Póki śnieg nas nie rozłączy - Alek Rogoziński

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

UŚMIECH NA WAGĘ ZŁOTA

Cztery mie­siące póź­niej

Rzadko kiedy zda­rzało się, aby Róża Krull była smutna.

Lu­dzie otrzy­mują od Matki Na­tury różne dary i w ra­mach owego roz­daw­nic­twa pi­sarce tra­fiło się po­czu­cie hu­moru oraz opty­mizm w ilo­ści hur­to­wej. Mo­głaby nimi spo­koj­nie po­ob­dzie­lać kilka osób, a i tak dla niej zo­sta­łoby jesz­cze sporo. Jej oto­cze­nie z bie­giem czasu przy­zwy­cza­iło się do tego, że każdą, na­wet naj­bar­dziej tra­giczną, in­for­ma­cją Róża mar­twi się w po­ry­wach do kil­ku­dzie­się­ciu mi­nut, po czym za­czyna znaj­do­wać w niej ja­kiś po­zy­tywny aspekt, albo też ją ba­ga­te­li­zo­wać, nie tra­cąc przy tym do­brego na­stroju. Owa za­sada obej­mo­wała wszel­kie dzie­dziny ży­cia i pra­wie wszy­scy bli­scy pi­sarki uwa­żali, że ta­kie po­dej­ście do rze­czy­wi­sto­ści jest jedną z jej naj­więk­szych za­let.

Je­dyny wy­ją­tek w tym gro­nie sta­no­wiła mama Róży. Wy­ra­ziła ona bo­wiem kie­dyś ży­cze­nie, aby córka udała się z nią w cha­rak­te­rze "plus je­den" na po­grzeb ku­zyna, który ja­dąc ro­we­rem, usi­ło­wał wy­mu­sić pierw­szeń­stwo na TIR-ze, w wy­niku czego, jak to za­pro­to­ko­ło­wała po­cząt­ku­jąca po­li­cjantka, "na miej­scu wy­padku nie szło się po­ła­pać w czę­ściach ka­dłuba de­nata". Róża dziel­nie prze­trwała mszę po­grze­bową, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na ka­za­nie księ­dza, który naj­pierw na­zwał jej ku­zyna "oazą spo­koju", choć ów sły­nął na pół mia­steczka z pie­niac­twa tu­dzież awan­tur­nic­twa i na­wet przez wy­jąt­kowo życz­liwą lu­dziom na­czel­niczkę poczty ty­tu­ło­wany był uprzej­mym mia­nem Lu­cy­fera, na­stęp­nie zaś stwier­dził, że nie­bosz­czyk "zo­sta­wił po so­bie nie­utu­loną w żalu ro­dzinę", co nieco się gry­zło ze zda­niem wy­gło­szo­nym przed ko­ścio­łem przez świeżą wdowę, brzmią­cym: "Może w pie­kle go zniosą, bo tu­taj to już wszy­scy go mieli po dziurki w no­sie". Kiedy jed­nak w cza­sie po­chówku je­den z gra­ba­rzy za­czął nu­cić pod no­sem: "I raz, i dwa, i trzy, i w górę serca, wielki cis", a ciotce de­nata wiatr ze­rwał z głowy ogromny ka­pe­lusz z ron­dem o ob­wo­dzie koła młyń­skiego, która to ozdoba mio­tana po­dmu­chami na skalę hal­nego tra­fiła wprost w sie­dzącą na drze­wie i przy­glą­da­jącą się po­grze­bowi wronę, ta zaś nieco ogłu­szona spa­dła wie­leb­nemu na głowę w mo­men­cie, kiedy wy­po­wia­dał on słowa: "Wy­zwól go z wię­zów śmierci i daj mu udział w ra­do­ściach raju z Two­imi świę­tymi", Krull do­stała ta­kiego ataku śmie­chu, że o mało co nie wpa­dła do grobu. Po wszyst­kim do­cze­kała się więc gniew­nego za­pew­nie­nia ro­dzi­cielki, że "to był ostatni po­grzeb, na który ją za­brała".

Jed­nak od chwili kiedy jej na­rze­czony znik­nął i to w dniu, w któ­rym miał jej po­wie­dzieć "tak", a po­tem wsu­nąć na pa­lec ob­rączkę, Róża stra­ciła cały swój ży­ciowy opty­mizm. Jej naj­bliżsi, po­cząt­kowo prze­ko­nani, że z bie­giem czasu me­lan­cho­lia pi­sarki mi­nie, po­woli za­czy­nali oswa­jać się z fak­tem, że dawna po­goda du­cha Krull ode­szła do hi­sto­rii, a ich sa­mych czeka po­nura eg­zy­sten­cja przy kimś, kto du­chowo stał się żeń­skim od­po­wied­ni­kiem bo­ha­tera "Harry'ego Pot­tera", Se­ve­rusa Snape'a. Wi­zu­al­nie Róża też po­szła w jego ślady, za­mie­nia­jąc swoje pstro­kate, ra­do­sne kre­acje na czarne płachty albo po­roz­cią­gane bluzy i swe­try w tymże sa­mym ża­łob­nym ko­lo­rze. Po kilku mie­sią­cach grono zna­jo­mych, pró­bu­ją­cych ją ja­koś po­cie­szyć, wy­dat­nie się zmniej­szyło, czemu nie na­leży się dzi­wić, zwa­żyw­szy na fakt, że wy­cią­gnięta raz bez mała prze­mocą na je­sien­nego grilla au­torka spra­wiła, że wie­czo­rem wszy­scy bio­rący w nim udział, łącz­nie z ko­tem, za­częli wy­ka­zy­wać po­cząt­kowe ob­jawy de­pre­sji, w wy­niku czego więk­szość spiła się na smutno, a oso­wiały czwo­ro­nóg od­ma­wiał kon­su­mo­wa­nia swo­jej ulu­bio­nej pa­sty z ma­kreli jesz­cze przez trzy dni po im­pre­zie.

Osta­tecz­nie po ja­kimś cza­sie przy pi­sarce zo­stały tylko cztery osoby. Jej go­spo­sia Ce­cy­lia, uwa­ża­jąca, że Krull po­winna co­dzien­nie zma­wiać mo­dli­twę do Świę­tej Mo­niki, która też żyła w wiecz­nym smutku po tym, jak jej syn od­wró­cił się od wiary i za­czął pro­wa­dzić hu­lasz­czy tryb ży­cia, ewen­tu­al­nie do Świę­tej Ana­sta­zji, pa­tronki wdów, przy czym tego ostat­niego nie była pewna, bo w su­mie Róża wdową for­mal­nie nie była.

Drugą to­wa­rzyszką pi­sarki była jej ko­le­żanka po pió­rze, Miłka Wę­żow­ska, wy­cho­dząca z za­ło­że­nia, że chorą du­szę może ule­czyć je­dy­nie na­je­dzone ciało i w związku z tym kom­bi­nu­jąca na po­cze­ka­niu co­raz bar­dziej ory­gi­nalne po­trawy, które miały dzia­łać te­ra­peu­tycz­nie, a które je­dy­nie zwięk­szały za­war­tość owych roz­cią­gnię­tych swe­trów i bluz, pre­fe­ro­wa­nych obec­nie przez Różę.

Trze­cim opie­ku­nem Róży był jej przy­ja­ciel Ma­rio, prze­ko­nany, że po­winna za­sto­so­wać me­todę "klin kli­nem" i nie­ustan­nie na­ma­wia­jący ją, żeby za­ło­żyła so­bie apli­ka­cję rand­kową, bo na­wet je­śli się z ni­kim nie umówi, to przy­naj­mniej po­śmieje się ze zdjęć, ja­kie za­miesz­czają tam "pasz­czury prze­ko­nane, że są Bra­dem Pit­tem".

I wresz­cie czwartą osobą, dziel­nie trwa­jącą przy boku Krull, był jej agent Pepe, który uznał, że ak­tu­alna po­stawa jego pra­co­daw­czyni jest dla niego wy­zwa­niem od losu i próbą prze­te­sto­wa­nia, kto w hi­sto­rii wy­ka­zał się więk­szą cier­pli­wo­ścią: on czy Święty Szy­mon. I choć po­cząt­kowo Pepe był prze­ko­nany, że sro­mot­nie prze­gra ze świę­tym, który wlazł na słup i sie­dział na nim przez czter­dzie­ści lat, to te­raz jego ka­mienna pew­ność sie­bie po­woli kru­szała, bo też i nic nie wska­zy­wało na to, aby hu­mor Róży miał się kie­dy­kol­wiek po­lep­szyć i to mimo że wy­pró­bo­wał na niej już wszyst­kie swoje sztuczki, od ła­god­nej per­swa­zji po­cząw­szy, a na fu­ria­tycz­nym fo­chu skoń­czyw­szy. Fakt, że Krull ni­jak nie za­re­ago­wała na­wet na jego dąsa, po­łą­czo­nego z okrzy­kiem: "Rób, co chcesz! Ja już mam tego do­syć! Wię­cej nie będę tu przy­cho­dził!", świad­czył o tym, że stan pi­sarki był o wiele, wiele gor­szy, niż można się było spo­dzie­wać. Idący wła­śnie na spo­tka­nie ze swoją pryn­cy­pałką Pepe przed jej drzwiami ciężko wes­tchnął, po czym z re­zy­gna­cją za­pu­kał, a po chwili lekko ode­tchnął, wi­dząc, że drzwi otwiera mu go­spo­sia pi­sarki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
.

PRO­LOG

W dniu, w któ­rym Róża Krull miała w obec­no­ści pra­wie stu za­pro­szo­nych go­ści oraz kil­ku­na­stu nie­zbyt po­żą­da­nych in­tru­zów, re­kru­tu­ją­cych się z pa­pa­raz­zich i wścib­skich dzien­ni­ka­rek plot­kar­skich por­tali, wy­po­wie­dzieć przed urzęd­ni­kiem stanu cy­wil­nego słowo: "tak", po­goda w sto­licy zro­biła się tro­pi­kalna. Po­nie­waż wnę­trze bu­dynku na­su­wało na­chalne sko­ja­rze­nia z sauną, pi­sarka po­sta­no­wiła za­cze­kać na, nie wie­dzieć czemu, spóź­nia­ją­cego się uko­cha­nego na ze­wnątrz. Te­raz za­czy­nała mieć wąt­pli­wo­ści, czy była to aby naj­szczę­śliw­sza de­cy­zja.

- Za mo­ment padnę tu tru­pem - jęk­nęła roz­pacz­li­wie.

- Obie­canki ca­canki - mruk­nął jej agent Pa­weł Kwia­tek, zwany przez wszyst­kich Pepe.

- Co ty tam szem­rzesz? - Róża spoj­rzała na niego bła­gal­nie. - Czy aku­rat dzi­siaj mu­siała się tu zro­bić Afryka?! Po­wa­chluj mnie tro­chę, pro­szę!

Pepe z fi­lo­zo­ficzną miną prze­szedł do sto­ją­cego nie­opo­dal swo­jego Opla Corsy, ochrzczo­nego imie­niem Ste­fan, po czym wy­jął z jego ba­gaż­nika ka­wał tek­tury, wró­cił i za­czął speł­niać prośbę przy­ja­ciółki.

- Mia­łeś mnie wa­chlo­wać, a nie ro­bić tor­nado! - ze­zło­ściła się po chwili Krull. - Zruj­nu­jesz mi całe ucze­sa­nie!

- Nie chcę cię mar­twić, ale to ucze­sa­nie już wy­gląda na ru­inę - oce­nił Pepe. - A twój we­lon jak mo­kra ścierka do pod­łogi.

- Wiel­kie dzięki - Róża po­pa­trzyła na niego z wy­rzu­tem. - Czemu, do cho­lery, jesz­cze go nie ma?!

Z urzędu stanu cy­wil­nego wy­szedł, a na­stęp­nie kłu­sem pod­biegł do nich mały czło­wie­czek.

- Szef ka­zał za­py­tać, czy jesz­cze długo bę­dziemy cze­kali - po­wie­dział ner­wowo. - Za­gra­li­śmy My He­art Will Go On już tyle razy, że wszy­scy na­uczyli się tek­stu na pa­mięć. Je­śli za­gramy to jesz­cze raz, to pew­nie Ce­line Dion sama się zma­te­ria­li­zuje na sali.

- Nie wiem, co mam zro­bić... - Róża spoj­rzała bez­rad­nie na Pepe. - Co się mo­gło stać?!

- Nie mam po­ję­cia. - Pepe pa­trzył na nią współ­czu­jąco. - Po­cze­kaj, pójdę po Krzy­sia. On go wi­dział jako ostatni.

Kwia­tek po­biegł do urzędu.

- To co? Mamy znowu za­grać tego Ti­ta­nica? - za­py­tał czło­wie­czek, zer­ka­jąc współ­czu­jąco na Różę.

- A nie ma­cie nic in­nego?

- Mamy jesz­cze Z tobą chcę oglą­dać świat, Za Tobą pójdę jak na bal i Ave Ma­ria.

- A Ave Ma­ria to się przy­pad­kiem nie gra w ko­ścio­łach na po­grze­bach? - zdzi­wiła się Róża.

- Już nie. Od ze­szłego roku to jest pieśń wy­klęta. Nie można jej wy­ko­ny­wać w świą­ty­niach. Przy­naj­mniej tych ka­to­lic­kich. Jej i Hal­le­lu­jah Le­onarda Co­hena. I chyba cze­goś Be­atle­sów.

- No to sama nie wiem... Może niech bę­dzie to Z tobą chcę oglą­dać świat. Moja go­spo­sia się ucie­szy, bo ko­chała Wo­dec­kiego.

- Jak pani so­bie ży­czy...

Mały czło­wie­czek też się od­da­lił.

- Prze­pra­szam. - Róża usły­szała za sobą ci­chy głos. - Pani Krull?

Pi­sarka od­wró­ciła się i po­pa­trzyła ze zdzi­wie­niem na sto­ją­cego przed nią kil­ku­na­sto­let­niego chło­paka. Wi­dać było, że mo­ment wcze­śniej zsiadł z sio­dełka ro­weru, któ­rego ramę miał mię­dzy no­gami, a do­dat­kowo przy­trzy­my­wał jedną ręką kie­row­nicę. W dru­giej trzy­mał zło­żoną na pół kartkę.

- Tak, to ja - od­po­wie­działa ze zdzi­wie­niem.

- Je­den pan za ro­giem po­pro­sił, żeby to pani dać. - Chło­piec wy­cią­gnął rękę z kartką.

Róża roz­ło­żyła ją, prze­czy­tała to, co na niej na­pi­sano, i po­czuła, że robi jej się słabo.

- Co się stało? - za­py­tał Pepe, pod­cho­dząc do niej wraz z ich wspól­nym przy­ja­cie­lem, ko­mi­sa­rzem Krzysz­to­fem Dar­skim, ubra­nym jak na świadka pana mło­dego przy­stało, w ide­al­nie skro­jony czarny gar­ni­tur.

Krull bez słowa po­dała im kartkę, a sama, czu­jąc, że ugi­nają się pod nią nogi, klap­nęła na jedną z licz­nych w tym miej­scu ła­wek.

- To ja­kiś żart? - za­py­tał Dar­ski, za­po­znaw­szy się z tre­ścią umiesz­czoną na prze­ka­za­nym mu pa­pie­rze.

- Jaki żart, skoro go nie ma - rzekł Pepe, pod­cho­dząc do Róży. - Na­prawdę, bar­dzo mi przy­kro.

Ko­mi­sarz jesz­cze przez mo­ment pa­trzył na nich wzro­kiem peł­nym nie­do­wie­rza­nia, po czym wy­cią­gnął te­le­fon i wy­brał je­den z kon­tak­tów.

- Eu­sta­chiusz - rzekł dziw­nie zmie­nio­nym gło­sem. - Wyjdź, pro­szę, ja­koś dys­kret­nie z sali i chodź do nas. Ślubu nie bę­dzie, ale nie chcemy na ra­zie wzbu­dzać pa­niki. Nie, z Różą wszystko w po­rządku. Cho­dzi o pana mło­dego. Mamy tu chyba po­rwa­nie z żą­da­niem okupu. - Wes­tchnął ciężko. - I po­szu­kaj jesz­cze Jurka. Niech też tu przyj­dzie. Tylko zmyj­cie się stam­tąd ja­koś nie­zau­wa­żal­nie, bła­gam! - Roz­łą­czył się i prze­niósł wzrok na ob­ser­wu­ją­cego całą tę scenę wiel­kimi oczami chło­paka na ro­we­rze.

- Ro­zu­miem, że ty do­star­czy­łeś tę kartkę - upew­nił się.

Dzie­ciak kiw­nął głową.

- Mó­wi­łem tej pani, że do­sta­łem ją od jed­nego ta­kiego dziw­nego go­ścia za ro­giem. O tam! - Mach­nął ręką w stronę, od­da­lo­nej znacz­nie od miej­sca, gdzie się znaj­do­wali, ulicy Ja­giel­loń­skiej.

- Czemu dziw­nego? - za­py­tał Dar­ski, w du­chu re­zy­gnu­jąc z po­my­słu rzu­ce­nia się w po­ścig za do­mnie­ma­nym au­to­rem wia­do­mo­ści, za­pi­sa­nej na kar­te­lu­chu.

- Bo wy­glą­dał jak z ko­miksu - wy­ja­śnił chło­pak z lek­kim za­kło­po­ta­niem. - Miał wszyst­kiego za dużo.

Dar­ski po­my­ślał, że dla kon­tra­stu on z ko­lei do­wie­dział się zde­cy­do­wa­nie za mało.

- Mógł­byś wy­ja­śnić, co masz na my­śli? - po­pro­sił, si­ląc się, by jego głos brzmiał spo­koj­nie i ła­god­nie, choć tak na­prawdę w du­chu od­czu­wał zu­peł­nie od­mienne emo­cje. - Czego miał za dużo?

- Wło­sów - od­po­wie­dział na­sto­la­tek z prze­ko­na­niem. - Wszę­dzie.

- Jak to wszę­dzie? - Ko­mi­sa­rzowi przed oczami po­ja­wiła się na­chalna wi­zja Wiel­kiego Ptaka z "Ulicy Se­zam­ko­wej".

- Na gło­wie i na twa­rzy - wi­dać było, że chło­piec bar­dzo prze­jął się sy­tu­acją i ze wszyst­kich sił stara się po­móc. - Miał taką długą brodę i wąsy. I czarne oku­lary. Ale to aku­rat nie było dziwne, bo wszy­scy je te­raz no­szą. A, i jesz­cze wy­glą­dał tak, jakby był wy­pchany. Tro­chę jak klaun w cyrku.

- No tak... - wes­tchnął Dar­ski, prze­ry­wa­jąc roz­my­śla­nia, skąd wzięła mu się wi­zja Wiel­kiego Ptaka, skoro ów nie miał wło­sów tylko pióra, i do­cho­dząc do wnio­sku, że przy­go­to­wa­nia do ślubu Róży po­łą­czone z upa­łem oraz prze­ra­ża­jącą wi­zją re­ci­talu Klau­dii Hut­niak, która sama z sie­bie za­pro­po­no­wała, że za­śpiewa na we­selu pi­sarki kilka swo­ich, jak to okre­śliła, "hi­tów do po­tu­pa­nia nóżką", mu­siały do­pro­wa­dzić go na skraj po­czy­tal­no­ści. - Zdej­mie pe­rukę, od­czepi sztuczny za­rost z twa­rzy, wyj­mie pa­kuły spod ubra­nia i szu­kaj wia­tru w polu. Nikt go nie po­zna.

- Nie­ko­niecz­nie...

- Słu­cham? - zdzi­wił się Dar­ski, pa­trząc na uśmie­cha­ją­cego się do niego trium­fal­nie dzie­ciaka.

- Lu­bię two­rzyć awa­tary. Tylko nie ta­kie go­towe z ja­kiejś apli­ka­cji, bo one są śmie­chowe, ale ta­kie mo­jego wła­snego po­my­słu. Mam do tego spe­cjalny pro­gram gra­ficzny - po­in­for­mo­wał go chło­pak.

- I co w związku z tym? - za­in­te­re­so­wał się mi­mo­wol­nie ko­mi­sarz.

- Pew­nie z tego po­wodu za­uwa­żam rze­czy, na które inni nie zwra­cają uwagi. Na­wet kiedy ktoś stara się je ukryć, jak ten go­ściu, który dał mi kartkę. Na przy­kład to, że ktoś ma jedno oko wy­żej, a dru­gie ni­żej...

- Jak to? - Dar­ski po­pa­trzył na niego po­dejrz­li­wie. - Prze­cież mó­wi­łeś, że on no­sił oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

- Ow­szem - chło­pak po­ki­wał głową - ale zsu­nął je na mo­ment, kiedy da­wał mi kartkę. Tak jakby chciał się upew­nić, czy wrę­cza mi tę, którą po­wi­nien. Wtedy to za­uwa­ży­łem.

- Co masz na my­śli, mó­wiąc, że miał jedno oko wy­żej? - Wy­obraź­nia Dar­skiego naj­wy­raź­niej roz­sza­lała po Wiel­kim Ptaku te­raz pod­po­wie­działa mu ko­lejną wi­zję, tym ra­zem ro­dem z dzieł Pa­bla Pi­cassa.

- Nie całe oko, tylko to okrą­głe w środku - wy­ja­śnił chło­pak. - To, czym się pa­trzy. Jedno miał wy­żej, a dru­giej ni­żej.

- Zez pio­nowy - wy­ja­śnił przy­słu­chu­jący się ich kon­wer­sa­cji Pepe. - Róża też go ma.

- Ukryty! - krzyk­nęła z obu­rze­niem Krull, z gniewną miną ki­wa­jąc głową w stronę wy­cho­dzą­cych ze środka urzędu pa­pa­raz­zich i dzien­ni­ka­rzy. - Więc nie trzeba o nim bęb­nić na całe mia­sto!

- Do­brze, do­brze - mruk­nął po­jed­naw­czo Pepe. - Nie, że­byś sama o nim nie opo­wie­działa w "Żyjmy zdrowo" w ze­szłym mie­siącu...

- Se­rio? - zdzi­wiła się szcze­rze, roz­glą­da­jąc się wo­kół błęd­nym wzro­kiem. - Ja już nic nie wiem! Ten dzień ogłu­pił mnie do końca!

- Nie, żeby mu­siał wy­ko­nać ja­kąś spe­cjal­nie ogromną ro­botę - wes­tchnął pod no­sem Pepe, po czym wró­cił wzro­kiem do ko­mi­sa­rza i jego roz­mówcy. - Ten zez to za­wsze ja­kiś trop, prawda?

- Marny - wes­tchnął Dar­ski, jed­nak za­uwa­żyw­szy roz­cza­ro­waną minę mło­dzieńca na ro­we­rze, szybko do­dał: - Ale cza­sem na­wet naj­bar­dziej błahy szcze­gół może prze­są­dzić o po­wo­dze­niu ca­łego śledz­twa!

I choć wy­po­wie­dział te słowa tylko po to, aby nie ro­bić przy­kro­ści chło­pa­kowi, to czas miał po­ka­zać, że przez przy­pa­dek udało mu się wy­gło­sić praw­dziwe pro­roc­two.

PO­STACI

Róża Krull - au­torka po­wie­ści kry­mi­nal­nych prze­ży­wa­jąca kry­zys twór­czy po tym, jak oka­zało się, że nie ma komu po­wie­dzieć "tak" na ślub­nym ko­biercu.

Pa­weł "Pepe" Kwia­tek - agent Róży ma­jący naj­pierw na­dzieję, że jego pra­co­daw­czyni szybko wróci do do­brej formy i prze­sta­nie być smętną Ma­zepą, a gdy to już na­stą­piło, pa­ła­jący ochotą, by ją za­bić.

Ma­riusz "Ma­rio" Ko­sek - szef agen­cji PR "360 stopni" i przy­ja­ciel Róży uwa­ża­jący, że za­miast szlo­chać w po­duszkę, pi­sarka po­winna za­ło­żyć so­bie konto na Tin­de­rze.

Miłka Wę­żow­ska - au­torka po­wie­ści grozy opie­ku­jąca się Różą z ta­kim za­an­ga­żo­wa­niem i tro­ską, jakby pra­co­wała w Czer­wo­nym Krzyżu.

Ce­cy­lia Jo­dełka - go­spo­sia Krull li­cząca skrzęt­nie na to, że tra­ge­dia chle­bo­daw­czyni przy­wróci ją na łono de­wo­cyj­nych wy­znaw­czyń ka­to­li­cy­zmu.

Ka­mil Ra­czyń­ski - młody wiel­bi­ciel twór­czo­ści Róży chcący się z nią za wszelką cenę po­dzie­lić ta­jem­nicą, która, jak się miało oka­zać, na­le­żała do ka­te­go­rii śmier­tel­nie waż­nych.

Wa­le­ria Sta­szic - wdowa po zmar­łym na­gle pro­fe­so­rze Ada­mie Sta­szicu, zna­nym z walki o od­zy­ska­nie dzieł sztuki, za­gra­bio­nych w cza­sie wo­jen­nych za­wie­ruch.

Kry­styn Ma­jek - pa­ser, za któ­rego sprawą na­sza oj­czy­zna zy­skała kilka cen­nych za­byt­ków.

Ro­man Rud­ni­czak - zło­dziej pra­cu­jący na zle­ce­nie za­chod­nich ko­lek­cjo­ne­rów dzieł sztuki, lu­bią­cych wcho­dzić w ich po­sia­da­nie nie­zu­peł­nie le­gal­nymi me­to­dami.

Pa­try­cja "Patti" Gar­nicky - po­cho­dząca z Pol­ski żona ame­ry­kań­skiego mul­ti­mi­lio­nera, prze­ko­nana, że można so­bie zmy­ślić cały ży­cio­rys i nikt tego nie za­uważy.

Jo­lanta Czu­baj - wła­ści­cielka "Mor­der­czej stan­cji" uwa­ża­jąca, że plotki są po to, aby je prze­ka­zy­wać da­lej, a nie za­cho­wy­wać dla sie­bie.

Ar­ka­diusz Goz­dyra - szef fe­sti­walu li­te­rac­kiego "Książki pod Ar­ka­dami", pró­bu­jący wszel­kimi si­łami ścią­gnąć na tę im­prezę Krull i nie­uzna­jący słowa "nie" za od­po­wiedź.

Ma­nu­ela Ko­nopka - pod­la­ska dzien­ni­karka, która do­stała drugą szansę na zro­bie­nie ka­riery w sto­licy i po­sta­no­wiła jej nie zmar­no­wać.

Krzysz­tof Dar­ski - ko­mi­sarz po­li­cji uwa­ża­jący w skry­to­ści du­cha, że na­rze­czony Róży na­wiał sprzed oł­ta­rza z wła­snej woli i wcale się tej rej­te­ra­dzie nie­dzi­wiący.

Le­oka­dia Dar­ska - mama Krzysz­tofa ma­jąca zu­peł­nie inną opi­nię o Róży niż jej wła­sny syn.

Je­rzy Grze­lak - pod­ko­mi­sarz po­li­cji i wierny współ­pra­cow­nik Dar­skiego, zno­szący ze sto­ic­kim spo­ko­jem jego fo­chy, pa­ra­noje oraz wszyst­kie dziwne przy­zwy­cza­je­nia śled­cze.

Da­riusz Ro­ma­nek - pod­ko­mi­sarz po­li­cji w Mor­der­czym, wnie­bo­wzięty, że znów może pro­wa­dzić śledz­two ra­zem z Dar­skim, któ­rego uwa­żał za pra­wie ta­kiego sa­mego idola jak Klau­dię.