Spoglądałem na świat przez zakratowane okno.
Widziałem nasze małe podwórko: trzepak, w rogu śmietnik i za niewielkim
murem - sąsiednie. A tam gołębniki. Co pewien czas wzlatywały i powracały gołębie.
Pokój był niewielki i doprawdy trudno mi dzisiaj sobie przypomnieć,
jakże to mieściliśmy się nocą w tym pomieszczeniu we trójkę: mama,
siostra i ja. Nocą, bo w ciągu dnia, nie licząc godzin
przedpołudniowych, przestrzeń "nasza" była dużo większa: przedpokój i dwa białe pokoje, tak zwana poczekalnia i gabinet. W pierwszym
pomieszczeniu królowała mama: ważyła i mierzyła niemowlęta, potem je
układała na wysokiej wyściełanej ceratą leżance i szczegółowo oglądała,
a potem wpisywała coś w duże karty. Następnie każda z matek, trzymając
na rękach rozwrzeszczanego niemowlaka, znikała w sąsiednim pokoju, w gabinecie u miłej pani doktor, tak samo jak mama ubranej w biały
fartuch. Otóż te dwa białe pomieszczenia - białe biurka, białe szafki,
biała leżanka - po południu, wieczorami i w niedzielę należały do nas.
Do mnie przede wszystkim. Tam się bawiłem. Poza tym w lokalu Towarzystwa
Opieki nad Niemowlętami, w którym mama dostała dla siebie i dla nas
mieszkanie służbowe, był jeszcze poza naszym pokojem-mieszkaniem
przedpokój, ciemna, wąska kuchnia i zagracona pakamera, rodzaj
służbówki. To chyba tam sypiała Zosia, której twarzy ani figury nie
pamiętam, tyle tylko, że była duża i rozłożysta i że emanowała ciepłem.
Te płynące od niej fale ciepła czuję do dziś. Była z nami, z mamą, Baśką
i ze mną w Wołominie pod Warszawą, gdzie, jak mówiła mama, ojciec nas
wysłał, żeby było taniej - obok mieszkały trzy ciotki, siostry mamy.
Ojciec dojeżdżał do nas z Warszawy, gdzie bodaj z dużą niechęcią kończył
studia medyczne. Stanowisko, które zajmowała Zosia, nazywało się
wówczas: służąca. Otóż Zosia służąca nie chciała nas opuścić, rozstać
się z nami, gdy ojca zagarnęła wojna - wtedy w późnych miesiącach
trzydziestego dziewiątego roku był bodaj jeszcze internowany w obozie na
Węgrzech, to było przed ucieczką do Francji, potem ewakuacja z armią do
Anglii - i gdy matka zdobyła posadę przy niemowlętach, nie na tyle
jednak dobrze płatną, aby Zosia mogła jakąkolwiek pensję od niej
dostawać, ona po prostu była z nami. Bo mnie pokochała - jak twierdziła
mama. I ja tę miłość ciepłem od niej bijącą czułem. Nigdy jej nie
zapomniałem, choć zatarły się rysy twarzy tej dobrej dziewczyny z ubogiej wsi na północnych krańcach Mazowsza, które w tej części włączone
zostało do Prus Wschodnich, do Rzeszy. Płakaliśmy wszyscy, żegnając się.
Bo Zosia jednak musiała w końcu nas opuścić i wrócić do swoich, do
Reichu. Potem nigdy już w życiu nie było w moim domu służącej, zwanej po
wojnie pomocą domową, owszem ktoś, jakaś kobieta, bywało, przychodziła
posprzątać, ale nikt spoza rodziny nigdy nie był domownikiem. Zosia była
więcej niż domownikiem, była ciepłem mego wczesnego dzieciństwa.
Bo gdy "to wszystko się zaczęło", gdy bomby zaczęły spadać we wrześniu
trzydziestego dziewiątego, nie miałem jeszcze trzech lat. Pamiętam
podszewkę futerka, którym matka zasłaniała mi oczy - właściwie dlaczego,
w piwnicy było mroczno - i jej głos pamiętam: "Królowo Korony Polskiej,
módl się za nami". To było jeszcze w Wołominie. Świat przez otwarte, ale
zakratowane okno: trzepak, śmietnik, gołębniki i ścianę sąsiedniego domu
- zobaczyłem w Warszawie, na Pradze, na małej uliczce noszącej, nomen
omen, nazwę Mała.
I świat, który mnie otaczał, był początkowo niewielki. Swoją Małą ulicę
i jej zaułek, Zaokopową, poznałem najwcześniej. Ale też wychodziłem,
prowadzony za rękę przez mamę lub starszą o osiem lat siostrę, na
dłuższe spacery, ku centrum, ku Wiśle: Inżynierską, Wileńską bądź 11
Listopada do Targowej i Zygmuntowską wiodącą do mostu Kierbedzia. Za
mostem była Warszawa. Tak właśnie. Później miałem się nauczyć, że z Pragi chodzi się do Warszawy, albo knajacko mówiąc, "na Warszawę". Praga
miała swoją dumę, och, miała, i miałem się o tym niejednokrotnie
przekonać. I miała swój etos. Ale także kompleks, skwapliwie przez
zarozumiałych mieszkańców lewego brzegu utrwalany. Kilka ulic na wschód
od mojej ulicy Małej, idąc Konopacką do Stalowej i tą do końca, do torów
kolejowych, zaczynały się tak zwane choleryczniaki. Ziemia niczyja,
nieużytki między torami. Tam przebiegał niby limes, linia końcowa
cywilizacji oddzielającej Cesarstwo Rzymskie od ziem barbarzyńców. Otóż
my, mieszkańcy Pragi, prawdopodobnie przez tych z lewego brzegu
traktowani byliśmy jak ludzie przedpola, półbarbarzyńcy. Trzeba było
przemknąć koleją elektryczną z Dworca Głównego przez ten dziwny praski
świat, by gdzieś za Olszynką Grochowską, w okolicach Wawra powrócić w willowych enklawach rozsianych wzdłuż linii otwockiej - Anin,
Międzylesie, Radość, Falenica, Świder - do cywilizowanego świata. Była
też linia przez Rembertów, Sulejówek do Miłosnej. A kto mieszkał przed
wojną w Sulejówku, o tym każde dziecko wiedziało.
Była już w latach trzydziestych wcale niemała grupa ludzi
wykształconych, artystów, wolnych zawodów, ludzi pozbawionych uprzedzeń,
którzy przekraczali graniczną rzekę i osiedlali się na Pradze. Powstało
wcale niemało tu i ówdzie rozrzuconych nowoczesnych, zaprojektowanych
zgodnie z duchem czasu konstruktywistycznych kamienic; świeciły one
innością między frontonami starych, na Konopackiej czy Inżynierskiej. To
bardzo blisko mojej starej Małej, ledwie kilkadziesiąt metrów. A jakże
inny świat. Ulica Inżynierska... Jedna z pierwszych pokryta asfaltową
nawierzchnią. To tu, obok jednej z najniezwyklejszych budowli miasta,
przedziwnego kolosa chyba z połowy XIX wieku, ceglanego budynku
magazynu, gdzie przechowywano meble z całych apartamentów i zajmowano
się również przewozami, naprzeciw starej zajezdni tramwajów konnych i kina "Syrena", w którym po raz pierwszy w życiu zobaczyłem film w czterdziestym piątym roku (wcześniej mama by nie pozwoliła, bo "tylko
świnie siedzą w kinie"), otóż obok ceglanego domu-labiryntu z wielkim
napisem WRÓBEL TOW. AKC. i naprzeciw zajezdni, stały trzy bogate
kamienice z pierwszych trzydziestu lat dwudziestego wieku. Mieszkali w nich ludzie co najmniej zamożni. W jednej z tych kamienic, w mieszkaniu
znajomych za pięć lat zaskoczy mnie i mamę wybuch Powstania.
Jakie nastroje panowały w pierwszych miesiącach
wojny, tego moja pamięć jeszcze nie zanotowała. Czy czekano na wiosenną
inwazję sprzymierzonych zza Linii Maginota i kanału La Manche? Podobno
tak. Nie wiem też, czy na ulicy Małej zdawano sobie sprawę z tragicznej
daty 17 września. Wtedy jeszcze najpewniej ja, mama i Baśka byliśmy w Wołominie. Sprowadziliśmy się na Małą po upadku Warszawy, u progu
okupacji, chyba w październiku. Zapamiętałem widok ze szczytu wielkiej
fury, którą umęczony koń przywlókł nasz dobytek. Siedziałem tam na
stołeczku. Ten mały sprzęt, wielokrotnie przemalowywany grubymi
warstwami nierównomiernie kładzionej farby, to jedyna rzecz, jaka mi
pozostała z dzieciństwa do dziś. Przewędrował on ze mną przez wszystkie
pokoje i mieszkania aż do domu pod Tatrami. Z innych sprzętów pamiętam
też łóżeczko dziecięce z siatką, w którym czas jakiś jeszcze się
mieściłem. Potem zniknęło z pokoju. I pamiętam dziwaczną szafę. Po
latach dopiero zorientowałem się, że takie coś nie stało w żadnym ze
znanych mi mieszkań, był to bowiem fragment wyposażenia sklepu z konfekcją, jednego z tych, już wówczas rzadko spotykanych,
staroświeckich sklepów. W jaki sposób ów dziwaczny sprzęt wszedł w nasze
posiadanie i zajął poczesne miejsce, nie wiem. Stał jeszcze w następnym
pokoju. Wreszcie pamiętam tapczan, wydawał mi się wielki. I był wielki,
w skali małego pokoju. Ten tapczan długo mi towarzyszył. Zacząłem na nim
spać, gdy Baśkę porwało Powstanie, ja urosłem i mama przeniosła się na
kozetkę. Potem stanowił wiano, w jakie wyposażyła mnie mama, gdy się z nią rozstawałem, przenosząc się do mego, już tylko mego, trzeciego
pokoju. Składał się ten tapczan z mocnej konstrukcji sprężyn, na które
nałożony był materac. We wnętrzu, w skrzyni, gdy jeszcze mieszkaliśmy na
Małej, znajdowała się biblioteka medyczna ojca. To była fascynująca
lektura. Prawie wszystkie te grube książki przewertowałem, to znaczy
obejrzałem fotografie i rysunki. Dało mi to przewagę nad rówieśnikami na
kursach podwórkowego uświadamiania seksualnego. Ja wiedziałem, jak to
jest naprawdę. Z podręcznika ginekologii i położnictwa znałem doskonale
drogę, którą się na świat przychodzi. Widziałem szereg ciasnych bram,
przez które przeciskała się główka nowo narodzonego. Czasem nóżka była
pierwsza, bo oglądałem też przykłady wadliwego ułożenia płodu i różnych
trudnych porodów. A na ileż niezwykłych bąbli, krost i narośli
napatrzyłem się, łapczywie kartkując gruby tom dermatologii! Tuż przed
końcem wojny wnętrze tapczanu opustoszało. Mama zmuszona była
podręczniki sprzedać.
Jak przez mgłę pamiętam krótko trwający okres wypełniony nastrojem
niepewności, oczekiwania, nadziei. Baśka studiowała atlas i zaznaczała
ołówkiem trasę do Paryża. Dziś trudno mi dojść, jak to by mogło się
odbyć. Nasza podróż nad Sekwanę. Przecież od 3 września trzydziestego
dziewiątego roku Francja, podobnie jak Anglia, były w stanie wojny z Niemcami, wypowiedziały im wojnę. Ale mówiło się, że mamy jechać. Już
były jakieś bilety. Ojciec dotarł tam, do Francji, wraz z innymi
oficerami, którym Węgrzy jak tylko mogli ułatwiali ucieczki z internowania, możliwie wcześnie i ponoć starał się o wyciągnięcie nas z okupowanej Polski. Któregoś dnia Baśka cisnęła w kąt atlas i rozpłakała
się. Chwilę wcześniej z głośnika umieszczonego na słupie, na rogu ulicy
spiker po polsku odczytał pełnym patosu głosem komunikat Oberkommando
der Wehrmacht o zwycięskim pochodzie wojsk Führera przez Belgię ku
Francji. Po wielu latach znalazłem się w jednym teatrze ze znanym
aktorem, który użyczał swego głosu owej paskudnej robocie, nie
omieszkałem przypomnieć mu, jak miło się go słuchało.
Jeśli pierwszej jesieni i zimy mówiono z nadzieją o bliskim końcu wojny,
to z chwilą zajęcia Paryża przestano. To miało trwać. No i trwało. Na
Pradze prawie dokładnie pięć lat, do września czterdziestego czwartego.
Nie pamiętam exodusu Żydów. Niedaleko, kilka ulic
od nas, w centrum Pragi, gdzie miałem spędzić drugi okres mego życia, w drugim pokoju przy ulicy Szerokiej, w tych niezwykłych dniach domyślam
się, co się działo. Bo tam przy Szerokiej, Jagiellońskiej,
Sierakowskiego mieszkało sporo Żydów. Na framudze drzwi wejściowych do
mego przyszłego mieszkania widniał ślad po zerwanej mezuzie. Tam, w mrocznych dwu pokojach z kuchnią, o ścianach pomalowanych ciemnymi,
olejnymi farbami, mieszkała jakaś rodzina starozakonnych. Naprzeciw był
Dom Modlitwy, bożnica, której ruiny rozebrano ostatecznie w późnych
latach czterdziestych. Były tam też wokół domy jakichś fundacji
żydowskich, w jednym z nich dziś mieści się teatr "Baj". W moim kącie
Pragi, na Małej i wokół Małej, Żydów nie było, choć to właśnie moja
ulica miała stać się kilkadziesiąt lat później ulubionym plenerem
filmowców odtwarzających okupowaną Warszawę. W Korczaku Wajdy jest
jedną z ulic getta. Zatem nie dane mi było oglądać owej fali w obu
kierunkach ciągnących wozów i wózków-straganów, także dziecięcych wózków
załadowanych tobołami, także ryksz i rzadziej ciężarówek. To trwało
bodaj kilka dni. Aryjscy mieszkańcy dzielnicy, która wkrótce miała być
otoczona murem, opuszczali swoje mieszkania, by zająć inne, znaczone
zdjętą z framugi mezuzą. A ci z różnych części miasta wysiedlani mieli w coraz ściślej izolowanym od reszty świata getcie spędzić ostatnie
kilkadziesiąt miesięcy życia.
Ja przez cały czas okupacji widziałem raz, jeszcze przed zamknięciem
getta, pędzonych do jakichś robót mężczyzn znakowanych żółtymi
gwiazdami. Potem chyba dwukrotnie przejeżdżałem z mamą tramwajem w stronę Żoliborza, jakby korytarzem między dwoma płotami z drutu
kolczastego. Obie zadrutowane przestrzenie łączyły w kilku miejscach
kładki przerzucone nad torami. Widziałem ciemne, widmowe, wolno
poruszające się postaci i obok żywszy, jakby gorączkowy ruch, niby dwa z różną prędkością puszczane filmy. I widziałem leżących na chodnikach.
Ale obrazem, który trwa we mnie jak silnie wytrawiona w pamięci dziecka
klisza, tym, którego nigdy nie zapomnę, jest mur płomieni z apokalipsy
1943 roku. Chciałem odtworzyć tę scenę w filmie i może to jeszcze
zrobię. Opisałem ją już w jednej z książek. I wróci ta scena także w tej
opowieści. Ta i jeszcze jedna: żebrzące żydowskie dziecko, uciekinier z getta albo łącznik, który przekradał się, by umierającym z głodu donieść
jedzenie, mój rówieśnik, widziany przez zakratowane okno pokoju na
Małej.
W domu naszym panowała bieda. Zdałem sobie z tego
sprawę dużo później. Bo mama potrafiła tę biedę tuszować. Byliśmy
schludnie ubrani i nie byliśmy głodni. Ona czasem chyba tak. Pamiętam ją
w późnych latach. Dużo słodziła. I to w jej wypadku nie było chyba
starcze łaknienie słodyczy - nie była zresztą taka stara - ale
odreagowanie tamtych wojennych lat, kiedy to zadowalała się erzatzami,
małymi pastylkami sacharyny, byleśmy my tylko mieli jako tako
wartościową dietę. Ciekawe, że wówczas nie wydawało mi się to dziwne,
gdy mama wysyłała mnie do małego sklepiku w domu naprzeciw, "do
Czyżewskiej", po dziesięć deko cukru i pięć deko masła, na kredyt. Miła,
jowialna właścicielka nigdy kredytu nie odmawiała, widocznie udawało się
mamie go spłacać. Tymczasem ja przyglądałem się, jak na urwanym strzępie
papieru pakowego notuje ona kolejną sumę zadłużenia i jak ten strzęp
papieru wciska na wygięty haczykowato drut wbity pomiędzy półki. Potem
obserwowałem, jak pani Czyżewska zwija papierowy rożek, tak zwaną tutkę,
by pomieścić tam dziesięć deko cukru. Samozaparcie matki dało o sobie
znać tuż po wojnie. Straciła wtedy wszystkie zęby. Z awitaminozy i niedoboru wapnia. Bo o nas mama dbała, by nie brakło nam witamin. Tarła
marchew i jesienią przygotowywała beczkę kiszonej kapusty. Przy
sposobieniu tej kapusty miałem swój znaczący udział. Byłem kąpany,
szczególnie szorowano mi nogi, po czym wstawiany do beczki ubijałem
stopami kapustę. Raz w czasie wojny zapatrzyłem się na ułożone w skrzynkach piękne, nieznane owoce. To było w Śródmieściu na rogu
Brackiej i Chmielnej, przed sklepem Meinla dostępnym jedynie dla
Niemców, w dawnym lokalu Braci Pakulskich. Chyba pomarańcze wtedy
przykuły moją uwagę. Usłyszałem szczekliwy głos niewiele starszego ode
mnie chłopaka w czarnobrunatnym mundurze Hitlerjugend. Chyba kazał mi
odejść. Poczułem dłoń mamy zaciskającą się na mojej ręce. Pociągnęła
mnie za sobą. Dotknąłem pomarańczy po raz pierwszy i poczułem jej smak
kilka lat później, już dobrze po wojnie. A mama w sposób szczególny
odreagowała doznane upokorzenie. Oto ubrała mnie we wspaniałe, wysokie
czako ułańskie zrobione z tektury i sukna, z twardym metalowym daszkiem,
z białą kitą i grubym sznurem, a nade wszystko z dużym orłem w koronie -
i wyprowadziła na ulicę. To czako to był prezent od ojca kupiony tuż
przed wojną, miał mi być wręczony w listopadzie, na imieniny. I został
wręczony. Mam gdzieś fotografię zrobioną bodaj w 41 roku: "Portret
chłopca z białym orłem". Gest matki zgodnie potępili wszyscy znajomi. Bo
też istotnie zbyt rozsądnie się nie zachowała. Jedyne co ją
usprawiedliwia, to fakt, że jeszcze wówczas terror nie był tak
odczuwany, jak miał być niebawem, kiedy polowanie na ludzi stało się
codziennością: budy tarasujące z dwu stron ulicę i szeregi żandarmów i esesmanów zaganiających przechodniów do platform ciężarówek z opuszczonymi klapami. Łapanki i egzekucje. Jedną z dala widziałem, mama
zasłoniła mi oczy, pozostał więc w pamięci dźwięk: długa seria z karabinu maszynowego. I obraz zanotowany potem: wilgotny mur, pod którym
przechodnie rzucają ukradkiem kwiaty. Ale, jak powiedziałem, ten czas
narastającego terroru dopiero miał nadejść. Jeszcze słowa: aleja Szucha
(centrala gestapo, gdzie w tak zwanym tramwaju po torturach zmarł wujek
Stacho, brat mamy), Pawiak, wreszcie Oświęcim - nie budziły grozy jak
później. Tymczasem więc, było to chyba wiosną czterdziestego pierwszego
roku, mama wyprowadziła mnie z domu demonstracyjnie ubranego w czako
ułana z czasów Księstwa Warszawskiego, ze świecącym orłem u szczytu.
Przeszliśmy Inżynierską, a potem Wileńską do Targowej. Gdy już
wracaliśmy, mama wciąż ściskała moją rękę trochę za mocno, naprzeciw nas
pojawiło się dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Mama jeszcze mocniej ścisnęła
mi dłoń, ale nie zwolniliśmy. Aż zmuszeni byliśmy stanąć, bo żołnierze
zagrodzili nam drogę. Obaj patrzyli na mnie serdecznie, a jeden może
nawet czule. Czyżbym mu synka przypominał? Żołnierz delikatnie poklepał
mnie po policzku i podał mamie trzymany w ręku chleb z formy. Wtedy,
pamiętam, ona z dumą uniosła głowę i znaczącym jej poruszeniem w obie
strony odmówiła. Nieco za mocno szarpnęła mnie za rękę. Po kilku
minutach byliśmy w domu. Ja oczywiście nie pojmowałem wtedy
niebezpieczeństwa, choć wkrótce miałem je już rozpoznawać. Mama była
zdenerwowana. Wypaliła dwa papierosy, jeden po drugim. Nigdy już więcej
nie wyprowadzała mnie na ulicę w czako. Zakładałem je w domu.
A jeśli już mowa o zachowaniach patriotycznych, o naszym, siostry mojej
i moim budowaniu świadomości. Chyba musiało być coś szczególnego w atmosferze naszego ubogiego domu. Lecz co to było, nie potrafiłbym
powiedzieć, bo przecież mama żadnych pogadanek nie wygłaszała. Musiało
być w tej atmosferze coś, co sprawiło, że Baśka, trudne, rogate dziecko,
ledwie skończyła trzynaście lat, już była zaprzysiężona w podziemnym
harcerstwie, w Szarych Szeregach - gdzie bodaj skłamała, dodając sobie
rok czy dwa. Rzeczywiście wyglądała poważniej, a ja pierwsze w mym życiu
słowo, jakie złożyłem, gdy już wiedziałem, który dźwięk jaka litera
oznacza, było właśnie to składające się z sześciu liter. Siedziałem
wówczas obok mamy, przy jej białym biurku i mozolnie rysowałem coś - tak
się przynajmniej wydawało - ołówkiem na tekturce po papierosach, którą
dostałem w tym celu. Pamiętam, że wprawiłem w osłupienie matki
niemowląt, a także panią doktor, a mamy serce, czułem to, wypełniłem
dumą. Tę tekturkę długo przechowywała. Bo ja ułożyłem słowo: POLSKA.
Cała ta historia wygląda mi jak z dydaktycznej, patriotycznej powiastki.
Ale, cóż na to poradzę, to się zdarzyło naprawdę. W innych czasach
napisałbym pewno inne pierwsze słowo, na przykład APTEKA, takie właśnie
ułożył mniej więcej w tym samym czasie mój najbliższy kolega. Ale ja
składałem mój pierwszy w życiu wyraz w szczególnych czasach. I kto wie,
może mam prawo tak powiedzieć, w szczególnym domu.
Mama mogła się poruszać dość swobodnie. Miała
jakiś dokument zaświadczający jej zawód jako kogoś "od zdrowia".
Żandarmskie sztrajfy przepuszczały ją, bywało, nawet gdy trafiła w rejon
obławy. Ale o nas się bała. Nie wiedziała jeszcze, na jakie ryzyko
naraża się jej córka, która w ramach swoich harcerskich obowiązków
przenosiła poutykane gdzieś w bieliźnie sterty podziemnych gazetek. A więc zdarzało się, że nas mama zamykała od zewnątrz. Na drzwiach wisiała
kłódka i my mieliśmy się cicho zachowywać, jakby nas wtedy w ogóle "w domu nie było". Otóż on zjawił się na podwórku w takim właśnie dniu, gdy
nasze mieszkanie było zamknięte. Stałem na krześle, przy kracie okna,
wpatrzony w widoczny ponad dachem przybudówki fragment ulicy, wylot
Małej na Inżynierską. Stamtąd spodziewałem się nadejścia mamy. Ale ulica
była pusta. Opuściłem wzrok i wydało mi się, że nasze spojrzenia się
spotkały. Ja w oknie, za kratami i on, swobodny, pośrodku naszego małego
podwórka. To on wydawał się wolny, a ja byłem zamknięty. Tymczasem było
odwrotnie i z tego już wówczas zdawałem sobie sprawę. Bo trudny to
zaiste do opisania fenomen, życie takiego miasta jak Warszawa pod
okupacją. Toczyło się to życie niby zupełnie normalnie. Normalny ruch
panował na ulicach, w sklepach i na bazarach można było zrobić zakupy,
jeśli się miało pieniądze oczywiście, kawiarnie były przepełnione, można
było nawet w jednej z nich posłuchać aksamitnego głosu Mieczysława
Fogga, Baśka z wypiekami na twarzy opowiadała po powrocie o swojej
wizycie w tej kawiarni, dokąd ją zaprosiła starsza koleżanka, w restauracjach - znów, jeśli miało się pieniądze, by je odwiedzić -
dodatkową atrakcją bywało, na przykład "U Aktorek", to, że podawały tam
gwiazdy przedwojennej sceny, szanujący się aktorzy podporządkowali się
nakazowi Podziemnej Rady Teatralnej i nie występowali publicznie w licencjonowanych przez okupanta teatrach, czynne były też szkoły,
oficjalnie powszechne, a nieoficjalnie, pod przykrywką kursów zawodowych
albo w formie tak zwanych kompletów, szkoły średnie, także uniwersytety
działały, dwa, poza warszawskim poznański, działały oczywiście
konspiracyjnie, była więc praca, nauka i rozrywka, widziało się matki
czule wpatrzone w maleństwa leżące w toczonych przed nimi wózkach i widziało się tulące się do siebie pary... Otóż to życie z pozoru normalne
toczyło się i trwało. Z pozoru. Bo nigdy nie było się pewnym, czy
wychodząc z domu, powróci się do niego. Można było być ot, po prostu
zastrzelonym na ulicy albo porwanym w łapance. Potem był Pawiak, miejsce
na liście zakładników i egzekucja na wybranej ulicy pod wybranym
kawałkiem muru albo transport do obozu koncentracyjnego. Takie to w gruncie rzeczy zawsze niepewne, ale jakby normalne było życie aryjskich
tubylców. Bo tubylcy niearyjscy, przez sam fakt "niewłaściwego"
pochodzenia, wszyscy ad hoc skazani byli na śmierć. Moja ciotka dostała
przesyłkę, krótki oficjalny list i garstkę popiołu w kopercie, wiadomość
z Oświęcimia, że jej mąż zmarł na tyfus. Wuj prawdopodobnie zachorował w obozie i wysłano go do gazu. Na pewno nie dbano, było to zresztą
niemożliwe, by przysłane prochy były akurat jego - i ciotka je rozsypała
- ale dbano choć o cień pozorów. Gdyby wuj nie zachorował, miał szanse
przeżycia, nawet w tak strasznym miejscu jak Oświęcim. Żyd zasadniczo
takiej szansy nie miał. Albo zaraz, prosto z rampy kolejowej, wędrował w pochodzie z innymi "do łaźni", czyli do gazu, albo trafiał "pod
prysznic" nieco później. Powtarzam tu, zdawałoby się, oczywistości. A jednak wiem, że nie, wiem, że ta oczywistość wcale na dobre nie
utrwaliła się w świadomości większości Polaków. Może to jakiś syndrom
psychologiczny, samoobrona przed prawdą o tamtych czasach. Bo wielu,
wiadomo, zachowywało się heroicznie, ratując życie współrodakom skazanym
za rasę, ryzykując przy tym życie własne i swojej rodziny. Ale też wielu
trudniło się haniebnym szantażem. A większość pozostawała w niepojętny
sposób obojętna. Ja, dziecko, bawiąc się z innymi dziećmi gdzieś w kącie
pokoju, usłyszałem perorującego w trakcie hucznie obchodzonych imienin u kogoś ze znajomych pewnego pana inżyniera, który mówił o "potrzebie
ochrony substancji narodu", o tym, że co jak co, ale w oczyszczaniu
ojczyzny z Żydów to Hitler służy naszej sprawie. Pan inżynier, bardzo
prawdopodobne, że przed wojną rycerz z Falangi wodza Piaseckiego, zginął
dwa lata później w Powstaniu. Bardzo możliwe, że zginął dzielnie za
Polskę. Ale wiem na pewno, że nie chciałbym żyć w jego Polsce.
Wiele myślałem przez lata o gorzkim i uwierającym jak cierń problemie
moralnego braku odpowiedzialności. A zacząłem myśleć chyba wtedy
właśnie, tamtego przedpołudnia, gdy ów niemiłosiernie wychudzony mój
rówieśnik, z prawie pustym workiem w ręce - coś tam pewno, jakieś skórki
chleba, jakiś ziemniak, obciążało go nieco - uniósł na krótki moment
twarz i zobaczyłem jego wielkie oczy, bo takie się wydawały w wychudzonej twarzy. Były lśniące, pewno miał gorączkę. Pojąłem ich
wyraz. To była jakby nieobecność. Bo on chyba się już nie bał. Robił
swoje i oswojony był z myślą, że przestanie istnieć. Sąsiadka
mieszkająca piętro wyżej, nad nami, rzuciła mu coś zawiniętego w papier
- i chłopiec schylił się, by to podnieść. Wtedy ja, zapominając, że mnie
przecież nie ma, pobiegłem do kuchni, chwyciłem kawałek chleba i wróciłem do okna. Nie było go już, zniknął. Ale pozostał w mojej pamięci
przez lata, na zawsze. Musiałem go wreszcie spotkać, jeśli zginął,
przywrócić do życia. Przed kilkunastu laty zagościł na dobre w mojej
wyobraźni, uczyniłem go poznanym w Nowym Jorku przyjacielem, który
umierając, powierza mi tajemnicę swego dzieciństwa i swego ocalenia.
Napisałem o Izaaku i jego wspomnieniu powieść.
Gdy mama wróciła, nim jeszcze zdążyła zamknąć drzwi za sobą, już jej
całe zdarzenie zacząłem opowiadać. Była bardzo zmęczona, wiedziałem, że
całymi dniami gdzieś chodzi, szukając dodatkowej pracy, ale wysłuchała
mnie z uwagą. Potem bardzo mocno do siebie przytuliła. Zapytałem cicho,
czy nie można by takiego chłopca gdzieś ukryć. Odpowiedziała jednym
słowem: "Gdzie?". Udało jej się nic więcej nie powiedzieć. Ale ja się
domyśliłem. Nasi najbliżsi sąsiedzi, drzwi w drzwi, to był granatowy
policjant z rodziną. On wydawał się przyzwoitym człowiekiem, ale kto
mógł naprawdę wiedzieć, czym się zajmuje. Zapewne szczęśliwie tego
właśnie dnia był na służbie. Bo gdyby tak był w domu i gdyby wiedział,
że inni wiedzą, że on jest w domu, winien zejść na podwórko, wziąć
chłopca za rękę albo pchnąć go przed sobą - długo nurtowało mnie
pytanie, jaki był on naprawdę, ten sąsiad policjant, czy może tuż za
rogiem szepnąłby chłopcu, żeby uciekał - no i powinien zaprowadzić go na
posterunek żandarmerii. A tam, kto wie, może nie chcąc przerywać sobie
posiłku, żandarm kazałby jemu sprawę załatwić.
Mama i tym razem, a tak bywało, gdy była nad miarę zdenerwowana,
wypaliła dwa papierosy, jeden po drugim - ja jej te papierosy
przyrządzałem, nabijając tytoń w gilzy - spojrzała na mnie, na moją
żałosną minę i rzuciła jeszcze:
- Nie myślisz, że on nie dla siebie szukał jedzenia. Czekają na niego.
No i tak to, wcześnie, dostałem lekcję odpowiedzialności. Za drugich,
którzy na nas liczą.
Nagle któregoś dnia poczęły przychodzić do nas
paczki. Nieczęsto i niewielkie. Zawierały po kilka pudełek sardynek. Do
dziś, gdy patrzę na pudełko "prawdziwych" portugalskich sardynek,
przypomina mi się tamten moment otwierania paczki z dalekiego świata,
oglądania błyszczącego pudełka z zagiętym blaszanym języczkiem, który
wchodzi w otwór klucza, z rysunkiem ryby i egzotycznymi napisami. Jedno
pudełko otworzyliśmy. To była uczta, inny, niecodzienny smak. Pozostałe
mama sprzedała. Te sardynki i raz czy dwa nadesłane z Portugalii
niewielkie przekazy dziwnych pieniędzy, które nazywały się pengo - mama
odbierała je przeliczone na okupacyjne "młynarki" - to było na pewno
liczące się wsparcie. Nadawcą tych dziwnych portugalskich przesyłek był
pan o imieniu wzorowo węgierskim - Tibor, zapewne przyjaciel ojca. Bo że
ojciec gdzieś tam daleko przebywający (mój tata jest na wojnie -
mówiłem, zgodnie z prawdą zresztą, kolegom), że to on stoi za całą
sprawą - nie ulegało wątpliwości. Raz - to ciągle związane z sardynkami
- widziałem mamę bliską płaczu. Gdy wróciła do domu, zastała Baśkę i jej
dwie koleżanki siedzące przy stole wokół ustawionego na talerzu
otwartego pudełka. Raczyły się egzotyczną potrawą. Gdy koleżanki już
wyszły, mama zapytała, dlaczego Baśka to zrobiła, a ta czupurnie
odpowiedziała, że inne mają to i tamto, i owo, a my nic nie mamy, i że
ona też chciała się pokazać. Bolało matkę na pewno, że nie może jej dać
tego, czego by pragnęła. Wyściubiła jakieś pieniądze na kupno kawałka
odpowiedniego materiału, a znajoma uszyła Baśce kostium kąpielowy.
Bardzo pragnęła mieć taki właśnie. Bo już zaczynała uczestniczyć w życiu
towarzyskim, spotykając się ze starszymi chłopakami na przystani nad
Wisłą. Bywało, że i mnie brała ze sobą. Ktoś tam fundował kajaki. I tak
oto znalazłem się z siostrą daleko od brzegu, pod przęsłami mostu.
Wiosłowała zawzięcie, a nas wciąż obracało i znosiło w sam środek nurtu.
W ostatniej chwili nadpłynęli silni chłopcy i uratowali nas. Patrzyli
przy tym na Baśkę z respektem. Była odważna, czemu miała dać wyraz w Powstaniu. Jako łączniczka przebyła kanałami trasę z Mokotowa do
Śródmieścia i na Starówkę kilkakrotnie; przeżyła też jedno odbicie
Starego Miasta z rąk powstańców ukryta pośród cywilów - po obtarciu nogi
w kanałach wdało się zakażenie - hitlerowcy nie rozpoznali w niej
powstańca, nikt nie zdradził. Ale gdyby rozpoznali...
Bardzo mnie moja siostra kochała, jakby matkowała mi. Jej trudny,
niepodległy charakter nie ułatwiał współżycia z matką, która mnie wtedy
bezwzględnie, bez reszty oddanemu mamie, wydawała się idolem, Aniołem
Stróżem. Dopiero później, gdy począłem dojrzewać, rozpoznałem bliżej
charakter matki. W istocie rzeczy wcale niełatwy. Była ona w pełnym tego
słowa sensie dobrym człowiekiem, dużo dobrego czyniła ludziom. Ale
okazała się apodyktyczna, z chorobliwie nadwrażliwym ego, a przy tym nie
bardzo zdolna do empatii. Kochały się z córką - i żyły w nieustannym
konflikcie. Również małżeństwo matki z ojcem nie mogło było się udać.
A więc siostra mi matkowała. Pamiętam, jak szorowała mnie stojącego w dużej misce ustawionej na stołku, a potem otulała ręcznikiem i zanosiła
do łóżka. I to ona była pierwszą nagą kobietą, jaką zobaczyłem.
Obudziłem się kiedyś późnym wieczorem i zobaczyłem ją, jak obmywa
wełnisty trójkąt u zbiegu nóg, zobaczyłem różowiejącą wodę. I zobaczyłem
jej nagie piersi jak dojrzewające owoce.
Baśka była ładną, nad wiek rozwiniętą nastolatką. A miała stać się
piękną kobietą. Taką ją zobaczyłem po latach, kiedy przez szczelinę w uchylającej się "żelaznej kurtynie" przecisnęliśmy się z mamą na Zachód,
by spędzić z Baśką i Fredem, jej angielskim mężem, kilka tygodni w Londynie. Niestety, niedługo trwała jej uroda. Unicestwiła ją.
Unicestwiła siebie. Ale to już inna historia, w której bodaj mam swój,
chcę wierzyć, że nieświadomy, udział. Być może przyjdzie pora, by ją
podjąć jeszcze w tej opowieści.
Wyprowadzała mnie na spacery. Na ogół chętnie, ale czasem z pewną
irytacją. Miewała już wówczas pierwsze randki, a niebawem pochłonąć ją
miały obowiązki konspiracyjne. Chodziliśmy do mego ukochanego ogrodu
zoologicznego albo do parku Praskiego. To tam kiedyś byłem świadkiem
zalotów dwu śniadych żołnierzy, w innych nieco mundurach niż znane
Wehrmachtu. Owa dwójka sympatycznych chłopców, którzy obdarzali Baśkę -
a i mnie przy okazji - komplementami w nieznanym, ale nie niemieckim
języku, a że to były komplementy, ton świadczył - to byli Włosi. I robili wszystko, aby nie było wątpliwości, że nie są Niemcami - "Siamo
Italiani, no - podkreślone - Tedeschi". Byli rekonwalescentami, wyszli
na spacer z pobliskiego szpitala Przemienienia Pańskiego. Jeden z żołnierzy powtórzył kilkakrotnie słowo "sorella". Czyżby Baśka
przypominała mu siostrę? Bardzo możliwe. I pomyśleć, że za kilka lat
język włoski będzie pierwszym obcym językiem, który ją otoczy tuż po
wojnie, w Ankonie, gdzie przez czas jakiś będzie żołnierzem Drugiego
Korpusu, do którego trafi odszukana w Niemczech, w oswobodzonym przez
Amerykanów obozie jenieckim, przez swego narzeczonego, porucznika o pseudonimie "Minoga" z ich wspólnej kompanii "Parasol". Potem, do końca
niedługiego życia, otaczać ją będzie angielski, który stanie się też jej
językiem.
Późno zostałem ochrzczony, oficjalnie, bo "z wody"
mama dokonała tego aktu, chyba jeszcze nim opuściła szpital na Karowej,
gdzie ujrzałem świat. W czterdziestym roku miałem blisko cztery lata.
Ksiądz ostro ofuknął mamę, gdy, umawiając z nim termin uroczystości,
podała aż trzy imiona: Stanisław, na cześć dziadka ze strony ojca, który
darzył ją prawdziwie ojcowskim uczuciem, zmarł na rok przed moim
urodzeniem, Ignacy, bo to imię ojca, i Tadeusz - bo święty Juda Tadeusz
szczególnie był ceniony przez mamę, miała ona z nim bliskie, dobrze
ułożone stosunki, to bodaj święty od spraw beznadziejnych i to on
właśnie, jej zdaniem, z najtrudniejszych opresji ją ratował. "Trzeba
było dać mniej imion, a wcześniej chrzcić" - skomentował ksiądz długą
listę patronów.
Chrzest odbył się w niedokończonym do czasu wybuchu wojny - wieże nie
miały zwieńczeń - neogotyckim kościele Świętego Floriana. Po wybuchu
Powstania, przed oddaniem Pragi, na początku września czterdziestego
czwartego Niemcy wysadzili w powietrze tę ogromną budowlę. Bali się
zostawiać tak doskonały punkt obserwacyjny. Wyleciały wtedy wszystkie
szyby w domach w promieniu kilkunastu ulic. Brałem udział po wojnie w odgruzowywaniu terenu, w rozbieraniu wielkiego wzgórza pokruszonych, ale
zdarzały się też całe, cegieł. Dziś stoi w tym miejscu na powrót
świątynia, bogatsza od tamtej. Jest katedrą nowo powstałej przed kilku
laty diecezji praskiej.
Śmieszna może się wydać przyczyna, dla której zwlekano z moim chrztem,
ale taka ona właśnie była. Seniorem rodu ojca był jego starszy brat,
stryj Władek. Zginie on w czasie Powstania w sztabie Naczelnego
Dowództwa, pod budynkiem Poczty Głównej na Świętokrzyskiej i tę śmierć
majora Brejdyganda (tak właśnie z błędem na końcu nazwiska) zanotuje
Miron Białoszewski w swoim Pamiętniku z Powstania Warszawskiego. Major
B. był dobrym znajomym jego ojca. Otóż stryj Władek, sam absolwent
paryskiej Szkoły Wojskowej, typowy, dumny ze swej służby i misji
przedwojenny oficer, miał wpływ na losy swoich młodszych braci, w tym
także mego ojca, który za cenę wielkiego trudu i oporu wybronił się
przed karierą wojskową, ale w końcu musiał ulec, podejmując studia
lekarskie z przeznaczeniem do służby medycznej w armii. Miał też stryj
wpływ na los jedynego dorastającego bratanka - Czesia, ja się wtedy
jeszcze nie mogłem liczyć. Otóż Czesio wcześnie został umieszczony w Szkole Kadetów, z której przeszedł wprost do Podchorążówki. On to miał
zostać moim ojcem chrzestnym, jak tylko otrzyma koalicyjkę i gwiazdkę na
ramieniu. Dostał je tuż przed wybuchem wojny, wkrótce był porucznikiem.
Ale nie w paradnym mundurze stał za mną w kościele Świętego Floriana,
lecz w zwyczajnym garniturze. Udało mu się uniknąć niewoli i od
pierwszych miesięcy okupacji działał w podziemiu. Obok Czesia, mego
chrzestnego ojca i stryjecznego brata, stała ciotka Ziuta, jak zwykłem
był nazywać moją matkę chrzestną. Od kiedy się znały z mamą i w jakich
okolicznościach się poznały, nie wiem, ale przez cały czas wojny darzyły
się wielką przyjaźnią. Potem ciotka Ziuta zniknęła z mego życia, wraz z Hanią, jej córką, moją rówieśnicą, która będzie bardzo ważną postacią
mego dzieciństwa. Znikną one z Warszawy w czterdziestym szóstym roku,
wywiezione przez tajnego kuriera do amerykańskiej czy brytyjskiej strefy
w Niemczech, do męża ciotki, oficera, lekarza psychiatry, który nim
cudem trafił na skutek jakiejś nieoczekiwanej wymiany do niemieckiego
oflagu, doświadczył niewoli sowieckiej, może przypadek jedynie zdarzył,
że nie trafił do obozu w Ostaszkowie. Żadna siła nie byłaby w stanie
zmusić go do powrotu do kraju zajętego przez Armię Czerwoną.
Wyemigrowali do Kanady.
Stałem więc ja naprzeciw księdza w bocznej kaplicy wielkiego kościoła
Świętego Floriana, w ręku trzymałem świecę - mam gdzieś fotografię
czarnowłosego chłopca w jasnym ubranku: krótkie spodenki przypięte
guziczkami do trykotowej koszuli - i recytowałem: "Wierzę w Boga Ojca
Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi...". Za mną stali moi rodzice
chrzestni, na pewno mama i Baśka, i na pewno Hanka. Reszty uczestników,
a mogło ich być kilka, może nawet kilkanaście osób i większość z nich
potrafiłbym opisać, z tej uroczystości nie pamiętam. Nawet Czesia tak
naprawdę z tego dnia nie pamiętam, choć dobrze utrwaliło mi się w pamięci jego kilka wizyt w czasie wojny, zanim zginął. Widzę tylko
płomyk świecy - w niego się widocznie wpatrywałem, mówiąc - widzę w tle,
wysoko, zbiegające się łuki sklepienia i zdaje mi się, że słyszę własny
dziecięcy głos: "Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego...". Potem ksiądz
zapytał mnie wprost, a nie, jak to zwykle bywa, tego, kto trzyma
niemowlę na ręku: "Czy wyrzekasz się Ducha Złego". A ja odpowiedziałem,
że się wyrzekam.
Odgrzebana z pamięci uroczystość chrztu i grupa ludzi zgromadzonych
wtedy wokół mnie recytującego credo uświadomiła mi, że przecież przez
owe lata żyliśmy w jakimś środowisku, mieliśmy znajomych, przyjaciół.
Najbliżsi sąsiedzi z ulicy Małej to byli na ogół prości ludzie, z którymi mama utrzymywała dobre sąsiedzkie stosunki. Zdarzały się zresztą
pośród tych sąsiadów także postaci dziwne, nietypowe, niezupełnie tam
pasujące, jak na przykład taka pani Pleskaczew, biała emigrantka z Rosji. Los rzucił ją nie dalej, jak innych, do Paryża, a choćby do
Berlina czy Pragi, osiadła w Warszawie, a może, nim wróciła na czas
wojny, tej pierwszej, do Rosji, mieszkała już tu z rodziną, z tatą,
carskim urzędnikiem, w stolicy Priwislinskiego Kraju. Pani Pleskaczew
chodziła systematycznie do nieodległej cerkwi na rogu Targowej i Zygmutowskiej i dawała do zrozumienia, że los się z nią źle obszedł. I chyba to prawda, bo nawet w jej świątyni w trakcie wojny poczęto ją i innych cywilnych Rosjan gorzej traktować. Nabożeństwa dla nich
celebrował stary pop w niewielkim dolnym kościele. Rozległa cerkiew, do
której wchodziło się po schodach, przeznaczona była dla rzeszy
umundurowanych wiernych, żołnierzy z dywizji SS-Galizien i innych
kolaboracyjnych formacji. Tam to młody pop o pięknym, potężnym głosie
śpiewał niczym natchniony kapłan Krzyżowców.
Nasi bliscy znajomi i przyjaciele to byli na ogół ludzie mieszkający na
Pradze - choć nie tylko, odwiedzaliśmy również tych za Wisłą - tyle że w lepszych domach i na nieco lepszych ulicach. Były to rodziny lekarzy,
inżynierów, nauczycieli i jakichś poważnych przed wojną urzędników. Bo
jednak mama była Panią Doktorową. Nie bez znaczenia był ten tytuł.
Pamiętam wizyty, nieczęste, ale systematyczne, nobliwego Pana Doktora.
Był on przedstawicielem Izby Lekarskiej i przychodził dowiadywać się,
jak sobie radzimy. Przynosił tran, który niestety musieliśmy wypijać z Baśką, po dużej łyżce każdego wieczoru, także jakieś lekarstwa na
wszelki wypadek i kto wie, tego nie jestem pewien, ale się domyślam,
wręczał czasem mamie jakąś niewielką sumę zapomogi. Wtedy to pojąłem, co
znaczy solidarność cechowa i jakim autorytetem moralnym cieszyła się tak
samorządna instytucja zawodowa jak Izba Lekarska.
Ciotka Ziuta z Hanią były jakby rezydentkami w domu doktorostwa J.
Ciotka była siostrą żony doktora medycyny i weterynarii Rudolfa Johana.
Nazwisko brzmiało czysto niemiecko. Nie wiem, jak doktorowi Johanowi
udało się nie przyjąć volkslisty - być może proponowano mu więcej, nawet
reichslistę - ale faktem jest, że podobnie jak kilka wybitnych
niemieckich rodzin, w tym najwyżsi duchowni protestanccy, pozostał on
pośród polskich üntermenschów. Kłopotów chyba jednak nie miał, był
wicedyrektorem rzeźni odpowiedzialnym za zdrowie - a więc jakość mięsa -
zwierząt, a kontyngenty dla armii były rzeczą najwyższej wagi. Z Niemcami doktor Johan - niewątpliwie Niemiec z pochodzenia - jakoś sobie
poradził, wykazał charakter, dużo gorzej poszło mu potem z władzami
komunistycznymi. Wiem, że był osobą w swoim środowisku wybitną, twórcą
szczepionki przeciw kurzej cholerynce, przed wojną dyrektorem jakichś
ważnych zakładów w Wielkopolsce, skąd wraz z całą elitą polskiej
inteligencji został wysiedlony do Generalnego Gubernatorstwa. Jego żona,
siostra ciotki Ziuty, urodziła się na przełomie wieków w Sarajewie, ich
ojciec był tam jakimś wysokim urzędnikiem, przedstawicielem Wiednia.
Wyobrażam sobie, że mogła była widzieć zamach na arcyksięcia Ferdynanda.
Może szła właśnie wtedy, mała dziewczynka prowadzona za rękę przez
guwernantkę, na spacer bulwarem nad Miljacką, gdy rozległ się strzał i gdy obezwładniano po chwili i krępowano ręce zabójcy, Gawriły Principa.
Z wieloletniej znajomości z doktorową J. została mamie umiejętność
parzenia kawy prawdziwie po turecku. W domu doktorostwa Johanów po raz
pierwszy w życiu zetknąłem się - jeśli tak można powiedzieć - z salonem.
Nie chodzi tylko o przestrzeń, o ładne połączenie kilku starych mebli i przedmiotów z zasadniczym wystrojem w stylu art déco - zapamiętałem
między innymi zestaw coraz niższych stolików ustawionych pod sobą, które
rozstawiane bywały w trakcie tak zwanych przyjęć bufetowych, już wtedy w dzieciństwie poznałem możliwość urządzenia, w tym jedynym zresztą domu,
przyjęć, na których nie wmurowuje się biesiadników za stołem, i od
tamtej pory taka swoboda mi się podoba - więc nie tylko o wystrój domu
doktorostwa mi chodzi, także o nastrój, o atmosferę "domu otwartego", o częste, w tych samych dniach tygodnia urządzane przyjęcia, czwartki
brydżowe, popołudniowe "herbaty". Doktorostwo mieli jedynego syna,
mówiło się, że nie bardzo udanego. Nie wiem dlaczego tak mówiono. Dobrze
fotografował, to on zrobił mi piękny portret w ułańskim czako. Dopiero
po wojnie na dobre się skompromitował, przez czas jakiś pracował w UB. W tamtych latach okupacji, gdy większość jego rówieśników konspirowała, on
wiódł życie, jak byśmy dziś powiedzieli, playboya. Pamiętam, że
oficjalnie zjawiał się w domu z dwiema narzeczonymi. Były to ładne
dziewczyny, wciąż roześmiane, stwarzały pozory, że bardzo im dobrze ze
sobą, że się przyjaźnią, gdy w gruncie rzeczy brały udział w nieustającym konkursie, jedna z nich miała zostać ostatecznie wybrana.
Bodaj żadna wybrana nie została. W domu doktorostwa był też pies o mądrej, ludzkiej twarzy, bokser imieniem Budrys, pierwsze zwierzę, z którym się gorąco zaprzyjaźniłem, i były "kuzynki pod opieką", ciotka
Ziuta i moja kochana Hanka.
Drugą rodziną, którą pamiętam od zarania wspomnień, byli państwo
Kościelscy. To już nie był ten poziom zamożności i pozycji co w wypadku
doktorostwa, ot, typowa inteligencka rodzina. On, poważny, chudy,
kostyczny pan profesor, nauczyciel szkoły średniej, ona, o dwadzieścia
lat młodsza, ładna, o jasnym, pogodnym uśmiechu, świeżo przed samą wojną
upieczona absolwentka konserwatorium w Bydgoszczy. Mieszkali oni w nieco
gorszej części Pragi, choć podobnie jak doktorostwo w nowej kamienicy,
nie tak jednak luksusowej, przy ulicy 11 Listopada. Profesor Kościelski
dawno nie żyje, a pani Ewa, bardzo już dziś leciwa, ale wciąż z tym
samym uśmiechem, zwraca się do mnie jak dawniej po imieniu. To jedyny
tego rodzaju ślad dzieciństwa. Bardzo go lubię.
Ten dom miał dużo więcej ciepła, a to dzięki młodej, jasnej gospodyni,
która u progu wojny jakąś żywą, gorącą sympatią zapałała do mojej mamy.
Poznały się zapewne przy okazji wizyty pani Ewy z małą córeczką w Stacji
Opieki nad Niemowlętami. Krysia nie była już niemowlęciem, ale widocznie
jej mama miała z nią jakiś problem. Ta nieomal moja rówieśnica, chyba
dwa lata jedynie ode mnie młodsza, stanie się ważną postacią mego
dzieciństwa. Potem państwu K. urodzą się jeszcze dwie córki. A ja,
dorastając, często obecny w ich domu, będę czuć rosnącą sympatię
profesora, który długo, przez lata, do końca, będzie śledził moją "drogę
w sztuce", moje wzloty i upadki. Chyba w jakimś okresie choć po części
wypełniałem mu lukę, zapewne pragnął mieć syna.
Mieliśmy też co najmniej dwie rodziny zaprzyjaźnione w domu blisko
położonym, na ulicy Inżynierskiej, naprzeciw wylotu Małej. To byli
inżynierostwo, państwo Domańscy. Pamiętam zwłaszcza Andrzeja, ich syna,
mego rówieśnika, z którym sporo podwórzowych przygód wspólnie
przeżyliśmy. To w ich mieszkaniu zastanie nas, mamę i mnie, wybuch
Powstania. I byli tam jeszcze państwo Wierzbiccy. Jego - był tajemniczy,
prawie zawsze nieobecny w domu, wiadomo było, że pełni jakąś ważną
funkcję w Podziemiu - nie pamiętam, ją tak, i to dobrze. Piękna, drobna,
krucha pani Zofia. Boleśnie wwiercała mi się w zęby, choć starała się,
jak mogła, żeby nie bolało. Ich bardzo ładna córka, koleżanka Baśki,
podjęła się być moją nauczycielką "od wszystkiego" i przerobić ze mną
drugą klasę. Bo do pierwszej chodziłem normalnie. A zacząłem wcześnie,
miałem pięć lat, kiedy mnie mama zapisała do prywatnej szkoły
powszechnej Paszke Folakowej, przy niewielkiej ulicy Wrzesińskiej w centrum Pragi. Istniały widać jakieś powody, dla których nauki klasy
drugiej pobierałem w naszym ciasnym pokoju na Małej lub w mrocznym
salonie państwa Wierzbickich na Inżynierskiej, edukowany przez pięknie
dojrzewającą Ewę. Pamiętam jej kształty i jej zapach. Nie pamiętam
natomiast zupełnie, czego się uczyłem. Kruchą, delikatną matkę mojej
nauczycielki, która borowała mi być może jeszcze mleczne zęby, zobaczyć
miałem po dwudziestu kilku latach, po wojnie. W niczym nie przypominała
siebie sprzed ćwierć wieku. Była tęga, jakoś napuchnięta. Spędziła wiele
lat w łagrze, gdzieś za kołem polarnym, resztę już w nieco znośniejszych
warunkach, "na osiedleniu", na Syberii. Męża jej, owego tajemniczego
pana, NKWD wzięło jednej z pierwszych nocy po "wyzwoleniu". Chyba nie
dane mu było pożyć w łagrze, rychło po śledztwie go zlikwidowali, żonę,
sowieckim zwyczajem, zsyłając w ramach odpowiedzialności zbiorowej.
Wzięli ich nie z mieszkania przy Inżynierskiej, ale z jakiejś willi pod
Warszawą. Moja dorastająca nauczycielka zdążyła uciec przez okno do
lasu.
Mieliśmy jeszcze dość bliskich znajomych po drugiej stronie Wisły, na
ulicy Tłomackie. Matka, starsza pani, córka, nieco młodsza od mojej
mamy, i wnuczka. Tylko tę ostatnią pamiętam, ona też była jedną z dziewczynek mego dzieciństwa. Ta znajomość nie miała, jak pozostałe,
kontynuacji po wojnie. Wszystkie trzy zginęły w Powstaniu. Brałem udział
w ich pogrzebie, po ekshumacji z podwórkowego grobu wykopanego w czasie
walk, na cmentarz Bródnowski.
A otóż, myślę, pora, by zatrzymać się teraz nad
najgłębszymi chyba moimi doznaniami czasu pierwszego z pokoi, czasu mego
wojennego dzieciństwa. Nazwę je górnie: Eros i Tanatos... Zacznę od
śmierci. O tym, że życie jest tak nieprawdopodobnie kruche, że jeden
przypadkowy albo świadomie oddany strzał wystarczy, by "mnie już nie
było", że wystarczy seria z ustawionego na przeciwległym chodniku
karabinu maszynowego, by stojący w szeregu żywi ludzie ze skrępowanymi z tyłu drutem rękami i zaklejonymi plastrem ustami zamienili się w stertę
trupów - o tym wszystkim, zdaje mi się, że ja już wtedy wiedziałem i to
tak naprawdę, nie tylko w formie przyjęcia do wiadomości, ja rozumiałem
to zmysłami. Tym swoją drogą różni się doświadczenie mego dzieciństwa od
doświadczenia dzisiejszych kilkulatków, dla których padanie
zastrzelonych sylwetek w grach komputerowych to właśnie gra, to nie
naprawdę. I dlatego bywa, że zabijają naprawdę.
Mój pierwszy trup leżał na krawędzi chodnika na Stalowej, blisko rogu
Inżynierskiej. Twarz przykrytą miał gazetą i ta gazeta była chyba czymś
przyciśnięta, ale wiatr ją podwiewał i podchodząc blisko, nachylając
się, można było zobaczyć połyskujące, jakby szkliwem pokryte martwe oczy
i smużkę krwi zaschniętą, która miała początek przy niewielkim otworze w czole. Długo tak leżał. Zdawało się, jakby nikt się nim nie interesował.
My, dzieci, przyglądaliśmy się zabitemu najpierw z daleka, z drugiej
strony ulicy. Ciekawość pchała nas jednak bliżej. Ten i ów kucał, żeby
się twarzy przyjrzeć. Ja kucnąłem także. Był dość młody, pewno nie miał
trzydziestu lat. Ubrany był w szarą marynarkę, w bryczesy i oficerki.
Nikt nie znał tego człowieka, ale szybko rozeszła się wieść, że był
konfidentem, i że to nasi chłopcy go zlikwidowali. Potem, po Powstaniu,
napatrzyłem się trupów co niemiara. Również rozkładających się.
Taki to był blisko mnie królujący Tanatos czasu wojennego dzieciństwa. A Eros? Bo był, a jakże, także on. Pierwsze doznania, i te zrozumiałe jak
sympatia lub też więcej, bywało, że czułość, i te niezrozumiałe,
mroczne, niepokojące stany dech zapierającego podniecenia. Doświadczyłem
ich na długo przed inicjacją, ba, nawet na długo przed wstępnym
erotycznym samopoznaniem, przed masturbacją.
Pamiętam trzy dziewczynki, a zatem jakby trzy kobiety mego dzieciństwa.
Najbliższa była mi Hanka, córka ciotki Ziuty. Do dziś czuję wzruszenie,
gdy o niej myślę. Mówiło się, że jest opóźniona w rozwoju, ale ja,
dalibóg, nie umiałbym powiedzieć, na czym to opóźnienie miałoby polegać.
Nigdy nie zapomnę, jak na mój widok rozkłada ramiona i biegnie swym
nieco kaczym krokiem, mimo wkładek, które jej ciotka umieszczała w bucikach, pełne płaskostopie dawało znać o sobie, a więc biegnie i jest
w niej sama radość, rzuca mi się na szyję i przytula się. Może ta
spontaniczność w wyrażaniu uczuć to było owo "opóźnienie". Jeśli tak, to
błogosławieni opóźnieni, bo im dana jest umiejętność kochania. Niedawno
oglądałem film z udziałem dziecka dotkniętego zespołem Downa, czyli
Muminka, przekonał mnie on do tej myśli.
Wspomniałem, że rajem mego dzieciństwa był ogród zoologiczny z opustoszałymi klatkami i wybiegami. Tam to z Hanką spędzaliśmy całe
dnie. Byliśmy nierozłączni. Nie bez znaczenia pewno było to, że syciła
ona moje ego. Bo też byłem dla niej alfą i omegą. Wpatrywała się we mnie
jak w obraz. Często kończyłem myśl, zwracając się do niej słowami:
"Hanka, no nie?". A ona z nieopisaną żarliwością odpowiadała
natychmiast: "No pewnie!". Kochała mnie. Ale ja też ją kochałem. Mówiło
się, że poszłaby za mną w ogień. Otóż spaceru w płomienie jej nie
zaproponowałem, ale kiedyś splądrowaliśmy czyjś ogródek działkowy, a może nawet kilka ogródków i to na pewno był mój pomysł. Dumni ze
zdobyczy przynieśliśmy matkom wielkie naręcza warzyw i stertę owoców.
Obie były przerażone. Mieliśmy wszystko zwrócić. No i odnieśliśmy
zagrabioną zdobycz, niekoniecznie układając ją na tych samych działkach.
Pamiętam, że wracaliśmy smutni, zawiedzeni ulicą Ratuszową do domu. I nagle zatrzymaliśmy się obok ograniczonej płotem z drutu kolczastego
przestrzeni. To, co zobaczyliśmy za płotem, wyglądało jak fragment
koszmarnego snu: nieruchomo stojące, wychudzone jak szczapy postaci.
Inni siedzieli, a jeszcze inni leżeli nieruchomo. Po latach obejrzę
obraz Knuta Hamsuna Głód. W tym obrazie najważniejsze są oczy. I w twarzach tych jeńców bolszewickich zobaczyłem właśnie GŁÓD. Spojrzeliśmy
po sobie z Hanką i chyba pomyśleliśmy to samo. Bunt był w nas, sprzeciw
wobec norm, zgodnie z którymi matki kazały nam tamte warzywa i owoce
zwrócić. Trzeba je było donieść tutaj - i wszystko przerzucić przez płot
tym poniżonym.
Hanka to czułość, przywiązanie, oddanie. I jasność. I żadnej
dwuznaczności, żadnego niepokoju.
Drugą dziewczynką-kobietą była wspomniana już, młodsza o dwa lata ode
mnie córka państwa Kościelskich, Krysia. Urodę wzięła po matce. Ładna i we właściwy dziewczynkom w jej wieku sposób kokieteryjna, a może nawet
uwodzicielska. To ona proponowała zabawy. W męża i żonę na przykład. I tak to kładliśmy się obok siebie "do łóżka". Co tu ukrywać, coś się we
mnie budziło. Albo jeszcze bardziej prowokująca zabawa w pana doktora.
Badałem ją, dotykałem, naciskałem. Zawsze po tych naszych zabawach
miałem szum w głowie i pewien niepokój.
Ale największy niepokój i to już wyraźnie erotyczny, budziła we mnie
Jagusia. Była ona zagadkowa, milcząca, tajemnicza. Jasna blondynka o niesłychanie jasnych, jakby przezroczystych oczach. Te oczy miały w sobie coś wielce niepokojącego. A przy tym wszystkim była po prostu małą
dziewczynką.
Dziwne pozostało we mnie wspomnienie. Bawiliśmy się, pamiętam, z rzadka
się do siebie odzywając, w pokoju, w którym panował półmrok. Tylko przez
wąską szczelinę pomiędzy storami wpadała smuga światła. Wszystkie okna w mieszkaniu od tej strony były zasłonięte na stałe. Za nimi było getto.
Nie wiem, jak to się stało, czy padła z mojej albo z jej strony jakaś
propozycja. Bardzo możliwe, że nie. Ona lub ja, ktoś pierwszy zaczął się
rozbierać. Jeśli ona, to aby mnie do tego samego sprowokować. I to jest
prawdopodobne. Bo gdybym ja tak sam z siebie zaczął, można sobie
wyobrazić, że przerażona dziewczynka by uciekła. A więc stało się, ona
zsunęła majteczki, a ja rozpiąłem spodnie. Poczułem, że mój ptaszek -
takiej nazwy powszechnie się używało - gwałtownie nabrał sztywności,
naprężył się aż do bólu. I to było zaskoczenie. W pokoju panowała
kompletna cisza. Wpatrywałem się w nienaturalnie u dziecka wybujały
seks. Może się mylę - ale skąd by się wzięła taka pomyłka w pamięci, a ja wciąż bardzo wyraźnie ten obraz pamiętam - zdawało mi się, że
pomiędzy jej grubymi, nabrzmiałymi wargami widzę strużkę krwi. Ten obraz
powracał we mnie wielokrotnie. Także w trakcie pogrzebu-ekshumacji
Jagusi. On we mnie pozostał.
Nie pamiętam ojca. Istniał w mojej świadomości,
ale jako byt abstrakcyjny, ktoś, kto gdy wróci - wierzyłem w to
niezachwianie - z tego jakiegoś innego świata, ze swego "bycia na
wojnie", wtedy dopiero zaistnieje konkretnie, fizycznie. Ciekaw go byłem
bardzo. Takie to smutne, że zacząłem go naprawdę poznawać, dopiero gdy
odszedł, najpierw gdy odszedł z mamy, a więc i mojego życia, a potem
wkrótce ze świata. Wiem, że nigdy go nie poznam w pełni, nie dowiem się,
jaki był. Ale coraz bardziej, doprawdy coraz bardziej się go domyślam. I to, mój Boże, dopiero teraz, gdy o kilka lat jestem starszy niż on w chwili śmierci. Nie pamiętam go, a przecież tak mocno wówczas pragnąłem
jego obecności. Czułem dojmujący brak dorosłego mężczyzny, opiekuna,
autorytetu. I rolę tę w pewnym stopniu odegrał mój ojciec chrzestny -
Czesio. Odwiedził on nas nie więcej niż kilka razy w czasie okupacji.
Zjawiał się, pamiętam, późno, tuż przed godziną policyjną i zawsze w momencie, gdy podwórko było puste. Znikał wczesnym rankiem. Mama, gdy
się zjawiał, wyciągała co tylko było do jedzenia i przygotowywała
kolację. Rozmawiali głównie o rodzinie, na przykład o ciotce Felicji,
która była moją stryjenką, a Czesia stryjenką i ciotką zarazem. Ojciec
jego, który zginął pod sam koniec pierwszej wojny - Czesio był tak
zwanym pogrobowcem - wraz z bratem swym Karolem pojęli dwie siostry.
Stryj Karol pełnił jakby funkcję zastępczego ojca Czesia, a córka jego i ciotki Felicji, Marysia - wspaniała osoba, o której będzie, myślę, czas
i miejsce, by coś powiedzieć - była dla Czesia kimś bardzo bliskim,
prawdziwie siostrą. A więc o czymś tam mama z Czesiem rozmawiali,
wspominali jakieś zdarzenia sprzed wojny, po czym następował czas
upragniony mojej z nim zabawy: nosił mnie na barana, opowiadał jakieś
zabawne historie. Przedpokój, poczekalnia i nasz pokój - stawały się
wtedy dla mnie labiryntem, zaczarowanym ogrodem. Nigdy nie padło
pytanie, co robi. To był czas, kiedy należało nie wiedzieć. Nie mieliśmy
wątpliwości, że jest bardzo zaangażowany w konspiracji. Wizyty Czesia to
były jedyne moje długie wieczory w tamtych czasach, w te dni chodziłem
późno spać. Czesiowi mama szykowała posłanie na leżance w gabinecie.
Kiedy się budziłem, już go nie było. Po ostatniej jego wizycie, gdy
przez kilka miesięcy się nie zjawiał, zapytałem mamę, co myśli, czy coś
mu się nie stało. Mama odpowiedziała tylko, że jest niespokojna, ale
wierzy w Opatrzność. No i tym razem Opatrzność zawiodła.
Raz tylko podczas wizyt Czesia - i to chyba była właśnie ta ostatnia -
pamiętam inny nastrój rozmowy. Mama wyciągnęła z szuflady wycięty
kawałek z gadzinówki, jak nazywano polskojęzyczną gazetę. Wiedziałem, co
zawierał strzępek tej gazety: prostokącik dwa na cztery centymetry - do
końca wojny mama przechowywała go, potem gdzieś zaginął - i w nim trzy
linijki tekstu: Karol Brejdygant, stopień wojskowy i to, co przy nim
zostało: fotografia, medalik, list niewysłany i książeczka do
nabożeństwa. To przedmioty odnalezione przy stryju wykopanym w lesie
katyńskim. Wiem, jak wstrząsająca była wieść o tej zbrodni dla mamy, no
i przede wszystkim dla Czesia. Na grobie rodzinnym, gdzie spoczną
ekshumowane - mój Boże, ileż tych ekshumacji było po wojnie - szczątki
Czesia, jest też wmurowana wiele lat temu tablica upamiętniająca
męczeńską śmierć Karola w Katyniu.
Zastanawia mnie fakt, że nie przypominam sobie nigdy nawet cienia
wątpliwości wokół mnie, w naszym domu, na temat autorstwa tamtej
zbrodni. Mimo że przecież na co dzień obcowaliśmy z szalbierstwami
propagandy hitlerowskiej. Ale to były hasła czy argumenty - jeśli w ogóle można było dać im takie miano - jak cepy, trafiające do
najprymitywniejszych umysłów i do najniższych instynktów. Na przykład
znany plakat z potworną twarzą o wyłupiastych oczach i wielkim
haczykowatym nosie i napis: "Żydzi - wszy i tyfus" albo zapamiętany
dwuwiersz z kalendarzyka na rok bodaj czterdziesty trzeci: "Śmierć
okropną przez Mośki i Icki niesie na nas kraj bolszewicki". Bo już
namalowane na murze hasło - widziałem je gdzieś w Śródmieściu, chyba na
Królewskiej - "PPR - pachołki Kremla", mogło być wcale nie dziełem
niemieckiej propagandy, ale akcją uświadamiającą polskiego Podziemia.
Skąd, wciąż stawiam sobie pytanie, płynęła wiara w to, że Katyń nie był
zbrodnią hitlerowską? Bez wątpienia dochodzenie Międzynarodowego
Czerwonego Krzyża na prośbę rządu Rzeczypospolitej, z udziałem
przedstawicieli państw neutralnych, ale też Polaków, i wyniki tego
dochodzenia sprawiły, że ci, co czytali Biuletyn Informacyjny i przedrukowywane nasłuchy z Londynu, nie mogli dać wiary późniejszej
farsie sowieckiego dochodzenia. Jedno jest pewne, mimo iż nie byłem
szczególnie sycony jakąś antysowiecką propagandą w czasie wojny - wtedy
wróg to był widoczny na każdym kroku okupant niemiecki - mimo iż
pierwszy krzyk rozpaczy przeciw zbrodni zaniechania, jaki usłyszałem, to
był kolportowany w odpisach wiersz - list konającego powstańca: "Czekamy
na ciebie Czerwona Zarazo!" - to nigdy, przez chwilę nawet, nie miałem
wątpliwości, iż stryj Karol zginął od kuli z bliska wystrzelonej w tył
czaszki przez ludzi z tak zwanych organów bratniego - co zmuszony byłem
wyczytywać i wysłuchiwać przez ponad czterdzieści lat - narodu
radzieckiego, co to "przykład, pomoc i przyjaźń" nam niesie. Był jeszcze
jeden argument. Niemcy dokonywali zbrodni niewyobrażalnych, ale nie
uśmiercali wziętych do niewoli oficerów w mundurach, w czasie wojny.
Tyczyło to państw sygnatariuszy konwencji genewskiej, a więc oficerów
sowieckich nie. No i nie tyczyło dowódców konspiracji. Z jakich powodów
tak postępowali? Zapewne chodziło im o zapewnienie praw swoim jeńcom.
Ale faktem jest, że w oflagach przeżyli także oficerowie Żydzi.
Czesio zginął w sposób szczególny. Jego śmierć przybrała dla mnie walor
symbolu. Otóż padł na linii frontu rażony szrapnelem. Ponieważ prawie na
pewno działał na swojej Lubelszczyźnie, a równocześnie bywał w Warszawie, w Komendzie Głównej, mógł więc albo spóźniony starać się
przedrzeć przez front do Powstania - i tę hipotezę uważam za mniej
prawdopodobną - albo właśnie z Warszawy, wysłany z Komendy Głównej,
przepłynął Wisłę i przedzierał się z misją, z kolejnym wezwaniem o pomoc, do sztabu armii radzieckiej. Zginął trafiony pociskiem z jednej
lub z drugiej strony. I leżał sobie przez trzy lata w płytkim grobie w mazowieckich piaskach pod Sulejówkiem. W czterdziestym siódmym roku, tuż
przed powrotem ojca, mama znalazła ogłoszenie, małą notkę w coraz
bardziej popularnym w Warszawie "Expressie Wieczornym". Mieszkańcy osady
pod Sulejówkiem zawiadamiali o grobie pod lasem i podawali nazwisko.
Odszukaliśmy z ojcem zapadający się w piach grób. Złożyliśmy szczątki do
trumny i trumna ta została przewieziona do rodzinnego Opola Lubelskiego.
Tam czas jakiś stała w ciemnym pokoju, w mieszkaniu ciotki Felicji,
otwarta, przed pogrzebem. Wpatrywałem się w czaszkę. Gdy po latach będę
przygotowywać się do mojej debiutanckiej roli Hamleta, w scenie
cmentarnej, wpatrując się w czaszkę Yoricka zrobioną z papier mâché -
mam ten rekwizyt w domu, zachowałem go - będę mówić z ogromną
serdecznością o tym, który był radością mego dzieciństwa, który bawił
się ze mną, nosił na plecach i choć nie był ojcem, kochał mnie jak
ojciec - i cały czas będę miał w pamięci obraz sczerniałej czaszki mego
brata-ojca. Brakowało w niej części wyrwanej przez szrapnel. Ten otwór
przed zamknięciem trumny Marysia przykryła białą dalią.
W wiele lat później dostałem niezwykły list. Nadejdzie z Brzegu nad
Odrą. Jego nadawcą okaże się starszy, prosty człowiek, wtedy już na
emeryturze, żołnierz kampanii wrześniowej. Zapyta mnie w liście, czy ja
jestem jego dowódcą z tamtego czasu. Bo jeśli tak, to chciał się
przypomnieć i podziękować. Zauważył moje nazwisko gdzieś na okładce
książki albo, co bardziej prawdopodobne, w napisach czołowych jakiegoś
filmu czy programu telewizyjnego. Odpowiedziałem mu, że nie, że to
niemożliwe, ale wiem, kto o tym nazwisku był wtedy porucznikiem, dowódcą
kompanii. I on mi wtedy napisał, że mój brat-ojciec, który przecież nie
miał we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku więcej niż dwadzieścia
dwa lata, był "ojcem dla swoich żołnierzy". Ci żołnierze, z poboru, z rezerwy, byli na ogół znacznie od niego starsi.
Mój brat-ojciec. Tak. Czesio był mym dużo starszym bratem. Ale przede
wszystkim odegrał rolę ojca. A za bratem rówieśnikiem tęskniłem.
Pamiętam marzenie o kimś, kto by dzielił ze mną te same doznania, te
same doświadczenia. To było marzenie, które, wiedziałem, nie mogło było
się spełnić. I oto nagle pewnego wieczoru dowiedziałem się, że może stać
się rzeczywistością. W czas wojny wszystko mogło się zdarzyć. Mama,
wybiegając z domu, rzuciła jedno zdanie: "Jeśli Pan Bóg pozwolił ocaleć
tym dzieciom, przyprowadzę chłopca. Pokochasz go jak brata, prawda?".
Oczekiwałem wpatrzony w drzwi. Na dworze było tak zimno, że zamek
wewnątrz był oszroniony. Gdy mama wróciła po dwóch godzinach, miała
twarz poszarzałą i przerażenie w oczach. Siadła na stołku w kuchni i długo się nie odzywała. Okazało się, że ona i inne kobiety przybiegły na
bocznicę Dworca Wschodniego za późno. W bydlęcych wagonach były skulone,
pokurczone ciała zamarzniętych dzieci. To był transport z Zamojszczyzny,
z terenów "czyszczonych" przez Niemców dla germańskich osadników.
Dorosłych mieszkańców zabijano lub wysyłano do obozów. Część dzieci
przewożono do Rzeszy na zniemczenie. Te zamarzły w drodze. No i nie było
mi dane wzrastać z rówieśnikiem. Przez czas jakiś będą mi się śniły
pokryte szronem, zamarznięte dzieci.
Dużo tu piszę o śmierci. I jeszcze trochę przyjdzie mi o niej pisać
niebawem. Ale cóż, takie - pełne zarazem codziennych, ludzkich małych
radości - było wówczas życie. Stale obok śmierci. Znam trochę świat, w Europie ten śródziemnomorski i dość dobrze niemal całą Amerykę Północną,
a, o dziwo, nie byłem dotychczas w kraju kulturowo chyba szczególnie mi
bliskim, w Hiszpanii. Pamiętam wstrząs, jakiego doznałem, oglądając film
Arrabala, a znałem przedtem trochę twórczość tego wybitnego autora,
przede wszystkim sztuki teatralne. I o nim samym coś niecoś wiedziałem.
Przez całe życie próbował zostać Francuzem i udało mu się tylko to, że
stał się autorem piszącym w języku francuskim. Bo pozostał Hiszpanem.
Jego film w tytule ma hasło wykrzyczane przez jednego z frankistowskich
generałów, ale jest to hasło całej Hiszpanii. Nie tylko frankistowskiej,
nie tylko fanatycznych katolickich rojalistów, do których należała matka
Arrabala, ale też republikańskiej, do której ojciec jego należał, a także największy bard Iberii tego wieku, Lorca, którego scenę
rozstrzelania Arrabal pokazuje w filmie. To jest hasło Cyda i konkwistadorów, i Goyi - "Viva la muerte...". Czyżby to było także moje
hasło? Chyba nie aż tak. Ale prawdą jest, że staram się w tej opowieści
odtworzyć nie tylko realia mojej przystani, mojej skorupy, małego
pokoju przy ulicy Małej i najbliższego otoczenia. Ja siebie staram się
sobie odtworzyć, siebie z tamtego czasu. Małego chłopca w świecie
intensywnego życia i łatwej śmierci.
Po latach, gdy wspominam baczne spojrzenie ojca, który wnikliwie mnie
indagował i przyglądał się z taką pełną troski uwagą, gdy wrócił i bardzo, ale to bardzo chciał we mnie odnaleźć syna - to się jego
spojrzeniu, jego trosce nie dziwię. On przybył z kraju, w którym wojna
dawała znać o sobie jedynie racjonowaniem żywności. Tam, w pięknym
szkockim Edynburgu nawet naloty na Londyn znano tylko z kronik
filmowych. To było tak daleko. Moi szkoccy rówieśnicy na pewno bardzo
zazdrościli angielskim kolegom, że tu i ówdzie niemieckie bomby zmiotły
jakąś szkołę. I nie było lekcji. Ojciec, gdy wrócił, miał za sobą szok
spotkania z córką. Postarał się o przyśpieszenie jej demobilizacji i ściągnął ją z wciąż jeszcze nierozformowanego Drugiego Korpusu z Włoch
do Edynburga. Przypłynęła siedemnastoletnia dziewczyna, która miała za
sobą przeżycia, jakich starczyłoby na pełne biografie dla kilku
dojrzałych kobiet. Ileż to razy żegnała się ona z życiem, ile śmierci
widziała. I trudno by nie odreagowała tego drapieżną żądzą życia, gdy
znalazła się po konspiracji, po Powstaniu i po obozie jenieckim, w armii, jakkolwiek by było zwycięskiej, i w Ankonie przeżyła prawdziwe
dolce vita: biesiady, pijaństwa, swawole, także krótkotrwałe,
nieudane małżeństwo. I po tym wszystkim miała wraz z wyklutymi ledwie z dzieciństwa swymi rówieśnicami, nastolatkami, zasiąść na ławce szkolnej,
by dokończyć edukacji. Za dwa lata czekała ją matura w dobrej,
obdarzonej certyfikatem oxfordzkim szkole średniej sióstr urszulanek w Edynburgu.
I znowu Baśka. Pamiętam w naszym pokoju na Małej
stertę wyciętych z szarozielonej tektury krzyży harcerskich i lilijek. I ją pamiętam wpisującą kaligraficznie litery na trzech płatkach lilijek:
O - Ojczyzna, N - nauka, C - cnota. Tak to się zaczęło. Gdzieś na
początku czterdziestego trzeciego roku moja trzynastoipółletnia siostra
została zaprzysiężona w podziemiach Pałacyku Ociemniałych na placu
Trzech Krzyży. Od tamtej pory były zbiórki, instruktaż, akty małego
sabotażu i przede wszystkim przygotowania do funkcji, którą miała potem
pełnić w Powstaniu, łączniczki - kolporterki podziemnej prasy. Nasze
mieszkanie pełne było poutykanych gdzie się dało - między sprzęty, za
obrazami, pośród bielizny - gazetek i biuletynów. W wypadku rewizji
kwalifikowaliśmy się w najlepszym wypadku do transportu do Oświęcimia.
Zapamiętałem opowieść Baśki - mama pozwoliła jej wtedy wypalić papierosa
- o jej wyjściu z łapanki. I to takiej połączonej ze szczegółową
rewizją. Ponieważ w bluzce, w majtkach i na plecach miała poutykane
gazetki, nie miała żadnych szans. I wtedy - mama była pewna, że to
święty Juda Tadeusz zainterweniował - ruszyła prosto do najwyższego
rangą dowódcy, najpewniej oficera gestapo. Zbierając ze wszystkich sił
cały zasób słów po niemiecku i całą wiedzę o strukturze języka,
rozpaczliwie wyznała mu, że jeśli nie wróci na czas, mama będzie się
gniewać, bo właśnie zostawiła pod jej opieką małego braciszka, a ona
sobie wyszła, tylko na chwilę, i niechże on zrozumie... No i ów oficer,
szczerze rozbawiony jej dziecięcym przeżywaniem i dziecięcym problemem,
kazał ją z zamkniętego rejonu wypuścić.
Dwudziestego dziewiątego lipca 1944 roku po południu odprowadzaliśmy z mamą Baśkę na przystanek tramwajowy niedaleko domu, na Konopackiej.
Zawsze wydawała mi się taka duża, taka dorosła. A na tym przystanku
wyglądała jak dziewczynka jadąca na kolonie. Dźwigała plecak. I szła do
Powstania. Matka wiedziała przecież, że może już nigdy jej nie zobaczy,
a przecież nie umiała zaprotestować. Ucałowała ją i zrobiła nad głową
ledwie widoczny znak krzyża. Byłem oto świadkiem arcypolskiej sceny:
dziecko oddawane na ofiarę. "Jak kamienie przez Boga rzucone na
szaniec..." Wiedzieliśmy, że miejscem wstępnego jej zakwaterowania jest
dom na ulicy Miodowej przy rogu placu Krasińskich. Symboliczne miejsce,
obok najsłynniejszego włazu do kanału, którym będą się ewakuować
niedobitki obrońców Starego Miasta. A ten dom, gdzie Baśka zacznie
Powstanie, po wojnie zostanie podniesiony z gruzów i odtworzony w dawnym
kształcie. To było niegdyś Collegium Nobilium Konarskiego, wzorcowa
szkoła Komisji Edukacji Narodowej Sejmu Czteroletniego, od 1955 roku
siedziba Wyższej Szkoły Teatralnej, w której spędzę cztery ważne lata
życia, ucząc się sztuki aktorskiej.
Zobaczymy się z Baśką dopiero po dwunastu latach, na lotnisku pod
Londynem. Tam wyląduje mała Dakota KLM - większym samolotem dolecimy z mamą do Amsterdamu - wyjdzie nam naprzeciw łysiejący, niemłody już
mężczyzna z wąsami, o bardzo ciepłym, sympatycznym uśmiechu, i powie -
to będzie mój pierwszy sprawdzian z angielskiego, przetłumaczę mamie, co
jej zięć do nas mówi - że Asta, to znaczy Barbara, to znaczy Kalina,
zaraz się zjawi, nie wytrzymała napięcia oczekiwania i poszła do
toalety.
Jeszcze słowo o "kamieniach rzuconych na szaniec". Kilkanaście osób,
dziewcząt i chłopców, zmieściło się w zamkniętym obwodzie: przedpokój,
poczekalnia, gabinet i - po otwarciu zwykle zamkniętych drzwi - nasz
pokój. Zapamiętałem dokładnie datę: 4 grudnia 1943 roku. Barbary. Za
niespełna osiem miesięcy wybuchnie Powstanie. Ci wszyscy u nas zebrani
przyszli świętować imieniny Baśki. Przyszli wieczorem, by wyjść rano.
Obowiązywała przecież godzina policyjna. Ta prywatka - jak za kilka lat,
po wojnie, będzie się podobne imprezy nazywać - miała swój wyznaczony
limit czasowy. Musiała trwać. Długo. I absolutnie nie było nudno. Mimo
że nie pamiętam, aby pito alkohol. Chociaż, kto wie, może i pito, ale
jeśli tak, to w takich ilościach, że nie znać było efektu. Najpierw było
dużo gwaru, szumu, śmiechów. Ktoś ciągle podkręcał gramofon i układał na
krążku płyty z żywymi rytmami, szły głównie fokstroty. Potem tempo
zwolniło się. Pamiętam wtulone w siebie sylwetki tańczących tanga i slow-foxy. Przeszkadzałem im, taki podekscytowany, pełen życia dzieciak,
któremu pierwszy raz w życiu pozwolono nie spać w nocy. Gdzieś nad ranem
padłem i mama położyła mnie do łóżka. Ale najpierw przeżyłem radość
udziału w zabawie. Chłopcy nosili mnie na barana, podrzucali. A potem,
siedząc gdzieś w kącie, słuchałem ich rozmów. Nieprzytomnie mi
imponowali ci młodzi mężczyźni albo raczej bardzo wyrośnięci chłopcy.
Wiedziałem przecież, że są żołnierzami. Dziewczęta też, ale one mniej
mnie interesowały, z tymi chłopakami jakoś się identyfikowałem. A dziwni
to byli żołnierze. Ironiczni. Głęboko myślący. I zdeterminowani. Oni,
większość z nich, wiedzieli, że szanse na zwycięstwo, szanse dożycia
końca wojny są nikłe. A przecież "na wszelki wypadek" wszyscy
studiowali. Byli starsi niż Baśka, mieli po osiemnaście, dziewiętnaście
lat, niektórzy pewno ponad dwadzieścia. Mieli być lekarzami,
inżynierami, artystami, politykami. Poza normalnymi studiami na tajnych
kompletach wszyscy uczyli się też walczyć na kursach podchorążych, na
wyjazdowych zgrupowaniach w podwarszawskich lasach. Pamiętam trzy pokoje
przepełnione wielką obietnicą, zapowiedzią aktywnego, twórczego życia.
Pamiętam dobrze tamtych chłopców i tamte dziewczęta. Wyrokiem
Opatrzności z całej tej grupy przeżyła tylko Baśka. Wszyscy oni zginęli
w Powstaniu.
Kiedy w osiemdziesiątym pierwszym groziła nam interwencja krajów
"bratniego obozu", z tym największym na czele, zastanawiałem się, jakie
byłoby - Bogu dzięki, że ten sprawdzian nie nastąpił - morale
rówieśników tamtych. Czy obudziłby się w nich imperatyw, że jeśli nawet
sensu nie widać, bywa że trzeba. Trzeba zginąć.
Czuwaj, kiedy światło na górach daje znak, wstań i idź.
Dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę.
Powtarzaj stare zaklęcia ludzkości, bajki i legendy.
Bo tak zdobędziesz dobro, którego nie zdobędziesz.
Powtarzaj wielkie słowa, powtarzaj je z uporem,
Jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku.
A nagrodzą cię za to tym, co mają pod ręką:
Chłostą śmiechu, zabójstwem na śmietniku...
Ci, co przeżyli Powstanie, tak właśnie ginęli po wojnie w ubeckich
więzieniach. Ale poeta mówi przecież:
Bądź wierny. Idź.
Pora opowiedzieć o czasie Powstania. Nim zacznę,
czuję jednak potrzebę, by cofnąć się na chwilę o ponad rok. I mojej, i tej zbiorowej pamięci - tak uważam - to się należy.
Był Wielki Tydzień, oczekiwanie Wielkiejnocy. W tym czasie w mieście,
nie całym, ale w jego dużej części, trwało powstanie. Oddziały Stroopa
likwidowały getto, w którym grupy straceńców stawiały desperacki opór.
Ci ludzie czynili to jedynie dla honoru, by ocalić godność w chwili
umierania. Nasze, warszawskie Powstanie, owe heroiczne sześćdziesiąt
trzy dni, sierpień i wrzesień czterdziestego czwartego roku, było
przemyślaną, chociaż jak chcą niektórzy nie do końca przemyślaną i nie w pełni odpowiedzialną akcją militarną. Ta akcja zgodnie z przewidywaniami
miała szanse powodzenia. Istniała przecież nieźle przygotowana do walki,
choć posiadająca minimalną ilość broni i amunicji, armia podziemna, no i była przecież siła zbrojna na Zachodzie. Żołnierze Samodzielnej Brygady
Spadochronowej generała Sosabowskiego przez miesiące, przez lata
przygotowywali się w dalekiej Szkocji do zrzutu na Warszawę, poznawali
na makietach każdy zaułek miasta. Potem mieli ginąć w Holandii, walcząc
o ów "jeden most za daleko". Oto siły zbrojne Rzeczypospolitej, te
zorganizowane w kraju i te z zagranicy, miały wyzwolić stolicę i podjąć
wkraczające oddziały sojuszniczej Armii Czerwonej jako gospodarze. Mieli
ją przywitać przedstawiciele rządu niepodległego kraju. No i zostaliśmy
zdradzeni. Przez wschodnich "sojuszników", którzy zachodnim, idącym
Warszawie z minimalną pomocą z powietrza, nawet lądować nie pozwolili na
swoich lotniskach. Cynicznie dali znać Londynowi i Waszyngtonowi, iż
chcą, aby Warszawa z jej władzą i z jej wojskiem została zabita.
Zdradzili nas też zachodni alianci tak dalece potrzebujący sił
sowieckich, że nie ośmielili się interweniować w strefie już zgodnie z podziałem nie ich wpływów. No i przegraliśmy, tracąc miasto, które legło
w gruzach, i tracąc dwieście tysięcy mieszkańców, w tym większość
młodego pokolenia. Tak się stało, ale nie tak miało być. Powstanie,
powtórzę oczywistość, miało wszelkie szanse zwycięstwa. Rozgłośnia
sowiecka prowokowała, namawiając usilnie do jego wybuchu. I jedna fala
uderzeniowa Armii Czerwonej zza Wisły wystarczyłaby - poważniejsze siły
niemieckie wycofały się z miasta z początkiem sierpnia, oni byli gotowi
oddać miasto - i stolica byłaby wolna. Dopiero gdy rozgorzała walka,
miała przyjść świadomość zdrady, świadomość podjętego i zaakceptowanego
wyroku śmierci.
...Powstańcy w getcie wiosną czterdziestego trzeciego roku nie brali
udziału w przygotowanej i przemyślanej akcji militarnej. Oni od początku
skazani byli na śmierć. I tylko o godną śmierć walczyli. Im nikt nie
miał nawet zamiaru przychodzić z pomocą. Podziemie polskie odstąpiło im
trochę broni, ale to była jałmużna. Może i trudno się dziwić. Ci na
zewnątrz szykowali się do walki i tych w getcie traktowali jak i tak
skazanych na śmierć.
...Dane mi było widzieć rzecz niezwykłą, coś, zdawałoby się, nierealnego.
Była bodaj Wielka Sobota, nastrój panował przedświąteczny, sprzyjała mu
piękna wiosenna pogoda. Znalazłem się z mamą na spacerze w Alejach
Ujazdowskich. Tego dnia nikt tu nie szedł śpiesznie, ludzie spacerowali,
cieszyli się słońcem i perspektywą dwu świątecznych dni. A nad miastem
unosił się wielki słup ciemnego dymu, który rósł, wciąż rósł, wspierał
nieboskłon. To był znak zagłady. Ostrzegał, upominał, uświadamiał.
Opatrzność czyniła próbę ludzkich sumień. Pogoda była bezwietrzna. Gdyby
tak wiał wiatr, kłęby dymu idące z palonego getta rozniosłyby się w chmurę nad całym miastem, przesłoniłyby słońce, stałyby się uciążliwe,
zmusiłyby do myśli o tym co się o b o k dzieje. A tak ciemny słup
wspierał jedynie strop nieba, które było pogodnie błękitne. I komu
chciałoby się myśleć - nielicznym chciało się, na pewno - że tam, skąd
bije słup dymu, w jednej czwartej miasta palą się ludzie. Szedłem z mamą
Alejami Ujazdowskimi pośród zieleniejących drzew i mocno zaciskałem rękę
na palcach jej dłoni. Wokół widziałem pogodne twarze, nikt nie obracał
głowy w stronę dymu. Tyle było innych kierunków do patrzenia. I tyle
było innych tematów do rozmów i do myślenia. No bo też cóż można było na
to poradzić, że płonie część miasta, wielka część, w samym jego środku i że giną tam, że płoną tam ludzie. Swoi czy obcy? Za kilkanaście miesięcy
bomby będą spadać na całe miasto, płonąć będzie całe miasto i ginąć będą
wokół sami swoi, choć przecież pośród "naszych" żołnierzy nie zabraknie
tych kilku ocalonych z wielkanocnego żydowskiego powstania, wśród nich
ostatni dowódca walczącego getta, Marek Edelman. Mój Boże, jakaż okrutna
próba człowieczeństwa nas spotkała. Do dziś nie mogę pojąć, dlaczego tak
obojętnie przyjęto (przyjęliśmy!) zabijanie części naszego miasta,
uśmiercanie jego współmieszkańców, współobywateli Najjaśniejszej
Rzeczypospolitej?
W pierwszy dzień świąt szedłem wolno, spacerem, z mamą, kładką-galerią
dla pieszych przez most Kierbedzia od nas z Pragi na drugi brzeg. Wciąż
nad dzielnicą północną wznosił się gigantyczny słup dymu. Ale ja tego
dnia, w tej właśnie chwili nie zwracałem na niego uwagi. Zawsze
przechodząc przez ten most, wpatrując się w nieodległy nurt rzeki,
odczuwałem jakiś lęk. Ściskałem rękę mamy. Czyżby to był lęk
przestrzeni? Przecież ledwie dziesięć lat później, będąc
kilkunastoletnim absolwentem kursu wspinaczkowego, będę pokonywać
przejścia taternickie z niebezpieczną, zdaniem instruktora,
dezynwolturą, nie odczuwając lęku wysokości. Otóż by zagłuszyć lęk, o czymś z mamą zawzięcie rozmawiałem. Nie zauważyłem, kiedy minęliśmy most
i wspięliśmy się Nowym Zjazdem na Krakowskie Przedmieście. Wkrótce
byliśmy już na Bielańskiej. I tam, skręcając za róg ulicy Tłomackie,
zamarliśmy w pół słowa i w pół ruchu. Przed nami była ściana ognia. Na
tle tej ściany płomieni w odległości kilkunastu kroków od siebie stało
na rozstawionych nogach dwóch czarno umundurowanych młodych,
przystojnych blondynów. Wpatrzeni byli w płomienie i z jakąś dziką
pasją, powiedziałbym, że z niepohamowanym entuzjazmem, słali w te
płomienie długie serie z pistoletów maszynowych. Zapamiętałem czarne
pistolety i opalone, silne przedramiona. Ci wojownicy mieli zawinięte
rękawy. Dopiero po długiej chwili jeden z nich nas zauważył i szerokim
gestem prawej ręki, w której trzymał visa, nakazał, żebyśmy znikali.
Mama szarpnęła mnie za rękę, ściana ognia pochyliła się, wygięła i zniknęła. Biegliśmy. Aż wchłonął nas mrok klatki schodowej.
Po chwili otoczył nas gwar wielu głosów. Słyszeliśmy serdecznie czynione
wymówki, że czemu tak późno, że pora do stołu. Nastąpiło dzielenie się
jajkiem, życzenia, potem obfite wielkanocne śniadanie, toasty za rychły
koniec wojny i za wolną Polskę, która ma nieszczęście tak być źle
położona, że chyba pomysłem wartym uwagi byłoby przeniesienie jej całej,
łącznie z klasztorem częstochowskim (jak dziś pamiętam te słowa - i to
mówili inteligenci polscy czasu wojny - "cegiełka po cegiełce") do
Ameryki. No a potem huknęła pieśń wielkanocna: "Wesoły nam dzień dziś
nastał, którego z nas każdy żądał. Tego dnia Chrystus zmartwychwstał.
Alleluja! Alleluja!". I pomyśleć, tylko dziecko w tym towarzystwie
odczuło niestosowność zachowania dorosłych i wielką niestosowność
podjęcia tej pieśni... Bo ja wciąż miałem w oczach ścianę ognia. I sylwetki tamtych dwóch w czarnych mundurach, którzy w tę ścianę
strzelali. Nie do ognia przecież. Oni strzelali do ludzi. Po latach
obejrzę dokumentalny film Jerzego Bosaka Requiem dla 500 tysięcy. W finałowej sekwencji tego filmu zobaczę zapamiętany obraz: ścianę
płomieni. Ale wśród płomieni zobaczę też sylwetki ludzi skaczących z okien. Ów film nałoży mi się na zapamiętany obraz - i już nie potrafię
powiedzieć, czy ja tych skaczących widziałem. Na pewno widziałem tych,
którzy do nich strzelali. Ten obraz trwa we mnie.
A spośród owych uczestników wielkanocnego przyjęcia kilkanaście miesięcy
później prawie wszyscy zginą podczas "naszego" Powstania. Także moja
mała przyjaciółka Jagusia i jej mama i babcia.
My z mamą ocalejemy. Na praskim brzegu, z którego oboma mostami przez
ostatnie dni przed pierwszym sierpnia będą ciągnąć tłumy ku lewobrzeżnej
Warszawie. Ludzie będą tam szli, by chronić się w mieście skazanym na
zagładę.
Przez kilka godzin trwała wokół strzelanina. Potem zapadła cisza.
Nieśmiało, chyba na palcach, jakby nie chcąc zburzyć panującej ciszy,
wyszliśmy z piwnicy i wspięliśmy się na pierwsze piętro do dużego,
mrocznego mieszkania państwa Domańskich. Tu mnie i mamę zaskoczył wybuch
Powstania. Ktoś podszedł do ciężkiej kotary obramującej okno,
powiedział: "Pusto". Podszedłem i ja, skarcony ostrym szeptem przez
mamę. I ja pierwszy zobaczyłem kilkuosobową sztrajfę. Szli z uniesionymi
visami, czujnie się rozglądając. Raptem seria pocisków przecięła ścianę
domu, w którym byliśmy. Może zauważyli kogoś w oknie. Mnie nie, zdążyłem
się cofnąć. No i tak miało być tego dnia i przez kilka następnych.
Martwota. Paraliż obezwładnionej dzielnicy. Jak się okazało, Powstanie
po praskiej stronie szybko, w ciągu kilkudziesięciu godzin zostało
zdławione. Przez kilka dni trzymano ludzi uwięzionych w domach. Ulice
były wymarłe. Te ważniejsze pod stałym ostrzałem. Już kilka miesięcy
wcześniej widzieliśmy przygotowania. U wylotu niektórych ulic wybudowano
bunkry, między innymi na ulicy Ratuszowej, z otworem strzelniczym
skierowanym w Inżynierską. Kiedy drugiego dnia ktoś z naszej bramy -
zapewne jakiś zabłąkany przechodzień, którego wybuch Powstania zastał
tutaj i który skrył się w bramie, nie miał tu, jak my znajomych i spędził noc skulony gdzieś na klatce schodowej, lub może przygarnięty
przez dozorcę w stróżówce - wychylił się i usiłował przebiec ulicę w poprzek, upadł pośrodku jezdni. Strzał był celny, ten człowiek padł
martwy. I leżał tak, odstraszając innych, nie sposób go było ściągnąć.
Drugi ryzykant dzień później padł obok tamtego. Został trafiony, ale żył
jeszcze. Długo się wykrwawiał, nim skonał. Mężczyźni z naszej bramy
rzucali w jego kierunku jakieś sznury, próbowali go ściągnąć. Daremnie.
Mówiło się, że w bunkrze siedzi Ukrainiec, strzelec wyborowy.
Otóż trzecim ryzykantem okazała się mama. Nic nikomu nie mówiąc - na
pewno powstrzymano by ją przed szaleńczym czynem - wyskoczyła z bramy i pobiegła. Padł strzał. Podbiegliśmy do okna i zobaczyliśmy ją u wylotu
Małej. Machała ręką w naszą stronę. Ktoś zaklął, ktoś zaśmiał się
histerycznie. A ja poczułem, że oto jestem z nią rozdzielony. No bo
trudno było sobie wyobrazić kolejne szaleństwo, jej powrót. Tymczasem
mama po jakichś dwóch godzinach wróciła. Znów usłyszeliśmy strzał i po
chwili tuliłem się do jej kolan. Zobaczyłem przestrzeloną spódnicę. To
był ślad pierwszego skoku. Miałaby - zdecydował milimetr - strzaskane
kolana. I konałaby na moich oczach. Drugi ślad, z drogi powrotnej, to
były upalone włosy tuż nad czołem. Ten strzał niechybnie by ją zabił. Do
dziś nie mogę pojąć motywów jej lekkomyślności. Wyprowadzenie mnie
ubranego w czako z orłem na spacer to była przy opisanym zdarzeniu
niewinna igraszka. Tłumaczyła się, że musiała sprawdzić, co się dzieje u nas w mieszkaniu, zostawiła otwarte okna. Tłumaczenie niepojęte. Już
bardziej trafia do przekonania motywacja powrotu, że niby wszyscy
byliśmy rozłączeni, ojciec w dalekim świecie, Baśka skazana na śmierć,
za Wisłą, i my, którzyśmy się nie rozstawali, teraz rozdzieleni. Myślę,
że ważnym elementem osobowości matki był po prostu brak zdolności
przewidywania, brak swego rodzaju wyobraźni. Tak niewiele trzeba było,
bym został sierotą.
Mama opowiedziała, że na naszym podwórku, na Małej, panuje szczególny
nastrój. Wszyscy tam siedzą na zewnątrz, na ławce, na wyniesionych
stołkach. Dozorca z sąsiadem grają w warcaby. Ludzie przechodzą z domu
do domu. Już poprzebijano przejścia w murkach i płotach między
podwórkami, a jeśli ściany łączą posesje, przebito przejścia w piwnicach. Zresztą na Małej ludzie przebiegają też ulicą. Jest
bezpiecznie. I pomyśleć, to ledwie pięćdziesiąt metrów od miejsca, gdzie
na jezdni leżały trupy zastrzelonych. Kontrasty tamtego czasu, myślę, że
trudne są do pojęcia w każdym innym czasie.
Gdy terror zelżał, można już było stawać w oknach, ale wciąż byliśmy
uwięzieni w kamienicy, na drugim i trzecim podwórku poczęto organizować
różnego rodzaju rozrywki. Grano w piłkę albo w salonowca. Raz po raz
wybuchały salwy śmiechu. To zabawiała się młodzież. Mama, pamiętam, była
oburzona. Koledzy, rówieśnicy tych tutaj - a wśród tych tutaj był
niezwykle przystojny chłopak, przez pewien czas sympatia Baśki - tam, za
Wisłą, walczyli i ginęli, a ci... Rozumiałem ją, jej sprzeciw. Ale chyba
też tych grających w piłkę i salonowca należało rozumieć. Tamci, z tamtego brzegu, chyba podobnie tu by się zachowywali. I ci, i tamci byli
bardzo młodzi.
My, dzieci, także mieliśmy swoje zabawy. Nas fascynował labirynt piwnic.
Licytowaliśmy się, kto naprawdę widział szczura, najlepiej gromadę
szczurów. Mnie się wydawało, że spotkałem jednego. I do tego jednego się
przyznałem. A poza tym tajne spotkania, narady w kątach piwnicy. Można
by je nazwać: "zakazane zabawy". Były dziwnie podniecające. Na przykład
nasze, chłopców zbliżających się do progu wieku pokwitania, w mroku
piwnicy odbywające się wzajemne prezentacje męskości. Staliśmy w kręgu i każdy po kolei musiał wyciągnąć swego "ptaka". Ja z Andrzejem, synem
znajomych, w których mieszkaniu okoliczności nas uwięziły, zwabiliśmy
któregoś dnia do piwnicy naszą rówieśniczkę, córkę sąsiadów, by dopełnić
wcześniej uzgodnionego aktu poznania wzajemnie swej inności. Odważnie
obnażyliśmy się przed tą dziewczynką, która z wielką uwagą przyjrzała
się naszej nagiej - dosłownie, bo jeszcze niewspartej owłosieniem -
męskości, po czym usprawiedliwiła się, że dziś nie jest w nastroju,
raczyła tylko opowiedzieć jak TO u niej wygląda i że ukaże nam siebie
innym razem. Nie dotrzymała zobowiązania.
Mama, która w późniejszych latach była tęga, nie gruba, ale dość tęga, w tamtych dniach schudła niemiłosiernie. Pamiętam zwisające na niej
sukienki, pamiętam jej poszarzałą twarz, zapadnięte policzki, podkrążone
oczy. Wstawała nad ranem z polowego łóżka rozstawionego w stołowym
pokoju - i znikała. Potem zjawiała się przy śniadaniu. Przez całe dnie
milczała. Poszedłem za nią któregoś dnia. Na strych. Stała przy otworze
dymnika wpatrzona w płonące za rzeką miasto. Panowała nadranna cisza.
Usłyszałem nagle płynący z daleka, zza rzeki, głos, przeciągłe wołanie:
"Taaaśmy podawaaj!". I pamiętam nadlatujące samoloty. Rozpoczynał się
kolejny nalot. To było niezwykłe widowisko. Samoloty, jeden za drugim,
robiły pętle i zrzucały powiązane chyba łańcuchami - tak to zapamiętałem
- po trzy ładunki. I spokojnie, nie niepokojone odlatywały, zostawiając
za sobą ogromne pióropusze dymu i gruzu. Nie było przecież żadnej obrony
przeciwlotniczej. Wyobrażam sobie taki potrójny ładunek, jak trafia w dach kościoła Świętego Krzyża, przebija strop, a wtedy podmuch powietrza
zwala stojącą u szczytu wysokich schodów przed wejściem znaną figurę
Chrystusa pochylonego pod krzyżem. Chrystus spada i leży na plecach na
usłanej gruzami jezdni Krakowskiego Przedmieścia z ręką dramatycznie
wyciągniętą ku niebu. Nad nim widać napis zwieńczający wejście do
dolnego kościoła: "Sursum Corda". To najbardziej wstrząsająca
fotografia, jaką znam z Powstania.
Stałem długo przy nieruchomej, zapatrzonej w tamten brzeg mamie.
Odezwała się wreszcie: "Oby Bóg pozwolił mi odnaleźć kiedyś jej zwłoki".
Mówiła o Baśce. W to, że mogłaby córkę znaleźć wśród żywych,
rzeczywiście trudno było uwierzyć, patrząc w tamtą stronę.
Po dniach uwięzienia na Inżynierskiej wróciliśmy do naszego małego
pokoju na Małej. Przez zakratowane okno widać było wylot ulicy i naprzeciw dom, który opuściliśmy. Wolno już było poruszać się po
najbliższej okolicy, ale mama nie wracała tam, skąd przyszliśmy, nie
wchodziła już na strych. Zatrzymała w sobie obraz miasta na drugim
brzegu, zabijanego dniem i nocą z ziemi i z powietrza. Była nadal blada,
wychudzona, ale uczyniła wysiłek, by zachowywać się normalnie. Przede
wszystkim musiała zdobywać pożywienie. Nie mieliśmy żadnych zapasów, a o jedzenie było coraz trudniej. Sprzedawała więc jakieś mało wartościowe
przedmioty - wartościowych nie mieliśmy - żeby nabyć kilkanaście
ziemniaków albo woreczek mąki. Często był to handel wymienny, pieniądze
traciły wartość, dni ich istnienia były przecież policzone. Wtedy to,
jedyny raz w życiu, doświadczyłem może nie głodu, ale skutków
niedożywienia, zacząłem miewać stany osłabienia i biegunkę, podobno
"głodową". Gdy nadeszło niebawem wyzwolenie, mama sprzedała
najcenniejszą rzecz, jaką jeszcze posiadała, skórzane, dobrze
podzelowane buty, i kupiła spory kawałek boczku. Smażyła grube plastry i karmiła mnie. Dolegliwości ustąpiły, ale być może na krótko. Wtedy
postanowiła się ze mną rozstać. Oddała pod opiekę ciotki Michaliny
zwanej Mipą, która wyruszała w daleką drogę do siebie do Opola
Lubelskiego. Nie wiadomo było, jak uda nam się pokonać sto kilkadziesiąt
kilometrów. Miało się okazać, że głównie pieszo, doświadczając po drodze
niebezpiecznych przygód. Ale o tym mama nie mogła wiedzieć, wysyłała
mnie na wieś, gdzie mieszkała babcia, gdzie były krowy, więc świeże
mleko, także świeże powietrze i jeśli nie dostatek, to w każdym razie
jedzenia ile trzeba.
Nasz wymarsz nastąpił w kilka dni po owym dniu, po owym poranku, który
utrwalił się w mojej pamięci obok kilku jeszcze klisz - najsilniej. Oto
jak przeżyłem koniec wojny, wyzwolenie, pierwszą chwilę wolności po
pięciu latach niewoli. Dziś wyjaśnia się w podręcznikach, że jedną
niewolę zastąpiła druga, że w miejsce Niemców przyszli Sowieci i trzeba
było czekać jeszcze czterdzieści pięć lat na odzyskanie niepodległości.
I wszystko to prawie prawda. Już niebawem mieliśmy zacząć pojmować, co
się w istocie stało. Z mojej ulicy Małej, a potem z następnej mojej
ulicy - Szerokiej, było tak samo blisko do osławionego budynku przy
Cyryla i Metodego. Ze zgrozą miałem wpatrywać się w przesłonięte
specjalną obudową okna, światło dnia otworem z góry wpadało do cel, z których spojrzenie można było słać jedynie ku spłachetkowi nieba.
Wydawało mi się, gdy przechodziłem tamtędy, że słyszę krzyki
torturowanych. Ale nim przyszło zniewolenie, nim zaistniała w umysłach w pełni świadomość zniewolenia, była, bo być musiała, bo potrzebna była
nade wszystko naszym sercom i duszom, oczekiwana latami ta najświętsza
chwila. I nie byłaby ona najświętsza, gdyby przyniósł ją obcy
żołnierz-wyzwoliciel. Nawet nie chodzi o to, czy z gwiazdą na hełmie,
czy z gwiaździstym sztandarem. Nam tę chwilę przyniósł polski żołnierz.
Młodziutki, rumiany chłopak, który mundur nosił zaledwie kilka tygodni,
zmobilizowano go, gdy front przeszedł przez jego wieś, gdzieś w okolicach Białej Podlaskiej.
Lotem błyskawicy przemknęła wieść przez naszą małą ulicę Małą. Jest.
Żywy, prawdziwy! W suterenie pod pierwszym. Gdy wbiegliśmy tam z mamą, w ciasnej izbie było już kilkanaście osób. Wszyscy stali, tylko on
siedział. Uśmiechnięty buńczucznie - przecie żołnierz - zarazem
onieśmielony. Na dobrą sprawę jeszcze się nie nawojował. Częstowano go
czymś, podtykano kieliszek z bimbrem, ukradkiem pochlipywano i pytano
KIEDY? Dziś jeszcze czy dopiero jutro ruszy on z całym polskim wojskiem
i z bolszewikami wyzwalać umęczoną, walczącą Warszawę? Odpowiadał, że na
pewno ruszą. No i stało się. Kilkanaście dni później polskie wojsko
ruszyło wprost przez Wisłę na odsiecz zabijanemu miastu. I prawie
wszyscy ci żołnierze kościuszkowcy, którzy przepływali pontonami Wisłę
na rozkaz swego, tym razem nieposłusznego sowieckiemu zwierzchnictwu,
dowódcy, mieli krwią zmienić kolor rzeki. Tylko bardzo nieliczni dotarli
do lewego brzegu, większość zabitych z broni niemieckiej i przez
"sojuszniczą" artylerię popłynęło w dół rzeki, na północ. Ci nawet
grobów nie mają. I bardzo możliwe, że w Wiśle za kilkanaście dni miała
się zakończyć krótka wojenna droga naszego żołnierza, siedzącego w dusznej izbie sutereny na Małej pod pierwszym i ocierającego pot z czoła.
Zapadła cisza. Ktoś z największym szacunkiem wziął w ręce polową
rogatywkę, która leżała na brzegu stołu, i z czcią ucałował orzełka. Nic
to, że był inny niż ten mój na czako ułańskim, że nie miał korony i nic
to, że się będzie o nim mówić piastowski i że kurę przypomina, nie
białego orła, bo ciemny. Nic to... Dla nas wtedy stłoczonych w ciasnej
izbie to była świętość. Przez cały czas, gdy czapka żołnierska podawana
była z rąk do rąk i każdy składał na orzełku pocałunek, nikt w izbie się
nie odezwał. I mało kto wtedy łez nie ocierał. Ja także z nieznanym mi
przedtem wzruszeniem tego ciemnego orzełka o kurzych kształtach
ucałowałem. I tej niezwykłej chwili nic mi nie jest w stanie wydrzeć z pamięci.
Dziwnie się nasza zbiorowa pamięć obeszła z heroicznym wysiłkiem
wojennym żołnierzy polskich idących ze wschodu. Walczyli przeciw Niemcom
i za Polskę oddawali życie, tak samo jak ci pod Tobrukiem, pod Monte
Cassino czy pod Ankoną. Byli to często ci sami zesłańcy do łagrów czy na
syberyjskie odludzie co tamci i nie ich winą jest, że nie dotarli na
czas i miejsce do armii generała Andersa. I nie oni odpowiadają za
intencje i rachuby polityczne Wasilewskiej, Berlinga czy Sokorskiego, bo
nie ich był alians z władzą sowiecką. Oni szli bić się za Polskę i o Polskę. Podobnie jak żołnierze Drugiego Korpusu nieświadomi byli
konfliktu ich dowódcy z wodzem naczelnym ani powodów do szczególnej
wdzięczności Brytyjczyków dla tegoż dowódcy, jedynie spragnieni byli
walki i walczyli mężnie, "bo od śmierci silniejszy był gniew", tak
żołnierze kościuszkowcy nieświadomi byli matactw ocalałej garstki
polskich komunistów, którzy z nadania sowieckiego szykowali się od
objęcia władzy. No i ginęli masowo ci wygnańcy-żołnierze w bezsensownie
podobno rozegranej bitwie pod Lenino, topieni przez "sojuszniczą"
artylerię, gdy szli na odsiecz Warszawie, czy masowo zabijani w bitwie o Kołobrzeg, bo ten niezależnie od liczby ofiar musiał być zdobyty
natychmiast, skoro Stalinowi nadgorliwie już zdobycie miasta-twierdzy
zameldowano i odbył się salut artyleryjski w Moskwie. Zawsze przychodzą
mi na myśl ci zapoznani bohaterscy żołnierze ginący masowo w źle
prowadzonych bitwach, gdy oglądam z czułą troską zadbane groby ich
współbraci żołnierzy pod Monte Cassino, w Loreto czy powstańcze kwatery
na warszawskich wojskowych Powązkach. Poza chłopcami i dziewczętami,
którzy zginęli w Powstaniu, a których zapamiętałem z ostatnich
okupacyjnych imienin Baśki, pamiętam też o tym chłopcu z sutereny na
Małej i o setkach jemu podobnych, którym nie dane było dopłynąć do
brzegu konającego miasta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki