Rozdział 1
Budzik zapiszczał cicho, a Majka natychmiast otworzyła oczy. Leżała
przez chwilę i wpatrywała się w sufit.
Jej mózg startował z trudem, jak stary silnik na korbę. Wcale nie miała
ochoty opuszczać łagodnej krainy snu na rzecz twardej rzeczywistości.
Czuła się tak zmęczona, jakby nawet przez minutę nie zmrużyła oka.
Ostrożnie podniosła się na łokciu, próbując wyplątać się z objęć
śpiącego głęboko Adama. Jasne zadbane włosy rozsypały mu się na
poduszce, a gładka cera, pielęgnowana w ekskluzywnych salonach,
prezentowała się doskonale. Uśmiechał się lekko, pogrążony w głębokim
śnie.
Ona się nie wyspała i daleko jej było do zadowolenia. Od kilku dni
martwiła się finansami. Wiele rachunków czekało w zielonej teczce na
swoją kolej, a po wypłacie nie było już ani śladu. Teraz Adam powinien,
jak co miesiąc, dołożyć się do wspólnego gospodarstwa.
Wczoraj wieczorem postanowiła go o to poprosić, ale tak kierował
rozmową, że straciła odwagę. Nie chciała stawiać sprawy na ostrzu noża,
żeby nie spowodować kłótni, której ostatnio bała się coraz bardziej.
Zmieniła więc temat i spróbowała innej metody.
Założyła do snu tylko parę kropel dobrych perfum jak Marilyn Monroe i przez pół nocy dawała z siebie wszystko, by Adam mógł zasnąć z tym
wyrazem doskonałej błogości na twarzy. Miała nadzieję, że dzięki temu
obudzi się w lepszym humorze.
Odpocząć już nie zdążyła.
Westchnęła głęboko, zmobilizowała cały hart ducha i podniosła się z pościeli. Musiała sobie przypomnieć, że jest naprawdę zadowolona ze
swojego życia, w przeciwnym razie wpadłaby w nieopanowane przygnębienie,
a przecież nie było ku temu powodu.
W końcu szczęśliwa kobieta ma być szczupła, spełniona zawodowo,
zakochana we wspaniałym mężczyźnie i koniecznie powinna urodzić dziecko,
o którym będzie opowiadać, że jest sensem jej życia.
Majka mogła spokojnie odhaczyć wszystkie punkty. Z natury była drobnej
budowy i bez większego wysiłku utrzymywała smukłą sylwetkę, skończyła
prestiżowy handel zagraniczny na dobrej warszawskiej uczelni i od razu
dostała pracę, wprawdzie na stanowisku sekretarki, ale za to w dużej
firmie o międzynarodowych kontaktach.
Adama poznała rok później, szybko zmienili status na "w związku" i rozpoczęli wspólne życie. Była to historia, którą Maja często
opowiadała, dumna, że spotkała ją taka romantyczna miłość. Adam wydawał
jej się zawsze współczesnym amantem z dziewiętnastowiecznych romansów.
Przybył, padł rażony miłością i teraz powinno nastąpić bajkowe: "żyli
długo i szczęśliwie".
Tylko że jakoś nie następowało.
Za to w ich życiu pojawił się Krzyś, stanowiąc spore zaskoczenie,
zwłaszcza dla ojca. Antykoncepcja była chlebem powszednim Adama, a prezerwatywy stałym wyposażeniem kieszeni.
Na szczęście Krzyś był bardzo grzecznym i mało chorującym dzieckiem.
Wpasował się gładko w ich codzienność, stanowiąc ostatni element życia
pełnego sukcesu.
Maja spojrzała na biały sufit sypialni ozdobiony drogą designerską
lampą. Żołądek miała skręcony z nerwów. Oczy zamykały się same, a cały
organizm wielkim głosem wołał o odrobinę snu, spokoju i odpoczynku. Jej
ciało nie dawało się zwieść romantycznym opowieściom o idealnym życiu.
Jasno wskazywało na skrajne przemęczenie, stres i smutek. Ostatnio wciąż
chciało jej się płakać.
Westchnęła na samą myśl o śniadaniu i rozmowie, której nie mogła już,
wzorem ostatnich dni, przełożyć na jutro. Był dziewiąty dzień miesiąca,
najbardziej znienawidzony ze wszystkich. Dziesiątego musiała
nieodwołalnie zapłacić ratę kredytu we frankach (oby ich upadek był
bliski), rachunek za przedszkole, telefon, internet, kablówkę, angielski
synka, wycieczkę do zoo, którą miała pod koniec miesiąca odbyć jego
grupa, a także kupić dziecku buty, kurtkę i spodnie.
Swoją wypłatę wydała już w znacznej części na jedzenie i ostatnią
weekendową wyprawę na konie, które były pasją Adama. Należy dodać, że
dość drogą. Płaciła wtedy za wszystko, dlaczego więc teraz zwijała się
na samą myśl, że będzie musiała prosić swojego chłopaka o pieniądze? Co
się stało, że zrobiło się nagle tak ciężko, a zwykła kiedyś wymiana zdań
zaczęła urastać do rangi wielkiego problemu?
Wstała. Wsunęła stopy w miękkie, puszyste kapcie i skupiła się na tym
przyjemnym wrażeniu. Złe myśli, obawy i niedobre przeczucia musiała
odsunąć jak najdalej, żeby mieć siłę i dostatecznie dużo inteligencji,
by właściwie rozegrać czekającą ją rozmowę.
Wzięła kilka głębokich wdechów i uśmiechnęła się do swoich strachów.
Będzie dobrze - postanowiła z wrodzonym optymizmem.
Wierzyła w moc pozytywnego myślenia, w siłę wypowiadanych z wiarą
afirmacji. Jej półki uginały się od poradników uczących, jak osiągnąć
spełnienie zawodowe i prywatny sukces.
Jest dobrze, jestem szczęśliwa - powtarzała, próbując zaczarować
rzeczywistość. - Od roku Adam płaci tę ratę - tłumaczyła własnej
podświadomości, starając się zabić kiełkujące tam rozliczne obawy. - Od
czterech lat dokłada się do codziennych wydatków. Dlaczego w tym
miesiącu miałoby być inaczej? W końcu kupno trzypokojowego mieszkania w ścisłym centrum Krakowa za oszałamiającą cenę skredytowaną we frankach
(oby ich kurs sięgnął dna) to był jego pomysł.
Zawinęła się w szlafrok i przybrała dziarską minę. Spojrzała w lustro.
Wyglądała nie najgorzej, długie jasnobrązowe włosy spływały jej po
plecach, brązowe oczy, mimo iż wyraźnie podkrążone, patrzyły z właściwym
sobie ciepłem. Kusa koszulka, którą włożyła nad ranem, podkreślała ładny
dekolt. Uśmiechnęła się jeszcze raz do swojego odbicia. Szerzej i promienniej.
Uruchomiła zapasy energii i wyprostowała ramiona.
- Jestem spełnioną, szczęśliwą kobietą - powtórzyła. - Niczego mi w życiu nie brakuje.
Wierzyła w to, co mówi, ale strach przyczajony na dnie serca pozostał,
skronie pulsowały, a skręcony żołądek bolał coraz mocniej.
Odwróciła się od lustra i spojrzała na charakterystyczną, dobrze znajomą
wypukłość pod kołdrą. W dole łóżka, na samym brzegu, zwinięty w kłębek,
zajmując najmniej miejsca, jak tylko się dało, spał Krzyś, jej
czteroletni synek. Znowu, mimo licznych napomnień, wyszedł w nocy ze
swojego łóżeczka i wślizgnął się pod kołdrę rodziców.
Majka była z tego powodu w prawdziwej kropce. Z jednej strony serce
wyrywało jej się do dziecka. Mogło jeszcze nie być gotowe na spanie w osobnym pokoju, ale z drugiej strony starała się zrozumieć argumenty
Adama, który chciał czuć się w sypialni swobodnie.
Westchnęła po raz kolejny i, ziewając rozdzierająco, poszła do łazienki.
Umyła się pospiesznie i czym prędzej zajęła śniadaniem. W lodówce miała
lekko podpieczone drożdżowe bułki. Włożyła je do piekarnika, włączyła
termoobieg, a następnie uruchomiła ekspres.
Po kwadransie upojny zapach bułek i świeżej kawy niósł się po
mieszkaniu, dokładnie tak, jak to zaplanowała. Ale obaj jej mężczyźni,
zakopani w kołdrze, nawet nie drgnęli. Majka wzięła więc delikatnie
Krzysia na ręce i wyniosła ostrożnie z sypialni, żeby nie denerwować
Adama. Dopiero w pokoju dziecinnym zaczęła budzić synka.
Kiedy umyte już dziecko wkładało z mozołem skarpetki, starając się nie
spaść z wysokiego taboretu, a Majka nalewała kawę do kubków, w kuchni
pojawił się Adam. Uśmiechnął się do ładnie wypieczonych bułek i parującej kawy. Na widok ojca Krzyś zerwał się z krzesła i, gubiąc
skarpetkę, przytulił się mocno do jego boku. Adam potargał mu nieuważnie
włosy, pocałował w czubek głowy i skierował z powrotem w stronę krzesła.
- Jedz, synku, szybciutko śniadanie - powiedział. - Bo mama spóźni się
do pracy.
Maja, która jeszcze w szlafroku, bez śladu makijażu i fryzurze
pozostawiającej wiele do życzenia, myła deskę do krojenia, przekonana,
że Adam odwiezie dziecko do przedszkola, odwróciła się gwałtownie od
zlewu. Już miała w kilku mocnych słowach powiedzieć, co myśli, gdy znów
przypomniała sobie czekającą ją rozmowę. Wzięła więc tylko głęboki
oddech, uśmiechnęła się i w znaczącym stopniu złagodziła środki wyrazu
cisnące jej się na usta.
- Nie odprowadzisz go dzisiaj? - zapytała łagodnie.
- Nie - odparł Adam lekkim tonem. - Mam po południu naradę, muszę się
przygotować.
- Nic nie mówiłeś, że masz naradę - zdenerwowała się Majka. - O której
wrócisz? Ja muszę zostać w pracy dłużej, Krzysia trzeba odebrać o siedemnastej, a wiesz, że Kinga w piątki nie przychodzi...
- Nie wiem, kiedy wrócę - przerwał jej Adam, przełknął łyk kawy i sięgnął po następną bułkę. - Zdajesz sobie sprawę, jakie są u nas
realia. Nawet ja - uśmiechnął się z powodu słabo skrywanej dumy ze
swojego stanowiska w pracy - nie jestem w stanie przewidzieć, jakie
padną pytania w panelu dyskusyjnym i ile to potrwa. Poza tym... - Ugryzł z lubością wielki kęs. - Prześpię się dzisiaj u siebie. Więc po południu
też małego nie dam rady przywieźć. To oczywiste.
Krzyś dłubiący bez apetytu bułkę zamarł w połowie ruchu.
Majka nie zwróciła na to uwagi.
- Nie będę was budził po nocy i sam też lepiej odpocznę - tłumaczył
dalej Adam. - To w końcu twoje mieszkanie, masz prawo do prywatności.
Majka miała ochotę uderzyć go w twarz.
Rychło w czas mu się przypomniało - pomyślała ze złością.
Mieszkanie było rzeczywiście jej własnością, bo połowa kwoty, którą za
nie zapłaciła, pochodziła od siostry i była rekompensatą za dom
rodzinny. Ale to Adam namówił Majkę, by kupić tak drogie i duże lokum,
to dla niego zamówili miejsce w podziemnym garażu, to on był w swojej
firmie prezesem i twierdził, że poniżej pewnego poziomu nie da się
mieszkać. I to on od roku spłacał kredyt we frankach (oby padły i nigdy
się nie podniosły), zaciągnięty, by sprostać tym wymaganiom. Ostatnio
jednak ociągał się z tymi świadczeniami, co Majkę doprowadzało na skraj
załamania. Teraz też była pewna, że uwaga o własności mieszkania nie
jest przypadkowa.
- Dobrze, odbiorę Krzysia - spróbowała załagodzić sytuację. - Ale wróć
na noc - poprosiła. - Przynajmniej jutro spędzisz z nim trochę czasu.
Krzyś skulił się przy stole jeszcze bardziej. Maja spojrzała na niego,
jak zawsze w takim przypadku zaskoczona, że dziecko, które nie słyszało
w swoim życiu ani jednej porządnej awantury i nie wiedziało, co to kara
fizyczna, reagowało, jakby było regularnie bite. Teraz też chłopczyk
zgarbił się i w napięciu czekał na odpowiedź ojca, jakby się bał, że ten
zaraz go uderzy. Majka z trudem ukrywała rosnące zdenerwowanie.
- Moja droga - rzekł Adam, bez pośpiechu popijając kawę. - Zobaczę, co
się da zrobić. Podejdźmy do tego tematu spokojnie. Ja mam swoje życie,
ty masz swoje. Jak się uporam z bieżącymi sprawami, wpadnę.
Krzyś gwałtownie odwrócił głowę w stronę okna. Wyglądał, jakby właśnie
dostał w twarz.
- A rata za mieszkanie? - nie wytrzymała Majka. - Wszystkie opłaty?
Adam dopił ostatni łyk, odstawił filiżankę na spodeczek, wstał, poprawił
mankiety nieskazitelnej koszuli, którą mu Majka wczoraj wyprasowała i,
nie zważając na wręcz materializujące się napięcie, włożył powoli
marynarkę i zacisnął krawat. Gdyby nie obecność syna, Majka zaczęłaby
krzyczeć i rzucać filiżankami po tej cholernie drogiej kuchni, którą
Adam sam zaprojektował i zamówił. Jego spokój wyprowadzał ją z równowagi.
- Coś ci dzisiaj prześlę - odezwał się w końcu, całując ją w policzek. -
Cześć, synku - rzucił w stronę Krzysia. - Sprawuj się dobrze, niedługo
wrócę.
Nie czekając na odpowiedź Majki, której po prostu dech zaparło, wyszedł.
Z przedpokoju zabrał swoją torbę z laptopem, brzęknęły jeszcze klucze,
po czym Maja i Krzyś usłyszeli szczęk zamykanych drzwi.
To by było na tyle - pomyślała Majka, odwracając się, żeby ukryć
trzęsący się podbródek. - Nic nie wiem. Ile mi prześle pieniędzy, kiedy
wróci i co zrobić z dzieckiem dzisiaj wieczorem.
Jej szef również zaplanował konferencję i też nie był w stanie, a nawet
nie próbował określić, ile to potrwa. On miał czasu pod dostatkiem, a plany pracowników nie stanowiły dla niego żadnej wartości.
Bardzo chciało jej się płakać, ale skulony przy stole synek i późna
godzina uświadomiły jej, że nie może sobie pozwolić nawet na ten mały
komfort.
Włożyła Krzysiowi brakującą skarpetkę, spakowała plecaczek, po czym
ubrała się w pośpiechu i wyszła na słoneczną ulicę, a towarzyszyły jej
niewesołe myśli. Odwracała wzrok od ojców idących z dziećmi w stronę
przedszkola oraz tych nielicznych szczęśliwców, którzy odprowadzali
dzieci we dwoje.
Najbardziej denerwowali ją ci rodzice, którzy nieśli w woreczkach
kasztany. Widać mieli czas, by zbierać je ze swoimi pociechami. Maja
uwielbiała kasztany, a jednak w tym roku nie udało jej się znaleźć ani
jednej wolnej chwili, by pójść z synkiem do pobliskiego parku i poszukać
tych skarbów, a o wspólnym robieniu kasztanowych ludzików mogła tylko
pomarzyć.
"Masz to, na co godzisz się" - tłukły jej się po głowie słowa
zasłyszanej gdzieś piosenki, której wykonawcy nie mogła sobie
przypomnieć.
Łatwo powiedzieć. Nie godziła się przecież na tę sytuację. To wszystko
nie tak miało wyglądać. Chciała czegoś zupełnie innego. Mężczyzny, który
będzie ją kochał i wspierał, a nie takiego, z którym trzeba cały czas
walczyć o okruchy zainteresowania. Ochłapy uczuć.
Ale jak miała zaprotestować? Adam nie lubił kłótni. Po każdej wymianie
zdań, która mu nie odpowiadała, wyprowadzał się na kilka dni do swojego
mieszkania, a ona zostawała z tęskniącym dzieckiem, wyrzutami sumienia i wszystkimi finansowo-organizacyjnymi problemami dnia codziennego.
Z przykrością uświadomiła sobie, że wciąż jest w tym związku stroną
walczącą. To jej bardziej zależy i to ona musi się starać.
Wobec mężczyzny, któremu zależy mniej, kobieta jest zupełnie bezradna.
Taki człowiek przyparty do muru po prostu odejdzie. I co wtedy? Nie
chciała nawet myśleć o takiej możliwości. Całe je życie rozsypałoby się
wtedy jak kasztany z rozerwanego woreczka.
Wpadła z impetem do przedszkola.
Jak zwykle bardzo się spieszyła. Nie miała czasu stanąć nawet na chwilę
w szatni, by porozmawiać z innymi mamami czy nawiązać jakąś relację
skutkującą zaproszeniem na kawę i wspólną zabawą dzieci. Krzyś nie
uczestniczył w takich spotkaniach i nikt go nie odwiedzał. Maja miała
zajęte wszystkie popołudnia, a opiekunka, wynajęta na godziny przez
Adama i przez niego opłacana, odmówiła pilnowania obcych dzieci.
Najgorsze było to, że w niektóre dni, na przykład w piątki, nie chciała
pilnować nawet Krzysia, co Majce całkowicie dezorganizowało plan dnia i zmuszało do karkołomnych kombinacji, żeby pogodzić pracę z opieką nad
dzieckiem. Często jej mama jechała specjalnie spod Katowic, żeby w to
jedno popołudnie zostać z wnukiem.
Adam doskonale o tym wiedział. A jednak nie chciał się zgodzić na żadną
zmianę i Maja, jak zwykle w tym momencie rozważań, poczuła bolesny
skurcz serca. Opiekunka była bardzo atrakcyjna.
Pocałowała pospiesznie synka w czoło i podejrzliwym wzrokiem obrzuciła
zgromadzone w przedszkolu kobiety. Kiedy się jest w związku z przystojnym i bogatym prezesem dużej firmy, człowiek nie zna dnia ani
godziny. Każdego ranka w kolejce ustawia się gotowa na wszystko, młoda i zdeterminowana konkurencja.
Zostawiła Krzysia w sali i z obrazem jego opuszczonych bezradnie ramion
przed oczami pobiegła do pracy. Do siódmej zostały jeszcze tylko trzy
minuty.
***
Wpadła do biura w ostatniej chwili. Drzwi do gabinetu prezesa były
otwarte i jego pełen potępienia wzrok przeszył Majkę do głębi. Wszyscy
inni byli już na stanowiskach. Prezes Burski przychodził do pracy o szóstej i cenił wysoko tych, którzy również pojawiali się skoro świt, a wychodzili o wiele później, niż zakładała umowa i ustalone godziny
pracy. Oczywiście nienagannie uczesani i ubrani w dobrze skrojone
garnitury lub pastelowe bluzki, a nie z potarganymi włosami i bardzo
pospiesznie wykonanym makijażem.
Majka schowała się szybko za wysokim kontuarem oddzielającym jej biurko
od części sekretariatu przeznaczonej dla klientów. Skuliła się nad
papierami, starając się zniknąć z pola rażenia szefa, wypalającego
skoncentrowaną naganą wzrokową dziury w jej zwyczajnym niebieskim
sweterku.
Schylona nad biurkiem powoli uspokajała oddech i dyscyplinowała
rozpierzchnięte na wszystkie strony myśli.
Nagle na blacie pojawił się cień. Majka podniosła głowę i zobaczyła
twarz szefa pochyloną bardzo nisko. Znała ten widok na pamięć, z zamkniętymi oczami potrafiłaby namalować każdą zmarszczkę na jego czole,
odcień ciemnych zmrużonych oczu i zawsze niezadowolony grymas wąskich
ust.
Leon Burski uśmiechnął się krzywo i położył jej na biurku spory stos
papierów. Drugi, niewiele mniejszy, czekał tam już od wczoraj. Były to
sprawy, których nie zdążyła załatwić w poprzednich dniach oraz te, które
szef dołożył jej wieczorem lub rano.
Te stosy śniły jej się po nocach. Rzeczywiste, w postaci dokumentów i wirtualne, złożone z długiej listy nieodebranych maili. Nigdy się nie
kończyły. Nieważne jak szybko pracowała, ile papierzysk brała do domu,
kartek i wiadomości wciąż przybywało, a jej tempo załatwiania spraw szef
wciąż oceniał jako słabe.
Prezes zniknął bez słowa w swoim gabinecie i na szczęście zamknął drzwi.
Dzięki temu mogła uspokoić myśli i podjąć próbę skoncentrowania się na
problemach zawodowych, prywatne usuwając w zakamarki świadomości.
Zabrała się do pracy. Mimo jej porannych wstrząsów i wszystkich
osobistych zmartwień firma musiała funkcjonować, a stos papierów maleć.
Sięgnęła po pierwszą część. Były to podania o pracę. Na czternastą szef
zaplanował rozmowy kwalifikacyjne. Zanim zaproszono kandydata, Maja
przeprowadzała wstępny wywiad przez telefon, a potem zapisywała uwagi
odręcznie na podaniach. Prezes Burski najbardziej cenił pracowników,
którzy mieli kredyt we frankach szwajcarskich, żonę w ciąży (najlepiej
drugiej lub trzeciej) albo byli singlami z mnóstwem czasu i gorącym
pragnieniem awansu. Każda z tych grup stanowiła niewyczerpane źródło
białych niewolników.
Pierwsi robili wszystko, czego szef zażądał, ze strachu przed utratą
dachu nad głową, drudzy dla dobra rodziny, a ostatnich mamiło się
perspektywą podwyżki, która nigdy nie następowała, a kiedy pracownik
tracił cierpliwość i zaczynał kojarzyć zbyt wiele faktów, wymieniało się
go na nowszy model.
Ten surowy, czasem wręcz okrutny system sprawiał, że firma rozwijała się
w świetnym tempie. Za jaką cenę? Tego pytania prezes Leon Burski sobie
nie zadawał.
Rekrutacja to było zajęcie, którego Maja nie lubiła najbardziej.
Produkująca soki owocowe firma, o aluzyjnej nazwie Leovita SA,
zatrudniała około dwustu osób. Duża rotacja sprawiała, że rozmowy
kwalifikacyjne odbywały się tutaj prawie co tydzień. Zawsze według
takiego samego schematu. Najpierw pełni nadziei, stremowani kandydaci
dokładali wszelkich starań, by zrobić jak najlepsze wrażenie, potem ci,
którym się udało, wybiegali w euforii świętować sukces, a kilka miesięcy
później zmęczeni, wypaleni, niejednokrotnie ze zrujnowanym życiem
osobistym, wyżalali się w sekretariacie.
Leon Burski był twardym zawodnikiem, sam pracował ciężko, nie pozwalał
sobie na najmniejszą słabość i tego samego wymagał od pracowników. Kto
miał trochę odwagi lub oszczędności, zwalniał się, zmieniał pracę lub
wyjeżdżał za granicę, opowiadając potem na prawo i lewo krew w żyłach
mrożące historie o warunkach pracy w Leovicie i kosmicznych wymaganiach
szefa.
Od lat prezesowi Burskiemu wróżono upadek, przewidywano, że nie znajdzie
kolejnych chętnych do morderczej pracy po dwanaście godzin dziennie. Ale
kryzys, dobroczyńca wszystkich pracodawców, sprawiał, że teczka z podaniami pęczniała każdego dnia coraz bardziej. Pracownicy byli jak
mrówki, jak ziarna piasku. Wystarczyło się schylić, by sięgnąć dłonią po
kolejną garść. Przychodzili, odchodzili, a firma cały czas parła do
przodu.
Tego dnia także, jeszcze sporo przed czternastą, wystrojeni i zdenerwowani kandydaci przechadzali się po korytarzu. Szefa jeszcze nie
było. Wyszedł w porze obiadowej i nie zadzwonił z informacją, kiedy
wróci. Maja bała się, że zapomniał o umówionych spotkaniach, ale nie
mogła o to zapytać. Sprawa była zbyt błaha, a ona miała prawo dzwonić
tylko w ważnych. Czas innych dla prezesa nie miał wartości. Zdarzało
się, że kandydaci czekali całe godziny, aż Burski znajdzie dla nich
chwilę. Często robił to specjalnie, żeby od razu wskazać nowym
pracownikom właściwe miejsce w szeregu.
Maja, pełna empatii, zaproponowała im kawę i zaprosiła do firmowego
barku, ale żaden nie miał odwagi ruszyć się z miejsca. Obserwowali, jak
sekretarka uwija się niczym w ukropie, żeby zdążyć przygotować
dzisiejszą konferencję i załatwić jak najwięcej spraw przed powrotem
szefa, a w ich oczach była zazdrość i tęsknota za pracą, za stałym
zajęciem porządkującym sens dnia, dającym poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości. Spojrzała na nich ze współczuciem. Bezrobocie to
ciężkie doświadczenie, wiedziała coś o tym.
Jeden z mężczyzn sprawiał wrażenie szczególnie przejętego. Wysoki,
szczupły, o jasnych szczerych oczach i trochę nieśmiałym uśmiechu. Majka
zerknęła na przygotowane podania. Poznała go na zdjęciu. Nazywał się
Adrian Zawadzki. Należał do kategorii drugiej, miał małe dziecko oraz
żonę w ciąży i, jak sam nieopatrznie przyznał w czasie wstępnej rozmowy,
otrzymanie tej pracy stanowiło dla niego sprawę życia i śmierci. Krążył
wokół biurka Majki, niecierpliwie zaplatając palce.
- Czy to możliwe, że pan Burski się spóźni? - zapytał w końcu, nie
wytrzymując już chyba tego napięcia, bo dawno minęła czternasta, a oni,
zgodnie z wytycznymi prezesa, nie otrzymali żadnej informacji.
- Tak - odpowiedziała uprzejmie Maja, jednocześnie pakując dokumenty do
teczek szybkimi wyćwiczonymi ruchami. - Czasem zatrzymują go jakieś
nieprzewidziane ważne sprawy.
Hot dog na mieście, spotkanie z kumplem albo kolejna panienka do
towarzystwa - pomyślała ze złością, ale nie dała tego po sobie poznać.
Mężczyzna skłonił głowę z szacunkiem.
- Rozumiem - powiedział. - W takiej dużej firmie prezes na pewno ma
pełne ręce roboty. - Zrobił kolejne okrążenie i wrócił. - Spieszę się do
żony - powiedział cicho. - Została sama z synkiem, a nie może chodzić,
bo druga ciąża jest zagrożona. Tylko jak to wytłumaczyć dwulatkowi? -
Uśmiechnął się. - To wulkan energii.
- A kto się nią będzie opiekował, kiedy pan dostanie pracę? -
zainteresowała się Maja, zanim zdążyła przypomnieć sobie, że szef
zabronił spoufalania się z kandydatami i przekazywania im informacji na
temat przyszłej pracy.
Mężczyzna rozpromienił się i złapał dłońmi za blat biurka, pochylając
się w jej stronę.
- Myśli pani, że mam szansę? - zapytał, wpatrując się w nią w napięciu.
- Proszę odpowiedzieć, to dla mnie naprawdę bardzo ważne.
- Nic nie mogę obiecać - zdenerwowała się Maja, bo gdyby Burski słyszał
tę rozmowę, obciąłby jej premię. - Zawsze szef decyduje sam.
- Tak, rozumiem. - Mężczyzna westchnął i zacisnął dłonie. - Wie pani,
jak ciężko o pracę, a Leovita zatrudnia na umowę i płaci regularnie.
Zamilkł na chwilę, po czym powiedział:
- W poprzedniej firmie jeździłem tirem, szef płacił mi, jak miał
pieniądze. Czasem nawet dwa miesiące musiałem czekać na wypłatę. A w domu małe dziecko. Teraz jest jeszcze gorzej. Żona nie może pracować, a mój były szef przestał dzwonić ze zleceniami. Zalega mi trzy wypłaty,
więc się nie odzywa.
Westchnął znowu i spojrzał jej w oczy.
- Muszę dostać tę pracę. Nie mamy już wcale pieniędzy i pożyczyliśmy od
wszystkich, którzy mogli nam pomóc. Jeżeli tu się nie uda, będę musiał
wyjechać... - Odwrócił wzrok. - I zostawić ich samych - dokończył, a Majce
ścisnęło się serce.
Poczuła ogromną sympatię do tego mężczyzny, który tak bardzo pragnął być
ze swoją rodziną. W przeciwieństwie do wielu drani, którzy mogliby, a nie chcą. Jednak właśnie ten jest skazany na klęskę. Wiedziała, że stoi
na przegranej pozycji. Bo o pogodzeniu pracy w firmie Leovita SA z życiem rodzinnym nie było mowy.
Zastanawiała się, czy powinna mu o tym powiedzieć, ryzykując, że sama
wyleci za zlekceważenie polecenia szefa, ale nie zdążyła podjąć decyzji.
Leon Burski wrócił do biura.
***
Pojawił się o wpół do trzeciej, poprosił kandydatów do siebie i w pięć
minut załatwił sprawę. Wszyscy pomyślnie przeszli przez rozmowę.
Szczęśliwi pobiegli świętować sukces, nieświadomi jeszcze tego, co ich
czeka w najbliższym czasie, a Burski pojawił się w sekretariacie.
- Materiały na konferencję gotowe? - zapytał podniesionym głosem.
Majka od razu się zdenerwowała, choć materiały, nad którymi w ogromnym
pośpiechu pracowała od rana, leżały posegregowane i ładnie spięte.
- Tak, panie prezesie - odpowiedziała.
- Wydruki dla kierowników?
- Spakowane w teczki. - Majka podała stos pełnych dokumentów teczek.
Burski wziął je od niej bez słowa.
- Dzwoniłaś do prawników? - zapytał.
- Tak, oczywiście, będą. - Majka lekko pobladła, lista spraw
załatwionych powoli zbliżała się do końca i dobrze wiedziała, co nastąpi
za chwilę.
- Prezentacja gotowa?
- Tak, szefie, zgrana na pendrive'a.
Prezes zrobił pauzę, na chwilę się odprężył i coś na kształt bardzo
mglistego wyrazu zadowolenia pojawiło się na jego twarzy.
- A jak tam sprawa tej czeskiej sieci sklepów? - zapytał troszkę
łagodniej. - Przesłaliście już naszą ofertę?
- Jeszcze nie, dopiero dzisiaj znalazłam tłumacza. Czesi chcą to mieć w swoim języku. Będzie gotowe na jutro.
- Jak to na jutro? - najeżył się Burski. Bardzo nie lubił tego
sformułowania i Majka o tym wiedziała.
- Szybciej się nie da - dolała oliwy do ognia, wypowiadając kolejne
znienawidzone przez prezesa zdanie.
- Wszystko można! - ryknął na pół firmy. - Jeśli się tylko chce. Sam
pracować nie mogę, potrzebuję zespołu. A tu jak zwykle fuszerka.
Zostawiam was na chwilę samych i już nic niezałatwione. Nie chcę słyszeć
żadnych wymówek, oferta ma być wysłana dzisiaj.
Spojrzał na stos papierów.
- To też, mam nadzieję, w końcu zniknie z tego biurka. Chciałbym choć
raz zobaczyć efekty twojej pracy.
Maja zagryzła wargi do krwi.
- Oczywiście, panie prezesie.
Burski wyszedł z firmy i znów nie powiedział, na jak długo. Majka
wysłała sygnał do księgowości, że bossa nie ma, po czym przyspieszyła i tak już szaleńcze tempo pracy.
Dopiero po godzinie złapała tłumacza języka czeskiego, który zgodził się
do wieczora opracować trzydziestostronicowy folder. W znajomej drukarni
ubłagała natychmiastowy skład i druk na wieczornej zmianie. Potem
kurier, też nawykły do nietypowych zleceń firmy, zgodził się odebrać
gotowy produkt z drukarni i wysłać do adresata. Cała operacja była
bardzo karkołomna. W tym wymuszonym planie działania nie było czasu na
sprawdzenie czegokolwiek, na zastanowienie się ani poprawki, a jednak
odpowiedzialność pełna. Jeżeli gdziekolwiek wkradnie się błąd, Majka
odpowie za niego jako pierwsza.
Westchnęła tylko i potarła czoło dłonią, w brzuchu jej zaburczało, ale
nie mogła sobie teraz pozwolić na przerwę. Sięgnęła po kolejną kartkę.
Reklamacja z sieci supermarketów z powodu spóźnionej dostawy. Sprawa
bardzo skomplikowana, wymagała umiejętności mediacji, wykonania licznych
telefonów, zajmie przynajmniej dwie godziny. A kartka jest taka cienka,
jej załatwienie zmniejszy stos zaledwie o milimetr. Włożyła ją pod spód
i wzięła do ręki kolejną. Ubezpieczenie firmowych samochodów.
Do księgowości - postanowiła, odkładając do specjalnego pojemnika. To
przynajmniej poszło szybko.
Następna kartka - wypowiedzenie dla dotychczasowego dostawcy jabłek.
Widniał na nim dopisek szefa: "Zanim wyślesz, znajdź tańszego". Łatwo
napisać, trudniej wykonać. Ostatni dostawca przeklinał firmę Leovita
przy każdej okazji i we wszystkich trzech językach, w jakich znał
brzydkie wyrazy. Twierdził, że jest zmuszony do sprzedawania towaru
znacznie poniżej kosztów produkcji. Majka doskonale zdawała sobie
sprawę, że mówił prawdę.
Tego też nie miała ochoty załatwiać, ale dalsze chowanie głowy w piasek
było bez sensu. Otworzyła laptop i rozpoczęła poszukiwania naiwnego,
który, zmamiony obietnicą stałego odbioru, zgodzi się na złodziejską
cenę, proponowaną przez Burskiego.
"Masz to, na co godzisz się" - wróciły do niej słowa piosenki.
Co za durny tekst - pomyślała. - Nikt nie pyta mnie o zgodę. I nie mam
żadnego wyboru.
Ściśnięta między dwoma prezesami jak nadzienie w naleśniku, jednemu
próbowała dogodzić w domu, drugiemu w pracy i mimo że starała się
maksymalnie, ani w jednym, ani w drugim przypadku nic nie wychodziło
tak, jak powinno.
Skupiła myśli na pracy. Wyglądało na to, że nie ma szans, by skończyć
dzisiaj przed dwudziestą. Na pewno uda się na chwilę wyskoczyć, by
odebrać Krzysia z przedszkola i zaprowadzić do domu, ale co dalej?
Jeżeli nie pojawi się na konferencji, prezes zwolni ją bez chwili
zastanowienia. Była już dostatecznie często świadkiem takich sytuacji,
by wiedzieć, że jej obawy są prawdziwe. Tylko co zrobić z Krzysiem?
Wyciągnęła komórkę i nie bacząc na to, że upływają jej właśnie bardzo
cenne minuty przeznaczone na załatwianie spraw, z których zostanie za
chwilę rozliczona, zadzwoniła do mamy.
- Cześć, kochana, dobrze, że dzwonisz. - Stefania Borowiec mówiła głosem
tak ciepłym, że Majce łzy stanęły pod powiekami. Ostatnio wystarczył
byle powód i już płakała. - Co słychać? Jak tam Krzyś? Zdrowy? - pytała
mama.
- Tak, ale mam problem - od razu przeszła do rzeczy. - Muszę wrócić do
pracy, a nie mam z kim zostawić Krzysia. Nie dałabyś rady przyjechać? -
zapytała z nadzieją.
- Dzisiaj nie ma szans. Twoja siostra ma jakieś spotkanie i muszę zostać
z dzieciakami, ale nie przejmuj się tak bardzo. Adam z pewnością coś
wymyśli, w końcu sam jest własnym szefem, może się wcześniej wypuścić z pracy. - Mama roześmiała się z własnego dowcipu, nie mając pojęcia, jaką
przykrość sprawia córce.
- Też mają dzisiaj jakieś spotkanie wieczorem - odpowiedziała Majka,
siląc się na spokój i beztroskę. Nie była w stanie powiedzieć mamie
całej prawdy.
- A ta wasza Kinga? Dlaczego ona ma piątki wolne? Wspomnisz moje słowa,
nie podoba mi się ta dziewczyna. Co to za porządki, żeby opiekunka do
tego stopnia stawiała warunki? Zadzwoń do niej.
Majka się nie odezwała, dobrze wiedziała, że Kinga nawet nie odbierze
telefonu.
- Czyli ty nie możesz na pewno? - upewniła się, mając jeszcze słabo
tlącą się nadzieję, że może jednak mama coś wymyśli.
- Absolutnie nie. - Stefania odpowiedziała stanowczo. - Ale Adam z pewnością ci pomoże, przy jego możliwościach taki problem to pestka.
Majka miała co do tego sporo wątpliwości, ale zachowała je dla siebie.
- Gdybyście się pobrali - kontynuowała mama. - Mogłabyś w ogóle
zrezygnować z pracy. Adam przecież świetnie zarabia. Wszystkie wasze
problemy same by się rozwiązały.
- Pa, mamo - przerwała jej Maja. - Muszę kończyć, jestem w biurze. -
Rozłączyła się ze ściśniętym gardłem, nie dając mamie szansy na
odpowiedź.
Nie miała siły tłumaczyć, że o ślubie marzy od pięciu lat, ale straciła
już nadzieję na oświadczyny. Adam wprowadził się do niej, choć nadal
miał własne mieszkanie i oddzielne konto w banku. Urodził im się synek,
żyli właściwie razem, ale o małżeństwie nigdy nie było mowy, mimo że
wiele razy próbowała delikatnie poruszyć ten temat. Nigdy też nie
usłyszała wyraźnej deklaracji, wyznania miłości.
Nie rozmawiali o przyszłości. Na początku sądziła, że to stan
przejściowy, teraz powoli docierało do niej, że lepiej już nie będzie.
Lepsze jutro już było, jak mówi przysłowie, a perspektywy na przyszłość
rysowały się raczej w ciemnych niż jasnych barwach. Adam wymykał się jej
z rąk z każdym dniem coraz bardziej.
Cenne minuty upływały, niezałatwione sprawy służbowe czekały, a Majka,
niezdolna do żadnych działań, myślała. Próbowała zrozumieć, w którym
miejscu popełniła błąd. Dlaczego nie jest szczęśliwą żoną mężczyzny
swoich marzeń, jak głosił oficjalny komunikat i jak sama do tej pory
zwykła uważać, a zaledwie uzależnioną finansowo, samotną w gruncie
rzeczy matką, która musi walczyć, by ojciec jej dziecka zechciał spędzić
z nim wieczór?
Zrobiła dokładny przegląd pięcioletniej znajomości, ale żadnego błędu po
swojej stronie nie znalazła.
Może nie jest tak źle? - pomyślała w nagłym przypływie optymizmu. - A jeśli to tylko chwilowy kryzys?
Jej wyobraźnia była szybka. Od obrazu rozbitego związku przegalopowała
momentalnie do widoku romantycznego ślubnego orszaku, w którym za cudnie
ubraną panną młodą szedł dumny Krzyś, trzymając koniec długaśnego
welonu. Chłopiec był uśmiechnięty, wyprostowany i śmiało patrzył w oczy
tłumnie zgromadzonych gości. Tu wyobraźnia Majki zacięła się nieco, bo
wygenerowany obraz tak bardzo odbiegał od rzeczywistości.
Miłe wizje podniosły ją jednak trochę na duchu i w zdecydowanie lepszym
nastroju wybrała numer Adama.
- Nie mogę teraz rozmawiać, oddzwonię - usłyszała, zanim zdążyła
powiedzieć choćby słowo i w słuchawce rozległ się ciągły sygnał.
Wybrała numer jeszcze raz.
- Adam - odezwała się od razu. - To bardzo pilna sprawa. Nie mam z kim
zostawić Krzysia od siedemnastej. Pomóż mi.
W słuchawce usłyszała wyraźne westchnienie. Chyba zniecierpliwienia.
- Czy to mój problem? - zapytał Adam oschle. - Jestem zajęty.
Majka cofnęła się pod ścianę, teraz to ona sprawiała wrażenie, jakby
ktoś mocno ją uderzył. Jak można odezwać się w ten sposób do osoby, z którą dopiero co spędziło się noc, łącząc się tak blisko, jak tylko może
dwoje ludzi?
Wzięła głęboki oddech i postanowiła skończyć z niedomówieniami i strachem przed kłótnią. Miała już serdecznie dość ustępowania mu na
każdym kroku.
- To przecież także twoje dziecko! - krzyknęła.
Po drugiej stronie zapanowała cisza. Mogła sobie doskonale wyobrazić
zdegustowaną minę Adama.
- Majka - rzekł spokojnie po chwili milczenia. - Powiem ci szczerze,
choć nie chciałem tego robić przez telefon. Jestem zmęczony. To nasze
wspólne życie to od początku nie były moje klimaty. Wytrzymałem długo,
pięć lat, jak na razie to mój życiowy rekord. Krzyś to fajne dziecko,
ale dłużej już nie mogę. Proponuję małą pauzę.
- Zwariowałeś?! Jaką pauzę?! - krzyczała Majka, której puściły wszelkie
hamulce. - A co ja mam z dzieckiem zrobić? - zapytała. - Zawiesić na ten
czas na haku i odwiesić, jak skończysz pauzę? Sama nie dam sobie z tym
wszystkim rady. Nie można zrobić pauzy od życia, jeśli ma się dziecko.
- Prowokujesz mnie niepotrzebnie do mówienia rzeczy przykrych -
usłyszała spokojny głos Adama. - To ty masz dziecko, ja nie planowałem
potomstwa.
- Ale to tobie, do jasnej cholery, pękło zabezpieczenie! - Majce wyrwały
się słowa, za które poczuła pogardę do samej siebie. Sprowadzanie
poczęcia jej cudownego synka do prozaicznej wpadki wydało jej się
obrzydliwe. Jednak taka była prawda. Wpadli za pierwszym razem,
szamocząc się w pośpiechu w hotelowym pokoju, dziesięć minut przed
rozpoczęciem konferencji. Pośpiech stał się przyczyną awarii. Jak bardzo
głupia i wstrętna była ta historia, uświadomiła sobie dopiero w tym
momencie. Wtedy myślała, że spotkała miłość swojego życia, że
uczestniczy w spontanicznym porywie serc, wyjątkowym i bardzo
romantycznym.
Nie mogła złapać oddechu, a tym bardziej powiedzieć czegoś
odpowiedniego.
- Ta rozmowa nie ma sensu - wykorzystał jej milczenie Adam. - Nie dzwoń
na razie. Odezwę się, jak sobie to wszystko uporządkuję. - Ciągły sygnał
w słuchawce uświadomił jej, że połączenie zostało zerwane.
Majka wpatrywała się bezradnie w ekran komórki. Zadzwoniła jeszcze raz.
Tak łatwo drań się nie wywinie.
Nie odbierał.
Majka wzięła głęboki oddech.
Nagle komórka zasygnalizowała wiadomość. Porwała ją z nadzieją, że Adam
przeprasza za głupie słowa, ale to był tylko sygnał od ochrony, że
prezes Burski pojawił się na horyzoncie.
Nie mogła już więcej telefonować, co gorsza, koniecznie musiała się
uspokoić. Rozpędzone myśli gnały jej wyobraźnię na wszystkie strony.
Strach chwycił ją za gardło i już miał je ścisnąć, ale Maja postanowiła
się nie poddawać. Ta rozmowa była tak absurdalna, że zdecydowała się nie
traktować jej poważnie.
Adam nie był wzorowym ciepłym ojcem, to prawda. Nie był też partnerem, o jakim marzą kobiety, przynajmniej na drugi rzut oka, bo na pierwszy
wydawał się absolutnym ideałem. Jednak nie był również skończonym
draniem, kochał przecież Krzysia, choć nigdy tego wprost nie powiedział.
Prezes Burski zamaszystym krokiem wszedł do sekretariatu, obrzucając
jego wnętrze krytycznym wzrokiem, więc Maja wróciła natychmiast do
rzeczywistości. W szalonym pośpiechu zabrała się do pracy, próbując
wykonać kilka rzeczy naraz. Załatwiała kolejne sprawy, telefonowała,
gdzie trzeba, była uprzejma, cierpliwa i stanowcza. Negocjowała warunki,
uspokajała zdenerwowanych pracowników i łagodziła sytuacje zapalne.
Układała terminy spotkań, parzyła kawę, uśmiechała się do prezesa i jego
gości. Ale żołądek cały czas skręcał jej się ze strachu i stresu.
Ani się obejrzała, jak zegar wybił siedemnastą. Trzeba było pędzić po
Krzysia. Wstała od biurka i momentalnie zakręciło jej się w głowie. Nic
nie jadła od rana, nie miała ani chwili przerwy. Na miękkich nogach
podeszła do gabinetu szefa.
- Panie prezesie, wychodzę na chwilę... - zaczęła jak co dzień i jak
zwykle napotkała pełen nagany wzrok przełożonego, jakby fakt, że po
dziesięciu godzinach intensywnej pracy opuszcza biuro, był zbrodnią
najwyższej kategorii - ...i zaraz wrócę - dokończyła odruchowo, choć tak
naprawdę chciała go poprosić o zwolnienie z dzisiejszej konferencji.
Wszystko było przygotowane, ktoś mógł ją przecież zastąpić ten jeden
raz. Nigdy się nie zwalniała. Nie korzystała z prawa do opieki nad
chorym dzieckiem, a do pracy wróciła miesiąc po porodzie, łamiąc
wszystkie przepisy, bo prezes wyraźnie dał jej do zrozumienia, że w przeciwnym razie zwolni ją natychmiast, jak tylko znajdzie odpowiedni
kruczek prawny. Teoretycznie była więc na urlopie macierzyńskim, a praktycznie po kilka godzin w pracy, po czym do domu brała to, czego w biurze nie zdążyła zrobić. Nieraz się zastanawiała, jak mogła to
wszystko udźwignąć. A do tego musiała być zadbana i wyglądać promiennie
dla Adama.
Spojrzała jeszcze raz na prezesa. Ze zmarszczonym czołem pochylał się
nad przygotowanym przez nią konspektem konferencji. Sprawiał wrażenie,
jakby był nie wiadomo jak zapracowany, a przecież wszystko zrobiono już
za niego.
Dzieliło ich zaledwie kilka metrów. A miała wrażenie, jakby to były
setki mil. Nie było nawet sensu próbować się porozumieć. Leon Burski
dawno już stracił kontakt z realnym życiem i jego codziennymi troskami.
Zamożność bardzo dystansuje od rzeczywistości.
Odwróciła się i wyszła, a Burski nawet na nią nie spojrzał. Biegnąc do
przedszkola, analizowała swoją sytuację. Związek z Adamem, relacje w pracy, macierzyństwo - wszystko to rysowało się w dziwnie niewesołych
barwach.
Zatrzymała się i zaczerpnęła mocno powietrza w ściśnięte stresem płuca.
To nieprawda - chwyciła się tej ostatniej rozpaczliwej nadziei, że może
źle interpretuje fakty. - Nie jestem nieszczęśliwa. Wręcz przeciwnie,
wielu mi zazdrości. Jestem kobietą sukcesu, mieszkam ze wspaniałym
mężczyzną, mam świetną pracę, piękne mieszkanie i zdrowego, grzecznego
synka.
I tego się trzymajmy - podsumowała.
Podniosła głowę i pobiegła dalej.
Piętnaście po piątej wpadła jak burza do przedszkola. Na jej widok z szatni wyszła wychowawczyni. W zapiętym po szyję płaszczu czekała gotowa
do wyjścia i wyglądała na bardzo zdenerwowaną. Obok niej na ławeczce
siedział skulony Krzyś. Wystraszony zerkał to na swoją panią, to na
mamę. Ale tym razem obyło się bez zwykłej awantury. Wychowawczyni za
bardzo się spieszyła. Powiedziała tylko "do widzenia" i bez słowa
komentarza opuściła szatnię.
Krzyś wstał, włożył małą ciepłą dłoń w rękę swojej mamy, spojrzał ufnie
i zadał pozornie niewinne pytanie, od którego Majce zrobiło się słabo.
- Pójdziemy dziś na plac zabaw? Chłopcy się tam umówili.
Majka nie znosiła tego wzroku. Nie mogła nawet nakrzyczeć na dziecko,
które tak grzecznie prosi. Poza tym ten ton budził w niej nieokreślone
wyrzuty sumienia, choć doprawdy było ono czyste. Nie spieszyła się
przecież do spa ani na plotki, tylko do pracy.
Nic nie odpowiedziała, szarpnęła Krzysia lekko i pociągnęła w stronę
drzwi, ale on już wiedział. Znowu opuścił ramiona i pochylił głowę, jak
jakaś sierota, a przecież jego rodzice byli tak wzorcowi, że mogliby
śmiało występować w reklamie płatków śniadaniowych.
W rzadkich chwilach, kiedy Adam odprowadzał go do przedszkola, wzbudzał
tam większą sensację niż niejeden celebryta. Przystojny, zawsze świetnie
ubrany, z emanującą na wszystkie strony pewnością siebie żartował i z każdym bez trudu nawiązywał kontakt. Wychowawczynie rozpływały się w uśmiechach, a inne mamy mniej lub bardziej dyskretnie zarzucały sieć
swoich uroków.
Krzyś w niczym nie przypominał ojca. Był nieśmiały, wiecznie wystraszony
i nad wiek poważny. Patrząc na niego, można było odnieść wrażenie, że
jest dzieckiem z patologicznej rodziny.
Majka wpadła na klatkę schodową i cały czas ciągnąc opierające się lekko
dziecko, wbiegła na drugie piętro. Było już późno. Powinna jak
najszybciej wrócić, a wciąż nie miała pomysłu, jak zorganizować opiekę
nad chłopcem. Podświadomie spodziewała się, że Adam będzie czekał w mieszkaniu. Kto wie, może nawet z jakąś miłą niespodzianką? Przecież jej
tak samej nie zostawi.
Otworzyła drzwi. Zdjęła buty w przedpokoju i weszła do salonu. Miała
niejasne wrażenie, że coś jest nie w porządku, ale nie umiała go
sprecyzować. Jedyne, co zauważyła, to ewidentny brak Adama.
Gnana resztkami gasnącej nadziei otworzyła drzwi sypialni. I nagle
stanęła jak wmurowana. Zrozumiała, co się stało. Szafka nocna po stronie
Adama była pusta, uchylone drzwi szafy ukazywały nagie wieszaki.
Zabrał swoje rzeczy - dotarło do niej i aż się osunęła na podłogę. Krzyś
przycupnął po drugiej stronie i zaczął obgryzać paznokcie. Majka w szoku
wpatrywała się w pustą szafę, a w jej głowie wirowały setki myśli.
Opuszczone dziecko, kredyt na mieszkanie, samotność, klęska, rozpacz...
Przy rozpaczy zastał ją telefon od szefa. Chciał wiedzieć, co Majka
sobie wyobraża, po czym zagroził, że jeżeli natychmiast nie podejmie
przerwanych obowiązków, może nie wracać już wcale. Maja się przeraziła.
Nie mogła teraz stracić pracy. Spojrzała na synka, siedział na podłodze
nieruchomo.
To takie grzeczne dziecko - pomyślała. - Chwilę wytrzyma samo.
Pobiegła do salonu i włączyła kanał z bajkami. Ogłuszający dźwięk
wrzeszczących na siebie bohaterów popularnej kreskówki wypełnił pokój.
Majka usadziła Krzysia na podłodze, położyła mu poduszkę pod plecy i szybko przyniosła z kuchni worek chrupek kukurydzianych i dwie kanapki z nutellą. Na nic więcej nie miała czasu.
- Synku, siedź tu grzecznie i nigdzie się nie ruszaj - powiedziała. - Ja
zaraz wrócę. Muszę tylko na chwileczkę podejść jeszcze do pracy.
Krzyś kiwnął głową nieuważnie, wpatrzony w migający histerycznie
kolorowy obraz.
- Nikomu nie otwieraj! - krzyknęła jeszcze Majka i, zamknąwszy starannie
drzwi, pobiegła. Oszołomiona i półprzytomna próbowała ogarnąć całą
sytuację, ale nie miała szans, by zebrać myśli. Po pięciu minutach była
już w biurze. Była sparaliżowana strachem o dziecko, ale nikt nie
zwrócił na to uwagi. W firmie trwał wielki dzień.
Szef świętował. Akcje na giełdzie poszły w górę. Choć wyniki sprzedaży
produktów pozostawały wciąż takie same, akcje od roku regularnie
zwyżkowały i cieszyły się niesłabnącym powodzeniem. Każdego tygodnia
nowi nabywcy dokonywali zakupów, które podnosiły coraz wyżej niebieską
kreskę na schemacie obrazującym wzrost cen akcji.
Może ktoś o bardziej przenikliwym umyśle lub lepszych doradcach zacząłby
się dziwić z tego powodu, analizować przyczyny tego tajemniczego popytu.
Ale prezes Burski, otoczony gromadą słabych pochlebców, przez dwie
godziny z błogim wyrazem twarzy słuchał kolejnych pochwalnych
przemówień, w których kierownicy działów przekonywali go, że to
naturalna i w pełni zrozumiała konsekwencja jego mistrzowskiego
zarządzania firmą.
Leon Burski był inteligentny, kiedy trzeba - przebiegły, czasem wręcz
genialnie przenikliwy, ale jego słabą stroną była bardzo niska odporność
na pochlebstwa. Pławił się w ich słodkim smaku, zatracając wrodzoną
czujność i przyjmując wymyślone przez pracowników pochwały za prawdę.
***
Była ósma wieczorem, kiedy Majka, skonana jak wyrobnik, wyszła wreszcie
z biura. Prezes jeszcze został z kilkoma członkami rady nadzorczej i nie
wyglądał na zadowolonego, że sekretarka, zamiast zostać z nimi, by
pośmiać się z dowcipów lub porozmawiać o niczym, idzie do domu.
Na biurku zostawiła potężną stertę spraw do załatwienia. Zaległych,
dzisiejszych i tych, które były owocem konferencji. Żeby temu
wszystkiemu podołać, musiałaby w ogóle nie wychodzić z pracy.
Biegła chodnikiem, a strach ścinał jej umysł. O siódmej ostatni raz
dzwoniła do Adama. Wciąż nie odbierał. Szansa, że wrócił do domu i zajął
się synkiem, była niewielka. Usłużna wyobraźnia Majki zdążyła już
wyprodukować milion ponurych scenariuszy. Wszystkie rodzaje wypadków,
zagrożenia z zewnątrz, płonące domy, włamania i niespodziewane choroby
przewijały się w jej myślach na przemian z obrazami Adama, który dzwoni
do synka, dowiaduje się, że chłopczyk jest sam, po czym pędzi na pomoc.
Opiekuje się Krzysiem, daje mu kolację, kąpie i usypia. Potem porządkuje
kuchnię, przyrządza pyszną sałatę, otwiera wino i czeka na nią.
Dobiegła pod blok. Z trudem trafiając kluczem do zamka, otworzyła drzwi
wejściowe. Jeszcze tylko kilka susów, którymi błyskawicznie pokonała
schody i słaba z powodu skrywanej nadziei, strachu i napięcia, weszła do
mieszkania. Prawda dała się zauważyć natychmiast.
Telewizor nadal był włączony. Wydekoltowana i agresywnie pomalowana
postać z kreskówki uwodziła swego przełożonego.
Samo życie - pomyślała Majka i wyłączyła bajkę, o ile tę produkcję można
tak nazwać.
Krzyś leżał na podłodze. Na jego buzi wyraźnie znaczyły się ślady po
kanapce z nutellą, ale także, niestety, łez. W brudnym ubranku, skulony
z zimna, spał na poduszce.
Po Adamie nie było nawet śladu. Maja usiadła obok synka i uświadomiła
sobie całą powagę sytuacji. Niemożliwe stało się prawdą. Została sama. A nawet gorzej.
Nie sama, tylko z małym dzieckiem i dużym kredytem. Położyła się na
podłodze obok synka, przytuliła go mocno i przykryła połą swojego
płaszcza. Przymknęła oczy. Były całkiem suche, szok spowodował, że
kanaliki łzowe zastygły w przerażeniu.
Zasnęła, zanim zdążyła pomyśleć cokolwiek.