Pojedynek - Krzysztof Domaradzki

Kup ebooka

50.00 zł
39.99 zł (50,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Ja cię kręcę! Przecież nikt mi nie uwierzy.

Nie wiem, ile mógł jechać. Pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt na godzinę. Wcale nie zachrzaniał. Mimo to w pewnym momencie stracił kontrolę nad samochodem. Przeciął oś jezdni, wjechał na chodnik, a na końcu wpierniczył się w drzewo. I to tuż obok mnie! Ile nas mogło dzielić? Z pięć metrów, dziesięć? Nie więcej.

Miałem w ciul szczęścia. Normalnie jak w tym filmie. Oszukać przeznaczenie czy jakoś tak.

Wyglądało to tak, jakby gościu przysnął za kierownicą. Było już późno, środek lata, długi i gorący dzień. Sam już byłem zmęczony po kilkunastu godzinach spędzonych nad wodą. Mój plecak ważył dwa razy więcej niż rano. Nogi ledwo odrywały się od ziemi. Ziewałem. I może właśnie to mnie uratowało. To, że bardziej się wlekłem, noga za nogą, niż szedłem. Bo gdybym szedł normalnie, nie byłoby czego zbierać.

Ja cię kręcę! To się nazywa fart.

Potruchtałem do rozwalonego samochodu, żeby zobaczyć, czy kolesiowi nic się nie stało. Okrążyłem auto. Zajrzałem do środka przez dziwnie zaparowaną szybę.

I przestraszyłem się jak cholera.

Nie wiedziałem, czy facet żyje. Wyglądał, jakby nie żył. Jakby był martwy od bardzo, bardzo dawna.

On jednak oddychał.

Po kilku sekundach ocknął się i spojrzał na mnie, a ja z przerażenia poleciałem na dupę. Chwilę później koleś otworzył drzwi. Patrzyłem na wypływającą z samochodu krew, jakby było w niej coś magicznego. Mój umysł darł się, żebym uciekał, ale z jakiegoś powodu nie mogłem. Nie potrafiłem przestać się gapić na pełznącą w moją stronę strugę krwi.

W końcu mężczyzna postawił stopę na chodniku. Po jakimś czasie drugą. Wreszcie wylazł z auta. Wyglądał jak trup. Żywy trup. Jak z Dead Island albo Resident Evil. Był cały, ale to absolutnie cały we krwi. Nie miał ucha. Z gębą też coś było nie halo. I ten jego wzrok. Dziwny, mętny, szalony. Tak, absolutnie szalony.

Koleś potrzebował kilku dobrych sekund, aby mnie namierzyć. Ale kiedy już to zrobił, nie spuszczał mnie z oczu.

- Pomożesz mi.

To nie było pytanie. To było polecenie.

Machinalnie pokiwałem głową.

Facet dokuśtykał na tył samochodu i otworzył bagażnik. Ja w tym czasie podniosłem się i ruszyłem za nim. Zobaczyłem, że grzebie w wielkiej torbie, plamiąc krwią wszystko, czego się dotknie. W końcu coś z niej wyjął. Odwrócił się do mnie. Wydawało mi się, że ledwo stoi na nogach, ale gdy wciskał mi ten swój pakunek w ręce, sprawiał wrażenie, jakby był najsilniejszym człowiekiem na Ziemi. Znowu się prawie przewróciłem.

- Schowaj. Za jakiś czas to odbiorę.

Spojrzałem na podarunek.

Chciałem spytać, co to właściwie jest, kiedy przyjdzie po niego i jak w ogóle zamierza mnie znaleźć, ale moje usta wypluły coś zupełnie innego.

- Może... zadzwonić na pogotowie?

Koleś chrząknął. Splunął pod nogi krwią. Ponownie zawiesił na mnie wzrok.

- Schowaj to. Nikomu o tym nie mów. Ani o tym, że ze mną rozmawiałeś. Rozumiesz?

Pokiwałem głową jak robot.

Odsunął się od bagażnika, choć go nie zamknął. Słaniając się na nogach, obszedł samochód i zanurzył się w park. Kilkanaście sekund później zniknął w ciemnych zaroślach, pozostawiając po sobie tylko kilka poruszających się gałęzi.

Było to tak surrealistyczne, że zacząłem wątpić, czy wydarzyło się naprawdę. Musiałem się uszczypnąć.

Spojrzałem na pakunek. Wyglądał zupełnie zwyczajnie. Najzwyczajniej na świecie. Niedobrze, kurde. Nikt mi nie uwierzy, że dostałem go od żywego trupa.

Rozdział 1

KILKA TYGODNI WCZEŚNIEJ

JOHNNY

Ludzie to żenująco naiwne stworzenia. Jesteśmy w stanie uwierzyć nawet w największą głupotę, byleby ktoś ją ładnie opakował. Na przykład w dietę bezglutenową. Albo w kredyt hipoteczny ze zmiennym oprocentowaniem. W GetBack lub króla Zanzibaru. W oszustwo na Brada Pitta albo syna Clinta Eastwooda. W pandemię i szczepionki. W karzełkowatego dyktatora z kotem. W rudego dyktatora i jego dziadka z Wehrmachtu. W prawdziwego dyktatora, który chce uczynić Amerykę ponownie wielką. W Świętego Mikołaja. W Boga. W odpuszczenie grzechów. W wieczne zbawienie.

Ludzie wierzą, bo chcą wierzyć. Bo wygodnie jest wierzyć. Bo wiara dodaje otuchy. Zdejmuje z nas odpowiedzialność. Zwalnia z obowiązku samodzielnego myślenia.

Wcale nie trzeba być wielkim kaznodzieją, aby oszukiwać ludzi. Czasem wystarczy być.

- Cztery i pół tysiąca.

Marek pobladł, usłyszawszy moją propozycję. Choć może stało się to z innego powodu. Może pobladł, bo zwróciłem się do niego, a nie do Doroty. To na niego, a nie na Dorotę, zrzuciłem ciężar negocjacji. To od niego, a nie od Doroty, oczekiwałem podjęcia decyzji.

Marek nie był typem faceta, który lubi nosić spodnie.

Uciekł wzrokiem w stronę Doroty, a ta, choć jej nie widziałem, z całą pewnością pokręciła głową.

- Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że zamkniemy się w czterech tysiącach. W Ikei widzieliśmy podobną za trójkę.

- Rozumiem. - Schyliłem się po neseser z narzędziami, który przypominał ogołocony z kół wóz pancerny. - W takim razie powinniście zamówić szafę w Ikei. Zagraci wam przedpokój, ale wyjdzie taniej.

Zdjąłem przewieszoną przez oparcie krzesła dżinsową bluzę i wcisnąłem ją pod pachę. Zerknąłem na salon, potem na Dorotę i Marka, później na ich biało-rudego syberyjczyka, a następnie ruszyłem do wyjścia. Nie spieszyło mi się. W zasadzie robiłem wszystko najwolniej, jak umiałem.

Potrzebowali czasu, aby zmądrzeć.

- Proszę zaczekać. - Marek dołączył do mnie w korytarzu, zapewne w odpowiedzi na nieme polecenie Doroty. - Nie da rady nic zejść z ceny? Chcemy, żeby to było zrobione dobrze, ale nasz budżet nie jest z gumy.

Odwróciłem się. Spojrzałem na niego, a potem na nią, jak zwykle nabzdyczoną i milczącą. Uśmiechnąłem się, jakbym na ułamek chwili chciał zostać jej doskonałym przeciwieństwem.

Dorota i Marek uwierzyli we mnie. W nieznajomego z internetu, który twierdził, że potrafi tworzyć meble na wymiar, a kilkudziesięciu innych nieznajomych z internetu potwierdzało, że tak jest. Uwierzyli w człowieka, który w kilku krótkich wiadomościach na czacie obiecał, że zbuduje im szafę, o jakiej marzą. W gościa, który reklamował się hasłem: "Nie będzie szybko i tanio, ale będzie dobrze". Który miał zdjęcie profilowe w czapce z daszkiem i z psem.

Naprawdę miałem psa. Ale ten ze zdjęcia akurat nie był mój. Mój był za brzydki do ogłoszenia.

Dorota i Marek zaprosili mnie do swojego domu. Poczęstowali rumiankiem z gruszką. Pokazali przedpokój i salon. Opowiedzieli o sobie, swoich potrzebach, swoim życiu.

Dorota i Marek pokazali mi kawałek swojej małżeńskiej duszy.

Dorota i Marek byli kurewsko naiwni.

- Wszystko się da, trzeba tylko trochę pokombinować. - Cofnąłem się, odstawiłem neseser i położyłem na nim bluzę. Z tylnej kieszeni spodni wyjąłem notes, w którym kilka minut wcześniej naszkicowałem ich wymarzoną szafę. - Możemy na przykład wywalić te półeczki. Będziecie musieli znaleźć nowe miejsce na czapki i szaliki, ale za to dostaniecie dodatkową przestrzeń na marynarki, sukienki czy odkurzacz. Możemy też wymienić materiał. Lity dąb jest ładny i trwały, ale drogi. Fornir dębowy wyjdzie taniej, a dobrze zakonserwowany powinien zrobić robotę.

- I ile by to wtedy kosztowało?

- Może uda się zejść do czterech tysięcy.

Kolejna wymiana małżeńskich spojrzeń, kolejna bezdźwięczna analiza domowego budżetu, potrzeb i poczucia godności. Dorota i Marek ufali mi na tyle, że zaprosili mnie do swojego domu, ale wciąż uważali, że jestem cwanym robolem. Musieli zabić w sobie ten lęk, aby zaufać mi w pełni. Bezgranicznie. Kretyńsko.

A ja zrobiłem najlepszą rzecz, jaką mogłem zrobić, aby osiągnąć swój cel.

Przykucnąłem i podrapałem za uchem ich równie ufnego syberyjczyka.

Na reakcję nie musiałem długo czekać.

- Ile czasu by to panu zajęło?

- Gdy już będę miał materiały, to moment. Trzy, góra cztery dni.

- Dobra. Jeśli zmieści się pan w czterech tysiącach, to mamy deal.

Wstałem. Strząsnąłem sierść z dłoni.

- Inaczej. Jeśli nie zmieszczę się w czterech, wystrugam wam coś ekstra. Coś drobnego. W ramach zadośćuczynienia. Mamy deal?

Marek odwrócił się do Doroty, a następnie wyciągnął do mnie rękę. Uścisnąłem ją.

- Deal. Kiedy mógłby pan zacząć?

- Nawet dzisiaj. Doprecyzuję rysunek, sprawdzę ceny i dostępność materiałów, wszystko dokładnie policzę i wrócę do was ze szczegółami.

- Brzmi jak plan.

- Większość prac będę musiał wykonać na miejscu, więc trochę wam tu nasyfię. Ale umiem po sobie sprzątać. - Ponownie omiotłem wzrokiem ich niemal stumetrowy mokotowski lokal. - Piękne mieszkanie.

- Dziękujemy.

- Ten aneks to wasz pomysł?

- Dorci. Ona tu wszystko wymyśliła.

- Naprawdę piękne mieszkanie.

Uśmiechnąłem się bezpośrednio do Doroty. A ona po chwili wahania odwzajemniła uśmiech. Widocznie jej słów jeszcze nie byłem godzien.

- To czekamy na wycenę, panie Janku. Jan Zarwa, prawda? Widziałem na walizce.

Schyliłem się po neseser. Chwyciłem go tak, aby palcami zakryć nazwisko.

- Znajomi mówią na mnie Johnny.

- Stolarz Johnny. Fajne. Tak pana zapiszę w telefonie.

Stolarz Johnny. Wszyscy klienci tak na mnie mówili. Lubiłem, gdy to robili.

Tyle że ja nie byłem stolarzem.

A przynajmniej nie takim zwyczajnym.

***

Nic nie zmienia się równie spektakularnie jak nasze oczekiwania względem dzieci.

Na początku chcemy, żeby były zdrowe, żeby jadły, żeby spały, żeby srały. Nic nadzwyczajnego. Ale mija kilka lat i zaczynamy komplikować im życie. Chcemy, żeby były roztropne. Wykształcone. Odpowiedzialne. Chcemy, żeby były zadbane. Żeby się nas słuchały. Żeby nie spotykały się z tą czy tamtym. Żeby poszły do roboty. Żeby odeszły z roboty. Żeby przynosiły pieniądze do domu. Żeby pieniędzy z domu nie wynosiły. Żeby nie ćpały. Żeby w końcu nie ćpały za dużo.

Można od tego ocipieć.

I wiele dzieci cipieje.

Na szczęście mój ojciec nigdy nie przesadzał z oczekiwaniami. Nie był wymagający ani względem westernów, które tak uwielbiał, ani wobec przypadkowych kobiet, które sprowadzał do domu, ani w stosunku do dzieci. Przynajmniej odkąd zmarła nasza matka. Miałem wtedy całe trzynaście lat.

W zasadzie ojciec oczekiwał ode mnie tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze, żebym nie podbierał mu Tyskaczy z lodówki, bo ujebie mi łapy przy samych łokciach. A po drugie, żebym znalazł w życiu jakieś zajęcie. Takie, którego będę się trzymał, choćby skały srały.

Posłuchałem go.

I chyba spełniłem jego oczekiwania.

- Jak tam, panie Johnny? Długo jeszcze panu zejdzie?

Wstałem. Odsunąłem się na kilka kroków. Spojrzałem na Marka, a potem na prawie gotową szafę. Gdybym się sprężył, mógłbym skończyć robotę w piętnaście minut.

- Powoli kończę. Myślę, że jeszcze jakieś trzy godzinki.

- W godzinę się pan nie wyrobi?

- Bez szans.

- Niedobrze. Za chwilę muszę wyjść. Wrócimy dopiero pod wieczór.

- Mogę przyjść rano i dokończyć. Już niedużo zostało.

- Jutro to nie bardzo. - Marek się zasępił. Myślał, czy nie zadzwonić do Doroty, czy nie skonsultować z nią tej decyzji, czy nie wkurwi jej swoją samowolką. Nagle się ożywił, jakby odkrył lek na impotencję. - To może zostawię panu klucz? Wrzuci go pan później do skrzynki.

Bingo.

Ojciec powtarzał, że nie muszę lubić swojej roboty, bylebym ją dobrze wykonywał. Dobrze, czyli tak, żeby nikt się do mnie nie przypierdalał. I żeby piniondze się zgadzały, ty mały leniwy chujku. Z tym pierwszym nie miałem problemu. Zwłaszcza odkąd sam byłem sobie sterem, żeglarzem i okrętem, odkąd nikt mi nie mówił, jak mam pracować, odkąd nie musiałem się obsrywać z przygłupimi współpracownikami. Z drugim bywało różnie. No bo co to właściwie znaczy, że piniondze się zgadzają? Z czym mają się zgadzać? Ze stawkami rynkowymi? Z naszymi oczekiwaniami? Z oczekiwaniami naszych ojców?

Moim problemem było to, że chciałem za dużo. Więcej, niż potrzebowałem. Więcej, niż mogłem przejeść.

Choć może właśnie dlatego byłem tak dobry w swoim fachu.

W robieniu ludziom kisielu z mózgu. W naginaniu ich do swoich potrzeb. W stwarzaniu okazji.

- Jasne, tak zróbmy. Zostawię klucz w skrzynce.

- No to super. Będziemy musieli się jeszcze jakoś rozliczyć. Może być blikiem?

- Wolałbym gotówkę.

Zawahał się.

- Musiałbym skoczyć do bankomatu. Ale dzisiaj już się nie wyrobię.

- To może zróbmy tak. - Sięgnąłem po ręcznik, przetarłem twarz. - Za tydzień jadę na urlop. Przed wyjazdem podjadę do was i się rozliczymy. Do tego czasu będziemy wiedzieć, czy szafa się nie rozleci.

Marek zarechotał.

- Dobra, umówieni. Dokąd pan jedzie?

- Tam, gdzie mnie kamper zawiezie. Chorwacja, Czarnogóra, może Albania. Zobaczymy.

- Brzmi dobrze. Kiedyś regularnie jeździliśmy z Dorcią do Chorwacji, najczęściej na wyspę Hvar. Potem przerzuciliśmy się na Francję i Włochy.

Marek włożył rękę do kieszeni. Wyjął z niej brelok z astronautą, do którego przymocowane były klucze. Wypiął jeden z nich i włożył w moją wyciągniętą dłoń.

- Wystarczy zamknąć na górny zamek. Potem wrzuci pan pod osiemnastkę. Dziękuję.

- To ja dziękuję.

Naprawdę byłem mu szczerze wdzięczny. Bardzo ułatwił mi robotę. Choć nie miał o tym bladego pojęcia.

Ojciec miał jeszcze jedno powiedzenie: "Jeśli jakiś frajer w końcu da ci szansę, to tego nie spierdol".

Nie zamierzałem tego spierdolić.

***

Było tak, jak przypuszczałem: to Dorota nosiła w tym domu spodnie.

- On to zjebał.

- Co zjebał?

- Spójrz. Drzwi miały być szersze.

- Wtedy nie dałoby się ich otworzyć. Musielibyśmy zdemontować tę kretyńsko zamontowaną lampę na środku sufitu.

- Mógł to z nami konsultować. Może byśmy coś innego wykombinowali.

- Co?

- Nie wiem. Nie znam się. Ale nie podoba mi się, że zrobił to po swojemu. Na kiedy się z nim umówiłeś?

- Napisał, że wpadnie pojutrze.

- To powiedz mu, że jest fakap. Że albo spuści nam kilka stówek, albo w ogóle nie dostanie kasy.

Nawet przyjemnie się ich słuchało.

Zawsze marzyłem, aby mieć w domu pokój uciech. Z konsolą i telewizorem, z ławeczką i hantlami, z dobrymi głośnikami, z których będzie się sączył polski rap, ze słoikami z ziołem. Kiedy wreszcie zamieszkałem sam, w ładnym piętrowym domu w konstancińskim Klarysewie, tak blisko wjazdu do Warszawy, jak tylko się da, udało mi się to osiągnąć z nawiązką - miałem zajebisty pokój uciech, który był także moim miejscem pracy. Czasem warsztatem stolarskim. A czasem pracownią nasłuchową, w której lepiej poznawałem swoich klientów. Mogłem łączyć przyjemne z pożytecznym: palić zioło, wyciskać na klatę, wsłuchiwać się w codzienność ludzi, których zamierzałem uwolnić od nadmiernego dobrobytu.

Doroty i Marka naprawdę przyjemnie się słuchało. Jak starego małżeństwa, w którym jeszcze ogarniająca żona musztruje już nieogarniającego męża. Nadawali się na bohaterów komedii romantycznych. Albo przynajmniej memów.

- Jak mam to zrobić?

- Normalnie. Powiedz mu, że odwalił fuszerkę, więc nie zapłacimy całej kwoty. I tak bulimy za to jak za zboże.

- No nie wiem.

- Czego nie wiesz?

- Na coś się z nim umówiliśmy.

- A on się z nami nie umówił, że da dupy, a dał. A teraz musi ponieść konsekwencje. Nie ma w tym większej filozofii.

Odbiłem gryf od klatki piersiowej i wycisnąłem go nad siebie. Dziesiąte powtórzenie w czwartej serii. Ostatnie. Wystarczy. Finito. Basta. Czas skupić się na robocie.

Usiadłem, wytarłem dłonie w ręcznik, zapaliłem jointa i ścignąłem kilka machów.

- Dałbym ci bucha, ale jak się ujarasz, nie odciągnę cię od michy. - Porucznik, mój trójnogi kundel, wyglądający jak krzyżówka golden retrievera z misiem koalą, patrzył na mnie pożądliwym wzrokiem. Był moim towarzyszem doli i niedoli. Niemym i lekko zamulonym świadkiem moich triumfów i upadków. Jedyną istotą na świecie, z którą naprawdę się rozumiałem. I to bez słów. - Musisz trzymać formę, Poruczniku. Jest lato. Dziewczyny pokazują nogi w miniówkach, więc i ty powinieneś się jakoś prezentować.

Ściągnąłem kolejnego bucha i przeniosłem wzrok na ekran. Marek krzątał się po salonie. Był wyraźnie zakłopotany. Już zaczął się umartwiać rozmową, którą miał przeprowadzić dopiero pojutrze.

Co za pipa.

Do salonu weszła Dorota, wypindrzona jak na festyn w Pierdziszewie. Przemknęła obok Marka, jakby był duchem. Bo dla niej był. I to chyba już od dawna. Zachowywali się wobec siebie wyjątkowo ozięble. Nie muskali się, nie podszczypywali, nie podgryzali. Nie dotykali swoich dłoni, ramion, pośladków. Nie dawali sobie buziaków w czoło. Współdzielili przestrzeń, ale nie współdzielili życia.

Coś mi to przypominało.

Ze mną i Karoliną było podobnie. Najpierw podupadliśmy fizycznie. Przestaliśmy się całować, dotykać, przestaliśmy odruchowo okazywać sobie czułość. Później zdegradował się nasz język. Nie używaliśmy zdrobnień, nie szeptaliśmy do siebie miłych słów, jedno drugiemu nie przypominało, że je kocha. A potem posypała się cała reszta.

Sami byliśmy sobie winni. Choć wszystko zaczęło się od czegoś, na co ani ja, ani Karolina nie mieliśmy wpływu.

Sięgnąłem po pilota i wyłączyłem telewizor. Nie mogłem o tym myśleć. Nie teraz. Nie ujarany. I nie w trakcie roboty.

Dorota i Marek byli łatwymi klientami: dobrze zorganizowanymi i niezbyt spontanicznymi, właściwie nudnymi jak psia dupa. Praca, dom, praca, dom, czasem wyjście na piwo ze znajomymi, na tenisa, na pilates. Wyzwaniem nie było rozgryzienie ich codzienności, tylko znalezienie dnia, w którym pozwolą sobie na odstępstwo od tej kurewsko smutnej normy.

Wiedziałem, że kiedyś ten dzień nastąpi. Musiałem tylko cierpliwie czekać i być przygotowanym na jego nadejście. A potem po prostu wykorzystać okazję podrzuconą przez los.

Zgasiłem jointa i podszedłem do komody. W środku była frezarka, moje podstawowe narzędzie pracy, a obok niej niewielki sejf. Wpisałem kod. W skrytce trzymałem kilkanaście kluczy. Każdy starannie opisany, każdy do innego mieszkania. Zdecydowana większość z nich nie miała mi się do niczego przydać. Ale jeden czy dwa owszem.

W tym klucz do mieszkania Doroty i Marka.

Nadawali się idealnie.

***

Mówi się, że jeśli jesteś w czymś dobry, nie powinieneś robić tego za darmo. Ja byłem dobry we wchodzeniu ludziom do głów. Problem w tym, że nikt nie chciał mi za to zapłacić.

Dlatego zacząłem wchodzić ludziom do domów.

W gruncie rzeczy chodzi o to samo. W dodatku jest to dziecinnie proste. Trzeba się tylko trzymać reguł.

Po pierwsze: musisz dobrze poznać okolicę domu, który zamierzasz odwiedzić. Wiedzieć, gdzie zostawić auto, jak działa monitoring osiedlowy, jakie jest sąsiedztwo, ile czasu zajmuje dojście z punktu A do punktu B. Prościzna.

Po drugie: musisz być odpowiednio przygotowany. Włożyć nierzucający się w oczy strój, w którym będziesz wyglądał jak randomowy mieszkaniec osiedla. Mieć ze sobą sprzęt, którym umiesz się posługiwać. Nosić w sobie pewność siebie, która uczyni cię naturalnym i ustrzeże przed paniką w obliczu ewentualnego kryzysu.

Po trzecie: musisz zapobiec pojawieniu się kryzysu.

Po czwarte: musisz rozumieć ludzi, których dom zamierzasz odwiedzić, tak jakby byli twoimi kumplami od wódki.

Po piąte: musisz wiedzieć, co chcesz ukraść.

Dorota i Marek wiedli kurewsko nudne życie w kurewsko nudnej okolicy, w której wszyscy byli dla siebie anonimowi. Młodzi rodzice, niedosłyszący emeryci, dziani studenci z podwarszawskich miejscowości; pozbawiona właściwości masa połączona kośćmi i obleczona skórą. Nie obawiałem się, że ktokolwiek zwróci na mnie uwagę, nawet jeżeli minę się z tą osobą na klatce schodowej. Nawet ta pizda spod czwórki, która, jak mówiła Dorota, ciągle jarała na balkonie. I ten chuj z góry, który według Doroty ciągle robił remonty. Tak, Dorota nie lubiła swoich sąsiadów. Dorota nie lubiła nikogo. Włącznie z Markiem.

I chyba nikt nie lubił Doroty. Włącznie z Markiem. I ze mną.

Ale na klatce i tak nikogo nie spotkałem, dzięki czemu bezstresowo i nieinwazyjnie dostałem się na trzecie piętro. Włożyłem klucz do zamka. Istniało niewielkie ryzyko, że moja frezarka za dwadzieścia patyków się zesrała albo że zrobił to jej niewykwalifikowany operator, ale nic takiego się nie wydarzyło. Drzwi ustąpiły i wszedłem do pustego mieszkania.

Prawie pustego.

- Cześć, kiciuś.

Syberyjczyk zachowywał się tak, jakby na mnie czekał. Na mnie, bo przecież nie na nich. W końcu od tygodnia trąbili, że wybierają się na imprezę urodzinową siostry Doroty, której nawet Marek nie lubił, ale nie wypadało im odmówić. Syberyjczyk nie mógł zakładać, że wrócą po godzinie. Oczywiście mogłem go przeceniać. Może nic nie rozumiał z ich paplaniny. Jestem raczej psiarzem i nie mam wielkiego pojęcia o kotach. Ale temu wyjątkowo mądrze patrzyło z pyska.

Podrapałem go przy ogonie, po czym zabrałem się do roboty.

W mieszkaniu łatwo dało się rozpoznać miejsca, z których korzystał Marek, oraz te należące do Doroty. W pierwszych panował ład, a drugie były kompletnym chaosem. Marka wyglądały generycznie, jak z katalogu Ikei, a Doroty jakby wyszły spod rąk rozkapryszonego bachora. A jednak to ona strzegła w tym domu wszystkiego, co miało jakiekolwiek znaczenie: obyczajów, praw, dokumentów, pieniędzy. I to wcale niemałych.

Dowiedziałem się o tym od Marka. Poinformował mnie o tym dwukrotnie - w obu przypadkach nieświadomie. Najpierw gdy się zawahał, czy może zapłacić mi gotówką, aby ostatecznie stwierdzić, że musi się kopsnąć do bankomatu. Domyśliłem się wówczas, że Dorota musi trzymać w domu jakiś hajs, ale płochliwy mężuś boi się po niego sięgnąć bez jej zgody. A kilka dni później potwierdziłem swoje przypuszczenia, widząc na kamerce, jak Marek zakrada się do sypialni, aby wręczyć trzy stówy facetowi, który odetkał im kibel. Po tym jakże heroicznym akcie buntu był z siebie nieprawdopodobnie dumny. Co najmniej jakby ubił pająka pantoflem.

W każdym razie nie pozostawił mi wyboru. Musiałem zajrzeć do sypialni.

Mówi się, że pieniądze to nie wszystko. I to prawda. Oprócz pieniędzy liczą się jeszcze biżuteria, elektronika, zegarki, numizmaty, sztuka. Kiedyś trafił mi się klient, który trzymał w sypialni srebrne popiersie ze swoją podobizną. Inny powiesił sobie w przedpokoju obraz za kilkanaście patyków. A jeszcze kolejny wyłożył łazienkę złotem: klamki, zlew, berło do przepychania kibla.

Ale jak przystało na nudnych ludzi, Dorota i Marek okazali się zwykłymi kitraczami, którzy gromadzili w domu hajs ze swojego korporacyjnego życia i paru drobnych wałków podatkowych, o których pani maruda wspomniała na nagraniu. W dodatku niezbyt przebiegłymi. I niesłuchającymi rapu. Gdyby słuchali, wiedzieliby, że "w torbach, szufladach, pudełkach po butach, nauka: nie chowaj tam, gdzie każdy szuka".

A tymczasem w pudełku po butach schowali jakieś czterdzieści tysięcy złotych. Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć koła warta była biżuteria Doroty. Do tego jakieś trzy dychy w zegarkach, których Marek nawet nie nosił. I kolejne dwie w drobnej elektronice. Razem wyszła niemal stówa. Jak powiedział towarzysz Diatłow na chwilę przed wybuchem reaktora w Czarnobylu: Not great, not terrible.

Zostawiłem Markowi te zegarki, a nuż któryś trafił do niego, ponieważ jakiś jego krewny przechowywał go w dupie w czasie wojny - Butch Coolidge wie, że takie rzeczy potrafią nastręczać problemów. Resztę itemków spakowałem do torby z ekotworzywa, która w takim miejscu i o takiej porze wyglądała mniej podejrzanie niż plecak czy torba sportowa. Poszedłem do salonu. Ściągnąłem z regału kocią zabawkę - jajowatą piłkę na smakołyki. Wymontowałem z niej kamerę.

Ktoś mógłby pomyśleć, że wybrałem strasznie przypałowe miejsce, bo Dorota lub Marek mogli w każdej chwili wziąć tę piłeczkę i rzucić ją kotu. Owszem, mogli. Ale w trakcie czterech dni, które u nich spędziłem podczas montażu szafy, ani razu tego nie zrobili. Ani razu nie podjęli zabawy z syberyjczykiem. Ani razu się nim nie zainteresowali na tyle, aby ta durna zabaweczka mogła mi się wydać ryzykowna.

Wręcz przeciwnie. Była idealna.

Spojrzałem na kota. Zwierzak tylko czekał, aż ktoś rzuci mu tę pieprzoną piłeczkę, aż ktoś go zanimuje, aż ktoś wreszcie okaże mu zainteresowanie.

Ale to nie mogłem być ja.

- Sorry, syberyjczyku. Innym razem. W innym życiu.

Czy było mi ich żal? Tej cwanej suki, która gardziła wszystkimi i wszystkim? Tego pizdowatego lalusia, który nie umiał wziąć życia w swoje ręce? Nie bardzo. Poza tym pewnie byli ubezpieczeni od kradzieży z włamaniem.

Inna sprawa, czy będą w stanie ją udowodnić.

A ja ubezpieczyłem się na wypadek, gdyby ośmielili się rzucić na mnie cień podejrzeń. Zaprzyjaźniłem się z nimi, oczywiście w bardzo upośledzonym sensie - wysłałem im zaproszenie na Facebooku. Następnie zacząłem bombardować świat zdjęciami z wakacji, na których byłem dwa miesiące wcześniej. Chorwacja, Czarnogóra, Albania. Marek nawet polajkował kilka fotek. Polubił mnie.

W każdym razie człowiek, który zwiedza Dubrownik śladami Gry o tron, nie może w tym samym czasie okradać czyjegoś mieszkania.

A może jednak może?

Wychodząc, zatrzymałem się przed szafą. Przed moją szafą. Była niezła. Gdybym strugał ją dla siebie, kilka elementów wykonałbym inaczej, ale w zasadzie nie było się do czego przyczepić. Mocne siedem na dziesięć.

Byłem niezły w te klocki.

Ale w inne byłem jeszcze lepszy.

Rozdział 2

STEFAN

Uwielbiam ludzi. Oczywiście nie wszystkich, ponieważ nie da się darzyć sympatią każdego człowieka, ale lwią część naszego gatunku. Choć nie jestem duszą towarzystwa, od czasu do czasu lubię się z ludźmi spotkać. Pójść na kolację albo do kina. Pograć w snookera. Porozprawiać o filozofii, o jedzeniu wegańskim, o podróżowaniu, o muzyce.

Naprawdę uwielbiam ludzi. Czasem nawet tych najdziwniejszych.

- Rosemary West ogłaszała się pod pseudonimem Mandy Mouse, a klientów przyjmowała w domu na Cromwell Street dwadzieścia pięć w Gloucester. Jej mężowi Fredowi Westowi w niczym to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Własnoręcznie zbudował dla prostytuującej się żony łóżko z baldachimem, a między zamocowanymi na suficie lustrami ukrył kamerę, aby uwieczniać jej spotkania z klientami. Rosemary szczególnie upodobała sobie ciemnoskórych mężczyzn. W szczycie formy była w stanie obsłużyć czterech w ciągu jednej nocy.

Uwielbiałem także słuchać podcastów kryminalnych. Głównie dlatego, że czerpałem z nich wiedzę o ludziach. O ich dziwactwach, fobiach, problemach. Ale także o sposobach podejmowania decyzji, przetwarzania informacji, radzenia lub nieradzenia sobie z emocjami. Uczyłem się na ich przykładach, jak postępować z moimi klientami, ludźmi często równie zdziwaczałymi jak bohaterowie tych podcastów. Często pogubionymi i nieprzystającymi do rzeczywistości, w której przyszło im żyć. Rozgoryczonymi i przepełnionymi gniewem. Przegranymi.

Choć nie wszyscy zdawali sobie z tego sprawę.

Mariusza Sumińskiego dopiero poznawałem, ale coś mi podpowiadało, że do niego też zapałam sympatią. Był czterdziestodwuletnim sprzedawcą akcesoriów dziecięcych w firmie BabyJoy. Przyglądałem mu się z auta zaparkowanego naprzeciwko jego miejsca pracy, kameralnego lokalu na Ursynowie. Nigdy do końca nie da się poznać drugiego człowieka, a tym bardziej nie da się tego zrobić w ciągu paru godzin, ale tyle mi wystarczyło, aby zrozumieć kilka ważnych rzeczy na temat Mariusza Sumińskiego. Między innymi to, że jest dowcipnisiem. Lubi być w centrum uwagi, a koledzy z pracy darzą go co najmniej umiarkowaną sympatią. Lubi i umie nawijać makaron na uszy. Lubi jeść. Prawdopodobnie nie przepada za dziećmi, a na pewno nie za dziećmi swoich klientów - choć swoją córkę ubóstwia. Nie jest tytanem pracy, ponieważ z ośmiu godzin, które spędza w sklepie, efektywnie przepracowuje najwyżej cztery, resztę czasu poświęcając na przeglądanie telefonu.

Zrozumiałem też, że Mariusz Sumiński bardzo chciałby być w innym miejscu, niż jest.

- Za pierwszą ofiarę Freda Westa uważa się osiemnastoletnią Anne McFall. Pozbawił ją życia, gdy była w ósmym miesiącu ciąży, nosząc w brzuchu jego dziecko. Z kolei pierwszą ofiarą Rosemary stała się Charmaine West, zaledwie ośmioletnia pasierbica jej męża. Zamordowała ją, kiedy Fred przebywał w więzieniu - skazany za kradzież i wykroczenia drogowe. Do dziś Fredowi i Rosemary Westom przypisuje się odpowiednio dwanaście i dziesięć morderstw, choć prawdziwa liczba ich ofiar może być dużo, dużo większa.

Mariusz Sumiński skończył pracę piętnaście minut przed czasem, sprytnie wymigując się od obsługi ostatniego klienta. Wsiadł do wysłużonego Volkswagena Golfa, włączył polski rap tak głośno, że zagłuszał nim rozmowy przechodniów, włożył okulary przeciwsłoneczne i ruszył spod sklepu.

Podążyłem więc za nim.

Co nieco słyszałem o Mariuszu Sumińskim, więc mniej więcej wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Mimo to zdołał mnie zaskoczyć. I to trzykrotnie.

Za pierwszym razem zaskoczył mnie, gdy zatrzymał się przed Ośrodkiem Wsparcia Psychologicznego. Wiedziałem, że Mariusz Sumiński zapisał się na terapię, ale nie przypuszczałem, że rzeczywiście będzie na nią uczęszczał.

Następnie wprawił mnie w zdumienie spotkaniem z pewnym wytatuowanym mężczyzną. Umówili się w jednej z kamienic na Mokotowie. Wyszli na balkon zapalić papierosa. Przez kilka minut gorączkowo o czymś dyskutowali. Chwilę później Mariusz Sumiński pojawił się przed blokiem, ściskając w ręku pakunek zawinięty w papier. Otworzył go w samochodzie. Był to zwitek pieniędzy, na oko dziesięć, może piętnaście tysięcy złotych.

Po raz trzeci Mariusz Sumiński zdziwił mnie tym, że udał się do lokalu bukmacherskiego. Przed wejściem do środka ucałował podarunek. Po godzinie wyszedł z lokalu z pustymi rękami. Wsiadł do auta i się przeżegnał. Dopiero po minucie włączył rap, założył okulary i odjechał w kierunku swojego mieszkania w czteropiętrowym bloku po praskiej stronie Wisły.

Bloku, który zdążyłem już dobrze poznać.

- Wiele osób uważa, że koszmar w domu przy Cromwell Street zaczął się na długo przed tym, jak Westowie w nim zamieszkali. Fred stwierdził po latach, że był molestowany seksualnie przez matkę i widział, jak ojciec gwałci jego siostry. Sam już jako dziewiętnastolatek miał się dopuścić gwałtu na trzynastoletniej Kitty. Kiedy sprawa wyszła na jaw, a West został aresztowany, przyznał się do molestowania młodych dziewczyn od najmłodszych lat. Ze zdziwieniem spytał śledczych: "Czyż nie wszyscy tak robią?".

Tego dnia zrozumiałem, na czym polega problem Mariusza Sumińskiego. Po prostu wiódł życie, do którego nie był predestynowany. Niekompatybilne z jego upodobaniami i naturą. Próbował zmienić siebie, zamiast zmienić swoje życie. Korygował nie to, co wymagało korekty i co dało się wyregulować. Błądził. I najwyraźniej Bóg, w którym szukał sprzymierzeńca, nie był w stanie mu w tym pomóc.

Ale ja mogłem.

- Ten wieloletni koszmar zakończył się dopiero w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku, kiedy to policja przeszukała dom przy Cromwell Street, odnajdując szczątki ofiar Westów. Rok później Fred powiesił się w celi - nie zdążył usłyszeć wyroku. Rosemary została skazana na dożywocie za współudział w dziesięciu morderstwach, do których nigdy się nie przyznała. Obecnie przebywa w Zakładzie Karnym HMP Prison New Hall we Flockton. Dom grozy przy Cromwell Street dwadzieścia pięć w Gloucester został zburzony, by nie stanowić dla nikogo atrakcji turystycznej.

Wysiadłem z mojego Jaguara XE D200 S z silnikiem o pojemności dwóch litrów, z napędem wspomaganym miękką hybrydą o mocy dwustu czterech koni mechanicznych i automatyczną skrzynią biegów. Stanąłem obok auta. Zapatrzyłem się w okna mieszkania Mariusza Sumińskiego. Wyobraziłem sobie, jak wita się z żoną, jak całuje w czoło czteroletnią córkę, jak jedzą wspólnie obiad, jak całą rodziną oglądają bajki. Wyobraziłem sobie, jak Mariusz Sumiński co chwilę zerka ukradkiem na telefon, sprawdzając wyniki sportowe. Jak nie rozmyśla o rozgrywającej się wokół niego rodzinnej sielance, tylko o dziesięciu albo i więcej tysiącach złotych bezmyślnie pozostawionych w kasynie. Jak modli się do swojego nieistniejącego Boga.

Naprawdę lubiłem Mariusza Sumińskiego. I szczerze żałowałem, że wkrótce jego marny żywot dobiegnie końca.

***

- Niech zgadnę. - Mariusz Sumiński poczęstował mnie nieszczerym uśmiechem, którym zwykł witać klientów. - Wpadka z byłą żoną?

- Wpadka, ale nie z byłą żoną. Po prostu wpadka.

- Widzi pan? Może nie zawsze trafiam dziesięć na dziesięć, ale zawsze jestem blisko. Mam czutkę do ludzi.

- Aha.

- Kilka lat temu przyszła do mnie parka. Ona trzydzieści, on trzydzieści pięć lat. Oboje uśmiechnięci, ładni, nowocześni. Ona w ciąży, on w ciąży spożywczej. Powiedziałem, żeby się nie wyrywali z kupowaniem wózków na pięć lat do przodu, bo różnie w życiu może być. Nie jest powiedziane, że za pięć lat dalej będą ze sobą tacy zgodni. I co? Pięć lat później babka przyszła do mnie z innym gachem.

- Gratuluję.

- Mam to po babci. Ona też czytała w ludziach jak w otwartych księgach.

Naprawdę lubiłem Mariusza Sumińskiego. Niektórych drażnią ludzie, którym jadaczka się nie zamyka, ale ja mam dokładnie odwrotnie. Uwielbiam słuchać tych, którym się wydaje, że mają coś do powiedzenia, że są tacy ciekawi. Podobają mi się ich pewność siebie, wiara we własny intelekt, przekonanie o wyjątkowości. Odkąd pamiętam, miałem słabość do jednostek nierozumiejących swojego miejsca na świecie. W końcu errare humanum est, błądzić jest rzeczą ludzką.

Poza tym najwygodniej analizuje mi się ludzi, którzy odsłaniają przede mną swoją duszę.

- Pierwsze dziecko, prawda?

Pokiwałem głową.

- Córeczka.

- Kiedy macie termin?

- Za dwa miesiące.

- No to najwyższa pora uzbroić się w akcesoria dzidziusiowe. Skoro przyjechał pan bez żony, zgaduję, że polujecie na fotelik.

- Dobry pan jest.

- Mówiłem. - Mariusz Sumiński uśmiechnął się i odwrócił. - Proszę za mną.

Zaprowadził mnie na drugą stronę sklepu, do królestwa fotelików dziecięcych. Do swojego królestwa. Tekturowego królestwa człowieka nienawidzącego swojej pracy.

- Skoro to pierwsze dziecko, pewnie pan jest zielony w temacie. Nie szkodzi. Po to tu jestem, żeby pomóc. Ale na początek musi mi pan odpowiedzieć na jedno bardzo ważne pytanie. Ile jest warte bezpieczeństwo pańskiego dziecka?

Musiałem się chwilę zastanowić. Poszukać odpowiedzi, jakiej mógłby udzielić uśredniony rodzic.

- Nie ma dla mnie ceny.

- Czyli jest bezcenne.

- Tak.

- Brawo. W takim razie od razu przejdziemy do sprzętu, który będzie adekwatny dla takiego odpowiedzialnego rodzica jak pan, okej?

Słyszałem, że moi koledzy nie robią takich rzeczy. Uważają, że to zbyteczne, nadmiarowe, nadgorliwe. Szkoda im czasu na coś, za co im nikt nie zapłaci. Ale ja jestem innego zdania. Uważam, że trzeba poznać obiekt tak dobrze, jak to tylko możliwe. Zrozumieć go. Wychwycić, w jaki sposób się porusza, czy ma jakieś tiki nerwowe, czy jest ślamazarny, a może wręcz przeciwnie.

Niektóre informacje da się zdobyć na odległość, inne wyłącznie dzięki bezpośredniej rozmowie z obiektem.

- W takim razie już wszystko wiem. Prawie wszystko - wypaliłem po dwudziestu minutach udawania, że interesują mnie foteliki dziecięce. - Muszę tylko porozmawiać z żoną i poczytać opinie w internecie.

Zobaczyłem zawód na twarzy Mariusza Sumińskiego. Próbował przykryć go udawanym zrozumieniem, ale było jasne jak słońce, że miał nadzieję na szybkie sfinalizowane transakcji.

- Czego tylko panu potrzeba.

- Pracuje pan jutro?

- Codziennie.

- A gdybym przyjechał po osiemnastej?

- Sklep jest otwarty do dwudziestej, ale mnie już nie będzie. Po siedemnastej staję się innym człowiekiem.

- Będzie pan polował na swoją wpadkę?

Mariusz Sumiński uniósł dłoń. Obrócił pierścionek pod kciukiem.

- Będę pracował na utrzymanie dawnej wpadki.

- Drugi etat?

- Powiedzmy.

Obserwowałem Mariusza Sumińskiego od wielu dni. Widziałem, jak doktor Jekyll zamienia się w pana Hyde'a, jak zabawny sprzedawca fotelików przeistacza się w zagubionego hazardzistę. Nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby to, co robi, nazwać pracą.

- W takim razie witam w klubie.

- W sensie?

- Też mam drugie zajęcie. Choć żona mówi, że to bardziej hobby niż praca.

- A co pan robi?

- Gram na giełdzie.

- No proszę. - Mariuszowi Sumińskiemu momentalnie rozszerzyły się źrenice. - I jak panu idzie?

- Czasem udaje mi się zarobić drugą pensję. Czasem więcej. A czasem mniej. Żona mówi, że to hazard. Ale moim zdaniem to bardziej przypomina matematykę, jeśli wiesz, co robisz.

Mariusz Sumiński pokiwał głową.

- Przerabiałem to ze swoją.

- Pan też gra na giełdzie?

Mariusz Sumiński zerknął za siebie. Chciał się upewnić, że nikt nas nie słyszy.

- Poker. Texas Hold'em.

- W internecie?

- Na żywo.

- Nie wiedziałem, że tak można.

Mariusz Sumiński jeszcze raz się odwrócił.

- Znam kilka klubów w Warszawie, w których można grać na duże stawki.

- I jak panu idzie?

- Ostatnio dobrze. Zobaczymy, jak będzie jutro.

Wiedziałem, że Mariusz Sumiński gra w pokera na pieniądze. Wiedziałem też, gdzie to robi. Musiałem się jedynie dowiedzieć, w którym lokalu pojawi się jutro.

- Jeśli lubi pan matematykę, powinien spróbować.

- Pokera? Próbowałem. I nawet lubię. Ale chyba jestem za cienki w uszach, żeby grać na poważnie.

- Jak to mówią: nie przekonasz się, dopóki nie spróbujesz.

- Może i tak...

- W takim razie zapraszam jutro. Gramy w takim apartamencie na Puławskiej, niedaleko Placu Unii. Fajne miejsce, dobra atmosfera. Kulturalni ludzie, żadnej gangsterki.

Udałem, że się zastanawiam.

- Może innym razem.

Mariusz Sumiński posłał mi pobłażliwy uśmiech. Najwidoczniej uznał, że zmiękłem. Że nie jestem taki jak on.

- Jak pan woli. Ale proszę pamiętać, że ma pan dziecko w drodze. Nie należy przepuszczać okazji, które podrzuca nam los.

- Dzięki. Zapamiętam to sobie.

Tym razem ja się uśmiechnąłem.

***

Największym minusem mojej pracy jest to, że bywa nudna. Teoretycznie. Bo przecież inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą.

- W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku przerażająca seria morderstw wstrząsnęła mieszkańcami Londynu. Między dziewiątym kwietnia a dwudziestym trzecim lipca siedem osób zostało uduszonych we własnych domach. Najmłodsza z nich miała sześćdziesiąt siedem lat, a najstarsza - dziewięćdziesiąt cztery. Za wszystkimi morderstwami stał jeden człowiek - Kenneth Erskine, Dusiciel ze Stockwell.

Inteligentni ludzie potrafią miło spędzać czas, nawet jeżeli gniją po kilka godzin dziennie w samochodzie. A tego niestety często wymagała moja praca. Także tym razem. Musiałem zaparkować niedaleko mieszkania Mariusza Sumińskiego. W starannie wybranym miejscu, którego nie widać na kamerach monitoringu miejskiego. Nie moim Jaguarem XE D200 S, z silnikiem o pojemności dwóch litrów, z napędem wspomaganym miękką hybrydą o mocy dwustu czterech koni mechanicznych i automatyczną skrzynią biegów, tylko Hyundaiem i30 wypożyczonym na fałszywy dowód. Z wnętrzem wyłożonym folią, którą miałem zabrać ze sobą po wykonanej pracy. Starannie wydepilowany i ogolony. W ubraniu niewzbudzającym podejrzeń, ale i nierzucającym się w oczy. Ze słuchawkami w uszach i ulubionym podcastem.

Inteligentni ludzie nie tylko się nie nudzą, ale też potrafią być w dwóch miejscach jednocześnie. Ja na przykład od kilku godzin siedziałem w samochodzie niedaleko bloku Mariusza Sumińskiego, czekając, aż wróci z pokera, a równocześnie delektowałem się Toscą Pucciniego w Operze Narodowej. Wydałem niemal trzysta złotych, aby mieć najlepsze miejsca. I drugie tyle, aby opłacić podobnego do mnie człowieka, który zgodził się ubrać stosownie do okoliczności, wejść z moim biletem do Opery Narodowej i wytrzymać trzy akty.

Czy ktoś byłby w stanie udowodnić, że nie było mnie w tym czasie w Operze Narodowej? Pewnie tak. Ale czy komukolwiek przyszłoby do głowy, aby to zrobić? Wątpię.

Zresztą, żeby tak naprawdę zagiąć na mnie parol, policja musiałaby ustalić, kim jestem, jak się nazywam i jaka stoi za mną historia. A to, w mojej ocenie, graniczyło z cudem.

- Erskine wchodził do domów swoich ofiar przez niezabezpieczone okna. Klękał na ich klatkach piersiowych, zakrywał im usta lewą ręką, a prawą chwytał za gardło i dusił. Cztery z siedmiu jego ofiar zostały zgwałcone, choć nie jest jasne, czy stało się to przed, czy już po śmierci. Erskine podejrzewany jest także o cztery inne morderstwa staruszków, ale policja nie znalazła wystarczająco silnych dowodów, aby mu je przypisać.

Pokerowe rozgrywki Mariusza Sumińskiego zwykle trwały od trzech do sześciu godzin, w zależności od tego, jak dobrze mu szło. Niestety zwykle kończył wcześnie. Wychodził z kolejnych lokali przybity. Biedniejszy o kilka lub kilkanaście tysięcy złotych. Bogatszy o kolejne długi względem ludzi, wobec których nikt nie chciałby mieć długu. Obserwowałem jego upadek z fascynacją. Zastanawiałem się, czy terapia opłacana pieniędzmi, których realnie nie miał, da jakiś efekt. Ale nic takiego nie następowało. Zawsze wracał: do kasyna, do zakładu bukmacherskiego, do tego czy innego klubu pokerowego. Zawsze grał. Czasem wygrywał, częściej ponosił porażki.

Współczułem mu. Naprawdę lubiłem Mariusza Sumińskiego.

Zależało mi, aby tego dnia był w dobrym humorze. I chyba był.

Mariusz Sumiński mieszkał w jednym z tysięcy niewyróżniających się niczym szczególnym bloków na Pradze-Południe, niedaleko jeziora Balaton i Kanału Gocławskiego. W pokera grał na Mokotowie, dzięki czemu wiedziałem, że zajedzie pod dom od strony Mostu Łazienkowskiego i zaparkuje w niedozwolonym miejscu, w którym często zostawiał swojego Volkswagena Golfa. Przyjechał po trzeciej w nocy, po mniej więcej ośmiu godzinach gry. Wysiadł i dziarskim krokiem ruszył w kierunku domu, do żony i córki. Był ewidentnie zadowolony z siebie. Oczywiście do takiego stopnia, do jakiego może być z siebie zadowolony hazardzista, który akurat miał lepszy dzień.

Wyłączyłem podcast. Wyjąłem słuchawki.

To musiało się wydarzyć szybko. Takie rzeczy zawsze powinny dziać się szybko. Dlatego wysiadłem z samochodu, dopiero gdy Mariusz Sumiński znajdował się kilka metrów ode mnie. Szedł ze spojrzeniem wbitym w telefon, pewnie wertując wyniki meczów, które obstawił albo dopiero miał obstawić. Podniósł wzrok. Rozpoznał we mnie zagubionego przyszłego ojca, któremu przez pół godziny nawijał makaron na uszy, więc odruchowo się uśmiechnął. Ale chwilę później zrozumiał, że nie ma powodów do śmiechu.

Mariusz Sumiński wiedział, że to koniec.

Gdyby świat był sprawiedliwy, o życiu każdego hazardzisty powinien decydować przypadek. Rzut monetą. Czerwone lub czarne. Ślepy los powinien rozsądzać, czy należy im się wieczny urlop w raju, czy dożywotni etat w piekle.

Gdyby świat był sprawiedliwy, wyjąłbym monetę i pozwolił Mariuszowi Sumińskiemu zdecydować: orzeł czy reszka. Wóz albo przewóz. Życie albo śmierć.

Ale świat nie był sprawiedliwy.

Dlatego zamiast monety sięgnąłem po wyposażonego w tłumik Sig Sauera P320 XTen Comp, moją ulubioną broń krótką. Śmiertelnie skuteczną. Choć szkoda, że nie brytyjską.

Sekundę później Mariusz Sumiński uwolnił się od swoich demonów.

Zapakowałem jego ciało do bagażnika, rozpoczynając najmniej przyjemną część pracy. Rozejrzałem się, aby się upewnić, że nikt mnie nie obserwuje. Wsiadłem do Hyundaia i30. Schowałem broń. Przez chwilę się zastanawiałem, czy o niczym nie zapomniałem. Następnie uruchomiłem silnik i włożyłem słuchawki do uszu.

- Erskine był uzależnionym od rozpuszczalników bezdomnym, który w czasie swoich zbrodni miał dwadzieścia kilka lat. Jego motywacje do dziś są niejasne. Kiedy wchodził na salę rozpraw, funkcjonariusze musieli go powstrzymywać przed masturbacją. Po latach zdiagnozowano u niego przewlekłą schizofrenię i antyspołeczne zaburzenie osobowości. W dwa tysiące dziewiątym roku wyrok skazujący Erskine'a za morderstwa został zniwelowany do nieumyślnego spowodowania śmierci z powodu ograniczonej poczytalności.