Rozdział 1
1
KOBIETA MRUGNĘŁA PRAWYM OKIEM. Raz, dwa, trzy, cztery razy. Komisarz
Erik Winter na chwilę zamknął oczy. Kiedy je otworzył, mrugała nadal.
Wyglądało to jak spazmatyczne drgawki, jakby jeszcze żyła. Zobaczył w jej oku odbicie sierpniowego światła. Wiązka promieni słonecznych wdarła
się przez otwarte okno. Z dołu dobiegały przedpołudniowe odgłosy ulicy -
przejechał samochód, tramwaj pomknął w dal, zaskrzeczał morski ptak.
Winter usłyszał kroki - odgłos obcasów uderzających o bruk. Jakaś
kobieta szła szybkim krokiem, dokądś się spieszyła.
Spojrzał na nią raz jeszcze. I na drewnianą podłogę. Światło jak ogień
wbijało się w deski i biegło dalej, przez ścianę, do sąsiedniego pokoju,
a może nawet do wszystkich pokojów na piętrze.
Jej powieki zadrżały jeszcze kilka razy. Odstawcie już te pieprzone
elektrody, pomyślał. Przecież wiadomo. Przeniósł wzrok na zasłony
powiewające na lekkim wietrze, przynoszącym nie tylko odgłosy, ale też
zapachy z miasta. Woń benzyny, olejku zapachowego. Winter poczuł również
słony zapach morza. Nagle pomyślał o morzu. I o linii horyzontu. I o tym, co jest za nią. O podróżach. Jego myśli zajęły podróże. Ktoś w pokoju coś powiedział, ale Winter nie słuchał. Nadal myślał o podróżach.
I o tym, że będzie zmuszony wyprawić się w głąb życia tej kobiety.
Wyprawić wstecz. Rozejrzał się po pokoju jeszcze raz. Po tym pokoju.
*
Wszedł recepcjonista. Ciągle jednak nie wiadomo, dlaczego akurat on.
Ruszył w jej stronę.
Zadzwonił z hotelu, z telefonu komórkowego.
Centrala wysłała do hotelu karetkę i radiowóz. Policja jechała
jednokierunkową pod prąd. W starych dzielnicach, na południe od Dworca
Centralnego, wszystkie ulice są jednokierunkowe.
Mocno wystraszona kobieta wysłała oboje inspektorów na trzecie piętro.
Recepcjonista czekał pod drzwiami. Były otwarte. Policjanci zobaczyli
leżące na podłodze ciało. Recepcjonista zduszonym głosem opowiedział, co
widział. Próbował przedostać się spojrzeniem do pokoju, jak gdyby tam
mieszkał. Kierująca zespołem inspektor szybko weszła do środka. Uklękła
i pochyliła się nad ciałem. Leżało w nienaturalnej pozycji.
Pętla wciąż była mocno zaciśnięta na szyi. Metr od głowy leżało
przewrócone krzesło. Na twarzy nie było widać żadnych oznak życia. Ani w przekrwionych oczach. Policjantka długo szukała wygasłego pulsu.
Spojrzała w górę, na belkę przecinającą sufit. Wyglądał dziwnie,
średniowiecznie. Cały pokój robił podobne wrażenie, jak gdyby należał do
innego świata. Albo jakby był scenografią do filmu. Porządek naruszało
jedynie to leżące krzesło. Inspektorka usłyszała wycie karetki: najpierw
dochodzące z daleka, a po chwili, kiedy samochód stanął przed hotelem,
okrutnie głośne. To wycie nie miało już jednak sensu.
Jeszcze raz spojrzała w jej twarz, w otwarte oczy. Potem na linę i krzesło. I wreszcie na belkę. Dość wysoko.
- Dzwoń po techników - powiedziała do kolegi.
Przyjechali technicy, Winter i lekarka sądowa.
Ściągnęła z prawego oka kobiety elektrody. Nie mogły jej wskrzesić, ale
dzięki nim mogła ustalić, jak długo była martwa. Im mniej czasu mija od
chwili zgonu, tym skurcze mięśni są gwałtowniejsze. Chwila zgonu,
pomyślał Winter. To dziwny termin. Podobnie jak cała ta metoda z elektrodami.
Lekarka spojrzała na Wintera. Nazywała się Pia E:son Fröberg.
Współpracowali od prawie dziesięciu lat, choć Winter - z tej czy innej
przyczyny - czasami miał wrażenie, że dwa razy dłużej.
- Sześć do ośmiu godzin - powiedziała.
Winter skinął głową. Zerknął na zegarek, było wpół do jedenastej. A zatem umarła o bladym świcie albo, jak kto woli, późną nocą. Na dworze
było w każdym razie ciemno.
Rozejrzał się po pokoju. Trzech techników oglądało krzesło, belkę,
podłogę wokół ciała, resztę mebli, wszystko, co mogło stanowić
jakąkolwiek wskazówkę. Jeśli jakieś były. Nie, nie mogło być inaczej.
Sprawca zawsze coś po sobie zostawia. Zawsze. Jeśli nie dajemy temu
wiary, możemy pakować manatki i się zmywać.
Błyski flesza zaczęły nieregularnie oświetlać pokój, jak gdyby słońce
chciało się wedrzeć do środka.
Jeśli jest jakiś sprawca... Spojrzał na belkę. I jeszcze raz na ciało.
Potem na przewrócone krzesło. Jeden z techników oglądał siedzisko. Albo
raczej nogi. Spojrzał na niego i potrząsnął głową.
Winter zerknął na jej prawą rękę. Była biała, lśniąco biała, jak śnieg.
Farba wyschła, sięgała połowy przedramienia. Jak jakaś groteskowa
rękawica. Biała farba. Obok stała puszka. Na rozłożonej gazecie, jak
gdyby najważniejsza w tym pomieszczeniu była podłoga. Ważniejsza niż
życie.
Na gazecie leżał pędzel. Ściekło z niego trochę farby. Rozlała się po
zdjęciu jakiegoś zagranicznego miasta. Dostrzegł na nim zarys meczetu.
Podszedł bliżej, przykucnął. Poczuł zapach farby.
Na jedynym stole w pokoju leżała kartka papieru.
List, napisany odręcznie. Prawie dziesięć linijek. Mogła go napisać
gdzie indziej. Cyfry na drzwiach pokoju zrobiono z pozłacanego mosiądzu.
Przybito je gwoździem. Trzecie piętro z czterech. W środku - nawet kiedy
już zamknęli okno - wciąż unosił się ten zapach. Słodkawy, choć to słowo
może mieć wiele znaczeń.
Winter podniósł ze swojego biurka kopię listu i jeszcze raz zaczął się
przyglądać pismu. Nie wyglądało na to, żeby ostatnie słowa pisała
trzęsącą się ręką. Miał dla porównania inne jej - jak wykazano -
zapiski. Oba teksty wysłano do laboratorium.
"Kocham was i zawsze będę was kochać, bez względu na to, co mi się
przydarzy, i zawsze będziecie w moim sercu, gdziekolwiek się znajdę, a jeśli was rozgniewałam, to proszę o wybaczenie, wiedząc, że darujecie mi
winę bez względu na to, co mnie lub wam się przydarzy, i że kiedyś znów
się spotkamy".
Dopiero tu postawiła kropkę. Napisała jeszcze kilka linijek, a potem to
się stało. "Bez względu na to, co mi się przydarzy". Dwa razy to samo
zdanie w liście do rodziców, napisanym według Wintera spokojną ręką,
choć technicy dostrzegli przez mikroskop niewidoczne gołym okiem
drgnięcia.
W liście, który teraz trzymał w ręce. Spojrzał na nią. Nie drżała, choć
mogła. W końcu był tylko człowiekiem. Jej biała ręka. Idealnie
pomalowana. Albo jakby zrobiona z gipsu. Coś, co już do niej nie
należało. Co można było równie dobrze od niej oddzielić. Takie myśli
przychodziły mu do głowy. Zastanawiał się dlaczego. Czy ktoś jeszcze tak
myśli?
Nazywała się Paula Ney, miała dwadzieścia dziewięć lat. Za dwa dni,
pierwszego września, skończyłaby trzydzieści. W pierwszym miesiącu
jesieni. Miała mieszkanie, ale przez ostatnie dwa tygodnie tam nie
mieszkała. Spółdzielnia robiła remont, robotnicy chodzili tam i z powrotem. Jedną godzinę spędzali w jednym pomieszczeniu, drugą w kolejnym. Prace miały trwać długo. Przeniosła się więc do rodziców.
Dwa dni temu wczesnym wieczorem poszła z przyjaciółką do kina. Po
pokazie zamówiły w pobliskim barze po lampce wina. Potem rozstały się
przy Grönsakstorget. Powiedziała przyjaciółce, że pojedzie tramwajem. I właśnie tam urwał się ślad. Do chwili, kiedy następnego dnia przed
południem znaleziono ją w hotelu Revy, półtora kilometra na wschód od
Grönsakstorget. Obok hotelu Revy nie przejeżdża żaden tramwaj. To w ogóle dość osobliwa nazwa.
Hotel też jest osobliwy. Zapomniany, jakby powstał w gorszych czasach.
Albo w lepszych, jak uważają niektórzy. Stoi w gęsto zabudowanym
kwartale na południe od Dworca Centralnego, w jednym z tych budynków,
które ominęła akcja wyburzania w latach sześćdziesiątych. Przetrwało
wtedy pięć kwartałów. Jak gdyby tę część miasta przykrył cień, kiedy
urbaniści studiowali mapę, być może podczas pikniku w Trädg?rdsföreningen po drugiej stronie kanału.
Revy istnieje od dłuższego czasu. Wcześniej była tam restauracja. Teraz
nie ma po niej śladu. Hotel stoi w cieniu nowo wzniesionego Sheratona
przy Drottningtorget. W pewnym sensie to miejsce nabrało symbolicznego
wymiaru.
Swego czasu uchodził za burdel. Stoi w pobliżu Centralnego, a więc tam,
gdzie bywa wiele kobiet i wielu mężczyzn. Ale po tych wszystkich
rewelacjach na jego temat - prawdziwych i zmyślonych - zostało już tylko
wspomnienie. Winter wiedział, że czasami zagląda tam grupa zajmująca się
zwalczaniem prostytucji, ale nie było to już fajne miejsce ani dla
dziwek, ani dla dziwkarzy. Bóg jeden wie, kto tam teraz pomieszkuje.
Mają niewielu gości. Pokój, w którym znaleźli Paulę Ney, stał pusty od
trzech tygodni. Wcześniej cztery noce spędził w nim bezrobotny aktor.
Przyjechał do miasta na casting do serialu telewizyjnego, ale nie dostał
głównej roli. Obsadzili go w epizodzie. Miałem zagrać trupa, powiedział
przez telefon koledze Wintera, Fredrikowi Haldersowi.
Winter usłyszał pukanie. Podniósł wzrok. Zanim zdążył cokolwiek
powiedzieć, wszedł komisarz Bertil Ringmar, trzeci rangą w wydziale
śledczym. Zamknął drzwi, przeszedł szybko przez pokój i usiadł przed
Winterem.
- Zapraszam bliżej - powiedział Winter.
- Darujmy sobie formalności. Przecież to tylko ja - odpowiedział Ringmar
i przysunął się, szurając krzesłem po podłodze. Spojrzał na Wintera. -
Byłem u Öberga.
Torsten Öberg również był komisarzem. Pełnił obowiązki szefa wydziału
technicznego, mieszczącego się piętro wyżej.
- No i?
- Miał coś do...
Zadzwonił stojący na biurku telefon. Przerwał Ringmarowi w pół zdania.
Winter odebrał.
- Erik Winter. - Słuchał w milczeniu, a potem odłożył słuchawkę i wstał.
- O wilku mowa. Öberg chce się z nami widzieć.
- Trudno kogoś powiesić - powiedział Öberg, pochylając się nad jednym z laboratoryjnych stołów. - Zwłaszcza jeśli ten ktoś walczy o życie. -
Wskazał na przedmioty leżące na stole. - A nawet jeśli nie walczy, to i tak jest to trudne. Ciała są ciężkie. - Spojrzał na Wintera. - Również
ciała młodych kobiet.
- Stawiała opór? - spytał Winter.
- Ani trochę.
- Więc co się stało?
- To już twoje zadanie, Erik.
- Daj spokój, Torsten. Przecież mówiłeś, że coś dla nas masz.
- Nigdy nie stała na tym krześle - powiedział Öberg. - Z tego, co widać,
nigdy nikt na nim nie stał. - Przejechał palcami po nosie. - Czy
recepcjonista nie mówił, że podskoczył i złapał koniec liny?
Winter skinął głową.
- W ogóle nie wszedł na krzesło?
- Nie. Przewróciło się, kiedy ciało spadło.
- Na ramieniu ma ranę - powiedział Öberg. - Pewnie właśnie od tego.
Winter znów skinął głową. Rozmawiał wcześniej z Pią E:son Fröberg.
- Ten recepcjonista, Bergström, chwycił koniec liny i pociągnął z całych
sił, tak że węzeł się poluzował.
- Wygląda na to, że wiedział, co robić - stwierdził Öberg.
Ale recepcjonista nie miał o tym pojęcia. Tak powiedział Winterowi
podczas krótkiego wstępnego przesłuchania w małym śmierdzącym pokoju tuż
za hotelowym holem. Po prostu działał. Instynktownie. Mówił, że to był
odruch. Chciał ratować życie.
Nie kojarzył tej kobiety. Ani wtedy, ani później. Nie zameldowała się w hotelu i nie odwiedzała nikogo.
Widział list, kartkę papieru. List pożegnalny, przemknęło mu przez głowę
na chwilę przed tym, jak zaczął działać. Ktoś miał dość życia. Zobaczył
krzesło stojące pod nią. I koniec liny. Rzucił się na ratunek,
podskoczył.
- To krzesło jest idealnie czyste - zauważył Öberg.
- Co masz na myśli? - spytał Winter.
- Gdyby sama chciała się powiesić, musiałaby wejść na krzesło i zarzucić
linę na belkę stropową. Ale nie stała na nim. A jeśli stała, to ktoś je
później wytarł. I tym kimś nie była ona.
- No, to zrozumiałe - wtrącił Ringmar.
- To gładka powierzchnia - mówił dalej Öberg. - Miała bose stopy.
- Buty stały przy drzwiach - powiedział Ringmar.
- Miała bose stopy, kiedy tam weszliśmy - mówił dalej Öberg. - Umarła
boso.
- Żadnych śladów na krześle - powiedział Winter, właściwie do siebie.
- Jak panowie wiedzą, brak śladów to coś równie interesującego jak ich
obecność - zauważył Öberg.
- A co z liną? - spytał Ringmar.
- O tym właśnie chciałem wam powiedzieć - odparł Öberg.
Winter dostrzegł dumę albo coś w tym rodzaju. Öberg miał im coś do
przekazania.
- Na linie nie było żadnych odcisków palców, ale o tym chyba
wspominałem, nie?
- Tak - odpowiedział Winter. - O linach nylonowych już trochę wiem.
Ta była niebieska. Jej jaskrawy kolor przypominał kolor neonu. Na tak
szorstkiej powierzchni rzadko zostają odciski palców. Trudno więc od
razu stwierdzić, czy ktoś miał na rękach rękawiczki.
Ale były też inne ślady. Winter widział techników pracujących w pokoju
numer dziesięć. Pobierali z liny próbki, szukali włosów i pozostałości
śliny lub potu. Trudno nie zostawić żadnych śladów DNA.
Ktoś, kto ma na rękach rękawiczki, może splunąć w jedną z nich, zaczesać
do tyłu włosy.
Całkiem prawdopodobne, że nie zostawił po sobie nic. Winter starał się
myśleć trzeźwo. Pomyślał, że przyszło mu żyć w czasach, kiedy nadzieje
na to, że testy DNA wyjaśnią i rozwiążą każdą kryminalną zagadkę, mogą
się okazać pobożnymi życzeniami, zwykłymi snami na jawie.
Wiedział, że Öberg wysłał wszystkie próbki do Krajowego Laboratorium
Kryminalistycznego.
- Gert wykrył coś jeszcze - powiedział Öberg z błyskiem w oku. - We
włóknach pętli.
- Zamieniamy się w słuch - powiedział Winter.
- Krew. Niewiele, ale wystarczająco dużo.
- To dobrze - wtrącił Ringmar. - Bardzo dobrze.
- Jeden z najmniejszych śladów, jakie widziałem - mówił dalej Öberg. -
Gert rozwiązał węzeł i, ponieważ jest człowiekiem bardzo dociekliwym,
dokładnie mu się przyjrzał.
- Nie widziałem krwi w pokoju - powiedział Winter.
- Nikt z nas nie widział - dodał Öberg. - A już na pewno nie na ciele. -
Zwrócił się do Wintera: - Czy Pia zauważyła małe rany na jej ciele?
- Ani jednej.
- Więc jeśli Paula Ney nie przyniosła liny ze sobą... - powiedział
Ringmar.
- ...to przyniósł ją ktoś inny - dokończył Öberg, znów z błyskiem w oku.
- Godzinę temu rozmawiałem z jej rodzicami - powiedział Ringmar i przesunął się z krzesłem pół metra do tyłu. Tym razem głośniej niż
przedtem. Wrócili już do Wintera. Winter był rozdrażniony, jakby go
brała gorączka. Ringmar znów się przesunął, znów szurając krzesłem po
podłodze.
- Nie możesz podnieść tego krzesła? - spytał Winter.
- Przecież na nim siedzę!
- Co powiedzieli?
- Nie wydawała się inna tamtego wieczoru ani popołudnia. Ani przez
ostatni tydzień. Była tylko wkurzona na robotników albo na spółdzielnię.
Tak w każdym razie powiedzieli. To znaczy rodzice. Albo raczej mama.
Rozmawiałem z matką, Elisabeth.
Winter też z nią rozmawiał, wczoraj po południu. I z jej mężem, z ojcem
Pauli, Mariem. Był bardzo młody, kiedy przyjechał do Szwecji i dostał
pracę w SKF-ie. Wielu Włochów się tam załapywało.
Mario Ney. Paula Ney. Jej torebka leżała na łóżku w hotelowym pokoju.
Öberg i jego ludzie jeszcze nie ustalili, czy ktoś w niej grzebał. Był w niej portfel z kartami płatniczymi i niedużą gotówką. Prawa jazdy nie
było, tylko karnet na siłownię i kilka innych drobiazgów.
W kieszonce były cztery zdjęcia. Takie z automatu. Wyglądały na świeżo
wywołane.
Zawartość torebki wskazywała na to, że jej właścicielką była Paula Ney.
I to właśnie Paula Ney została powieszona w ciemnym pokoju hotelowym, do
którego przebijał się tylko cieniutki promyk słońca.
- Kiedy miała wrócić do mieszkania? - spytał Winter.
- Jakoś niebawem, jak stwierdziła.
- Tak powiedziała? Słyszałeś to od jej rodziców?
- Chyba ojciec tak powiedział. Pytania zadawałem matce.
Winter podniósł list, a raczej jego kopię. Słowa te same co w oryginale.
Tych samych sześć linijek. Na górze: "Do Maria i Elisabeth".
- Dlaczego to napisała? I czemu do rodziców?
- Nie miała faceta - odparł Ringmar.
- Odpowiedz najpierw na pierwsze pytanie - powiedział Winter.
- Nie wiem jak.
- Zmuszono ją?
- Na pewno.
- Wiemy, czy napisała ten list po zniknięciu, że tak to nazwę? Po tym,
jak się rozstała z przyjaciółką przy Grönsakstorget?
- Nie. Ale to jest nasz punkt wyjścia.
- Łączymy list z zabójstwem - powiedział Winter. - A może tu chodzi o coś innego?
- O co?
Byli w swoim żywiole. Jednym z tych rutynowych. Burza mózgów: strategie,
pytania i odpowiedzi, kolejne pytania. Mogli się posunąć do przodu albo
wstecz, nawet zabłądzić. Byle tylko nie stać w miejscu.
- Może chciała coś z siebie wyrzucić? - powiedział Winter. - A nie mogła
tego powiedzieć prosto w oczy, stanąć twarzą w twarz. Coś się wcześniej
musiało stać. Chciała się z tego wytłumaczyć albo wyciągnąć rękę na
zgodę. Albo po prostu dać o sobie znać. Zależało jej na wyrwaniu się z domu na jakiś czas. Nie chciała mieszkać u rodziców.
- Pobożne życzenia.
- Że co proszę?
- Aż strach pomyśleć, że mogło być wręcz odwrotnie.
Nie odpowiedział. Ringmar miał oczywiście rację. Winter spróbował
wyobrazić sobie tę scenę. Była to w końcu część jego pracy. Zamknął oczy
i zobaczył, jak Paula siedzi pochylona nad kartką. Ktoś stoi za nią, nad
nią. Paula trzyma w ręce długopis. Pisz. Pisz!
- To jej słowa? - spytał Ringmar.
- Spisywała czyjeś? - dodał Winter.
- A może napisała to, co chciała?
- Wydaje mi się, że tak właśnie było - odparł Winter i jeszcze raz
przeczytał pierwsze zdania.
- Dlaczego?
- Ton jest zbyt osobisty.
- Może to ton mordercy?
- Chodzi ci o to, że to może być jego wiadomość do własnych rodziców?
Ringmar wzruszył ramionami.
- Wątpię - powiedział Winter. - To jej słowa.
- Ostatnie.
- Jeśli nie pojawią się kolejne listy.
- Niech to szlag.
- O co jej chodzi z tym proszę o wybaczenie? - powiedział Winter i przeczytał jeszcze raz.
- O to, o czym pisze - odparł Ringmar. - Że prosi o wybaczenie, jeśli
rozgniewała rodziców.
- Czy akurat o tym się myśli, kiedy się pisze taki list? To by jej
przyszło do głowy?
- A myśli się w ogóle w takich sytuacjach? - spytał Ringmar. - Wiesz, że
jesteś w beznadziejnym położeniu, ktoś każe ci pisać list. - Bujnął się
na krześle, ale tym razem go nie przesunął. - No, całkiem możliwe, że ma
się wtedy poczucie winy. I odczuwa chęć pojednania.
- Ale czy była jakaś wina? Prawdziwa wina?
- Według rodziców nie. Nic, co... no, co by wykraczało poza standardowe
sprzeczki między dziećmi a rodzicami. Żadnych waśni czy jak to inaczej
nazwać.
- Ale do końca tego nie wiemy - zauważył Winter.
Ringmar nie odpowiedział. Wstał, podszedł do okna i wyjrzał przez szpary
w żaluzjach. Widział, jak wiatr przedziera się przez czarne korony drzew
przy kanale Fattighus?n. Nad domami za wodą unosiła się matowa łuna. Nie
była czystym blaskiem letniej nocy. Była czymś innym.
- Spotkałeś się już z czymś takim? - spytał Ringmar, wciąż stojąc
przodem do okna. - Z listem... z drugiej strony.
- Z drugiej strony?
- Daj spokój, Erik - odparł Ringmar i odwrócił się. - Biedaczka wie, że
zostanie zamordowana, i pisze o miłości, pojednaniu i przebaczeniu.
Potem dostajemy telefon z tego przeklętego zawszonego hotelu i jedyne,
co możemy zrobić, to pojechać tam i stwierdzić, że stało się to, co się
stało.
- Nie tylko ciebie to wkurza, Bertil.
- Więc spotkałeś się już z czymś takim? Z takim listem pożegnalnym?
- Nie.
- Napisanym ręką, którą później pomalowano? Na biało. Jakby... była
oddzielona od ciała.
- Nie.
- Więc o co, do cholery, w tym chodzi?
Winter wstał. Nie odpowiedział. Poczuł ostry ból w karku. Rozchodził się
po łopatce. Za długo siedział, rozmyślając nad listem. Zapomniał
rozprostować swoje czterdziestopięcioletnie kości. Nie mógł już
wytrzymać. Nie da się siedzieć tak długo bez ruchu. Ale jeszcze trzymał
się na nogach. Miał czucie w rękach. Mógł je podnieść i rozmasować kark.
I tak zrobił. Potem podszedł do Ringmara. Ringmar wciąż stał przy oknie.
Winter je otworzył i poczuł zapachy wieczoru, jego rześki chłód.
Bertil się wkurzył. Był profesjonalistą, w tej chwili wkurzonym
profesjonalistą, a to dobre połączenie. Dobrze wpływa na wyobraźnię,
pobudza. A policjanci bez fantazji są kiepskimi śledczymi, w najlepszym
wypadku przeciętnymi. Takim udaje się zapomnieć o wszystkim z chwilą,
kiedy wyjdą z komisariatu. Może dla nich to dobrze, ale na pewno nie
służy to śledztwu. Gliniarz, któremu brakuje wyobraźni, może się po
pracy wyłączyć, ale potem będzie się zastanawiał, dlaczego nigdy nie
osiągnął dobrych rezultatów. Wielu jest takich ledwo kompetentnych
przeciętniaków. Nie patrzą dalej niż czubek własnego nosa. Winter w ciągu swojej kariery śledczego często miał z nimi do czynienia. W pewnym
sensie są spokrewnieni z psychopatami: nie potrafią myśleć samodzielnie,
kierować się intuicją, pytać, co jest za horyzontem. Przyjmują postawę:
skoro czegoś nie widzę, to znaczy, że to nie istnieje, więc lepiej
zawrócić.
- Nie wiem, czy to miała być wiadomość dla nas - powiedział Winter. - Ta
ręka. Biała.
- O co z nią chodziło? - spytał Ringmar.
- Co masz na myśli?
- To coś... oznacza? Po co pomalował jej rękę tą pieprzoną emalią?
To była farba Beckers. Nazywała się Syntem. Biel antyczna, półmatowa, do
drewna, mebli, ścian i powierzchni metalowych we wnętrzach. Wszystko to
było napisane na puszce. Stała w pokoju numer dziesięć. Technicy mieli
sprawdzić, czy tą właśnie farbą pomalowano jej rękę. Nie było powodów,
żeby w to wątpić, ale musieli się upewnić. Jeden szczegół już
potwierdzono: Paula Ney nawet nie dotknęła leżącego przy prawie pełnej
puszce pędzla. Farba miała więc służyć do pomalowania jej ręki. Później
pędzel wysechł.
- Według rodziców z ręką nie wiązało się nic... nadzwyczajnego -
powiedział Winter.
Boże! Przecież oni nie widzieli jej ręki. Pia E:son Fröberg i Torsten
Öberg jeszcze jej dokładnie nie zbadali. Winter ukrył ten szczegół przed
jej rodzicami, ale nawiązał do niego, zadając im pytania. Co za gówniana
sprawa.
- Mam wszystkie rodzinne zdjęcia - powiedział Ringmar.
- Nic na nich nie znajdziemy.
Ringmar nic nie powiedział.
- Po co to zrobił? - spytał. - To z ręką?
- Powiedziałeś to tak, jakby ją wziął ze sobą - zauważył Winter.
- A nie masz takiego wrażenia?
- Nie wiem, Bertil.
- Jest w tym jakiś sens. Ten dupek chciał nam coś powiedzieć. Coś nam
opowiedzieć. - Ringmar uniósł rękę. - O sobie. - Spojrzał na Wintera. -
Albo o niej. - Wyjrzał przez okno. Winter podążył za jego spojrzeniem.
Na dworze było ciemno. - Albo o obojgu.
- Znali się?
- Tak.
- Umówili się w niepozornym hotelu? I dla bezpieczeństwa nie zameldowali
się w recepcji?
- Tak.
- I dajemy temu wiarę?
- Nie.
- Ale znała mordercę.
- Tak sądzę, Erik.
Winter nie odpowiedział.
- Robię w tym gównianym zawodzie dziesięć lat dłużej niż ty, Erik.
Miałem do czynienia z różnymi sprawami, ale tego, co tu się dzieje, nie
mogę ogarnąć.
- Damy radę - powiedział Winter.
- Oczywiście - odparł Ringmar, ale się nie uśmiechnął.
- A propos przeszłości - zaczął Winter. - Kiedy jeszcze byłem
świeżakiem, pierwszy rok pracowałem jako śledczy, zajmowałem się sprawą,
w której pojawił się hotel Revy.
- Nie pierwszy raz jest bohaterem śledztwa - wtrącił Ringmar. - Obaj
dobrze o tym wiemy.
- Tak... ale tamta sprawa... czy jak to nazwać, była wyjątkowa.
Winter patrzył w noc. Na szarówkę i poświatę. Wydawało się, że wszystko
stoi w zawieszeniu, bo zbliża się koniec lata i razem z mgłą do
powietrza powoli wkrada się jesień.
- To było zaginięcie - powiedział. - Teraz sobie przypominam.
- W hotelu Revy?
- Chodziło o kobietę - ciągnął Winter. - Nie pamiętam już jej imienia.
Ale wyszła z domu, żeby coś załatwić. Wydaje mi się, że była mężatką.
Pamiętam, że zameldowała się w Revy na noc przed zniknięciem.
- Zniknięciem? Gdzie?
Winter nie odpowiedział. Zatonął w myślach, we wspomnieniach. Tak jak w ciemności za oknem zatonęły wierzchołki dachów, ulice, parki, porty i hotele.
- Co się z nią stało? - spytał Ringmar. - Badałem za dużo zaginięć.
Wszystkie się zlały w jedno.
- Nie wiem - odpowiedział Winter i zimno spojrzał Ringmarowi w twarz. -
Nikt nie wie. Nie wydaje mi się, żeby została odnaleziona.
Winter miał wtedy dwadzieścia siedem lat. Dopiero zaczynał, był
aspirantem. To było późne lato, zieleńsze niż zwykle o tej porze, bo w wakacje wyjątkowo dużo padało. Każdy dzień spędzał w mieście. Urlop
wybił sobie z głowy, myślał o przyszłości, o swojej karierze śledczego.
Przerwał studia prawnicze, zanim je tak naprawdę zaczął. Postanowił
zostać policjantem. Ale po szkole, po roku służby w mundurze i pół roku
pracy po cywilnemu jako śledczy wciąż nie był pewien, czy chce poświęcić
życie na schodzenie do podziemi. Na powierzchni działo się przecież tak
wiele. I było dużo jaśniej. Nawet kiedy padało. W ciągu półtora roku
zobaczył to, czego normalni ludzie nigdy nie oglądają, nawet jeśli żyją
sto lat. Tak właśnie o nich myślał: normalni ludzie. Ci, którzy żyją na
powierzchni. On też czasem tam żył. Pojawiał się i znikał, wyczołgiwał
się na górę, a potem pełzł w dół. Wiedział, że jego życie nigdy nie
będzie normalne. Tam, na dole, mają swój własny świat. Policjanci, a z nimi złodzieje, mordercy i gwałciciele. Oni rozumieją. Rozumieją siebie
nawzajem.
Zaczął pojmować, co to znaczy rozumieć. I wtedy zaczęło się robić coraz
łatwiej. Będę jak oni, myślał. Jak mordercy.
Będę coraz bardziej podobny do nich, bo oni nigdy nie mogą być tacy jak
ja.
Zrozumiał, że aby rozwiązywać zagadki, musi przestać myśleć schematami.
Wtedy jest łatwiej. Ale również trudniej. Wiedział, jak się zmienił w tym czasie, kiedy stawał się coraz lepszy w swoim fachu, kiedy zaczynał
lepiej myśleć. Gdy jednak dochodził do rozwiązania sprawy albo jej
części, stwierdzał, że ma bujną wyobraźnię, i ostatecznie jego wysiłek
szedł na marne. Ale to nie była tylko fantazja. Myślał jak o n i,
zapuszczał się w ciemność jak o n i. Zdarzały się długie okresy, kiedy
nie miał swojego życia. Im lepiej pracował, tym trudniej mu było
normalnie żyć. Był samotny. Jak skalista wysepka. Nie liczył dni. Nie
zajmował się niczym oprócz kryminalnej zagadki. Opiekował się nią, kładł
ją do łóżka, podlewał. Jeśli chodziło o nią, był prawdziwym pedantem.
Troskliwym z przymusu. Dokumenty leżały na jego biurku w równiutkich
rzędach. W domu, między sypialnią a łazienką, przewalały się sterty
ciuchów. O cywilny strój służbowy, owszem, dbał, bo zaniedbania nie
uważał za zaletę. A jednak gdzieś w środku, pod tym czystym ubraniem,
był niechlujny jak cholera. Jeśli już próbował zrobić sobie normalny
obiad, poddawał się w połowie drogi. Wolał otworzyć butelkę słodowej,
kiedy jeszcze mało kto wiedział, co to jest. Wtedy uzyskiwał przewagę
nad normalnym światem i próbował pić whisky tak powoli, jak tylko
potrafił, słuchając przy tym jazzu atonalnego, którego nikt inny nie
mógł znieść. Whisky i jazz - to był jego sposób na życie, kiedy zapadała
noc i wszystko za oknami w niej tonęło. Siedział w półmroku ze swoimi
obowiązkami i zagadkami, a później z rzucającym na pokój zimne światło
laptopem.
Po kilku latach pracy w wydziale doszedł do wniosku, że wreszcie się
odnalazł: powoli przestał być tym, kim był. Uznał, że dobrze się stało.
Wyzwolił się od normalności.
*
Od normalności została też wyzwolona Ellen Börge. Albo sama się
wyzwoliła. Wyszła kupić czasopismo i nigdy nie wróciła. Tak to właśnie
wyglądało, rzeczywistość jak fikcja literacka: poszła kupić jakiś
kobiecy magazyn. Winter sądził, że "Feminę", bo na ławie w salonie
leżała sterta numerów "Feminy". Tylko "Feminy". Ale jej mąż, Christer
Börge, nie wiedział. "Ach tak? "Feminę"? Nie wiem. Nie mówiła".
Nie dotarła do pobliskiego sklepu, w którym zazwyczaj kupowała prasę i inne rzeczy. Dwie pracujące tamtego popołudnia ekspedientki powiedziały,
że dobrze ją znały i pamiętałyby, gdyby się zjawiła.
Christer Börge zadzwonił na policję po pięciu godzinach. Połączono go z dzielnicowym posterunkiem numer trzy. Tak to się wtedy nazywało. Po
dobie od jej zniknięcia do poszukiwań włączył się wydział śledczy, a dokładniej jednostka do spraw zaginięć. Sprawa przypadła żółtodziobowi
Erikowi Winterowi. Podejrzewał popełnienie przestępstwa, bo taką miał
pracę i taką miał naturę. Siedział przy ławie ze stertą "Femin" i pytał
o dwudziestodziewięcioletnią Ellen Börge jej trzydziestojednoletniego
męża. Wszyscy troje byli w podobnym wieku, ale Winter czuł się
wykluczony - nie znał Ellen, a jej mąż wcale się nie cieszył na jego
widok. Był zdenerwowany, ale Winter nie wiedział, jaki to rodzaj
zdenerwowania. Żeby móc coś takiego rozpoznać, trzeba lat prowadzenia
śledztw. Szkoła policyjna nie daje takiej wiedzy. Trzeba długo czekać, a raczej samemu się uczyć - bez końca zadawać pytania, czytać z twarzy,
wsłuchiwać się w słowa i próbować wyławiać znaczenia. W 1987 roku, gdy
wszystko się zaczęło, Winter wiedział, że literaturoznawcy dużo mówią o podtekście. To słowo idealnie pasowało do tego, co się działo podczas
przesłuchań. Między tym, co się mówi, a tym, co się ma na myśli, może
istnieć ogromna przepaść.
- Czekał pan pięć godzin, zanim wezwał policję - powiedział do Christera
Börgego. To nie było pytanie.
- Tak, no i co z tego?
Börge poruszył się na sofie naprzeciwko niego. Winter siedział w pluszowym fotelu. Miał wrażenie, że meble są za... stare jak na tak
młode małżeństwo. Cały dom wydawał się... urządzony i zamieszkany przez
parę w średnim wieku. Ale nie ufał swoim osądom. W jego dwupokojowym
mieszkaniu stały łóżko, stół i coś w rodzaju fotela, więc podczas
takiego przesłuchania sam nie potrafiłby określić, jakie ma meble i czemu one służą.
Ale Christer Börge mógłby opisać wszystko w swoim domu, zrobić dokładny
spis inwentarza, łącznie z liczbą serwetek w drugiej od góry kuchennej
szufladzie. Co do tego Winter nie miał najmniejszych wątpliwości. Börge
wyglądał na kogoś, kto musi mieć całkowitą kontrolę, jeśli świat ma
pozostać normalny. Na jednej z fotografii stojących na ławie jego żona
wyglądała podobnie: drętwy wyraz twarzy, skromna fryzura, nieobecne
spojrzenie. Ale Ellen Börge miała na tym zdjęciu piękne, regularne,
ostre rysy. Ta twarz w innym kontekście mogłaby nawet wzbudzić sensację.
Ale nie z tą fryzurą. Zanim Winter usiadł w fotelu, pomyślał, że chyba
nie była szczęśliwa ze swoim mężem. Za bardzo wszystko kontrolował. Może
planowali dzieci, choć pierwsze pewnie za kilka lat, podczas pełni
księżyca, podczas odpływu, kiedy posłuży to gospodarce. Winter nie
myślał o dziecku, ale nie miał też kobiety, z którą mógłby się dzielić
takimi myślami.
Może Ellen Börge nie wytrzymała.
Pięć godzin. Zadzwonił na policję po pięciu godzinach. Jeśli Christer
Börge rzeczywiście był tym, na kogo wyglądał, powinien zatelefonować od
razu. Domagać się swoich praw. Domagać się pełnego zaangażowania.
Domagać się dostarczenia żony z powrotem.
Winter zachodził w głowę.
- Nie niepokoił się pan? Pięć godzin to kawał czasu, kiedy się na kogoś
czeka.
- A zrobilibyście cokolwiek, gdybym zadzwonił wcześniej? - Ton jego
głosu nagle stał się wysoki, niemal piskliwy. - Nie powiedzielibyście po
prostu, żebym czekał?
- A dzwonił pan kiedykolwiek wcześniej? - spytał Winter. - Zdarzyło się
wcześniej, żeby zniknęła?
- Ech... nie. Chodziło mi o to, że trzeba czekać. Tak czytałem. Policja
czeka, nie?
- To zależy - powiedział Winter i nagle to on zaczął odpowiadać na
pytania. Było ciężko. Całe to przesłuchanie okazało się trudne. - Nie da
się powiedzieć tak ogólnie.
- Czasami... szła na spacer - zaczął Börge, choć Winter nie zadał
pytania. - Wychodziła bez słowa i nie było jej nawet kilka godzin.
- Pięć?
- Nie, nigdy. Dwie, czasem może trzy.
- Dlaczego?
- Dlaczego co?
Börge zamilkł, jak gdyby wspomnienie przeszłości go uspokoiło.
- Dlaczego bez słowa wychodziła na wiele godzin?
- Powiedziałem, że na kilka godzin.
- Pytał ją pan?
- Niby o co? - Börge przeciągnął dłonią po pluszu, jakby głaskał psa
albo kota. - Przecież to był tylko spacer.
- Ale tym razem wyszła kupić czasopismo. Może "Feminę".
- Skoro pan tak twierdzi.
- Widzę tu tylko jeden tytuł - powiedział Winter, a potem złapał całą
stertę i sprawdził datę wydania ostatniego numeru. - Jest pan pewien, że
poszła po czasopismo?
- Tak.
- Prenumerowała jakieś inne tytuły?
- Co? Nie... kiedyś tak... ale teraz przerzuciła się na... kupowanie w sklepie.
- Kiedy przestała prenumerować?
Te szczegóły mógł akurat sam sprawdzić, ale wolał spytać jego. Takie
pytania mogły być ważne. Najczęściej dopiero później się o tym
przekonywał.
- No... - odparł Börge i spojrzał na stertę czasopism na stole. - Nie
pamiętam dokładnie. Zdaje się, że kilka miesięcy temu.
- Czytała jakieś inne gazety albo czasopisma?
- Noo... dziennik. "Göteborgs-Posten". No i chyba ten magazyn tutaj -
odparł, wskazując ręką na stertę, którą Winter wciąż trzymał w ręku. -
Może pan posprawdzać w szafach, ale ja widziałem tylko ten tytuł.
- Już go miała - powiedział Winter.
- Słucham?
Winter podniósł dwa pierwsze numery.
- Miała sierpniowy i wrześniowy.
- Wrześniowy? Przecież wrzesień jeszcze się nie zaczął.
- Wydaje mi się, że wychodzą na chwilę przed początkiem miesiąca. -
Jeszcze raz przeczytał napis na okładce. - Jak byk: wrzesień 1987.
- Może nie o ten jej chodziło? - powiedział Börge. - To znaczy może
poszła kupić coś innego.
Winter nie odpowiedział. Czekał. Wiedział, że czasem dobrze jest
poczekać. To było zresztą w sztuce prowadzenia przesłuchań
najtrudniejsze.
Minęło pół minuty. Widział, jak cisza sprawia, że Börge zaczyna się
zastanawiać, czy nie powiedział czegoś, co mu się nie spodobało albo
zabrzmiało podejrzanie. I czy teraz nie powinien czegoś wydusić, żeby
trochę poprawić atmosferę.
Nagle wstał i podszedł do stojącego pod ścianą regału. Tak naprawdę był
ogromną witryną na porcelanę, ozdoby, książki i zdjęcia w ramkach. Twarz
Ellen, którą Winter już widział.
Börge wciąż stał przy książkach, jakby szukał konkretnego tytułu.
Odwrócił się.
- Pokłóciliśmy się trochę.
- Kiedy?
- Wtedy... gdy wyszła.
- O co się państwo pokłócili?
- O dziecko.
- Dziecko?
- No... chciała mieć dziecko, a ja uznałem, że jest jeszcze za wcześnie.
Winter przemilczał odpowiedź swojego trzydziestojednoletniego rozmówcy.
Głównie dlatego, że nie miał na ten temat nic do powiedzenia. Wcześnie
oznaczało dla niego totalną abstrakcję. Perspektywa założenia rodziny
była odległa o lata świetlne. Nawet wyobraźnią nie mógł tego ogarnąć.
- Kłócili się państwo o dziecko?
- Tak. Tak powiedziałem. Ale to nie była poważna kłótnia.
- Co pan ma na myśli?
- To w zasadzie nie była żadna kłótnia. Ona po prostu... o tym
wspomniała.
- A pan nie chciał rozmawiać?
Börge się nie odezwał.
- Czy wcześniej dochodziło do takich sprzeczek?
- Tak...
- Czy potem wychodziła? I nie mówiła, gdzie idzie?
- Tak - odparł Börge.
- Tym razem też wyszła z tego powodu?
- Eee... właściwie się nie pokłóciliśmy. Miała pójść do sklepu po
czasopismo. - Börge spojrzał na numer, który Winter podniósł ze sterty.
Na ten, który chciała kupić, choć już go miała.
- Z tego powodu wyszła? - spytał ponownie Winter, patrząc mu prosto w oczy. - Z powodu kłótni o to, kiedy będziecie mieć dzieci?
- Eee... nie pamiętam - odparł Börge. - Ale zawsze przecież wracała. -
Spojrzał na Wintera, szukał jego wzroku. - Zawsze wracała.
Ale wtedy nie wróciła.
Nigdy nie wróciła.
- Przypomniałem sobie - powiedział Winter. - Nigdy nie wróciła do domu.
Ellen. Miała na imię Ellen. Ellen Börge.
Wciąż stali przy oknie. Na dworze było ciemno jak w listopadzie. Winter
myślał o okładce z wydrukowanym pod tytułem słowem: wrzesień.
Wrześnie przychodziły i odchodziły, przez całe lata, ale Ellen Börge już
nie gromadziła czasopism, nie tworzyły już sterty, przynajmniej nie na
tamtej ławie.
- Pamiętam - odparł Ringmar, lekko się uśmiechając w blasku światła zza
okna. - I pamiętam ciebie. To chyba była twoja pierwsza sprawa. Albo
jedna z pierwszych.
- Pierwsza sprawa i pierwsze niepowodzenie.
- Jedno z wielu - odparł Ringmar.
Winter skinął głową.
- A tak na poważnie... - zaczął Ringmar. - To było zaginięcie, którego
nie wyjaśniliśmy, ale nie stwierdziliśmy też, że doszło do zbrodni.
- Nie dowiedzieliśmy się nawet, czy to mogła być zbrodnia, którą
należałoby wyjaśnić.
- Ma to dla ciebie jakieś znaczenie? - spytał Ringmar. - Było w tym coś
szczególnego? W jej zniknięciu?
- Nie wiem. - Nagle Winter poczuł się cholernie zmęczony, jak gdyby
wszystkie lata od tamtego dnia do teraz zwaliły mu się hurtem na głowę.
- W... Ellen było coś, co sprawiało, że nie chciałem odpuścić.
- Początki są najtrudniejsze - powiedział Ringmar. - Jest się jeszcze
zielonym w branży.
- Nie.
Winter pogładził się po zaroście. Usłyszał chrzęst szczeciny pod
palcami. Od kilku lat siwiał w tym miejscu. I nie chodziło wcale o wiek.
Cecha dziedziczna, naturalna prawidłowość. Aż taki stary jeszcze
przecież nie był.
- Czasami się nad tym zastanawiałem - ciągnął. - Przez wszystkie te
lata. I wydaje mi się, że w tej sprawie była jakaś wskazówka. Że mogłem
jeszcze coś zrobić. Czemuś się przyjrzeć. Że to coś tam było, że miałem
to przed oczami. Powinienem był to dostrzec. Gdyby tak się stało,
zaszedłbym dalej.
- Dalej, czyli dokąd?
- Do... Ellen.
- Mówisz o tym jak o przestępstwie - powiedział Ringmar. - Jakby była
ofiarą.
Winter rozłożył bezradnie ręce, w stronę Ringmara i nocy.
- W każdym razie teraz mamy do czynienia z oczywistym przestępstwem -
powiedział Ringmar.
- Hm... - odparł Winter i gwałtownie skinął głową. Czuł, że w środku coś
mu brzęczy, może jakaś śrubka, którą trzeba dokręcić jeszcze mocniej. -
Jestem zmęczony. Nie mogę sobie przypomnieć, jak trafiliśmy na jej ślad.
- Hotel Revy - powiedział Ringmar. - Zameldowała się w najmilszej
noclegowni w mieście.
- Ale Paula Ney tego nie zrobiła.
- Zgadza się. Ani się nie wymeldowała.
Rozdział 2
2
CZY PAULA NEY NAPRAWDĘ SAMA NAPISAŁA list do rodziców, Maria i Elisabeth? Charakter pisma wskazywał na nią. Wstępnie założono, że to
ona, ale przesądzić miały dokładne badania. Wciąż analizowano wszystko,
co znaleziono na miejscu zbrodni. Winter nie mógł siedzieć bezczynnie i czekać, aż inni odwalą całą robotę. Analitycy skończą, kiedy skończą. On
musi sobie zadać cztery najważniejsze pytania, te, które zawsze od razu
należy zadać: Co dokładnie się stało? Dlaczego się stało i dlaczego tak,
a nie inaczej? Kto mógł dokonać takiego zabójstwa? Dlaczego?
Stał w pokoju w hotelu Revy. Za oknem tętniło życiem miasto. Jego
pomruki dobiegały zza zasuniętych grubych zasłon. Podszedł do okna i otworzył je. Nagle oślepiło go światło, a odgłosy rozbrzmiały głośniej,
jakby ktoś w Urzędzie Miasta pokręcił gałką wzmacniacza.
Do września zostało kilka dni. Upał, który przez całe lato trzymał się
zwrotnika Raka i w ogóle nie dotarł na północ, nagle uderzył. Był ciężki
i objął całą północną Europę, mimo że słońce ruszyło już w stronę
zwrotnika Koziorożca. W ruch poszły pordzewiałe grille, późnymi
wieczorami palono w ogrodach ogniska, w wilgotnej ciemności rozchodził
się zapach dymu. Winter myślał o innych krajach, tych między zwrotnikami
Raka a Koziorożca. O tropikach. Pewnego dnia się tam wybierze - do
Thiruvananthapuramu, Koczinu, Maduraju, Georgetown, Singapuru, Padangu,
Surabai.
W tropikach nie ma cieni. Człowiek nie rzuca żadnego ciemnego odbicia.
Cień spływa po jego ciele i znika pod stopami.
Zamrugał oczami, zaskoczony nagłym uderzeniem światła, a potem odwrócił
się i poczekał, aż kontury pokoju staną się wyraźne.
Pobłyskiwało w nim złoto. Czerwone złoto. Gdyby zmrużył oczy, nie
rozróżniłby plam na ścianie. Niektóre były wzorem na tapecie, inne
pojawiły się później.
Podszedł do łóżka. Stało przy drugim końcu dłuższej ściany. Spojrzał na
drzwi. Widniał na nich wzór. Przypominał kwiat. Wyglądało to tak, jakby
ktoś w nie rzucił lampką czarnego wina. Wina? Czemu myślę o winie? To
wygląda jak tusz. Jest czarne jak litery z jej listu. Listu
pożegnalnego.
Wszystko w pokoju wyglądało prawie tak samo jak wtedy, gdy tu weszli po
raz pierwszy. Cisza wisiała w powietrzu jak wspomnienie. Albo jak
pamięć. Jak jeden z obrazów na ścianie, ten największy. Winter nie
dostrzegł żadnych innych śladów. Żadnych plam. Ta czerwień to czerwone
złoto. Tak samo fałszywe jak cały ten pokój, hotel, kwartał, a czasem
jak całe to pieprzone miasto. Panowała grobowa cisza. Jak gdyby
policyjna taśma przed wejściem automatycznie wyłączyła odgłosy miasta.
To wszystko jakoś trzymało się kupy. Nie widział związku, ale wiedział,
że istnieje. To tak jak z puzzlami: mając przed sobą stertę rozsypanych
kawałków, człowiek wie, że tworzą całość, ale nie ma pojęcia jak.
Tajemnicza wiadomość w liście była częścią innej wiadomości. Znał słowa
Pauli na pamięć. Chodziło o miłość, wielką miłość. Albo dokładnie
odwrotnie. Nie. Tak. Nie. Była pod wpływem narkotyków? Czy on jej
dyktował? Co pisze człowiek przed śmiercią? Wiedziała, że to jej
ostatnie słowa? Nie. Tak. Nie. Tak.
Zrezygnował ze snucia domysłów i skupił się na pokoju. Co właściwie się
tutaj stało? Paula weszła. Ale nie wiedzieli, czy była sama, czy szła na
spotkanie. Recepcjonista nic szczególnego nie zauważył i chyba taka była
jego rola. Nie zameldowała się i nikt nie pamiętał, żeby stała sama przy
kontuarze. Jeśli w ogóle stała. Ludzie przychodzili i odchodzili.
Mężczyźni, kobiety, mężczyźni. Rzadko dzieci. W hotelu nie było pokoju
zabaw. Żadnych dziecięcych głosów. Winter wątpił, że kiedykolwiek można
je tu było usłyszeć. Nie pasowały do tego miejsca.
Przyszedł morderca. Paula Ney napisała na papierze hotelowym list.
Papier, owszem, mieli. Pozostałość po lepszych czasach. A propos:
pozostałość to gówniane słowo. Czy morderca wiedział, że w pokoju jest
papier listowy? A może list powstał w wyniku przypadkowej decyzji,
nagłego kaprysu? Paula nie wyszła z pokoju, kiedy już raz przekroczyła
jego próg. Tego Winter był pewny. Rozejrzał się jeszcze raz. Dlaczego
akurat ten pokój? Dlaczego ten hotel? Pokój numer dziesięć. Nagle
pomyślał o Ellen Börge. Spędziła tutaj noc. W którym pokoju? Tę
informację na pewno można znaleźć w jej aktach. Wyobraził je sobie.
Muszą leżeć gdzieś głęboko w archiwum. Teczka, której nie
zdigitalizowano, bo dotyczyła sprawy sprzed 1995 roku, zanim nastała
nowoczesność. Akta Ellen Börge oznaczono pieczątką: "Sprawa
nierozwiązana. Dochodzenie umorzone". Minęło wiele lat, odkąd miał te
dokumenty w rękach. Właściwie nie był pewien, czy było tam cokolwiek o dochodzeniu. Z technicznego punktu widzenia nawet go nie przeprowadzono.
Nie pamiętał wszystkich szczegółów akt. Nagle postanowił się czegoś
dowiedzieć. Tak szybko, jak to możliwe. Wyjął z kieszonki lnianej
koszuli komórkę.
Odebrał Janne Möllerström, rejestrator.
- Sprawa zaginięcia Ellen Börge - powiedział Winter. - Wczoraj ci o niej
wspominałem.
Ellen zniknęła na długo, zanim Möllerström zaczął pracować w wydziale.
Winter wprowadził go w temat.
- Pamięć krótkoterminowa jeszcze nie zawodzi - odparł Möllerström.
- Minęła doba. To według ciebie krótko?
- Ha, ha, ha!
- Znalazłeś?
- Tak. Zaginięcie udokumentowane dla przyszłych pokoleń.
- To nie było zwykłe zaginięcie.
- Tak czy owak, musisz się zadowolić tym, co jest na papierze. Od
początku do końca.
Möllerström był zwolennikiem archiwów cyfrowych.
- Znalazłeś teczkę?
- W zasadzie tak - powiedział Möllerström. - Spytaj mnie raczej, jak mi
się to udało.
- No więc jak ci się to udało?
- Nie mam pojęcia.
- Chodzi o jeden szczegół - powiedział Winter, gapiąc się w ścianę nad
łóżkiem. Była pusta. Z bliska deseń na tapecie zlewał się z tłem. -
Możesz sprawdzić, w którym pokoju w hotelu Revy mieszkała Ellen Börge? -
Winter próbował mimo wszystko wypatrzyć ten wzór. - Jestem w pokoju Ney.
Spojrzał w okno. Światło wciąż było ostre. Z trudem, jakby przez mgłę,
zaczął rozpoznawać to miejsce. Ogarnęło go nieprzyjemne uczucie,
przyprawiające o mdłości. Fasada budynku po drugiej stronie ulicy.
Miedziane dachy.
- To powinno być gdzieś na początku - powiedział.
- Jeśli w ogóle jest.
- Przecież sam, do cholery, zajmowałem się tą sprawą.
- No i?
- Zadzwoń, jak znajdziesz.
Rozłączył się i stał bez ruchu z komórką w ręku. Słońce głaskało
pozieleniałe dachy naprzeciwko. Dzieliło go od nich ze dwadzieścia, może
trzydzieści metrów. Nagle w oknie błysnęło. Jak reflektor. Wiatrowskaz
na dachu gwałtownie obrócił się w lewo i stanął promieniom słońca na
drodze.
Winter wiedział, że to kogut. Z czerwonym grzebieniem.
Już tu był. W innym czasie, w innym życiu. Tamto życie było młodsze,
mniej bezpieczne, wyrazistsze. Niegotowe, bardziej niegotowe niż teraz.
Znów odezwało się to nieprzyjemne uczucie w żołądku. Jakby mu chciało o czymś przypomnieć.
Poczuł wibracje w dłoni, po sekundzie usłyszał dzwonek.
- Pokój numer dziesięć - powiedział Möllerström. - Znalazłem na drugiej
stronie.
- Tak.
- Nie wydajesz się zaskoczony.
- Właśnie coś rozpoznałem. - Zobaczył, jak kogut obraca się o dziewięćdziesiąt stopni i refleks gaśnie. - Dzięki za szybki odzew,
Janne.
Rozłączył się. Stał na środku pokoju.
Przypadek?
Oczywiście.
Ile pokojów jest w tej zawszonej norze?
Więcej, niż się wydaje.
Czyżby pokój numer dziesięć przeznaczono dla samotnych kobiet bez
eskorty? Swego czasu usługi ochroniarskie były specjalnością hotelu
Revy. Winter przez te wszystkie lata był tu kilka razy. Prostytucja,
narkotyki, pobicia. Revy był jak stary, powalony na deski bokser, który
podnosi się zawsze w dziewiątej sekundzie. Budynek przetrwał nawet
najazd maszyn do wyburzania, które zrównały z ziemią sąsiednie kwartały.
Czyżby darzono go sentymentem? A może to zasługa tego cienia w Trädg?rdsföreningen? A może planiści byli stałymi klientami? Dwóch na
pewno - architekt miasta i były burmistrz z ramienia socjaldemokratów.
Ot tak zburzono wszystko, co piękne i co brzydkie, ale Revy ocalał.
Najpierw burmistrz zezwolił wysadzać w powietrze, potem architekt wydał
pozwolenie na budowę. Niewykluczone, że ci dwaj gangsterzy dogadali się
w burdelu. Czasem widywał tego aparatczyka. Przechadzał się o lasce i pewnie wciąż myślał fiutem. Miał dużo na sumieniu. Ale zawsze robił
wrażenie, że jest w dobrym nastroju.
Revy wciąż istniał. Teraz, w chwili śmierci Pauli Ney, i wtedy, w chwili
zaginięcia Ellen Börge. Pokój numer dziesięć. Czy stało się tu coś
jeszcze? Kazał Möllerströmowi sprawdzić. Hasło: pokój dziesięć. Boże.
Grzebanie w zakurzonych archiwach. Bez nich, cyfrowych czy nie, mogliby
od razu zrezygnować, zamknąć sprawę. Wszystko, co się tu stało, miało
związek z przeszłością, bezpośredni lub pośredni. Nie było tak jak w tropikach. Na tej szerokości geograficznej przeszłość rzuca długie
cienie.
W pokoju numer dziesięć cienie się przemieszczały. Łóżko nie wyglądało
już tak jak wtedy, gdy wszedł. Stół też nie, ani fotel, ani wzór na
ścianach, ani podłoga. Przy oknie wisiała kopia jakiegoś dzieła sztuki.
Najgorsze miejsce na obraz. W ogóle nie dochodziło tam światło. Portret
kobiety o ciemnej karnacji. Gauguin. Winter widział oryginał w rzymskim
muzeum. Gauguin. Ten też myślał fiutem. Niedawno przeczytał jego
biografię. Facet wybrał tropiki, tam żył i tam umarł. Na syfilis. Winter
wyciągnął z tylnej kieszeni spodni notatnik i zapisał: "Sprawdzić obrazy
we wszystkich pokojach". Nie miał pojęcia, dlaczego akurat teraz
przyszło mu to do głowy. To nie było istotne. Wiedział, że na sto pytań
przypada jedna odpowiedź. Z czasem to się zmieni. Pojawi się więcej
odpowiedzi, ale pytań wciąż będą setki, a nawet tysiące. Poza tym
przewaga odpowiedzi nie musi wcale oznaczać, że się jest blisko
rozwiązania zagadki. Rozwiązania, rozwikłania, odgadnięcia, wyjaśnienia
- wiele słów na określenie czegoś, co prawie zawsze pozostaje niejasne,
niepełne. Winter stanął gdzie indziej. Paula Ney się nie wymeldowała.
Została zamordowana. Umarła tutaj. Umarła, bo ktoś jej nienawidził.
Rzeczywiście tak było? Pewnie. Jak można aż tak nienawidzić? Napisała
list o miłości i umarła. Sposób dokonania zbrodni wskazywał na to, że to
musiało być coś osobistego, ale w tym pokoju niedostrzegalnego - na
ścianach i podłodze nie było żadnych śladów. Kogo się kocha, tego się
zabija. Albo było to do tego stopnia nieosobiste, że stało się...
osobiste. Znali się? Morderca i Paula? Nie. Tak. Nie. Tak. Winter
zauważył, jak cienie przesuwają się po pokoju, jak się wydłużają.
Popołudniowy ruch na ulicy zaczął narastać. Nagle wdarł się do środka,
jakby ktoś zerwał taśmę przed wejściem do pokoju. Do uszu Wintera
dobiegł czyjś krzyk, wycie klaksonu, wycie karetki mknącej przez którąś
z zachodnich dzielnic, a w tle stłumiony pomruk całego miasta. Kiedy
sygnał ambulansu zamilkł, odezwał się morski ptak. A potem, w nowej
mikroprzestrzeni ciszy, usłyszał odgłos kroków. Kobiecych. Paula musiała
wtedy słyszeć wszystkie te dźwięki, to życie za oknem, tę miejską...
normalność. O czym myślała? Wiedziała, że już nigdy nie będzie się
przedzierać przez gąszcz tych niesamowitych odgłosów? Tak. Nie. Tak.
- Nie - powiedział mężczyzna siedzący za biurkiem. - Nie przypominam
sobie, żeby ktoś jej towarzyszył. Jej sobie nie przypominam.
Wyglądał niewyraźnie. Ten wygląd ukształtowały dziesięciolecia. Może to
był ten sam człowiek, którego wypytywał o Ellen Börge, kiedy był młody?
Nie. To nie on. Był tego pewien. Ale ten facet wyglądał, jakby tu
pracował już wtedy. Jakby zawsze tu był. Niektórzy tak wyglądają. Wydaje
się, że są nieodłączną częścią otoczenia.
Winter zadał trudne pytanie. Chciał takie zadać. Może nie było trudne,
może było najlepsze, jakie mógł zadać akurat w tym momencie.
- Pamięta pan młodą kobietę, która zameldowała się tutaj w 1987 roku?
Nazywała się Ellen Börge.
- Słucham?
- Następnego dnia zniknęła.
Mężczyzna spojrzał na Wintera jak na kogoś, kto się upił podczas lunchu.
- Byliśmy tutaj i pytaliśmy o nią. Ja tu byłem.
- Nie pamiętam - odparł recepcjonista.
- Mieszkała w tym samym pokoju - ciągnął Winter.
- W tym samym co kto?
- Co Ney. Paula Ney.
- W 1987? - Mężczyzna się rozejrzał, jakby chciał znaleźć świadka, który
potwierdzi, że stojący przed nim komisarz jest pijany albo
niezrównoważony. W tym hotelu mieli do czynienia z różnymi typami. -
Osiemdziesiąty siódmy? Akurat w tej chwili nie pamiętam niczego z lat
osiemdziesiątych.
- Wydaje się pan nie pamiętać nic z zeszłego tygodnia.
Mężczyzna milczał. Odpowiedział już wcześniej. Nie pamiętał, czy się
zameldowała, i tyle. Cały czas przewijali się przez recepcję jacyś
ludzie. Wiedział tylko tyle, że to byli hotelowi goście. Ktoś wziął
klucz od pokoju numer dziesięć, ale nie pamiętał, czy to była ona.
- Macie wielu stałych gości? - spytał Winter.
Mężczyzna, mimo swojej postawy, wyglądał na jeszcze bardziej
zmieszanego. Winter wiedział dlaczego. Źle sformułował pytanie.
- Chodzi mi o stałych gości płci męskiej.
- Grupa biznesmenów - odparł mężczyzna i uśmiechnął się.
- Rozpoznaje ich pan?
- Nie rozpoznaję ludzi.
Ziewnął. Szeroko. Ostentacyjnie.
- Ma pan problem z oczami?
- Że co? Nie...
Jego szczęka znieruchomiała w połowie kolejnego ziewnięcia.
- Chyba nic nie zrobiłem, co? - rzucił po kilku sekundach. - Nie musi
się pan denerwować.
- Doszło tu do morderstwa, a pan udaje głuchoniemego idiotę. Weź się pan
wreszcie w garść, do cholery!
Mężczyzna znów się rozejrzał. Wciąż nie było świadków. Nikt nie stał za
zakurzonym krotonem przy schodach, nikt nie wchodził na górę ani nie
schodził na dół, żadna postać nie skrywała się za półotwartymi drzwiami
prowadzącymi Bóg wie dokąd, nie było też nikogo za palmą w donicy przy
wejściu. Nagle Winter znów odpłynął myślami do tropików. To przez tę
palmę i wirujący pod sufitem wiatrak, i to wilgotne powietrze w środku.
Późne lato w ostatnich dniach stało się latem tropikalnym. Winter
poczuł, jak pot przesiąka mu przez koszulę. Revy przypominał hotel
kolonialny. Albo jego kulisy. Taką filmową wersję tropików. Z tą
różnicą, że ten film nie był fikcją.
- No więc jak? - spytał Winter i wyciągnął notatnik.
Inspektor Fredrik Halders nie chciał kawy. Nikt w tym mieszkaniu nie
chciał nawet łyka pieprzonej kawy. Rozumiał, jak się czuli. Siedząca
przed nim para próbowała jakoś przetrwać kolejny dzień. Kawa i bułka w tym nie pomagały. Wódka też nie. Sam próbował znaleźć w niej ukojenie,
kiedy jego byłą żonę, matkę jego dzieci, przejechał pijany kierowca. Nie
zaczął jednak pić od razu. Od śmierci Margarety minęły miesiące. Czuł,
jak szok powoli odpuszcza, a na jego miejsce wchodzi narastająca
wściekłość. Dlatego zaczął chlać. Żeby nie dopuścić do siebie
nienawiści, żeby pozostać niewzruszonym, biernym, żeby nie dokonać
egzekucji na mordercy albo nie porąbać na drzazgi narzędzia zbrodni.
Wiedział, gdzie ten szatański samochód stoi. Przed willą, która czekała
na spalenie.
Chlaniem zwalczył kryzys. Później się wstydził. Nie dlatego, że nie
zrealizował swoich planów wobec mordercy za kółkiem, ale dlatego, że
uciekł się do wódki jako znieczulacza. A to przecież ona była współwinna
morderstwa. Powinien się trzymać z dala od alkoholu. Teraz prawie mu się
to udawało. Jeszcze miał czas, żeby się podnieść, jeszcze było za
wcześnie na AA, jeszcze nie został alkoholikiem. Pił litry kawy. Ale nie
w tej chwili.
Mario i Elisabeth Neyowie mogli myśleć o nienawiści. Albo w ogóle nie
potrafili myśleć. Ale on spytał o wrogów - ich i Pauli. Kto mógł tak
nienawidzić?
- Paulę wszyscy lubili - odparła Elisabeth Ney.
Wygłosiła jeden z największych banałów. Ale dla niej to nie był banał.
Wyglądała tak, jakby mówiła prawdę. Halders był przeciwieństwem Pauli.
Nie wszyscy go lubili. Ostatnio się poprawiło i w zasadzie mógł policzyć
przyjaciół na palcach jednej ręki, ale wcześniej, przez wiele lat, miał
tylko jednego przyjaciela. Siebie.
- A w pracy?
- Co pan ma na myśli, panie komisarzu? - powiedziała na jednym tonie.
Jej mąż, Mario, w ogóle się nie odzywał.
- Inspektorze. Ale możemy przejść na ty. - Halders przez kilka lat miał
się za komisarza, ale to już minęło. Nie miał zadatków na szefa. Nawet
ze sobą nie mógł pójść na kompromis. - Jej współpracowników.
- Nigdy nie słyszałam.
- A co mogłaby pani słyszeć?
- Że miała jakichś wrogów w pracy.
- Podobało jej się tam?
- Nigdy nie słyszałam, żeby było inaczej - powiedziała.
- A samą pracę lubiła?
- Nigdy nie mówiła, że nie.
Żadnych nieprzyjaciół, żadnych konfliktów, żadnych niepokojów związanych
z pracą. Unikat, pomyślał. Albo po prostu było tak, że nigdy o niczym
nie mówiła.
Spojrzał na jej zdjęcie. Stało na środku kuchennego stołu. Postawiła je
tam jej matka, kiedy usiedli. Paula miała uczestniczyć w spotkaniu. Była
tematem rozmowy.
Fotograf unieśmiertelnił jej czarno-białe oblicze w chwili, gdy
zaczynała się uśmiechać. Albo gdy kończyła. Halders nigdy nie rozumiał
obsesji fotografów na punkcie uśmiechu. Dzieci rozbawiano zabawkami.
Dorośli mieli myśleć o czymś przyjemnym. I mówić ser. Dla niego równie
dobrze mogliby mówić gówno. Uśmiech. Czy ludzie stają się piękniejsi
dzięki uśmiechowi na zamówienie? Czy przyszłość staje się piękniejsza?
Paula Ney była piękna. W klasycznym rozumieniu tego słowa. Nie
eksperymentowała z fryzurą. Jej spojrzenie było gdzie indziej. Może
wbiła wzrok w ścianę tuż nad głową fotografa, a może patrzyła znacznie
dalej. Na tym zdjęciu miała piękne, regularne rysy. To była twarz, która
się nie zmieniała pod wpływem lekkiego uśmiechu. Siedząc na twardym
kuchennym krześle, Halders pomyślał, że może Paula Ney nie była wcale
taka szczęśliwa.
- Ile lat pracowała w Telii?
Halders zwrócił się do jej ojca, ale odpowiedziała matka:
- Dziewięć. Ale wtedy firma nie nazywała się Telia.
- Rok po liceum... - powiedział Halders. - Co robiła w ciągu tego roku?
- Nic... specjalnego - odparła Elisabeth.
- Szkoła? Praca?
- Podróżowała.
- Podróżowała? Dokąd?
- Nie były to jakieś... szczególne miejsca.
Wszystkie są raczej szczególne, pomyślał Halders. Zwłaszcza jeśli się je
wybiera na cel swojej podróży.
- W Szwecji? Za granicą? - Pochylił się nad stołem. Cerata była
żółto-niebieska. - To ważne, żeby państwo sobie przypomnieli. Wszystko
może być istotne dla śledztwa. Podróż może być...
- Nie wiemy dokładnie - przerwał mu Mario Ney. Odezwał się pierwszy raz.
Od chwili kiedy się przywitali w korytarzu, nie powiedział ani jednego
słowa. Mówiąc, nie patrzył wprost na Haldersa. Patrzył gdzieś w górę, na
ścianę, może nawet dalej. - Nie opowiadała nam zbyt wiele.
- Miała dziewiętnaście lat. Wyjechała na rok i nie powiedziała, gdzie
jest? - spytał Halders. - Nie niepokoiliście się?
Gdyby chodziło o Magdę, zadzwoniłby na policję. Na jakąś inną policję.
- To... nie był cały rok - odparła Elisabeth, powoli jak zawsze. -
Przysłała kilka pocztówek. Wiedzieliśmy przecież, że wyjechała i podróżuje. - Spojrzała na męża. - Pomachaliśmy jej na stacji.
- Dokąd w takim razie pojechała?
- Miała bilet do Kopenhagi.
- Dojechała tam?
Mario lekko wzruszył ramionami.
- Skąd wysłała pierwszą pocztówkę?
- Z Mediolanu.
Halders próbował spojrzeć Mariowi w oczy, ale jego spojrzenie znów
powędrowało do góry. Urodził się we Włoszech. Wyglądał, jakby pochodził
z innej części Europy. Albo świata. Ciemniejsza karnacja, te oczy, ta
broda. Włosów na głowie prawie nie miał, wokół uszu został szaro-czarny
wianek. Halders był zupełnie łysy. To, co nie wypadło samo z siebie,
zostało wygolone.
- Chciała szukać korzeni?
- Jej korzenie są tutaj - odparł Mario. Jego głos nagle stał się ostry.
Bella Italia to nie jego bajka, pomyślał Halders.
- Ale pojechała do Włoch.
- Odwiedziła też inne kraje - zauważyła Elisabeth.
- Macie jeszcze te pocztówki?
- Czy to naprawdę ma jakieś znaczenie?
- Jak już powiedziałem, wszystko ma znaczenie - odparł Halders.
Mario wstał.
- Spróbuję je znaleźć.
Chciał wyjść. Halders zauważył, że trzęsą mu się ręce. Może reszta ciała
również. Twarz odwrócił w drugą stronę.
- Pani mąż chyba nie tęskni za ojczyzną - powiedział Halders, kiedy
Mario wyszedł.
- Może nie bez powodu ją opuścił - odparła Elisabeth.
- Co się stało?
Wzruszyła ramionami, dokładnie tak jak jej mąż. Nauczyła się tego od
niego. Albo on od niej. Ale ten gest zdawał się pochodzić z południa.
- Zmuszono go do wyjazdu? - spytał Halders.
- Nic o tym nie mówił.
Chryste. Czy w tej rodzinie nikt nikomu o niczym nie mówi?
- Przyjechał do Szwecji sam?
Skinęła głową.
- Skąd?
- Z Sycylii.
- Z Sycylii? To duża wyspa. Z jakiej miejscowości?
- Nie wiem. - Spojrzała mu prosto w oczy. - Wiem, że to brzmi dziwnie,
ale to prawda. Nigdy mi nie powiedział. - Odwróciła wzrok. - I... nie
rozumiem, co to ma... wspólnego z tą sprawą.
- Spotykał się z rodziną? Po tym, jak wyjechał? - ciągnął Halders. - Z rodziną z Sycylii?
- Nie.
- Nigdy tam nie wrócił?
- Nie.
- Żadne z was?
- Nie rozumiem.
- Czy nie tam pojechała Paula?
- Powiedziałaby, gdyby tak było - odparła Elisabeth.
Nie jestem tego taki pewien, pomyślał Halders. Ale co ona wiedziała o Sycylii? Nosiła tylko nazwisko ojca, który stamtąd pochodził. Może jest
tam dość popularne.
- Znała włoski?
- Nie wtedy - odpowiedziała Elisabeth.
- Teraz ja czegoś tu nie rozumiem - powiedział Halders.
- Nauczyła się trochę... później. I tylko trochę.
- Po tamtej podróży?
Elisabeth skinęła głową.
- Po Mediolanie?
Kolejne skinienie.
- Wróciła tam?
- Nie mam pojęcia - odparła Elisabeth i znów spojrzała na Haldersa.
Uwierzył jej. Albo mu się wydawało, że uwierzył.
- Nikt jej nie towarzyszył?
- Nie.
- Nikt jej ani razu nie towarzyszył?
- Nic o tym nie wspominała.
- Jaka była po powrocie? Zmieniła się?
Elisabeth nie odpowiedziała. Idąc do nich, Halders nie myślał o podróżach. Teraz jego pytania krążyły wokół Morza Śródziemnego. Może to
był zły trop. Może wybrał się w bezsensowną podróż.
- Była radosna, smutna, podekscytowana?
- Była taka jak zawsze - odparła Elisabeth.
Nagle odwróciła głowę, jakby usłyszała jakieś odgłosy z ogrodu. Wtedy
Halders dostrzegł podobieństwo. Wcześniej go nie zauważył. Może światło
padało nie tak jak trzeba. W każdym razie chodziło o profil. Patrzył to
na kobietę ze zdjęcia, to na kobietę siedzącą przed nim. Podobieństwo,
którego wcześniej nie zauważył. Podobieństwo. Co za cholerne słowo.
- Co to znaczy? - spytał. - Że była taka jak zawsze?
Może Elisabeth miała właśnie odpowiedzieć, bo znów spojrzała na niego.
Ale do kuchni szybkim krokiem wszedł Mario. Położył na stole kilka
pocztówek.
- To wszystko, co znalazłem. Część chyba zabrała do siebie.
Do siebie. Halders był w mieszkaniu Pauli. Prawie skończono remont.
Wytapetowano i pomalowano cały pokój i połowę drugiego. To było dziwne
doświadczenie. Przechadzał się po mieszkaniu, które otrzymywało nową
twarz i nowy zapach, kiedy lokator już nie żył. Nie pamiętał, żeby
wcześniej doświadczył czegoś podobnego. Poczuł wstręt. To była
profanacja życia.
Widział szafki, półki i biurko, wszystko pokryte półprzezroczystą
foliową płachtą. Wyglądała jak zaparowana. Wydawało się, że ktoś pod nią
oddycha. Widział, jak technicy Öberga podnoszą ją w rogu pokoju i zaczynają grzebać w rzeczach Pauli. To też była profanacja życia.
Może mieli znaleźć pocztówkę sprzed dziesięciu lat? Pomogłaby im? Tak.
Nie. Nie.