PROLOG
W dniu, w którym Róża Krull miała w obecności prawie stu zaproszonych gości oraz kilkunastu niezbyt pożądanych intruzów, rekrutujących się z paparazzich i wścibskich dziennikarek plotkarskich portali, wypowiedzieć przed urzędnikiem stanu cywilnego słowo: "tak", pogoda w stolicy zrobiła się tropikalna. Ponieważ wnętrze budynku nasuwało nachalne skojarzenia z sauną, pisarka postanowiła zaczekać na, nie wiedzieć czemu, spóźniającego się ukochanego na zewnątrz. Teraz zaczynała mieć wątpliwości, czy była to aby najszczęśliwsza decyzja.
- Za moment padnę tu trupem - jęknęła rozpaczliwie.
- Obiecanki cacanki - mruknął jej agent Paweł Kwiatek, zwany przez wszystkich Pepe.
- Co ty tam szemrzesz? - Róża spojrzała na niego błagalnie. - Czy akurat dzisiaj musiała się tu zrobić Afryka?! Powachluj mnie trochę, proszę!
Pepe z filozoficzną miną przeszedł do stojącego nieopodal swojego Opla Corsy, ochrzczonego imieniem Stefan, po czym wyjął z jego bagażnika kawał tektury, wrócił i zaczął spełniać prośbę przyjaciółki.
- Miałeś mnie wachlować, a nie robić tornado! - zezłościła się po chwili Krull. - Zrujnujesz mi całe uczesanie!
- Nie chcę cię martwić, ale to uczesanie już wygląda na ruinę - ocenił Pepe. - A twój welon jak mokra ścierka do podłogi.
- Wielkie dzięki - Róża popatrzyła na niego z wyrzutem. - Czemu, do cholery, jeszcze go nie ma?!
Z urzędu stanu cywilnego wyszedł, a następnie kłusem podbiegł do nich mały człowieczek.
- Szef kazał zapytać, czy jeszcze długo będziemy czekali - powiedział nerwowo. - Zagraliśmy My Heart Will Go On już tyle razy, że wszyscy nauczyli się tekstu na pamięć. Jeśli zagramy to jeszcze raz, to pewnie Celine Dion sama się zmaterializuje na sali.
- Nie wiem, co mam zrobić... - Róża spojrzała bezradnie na Pepe. - Co się mogło stać?!
- Nie mam pojęcia. - Pepe patrzył na nią współczująco. - Poczekaj, pójdę po Krzysia. On go widział jako ostatni.
Kwiatek pobiegł do urzędu.
- To co? Mamy znowu zagrać tego Titanica? - zapytał człowieczek, zerkając współczująco na Różę.
- A nie macie nic innego?
- Mamy jeszcze Z tobą chcę oglądać świat, Za Tobą pójdę jak na bal i Ave Maria.
- A Ave Maria to się przypadkiem nie gra w kościołach na pogrzebach? - zdziwiła się Róża.
- Już nie. Od zeszłego roku to jest pieśń wyklęta. Nie można jej wykonywać w świątyniach. Przynajmniej tych katolickich. Jej i Hallelujah Leonarda Cohena. I chyba czegoś Beatlesów.
- No to sama nie wiem... Może niech będzie to Z tobą chcę oglądać świat. Moja gosposia się ucieszy, bo kochała Wodeckiego.
- Jak pani sobie życzy...
Mały człowieczek też się oddalił.
- Przepraszam. - Róża usłyszała za sobą cichy głos. - Pani Krull?
Pisarka odwróciła się i popatrzyła ze zdziwieniem na stojącego przed nią kilkunastoletniego chłopaka. Widać było, że moment wcześniej zsiadł z siodełka roweru, którego ramę miał między nogami, a dodatkowo przytrzymywał jedną ręką kierownicę. W drugiej trzymał złożoną na pół kartkę.
- Tak, to ja - odpowiedziała ze zdziwieniem.
- Jeden pan za rogiem poprosił, żeby to pani dać. - Chłopiec wyciągnął rękę z kartką.
Róża rozłożyła ją, przeczytała to, co na niej napisano, i poczuła, że robi jej się słabo.
- Co się stało? - zapytał Pepe, podchodząc do niej wraz z ich wspólnym przyjacielem, komisarzem Krzysztofem Darskim, ubranym jak na świadka pana młodego przystało, w idealnie skrojony czarny garnitur.
Krull bez słowa podała im kartkę, a sama, czując, że uginają się pod nią nogi, klapnęła na jedną z licznych w tym miejscu ławek.
- To jakiś żart? - zapytał Darski, zapoznawszy się z treścią umieszczoną na przekazanym mu papierze.
- Jaki żart, skoro go nie ma - rzekł Pepe, podchodząc do Róży. - Naprawdę, bardzo mi przykro.
Komisarz jeszcze przez moment patrzył na nich wzrokiem pełnym niedowierzania, po czym wyciągnął telefon i wybrał jeden z kontaktów.
- Eustachiusz - rzekł dziwnie zmienionym głosem. - Wyjdź, proszę, jakoś dyskretnie z sali i chodź do nas. Ślubu nie będzie, ale nie chcemy na razie wzbudzać paniki. Nie, z Różą wszystko w porządku. Chodzi o pana młodego. Mamy tu chyba porwanie z żądaniem okupu. - Westchnął ciężko. - I poszukaj jeszcze Jurka. Niech też tu przyjdzie. Tylko zmyjcie się stamtąd jakoś niezauważalnie, błagam! - Rozłączył się i przeniósł wzrok na obserwującego całą tę scenę wielkimi oczami chłopaka na rowerze.
- Rozumiem, że ty dostarczyłeś tę kartkę - upewnił się.
Dzieciak kiwnął głową.
- Mówiłem tej pani, że dostałem ją od jednego takiego dziwnego gościa za rogiem. O tam! - Machnął ręką w stronę, oddalonej znacznie od miejsca, gdzie się znajdowali, ulicy Jagiellońskiej.
- Czemu dziwnego? - zapytał Darski, w duchu rezygnując z pomysłu rzucenia się w pościg za domniemanym autorem wiadomości, zapisanej na karteluchu.
- Bo wyglądał jak z komiksu - wyjaśnił chłopak z lekkim zakłopotaniem. - Miał wszystkiego za dużo.
Darski pomyślał, że dla kontrastu on z kolei dowiedział się zdecydowanie za mało.
- Mógłbyś wyjaśnić, co masz na myśli? - poprosił, siląc się, by jego głos brzmiał spokojnie i łagodnie, choć tak naprawdę w duchu odczuwał zupełnie odmienne emocje. - Czego miał za dużo?
- Włosów - odpowiedział nastolatek z przekonaniem. - Wszędzie.
- Jak to wszędzie? - Komisarzowi przed oczami pojawiła się nachalna wizja Wielkiego Ptaka z "Ulicy Sezamkowej".
- Na głowie i na twarzy - widać było, że chłopiec bardzo przejął się sytuacją i ze wszystkich sił stara się pomóc. - Miał taką długą brodę i wąsy. I czarne okulary. Ale to akurat nie było dziwne, bo wszyscy je teraz noszą. A, i jeszcze wyglądał tak, jakby był wypchany. Trochę jak klaun w cyrku.
- No tak... - westchnął Darski, przerywając rozmyślania, skąd wzięła mu się wizja Wielkiego Ptaka, skoro ów nie miał włosów tylko pióra, i dochodząc do wniosku, że przygotowania do ślubu Róży połączone z upałem oraz przerażającą wizją recitalu Klaudii Hutniak, która sama z siebie zaproponowała, że zaśpiewa na weselu pisarki kilka swoich, jak to określiła, "hitów do potupania nóżką", musiały doprowadzić go na skraj poczytalności. - Zdejmie perukę, odczepi sztuczny zarost z twarzy, wyjmie pakuły spod ubrania i szukaj wiatru w polu. Nikt go nie pozna.
- Niekoniecznie...
- Słucham? - zdziwił się Darski, patrząc na uśmiechającego się do niego triumfalnie dzieciaka.
- Lubię tworzyć awatary. Tylko nie takie gotowe z jakiejś aplikacji, bo one są śmiechowe, ale takie mojego własnego pomysłu. Mam do tego specjalny program graficzny - poinformował go chłopak.
- I co w związku z tym? - zainteresował się mimowolnie komisarz.
- Pewnie z tego powodu zauważam rzeczy, na które inni nie zwracają uwagi. Nawet kiedy ktoś stara się je ukryć, jak ten gościu, który dał mi kartkę. Na przykład to, że ktoś ma jedno oko wyżej, a drugie niżej...
- Jak to? - Darski popatrzył na niego podejrzliwie. - Przecież mówiłeś, że on nosił okulary przeciwsłoneczne.
- Owszem - chłopak pokiwał głową - ale zsunął je na moment, kiedy dawał mi kartkę. Tak jakby chciał się upewnić, czy wręcza mi tę, którą powinien. Wtedy to zauważyłem.
- Co masz na myśli, mówiąc, że miał jedno oko wyżej? - Wyobraźnia Darskiego najwyraźniej rozszalała po Wielkim Ptaku teraz podpowiedziała mu kolejną wizję, tym razem rodem z dzieł Pabla Picassa.
- Nie całe oko, tylko to okrągłe w środku - wyjaśnił chłopak. - To, czym się patrzy. Jedno miał wyżej, a drugiej niżej.
- Zez pionowy - wyjaśnił przysłuchujący się ich konwersacji Pepe. - Róża też go ma.
- Ukryty! - krzyknęła z oburzeniem Krull, z gniewną miną kiwając głową w stronę wychodzących ze środka urzędu paparazzich i dziennikarzy. - Więc nie trzeba o nim bębnić na całe miasto!
- Dobrze, dobrze - mruknął pojednawczo Pepe. - Nie, żebyś sama o nim nie opowiedziała w "Żyjmy zdrowo" w zeszłym miesiącu...
- Serio? - zdziwiła się szczerze, rozglądając się wokół błędnym wzrokiem. - Ja już nic nie wiem! Ten dzień ogłupił mnie do końca!
- Nie, żeby musiał wykonać jakąś specjalnie ogromną robotę - westchnął pod nosem Pepe, po czym wrócił wzrokiem do komisarza i jego rozmówcy. - Ten zez to zawsze jakiś trop, prawda?
- Marny - westchnął Darski, jednak zauważywszy rozczarowaną minę młodzieńca na rowerze, szybko dodał: - Ale czasem nawet najbardziej błahy szczegół może przesądzić o powodzeniu całego śledztwa!
I choć wypowiedział te słowa tylko po to, aby nie robić przykrości chłopakowi, to czas miał pokazać, że przez przypadek udało mu się wygłosić prawdziwe proroctwo.