udało.
Dodaje, że zmagania z "Lampo" były jak gra, która wciąga i staje się coraz bardziej fascynująca.
- Partnerem jest w niej grupa ludzi, a rywalem góra, która przecież nic nie zawiniła - śmieje się. - A jednak jest w tym coś, co być może trudno zrozumieć komuś, kto tego nie doświadczył: zmaganie, dociekanie, poszukiwanie istoty.
Osiągnięcie ekipy Ciszewskiego w Alpach Salzburskich było ważne nie tylko ze względu na rekordowy wynik. Lata spędzone w Lamprechtsofen, dzięki wnikliwej eksploracji, pozwoliły zweryfikować istniejące poglądy geologiczne na temat kształtowania się krasu w Alpach.
- W pewnym sensie zmieniliśmy sposób patrzenia na rozwój jaskiń alpejskich. Z naukowego punktu widzenia to bardzo cenne - wyjaśnia kierownik.
Co prawda po kilku latach "Lampo" straciła status najgłębszej znanej jaskini świata (na rzecz Jaskini Wroniej-Krubera w masywie Arabiki w Zachodnim Kaukazie, obecnie dwa tysiące sto dziewięćdziesiąt siedem metrów) i już go nie odzyska, ale wyprawy, którym lideruje Andrzej Ciszewski, nadal jeżdżą w jej rejon.
- Działamy teraz głównie w dwóch pobliskich jaskiniach i próbujemy znaleźć ich połączenie z systemem Lamprechtsofen. Szansa jest - wyjaśnia grotołaz. - Ze względu na liczne zawaliska to bardzo specyficzna i trudna eksploracja, ale i ciekawa. A poza wszystkim ja po prostu lubię bywać w tych górach, są wspaniałe. Przez lata wykształciła się też grupa ludzi, którzy z tym kawałkiem Alp związali się emocjonalnie i zawsze wracają tam z przyjemnością. - I jeszcze jeden argument przemawiający za "Lampo": - Działałem w jaskiniach na całym świecie, także w tropikalnych, gdzie jest cieplej, przyjemniej i często łatwiej. Jest też bardziej rozwinięta szata naciekowa. Ale dla mnie i dla ludzi z mojego środowiska nie to jest najważniejsze. Najbardziej cenię sobie zróżnicowanie, a w Lamprechtsofen można spotkać niemal wszystkie formy, jakie występują w innych jaskiniach.
Zmierzając po Super Kolosa
Za rekord świata ustanowiony w Lamprechtsofen Andrzej Ciszewski otrzymał Kolosa w kategorii "Eksploracja jaskiń" podczas pierwszej ceremonii wręczenia nagród, która odbyła się (miejsce pasowało idealnie) pod ziemią: w kopalni soli w Wieliczce.
- Nagrodę odebrałem co prawda ja, ale zrobiłem to w imieniu całego zespołu ludzi. Skład wielokrotnie się zmieniał. Oprócz mnie z osób, które działały najdłużej, w ekipie pozostali Ewa Wójcik i Henryk Nowacki - mówił laureat niedługo po odebraniu statuetki (wtedy, jedyny raz, wyrzeźbionej z soli).
Jak się okazało, obecność Andrzeja Ciszewskiego wśród nagrodzonych i wyróżnionych podczas Kolosów w kolejnych edycjach imprezy stała się normą. Nikt inny nie został uhonorowany przez Kapitułę aż tyle razy. Wyróżnienia w swojej kategorii Ciszewski odbierał za lata: 2001 (za eksplorację jaskini Feichtnerschacht w Wysokich Taurach, Austria), 2002 (jak wyżej), 2003 (za wyprawę na wyspę Madre de Dios w Patagonii Chilijskiej), 2004 (za eksplorację jaskiń w grupie górskiej Leoganger Steinberge, Austria), 2005 (za pogłębienie Feichtnerschacht do 1087 metrów), 2006 (za kolejne pięćdziesiąt osiem metrów w Feichtnerschacht) i 2008 (za wyprawę "Rapa Nui 2008"). W końcu, nie mogło być inaczej, w marcu 2010 roku otrzymał Super Kolosa. Jak uzasadniła werdykt Kapituła, za "wieloletnią, konsekwentną realizację najwyższych celów eksploracyjnych i sportowych w jaskiniach świata".
Zwłaszcza sformułowanie "w jaskiniach świata" brzmi wyjątkowo trafnie.
Lodowe firanki w jaskini Verlorenenweghöhle (N132), Leoganger Steinberge, Austria. Fot. z arch. Andrzeja Ciszewskiego
Ciekawy świata
- Mogę się tym chyba oficjalnie pochwalić: jeśli rozmawiam gdzieś na świecie z kimś miejscowym, również zajmującym się eksploracją, mniej więcej w ośmiu przypadkach na dziesięć wiem więcej o jaskiniach danego kraju niż ta osoba. Myślę, że to po prostu kwestia zainteresowania tym, co się robi.
Ciszewski wyszukiwał informacje o tym, co ciekawego dzieje się w podziemnych systemach w najrozmaitszych zakątkach Ziemi, odkąd tylko zaczął chodzić po jaskiniach, a więc jeszcze w czasach, kiedy zdobywanie takich wiadomości wiązało się z ogromnymi trudnościami. Ma olbrzymią wiedzę i znakomite kontakty w środowisku naukowym. Korzystał z tego, organizując wyprawy eksploracyjne w tak nieoczywiste pod tym względem rejony jak Półwysep Arabski, gdzie badał stanowiące kuriozum jaskinie w Omanie ("Miejsce jedyne w swoim rodzaju. Zgodnie ze wszystkimi prawidłami jaskinie nie powinny były w ogóle tam powstać") czy irański Kurdystan. Wyjątkowo ciekawe ekspedycje prowadził też w Ameryce Południowej.
Madre de Dios
- To jedna z moich najwspanialszych wypraw. Znaleźliśmy się na skrawku Ziemi, na który prawdopodobnie, od powstania kuli ziemskiej, nie dotarł nigdy żaden człowiek.
Madre de Dios to położona u wybrzeży Patagonii Chilijskiej niezamieszkana wyspa o niewyobrażalnie wręcz skomplikowanej linii brzegowej (na mapie wygląda, jakby była cała w strzępach). Panujące na niej warunki, przede wszystkim huraganowe wiatry oraz bardzo intensywne, przebiegające w błyskawicznym tempie cykle pogodowe, sprawiają, że na wyspę, oblewaną z zachodu przez olbrzymie fale Pacyfiku, równie ciężko się dostać, jak i dłużej na niej przebywać.
- Któregoś dnia w obozie, w strefie względnej ciszy, zarejestrowaliśmy na wiatromierzu prędkość stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Warunki są tak ekstremalne, że nigdzie indziej na świecie nie spotkałem się z czymś podobnym - mówi Ciszewski.
Polska ekspedycja przebywała na wyspie zaledwie kilkanaście dni (najpierw w części eksplorowanej wcześniej przez wyprawę włoską, a następnie w rejonie zupełnie dziewiczym), a jej uczestnikom udało się zbadać około kilometra podziemnych korytarzy. W jednej z jaskiń zostawili depozyt sprzętowy, licząc na to, że za rok uda im się tam wrócić, niestety - głównie ze względu na bardzo wysokie koszty (między innymi konieczność zabezpieczenia w odwodzie okrętu przez cały czas pobytu na wyspie) oraz brak wsparcia dyplomatycznego - projekt dalszej eksploracji jaskiń na Madre de Dios poległ.
Rapa Nui
Wcale nie łatwiej szła organizacja wyprawy badawczej na Wyspę Wielkanocną. Przygotowania do niej rozpoczęły się jeszcze w roku 2001 z inicjatywy profesora Zdzisława Jana Ryna (lekarza i dyplomaty, w latach dziewięćdziesiątych ambasadora RP w Chile, potem także w Argentynie, wybitnego znawcy Ameryki Południowej, laureata Kolosa za wyprawę "Atacama 2000"). Ciszewski, który pełnił później funkcję kierownika sportowego ekspedycji (profesor Ryn był kierownikiem naukowym), wspomina:
- Zainspirował mnie też doktor Jerzy Grodzicki z Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk o Ziemi, który opowiedział mi o tamtejszych jaskiniach po powrocie ze swojej wyprawy na Rapa Nui.
Warto wspomnieć, że Grodzicki znalazł się tam wówczas, ponieważ towarzyszył w podróży jednemu z polskich konserwatorów sztuki, którzy jako pierwsi na świecie opracowali metodę zabezpieczenia znajdujących się na wyspie słynnych rzeźb przed przyspieszoną korozją.
Prace nad dokumentacją jaskiń Rapa Nui (Wyspa Wielkanocna), Chile. Fot. Ewa Wójcik
Z powodu nieustannie piętrzących się trudności administracyjnych i problemów z uzyskaniem ciągle nowych pozwoleń (Ciszewski policzył, że zgodę na działalność musiało wydać aż osiem instytucji) wyprawę udało się doprowadzić do skutku dopiero w 2008 roku.
Ale gdy już się to stało, sukces był przeogromny. Polacy, którym pomagało dwóch archeologów chilijskich, wykonali szczegółową dokumentację (dokładne pomiary i plany) trzystu dwudziestu jaskiń znajdujących się na Wyspie Wielkanocnej, dokonali też wielu nowych ustaleń na temat historii Rapa Nui i kultury jej mieszkańców. Ich pracy towarzyszyła ekipa telewizyjna National Geographic, która zrealizowała film dystrybuowany potem na całym świecie.
- To jedna z najbardziej wartościowych rzeczy, jakie udało mi się zrobić. Nasza monografia, którą wydaliśmy po angielsku i hiszpańsku, stanowi pierwsze i jak do tej pory jedyne tego rodzaju opracowanie dotyczące jaskiń w Ameryce Południowej.
Studnia Spiralna, Tropik Höhle, Leoganger Steinberge, Austria. Fot. Michał Ciszewski
Studnia Wielkiej Rzeki
W ostatnich dwóch latach "odkryciem" Andrzeja Ciszewskiego są Chiny. Teren krasowy, bogaty w skomplikowane systemy jaskiniowe (choć w skali świata niezbyt głębokie), zajmuje tam obszar półtora razy większy od powierzchni Polski.
- Pierwszy raz byłem w Chinach w 1987 roku - wspomina grotołaz. - To była wyprawa naukowo-eksploracyjna zorganizowana dzięki staraniom i kontaktom profesora Joachima Szulca z Instytutu Geologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współpraca z Chińczykami zapowiadała się nieźle, działaliśmy w rejonie Gór Księżycowych, w najdłuższej wtedy chińskiej jaskini. Niestety nie była kontynuowana z dość błahego powodu. Umówiliśmy się na rewizytę, ale w Chinach obowiązywały wówczas przepisy, że każdy obywatel udający się za granicę w oficjalną delegację musi zostać wyposażony w garnitur, żeby godnie reprezentować swoje państwo. Ekipa miała się składać z kilku osób, podczas gdy Instytut Geologii Krasu w Guilin mógł sobie pozwolić jedynie na dwa garnitury. I tak z przyczyn ekonomicznych współpraca się zakończyła.
Polscy speleolodzy wrócili do Chin w połowie poprzedniej dekady, podejmując współpracę z Amerykanką Erin Lynch, organizującą eksplorację rozległych i wciąż bardzo słabo poznanych chińskich systemów jaskiniowych. W 2012 roku przygotowanie wyprawy centralnej w ten rejon świata (w jej skład weszli wybrani przedstawiciele klubów jaskiniowych z całego kraju) Polski Związek Alpinizmu powierzył Andrzejowi Ciszewskiemu.
- W czasie dwóch wypraw skartowaliśmy łącznie nieco ponad szesnaście kilometrów korytarzy, nic spektakularnego, chociaż trafiliśmy też na ogromną Studnię Wielkiej Rzeki, głęboką na trzysta dwadzieścia metrów, z dnem o wymiarach sto sześćdziesiąt na sto dwadzieścia. Gigant. W skali świata.
To właśnie tam miał miejsce wspomniany wcześniej obryw, w którym Ciszewski omal nie stracił rodziny.
Suche misy martwicowe w jaskini Zha Kôu D?ng, Hubei, Chiny. Fot. Michał Ciszewski
Cena zasad
Dzięki osiągnięciom i naturalnej charyzmie, a także za sprawą skuteczności organizacyjnej Ciszewski wypracował sobie w polskim środowisku jaskiniowym niekwestionowaną pozycję. Stymuluje do działania, wyznacza kierunki i choć od czasu do czasu bywa kapralem i potrafi być nieprzyjemny, skuteczną perswazję realizuje raczej namową i przykładem niż krzykiem. Ortodoksem, i to takim naprawdę radykalnym, jest tylko w jednej dziedzinie.
- Jeśli chodzi o próby komercjalizacji alpinizmu jaskiniowego, to tak, zgadza się: niszczę wszelkie tego przejawy, i to w sposób bezwzględny, niekiedy wręcz chamski. Taką wyznaję ideologię. Uważam, że komercjalizacja odziera góry ze wszystkiego, co piękne i wartościowe. Na szczęście jaskinie jeszcze się przed tym bronią i pewnie długo tak pozostanie. Łatwiej jest zdobyć Mount Everest, niż zejść na dno najgłębszej jaskini świata, o wiele łatwiej.
Co nie zmienia faktu, że Babilon robi zakusy.
- Niedługo po tym, jak ustanowiliśmy w "Lampo" rekord świata, zgłosił się do mnie jakiś Anglik, który chciał zdobyć wszystkie najbardziej skrajne punkty na planecie. Za to, żebym go sprowadził na minus tysiąc sześćset trzydzieści dwa metry, dawał mi dwadzieścia tysięcy funtów!
Opowiadając to dzisiaj, Ciszewski się śmieje. Wtedy spuścił typa po brzytwie.
*
Andrzej Ciszewski
Rocznik 1952, laureat Super Kolosa 2009 za całokształt osiągnięć, Kolosa 1999 za ustanowienie ówczesnego rekordu świata w głębokości eksploracji jaskiń w Lamprechtsofen w Alpach Salzburskich (minus 1632 metry) oraz aż siedmiu wyróżnień za lata 2001-2006 i 2008, w środowisku speleologicznym zgodnie uznawany za najwybitniejszego wciąż aktywnego polskiego grotołaza i jednego z najlepszych na świecie.
*
Dziesięć dni pod krzyżem, czyli remont na Giewoncie
Wśród co najmniej kilku interesujących przedsięwzięć, o których można przeczytać na stronie internetowej firmy Andrzeja Ciszewskiego w zakładce dotyczącej zrealizowanych zleceń, szczególną uwagę zwraca renowacja krzyża na Giewoncie w 2009 roku.
- Fajna przygoda - wspomina speleolog. - Przez półtora tygodnia razem z Ewą, Michałem i moimi pracownikami biwakowaliśmy w namiotach rozłożonych tylko trochę poniżej wierzchołka i pracowaliśmy fizycznie.
Firma Ciszewskiego, podobnie jak inne instytucje oraz osoby, które pomagały w renowacji ponadstuletniego krzyża, zaangażowała się w remont bezpłatnie. Pracujący po godzinach piloci TOPR-u helikopterem dostarczyli na szczyt sprzęt (sama sprężarka ważyła prawie tonę) oraz materiały przekazane przez producenta, a naukowcy i studenci z Akademii Górniczo-Hutniczej wykonali ekspertyzy. Okazało się, że z krzyżem wcale nie było tak źle, jak się w Zakopanem mówiło. Nie groził zawaleniem, ale jego fundamenty i tak na wszelki wypadek wzmocniono, potem zaś wypiaskowano i odmalowano szkielet. Jest spora szansa, że całość jeszcze przez jakiś czas postoi i nadal będzie jednym z najbardziej rozpoznawalnych tatrzańskich symboli.