ROZDZIAŁ 1
Tak, na pewno już dawno o mnie zapomniał.
Nie oszukujmy się - marketing nie był moją wymarzoną ścieżką kariery ani nawet nie mieścił się w kręgu moich zainteresowań. Zastanawiałam się więc, jak wytrwałam do drugiego roku studiów, nie rzuciwszy tego w cholerę już po paru zajęciach. No tak, wiedziałam dlaczego. Marzyłam, aby to zrobić i zrobiłabym bez zawahania, gdyby nie duma, jaką dostrzegałam w oczach mamy za każdym razem, kiedy wracałam z Kalifornii do domu w Phoenix i opowiadałam jej o wszystkim, co działo się na uczelni. Nie mogłam jej zawieść i nie chciałam. Całe dzieciństwo ganiała mnie do nauki, by w przyszłości to się opłaciło. Dostałam się na jeden z najlepszych uniwersytetów na wschodnim wybrzeżu, a po jego ukończeniu miałam szansę na stabilną pracę. Wmawiałam sobie, i mamie przy okazji też, że to było to, czego chciałam. Z nas dwóch chociaż ona w to wierzyła.
Usiadłam na zewnątrz kawiarni, odkładając torbę i dwa potężne podręczniki na stół. Przetarłam mokre od potu czoło, oddychając z ulgą, gdy ból ramion zaczął powoli znikać. Kelnerka podeszła niemal od razu, nawet nie zdążyłam sięgnąć po kartę.
- Co podać?
Przewróciłam oczami, wiedząc, że przez moje okulary przeciwsłoneczne nic nie zauważy, a potem rzuciłam pierwsze, co przyszło mi do głowy.
- Czarną, poproszę. I kilka saszetek cukru.
Choć ze stolika przy drzwiach można było wziąć sobie cukier w takiej ilości, w jakiej tylko się chciało, stwierdziłam, że skoro nie dała mi chwili na zastanowienie, powiem, by mi go przyniosła. Nie skomentowała tej prośby w żaden sposób. Zapisała, skinęła głową i odeszła w kierunku wnętrza lokalu. Była nowa, dałabym sobie za to rękę uciąć.
Z czeluści torby wyciągnęłam telefon, krzywiąc się na widok potłuczonego ekranu. Powinnam zainwestować w nowy, ale nie bardzo miałam na to pieniądze. Może zamiast komentować cudzą robotę, sama bym jakąś znalazła?
Miałam trzy nieodebrane połączenia od mamy. Dzwoniła do mnie kilka razy dziennie, co było trochę niepokojące. Mówiła, że dobrze sobie radzi, ale na to nie wyglądało.
- Halo, kochanie? - Odebrała raptem po dwóch sygnałach.
- Cześć, mamo. Co u ciebie?
- Zaraz wychodzę na jogę, więc postanowiłam, że przedtem zobaczę, co słychać u mojej córeczki.
- Wybacz, że wcześniej nie odebrałam, ale dopiero skończyłam wykłady, miałam wyciszony telefon i ręce pełne książek. U mnie wszystko w porządku, tak jak wczoraj.
Na stoliku tuż przede mną pojawiła się kawa z czterema saszetkami cukru na talerzyku obok. Posłałam kelnerce uśmiech, a kiedy odeszła do innego klienta, rozłożyłam nogi pod stołem i odetchnęłam głęboko, czując na sobie ciepłe promienie słońca. Spoglądałam w dal na rozciągający się przede mną kampus przez moje ulubione aviatory, które towarzyszyły mi już od paru dobrych lat.
- A jak było na uczelni? Rozumiesz wszystko, co mówią wykładowcy?
- To pierwszy tydzień, mamuś, dopiero zaczynamy i mieliśmy tylko wprowadzenie. Jeszcze nic ciekawego się nie dzieje.
- To dopiero pierwszy tydzień, a ja czuję się, jakby nie było cię w domu od wieków! - Usłyszałam w tle szuranie butów i trzaśnięcie drzwiami.
- Jak ty sobie radzisz?
Mama westchnęła.
- Jakoś muszę, skarbie. Najważniejsze, abyś ty zdobywała wykształcenie.
- Powiedz tylko słowo, a rzucę studia i wrócę. Wykształcenie to nie wszystko.
Powiedz "tak". Powiedz "tak". Powiedz "tak"!
- Wiesz, że nigdy do tego nie dopuszczę. Może to nie jest wszystko, ale znasz moją opinię na ten temat i kiedyś się ze mną zgodzisz.
Cholera.
Z oddali dostrzegłam zbliżającą się w moim kierunku sylwetkę Ash. Machała i szczerzyła zęby jak głupia, zwracając na siebie uwagę innych studentów, kręcących się w okolicy. Parsknęłam pod nosem, a potem powiedziałam mamie, że muszę kończyć.
- Zadzwoń koniecznie do taty. Ucieszy się. I pozdrów Ashley!
Obiecałam, że to zrobię, i rozłączyłam się. Nie byłam jednak pewna, czy chcę dotrzymać obietnicy co do pierwszego. Kochałam tatę, cały czas bardzo za nim tęskniłam, jednak podczas ostatniego spotkania niespodziewanie oznajmił, że ma nową partnerkę. Nie przyjęłam tego dobrze, a przynajmniej nie tak, jak on się tego spodziewał. Wypomniałam mu, że zostawił mamę samą i ona nadal nie może się po tym pozbierać, a on, jak gdyby nigdy nic, układa sobie życie na nowo. Okej, nie powinnam go za to winić, ale wtedy górę wzięły emocje, których nie dałam rady poskromić. Od tamtego czasu nie mogę się zebrać, aby do niego zadzwonić.
- Hejka. - Ash dała mi całusa w policzek i usiadła naprzeciwko. - Słuchaj, mam genialną wiadomość!
O nie. W takim wypadku mogło chodzić tylko o jedno.
Jęknęłam, chowając twarz w dłoniach.
- Proszę cię, Ash, jeśli to o tej osobie, co myślę, po prostu sobie odpuść albo idź z tym do kogoś innego.
- Daj spokój, w końcu musisz się do niego przekonać! - Nagle pokazała telefon parę centymetrów przed moją twarzą.
Odsunęłam się, wykrzywiając usta, jakbym zjadła cały plaster cytryny na raz.
Dwie godziny temu cały Internet obiegła informacja o tym, że Adam Williams wraca do rodzinnego miasta, aby dać charytatywny koncert. Część funduszy zostanie przekazana na tę samą fundację, na którą zbieraliśmy pieniądze podczas występu semestralnego sześć lat temu. To wtedy został odkryty przez wytwórnię. W swoich mediach społecznościowych napisał również, że to świetna okazja, aby odwiedzić najbliższych i spędzić z nimi trochę czasu, zanim pochłonie go praca nad kolejnym krążkiem. Sprzedaż biletów już ruszyła, a koncert miał odbyć się za niecały miesiąc. Znałam ten post na pamięć. Czytałam go setki razy, choć został opublikowany dopiero dzisiaj rano. I wiedziałam, że Ash mi tego nie odpuści.
- Co za słodziak, prawda? - rozpływała się, zabierając telefon i patrząc na zdjęcie, które dołączył do treści. Stał na scenie w szkolnej auli, śpiewał swoją solową partię i już wtedy wyglądał jak gwiazda światowego formatu.
A ja, choć próbowałam sobie wmówić, że przez te lata stał się pewnie rozpuszczonym, bezczelnym gwiazdorem, któremu woda sodowa uderzyła do głowy, to patrząc na te wszystkie wpisy, zdjęcia i filmiki i to, jak dziennikarze wychwalali jego urok osobisty, nie potrafiłam myśleć o nim źle. Nie potrafiłam go nienawidzić. Gdybym go nienawidziła, byłoby mi znacznie łatwiej radzić sobie z tęsknotą, wciąż wyzierającą dziurę w mojej piersi.
- Nie dam rady wrócić wtedy do domu. - Zacisnęłam usta w wąską kreskę.
- Blefujesz.
- Nie blefuję. - Przełknęłam ciężko ślinę, po czym skłamałam: - Mam randkę.
Ashley wybuchła głośnym śmiechem, znów zwracając na siebie uwagę ludzi dookoła. Czekałam cierpliwie, aż będzie w stanie wydusić z siebie jakieś sensowne słowa. W tym czasie wsypałam trzy saszetki cukru do filiżanki, a później upiłam łyk już letniej kawy.
- Oj, błagam cię, Em. Kiedy ty ostatnio byłaś na randce? - Myślała chwilę, następnie dodała: - Czy ty kiedykolwiek w ogóle byłaś na randce?
Przewróciłam oczami.
- W liceum. Z moim pierwszym chłopakiem. Mówiłam ci o tym, pamiętasz?
- Czy ty nazwałaś go "swoim pierwszym chłopakiem" tak na serio, czy to była ironia? Powiedz, że ironia. On cię nawet jeszcze nie zapytał o chodzenie, gdy poszliście ze sobą narąbani do łóżka, straciłaś z nim dziewictwo, a potem biedaczek zwiał, bo czuł się tak zażenowany, że już nie mógł tego znieść.
Podniosłam ręce w geście kapitulacji.
- Dobra! Dość. Skończmy ten temat.
- Z kim idziesz na tę randkę?
Przygryzłam wnętrze policzka, próbując na szybko coś wymyślić. Em, cokolwiek!
- James Walker.
- Ten twój kolega z roku? - Ash zmarszczyła brwi, chyba nie do końca mi wierząc.
Pokiwałam głową i wypiłam połowę filiżanki kawy na raz. W tym czasie Ashley chwyciła za telefon, zaczynając chaotycznie coś w niego wstukiwać.
- Co ty robisz? - zapytałam.
Nie odpowiedziała. Po chwili znów uniosła komórkę w kierunku mojej twarzy, by pokazać mi swoją konwersację z Jamesem, który skonsternowany napisał, że z nikim nie umawiał się na żadną randkę, a w weekend koncertu leci do babci na Florydę. Dzięki, James.
- Chyba wszystko jasne. Kupuję nam bilety i jedziemy do Phoenix!
Po powrocie do mieszkania, które dzieliłam z Ash, zaszyłam się w swoim pokoju i nie wychodziłam z niego do wieczora. Moją współlokatorkę wywiało do chłopaka, więc mogłam skupić się na nauce. Nie miałam wiele do powtórzenia, ale weszło mi w nawyk nierobienie sobie zaległości. Włączyłam po cichu muzykę w tle i otworzyłam notatki z wykładu, ale skupienie odeszło gdzieś daleko, a siedzenie z nosem w zeszycie spowodowało jedynie potworny ból głowy, który nasilił się, kiedy usłyszałam kolejną z rzędu piosenkę Adama umieszczoną na mojej playliście.
Jego głos, gdy śpiewał, był miękki, wręcz czuły, ale z drugiej strony stanowczy, pewny i męski. Zupełnie inny, niż go zapamiętałam. To oczywiste, skoro ostatni raz, gdy z nim rozmawiałam, miałam szesnaście lat, a on - prawie osiemnaście. Od tamtego czasu nie przestałam za nim tęsknić. Nie oszukiwałam się, że on za mną też. No bo, proszę, miał wszystko, o czym facet w tym wieku może marzyć - karierę, sławę, pieniądze, uganiające się za nim laski, drogie samochody i otaczających go równie popularnych przyjaciół. Poza tym to on wyjechał. On powiedział, że przyda nam się przerwa. Nie ja.
Tak, na pewno już o mnie dawno zapomniał.
Myśl o tym powodowała kłucie w sercu, jakbym zdała sobie z tego sprawę dopiero teraz, choć powtarzałam to sobie każdego dnia od pięciu lat. Wcale sobie też nie pomagałam, słuchając jego piosenek i czytając o nim na portalach plotkarskich.
To już obsesja. Poważnie. Powinnam się leczyć.
Westchnęłam, patrząc spragniona na zamkniętego laptopa leżącego na biurku. Otworzyłam go, wpisałam hasło, a wtedy pojawiło się nasze wspólne zdjęcie, które zrobił tata mojego pierwszego dnia podstawówki. Byliśmy uśmiechnięci, mali i nierozłączni. Nawet trzymaliśmy się za ręce.
Nie mogłam uwierzyć, jak dużo zmieniło się od tamtego czasu. Odniósł sukces, ponieważ dołączyliśmy do szkolnego zespołu. Jego kariera się rozkręcała, a ja na początku miałam w tym swój udział. Tylko dzięki wsparciu Adama przebrnęłam przez codzienne kłótnie rodziców i ich rozwód. Potem byłam okropnie zazdrosna o dziewczynę, z którą się spotykał, zwłaszcza że była jego pierwszą. No a później wydarzyła się ta rozmowa, która zmieniła wszystko. Po niej odczuwałam tak dotkliwą samotność, że płakałam niemal każdego dnia, aż do ukończenia liceum. Wtedy zaczęły się studia i choć powoli przyzwyczajałam się do braku chłopaka, nigdy nie potrafiłam o nim zapomnieć.
Ashley miała rację. Cały Internet świrował na temat jego koncertu w Phoenix. Media wreszcie dostaną kolejną szansę pożywienia się prywatnym życiem Adama. Z tego, co wcześniej zaobserwowałam, rzadko bywał w domu, nad czym strasznie ubolewała jego mama.
Ogromnie się cieszę na ten koncert. Phoenix, widzimy się wkrótce! - to ostatni post na jego Twitterze.
Komentarze pod nim można było podzielić na trzy typy: te wyznające mu dozgonną miłość, te proszące, aby wreszcie przyjechał do ich miasta lub kraju, i te mające za zadanie podnieść mu ego, czyli ciągle powtarzające się komplementy, jaki to on jest przystojny, boski, dobry i kochany. Wymieniane walory się nie kończyły.
Kiedyś sama napisałam komentarz pod zdjęciami z koncertu w Michigan. Nie mogłam spać i jeść przez następne dwa dni, serce biło mi jak szalone, a w szkole dostałam pierwsze w życiu F, bo przez stres nie byłam w stanie się skupić. Cały czas odświeżałam stronę, czy może jakimś cudem mnie zauważył, odpisał, sprawdził moje konto i zorientował się, że ja to ja, ale tak się nie stało. Mój komentarz zniknął w gąszczu wielu innych, więc pewnie nie zwrócił na niego uwagi. Albo od prowadzenia swoich stron miał odpowiednich ludzi, którzy za cholerę nie wiedzieli, kim byłam, lub w ogóle nie zaglądali do wpisów rozanielonych fanek. Tak to sobie tłumaczyłam.
Na jego Instagramie ostatnim postem było zdjęcie z tamtego pamiętnego dnia, z koncertu semestralnego. Patrzyłam na nie już parę razy. Zawsze zachwycało tak samo. Zachwycała też świadomość, że jeden występ zmienił jego życie na zawsze. Ciekawe, czy gdy to publikował, pomyślał wtedy o mnie? Na to pytanie raczej nigdy nie poznam odpowiedzi.
Do pokoju wbiegła nagle Ash, zastając mnie leżącą w łóżku, potarganą i wlepiającą wzrok w zdjęcie moje i Adama na tapecie, gdy w popłochu zamknęłam przeglądarkę z kartami otwartymi na jego portalach społecznościowych. Musiała wrócić wcześniej od Nathana. Cholera.
- Co porabiasz? - Rzuciła się na materac tak mocno, że wybiła mnie parę milimetrów w górę, a laptop skierował się prosto w jej stronę.
Świetnie.
Przyglądała się temu przez chwilę z zachwytem. Potem spojrzała na mnie z podejrzliwym błyskiem w oku.
- Kto to taki, Em?
Próbowałam zabrać komputer z dala od niej, ale z marnym skutkiem.
- Oddaj mi go.
- Najpierw odpowiedz na pytanie. - Jeszcze raz wróciła wzrokiem do zdjęcia, a ja czułam, jakbym za chwilę miała zejść na zawał.
- To nikt ważny.
Bzdury.
- Dlaczego w takim razie masz z nim ustawioną tapetę twojego komputera?
Wzruszyłam ramionami. Miała mnie.
- Naprawdę to już nieistotne. Kiedyś był moim najlepszym przyjacielem, ale pokłóciliśmy się, on musiał wyjechać i straciliśmy kontakt. Minęło tyle lat, że teraz jest dla mnie kimś obcym. Koniec historii.
- Tęsknisz za nim, prawda?
- Czy ty musisz zadawać takie idiotyczne pytania? - żachnęłam się zirytowana, wyrywając jej laptopa z rąk, zamykając go i odkładając na biurko.
- Dlaczego się do niego nie odezwiesz? Możesz znaleźć go na Insta, odnowić znajomość. Nic straconego. - Wyciągnęła swoją komórkę z kieszeni, a potem dodała: - Jak się nazywa?
Otworzyłam szeroko oczy i gwałtownie pokręciłam głową.
- Nie powiem ci. Jeszcze zrobisz coś głupiego, wtedy ja będę za to pokutować do końca życia. Poza tym... to przeszłość, okej? Podejrzewam, że nawet mnie nie pamięta i pewnie nie odczytałby mojej wiadomości.
- Dlaczego miałby jej nie odczytać? Na pewno ją dostrzeże, rozpozna twoje nazwisko, może przez chwilę czuć się skonsternowany, ale zobaczysz, że ci odpisze. Dawaj.
Uniosłam ręce, a następnie opuściłam je luźno, wzdychając.
- To niemożliwe, Ash. I proszę, nie drąż tego.
- No dobra, niech ci będzie, ale w zamian za to idziesz ze mną i z Nathanem na imprezę do klubu. Zabawimy się, a jutro pójdziemy na uczelnię z kacem gigantem! - Klasnęła w dłonie, jakby ta wizja sprawiała jej największą radość.
- Nie zachęcasz - parsknęłam.
Przewróciła oczami i zerwała się z łóżka.
- Oj, daj spokój. Chodź, trzeba cię jakoś przygotować.
Westchnęłam, wiedząc, że mi nie odpuści. Już wolałam iść z nimi do tego przeklętego klubu, niż odpowiadać na pytania dotyczące Adama Williamsa. A o tym, że ten chłopak ze zdjęcia i mój były najlepszy przyjaciel jest teraz jej największym muzycznym idolem, rzecz jasna, nie wiedziała. I tak też miało pozostać.