1.
Tomek
Ból złamanego serca zmienia człowieka na zawsze. Czas natomiast jest przereklamowanym lekiem na zadane rany.
Minęło jedenaście miesięcy od dnia, w którym Ania ode mnie odeszła. Po tamtej pamiętnej rozmowie próbowałem jeszcze wielokrotnie nakłonić ją do zmiany decyzji, lecz pozostawała nieugięta. A później złożyła pozew o rozwód i sama się do mnie odezwała, prosząc, byśmy załatwili to szybko i bez orzekania o winie.
Ta głęboko zraniona strona mnie chciała się zemścić, zrobić jej na złość. Pomyślałem, że nie dam jej tego rozwodu, że będę blokował wszelkie działania zmierzające do zakończenia naszego małżeństwa, bo ja w przeciwieństwie do niej nie przestałem kochać.
Później pomyślałem o tych wszystkich dobrych i pięknych chwilach. O uczuciach, jakie wywoływał we mnie jej uśmiech. O spojrzeniu, które od pierwszej chwili narobiło mi niezłego bałaganu w głowie.
Z mocą uderzyło mnie to, co przecież od dawna wiedziałem. Jeśli się kogoś kocha, to trzeba pozwolić mu odejść. Nikt nie ma prawa zamykać pięknego ptaka w klatce. A ona właśnie była dla mnie takim pięknym ptakiem. Zapragnęła wolności i musiałem jej to dać.
Rozwiedliśmy się tak, jak chciała: szybko i bez niepotrzebnego prania brudów przed obcymi ludźmi. Na sali sądowej patrzyłem na nią, ona natomiast nie spojrzała w moim kierunku ani razu. Stała z wysoko uniesioną głową, jej jasne włosy opadały kaskadami na ciemną marynarkę od jednego z eleganckich kompletów, których w szafie miała pełno.
Od dnia rozwodu posypałem się całkowicie - jako człowiek, jako mężczyzna i jako pisarz. Dopadło mnie zgorzknienie, niechęć do życia i pracy czy nawet do dbania o siebie. Barek z alkoholami, zawsze wypełniony po brzegi, w ciągu dwóch tygodni zaczął świecić pustkami. Staczałem się. Mój redaktor prowadzący dzwonił i pytał, jak się czuję, a ja zbywałem go jakimiś wyświechtanymi tekstami, że wszystko u mnie dobrze i cały czas pracuję nad kolejną powieścią, co oczywiście nie miało nic wspólnego z prawdą.
Nowo powstały plik tekstowy świecił pustkami. Nigdy specjalnie nie wierzyłem w istnienie weny, tylko w systematyczną i sumienną pracę. Porzuciłem moją codzienną rutynę, bo nie byłem w stanie wykrzesać z siebie jednego sensownego zdania. Dom był coraz bardziej zapuszczony, w łazience piętrzyły się brudne ubrania, moją twarz pokrył niechlujny zarost. Mój brat Adam odwiedzał mnie kilka razy w tygodniu, by upewnić się, że żyję. Przywoził drobne zakupy i próbował na różne sposoby postawić mnie na nogi. Bezskutecznie.
Rodzice też się martwili, ale z nimi w ogóle nie chciałem poruszać tematu Ani. Zawsze ją uwielbiali. Mówili, że to taka idealna synowa. Ciężko znieśli informację o naszym rozstaniu, choć z początku łudzili się, że jeszcze wszystko będzie dobrze. Po rozwodzie zmuszeni byli pogodzić się z faktem, że małżeństwo moje i Ani rozpadło się bezpowrotnie.
Od tamtego dnia w sądzie już jej nie widziałem. Zdążyła wcześniej zabrać wszystkie swoje rzeczy z naszego domu, więc nie miała po co wracać. Kontakt całkowicie nam się urwał. Ona nie dzwoniła, bo przecież nic już dla niej nie znaczyłem, a ja uznałem, że nie mam prawa mieszać jej w życiu, gdy tak kategorycznie mnie z niego wyrzuciła. Poza tym pewnie zajęta była już związkiem z nowym facetem.
Powtarzałem sobie, że w końcu i ja się z tego podniosę. Nadejdzie dzień, gdy przestanę płakać po Ani, pozbieram się i będę silniejszy.
Grunt to pozytywne myślenie - ironizował cichy głosik w mojej głowie, bo przecież ja sam nie wierzyłem, że zaświeci dla mnie jeszcze słońce.
Ona była sensem mojego życia. Wszystko było lepsze, gdy miałem ją obok siebie. Nawet gdy zaczęło się psuć, cały czas patrzyłem na nią przez różowe okulary, uważając że to tylko chwilowe perturbacje, które miną, gdy znów będziemy mieć dla siebie więcej czasu. Ostatecznie jednak okazało się, że gdy ja spędzałem długie godziny przed ekranem laptopa, by wywiązać się z terminu oddania kolejnej powieści i za kilka miesięcy obserwować, jak moje nowe książkowe dzieło radzi sobie na listach bestsellerów, moja żona już miała w głowie kogoś innego.
W pierwszych tygodniach po rozstaniu niemal obsesyjnie plułem sobie w brodę, że może powinienem zrobić coś więcej, by nas uratować i utrzymać przy życiu te uczucia, które Ania kiedyś do mnie żywiła. Teraz jednak wiedziałem, że i tak nic by z tego nie wyszło, bo ten statek skazany był na utonięcie.
Samotność miała parszywy, gorzki smak. Dom, który razem wybudowaliśmy, jawił mi się teraz jako miejsce największej kaźni, bo wszystkie pomieszczenia i przedmioty przypominały mi o Ani.
Kładłem się do pustego łóżka, siadałem samotnie na kanapie w salonie, by bezmyślnie wgapiać się w ekran telewizora. Pustka w moim sercu nie miała granic. Bałem się, że nigdy nie uda mi się jej wypełnić.
Przeżywam kolejny dzień świstaka, gdy nagle dzwoni mój telefon. Spodziewam się, że to Adam, ewentualnie Kazik - mój redaktor prowadzący. Marszczę lekko brwi na widok nieznanego numeru.
- Halo? - odbieram.
- Dzień dobry. Czy rozmawiam z panem Tomaszem Będzińskim? - W głośniku mojego iPhone'a rozlega się nieznajomy, męski głos.
- Tak, zgadza się - potwierdzam spokojnie.
- Nazywam się Arkadiusz Polkiewicz i jestem pełnomocnikiem pani Apolonii Zych.
Zamieram. Doskonale wiem, kim jest Apolonia Zych. To ukochana babcia mojej byłej żony. Kobieta, którą uwielbiam, bo od początku obdarzyła mnie ogromem miłości i serdeczności, zawsze uraczyła dobrym słowem i wierzyła, że razem z jej wnuczką stworzymy wspaniałą rodzinę.
Nie widziałem jej od miesięcy. Zastanawiam się, po raz pierwszy od dawna, jak zareagowała na wieść o naszym rozwodzie. Nie dane mi było z nią o tym porozmawiać.
- Czy coś się stało? - Nic nie rozumiem z tej sytuacji.
- Z przykrością muszę poinformować, że moja klientka zmarła dwa dni temu w wieku dziewięćdziesięciu lat. Pogrzeb odbędzie się jutro o godzinie dwunastej. Pani Apolonia chciałaby, żeby pojawił się pan na uroczystości. - Głos Polkiewicza dociera do mnie jakby z opóźnieniem.
Przetwarzam z trudem to, co powiedział. Babcia Ani nie żyje...
- Oczywiście, że się zjawię. Dziękuję za informację. Gdyby nie pana telefon, pewnie nie miałbym szans dowiedzieć się o ostatnim pożegnaniu - odpowiadam pustym głosem.
Ciężko mi się oddycha. Zdradliwe łzy szczypią mnie pod powiekami.
- Jestem świadomy faktu, że nie utrzymuje pan kontaktu z byłą żoną, ale ja dzwonię nie tylko w kwestii pogrzebu. Chodzi o jeszcze jedną sprawę. Mam do przekazania panu i pani Annie treść testamentu spisanego przez moją klientkę. Zostaliście w nim państwo ujęci. Po uroczystości pogrzebowej chciałbym zaprosić pana na jego odczytanie - mówi mężczyzna profesjonalnym tonem, całkowicie mnie tą informacją zaskakując.
Testament, w którym zostaliśmy ujęci: ja i Ania? Co to w ogóle ma znaczyć?
- Dobrze, w porządku. Stawię się - odpowiadam skonfundowany po dłuższej chwili milczenia. - Proszę tylko o podanie adresu, zaraz sobie zapiszę.
- Prześlę panu esemesem po zakończeniu naszej rozmowy.
Robi tak, jak zapowiedział. Gdy tylko kończymy połączenie, przychodzi wiadomość z miejscem naszego spotkania. Wpatruję się w ekran telefonu i przetrawiam to, co usłyszałem.
Czuję, jak wzrasta we mnie żal, że Ania nie zdobyła się nawet na to, by poinformować mnie o śmierci babci, choć wiedziała, że była dla mnie ważną osobą. Po naszym rozwodzie nie odwiedzałem jej, by moja była żona nie myślała, że próbuję mącić w jej nowym życiu beze mnie. Nawet nie mieliśmy okazji się pożegnać, a gdyby nie ten dzisiejszy telefon, to ominąłby mnie pogrzeb.
W końcu zbieram się w sobie, odkładam telefon na stolik kawowy w salonie i ruszam po schodach na piętro, gdzie znajduje się garderoba. Wcześniej wieszaki w szafach uginały się pod naporem ubrań mojej żony. Teraz to pomieszczenie jest żałośnie opustoszałe, bo znajdują się tutaj tylko moje ubrania: koszule, spodnie, T-shirty, bielizna, i kilka par butów. Są także dwa garnitury, które kupiłem, gdy nie tak dawno temu zostałem zaproszony na rozdanie nagród literackich, bo dwie moje powieści otrzymały nominacje w swojej kategorii.
Wyciągam ten czarny, klasyczny. Szukam koszuli z guzikami na mankietach, bo nie chce mi się dobierać spinek - tym zawsze zajmowała się Ania. Czyszczę buty, rolkuję ubranie, by usunąć pojedyncze paprochy, i myślę o tym, co poczuję, gdy jutro ją zobaczę - po tych długich miesiącach bez jakiegokolwiek kontaktu.
Czy przyjdzie na pogrzeb z nowym facetem? Będzie go trzymać pod rękę, tak jak kiedyś mnie? A może on ją będzie przytulał na oczach ludzi i ocierał łzy?
Jak ja, do cholery, to przeżyję?
Apolonia Zych była zamożną i znaną lokalnej społeczności kobietą, która z zamiłowaniem prowadziła swoje piękne gospodarstwo agroturystyczne. Zawsze witała gości uśmiechem, a nadmiar pieniędzy nigdy nie uderzył jej do głowy. Pracowała, choć nie musiała. Po prostu kochała kontakt z ludźmi.
Tak ją zapamiętam. Ubraną w fartuszek, z siwymi włosami spiętymi klamrą i dłońmi ubrudzonymi mąką. Witała Anię i mnie już w wejściu do swojego pensjonatu, zawsze szeroko uśmiechnięta. Ściskała mocno, całowała w policzki i mówiła, jak bardzo się cieszy, choć przecież ta radość była w pełni wymalowana na jej twarzy.
Przyjęła mnie do rodziny na długo przed ślubem. Mawiała, że kocha mnie jak wnuka, i faktycznie tak też traktowała. Pozostawiła po sobie mnóstwo wspaniałych wspomnień i piękne miejsce, które stało się ostoją dla setek osób szukających wyciszenia oraz spokoju.
Nic więc dziwnego, że na pogrzeb przybyły tłumy. Niewielki wiejski cmentarz jest po brzegi wypełniony ludźmi. Cała uroczystość ma piękny, choć niebywale smutny charakter.
Na niebie świeci słońce, od czasu do czasu zasłaniają je płynące białe obłoki. Trzymam w dłoni wiązankę z żywych kwiatów, przewiązaną czarną wstęgą z napisem: "Kochanej babci Apolonii - Tomasz".
Staram się nie rozglądać i nie szukać Ani. Wiem, że spotkamy się po pogrzebie na odczytaniu testamentu, ale wtedy z pewnością będzie sama, bo jej nowy facet nie ma prawa być świadkiem zapoznania się z ostatnią wolą zmarłej.
Czuję, że żołądek zaciska mi się z nerwów. Nie potrafię tego opanować.
Po pogrzebie i złożeniu kwiatów wsiadam do auta, wbijam w nawigację adres przesłany przez Polkiewicza i wyjeżdżam przed wszystkimi innymi, by za kilka minut nie gotować się w korku na najbliższym skrzyżowaniu.
Dwadzieścia minut później jestem już w Poznaniu. Mknę głównymi ulicami i docieram pod wskazane miejsce. Parkuję kilkanaście metrów od wejścia, po czym wysiadam i wtedy się rozglądam. Szukam konkretnego samochodu. Mercedesa, takiego jak mój, tylko nie czarnego, a białego. Takim jeździ moja żona. A przynajmniej jeździła jeszcze kilka miesięcy temu.
Nie widzę takiego pojazdu, więc biorę głęboki wdech i wchodzę do środka. To typowe wielkomiejskie biuro, urządzone w minimalistycznym, niemal surowym stylu. Najpierw uprzejmie wita mnie młoda sekretarka z ciemnymi włosami zaczesanymi w ciasny kok i okularami w rogowych oprawkach. Informuje, że pan Polkiewicz zaraz mnie do siebie zawoła.
Siadam na jednym z dwóch foteli, rozglądam się raz jeszcze po pomieszczeniu i przez chwilę patrzę na zamknięte drzwi, prowadzące najprawdopodobniej do gabinetu szefa całego tego przybytku. Ciągle jednak zastanawiam się, gdzie jest Ania. Przecież i ona powinna tutaj być, w końcu ten facet w rozmowie telefonicznej powiedział, że oboje zostaliśmy uwzględnieni w testamencie babci Apolonii.
Drzwi frontowe otwierają się akurat wtedy, gdy przestaję się w nie uporczywie wgapiać.
Wstrzymuję oddech na jej widok.
Wchodzi powoli, wydaje się zakłopotana, a już z całą pewnością przeżywa obecnie trudne chwile w życiu. Widzę, że ma zaczerwienioną skórę wokół oczu, co oznacza, że płakała. W ogóle się temu nie dziwię. Ma na sobie czarną koronkową sukienkę z dekoltem w łódkę i cienkim, złotym paskiem w pasie. Założyła dziś jedne ze swoich klasycznych lakierowanych szpilek. Włosy związała w wysoki kucyk, a to mimowolnie przypomina mi jeden z tych leniwych poranków, gdy zrobiłem nam śniadanie w naszej nowej kuchni, a ona zeszła do mnie w szlafroku i z taką właśnie fryzurą. Powiedziałem jej wtedy, że pięknie wygląda.
Dziś mógłbym wyszeptać jej do ucha ten sam komplement - byłby tak samo zgodny z prawdą, jak wtedy. Nie powinienem na nią patrzeć jak żałosny zakochany kundel, a jednak na chwilę zapominam o oddychaniu, boję się nawet mrugnąć, żeby nie zniknęła.
Ania powoli podnosi głowę. Poprawia torebkę na ramieniu, a nasze spojrzenia się spotykają. Widzę, jak przełyka ślinę. Jest blada na twarzy, co oznacza, że prawdopodobnie niewiele w ostatnich dniach spała. Ma lekki makijaż, choć nie udało jej się pod nim ukryć rozpaczy i zmęczenia.
Powinniśmy się chyba ze sobą przywitać. Staram się odchrząknąć. Wstaję. Ona oddycha szybciej.
Jesteśmy zestresowani. Oboje.
- Cześć - mówię jako pierwszy.
Mógłbym unieść się honorem i udawać, że w ogóle dla mnie nie istnieje. Oszukiwanie samego siebie nigdy jednak nie było moją mocną stroną. Wypadam przed nią żałośnie, bo ona już zdążyła ruszyć dalej po naszym rozstaniu, a ja ciągle i ciągle tkwię w miejscu.
I wtedy to dostrzegam. Cień delikatnego uśmiechu, który pojawia się na jej wargach przez ułamek sekundy i szybko znika, ale jednak... Był skierowany do mnie.
Po plecach przebiega mi charakterystyczny dreszcz. To się nie zmieniło. Nadal reaguję na nią w ten sam sposób. Czuję, jak dopada mnie trudna do opanowania tęsknota - za jej bliskością, dotykiem, uśmiechem, pocałunkami. Brakowało mi tego przez cały czas, każdego dnia od jej odejścia. Ale w tej chwili odczuwam to tysiąc razy mocniej. Bo mam ją przed oczami.
Gdybym zbliżył się o kilka kroków, byłaby w zasięgu ręki. Wtedy mógłbym przyciągnąć ją do siebie, objąć, dotknąć jej ust.
- Hej - odpowiada, a ten cichy, doskonale znany głos pomaga mi otrząsnąć się z niepotrzebnych fantazji.
Zanim którekolwiek z nas zdąży powiedzieć coś więcej, drzwi za moimi plecami się otwierają i staje w nich Polkiewicz. Wita się uprzejmie i skinąwszy głową, zaprasza nas do środka.
- Czy pani Kamila do nas dołączy? - pyta, zwracając się do Ani.
- Tak, siostra będzie tutaj za chwilę. Utknęła w korku na Ratajach - odpowiada.
Facet o nikogo więcej nie pyta. Czy to oznacza, że testament babci Apolonii dotyczy tylko naszej trójki?
Siadam na pierwszym z trzech krzeseł ustawionych przed masywnym dębowym biurkiem. Ania zajmuje miejsce po drugiej stronie, a to między nami pozostaje puste i czeka na Kamilę. Polkiewicz proponuje, byśmy zaczęli dopiero wtedy, gdy będziemy już w komplecie. Zgadzamy się i czekamy.
Moja była szwagierka dołącza do nas niespełna pięć minut później. Wita się, przeprasza za spóźnienie, a następnie mnie dostrzega. Wygląda na bardzo zaskoczoną. Nie widzieliśmy się od kilku miesięcy, a ona w ogóle się nie zmieniła. Nadal jest bardzo podobna do Ani, nadal nosi krótko ścięte, blond włosy i w przeciwieństwie do siostry chętnie eksponuje swoje piegi, nie nakładając nawet minimalnego makijażu.
- Jak dobrze cię widzieć - szepcze mi do ucha.
Czekamy, co powie nam mężczyzna siedzący naprzeciwko.
Wygląda dość niepozornie. Jest niski, ma widoczne zakola i zmarszczki wokół oczu. Na jego haczykowatym nosie spoczywają okulary. Trzeba przyznać, że nadrabia drogim i świetnie dobranym garniturem. Coś w nim sprawia, że człowiek od razu wie, że ma do czynienia z kimś ważnym.
Patrzymy, jak Polkiewicz przerzuca na biurku dokumenty. W końcu się prostuje, patrzy uważnie na każdego z nas i delikatnie się uśmiecha.
- Są państwo gotowi? - pyta.
- Jak najbardziej - odpowiada w naszym imieniu Kamila.
Przez kolejne kilka minut słuchamy ostatniej woli spisanej przez babcię Apolonię. Początkowo brzmi to wszystko niepozornie, jednak im niżej przesuwa się wzrok pełnomocnika zmarłej staruszki, tym większe zdumienie mnie dopada.
W pierwszej chwili myślę, że to jakiś ponury żart. Zapis testamentu nie byłby niczym dziwnym, gdybym nadal był mężem Ani. Wówczas wszystko byłoby dla mnie w pełni jasne i zrozumiałe. A jednak babcia wiedziała, że ja i jej wnuczka wzięliśmy rozwód - dożyła tego przykrego momentu i mogłem się tylko domyślać, że nie przyjęła tej informacji zbyt dobrze.
Dlaczego więc ta kochana kobieta zdecydowała się zostawić mi w spadku połowę swojego gospodarstwa agroturystycznego, a drugą połowę przekazała Ani? Dlaczego drugiej wnuczce przepisała ziemię o równej wartości, zamiast rzeczone gospodarstwo rozdzielić między siostry?
Moja była żona jest tak samo skonfundowana zapisami w testamencie jak ja. Patrzy na Polkiewicza szeroko otwartymi oczami i wygląda, jakby bardzo chciała coś powiedzieć, lecz nie miała w ogóle pomysłu, jak to zrobić.
- Czy jest pan pewien, że babcia w momencie spisywania ostatniej woli była w pełni świadoma tego, co robi? - pyta w końcu Ania, a jej głos lekko drży, zdradzając, że jest mocno poruszona.
- Oczywiście, że tak. Rozumiem, że to dla państwa niezbyt komfortowa sytuacja. - Facet patrzy wyrozumiale najpierw na mnie, później na moją byłą żonę. - Najlepiej będzie, jeśli państwo po prostu się jakoś dogadają w kwestii spadku, by nie wchodzić sobie w drogę.
Zerkam na Anię. Ona w tej samej chwili spogląda w moim kierunku. Ten kontakt wzrokowy trwa dłużej, niż mógłbym przypuszczać. Dopiero znaczące odchrząknięcie Kamili wyprowadza nas z tego dziwnego transu.
Moja była żona prostuje się gwałtownie. Wiem, że ma coś do powiedzenia, dlatego wszyscy patrzymy na nią w oczekiwaniu.
- Tomaszu - zaczyna, a ja mam ochotę otrząsnąć się pod wpływem tego oficjalnego, chłodnego tonu, którym wypowiada pełną formę mojego imienia.
- Tak? - odpowiadam w podobny sposób, ale ja, choćbym nie wiem, jak się starał, nie potrafię traktować jej tak, jakby była mi obca.
- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli w przyszłym tygodniu przyjedziesz do pensjonatu i razem zastanowimy się, co zrobić - informuje i rzuca mi krótkie spojrzenie spod swoich długich, ciemnych rzęs. Nie ma w tym jednak niczego filuternego. To raczej nadal ten sam chłód i obcesowość.
- W porządku - odpowiadam tylko i wzruszam ramionami.
Jestem przekonany, że Ania będzie chciała sprzedać gospodarstwo agroturystyczne. Kocha swoją pracę, chodzenie w ubraniach wpisujących się idealnie w dress code firmy i wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby była skłonna porzucić to wszystko na rzecz przejęcia schedy po zmarłej babci. Poza tym to miejsce mogłoby jej sprawiać zbyt wiele bólu, bo tam zawsze wszystko będzie przypominało o babci Apolonii.
Ja sam na ten moment nie chcę się w ogóle zastanawiać, co zrobię ze swoją częścią. Nie spodziewałem się czegokolwiek dostać, trudno mi też stwierdzić, czego chciałaby staruszka.
Spotkanie dobiega końca po dopełnieniu wszystkich formalności. Polkiewicz dziękuje nam za przybycie, wyraża swoje współczucie z powodu śmierci bliskiej osoby i na koniec dodaje:
- Byłem pełnomocnikiem pani Zych przez kilka lat i choć staram się nie podchodzić emocjonalnie do relacji służbowych, to muszę państwu powiedzieć, że trudno było nie obdarzyć sympatią tej przemiłej staruszki.
Po tych słowach w oczach sióstr pojawiają się łzy. Ja sam czuję, jak wzruszenie ściska mnie za gardło. Wychodzimy na ulicę i następuje ten niezręczny moment, gdy trzeba się jakoś pożegnać.
Kamila jest buforem między mną a Anią.
- Co powiecie na wspólną kawę? - proponuje niespodziewanie moja była szwagierka.
- Nie mogę, spieszę się. Mariusz na mnie czeka.
Te słowa, wypowiedziane przez Anię, wyduszają mi powietrze z płuc. Pada imię mężczyzny. Jej nowego partnera. Do tej pory myślałem o tym gościu jako o bezimiennym, który przyczynił się - świadomie lub nie - do zniszczenia naszego małżeństwa. Teraz, przez samo brzmienie imienia, nabrał w mojej wyobraźni ostrości. I stał się bardziej realny.
W ten sposób moja była żona potwierdziła, że jej nowa relacja trwa w najlepsze. Czego ja się spodziewałem? Że jest singielką, że podobnie jak ja nikogo nie ma?
Co za naiwność...
- Szkoda... - Kamila wzdycha i rzuca mi szybkie spojrzenie. - To może chociaż ty, Tomek?
Mam ochotę od razu odmówić, wsiąść do samochodu i wrócić do domu. Zamknąć się w czterech ścianach, otworzyć barek i poszukać jakiegoś alkoholu, który być może się w nim jeszcze ostał, by zagłuszyć ten nowy rodzaj bólu.
Spoglądam na Anię. Szykuje się do odejścia. Niech idzie... Przecież Mariusz na nią czeka. Kamila natomiast sprawia wrażenie, jakby szczerze zależało jej na rozmowie ze mną. Tak dawno nie miałem okazji spędzić zwyczajnego popołudnia na rozmowie z kimś, kogo lubię, i wypiciu kawy dla zwykłej ludzkiej przyjemności.
- Tak, chętnie - odpowiadam i dostrzegam, że swoją zgodą zagrałem Ani na nosie.
Delikatne uczucie satysfakcji sprawia mi nieopisaną przyjemność. Nie chcę być gościem, który po rozstaniu postępuje wedle zasady "oko za oko, ząb za ząb", ale odkąd wypowiedziała imię tego faceta... Cóż, pokusa udowodnienia jej czegoś staje się silniejsza niż kiedykolwiek.
Ania zaciska usta w wąską linię, po czym spogląda na swoją siostrę i się z nią żegna, mnie z kolei zupełnie ignorując. Przełykam gorycz, odprowadzam byłą żonę wzrokiem tak długo, aż nie zniknie za zakrętem ulicy, po czym spoglądam na towarzyszącą mi kobietę.
- Mamy sporo do obgadania, Tomek. - Jej poważny głos brzmi niepokojąco.
- Coś się stało? - pytam.
- Tak i nie. Chodź, po drugiej stronie znajduje się fajna kawiarnia, musimy tylko przejść przez pasy. - Łapie mnie pod rękę i ciągnie w rzeczone miejsce.
Daję się jej prowadzić, choć nie wiem, czego mogę się spodziewać.
Fotele i stoliki, kredensy ustawione pod ścianami, ogromne lampy, zdobione regały wykonane z solidnego, ciemnego drewna... Kawiarnia, do której docieramy, ma naprawdę niesamowity klimat. W tle leci muzyka z odrestaurowanej szafy grającej, a w powietrzu unosi się zapach nie tylko świeżo zmielonych ziaren, lecz także starych książek. To najlepsza mieszanka z możliwych.
Siadamy w samym kącie dużego pomieszczenia. Oprócz naszego stolika zajęte są jeszcze tylko dwa. Młoda dziewczyna z czarnym fartuszkiem z logo kawiarni na piersi podchodzi do nas i pyta, co życzymy sobie zamówić.
Oboje stawiamy na americano. Odmawiam deseru, a Kamila bierze sernik, bo podobno mają tu najlepszy w Poznaniu.
Wyczuwam jakieś napięcie. I naprawdę chcę, by zaczęła już mówić.
- Co u ciebie słychać? Dawno się nie widzieliśmy. Dzwoniłam kiedyś do ciebie, ale nie odebrałeś.
Pamiętam ten telefon. Byłem wtedy zajęty opróżnianiem kolejnej butelki alkoholu i zalewaniem tęsknoty za Anią.
- Chcesz znać prawdę czy półprawdę? - pytam i patrzę na nią niemal bez mrugnięcia okiem.
- Prawdę. Zawsze prawdę.
Biorę głęboki oddech. Mnie i Kamilę od początku łączyło coś na kształt przyjaźni. Była rewelacyjną szwagierką, która umiała słuchać i doradzać, gdy ja czy Ania tego potrzebowaliśmy.
- Jest chujowo. Już mniej niż było kilka miesięcy temu, ale nadal nie widzę perspektyw na poprawę własnej sytuacji. Wiem, że minęło już trochę czasu i powinienem się podnieść, ruszyć dalej, ale nie potrafię - odpowiadam zgodnie z prawdą, choć czuję się tak, jakbym właśnie się nad sobą użalał, a nigdy nie lubiłem tego robić.
- Nie widzisz perspektyw... Serio? Nadal ich nie widzisz? Nawet po dzisiejszym spotkaniu? - Po twarzy Kamili przemyka lekki uśmiech.
Marszczę brwi, bo zupełnie nie rozumiem, co właśnie próbuje mi zasugerować.
- Co masz na myśli? - pytam skonfundowany.
Zagryza dolną wargę, upija łyk przyniesionej przez kelnerkę kawy i cały czas uważnie mnie obserwuje. Coś ewidentnie siedzi jej w głowie, ale nie mam pojęcia, co takiego. Od samotnego tkwienia w domu przez długie tygodnie chyba ubyło mi trochę inteligencji i umiejętności czytania z mimiki cudzej twarzy.
- Mam nadzieję, że babcia nie ześle na mnie gromów za to, co ci powiem, ale zastanówmy się: jesteście po rozwodzie, a po kilku miesiącach okazuje się, że jednak ciągle was coś łączy, bo stajecie się oboje spadkobiercami gospodarstwa agroturystycznego, które babcia kochała całym sercem i stworzyła w zasadzie od zera. To oznacza, że musicie znów się spotkać, porozmawiać, pobyć ze sobą. Nadal nie rozumiesz? - pyta i puszcza mi oko.
Serce zaczyna mi bić szybciej. Kamila bardzo sprawnie zarysowuje w mojej wyobraźni coś, na co powinienem sam wpaść, znając możliwości babci Apolonii do naprawiania ludzkich losów. Czy ona rzeczywiście postanowiła wpłynąć na nas zza grobu?
- Żeby to miało szansę się udać, nie tylko ja powinienem tego chcieć. Do tanga trzeba dwojga.
- Oczywiście, że tak. Czasami jednak ta druga osoba potrzebuje kilku wskazówek i...
Patrzę na Kamilę zrezygnowany.
- Mariusz. Jej obecny facet. Zapomniałaś?
- Tomek, do cholery! - irytuje się. - Ona z nim nie ma nawet połowy tego, co miała z tobą. Są ze sobą od kilku miesięcy, a przez ten czas ja i rodzice widzieliśmy go może ze trzy razy. Jak znam moją siostrę, a chyba oczywiste, że znam ją doskonale, to wiem, że bardziej udaje szczęście, niż je obecnie czuje - wyjaśnia, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Dziwnie jest słuchać tego wszystkiego. Chciałbym się cieszyć z faktu, że ten cały Mariusz nie daje Ani tego, co dawać powinien, ale to nie takie proste, jak mogłoby się wydawać. Zawsze najbardziej na świecie zależało mi na jej szczęściu. Jakoś przeżyłem to nasze rozstanie, ale tylko dlatego, że niczym mantrę powtarzałem sobie prawdę starą jak świat: "Jeśli kogoś naprawdę kochasz, to musisz pozwolić mu odejść". Pozwoliłem więc, bo przede wszystkim liczyło się dla mnie jej szczęście. A teraz Kamila mówi, że wcale nie jest aż tak kolorowo.
- Co ja mam zrobić z tą informacją? - pytam ostrożnie.
Odkąd Ania ode mnie odeszła, moja pewność siebie spadła do żałośnie niskiego poziomu. Obawiam się, że wyciągam złe wnioski z tego, co mówi moja towarzyszka.
- Nie no, ręce mi opadają. Taki inteligentny facet, a niczego nie rozumie. - Wzdycha zrezygnowana. - Babcia Apolonia dała wam szansę. Sami nie chcieliście się spotkać, to ona o to zadbała, nie pozostawiając wam wyboru. Myślisz, że byłaby zadowolona, gdybyś zmarnował tę szansę?
Nie, nie byłaby - stwierdzam w myślach. Kamila unosi brwi, bo doskonale wie, że znam odpowiedź na jej pytanie.
- Jeżeli nadal ją kochasz...
- Kocham - odpowiadam szczerze, a ona łagodnie się uśmiecha.
- Wiem. Dlatego bierz byka za rogi i walcz. Minęło sporo czasu, emocje po rozstaniu zdążyły opaść... Teraz może być tylko lepiej.
- A co jeśli ona i ten Mariusz to coś poważniejszego, niż ci się wydaje? - Wątpliwości nie dają mi o sobie zapomnieć.
- To nie jest nic aż tak poważnego, jak się spodziewasz. Tam nie ma ognia. Między wami jest. - Unosi brew i specyficznie się uśmiecha. - Zawalcz tak, by moja siostra, zapytana w kluczowym momencie o swoje imię, zapomniała, jak się nazywa.
Przełykam ślinę, bo jej słowa uruchamiają lawinę wspomnień z naszych najbardziej intymnych momentów. Oczami wyobraźni widzę nagie ciało Ani, jej wąską talię i płaski brzuch, idealne piersi, które falowały rozkosznie, gdy szczytowała, będąc na górze...
Stop. To nie był dobry moment, by porywać się na wspomnienia, które w obecnej chwili pełniły także rolę moich niegrzecznych fantazji. Tylko tyle mi pozostało. Myśleć o Ani, wyobrażać ją sobie, dotykać się i myśleć, że ona to robi.
- Tomek...? - Kamila wypowiada moje imię ponaglająco, a ja otrząsam się z nieczystych myśli.
- Tak?
- Pamiętasz to przysłowie stare jak świat?
- Które konkretnie?
- W miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone. Najwyższa pora, drogi szwagrze, żebyś oprócz bycia romantykiem zaczął być też wojownikiem. Moja siostra ponownie straci dla ciebie głowę.
Jej słowa uderzają prosto w moje serce. Czy jeszcze będę umiał zachować się jak wojownik? Czy zawalczę tak, by Ania znów spojrzała na mnie jak dawniej?
No jasne! Bo jak nie ty, to kto? - cichy głosik, który odzywa się w mojej głowie, brzmi trochę jak ten należący do babci Apolonii.
Otrzymuję zatem motywacyjnego kopa, który sprawia, że już nie mogę się doczekać poniedziałku.