Pokój bez widoku - Grzegorz Gortat

Reflow text when sidebars are open.
JEDEN
Równo o dziesiątej rano moja amerykańska komórka odegrała sześć pierwszych taktów z II Symfonii Brahmsa. Brahmsa nie znoszę, ale w roli zwiastuna dobrych i złych wiadomości sprawdza się znakomicie.
Dzwonił Szloser z "Warsaw Properties Derkowski & Tomanek". Po krótkiej wymianie uprzejmości przystąpił do rzeczy:
- Wyjątkowa okazja. Dobry punkt, aranżacja wedle życzeń klienta, doskonały widok. Duży metraż!
- Ile?
- Dwieście metrów, może nawet więcej.
- Panie Szloser - warknąłem do słuchawki - przecież dobrze pan wie, że na tyle mnie nie stać!
- A nie powiedziałem, że to okazja? Inaczej bym nie dzwonił. Muszę kończyć. Odezwę się później.
Rozłączył się.
Wypiłem porannego drinka, zjadłem śniadanie i przez okno na wysokości piętnastego piętra patrzyłem na ten fragment parku Saskiego, którego nie przesłaniały stojące niemal na wyciągnięcie ręki biurowce. Wspominałem dwupoziomowy apartament z widokiem na Central Park. Wspominałem sypialnię Debbie i mój gabinet do pracy sąsiadujący z biblioteką, gdzie w pewien sierpniowy wieczór 2001 roku zaszczycił mnie wizytą sam Saul Bellow.
Szloser zadzwonił ponownie, zanim zdążyłem przyrządzić drugiego drinka. Było parę minut po jedenastej.
- Tak? - Stojąc plecami do okna i sącząc Johnniego Walkera bez lodu, kontemplowałem niechlujnie odmalowane ściany dwupokojowego szajsu z epoki gomułkowskiej, który od trzech tygodni wynajmowałem.
- Proszę zarezerwować sobie dzisiaj czas, profesorze.
- O której?
- Jeszcze dokładnie nie wiem. Po południu, może dopiero wieczorem. Chcę mieć pewność, że w razie czego złapię pana pod telefonem.
- Gdzie to jest?
Zawahał się.
- Proszę o cierpliwość. Najpierw chcę sam pojechać i obejrzeć.
Tajemniczość Szlosera zaczynała działać mi na nerwy.
- Panie Szloser - sarknąłem - szukam mieszkania, nie interesuje mnie randka w ciemno.
Przełknął to gładko. Dobrze ich szkolą.
- Profesorze - ściszył głos - dostałem poufną handlową informację. Rozumie pan? Przez telefon nie będę mówić o szczegółach. Super, super okazja. - Odczekał chwilę. - Ale najpierw muszę to i owo sprawdzić.
Burknąłem coś w odpowiedzi.
- Zadzwonię - obiecał.
Połknąłem jedną z gładkich czerwonych tabletek, które zapisał mi doktor Martz, podłączyłem telefon do ładowarki, odczekałem pół godziny i wyszedłem, zostawiając za zamkniętymi drzwiami trzydzieści dziewięć metrów kwadratowych z ciemną kuchnią i plamami na ścianach po środkach owadobójczych. Zjechałem windą na parter, przeciąłem hol wypełniony zapachami wietnamskiej kuchni. Zanim ruszyłem dalej, stałem chwilę na chodniku w cieniu piętnastopiętrowego mrówkowca, jakbym oczekiwał, że coś za chwilę się wydarzy.
Wrześniowe słońce świeciło bez przekonania. Zapuściłem się w głąb parku, spacerowym krokiem minąłem Grób Nieznanego Żołnierza, doszedłem do Krakowskiego Przedmieścia i teraz już prosto jak po sznurku dotarłem na Starówkę. Przez plac Zamkowy przetoczył się tłum skośnookich turystów, zaraz potem przemaszerowali dziarskim krokiem ogoleni na łyso młodzieńcy w pseudowojskowych uniformach. Gapiłem się z otwartymi ustami. Wiecie, jak to jest, kiedy człowiek wraca po trzydziestu kilku latach. Świat nie stoi w miejscu.
Zjadłem pizzę, obejrzałem monotonnie kolorowe wystawy księgarń i tą samą drogą wróciłem do mrówkowca przy Marszałkowskiej. Z ulgą opróżniłem pęcherz. Włączyłem laptop i zacząłem od przejrzenia poczty. Śmieci i reklamy. Do czytania i pisania nie potrzebuję okularów, dobry wzrok odziedziczyłem po ojcu; mam nadzieję, że to jedyne, co po nim przejąłem. Uporawszy się z czyszczeniem skrzynki e-mailowej, zająłem się cotygodniowym artykułem dla literackiego dodatku "New York Timesa": "Coetzee w Auschwitz. Gdyby Kafka doczekał Holokaustu". Pseudoliterackie wypociny, tyle że sygnowane nazwiskiem gościa, który osobiście znał Bellowa, Rotha, Vonneguta i Sontag. To o mnie. O czwartej zrobiłem przerwę, żeby się wysikać, łyknąłem czerwoną tabletkę, przygotowałem sobie drinka i pisałem dalej. Skończyłem kwadrans po szóstej. Przeczytałem tekst, skróciłem akapit poświęcony Kerteszowi i jednym kliknięciem wysłałem artykuł za ocean.
Zdążyło się ściemnić. Wszedłem do łazienki i dopiero stojąc w drzwiach, pstryknąłem przełącznik. Po jasnokremowej posadzce śmignęły brązowe kształty. Pochowały się w szparach podłogi. Jeden pozostał. Okaz wielkością niemal dorównywał nowojorskim krewniakom. Mr Majesty. Karaluch stał pośrodku łazienki i byłbym gotów przysiąc, że się na mnie gapił. Wiecie, o co chodzi. Starzeją się i wraz z wiekiem tracą instynkt. Nadmierna pewność siebie, oto co je na starość gubi.
Zgniotłem go butem, wziąłem przez papier toaletowy i wrzuciłem do muszli. Spłukałem. Akurat wracałem do pokoju, kiedy zadzwoniła komórka. Spojrzałem na wyświetlacz: Szloser. Usiadłem ciężko na fotel i wybrałem przycisk.
- Profesor John Godart?
Obcy głos. Odczekałem chwilę i zapytałem:
- Kto mówi?
- Tomanek, "Warsaw Properties". Byliśmy umówieni.
- A Szloser?
Współwłaściciel firmy "Warsaw Properties" miał tubalny głos i lekko seplenił. Dopasowałem głos do sylwetki i wyszedł mi Hulk Hogan za najlepszych lat na zapaśniczym ringu.
- Dzwonię z jego służbowej komórki. Znam sprawę od Szlosera. Musiał pilnie wyjechać za granicę i prosił, żeby go zastąpić. Przyjadę po pana około dwudziestej. Może być?
Seplenił albo żuł gumę. A może po prostu lekko kaleczył niektóre dźwięki jak ktoś, kto zbyt długo przebywał za granicą?
- Wolałbym odłożyć to do rana.
- Jutro będzie za późno. Muszę znać pana decyzję jeszcze dzisiaj.
Zaczęło siąpić. Ból w prawym kolanie nie zwiastował szybkiej poprawy pogody. Myślałem, jak się wykręcić.
- Profesorze Godart? Jeżeli nie jest pan zainteresowany, nie nalegam. Gdyby nie to, że według Szlosera poluje pan na duży metraż za rozsądne pieniądze...
- Dowiem się czegoś więcej?
- Dobrze. - Westchnął. - Lofty w dawnej fabryce. Władze dzielnicy jutro podpisują decyzję o sprzedaży, pierwsi lokatorzy wprowadzą się za pół roku.
Pomyślałem o kontenerze z książkami, które najdalej za dwa tygodnie wypłyną z Nowego Jorku w dziewiczy rejs do gdyńskiego portu.
- Dobrze - powiedziałem. - Marszałkowska...
- ...sto jedenaście a - dokończył za mnie. - Szloser podał mi adres. Czekam o dwudziestej pod domem. Przyjadę firmowym wozem.
Zjadłem dwie grzanki z dżemem, usiadłem w fotelu i ponownie sprawdziłem pocztę elektroniczną. Adwokat Debbie kolejny raz przypominał, że na mocy umowy rozwodowej połowa honorariów autorskich profesora Godarta należy się jego byłej małżonce. Wykasowałem emaila, w duchu życząc Debbie rychłej starości.
Zwykłe chciejstwo w przypadku gościa, który w drodze do mety wyprzedza byłą lubą o dobre trzydzieści lat.
Zapaliłem światło w łazience, odczekałem, otworzyłem drzwi i stanąłem na pustej jasnokremowej posadzce. Wziąłem prysznic i po półgodzinie byłem gotowy do wyjścia. Z lustra w przedpokoju patrzyła na mnie facjata, jakiej się dorobiłem przez sześćdziesiąt kilka lat, i metr osiemdziesiąt siedem zwieńczone rzadkim kucykiem.
- Profesorze Godart. - Podniosłem szklaneczkę z Johnniem Walkerem. - Życzę udanych łowów.
- Profesorze Godart - odpowiedziało mi odbicie w lustrze - ma pan problem alkoholowy.
- Pudło, profesorku! - Bez pośpiechu dopiłem whisky. - Mam cholerny problem z prostatą.