Pokochaj mnie. Tom 3 - Lisa Kleypas

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
LondynHotel RutledgeMaj 1852 roku
Nadzieje Poppy Hathaway na przyzwoite małżeństwo właśnie miały zostać zniweczone - i to przez małą fretkę.
Niestety Poppy rzuciła się w pościg za Dodgerem po korytarzach hotelu Rutledge, zanim przypomniała sobie pewien istotny fakt: dla tego zwierzęcia prosta linia oznaczała zazwyczaj co najmniej siedem zygzaków.
- Dodger - wyrzuciła z siebie kobieta desperackim tonem. - Wracaj. Dam ci ciasteczko. Wszystkie moje wstążki do włosów, cokolwiek! Albo zrobię z ciebie etolę...
Przysięgła sobie, że gdy tylko złapie ulubieńca siostry, poinformuje kierownictwo Rutledge, że Beatrix przetrzymuje w ich rodzinnym apartamencie dzikie stworzenia, naruszając tym samym regulamin hotelu. Oczywiście, mogło to pociągnąć za sobą usunięcie siłą z budynku całego klanu Hathawayów, ale w tej chwili Poppy wcale o to nie dbała.
Dodger ukradł list miłosny, który Poppy otrzymała tego ranka od Michaela Bayninga i obecnie nic na świecie nie liczyło się dla niej bardziej niż odzyskanie listu. Brakowało tylko, by Dodger ukrył bilecik w publicznym miejscu, gdzie każdy mógłby go znaleźć. Wtedy szanse Poppy na poślubienie szanowanego i bezdyskusyjnie najcudowniejszego młodego dżentelmena na świecie zostałyby bezpowrotnie utracone.
Dodger biegał po pełnych przepychu korytarzach Rutledge, zataczając pętle i cały czas pozostawał poza jej zasięgiem. List trzymał długimi przednimi zębami.
Mknąc za nim, Poppy modliła się, by nikt jej nie zobaczył. Hotel miał co prawda nieposzlakowaną opinię, ale przyzwoita młoda dama nigdy nie opuszczała swojego apartamentu bez eskorty. A jej dama do towarzystwa, panna Marks, wciąż jeszcze leżała w łóżku. Beatrix natomiast wybrała się na przejażdżkę z ich siostrą, Amelią.
- Zapłacisz mi za to, Dodger!
To psotne stworzenie żyło w przekonaniu, że świat stworzony został dla jego rozrywki. Musiał zajrzeć do każdego kosza i pojemnika, nie przepuścił żadnej pończosze, grzebieniowi i chusteczce. Dodger kradł rzeczy osobiste i zostawiał je w stertach pod krzesłami i sofami, ucinał sobie drzemki w szufladach z czystą bielizną, a w swoim nieposłuszeństwie był tak zabawny, że cała rodzina Hathawayów przymykała oczy na jego występki.
Gdy Poppy zwracała uwagę na jego skandaliczne zachowanie, Beatrix zawsze przepraszała i obiecywała, że Dodger już nigdy tego nie zrobi, a potem była szczerze zdumiona, gdy okazywało się, że fretka w ogóle nie zważa na jej żarliwe kazania. Poppy kochała młodszą siostrę i tylko dla niej tolerowała to okropne stworzenie.
Tym razem jednak Dodger posunął się za daleko. Fretka przystanęła w kącie, obejrzała się, by sprawdzić, czy nadal jest ścigana i w radosnym podnieceniu odtańczyła mały taniec wojenny, składający się z serii podskoków, które wyrażały czystą rozkosz. Poppy nadal zamierzała go zamordować, ale nie mogła nie zauważyć, jaki Dodger jest uroczy.
- I tak zginiesz - oznajmiła, podchodząc do niego najspokojniej, jak tylko umiała. - Oddaj mi list.
Fretka przemknęła przez kolumnadową klatkę schodową, skonstruowaną tak, by wpuszczać do środka jak najwięcej światła słonecznego na wszystkie trzy piętra hotelu. Poppy zaczęła się zastanawiać, jak długo jeszcze będzie musiała go ścigać. Dodger nigdy się nie męczył, a Rutledge był ogromny - zajmował pięć kamienic w dzielnicy teatrów.
- Tak właśnie - mruknęła pod nosem - wygląda życie Hathawaya. Nieszczęśliwe wypadki... dzikie zwierzęta... pożary... klątwy... skandale...
Poppy gorąco kochała swą rodzinę, ale marzyła o cichym, normalnym życiu, które w przypadku Hathawayów po prostu nie było możliwe. Pragnęła spokoju. Przewidywalności.
Dodger podbiegł do drzwi biura intendenta na trzecim piętrze, należącego do pana Brimbleya. Intendent był starszym mężczyzną z obfitym białym wąsem, którego końcówki każdego ranka nacierał woskiem. Hathawayowie wielokrotnie już gościli w hotelu Rutledge, Poppy wiedziała więc z doświadczenia, że Brimbley składa swoim przełożonym szczegółowy raport za każdym razem, gdy coś się wydarzy na jego piętrze. Gdyby dowiedział się, co ona tu robi, list zostałby skonfiskowany, a tajemnica związku Poppy i Michaela ujrzałaby światło dzienne. Ojciec Michaela, lord Andover, nigdy nie zaakceptowałby mariażu, splamionego choćby cieniem niestosowności.
Poppy wstrzymała oddech i przywarła plecami do ściany, gdy Brimbley wyszedł z gabinetu z dwoma członkami personelu Rutledge.
- Idź natychmiast do dyrekcji, Harkins - powiedział intendent. - Chcę, byś dokładnie przyjrzał się kwestii rachunków za pokój pana W. Nieraz twierdził, że opłaty są zawyżone, choć nie było to prawdą. Myślę, że najlepiej będzie od teraz wręczać mu do podpisu rachunek za każdą usługę.
- Dobrze, panie Brimbley. - Trzej mężczyźni oddalili się korytarzem.
Poppy ostrożnie podkradła się do drzwi i zajrzała do środka. W dwóch połączonych pokojach nie było najwyraźniej nikogo.
- Dodger - szepnęła nagląco, gdy zobaczyła fretkę czmychającą pod krzesło. - Dodger, chodź tu natychmiast!
Jej rozkaz sprowokował tylko kolejną serię podskoków.
Poppy przygryzła dolną wargę i przeszła przez próg. Główne biuro było pokaźnych rozmiarów, stało w nim masywne biurko pokryte stertą ksiąg i papierów. Jeden obity bordową skórą fotel ktoś przysunął do biurka, drugi stał przy kominku z marmurowym gzymsem.
Dodger stał przy biurku i wpatrywał się w Poppy jasnymi oczami. Jego wąsy drżały nad listem. Zamarł w bezruchu i nie spuszczał wzroku z kobiety, która zbliżała się do niego cal po calu.
- Właśnie - szeptała kojącym głosem, wyciągając powoli rękę. - Dobra fretka, kochana fretka... - Gdy od listu dzielił ją jeden ruch, Dodger wśliznął się pod biurko.
Czerwona z wściekłości Poppy rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby wywabić Dodgera z jego kryjówki. Zauważyła na kominku srebrny świecznik i spróbowała go zdjąć. Świecznik jednak ani drgnął. Był na stałe przymocowany do gzymsu.
Nagle na oczach zdumionej Poppy cała ściana kominka bezszelestnie się obróciła. Westchnęła z podziwu dla mechanicznego geniuszu drzwi, które obracały się gładkim automatycznym ruchem. To, co wyglądało na solidną cegłę, okazało się tylko fasadą.
Dodger radośnie wyjrzał zza biurka i rzucił się do szczeliny.
- O nie - szepnęła Poppy bez tchu. - Dodger, nie waż się tego zrobić!
Fretka jednak w ogóle jej nie słuchała. A co gorsza, z zewnątrz dobiegł Poppy głos pana Brimbleya, który najwyraźniej wracał do pokoju.
- Oczywiście trzeba też poinformować pana Rutledge'a. Umieść to w raporcie. I pod żadnym pozorem nie zapominaj...
Nie mając czasu na rozważanie swych opcji i konsekwencji, Poppy przemknęła przez szparę w kominku, a drzwi zamknęły się za nią.
Stała w mroku, czekając i przysłuchując się temu, co działo się w biurze. Najwyraźniej jej obecność pozostała niezauważona. Pan Brimbley kontynuował rozmowę o raportach i kłopotach administracyjnych.
Poppy pomyślała, że może upłynąć dużo czasu, zanim intendent znów opuści biuro. Może należałoby poszukać innej drogi wyjścia. Oczywiście mogłaby po prostu wyjść przez kominek i zdradzić swoją obecność panu Brimbleyowi, nie potrafiła sobie jednak nawet wyobrazić, z iloma kłopotami by się to wiązało.
Rozejrzała się wokół i stwierdziła, że znalazła się w długim korytarzu, oświetlonym rozproszonym światłem. Podniosła głowę i zobaczyła świetlik, podobny do tych, których używali starożytni Egipcjanie, by określać pozycje gwiazd i planet.
Usłyszała skradanie się fretki.
- Cóż, Dodger - mruknęła - ty nas w to wplątałeś, więc może pomożesz mi znaleźć drzwi?
Dodger posłusznie pobiegł korytarzem i zniknął w mroku. Poppy westchnęła ciężko i poszła za nim. Postanowiła nie poddawać się panice, bo pośród licznych nieszczęść, które przez całe lata spadały na Hathawayów, nauczyła się, że utrata głowy nigdy nie pomaga w kłopotliwej sytuacji.
Torując sobie drogę w ciemnościach, trzymała dłoń na ścianie, by nie stracić orientacji. Przeszła zaledwie kilka jardów, gdy usłyszała szuranie. Zamarła w bezruchu i zaczęła nasłuchiwać.
Panowała idealna cisza.
Jej nerwy napięły się jak postronki, a serce zaczęło tłuc się w piersi, gdy dostrzegła przed sobą żółte światło lampy, które zaraz zgasło.
Nie była sama w korytarzu. Odgłosy kroków były coraz bliżej. Ktoś najwyraźniej szedł w jej kierunku.
Poppy doszła do wniosku, że to zupełnie odpowiednia chwila, by zacząć panikować. Odwróciła się na pięcie przerażona i pomknęła w kierunku, z którego przyszła. Ucieczka mrocznym korytarzem przed nieznanym napastnikiem była nowością nawet dla Hathawayówny. Przeklinała pod nosem ciężkie spódnice, podnosząc je do góry. Osoba, która ją ścigała, była jednak zbyt szybka, by zdołała jej umknąć.
Krzyknęła, gdy ktoś schwytał ją brutalnie. Ogromny mężczyzna zatrzymał ją w pół kroku i przyciągnął do siebie. Dłonią przycisnął jej głowę do ramienia.
- Powinnaś wiedzieć - dobiegł ją niski, zimny głos - że jeśli nacisnę odrobinę mocniej, złamię ci kark. Jak się nazywasz i co tu robisz?
Rozdział 2
Poppy nie mogła zebrać myśli. Krew szumiała jej w uszach, a ciasny uścisk napastnika był bolesny. Pierś, o którą się opierała plecami, była twarda jak skała.
- To pomyłka - zdołała wykrztusić. - Proszę...
Przechylił jej głowę jeszcze bardziej, tak że poczuła szczypanie nerwów w stawie pomiędzy szyją a ramieniem.
- Jak się nazywasz? - powtórzył łagodnie.
- Poppy Hathaway - wydusiła. - Bardzo przepraszam. Nie chciałam...
- Poppy? - Ucisk zelżał.
- Tak. - Dlaczego wypowiedział jej imię w taki sposób, jakby ją znał? - A pan musi być... z personelu hotelowego?
Zignorował jej pytanie. Jego dłoń przesunęła się lekko po jej ramionach i przedzie sukni, jakby czegoś szukała. Jej serce łopotało w piersi jak skrzydła małego ptaszka.
- Nie - zdołała wykrztusić pomiędzy urywanymi oddechami, wyginając się, by uniknąć jego dotyku.
- Skąd się tu wzięłaś? - Odwrócił ją twarzą do siebie. Nikt dotychczas nie traktował Poppy tak obcesowo. Stali bardzo blisko siebie i w świetle dostrzegła jego surowe pociągłe rysy i błysk w głęboko osadzonych oczach.
Jęknęła, gdy poczuła ostry ból w szyi. Dotknęła dłonią karku, by rozmasować mięśnie.
- Ja... ścigałam fretkę i kominek w biurze pana Brimbleya się otworzył, i przeszliśmy przezeń, a potem próbowałam odnaleźć jakieś inne wyjście.
Wyjaśnienie było zupełnie nonsensowne, ale nieznajomy chyba dał mu wiarę.
- Fretkę? Jedno ze zwierząt twojej siostry?
- Tak - odparła zdumiona Poppy. Potarła kark i jęknęła. - Ale skąd pan... czy my się znamy? Nie, proszę mnie nie dotykać, jak... Au!
Odwrócił ją tyłem do siebie i położył dłonie po obu stronach jej szyi.
- Nie ruszaj się. - Jego dotyk był wprawny i pewny, gdy masował czułe mięśnie. - Jeśli spróbujesz uciekać, złapię cię.
Poppy, drżąc, poddała się ugniatającym jej ciało palcom i zaczęła się zastanawiać, czy znalazła się na łasce szaleńca. Nacisnął mocniej, budząc w niej uczucie, które nie było ani bólem, ani przyjemnością, lecz nieznajomą mieszaniną obydwu. Westchnęła i zaczęła się wiercić. Ku jej zdumieniu, pieczenie w napiętych nerwach osłabło, a mięśnie się rozluźniły. Zamarła i odetchnęła głęboko, pochylając głowę.
- Lepiej? - zapytał, gładząc kciukami jej kark i wsuwając je pod delikatną koronkę na wysokim kołnierzyku sukni.
Wytrącona z równowagi Poppy spróbowała odsunąć się od nieznajomego, ale on natychmiast znów zacisnął dłonie na jej ramionach. Chrząknęła, siląc się na pełen godności ton.
- Proszę, by mnie pan stąd wyprowadził. Moja rodzina pana wynagrodzi. Nie będą zadawać żadnych...
- Oczywiście. - Uwolnił ją powoli. - Nikt nie używa tego korytarza bez mojego pozwolenia. Założyłem po prostu, że znalazła się tu pani w niecnym celu.
Uwaga mogła zostać uznana za przeprosiny, choć w tonie, którym ją wypowiedziano, nie było ani cienia skruchy.
- Zapewniam, że moim jedynym celem było odnalezienie tego okropnego stworzenia.
Dodger zaszeleścił rąbkiem jej spódnic. Nieznajomy pochylił się i schwytał fretkę. Trzymając ją za kark, podał ją Poppy.
- Dziękuję. - Gibkie ciało fretki zwiotczało pod jej dotykiem. List zniknął. - Dodger, ty przeklęty złodzieju... Gdzie on jest? Co z nim zrobiłeś?
- Czego pani szuka?
- Listu - odparła Poppy z napięciem. - Dodger go ukradł i przyniósł tutaj... musi tu gdzieś być.
- Na pewno się znajdzie.
- Ale to ważne.
- Oczywiście, w przeciwnym razie nie zadałaby sobie pani tyle trudu, by go odzyskać. Proszę pójść ze mną.
Poppy niechętnie się zgodziła i pozwoliła ująć się za łokieć.
- Dokąd idziemy?
Nie usłyszała odpowiedzi.
- Wolałabym, by nikt się o tym nie dowiedział.
- Jestem pewien.
- Czy mogę liczyć na pana dyskrecję? Muszę za wszelką cenę unikać skandali.
- Młode damy pragnące uniknąć skandalu powinny chyba zostawać w swoich apartamentach - wytknął jej.
- Zapewniam pana, że nie mam nic przeciwko pozostawianiu w moim apartamencie. Musiałam wyjść przez Dodgera. Muszę odzyskać ten list. Jestem przekonana, że moja rodzina wynagrodzi panu wszelki trud, jeśli...
- Cisza.
Bez trudu odnajdywał drogę w zacienionym korytarzu, ściskając łokieć Poppy delikatnie, lecz stanowczo. Nie poszli do biura pana Brimbleya, lecz w przeciwnym kierunku.
W końcu nieznajomy zatrzymał się i pchnął drzwi ukryte w ścianie.
- Proszę wejść do środka.
Poppy z wahaniem weszła do dobrze oświetlonego pokoju, chyba saloniku, z rzędem okien weneckich wychodzących na ulicę. W jednym rogu stał ciężki dębowy stół kreślarski, a wszystkie ściany zajmowały półki z książkami. W powietrzu unosił się przyjemny i dziwnie znajomy zapach... wosk świec, welinowy papier, atrament i kurz z książek... pachniało jak w dawnym gabinecie ojca.
Poppy odwróciła się do nieznajomego, który wszedł do pokoju i zamknął za sobą ukryte drzwi.
Nie potrafiła ocenić jego wieku - wydawał się nie mieć więcej niż trzydzieści kilka lat, ale otaczała go aura cynizmu, która dawała do zrozumienia, że widział już w życiu zbyt wiele, by dać się czymkolwiek zaskoczyć. Miał gęste, czarne jak noc, doskonale obcięte włosy i jasną karnację, z którą kontrastowały ciemne brwi. Był diabelnie przystojny z tymi mocnymi brwiami, prostym nosem i zaciśniętymi ponuro wargami. Ostra, nieustępliwa linia jego podbródka znamionowała rysy mężczyzny, który wszystko - w tym również siebie - traktował zbyt poważnie.
Poppy zaczerwieniła się, gdy spojrzała w jego niezwykłe oczy... intensywnie zielone z ciemnymi obwódkami, ocienione szczeciniastymi czarnymi rzęsami. Jego wzrok zdawał się ją pochłaniać. Zauważyła blade cienie pod jego oczami, które jednak w żadnym razie nie odejmowały mu urody.
Dżentelmen powiedziałby teraz coś miłego, kojącego, nieznajomy jednak milczał. Dlaczego tak się w nią wpatrywał? Kim był i jaką władzę sprawował w tym miejscu? Musiała coś powiedzieć, by przerwać to milczenie.
- Zapach książek i świec przypomina mi gabinet ojca.
Mężczyzna podszedł do niej, a ona wzdrygnęła się instynktownie. Oboje zamarli w bezruchu. Pytania wypełniały pokój, jakby ktoś narysował je w powietrzu niewidzialnym atramentem.
- Pani ojciec zmarł niedawno, o ile wiem. - Jego głos doskonale do niego pasował: był gładki, mroczny, nieugięty. Mężczyzna miał interesujący akcent, nie całkiem brytyjski.
Poppy ze zdumieniem skinęła głową.
- A matka pani zmarła wkrótce po nim - dodał.
- Skąd... skąd pan to wie?
- Do moich obowiązków należy wiedzieć jak najwięcej o gościach hotelu.
Dodger zaczął się wiercić w jej objęciach. Poppy pochyliła się i postawiła go na podłodze. Fretka wspięła się na masywny fotel przy kominku i usadowiła się wygodnie na aksamitnym obiciu.
Poppy znów spojrzała na nieznajomego. Miał na sobie piękne ciemne ubranie, skrojone z wyrafinowaną swobodą. Nie miał przy tym żadnych szpilek w fularze, złotych guzików przy koszuli ani innych ozdób, które mogłyby wskazywać na jego zamożność. Z kieszonki szarej kamizelki zwisał tylko zwykły łańcuszek od zegarka.
- Mówi pan jak Amerykanin - zauważyła.
- Buffalo, Nowy Jork - odparł. - Ale mieszkam tu już od jakiegoś czasu.
- Jest pan pracownikiem pana Rutledge'a?
Udzielił jej odpowiedzi skinieniem głowy.
- Zapewne jednym z jego kierowników?
Jego twarz była nieprzenikniona.
- Coś w tym rodzaju.
Poppy podeszła do drzwi.
- W takim razie zostawię pana pańskim obowiązkom, panie...
- Potrzebuje pani odpowiedniej eskorty, by wrócić do pokoju.
Poppy zastanawiała się nad tym przez chwilę. Czy powinna poprosić go, by posłał po jej damę do towarzystwa? Nie... panna Marks na pewno wciąż jeszcze spała. Miała za sobą ciężką noc. Czasami nawiedzały ją koszmary, po których przez cały dzień była roztrzęsiona i wyczerpana. Nie zdarzało się to często, ale w takich chwilach Poppy i Beatrix starały się zapewnić jej jak najwięcej wypoczynku.
Nieznajomy przyglądał się kobiecie przez chwilę.
- Czy mam posłać po pokojówkę, by panią odprowadziła?
Z początku Poppy zamierzała się zgodzić. Nie chciała jednak czekać na nią w jego towarzystwie, nawet przez kilka minut. Nie ufała mu w najmniejszym stopniu.
Gdy dostrzegł jej wahanie, jego usta wykrzywiły się w sardonicznym uśmiechu.
- Gdybym chciał panią zniewolić, już dawno bym to zrobił.
Słysząc obcesowe stwierdzenie, Poppy zarumieniła się jeszcze bardziej.
- Pan tak twierdzi. Ale z tego, co wiem, może się pan po prostu bardzo powoli do tego zbierać.
Odwrócił głowę, a gdy znów na nią spojrzał, jego oczy się śmiały.
- Jest pani bezpieczna, panno Hathaway. - W jego głosie także pobrzmiewał śmiech. - Naprawdę. Proszę pozwolić mi posłać po pokojówkę.
Rozbawienie zupełnie odmieniło jego twarz, wydobywając z niej tyle ciepła i uroku, że Poppy aż zaniemówiła. Jej serce zaczęło tłoczyć do żył nowe, przyjemne uczucie.
Gdy podszedł do sznura od dzwonka, przypomniała sobie o zaginionym liście.
- Czy czekając, moglibyśmy poszukać listu, który zaginął w korytarzu? Muszę go odzyskać.
- Dlaczego? - zapytał, odwracając się do niej.
- Z powodów osobistych - odparła krótko.
- Jest od mężczyzny?
Posłała mu miażdżące spojrzenie, którego nauczyła się od panny Marks.
- To nie pańska sprawa.
- Wszystko, co ma miejsce w tym hotelu, jest moją sprawą. - Spojrzał na nią uważnie. - Jest od mężczyzny, w przeciwnym razie by pani zaprotestowała.
Poppy zmarszczyła brwi i odwróciła się. Podeszła do półek na ścianie zastawionych osobliwymi przedmiotami.
Stał tam między innymi pozłacany emaliowany samowar, duży nóż w ozdobionej koralikami pochwie, kolekcja prymitywnych kamiennych rzeźb i glinianych naczyń, egipski zagłówek, egzotyczne monety, pudełka ze wszelkich możliwych materiałów, coś, co wyglądało jak żelazny miecz z zardzewiałym ostrzem i szkło powiększające do czytania.
- Co to za pokój? - zapytała, nie mogąc się oprzeć.
- Gabinet osobliwości pana Rutledge'a. Część kolekcji to jego zbiory, resztę otrzymał od zagranicznych gości. Może pani rzucić okiem, jeśli pani chce.
Poppy poczuła zaciekawienie, przypominając sobie, jak wielu obcokrajowców gościło już w tym hotelu - europejscy książęta, szlachta i członkowie corps diplomatique. Pan Rutledge musiał otrzymywać niezwykłe podarki.
Przystanęła, by przyjrzeć się bliżej zdobionej drogimi kamieniami srebrnej figurce konia, uwiecznionego w półgalopie.
- Przepiękna.
- Prezent od księcia Yizhu z Chin - powiedział mężczyzna, stając za nią. - Niebiański koń.
Zafascynowana Poppy przesunęła palcami po grzbiecie figurki.
- Książę jest już po koronacji. Został cesarzem Xianfeng - odparła. - Cóż za ironia, nie sądzi pan?
Nieznajomy spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Dlaczego pani tak sądzi?
- Bo jego imię koronacyjne tłumaczy się jako "powszechny dobrobyt". Trudno o takim mówić, gdy krajem wstrząsają wewnętrzne rebelie.
- Sądzę, że wyzwania, jakie stawia przed nim Europa, są nawet bardziej niebezpieczne.
- Tak - zgodziła się Poppy ze smutkiem, odkładając figurkę na miejsce. - Ciekawe, jak długo jeszcze chińska suwerenność zdoła opierać się tym najazdom.
Jej towarzysz stał tak blisko, że czuła zapach jego mydła do golenia. Spojrzał na nią z napięciem.
- Nie znam zbyt wielu kobiet, z którymi można rozmawiać o polityce Dalekiego Wschodu.
Poczuła rumieniec na policzkach.
- Moja rodzina toczy dosyć oryginalne dyskusje przy kolacji. Przynajmniej na tyle, że moje siostry i ja zawsze bierzemy w nich udział. Moja dama do towarzystwa uważa, że możemy tak robić w zaciszu domowym, ale radziła mi, bym nie afiszowała się ze swoim wykształceniem w miejscach publicznych. To odstrasza starających się.
- W takim razie musi pani uważać. - Uśmiechnął się miękko. - Szkoda byłoby, gdyby jakiś inteligentny komentarz wymknął się pani w nieodpowiednim momencie.
Poppy odetchnęła z ulgą, gdy usłyszała dyskretne pukanie do drzwi. Pokojówka zjawiła się znacznie szybciej, niż przypuszczała. Nieznajomy poszedł jej otworzyć. Uchylił drzwi i mruknął coś do młodej dziewczyny, która skłoniła się i zniknęła.
- Dokąd ona poszła? - zapytała Poppy z konsternacją. - Miała mnie przecież odeskortować do mojego pokoju.
- Posłałem ją po herbatę.
Poppy aż zaniemówiła.
- Nie mogę wypić z panem herbaty.
- To nie potrwa długo. Poślą ją na górę windą.
- To nieistotne. Nawet gdybym miała czas, nie mogłabym wypić z panem herbaty! Jestem pewna, że rozumie pan, jakie byłoby to niestosowne.
- Prawie tak jak skradanie się po hotelu bez eskorty.
Nachmurzyła się.
- Nie skradałam się, ścigałam fretkę. - Gdy dotarła do niej śmieszność jej oświadczenia, zarumieniła się jeszcze bardziej. - To nie była moja wina. Znajdę się w bardzo poważnych tarapatach, jeśli natychmiast nie wrócę do pokoju. Jeśli będziemy czekać, może pan wplątać się w skandal, a tego pan Rutledge z pewnością by nie pochwalił.
- Fakt.
- Proszę więc wezwać pokojówkę z powrotem.
- Za późno. Musimy poczekać, aż wróci z herbatą.
Poppy westchnęła ciężko.
- Cóż za okropny poranek. - Zerknęła na fretkę i zobaczyła kępki kłaczków i końskiego włosia szybujące w powietrzu. Zbladła. - Dodger, nie!
- Co się stało? - zapytał mężczyzna, podążając za Poppy, która popędziła w kierunku zajętej fretki.
- On zjada pana fotel - stwierdziła ponuro, chwytając zwierzę w objęcia. - A raczej fotel pana Rutledge'a. Chyba wije sobie gniazdo. Tak mi przykro. - Spojrzała na dziurę w kosztownym aksamitnym obiciu. - Zapewniam pana, że moja rodzina pokryje wszelkie koszty.
- Nic się nie stało. W budżecie hotelu jest wydzielony specjalny fundusz na takie naprawy.
Poppy opadła na kolana - co wcale nie jest proste, gdy ma się na sobie gorset i usztywnione halki - i zaczęła garściami upychać wypełniacz w dziurze.
- Jeśli zajdzie taka potrzeba, dostarczę panu pisemne oświadczenie, w którym wyjaśnię, jak to się stało.
- A pani reputacja? - zapytał miękko nieznajomy, podnosząc ją z kolan.
- Moja reputacja jest niczym w porównaniu z utratą źródła utrzymania. Mogą pana za to zwolnić. Na pewno ma pan rodzinę, żonę, dzieci. Ja jakoś przeżyję kompromitację, ale pan może nie być w stanie tak szybko znaleźć nowej posady.
- To bardzo miłe z pani strony - powiedział, odbierając Poppy fretkę i kładąc ją z powrotem w fotelu - ale ja nie mam rodziny. I nikt nie może mnie zwolnić.
- Dodger! - zawołała Poppy, gdy kłęby włosia znów zaczęły fruwać w powietrzu. Fretka najwyraźniej doskonale się bawiła.
- Fotel i tak jest zniszczony. Proszę mu na to pozwolić.
Poppy zdumiała się, widząc, z jaką łatwością nieznajomy godzi się poświęcić kosztowny mebel dla rozrywki zwierzęcia.
- Pan zupełnie nie przypomina innych zarządców hotelu.
- A pani innych kobiet.
Uśmiechnęła się do niego cierpko.
- Już mi to mówiono.
Niebo powlekło się ołowiem. Na pokryte żwirem i brukiem ulice spadła ciężka mżawka, spłukując gryzący kurz, który unosił się spod kół przejeżdżających pojazdów.
Poppy ostrożnie podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. Przechodnie otwierali parasole i szli dalej.
Straganiarze tłoczyli się na chodniku, zachwalając swoje towary niecierpliwymi okrzykami. Sprzedawali dosłownie wszystko: powiązaną w warkocze cebulę i imbryki, kwiaty, zapałki, skowronki i słowiki w klatkach. Ci ostatni naprawdę utrudniali życie Hathawayom, bo Beatrix upierała się przy ratowaniu każdego żywego stworzenia, które znalazło się w zasięgu jej wzroku. Ich szwagier, pan Rohan, był więc zmuszany do kupowania mnóstwa ptaków i wpuszczania ich potem na wolność na terenie ich wiejskiej posiadłości. Rohan przysięgał, że jest właścicielem połowy populacji ptaków w Hampshire.
Poppy odwróciła się od okna i zobaczyła, że nieznajomy opiera się ramieniem o jedną z półek. Patrzył na nią tak, jakby nie wiedział, co ma o niej myśleć. Jego sylwetka była zrelaksowana, ale Poppy wyczuwała wyraźnie, że gdyby tylko spróbowała ucieczki, natychmiast by ją pochwycił.
- Dlaczego nie jest pani zaręczona? - zapytał z oburzającą bezpośredniością. - Bywa pani w towarzystwie od dwóch, trzech lat?
- Od trzech - odparła Poppy obronnym tonem.
- Pani rodzina ma ogromny majątek, można więc założyć, że w grę wchodzi pokaźny posag. A pani brat jest wicehrabią, to kolejna zaleta. Dlaczego jeszcze nie wyszła pani za mąż?
- Zawsze zadaje pan tak osobiste pytania ludziom, których dopiero pan poznał?
- Nie zawsze. Pani wydaje mi się szczególnie... interesująca.
Przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, po czym wzruszyła ramionami.
- Nie chciałabym za męża żadnego z dżentelmenów, których w ciągu ostatnich trzech lat spotkałam. Żaden z nich nie wydał mi się nawet odrobinę pociągający.
- A jaki typ panią pociąga?
- Ktoś, z kim mogłabym dzielić ciche, zwyczajne życie.
- Większość młodych kobiet marzy o przygodach i romansie.
Uśmiechnęła się cierpko.
- Ja z kolei wyjątkowo cenię sobie prozaiczność.
- Czy nie sądzi pani, że Londyn to nie najlepsze miejsce, by szukać cichego, zwyczajnego życia?
- Oczywiście. Ale ja mogę szukać tylko tu. - Wiedziała, że powinna zamilknąć. Nie było potrzeby snuć dalszych wyjaśnień. Poppy jednak uwielbiała rozmawiać i tak jak Dodger nie mógł oprzeć się szufladzie pełnej podwiązek, tak ona nie potrafiła zwalczyć swej gadatliwości. - Problem powstał, gdy mój brat, lord Ramsay, odziedziczył tytuł.
Nieznajomy uniósł brwi.
- To problem?
- O tak. Widzi pan, nikt z nas nie był na to przygotowany. Byliśmy dalekimi kuzynami poprzedniego lorda Ramsaya. Tytuł przypadł Leo w wyniku serii niespodziewanych zgonów. Hathawayowie nie mieli pojęcia o etykiecie, nie wiedzieliśmy nic na temat bywania w towarzystwie. Byliśmy naprawdę szczęśliwi w Primrose Place.
Przypomniała sobie pełną radości, krytą strzechą chatkę, ogród, w którym ojciec hodował swoje słynne róże aptekarskie, kłapouche belgijskie króliki, które mieszkały w klatce za domem, stosy książek w każdym kącie. Teraz opuszczona chatka obracała się w ruinę, a ogród leżał odłogiem.
- Nie można jednak cofnąć czasu. - Pochyliła się, by przyjrzeć się przedmiotowi na dolnej półce. - Co to? Ach, tak. Astrolabium. - Podniosła mosiężny dysk z wygrawerowanymi talerzami, na brzegu którego widniały cyfry oznaczające stopnie kąta.
- Wie pani, co to jest astrolabium?
- Oczywiście, to narzędzie, którego używają astronomowie i nawigatorzy. Astrolodzy również. - Poppy spojrzała na malutką mapę gwiazd wyrytą na jednym z dysków. - To jest perskie. Musi mieć około pięciuset lat.
- Pięćset dwanaście.
Poppy uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Mój tata był uczonym specjalizującym się w epoce średniowiecza. Miał całą kolekcję takich astrolabiów. Nauczył mnie nawet, jak je robić z drewna, sznurka i gwoździa. - Ostrożnie odłożyła dysk. - Kiedy się pan urodził?
Nieznajomy zawahał się, jakby nie podobało mu się, że musi udzielić tak osobistej informacji.
- Pierwszego listopada.
- Jest pan więc Skorpionem.
- Wierzy pani w astrologię? - zapytał z odcieniem drwiny w głosie.
- A nie powinnam?
- Nie ma żadnych naukowych podstaw.
- Mój ojciec zachęcał mnie do otwartości na takie kwestie. - Przesunęła palcem po mapie nieba i uśmiechnęła się chytrze. - Skorpiony są raczej bezwzględne, wie pan? Dlatego właśnie jednemu z nich Artemida nakazała uśmiercić swego wroga, Oriona. W nagrodę umieściła skorpiona na niebie.
- Nie jestem bezwzględny. Robię po prostu, co trzeba, by osiągnąć cel.
- I to nie jest bezwzględność? - zapytała Poppy ze śmiechem.
- Bezwzględność zakłada okrucieństwo.
- A pan nie jest okrutny?
- Tylko wtedy, gdy muszę.
Rozbawienie Poppy zniknęło.
- Człowiek nigdy nie musi być okrutny.
- Nie widziała pani zbyt wiele, skoro pani tak sądzi.
Poppy postanowiła nie kontynuować tego tematu. Stanęła na palcach, by dojrzeć zawartość najwyższej półki. Stała na niej kolekcja intrygujących blaszanych zabawek.
- A to co?
- Automaty.
- Do czego służą?
Nieznajomy zdjął z półki jedną z zabawek i podał jej.
Poppy uważnie się jej przyjrzała. Na okrągłym postumencie stały malutkie konie wyścigowe, każdy na swoim torze. Poppy pociągnęła za sznurek, zwisający z boku postumentu. Uruchomiła tym wewnętrzny mechanizm - konie zerwały się do biegu, dokładnie tak jak na wyścigach.
Roześmiała się z zachwytem.
- Jakie to zmyślne! Szkoda, że moja siostra Beatrix nie może tego zobaczyć. Skąd to się tu wzięło?
- Pan Rutledge konstruuje je w wolnym czasie, dla relaksu.
- Mogę obejrzeć pozostałe? - Poppy była oczarowana tymi zabawkami, a raczej małymi cudami techniki. Znalazła tam admirała Nelsona na pokładzie miotanego falami okrętu, małpkę wspinającą się na bananowiec, kota igrającego z myszą, poskramiacza lwów strzelającego z bata i lwa, który potrząsał na to głową.
Wyraźnie zachwycony entuzjazmem Poppy mężczyzna pokazał jej obrazek na ścianie, przedstawiający pary tańczące walca na balu. Na jej oczach obrazek ożył, dżentelmeni poprowadzili swe partnerki w rytm muzyki.
- Wielkie nieba! - powiedziała zdumiona Poppy. - Jak to możliwe?
- To mechanizm zegarowy. - Zdjął obrazek ze ściany i pokazał jej jego tył. - Tu jest, przymocowany do koła zamachowego tą taśmą. Bolce wprawiają w ruch te dźwignie... tutaj... a to z kolei uruchamia pozostałe dźwignie.
- Niezwykłe! - Na fali entuzjazmu Poppy całkiem zapomniała o powściągliwości i ostrożności. - Pan Rutledge musi być niezwykle utalentowany. Przypomina mi to biografię mnicha franciszkańskiego Rogera Bacona, którą niedawno czytałam. Mój ojciec był gorącym wielbicielem jego prac. Ojczulek Bacon również parał się wynalazczością, przez co został nawet oskarżony o czary. Podobno kiedyś zbudował mechaniczną głowę z brązu, która... - Urwała gwałtownie, uświadamiając sobie, że znów trajkocze. - Widzi pan? I tak właśnie robię na wszystkich balach i wieczorkach. To między innymi dlatego nie cieszę się wielkim wzięciem.
Nieznajomy się uśmiechnął.
- Myślałem, że na tego typu spotkaniach właśnie należy rozmawiać.
- Ale nie tak jak ja.
Oboje odwrócili głowy, słysząc stukanie do drzwi. Pokojówka wróciła.
- Muszę już iść - stwierdziła niespokojnie Poppy. - Moja dama do towarzystwa będzie zła, jeśli się obudzi i zobaczy, że mnie nie ma.
Ciemnowłosy mężczyzna wpatrywał się z nią przez długą chwilę.
- Jeszcze z panią nie skończyłem - oznajmił ze zdumiewającą swobodą. Zupełnie tak, jakby nigdy w życiu nie usłyszał odmowy. Jakby planował zatrzymać ją tak długo, jak sobie tego życzył.
Poppy odetchnęła głęboko.
- Niemniej jednak wychodzę - odparła spokojnie i podeszła do drzwi.
Ruszył za nią i oparł dłoń na framudze.
Poppy spojrzała na niego z obawą. W jej gardle, nadgarstkach i w kolanach odezwało się gwałtowne pulsowanie. Stał zbyt blisko, prawie stykał się z nią swym długim twardym ciałem. Przytuliła się do ściany.
- Zanim pani wyjdzie - powiedział miękko - dam pani radę. Młoda kobieta nie powinna samotnie spacerować po hotelu, to niebezpieczne. Niech pani nie podejmuje więcej równie głupiego ryzyka.
Poppy zesztywniała.
- Ten hotel cieszy się nieposzlakowaną opinią. Nie mam się czego obawiać.
- Oczywiście, że tak - mruknął. - Choćby tego.
Zanim zdołała pomyśleć, poruszyć się, czy chociaż odetchnąć, pochylił głowę i zawładnął jej ustami.
Zdumiona Poppy zamarła pod jego miękkimi palącymi wargami, tak subtelnymi w swych naleganiach, że nawet nie wiedziała, kiedy jej własne wargi się rozchyliły. Nieznajomy dotknął jej podbródka i uniósł jej głowę do góry.
Otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Poppy wdychała jego ponętny zapach, woń kadzidła i piżma, krochmalu i męskiej skóry. Wiedziała, że powinna walczyć w jego ramionach... ale jego usta przekonywały tak czule, tak zmysłowo, obiecywały rozkosz i niebezpieczeństwo. Przesunął wargi na jej szyję, wyczuł puls i zsunął się niżej, obsypując ją lekkimi jak jedwab pocałunkami, aż zaczęła drżeć.
- Nie - zaprotestowała słabo.
Chwycił jej podbródek delikatnie i zmusił ją, by na niego spojrzała. Oboje zamarli. Gdy Poppy w końcu podniosła wzrok, zauważyła w jego oczach błysk konsternacji i wrogości, jakby nieznajomy właśnie dokonał jakiegoś nieprzyjemnego odkrycia.
Puścił ją ostrożnie i otworzył drzwi.
- Proszę wnieść tacę - polecił pokojówce, która stanęła na progu.
Służąca natychmiast wypełniła rozkaz. Była zbyt dobrze wyszkolona, by pokazać po sobie zdziwienie na widok Poppy.
Mężczyzna podniósł Dodgera, który spał głęboko w fotelu i podał go Poppy. Wzięła od niego zwierzątko, mrucząc coś niezrozumiale, i ułożyła je sobie w zagięciu ramienia. Fretka nawet nie otworzyła oczu. Jej malutkie serce biło miarowo pod jej palcami.
- Czy to wszystko, proszę pana? - zapytała pokojówka.
- Nie, odprowadź tę damę do jej apartamentu. I wróć tu, by mnie poinformować, że dotarła bezpiecznie.
- Dobrze, panie Rutledge.
Pan Rutledge?
Serce Poppy stanęło. Odwróciła się, by spojrzeć na nieznajomego. W jego zielonych oczach błysnęły diaboliczne ogniki. Dosłownie delektował się jej jawnym zdumieniem.
Harry Rutledge... tajemniczy właściciel hotelu, który wiedzie życie pustelnika. Nie tak go sobie wyobrażała.
Zdumiona i przerażona Poppy odwróciła się. Gdy przeszła przez próg, drzwi zamknęły się za nią cicho. Cóż to za podły człowiek, by tak się bawić jej kosztem! Na szczęście zapewne nigdy go już nie zobaczy.
Wyszła na korytarz w towarzystwie pokojówki... nawet nie podejrzewając, że ta chwila odmieniła całe jej życie.
Rozdział 3
Harry podszedł do kominka, w którym płonął ogień.
- Poppy Hathaway - szepnął, jakby jej nazwisko było jakimś magicznym zaklęciem.
Dwukrotnie wcześniej widział ją z oddali, raz, gdy wsiadała do powozu, i potem na balu wydawanym w Rutledge. Nie brał w nim wtedy udziału, ale obserwował gości przez kilka minut z balkonu na górnym piętrze. Mimo jej wysublimowanego piękna i mahoniowych włosów nie poświęcił jej dotąd ani jednej myśli.
Spotkanie z nią w cztery oczy było jednak objawieniem.
Harry podszedł do fotela i zauważył podarty aksamit i kłębki wypełniacza rozsypane wokół przez fretkę.
Uśmiechnął się niechętnie i podszedł do drugiego fotela.
Poppy. Była taka naturalna, gdy rozmawiała z nim swobodnie o astrolabiach i franciszkańskich mnichach. Wyrzucała z siebie słowa błyskotliwymi garściami, jakby rozsypywała konfetti. Emanowała z niej radosna przenikliwość, która powinna być irytująca w odbiorze, a jemu dostarczyła niespodziewanej przyjemności. Było w niej coś takiego... coś, co Francuzi nazywali esprit, żywość umysłu i ducha. I ta jej twarz... taka niewinna i świadoma zarazem, taka otwarta.
Pragnął jej.
Zazwyczaj Jay Harry Rutledge otrzymywał wszystko, zanim jeszcze o czymś zamarzył. W jego aktywnym, doskonale poukładanym życiu podawano posiłki, zanim poczuł głód, wymieniano fulary, zanim pojawiły się na nich oznaki zużycia, a raporty lądowały na biurku, zanim o nie poprosił. Kobiety były wszędzie, zawsze dostępne, a każda z nich mówiła mu dokładnie to, co zakładała, że chce usłyszeć.
Wiedział, że już najwyższy czas, by się ożenić. Tak zapewniali go jego znajomi, chociaż on był przekonany, że robili to tylko dlatego, że sami dali już sobie założyć pętlę na szyję i oczekiwali, że on pójdzie w ich ślady. Myślał o tym bez entuzjazmu. Ale Poppy Hathaway była zbyt pociągająca, by mógł się jej oprzeć.
Sięgnął do lewego rękawa i wyjął z niego list Poppy. Nadawcą był pan Michael Bayning. Harry przez chwilę zastanawiał się, co wie o tym młodym człowieku. Bayning uczęszczał do Winchester, gdzie dobrze się spisywał dzięki swej pracowitości. W przeciwieństwie do swoich kolegów z uniwersytetu nigdy nie popadł w długi, nie ciążyły też na nim żadne skandale. Kobiety lgnęły do niego, bo był przystojny i miał w przyszłości odziedziczyć tytuł i majątek.
Marszcząc brwi, Harry zaczął czytać.
Najdroższa Poppy,
rozpamiętywałem naszą ostatnią rozmowę, całując miejsce na nadgarstku, na które upadły Twoje łzy. Jak możesz wątpić w to, że ja także opłakuję każdy dzień i noc, które spędzamy w oddaleniu? Sprawiłaś, że mogę myśleć tylko o Tobie. Szaleję z miłości do Ciebie, mam nadzieję, że choć w to nie wątpisz.
Jeśli zdobędziesz się na jeszcze odrobinę cierpliwości, już wkrótce nadarzy się okazja, bym mógł porozmawiać z ojcem. Gdy tylko zrozumie, jak głębokie jest moje uczucie do Ciebie, na pewno udzieli zgody na nasze małżeństwo. Łączy nas bliska więź, Ojca i mnie. Wielokrotnie wspominał, że chciałby mnie widzieć w równie szczęśliwym stadle, w jakim żyli on i moje matka, niech spoczywa w pokoju. Jak ona by Cię kochała, Poppy... Twoje praktyczne, wesołe usposobienie, Twoje oddanie rodzinie i domowi. Gdyby mogła tu być i pomóc mi przekonać ojca, że nie ma dla mnie lepszej żony niż Ty...
Czekaj na mnie, Poppy, tak jak ja czekam na Ciebie.
Pozostaję, jak zawsze, pod Twoim urokiem.
M.
Harry prychnął cicho z pogardą i zapatrzył się w ogień z nieodgadnioną miną, układając w myślach kolejny plan. Jedno z polan przełamało się i upadło na palenisko, wzniecając snop białych iskier. Bayning chce, by Poppy czekała? Wydało mu się to niepojęte, gdy każda komórka jego ciała była przepełniona naglącym pożądaniem.
Zacisnął na bileciku palce z troską człowieka, który wie, jak cenną walutę trzyma w ręku i wsunął go do kieszeni.
Gdy tylko Poppy dotarła bezpiecznie do rodzinnego apartamentu, ułożyła Dodgera w jego ulubionym posłaniu - koszyku, który jej siostra Beatrix wymościła miękkim płótnem. Fretka nawet się nie poruszyła, pogrążona w głębokim śnie.
Potem Poppy wyprostowała się, oparła o ścianę i zamknęła oczy. Z jej płuc wydobyło się westchnienie.
Dlaczego on to zrobił?
A co ważniejsze, dlaczego ona mu na to pozwoliła?
Nie tak mężczyzna powinien całować niewinną dziewczynę. Poppy była przerażona tym, że sama postawiła siebie w takiej sytuacji, jak również tym, że zachowała się w sposób, który gorąco by potępiła w przypadku kogoś innego. Ani przez chwilę jednak nie zwątpiła w siłę swoich uczuć do Michaela.
Dlaczego więc zareagowała tak mocno na Harry'ego Rutldge'a?
Pragnęła z kimś o tym porozmawiać, ale intuicja podpowiadała jej, że lepiej będzie o całej sprawie zapomnieć.
Przybrała wesołą minę i zapukała do drzwi swojej damy do towarzystwa.
- Panno Marks?
- Już nie śpię - dobiegł ją słaby głos.
Poppy weszła do małej sypialni i zobaczyła pannę Marks w koszuli nocnej przed umywalnią.
Kobieta wyglądała koszmarnie - jej twarz miała barwę popiołu, pod jej błękitnymi spokojnymi oczami malowały się fioletowe sińce. Jej jasnobrązowe włosy, zazwyczaj zaplecione i spięte szpilkami w ciasny węzeł, były rozpuszczone i poplątane. Wysypała na język proszek od bólu głowy i popiła go wodą.
- Co mogę dla pani zrobić? - zapytała Poppy miękko.
Panna Marks potrząsnęła głową i wykrzywiła wargi.
- Nic, Poppy. Dziękuję, jesteś bardzo miła.
- Znów te koszmary? - Poppy obserwowała z troską, jak panna Marks podchodzi do komody i przetrząsa szuflady w poszukiwaniu pończoch i bielizny.
- Owszem. Nie powinnam była spać tak długo. Przepraszam.
- Nie ma za co przepraszać. Szkoda tylko, że pani sny nie były bardziej przyjemne.
- Zazwyczaj są. - Panna Marks uśmiechnęła się blado. - Najbardziej lubię powracać w snach do Ramsay House, gdy kwitną bzy, a kowaliki wiją gniazda w żywopłotach. Wszystko jest takie spokojne i bezpieczne. Tak bardzo mi tego brakuje.
Poppy także tęskniła za Ramsay House. Londyn ze swymi wyrafinowanymi rozrywkami nie dorastał Hampshire do pięt. I bardzo chciała zobaczyć swoją starszą siostrę, Win, której mąż, Merripen, zarządzał posiadłością Ramsay.
- Sezon wkrótce się kończy - powiedziała. - Niedługo tam wrócimy.
- Jeśli tego dożyję - mruknęła panna Marks.
Poppy uśmiechnęła się ze współczuciem.
- Może wróci pani do łóżka? Zrobię pani zimny okład na czoło.
- Nie, nie mogę się temu poddać. Ubiorę się i napiję mocnej herbaty.
- Wiedziałam, że pani to powie.
Panna Marks była typową Angielką, żywiącą głębokie podejrzenia wobec wszystkiego, co sentymentalne i cielesne. Była też młodą kobietą, nie mogła być wiele starsza od Poppy, a jej nienaturalne wręcz opanowanie pozwalało jej znosić bez mrugnięcia okiem wszelkie nieszczęścia. Wpadała w gniew tylko w obecności Leo - jego sarkastyczne poczucie humoru doprowadzało ją do białej gorączki.
Dwa lata wcześniej panna Marks została zatrudniona jako guwernantka Poppy i Beatrix - jednak nie po to, by uzupełnić braki w ich wykształceniu, lecz by nauczyć ich mnóstwa zasad, które powinny znać młode damy, by bez przeszkód poruszać się wśród elity. Z czasem przyjęła na siebie także rolę przyzwoitki i damy do towarzystwa.
Początkowo Poppy i Beatrix z wielką niechęcią odnosiły się do nauki etykiety.
- Zrobimy z tego zabawę - oświadczyła im panna Marks i napisała dla nich serię krótkich wierszyków do zapamiętania.
Na przykład:
Jeśli damą chcesz być oficjalnie,
Zachowuj się ceremonialnie.
Gdy do stołu zasiąść przyjdzie pora,
Nie rób z siebie głodomora.
Nie wymachuj łyżkami.
Nie poluj na mięso widelcami.
Nie baw się jedzeniem,
I kontentuj się milczeniem.
Odnośnie do publicznych spacerów napisała coś takiego:
Po ulicach nie biegaj.
A jeśli spotkasz obcego,
Nie przedstawiaj się sama,
Ku przyzwoitce się skłaniaj.
Gdy przekraczasz kałużę,
nie pokazuj zbyt dużo.
Spódnicę unieś w pół kroku,
Nie trzymaj kostek na widoku.
Powstał również wiersz specjalnie dla Beatrix:
Gdy idziesz w gości,
Zaklinam na wszystkie świętości:
Miej kapelusz i rękawiczki,
I zatrzaskuj powozu drzwiczki
Przede wszystkim, co może piszczeć i dyszeć,
Bo nie powinno ci towarzyszyć.
Niekonwencjonalne podejście zadziałało i dało Poppy i Beatrix na tyle pewności siebie, że mogły wziąć udział w sezonie bez przynoszenia sobie wstydu. Rodzina wychwalała pod niebiosa pannę Marks za jej mądrość. Tylko Leo stwierdził sarkastycznie, że Elizabeth Barrett Browning nie musi obawiać się konkurencji. A panna Marks odparła mu wtedy, że wątpi w lotny umysł Leo i jego zdolność do oceny jakiejkolwiek poezji.
Poppy nie miała pojęcia, dlaczego jej brat i panna Marks okazują sobie tak jawną wrogość.
- Pewnie w tajemnicy się lubią - wyjaśniła jej spokojnie Beatrix.
Poppy tak zdumiała ta idea, że wybuchnęła śmiechem.
- Walczą ze sobą za każdym razem, gdy znajdą się w jednym pokoju, co, dzięki Bogu, nie zdarza się zbyt często. Dlaczego mówisz coś takiego?
- Jeśli weźmiesz pod uwagę rytuały godowe niektórych zwierząt, na przykład fretek, okaże się, że ich zaloty też są dosyć obcesowe...
- Bea, proszę, nie wspominaj głośno o rytuałach godowych - powiedziała Poppy, walcząc z uśmiechem. Jej dziewiętnastoletnia siostra niezmiennie okazywała radosne lekceważenie konwenansom. - Jestem pewna, że to wulgarne, i... A skąd ty w ogóle wiesz cokolwiek o obyczajach godowych?
- Głównie z podręczników weterynarii. I od czasu do czasu coś dojrzę. Zwierzęta nie są zbyt dyskretne, wiesz?
- Pewnie nie. Ale zatrzymaj te uwagi dla siebie, Bea. Gdyby panna Marks cię usłyszała, na pewno ułożyłaby kolejny wiersz do zapamiętania na tę okoliczność.
Bea przyglądała się siostrze przez chwilę niewinnie.
- Młode damy nie kontemplują... sposobów, w jakie zwierzęta prokreują...
- Bo ich przyzwoitka gotowa... jeszcze się zirytować - dokończyła za nią Poppy.
Beatrix uśmiechnęła się szeroko.
- Nie rozumiem, dlaczego mieliby się nie lubić. Leo jest wicehrabią, i to całkiem przystojnym, a panna Marks jest inteligentna i śliczna.
- Nigdy nie słyszałam, by Leo wyraził chęć poślubienia inteligentnej kobiety - stwierdziła Poppy. - Ale zgadzam się, że panna Marks jest śliczna. Zwłaszcza ostatnio. Kiedyś była taka przeraźliwie chuda i blada, a teraz tak ładnie się wypełniła.
- Przybyło jej co najmniej dziesięć funtów - zgodziła się Beatrix. - I wydaje się szczęśliwsza. Gdy ją poznałyśmy, wyglądała tak, jakby miała za sobą jakieś okropne przeżycia.
- Też tak pomyślałam. Ciekawe, czy kiedyś się dowiemy, co to było.
Poppy nie była tego pewna. Gdy jednak tego ranka zobaczyła umęczoną twarz panny Marks, pomyślała, że jej powracające koszmary muszą mieć coś wspólnego z jej tajemniczą przeszłością.
Poppy weszła do garderoby i zaczęła przeglądać rząd schludnych czystych sukni w neutralnych kolorach ze sztywnymi białymi kołnierzykami i mankietami.
- Którą suknię pani podać? - zapytała miękko.
- Którąkolwiek. Wszystko mi jedno.
Poppy wybrała tę z granatowego diagonalu i położyła ją na pomiętej pościeli. Odwróciła głowę, gdy przyzwoitka zdjęła koszulę nocną i nałożyła koszulkę, reformy i pończochy.
Nie chciała kłopotać panny Marks, gdy bolała ją głowa, ale musiała się komuś zwierzyć z wydarzeń tego poranka. Musiała przygotować swą damę do towarzystwa, bo wiadomość o jej poczynaniach, w które zaangażował się też Harry Rutledge, mogła wkrótce ujrzeć światło dzienne.
- Panno Marks - rozpoczęła ostrożnie - nie chcę pogarszać pani bólu głowy, ale muszę pani coś powiedzieć... - Urwała, gdy panna Marks posłała jej krótkie, pełne cierpienia spojrzenie.
- Co się stało, Poppy?
Nie, to nie najlepsza chwila, zdecydowała Poppy w duchu. W zasadzie... czy naprawdę powinna o tym w ogóle wspominać? Przecież zapewne nie zobaczy już nigdy więcej Harry'ego Rutledge'a. Nie bywał on na tych samych przyjęciach co Hathawayowie. I po co miałby przyczyniać kłopotów dziewczynie, której dotychczas nawet nie zauważał? Nie miał nic wspólnego z jej światem, tak jak ona z jego.
- Pobrudziłam czymś stanik mojej różowej muślinowej sukni wczoraj przy kolacji - zaimprowizowała naprędce. - Teraz mam na nim tłustą plamę.
- Och, moja droga. - Panna Marks przerwała sznurowanie gorsetu w połowie. - Rozpuścimy w wodzie trochę amoniaku i spierzemy plamę. Mam nadzieję, że zejdzie.
- Doskonały pomysł.
Czując nieznaczne tylko ukłucie winy, Poppy podniosła porzuconą na łóżku koszulę nocną panny Marks i złożyła ją pieczołowicie.
Rozdział 4
Jake Valentine przyszedł na świat jako filius nullius, syn z nieprawego łoża. Jego matka, Edith, była pokojówką u doskonale prosperującego oksfordzkiego adwokata, a ojcem był tenże adwokat. Chcąc pozbyć się matki i syna za jednym zamachem, adwokat przekupił nieokrzesanego chłopa, by ten ożenił się z Edith. Mając dziesięć lat i dość prześladowań ze strony ojczyma, Jake porzucił dom rodzinny i udał się do Londynu.
Dziesięć lat przepracował w kuźni, gdzie urósł w siłę i zdobył sobie reputację człowieka, który nie boi się ciężkiej pracy i jest godzien zaufania. Jake nie pragnął zbyt wiele od życia. Miał pracę, pełen brzuch, a świat poza Londynem w ogóle go nie interesował.
Pewnego dnia przyszedł do kuźni ciemnowłosy mężczyzna i poprosił Jake'a o rozmowę. Onieśmielony jego wykwintnym ubraniem i wyrafinowanymi manierami Jake odpowiadał cicho na niezliczone pytania dotyczące jego życia i doświadczenia. A potem dżentelmen zdumiał Jake'a, oferując mu posadę swego osobistego służącego z pensją przewyższającą po wielokroć to, co ten zarabiał dotychczas.
Pełen podejrzeń chłopiec zapytał mężczyznę, dlaczego pragnie zatrudnić nowicjusza, któremu brak wykształcenia i ogłady.
- Mógłby pan przecież wybierać spośród najlepszych służących w Londynie - wytknął mu. - Dlaczego więc ktoś taki jak ja?
- Bo ci służący to notoryczni plotkarze, którzy utrzymują znajomości ze służbą najświetniejszych domów Anglii i kontynentu. Wieść głosi, że ty umiesz trzymać gębę na kłódkę, a to cenię sobie wyżej niż doświadczenie. I wyglądasz mi na takiego, który da sobie radę w bójce.
Jake zmrużył powieki.
- A po co pana służący miałby się bić?
Mężczyzna się uśmiechnął.
- Będziesz załatwiał dla mnie różne sprawy. Jedne będą proste, inne nie. Idziesz?
I tak oto Jake rozpoczął pracę dla Jaya Harry'ego Rutledge'a, najpierw jako osobisty służący, potem jako asystent.
Jake nigdy wcześniej nie spotkał kogoś takiego jak ekscentryczny, zdeterminowany, wymagający, manipulujący innymi Rutledge, który rozumiał ludzką naturę lepiej niż ktokolwiek. Wystarczało zazwyczaj kilka minut, by ocenił człowieka z bezbłędną trafnością. Wiedział, jak sprawić, by ludzie spełniali jego życzenia i prawie zawsze osiągał cel.
Jake był przekonany, że mózg Rutledge'a nigdy nie odpoczywa, nawet podczas niezbędnego do życia snu. Jego pracodawca był stale aktywny. Jake nieraz widywał go, jak rozważa jakiś problem w myślach i jednocześnie pisze list albo prowadzi całkiem składną rozmowę. Jego apetyt na wiedzę był nienasycony, miał także doskonałą pamięć. Jeśli Rutledge raz coś zobaczył, przeczytał, czy usłyszał, zostawało to w jego mózgu na zawsze. Ludzie nie byli w stanie go okłamać, a jeśli byli na tyle głupi, by to zrobić, natychmiast ich demaskował.
Nie były mu jednak obce dobroć i szacunek dla innych, rzadko też wpadał w gniew. Jake nie był jednak pewien, czy na kimkolwiek w życiu mu zależy. W głębi serca Rutledge był zimny jak lodowiec. Chłopak wiedział o nim wiele, ale w zasadzie pozostawali sobie obcy.
To jednak nie miało znaczenia. Jake był gotów oddać za niego życie. Hotelarz zaskarbiał sobie lojalność swoich służących uczciwym traktowaniem i hojnym uposażeniem w zamian za ciężką pracę. Oczekiwał od nich tylko jednego - by zagorzale strzegli jego prywatności. Rutledge przyjaźnił się z najwyżej postawionymi osobami w państwie, ale rzadko dyskutował o tych znajomościach. Był także niezwykle skrupulatny w doborze ludzi, których dopuszczał do siebie bliżej.
Kobiety oblegały go, rzecz jasna... Jego szalejąca energia często znajdowała upust w ramionach różnych piękności. Gdy jednak dama dawała choćby pozór uczucia, Jake był delegowany do jej posiadłości z listem, który zrywał wszelkie kontakty. Innymi słowy, do obowiązków Jake'a należało kojenie łez, gniewu i innych skomplikowanych emocji, których Rutledge nie tolerował. A Jake współczułby tym damom, gdyby za listem nie postępował zazwyczaj monstrualnie kosztowny prezent w postaci biżuterii, która miała ułagodzić zranioną dumę.
Do pewnych dziedzin życia Rutledge'a kobiety nie miały dostępu. Nie pozwalał im bywać w swoich prywatnych apartamentach, nie wpuszczał ich także do swojego pokoju osobliwości. To tam Rutledge rozmyślał nad najbardziej złożonymi kwestiami. Gdy nie mógł spać, siadywał przy stole kreślarskim i bawił się swoimi automatami, pracując na częściach od zegarka, skrawkach papieru i drutach, dopóki nie uspokoił swego nadpobudliwego mózgu.
Gdy więc pokojówka dyskretnie doniosła Jake'owi, że młoda dama odwiedziła Rutledge'a w tym właśnie pokoju, chłopak od razu pojął, że stało się coś ważnego.
W pośpiechu dokończył śniadanie, na które składały się pasta jajeczna i chrupiący smażony bekon. Normalnie jadłby powoli, rozkoszując się strawą, nie mógł się jednak spóźnić na poranne spotkanie z Rutledge'em.
- Nie tak szybko - powiedział Andre Broussard, szef kuchni, którego Rutledge podkradł francuskiemu ambasadorowi dwa lata wcześniej. Broussard był chyba jedynym pracownikiem hotelu, który sypiał jeszcze mniej niż Rutledge. Młody mistrz był znany z tego, że wstaje o trzeciej nad ranem, by odwiedzić targ, gdzie osobiście wybierał najlepsze produkty. Miał jasne włosy i był drobnej postury, ale cechowała go dyscyplina i silna wola generała armii.
Przerwał na chwilę ubijanie sosu i spojrzał z rozbawieniem na Jake'a.
- Może spróbujesz pogryźć, Valentine?
- Nie mam na to czasu - odparł Jake, odkładając serwetkę. - Mam odebrać poranną listę od pana Rutledge'a za... - Przerwał, by spojrzeć na zegarek. - Za dwie i pół minuty.
- Ach, tak, poranna lista. - Mistrz wykrzywił wargi, parodiując swego pracodawcę. - Valentine, chcę, byś zaaranżował wieczorek na cześć portugalskiego ambasadora we wtorek. Ma się zakończyć pokazem pirotechnicznym. Potem pędź do biura patentowego z rysunkami mojego najnowszego wynalazku. A w drodze powrotnej zatrzymaj się na Regent Street i kup sześć batystowych francuskich chusteczek, gładkich, bez wzoru, i Boże broń, bez koronki...
- Wystarczy, Broussard - przerwał mu Jake, walcząc z uśmiechem.
Kucharz wrócił do mieszania sosu.
- A tak na marginesie, Valentine... gdy dowiesz się, kim była ta dziewczyna, wróć tu natychmiast i mi powiedz. W zamian może pozwolę ci zbliżyć się do wózka z wypiekami, zanim poślę go do jadalni.
Jake rzucił mu surowe spojrzenie, mrużąc brązowe oczy.
- Jaka dziewczyna?
- Doskonale wiesz, jaka. Ta, z którą pan Rutledge spotkał się dziś rano.
Jake zmarszczył brwi.
- Kto ci powiedział?
- Co najmniej trzy osoby wspomniały o tym w ciągu ostatniej pół godziny. Wszyscy o tym mówią.
- Personel Rutledge nie może plotkować.
Broussard wywrócił oczami.
- Z osobami z zewnątrz, tak. Ale pan Rutledge nie mówił nigdy, że nie wolno nam plotkować między sobą.
- Nie rozumiem, dlaczego obecność dziewczyny w pokoju osobliwości wzbudza takie zainteresowanie.
- Cóż... może dlatego, że Rutledge nigdy żadnej tam nie wpuścił? A może dlatego, że wszyscy, którzy dla niego pracują, modlą się, by znalazł sobie w końcu żonę, która odwróci jego uwagę na tyle, by przestał ciągle się we wszystko mieszać.
Jake potrząsnął głową z żalem.
- Wątpię, czy on kiedykolwiek się ożeni. Hotel to jego kochanka.
Kucharz spojrzał na niego protekcjonalnie.
- A co ty tam wiesz. Pan Rutledge ożeni się, gdy znajdzie odpowiednią kobietę. Jak mawiają moi rodacy: ciężko znaleźć dobrą żonę i dobrego melona. - Przez chwilę obserwował, jak Jake zapina marynarkę i poprawia fular. - Wróć z informacjami, mon ami.
- Wiesz, że nigdy nie omawiam detali prywatnego życia Rutledge'a.
Broussard westchnął.
- Lojalny aż do przesady. Podejrzewam, że gdyby Rutledge zlecił ci morderstwo, wykonałbyś je? - Pytanie zadane zostało lekkim tonem, ale w oczach kucharza mignęła troska.
Nikt, nawet Jake, nie był do końca pewien, do czego zdolny jest Rutledge i jak daleko posunąłby się chłopak w swoim posłuszeństwie.
- Nie poprosił mnie o to - odrzekł Jake i dodał po chwili z iskierką humoru: - Jeszcze.
Gdy spieszył tylnymi schodami do prywatnego apartamentu z mnóstwem pokoi na trzecim piętrze, mijał po drodze wielu pracowników. Te schody i wejścia na tyłach hotelu służyły personelowi i dostawcom. Kilka osób próbowało zatrzymać Jake'a swoimi problemami i troskami, ale on tylko potrząsał głową i przyspieszał kroku. Nigdy nie spóźniał się na poranne spotkania z Rutledge'em. Konsultacje były zazwyczaj krótkie, nie trwały dłużej niż kwadrans, ale pryncypał bezwzględnie domagał się punktualności.
Jake zatrzymał się na chwilę przed drzwiami apartamentu, po czym wszedł bezszelestnie do małego prywatnego holu wyłożonego marmurem i ozdobionego bezcennymi dziełami sztuki. Wewnętrzny korytarz wiódł do ukrytej klatki schodowej, by Rutledge nie musiał używać głównego wejścia do hotelu. Właściciel hotelu lubił wiedzieć wszystko o wszystkich, ale sam trzymał się na uboczu. Większość posiłków spożywał samotnie, wychodził i wracał, kiedy mu się podobało, przed nikim się nie opowiadał.
Jake zapukał i czekał, dopóki nie usłyszał stłumionego zaproszenia.
Wszedł do apartamentu składającego się z czterech pokoi, który można było rozszerzyć nawet do piętnastu.
- Dzień dobry, panie Rutledge - powiedział.
Hotelarz siedział przy masywnym mahoniowym biurku wyposażonym w szafkę pełną szuflad i skrytek. Mebel jak zwykle zasłany był papierami, książkami, korespondencją, wizytówkami, pieczęciami i przyborami do pisania. Rutledge zaklejał właśnie list, przyciskając pieczęć do kropli gorącego wosku.
- Dzień dobry, Valentine. Jak spotkanie personelu?
Jake podał mu plik codziennych raportów od zarządców.
- Wszystko idzie gładko, przynajmniej w większości. Było kilka problemów z grupą dyplomatów z Nagaraja.
- Doprawdy?
Malutkie księstwo Nagaraja, wciśnięte pomiędzy Birmę i Syjam, właśnie zostało brytyjskim sojusznikiem. Brytyjczycy zaoferowali Nagarajczykom pomoc w powstrzymaniu wdzierających się na ich terytorium Syjamczyków, a teraz chcieli uczynić kraj swoim protektoratem. Przypominało to sytuację, w której lew trąca cię łapą, a następnie zapewnia, że jesteś całkiem bezpieczny. Brytyjczycy byli obecnie w stanie wojny z Birmą i zajmowali prowincje na lewo i prawo, a Nagarajczycy żywili wciąż jeszcze desperacką nadzieję, że uda im się zachować niezależność. W tym celu wysłali do Anglii z misją dyplomatyczną trzech wysoko postawionych posłów i masę kosztownych podarków dla królowej Wiktorii.
- Kierownik recepcji musiał trzykrotnie zamieniać im pokoje - wyjaśnił Jake.
Rutledge uniósł brwi.
- Był jakiś problem z pokojami?
- Nie z samymi pokojami... z ich numerami, które zgodnie z wierzeniami Nagarajczyków były niepomyślne. Ostatecznie oddaliśmy im apartament dwieście osiemnaście. Wkrótce potem kierownik drugiego piętra wyczuł dym wydobywający się spod drzwi apartamentu. Najwyraźniej odprawiali jakąś ceremonię z okazji znalezienia się na nowej ziemi, której elementem było rozpalenie ogniska na tacy z brązu. Niestety ogień wymknął się spod kontroli i strawił dywan.
Wargi Rutledge'a wygięły się w uśmiechu.
- O ile wiem, Nagarajczycy mają ceremonię na każdą okazję. Dopilnuj, by znaleziono im odpowiednie miejsce, w którym będą mogli rozpalać tyle świętych ognisk, ile będą chcieli, bez ryzyka, że puszczą hotel z dymem.
- Dobrze, proszę pana.
Rutledge przekartkował raporty zarządców.
- Jakie mamy obecnie obłożenie? - zapytał, nie podnosząc głowy.
- Dziewięćdziesiąt pięć procent.
- Doskonale. - Rutledge wrócił do raportów.
Jake rzucił okiem na biurko. Zauważył list adresowany do panny Poppy Hathaway od pana Michaela Bayninga.
Jak Rutledge wszedł w posiadanie listu? Poppy Hathaway... jej rodzina zatrzymywała się w tutaj w sezonie. Tak jak inne arystokratyczne rodziny, które nie miały własnej rezydencji w mieście, byli zobligowani do wynajęcia umeblowanego domu, bądź pobytu w prywatnym hotelu. Hathawayowie byli lojalnymi gośćmi Rutledge już od trzech lat. Czy to możliwe, by Poppy była tajemniczą dziewczyną, z którą hotelarz spotkał się tego ranka?
- Valentine - rzekł niezobowiązującym tonem Rutledge. - Jedno z krzeseł w pokoju osobliwości wymaga ponownego obicia. Rano zdarzył się tam mały wypadek.
Jake wiedział, że pracodawca nie lubi pytań, ale tym razem nie zdołał się powstrzymać.
- Jakiego rodzaju wypadek, proszę pana?
- Fretka. Chyba próbowała uwić gniazdo w siedzisku.
Fretka? Hathawayowie na pewno byli w to zaangażowani.
- Czy zwierzę nadal jest na wolności? - zapytał Jake.
- Nie, zostało złapane.
- Przez jedną z sióstr Hathaway? - dopytywał chłopak.
W zielonych oczach mignęło ostrzeżenie.
- Tak. - Rutledge odłożył raporty na bok i odchylił się na oparcie. Wydawał się rozluźniony, ale palcami wciąż bębnił w blat biurka. - Mam dla ciebie kilka spraw, Valentine. Najpierw pójdziesz do rezydencji lorda Andovera przy Upper Brook Street. Zaaranżujesz dla mnie prywatne spotkanie z lordem w przeciągu kolejnych dwóch dni, najlepiej tutaj. Daj im jasno do zrozumienia, że nikt nie może o tym wiedzieć i przekonaj Andovera, że to sprawa najwyższej wagi.
- Dobrze, proszę pana. - Jake nie sądził, by mógł napotkać jakieś problemy. Gdy Harry Rutledge chciał się z kimś spotkać, jego życzenie spełniano niezwłocznie. - Lord Andover jest ojcem pana Michaela Bayninga?
- Tak.
Co tu się, u diabła, dzieje?
- Następnie zaniesiesz to - Rutledge podał Jake'owi plik dokumentów ściśnięty skórzanym sznurkiem - panu Geraldowi z Ministerstwa Wojny. Przekaż to do rąk własnych. A potem pójdziesz do Watherstona i kupisz na mój rachunek naszyjnik lub bransoletkę. Coś ładnego, Valentine. I dostarczysz to do rezydencji pani Rawlings.
- Z wyrazami szacunku? - zapytał z nadzieją Jake.
- Nie, z tym biletem. - Rutledge podał mu zalakowaną kopertę. - Muszę się jej pozbyć.
Jake zmarkotniał. Boże. Kolejna scena.
- Wolałbym udać się do wschodniego Londynu i dać się obić ulicznym złodziejom, proszę pana.
Na twarz Rutledge'a wypłynął uśmiech.
- Tydzień się jeszcze nie skończył.
Jake posłał pracodawcy wymowne spojrzenie i wyszedł.
Poppy doskonale wiedziała, że ma swoje plusy i minusy, jeśli chodzi o małżeństwo.
Na poczet plusów należało zaliczyć jej fakt, że miała zamożnych krewnych, co oznaczało pokaźny posag.
Na poczet minusów natomiast to, że Hathawayowie nie byli dystyngowani, a w ich żyłach nie płynęła błękitna krew, mimo tego, że Leo miał tytuł.
Była atrakcyjna. Ale też gadatliwa i niezdarna, często jednocześnie, a gdy się denerwowała, obie przypadłości się pogłębiały.
Arystokracja nie mogła jednak pozwalać sobie na taką wybredność, jak kiedyś. Potęga parów rozwiewała się powoli, a do głosu dochodziła klasa przedsiębiorców i kupców. Coraz częściej zawierano małżeństwa pomiędzy bogatymi plebejuszami a zubożałą arystokracją. Parowie musieli godzić się na zatykanie nosa i mieszanie się z tymi niżej urodzonymi.
Tyle że ojciec Michaela Bayninga, wicehrabia, był człowiekiem wysokich standardów, zwłaszcza jeśli w grę wchodziła przyszłość syna.
- Wicehrabia będzie musiał wziąć pod uwagę ten związek - wyjaśniła Poppy panna Marks. - Może i posiada nienaganny rodowód, ale jego fortuna kuleje. Jego syn musi pojąć za żonę dziewczynę z zamożnego domu. Równie dobrze może to być Hathawayówna.
- Mam nadzieję, że masz rację - odparła wtedy z uczuciem Poppy.
Nie miała wątpliwości, że jako żona Michaela Bayninga będzie szczęśliwa. Był inteligentny, czuły, skory do śmiechu... urodzony i wychowany jako dżentelmen. Kochała go - uczucie nie buchało z niej żarem namiętności, lecz płonęło ciepłym, spokojnym ogniem. Uwielbiała jego usposobienie, pewność siebie nieskażoną nawet cieniem arogancji i jego wygląd, choć dama nie powinna przyznawać się do takich rzeczy. Michael miał gęste kasztanowe włosy i ciepłe brązowe oczy, a jego sylwetka była wysoka i foremna.
Gdy Poppy go poznała, wszystko wydało się jej wręcz zbyt łatwe... Zakochała się w mgnieniu oka.
- Mam nadzieję, że pani ze mną nie igra - powiedział jej Michael pewnego wieczoru, gdy spacerowali po galerii jednej z londyńskich posiadłości na proszonym wieczorku. - To znaczy, mam nadzieję, że nie pomyliłem się, biorąc pani uprzejmość za coś znaczącego. - Przystanął przed dużym krajobrazem w oleju. - Prawda jest taka, panno Hathaway... Poppy... że każda minuta spędzona w pani towarzystwie dostarcza mi takiej radości, że z trudem znoszę rozstania.
Spojrzała na niego ze zdumieniem.
- Czy to możliwe? - szepnęła.
- Że cię kocham? - szepnął Michael w odpowiedzi, uśmiechając się cierpko. - Poppy Hathaway, ciebie nie da się nie kochać.
Odetchnęła drżąco, całe jej ciało wypełniło się radością.
- Panna Marks nie powiedziała mi, co dama powinna uczynić w takiej sytuacji.
Michael uśmiechnął się szerzej i pochylił się ku niej, jakby chciał jej powierzyć jakiś sekret.
- Powinnaś dać mi jakiś dyskretny znak zachęty.
- Ja też cię kocham.
- To nie było dyskretne. - Jego brązowe oczy rozbłysły. - Ale bardzo miłe.
O oficjalnych zalotach nie mogło być mowy. Ojciec Michaela, wicehrabia Andover, był bardzo opiekuńczy w stosunku do syna. Dobry człowiek, powiedział Michael, ale surowy. Michael poprosił o czas, by mógł przekonać wicehrabiego o słuszności tego mariażu. Poppy była gotowa dać mu go tyle, ile tylko potrzeba.
Pozostali Hathawayowie nie byli jednak tak ulegli. Dla nich Poppy była skarbem i zasługiwała na to, by zalecać się do niej otwarcie i z dumą.
- Czy mam omówić tę kwestię z Andoverem? - zapytał Cam pewnego wieczoru, gdy całą rodziną odpoczywali w swoim apartamencie po kolacji. Spoczywał na sofie obok Amelii, która trzymała w ramionach ich sześciomiesięczne dziecko. Dla gadziów chłopiec nazywał się Ronan Cole, ale rodzina używała jego romskiego imienia: Rye.
Poppy i panna Marks zajmowały drugą sofę, a Beatrix bawiła się przy kominku ze swoim jeżem, Meduzą. Dodger leżał w swoim koszyku nadąsany z powodu nauczki, którą dała mu Meduza, gdy próbował bawić się jej kolcami.
Poppy z namysłem zmarszczyła brwi, odrywając wzrok od swojej robótki.
- To by niewiele dało - powiedziała z żalem szwagrowi. - Znam twój dar przekonywania... ale Michael bardzo stanowczo wyraża się na temat sposobów radzenia sobie z ojcem.
Cam popadł w zamyślenie. Z czarnymi zbyt długimi włosami, lśniącą miodową skórą i diamentowym kolczykiem w uchu wyglądał bardziej jak pogański książę niż biznesmen, który dorobił się fortuny w przemyśle. Od swego ślubu z Amelią Rohan był de facto głową rodziny Hathawayów. Żaden mężczyzna nie byłby w stanie panować nad tą niepokorną gromadką tak zręcznie jak on. Jego tabor, jak ich nazywał.
- Siostrzyczko - rzekł do Poppy swobodnie - Romowie powiadają, że bez światła słonecznego drzewo nie wyda owoców. Nie widzę powodu, dla którego Bayning miałby nie poprosić o pozwolenie na zalecanie się do ciebie otwarcie, tak jak to zazwyczaj robią gadziowie.
- Cam, wiem, że Romowie mają... cóż, bardziej bezpośrednie podejście do zalotów...
Amelia zdusiła śmiech. Cam z rozmysłem ją zignorował. Panna Marks spojrzała na nich z przerażeniem, najwyraźniej nie mając pojęcia, że cygańska tradycja zalotów zakłada porwanie kobiety z jej łóżka.
- Ale wiesz równie dobrze jak i my - kontynuowała Poppy - że dla brytyjskiej arystokracji sprawa jest bardziej złożona.
- W zasadzie - wtrąciła sucho Amelia - brytyjska arystokracja negocjuje małżeństwo równie romantycznie jak transakcje bankowe.
Poppy spojrzała z wyrzutem na starszą siostrę.
- Amelio, po czyjej ty jesteś stronie?
- Zawsze po twojej. - Niebieskie oczy Amelii napełniły się troską. - I dlatego nie darzę zaufaniem tych ukradkowych zalotów... oddzielnie przybywacie na przyjęcia, nigdy nie zabiera ciebie i panny Marks na przejażdżki powozem... jakby się ciebie wstydził. Jakbyś była kompromitującym sekretem.
- Wątpisz w szczerość intencji pana Bayninga?
- Ależ skąd. Ale nie podobają mi się jego metody.
Poppy westchnęła lekko.
- Nie jestem konwencjonalnym wyborem dla syna para. I dlatego pan Bayning musi postępować z rozwagą.
- Jesteś najbardziej konwencjonalną osobą w całej rodzinie.
Poppy spojrzała na siostrę ponuro.
- Status najbardziej konwencjonalnego Hathawaya to raczej nie powód do dumy.
Zirytowana Amelia zwróciła się do damy do towarzystwa.
- Panno Marks, moja siostra jest przekonana, że jej rodzina jest tak cudaczna, tak odmienna od reszty, że pan Bayning po prostu musi uciekać się do tych wszystkich podejrzanych środków, bo nie może po prostu stanąć przed wicehrabią i oznajmić mu otwarcie: "Ojcze, zamierzam poślubić Poppy Hathaway i proszę cię o błogosławieństwo". Czy mogłaby mi pani wyjaśnić, dlaczego pan Bayning musi być taki ostrożny?
Chyba po raz pierwszy w życiu pannie Marks zabrakło słów.
- Nie męcz panny Marks, Amelio - odparła Poppy. - Fakty są takie: ty i Win wyszłyście za Cyganów, Leo jest notorycznym hulaką, Beatrix ma więcej zwierząt niż Królewskie Towarzystwo Zoologiczne, a ja jestem towarzyską niezgrabą i nie umiem nawet prowadzić poprawnej konwersacji. Naprawdę tak trudno zrozumieć, dlaczego pan Bayning chce przekazać ojcu tę nowinę możliwie najdelikatniej?
Amelia spojrzała na siostrę tak, jakby zamierzała się sprzeczać, ale mruknęła tylko:
- Moim zdaniem poprawne konwersacje są szalenie nudne.
- Moim też - zgodziła się Poppy ponuro. - I na tym polega problem.
Beatrix oderwała wzrok od swojego jeża, który zwinął się w kulkę w jej dłoniach.
- A czy pan Bayning umie prowadzić ciekawą rozmowę?
- Nie musiałabyś pytać - odparła Amelia - gdyby ośmielił się złożyć nam wizytę.
- Chciałabym zasugerować - wtrąciła panna Marks pospiesznie, nie dając Poppy szansy na ripostę - byśmy jako rodzina zaprosili pana Bayninga na wystawę kwiatów pojutrze w Chelsea. Będziemy mogli dzięki temu spędzić z nim popołudnie i upewnić się o prawdziwości jego intencji.
- To cudowny pomysł - zawołała Poppy. Wspólna wizyta na wystawie kwiatów była znacznie bardziej niewinna i dyskretna niż wizyta Michaela w apartamencie Hathawayów w Rutledge. - Jestem pewna, że rozmowa z panem Bayningiem rozwieje twoje zmartwienia, Amelio.
- Mam nadzieję - odparła kobieta, najwyraźniej wciąż nieprzekonana. Pomiędzy jej cienkimi brwiami pojawiła się mała zmarszczka. Zwróciła się do panny Marks. - Jako przyzwoitka Poppy miała pani znacznie więcej okazji do spotkań z tym sekretnym zalotnikiem niż ja. Co pani o nim sądzi?
- Z moich obserwacji wynika, że pan Bayning to szanowany, honorowy dżentelmen. Ma nieposzlakowaną opinię, nie posądzano go nigdy o uwodzenie kobiet, rozrzutność czy wszczynanie bójek. Jednym słowem, jest całkowitym przeciwieństwem lorda Ramsaya.
- To dobrze o nim świadczy - stwierdził ponuro Cam. W jego złocistoorzechowych oczach mignął psotny ognik, gdy spojrzał na żonę. Porozumieli się bez słów. - Może wyślesz mu zaproszenie, monisha?
Miękkie wargi Amelii rozciągnęły się w sardonicznym uśmiechu.
- Zamierzasz dobrowolnie wziąć udział w wystawie kwiatów?
- Przecież lubię kwiaty.
- Tak, gdy kwitną na łąkach i moczarach. Nie znosisz natomiast ich widoku na uporządkowanych rabatach i schludnych małych grządkach.
- Przez jedno popołudnie mogę je tolerować - zapewnił żonę Cam, bawiąc się leniwie puklem włosów, opadającym na jej szyję. - Zakładam, że wysiłek się opłaci, jeśli w efekcie zyskamy krewnego pokroju Bayninga. - Uśmiechnął się kpiąco. - Przydałby się nam choć jeden godny szacunku mężczyzna w rodzinie, nie sądzisz?
Rozdział 5
Pan Bayning otrzymał zaproszenie już następnego dnia i ku ogromnej radości Poppy natychmiast je zaakceptował.
- Teraz to już tylko kwestia czasu - powiedziała Poppy Beatrix, z trudem powstrzymując się, by nie skakać jak Dodger. - Zostanę żoną Michaela Bayninga. Kocham go, kocham wszystkich i wszystko... Kocham nawet twoją śmierdzącą starą fretkę, Bea!
Poppy i Beatrix przygotowywały się do spaceru. Był ciepły słoneczny dzień, a hotelowe ogrody zalały się powodzią kwiatów.
- Nie mogę się doczekać wyjścia - oznajmiła Poppy, wyglądając przez okno na rozległe klomby. - Kwiaty są prawie tak piękne jak w Hampshire.
- Nie zgadzam się - stwierdziła Beatrix. - Są zbyt uporządkowane. Ale lubię spacerować po ogrodzie różanym Rutledge. Powietrze pachnie w nim tak słodko. Wiesz, rozmawiałam z głównym ogrodnikiem kilka dni temu, gdy wyszłam na spacer z Camem i Amelią. Zdradził mi swój sekretny sposób na piękne i zdrowe róże.
- Jaki to sposób?
- Wywar z ryb, ocet i odrobina cukru. Opryskuje je taką mieszanką, zanim zakwitną. Uwielbiają to.
Poppy zmarszczyła nos.
- Cóż za odrażająca mikstura.
- Ogrodnik powiedział, że stary pan Rutledge wyjątkowo ceni róże, a część najbardziej egzotycznych w jego ogrodzie to podarunki od różnych osób. Lawendowe są na przykład z Chin, te czerwone z Francji, a...
- Stary pan Rutledge?
- Cóż, ogrodnik nie powiedział, że pan Rutledge jest stary, ale... po prostu nie umiem myśleć o nim inaczej.
- Dlaczego?
- Jest taki strasznie tajemniczy, nikt go nigdy nie widuje. Przypominają mi się historie o szalonym starym królu Jerzym, zamkniętym w swoich apartamentach w Windsorze. - Beatrix uśmiechnęła się radośnie. - Może trzymają pana Rutledge'a na strychu.
- Bea - szepnęła Poppy nagląco, przepełniona potrzebą zwierzenia się komuś. - Zaraz pęknę, jeśli ci czegoś nie powiem, ale to tajemnica.
W oczach jej siostry błysnęło zainteresowanie.
- Co to takiego?
- Najpierw obiecaj mi, że nikomu nie powiesz.
- Obiecuję.
- Przysięgnij na coś.
- Przysięgam na świętego Franciszka, patrona wszystkich zwierząt. - Widząc wahanie Poppy, Beatrix dodała z entuzjazmem: - Gdyby porwała mnie banda piratów na swój statek i groziła mi, że każą mi skoczyć z trapu prosto w paszcze wygłodniałych rekinów, jeśli nie wydam twojej tajemnicy, i tak bym im nie powiedziała. Gdyby związał mnie jakiś łotr i rzucił pod kopyta galopujących koni zakutych w żelazo, a jedynym ratunkiem przed stratowaniem byłoby wydanie twojej tajemnicy, i tak bym mu nie powiedziała. Gdyby...
- Dobrze, przekonałaś mnie - przerwała jej Poppy z uśmiechem. Zaciągnęła siostrę w kąt pokoju. - Poznałam pana Rutledge'a - powiedziała.
Oczy Beatrix zaokrągliły się ze zdziwienia.
- Naprawdę? Kiedy?
- Wczoraj rano. - Poppy opowiedziała jej całą historię, opisując dokładnie sekretny korytarz, pokój osobliwości i samego pana Rutledge'a. Pominęła tylko kwestię pocałunku, bo jeśli o nią chodziło, nie miał on w ogóle miejsca.
- Tak cię przepraszam za Dodgera - oznajmiła płomiennie Beatrix. - Przepraszam w jego imieniu.
- Nic się nie stało, Bea. Chociaż... Szkoda, że zgubił list. Dopóki jednak nikt go nie znajdzie, nie będzie chyba problemów.
- Więc pan Rutledge nie jest zniedołężniałym szaleńcem? - zapytała Beatrix z nutą rozczarowania w głosie.
- Ależ skąd.
- A jak wygląda?
- Jest całkiem przystojny. Bardzo wysoki, i...
- Tak wysoki jak Merripen?
Kev Merripen zamieszkał z Hathawayami po tym, jak jego tabor został zaatakowany przez Anglików, którzy chcieli przepędzić Cyganów ze swej ziemi. Rannego chłopca porzucono przy rzece na pewną śmierć, ale Hathawayowie go znaleźli i już z nimi został. Niedawno ożenił się z ich starszą siostrą, Winnifred. Merripen podjął się trudu zarządzania posiadłością Ramsay pod nieobecność Leo. Nowożeńcy byli bardzo szczęśliwi z tego, że sezon mogą spędzić w Hampshire, rozkoszując się pięknem i względną prywatnością Ramsay House.
- Nikt nie jest tak wysoki jak Merripen - stwierdziła Poppy. - Ale pan Rutledge i tak jest wysoki, ma ciemne włosy i przeszywające zielone oczy... - Poczuła ucisk w żołądku, gdy je sobie przypomniała.
- Polubiłaś go?
Poppy się zawahała.
- Pan Rutledge jest... niepokojący. Bardzo czarujący, ale widać po nim, że stać go dosłownie na wszystko. Jak upadły anioł z wiersza Williama Blake'a.
- Szkoda, że go nie spotkałam - oznajmiła tęsknie Beatrix. - I szkoda, że nie widziałam jego pokoju osobliwości. Zazdroszczę ci, Poppy. Mnie od tak dawna nie przydarzyło się nic interesującego.
Poppy roześmiała się cicho.
- Przecież właśnie bierzesz udział w londyńskim sezonie.
Beatrix wywróciła oczami.
- Londyński sezon jest równie interesujący co wyścigi ślimaków. W styczniu. Martwych ślimaków nawet.
- Dziewczęta, jestem gotowa - dobiegł ich radosny głos panny Marks, która zaraz potem weszła do pokoju. - Weźcie parasolki, nie chcecie przecież opalić buzi.
Wszystkie trzy opuściły apartament i pełnym godności krokiem ruszyły długim korytarzem. Zanim zdążyły jednak dotrzeć do schodów, dobiegł ich zgiełk zupełnie nielicujący z godnością hotelu.
Męskie głosy mieszały się w powietrzu - niektóre wzburzone, a jeden naprawdę rozgniewany. Słychać było też obcy akcent, ciężkie dudnienie i dziwne metaliczne grzechotanie.
- Co do diabła... - mruknęła panna Marks pod nosem.
Wyszły zza rogu i zatrzymały się gwałtownie na widok pół tuzina mężczyzn ściśniętych przy kuchennej windzie. Powietrze rozdarł przeraźliwy wrzask.
- Czy to kobieta? - zapytała Poppy, blednąc. - Dziecko?
- Zostańcie tutaj - poleciła im panna Marks. - Spróbuję dowiedzieć się...
Wszystkie trzy wzdrygnęły się, słysząc kolejną serię wrzasków, w których wyraźnie pobrzmiewała panika.
- To dziecko - powiedziała Poppy, ruszając do przodu mimo wyraźnego zakazu panny Marks. - Musimy mu pomóc.
Beatrix ją wyprzedziła.
- To nie dziecko - zawołała przez ramię. - To małpka!