Pokój numer 10. Komisarz Erik Winter. Tom VII - Ake Edwardson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

KOBIETA MRU­GNĘŁA PRA­WYM OKIEM. Raz, dwa, trzy, cztery razy. Komi­sarz Erik Win­ter na chwilę zamknął oczy. Kiedy je otwo­rzył, mru­gała na­dal. Wyglą­dało to jak spa­zma­tyczne drgawki, jakby jesz­cze żyła. Zoba­czył w jej oku odbi­cie sierp­nio­wego świa­tła. Wiązka pro­mieni sło­necz­nych wdarła się przez otwarte okno. Z dołu dobie­gały przed­po­łu­dniowe odgłosy ulicy - prze­je­chał samo­chód, tram­waj pomknął w dal, zaskrze­czał mor­ski ptak. Win­ter usły­szał kroki - odgłos obca­sów ude­rza­ją­cych o bruk. Jakaś kobieta szła szyb­kim kro­kiem, dokądś się spie­szyła.

Spoj­rzał na nią raz jesz­cze. I na drew­nianą pod­łogę. Świa­tło jak ogień wbi­jało się w deski i bie­gło dalej, przez ścianę, do sąsied­niego pokoju, a może nawet do wszyst­kich poko­jów na pię­trze.

Jej powieki zadrżały jesz­cze kilka razy. Odstaw­cie już te pie­przone elek­trody, pomy­ślał. Prze­cież wia­domo. Prze­niósł wzrok na zasłony powie­wa­jące na lek­kim wie­trze, przy­no­szą­cym nie tylko odgłosy, ale też zapa­chy z mia­sta. Woń ben­zyny, olejku zapa­cho­wego. Win­ter poczuł rów­nież słony zapach morza. Nagle pomy­ślał o morzu. I o linii hory­zontu. I o tym, co jest za nią. O podró­żach. Jego myśli zajęły podróże. Ktoś w pokoju coś powie­dział, ale Win­ter nie słu­chał. Na­dal myślał o podró­żach. I o tym, że będzie zmu­szony wypra­wić się w głąb życia tej kobiety. Wypra­wić wstecz. Rozej­rzał się po pokoju jesz­cze raz. Po tym pokoju.

*

Wszedł recep­cjo­ni­sta. Cią­gle jed­nak nie wia­domo, dla­czego aku­rat on.

Ruszył w jej stronę.

Zadzwo­nił z hotelu, z tele­fonu komór­ko­wego.

Cen­trala wysłała do hotelu karetkę i radio­wóz. Poli­cja jechała jed­no­kie­run­kową pod prąd. W sta­rych dziel­ni­cach, na połu­dnie od Dworca Cen­tral­nego, wszyst­kie ulice są jed­no­kie­run­kowe.

Mocno wystra­szona kobieta wysłała oboje inspek­to­rów na trze­cie pię­tro. Recep­cjo­ni­sta cze­kał pod drzwiami. Były otwarte. Poli­cjanci zoba­czyli leżące na pod­ło­dze ciało. Recep­cjo­ni­sta zdu­szo­nym gło­sem opo­wie­dział, co widział. Pró­bo­wał prze­do­stać się spoj­rze­niem do pokoju, jak gdyby tam miesz­kał. Kie­ru­jąca zespo­łem inspek­tor szybko weszła do środka. Uklę­kła i pochy­liła się nad cia­łem. Leżało w nie­na­tu­ral­nej pozy­cji.

Pętla wciąż była mocno zaci­śnięta na szyi. Metr od głowy leżało prze­wró­cone krze­sło. Na twa­rzy nie było widać żad­nych oznak życia. Ani w prze­krwio­nych oczach. Poli­cjantka długo szu­kała wyga­słego pulsu. Spoj­rzała w górę, na belkę prze­ci­na­jącą sufit. Wyglą­dał dziw­nie, śre­dnio­wiecz­nie. Cały pokój robił podobne wra­że­nie, jak gdyby nale­żał do innego świata. Albo jakby był sce­no­gra­fią do filmu. Porzą­dek naru­szało jedy­nie to leżące krze­sło. Inspek­torka usły­szała wycie karetki: naj­pierw docho­dzące z daleka, a po chwili, kiedy samo­chód sta­nął przed hote­lem, okrut­nie gło­śne. To wycie nie miało już jed­nak sensu.

Jesz­cze raz spoj­rzała w jej twarz, w otwarte oczy. Potem na linę i krze­sło. I wresz­cie na belkę. Dość wysoko.

- Dzwoń po tech­ni­ków - powie­działa do kolegi.

Przy­je­chali tech­nicy, Win­ter i lekarka sądowa.

Ścią­gnęła z pra­wego oka kobiety elek­trody. Nie mogły jej wskrze­sić, ale dzięki nim mogła usta­lić, jak długo była mar­twa. Im mniej czasu mija od chwili zgonu, tym skur­cze mię­śni są gwał­tow­niej­sze. Chwila zgonu, pomy­ślał Win­ter. To dziwny ter­min. Podob­nie jak cała ta metoda z elek­tro­dami.

Lekarka spoj­rzała na Win­tera. Nazy­wała się Pia E:son Fröberg. Współ­pra­co­wali od pra­wie dzie­się­ciu lat, choć Win­ter - z tej czy innej przy­czyny - cza­sami miał wra­że­nie, że dwa razy dłu­żej.

- Sześć do ośmiu godzin - powie­działa.

Win­ter ski­nął głową. Zer­k­nął na zega­rek, było wpół do jede­na­stej. A zatem umarła o bla­dym świ­cie albo, jak kto woli, późną nocą. Na dwo­rze było w każ­dym razie ciemno.

Rozej­rzał się po pokoju. Trzech tech­ni­ków oglą­dało krze­sło, belkę, pod­łogę wokół ciała, resztę mebli, wszystko, co mogło sta­no­wić jaką­kol­wiek wska­zówkę. Jeśli jakieś były. Nie, nie mogło być ina­czej. Sprawca zawsze coś po sobie zosta­wia. Zawsze. Jeśli nie dajemy temu wiary, możemy pako­wać manatki i się zmy­wać.

Bły­ski fle­sza zaczęły nie­re­gu­lar­nie oświe­tlać pokój, jak gdyby słońce chciało się wedrzeć do środka.

Jeśli jest jakiś sprawca... Spoj­rzał na belkę. I jesz­cze raz na ciało. Potem na prze­wró­cone krze­sło. Jeden z tech­ni­ków oglą­dał sie­dzi­sko. Albo raczej nogi. Spoj­rzał na niego i potrzą­snął głową.

Win­ter zer­k­nął na jej prawą rękę. Była biała, lśniąco biała, jak śnieg. Farba wyschła, się­gała połowy przed­ra­mie­nia. Jak jakaś gro­te­skowa ręka­wica. Biała farba. Obok stała puszka. Na roz­ło­żo­nej gaze­cie, jak gdyby naj­waż­niej­sza w tym pomiesz­cze­niu była pod­łoga. Waż­niej­sza niż życie.

Na gaze­cie leżał pędzel. Ście­kło z niego tro­chę farby. Roz­lała się po zdję­ciu jakie­goś zagra­nicz­nego mia­sta. Dostrzegł na nim zarys meczetu. Pod­szedł bli­żej, przy­kuc­nął. Poczuł zapach farby.

Na jedy­nym stole w pokoju leżała kartka papieru.

List, napi­sany odręcz­nie. Pra­wie dzie­sięć lini­jek. Mogła go napi­sać gdzie indziej. Cyfry na drzwiach pokoju zro­biono z pozła­ca­nego mosią­dzu. Przy­bito je gwoź­dziem. Trze­cie pię­tro z czte­rech. W środku - nawet kiedy już zamknęli okno - wciąż uno­sił się ten zapach. Słod­kawy, choć to słowo może mieć wiele zna­czeń.

Win­ter pod­niósł ze swo­jego biurka kopię listu i jesz­cze raz zaczął się przy­glą­dać pismu. Nie wyglą­dało na to, żeby ostat­nie słowa pisała trzę­sącą się ręką. Miał dla porów­na­nia inne jej - jak wyka­zano - zapi­ski. Oba tek­sty wysłano do labo­ra­to­rium.

"Kocham was i zawsze będę was kochać, bez względu na to, co mi się przy­da­rzy, i zawsze będzie­cie w moim sercu, gdzie­kol­wiek się znajdę, a jeśli was roz­gnie­wa­łam, to pro­szę o wyba­cze­nie, wie­dząc, że daru­je­cie mi winę bez względu na to, co mnie lub wam się przy­da­rzy, i że kie­dyś znów się spo­tkamy".

Dopiero tu posta­wiła kropkę. Napi­sała jesz­cze kilka lini­jek, a potem to się stało. "Bez względu na to, co mi się przy­da­rzy". Dwa razy to samo zda­nie w liście do rodzi­ców, napi­sa­nym według Win­tera spo­kojną ręką, choć tech­nicy dostrze­gli przez mikro­skop nie­wi­doczne gołym okiem drgnię­cia.

W liście, który teraz trzy­mał w ręce. Spoj­rzał na nią. Nie drżała, choć mogła. W końcu był tylko czło­wie­kiem. Jej biała ręka. Ide­al­nie poma­lo­wana. Albo jakby zro­biona z gipsu. Coś, co już do niej nie nale­żało. Co można było rów­nie dobrze od niej oddzie­lić. Takie myśli przy­cho­dziły mu do głowy. Zasta­na­wiał się dla­czego. Czy ktoś jesz­cze tak myśli?

Nazy­wała się Paula Ney, miała dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Za dwa dni, pierw­szego wrze­śnia, skoń­czy­łaby trzy­dzie­ści. W pierw­szym mie­siącu jesieni. Miała miesz­ka­nie, ale przez ostat­nie dwa tygo­dnie tam nie miesz­kała. Spół­dziel­nia robiła remont, robot­nicy cho­dzili tam i z powro­tem. Jedną godzinę spę­dzali w jed­nym pomiesz­cze­niu, drugą w kolej­nym. Prace miały trwać długo. Prze­nio­sła się więc do rodzi­ców.

Dwa dni temu wcze­snym wie­czo­rem poszła z przy­ja­ciółką do kina. Po poka­zie zamó­wiły w pobli­skim barze po lampce wina. Potem roz­stały się przy Grönsakstorget. Powie­działa przy­ja­ciółce, że poje­dzie tram­wa­jem. I wła­śnie tam urwał się ślad. Do chwili, kiedy następ­nego dnia przed połu­dniem zna­le­ziono ją w hotelu Revy, pół­tora kilo­me­tra na wschód od Grönsakstorget. Obok hotelu Revy nie prze­jeż­dża żaden tram­waj. To w ogóle dość oso­bliwa nazwa.

Hotel też jest oso­bliwy. Zapo­mniany, jakby powstał w gor­szych cza­sach. Albo w lep­szych, jak uwa­żają nie­któ­rzy. Stoi w gęsto zabu­do­wa­nym kwar­tale na połu­dnie od Dworca Cen­tral­nego, w jed­nym z tych budyn­ków, które omi­nęła akcja wybu­rza­nia w latach sześć­dzie­sią­tych. Prze­trwało wtedy pięć kwar­ta­łów. Jak gdyby tę część mia­sta przy­krył cień, kiedy urba­ni­ści stu­dio­wali mapę, być może pod­czas pik­niku w Trädg?rdsföreningen po dru­giej stro­nie kanału.

Revy ist­nieje od dłuż­szego czasu. Wcze­śniej była tam restau­ra­cja. Teraz nie ma po niej śladu. Hotel stoi w cie­niu nowo wznie­sio­nego She­ra­tona przy Drot­t­ning­tor­get. W pew­nym sen­sie to miej­sce nabrało sym­bo­licz­nego wymiaru.

Swego czasu ucho­dził za bur­del. Stoi w pobliżu Cen­tral­nego, a więc tam, gdzie bywa wiele kobiet i wielu męż­czyzn. Ale po tych wszyst­kich rewe­la­cjach na jego temat - praw­dzi­wych i zmy­ślo­nych - zostało już tylko wspo­mnie­nie. Win­ter wie­dział, że cza­sami zagląda tam grupa zaj­mu­jąca się zwal­cza­niem pro­sty­tu­cji, ale nie było to już fajne miej­sce ani dla dzi­wek, ani dla dziw­ka­rzy. Bóg jeden wie, kto tam teraz pomiesz­kuje. Mają nie­wielu gości. Pokój, w któ­rym zna­leźli Paulę Ney, stał pusty od trzech tygo­dni. Wcze­śniej cztery noce spę­dził w nim bez­ro­botny aktor. Przy­je­chał do mia­sta na casting do serialu tele­wi­zyj­nego, ale nie dostał głów­nej roli. Obsa­dzili go w epi­zo­dzie. Mia­łem zagrać trupa, powie­dział przez tele­fon kole­dze Win­tera, Fre­dri­kowi Hal­der­sowi.

Win­ter usły­szał puka­nie. Pod­niósł wzrok. Zanim zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć, wszedł komi­sarz Ber­til Ring­mar, trzeci rangą w wydziale śled­czym. Zamknął drzwi, prze­szedł szybko przez pokój i usiadł przed Win­terem.

- Zapra­szam bli­żej - powie­dział Win­ter.

- Darujmy sobie for­mal­no­ści. Prze­cież to tylko ja - odpo­wie­dział Ring­mar i przy­su­nął się, szu­ra­jąc krze­słem po pod­ło­dze. Spoj­rzał na Win­tera. - Byłem u Öberga.

Tor­sten Öberg rów­nież był komi­sa­rzem. Peł­nił obo­wiązki szefa wydziału tech­nicz­nego, miesz­czą­cego się pię­tro wyżej.

- No i?

- Miał coś do...

Zadzwo­nił sto­jący na biurku tele­fon. Prze­rwał Ring­ma­rowi w pół zda­nia. Win­ter ode­brał.

- Erik Win­ter. - Słu­chał w mil­cze­niu, a potem odło­żył słu­chawkę i wstał. - O wilku mowa. Öberg chce się z nami widzieć.

- Trudno kogoś powie­sić - powie­dział Öberg, pochy­la­jąc się nad jed­nym z labo­ra­to­ryj­nych sto­łów. - Zwłasz­cza jeśli ten ktoś wal­czy o życie. - Wska­zał na przed­mioty leżące na stole. - A nawet jeśli nie wal­czy, to i tak jest to trudne. Ciała są cięż­kie. - Spoj­rzał na Win­tera. - Rów­nież ciała mło­dych kobiet.

- Sta­wiała opór? - spy­tał Win­ter.

- Ani tro­chę.

- Więc co się stało?

- To już twoje zada­nie, Erik.

- Daj spo­kój, Tor­sten. Prze­cież mówi­łeś, że coś dla nas masz.

- Ni­gdy nie stała na tym krze­śle - powie­dział Öberg. - Z tego, co widać, ni­gdy nikt na nim nie stał. - Prze­je­chał pal­cami po nosie. - Czy recep­cjo­ni­sta nie mówił, że pod­sko­czył i zła­pał koniec liny?

Win­ter ski­nął głową.

- W ogóle nie wszedł na krze­sło?

- Nie. Prze­wró­ciło się, kiedy ciało spa­dło.

- Na ramie­niu ma ranę - powie­dział Öberg. - Pew­nie wła­śnie od tego.

Win­ter znów ski­nął głową. Roz­ma­wiał wcze­śniej z Pią E:son Fröberg.

- Ten recep­cjo­ni­sta, Bergström, chwy­cił koniec liny i pocią­gnął z całych sił, tak że węzeł się polu­zo­wał.

- Wygląda na to, że wie­dział, co robić - stwier­dził Öberg.

Ale recep­cjo­ni­sta nie miał o tym poję­cia. Tak powie­dział Win­te­rowi pod­czas krót­kiego wstęp­nego prze­słu­cha­nia w małym śmier­dzą­cym pokoju tuż za hote­lo­wym holem. Po pro­stu dzia­łał. Instynk­tow­nie. Mówił, że to był odruch. Chciał rato­wać życie.

Nie koja­rzył tej kobiety. Ani wtedy, ani póź­niej. Nie zamel­do­wała się w hotelu i nie odwie­dzała nikogo.

Widział list, kartkę papieru. List poże­gnalny, prze­mknęło mu przez głowę na chwilę przed tym, jak zaczął dzia­łać. Ktoś miał dość życia. Zoba­czył krze­sło sto­jące pod nią. I koniec liny. Rzu­cił się na ratu­nek, pod­sko­czył.

- To krze­sło jest ide­al­nie czy­ste - zauwa­żył Öberg.

- Co masz na myśli? - spy­tał Win­ter.

- Gdyby sama chciała się powie­sić, musia­łaby wejść na krze­sło i zarzu­cić linę na belkę stro­pową. Ale nie stała na nim. A jeśli stała, to ktoś je póź­niej wytarł. I tym kimś nie była ona.

- No, to zro­zu­miałe - wtrą­cił Ring­mar.

- To gładka powierzch­nia - mówił dalej Öberg. - Miała bose stopy.

- Buty stały przy drzwiach - powie­dział Ring­mar.

- Miała bose stopy, kiedy tam weszli­śmy - mówił dalej Öberg. - Umarła boso.

- Żad­nych śla­dów na krze­śle - powie­dział Win­ter, wła­ści­wie do sie­bie.

- Jak pano­wie wie­dzą, brak śla­dów to coś rów­nie inte­re­su­ją­cego jak ich obec­ność - zauwa­żył Öberg.

- A co z liną? - spy­tał Ring­mar.

- O tym wła­śnie chcia­łem wam powie­dzieć - odparł Öberg.

Win­ter dostrzegł dumę albo coś w tym rodzaju. Öberg miał im coś do prze­ka­za­nia.

- Na linie nie było żad­nych odci­sków pal­ców, ale o tym chyba wspo­mi­na­łem, nie?

- Tak - odpo­wie­dział Win­ter. - O linach nylo­no­wych już tro­chę wiem.

Ta była nie­bie­ska. Jej jaskrawy kolor przy­po­mi­nał kolor neonu. Na tak szorst­kiej powierzchni rzadko zostają odci­ski pal­ców. Trudno więc od razu stwier­dzić, czy ktoś miał na rękach ręka­wiczki.

Ale były też inne ślady. Win­ter widział tech­ni­ków pra­cu­ją­cych w pokoju numer dzie­sięć. Pobie­rali z liny próbki, szu­kali wło­sów i pozo­sta­ło­ści śliny lub potu. Trudno nie zosta­wić żad­nych śla­dów DNA.

Ktoś, kto ma na rękach ręka­wiczki, może splu­nąć w jedną z nich, zacze­sać do tyłu włosy.

Cał­kiem praw­do­po­dobne, że nie zosta­wił po sobie nic. Win­ter sta­rał się myśleć trzeźwo. Pomy­ślał, że przy­szło mu żyć w cza­sach, kiedy nadzieje na to, że testy DNA wyja­śnią i roz­wiążą każdą kry­mi­nalną zagadkę, mogą się oka­zać poboż­nymi życze­niami, zwy­kłymi snami na jawie.

Wie­dział, że Öberg wysłał wszyst­kie próbki do Kra­jo­wego Labo­ra­to­rium Kry­mi­na­li­stycz­nego.

- Gert wykrył coś jesz­cze - powie­dział Öberg z bły­skiem w oku. - We włók­nach pętli.

- Zamie­niamy się w słuch - powie­dział Win­ter.

- Krew. Nie­wiele, ale wystar­cza­jąco dużo.

- To dobrze - wtrą­cił Ring­mar. - Bar­dzo dobrze.

- Jeden z naj­mniej­szych śla­dów, jakie widzia­łem - mówił dalej Öberg. - Gert roz­wią­zał węzeł i, ponie­waż jest czło­wie­kiem bar­dzo docie­kli­wym, dokład­nie mu się przyj­rzał.

- Nie widzia­łem krwi w pokoju - powie­dział Win­ter.

- Nikt z nas nie widział - dodał Öberg. - A już na pewno nie na ciele. - Zwró­cił się do Win­tera: - Czy Pia zauwa­żyła małe rany na jej ciele?

- Ani jed­nej.

- Więc jeśli Paula Ney nie przy­nio­sła liny ze sobą... - powie­dział Ring­mar.

- ...to przy­niósł ją ktoś inny - dokoń­czył Öberg, znów z bły­skiem w oku.

- Godzinę temu roz­ma­wia­łem z jej rodzi­cami - powie­dział Ring­mar i prze­su­nął się z krze­słem pół metra do tyłu. Tym razem gło­śniej niż przed­tem. Wró­cili już do Win­tera. Win­ter był roz­draż­niony, jakby go brała gorączka. Ring­mar znów się prze­su­nął, znów szu­ra­jąc krze­słem po pod­ło­dze.

- Nie możesz pod­nieść tego krze­sła? - spy­tał Win­ter.

- Prze­cież na nim sie­dzę!

- Co powie­dzieli?

- Nie wyda­wała się inna tam­tego wie­czoru ani popo­łu­dnia. Ani przez ostatni tydzień. Była tylko wku­rzona na robot­ni­ków albo na spół­dziel­nię. Tak w każ­dym razie powie­dzieli. To zna­czy rodzice. Albo raczej mama. Roz­ma­wia­łem z matką, Eli­sa­beth.

Win­ter też z nią roz­ma­wiał, wczo­raj po połu­dniu. I z jej mężem, z ojcem Pauli, Mariem. Był bar­dzo młody, kiedy przy­je­chał do Szwe­cji i dostał pracę w SKF-ie. Wielu Wło­chów się tam zała­py­wało.

Mario Ney. Paula Ney. Jej torebka leżała na łóżku w hote­lo­wym pokoju. Öberg i jego ludzie jesz­cze nie usta­lili, czy ktoś w niej grze­bał. Był w niej port­fel z kar­tami płat­ni­czymi i nie­dużą gotówką. Prawa jazdy nie było, tylko kar­net na siłow­nię i kilka innych dro­bia­zgów.

W kie­szonce były cztery zdję­cia. Takie z auto­matu. Wyglą­dały na świeżo wywo­łane.

Zawar­tość torebki wska­zy­wała na to, że jej wła­ści­cielką była Paula Ney. I to wła­śnie Paula Ney została powie­szona w ciem­nym pokoju hote­lo­wym, do któ­rego prze­bi­jał się tylko cie­niutki pro­myk słońca.

- Kiedy miała wró­cić do miesz­ka­nia? - spy­tał Win­ter.

- Jakoś nie­ba­wem, jak stwier­dziła.

- Tak powie­działa? Sły­sza­łeś to od jej rodzi­ców?

- Chyba ojciec tak powie­dział. Pyta­nia zada­wa­łem matce.

Win­ter pod­niósł list, a raczej jego kopię. Słowa te same co w ory­gi­nale. Tych samych sześć lini­jek. Na górze: "Do Maria i Eli­sa­beth".

- Dla­czego to napi­sała? I czemu do rodzi­ców?

- Nie miała faceta - odparł Ring­mar.

- Odpo­wiedz naj­pierw na pierw­sze pyta­nie - powie­dział Win­ter.

- Nie wiem jak.

- Zmu­szono ją?

- Na pewno.

- Wiemy, czy napi­sała ten list po znik­nię­ciu, że tak to nazwę? Po tym, jak się roz­stała z przy­ja­ciółką przy Grönsakstorget?

- Nie. Ale to jest nasz punkt wyj­ścia.

- Łączymy list z zabój­stwem - powie­dział Win­ter. - A może tu cho­dzi o coś innego?

- O co?

Byli w swoim żywiole. Jed­nym z tych ruty­no­wych. Burza mózgów: stra­te­gie, pyta­nia i odpo­wie­dzi, kolejne pyta­nia. Mogli się posu­nąć do przodu albo wstecz, nawet zabłą­dzić. Byle tylko nie stać w miej­scu.

- Może chciała coś z sie­bie wyrzu­cić? - powie­dział Win­ter. - A nie mogła tego powie­dzieć pro­sto w oczy, sta­nąć twa­rzą w twarz. Coś się wcze­śniej musiało stać. Chciała się z tego wytłu­ma­czyć albo wycią­gnąć rękę na zgodę. Albo po pro­stu dać o sobie znać. Zale­żało jej na wyrwa­niu się z domu na jakiś czas. Nie chciała miesz­kać u rodzi­ców.

- Pobożne życze­nia.

- Że co pro­szę?

- Aż strach pomy­śleć, że mogło być wręcz odwrot­nie.

Nie odpo­wie­dział. Ring­mar miał oczy­wi­ście rację. Win­ter spró­bo­wał wyobra­zić sobie tę scenę. Była to w końcu część jego pracy. Zamknął oczy i zoba­czył, jak Paula sie­dzi pochy­lona nad kartką. Ktoś stoi za nią, nad nią. Paula trzyma w ręce dłu­go­pis. Pisz. Pisz!

- To jej słowa? - spy­tał Ring­mar.

- Spi­sy­wała czy­jeś? - dodał Win­ter.

- A może napi­sała to, co chciała?

- Wydaje mi się, że tak wła­śnie było - odparł Win­ter i jesz­cze raz prze­czy­tał pierw­sze zda­nia.

- Dla­czego?

- Ton jest zbyt oso­bi­sty.

- Może to ton mor­dercy?

- Cho­dzi ci o to, że to może być jego wia­do­mość do wła­snych rodzi­ców?

Ring­mar wzru­szył ramio­nami.

- Wąt­pię - powie­dział Win­ter. - To jej słowa.

- Ostat­nie.

- Jeśli nie poja­wią się kolejne listy.

- Niech to szlag.

- O co jej cho­dzi z tym pro­szę o wyba­cze­nie? - powie­dział Win­ter i prze­czy­tał jesz­cze raz.

- O to, o czym pisze - odparł Ring­mar. - Że prosi o wyba­cze­nie, jeśli roz­gnie­wała rodzi­ców.

- Czy aku­rat o tym się myśli, kiedy się pisze taki list? To by jej przy­szło do głowy?

- A myśli się w ogóle w takich sytu­acjach? - spy­tał Ring­mar. - Wiesz, że jesteś w bez­na­dziej­nym poło­że­niu, ktoś każe ci pisać list. - Buj­nął się na krze­śle, ale tym razem go nie prze­su­nął. - No, cał­kiem moż­liwe, że ma się wtedy poczu­cie winy. I odczuwa chęć pojed­na­nia.

- Ale czy była jakaś wina? Praw­dziwa wina?

- Według rodzi­ców nie. Nic, co... no, co by wykra­czało poza stan­dar­dowe sprzeczki mię­dzy dziećmi a rodzi­cami. Żad­nych waśni czy jak to ina­czej nazwać.

- Ale do końca tego nie wiemy - zauwa­żył Win­ter.

Ring­mar nie odpo­wie­dział. Wstał, pod­szedł do okna i wyj­rzał przez szpary w żalu­zjach. Widział, jak wiatr prze­dziera się przez czarne korony drzew przy kanale Fattighus?n. Nad domami za wodą uno­siła się matowa łuna. Nie była czy­stym bla­skiem let­niej nocy. Była czymś innym.

- Spo­tka­łeś się już z czymś takim? - spy­tał Ring­mar, wciąż sto­jąc przo­dem do okna. - Z listem... z dru­giej strony.

- Z dru­giej strony?

- Daj spo­kój, Erik - odparł Ring­mar i odwró­cił się. - Bie­daczka wie, że zosta­nie zamor­do­wana, i pisze o miło­ści, pojed­na­niu i prze­ba­cze­niu. Potem dosta­jemy tele­fon z tego prze­klę­tego zawszo­nego hotelu i jedyne, co możemy zro­bić, to poje­chać tam i stwier­dzić, że stało się to, co się stało.

- Nie tylko cie­bie to wku­rza, Ber­til.

- Więc spo­tka­łeś się już z czymś takim? Z takim listem poże­gnal­nym?

- Nie.

- Napi­sa­nym ręką, którą póź­niej poma­lo­wano? Na biało. Jakby... była oddzie­lona od ciała.

- Nie.

- Więc o co, do cho­lery, w tym cho­dzi?

Win­ter wstał. Nie odpo­wie­dział. Poczuł ostry ból w karku. Roz­cho­dził się po łopatce. Za długo sie­dział, roz­my­śla­jąc nad listem. Zapo­mniał roz­pro­sto­wać swoje czter­dzie­sto­pię­cio­let­nie kości. Nie mógł już wytrzy­mać. Nie da się sie­dzieć tak długo bez ruchu. Ale jesz­cze trzy­mał się na nogach. Miał czu­cie w rękach. Mógł je pod­nieść i roz­ma­so­wać kark. I tak zro­bił. Potem pod­szedł do Ring­mara. Ring­mar wciąż stał przy oknie. Win­ter je otwo­rzył i poczuł zapa­chy wie­czoru, jego rześki chłód.

Ber­til się wku­rzył. Był pro­fe­sjo­na­li­stą, w tej chwili wku­rzo­nym pro­fe­sjo­na­li­stą, a to dobre połą­cze­nie. Dobrze wpływa na wyobraź­nię, pobu­dza. A poli­cjanci bez fan­ta­zji są kiep­skimi śled­czymi, w naj­lep­szym wypadku prze­cięt­nymi. Takim udaje się zapo­mnieć o wszyst­kim z chwilą, kiedy wyjdą z komi­sa­riatu. Może dla nich to dobrze, ale na pewno nie służy to śledz­twu. Gli­niarz, któ­remu bra­kuje wyobraźni, może się po pracy wyłą­czyć, ale potem będzie się zasta­na­wiał, dla­czego ni­gdy nie osią­gnął dobrych rezul­ta­tów. Wielu jest takich ledwo kom­pe­tent­nych prze­cięt­nia­ków. Nie patrzą dalej niż czu­bek wła­snego nosa. Win­ter w ciągu swo­jej kariery śled­czego czę­sto miał z nimi do czy­nie­nia. W pew­nym sen­sie są spo­krew­nieni z psy­cho­pa­tami: nie potra­fią myśleć samo­dziel­nie, kie­ro­wać się intu­icją, pytać, co jest za hory­zon­tem. Przyj­mują postawę: skoro cze­goś nie widzę, to zna­czy, że to nie ist­nieje, więc lepiej zawró­cić.

- Nie wiem, czy to miała być wia­do­mość dla nas - powie­dział Win­ter. - Ta ręka. Biała.

- O co z nią cho­dziło? - spy­tał Ring­mar.

- Co masz na myśli?

- To coś... ozna­cza? Po co poma­lo­wał jej rękę tą pie­przoną ema­lią?

To była farba Bec­kers. Nazy­wała się Syn­tem. Biel antyczna, pół­ma­towa, do drewna, mebli, ścian i powierzchni meta­lo­wych we wnę­trzach. Wszystko to było napi­sane na puszce. Stała w pokoju numer dzie­sięć. Tech­nicy mieli spraw­dzić, czy tą wła­śnie farbą poma­lo­wano jej rękę. Nie było powo­dów, żeby w to wąt­pić, ale musieli się upew­nić. Jeden szcze­gół już potwier­dzono: Paula Ney nawet nie dotknęła leżą­cego przy pra­wie peł­nej puszce pędzla. Farba miała więc słu­żyć do poma­lo­wa­nia jej ręki. Póź­niej pędzel wysechł.

- Według rodzi­ców z ręką nie wią­zało się nic... nad­zwy­czaj­nego - powie­dział Win­ter.

Boże! Prze­cież oni nie widzieli jej ręki. Pia E:son Fröberg i Tor­sten Öberg jesz­cze jej dokład­nie nie zba­dali. Win­ter ukrył ten szcze­gół przed jej rodzi­cami, ale nawią­zał do niego, zada­jąc im pyta­nia. Co za gów­niana sprawa.

- Mam wszyst­kie rodzinne zdję­cia - powie­dział Ring­mar.

- Nic na nich nie znaj­dziemy.

Ring­mar nic nie powie­dział.

- Po co to zro­bił? - spy­tał. - To z ręką?

- Powie­dzia­łeś to tak, jakby ją wziął ze sobą - zauwa­żył Win­ter.

- A nie masz takiego wra­że­nia?

- Nie wiem, Ber­til.

- Jest w tym jakiś sens. Ten dupek chciał nam coś powie­dzieć. Coś nam opowie­dzieć. - Ring­mar uniósł rękę. - O sobie. - Spoj­rzał na Win­tera. - Albo o niej. - Wyj­rzał przez okno. Win­ter podą­żył za jego spoj­rze­niem. Na dwo­rze było ciemno. - Albo o obojgu.

- Znali się?

- Tak.

- Umó­wili się w nie­po­zor­nym hotelu? I dla bez­pie­czeń­stwa nie zamel­do­wali się w recep­cji?

- Tak.

- I dajemy temu wiarę?

- Nie.

- Ale znała mor­dercę.

- Tak sądzę, Erik.

Win­ter nie odpo­wie­dział.

- Robię w tym gów­nia­nym zawo­dzie dzie­sięć lat dłu­żej niż ty, Erik. Mia­łem do czy­nie­nia z róż­nymi spra­wami, ale tego, co tu się dzieje, nie mogę ogar­nąć.

- Damy radę - powie­dział Win­ter.

- Oczy­wi­ście - odparł Ring­mar, ale się nie uśmiech­nął.

- A pro­pos prze­szło­ści - zaczął Win­ter. - Kiedy jesz­cze byłem świe­ża­kiem, pierw­szy rok pra­co­wa­łem jako śled­czy, zaj­mo­wa­łem się sprawą, w któ­rej poja­wił się hotel Revy.

- Nie pierw­szy raz jest boha­te­rem śledz­twa - wtrą­cił Ring­mar. - Obaj dobrze o tym wiemy.

- Tak... ale tamta sprawa... czy jak to nazwać, była wyjąt­kowa.

Win­ter patrzył w noc. Na sza­rówkę i poświatę. Wyda­wało się, że wszystko stoi w zawie­sze­niu, bo zbliża się koniec lata i razem z mgłą do powie­trza powoli wkrada się jesień.

- To było zagi­nię­cie - powie­dział. - Teraz sobie przy­po­mi­nam.

- W hotelu Revy?

- Cho­dziło o kobietę - cią­gnął Win­ter. - Nie pamię­tam już jej imie­nia. Ale wyszła z domu, żeby coś zała­twić. Wydaje mi się, że była mężatką. Pamię­tam, że zamel­do­wała się w Revy na noc przed znik­nię­ciem.

- Znik­nię­ciem? Gdzie?

Win­ter nie odpo­wie­dział. Zato­nął w myślach, we wspo­mnie­niach. Tak jak w ciem­no­ści za oknem zato­nęły wierz­chołki dachów, ulice, parki, porty i hotele.

- Co się z nią stało? - spy­tał Ring­mar. - Bada­łem za dużo zagi­nięć. Wszyst­kie się zlały w jedno.

- Nie wiem - odpo­wie­dział Win­ter i zimno spoj­rzał Ring­ma­rowi w twarz. - Nikt nie wie. Nie wydaje mi się, żeby została odna­le­ziona.

Win­ter miał wtedy dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Dopiero zaczy­nał, był aspi­ran­tem. To było późne lato, zie­leń­sze niż zwy­kle o tej porze, bo w waka­cje wyjąt­kowo dużo padało. Każdy dzień spę­dzał w mie­ście. Urlop wybił sobie z głowy, myślał o przy­szło­ści, o swo­jej karie­rze śled­czego. Prze­rwał stu­dia praw­ni­cze, zanim je tak naprawdę zaczął. Posta­no­wił zostać poli­cjan­tem. Ale po szkole, po roku służby w mun­du­rze i pół roku pracy po cywil­nemu jako śled­czy wciąż nie był pewien, czy chce poświę­cić życie na scho­dze­nie do pod­ziemi. Na powierzchni działo się prze­cież tak wiele. I było dużo jaśniej. Nawet kiedy padało. W ciągu pół­tora roku zoba­czył to, czego nor­malni ludzie ni­gdy nie oglą­dają, nawet jeśli żyją sto lat. Tak wła­śnie o nich myślał: nor­malni ludzie. Ci, któ­rzy żyją na powierzchni. On też cza­sem tam żył. Poja­wiał się i zni­kał, wyczoł­gi­wał się na górę, a potem pełzł w dół. Wie­dział, że jego życie ni­gdy nie będzie nor­malne. Tam, na dole, mają swój wła­sny świat. Poli­cjanci, a z nimi zło­dzieje, mor­dercy i gwał­ci­ciele. Oni rozu­mieją. Rozu­mieją sie­bie nawza­jem.

Zaczął poj­mo­wać, co to zna­czy rozu­mieć. I wtedy zaczęło się robić coraz łatwiej. Będę jak oni, myślał. Jak mor­dercy.

Będę coraz bar­dziej podobny do nich, bo oni ni­gdy nie mogą być tacy jak ja.

Zro­zu­miał, że aby roz­wią­zy­wać zagadki, musi prze­stać myśleć sche­ma­tami. Wtedy jest łatwiej. Ale rów­nież trud­niej. Wie­dział, jak się zmie­nił w tym cza­sie, kiedy sta­wał się coraz lep­szy w swoim fachu, kiedy zaczy­nał lepiej myśleć. Gdy jed­nak docho­dził do roz­wią­za­nia sprawy albo jej czę­ści, stwier­dzał, że ma bujną wyobraź­nię, i osta­tecz­nie jego wysi­łek szedł na marne. Ale to nie była tylko fan­ta­zja. Myślał jak o n i, zapusz­czał się w ciem­ność jak o n i. Zda­rzały się dłu­gie okresy, kiedy nie miał swo­jego życia. Im lepiej pra­co­wał, tym trud­niej mu było nor­mal­nie żyć. Był samotny. Jak ska­li­sta wysepka. Nie liczył dni. Nie zaj­mo­wał się niczym oprócz kry­mi­nal­nej zagadki. Opie­ko­wał się nią, kładł ją do łóżka, pod­le­wał. Jeśli cho­dziło o nią, był praw­dzi­wym pedan­tem. Tro­skli­wym z przy­musu. Doku­menty leżały na jego biurku w rów­niut­kich rzę­dach. W domu, mię­dzy sypial­nią a łazienką, prze­wa­lały się sterty ciu­chów. O cywilny strój służ­bowy, ow­szem, dbał, bo zanie­dba­nia nie uwa­żał za zaletę. A jed­nak gdzieś w środku, pod tym czy­stym ubra­niem, był nie­chlujny jak cho­lera. Jeśli już pró­bo­wał zro­bić sobie nor­malny obiad, pod­da­wał się w poło­wie drogi. Wolał otwo­rzyć butelkę sło­do­wej, kiedy jesz­cze mało kto wie­dział, co to jest. Wtedy uzy­ski­wał prze­wagę nad nor­malnym świa­tem i pró­bo­wał pić whi­sky tak powoli, jak tylko potra­fił, słu­cha­jąc przy tym jazzu ato­nal­nego, któ­rego nikt inny nie mógł znieść. Whi­sky i jazz - to był jego spo­sób na życie, kiedy zapa­dała noc i wszystko za oknami w niej tonęło. Sie­dział w pół­mroku ze swo­imi obo­wiąz­kami i zagad­kami, a póź­niej z rzu­ca­ją­cym na pokój zimne świa­tło lap­to­pem.

Po kilku latach pracy w wydziale doszedł do wnio­sku, że wresz­cie się odna­lazł: powoli prze­stał być tym, kim był. Uznał, że dobrze się stało. Wyzwo­lił się od nor­mal­no­ści.

*

Od nor­mal­no­ści została też wyzwo­lona Ellen Börge. Albo sama się wyzwo­liła. Wyszła kupić cza­so­pi­smo i ni­gdy nie wró­ciła. Tak to wła­śnie wyglą­dało, rze­czy­wi­stość jak fik­cja lite­racka: poszła kupić jakiś kobiecy maga­zyn. Win­ter sądził, że "Feminę", bo na ławie w salo­nie leżała sterta nume­rów "Feminy". Tylko "Feminy". Ale jej mąż, Chri­ster Börge, nie wie­dział. "Ach tak? "Feminę"? Nie wiem. Nie mówiła".

Nie dotarła do pobli­skiego sklepu, w któ­rym zazwy­czaj kupo­wała prasę i inne rze­czy. Dwie pra­cu­jące tam­tego popo­łu­dnia eks­pe­dientki powie­działy, że dobrze ją znały i pamię­ta­łyby, gdyby się zja­wiła.

Chri­ster Börge zadzwo­nił na poli­cję po pię­ciu godzi­nach. Połą­czono go z dziel­ni­co­wym poste­run­kiem numer trzy. Tak to się wtedy nazy­wało. Po dobie od jej znik­nię­cia do poszu­ki­wań włą­czył się wydział śled­czy, a dokład­niej jed­nostka do spraw zagi­nięć. Sprawa przy­pa­dła żół­to­dzio­bowi Eri­kowi Win­te­rowi. Podej­rze­wał popeł­nie­nie prze­stęp­stwa, bo taką miał pracę i taką miał naturę. Sie­dział przy ławie ze stertą "Femin" i pytał o dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nią Ellen Börge jej trzy­dzie­sto­jed­no­let­niego męża. Wszy­scy troje byli w podob­nym wieku, ale Win­ter czuł się wyklu­czony - nie znał Ellen, a jej mąż wcale się nie cie­szył na jego widok. Był zde­ner­wo­wany, ale Win­ter nie wie­dział, jaki to rodzaj zde­ner­wo­wa­nia. Żeby móc coś takiego roz­po­znać, trzeba lat pro­wa­dze­nia śledztw. Szkoła poli­cyjna nie daje takiej wie­dzy. Trzeba długo cze­kać, a raczej samemu się uczyć - bez końca zada­wać pyta­nia, czy­tać z twa­rzy, wsłu­chi­wać się w słowa i pró­bo­wać wyła­wiać zna­cze­nia. W 1987 roku, gdy wszystko się zaczęło, Win­ter wie­dział, że lite­ra­tu­ro­znawcy dużo mówią o pod­tek­ście. To słowo ide­al­nie paso­wało do tego, co się działo pod­czas prze­słu­chań. Mię­dzy tym, co się mówi, a tym, co się ma na myśli, może ist­nieć ogromna prze­paść.

- Cze­kał pan pięć godzin, zanim wezwał poli­cję - powie­dział do Chri­stera Börgego. To nie było pyta­nie.

- Tak, no i co z tego?

Börge poru­szył się na sofie naprze­ciwko niego. Win­ter sie­dział w plu­szo­wym fotelu. Miał wra­że­nie, że meble są za... stare jak na tak młode mał­żeń­stwo. Cały dom wyda­wał się... urzą­dzony i zamiesz­kany przez parę w śred­nim wieku. Ale nie ufał swoim osą­dom. W jego dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu stały łóżko, stół i coś w rodzaju fotela, więc pod­czas takiego prze­słu­cha­nia sam nie potra­fiłby okre­ślić, jakie ma meble i czemu one służą.

Ale Chri­ster Börge mógłby opi­sać wszystko w swoim domu, zro­bić dokładny spis inwen­ta­rza, łącz­nie z liczbą ser­we­tek w dru­giej od góry kuchen­nej szu­fla­dzie. Co do tego Win­ter nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Börge wyglą­dał na kogoś, kto musi mieć cał­ko­witą kon­trolę, jeśli świat ma pozo­stać nor­malny. Na jed­nej z foto­gra­fii sto­ją­cych na ławie jego żona wyglą­dała podob­nie: drę­twy wyraz twa­rzy, skromna fry­zura, nie­obecne spoj­rze­nie. Ale Ellen Börge miała na tym zdję­ciu piękne, regu­larne, ostre rysy. Ta twarz w innym kon­tek­ście mogłaby nawet wzbu­dzić sen­sa­cję. Ale nie z tą fry­zurą. Zanim Win­ter usiadł w fotelu, pomy­ślał, że chyba nie była szczę­śliwa ze swoim mężem. Za bar­dzo wszystko kon­tro­lo­wał. Może pla­no­wali dzieci, choć pierw­sze pew­nie za kilka lat, pod­czas pełni księ­życa, pod­czas odpływu, kiedy posłuży to gospo­darce. Win­ter nie myślał o dziecku, ale nie miał też kobiety, z którą mógłby się dzie­lić takimi myślami.

Może Ellen Börge nie wytrzy­mała.

Pięć godzin. Zadzwo­nił na poli­cję po pię­ciu godzi­nach. Jeśli Chri­ster Börge rze­czy­wi­ście był tym, na kogo wyglą­dał, powi­nien zate­le­fo­no­wać od razu. Doma­gać się swo­ich praw. Doma­gać się peł­nego zaan­ga­żo­wa­nia. Doma­gać się dostar­cze­nia żony z powro­tem.

Win­ter zacho­dził w głowę.

- Nie nie­po­koił się pan? Pięć godzin to kawał czasu, kiedy się na kogoś czeka.

- A zro­bi­li­by­ście cokol­wiek, gdy­bym zadzwo­nił wcze­śniej? - Ton jego głosu nagle stał się wysoki, nie­mal piskliwy. - Nie powie­dzie­li­by­ście po pro­stu, żebym cze­kał?

- A dzwo­nił pan kie­dy­kol­wiek wcze­śniej? - spy­tał Win­ter. - Zda­rzyło się wcze­śniej, żeby znik­nęła?

- Ech... nie. Cho­dziło mi o to, że trzeba cze­kać. Tak czy­ta­łem. Poli­cja czeka, nie?

- To zależy - powie­dział Win­ter i nagle to on zaczął odpo­wia­dać na pyta­nia. Było ciężko. Całe to prze­słu­cha­nie oka­zało się trudne. - Nie da się powie­dzieć tak ogól­nie.

- Cza­sami... szła na spa­cer - zaczął Börge, choć Win­ter nie zadał pyta­nia. - Wycho­dziła bez słowa i nie było jej nawet kilka godzin.

- Pięć?

- Nie, ni­gdy. Dwie, cza­sem może trzy.

- Dla­czego?

- Dla­czego co?

Börge zamilkł, jak gdyby wspo­mnie­nie prze­szło­ści go uspo­ko­iło.

- Dla­czego bez słowa wycho­dziła na wiele godzin?

- Powie­dzia­łem, że na kilka godzin.

- Pytał ją pan?

- Niby o co? - Börge prze­cią­gnął dło­nią po plu­szu, jakby gła­skał psa albo kota. - Prze­cież to był tylko spa­cer.

- Ale tym razem wyszła kupić cza­so­pi­smo. Może "Feminę".

- Skoro pan tak twier­dzi.

- Widzę tu tylko jeden tytuł - powie­dział Win­ter, a potem zła­pał całą stertę i spraw­dził datę wyda­nia ostat­niego numeru. - Jest pan pewien, że poszła po cza­so­pi­smo?

- Tak.

- Pre­nu­me­ro­wała jakieś inne tytuły?

- Co? Nie... kie­dyś tak... ale teraz prze­rzu­ciła się na... kupo­wa­nie w skle­pie.

- Kiedy prze­stała pre­nu­me­ro­wać?

Te szcze­góły mógł aku­rat sam spraw­dzić, ale wolał spy­tać jego. Takie pyta­nia mogły być ważne. Naj­czę­ściej dopiero póź­niej się o tym prze­ko­ny­wał.

- No... - odparł Börge i spoj­rzał na stertę cza­so­pism na stole. - Nie pamię­tam dokład­nie. Zdaje się, że kilka mie­sięcy temu.

- Czy­tała jakieś inne gazety albo cza­so­pi­sma?

- Noo... dzien­nik. "Göteborgs-Posten". No i chyba ten maga­zyn tutaj - odparł, wska­zu­jąc ręką na stertę, którą Win­ter wciąż trzy­mał w ręku. - Może pan pospraw­dzać w sza­fach, ale ja widzia­łem tylko ten tytuł.

- Już go miała - powie­dział Win­ter.

- Słu­cham?

Win­ter pod­niósł dwa pierw­sze numery.

- Miała sierp­niowy i wrze­śniowy.

- Wrze­śniowy? Prze­cież wrze­sień jesz­cze się nie zaczął.

- Wydaje mi się, że wycho­dzą na chwilę przed począt­kiem mie­siąca. - Jesz­cze raz prze­czy­tał napis na okładce. - Jak byk: wrze­sień 1987.

- Może nie o ten jej cho­dziło? - powie­dział Börge. - To zna­czy może poszła kupić coś innego.

Win­ter nie odpo­wie­dział. Cze­kał. Wie­dział, że cza­sem dobrze jest pocze­kać. To było zresztą w sztuce pro­wa­dze­nia prze­słu­chań naj­trud­niej­sze.

Minęło pół minuty. Widział, jak cisza spra­wia, że Börge zaczyna się zasta­na­wiać, czy nie powie­dział cze­goś, co mu się nie spodo­bało albo zabrzmiało podej­rza­nie. I czy teraz nie powi­nien cze­goś wydu­sić, żeby tro­chę popra­wić atmos­ferę.

Nagle wstał i pod­szedł do sto­ją­cego pod ścianą regału. Tak naprawdę był ogromną witryną na por­ce­lanę, ozdoby, książki i zdję­cia w ram­kach. Twarz Ellen, którą Win­ter już widział.

Börge wciąż stał przy książ­kach, jakby szu­kał kon­kret­nego tytułu. Odwró­cił się.

- Pokłó­ci­li­śmy się tro­chę.

- Kiedy?

- Wtedy... gdy wyszła.

- O co się pań­stwo pokłó­cili?

- O dziecko.

- Dziecko?

- No... chciała mieć dziecko, a ja uzna­łem, że jest jesz­cze za wcze­śnie.

Win­ter prze­mil­czał odpo­wiedź swo­jego trzy­dzie­sto­jed­no­let­niego roz­mówcy. Głów­nie dla­tego, że nie miał na ten temat nic do powie­dze­nia. Wcze­śnie ozna­czało dla niego totalną abs­trak­cję. Per­spek­tywa zało­że­nia rodziny była odle­gła o lata świetlne. Nawet wyobraź­nią nie mógł tego ogar­nąć.

- Kłó­cili się pań­stwo o dziecko?

- Tak. Tak powie­dzia­łem. Ale to nie była poważna kłót­nia.

- Co pan ma na myśli?

- To w zasa­dzie nie była żadna kłót­nia. Ona po pro­stu... o tym wspo­mniała.

- A pan nie chciał roz­ma­wiać?

Börge się nie ode­zwał.

- Czy wcze­śniej docho­dziło do takich sprze­czek?

- Tak...

- Czy potem wycho­dziła? I nie mówiła, gdzie idzie?

- Tak - odparł Börge.

- Tym razem też wyszła z tego powodu?

- Eee... wła­ści­wie się nie pokłó­ci­li­śmy. Miała pójść do sklepu po cza­so­pi­smo. - Börge spoj­rzał na numer, który Win­ter pod­niósł ze sterty. Na ten, który chciała kupić, choć już go miała.

- Z tego powodu wyszła? - spy­tał ponow­nie Win­ter, patrząc mu pro­sto w oczy. - Z powodu kłótni o to, kiedy będzie­cie mieć dzieci?

- Eee... nie pamię­tam - odparł Börge. - Ale zawsze prze­cież wra­cała. - Spoj­rzał na Win­tera, szu­kał jego wzroku. - Zawsze wra­cała.

Ale wtedy nie wró­ciła.

Ni­gdy nie wró­ciła.

- Przy­po­mnia­łem sobie - powie­dział Win­ter. - Ni­gdy nie wró­ciła do domu. Ellen. Miała na imię Ellen. Ellen Börge.

Wciąż stali przy oknie. Na dwo­rze było ciemno jak w listo­pa­dzie. Win­ter myślał o okładce z wydru­ko­wa­nym pod tytu­łem sło­wem: wrze­sień.

Wrze­śnie przy­cho­dziły i odcho­dziły, przez całe lata, ale Ellen Börge już nie gro­ma­dziła cza­so­pism, nie two­rzyły już sterty, przy­naj­mniej nie na tam­tej ławie.

- Pamię­tam - odparł Ring­mar, lekko się uśmie­cha­jąc w bla­sku świa­tła zza okna. - I pamię­tam cie­bie. To chyba była twoja pierw­sza sprawa. Albo jedna z pierw­szych.

- Pierw­sza sprawa i pierw­sze nie­po­wo­dze­nie.

- Jedno z wielu - odparł Ring­mar.

Win­ter ski­nął głową.

- A tak na poważ­nie... - zaczął Ring­mar. - To było zagi­nię­cie, któ­rego nie wyja­śni­li­śmy, ale nie stwier­dzi­li­śmy też, że doszło do zbrodni.

- Nie dowie­dzie­li­śmy się nawet, czy to mogła być zbrod­nia, którą nale­ża­łoby wyja­śnić.

- Ma to dla cie­bie jakieś zna­cze­nie? - spy­tał Ring­mar. - Było w tym coś szcze­gól­nego? W jej znik­nię­ciu?

- Nie wiem. - Nagle Win­ter poczuł się cho­ler­nie zmę­czony, jak gdyby wszyst­kie lata od tam­tego dnia do teraz zwa­liły mu się hur­tem na głowę. - W... Ellen było coś, co spra­wiało, że nie chcia­łem odpu­ścić.

- Początki są naj­trud­niej­sze - powie­dział Ring­mar. - Jest się jesz­cze zie­lo­nym w branży.

- Nie.

Win­ter pogła­dził się po zaro­ście. Usły­szał chrzęst szcze­ciny pod pal­cami. Od kilku lat siwiał w tym miej­scu. I nie cho­dziło wcale o wiek. Cecha dzie­dziczna, natu­ralna pra­wi­dło­wość. Aż taki stary jesz­cze prze­cież nie był.

- Cza­sami się nad tym zasta­na­wia­łem - cią­gnął. - Przez wszyst­kie te lata. I wydaje mi się, że w tej spra­wie była jakaś wska­zówka. Że mogłem jesz­cze coś zro­bić. Cze­muś się przyj­rzeć. Że to coś tam było, że mia­łem to przed oczami. Powi­nie­nem był to dostrzec. Gdyby tak się stało, zaszedł­bym dalej.

- Dalej, czyli dokąd?

- Do... Ellen.

- Mówisz o tym jak o prze­stęp­stwie - powie­dział Ring­mar. - Jakby była ofiarą.

Win­ter roz­ło­żył bez­rad­nie ręce, w stronę Ring­mara i nocy.

- W każ­dym razie teraz mamy do czy­nie­nia z oczy­wi­stym prze­stęp­stwem - powie­dział Ring­mar.

- Hm... - odparł Win­ter i gwał­tow­nie ski­nął głową. Czuł, że w środku coś mu brzę­czy, może jakaś śrubka, którą trzeba dokrę­cić jesz­cze moc­niej. - Jestem zmę­czony. Nie mogę sobie przy­po­mnieć, jak tra­fi­li­śmy na jej ślad.

- Hotel Revy - powie­dział Ring­mar. - Zamel­do­wała się w naj­mil­szej noc­le­gowni w mie­ście.

- Ale Paula Ney tego nie zro­biła.

- Zga­dza się. Ani się nie wymel­do­wała.

Rozdział 2

2

CZY PAULA NEY NAPRAWDĘ SAMA NAPI­SAŁA list do rodzi­ców, Maria i Eli­sa­beth? Cha­rak­ter pisma wska­zy­wał na nią. Wstęp­nie zało­żono, że to ona, ale prze­są­dzić miały dokładne bada­nia. Wciąż ana­li­zo­wano wszystko, co zna­le­ziono na miej­scu zbrodni. Win­ter nie mógł sie­dzieć bez­czyn­nie i cze­kać, aż inni odwalą całą robotę. Ana­li­tycy skoń­czą, kiedy skoń­czą. On musi sobie zadać cztery naj­waż­niej­sze pyta­nia, te, które zawsze od razu należy zadać: Co dokład­nie się stało? Dla­czego się stało i dla­czego tak, a nie ina­czej? Kto mógł doko­nać takiego zabój­stwa? Dla­czego?

Stał w pokoju w hotelu Revy. Za oknem tęt­niło życiem mia­sto. Jego pomruki dobie­gały zza zasu­nię­tych gru­bych zasłon. Pod­szedł do okna i otwo­rzył je. Nagle ośle­piło go świa­tło, a odgłosy roz­brzmiały gło­śniej, jakby ktoś w Urzę­dzie Mia­sta pokrę­cił gałką wzmac­nia­cza.

Do wrze­śnia zostało kilka dni. Upał, który przez całe lato trzy­mał się zwrot­nika Raka i w ogóle nie dotarł na pół­noc, nagle ude­rzył. Był ciężki i objął całą pół­nocną Europę, mimo że słońce ruszyło już w stronę zwrot­nika Kozio­rożca. W ruch poszły pordze­wiałe grille, póź­nymi wie­czo­rami palono w ogro­dach ogni­ska, w wil­got­nej ciem­no­ści roz­cho­dził się zapach dymu. Win­ter myślał o innych kra­jach, tych mię­dzy zwrot­nikami Raka a Kozio­rożca. O tro­pi­kach. Pew­nego dnia się tam wybie­rze - do Thi­ru­va­nan­tha­pu­ramu, Koczinu, Madu­raju, Geo­r­ge­town, Sin­ga­puru, Padangu, Sura­bai.

W tro­pi­kach nie ma cieni. Czło­wiek nie rzuca żad­nego ciem­nego odbi­cia. Cień spływa po jego ciele i znika pod sto­pami.

Zamru­gał oczami, zasko­czony nagłym ude­rze­niem świa­tła, a potem odwró­cił się i pocze­kał, aż kon­tury pokoju staną się wyraźne.

Pobły­ski­wało w nim złoto. Czer­wone złoto. Gdyby zmru­żył oczy, nie roz­róż­niłby plam na ścia­nie. Nie­które były wzo­rem na tape­cie, inne poja­wiły się póź­niej.

Pod­szedł do łóżka. Stało przy dru­gim końcu dłuż­szej ściany. Spoj­rzał na drzwi. Wid­niał na nich wzór. Przy­po­mi­nał kwiat. Wyglą­dało to tak, jakby ktoś w nie rzu­cił lampką czar­nego wina. Wina? Czemu myślę o winie? To wygląda jak tusz. Jest czarne jak litery z jej listu. Listu poże­gnal­nego.

Wszystko w pokoju wyglą­dało pra­wie tak samo jak wtedy, gdy tu weszli po raz pierw­szy. Cisza wisiała w powie­trzu jak wspo­mnie­nie. Albo jak pamięć. Jak jeden z obra­zów na ścia­nie, ten naj­więk­szy. Win­ter nie dostrzegł żad­nych innych śla­dów. Żad­nych plam. Ta czer­wień to czer­wone złoto. Tak samo fał­szywe jak cały ten pokój, hotel, kwar­tał, a cza­sem jak całe to pie­przone mia­sto. Pano­wała gro­bowa cisza. Jak gdyby poli­cyjna taśma przed wej­ściem auto­ma­tycz­nie wyłą­czyła odgłosy mia­sta.

To wszystko jakoś trzy­mało się kupy. Nie widział związku, ale wie­dział, że ist­nieje. To tak jak z puz­zlami: mając przed sobą stertę roz­sy­pa­nych kawał­ków, czło­wiek wie, że two­rzą całość, ale nie ma poję­cia jak.

Tajem­ni­cza wia­do­mość w liście była czę­ścią innej wia­do­mo­ści. Znał słowa Pauli na pamięć. Cho­dziło o miłość, wielką miłość. Albo dokład­nie odwrot­nie. Nie. Tak. Nie. Była pod wpły­wem nar­ko­ty­ków? Czy on jej dyk­to­wał? Co pisze czło­wiek przed śmier­cią? Wie­działa, że to jej ostat­nie słowa? Nie. Tak. Nie. Tak.

Zre­zy­gno­wał ze snu­cia domy­słów i sku­pił się na pokoju. Co wła­ści­wie się tutaj stało? Paula weszła. Ale nie wie­dzieli, czy była sama, czy szła na spo­tka­nie. Recep­cjo­ni­sta nic szcze­gól­nego nie zauwa­żył i chyba taka była jego rola. Nie zamel­do­wała się i nikt nie pamię­tał, żeby stała sama przy kon­tu­arze. Jeśli w ogóle stała. Ludzie przy­cho­dzili i odcho­dzili. Męż­czyźni, kobiety, męż­czyźni. Rzadko dzieci. W hotelu nie było pokoju zabaw. Żad­nych dzie­cię­cych gło­sów. Win­ter wąt­pił, że kie­dy­kol­wiek można je tu było usły­szeć. Nie paso­wały do tego miej­sca.

Przy­szedł mor­derca. Paula Ney napi­sała na papie­rze hote­lo­wym list. Papier, ow­szem, mieli. Pozo­sta­łość po lep­szych cza­sach. A pro­pos: pozo­sta­łość to gów­niane słowo. Czy mor­derca wie­dział, że w pokoju jest papier listowy? A może list powstał w wyniku przy­pad­ko­wej decy­zji, nagłego kaprysu? Paula nie wyszła z pokoju, kiedy już raz prze­kro­czyła jego próg. Tego Win­ter był pewny. Rozej­rzał się jesz­cze raz. Dla­czego aku­rat ten pokój? Dla­czego ten hotel? Pokój numer dzie­sięć. Nagle pomy­ślał o Ellen Börge. Spę­dziła tutaj noc. W któ­rym pokoju? Tę infor­ma­cję na pewno można zna­leźć w jej aktach. Wyobra­ził je sobie. Muszą leżeć gdzieś głę­boko w archi­wum. Teczka, któ­rej nie zdi­gi­ta­li­zo­wano, bo doty­czyła sprawy sprzed 1995 roku, zanim nastała nowo­cze­sność. Akta Ellen Börge ozna­czono pie­czątką: "Sprawa nie­roz­wią­zana. Docho­dze­nie umo­rzone". Minęło wiele lat, odkąd miał te doku­menty w rękach. Wła­ści­wie nie był pewien, czy było tam cokol­wiek o docho­dze­niu. Z tech­nicz­nego punktu widze­nia nawet go nie prze­pro­wa­dzono. Nie pamię­tał wszyst­kich szcze­gó­łów akt. Nagle posta­no­wił się cze­goś dowie­dzieć. Tak szybko, jak to moż­liwe. Wyjął z kie­szonki lnia­nej koszuli komórkę.

Ode­brał Janne Möllerström, reje­stra­tor.

- Sprawa zagi­nię­cia Ellen Börge - powie­dział Win­ter. - Wczo­raj ci o niej wspo­mi­na­łem.

Ellen znik­nęła na długo, zanim Möllerström zaczął pra­co­wać w wydziale. Win­ter wpro­wa­dził go w temat.

- Pamięć krót­ko­ter­mi­nowa jesz­cze nie zawo­dzi - odparł Möllerström.

- Minęła doba. To według cie­bie krótko?

- Ha, ha, ha!

- Zna­la­złeś?

- Tak. Zagi­nię­cie udo­ku­men­to­wane dla przy­szłych poko­leń.

- To nie było zwy­kłe zagi­nię­cie.

- Tak czy owak, musisz się zado­wo­lić tym, co jest na papie­rze. Od początku do końca.

Möllerström był zwo­len­ni­kiem archi­wów cyfro­wych.

- Zna­la­złeś teczkę?

- W zasa­dzie tak - powie­dział Möllerström. - Spy­taj mnie raczej, jak mi się to udało.

- No więc jak ci się to udało?

- Nie mam poję­cia.

- Cho­dzi o jeden szcze­gół - powie­dział Win­ter, gapiąc się w ścianę nad łóż­kiem. Była pusta. Z bli­ska deseń na tape­cie zle­wał się z tłem. - Możesz spraw­dzić, w któ­rym pokoju w hotelu Revy miesz­kała Ellen Börge? - Win­ter pró­bo­wał mimo wszystko wypa­trzyć ten wzór. - Jestem w pokoju Ney.

Spoj­rzał w okno. Świa­tło wciąż było ostre. Z tru­dem, jakby przez mgłę, zaczął roz­po­zna­wać to miej­sce. Ogar­nęło go nie­przy­jemne uczu­cie, przy­pra­wia­jące o mdło­ści. Fasada budynku po dru­giej stro­nie ulicy. Mie­dziane dachy.

- To powinno być gdzieś na początku - powie­dział.

- Jeśli w ogóle jest.

- Prze­cież sam, do cho­lery, zaj­mo­wa­łem się tą sprawą.

- No i?

- Zadzwoń, jak znaj­dziesz.

Roz­łą­czył się i stał bez ruchu z komórką w ręku. Słońce gła­skało pozie­le­niałe dachy naprze­ciwko. Dzie­liło go od nich ze dwa­dzie­ścia, może trzy­dzie­ści metrów. Nagle w oknie bły­snęło. Jak reflek­tor. Wia­trow­skaz na dachu gwał­tow­nie obró­cił się w lewo i sta­nął pro­mie­niom słońca na dro­dze.

Win­ter wie­dział, że to kogut. Z czer­wo­nym grze­bie­niem.

Już tu był. W innym cza­sie, w innym życiu. Tamto życie było młod­sze, mniej bez­pieczne, wyra­zist­sze. Nie­go­towe, bar­dziej nie­go­towe niż teraz.

Znów ode­zwało się to nie­przy­jemne uczu­cie w żołądku. Jakby mu chciało o czymś przy­po­mnieć.

Poczuł wibra­cje w dłoni, po sekun­dzie usły­szał dzwo­nek.

- Pokój numer dzie­sięć - powie­dział Möllerström. - Zna­la­złem na dru­giej stro­nie.

- Tak.

- Nie wyda­jesz się zasko­czony.

- Wła­śnie coś roz­po­zna­łem. - Zoba­czył, jak kogut obraca się o dzie­więć­dzie­siąt stopni i refleks gaśnie. - Dzięki za szybki odzew, Janne.

Roz­łą­czył się. Stał na środku pokoju.

Przy­pa­dek?

Oczy­wi­ście.

Ile poko­jów jest w tej zawszo­nej norze?

Wię­cej, niż się wydaje.

Czyżby pokój numer dzie­sięć prze­zna­czono dla samot­nych kobiet bez eskorty? Swego czasu usługi ochro­niar­skie były spe­cjal­no­ścią hotelu Revy. Win­ter przez te wszyst­kie lata był tu kilka razy. Pro­sty­tu­cja, nar­ko­tyki, pobi­cia. Revy był jak stary, powa­lony na deski bok­ser, który pod­nosi się zawsze w dzie­wią­tej sekun­dzie. Budy­nek prze­trwał nawet najazd maszyn do wybu­rza­nia, które zrów­nały z zie­mią sąsied­nie kwar­tały. Czyżby darzono go sen­ty­men­tem? A może to zasługa tego cie­nia w Trädg?rdsföreningen? A może pla­ni­ści byli sta­łymi klien­tami? Dwóch na pewno - archi­tekt mia­sta i były bur­mistrz z ramie­nia socjal­de­mo­kra­tów. Ot tak zbu­rzono wszystko, co piękne i co brzyd­kie, ale Revy oca­lał. Naj­pierw bur­mistrz zezwo­lił wysa­dzać w powie­trze, potem archi­tekt wydał pozwo­le­nie na budowę. Nie­wy­klu­czone, że ci dwaj gang­ste­rzy doga­dali się w bur­delu. Cza­sem widy­wał tego apa­rat­czyka. Prze­cha­dzał się o lasce i pew­nie wciąż myślał fiu­tem. Miał dużo na sumie­niu. Ale zawsze robił wra­że­nie, że jest w dobrym nastroju.

Revy wciąż ist­niał. Teraz, w chwili śmierci Pauli Ney, i wtedy, w chwili zagi­nię­cia Ellen Börge. Pokój numer dzie­sięć. Czy stało się tu coś jesz­cze? Kazał Möllerströmowi spraw­dzić. Hasło: pokój dzie­sięć. Boże. Grze­ba­nie w zaku­rzo­nych archi­wach. Bez nich, cyfro­wych czy nie, mogliby od razu zre­zy­gno­wać, zamknąć sprawę. Wszystko, co się tu stało, miało zwią­zek z prze­szło­ścią, bez­po­średni lub pośredni. Nie było tak jak w tro­pi­kach. Na tej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej prze­szłość rzuca dłu­gie cie­nie.

W pokoju numer dzie­sięć cie­nie się prze­miesz­czały. Łóżko nie wyglą­dało już tak jak wtedy, gdy wszedł. Stół też nie, ani fotel, ani wzór na ścia­nach, ani pod­łoga. Przy oknie wisiała kopia jakie­goś dzieła sztuki. Naj­gor­sze miej­sce na obraz. W ogóle nie docho­dziło tam świa­tło. Por­tret kobiety o ciem­nej kar­na­cji. Gau­guin. Win­ter widział ory­gi­nał w rzym­skim muzeum. Gau­guin. Ten też myślał fiu­tem. Nie­dawno prze­czy­tał jego bio­gra­fię. Facet wybrał tro­piki, tam żył i tam umarł. Na syfi­lis. Win­ter wycią­gnął z tyl­nej kie­szeni spodni notat­nik i zapi­sał: "Spraw­dzić obrazy we wszyst­kich poko­jach". Nie miał poję­cia, dla­czego aku­rat teraz przy­szło mu to do głowy. To nie było istotne. Wie­dział, że na sto pytań przy­pada jedna odpo­wiedź. Z cza­sem to się zmieni. Pojawi się wię­cej odpo­wie­dzi, ale pytań wciąż będą setki, a nawet tysiące. Poza tym prze­waga odpo­wie­dzi nie musi wcale ozna­czać, że się jest bli­sko roz­wią­za­nia zagadki. Roz­wią­za­nia, roz­wi­kła­nia, odgad­nię­cia, wyja­śnie­nia - wiele słów na okre­śle­nie cze­goś, co pra­wie zawsze pozo­staje nie­ja­sne, nie­pełne. Win­ter sta­nął gdzie indziej. Paula Ney się nie wymel­do­wała. Została zamor­do­wana. Umarła tutaj. Umarła, bo ktoś jej nie­na­wi­dził. Rze­czy­wi­ście tak było? Pew­nie. Jak można aż tak nie­na­wi­dzić? Napi­sała list o miło­ści i umarła. Spo­sób doko­na­nia zbrodni wska­zy­wał na to, że to musiało być coś oso­bi­stego, ale w tym pokoju nie­do­strze­gal­nego - na ścia­nach i pod­ło­dze nie było żad­nych śla­dów. Kogo się kocha, tego się zabija. Albo było to do tego stop­nia nie­oso­bi­ste, że stało się... oso­bi­ste. Znali się? Mor­derca i Paula? Nie. Tak. Nie. Tak. Win­ter zauwa­żył, jak cie­nie prze­su­wają się po pokoju, jak się wydłu­żają. Popo­łu­dniowy ruch na ulicy zaczął nara­stać. Nagle wdarł się do środka, jakby ktoś zerwał taśmę przed wej­ściem do pokoju. Do uszu Win­tera dobiegł czyjś krzyk, wycie klak­sonu, wycie karetki mkną­cej przez któ­rąś z zachod­nich dziel­nic, a w tle stłu­miony pomruk całego mia­sta. Kiedy sygnał ambu­lansu zamilkł, ode­zwał się mor­ski ptak. A potem, w nowej mikro­prze­strzeni ciszy, usły­szał odgłos kro­ków. Kobie­cych. Paula musiała wtedy sły­szeć wszyst­kie te dźwięki, to życie za oknem, tę miej­ską... nor­mal­ność. O czym myślała? Wie­działa, że już ni­gdy nie będzie się prze­dzie­rać przez gąszcz tych nie­sa­mo­wi­tych odgło­sów? Tak. Nie. Tak.

- Nie - powie­dział męż­czy­zna sie­dzący za biur­kiem. - Nie przy­po­mi­nam sobie, żeby ktoś jej towa­rzy­szył. Jej sobie nie przy­po­mi­nam.

Wyglą­dał nie­wy­raź­nie. Ten wygląd ukształ­to­wały dzie­się­cio­le­cia. Może to był ten sam czło­wiek, któ­rego wypy­ty­wał o Ellen Börge, kiedy był młody? Nie. To nie on. Był tego pewien. Ale ten facet wyglą­dał, jakby tu pra­co­wał już wtedy. Jakby zawsze tu był. Nie­któ­rzy tak wyglą­dają. Wydaje się, że są nie­od­łączną czę­ścią oto­cze­nia.

Win­ter zadał trudne pyta­nie. Chciał takie zadać. Może nie było trudne, może było naj­lep­sze, jakie mógł zadać aku­rat w tym momen­cie.

- Pamięta pan młodą kobietę, która zamel­do­wała się tutaj w 1987 roku? Nazy­wała się Ellen Börge.

- Słu­cham?

- Następ­nego dnia znik­nęła.

Męż­czy­zna spoj­rzał na Win­tera jak na kogoś, kto się upił pod­czas lun­chu.

- Byli­śmy tutaj i pyta­li­śmy o nią. Ja tu byłem.

- Nie pamię­tam - odparł recep­cjo­ni­sta.

- Miesz­kała w tym samym pokoju - cią­gnął Win­ter.

- W tym samym co kto?

- Co Ney. Paula Ney.

- W 1987? - Męż­czy­zna się rozej­rzał, jakby chciał zna­leźć świadka, który potwier­dzi, że sto­jący przed nim komi­sarz jest pijany albo nie­zrów­no­wa­żony. W tym hotelu mieli do czy­nie­nia z róż­nymi typami. - Osiem­dzie­siąty siódmy? Aku­rat w tej chwili nie pamię­tam niczego z lat osiem­dzie­sią­tych.

- Wydaje się pan nie pamię­tać nic z zeszłego tygo­dnia.

Męż­czy­zna mil­czał. Odpo­wie­dział już wcze­śniej. Nie pamię­tał, czy się zamel­do­wała, i tyle. Cały czas prze­wi­jali się przez recep­cję jacyś ludzie. Wie­dział tylko tyle, że to byli hote­lowi goście. Ktoś wziął klucz od pokoju numer dzie­sięć, ale nie pamię­tał, czy to była ona.

- Macie wielu sta­łych gości? - spy­tał Win­ter.

Męż­czy­zna, mimo swo­jej postawy, wyglą­dał na jesz­cze bar­dziej zmie­sza­nego. Win­ter wie­dział dla­czego. Źle sfor­mu­ło­wał pyta­nie.

- Cho­dzi mi o sta­łych gości płci męskiej.

- Grupa biz­nes­me­nów - odparł męż­czy­zna i uśmiech­nął się.

- Roz­po­znaje ich pan?

- Nie roz­po­znaję ludzi.

Ziew­nął. Sze­roko. Osten­ta­cyj­nie.

- Ma pan pro­blem z oczami?

- Że co? Nie...

Jego szczęka znie­ru­cho­miała w poło­wie kolej­nego ziew­nię­cia.

- Chyba nic nie zro­bi­łem, co? - rzu­cił po kilku sekun­dach. - Nie musi się pan dener­wo­wać.

- Doszło tu do mor­der­stwa, a pan udaje głu­cho­nie­mego idiotę. Weź się pan wresz­cie w garść, do cho­lery!

Męż­czy­zna znów się rozej­rzał. Wciąż nie było świad­ków. Nikt nie stał za zaku­rzo­nym kro­to­nem przy scho­dach, nikt nie wcho­dził na górę ani nie scho­dził na dół, żadna postać nie skry­wała się za pół­otwar­tymi drzwiami pro­wa­dzą­cymi Bóg wie dokąd, nie było też nikogo za palmą w donicy przy wej­ściu. Nagle Win­ter znów odpły­nął myślami do tro­pi­ków. To przez tę palmę i wiru­jący pod sufi­tem wia­trak, i to wil­gotne powie­trze w środku. Późne lato w ostat­nich dniach stało się latem tro­pi­kal­nym. Win­ter poczuł, jak pot prze­siąka mu przez koszulę. Revy przy­po­mi­nał hotel kolo­nialny. Albo jego kulisy. Taką fil­mową wer­sję tro­pi­ków. Z tą róż­nicą, że ten film nie był fik­cją.

- No więc jak? - spy­tał Win­ter i wycią­gnął notat­nik.

Inspek­tor Fre­drik Hal­ders nie chciał kawy. Nikt w tym miesz­ka­niu nie chciał nawet łyka pie­przo­nej kawy. Rozu­miał, jak się czuli. Sie­dząca przed nim para pró­bo­wała jakoś prze­trwać kolejny dzień. Kawa i bułka w tym nie poma­gały. Wódka też nie. Sam pró­bo­wał zna­leźć w niej uko­je­nie, kiedy jego byłą żonę, matkę jego dzieci, prze­je­chał pijany kie­rowca. Nie zaczął jed­nak pić od razu. Od śmierci Mar­ga­rety minęły mie­siące. Czuł, jak szok powoli odpusz­cza, a na jego miej­sce wcho­dzi nara­sta­jąca wście­kłość. Dla­tego zaczął chlać. Żeby nie dopu­ścić do sie­bie nie­na­wi­ści, żeby pozo­stać nie­wzru­szo­nym, bier­nym, żeby nie doko­nać egze­ku­cji na mor­dercy albo nie porą­bać na drza­zgi narzę­dzia zbrodni. Wie­dział, gdzie ten sza­tań­ski samo­chód stoi. Przed willą, która cze­kała na spa­le­nie.

Chla­niem zwal­czył kry­zys. Póź­niej się wsty­dził. Nie dla­tego, że nie zre­ali­zo­wał swo­ich pla­nów wobec mor­dercy za kół­kiem, ale dla­tego, że uciekł się do wódki jako znie­czu­la­cza. A to prze­cież ona była współ­winna mor­der­stwa. Powi­nien się trzy­mać z dala od alko­holu. Teraz pra­wie mu się to uda­wało. Jesz­cze miał czas, żeby się pod­nieść, jesz­cze było za wcze­śnie na AA, jesz­cze nie został alko­ho­li­kiem. Pił litry kawy. Ale nie w tej chwili.

Mario i Eli­sa­beth Ney­owie mogli myśleć o nie­na­wi­ści. Albo w ogóle nie potra­fili myśleć. Ale on spy­tał o wro­gów - ich i Pauli. Kto mógł tak nie­na­wi­dzić?

- Paulę wszy­scy lubili - odparła Eli­sa­beth Ney.

Wygło­siła jeden z naj­więk­szych bana­łów. Ale dla niej to nie był banał. Wyglą­dała tak, jakby mówiła prawdę. Hal­ders był prze­ci­wień­stwem Pauli. Nie wszy­scy go lubili. Ostat­nio się popra­wiło i w zasa­dzie mógł poli­czyć przy­ja­ciół na pal­cach jed­nej ręki, ale wcze­śniej, przez wiele lat, miał tylko jed­nego przy­ja­ciela. Sie­bie.

- A w pracy?

- Co pan ma na myśli, panie komi­sa­rzu? - powie­działa na jed­nym tonie. Jej mąż, Mario, w ogóle się nie odzy­wał.

- Inspek­to­rze. Ale możemy przejść na ty. - Hal­ders przez kilka lat miał się za komi­sa­rza, ale to już minęło. Nie miał zadat­ków na szefa. Nawet ze sobą nie mógł pójść na kom­pro­mis. - Jej współ­pra­cow­ni­ków.

- Ni­gdy nie sły­sza­łam.

- A co mogłaby pani sły­szeć?

- Że miała jakichś wro­gów w pracy.

- Podo­bało jej się tam?

- Ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby było ina­czej - powie­działa.

- A samą pracę lubiła?

- Ni­gdy nie mówiła, że nie.

Żad­nych nie­przy­ja­ciół, żad­nych kon­flik­tów, żad­nych nie­po­ko­jów zwią­za­nych z pracą. Uni­kat, pomy­ślał. Albo po pro­stu było tak, że ni­gdy o niczym nie mówiła.

Spoj­rzał na jej zdję­cie. Stało na środku kuchen­nego stołu. Posta­wiła je tam jej matka, kiedy usie­dli. Paula miała uczest­ni­czyć w spo­tka­niu. Była tema­tem roz­mowy.

Foto­graf unie­śmier­tel­nił jej czarno-białe obli­cze w chwili, gdy zaczy­nała się uśmie­chać. Albo gdy koń­czyła. Hal­ders ni­gdy nie rozu­miał obse­sji foto­gra­fów na punk­cie uśmie­chu. Dzieci roz­ba­wiano zabaw­kami. Doro­śli mieli myśleć o czymś przy­jem­nym. I mówić ser. Dla niego rów­nie dobrze mogliby mówić gówno. Uśmiech. Czy ludzie stają się pięk­niejsi dzięki uśmie­chowi na zamó­wie­nie? Czy przy­szłość staje się pięk­niej­sza?

Paula Ney była piękna. W kla­sycz­nym rozu­mie­niu tego słowa. Nie eks­pe­ry­men­to­wała z fry­zurą. Jej spoj­rze­nie było gdzie indziej. Może wbiła wzrok w ścianę tuż nad głową foto­grafa, a może patrzyła znacz­nie dalej. Na tym zdję­ciu miała piękne, regu­larne rysy. To była twarz, która się nie zmie­niała pod wpły­wem lek­kiego uśmie­chu. Sie­dząc na twar­dym kuchen­nym krze­śle, Hal­ders pomy­ślał, że może Paula Ney nie była wcale taka szczę­śliwa.

- Ile lat pra­co­wała w Telii?

Hal­ders zwró­cił się do jej ojca, ale odpo­wie­działa matka:

- Dzie­więć. Ale wtedy firma nie nazy­wała się Telia.

- Rok po liceum... - powie­dział Hal­ders. - Co robiła w ciągu tego roku?

- Nic... spe­cjal­nego - odparła Eli­sa­beth.

- Szkoła? Praca?

- Podró­żo­wała.

- Podró­żo­wała? Dokąd?

- Nie były to jakieś... szcze­gólne miej­sca.

Wszyst­kie są raczej szcze­gólne, pomy­ślał Hal­ders. Zwłasz­cza jeśli się je wybiera na cel swo­jej podróży.

- W Szwe­cji? Za gra­nicą? - Pochy­lił się nad sto­łem. Cerata była żółto-nie­bie­ska. - To ważne, żeby pań­stwo sobie przy­po­mnieli. Wszystko może być istotne dla śledz­twa. Podróż może być...

- Nie wiemy dokład­nie - prze­rwał mu Mario Ney. Ode­zwał się pierw­szy raz. Od chwili kiedy się przy­wi­tali w kory­ta­rzu, nie powie­dział ani jed­nego słowa. Mówiąc, nie patrzył wprost na Hal­dersa. Patrzył gdzieś w górę, na ścianę, może nawet dalej. - Nie opo­wia­dała nam zbyt wiele.

- Miała dzie­więt­na­ście lat. Wyje­chała na rok i nie powie­działa, gdzie jest? - spy­tał Hal­ders. - Nie nie­po­ko­ili­ście się?

Gdyby cho­dziło o Magdę, zadzwo­niłby na poli­cję. Na jakąś inną poli­cję.

- To... nie był cały rok - odparła Eli­sa­beth, powoli jak zawsze. - Przy­słała kilka pocz­tó­wek. Wie­dzie­li­śmy prze­cież, że wyje­chała i podró­żuje. - Spoj­rzała na męża. - Poma­cha­li­śmy jej na sta­cji.

- Dokąd w takim razie poje­chała?

- Miała bilet do Kopen­hagi.

- Doje­chała tam?

Mario lekko wzru­szył ramio­nami.

- Skąd wysłała pierw­szą pocz­tówkę?

- Z Medio­lanu.

Hal­ders pró­bo­wał spoj­rzeć Mariowi w oczy, ale jego spoj­rze­nie znów powę­dro­wało do góry. Uro­dził się we Wło­szech. Wyglą­dał, jakby pocho­dził z innej czę­ści Europy. Albo świata. Ciem­niej­sza kar­na­cja, te oczy, ta broda. Wło­sów na gło­wie pra­wie nie miał, wokół uszu został szaro-czarny wia­nek. Hal­ders był zupeł­nie łysy. To, co nie wypa­dło samo z sie­bie, zostało wygo­lone.

- Chciała szu­kać korzeni?

- Jej korze­nie są tutaj - odparł Mario. Jego głos nagle stał się ostry.

Bella Ita­lia to nie jego bajka, pomy­ślał Hal­ders.

- Ale poje­chała do Włoch.

- Odwie­dziła też inne kraje - zauwa­żyła Eli­sa­beth.

- Macie jesz­cze te pocz­tówki?

- Czy to naprawdę ma jakieś zna­cze­nie?

- Jak już powie­dzia­łem, wszystko ma zna­cze­nie - odparł Hal­ders.

Mario wstał.

- Spró­buję je zna­leźć.

Chciał wyjść. Hal­ders zauwa­żył, że trzęsą mu się ręce. Może reszta ciała rów­nież. Twarz odwró­cił w drugą stronę.

- Pani mąż chyba nie tęskni za ojczy­zną - powie­dział Hal­ders, kiedy Mario wyszedł.

- Może nie bez powodu ją opu­ścił - odparła Eli­sa­beth.

- Co się stało?

Wzru­szyła ramio­nami, dokład­nie tak jak jej mąż. Nauczyła się tego od niego. Albo on od niej. Ale ten gest zda­wał się pocho­dzić z połu­dnia.

- Zmu­szono go do wyjazdu? - spy­tał Hal­ders.

- Nic o tym nie mówił.

Chry­ste. Czy w tej rodzi­nie nikt nikomu o niczym nie mówi?

- Przy­je­chał do Szwe­cji sam?

Ski­nęła głową.

- Skąd?

- Z Sycy­lii.

- Z Sycy­lii? To duża wyspa. Z jakiej miej­sco­wo­ści?

- Nie wiem. - Spoj­rzała mu pro­sto w oczy. - Wiem, że to brzmi dziw­nie, ale to prawda. Ni­gdy mi nie powie­dział. - Odwró­ciła wzrok. - I... nie rozu­miem, co to ma... wspól­nego z tą sprawą.

- Spo­ty­kał się z rodziną? Po tym, jak wyje­chał? - cią­gnął Hal­ders. - Z rodziną z Sycy­lii?

- Nie.

- Ni­gdy tam nie wró­cił?

- Nie.

- Żadne z was?

- Nie rozu­miem.

- Czy nie tam poje­chała Paula?

- Powie­dzia­łaby, gdyby tak było - odparła Eli­sa­beth.

Nie jestem tego taki pewien, pomy­ślał Hal­ders. Ale co ona wie­działa o Sycy­lii? Nosiła tylko nazwi­sko ojca, który stam­tąd pocho­dził. Może jest tam dość popu­larne.

- Znała wło­ski?

- Nie wtedy - odpo­wie­działa Eli­sa­beth.

- Teraz ja cze­goś tu nie rozu­miem - powie­dział Hal­ders.

- Nauczyła się tro­chę... póź­niej. I tylko tro­chę.

- Po tam­tej podróży?

Eli­sa­beth ski­nęła głową.

- Po Medio­la­nie?

Kolejne ski­nie­nie.

- Wró­ciła tam?

- Nie mam poję­cia - odparła Eli­sa­beth i znów spoj­rzała na Hal­dersa.

Uwie­rzył jej. Albo mu się wyda­wało, że uwie­rzył.

- Nikt jej nie towa­rzy­szył?

- Nie.

- Nikt jej ani razu nie towa­rzy­szył?

- Nic o tym nie wspo­mi­nała.

- Jaka była po powro­cie? Zmie­niła się?

Eli­sa­beth nie odpo­wie­działa. Idąc do nich, Hal­ders nie myślał o podró­żach. Teraz jego pyta­nia krą­żyły wokół Morza Śród­ziem­nego. Może to był zły trop. Może wybrał się w bez­sen­sowną podróż.

- Była rado­sna, smutna, pod­eks­cy­to­wana?

- Była taka jak zawsze - odparła Eli­sa­beth.

Nagle odwró­ciła głowę, jakby usły­szała jakieś odgłosy z ogrodu. Wtedy Hal­ders dostrzegł podo­bień­stwo. Wcze­śniej go nie zauwa­żył. Może świa­tło padało nie tak jak trzeba. W każ­dym razie cho­dziło o pro­fil. Patrzył to na kobietę ze zdję­cia, to na kobietę sie­dzącą przed nim. Podo­bień­stwo, któ­rego wcze­śniej nie zauwa­żył. Podo­bień­stwo. Co za cho­lerne słowo.

- Co to zna­czy? - spy­tał. - Że była taka jak zawsze?

Może Eli­sa­beth miała wła­śnie odpo­wie­dzieć, bo znów spoj­rzała na niego. Ale do kuchni szyb­kim kro­kiem wszedł Mario. Poło­żył na stole kilka pocz­tó­wek.

- To wszystko, co zna­la­złem. Część chyba zabrała do sie­bie.

Do sie­bie. Hal­ders był w miesz­ka­niu Pauli. Pra­wie skoń­czono remont. Wyta­pe­to­wano i poma­lo­wano cały pokój i połowę dru­giego. To było dziwne doświad­cze­nie. Prze­cha­dzał się po miesz­ka­niu, które otrzy­my­wało nową twarz i nowy zapach, kiedy loka­tor już nie żył. Nie pamię­tał, żeby wcze­śniej doświad­czył cze­goś podob­nego. Poczuł wstręt. To była pro­fa­na­cja życia.

Widział szafki, półki i biurko, wszystko pokryte pół­prze­zro­czy­stą foliową płachtą. Wyglą­dała jak zapa­ro­wana. Wyda­wało się, że ktoś pod nią oddy­cha. Widział, jak tech­nicy Öberga pod­no­szą ją w rogu pokoju i zaczy­nają grze­bać w rze­czach Pauli. To też była pro­fa­na­cja życia.

Może mieli zna­leźć pocz­tówkę sprzed dzie­się­ciu lat? Pomo­głaby im? Tak. Nie. Nie.

Rozdział 3

3

ZESPÓŁ ZEBRAŁ SIĘ W SALI KON­FE­REN­CYJ­NEJ. Od kiedy Win­ter pra­co­wał w wydziale, odno­wiono ją dwa razy. I na tym koniec. Ceglane kory­ta­rze, które wyglą­dały jak z innej epoki, nie miały się już docze­kać remontu. W ogóle nie pla­no­wano reno­wa­cji. Nie było na to pie­nię­dzy. Mógł tylko cze­kać, aż ściana kory­ta­rza przy jego pokoju sama się zawali.

Zoba­czył ostat­nią chwilę wschodu słońca nad Ullevi. W tej czę­ści świata wsta­wało nie­chęt­nie. Bez­sen­sowna robota. W końcu i tak miała nadejść zima. Słońce było teraz w dro­dze do rów­nika, tam, gdzie jego miej­sce. Tutaj cały rok chy­lił się ku zacho­dowi. Potem zapad­nie ciem­ność. Do nocy polar­nej pozo­stało tylko kilka mie­sięcy. Na początku kale­sony znów będą gry­zły, ale z cza­sem, jak zawsze, czło­wiek się przy­zwy­czai.

- Cho­lera, jak gorąco - powie­dział Ring­mar, jak tylko wszedł. Usiadł i otarł pot z czoła.

- Odpuść sobie - powie­dział Hal­ders.

- Słu­cham? - spy­tał Ring­mar, wciąż z ręką na czole.

- Naj­gor­sza rzecz, jaką znam, to miesz­ka­niec pół­nocy, który narzeka na słońce, jak tylko się pojawi.

- Powie­dzia­łem tylko, że jest gorąco - odparł Ring­mar.

- Powie­dzia­łeś: cho­lera, jak gorąco. - Hal­ders wska­zał na sło­neczną mgłę. - Czy to nie jest narze­ka­nie?

- Powie­dział to naj­więk­szy opty­mi­sta w poli­cji - odparł Ring­mar i znów wytarł czoło.

- Carpe diem - zaśmiał się Hal­ders.

- Mea culpa - odpo­wie­dział Ring­mar. - Mea maxima culpa.

- Może ktoś to prze­tłu­ma­czyć? - wtrą­cił Lars Ber­gen­hem, wciąż naj­młod­szy inspek­tor w gru­pie.

- Nie sze­dłeś kla­syczną ścieżką? - spy­tał Ring­mar.

- Kla­sycz­nym czym?

- Kla­sycz­nym pro­gra­mem. W szkole poli­cyj­nej - wtrą­cił Hal­ders. - Naj­pierw pomyśl, potem zrób. Już tego nie uczą. Porzu­cili stare metody.

- Carpe diem ogar­niam - powie­dział Ber­gen­hem. - Ale te inne zwroty?

- Moja wina, moja bar­dzo wielka wina - wyja­śnił Ring­mar.

Win­ter pocią­gnął ostatni łyk kawy. Przy­naj­mniej kawa była chłodna w tym dusz­nym pokoju. Potem chrząk­nął i poranna roz­grzewka mię­dzy Hal­der­sem, Ring­ma­rem i Ber­gen­he­mem uci­chła.

- Słowo nic nie kosz­tuje - powie­dział. - Ale sze­fo­stwa poli­cji już nie stać na tłu­ma­czy.

Aneta Dja­nali wybuch­nęła gło­śnym śmie­chem. To był pierw­szy odgłos, jaki wydała tego ranka. Wcze­śniej roz­ma­wiała z Hal­der­sem i z jego dziećmi, Han­ne­sem i Magdą, ale w roz­grzewce w sali kon­fe­ren­cyj­nej nie uczest­ni­czyła. Było jej wystar­cza­jąco cie­pło. Wie­czo­rem mieli się wybrać do Sal­thol­men, na skałki, i zażyć ostat­niej tego lata kąpieli. Mówili o tym już od tygo­dnia. Ale słońce zacho­dzące za Asperö co wie­czór było jak krwi­sta poma­rań­cza. A to ozna­czało, że następ­nego dnia wróci.

- Mię­dzy Paulą a jej rodzi­cami jest ogromna prze­paść - zaczął Hal­ders. - Była. - Win­ter ski­nął głową. - Nikt nic nie mówi, a raczej nie mówił. Dla mnie to podej­rzane - cią­gnął Hal­ders. Win­ter znów kiw­nął głową. - Wydaje mi się, że tam­tego wie­czoru wyszła z domu, żeby już nie wró­cić.

- Bez walizki? - Ring­mar pochy­lił się nad sto­łem. - Jej torebka była z gatunku tych mini­ma­li­stycz­nych dodat­ków.

- Prze­cież miała miesz­ka­nie, nie? - powie­dział Hal­ders, roz­glą­da­jąc się po pokoju. Ber­gen­hem zachę­ca­jąco kiw­nął głową. - Miała od niego klucz, prawda? Był wie­czór, mala­rze poszli już do domu. Mogła poje­chać do sie­bie, spa­ko­wać walizkę i wyjść. Potem spo­tkała tę przy­ja­ciółkę jak-ona-się-tam-nazywa i ruszyła dalej.

- Do hotelu Revy? - wtrą­cił Ring­mar.

- Nie wiem, czy aku­rat tam zamie­rzała poje­chać.

- Przy­ja­ciółka nazywa się Nina Lor­rin­der - powie­dział Win­ter. - Nie wspo­mi­nała nic o walizce.

- A pyta­li­śmy o nią? - zauwa­żył Hal­ders.

- Nie - odparł Ber­gen­hem. - Nie pyta­łem o walizkę.

- Tak to jest, jak się nie szło kla­syczną ścieżką - powie­dział Hal­ders.

- O to byś ją naj­pierw spy­tał? - odparł Ber­gen­hem. Wyglą­dał na wście­kłego. Hal­ders tylko cze­kał na taki wyraz twa­rzy.

- Daj­cie spo­kój - wtrą­cił Win­ter. - Prze­cież ona żyje. Możemy ją spy­tać teraz.

- Zadzwo­nię od razu - powie­dział Ber­gen­hem i wstał.

- Świetny pomysł! - odparł Hal­ders.

- Prze­stań, Fre­drik - powie­działa Aneta Dja­nali.

- Z jej rodzi­cami coś jest nie tak - cią­gnął Hal­ders nie­wzru­szony. Nawet nie odwró­cił głowy w stronę Anety.

- Wła­śnie stra­cili jedyne dziecko - powie­dział Ring­mar.

- Było cicho - mówił dalej Hal­ders, jakby go nie usły­szał. - W dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć po tak cho­ler­nej trau­mie wszy­scy chcą roz­ma­wiać. Ludzie nie mogą się naga­dać. Napła­kać. A u Neyów nie było żad­nych łez.

- Nie otrzą­snęli się jesz­cze z szoku - wtrą­cił Ring­mar.

- Nie - odparł Hal­ders, a wyraz jego twa­rzy się zmie­nił. - Wierz mi, Ber­til, wiem... coś o tym. W pierw­szych dniach nie ma żad­nego szoku. Jest tylko nie­na­wiść.

Zapa­dła cisza. Wszy­scy sły­szeli tylko jedno z ostat­nich wes­tchnień eks­presu do kawy. Ring­mar otarł ręką czoło. Win­ter usły­szał odgłosy ulicy zza okna, do Anety Dja­nali dotarł szum kli­ma­ty­za­tora: posępne szepty roz­cho­dzące się tuż pod sufi­tem.

Wró­cił Ber­gen­hem.

- Nie miała walizki.

- Mogła ją zosta­wić w szatni. W nie­któ­rych kinach są szat­nie - powie­dział Hal­ders.

- Spo­tkały się na zewnątrz. Miała przy sobie tylko torebkę.

- Mogła tam być wcze­śniej.

- Szły stam­tąd razem. Do pubu, zna­czy do baru. Nie było żad­nej walizki.

- I wypy­ta­łeś o to wszystko?

Ber­gen­hem ski­nął głową.

- Mogła pójść wcze­śniej do pubu i tam zosta­wić walizkę - cią­gnął dalej Hal­ders.

- Nie.

- O to też pyta­łeś?

- Powie­działa, że to ona zapro­po­no­wała ten pub. Paula chciała iść gdzie indziej - wyja­śnił Ber­gen­hem.

- W takim razie musimy go spraw­dzić - powie­dział Hal­ders.

- Otwie­rają o czwar­tej.

- Już się dowie­dzia­łeś?

Ber­gen­hem ski­nął głową.

- Dobrze pomy­ślane, chłop­cze! Wyobraź­nia działa.

- Ale wszystko, co mamy, to hipo­te­tyczna walizka - powie­dział Win­ter.

- Czy ktoś może to prze­tłu­ma­czyć? - Hal­ders rozej­rzał się po pokoju.

- Mogła też pójść na Cen­tralny - zauwa­żyła Aneta Dja­nali. - Jeśli zamie­rzała wyje­chać na dobre i miała przy sobie walizkę, a nie chciała jej za sobą cią­gnąć po mie­ście.

- W torebce nie było klu­czyka od szafki - powie­dział Ber­gen­hem. - To zna­czy takiego z prze­cho­walni bagażu. Do takiej szafki.

- Mor­derca mógł ulec poku­sie i go zabrać - powie­dział Ring­mar.

- A może klu­czyk jest gdzie indziej? - wtrą­ciła Aneta.

- Może szafka wciąż jest zamknięta? - dodał Ber­gen­hem. - A w środku jest walizka?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki