Pojednanie ze złem - Leon Weintraub, Magdalena Jaros

Kup ebooka

33.00 zł
27.39 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od auto­rów

Od auto­rów

Zdą­ży­łem... ukoń­czy­łem 95 lat, ale zdą­ży­łem i odtwo­rzyć, i opi­sać swoje dłu­gie, nie­prze­ciętne życie.

Po zakoń­cze­niu pracy zawo­do­wej w wieku 71 lat wzro­sło moje zaan­ga­żo­wa­nie w prze­ka­zy­wa­nie mło­dzieży, na przy­kła­dzie wła­snego życia, następstw ide­olo­gii nazi­stow­skiej: od nie­chęci wobec innych, róż­nią­cych się pocho­dze­niem lub poglą­dami, do maso­wego ludo­bój­stwa w komo­rach gazo­wych. Czę­sto spo­ty­ka­łem się z pyta­niem o moje sta­no­wi­sko wobec spraw­ców. Wyba­cze­nie, czy też uspra­wie­dli­wie­nie tych prze­kra­cza­ją­cych ludzką wyobraź­nię zbrodni nie jest dla mnie moż­liwe. Pozo­staje więc pojed­na­nie, które po zaprze­sta­niu wysu­wa­nia wza­jem­nych zarzu­tów i zakoń­cze­niu nakrę­ca­nia spi­rali wro­go­ści i zła pozwala wspól­nie two­rzyć ludzką przy­szłość. Jako oca­lały z Zagłady świa­do­mie przy­ją­łem tę postawę: goto­wość do pojed­na­nia.

Moje spo­tka­nia w szko­łach zwy­kłem koń­czyć kil­koma posła­niami. Mówię, że współ­cze­sna wie­dza o DNA, nośniku naszego genu, udo­wad­nia, iż ist­nieje tylko jedna rasa ludzi - homo sapiens. Wynika z tego, że hitle­row­ska ide­olo­gia opie­rała się na fał­szy­wych prze­słan­kach. Nad­mie­niam także, iż kiedy wyko­ny­wa­łem ope­ra­cje, to jaki­kol­wiek kolor miała skóra pacjentki, tkanki pod spodem były iden­tyczne u wszyst­kich.

Książka ta powstała dzięki Mag­dzie Jaros i z jej ini­cja­tywy. To była jej inspi­ra­cja i zasługa, że udało mi się odtwo­rzyć i prze­ka­zać to, czego dozna­łem w dłu­gim życiu. Jego początki cecho­wało ubó­stwo, mło­dość zaś nie­ludz­kie warunki życia w get­cie w Lit­zman­n­stadt (nie chcę myśleć, że w moim rodzin­nym mie­ście było getto - to nie w mojej Łodzi, tylko w nie­miec­kim Lit­zman­n­stadt nazi­ści zało­żyli to kosz­marne miej­sce izo­la­cji) i obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych: Auschwitz-Bir­ke­nau, Gross-Rosen, Flossenbürgu oraz Offen­burgu, podo­bozu Natzwe­iler. Powrót do nor­mal­no­ści bywał usłany cier­niami, w cało­ści jed­nak powo­jenny etap mogę oce­nić jako bar­dzo pozy­tywny. Na­dal mam bogate życie i osią­gną­łem wiele. Wdzięczny jestem Mag­dzie za cier­pli­wość, wni­kli­wość i czę­sto docie­kli­wość w "odwar­stwia­niu" szcze­gó­łów ukry­tych w zaka­mar­kach mojego mózgu.

Mam trzech synów i córkę, któ­rzy zało­żyli już rodziny. Wiele zawdzię­czam żonie - od 45 lat Eva­ma­ria jest moją pod­porą i to jej zasługa, że tak dobrze się czuję.

Jestem, jak na te lata, w dobrym sta­nie psy­chicz­nym i fizycz­nym, czer­pię wiele zado­wo­le­nia ze swo­jego życia. Po Auschwitz nie uży­wam słowa "narze­kać", gdyż wszystko odtąd jest o niebo lep­sze.

Czy­tel­ni­kom tej opo­wie­ści pra­gnę prze­ka­zać moje nie­wzru­szone prze­ko­na­nie, że zdrowy roz­są­dek zwy­cięży we wszyst­kich rela­cjach mię­dzy­ludz­kich.

Leon Wein­traub Sztok­holm, 2020

*

To był impuls. Zoba­czy­łam Leona Wein­trauba w tele­wi­zji, kiedy prze­ma­wiał w imie­niu Oca­la­łych pod­czas 74. rocz­nicy wyzwo­le­nia KL Auschwitz-Bir­ke­nau. Mówił o ryzyku, które nie­sie odra­dza­jący się w Pol­sce i na świe­cie nacjo­na­lizm. Biły od niego duma, god­ność, ale też smu­tek. Zadzwo­ni­łam z gra­tu­la­cjami. Znam go od cza­sów, kiedy jako dziecko w PRL-u jeź­dzi­łam na waka­cje do Szwe­cji, dokąd wyemi­gro­wała moja cio­cia. Wie­dzia­łam, że był w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, raz nawet pró­bo­wa­łam pod­pa­trzeć, czy ma wyta­tu­owany na przed­ra­mie­niu numer - nie miał. Ni­gdy nie opo­wia­dał o swo­ich prze­ży­ciach, ja nie pyta­łam. Chyba czu­łam onie­śmie­le­nie i respekt. Po tam­tym tele­fo­nie wymie­ni­li­śmy maile, w końcu odwa­ży­łam się zapro­po­no­wać książkę. "Już pora" - odpi­sał, a ja wzię­łam to za zgodę.

Nasze roz­mowy zaczy­na­li­śmy w innym świe­cie. Spo­ty­ka­li­śmy się w War­sza­wie, gdzie latem 2019 roku Leon był czę­stym gościem. Nagry­wał film dla bawar­skiej tele­wi­zji, brał udział w uro­czy­sto­ściach upa­mięt­nia­ją­cych likwi­da­cję getta w Lit­zman­n­stadt, towa­rzy­szył w miej­scach pamięci gru­pie stu­den­tów z Nie­miec. Jesie­nią udało mi się go zła­pać w Oświę­ci­miu - przy­le­ciał spe­cjal­nie, żeby spo­tkać się z har­ce­rzami z Łodzi. W grud­niu ja odwie­dzi­łam go w Sztok­hol­mie. Zimę 2020 roku spę­dzał w cie­płej i sło­necz­nej o tej porze roku Ari­zo­nie. Żar­to­wał, że to jedyne tygo­dnie, kiedy zwal­nia tempo i ładuje bate­rie. A potem przy­szła pan­de­mia, którą spę­dził w swoim miesz­ka­niu w Sztok­hol­mie. Jestem pewna, że gdyby nie przy­mu­sowy areszt, ta książka by nie powstała. Wresz­cie miał czas.

Spo­ty­ka­li­śmy się na Sky­pie i z każdą roz­mową coraz bar­dziej zda­wa­łam sobie sprawę, z jak cie­kawą histo­rią i nie­zwy­kłym czło­wie­kiem mam do czy­nie­nia. Leon zaska­ki­wał mnie feno­me­nalną, w wielu momen­tach foto­gra­ficzną pamię­cią. Z dokład­no­ścią odtwa­rzał topo­gra­fię miast, wnę­trza miesz­kań. Cza­sem miał trud­ność z przy­wo­ła­niem emo­cji, które - jak mi wyja­śnił - na lata wojny musiał zamro­zić. Nie pyta­łam o wielką histo­rię, ją zosta­wiamy histo­ry­kom, choć w nie­uchronny spo­sób splata się z jego losami. Roz­ma­wia­li­śmy o zwy­kłych rze­czach: o przed­wo­jen­nej Łodzi, codzien­nym życiu w get­cie, kosz­ma­rze obo­zów, a potem powro­cie do nor­mal­no­ści i doro­sło­ści. Opo­wia­dał pięk­nym języ­kiem, z wyczu­ciem słowa, choć prze­cież w Pol­sce nie mieszka od pięć­dzie­się­ciu lat. Gdy doszli­śmy do jego poglą­dów na współ­cze­sny świat, zaska­ki­wał cel­no­ścią uwag, ale też śmia­ło­ścią opi­nii. Zro­zu­mia­łam, że w jego wieku czło­wiek nie musi się gryźć w język i mówi, co myśli.

Mimo dużej róż­nicy wieku mię­dzy nami, zupeł­nie jej nie czu­łam. To Leon z naszej dwójki nie­jed­no­krot­nie wyda­wał się młod­szy, choć miał prawo do złego nastroju. Nie wycho­dził z domu, z bli­skimi, poza żoną, widy­wał się na ekra­nie tele­fonu czy kom­pu­tera. Zawsze jed­nak witał mnie dobrym humo­rem, był pozy­tyw­nie nasta­wiony, zmo­bi­li­zo­wany. Jego ener­gii star­czy­łoby dla kilku osób. Nie­do­god­no­ści, które go spo­ty­kały, porów­ny­wał do życia w zło­tej klatce. Na co więc miałby narze­kać? Wie­lo­krot­nie powta­rzał, że poza spra­wami osta­tecz­nymi, jak śmierć czy cho­roba, nie ma pro­ble­mów, a kło­poty, o które co i rusz się poty­kamy, trzeba po pro­stu roz­wią­zy­wać. Wzię­łam to sobie do serca. Nie wiem, czy z naszych wie­lo­go­dzin­nych roz­mów zro­dziła się przy­jaźń, ale głę­boka więź na pewno tak. Dzię­kuję ci, Leonie.

Magda Jaros War­szawa, 2020

Wstęp

Wstęp

Willa na przed­mie­ściach Mona­chium, wrze­sień 2020 roku. Cie­pły, sło­neczny dzień. W ogro­dzie stoją trzy sto­liki, na szy­nach w goto­wo­ści cze­kają kamery. Za chwilę spo­tka się trójka ludzi, któ­rych - choć się nie znają - łączy prze­szłość. Leon Wein­traub to łódzki Żyd, Jens-Jürgen Ventzki jest synem Wer­nera Ventz­kiego, nad­bur­mi­strza Lit­zman­n­stadt, czyli wcie­lo­nej do Trze­ciej Rze­szy Łodzi, a Julie Lin­dahl to wnuczka eses­ma­nów, któ­rzy weszli na Mazury za armią Wehr­machtu, zagar­nęli majątki i zaczęli swoją dzia­łal­ność od ste­ry­li­za­cji pra­cu­ją­cych w nich Polek. Wnuczka i syn spraw­ców oraz ich ofiara (co ważne - Leon potem nazwie się zwy­cięzcą) mają roz­ma­wiać o histo­rii. Nagra­nie reje­struje sta­cja Bay­eri­scher Rund­funk, która przy­go­to­wuje cykl pro­gra­mów z Oca­la­łymi, póki jesz­cze mogą opo­wie­dzieć o swo­ich prze­ży­ciach.

Wer­ner Ventzki, choć to jemu pod­le­gał zarząd getta i szef jego admi­ni­stra­cji Hans Bie­bow, ni­gdy nie został osą­dzony. Po woj­nie był akty­wi­stą Związku Wypę­dzo­nych, zmarł w 2004 roku. Dziad­ko­wie Julie w oba­wie przed pro­ce­sem na początku lat 60. ucie­kli do Bra­zy­lii. I ona, i Jens-Jürgen mroczną prze­szłość odkryli przy­pad­kiem, szpe­ra­jąc w rodzin­nych doku­men­tach. Nie ucie­kli od niej. Ventzki napi­sał gło­śną, wydaną także w Pol­sce książkę Cień ojca, Lin­dahl opu­bli­ko­wane w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Szwe­cji Waha­dło.

Do spo­tka­nia dopro­wa­dził Leon Wein­traub, oby­wa­tel Szwe­cji, lekarz gine­ko­log-położ­nik. Wyda­wało mu się, że cie­ka­wie będzie zde­rzyć ze sobą trzy poko­le­nia, któ­rych losy dzięki histo­rii są wspólne. Uro­dzona w Bra­zy­lii Julie Lin­dahl tak jak on mieszka w Szwe­cji, a przed­sta­wiła ją Wein­traubowi przy­ja­ciółka. Od zna­jo­mych, też Oca­la­łych, wie­dział, że Jens-Jürgen Ventzki pisze książkę i szuka kon­taktu z ludźmi, któ­rzy prze­żyli wojnę w Lit­zman­n­stadt, po dru­giej stro­nie drutu kol­cza­stego.

"Poru­sza­li­śmy pro­blem winy, odpo­wie­dzial­no­ści, a pani Lin­dahl dodała kwe­stię wstydu - mówi Wein­traub. - Na początku zwró­ci­łem się do Ventz­kiego. Powie­dzia­łem, że nie wiem, co to zna­czy mieć ojca, mój zmarł, gdy mia­łem pół­tora roku. Ale mogę sobie wyobra­zić, jakim było szo­kiem, kiedy odkrył, że czło­wiek, któ­rego kochał i podzi­wiał, który był dla niego wzo­rem, oka­zał się jed­nym z ludo­bój­ców i jest współ­od­po­wie­dzialny za to, co się działo w get­cie w Lit­zman­n­stadt na tere­nie mojego mia­sta Łodzi. Żal mi go, że to prze­żył, ale z dru­giej strony chylę czoła, że miał odwagę się prze­móc i odciąć się od wszyst­kiego, co ojciec sobą przed­sta­wiał".

Rodzina Ventz­kiego miesz­kała w pięk­nej, oto­czo­nej ogro­dem sece­syj­nej willi Hil­mara Gir­bardta przy ulicy Bed­nar­skiej. Do dys­po­zy­cji mieli sze­ściu słu­żą­cych, szo­fera, kucha­rza, ogrod­nika. Jens-Jürgen pamięta uprzy­wi­le­jo­wane życie. Ze łzami w oczach opo­wia­dał, że jego matka, żona pro­mi­nenta, mogła kupo­wać towary kon­fi­sko­wane Żydom i odpro­wa­dzane do zarządu getta na Bałuc­kim Rynku. Za 54 reichs-marek, czyli za tyle co nic, nabyła kara­ku­łowy płaszcz, futro ze srebr­nych lisów i złote pier­ścionki. Ojciec do śmierci był wierny Führerowi, ni­gdy go nie potę­pił. Żało­wał, że jego rodzina po klę­sce Nie­miec stra­ciła pozy­cję. Bra­cia Jensa-Jürgena myśleli podob­nie, nie pozwa­lali wspo­mi­nać Toma­sza Manna uzna­nego przez hitle­row­ców za zdrajcę, który uciekł z Nie­miec. Julie Lin­dahl jest trak­to­wana przez bli­skich jak czarna owca. Matka ni­gdy nie chciała z nią roz­ma­wiać o rodzi­cach, wyparła prze­szłość. Jej wydo­by­cie na świa­tło potrak­to­wała jak zdradę.

Cała trójka myślała tak samo - potę­piała wszystko, co nazizm i ide­olo­gia NSDAP za sobą nio­sły. Jens-Jürgen liczył, że inni ludzie, któ­rzy mają takich przod­ków jak on, po obej­rze­niu doku­mentu odważą się otwar­cie wystą­pić prze­ciwko krew­nym i prze­szło­ści. Tylko w ten spo­sób można prze­ciw­dzia­łać bru­nat­nemu zagro­że­niu na świe­cie i w Europe. Na koniec nie podali sobie rąk - to czas pan­de­mii - ale stuk­nęli się łok­ciami. Potem w przy­ja­ciel­skiej atmos­fe­rze zje­dli kola­cję.

"Dla mnie to było sym­bo­liczne - mówi Leon Wein­traub. - Ja, biedny chło­pak z żydow­skiej rodziny, który z całym okru­cień­stwem i jaskra­wo­ścią poznał, czym były repre­sje, odczło­wie­cze­nie, prze­śla­do­wa­nie, spo­tka­łem czło­wieka, który nosi w sobie geny mojego oprawcy. W pew­nym sen­sie był mi bli­ski, choć dzie­liło nas wszystko: uro­dze­nie, reli­gia, w któ­rej dora­sta­li­śmy, sta­tus mate­rialny. Wspólne było jedno - moje mia­sto, Łódź". Tam wszystko się zaczęło.

Roz­dział I. Ulica Czu­len­towa i inne adresy

Roz­dział I

Ulica Czu­len­towa i inne adresy

Świat ogra­ni­czony nie tylko fizycz­nie, ale też men­tal­nie do kilku ulic w bied­nej żydow­skiej Łodzi. Do Kamien­nej, Wschod­niej, Połu­dnio­wej, Kiliń­skiego. Czu­łem nie­wy­tłu­ma­czalny, para­li­żu­jący lęk przed wypusz­cza­niem się poza swój rewir.

Łódź także mnie jest bli­ska. Uro­dzi­łam się w dziel­nicy Górna, do końca stu­diów miesz­ka­łam na Ret­kini. Dosko­nale znam cen­trum mia­sta i układ jed­no­kie­run­ko­wych ulic. Nie­któ­rzy, moim zda­niem na wyrost, porów­nują go do Man­hat­tanu. I choć skoń­czy­łam pre­sti­żowe liceum, a potem Uni­wer­sy­tet Łódzki, na mojej wie­dzy o żydow­skiej Łodzi zacią­żyła powieść Zie­mia obie­cana i film Andrzeja Wajdy. Na lek­cjach czy zaję­ciach mówiło się cza­sem o żydow­skich krwio­pij­cach: kamie­nicz­ni­kach, fabry­kan­tach, lichwia­rzach. Nic o ludziach, któ­rzy stwo­rzyli teatry, kina, sale kon­cer­towe, wybu­do­wali naj­bar­dziej oka­załe pałace i gma­chy w mie­ście. Nic o szpi­ta­lach, ochron­kach, gim­na­zjach. Nic o ogrom­nej spu­ściź­nie, bez któ­rej Łódź nie byłaby tym mia­stem, któ­rym jest dziś.

Pyta­nie, dla­czego tak się stało, zada­wa­łam sobie wie­lo­krot­nie. Oczy­wi­ście można wszystko zrzu­cić na powo­jenną poli­tykę, na zakła­my­wa­nie histo­rii. Ale to za pro­ste. Dla­czego żydow­ska Łódź tak słabo prze­trwała w pamięci miesz­kań­ców, dla­czego ni­gdy nie mówiła o niej moja bab­cia, też łodzianka, zako­chana w tym mie­ście? Odpo­wiedź zna­la­złam w książce Wal­de­mara Wolań­skiego Ślepy Maks. Histo­ria praw­dziwa (jej boha­ter to kolejna barwna, żydow­ska postać, o któ­rej mia­łam mgli­ste poję­cie). Dla­czego o słyn­nym roz­bój­niku, łódz­kim Al Capone, nikt nie mówi, nie pamięta? Wytłu­ma­cze­nie zasko­czyło mnie pro­stotą, ale też cel­no­ścią: "Prze­cież to oczy­wi­ste, jego nie ma komu wspo­mi­nać"1. Myślę, że to "nie ma komu" doty­czy całej żydow­skiej Łodzi. Może więc warto przy­po­mnieć jej początki?

Wszystko zaczęło się na Sta­rym Rynku. Tam Daniel Lej­ze­ro­wicz, pierw­szy kamie­nicz­nik, w 1794 roku kupił plac i wybu­do­wał drew­niany dom. W roku 1810 przy rynku miesz­kało czter­na­ście rodzin żydow­skich. Na początku XIX wieku wyznawcy reli­gii moj­że­szo­wej mogli osie­dlać się gdzie chcieli, ale głów­nie wybie­rali Stary Rynek i oko­lice: ulicę Wol­bor­ską (tam powstała słynna, pięk­nie zdo­biona syna­goga), Drew­now­ską, pół­nocną część Piotr­kow­skiej (dziś to ulica Nowo­miej­ska) i Podrzeczną. Sytu­acja zmie­niła się w 1821 roku, gdy decy­zją Kró­le­stwa Kon­gre­so­wego mia­steczko stało się osadą fabryczną. Roz­wi­nął się tu prze­mysł włó­kien­ni­czy, który zmie­nił Łódź na zawsze. Powsta­wał dzięki zapro­szo­nym z Nie­miec tka­czom. Zastrze­gli sobie w umo­wie z woje­wodą mazo­wiec­kim, że żad­nemu Żydowi nie będzie wolno zamiesz­kać ani kupo­wać ziemi w nowej osa­dzie, czyli na Nowym Mie­ście. Umoc­nił to dekret Józefa Zajączka, namiest­nika Kró­le­stwa Kon­gre­so­wego, z 1825 roku. Posta­no­wiono w nim, że Żydzi mogą się osie­dlać tylko w obrę­bie Sta­rego Mia­sta, gdzie wydzie­lono spe­cjalny rewir. Nie mogli się prze­nieść w lep­szy rejon mia­sta, chyba że mieli mają­tek w wyso­ko­ści 20 tysięcy zło­tych nie­ob­cią­żony dłu­gami, umieli mówić po pol­sku, rosyj­sku lub fran­cu­sku i nie wyróż­niali się ubio­rem. Innym spo­so­bem wydo­sta­nia się poza dziel­nicę było wybu­do­wa­nie fabryki i posy­ła­nie dzieci do publicz­nych szkół2.

Około 1820 roku do Łodzi z nie­da­le­kich Brze­zin przy­je­chał Samuel Salt­zman, dla tej histo­rii ważna postać. Szybko doro­bił się majątku, był wła­ści­cie­lem kamie­nic, pla­ców, skła­dów przę­dzy. Choć bogacz, nie mógł wynieść się poza rewir, nosił cha­łat, brodę i był poboż­nym cha­sy­dem. W znacz­nym stop­niu sfi­nan­so­wał budowę syna­gogi przy Wol­bor­skiej. Udało mu się wypro­wa­dzić po czter­dzie­stu latach. W 1862 roku zwró­cił się do władz miej­skich o utwo­rze­nie nowej ulicy łączą­cej Śred­nią (dzi­siej­sza Pomor­ska) z Pół­nocną. Ulica dostała nazwę Salt­zmana, z cza­sem prze­mia­no­wano ją na Solną. Pod nume­rem pią­tym zało­żył cha­sydzką szkołę3.

Przy Sol­nej 12 pierw­szego stycz­nia 1926 roku uro­dził się Leon Wein­traub. Jed­nym z jego wcze­snych wspo­mnień są lek­cje w tym che­de­rze, dokąd posy­łała go mama, reli­gijna Żydówka.

Na początku lat 30. rodzina Wein­trau­bów prze­nosi się na ulicę Kamienną (dziś Włó­kien­ni­cza). Mie­ściła się na obrze­żach Nowego Mia­sta z jego cen­tral­nym Nowym Ryn­kiem, czyli pla­cem Wol­no­ści. Kamienną po żydow­sku nazy­wano popu­lar­nie Czu­lent­gesł - ulica Czu­len­towa. W jed­nym z domów dzia­łała pie­kar­nia. W pią­tek przed sza­ba­sem Leon z sio­strą zano­sili tam gar­nek z czu­len­tem, czyli kaszą z mię­sem i warzy­wami, oraz słodki cymes. Pie­karz wsta­wiał gar­nek do wyga­słego, roz­ża­rzo­nego pieca. To były odświętne potrawy na sobotę, kiedy zgod­nie z tra­dy­cją nie wolno było goto­wać.

Przed wojną ulica była uboga, nie miała kana­li­za­cji, ale mie­ściło się przy niej kilka bóż­nic. Ma cie­kawą histo­rię: w XIX wieku pod nume­rem 11 posta­wił kamie­nicę i zamiesz­kał w niej Hilary Majew­ski. Przez dwa­dzie­ścia lat peł­nił funk­cję archi­tekta mia­sta i jest uwa­żany za budow­ni­czego Łodzi. Spod jego ręki wyszły mię­dzy innymi pro­jekty pałacu Poznań­skiego, Grand Hotelu czy pałacu Hein­zla.

Na prze­ło­mie wie­ków Łódź była mia­stem osza­ła­mia­ją­cych karier i rów­nie spek­ta­ku­lar­nych plajt. Rosły w siłę fabry­kanc­kie rody, a łódzka bawełna była znana i pożą­dana w całej Euro­pie, a przede wszyst­kim w Rosji. W 1915 roku czę­ścią Łodzi stały się Bałuty, osada roz­wi­ja­jąca się od połowy XIX wieku. Co cie­kawe, w chwili włą­cze­nia liczyła 100 tysięcy miesz­kań­ców i była naj­więk­szą wsią w Euro­pie. Łodzia­nie nazwali nową dziel­nicę ście­kiem. Nie tylko z powodu braku kana­li­za­cji, ale także przez miesz­ka­jące w niej typy spod ciem­nej gwiazdy.

W dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym żydow­ska Łódź była biedna i głodna. Prze­wa­żali drobni han­dla­rze, skle­pi­ka­rze, rze­mieśl­nicy, któ­rzy miesz­kali w ofi­cy­nach kamie­nic. Pró­bo­wali żyć bogo­boj­nie, wycho­wać dzieci i prze­trwać. Była też Łódź inte­li­gencka: leka­rze, praw­nicy, nauczy­ciele, któ­rzy two­rzyli elitę. Cho­dzili do żydow­skich teatrów, kin, posy­łali dzieci do reno­mo­wa­nych szkół. Mia­sto roz­wi­jało się arty­stycz­nie. Powstał awan­gar­dowy teatr Ara­rat, a wywo­dzący się z Łodzi arty­ści pocho­dze­nia żydow­skiego - Julian Tuwim, Artur Rubin­stein, Artur Szyk - odno­sili naj­więk­sze suk­cesy4.

We wrze­śniu 1939 Łódź liczyła około 600 tysięcy miesz­kań­ców, jedna trze­cia to byli Żydzi. I choć po woj­nie wiele z budyn­ków pozo­stało w tak nie­zmie­nio­nym kształ­cie, że Andrzej Wajda na daw­nej ulicy Kamien­nej mógł krę­cić sceny swo­jego ostat­niego filmu, Powi­do­ków, to mia­sta, o któ­rym z miło­ścią opo­wiada Wein­traub, nie ma.

*

Panie Leonie...

Mówmy sobie na "ty". W Szwe­cji wszy­scy się tak do sie­bie zwra­cają. Nawet z kró­lem jesteś na "ty".

Zatem Leonie. Umiesz przy­wo­łać pierw­sze wspo­mnie­nie?

Ja to nazy­wam wcze­snymi obra­zami. W tych wspo­mnie­niach widzę wyraź­nie miesz­ka­nie przy ulicy Sol­nej 12: brama, po pra­wej stro­nie parę schod­ków, wcho­dzi się do małego przed­po­koju, gdzie wisi plu­szowa zasłona. Dalej wej­ście do pokoju. Tam jest stół i zie­lona lampa z aba­żu­rem ozdo­bio­nym kora­li­kami. Przy­po­mina mi się głos mamy, która mówi wier­szyk: "Odin, dwa, tri, cze­ty­rie, piat´, wyszeł mal­czik pagu­lat´...". Łódź znaj­do­wała się pod zabo­rem rosyj­skim, mama znała ten język.

Po lewej stro­nie, o ile dobrze sobie przy­po­mi­nam, była kuch­nia, pokój sto­łowy i łazienka. Za sto­łowym sypial­nia. Tu mam wyraźny obraz. Pokój był ciemny, miał jedno okno na ulicę. Widzę, jak leżę na sze­ro­kim łóżku rodzi­ców z naj­młod­szą sio­strą Różą. Byłem pią­tym dziec­kiem, mia­łem cztery sio­stry: Lolę, rocz­nik 1920, Fra­nię, 1921, Malę, 1922, i Różę, 1924. Ja uro­dzi­łem się w 1926 roku. Leżymy pod koł­drą i stra­szymy się duchami. Poka­zu­jemy je sobie na ścia­nie, a potem cho­wamy się z piskiem.

Drugi obraz: jest tuż przed żydow­ską Wiel­ka­nocą, czyli świę­tem Pesach. Dosta­łem paletko, szare, do kolan, z zamszo­wym koł­nie­rzy­kiem. Spe­ce­ruję odświęt­nie ubrany i nagle zdaję sobie sprawę, że nie wiem, gdzie jestem. Wsze­dłem do sklepu. Chyba zna­łem nasz adres albo nazwi­sko, bo po pew­nym cza­sie przy­szła po mnie mama i zabrała do domu.

Skąd pocho­dziła twoja rodzina?

Ojciec Szmul (Szlomo) przy­je­chał do Łodzi nie­le­gal­nie, w cza­sie gdy trzeba było mieć zgodę władz rosyj­skich, by zmie­nić miej­sce zamiesz­ka­nia. Kiedy bada­łem losy przod­ków, zna­la­złem u rabina w Łodzi w skrzy­neczce kartkę z jego nazwi­skiem poświad­cza­jącą, że nale­żał do tej gminy. W Łodzi nie był for­mal­nie zamel­do­wany. Uro­dził się w Ryczy­wole, na Mazow­szu. Dzia­dek Lej­zer Wein­traub pocho­dził z pobli­skiego Magnu­szewa. Pra­dzia­dek wędro­wał, jego dzieci rodziły się w róż­nych mia­stecz­kach, ale zawsze w trój­ką­cie War­szawa-Lublin-Radom. Mama Nacha uro­dziła się w Dobrej, nie­da­leko Turku. Jej panień­skie nazwi­sko brzmiało Baj­rach. Razem z rodziną przy­je­chała do Łodzi po pierw­szej woj­nie świa­to­wej.

Czym zaj­mo­wał się ojciec?

Jak wielu Żydów w tam­tym cza­sie ruszył do mia­sta szu­kać pracy. Dostał ją w fabryce tek­styl­nej. Co robił, nie mam poję­cia. Wiem na pewno, że miał wypa­dek, prawe przed­ra­mię dostało się w pas trans­mi­syjny, napę­dowy, musieli mu je ampu­to­wać. To dla­tego, gdy oglą­da­łem Zie­mię obie­caną Wajdy, musia­łem wyjść na początku filmu, po sce­nie, kiedy robot­ni­kowi maszyna urywa rękę. Widok był wstrzą­sa­jący.

Po wypadku ojciec razem z trzema braćmi zało­żył firmę. Dziś nazwa­li­by­śmy to recy­kling, daw­niej to byli szma­cia­rze. Sku­po­wali stare ubra­nia, mate­riały, sor­to­wali je i odda­wali do zakładu, gdzie były szar­pane na przę­dzę. Z tego powsta­wały nowe towary.

To wywo­łuje kolejny obraz. Musia­łem mieć cztery bądź pięć lat. Jedno z okien miesz­ka­nia przy Sol­nej wycho­dziło na podwórko, na któ­rym stała nie­wielka szopa zbu­do­wana przy murze następ­nego domu. Widzę przez szpary w deskach, jak pro­mie­nie sło­neczne wpa­dają do jej środka. Oświe­tlają kobiety sor­tu­jące mate­riały. One wrzu­cają je do skrzyń, a potem robią bele, które opa­sują taśmami z metalu. Ładują to na wóz z plat­formą zaprzę­żony w dwa duże konie. Nazy­wa­li­śmy je bel­gij­skie. Powie­trze w szo­pie jest gęste, nie­przej­rzy­ste z powodu pyłu. Do dziś czuję tamto zdzi­wie­nie: "Jak one oddy­chają?" - nie miały prze­cież masek ochron­nych.

Nie pamię­tam ojca. Mój mózg go nie zare­je­stro­wał, choć oko w pierw­szych mie­sią­cach życia widziało. Potem wyda­rzyła się tra­ge­dia, o któ­rej dowie­dzia­łem się od sióstr, gdy byli­śmy doro­śli. Weszły do piw­nicy i odkryły, że ojciec się powie­sił. Tłu­ma­czę to sobie tak: był tka­czem, nie miał żyłki do biz­nesu, nie wycho­dziło mu z braćmi. Były lata 20., świa­towy kry­zys, depre­sja. Widocz­nie zała­mał się, nie dał rady. Jest pocho­wany na żydow­skim cmen­ta­rzu przy ul. Brac­kiej w Łodzi, Franka po woj­nie zna­la­zła nagro­bek ojca.

Dla­czego o niego nie pyta­łeś?

Ojciec zmarł w czerwcu 1927 roku, gdy mia­łem pół­tora roku. Już po tym wyda­rze­niu zna­la­złem pod łóż­kiem jego pro­tezę i bawi­łem się nią. Ale nie zasta­na­wia­łem się, skąd w domu sztuczna ręka. W ogóle nie roz­ma­wia­łem z mamą o ojcu. Pew­nie dla­tego, że żyłem, jak to dziecko, teraź­niej­szo­ścią. Nie mia­łem wyobra­że­nia o prze­szło­ści, nie myśla­łem o przy­szło­ści - przyj­mo­wa­łem to, co jest. Ni­gdy tak naprawdę nie mia­łem taty, więc nie było za kim tęsk­nić. Nie roz­pa­mię­ty­wa­łem jego braku. Czu­łem się kochany, w domu pano­wała cie­pła atmos­fera. Byłem sil­nie zwią­zany z mamą. Do tego mia­łem cztery sio­stry, które się mną opie­ko­wały. Ale mieć pięć "matek" nie zawsze było wygodne - kon­tro­lo­wały mnie.

Zwy­cza­jem żydow­skim jest, że bra­cia zmar­łego mają obo­wią­zek zająć się wdową i jego dziećmi. Bra­cia ojca, a było ich czte­rech: wujek Wolf (Welwu), Joel, Mej­lech (zmarł w 1938 roku) i przy­rodni Szapsa (bab­cia Wein­trau­bowa owdo­wiała i drugi raz wyszła za mąż za pana Mun­dlaka), przed­sta­wiali mamie róż­nych kan­dy­da­tów na męża, ale ona zdjęła tra­dy­cyjną, noszoną przez żony perukę i powie­działa szwa­grom, że po raz drugi za mąż nie wyj­dzie, bo sama chce się zająć dziećmi. Swój udział w inte­re­sie albo prze­ka­zała bra­ciom ojca, albo sprze­dała. Przez jej decy­zję wujo­wie się od nas odwró­cili. Nie mie­li­śmy potem bliż­szego kon­taktu.

Już po woj­nie odwie­dzi­łem w Izra­elu przy­rod­niego wujka Szapsa. To był nabożny Żyd, miesz­kał w orto­dok­syj­nej czę­ści Tel Awiwu. Był umie­ra­jący, chciał mnie zoba­czyć. Nie­opatrz­nie poda­łem rękę jego żonie, cof­nęła dłoń. To było nie­zgodne z zasa­dami reli­gii. Wujek żało­wał, że bra­cia wyrze­kli się wdowy, nie pomo­gli jej, a powinni wziąć pod uwagę, że była matką dzieci ich brata. Pomy­śla­łem: "Dobrze, że się ock­ną­łeś, tylko tro­szeczkę za późno". Ale to był stary, scho­ro­wany czło­wiek, więc tylko kiw­ną­łem głową. Radził, żebym wró­cił do Izra­ela, pobrał się z Żydówką i prze­ka­zał nasze nasie­nie dalej, bo tylu nas zgi­nęło. Sam w Zagła­dzie stra­cił dzie­się­cioro dzieci, kolej­nych nie miał. To był jeden z nie­wielu nama­cal­nych kon­tak­tów ze świa­tem ojca.

Jego brak zawa­żył na twoim życiu?

W rodzi­nach żydow­skich wycho­wa­nie reli­gijne jest sprawą głowy rodziny. Szcze­gól­nie, gdy cho­dzi o wycho­wa­nie reli­gijne chłop­ców. Córki są trak­to­wane po maco­szemu, jeśli coś pod­ła­pią, to sprawa matki. Uczy się je, co to koszerna kuch­nia, jak pro­wa­dzić dom. Nauka modlitw, języka Sta­rego Testa­mentu - to zada­nie ojca. U nas go nie było, więc mama, gdy miesz­ka­li­śmy przy Sol­nej, posłała mnie do che­deru. To szkółka ele­men­tarna dla chłop­ców w wieku od trzech do sied­miu lat. Była taka naprze­ciwko naszego domu, pod nume­rem pią­tym, na pierw­szym pię­trze. Mia­łem naj­wy­żej cztery lata, kiedy tam tra­fi­łem.

Wiąże się z tym kolejne wspo­mnie­nie. Widzę mały pokój, ławeczki, z przodu stoi star­szy Żyd z siwą brodą i coś mru­czy pod nosem w nie­zro­zu­mia­łym dla mnie języku. W kla­sie było 25-30 chło­pacz­ków. Każe nam powta­rzać każde zda­nie, żeby­śmy umieli na pamięć i na żydow­skim modli­tew­niku sidur poka­zuje hebraj­skie litery. Nie rozu­mia­łem nic, bo nie tłu­ma­czył na żaden ludzki język. We wcze­snym dzie­ciń­stwie moim języ­kiem poro­zu­mie­wa­nia był jidysz. Tak mówi­łem z mamą i sio­strami, pol­skiego nie zna­łem, nie mia­łem kon­taktu z nikim poza żydow­skimi sąsia­dami. Nauczy­łem się, kiedy posze­dłem do szkoły pod­sta­wo­wej.

Kiedy prze­pro­wa­dzi­li­śmy się na Kamienną 2, dzi­siej­szą Włó­kien­ni­czą, powie­dzia­łem matce, że nie chcę cho­dzić do che­deru, bo nic nie rozu­miem. I ona zre­zy­gno­wała z mojej edu­ka­cji reli­gij­nej. Miała dosyć kło­po­tów i wydat­ków, żeby nale­gać. Całą ener­gię poświę­cała nam. Utrzy­ma­nie pię­ciorga dzieci przez samotną kobietę na początku lat 30. było trudne. Ja nawet nie prze­sze­dłem bar micwy. W żydow­skich rodzi­nach odbywa się ona, gdy chło­piec koń­czy trzy­na­ście lat. Zostaje przy­jęty do gminy i staje się odpo­wie­dzialny za swoje grze­chy przed Bogiem. Skoń­czyłem trzy­na­ście lat 1 stycz­nia 1939 roku, ale bar micwy nie mia­łem - chyba dla­tego, że mamie bra­ko­wało pie­nię­dzy na rabina i przy­ję­cie. Zresztą i tak nie przy­ję­liby mnie do gminy. Nie umia­łem się modlić po hebraj­sku, nie potra­fi­łem prze­czy­tać kilku wer­sów z Tory, co jest obo­wiąz­kiem.

Przy Kamien­nej, po nie­pa­rzy­stej stro­nie, znaj­do­wała się bóż­nica cha­sy­dów. Ich wiara jest rado­sna: tań­czyli i śpie­wali, żegna­jąc sza­bat i wita­jąc nowy tydzień. Wkra­da­łem się tam w każdy sobotni wie­czór. Mieli zwy­czaj, że pili mały kie­li­szek brom­fen, czyli sznapsu. W bóż­nicy stała też wielka micha z żół­tym gro­chem posy­pa­nym solą i pie­przem. Kiedy cha­sy­dzi byli zajęci, napy­cha­łem kie­sze­nie gro­chem i czmy­cha­łem. To był jeden z nie­wielu moich kon­tak­tów z juda­izmem.

Mama nie była reli­gijna?

Była, ale nie skraj­nie, nie fana­tycz­nie. Utrzy­my­wała kuch­nię koszerną, ni­gdy nie mie­szała mięsa z mle­kiem, obcho­dziła sza­bat i inne święta. Na Pesach potrzebny był spe­cjalny zestaw naczyń. Nie mógł mieć kon­taktu z chle­bem - na pamiątkę wędrówki Żydów przez pusty­nię, kiedy nie było chleba i musieli jeść macę z wody i mąki wypa­laną na słońcu. Byli­śmy biedni, nie było nas stać na osobną zastawę. Przed Pesach przy­cho­dził na podwó­rze męż­czy­zna, który roz­pa­lał ogień, sta­wiał wielki kocioł i goto­wał wodę. Zanu­rzał w niej nasze tale­rze i sztućce. To się nazy­wało kosze­ro­wa­nie, w ten spo­sób naczy­nia sta­wały się czy­ste. Pamię­tam wyraź­nie, że mama obcho­dziła także święto Purim. Ale my, dzieci, nie za bar­dzo się jej słu­cha­li­śmy.

Lola miała lewi­cowe poglądy. W wieku czter­na­stu lat poszła do pracy w fabryce poń­czoch przy ulicy Sien­kie­wi­cza. A moja szkoła była róg Naru­to­wi­cza i Kiliń­skiego, potem prze­nio­sła się na Kiliń­skiego 63. Rano wycho­dzi­li­śmy z domu we dwoje, szli­śmy razem parę ulic. Kiedy prze­cho­dzi­li­śmy koło rzeź­nika, zer­ka­li­śmy na sie­bie. A potem wcho­dzi­li­śmy i Lola kupo­wała mi nie­ko­szerną bułeczkę z szynką za jakieś pięt­na­ście gro­szy - do dziś czuję jej smak - i mówiła: "Tylko nie mów mamie". Lep­szej szynki w życiu nie jadłem.

Tra­dy­cyjne żydow­skie życie pozna­łem, kiedy spę­dza­łem waka­cje u cioci Hadasy Łęczyc­kiej, sio­stry mamy, w War­cie nad Wartą. Mój naj­star­szy syn Michał poda­ro­wał mi nie­dawno na uro­dziny trzy tomy Histo­rii i lite­ra­tury żydow­skiej Mejera Bała­bana. Każda strona jest jak kry­mi­nał! Nie ma jed­nej bez prze­śla­do­wań, pogro­mów, mor­derstw. W mojej gru­pie etnicz­nej nie­sa­mo­wite jest to, że pomimo trud­nej prze­szło­ści, nawet nie­wiel­kim gru­pom Żydów uda­wało się odtwo­rzyć spo­łecz­ność, kolejną gminę, poko­le­nie, kon­ty­nu­ujące tra­dy­cję. U cioci Hadasy czu­łem tę cią­głość. Jej rodzina postę­po­wała zgod­nie z zasa­dami. Ich życie wyda­wało mi się spo­kojne, codzien­nie odda­wało się wdzięcz­ność Bogu za to, że się żyje. Choć jak na dzi­siej­sze realia byli nie­wy­obra­żal­nie biedni.

Mówisz o tych cza­sach z czu­ło­ścią.

Dosko­nale pamię­tam podróże do Warty. Mama wsa­dzała mnie do auto­busu. Zapach spa­lin, tro­chę brudne okna i słońce, które przez nie wpa­dało - to była przy­goda! Jecha­łem sam, a mia­łem około dzie­się­ciu, góra dwu­na­stu lat. O takich żydow­skich mia­stecz­kach jak Warta mówiło się sztetl, pod Łodzią było ich kil­ka­dzie­siąt. Cio­cia i jej mąż, wujek Hemie, mieli dome­czek przy ulicy Klasz­tor­nej 6, która odcho­dziła od rynku. Po lewej stro­nie, naprze­ciwko, był oka­zały klasz­tor Bene­dyk­ty­nów. Podzi­wia­łem impo­nu­jące chełmy wież i czu­łem respekt przed wrogą wobec mnie reli­gią. Cha­łupka Łęczyc­kich była skromna: wej­ście z ulicy, kory­ta­rzyk, na lewo drzwi do pokoju rodzi­ców, tam drew­niana pod­łoga, na środku stół, po pra­wej stro­nie szafa, po lewej łóżko i okno na ulicę. Dalej wej­ście do dru­giego pomiesz­cze­nia, gdzie było tylko gli­niane kle­pi­sko, kuch­nia, wyj­ście na podwó­rze. Tam znaj­do­wała się staj­nia, w któ­rej wujek trzy­mał dwa konie. Miał wóz jak na Dzi­kim Zacho­dzie, z pół­okrą­głym dachem. Zbie­rał zamó­wie­nia od skle­pi­ka­rzy na rynku w War­cie i jechał do Łodzi. Spał, konie znały drogę i szły same. Dwa razy mu towa­rzy­szy­łem, sie­dzia­łem na koźle. Cio­cia Hadasa w dni tar­gowe roz­kła­dała stra­gan. Całe mia­steczko żyło tar­giem i cie­szyło się, że żydow­scy miesz­kańcy, któ­rych było wię­cej niż połowa, dostar­czali rol­ni­kom i chło­pom wszystko, czego potrze­bo­wali. To był han­del wymienny, nie było dużego obrotu gotów­ko­wego. Cio­cia sprze­da­wała chyba tka­niny.

Łęczyccy mieli dzie­się­cioro dzieci. Jeden z synów, Icchak, wyemi­gro­wał w 1936 roku do Pale­styny, żeby się uczyć rol­nic­twa. Kolejny, Leon, był w woj­sku, nie pamię­tam go z cza­sów, gdy spę­dza­łem waka­cje w War­cie, dopiero z getta. Gabryś był niski, miał 150 cen­ty­me­trów wzro­stu, zaj­mo­wał się końmi. Byli jesz­cze Michał i naj­młod­szy Heniek, tylko dwa lata star­szy ode mnie, więc mia­łem z nim naj­lep­szą komi­tywę. Było też pięć dziew­czyn: Minia, naj­star­sza, oraz Chana i Hinda, obie tro­chę upo­śle­dzone umy­słowo, no i dwie pięk­no­ści - Faj­gele i Ruch­cia. Widzę te twa­rze przed sobą.

My, dzieci, spa­li­śmy poko­tem na stryszku, na który wcho­dziło się po dra­bince. Wprost na sia­nie, nie było nawet prze­ście­ra­deł. Na co dzień jedli­śmy chleb posy­pany cukrem. Ale pią­tek, czyli sza­bas, był dniem świę­tym. Naj­pierw odby­wała się kąpiel rytu­alna w mykwie, po któ­rej zakła­da­li­śmy czy­stą odzież. Potem uczta: dosta­wa­li­śmy rosół i rybę. Po kola­cji ja, wujek - dokład­nie pamię­tam, że miał brodę, nosił też typowe żydow­skie ubra­nie: cha­łat i cza­peczkę z małym dasz­kiem - oraz kuzyni szli­śmy do bóż­nicy. Ja mam­ro­ta­łem coś pod nosem, bo prze­cież nie zna­łem modlitw.

Pamię­tasz, jak spę­dza­łeś czas w War­cie?

Brat wujka miał tar­tak przy wylo­cie na Łódź. Bawi­li­śmy się tam na sosno­wych, świeżo heblo­wa­nych deskach. Ależ one pach­niały! Czy­ta­li­śmy Ferenca Molnára Chłop­ców z placu Broni i pła­ka­li­śmy nad losem Nemeczka. W tar­taku towa­rzy­szył mi kuzyn Heniek.

Gabryś, star­szy od nas, zaj­mo­wał się końmi. Cza­sem pro­wa­dzi­li­śmy je w trójkę do wodo­poju, do rzeki Warty, żeby je wyczy­ścić. Jecha­li­śmy na oklep, nie mie­li­śmy sio­deł. Pamię­tam, że chło­paki z mia­steczka rzu­cały w nas kamie­niami, chcieli spło­szyć konie, a nas prze­go­nić. Kur­czowo trzy­ma­li­śmy się grzyw, pró­bu­jąc nie spaść. To był jeden z nie­wielu momen­tów na tym eta­pie życia, kiedy odczu­łem swoją inność. Zro­zu­mia­łem, że jestem obcy. Ale i tak waka­cyjny czas wspo­mi­nam jako idyllę. W Łodzi było trud­niej.

Jak mama po śmierci ojca i bez pomocy szwa­grów utrzy­my­wała rodzinę?

Zało­żyła pral­nię, choć to za duże słowo. Wpro­wa­dzi­li­śmy się do naroż­nego domu przy ulicy Kamien­nej, róg Wschod­niej. To o tej ulicy pisała Agnieszka Osiecka w pio­sence Kochan­ko­wie z ulicy Kamien­nej. Na jej pamiątkę w oknie naszego miesz­ka­nia wmu­ro­wano w 2004 roku pła­sko­rzeźbę.

Wej­ście do nas było wprost z ulicy. Zaraz za drzwiami stał stół do przy­ję­cia towaru, po pra­wej stro­nie półki na upraną bie­li­znę, dalej dwa prze­pie­rze­nia, za nimi stoły: do maglo­wa­nia i pra­so­wa­nia żelaz­kiem na węgiel drzewny. Wie­czo­rem stoły sta­wały się łóż­kami dla sióstr. Za czę­ścią "służ­bową" było wej­ście do dru­giego pomiesz­cze­nia, tam na sufi­cie umo­co­wano drążki do susze­nia upra­nych rze­czy. Był też kre­dens kuchenny i dwa łóżka - dla mnie i dla mamy. Tuż przed wyj­ściem na zewnątrz stało pale­ni­sko i kocioł do goto­wa­nia bia­łej bie­li­zny. To było całe nasze lokum: miej­sce pracy i życia dla sze­ściu osób. Toa­leta mie­ściła się na podwórku. Kiedy szli­śmy tam przed zaśnię­ciem, sio­stry brały świeczkę. Bali­śmy się szczu­rów, które gra­so­wały w ubi­ka­cji.

Dotąd, kiedy pomy­ślę o Kamien­nej, robi mi się żal moich sióstr. W 1939 naj­star­sza miała lat dzie­więt­na­ście, kolejne osiem­na­ście, sie­dem­na­ście i pięt­na­ście - to były kobiety. Jak mogły żyć w tych warun­kach? Pró­buję sobie wyobra­zić i to jest trudne. Mie­li­śmy balię, w któ­rej po kolei się myli­śmy. Słu­żyła też za warsz­tat pracy. W ciągu dnia się w niej prało. W tych warun­kach nie było mowy, żeby sio­stry miały życie pry­watne. Ja też ni­gdy nie zapro­si­łem do domu kolegi.

Na Kamien­nej po parzy­stej stro­nie chyba raz w tygo­dniu roz­kła­dano stra­gany. Nie było kana­li­za­cji, tylko rynsz­toki, w któ­rych zbie­rała się gęsta, cuch­nąca maź. My, chło­paki, dzie­li­li­śmy rynsz­tok, każdy dosta­wał z dwa metry i grze­ba­li­śmy pal­cami, bo nie­kiedy ludzie gubili pie­nią­dze. Potem ręce śmier­działy okrop­nie, ale jak się zna­la­zło pięć gro­szy, nie mówiąc o dzie­się­ciu, to było nie­wy­obra­żone szczę­ście. Mogli­śmy sobie kupić kilka cukier­ków.

Jacyś przy­ja­ciele?

Bli­ski kum­pel Nachme miesz­kał w tym samym domu, na stryszku. Był może z rok star­szy. We dwóch posta­no­wi­li­śmy prze­żyć przy­godę. Powie­dzia­łem mamie, że jestem zapro­szony za mia­sto, więc dała mi parę gro­szy. Wyru­szy­li­śmy w nie­znane. Praw­do­po­dob­nie wylą­do­wa­li­śmy w parku Hele­nów, zwa­nym Hele­nówkiem. Zro­bił się wie­czór. Myśle­li­śmy, że wśród wyso­kich drzew będzie zimno, za to w krza­kach cie­plej. Oka­zało się, że odwrot­nie. Korony drzew zatrzy­my­wały nagrzane powie­trze, a w krza­kach szybko się wychło­dziło. Nachme był w dłu­gich spodniach, ja w krót­kich. Było tak lodo­wato, że aby się ogrzać, wla­złem w jego spodnie. Spa­li­śmy razem. Naza­jutrz wró­ci­li­śmy do domu, byli­śmy głodni, a co gor­sza nic się pod­czas naszej wyprawy cie­ka­wego nie działo.

Skąd skłon­ność do przy­gód?

Z fil­mów. Moją naj­więk­szą namięt­no­ścią było w tym cza­sie kino. Przed wojną ist­niały w Łodzi dwa ich rodzaje. Pierw­szy to kino non stop, gdzie można było wejść i wyjść, kiedy się chciało. Gdy się tam dosta­łem, prze­sia­dy­wa­łem przez kilka sean­sów, a mama ręce zała­my­wała: "Gdzie się ten chło­pak podziewa?". Drugi typ to były kina reper­tu­arowe, takie jak dziś. Tylko jak się dostać do kina bez pie­nię­dzy? Zna­la­złem spo­sób. Odkry­łem, że rodzice, pła­cąc za dwa bilety, mogą zabrać ze sobą dziecko za darmo. Na początku pro­si­łem ludzi: "Zabierz­cie mnie, zabierz­cie". Czę­sto odpę­dzali. Szybko się nauczy­łem, że nie ma co szu­kać par w śred­nim wieku - prze­go­nią. Mło­dzi, zako­chani, zapa­trzeni w sie­bie, to co innego. Nie zwra­cali uwagi na dzie­ciaka. Prze­szkodą był bile­ter (mówiło się "bile­ciarz", to z gwary łódz­kiej; może takie okre­śle­nie wróci?). Kiedy kolej­nym razem zoba­czył mnie, krzy­czał: "Ucie­kaj, szcze­niaku, masz za dużo rodzi­ców". Wtedy prze­no­si­łem się do innego kina w mojej oko­licy. Głów­nie cho­dzi­łem do kina Czary na rogu Cegiel­nia­nej, obec­nie Jara­cza i Piotr­kow­skiej.

Tylko raz czy dwa wybra­łem się na Chojny do kina Słońce. To było dziwne miej­sce, sie­działo się tuż przed ekra­nem, na pod­wyż­sze­niu, i zadzie­rało głowę, potem bolał kark. Ale było tanie, kosz­to­wało koło dzie­się­ciu gro­szy. Na Choj­nach też obrzu­cili mnie kamie­niami - usły­sza­łem: "Ucie­kaj, Żydku, nie masz tu czego szu­kać".

Wal­de­mar Wolań­ski, Ślepy Maks. Histo­ria praw­dziwa, Łódź 2014, s. 38. [wróć]

Joanna Podol­ska, Spa­ce­row­nik, Łódź żydow­ska, Łódź 2009, s. 14. [wróć]

Ibi­dem, s. 17. [wróć]

Ibi­dem, s. 74. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki