Pokochaj mnie. Tom 3 - Lisa Kleypas

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Lon­dynHo­tel Ru­tledgeMaj 1852 roku

Na­dzieje Poppy Ha­tha­way na przy­zwo­ite mał­żeń­stwo wła­śnie miały zo­stać zni­we­czone - i to przez małą fretkę.

Nie­stety Poppy rzu­ciła się w po­ścig za Do­dge­rem po ko­ry­ta­rzach ho­telu Ru­tledge, za­nim przy­po­mniała so­bie pe­wien istotny fakt: dla tego zwie­rzę­cia pro­sta li­nia ozna­czała za­zwy­czaj co naj­mniej sie­dem zyg­za­ków.

- Do­dger - wy­rzu­ciła z sie­bie ko­bieta de­spe­rac­kim to­nem. - Wra­caj. Dam ci cia­steczko. Wszyst­kie moje wstążki do wło­sów, co­kol­wiek! Albo zro­bię z cie­bie etolę...

Przy­się­gła so­bie, że gdy tylko zła­pie ulu­bieńca sio­stry, po­in­for­muje kie­row­nic­two Ru­tledge, że Be­atrix prze­trzy­muje w ich ro­dzin­nym apar­ta­men­cie dzi­kie stwo­rze­nia, na­ru­sza­jąc tym sa­mym re­gu­la­min ho­telu. Oczy­wi­ście, mo­gło to po­cią­gnąć za sobą usu­nię­cie siłą z bu­dynku ca­łego klanu Ha­tha­wayów, ale w tej chwili Poppy wcale o to nie dbała.

Do­dger ukradł list mi­ło­sny, który Poppy otrzy­mała tego ranka od Mi­cha­ela Bay­ninga i obec­nie nic na świe­cie nie li­czyło się dla niej bar­dziej niż od­zy­ska­nie li­stu. Bra­ko­wało tylko, by Do­dger ukrył bi­le­cik w pu­blicz­nym miej­scu, gdzie każdy mógłby go zna­leźć. Wtedy szanse Poppy na po­ślu­bie­nie sza­no­wa­nego i bez­dy­sku­syj­nie naj­cu­dow­niej­szego mło­dego dżen­tel­mena na świe­cie zo­sta­łyby bez­pow­rot­nie utra­cone.

Do­dger bie­gał po peł­nych prze­py­chu ko­ry­ta­rzach Ru­tledge, za­ta­cza­jąc pę­tle i cały czas po­zo­sta­wał poza jej za­się­giem. List trzy­mał dłu­gimi przed­nimi zę­bami.

Mknąc za nim, Poppy mo­dliła się, by nikt jej nie zo­ba­czył. Ho­tel miał co prawda nie­po­szla­ko­waną opi­nię, ale przy­zwo­ita młoda dama ni­gdy nie opusz­czała swo­jego apar­ta­mentu bez eskorty. A jej dama do to­wa­rzy­stwa, panna Marks, wciąż jesz­cze le­żała w łóżku. Be­atrix na­to­miast wy­brała się na prze­jażdżkę z ich sio­strą, Ame­lią.

- Za­pła­cisz mi za to, Do­dger!

To psotne stwo­rze­nie żyło w prze­ko­na­niu, że świat stwo­rzony zo­stał dla jego roz­rywki. Mu­siał zaj­rzeć do każ­dego ko­sza i po­jem­nika, nie prze­pu­ścił żad­nej poń­czo­sze, grze­bie­niowi i chu­s­teczce. Do­dger kradł rze­czy oso­bi­ste i zo­sta­wiał je w ster­tach pod krze­słami i so­fami, uci­nał so­bie drzemki w szu­fla­dach z czy­stą bie­li­zną, a w swoim nie­po­słu­szeń­stwie był tak za­bawny, że cała ro­dzina Ha­tha­wayów przy­my­kała oczy na jego wy­stępki.

Gdy Poppy zwra­cała uwagę na jego skan­da­liczne za­cho­wa­nie, Be­atrix za­wsze prze­pra­szała i obie­cy­wała, że Do­dger już ni­gdy tego nie zrobi, a po­tem była szcze­rze zdu­miona, gdy oka­zy­wało się, że fretka w ogóle nie zważa na jej żar­liwe ka­za­nia. Poppy ko­chała młod­szą sio­strę i tylko dla niej to­le­ro­wała to okropne stwo­rze­nie.

Tym ra­zem jed­nak Do­dger po­su­nął się za da­leko. Fretka przy­sta­nęła w ką­cie, obej­rzała się, by spraw­dzić, czy na­dal jest ści­gana i w ra­do­snym pod­nie­ce­niu od­tań­czyła mały ta­niec wo­jenny, skła­da­jący się z se­rii pod­sko­ków, które wy­ra­żały czy­stą roz­kosz. Poppy na­dal za­mie­rzała go za­mor­do­wać, ale nie mo­gła nie za­uwa­żyć, jaki Do­dger jest uro­czy.

- I tak zgi­niesz - oznaj­miła, pod­cho­dząc do niego naj­spo­koj­niej, jak tylko umiała. - Od­daj mi list.

Fretka prze­mknęła przez ko­lum­na­dową klatkę scho­dową, skon­stru­owaną tak, by wpusz­czać do środka jak naj­wię­cej świa­tła sło­necz­nego na wszyst­kie trzy pię­tra ho­telu. Poppy za­częła się za­sta­na­wiać, jak długo jesz­cze bę­dzie mu­siała go ści­gać. Do­dger ni­gdy się nie mę­czył, a Ru­tledge był ogromny - zaj­mo­wał pięć ka­mie­nic w dziel­nicy te­atrów.

- Tak wła­śnie - mruk­nęła pod no­sem - wy­gląda ży­cie Ha­tha­waya. Nie­szczę­śliwe wy­padki... dzi­kie zwie­rzęta... po­żary... klą­twy... skan­dale...

Poppy go­rąco ko­chała swą ro­dzinę, ale ma­rzyła o ci­chym, nor­mal­nym ży­ciu, które w przy­padku Ha­tha­wayów po pro­stu nie było moż­liwe. Pra­gnęła spo­koju. Prze­wi­dy­wal­no­ści.

Do­dger pod­biegł do drzwi biura in­ten­denta na trze­cim pię­trze, na­le­żą­cego do pana Brim­bleya. In­ten­dent był star­szym męż­czy­zną z ob­fi­tym bia­łym wą­sem, któ­rego koń­cówki każ­dego ranka na­cie­rał wo­skiem. Ha­tha­way­owie wie­lo­krot­nie już go­ścili w ho­telu Ru­tledge, Poppy wie­działa więc z do­świad­cze­nia, że Brim­bley składa swoim prze­ło­żo­nym szcze­gó­łowy ra­port za każ­dym ra­zem, gdy coś się wy­da­rzy na jego pię­trze. Gdyby do­wie­dział się, co ona tu robi, list zo­stałby skon­fi­sko­wany, a ta­jem­nica związku Poppy i Mi­cha­ela uj­rza­łaby świa­tło dzienne. Oj­ciec Mi­cha­ela, lord An­do­ver, ni­gdy nie za­ak­cep­to­wałby ma­riażu, spla­mio­nego choćby cie­niem nie­sto­sow­no­ści.

Poppy wstrzy­mała od­dech i przy­warła ple­cami do ściany, gdy Brim­bley wy­szedł z ga­bi­netu z dwoma człon­kami per­so­nelu Ru­tledge.

- Idź na­tych­miast do dy­rek­cji, Har­kins - po­wie­dział in­ten­dent. - Chcę, byś do­kład­nie przyj­rzał się kwe­stii ra­chun­ków za po­kój pana W. Nie­raz twier­dził, że opłaty są za­wy­żone, choć nie było to prawdą. My­ślę, że naj­le­piej bę­dzie od te­raz wrę­czać mu do pod­pisu ra­chu­nek za każdą usługę.

- Do­brze, pa­nie Brim­bley. - Trzej męż­czyźni od­da­lili się ko­ry­ta­rzem.

Poppy ostroż­nie pod­kra­dła się do drzwi i zaj­rzała do środka. W dwóch po­łą­czo­nych po­ko­jach nie było naj­wy­raź­niej ni­kogo.

- Do­dger - szep­nęła na­gląco, gdy zo­ba­czyła fretkę czmy­cha­jącą pod krze­sło. - Do­dger, chodź tu na­tych­miast!

Jej roz­kaz spro­wo­ko­wał tylko ko­lejną se­rię pod­sko­ków.

Poppy przy­gry­zła dolną wargę i prze­szła przez próg. Główne biuro było po­kaź­nych roz­mia­rów, stało w nim ma­sywne biurko po­kryte stertą ksiąg i pa­pie­rów. Je­den obity bor­dową skórą fo­tel ktoś przy­su­nął do biurka, drugi stał przy ko­minku z mar­mu­ro­wym gzym­sem.

Do­dger stał przy biurku i wpa­try­wał się w Poppy ja­snymi oczami. Jego wąsy drżały nad li­stem. Za­marł w bez­ru­chu i nie spusz­czał wzroku z ko­biety, która zbli­żała się do niego cal po calu.

- Wła­śnie - szep­tała ko­ją­cym gło­sem, wy­cią­ga­jąc po­woli rękę. - Do­bra fretka, ko­chana fretka... - Gdy od li­stu dzie­lił ją je­den ruch, Do­dger wśli­znął się pod biurko.

Czer­wona z wście­kło­ści Poppy ro­zej­rzała się w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, czym mo­głaby wy­wa­bić Do­dgera z jego kry­jówki. Za­uwa­żyła na ko­minku srebrny świecz­nik i spró­bo­wała go zdjąć. Świecz­nik jed­nak ani drgnął. Był na stałe przy­mo­co­wany do gzymsu.

Na­gle na oczach zdu­mio­nej Poppy cała ściana ko­minka bez­sze­lest­nie się ob­ró­ciła. Wes­tchnęła z po­dziwu dla me­cha­nicz­nego ge­niu­szu drzwi, które ob­ra­cały się gład­kim au­to­ma­tycz­nym ru­chem. To, co wy­glą­dało na so­lidną ce­głę, oka­zało się tylko fa­sadą.

Do­dger ra­do­śnie wyj­rzał zza biurka i rzu­cił się do szcze­liny.

- O nie - szep­nęła Poppy bez tchu. - Do­dger, nie waż się tego zro­bić!

Fretka jed­nak w ogóle jej nie słu­chała. A co gor­sza, z ze­wnątrz do­biegł Poppy głos pana Brim­bleya, który naj­wy­raź­niej wra­cał do po­koju.

- Oczy­wi­ście trzeba też po­in­for­mo­wać pana Ru­tledge'a. Umieść to w ra­por­cie. I pod żad­nym po­zo­rem nie za­po­mi­naj...

Nie ma­jąc czasu na roz­wa­ża­nie swych opcji i kon­se­kwen­cji, Poppy prze­mknęła przez szparę w ko­minku, a drzwi za­mknęły się za nią.

Stała w mroku, cze­ka­jąc i przy­słu­chu­jąc się temu, co działo się w biu­rze. Naj­wy­raź­niej jej obec­ność po­zo­stała nie­zau­wa­żona. Pan Brim­bley kon­ty­nu­ował roz­mowę o ra­por­tach i kło­po­tach ad­mi­ni­stra­cyj­nych.

Poppy po­my­ślała, że może upły­nąć dużo czasu, za­nim in­ten­dent znów opu­ści biuro. Może na­le­ża­łoby po­szu­kać in­nej drogi wyj­ścia. Oczy­wi­ście mo­głaby po pro­stu wyjść przez ko­mi­nek i zdra­dzić swoją obec­ność panu Brim­bley­owi, nie po­tra­fiła so­bie jed­nak na­wet wy­obra­zić, z iloma kło­po­tami by się to wią­zało.

Ro­zej­rzała się wo­kół i stwier­dziła, że zna­la­zła się w dłu­gim ko­ry­ta­rzu, oświe­tlo­nym roz­pro­szo­nym świa­tłem. Pod­nio­sła głowę i zo­ba­czyła świe­tlik, po­do­bny do tych, któ­rych uży­wali sta­ro­żytni Egip­cja­nie, by okre­ślać po­zy­cje gwiazd i pla­net.

Usły­szała skra­da­nie się fretki.

- Cóż, Do­dger - mruk­nęła - ty nas w to wplą­ta­łeś, więc może po­mo­żesz mi zna­leźć drzwi?

Do­dger po­słusz­nie po­biegł ko­ry­ta­rzem i znik­nął w mroku. Poppy wes­tchnęła ciężko i po­szła za nim. Po­sta­no­wiła nie pod­da­wać się pa­nice, bo po­śród licz­nych nie­szczęść, które przez całe lata spa­dały na Ha­tha­wayów, na­uczyła się, że utrata głowy ni­gdy nie po­maga w kło­po­tli­wej sy­tu­acji.

To­ru­jąc so­bie drogę w ciem­no­ściach, trzy­mała dłoń na ścia­nie, by nie stra­cić orien­ta­cji. Prze­szła za­le­d­wie kilka jar­dów, gdy usły­szała szu­ra­nie. Za­marła w bez­ru­chu i za­częła na­słu­chi­wać.

Pa­no­wała ide­alna ci­sza.

Jej nerwy na­pięły się jak po­stronki, a serce za­częło tłuc się w piersi, gdy do­strze­gła przed sobą żółte świa­tło lampy, które za­raz zga­sło.

Nie była sama w ko­ry­ta­rzu. Od­głosy kro­ków były co­raz bli­żej. Ktoś naj­wy­raź­niej szedł w jej kie­runku.

Poppy do­szła do wnio­sku, że to zu­peł­nie od­po­wied­nia chwila, by za­cząć pa­ni­ko­wać. Od­wró­ciła się na pię­cie prze­ra­żona i po­mknęła w kie­runku, z któ­rego przy­szła. Ucieczka mrocz­nym ko­ry­ta­rzem przed nie­zna­nym na­past­ni­kiem była no­wo­ścią na­wet dla Ha­tha­way­ówny. Prze­kli­nała pod no­sem cięż­kie spód­nice, pod­no­sząc je do góry. Osoba, która ją ści­gała, była jed­nak zbyt szybka, by zdo­łała jej umknąć.

Krzyk­nęła, gdy ktoś schwy­tał ją bru­tal­nie. Ogromny męż­czy­zna za­trzy­mał ją w pół kroku i przy­cią­gnął do sie­bie. Dło­nią przy­ci­snął jej głowę do ra­mie­nia.

- Po­win­naś wie­dzieć - do­biegł ją ni­ski, zimny głos - że je­śli na­ci­snę odro­binę moc­niej, zła­mię ci kark. Jak się na­zy­wasz i co tu ro­bisz?

Roz­dział 2

Poppy nie mo­gła ze­brać my­śli. Krew szu­miała jej w uszach, a cia­sny uścisk na­past­nika był bo­le­sny. Pierś, o którą się opie­rała ple­cami, była twarda jak skała.

- To po­myłka - zdo­łała wy­krztu­sić. - Pro­szę...

Prze­chy­lił jej głowę jesz­cze bar­dziej, tak że po­czuła szczy­pa­nie ner­wów w sta­wie po­mię­dzy szyją a ra­mie­niem.

- Jak się na­zy­wasz? - po­wtó­rzył ła­god­nie.

- Poppy Ha­tha­way - wy­du­siła. - Bar­dzo prze­pra­szam. Nie chcia­łam...

- Poppy? - Ucisk ze­lżał.

- Tak. - Dla­czego wy­po­wie­dział jej imię w taki spo­sób, jakby ją znał? - A pan musi być... z per­so­nelu ho­te­lo­wego?

Zi­gno­ro­wał jej py­ta­nie. Jego dłoń prze­su­nęła się lekko po jej ra­mio­nach i prze­dzie sukni, jakby cze­goś szu­kała. Jej serce ło­po­tało w piersi jak skrzy­dła ma­łego ptaszka.

- Nie - zdo­łała wy­krztu­sić po­mię­dzy ury­wa­nymi od­de­chami, wy­gi­na­jąc się, by unik­nąć jego do­tyku.

- Skąd się tu wzię­łaś? - Od­wró­cił ją twa­rzą do sie­bie. Nikt do­tych­czas nie trak­to­wał Poppy tak ob­ce­sowo. Stali bar­dzo bli­sko sie­bie i w świe­tle do­strze­gła jego su­rowe po­cią­głe rysy i błysk w głę­boko osa­dzo­nych oczach.

Jęk­nęła, gdy po­czuła ostry ból w szyi. Do­tknęła dło­nią karku, by roz­ma­so­wać mię­śnie.

- Ja... ści­ga­łam fretkę i ko­mi­nek w biu­rze pana Brim­bleya się otwo­rzył, i prze­szli­śmy prze­zeń, a po­tem pró­bo­wa­łam od­na­leźć ja­kieś inne wyj­ście.

Wy­ja­śnie­nie było zu­peł­nie non­sen­sowne, ale nie­zna­jomy chyba dał mu wiarę.

- Fretkę? Jedno ze zwie­rząt two­jej sio­stry?

- Tak - od­parła zdu­miona Poppy. Po­tarła kark i jęk­nęła. - Ale skąd pan... czy my się znamy? Nie, pro­szę mnie nie do­ty­kać, jak... Au!

Od­wró­cił ją ty­łem do sie­bie i po­ło­żył dło­nie po obu stro­nach jej szyi.

- Nie ru­szaj się. - Jego do­tyk był wprawny i pewny, gdy ma­so­wał czułe mię­śnie. - Je­śli spró­bu­jesz ucie­kać, zła­pię cię.

Poppy, drżąc, pod­dała się ugnia­ta­ją­cym jej ciało pal­com i za­częła się za­sta­na­wiać, czy zna­la­zła się na ła­sce sza­leńca. Na­ci­snął moc­niej, bu­dząc w niej uczu­cie, które nie było ani bó­lem, ani przy­jem­no­ścią, lecz nie­zna­jomą mie­sza­niną oby­dwu. Wes­tchnęła i za­częła się wier­cić. Ku jej zdu­mie­niu, pie­cze­nie w na­pię­tych ner­wach osła­bło, a mię­śnie się roz­luź­niły. Za­marła i ode­tchnęła głę­boko, po­chy­la­jąc głowę.

- Le­piej? - za­py­tał, gła­dząc kciu­kami jej kark i wsu­wa­jąc je pod de­li­katną ko­ronkę na wy­so­kim koł­nie­rzyku sukni.

Wy­trą­cona z rów­no­wagi Poppy spró­bo­wała od­su­nąć się od nie­zna­jo­mego, ale on na­tych­miast znów za­ci­snął dło­nie na jej ra­mio­nach. Chrząk­nęła, si­ląc się na pe­łen god­no­ści ton.

- Pro­szę, by mnie pan stąd wy­pro­wa­dził. Moja ro­dzina pana wy­na­gro­dzi. Nie będą za­da­wać żad­nych...

- Oczy­wi­ście. - Uwol­nił ją po­woli. - Nikt nie używa tego ko­ry­ta­rza bez mo­jego po­zwo­le­nia. Za­ło­ży­łem po pro­stu, że zna­la­zła się tu pani w nie­cnym celu.

Uwaga mo­gła zo­stać uznana za prze­pro­siny, choć w to­nie, któ­rym ją wy­po­wie­dziano, nie było ani cie­nia skru­chy.

- Za­pew­niam, że moim je­dy­nym ce­lem było od­na­le­zie­nie tego okrop­nego stwo­rze­nia.

Do­dger za­sze­le­ścił rąb­kiem jej spód­nic. Nie­zna­jomy po­chy­lił się i schwy­tał fretkę. Trzy­ma­jąc ją za kark, po­dał ją Poppy.

- Dzię­kuję. - Gib­kie ciało fretki zwiot­czało pod jej do­ty­kiem. List znik­nął. - Do­dger, ty prze­klęty zło­dzieju... Gdzie on jest? Co z nim zro­bi­łeś?

- Czego pani szuka?

- Li­stu - od­parła Poppy z na­pię­ciem. - Do­dger go ukradł i przy­niósł tu­taj... musi tu gdzieś być.

- Na pewno się znaj­dzie.

- Ale to ważne.

- Oczy­wi­ście, w prze­ciw­nym ra­zie nie za­da­łaby so­bie pani tyle trudu, by go od­zy­skać. Pro­szę pójść ze mną.

Poppy nie­chęt­nie się zgo­dziła i po­zwo­liła ująć się za ło­kieć.

- Do­kąd idziemy?

Nie usły­szała od­po­wie­dzi.

- Wo­la­ła­bym, by nikt się o tym nie do­wie­dział.

- Je­stem pe­wien.

- Czy mogę li­czyć na pana dys­kre­cję? Mu­szę za wszelką cenę uni­kać skan­dali.

- Młode damy pra­gnące unik­nąć skan­dalu po­winny chyba zo­sta­wać w swo­ich apar­ta­men­tach - wy­tknął jej.

- Za­pew­niam pana, że nie mam nic prze­ciwko po­zo­sta­wia­niu w moim apar­ta­men­cie. Mu­sia­łam wyjść przez Do­dgera. Mu­szę od­zy­skać ten list. Je­stem prze­ko­nana, że moja ro­dzina wy­na­gro­dzi panu wszelki trud, je­śli...

- Ci­sza.

Bez trudu od­naj­dy­wał drogę w za­cie­nio­nym ko­ry­ta­rzu, ści­ska­jąc ło­kieć Poppy de­li­kat­nie, lecz sta­now­czo. Nie po­szli do biura pana Brim­bleya, lecz w prze­ciw­nym kie­runku.

W końcu nie­zna­jomy za­trzy­mał się i pchnął drzwi ukryte w ścia­nie.

- Pro­szę wejść do środka.

Poppy z wa­ha­niem we­szła do do­brze oświe­tlo­nego po­koju, chyba sa­lo­niku, z rzę­dem okien we­nec­kich wy­cho­dzą­cych na ulicę. W jed­nym rogu stał ciężki dę­bowy stół kre­ślar­ski, a wszyst­kie ściany zaj­mo­wały półki z książ­kami. W po­wie­trzu uno­sił się przy­jemny i dziw­nie zna­jomy za­pach... wosk świec, we­li­nowy pa­pier, atra­ment i kurz z ksią­żek... pach­niało jak w daw­nym ga­bi­ne­cie ojca.

Poppy od­wró­ciła się do nie­zna­jo­mego, który wszedł do po­koju i za­mknął za sobą ukryte drzwi.

Nie po­tra­fiła oce­nić jego wieku - wy­da­wał się nie mieć wię­cej niż trzy­dzie­ści kilka lat, ale ota­czała go aura cy­ni­zmu, która da­wała do zro­zu­mie­nia, że wi­dział już w ży­ciu zbyt wiele, by dać się czym­kol­wiek za­sko­czyć. Miał gę­ste, czarne jak noc, do­sko­nale ob­cięte włosy i ja­sną kar­na­cję, z którą kon­tra­sto­wały ciemne brwi. Był dia­bel­nie przy­stojny z tymi moc­nymi brwiami, pro­stym no­sem i za­ci­śnię­tymi po­nuro war­gami. Ostra, nie­ustę­pliwa li­nia jego pod­bródka zna­mio­no­wała rysy męż­czy­zny, który wszystko - w tym rów­nież sie­bie - trak­to­wał zbyt po­waż­nie.

Poppy za­czer­wie­niła się, gdy spoj­rzała w jego nie­zwy­kłe oczy... in­ten­syw­nie zie­lone z ciem­nymi ob­wód­kami, ocie­nione szcze­ci­nia­stymi czar­nymi rzę­sami. Jego wzrok zda­wał się ją po­chła­niać. Za­uwa­żyła blade cie­nie pod jego oczami, które jed­nak w żad­nym ra­zie nie odej­mo­wały mu urody.

Dżen­tel­men po­wie­działby te­raz coś mi­łego, ko­ją­cego, nie­zna­jomy jed­nak mil­czał. Dla­czego tak się w nią wpa­try­wał? Kim był i jaką wła­dzę spra­wo­wał w tym miej­scu? Mu­siała coś po­wie­dzieć, by prze­rwać to mil­cze­nie.

- Za­pach ksią­żek i świec przy­po­mina mi ga­bi­net ojca.

Męż­czy­zna pod­szedł do niej, a ona wzdry­gnęła się in­stynk­tow­nie. Oboje za­marli w bez­ru­chu. Py­ta­nia wy­peł­niały po­kój, jakby ktoś na­ry­so­wał je w po­wie­trzu nie­wi­dzial­nym atra­men­tem.

- Pani oj­ciec zmarł nie­dawno, o ile wiem. - Jego głos do­sko­nale do niego pa­so­wał: był gładki, mroczny, nie­ugięty. Męż­czy­zna miał in­te­re­su­jący ak­cent, nie cał­kiem bry­tyj­ski.

Poppy ze zdu­mie­niem ski­nęła głową.

- A matka pani zmarła wkrótce po nim - do­dał.

- Skąd... skąd pan to wie?

- Do mo­ich obo­wiąz­ków na­leży wie­dzieć jak naj­wię­cej o go­ściach ho­telu.

Do­dger za­czął się wier­cić w jej ob­ję­ciach. Poppy po­chy­liła się i po­sta­wiła go na pod­ło­dze. Fretka wspięła się na ma­sywny fo­tel przy ko­minku i usa­do­wiła się wy­god­nie na ak­sa­mit­nym obi­ciu.

Poppy znów spoj­rzała na nie­zna­jo­mego. Miał na so­bie piękne ciemne ubra­nie, skro­jone z wy­ra­fi­no­waną swo­bodą. Nie miał przy tym żad­nych szpi­lek w fu­la­rze, zło­tych gu­zi­ków przy ko­szuli ani in­nych ozdób, które mo­głyby wska­zy­wać na jego za­moż­ność. Z kie­szonki sza­rej ka­mi­ze­lki zwi­sał tylko zwy­kły łań­cu­szek od ze­garka.

- Mówi pan jak Ame­ry­ka­nin - za­uwa­żyła.

- Buf­falo, Nowy Jork - od­parł. - Ale miesz­kam tu już od ja­kie­goś czasu.

- Jest pan pra­cow­ni­kiem pana Ru­tledge'a?

Udzie­lił jej od­po­wie­dzi ski­nie­niem głowy.

- Za­pewne jed­nym z jego kie­row­ni­ków?

Jego twarz była nie­prze­nik­niona.

- Coś w tym ro­dzaju.

Poppy po­de­szła do drzwi.

- W ta­kim ra­zie zo­sta­wię pana pań­skim obo­wiąz­kom, pa­nie...

- Po­trze­buje pani od­po­wied­niej eskorty, by wró­cić do po­koju.

Poppy za­sta­na­wiała się nad tym przez chwilę. Czy po­winna po­pro­sić go, by po­słał po jej damę do to­wa­rzy­stwa? Nie... panna Marks na pewno wciąż jesz­cze spała. Miała za sobą ciężką noc. Cza­sami na­wie­dzały ją kosz­mary, po któ­rych przez cały dzień była roz­trzę­siona i wy­czer­pana. Nie zda­rzało się to czę­sto, ale w ta­kich chwi­lach Poppy i Be­atrix sta­rały się za­pew­nić jej jak naj­wię­cej wy­po­czynku.

Nie­zna­jomy przy­glą­dał się ko­bie­cie przez chwilę.

- Czy mam po­słać po po­ko­jówkę, by pa­nią od­pro­wa­dziła?

Z po­czątku Poppy za­mie­rzała się zgo­dzić. Nie chciała jed­nak cze­kać na nią w jego to­wa­rzy­stwie, na­wet przez kilka mi­nut. Nie ufała mu w naj­mniej­szym stop­niu.

Gdy do­strzegł jej wa­ha­nie, jego usta wy­krzy­wiły się w sar­do­nicz­nym uśmie­chu.

- Gdy­bym chciał pa­nią znie­wo­lić, już dawno bym to zro­bił.

Sły­sząc ob­ce­sowe stwier­dze­nie, Poppy za­ru­mie­niła się jesz­cze bar­dziej.

- Pan tak twier­dzi. Ale z tego, co wiem, może się pan po pro­stu bar­dzo po­woli do tego zbie­rać.

Od­wró­cił głowę, a gdy znów na nią spoj­rzał, jego oczy się śmiały.

- Jest pani bez­pieczna, panno Ha­tha­way. - W jego gło­sie także po­brzmie­wał śmiech. - Na­prawdę. Pro­szę po­zwo­lić mi po­słać po po­ko­jówkę.

Roz­ba­wie­nie zu­peł­nie od­mie­niło jego twarz, wy­do­by­wa­jąc z niej tyle cie­pła i uroku, że Poppy aż za­nie­mó­wiła. Jej serce za­częło tło­czyć do żył nowe, przy­jemne uczu­cie.

Gdy pod­szedł do sznura od dzwonka, przy­po­mniała so­bie o za­gi­nio­nym li­ście.

- Czy cze­ka­jąc, mo­gli­by­śmy po­szu­kać li­stu, który za­gi­nął w ko­ry­ta­rzu? Mu­szę go od­zy­skać.

- Dla­czego? - za­py­tał, od­wra­ca­jąc się do niej.

- Z po­wo­dów oso­bi­stych - od­parła krótko.

- Jest od męż­czy­zny?

Po­słała mu miaż­dżące spoj­rze­nie, któ­rego na­uczyła się od panny Marks.

- To nie pań­ska sprawa.

- Wszystko, co ma miej­sce w tym ho­telu, jest moją sprawą. - Spoj­rzał na nią uważ­nie. - Jest od męż­czy­zny, w prze­ciw­nym ra­zie by pani za­pro­te­sto­wała.

Poppy zmarsz­czyła brwi i od­wró­ciła się. Po­de­szła do pó­łek na ścia­nie za­sta­wio­nych oso­bli­wymi przed­mio­tami.

Stał tam mię­dzy in­nymi po­zła­cany ema­lio­wany sa­mo­war, duży nóż w ozdo­bio­nej ko­ra­li­kami po­chwie, ko­lek­cja pry­mi­tyw­nych ka­mien­nych rzeźb i gli­nia­nych na­czyń, egip­ski za­głó­wek, eg­zo­tyczne mo­nety, pu­dełka ze wszel­kich moż­li­wych ma­te­ria­łów, coś, co wy­glą­dało jak że­la­zny miecz z za­rdze­wia­łym ostrzem i szkło po­więk­sza­jące do czy­ta­nia.

- Co to za po­kój? - za­py­tała, nie mo­gąc się oprzeć.

- Ga­bi­net oso­bli­wo­ści pana Ru­tledge'a. Część ko­lek­cji to jego zbiory, resztę otrzy­mał od za­gra­nicz­nych go­ści. Może pani rzu­cić okiem, je­śli pani chce.

Poppy po­czuła za­cie­ka­wie­nie, przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak wielu ob­co­kra­jow­ców go­ściło już w tym ho­telu - eu­ro­pej­scy ksią­żęta, szlachta i człon­ko­wie corps di­plo­ma­ti­que. Pan Ru­tledge mu­siał otrzy­my­wać nie­zwy­kłe po­darki.

Przy­sta­nęła, by przyj­rzeć się bli­żej zdo­bio­nej dro­gimi ka­mie­niami srebr­nej fi­gurce ko­nia, uwiecz­nio­nego w pół­ga­lo­pie.

- Prze­piękna.

- Pre­zent od księ­cia Yizhu z Chin - po­wie­dział męż­czy­zna, sta­jąc za nią. - Nie­biań­ski koń.

Za­fa­scy­no­wana Poppy prze­su­nęła pal­cami po grzbie­cie fi­gurki.

- Książę jest już po ko­ro­na­cji. Zo­stał ce­sa­rzem Xian­feng - od­parła. - Cóż za iro­nia, nie są­dzi pan?

Nie­zna­jomy spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem.

- Dla­czego pani tak są­dzi?

- Bo jego imię ko­ro­na­cyjne tłu­ma­czy się jako "po­wszechny do­bro­byt". Trudno o ta­kim mó­wić, gdy kra­jem wstrzą­sają we­wnętrzne re­be­lie.

- Są­dzę, że wy­zwa­nia, ja­kie sta­wia przed nim Eu­ropa, są na­wet bar­dziej nie­bez­pieczne.

- Tak - zgo­dziła się Poppy ze smut­kiem, od­kła­da­jąc fi­gurkę na miej­sce. - Cie­kawe, jak długo jesz­cze chiń­ska su­we­ren­ność zdoła opie­rać się tym na­jaz­dom.

Jej to­wa­rzysz stał tak bli­sko, że czuła za­pach jego my­dła do go­le­nia. Spoj­rzał na nią z na­pię­ciem.

- Nie znam zbyt wielu ko­biet, z któ­rymi można roz­ma­wiać o po­li­tyce Da­le­kiego Wschodu.

Po­czuła ru­mie­niec na po­licz­kach.

- Moja ro­dzina to­czy do­syć ory­gi­na­lne dys­ku­sje przy ko­la­cji. Przy­naj­mniej na tyle, że moje sio­stry i ja za­wsze bie­rzemy w nich udział. Moja dama do to­wa­rzy­stwa uważa, że mo­żemy tak ro­bić w za­ci­szu do­mo­wym, ale ra­dziła mi, bym nie afi­szo­wała się ze swoim wy­kształ­ce­niem w miej­scach pu­blicz­nych. To od­stra­sza sta­ra­ją­cych się.

- W ta­kim ra­zie musi pani uwa­żać. - Uśmiech­nął się miękko. - Szkoda by­łoby, gdyby ja­kiś in­te­li­gentny ko­men­tarz wy­mknął się pani w nie­od­po­wied­nim mo­men­cie.

Poppy ode­tchnęła z ulgą, gdy usły­szała dys­kretne pu­ka­nie do drzwi. Po­ko­jówka zja­wiła się znacz­nie szyb­ciej, niż przy­pusz­czała. Nie­zna­jomy po­szedł jej otwo­rzyć. Uchy­lił drzwi i mruk­nął coś do mło­dej dziew­czyny, która skło­niła się i znik­nęła.

- Do­kąd ona po­szła? - za­py­tała Poppy z kon­ster­na­cją. - Miała mnie prze­cież ode­skor­to­wać do mo­jego po­koju.

- Po­sła­łem ją po her­batę.

Poppy aż za­nie­mó­wiła.

- Nie mogę wy­pić z pa­nem her­baty.

- To nie po­trwa długo. Po­ślą ją na górę windą.

- To nie­istotne. Na­wet gdy­bym miała czas, nie mo­gła­bym wy­pić z pa­nem her­baty! Je­stem pewna, że ro­zu­mie pan, ja­kie by­łoby to nie­sto­sowne.

- Pra­wie tak jak skra­da­nie się po ho­telu bez eskorty.

Na­chmu­rzyła się.

- Nie skra­da­łam się, ści­ga­łam fretkę. - Gdy do­tarła do niej śmiesz­ność jej oświad­cze­nia, za­ru­mie­niła się jesz­cze bar­dziej. - To nie była moja wina. Znajdę się w bar­dzo po­waż­nych ta­ra­pa­tach, je­śli na­tych­miast nie wrócę do po­koju. Je­śli bę­dziemy cze­kać, może pan wplą­tać się w skan­dal, a tego pan Ru­tledge z pew­no­ścią by nie po­chwa­lił.

- Fakt.

- Pro­szę więc we­zwać po­ko­jówkę z po­wro­tem.

- Za późno. Mu­simy po­cze­kać, aż wróci z her­batą.

Poppy wes­tchnęła ciężko.

- Cóż za okropny po­ra­nek. - Zer­k­nęła na fretkę i zo­ba­czyła kępki kłacz­ków i koń­skiego wło­sia szy­bu­jące w po­wie­trzu. Zbla­dła. - Do­dger, nie!

- Co się stało? - za­py­tał męż­czy­zna, po­dą­ża­jąc za Poppy, która po­pę­dziła w kie­runku za­ję­tej fretki.

- On zjada pana fo­tel - stwier­dziła po­nuro, chwy­ta­jąc zwie­rzę w ob­ję­cia. - A ra­czej fo­tel pana Ru­tledge'a. Chyba wije so­bie gniazdo. Tak mi przy­kro. - Spoj­rzała na dziurę w kosz­tow­nym ak­sa­mit­nym obi­ciu. - Za­pew­niam pana, że moja ro­dzina po­kryje wszel­kie koszty.

- Nic się nie stało. W bu­dże­cie ho­telu jest wy­dzie­lony spe­cjalny fun­dusz na ta­kie na­prawy.

Poppy opa­dła na ko­lana - co wcale nie jest pro­ste, gdy ma się na so­bie gor­set i usztyw­nione halki - i za­częła gar­ściami upy­chać wy­peł­niacz w dziu­rze.

- Je­śli zaj­dzie taka po­trzeba, do­star­czę panu pi­semne oświad­cze­nie, w któ­rym wy­ja­śnię, jak to się stało.

- A pani re­pu­ta­cja? - za­py­tał miękko nie­zna­jomy, pod­no­sząc ją z ko­lan.

- Moja re­pu­ta­cja jest ni­czym w po­rów­na­niu z utratą źró­dła utrzy­ma­nia. Mogą pana za to zwol­nić. Na pewno ma pan ro­dzinę, żonę, dzieci. Ja ja­koś prze­żyję kom­pro­mi­ta­cję, ale pan może nie być w sta­nie tak szybko zna­leźć no­wej po­sady.

- To bar­dzo miłe z pani strony - po­wie­dział, od­bie­ra­jąc Poppy fretkę i kła­dąc ją z po­wro­tem w fo­telu - ale ja nie mam ro­dziny. I nikt nie może mnie zwol­nić.

- Do­dger! - za­wo­łała Poppy, gdy kłęby wło­sia znów za­częły fru­wać w po­wie­trzu. Fretka naj­wy­raź­niej do­sko­nale się ba­wiła.

- Fo­tel i tak jest znisz­czony. Pro­szę mu na to po­zwo­lić.

Poppy zdu­miała się, wi­dząc, z jaką ła­two­ścią nie­zna­jomy go­dzi się po­świę­cić kosz­towny me­bel dla roz­rywki zwie­rzę­cia.

- Pan zu­peł­nie nie przy­po­mina in­nych za­rząd­ców ho­telu.

- A pani in­nych ko­biet.

Uśmiech­nęła się do niego cierpko.

- Już mi to mó­wiono.

Niebo po­wle­kło się oło­wiem. Na po­kryte żwi­rem i bru­kiem ulice spa­dła ciężka mżawka, spłu­ku­jąc gry­zący kurz, który uno­sił się spod kół prze­jeż­dża­ją­cych po­jaz­dów.

Poppy ostroż­nie po­de­szła do okna i wyj­rzała na ulicę. Prze­chod­nie otwie­rali pa­ra­sole i szli da­lej.

Stra­ga­nia­rze tło­czyli się na chod­niku, za­chwa­la­jąc swoje to­wary nie­cier­pli­wymi okrzy­kami. Sprze­da­wali do­słow­nie wszystko: po­wią­zaną w war­ko­cze ce­bulę i im­bryki, kwiaty, za­pałki, skow­ronki i sło­wiki w klat­kach. Ci ostatni na­prawdę utrud­niali ży­cie Ha­tha­wayom, bo Be­atrix upie­rała się przy ra­to­wa­niu każ­dego ży­wego stwo­rze­nia, które zna­la­zło się w za­sięgu jej wzroku. Ich szwa­gier, pan Ro­han, był więc zmu­szany do ku­po­wa­nia mnó­stwa pta­ków i wpusz­cza­nia ich po­tem na wol­ność na te­re­nie ich wiej­skiej po­sia­dło­ści. Ro­han przy­się­gał, że jest wła­ści­cie­lem po­łowy po­pu­la­cji pta­ków w Hamp­shire.

Poppy od­wró­ciła się od okna i zo­ba­czyła, że nie­zna­jomy opiera się ra­mie­niem o jedną z pó­łek. Pa­trzył na nią tak, jakby nie wie­dział, co ma o niej my­śleć. Jego syl­we­tka była zre­lak­so­wana, ale Poppy wy­czu­wała wy­raź­nie, że gdyby tylko spró­bo­wała ucieczki, na­tych­miast by ją po­chwy­cił.

- Dla­czego nie jest pani za­rę­czona? - za­py­tał z obu­rza­jącą bez­po­śred­nio­ścią. - Bywa pani w to­wa­rzy­stwie od dwóch, trzech lat?

- Od trzech - od­parła Poppy obron­nym to­nem.

- Pani ro­dzina ma ogromny ma­ją­tek, można więc za­ło­żyć, że w grę wcho­dzi po­kaźny po­sag. A pani brat jest wi­ceh­ra­bią, to ko­lejna za­leta. Dla­czego jesz­cze nie wy­szła pani za mąż?

- Za­wsze za­daje pan tak oso­bi­ste py­ta­nia lu­dziom, któ­rych do­piero pan po­znał?

- Nie za­wsze. Pani wy­daje mi się szcze­gól­nie... in­te­re­su­jąca.

Przez chwilę za­sta­na­wiała się nad od­po­wie­dzią, po czym wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie chcia­ła­bym za męża żad­nego z dżen­tel­me­nów, któ­rych w ciągu ostat­nich trzech lat spo­tka­łam. Ża­den z nich nie wy­dał mi się na­wet odro­binę po­cią­ga­jący.

- A jaki typ pa­nią po­ciąga?

- Ktoś, z kim mo­gła­bym dzie­lić ci­che, zwy­czajne ży­cie.

- Więk­szość mło­dych ko­biet ma­rzy o przy­go­dach i ro­man­sie.

Uśmiech­nęła się cierpko.

- Ja z ko­lei wy­jąt­kowo ce­nię so­bie pro­za­icz­ność.

- Czy nie są­dzi pani, że Lon­dyn to nie naj­lep­sze miej­sce, by szu­kać ci­chego, zwy­czaj­nego ży­cia?

- Oczy­wi­ście. Ale ja mogę szu­kać tylko tu. - Wie­działa, że po­winna za­milk­nąć. Nie było po­trzeby snuć dal­szych wy­ja­śnień. Poppy jed­nak uwiel­biała roz­ma­wiać i tak jak Do­dger nie mógł oprzeć się szu­fla­dzie peł­nej pod­wią­zek, tak ona nie po­tra­fiła zwal­czyć swej ga­da­tli­wo­ści. - Pro­blem po­wstał, gdy mój brat, lord Ram­say, odzie­dzi­czył ty­tuł.

Nie­zna­jomy uniósł brwi.

- To pro­blem?

- O tak. Wi­dzi pan, nikt z nas nie był na to przy­go­to­wany. By­li­śmy da­le­kimi ku­zy­nami po­przed­niego lorda Ram­saya. Ty­tuł przy­padł Leo w wy­niku se­rii nie­spo­dzie­wa­nych zgo­nów. Ha­tha­way­owie nie mieli po­ję­cia o ety­kie­cie, nie wie­dzie­li­śmy nic na te­mat by­wa­nia w to­wa­rzy­stwie. By­li­śmy na­prawdę szczę­śliwi w Prim­rose Place.

Przy­po­mniała so­bie pełną ra­do­ści, krytą strze­chą chatkę, ogród, w któ­rym oj­ciec ho­do­wał swoje słynne róże ap­te­kar­skie, kła­po­uche bel­gij­skie kró­liki, które miesz­kały w klatce za do­mem, stosy ksią­żek w każ­dym ką­cie. Te­raz opusz­czona chatka ob­ra­cała się w ru­inę, a ogród le­żał odło­giem.

- Nie można jed­nak cof­nąć czasu. - Po­chy­liła się, by przyj­rzeć się przed­mio­towi na dol­nej półce. - Co to? Ach, tak. Astro­la­bium. - Pod­nio­sła mo­siężny dysk z wy­gra­we­ro­wa­nymi ta­le­rzami, na brzegu któ­rego wid­niały cy­fry ozna­cza­jące stop­nie kąta.

- Wie pani, co to jest astro­la­bium?

- Oczy­wi­ście, to na­rzę­dzie, któ­rego uży­wają astro­no­mo­wie i na­wi­ga­to­rzy. Astro­lo­dzy rów­nież. - Poppy spoj­rzała na ma­lutką mapę gwiazd wy­rytą na jed­nym z dys­ków. - To jest per­skie. Musi mieć około pię­ciu­set lat.

- Pięć­set dwa­na­ście.

Poppy uśmiech­nęła się z sa­tys­fak­cją.

- Mój tata był uczo­nym spe­cja­li­zu­ją­cym się w epoce śre­dnio­wie­cza. Miał całą ko­lek­cję ta­kich astro­la­biów. Na­uczył mnie na­wet, jak je ro­bić z drewna, sznurka i gwoź­dzia. - Ostroż­nie odło­żyła dysk. - Kiedy się pan uro­dził?

Nie­zna­jomy za­wa­hał się, jakby nie po­do­bało mu się, że musi udzie­lić tak oso­bi­stej in­for­ma­cji.

- Pierw­szego li­sto­pada.

- Jest pan więc Skor­pio­nem.

- Wie­rzy pani w astro­lo­gię? - za­py­tał z od­cie­niem drwiny w gło­sie.

- A nie po­win­nam?

- Nie ma żad­nych na­uko­wych pod­staw.

- Mój oj­ciec za­chę­cał mnie do otwar­to­ści na ta­kie kwe­stie. - Prze­su­nęła pal­cem po ma­pie nieba i uśmiech­nęła się chy­trze. - Skor­piony są ra­czej bez­względne, wie pan? Dla­tego wła­śnie jed­nemu z nich Ar­te­mida na­ka­zała uśmier­cić swego wroga, Oriona. W na­grodę umie­ściła skor­piona na nie­bie.

- Nie je­stem bez­względny. Ro­bię po pro­stu, co trzeba, by osią­gnąć cel.

- I to nie jest bez­względ­ność? - za­py­tała Poppy ze śmie­chem.

- Bez­względ­ność za­kłada okru­cień­stwo.

- A pan nie jest okrutny?

- Tylko wtedy, gdy mu­szę.

Roz­ba­wie­nie Poppy znik­nęło.

- Czło­wiek ni­gdy nie musi być okrutny.

- Nie wi­działa pani zbyt wiele, skoro pani tak są­dzi.

Poppy po­sta­no­wiła nie kon­ty­nu­ować tego te­matu. Sta­nęła na pal­cach, by doj­rzeć za­war­tość naj­wyż­szej półki. Stała na niej ko­lek­cja in­try­gu­ją­cych bla­sza­nych za­ba­wek.

- A to co?

- Au­to­maty.

- Do czego służą?

Nie­zna­jomy zdjął z półki jedną z za­ba­wek i po­dał jej.

Poppy uważ­nie się jej przyj­rzała. Na okrą­głym po­stu­men­cie stały ma­lut­kie ko­nie wy­ści­gowe, każdy na swoim to­rze. Poppy po­cią­gnęła za sznu­rek, zwi­sa­jący z boku po­stu­mentu. Uru­cho­miła tym we­wnętrzny me­cha­nizm - ko­nie ze­rwały się do biegu, do­kład­nie tak jak na wy­ści­gach.

Ro­ze­śmiała się z za­chwy­tem.

- Ja­kie to zmyślne! Szkoda, że moja sio­stra Be­atrix nie może tego zo­ba­czyć. Skąd to się tu wzięło?

- Pan Ru­tledge kon­stru­uje je w wol­nym cza­sie, dla re­laksu.

- Mogę obej­rzeć po­zo­stałe? - Poppy była ocza­ro­wana tymi za­baw­kami, a ra­czej ma­łymi cu­dami tech­niki. Zna­la­zła tam ad­mi­rała Nel­sona na po­kła­dzie mio­ta­nego fa­lami okrętu, małpkę wspi­na­jącą się na ba­na­no­wiec, kota igra­ją­cego z my­szą, po­skra­mia­cza lwów strze­la­ją­cego z bata i lwa, który po­trzą­sał na to głową.

Wy­raź­nie za­chwy­cony en­tu­zja­zmem Poppy męż­czy­zna po­ka­zał jej ob­ra­zek na ścia­nie, przed­sta­wia­jący pary tań­czące walca na balu. Na jej oczach ob­ra­zek ożył, dżen­tel­meni po­pro­wa­dzili swe part­nerki w rytm mu­zyki.

- Wiel­kie nieba! - po­wie­działa zdu­miona Poppy. - Jak to moż­liwe?

- To me­cha­nizm ze­ga­rowy. - Zdjął ob­ra­zek ze ściany i po­ka­zał jej jego tył. - Tu jest, przy­mo­co­wany do koła za­ma­cho­wego tą ta­śmą. Bolce wpra­wiają w ruch te dźwi­gnie... tu­taj... a to z ko­lei uru­cha­mia po­zo­stałe dźwi­gnie.

- Nie­zwy­kłe! - Na fali en­tu­zja­zmu Poppy cał­kiem za­po­mniała o po­wścią­gli­wo­ści i ostroż­no­ści. - Pan Ru­tledge musi być nie­zwy­kle uta­len­to­wany. Przy­po­mina mi to bio­gra­fię mni­cha fran­cisz­kań­skiego Ro­gera Ba­cona, którą nie­dawno czy­ta­łam. Mój oj­ciec był go­rą­cym wiel­bi­cie­lem jego prac. Oj­czu­lek Ba­con rów­nież pa­rał się wy­na­laz­czo­ścią, przez co zo­stał na­wet oskar­żony o czary. Po­do­bno kie­dyś zbu­do­wał me­cha­niczną głowę z brązu, która... - Urwała gwał­tow­nie, uświa­da­mia­jąc so­bie, że znów traj­ko­cze. - Wi­dzi pan? I tak wła­śnie ro­bię na wszyst­kich ba­lach i wie­czor­kach. To mię­dzy in­nymi dla­tego nie cie­szę się wiel­kim wzię­ciem.

Nie­zna­jomy się uśmiech­nął.

- My­śla­łem, że na tego typu spo­tka­niach wła­śnie na­leży roz­ma­wiać.

- Ale nie tak jak ja.

Oboje od­wró­cili głowy, sły­sząc stu­ka­nie do drzwi. Po­ko­jówka wró­ciła.

- Mu­szę już iść - stwier­dziła nie­spo­koj­nie Poppy. - Moja dama do to­wa­rzy­stwa bę­dzie zła, je­śli się obu­dzi i zo­ba­czy, że mnie nie ma.

Ciem­no­włosy męż­czy­zna wpa­try­wał się z nią przez długą chwilę.

- Jesz­cze z pa­nią nie skoń­czy­łem - oznaj­mił ze zdu­mie­wa­jącą swo­bodą. Zu­peł­nie tak, jakby ni­gdy w ży­ciu nie usły­szał od­mowy. Jakby pla­no­wał za­trzy­mać ją tak długo, jak so­bie tego ży­czył.

Poppy ode­tchnęła głę­boko.

- Nie­mniej jed­nak wy­cho­dzę - od­parła spo­koj­nie i po­de­szła do drzwi.

Ru­szył za nią i oparł dłoń na fra­mu­dze.

Poppy spoj­rzała na niego z obawą. W jej gar­dle, nad­garst­kach i w ko­la­nach ode­zwało się gwał­towne pul­so­wa­nie. Stał zbyt bli­sko, pra­wie sty­kał się z nią swym dłu­gim twar­dym cia­łem. Przy­tu­liła się do ściany.

- Za­nim pani wyj­dzie - po­wie­dział miękko - dam pani radę. Młoda ko­bieta nie po­winna sa­mot­nie spa­ce­ro­wać po ho­telu, to nie­bez­pieczne. Niech pani nie po­dej­muje wię­cej rów­nie głu­piego ry­zyka.

Poppy ze­sztyw­niała.

- Ten ho­tel cie­szy się nie­po­szla­ko­waną opi­nią. Nie mam się czego oba­wiać.

- Oczy­wi­ście, że tak - mruk­nął. - Choćby tego.

Za­nim zdo­łała po­my­śleć, po­ru­szyć się, czy cho­ciaż ode­tchnąć, po­chy­lił głowę i za­wład­nął jej ustami.

Zdu­miona Poppy za­marła pod jego mięk­kimi pa­lą­cymi war­gami, tak sub­tel­nymi w swych na­le­ga­niach, że na­wet nie wie­działa, kiedy jej wła­sne wargi się roz­chy­liły. Nie­zna­jomy do­tknął jej pod­bródka i uniósł jej głowę do góry.

Oto­czył ją ra­mie­niem i przy­cią­gnął do sie­bie. Poppy wdy­chała jego po­nętny za­pach, woń ka­dzi­dła i piżma, kroch­malu i mę­skiej skóry. Wie­działa, że po­winna wal­czyć w jego ra­mio­nach... ale jego usta prze­ko­ny­wały tak czule, tak zmy­słowo, obie­cy­wały roz­kosz i nie­bez­pie­czeń­stwo. Prze­su­nął wargi na jej szyję, wy­czuł puls i zsu­nął się ni­żej, ob­sy­pu­jąc ją lek­kimi jak je­dwab po­ca­łun­kami, aż za­częła drżeć.

- Nie - za­pro­te­sto­wała słabo.

Chwy­cił jej pod­bró­dek de­li­kat­nie i zmu­sił ją, by na niego spoj­rzała. Oboje za­marli. Gdy Poppy w końcu pod­nio­sła wzrok, za­uwa­żyła w jego oczach błysk kon­ster­na­cji i wro­go­ści, jakby nie­zna­jomy wła­śnie do­ko­nał ja­kie­goś nie­przy­jem­nego od­kry­cia.

Pu­ścił ją ostroż­nie i otwo­rzył drzwi.

- Pro­szę wnieść tacę - po­le­cił po­ko­jówce, która sta­nęła na progu.

Słu­żąca na­tych­miast wy­peł­niła roz­kaz. Była zbyt do­brze wy­szko­lona, by po­ka­zać po so­bie zdzi­wie­nie na wi­dok Poppy.

Męż­czy­zna pod­niósł Do­dgera, który spał głę­boko w fo­telu i po­dał go Poppy. Wzięła od niego zwie­rzątko, mru­cząc coś nie­zro­zu­miale, i uło­żyła je so­bie w za­gię­ciu ra­mie­nia. Fretka na­wet nie otwo­rzyła oczu. Jej ma­lut­kie serce biło mia­rowo pod jej pal­cami.

- Czy to wszystko, pro­szę pana? - za­py­tała po­ko­jówka.

- Nie, od­pro­wadź tę damę do jej apar­ta­mentu. I wróć tu, by mnie po­in­for­mo­wać, że do­tarła bez­piecz­nie.

- Do­brze, pa­nie Ru­tledge.

Pan Ru­tledge?

Serce Poppy sta­nęło. Od­wró­ciła się, by spoj­rzeć na nie­zna­jo­mego. W jego zie­lo­nych oczach bły­snęły dia­bo­liczne ogniki. Do­słow­nie de­lek­to­wał się jej jaw­nym zdu­mie­niem.

Harry Ru­tledge... ta­jem­ni­czy wła­ści­ciel ho­telu, który wie­dzie ży­cie pu­stel­nika. Nie tak go so­bie wy­obra­żała.

Zdu­miona i prze­ra­żona Poppy od­wró­ciła się. Gdy prze­szła przez próg, drzwi za­mknęły się za nią ci­cho. Cóż to za podły czło­wiek, by tak się ba­wić jej kosz­tem! Na szczę­ście za­pewne ni­gdy go już nie zo­ba­czy.

Wy­szła na ko­ry­tarz w to­wa­rzy­stwie po­ko­jówki... na­wet nie po­dej­rze­wa­jąc, że ta chwila od­mie­niła całe jej ży­cie.

Roz­dział 3

Harry pod­szedł do ko­minka, w któ­rym pło­nął ogień.

- Poppy Ha­tha­way - szep­nął, jakby jej na­zwi­sko było ja­kimś ma­gicz­nym za­klę­ciem.

Dwu­krot­nie wcze­śniej wi­dział ją z od­dali, raz, gdy wsia­dała do po­wozu, i po­tem na balu wy­da­wa­nym w Ru­tledge. Nie brał w nim wtedy udziału, ale ob­ser­wo­wał go­ści przez kilka mi­nut z bal­konu na gór­nym pię­trze. Mimo jej wy­su­bli­mo­wa­nego piękna i ma­ho­nio­wych wło­sów nie po­świę­cił jej do­tąd ani jed­nej my­śli.

Spo­tka­nie z nią w cztery oczy było jed­nak ob­ja­wie­niem.

Harry pod­szedł do fo­tela i za­uwa­żył po­darty ak­sa­mit i kłębki wy­peł­nia­cza roz­sy­pane wo­kół przez fretkę.

Uśmiech­nął się nie­chęt­nie i pod­szedł do dru­giego fo­tela.

Poppy. Była taka na­tu­ralna, gdy roz­ma­wiała z nim swo­bod­nie o astro­la­biach i fran­cisz­kań­skich mni­chach. Wy­rzu­cała z sie­bie słowa bły­sko­tli­wymi gar­ściami, jakby roz­sy­py­wała kon­fetti. Ema­no­wała z niej ra­do­sna prze­ni­kli­wość, która po­winna być iry­tu­jąca w od­bio­rze, a jemu do­star­czyła nie­spo­dzie­wa­nej przy­jem­no­ści. Było w niej coś ta­kiego... coś, co Fran­cuzi na­zy­wali esprit, ży­wość umy­słu i du­cha. I ta jej twarz... taka nie­winna i świa­doma za­ra­zem, taka otwarta.

Pra­gnął jej.

Za­zwy­czaj Jay Harry Ru­tledge otrzy­my­wał wszystko, za­nim jesz­cze o czymś za­ma­rzył. W jego ak­tyw­nym, do­sko­nale po­ukła­da­nym ży­ciu po­da­wano po­siłki, za­nim po­czuł głód, wy­mie­niano fu­lary, za­nim po­ja­wiły się na nich oznaki zu­ży­cia, a ra­porty lą­do­wały na biurku, za­nim o nie po­pro­sił. Ko­biety były wszę­dzie, za­wsze do­stępne, a każda z nich mó­wiła mu do­kład­nie to, co za­kła­dała, że chce usły­szeć.

Wie­dział, że już naj­wyż­szy czas, by się oże­nić. Tak za­pew­niali go jego zna­jomi, cho­ciaż on był prze­ko­nany, że ro­bili to tylko dla­tego, że sami dali już so­bie za­ło­żyć pę­tlę na szyję i ocze­ki­wali, że on pój­dzie w ich ślady. My­ślał o tym bez en­tu­zja­zmu. Ale Poppy Ha­tha­way była zbyt po­cią­ga­jąca, by mógł się jej oprzeć.

Się­gnął do le­wego rę­kawa i wy­jął z niego list Poppy. Nadawcą był pan Mi­chael Bay­ning. Harry przez chwilę za­sta­na­wiał się, co wie o tym mło­dym czło­wieku. Bay­ning uczęsz­czał do Win­che­ster, gdzie do­brze się spi­sy­wał dzięki swej pra­co­wi­to­ści. W prze­ci­wień­stwie do swo­ich ko­le­gów z uni­wer­sy­tetu ni­gdy nie po­padł w długi, nie cią­żyły też na nim żadne skan­dale. Ko­biety lgnęły do niego, bo był przy­stojny i miał w przy­szło­ści odzie­dzi­czyć ty­tuł i ma­ją­tek.

Marsz­cząc brwi, Harry za­czął czy­tać.

Naj­droż­sza Poppy,

roz­pa­mię­ty­wa­łem na­szą ostat­nią roz­mowę, ca­łu­jąc miej­sce na nad­garstku, na które upa­dły Twoje łzy. Jak mo­żesz wąt­pić w to, że ja także opła­kuję każdy dzień i noc, które spę­dzamy w od­da­le­niu? Spra­wi­łaś, że mogę my­śleć tylko o To­bie. Sza­leję z mi­ło­ści do Cie­bie, mam na­dzieję, że choć w to nie wąt­pisz.

Je­śli zdo­bę­dziesz się na jesz­cze odro­binę cier­pli­wo­ści, już wkrótce nada­rzy się oka­zja, bym mógł po­roz­ma­wiać z oj­cem. Gdy tylko zro­zu­mie, jak głę­bo­kie jest moje uczu­cie do Cie­bie, na pewno udzieli zgody na na­sze mał­żeń­stwo. Łą­czy nas bli­ska więź, Ojca i mnie. Wie­lo­krot­nie wspo­mi­nał, że chciałby mnie wi­dzieć w rów­nie szczę­śli­wym sta­dle, w ja­kim żyli on i moje matka, niech spo­czywa w po­koju. Jak ona by Cię ko­chała, Poppy... Twoje prak­tyczne, we­sołe uspo­so­bie­nie, Twoje od­da­nie ro­dzi­nie i do­mowi. Gdyby mo­gła tu być i po­móc mi prze­ko­nać ojca, że nie ma dla mnie lep­szej żony niż Ty...

Cze­kaj na mnie, Poppy, tak jak ja cze­kam na Cie­bie.

Po­zo­staję, jak za­wsze, pod Twoim uro­kiem.

M.

Harry prych­nął ci­cho z po­gardą i za­pa­trzył się w ogień z nie­od­gad­nioną miną, ukła­da­jąc w my­ślach ko­lejny plan. Jedno z po­lan prze­ła­mało się i upa­dło na pa­le­ni­sko, wznie­ca­jąc snop bia­łych iskier. Bay­ning chce, by Poppy cze­kała? Wy­dało mu się to nie­po­jęte, gdy każda ko­mórka jego ciała była prze­peł­niona na­glą­cym po­żą­da­niem.

Za­ci­snął na bi­le­ciku palce z tro­ską czło­wieka, który wie, jak cenną wa­lutę trzyma w ręku i wsu­nął go do kie­szeni.

Gdy tylko Poppy do­tarła bez­piecz­nie do ro­dzin­nego apar­ta­mentu, uło­żyła Do­dgera w jego ulu­bio­nym po­sła­niu - ko­szyku, który jej sio­stra Be­atrix wy­mo­ściła mięk­kim płót­nem. Fretka na­wet się nie po­ru­szyła, po­grą­żona w głę­bo­kim śnie.

Po­tem Poppy wy­pro­sto­wała się, oparła o ścianę i za­mknęła oczy. Z jej płuc wy­do­było się wes­tchnie­nie.

Dla­czego on to zro­bił?

A co waż­niej­sze, dla­czego ona mu na to po­zwo­liła?

Nie tak męż­czy­zna po­wi­nien ca­ło­wać nie­winną dziew­czynę. Poppy była prze­ra­żona tym, że sama po­sta­wiła sie­bie w ta­kiej sy­tu­acji, jak rów­nież tym, że za­cho­wała się w spo­sób, który go­rąco by po­tę­piła w przy­padku ko­goś in­nego. Ani przez chwilę jed­nak nie zwąt­piła w siłę swo­ich uczuć do Mi­cha­ela.

Dla­czego więc za­re­ago­wała tak mocno na Harry'ego Ru­tldge'a?

Pra­gnęła z kimś o tym po­roz­ma­wiać, ale in­tu­icja pod­po­wia­dała jej, że le­piej bę­dzie o ca­łej spra­wie za­po­mnieć.

Przy­brała we­sołą minę i za­pu­kała do drzwi swo­jej damy do to­wa­rzy­stwa.

- Panno Marks?

- Już nie śpię - do­biegł ją słaby głos.

Poppy we­szła do ma­łej sy­pialni i zo­ba­czyła pannę Marks w ko­szuli noc­nej przed umy­wal­nią.

Ko­bieta wy­glą­dała kosz­mar­nie - jej twarz miała barwę po­piołu, pod jej błę­kit­nymi spo­koj­nymi oczami ma­lo­wały się fio­le­towe sińce. Jej ja­sno­brą­zowe włosy, za­zwy­czaj za­ple­cione i spięte szpil­kami w cia­sny wę­zeł, były roz­pusz­czone i po­plą­tane. Wy­sy­pała na ję­zyk pro­szek od bólu głowy i po­piła go wodą.

- Co mogę dla pani zro­bić? - za­py­tała Poppy miękko.

Panna Marks po­trzą­snęła głową i wy­krzy­wiła wargi.

- Nic, Poppy. Dzię­kuję, je­steś bar­dzo miła.

- Znów te kosz­mary? - Poppy ob­ser­wo­wała z tro­ską, jak panna Marks pod­cho­dzi do ko­mody i prze­trząsa szu­flady w po­szu­ki­wa­niu poń­czoch i bie­li­zny.

- Ow­szem. Nie po­win­nam była spać tak długo. Prze­pra­szam.

- Nie ma za co prze­pra­szać. Szkoda tylko, że pani sny nie były bar­dziej przy­jemne.

- Za­zwy­czaj są. - Panna Marks uśmiech­nęła się blado. - Naj­bar­dziej lu­bię po­wra­cać w snach do Ram­say Ho­use, gdy kwitną bzy, a ko­wa­liki wiją gniazda w ży­wo­pło­tach. Wszystko jest ta­kie spo­kojne i bez­pieczne. Tak bar­dzo mi tego bra­kuje.

Poppy także tę­sk­niła za Ram­say Ho­use. Lon­dyn ze swymi wy­ra­fi­no­wa­nymi roz­ryw­kami nie do­ra­stał Hamp­shire do pięt. I bar­dzo chciała zo­ba­czyć swoją star­szą sio­strę, Win, któ­rej mąż, Mer­ri­pen, za­rzą­dzał po­sia­dło­ścią Ram­say.

- Se­zon wkrótce się koń­czy - po­wie­działa. - Nie­długo tam wró­cimy.

- Je­śli tego do­żyję - mruk­nęła panna Marks.

Poppy uśmiech­nęła się ze współ­czu­ciem.

- Może wróci pani do łóżka? Zro­bię pani zimny okład na czoło.

- Nie, nie mogę się temu pod­dać. Ubiorę się i na­piję moc­nej her­baty.

- Wie­dzia­łam, że pani to po­wie.

Panna Marks była ty­pową An­gielką, ży­wiącą głę­bo­kie po­dej­rze­nia wo­bec wszyst­kiego, co sen­ty­men­talne i cie­le­sne. Była też młodą ko­bietą, nie mo­gła być wiele star­sza od Poppy, a jej nie­na­tu­ralne wręcz opa­no­wa­nie po­zwa­lało jej zno­sić bez mru­gnię­cia okiem wszel­kie nie­szczę­ścia. Wpa­dała w gniew tylko w obec­no­ści Leo - jego sar­ka­styczne po­czu­cie hu­moru do­pro­wa­dzało ją do bia­łej go­rączki.

Dwa lata wcze­śniej panna Marks zo­stała za­trud­niona jako gu­wer­nantka Poppy i Be­atrix - jed­nak nie po to, by uzu­peł­nić braki w ich wy­kształ­ce­niu, lecz by na­uczyć ich mnó­stwa za­sad, które po­winny znać młode damy, by bez prze­szkód po­ru­szać się wśród elity. Z cza­sem przy­jęła na sie­bie także rolę przy­zwo­itki i damy do to­wa­rzy­stwa.

Po­cząt­kowo Poppy i Be­atrix z wielką nie­chę­cią od­no­siły się do na­uki ety­kiety.

- Zro­bimy z tego za­bawę - oświad­czyła im panna Marks i na­pi­sała dla nich se­rię krót­kich wier­szy­ków do za­pa­mię­ta­nia.

Na przy­kład:

Je­śli damą chcesz być ofi­cjal­nie,

Za­cho­wuj się ce­re­mo­nial­nie.

Gdy do stołu za­siąść przyj­dzie pora,

Nie rób z sie­bie gło­do­mora.

Nie wy­ma­chuj łyż­kami.

Nie po­luj na mięso wi­del­cami.

Nie baw się je­dze­niem,

I kon­ten­tuj się mil­cze­niem.

Od­no­śnie do pu­blicz­nych spa­ce­rów na­pi­sała coś ta­kiego:

Po uli­cach nie bie­gaj.

A je­śli spo­tkasz ob­cego,

Nie przed­sta­wiaj się sama,

Ku przy­zwo­itce się skła­niaj.

Gdy prze­kra­czasz ka­łużę,

nie po­ka­zuj zbyt dużo.

Spód­nicę unieś w pół kroku,

Nie trzy­maj ko­stek na wi­doku.

Po­wstał rów­nież wiersz spe­cjal­nie dla Be­atrix:

Gdy idziesz w go­ści,

Za­kli­nam na wszyst­kie świę­to­ści:

Miej ka­pe­lusz i rę­ka­wiczki,

I za­trza­skuj po­wozu drzwiczki

Przede wszyst­kim, co może pisz­czeć i dy­szeć,

Bo nie po­winno ci to­wa­rzy­szyć.

Nie­kon­wen­cjo­na­lne po­dej­ście za­dzia­łało i dało Poppy i Be­atrix na tyle pew­no­ści sie­bie, że mo­gły wziąć udział w se­zo­nie bez przy­no­sze­nia so­bie wstydu. Ro­dzina wy­chwa­lała pod nie­biosa pannę Marks za jej mą­drość. Tylko Leo stwier­dził sar­ka­stycz­nie, że Eli­za­beth Bar­rett Brow­ning nie musi oba­wiać się kon­ku­ren­cji. A panna Marks od­parła mu wtedy, że wątpi w lotny umysł Leo i jego zdol­ność do oceny ja­kiej­kol­wiek po­ezji.

Poppy nie miała po­ję­cia, dla­czego jej brat i panna Marks oka­zują so­bie tak jawną wro­gość.

- Pew­nie w ta­jem­nicy się lu­bią - wy­ja­śniła jej spo­koj­nie Be­atrix.

Poppy tak zdu­miała ta idea, że wy­buch­nęła śmie­chem.

- Wal­czą ze sobą za każ­dym ra­zem, gdy znajdą się w jed­nym po­koju, co, dzięki Bogu, nie zda­rza się zbyt czę­sto. Dla­czego mó­wisz coś ta­kiego?

- Je­śli weź­miesz pod uwagę ry­tu­ały go­dowe nie­któ­rych zwie­rząt, na przy­kład fre­tek, okaże się, że ich za­loty też są do­syć ob­ce­sowe...

- Bea, pro­szę, nie wspo­mi­naj gło­śno o ry­tu­ałach go­do­wych - po­wie­działa Poppy, wal­cząc z uśmie­chem. Jej dzie­więt­na­sto­let­nia sio­stra nie­zmien­nie oka­zy­wała ra­do­sne lek­ce­wa­że­nie kon­we­nan­som. - Je­stem pewna, że to wul­garne, i... A skąd ty w ogóle wiesz co­kol­wiek o oby­cza­jach go­do­wych?

- Głów­nie z pod­ręcz­ni­ków we­te­ry­na­rii. I od czasu do czasu coś doj­rzę. Zwie­rzęta nie są zbyt dys­kretne, wiesz?

- Pew­nie nie. Ale za­trzy­maj te uwagi dla sie­bie, Bea. Gdyby panna Marks cię usły­szała, na pewno uło­ży­łaby ko­lejny wiersz do za­pa­mię­ta­nia na tę oko­licz­ność.

Bea przy­glą­dała się sio­strze przez chwilę nie­win­nie.

- Młode damy nie kon­tem­plują... spo­so­bów, w ja­kie zwie­rzęta pro­kreują...

- Bo ich przy­zwo­itka go­towa... jesz­cze się zi­ry­to­wać - do­koń­czyła za nią Poppy.

Be­atrix uśmiech­nęła się sze­roko.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego mie­liby się nie lu­bić. Leo jest wi­ceh­ra­bią, i to cał­kiem przy­stoj­nym, a panna Marks jest in­te­li­gentna i śliczna.

- Ni­gdy nie sły­sza­łam, by Leo wy­ra­ził chęć po­ślu­bie­nia in­te­li­gent­nej ko­biety - stwier­dziła Poppy. - Ale zga­dzam się, że panna Marks jest śliczna. Zwłasz­cza ostat­nio. Kie­dyś była taka prze­raź­li­wie chuda i blada, a te­raz tak ład­nie się wy­peł­niła.

- Przy­było jej co naj­mniej dzie­sięć fun­tów - zgo­dziła się Be­atrix. - I wy­daje się szczę­śliw­sza. Gdy ją po­zna­ły­śmy, wy­glą­dała tak, jakby miała za sobą ja­kieś okropne prze­ży­cia.

- Też tak po­my­śla­łam. Cie­kawe, czy kie­dyś się do­wiemy, co to było.

Poppy nie była tego pewna. Gdy jed­nak tego ranka zo­ba­czyła umę­czoną twarz panny Marks, po­my­ślała, że jej po­wra­ca­jące kosz­mary mu­szą mieć coś wspól­nego z jej ta­jem­ni­czą prze­szło­ścią.

Poppy we­szła do gar­de­roby i za­częła prze­glą­dać rząd schlud­nych czy­stych sukni w neu­tral­nych ko­lo­rach ze sztyw­nymi bia­łymi koł­nie­rzy­kami i man­kie­tami.

- Którą suk­nię pani po­dać? - za­py­tała miękko.

- Któ­rą­kol­wiek. Wszystko mi jedno.

Poppy wy­brała tę z gra­na­to­wego dia­go­nalu i po­ło­żyła ją na po­mię­tej po­ścieli. Od­wró­ciła głowę, gdy przy­zwo­itka zdjęła ko­szulę nocną i na­ło­żyła ko­szulkę, re­formy i poń­czo­chy.

Nie chciała kło­po­tać panny Marks, gdy bo­lała ją głowa, ale mu­siała się ko­muś zwie­rzyć z wy­da­rzeń tego po­ranka. Mu­siała przy­go­to­wać swą damę do to­wa­rzy­stwa, bo wia­do­mość o jej po­czy­na­niach, w które za­an­ga­żo­wał się też Harry Ru­tledge, mo­gła wkrótce uj­rzeć świa­tło dzienne.

- Panno Marks - roz­po­częła ostroż­nie - nie chcę po­gar­szać pani bólu głowy, ale mu­szę pani coś po­wie­dzieć... - Urwała, gdy panna Marks po­słała jej krót­kie, pełne cier­pie­nia spoj­rze­nie.

- Co się stało, Poppy?

Nie, to nie naj­lep­sza chwila, zde­cy­do­wała Poppy w du­chu. W za­sa­dzie... czy na­prawdę po­winna o tym w ogóle wspo­mi­nać? Prze­cież za­pewne nie zo­ba­czy już ni­gdy wię­cej Harry'ego Ru­tledge'a. Nie by­wał on na tych sa­mych przy­ję­ciach co Ha­tha­way­owie. I po co miałby przy­czy­niać kło­po­tów dziew­czy­nie, któ­rej do­tych­czas na­wet nie za­uwa­żał? Nie miał nic wspól­nego z jej świa­tem, tak jak ona z jego.

- Po­bru­dzi­łam czymś sta­nik mo­jej ró­żo­wej mu­śli­no­wej sukni wczo­raj przy ko­la­cji - za­im­pro­wi­zo­wała na­prędce. - Te­raz mam na nim tłu­stą plamę.

- Och, moja droga. - Panna Marks prze­rwała sznu­ro­wa­nie gor­setu w po­ło­wie. - Roz­pu­ścimy w wo­dzie tro­chę amo­niaku i spie­rzemy plamę. Mam na­dzieję, że zej­dzie.

- Do­sko­nały po­mysł.

Czu­jąc nie­znaczne tylko ukłu­cie winy, Poppy pod­nio­sła po­rzu­coną na łóżku ko­szulę nocną panny Marks i zło­żyła ją pie­czo­ło­wi­cie.

Roz­dział 4

Jake Va­len­tine przy­szedł na świat jako fi­lius nul­lius, syn z nie­pra­wego łoża. Jego matka, Edith, była po­ko­jówką u do­sko­nale pro­spe­ru­ją­cego oks­fordz­kiego ad­wo­kata, a oj­cem był tenże ad­wo­kat. Chcąc po­zbyć się matki i syna za jed­nym za­ma­chem, ad­wo­kat prze­ku­pił nie­okrze­sa­nego chłopa, by ten oże­nił się z Edith. Ma­jąc dzie­sięć lat i dość prze­śla­do­wań ze strony oj­czyma, Jake po­rzu­cił dom ro­dzinny i udał się do Lon­dynu.

Dzie­sięć lat prze­pra­co­wał w kuźni, gdzie urósł w siłę i zdo­był so­bie re­pu­ta­cję czło­wieka, który nie boi się cięż­kiej pracy i jest go­dzien za­ufa­nia. Jake nie pra­gnął zbyt wiele od ży­cia. Miał pracę, pe­łen brzuch, a świat poza Lon­dy­nem w ogóle go nie in­te­re­so­wał.

Pew­nego dnia przy­szedł do kuźni ciem­no­włosy męż­czy­zna i po­pro­sił Jake'a o roz­mowę. Onie­śmie­lony jego wy­kwint­nym ubra­niem i wy­ra­fi­no­wa­nymi ma­nie­rami Jake od­po­wia­dał ci­cho na nie­zli­czone py­ta­nia do­ty­czące jego ży­cia i do­świad­cze­nia. A po­tem dżen­tel­men zdu­miał Jake'a, ofe­ru­jąc mu po­sadę swego oso­bi­stego słu­żą­cego z pen­sją prze­wyż­sza­jącą po wie­lo­kroć to, co ten za­ra­biał do­tych­czas.

Pe­łen po­dej­rzeń chło­piec za­py­tał męż­czy­znę, dla­czego pra­gnie za­trud­nić no­wi­cju­sza, któ­remu brak wy­kształ­ce­nia i ogłady.

- Mógłby pan prze­cież wy­bie­rać spo­śród naj­lep­szych słu­żą­cych w Lon­dy­nie - wy­tknął mu. - Dla­czego więc ktoś taki jak ja?

- Bo ci słu­żący to no­to­ryczni plot­ka­rze, któ­rzy utrzy­mują zna­jo­mo­ści ze służbą naj­świet­niej­szych do­mów An­glii i kon­ty­nentu. Wieść głosi, że ty umiesz trzy­mać gębę na kłódkę, a to ce­nię so­bie wy­żej niż do­świad­cze­nie. I wy­glą­dasz mi na ta­kiego, który da so­bie radę w bójce.

Jake zmru­żył po­wieki.

- A po co pana słu­żący miałby się bić?

Męż­czy­zna się uśmiech­nął.

- Bę­dziesz za­ła­twiał dla mnie różne sprawy. Jedne będą pro­ste, inne nie. Idziesz?

I tak oto Jake roz­po­czął pracę dla Jaya Harry'ego Ru­tledge'a, naj­pierw jako oso­bi­sty słu­żący, po­tem jako asy­stent.

Jake ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkał ko­goś ta­kiego jak eks­cen­tryczny, zde­ter­mi­no­wany, wy­ma­ga­jący, ma­ni­pu­lu­jący in­nymi Ru­tledge, który ro­zu­miał ludzką na­turę le­piej niż kto­kol­wiek. Wy­star­czało za­zwy­czaj kilka mi­nut, by oce­nił czło­wieka z bez­błędną traf­no­ścią. Wie­dział, jak spra­wić, by lu­dzie speł­niali jego ży­cze­nia i pra­wie za­wsze osią­gał cel.

Jake był prze­ko­nany, że mózg Ru­tledge'a ni­gdy nie od­po­czywa, na­wet pod­czas nie­zbęd­nego do ży­cia snu. Jego pra­co­dawca był stale ak­tywny. Jake nie­raz wi­dy­wał go, jak roz­waża ja­kiś pro­blem w my­ślach i jed­no­cze­śnie pi­sze list albo pro­wa­dzi cał­kiem składną roz­mowę. Jego ape­tyt na wie­dzę był nie­na­sy­cony, miał także do­sko­nałą pa­mięć. Je­śli Ru­tledge raz coś zo­ba­czył, prze­czy­tał, czy usły­szał, zo­sta­wało to w jego mó­zgu na za­wsze. Lu­dzie nie byli w sta­nie go okła­mać, a je­śli byli na tyle głupi, by to zro­bić, na­tych­miast ich de­ma­sko­wał.

Nie były mu jed­nak obce do­broć i sza­cu­nek dla in­nych, rzadko też wpa­dał w gniew. Jake nie był jed­nak pe­wien, czy na kim­kol­wiek w ży­ciu mu za­leży. W głębi serca Ru­tledge był zimny jak lo­do­wiec. Chło­pak wie­dział o nim wiele, ale w za­sa­dzie po­zo­sta­wali so­bie obcy.

To jed­nak nie miało zna­cze­nia. Jake był go­tów od­dać za niego ży­cie. Ho­te­larz za­skar­biał so­bie lo­jal­ność swo­ich słu­żą­cych uczci­wym trak­to­wa­niem i hoj­nym upo­sa­że­niem w za­mian za ciężką pracę. Ocze­ki­wał od nich tylko jed­nego - by za­go­rzale strze­gli jego pry­wat­no­ści. Ru­tledge przy­jaź­nił się z naj­wy­żej po­sta­wio­nymi oso­bami w pań­stwie, ale rzadko dys­ku­to­wał o tych zna­jo­mo­ściach. Był także nie­zwy­kle skru­pu­latny w do­bo­rze lu­dzi, któ­rych do­pusz­czał do sie­bie bli­żej.

Ko­biety ob­le­gały go, rzecz ja­sna... Jego sza­le­jąca ener­gia czę­sto znaj­do­wała upust w ra­mio­nach róż­nych pięk­no­ści. Gdy jed­nak dama da­wała choćby po­zór uczu­cia, Jake był de­le­go­wany do jej po­sia­dło­ści z li­stem, który zry­wał wszel­kie kon­takty. In­nymi słowy, do obo­wiąz­ków Jake'a na­le­żało ko­je­nie łez, gniewu i in­nych skom­pli­ko­wa­nych emo­cji, któ­rych Ru­tledge nie to­le­ro­wał. A Jake współ­czułby tym da­mom, gdyby za li­stem nie po­stę­po­wał za­zwy­czaj mon­stru­al­nie kosz­towny pre­zent w po­staci bi­żu­te­rii, która miała uła­go­dzić zra­nioną dumę.

Do pew­nych dzie­dzin ży­cia Ru­tledge'a ko­biety nie miały do­stępu. Nie po­zwa­lał im by­wać w swo­ich pry­wat­nych apar­ta­men­tach, nie wpusz­czał ich także do swo­jego po­koju oso­bli­wo­ści. To tam Ru­tledge roz­my­ślał nad naj­bar­dziej zło­żo­nymi kwe­stiami. Gdy nie mógł spać, sia­dy­wał przy stole kre­ślar­skim i ba­wił się swo­imi au­to­ma­tami, pra­cu­jąc na czę­ściach od ze­garka, skraw­kach pa­pieru i dru­tach, do­póki nie uspo­koił swego nad­po­bu­dli­wego mó­zgu.

Gdy więc po­ko­jówka dys­kret­nie do­nio­sła Jake'owi, że młoda dama od­wie­dziła Ru­tledge'a w tym wła­śnie po­koju, chło­pak od razu po­jął, że stało się coś waż­nego.

W po­śpie­chu do­koń­czył śnia­da­nie, na które skła­dały się pa­sta ja­jeczna i chru­piący sma­żony be­kon. Nor­mal­nie jadłby po­woli, roz­ko­szu­jąc się strawą, nie mógł się jed­nak spóź­nić na po­ranne spo­tka­nie z Ru­tledge'em.

- Nie tak szybko - po­wie­dział An­dre Bro­us­sard, szef kuchni, któ­rego Ru­tledge pod­kradł fran­cu­skiemu am­ba­sa­do­rowi dwa lata wcze­śniej. Bro­us­sard był chyba je­dy­nym pra­cow­ni­kiem ho­telu, który sy­piał jesz­cze mniej niż Ru­tledge. Młody mistrz był znany z tego, że wstaje o trze­ciej nad ra­nem, by od­wie­dzić targ, gdzie oso­bi­ście wy­bie­rał naj­lep­sze pro­dukty. Miał ja­sne włosy i był drob­nej po­stury, ale ce­cho­wała go dys­cy­plina i silna wola ge­ne­rała ar­mii.

Prze­rwał na chwilę ubi­ja­nie sosu i spoj­rzał z roz­ba­wie­niem na Jake'a.

- Może spró­bu­jesz po­gryźć, Va­len­tine?

- Nie mam na to czasu - od­parł Jake, od­kła­da­jąc ser­we­tkę. - Mam ode­brać po­ranną li­stę od pana Ru­tledge'a za... - Prze­rwał, by spoj­rzeć na ze­ga­rek. - Za dwie i pół mi­nuty.

- Ach, tak, po­ranna li­sta. - Mistrz wy­krzy­wił wargi, pa­ro­diu­jąc swego pra­co­dawcę. - Va­len­tine, chcę, byś za­aran­żo­wał wie­czo­rek na cześć por­tu­gal­skiego am­ba­sa­dora we wto­rek. Ma się za­koń­czyć po­ka­zem pi­ro­tech­nicz­nym. Po­tem pędź do biura pa­ten­to­wego z ry­sun­kami mo­jego naj­now­szego wy­na­lazku. A w dro­dze po­wrot­nej za­trzy­maj się na Re­gent Street i kup sześć ba­ty­sto­wych fran­cu­skich chu­s­te­czek, gład­kich, bez wzoru, i Boże broń, bez ko­ronki...

- Wy­star­czy, Bro­us­sard - prze­rwał mu Jake, wal­cząc z uśmie­chem.

Ku­charz wró­cił do mie­sza­nia sosu.

- A tak na mar­gi­ne­sie, Va­len­tine... gdy do­wiesz się, kim była ta dziew­czyna, wróć tu na­tych­miast i mi po­wiedz. W za­mian może po­zwolę ci zbli­żyć się do wózka z wy­pie­kami, za­nim po­ślę go do ja­dalni.

Jake rzu­cił mu su­rowe spoj­rze­nie, mru­żąc brą­zowe oczy.

- Jaka dziew­czyna?

- Do­sko­nale wiesz, jaka. Ta, z którą pan Ru­tledge spo­tkał się dziś rano.

Jake zmarsz­czył brwi.

- Kto ci po­wie­dział?

- Co naj­mniej trzy osoby wspo­mniały o tym w ciągu ostat­niej pół go­dziny. Wszy­scy o tym mó­wią.

- Per­so­nel Ru­tledge nie może plot­ko­wać.

Bro­us­sard wy­wró­cił oczami.

- Z oso­bami z ze­wnątrz, tak. Ale pan Ru­tledge nie mó­wił ni­gdy, że nie wolno nam plot­ko­wać mię­dzy sobą.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego obec­ność dziew­czyny w po­koju oso­bli­wo­ści wzbu­dza ta­kie za­in­te­re­so­wa­nie.

- Cóż... może dla­tego, że Ru­tledge ni­gdy żad­nej tam nie wpu­ścił? A może dla­tego, że wszy­scy, któ­rzy dla niego pra­cują, mo­dlą się, by zna­lazł so­bie w końcu żonę, która od­wróci jego uwagę na tyle, by prze­stał cią­gle się we wszystko mie­szać.

Jake po­trzą­snął głową z ża­lem.

- Wąt­pię, czy on kie­dy­kol­wiek się ożeni. Ho­tel to jego ko­chanka.

Ku­charz spoj­rzał na niego pro­tek­cjo­nal­nie.

- A co ty tam wiesz. Pan Ru­tledge ożeni się, gdy znaj­dzie od­po­wied­nią ko­bietę. Jak ma­wiają moi ro­dacy: ciężko zna­leźć do­brą żonę i do­brego me­lona. - Przez chwilę ob­ser­wo­wał, jak Jake za­pina ma­ry­narkę i po­pra­wia fu­lar. - Wróć z in­for­ma­cjami, mon ami.

- Wiesz, że ni­gdy nie oma­wiam de­tali pry­wat­nego ży­cia Ru­tledge'a.

Bro­us­sard wes­tchnął.

- Lo­jalny aż do prze­sady. Po­dej­rze­wam, że gdyby Ru­tledge zle­cił ci mor­der­stwo, wy­ko­nał­byś je? - Py­ta­nie za­dane zo­stało lek­kim to­nem, ale w oczach ku­cha­rza mi­gnęła tro­ska.

Nikt, na­wet Jake, nie był do końca pe­wien, do czego zdolny jest Ru­tledge i jak da­leko po­su­nąłby się chło­pak w swoim po­słu­szeń­stwie.

- Nie po­pro­sił mnie o to - od­rzekł Jake i do­dał po chwili z iskierką hu­moru: - Jesz­cze.

Gdy spie­szył tyl­nymi scho­dami do pry­wat­nego apar­ta­mentu z mnó­stwem po­koi na trze­cim pię­trze, mi­jał po dro­dze wielu pra­cow­ni­ków. Te schody i wej­ścia na ty­łach ho­telu słu­żyły per­so­ne­lowi i do­staw­com. Kilka osób pró­bo­wało za­trzy­mać Jake'a swo­imi pro­ble­mami i tro­skami, ale on tylko po­trzą­sał głową i przy­spie­szał kroku. Ni­gdy nie spóź­niał się na po­ranne spo­tka­nia z Ru­tledge'em. Kon­sul­ta­cje były za­zwy­czaj krót­kie, nie trwały dłu­żej niż kwa­drans, ale pryn­cy­pał bez­względ­nie do­ma­gał się punk­tu­al­no­ści.

Jake za­trzy­mał się na chwilę przed drzwiami apar­ta­mentu, po czym wszedł bez­sze­lest­nie do ma­łego pry­wat­nego holu wy­ło­żo­nego mar­mu­rem i ozdo­bio­nego bez­cen­nymi dzie­łami sztuki. We­wnętrzny ko­ry­tarz wiódł do ukry­tej klatki scho­do­wej, by Ru­tledge nie mu­siał uży­wać głów­nego wej­ścia do ho­telu. Wła­ści­ciel ho­telu lu­bił wie­dzieć wszystko o wszyst­kich, ale sam trzy­mał się na ubo­czu. Więk­szość po­sił­ków spo­ży­wał sa­mot­nie, wy­cho­dził i wra­cał, kiedy mu się po­do­bało, przed ni­kim się nie opo­wia­dał.

Jake za­pu­kał i cze­kał, do­póki nie usły­szał stłu­mio­nego za­pro­sze­nia.

Wszedł do apar­ta­mentu skła­da­ją­cego się z czte­rech po­koi, który można było roz­sze­rzyć na­wet do pięt­na­stu.

- Dzień do­bry, pa­nie Ru­tledge - po­wie­dział.

Ho­te­larz sie­dział przy ma­syw­nym ma­ho­nio­wym biurku wy­po­sa­żo­nym w szafkę pełną szu­flad i skry­tek. Me­bel jak zwy­kle za­słany był pa­pie­rami, książ­kami, ko­re­spon­den­cją, wi­zy­tów­kami, pie­czę­ciami i przy­bo­rami do pi­sa­nia. Ru­tledge za­kle­jał wła­śnie list, przy­ci­ska­jąc pie­częć do kro­pli go­rą­cego wo­sku.

- Dzień do­bry, Va­len­tine. Jak spo­tka­nie per­so­nelu?

Jake po­dał mu plik co­dzien­nych ra­por­tów od za­rząd­ców.

- Wszystko idzie gładko, przy­naj­mniej w więk­szo­ści. Było kilka pro­ble­mów z grupą dy­plo­ma­tów z Na­ga­raja.

- Do­prawdy?

Ma­lut­kie księ­stwo Na­ga­raja, wci­śnięte po­mię­dzy Birmę i Sy­jam, wła­śnie zo­stało bry­tyj­skim so­jusz­ni­kiem. Bry­tyj­czycy za­ofe­ro­wali Na­ga­raj­czy­kom po­moc w po­wstrzy­ma­niu wdzie­ra­ją­cych się na ich te­ry­to­rium Sy­jam­czy­ków, a te­raz chcieli uczy­nić kraj swoim pro­tek­to­ra­tem. Przy­po­mi­nało to sy­tu­ację, w któ­rej lew trąca cię łapą, a na­stęp­nie za­pew­nia, że je­steś cał­kiem bez­pieczny. Bry­tyj­czycy byli obec­nie w sta­nie wojny z Birmą i zaj­mo­wali pro­win­cje na lewo i prawo, a Na­ga­raj­czycy ży­wili wciąż jesz­cze de­spe­racką na­dzieję, że uda im się za­cho­wać nie­za­leż­ność. W tym celu wy­słali do An­glii z mi­sją dy­plo­ma­tyczną trzech wy­soko po­sta­wio­nych po­słów i masę kosz­tow­nych po­dar­ków dla kró­lo­wej Wik­to­rii.

- Kie­row­nik re­cep­cji mu­siał trzy­krot­nie za­mie­niać im po­koje - wy­ja­śnił Jake.

Ru­tledge uniósł brwi.

- Był ja­kiś pro­blem z po­ko­jami?

- Nie z sa­mymi po­ko­jami... z ich nu­me­rami, które zgod­nie z wie­rze­niami Na­ga­raj­czy­ków były nie­po­myślne. Osta­tecz­nie od­da­li­śmy im apar­ta­ment dwie­ście osiem­na­ście. Wkrótce po­tem kie­row­nik dru­giego pię­tra wy­czuł dym wy­do­by­wa­jący się spod drzwi apar­ta­mentu. Naj­wy­raź­niej od­pra­wiali ja­kąś ce­re­mo­nię z oka­zji zna­le­zie­nia się na no­wej ziemi, któ­rej ele­men­tem było roz­pa­le­nie ogni­ska na tacy z brązu. Nie­stety ogień wy­mknął się spod kon­troli i stra­wił dy­wan.

Wargi Ru­tledge'a wy­gięły się w uśmie­chu.

- O ile wiem, Na­ga­raj­czycy mają ce­re­mo­nię na każdą oka­zję. Do­pil­nuj, by zna­le­ziono im od­po­wied­nie miej­sce, w któ­rym będą mo­gli roz­pa­lać tyle świę­tych ognisk, ile będą chcieli, bez ry­zyka, że pusz­czą ho­tel z dy­mem.

- Do­brze, pro­szę pana.

Ru­tledge prze­kart­ko­wał ra­porty za­rząd­ców.

- Ja­kie mamy obec­nie ob­ło­że­nie? - za­py­tał, nie pod­no­sząc głowy.

- Dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent.

- Do­sko­nale. - Ru­tledge wró­cił do ra­por­tów.

Jake rzu­cił okiem na biurko. Za­uwa­żył list ad­re­so­wany do panny Poppy Ha­tha­way od pana Mi­cha­ela Bay­ninga.

Jak Ru­tledge wszedł w po­sia­da­nie li­stu? Poppy Ha­tha­way... jej ro­dzina za­trzy­my­wała się w tu­taj w se­zo­nie. Tak jak inne ary­sto­kra­tyczne ro­dziny, które nie miały wła­snej re­zy­den­cji w mie­ście, byli zo­bli­go­wani do wy­na­ję­cia ume­blo­wa­nego domu, bądź po­bytu w pry­wat­nym ho­telu. Ha­tha­way­owie byli lo­jal­nymi go­śćmi Ru­tledge już od trzech lat. Czy to moż­liwe, by Poppy była ta­jem­ni­czą dziew­czyną, z którą ho­te­larz spo­tkał się tego ranka?

- Va­len­tine - rzekł nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym to­nem Ru­tledge. - Jedno z krze­seł w po­koju oso­bli­wo­ści wy­maga po­now­nego obi­cia. Rano zda­rzył się tam mały wy­pa­dek.

Jake wie­dział, że pra­co­dawca nie lubi py­tań, ale tym ra­zem nie zdo­łał się po­wstrzy­mać.

- Ja­kiego ro­dzaju wy­pa­dek, pro­szę pana?

- Fretka. Chyba pró­bo­wała uwić gniazdo w sie­dzi­sku.

Fretka? Ha­tha­way­owie na pewno byli w to za­an­ga­żo­wani.

- Czy zwie­rzę na­dal jest na wol­no­ści? - za­py­tał Jake.

- Nie, zo­stało zła­pane.

- Przez jedną z sióstr Ha­tha­way? - do­py­ty­wał chło­pak.

W zie­lo­nych oczach mi­gnęło ostrze­że­nie.

- Tak. - Ru­tledge odło­żył ra­porty na bok i od­chy­lił się na opar­cie. Wy­da­wał się roz­luź­niony, ale pal­cami wciąż bęb­nił w blat biurka. - Mam dla cie­bie kilka spraw, Va­len­tine. Naj­pierw pój­dziesz do re­zy­den­cji lorda An­do­vera przy Up­per Brook Street. Za­aran­żu­jesz dla mnie pry­watne spo­tka­nie z lor­dem w prze­ciągu ko­lej­nych dwóch dni, naj­le­piej tu­taj. Daj im ja­sno do zro­zu­mie­nia, że nikt nie może o tym wie­dzieć i prze­ko­naj An­do­vera, że to sprawa naj­wyż­szej wagi.

- Do­brze, pro­szę pana. - Jake nie są­dził, by mógł na­po­tkać ja­kieś pro­blemy. Gdy Harry Ru­tledge chciał się z kimś spo­tkać, jego ży­cze­nie speł­niano nie­zwłocz­nie. - Lord An­do­ver jest oj­cem pana Mi­cha­ela Bay­ninga?

- Tak.

Co tu się, u dia­bła, dzieje?

- Na­stęp­nie za­nie­siesz to - Ru­tledge po­dał Jake'owi plik do­ku­men­tów ści­śnięty skó­rza­nym sznur­kiem - panu Ge­ral­dowi z Mi­ni­ster­stwa Wojny. Prze­każ to do rąk wła­snych. A po­tem pój­dziesz do Wa­ther­stona i ku­pisz na mój ra­chu­nek na­szyj­nik lub bran­so­letkę. Coś ład­nego, Va­len­tine. I do­star­czysz to do re­zy­den­cji pani Raw­lings.

- Z wy­ra­zami sza­cunku? - za­py­tał z na­dzieją Jake.

- Nie, z tym bi­le­tem. - Ru­tledge po­dał mu za­la­ko­waną ko­pertę. - Mu­szę się jej po­zbyć.

Jake zmar­kot­niał. Boże. Ko­lejna scena.

- Wo­lał­bym udać się do wschod­niego Lon­dynu i dać się obić ulicz­nym zło­dzie­jom, pro­szę pana.

Na twarz Ru­tledge'a wy­pły­nął uśmiech.

- Ty­dzień się jesz­cze nie skoń­czył.

Jake po­słał pra­co­dawcy wy­mowne spoj­rze­nie i wy­szedł.

Poppy do­sko­nale wie­działa, że ma swoje plusy i mi­nusy, je­śli cho­dzi o mał­żeń­stwo.

Na po­czet plu­sów na­le­żało za­li­czyć jej fakt, że miała za­moż­nych krew­nych, co ozna­czało po­kaźny po­sag.

Na po­czet mi­nu­sów na­to­miast to, że Ha­tha­way­owie nie byli dys­tyn­go­wani, a w ich ży­łach nie pły­nęła błę­kitna krew, mimo tego, że Leo miał ty­tuł.

Była atrak­cyjna. Ale też ga­da­tliwa i nie­zdarna, czę­sto jed­no­cze­śnie, a gdy się de­ner­wo­wała, obie przy­pa­dło­ści się po­głę­biały.

Ary­sto­kra­cja nie mo­gła jed­nak po­zwa­lać so­bie na taką wy­bred­ność, jak kie­dyś. Po­tęga pa­rów roz­wie­wała się po­woli, a do głosu do­cho­dziła klasa przed­się­bior­ców i kup­ców. Co­raz czę­ściej za­wie­rano mał­żeń­stwa po­mię­dzy bo­ga­tymi ple­be­ju­szami a zu­bo­żałą ary­sto­kra­cją. Pa­ro­wie mu­sieli go­dzić się na za­ty­ka­nie nosa i mie­sza­nie się z tymi ni­żej uro­dzo­nymi.

Tyle że oj­ciec Mi­cha­ela Bay­ninga, wi­ceh­ra­bia, był czło­wie­kiem wy­so­kich stan­dar­dów, zwłasz­cza je­śli w grę wcho­dziła przy­szłość syna.

- Wi­ceh­ra­bia bę­dzie mu­siał wziąć pod uwagę ten zwią­zek - wy­ja­śniła Poppy panna Marks. - Może i po­siada nie­na­ganny ro­do­wód, ale jego for­tuna ku­leje. Jego syn musi po­jąć za żonę dziew­czynę z za­moż­nego domu. Rów­nie do­brze może to być Ha­tha­way­ówna.

- Mam na­dzieję, że masz ra­cję - od­parła wtedy z uczu­ciem Poppy.

Nie miała wąt­pli­wo­ści, że jako żona Mi­cha­ela Bay­ninga bę­dzie szczę­śliwa. Był in­te­li­gentny, czuły, skory do śmie­chu... uro­dzony i wy­cho­wany jako dżen­tel­men. Ko­chała go - uczu­cie nie bu­chało z niej ża­rem na­mięt­no­ści, lecz pło­nęło cie­płym, spo­koj­nym ogniem. Uwiel­biała jego uspo­so­bie­nie, pew­ność sie­bie nie­ska­żoną na­wet cie­niem aro­gan­cji i jego wy­gląd, choć dama nie po­winna przy­zna­wać się do ta­kich rze­czy. Mi­chael miał gę­ste kasz­ta­nowe włosy i cie­płe brą­zowe oczy, a jego syl­we­tka była wy­soka i fo­remna.

Gdy Poppy go po­znała, wszystko wy­dało się jej wręcz zbyt ła­twe... Za­ko­chała się w mgnie­niu oka.

- Mam na­dzieję, że pani ze mną nie igra - po­wie­dział jej Mi­chael pew­nego wie­czoru, gdy spa­ce­ro­wali po ga­le­rii jed­nej z lon­dyń­skich po­sia­dło­ści na pro­szo­nym wie­czorku. - To zna­czy, mam na­dzieję, że nie po­my­li­łem się, bio­rąc pani uprzej­mość za coś zna­czą­cego. - Przy­sta­nął przed du­żym kra­jo­bra­zem w oleju. - Prawda jest taka, panno Ha­tha­way... Poppy... że każda mi­nuta spę­dzona w pani to­wa­rzy­stwie do­star­cza mi ta­kiej ra­do­ści, że z tru­dem zno­szę roz­sta­nia.

Spoj­rzała na niego ze zdu­mie­niem.

- Czy to moż­liwe? - szep­nęła.

- Że cię ko­cham? - szep­nął Mi­chael w od­po­wie­dzi, uśmie­cha­jąc się cierpko. - Poppy Ha­tha­way, cie­bie nie da się nie ko­chać.

Ode­tchnęła drżąco, całe jej ciało wy­peł­niło się ra­do­ścią.

- Panna Marks nie po­wie­działa mi, co dama po­winna uczy­nić w ta­kiej sy­tu­acji.

Mi­chael uśmiech­nął się sze­rzej i po­chy­lił się ku niej, jakby chciał jej po­wie­rzyć ja­kiś se­kret.

- Po­win­naś dać mi ja­kiś dys­kretny znak za­chęty.

- Ja też cię ko­cham.

- To nie było dys­kretne. - Jego brą­zowe oczy roz­bły­sły. - Ale bar­dzo miłe.

O ofi­cjal­nych za­lo­tach nie mo­gło być mowy. Oj­ciec Mi­cha­ela, wi­ceh­ra­bia An­do­ver, był bar­dzo opie­kuń­czy w sto­sunku do syna. Do­bry czło­wiek, po­wie­dział Mi­chael, ale su­rowy. Mi­chael po­pro­sił o czas, by mógł prze­ko­nać wi­ceh­ra­biego o słusz­no­ści tego ma­riażu. Poppy była go­towa dać mu go tyle, ile tylko po­trzeba.

Po­zo­stali Ha­tha­way­owie nie byli jed­nak tak ule­gli. Dla nich Poppy była skar­bem i za­słu­gi­wała na to, by za­le­cać się do niej otwar­cie i z dumą.

- Czy mam omó­wić tę kwe­stię z An­do­ve­rem? - za­py­tał Cam pew­nego wie­czoru, gdy całą ro­dziną od­po­czy­wali w swoim apar­ta­men­cie po ko­la­cji. Spo­czy­wał na so­fie obok Ame­lii, która trzy­mała w ra­mio­nach ich sze­ścio­mie­sięczne dziecko. Dla ga­dziów chło­piec na­zy­wał się Ro­nan Cole, ale ro­dzina uży­wała jego rom­skiego imie­nia: Rye.

Poppy i panna Marks zaj­mo­wały drugą sofę, a Be­atrix ba­wiła się przy ko­minku ze swoim je­żem, Me­duzą. Do­dger le­żał w swoim ko­szyku na­dą­sany z po­wodu na­uczki, którą dała mu Me­duza, gdy pró­bo­wał ba­wić się jej kol­cami.

Poppy z na­my­słem zmarsz­czyła brwi, od­ry­wa­jąc wzrok od swo­jej ro­bótki.

- To by nie­wiele dało - po­wie­działa z ża­lem szwa­growi. - Znam twój dar prze­ko­ny­wa­nia... ale Mi­chael bar­dzo sta­now­czo wy­raża się na te­mat spo­so­bów ra­dze­nia so­bie z oj­cem.

Cam po­padł w za­my­śle­nie. Z czar­nymi zbyt dłu­gimi wło­sami, lśniącą mio­dową skórą i dia­men­to­wym kol­czy­kiem w uchu wy­glą­dał bar­dziej jak po­gań­ski książę niż biz­nes­men, który do­ro­bił się for­tuny w prze­my­śle. Od swego ślubu z Ame­lią Ro­han był de facto głową ro­dziny Ha­tha­wayów. Ża­den męż­czy­zna nie byłby w sta­nie pa­no­wać nad tą nie­po­korną gro­madką tak zręcz­nie jak on. Jego ta­bor, jak ich na­zy­wał.

- Sio­strzyczko - rzekł do Poppy swo­bod­nie - Ro­mo­wie po­wia­dają, że bez świa­tła sło­necz­nego drzewo nie wyda owo­ców. Nie wi­dzę po­wodu, dla któ­rego Bay­ning miałby nie po­pro­sić o po­zwo­le­nie na za­le­ca­nie się do cie­bie otwar­cie, tak jak to za­zwy­czaj ro­bią ga­dzio­wie.

- Cam, wiem, że Ro­mo­wie mają... cóż, bar­dziej bez­po­śred­nie po­dej­ście do za­lo­tów...

Ame­lia zdu­siła śmiech. Cam z roz­my­słem ją zi­gno­ro­wał. Panna Marks spoj­rzała na nich z prze­ra­że­niem, naj­wy­raź­niej nie ma­jąc po­ję­cia, że cy­gań­ska tra­dy­cja za­lo­tów za­kłada po­rwa­nie ko­biety z jej łóżka.

- Ale wiesz rów­nie do­brze jak i my - kon­ty­nu­owała Poppy - że dla bry­tyj­skiej ary­sto­kra­cji sprawa jest bar­dziej zło­żona.

- W za­sa­dzie - wtrą­ciła su­cho Ame­lia - bry­tyj­ska ary­sto­kra­cja ne­go­cjuje mał­żeń­stwo rów­nie ro­man­tycz­nie jak trans­ak­cje ban­kowe.

Poppy spoj­rzała z wy­rzu­tem na star­szą sio­strę.

- Ame­lio, po czy­jej ty je­steś stro­nie?

- Za­wsze po two­jej. - Nie­bie­skie oczy Ame­lii na­peł­niły się tro­ską. - I dla­tego nie da­rzę za­ufa­niem tych ukrad­ko­wych za­lo­tów... od­dziel­nie przy­by­wa­cie na przy­ję­cia, ni­gdy nie za­biera cie­bie i panny Marks na prze­jażdżki po­wo­zem... jakby się cie­bie wsty­dził. Jak­byś była kom­pro­mi­tu­ją­cym se­kre­tem.

- Wąt­pisz w szcze­rość in­ten­cji pana Bay­ninga?

- Ależ skąd. Ale nie po­do­bają mi się jego me­tody.

Poppy wes­tchnęła lekko.

- Nie je­stem kon­wen­cjo­nal­nym wy­bo­rem dla syna para. I dla­tego pan Bay­ning musi po­stę­po­wać z roz­wagą.

- Je­steś naj­bar­dziej kon­wen­cjo­na­lną osobą w ca­łej ro­dzi­nie.

Poppy spoj­rzała na sio­strę po­nuro.

- Sta­tus naj­bar­dziej kon­wen­cjo­nal­nego Ha­tha­waya to ra­czej nie po­wód do dumy.

Zi­ry­to­wana Ame­lia zwró­ciła się do damy do to­wa­rzy­stwa.

- Panno Marks, moja sio­stra jest prze­ko­nana, że jej ro­dzina jest tak cu­daczna, tak od­mienna od reszty, że pan Bay­ning po pro­stu musi ucie­kać się do tych wszyst­kich po­dej­rza­nych środ­ków, bo nie może po pro­stu sta­nąć przed wi­ceh­ra­bią i oznaj­mić mu otwar­cie: "Oj­cze, za­mie­rzam po­ślu­bić Poppy Ha­tha­way i pro­szę cię o bło­go­sła­wień­stwo". Czy mo­głaby mi pani wy­ja­śnić, dla­czego pan Bay­ning musi być taki ostrożny?

Chyba po raz pierw­szy w ży­ciu pan­nie Marks za­bra­kło słów.

- Nie męcz panny Marks, Ame­lio - od­parła Poppy. - Fakty są ta­kie: ty i Win wy­szły­ście za Cy­ga­nów, Leo jest no­to­rycz­nym hu­laką, Be­atrix ma wię­cej zwie­rząt niż Kró­lew­skie To­wa­rzy­stwo Zoo­lo­giczne, a ja je­stem to­wa­rzy­ską nie­zgrabą i nie umiem na­wet pro­wa­dzić po­praw­nej kon­wer­sa­cji. Na­prawdę tak trudno zro­zu­mieć, dla­czego pan Bay­ning chce prze­ka­zać ojcu tę no­winę moż­li­wie naj­de­li­kat­niej?

Ame­lia spoj­rzała na sio­strę tak, jakby za­mie­rzała się sprze­czać, ale mruk­nęła tylko:

- Moim zda­niem po­prawne kon­wer­sa­cje są sza­le­nie nudne.

- Moim też - zgo­dziła się Poppy po­nuro. - I na tym po­lega pro­blem.

Be­atrix ode­rwała wzrok od swo­jego jeża, który zwi­nął się w kulkę w jej dło­niach.

- A czy pan Bay­ning umie pro­wa­dzić cie­kawą roz­mowę?

- Nie mu­sia­ła­byś py­tać - od­parła Ame­lia - gdyby ośmie­lił się zło­żyć nam wi­zytę.

- Chcia­ła­bym za­su­ge­ro­wać - wtrą­ciła panna Marks po­spiesz­nie, nie da­jąc Poppy szansy na ri­po­stę - by­śmy jako ro­dzina za­pro­sili pana Bay­ninga na wy­stawę kwia­tów po­ju­trze w Chel­sea. Bę­dziemy mo­gli dzięki temu spę­dzić z nim po­po­łu­dnie i upew­nić się o praw­dzi­wo­ści jego in­ten­cji.

- To cu­do­wny po­mysł - za­wo­łała Poppy. Wspólna wi­zyta na wy­sta­wie kwia­tów była znacz­nie bar­dziej nie­winna i dys­kretna niż wi­zyta Mi­cha­ela w apar­ta­men­cie Ha­tha­wayów w Ru­tledge. - Je­stem pewna, że roz­mowa z pa­nem Bay­nin­giem roz­wieje twoje zmar­twie­nia, Ame­lio.

- Mam na­dzieję - od­parła ko­bieta, naj­wy­raź­niej wciąż nie­prze­ko­nana. Po­mię­dzy jej cien­kimi brwiami po­ja­wiła się mała zmarszczka. Zwró­ciła się do panny Marks. - Jako przy­zwo­itka Poppy miała pani znacz­nie wię­cej oka­zji do spo­tkań z tym se­kret­nym za­lot­ni­kiem niż ja. Co pani o nim są­dzi?

- Z mo­ich ob­ser­wa­cji wy­nika, że pan Bay­ning to sza­no­wany, ho­no­rowy dżen­tel­men. Ma nie­po­szla­ko­waną opi­nię, nie po­są­dzano go ni­gdy o uwo­dze­nie ko­biet, roz­rzut­ność czy wsz­czy­na­nie bó­jek. Jed­nym sło­wem, jest cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem lorda Ram­saya.

- To do­brze o nim świad­czy - stwier­dził po­nuro Cam. W jego zło­ci­sto­orze­cho­wych oczach mi­gnął psotny ognik, gdy spoj­rzał na żonę. Po­ro­zu­mieli się bez słów. - Może wy­ślesz mu za­pro­sze­nie, mo­ni­sha?

Mięk­kie wargi Ame­lii roz­cią­gnęły się w sar­do­nicz­nym uśmie­chu.

- Za­mie­rzasz do­bro­wol­nie wziąć udział w wy­sta­wie kwia­tów?

- Prze­cież lu­bię kwiaty.

- Tak, gdy kwitną na łą­kach i mo­cza­rach. Nie zno­sisz na­to­miast ich wi­doku na upo­rząd­ko­wa­nych ra­ba­tach i schlud­nych ma­łych grząd­kach.

- Przez jedno po­po­łu­dnie mogę je to­le­ro­wać - za­pew­nił żonę Cam, ba­wiąc się le­ni­wie pu­klem wło­sów, opa­da­ją­cym na jej szyję. - Za­kła­dam, że wy­si­łek się opłaci, je­śli w efek­cie zy­skamy krew­nego po­kroju Bay­ninga. - Uśmiech­nął się kpiąco. - Przy­dałby się nam choć je­den godny sza­cunku męż­czy­zna w ro­dzi­nie, nie są­dzisz?

Roz­dział 5

Pan Bay­ning otrzy­mał za­pro­sze­nie już na­stęp­nego dnia i ku ogrom­nej ra­do­ści Poppy na­tych­miast je za­ak­cep­to­wał.

- Te­raz to już tylko kwe­stia czasu - po­wie­działa Poppy Be­atrix, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc się, by nie ska­kać jak Do­dger. - Zo­stanę żoną Mi­cha­ela Bay­ninga. Ko­cham go, ko­cham wszyst­kich i wszystko... Ko­cham na­wet twoją śmier­dzącą starą fretkę, Bea!

Poppy i Be­atrix przy­go­to­wy­wały się do spa­ceru. Był cie­pły sło­neczny dzień, a ho­te­lowe ogrody za­lały się po­wo­dzią kwia­tów.

- Nie mogę się do­cze­kać wyj­ścia - oznaj­miła Poppy, wy­glą­da­jąc przez okno na roz­le­głe klomby. - Kwiaty są pra­wie tak piękne jak w Hamp­shire.

- Nie zga­dzam się - stwier­dziła Be­atrix. - Są zbyt upo­rząd­ko­wane. Ale lu­bię spa­ce­ro­wać po ogro­dzie ró­ża­nym Ru­tledge. Po­wie­trze pach­nie w nim tak słodko. Wiesz, roz­ma­wia­łam z głów­nym ogrod­ni­kiem kilka dni temu, gdy wy­szłam na spa­cer z Ca­mem i Ame­lią. Zdra­dził mi swój se­kretny spo­sób na piękne i zdrowe róże.

- Jaki to spo­sób?

- Wy­war z ryb, ocet i odro­bina cu­kru. Opry­skuje je taką mie­szanką, za­nim za­kwitną. Uwiel­biają to.

Poppy zmarsz­czyła nos.

- Cóż za od­ra­ża­jąca mik­stura.

- Ogrod­nik po­wie­dział, że stary pan Ru­tledge wy­jąt­kowo ceni róże, a część naj­bar­dziej eg­zo­tycz­nych w jego ogro­dzie to po­da­runki od róż­nych osób. La­wen­dowe są na przy­kład z Chin, te czer­wone z Fran­cji, a...

- Stary pan Ru­tledge?

- Cóż, ogrod­nik nie po­wie­dział, że pan Ru­tledge jest stary, ale... po pro­stu nie umiem my­śleć o nim ina­czej.

- Dla­czego?

- Jest taki strasz­nie ta­jem­ni­czy, nikt go ni­gdy nie wi­duje. Przy­po­mi­nają mi się hi­sto­rie o sza­lo­nym sta­rym królu Je­rzym, za­mknię­tym w swo­ich apar­ta­men­tach w Wind­so­rze. - Be­atrix uśmiech­nęła się ra­do­śnie. - Może trzy­mają pana Ru­tledge'a na stry­chu.

- Bea - szep­nęła Poppy na­gląco, prze­peł­niona po­trzebą zwie­rze­nia się ko­muś. - Za­raz pęknę, je­śli ci cze­goś nie po­wiem, ale to ta­jem­nica.

W oczach jej sio­stry bły­snęło za­in­te­re­so­wa­nie.

- Co to ta­kiego?

- Naj­pierw obie­caj mi, że ni­komu nie po­wiesz.

- Obie­cuję.

- Przy­się­gnij na coś.

- Przy­się­gam na świę­tego Fran­ciszka, pa­trona wszyst­kich zwie­rząt. - Wi­dząc wa­ha­nie Poppy, Be­atrix do­dała z en­tu­zja­zmem: - Gdyby po­rwała mnie banda pi­ra­tów na swój sta­tek i gro­ziła mi, że każą mi sko­czyć z trapu pro­sto w pasz­cze wy­głod­nia­łych re­ki­nów, je­śli nie wy­dam two­jej ta­jem­nicy, i tak bym im nie po­wie­działa. Gdyby zwią­zał mnie ja­kiś łotr i rzu­cił pod ko­pyta ga­lo­pu­ją­cych koni za­ku­tych w że­lazo, a je­dy­nym ra­tun­kiem przed stra­to­wa­niem by­łoby wy­da­nie two­jej ta­jem­nicy, i tak bym mu nie po­wie­działa. Gdyby...

- Do­brze, prze­ko­na­łaś mnie - prze­rwała jej Poppy z uśmie­chem. Za­cią­gnęła sio­strę w kąt po­koju. - Po­zna­łam pana Ru­tledge'a - po­wie­działa.

Oczy Be­atrix za­okrą­gliły się ze zdzi­wie­nia.

- Na­prawdę? Kiedy?

- Wczo­raj rano. - Poppy opo­wie­działa jej całą hi­sto­rię, opi­su­jąc do­kład­nie se­kretny ko­ry­tarz, po­kój oso­bli­wo­ści i sa­mego pana Ru­tledge'a. Po­mi­nęła tylko kwe­stię po­ca­łunku, bo je­śli o nią cho­dziło, nie miał on w ogóle miej­sca.

- Tak cię prze­pra­szam za Do­dgera - oznaj­miła pło­mien­nie Be­atrix. - Prze­pra­szam w jego imie­niu.

- Nic się nie stało, Bea. Cho­ciaż... Szkoda, że zgu­bił list. Do­póki jed­nak nikt go nie znaj­dzie, nie bę­dzie chyba pro­ble­mów.

- Więc pan Ru­tledge nie jest znie­do­łęż­nia­łym sza­leń­cem? - za­py­tała Be­atrix z nutą roz­cza­ro­wa­nia w gło­sie.

- Ależ skąd.

- A jak wy­gląda?

- Jest cał­kiem przy­stojny. Bar­dzo wy­soki, i...

- Tak wy­soki jak Mer­ri­pen?

Kev Mer­ri­pen za­miesz­kał z Ha­tha­way­ami po tym, jak jego ta­bor zo­stał za­ata­ko­wany przez An­gli­ków, któ­rzy chcieli prze­pę­dzić Cy­ga­nów ze swej ziemi. Ran­nego chłopca po­rzu­cono przy rzece na pewną śmierć, ale Ha­tha­way­owie go zna­leźli i już z nimi zo­stał. Nie­dawno oże­nił się z ich star­szą sio­strą, Win­ni­fred. Mer­ri­pen pod­jął się trudu za­rzą­dza­nia po­sia­dło­ścią Ram­say pod nie­obec­ność Leo. No­wo­żeńcy byli bar­dzo szczę­śliwi z tego, że se­zon mogą spę­dzić w Hamp­shire, roz­ko­szu­jąc się pięk­nem i względną pry­wat­no­ścią Ram­say Ho­use.

- Nikt nie jest tak wy­soki jak Mer­ri­pen - stwier­dziła Poppy. - Ale pan Ru­tledge i tak jest wy­soki, ma ciemne włosy i prze­szy­wa­jące zie­lone oczy... - Po­czuła ucisk w żo­łądku, gdy je so­bie przy­po­mniała.

- Po­lu­bi­łaś go?

Poppy się za­wa­hała.

- Pan Ru­tledge jest... nie­po­ko­jący. Bar­dzo cza­ru­jący, ale wi­dać po nim, że stać go do­słow­nie na wszystko. Jak upa­dły anioł z wier­sza Wil­liama Blake'a.

- Szkoda, że go nie spo­tka­łam - oznaj­miła tę­sk­nie Be­atrix. - I szkoda, że nie wi­dzia­łam jego po­koju oso­bli­wo­ści. Za­zdrosz­czę ci, Poppy. Mnie od tak dawna nie przy­da­rzyło się nic in­te­re­su­ją­cego.

Poppy ro­ze­śmiała się ci­cho.

- Prze­cież wła­śnie bie­rzesz udział w lon­dyń­skim se­zo­nie.

Be­atrix wy­wró­ciła oczami.

- Lon­dyń­ski se­zon jest rów­nie in­te­re­su­jący co wy­ścigi śli­ma­ków. W stycz­niu. Mar­twych śli­ma­ków na­wet.

- Dziew­częta, je­stem go­towa - do­biegł ich ra­do­sny głos panny Marks, która za­raz po­tem we­szła do po­koju. - Weź­cie pa­ra­solki, nie chce­cie prze­cież opa­lić buzi.

Wszyst­kie trzy opu­ściły apar­ta­ment i peł­nym god­no­ści kro­kiem ru­szyły dłu­gim ko­ry­ta­rzem. Za­nim zdą­żyły jed­nak do­trzeć do scho­dów, do­biegł ich zgiełk zu­peł­nie nie­li­cu­jący z god­no­ścią ho­telu.

Mę­skie głosy mie­szały się w po­wie­trzu - nie­które wzbu­rzone, a je­den na­prawdę roz­gnie­wany. Sły­chać było też obcy ak­cent, cięż­kie dud­nie­nie i dziwne me­ta­liczne grze­cho­ta­nie.

- Co do dia­bła... - mruk­nęła panna Marks pod no­sem.

Wy­szły zza rogu i za­trzy­mały się gwał­tow­nie na wi­dok pół tu­zina męż­czyzn ści­śnię­tych przy ku­chen­nej win­dzie. Po­wie­trze roz­darł prze­raź­liwy wrzask.

- Czy to ko­bieta? - za­py­tała Poppy, bled­nąc. - Dziecko?

- Zo­stań­cie tu­taj - po­le­ciła im panna Marks. - Spró­buję do­wie­dzieć się...

Wszyst­kie trzy wzdry­gnęły się, sły­sząc ko­lejną se­rię wrza­sków, w któ­rych wy­raź­nie po­brzmie­wała pa­nika.

- To dziecko - po­wie­działa Poppy, ru­sza­jąc do przodu mimo wy­raź­nego za­kazu panny Marks. - Mu­simy mu po­móc.

Be­atrix ją wy­prze­dziła.

- To nie dziecko - za­wo­łała przez ra­mię. - To małpka!