ROZDZIAŁ DRUGI
Pokój 2.040
Gdy wyjeżdżam na urlop (a wziąłem bezpłatny, bo tylko taki mi został) do półtorarocznego, niepełnosprawnego i chorego na białaczkę dziecka, mojego kochanego synka Maksia, przez cały czas myślę: "Czy wykrzeszę z siebie tyle cierpliwości? Czy będę w stanie to ogarnąć?".
"Przecież to bezwarunkowa miłość. Żaden nadludzki czyn, po prostu moja powinność i obowiązek" - pomyślałem.
BTW (bajdełej) - co w ogóle znaczy dziś cierpliwość?
To było tylko kilka dni, w sumie pięć, tylko ja kontra on. Tylko (lub aż) czterdziestojednoletni facet i tylko prawie półtoraroczny brzdąc, który potrzebuje ogromu miłości, opieki i specjalnej uwagi. Biorąc pod uwagę to, co dziś się dzieje na świecie (chodzi mi tu przede wszystkim o tempo, w jakim żyjemy), i to, jaki jestem - a każdy, kto mnie dobrze zna, wie, jaki bywam impulsywny - byłem przekonany, że wyjdę stamtąd równie szybko, jak wszedłem. Poddam się i wywieszę białą flagę w oknie. Albo jeszcze lepiej: że przez to okno wyskoczę.
Zresztą co tu dużo mówić - wszyscy z kręgu moich bliskich byli wręcz zdziwieni, że jadę na urlop do kliniki Maksia.
- Jak?! Maniek! Na urlop do szpitala?!
- Na ile?!
- Ni chuja, nie da rady... - odpowiadali chórem.
Plan był taki, by zamienić się miejscami z Beatką. Przecież musi kobieta w końcu odpocząć od tej (dosłownie) chorej sytuacji, trzeba pozwolić jej złapać oddech. Musimy wszyscy podładować bateryjki.
W domu w Lubinie też już było momentami za ciasno, za duszno i sierpniowe upały nie miały z tym nic wspólnego.
Wakacje minęły, powiedzmy, jeszcze na jako takim luziku, bo były wyjazdy nad morze z córkami - moimi księżniczkami, które kocham najmocniej. Graliśmy razem na ulicach Trójmiasta (korzystając z okazji, bo kochamy Gdynię i skwer Kościuszki) z Tryni Family Band i jakoś ten dziwny czas mijał. Sercem i myślami (a oprócz tego na WhatsAppie) wciąż byliśmy tam, w Przylądku Nadziei we Wrocławiu, razem z nimi...
I nagle niespodziewanie przyszedł wrzesień, a wraz z nim szkoła, obowiązki i jeszcze więcej stresowych sytuacji, choć ostatnio przecież mieliśmy ich dostatek.
Już miałem tego wszystkiego dość - tego, że byłem jakby mamą i tatą w jednym, szoferem, gosposią, sprzątaczką, górnikiem czterozmianowym, "muzykiem", showmanem i menadżerem. A z drugiej strony ona, Beti, która też chciałaby być tu, na miejscu, w "słonecznym Libanie", by móc zająć się domem i dziećmi tak "po kobiecemu". Tak przy okazji, jak ona to wszystko robi? Skąd ma tyle sił? Tak się da? Jak to osiągnąć? Tu trzeba cudu, a jej to tak lekko wychodzi. Jakaś magia!
Jak moja żona to ogarnia, że dom jest lśniąco czysty, obiad zrobiony, wszystko wyprane, a ona piękna i zawsze uśmiechnięta? Jak?!
Weź to, człowieku, teraz wszystko zrób sam... Życie - nie rolki na Fejsbuku, nie selfie na Instagramie, nie kontent na Jutubie...
No i stało się. W niedzielę, zaraz po nocnym weselnym szaleństwie z Party Warriors Show ("a teraz idziemy na jednego..."), wsiadłem w "cytrynę" (francuski wynalazek motoryzacyjny), bo nie do końca byłem pewien, czy Dzik (czytaj: Mańkobus) znowu nie "zesra się w lesie" (czytaj: popsuje), i pognałem co sił przy wsparciu Google Maps, obierając kierunek: Wrocław, ulica Spiska 52 - Przylądek Nadziei. Palę furę i jadę.
Edit: Wczoraj przyszedł mandat za tę trasę, gdzie przyklepałem dwa punkty karne i wesołą stówkę ku chwale rozwoju polskich dróg za przekroczenie prędkości. Szalona ta "cytryna", kto by przypuszczał, że aż tak będzie zwijać asfalt.
Dojeżdżam na miejsce. Jest niedzielne popołudnie, piękna pogoda, słoneczko się do mnie uśmiecha. Pasito a pasito..., jak to śpiewał Luis Fonsi.
Let's go!
Już na samym wejściu widzę smutne twarze pozbawionych nadziei rodziców, smutne twarze bezwłosych dzieci, którym choroba zabrała marzenia. Na wejściu kończy się rumakowanie, zero taryfy ulgowej, oddział wzmożonej opieki na drugim piętrze... Nie ma słów, by to opisać.
I tam, w pokoju 2.040 jest mój syn, mój Maksio. Zupełnie nieświadomy powagi sytuacji i jej ciężaru, od razu uśmiechnięty na mój widok. Zuch.
Beti opuszcza statek (Przylądek) jak kapitan w Titanicu, czyli dopiero, kiedy już jest na milion procent pewna, że wszystko wiem: co i jak, i z czym, i o której, i gdzie.
Supermenka.
Teraz już zostaliśmy sami... tylko ja i on.
Pokoik z toaletą i pięknym widokiem na Wrocław, na przepiękny park, który okala klinikę. Jak mam to zrobić? Co zrobić?
On patrzy na mnie z poziomu swojego łóżka, ja zerkam na niego... Konsternacja.
Zaczynamy tę nierówną walkę.
Dni w klinice mają to do siebie, że są takie same, czyli mijają według pewnego schematu. Rano, w ciągu dnia i w nocy przychodzą do nas panie pielęgniarki (fantastyczny personel OWN-u: Oddziału Wzmożonego Nadzoru), by podać leki, skontrolować parametry: zmierzyć ciśnienie, sprawdzić puls i tak dalej.
Po śniadaniu obchód lekarski - i tu na chwilę muszę się zatrzymać, bo dwoje lekarzy, którzy opiekują się tym oddziałem, to superduet niczym Mulder i Scully z Archiwum X. Bardzo mili ludzie, rzetelni i profesjonalni w swoim fachu. Dużo w nich empatii, takiej zwykłej, ludzkiej miłości i zrozumienia. Pan doktor to w ogóle fajny gość. Zobaczył, że czytam książkę Jan Borysewicz. Mniej obcy, i od razu złapaliśmy flow. Pogadaliśmy o muzyce, o Lady Pank, o latach 80. w polskiej muzyce rockowej, o Ciechowskim, Knopflerze. Ogólnie bardzo spoko lekarz i spoko człowiek. Cały personel OWN-u powinien dostać Oscara za swoje role i takie podejście do pracy. Brawo Wy.
Okej, a teraz do meritum.
Pierwsza noc i poranek mijają bez większych zakłóceń, każdy z nas przetrwał ten czas po swojemu. Po pierwszym wspólnym śniadaniu (ja dwie kromki chleba, masło w kostce, serek topiony i zupa mleczna; Maksio butla z mlekiem: sześć łyżek na sześć kresek wody) zauważam, że u niego wszystko okej, a u mnie nie do końca... Mnie to ewidentnie śmierdzi malizną, ale jest wybawienie. Przez megafon na cały oddział idzie info z wozu transmisyjnego, że oto właśnie pod klinikę podjechał Ślimak Catering. Ustawiam Maksiowi na telefonie jego ulubioną bajkę - Pan Muzyczka (zapraszam na jutuby) i lecę na dół, żeby gość nie zdążył odjechać albo, co gorsza, żeby inni nie wykupili wszystkiego, bo w takim wypadku będę chodził cały dzień głodny (czytaj: wkurwiony).
Jest! Udało się! Rzutem na taśmę wyrywam jakiejś kobiecie dosłownie sprzed nosa sałatkę Cezar. Mam i ja! Kto pierwszy, ten lepszy. Szybcikiem do windy i do pokoju 2.040. Uff. Maksio cały i "zdrowy" siedzi i ogląda bajkę, butlę już dawno wydoił, zaraz będzie marudził, że mu mało. Mało to miałem ja, jak zobaczyłem swój talerz ze śniadaniem...
Po przepysznym śniadanku przechodzimy do kolejnych rytuałów dnia z życia kliniki. Zmieniam synkowi pampersa. Przez te kilka dni nauczyłem się tej czynności perfekcyjnie (najważniejsza jest cierpliwość, bo Maksio to wulkan energii, cały czas jest w ruchu, nawet jak leży, to się wierci) i choć mam już dwie nastoletnie córki, którym też czasem zmieniałem pieluchy, kiedy były małe, to u Maksia idzie mi to w trybie ekspresowym. Rutyna.
Potem lekarstwa, które podaję mu doustnie strzykawką. Maksio wierzga w łóżeczku niczym konik polny, ale udaje mi się go ujarzmić i w końcu połyka dawkę, po czym powraca do obserwowania mnie wnikliwie. Punktuje każde moje potknięcie, to stękając, to mrucząc coś w swoim charakterystycznym stylu.
Minęło sporo czasu, ale ja podchodzę do tego na luzie, bo w końcu mam urlop i nic nie muszę. Nie będę się spieszył. Maksio jest teraz w dobrej formie, więc możemy sobie pozwolić na więcej. Spokojnie ubieram brzdąca i idziemy na spacer. Do wózka, poza czymś do przegryzienia i picia, obowiązkowo wkładam nasz magiczny głośniczek, z którym łączę się za pomocą mojego srajfona, i już od samego przekroczenia drzwi pokoiku 2.040 gramy najlepsze hity. Gramy głośno. "No mercy, dla nikogo"! Wszyscy w klinice nas znają i od razu wiedzą, że jedzie duet: junior i senior, Dream Team. Już w windzie, kiedy jesteśmy jeszcze na drugim piętrze, ci z parteru wiedzą, że będziemy nią zjeżdżać na dół. Muzyka "gra", ale poza bramą Przylądka już dosłownie napierdala z wózka i słychać nas nawet w pobliskim parku, który wyrósł na wprost kliniki i otacza ją prawie z każdej strony. To właśnie tam spędzamy każdą wolną chwilę, bo wrzesień w tym roku jest naprawdę piękny i wyjątkowo ciepły. Synoptycy mówili ostatnio w radiu, że to najcieplejszy wrzesień od trzech dekad. Jesteśmy urodzeni pod szczęśliwą gwiazdą normalnie.
Przez te kilka dni pobytu w Przylądku i poza nim, czyli głównie we wspomnianym parku, przesłuchujemy z Maksiem prawie wszystkich tuzów gitary basowej, od Victora Wootena zaczynając i kończąc na chowanym na polskiej ziemi Bartku Króliku (Pan od muzyki). Ponadto na muzycznej "tapecie gwiazd tatusia" nie może zabraknąć moich idoli. Zatem rżniemy ostro: NoMeansNo, najlepsiejszy album Pantery - Vulgar Display of Power, Megadeth - Rust in Peace i masę innych ciekawych zespołów i wykonawców - wiem, że wiecie, co mam na myśli. Maks dostał muzyczny zastrzyk w pigułce, będą z niego ludzie. Reaguje już na swoich faworytów i wiem, czyją muzykę lubi, a czyjej słuchać jednak nie chce... Ma chłopak gust, po tacie.
Po powrocie z parku, dosłownie przed samiusieńkim spaniem, obowiązkowo zaliczamy przynajmniej pół godziny "husiu husiu" na ulubionej huśtawce na placu zabaw przyklejonym do bocznego skrzydła kliniki. Jest cieplutko, więc pogoda sprzyja takim harcom.
Na koniec tego pięknego dnia daję Maksymilianowi butlę: sześć na sześć, według zaleceń Panoramixa (Beti), a w tle puszczam mu nagrane na zającu (taka zabawka, też z wbudowanym, na jego nieszczęście, głośnikiem) śpiewające siostry z Tryni Family: Kaję i Kalinę. Yeah! Jakby jeszcze miał tej muzyki za mało... Maksio po niespełna dwudziestu minutach od przyjęcia białego eliksiru przenosi się do krainy Walta Disneya i zasypia snem spokojnym.
I wtedy mam trochę czasu dla siebie. Z naciskiem na "trochę", bo zaznaczam, że Maks odpływa zazwyczaj około godziny dwudziestej pierwszej lub chwilę po, w zależności od tego, jak długo będzie walczył ze mną i nieubłaganie kończącym się dla niego dniem.
Robię wtedy szybki shower, po czym rozkładam sobie - a właściwie to wyciągam z szafy - swoje łóżko (to chyba japoński wymysł szybkiego i zdrowego stylu życia, takie łóżko rozkładane z szafy) i otwieram sałatkę Cezar.
Tutaj mógłbym rzec: "Ave Cezar...", ale mówię po prostu: "Uff, znowu się udało. Jeden zero dla mnie".
I to taka moja mała wieczorna uczta, każdego dnia na kolację inna sałatka. Luksusowo.
Po pysznej szamie obowiązkowo lektura - wywiad rzeka z Jankiem Borysewiczem, o którym była mowa wcześniej i na który to w normalnym domu nie miałbym zupełnie czasu. Tutaj mam czas na wszystko, fenomenalnie. Czasem nocą w kiblu (tam mam taki swój muzyczny room - takie studio) chwycę za wiosło (moją gitarę basową) w ramach rachunku sumienia, by przegrać kilka pochodów, kilka linii basowych i móc przed snem powiedzieć sobie: "Maniek, mogłeś być jak Dżako (chodzi o legendę gitary basowej Jaco Pastoriusa), ale nie będziesz, bo poszedłeś w rozrywkę".
I lulu. Capstrzyk! Zasypiam nie za późno, bo od rana każdego dnia powtarza się cykl: pobudka około godziny szóstej trzydzieści lub siódmej, później leki, pobranie krwi, pomiary pulsu, ciśnienia, szybka kawa, kiedy Maksio ciśnie kolejną butlę, szybkie śniadanie i tak dalej, i tak dalej.
Da się do tego przyzwyczaić i co najistotniejsze: bardzo, ale to bardzo fajnie mija nam tam razem czas. Widzę to w jego oczach, ten błysk i tę radość. Widzę to, kiedy go karmię i przewijam, kiedy mu gram i spacerujemy sobie po parku, kiedy mówimy do siebie w swoim języku, kiedy rano wstajemy i pierwsze, co widzimy, to nasze uśmiechnięte gęby, kiedy w nocy poprawiam mu koc, żeby nie zmarzł, kiedy wciskam mu strzykawką do ust lekarstwa, których tak bardzo nie lubi, kiedy na spacerze przekręcam wózek, bo razi go słońce, kiedy ubieram go i huśtam na huśtawce, kiedy patrzymy przez okno pokoju 2.040 i razem oglądamy świat - ten nasz mały świat, niczym niezepsuty, czysty od całego syfu, który nas otacza.
Nikt i nic nie zabierze nam tych chwil i tej relacji, którą razem zbudowaliśmy, ucząc się siebie nawzajem. Mam nadzieję (i wierzę w to mocno), że kiedyś mu o tym opowiem, jak już będzie duży, ale to będzie już tylko historia.
* * *
Latem często (czyli w weekendy, w które nie gram) zabieram do Maksia swoje dziewczyny, w końcu mama też chce je zobaczyć na żywo. Siedzą grzecznie z tyłu Dzika, ale grzecznie tylko dlatego, że w rękach mają smartfony/ajfony i tam te wszystkie jutuby i ich idole, którzy są na topie - dziewczyny oglądają ich, jak ja niegdyś jarałem się MTV albo wrestlingiem lat dziewięćdziesiątych z żylastym Hulkiem Hoganem na czele. Czasy i gusta się zmieniły, oj, i to bardzo. One grzecznie z tyłu z nosami w telefonach, a ja "na dziko" w Dziku z przodu ze swoimi płytami, które właśnie tu, w moim ukochanym Mańkobusie, brzmią najfajniej. Tu namiętnie i głośno (bo w Dziku wolno wszystko) podczas jazdy odsłuchuję stare płyty i często zabieram też na wojaże te świeżynki, które gdzieś tam w jakiś sposób zdobyłem. Lubię ten czas podróży. Mija nam szybko i lekko, bo każdy ma to, co lubi, a chyba o to w tym chodzi, c'nie? Czasem któraś z dziewczyn siada ze mną z przodu i robi za sternika i naszego wycieczkowego DJ-a. Wtedy gramy fair play: czyli każdy ma po jednej piosence i potem cyk, znowu kolejka od początku. To sprawiedliwy układ. Kaja ma już czternaście lat i bardzo lubi Kizo, Matę, Eminema i inne rapsy. Kalina, ciut młodsza, też ma całkiem fajny gust. Najważniejsze, że jeszcze znam te ich piosenki, i gdy jedziemy, często razem śpiewamy je sobie w Dziku - potencjometr od głośności na maksa w prawo. Podczas naszych licznych tras nasłuchałem się już dość ich ulubionych wykonawców i dzięki temu doskonale wiem, co w trawie piszczy i co dziś się gra. Dzięki nim ogarniam na przykład, kim jest Bambi i Young Leosia...
W Przylądku, jak tylko dojeżdżamy do bramy głównej, Beti z małym Tryniszewskim stoją już przy schodach kliniki i wyczekują naszego przyjazdu. Dookoła słychać gwar i śmiech dzieci bawiących się w pobliskim parku, szum nadjeżdżających samochodów - zapewne rodzin odwiedzających podopiecznych Przylądka. Wewnątrz już tak wesoło nie jest... Te starsze dzieci doskonale wiedzą, dlaczego tu są. Widać to po ich minach, one też chciałyby pobawić się tak jak ich zdrowi rówieśnicy. To takie dwa światy, bo tam, poza bramą, świeci słońce i radość ulewa się bokami; tu, w środku, jest zupełnie inaczej. Przylądkowe dzieci są niby uśmiechnięte, ale dookoła czuć, że to nie to samo, że one chciałyby się bawić, wyjść na zewnątrz, pojeździć na rowerze, zrobić COKOLWIEK innego, a cholerna choroba im na to nie pozwala. Dzieci często bez włosów (bo po chemii niestety wypadają), ze smutkiem w oczach, jakby ktoś zgasił im światło, jakby ktoś zabrał im coś, co jest dla nich najcenniejsze w ich świecie.
Moje dziewczyny dostrzegają to wszystko, widzę, że mocno to przeżywają. Ja sam zresztą też, bo to jest uczucie tak silne i tak niewyobrażalne dla kogoś, kto tam nigdy nie był, że czasem naprawdę trudno powstrzymać się od łez.
Najmłodszy Tryniszewski bez zmian - uśmiech od ucha do ucha i ten błysk w oczach. On na swoje szczęście nic nie rozumie, choć czuje na pewno, w szczególności ból związany z wkłuciami i kroplówkami.
Kiedy spaceruje tu ze mną lub z Beti, siedząc w wózku i śmiejąc się do wszystkich, daje nam tę iskrę nadziei na lepsze jutro. Maksio to taki dobry duszek kliniki, wszyscy go lubią i cieszą się na jego widok. To naprawdę wyjątkowo wesoły gość.
Po tych kilku dniach mojego pobytu u niego, kiedy czule się z nim pożegnam, bo w drzwiach stoi już kochana Beti z wytycznymi i zadaniem domowym, wsiadam do mocno nagrzanej "cytryny", daję kopa i wracam do swojej rzeczywistości. Wracam do miasta z betonowej płyty - Lubina. Tam czekają mnie same przyjemne obowiązki, takie jak pranie, sprzątanie, gotowanie, zakupy, zajęcia pozaszkolne i takie tam inne męskie sprawy...
Ciach bajera.