Od autorów
Od autorów
Zdążyłem... ukończyłem 95 lat, ale zdążyłem i odtworzyć, i opisać swoje
długie, nieprzeciętne życie.
Po zakończeniu pracy zawodowej w wieku 71 lat wzrosło moje zaangażowanie
w przekazywanie młodzieży, na przykładzie własnego życia, następstw
ideologii nazistowskiej: od niechęci wobec innych, różniących się
pochodzeniem lub poglądami, do masowego ludobójstwa w komorach gazowych.
Często spotykałem się z pytaniem o moje stanowisko wobec sprawców.
Wybaczenie, czy też usprawiedliwienie tych przekraczających ludzką
wyobraźnię zbrodni nie jest dla mnie możliwe. Pozostaje więc pojednanie,
które po zaprzestaniu wysuwania wzajemnych zarzutów i zakończeniu
nakręcania spirali wrogości i zła pozwala wspólnie tworzyć ludzką
przyszłość. Jako ocalały z Zagłady świadomie przyjąłem tę postawę:
gotowość do pojednania.
Moje spotkania w szkołach zwykłem kończyć kilkoma posłaniami. Mówię, że
współczesna wiedza o DNA, nośniku naszego genu, udowadnia, iż istnieje
tylko jedna rasa ludzi - homo sapiens. Wynika z tego, że hitlerowska
ideologia opierała się na fałszywych przesłankach. Nadmieniam także, iż
kiedy wykonywałem operacje, to jakikolwiek kolor miała skóra pacjentki,
tkanki pod spodem były identyczne u wszystkich.
Książka ta powstała dzięki Magdzie Jaros i z jej inicjatywy. To była jej
inspiracja i zasługa, że udało mi się odtworzyć i przekazać to, czego
doznałem w długim życiu. Jego początki cechowało ubóstwo, młodość zaś
nieludzkie warunki życia w getcie w Litzmannstadt (nie chcę myśleć, że w moim rodzinnym mieście było getto - to nie w mojej Łodzi, tylko w niemieckim Litzmannstadt naziści założyli to koszmarne miejsce izolacji)
i obozach koncentracyjnych: Auschwitz-Birkenau, Gross-Rosen,
Flossenbürgu oraz Offenburgu, podobozu Natzweiler. Powrót do normalności
bywał usłany cierniami, w całości jednak powojenny etap mogę ocenić jako
bardzo pozytywny. Nadal mam bogate życie i osiągnąłem wiele. Wdzięczny
jestem Magdzie za cierpliwość, wnikliwość i często dociekliwość w "odwarstwianiu" szczegółów ukrytych w zakamarkach mojego mózgu.
Mam trzech synów i córkę, którzy założyli już rodziny. Wiele zawdzięczam
żonie - od 45 lat Evamaria jest moją podporą i to jej zasługa, że tak
dobrze się czuję.
Jestem, jak na te lata, w dobrym stanie psychicznym i fizycznym, czerpię
wiele zadowolenia ze swojego życia. Po Auschwitz nie używam słowa
"narzekać", gdyż wszystko odtąd jest o niebo lepsze.
Czytelnikom tej opowieści pragnę przekazać moje niewzruszone
przekonanie, że zdrowy rozsądek zwycięży we wszystkich relacjach
międzyludzkich.
Leon Weintraub
Sztokholm, 2020
*
To był impuls. Zobaczyłam Leona Weintrauba w telewizji, kiedy przemawiał
w imieniu Ocalałych podczas 74. rocznicy wyzwolenia KL
Auschwitz-Birkenau. Mówił o ryzyku, które niesie odradzający się w Polsce i na świecie nacjonalizm. Biły od niego duma, godność, ale też
smutek. Zadzwoniłam z gratulacjami. Znam go od czasów, kiedy jako
dziecko w PRL-u jeździłam na wakacje do Szwecji, dokąd wyemigrowała moja
ciocia. Wiedziałam, że był w obozach koncentracyjnych, raz nawet
próbowałam podpatrzeć, czy ma wytatuowany na przedramieniu numer - nie
miał. Nigdy nie opowiadał o swoich przeżyciach, ja nie pytałam. Chyba
czułam onieśmielenie i respekt. Po tamtym telefonie wymieniliśmy maile,
w końcu odważyłam się zaproponować książkę. "Już pora" - odpisał, a ja
wzięłam to za zgodę.
Nasze rozmowy zaczynaliśmy w innym świecie. Spotykaliśmy się w Warszawie, gdzie latem 2019 roku Leon był częstym gościem. Nagrywał film
dla bawarskiej telewizji, brał udział w uroczystościach upamiętniających
likwidację getta w Litzmannstadt, towarzyszył w miejscach pamięci grupie
studentów z Niemiec. Jesienią udało mi się go złapać w Oświęcimiu -
przyleciał specjalnie, żeby spotkać się z harcerzami z Łodzi. W grudniu
ja odwiedziłam go w Sztokholmie. Zimę 2020 roku spędzał w ciepłej i słonecznej o tej porze roku Arizonie. Żartował, że to jedyne tygodnie,
kiedy zwalnia tempo i ładuje baterie. A potem przyszła pandemia, którą
spędził w swoim mieszkaniu w Sztokholmie. Jestem pewna, że gdyby nie
przymusowy areszt, ta książka by nie powstała. Wreszcie miał czas.
Spotykaliśmy się na Skypie i z każdą rozmową coraz bardziej zdawałam
sobie sprawę, z jak ciekawą historią i niezwykłym człowiekiem mam do
czynienia. Leon zaskakiwał mnie fenomenalną, w wielu momentach
fotograficzną pamięcią. Z dokładnością odtwarzał topografię miast,
wnętrza mieszkań. Czasem miał trudność z przywołaniem emocji, które -
jak mi wyjaśnił - na lata wojny musiał zamrozić. Nie pytałam o wielką
historię, ją zostawiamy historykom, choć w nieuchronny sposób splata się
z jego losami. Rozmawialiśmy o zwykłych rzeczach: o przedwojennej Łodzi,
codziennym życiu w getcie, koszmarze obozów, a potem powrocie do
normalności i dorosłości. Opowiadał pięknym językiem, z wyczuciem słowa,
choć przecież w Polsce nie mieszka od pięćdziesięciu lat. Gdy doszliśmy
do jego poglądów na współczesny świat, zaskakiwał celnością uwag, ale
też śmiałością opinii. Zrozumiałam, że w jego wieku człowiek nie musi
się gryźć w język i mówi, co myśli.
Mimo dużej różnicy wieku między nami, zupełnie jej nie czułam. To Leon z naszej dwójki niejednokrotnie wydawał się młodszy, choć miał prawo do
złego nastroju. Nie wychodził z domu, z bliskimi, poza żoną, widywał się
na ekranie telefonu czy komputera. Zawsze jednak witał mnie dobrym
humorem, był pozytywnie nastawiony, zmobilizowany. Jego energii
starczyłoby dla kilku osób. Niedogodności, które go spotykały,
porównywał do życia w złotej klatce. Na co więc miałby narzekać?
Wielokrotnie powtarzał, że poza sprawami ostatecznymi, jak śmierć czy
choroba, nie ma problemów, a kłopoty, o które co i rusz się potykamy,
trzeba po prostu rozwiązywać. Wzięłam to sobie do serca. Nie wiem, czy z naszych wielogodzinnych rozmów zrodziła się przyjaźń, ale głęboka więź
na pewno tak. Dziękuję ci, Leonie.
Magda Jaros
Warszawa, 2020
Rozdział I. Ulica Czulentowa i inne adresy
Rozdział I
Ulica Czulentowa i inne adresy
Świat ograniczony nie tylko fizycznie, ale też mentalnie do kilku ulic w biednej żydowskiej Łodzi. Do Kamiennej, Wschodniej, Południowej,
Kilińskiego. Czułem niewytłumaczalny, paraliżujący lęk przed
wypuszczaniem się poza swój rewir.
Łódź także mnie jest bliska. Urodziłam się w dzielnicy Górna, do końca
studiów mieszkałam na Retkini. Doskonale znam centrum miasta i układ
jednokierunkowych ulic. Niektórzy, moim zdaniem na wyrost, porównują go
do Manhattanu. I choć skończyłam prestiżowe liceum, a potem Uniwersytet
Łódzki, na mojej wiedzy o żydowskiej Łodzi zaciążyła powieść Ziemia
obiecana i film Andrzeja Wajdy. Na lekcjach czy zajęciach mówiło się
czasem o żydowskich krwiopijcach: kamienicznikach, fabrykantach,
lichwiarzach. Nic o ludziach, którzy stworzyli teatry, kina, sale
koncertowe, wybudowali najbardziej okazałe pałace i gmachy w mieście.
Nic o szpitalach, ochronkach, gimnazjach. Nic o ogromnej spuściźnie, bez
której Łódź nie byłaby tym miastem, którym jest dziś.
Pytanie, dlaczego tak się stało, zadawałam sobie wielokrotnie.
Oczywiście można wszystko zrzucić na powojenną politykę, na zakłamywanie
historii. Ale to za proste. Dlaczego żydowska Łódź tak słabo przetrwała
w pamięci mieszkańców, dlaczego nigdy nie mówiła o niej moja babcia, też
łodzianka, zakochana w tym mieście? Odpowiedź znalazłam w książce
Waldemara Wolańskiego Ślepy Maks. Historia prawdziwa (jej bohater to
kolejna barwna, żydowska postać, o której miałam mgliste pojęcie).
Dlaczego o słynnym rozbójniku, łódzkim Al Capone, nikt nie mówi, nie
pamięta? Wytłumaczenie zaskoczyło mnie prostotą, ale też celnością:
"Przecież to oczywiste, jego nie ma komu wspominać"1. Myślę,
że to "nie ma komu" dotyczy całej żydowskiej Łodzi. Może więc warto
przypomnieć jej początki?
Wszystko zaczęło się na Starym Rynku. Tam Daniel Lejzerowicz, pierwszy
kamienicznik, w 1794 roku kupił plac i wybudował drewniany dom. W roku
1810 przy rynku mieszkało czternaście rodzin żydowskich. Na początku XIX
wieku wyznawcy religii mojżeszowej mogli osiedlać się gdzie chcieli, ale
głównie wybierali Stary Rynek i okolice: ulicę Wolborską (tam powstała
słynna, pięknie zdobiona synagoga), Drewnowską, północną część
Piotrkowskiej (dziś to ulica Nowomiejska) i Podrzeczną. Sytuacja
zmieniła się w 1821 roku, gdy decyzją Królestwa Kongresowego miasteczko
stało się osadą fabryczną. Rozwinął się tu przemysł włókienniczy, który
zmienił Łódź na zawsze. Powstawał dzięki zaproszonym z Niemiec tkaczom.
Zastrzegli sobie w umowie z wojewodą mazowieckim, że żadnemu Żydowi nie
będzie wolno zamieszkać ani kupować ziemi w nowej osadzie, czyli na
Nowym Mieście. Umocnił to dekret Józefa Zajączka, namiestnika Królestwa
Kongresowego, z 1825 roku. Postanowiono w nim, że Żydzi mogą się
osiedlać tylko w obrębie Starego Miasta, gdzie wydzielono specjalny
rewir. Nie mogli się przenieść w lepszy rejon miasta, chyba że mieli
majątek w wysokości 20 tysięcy złotych nieobciążony długami, umieli
mówić po polsku, rosyjsku lub francusku i nie wyróżniali się ubiorem.
Innym sposobem wydostania się poza dzielnicę było wybudowanie fabryki i posyłanie dzieci do publicznych szkół2.
Około 1820 roku do Łodzi z niedalekich Brzezin przyjechał Samuel
Saltzman, dla tej historii ważna postać. Szybko dorobił się majątku, był
właścicielem kamienic, placów, składów przędzy. Choć bogacz, nie mógł
wynieść się poza rewir, nosił chałat, brodę i był pobożnym chasydem. W znacznym stopniu sfinansował budowę synagogi przy Wolborskiej. Udało mu
się wyprowadzić po czterdziestu latach. W 1862 roku zwrócił się do władz
miejskich o utworzenie nowej ulicy łączącej Średnią (dzisiejsza
Pomorska) z Północną. Ulica dostała nazwę Saltzmana, z czasem
przemianowano ją na Solną. Pod numerem piątym założył chasydzką
szkołę3.
Przy Solnej 12 pierwszego stycznia 1926 roku urodził się Leon Weintraub.
Jednym z jego wczesnych wspomnień są lekcje w tym chederze, dokąd
posyłała go mama, religijna Żydówka.
Na początku lat 30. rodzina Weintraubów przenosi się na ulicę Kamienną
(dziś Włókiennicza). Mieściła się na obrzeżach Nowego Miasta z jego
centralnym Nowym Rynkiem, czyli placem Wolności. Kamienną po żydowsku
nazywano popularnie Czulentgesł - ulica Czulentowa. W jednym z domów
działała piekarnia. W piątek przed szabasem Leon z siostrą zanosili tam
garnek z czulentem, czyli kaszą z mięsem i warzywami, oraz słodki cymes.
Piekarz wstawiał garnek do wygasłego, rozżarzonego pieca. To były
odświętne potrawy na sobotę, kiedy zgodnie z tradycją nie wolno było
gotować.
Przed wojną ulica była uboga, nie miała kanalizacji, ale mieściło się
przy niej kilka bóżnic. Ma ciekawą historię: w XIX wieku pod numerem 11
postawił kamienicę i zamieszkał w niej Hilary Majewski. Przez
dwadzieścia lat pełnił funkcję architekta miasta i jest uważany za
budowniczego Łodzi. Spod jego ręki wyszły między innymi projekty pałacu
Poznańskiego, Grand Hotelu czy pałacu Heinzla.
Na przełomie wieków Łódź była miastem oszałamiających karier i równie
spektakularnych plajt. Rosły w siłę fabrykanckie rody, a łódzka bawełna
była znana i pożądana w całej Europie, a przede wszystkim w Rosji. W 1915 roku częścią Łodzi stały się Bałuty, osada rozwijająca się od
połowy XIX wieku. Co ciekawe, w chwili włączenia liczyła 100 tysięcy
mieszkańców i była największą wsią w Europie. Łodzianie nazwali nową
dzielnicę ściekiem. Nie tylko z powodu braku kanalizacji, ale także
przez mieszkające w niej typy spod ciemnej gwiazdy.
W dwudziestoleciu międzywojennym żydowska Łódź była biedna i głodna.
Przeważali drobni handlarze, sklepikarze, rzemieślnicy, którzy mieszkali
w oficynach kamienic. Próbowali żyć bogobojnie, wychować dzieci i przetrwać. Była też Łódź inteligencka: lekarze, prawnicy, nauczyciele,
którzy tworzyli elitę. Chodzili do żydowskich teatrów, kin, posyłali
dzieci do renomowanych szkół. Miasto rozwijało się artystycznie. Powstał
awangardowy teatr Ararat, a wywodzący się z Łodzi artyści pochodzenia
żydowskiego - Julian Tuwim, Artur Rubinstein, Artur Szyk - odnosili
największe sukcesy4.
We wrześniu 1939 Łódź liczyła około 600 tysięcy mieszkańców, jedna
trzecia to byli Żydzi. I choć po wojnie wiele z budynków pozostało w tak
niezmienionym kształcie, że Andrzej Wajda na dawnej ulicy Kamiennej mógł
kręcić sceny swojego ostatniego filmu, Powidoków, to miasta, o którym
z miłością opowiada Weintraub, nie ma.
*
Panie Leonie...
Mówmy sobie na "ty". W Szwecji wszyscy się tak do siebie zwracają. Nawet
z królem jesteś na "ty".
Zatem Leonie. Umiesz przywołać pierwsze wspomnienie?
Ja to nazywam wczesnymi obrazami. W tych wspomnieniach widzę wyraźnie
mieszkanie przy ulicy Solnej 12: brama, po prawej stronie parę schodków,
wchodzi się do małego przedpokoju, gdzie wisi pluszowa zasłona. Dalej
wejście do pokoju. Tam jest stół i zielona lampa z abażurem ozdobionym
koralikami. Przypomina mi się głos mamy, która mówi wierszyk: "Odin,
dwa, tri, czetyrie, piat´, wyszeł malczik pagulat´...". Łódź znajdowała
się pod zaborem rosyjskim, mama znała ten język.
Po lewej stronie, o ile dobrze sobie przypominam, była kuchnia, pokój
stołowy i łazienka. Za stołowym sypialnia. Tu mam wyraźny obraz. Pokój
był ciemny, miał jedno okno na ulicę. Widzę, jak leżę na szerokim łóżku
rodziców z najmłodszą siostrą Różą. Byłem piątym dzieckiem, miałem
cztery siostry: Lolę, rocznik 1920, Franię, 1921, Malę, 1922, i Różę,
1924. Ja urodziłem się w 1926 roku. Leżymy pod kołdrą i straszymy się
duchami. Pokazujemy je sobie na ścianie, a potem chowamy się z piskiem.
Drugi obraz: jest tuż przed żydowską Wielkanocą, czyli świętem Pesach.
Dostałem paletko, szare, do kolan, z zamszowym kołnierzykiem. Speceruję
odświętnie ubrany i nagle zdaję sobie sprawę, że nie wiem, gdzie jestem.
Wszedłem do sklepu. Chyba znałem nasz adres albo nazwisko, bo po pewnym
czasie przyszła po mnie mama i zabrała do domu.
Skąd pochodziła twoja rodzina?
Ojciec Szmul (Szlomo) przyjechał do Łodzi nielegalnie, w czasie gdy
trzeba było mieć zgodę władz rosyjskich, by zmienić miejsce
zamieszkania. Kiedy badałem losy przodków, znalazłem u rabina w Łodzi w skrzyneczce kartkę z jego nazwiskiem poświadczającą, że należał do tej
gminy. W Łodzi nie był formalnie zameldowany. Urodził się w Ryczywole,
na Mazowszu. Dziadek Lejzer Weintraub pochodził z pobliskiego
Magnuszewa. Pradziadek wędrował, jego dzieci rodziły się w różnych
miasteczkach, ale zawsze w trójkącie Warszawa-Lublin-Radom. Mama Nacha
urodziła się w Dobrej, niedaleko Turku. Jej panieńskie nazwisko brzmiało
Bajrach. Razem z rodziną przyjechała do Łodzi po pierwszej wojnie
światowej.
Czym zajmował się ojciec?
Jak wielu Żydów w tamtym czasie ruszył do miasta szukać pracy. Dostał ją
w fabryce tekstylnej. Co robił, nie mam pojęcia. Wiem na pewno, że miał
wypadek, prawe przedramię dostało się w pas transmisyjny, napędowy,
musieli mu je amputować. To dlatego, gdy oglądałem Ziemię obiecaną
Wajdy, musiałem wyjść na początku filmu, po scenie, kiedy robotnikowi
maszyna urywa rękę. Widok był wstrząsający.
Po wypadku ojciec razem z trzema braćmi założył firmę. Dziś nazwalibyśmy
to recykling, dawniej to byli szmaciarze. Skupowali stare ubrania,
materiały, sortowali je i oddawali do zakładu, gdzie były szarpane na
przędzę. Z tego powstawały nowe towary.
To wywołuje kolejny obraz. Musiałem mieć cztery bądź pięć lat. Jedno z okien mieszkania przy Solnej wychodziło na podwórko, na którym stała
niewielka szopa zbudowana przy murze następnego domu. Widzę przez szpary
w deskach, jak promienie słoneczne wpadają do jej środka. Oświetlają
kobiety sortujące materiały. One wrzucają je do skrzyń, a potem robią
bele, które opasują taśmami z metalu. Ładują to na wóz z platformą
zaprzężony w dwa duże konie. Nazywaliśmy je belgijskie. Powietrze w szopie jest gęste, nieprzejrzyste z powodu pyłu. Do dziś czuję tamto
zdziwienie: "Jak one oddychają?" - nie miały przecież masek ochronnych.
Nie pamiętam ojca. Mój mózg go nie zarejestrował, choć oko w pierwszych
miesiącach życia widziało. Potem wydarzyła się tragedia, o której
dowiedziałem się od sióstr, gdy byliśmy dorośli. Weszły do piwnicy i odkryły, że ojciec się powiesił. Tłumaczę to sobie tak: był tkaczem, nie
miał żyłki do biznesu, nie wychodziło mu z braćmi. Były lata 20.,
światowy kryzys, depresja. Widocznie załamał się, nie dał rady. Jest
pochowany na żydowskim cmentarzu przy ul. Brackiej w Łodzi, Franka po
wojnie znalazła nagrobek ojca.
Dlaczego o niego nie pytałeś?
Ojciec zmarł w czerwcu 1927 roku, gdy miałem półtora roku. Już po tym
wydarzeniu znalazłem pod łóżkiem jego protezę i bawiłem się nią. Ale nie
zastanawiałem się, skąd w domu sztuczna ręka. W ogóle nie rozmawiałem z mamą o ojcu. Pewnie dlatego, że żyłem, jak to dziecko, teraźniejszością.
Nie miałem wyobrażenia o przeszłości, nie myślałem o przyszłości -
przyjmowałem to, co jest. Nigdy tak naprawdę nie miałem taty, więc nie
było za kim tęsknić. Nie rozpamiętywałem jego braku. Czułem się kochany,
w domu panowała ciepła atmosfera. Byłem silnie związany z mamą. Do tego
miałem cztery siostry, które się mną opiekowały. Ale mieć pięć "matek"
nie zawsze było wygodne - kontrolowały mnie.
Zwyczajem żydowskim jest, że bracia zmarłego mają obowiązek zająć się
wdową i jego dziećmi. Bracia ojca, a było ich czterech: wujek Wolf
(Welwu), Joel, Mejlech (zmarł w 1938 roku) i przyrodni Szapsa (babcia
Weintraubowa owdowiała i drugi raz wyszła za mąż za pana Mundlaka),
przedstawiali mamie różnych kandydatów na męża, ale ona zdjęła
tradycyjną, noszoną przez żony perukę i powiedziała szwagrom, że po raz
drugi za mąż nie wyjdzie, bo sama chce się zająć dziećmi. Swój udział w interesie albo przekazała braciom ojca, albo sprzedała. Przez jej
decyzję wujowie się od nas odwrócili. Nie mieliśmy potem bliższego
kontaktu.
Już po wojnie odwiedziłem w Izraelu przyrodniego wujka Szapsa. To był
nabożny Żyd, mieszkał w ortodoksyjnej części Tel Awiwu. Był umierający,
chciał mnie zobaczyć. Nieopatrznie podałem rękę jego żonie, cofnęła
dłoń. To było niezgodne z zasadami religii. Wujek żałował, że bracia
wyrzekli się wdowy, nie pomogli jej, a powinni wziąć pod uwagę, że była
matką dzieci ich brata. Pomyślałem: "Dobrze, że się ocknąłeś, tylko
troszeczkę za późno". Ale to był stary, schorowany człowiek, więc tylko
kiwnąłem głową. Radził, żebym wrócił do Izraela, pobrał się z Żydówką i przekazał nasze nasienie dalej, bo tylu nas zginęło. Sam w Zagładzie
stracił dziesięcioro dzieci, kolejnych nie miał. To był jeden z niewielu
namacalnych kontaktów ze światem ojca.
Jego brak zaważył na twoim życiu?
W rodzinach żydowskich wychowanie religijne jest sprawą głowy rodziny.
Szczególnie, gdy chodzi o wychowanie religijne chłopców. Córki są
traktowane po macoszemu, jeśli coś podłapią, to sprawa matki. Uczy się
je, co to koszerna kuchnia, jak prowadzić dom. Nauka modlitw, języka
Starego Testamentu - to zadanie ojca. U nas go nie było, więc mama, gdy
mieszkaliśmy przy Solnej, posłała mnie do chederu. To szkółka
elementarna dla chłopców w wieku od trzech do siedmiu lat. Była taka
naprzeciwko naszego domu, pod numerem piątym, na pierwszym piętrze.
Miałem najwyżej cztery lata, kiedy tam trafiłem.
Wiąże się z tym kolejne wspomnienie. Widzę mały pokój, ławeczki, z przodu stoi starszy Żyd z siwą brodą i coś mruczy pod nosem w niezrozumiałym dla mnie języku. W klasie było 25-30 chłopaczków. Każe
nam powtarzać każde zdanie, żebyśmy umieli na pamięć i na żydowskim
modlitewniku sidur pokazuje hebrajskie litery. Nie rozumiałem nic, bo
nie tłumaczył na żaden ludzki język. We wczesnym dzieciństwie moim
językiem porozumiewania był jidysz. Tak mówiłem z mamą i siostrami,
polskiego nie znałem, nie miałem kontaktu z nikim poza żydowskimi
sąsiadami. Nauczyłem się, kiedy poszedłem do szkoły podstawowej.
Kiedy przeprowadziliśmy się na Kamienną 2, dzisiejszą Włókienniczą,
powiedziałem matce, że nie chcę chodzić do chederu, bo nic nie rozumiem.
I ona zrezygnowała z mojej edukacji religijnej. Miała dosyć kłopotów i wydatków, żeby nalegać. Całą energię poświęcała nam. Utrzymanie
pięciorga dzieci przez samotną kobietę na początku lat 30. było trudne.
Ja nawet nie przeszedłem bar micwy. W żydowskich rodzinach odbywa się
ona, gdy chłopiec kończy trzynaście lat. Zostaje przyjęty do gminy i staje się odpowiedzialny za swoje grzechy przed Bogiem. Skończyłem
trzynaście lat 1 stycznia 1939 roku, ale bar micwy nie miałem - chyba
dlatego, że mamie brakowało pieniędzy na rabina i przyjęcie. Zresztą i tak nie przyjęliby mnie do gminy. Nie umiałem się modlić po hebrajsku,
nie potrafiłem przeczytać kilku wersów z Tory, co jest obowiązkiem.
Przy Kamiennej, po nieparzystej stronie, znajdowała się bóżnica
chasydów. Ich wiara jest radosna: tańczyli i śpiewali, żegnając szabat i witając nowy tydzień. Wkradałem się tam w każdy sobotni wieczór. Mieli
zwyczaj, że pili mały kieliszek bromfen, czyli sznapsu. W bóżnicy
stała też wielka micha z żółtym grochem posypanym solą i pieprzem. Kiedy
chasydzi byli zajęci, napychałem kieszenie grochem i czmychałem. To był
jeden z niewielu moich kontaktów z judaizmem.
Mama nie była religijna?
Była, ale nie skrajnie, nie fanatycznie. Utrzymywała kuchnię koszerną,
nigdy nie mieszała mięsa z mlekiem, obchodziła szabat i inne święta. Na
Pesach potrzebny był specjalny zestaw naczyń. Nie mógł mieć kontaktu z chlebem - na pamiątkę wędrówki Żydów przez pustynię, kiedy nie było
chleba i musieli jeść macę z wody i mąki wypalaną na słońcu. Byliśmy
biedni, nie było nas stać na osobną zastawę. Przed Pesach przychodził na
podwórze mężczyzna, który rozpalał ogień, stawiał wielki kocioł i gotował wodę. Zanurzał w niej nasze talerze i sztućce. To się nazywało
koszerowanie, w ten sposób naczynia stawały się czyste. Pamiętam
wyraźnie, że mama obchodziła także święto Purim. Ale my, dzieci, nie za
bardzo się jej słuchaliśmy.
Lola miała lewicowe poglądy. W wieku czternastu lat poszła do pracy w fabryce pończoch przy ulicy Sienkiewicza. A moja szkoła była róg
Narutowicza i Kilińskiego, potem przeniosła się na Kilińskiego 63. Rano
wychodziliśmy z domu we dwoje, szliśmy razem parę ulic. Kiedy
przechodziliśmy koło rzeźnika, zerkaliśmy na siebie. A potem
wchodziliśmy i Lola kupowała mi niekoszerną bułeczkę z szynką za jakieś
piętnaście groszy - do dziś czuję jej smak - i mówiła: "Tylko nie mów
mamie". Lepszej szynki w życiu nie jadłem.
Tradycyjne żydowskie życie poznałem, kiedy spędzałem wakacje u cioci
Hadasy Łęczyckiej, siostry mamy, w Warcie nad Wartą. Mój najstarszy syn
Michał podarował mi niedawno na urodziny trzy tomy Historii i literatury żydowskiej Mejera Bałabana. Każda strona jest jak kryminał!
Nie ma jednej bez prześladowań, pogromów, morderstw. W mojej grupie
etnicznej niesamowite jest to, że pomimo trudnej przeszłości, nawet
niewielkim grupom Żydów udawało się odtworzyć społeczność, kolejną
gminę, pokolenie, kontynuujące tradycję. U cioci Hadasy czułem tę
ciągłość. Jej rodzina postępowała zgodnie z zasadami. Ich życie wydawało
mi się spokojne, codziennie oddawało się wdzięczność Bogu za to, że się
żyje. Choć jak na dzisiejsze realia byli niewyobrażalnie biedni.
Mówisz o tych czasach z czułością.
Doskonale pamiętam podróże do Warty. Mama wsadzała mnie do autobusu.
Zapach spalin, trochę brudne okna i słońce, które przez nie wpadało - to
była przygoda! Jechałem sam, a miałem około dziesięciu, góra dwunastu
lat. O takich żydowskich miasteczkach jak Warta mówiło się sztetl, pod
Łodzią było ich kilkadziesiąt. Ciocia i jej mąż, wujek Hemie, mieli
domeczek przy ulicy Klasztornej 6, która odchodziła od rynku. Po lewej
stronie, naprzeciwko, był okazały klasztor Benedyktynów. Podziwiałem
imponujące chełmy wież i czułem respekt przed wrogą wobec mnie religią.
Chałupka Łęczyckich była skromna: wejście z ulicy, korytarzyk, na lewo
drzwi do pokoju rodziców, tam drewniana podłoga, na środku stół, po
prawej stronie szafa, po lewej łóżko i okno na ulicę. Dalej wejście do
drugiego pomieszczenia, gdzie było tylko gliniane klepisko, kuchnia,
wyjście na podwórze. Tam znajdowała się stajnia, w której wujek trzymał
dwa konie. Miał wóz jak na Dzikim Zachodzie, z półokrągłym dachem.
Zbierał zamówienia od sklepikarzy na rynku w Warcie i jechał do Łodzi.
Spał, konie znały drogę i szły same. Dwa razy mu towarzyszyłem,
siedziałem na koźle. Ciocia Hadasa w dni targowe rozkładała stragan.
Całe miasteczko żyło targiem i cieszyło się, że żydowscy mieszkańcy,
których było więcej niż połowa, dostarczali rolnikom i chłopom wszystko,
czego potrzebowali. To był handel wymienny, nie było dużego obrotu
gotówkowego. Ciocia sprzedawała chyba tkaniny.
Łęczyccy mieli dziesięcioro dzieci. Jeden z synów, Icchak, wyemigrował w 1936 roku do Palestyny, żeby się uczyć rolnictwa. Kolejny, Leon, był w wojsku, nie pamiętam go z czasów, gdy spędzałem wakacje w Warcie,
dopiero z getta. Gabryś był niski, miał 150 centymetrów wzrostu,
zajmował się końmi. Byli jeszcze Michał i najmłodszy Heniek, tylko dwa
lata starszy ode mnie, więc miałem z nim najlepszą komitywę. Było też
pięć dziewczyn: Minia, najstarsza, oraz Chana i Hinda, obie trochę
upośledzone umysłowo, no i dwie piękności - Fajgele i Ruchcia. Widzę te
twarze przed sobą.
My, dzieci, spaliśmy pokotem na stryszku, na który wchodziło się po
drabince. Wprost na sianie, nie było nawet prześcieradeł. Na co dzień
jedliśmy chleb posypany cukrem. Ale piątek, czyli szabas, był dniem
świętym. Najpierw odbywała się kąpiel rytualna w mykwie, po której
zakładaliśmy czystą odzież. Potem uczta: dostawaliśmy rosół i rybę. Po
kolacji ja, wujek - dokładnie pamiętam, że miał brodę, nosił też typowe
żydowskie ubranie: chałat i czapeczkę z małym daszkiem - oraz kuzyni
szliśmy do bóżnicy. Ja mamrotałem coś pod nosem, bo przecież nie znałem
modlitw.
Pamiętasz, jak spędzałeś czas w Warcie?
Brat wujka miał tartak przy wylocie na Łódź. Bawiliśmy się tam na
sosnowych, świeżo heblowanych deskach. Ależ one pachniały! Czytaliśmy
Ferenca Molnára Chłopców z placu Broni i płakaliśmy nad losem
Nemeczka. W tartaku towarzyszył mi kuzyn Heniek.
Gabryś, starszy od nas, zajmował się końmi. Czasem prowadziliśmy je w trójkę do wodopoju, do rzeki Warty, żeby je wyczyścić. Jechaliśmy na
oklep, nie mieliśmy siodeł. Pamiętam, że chłopaki z miasteczka rzucały w nas kamieniami, chcieli spłoszyć konie, a nas przegonić. Kurczowo
trzymaliśmy się grzyw, próbując nie spaść. To był jeden z niewielu
momentów na tym etapie życia, kiedy odczułem swoją inność. Zrozumiałem,
że jestem obcy. Ale i tak wakacyjny czas wspominam jako idyllę. W Łodzi
było trudniej.
Jak mama po śmierci ojca i bez pomocy szwagrów utrzymywała rodzinę?
Założyła pralnię, choć to za duże słowo. Wprowadziliśmy się do narożnego
domu przy ulicy Kamiennej, róg Wschodniej. To o tej ulicy pisała
Agnieszka Osiecka w piosence Kochankowie z ulicy Kamiennej. Na jej
pamiątkę w oknie naszego mieszkania wmurowano w 2004 roku płaskorzeźbę.
Wejście do nas było wprost z ulicy. Zaraz za drzwiami stał stół do
przyjęcia towaru, po prawej stronie półki na upraną bieliznę, dalej dwa
przepierzenia, za nimi stoły: do maglowania i prasowania żelazkiem na
węgiel drzewny. Wieczorem stoły stawały się łóżkami dla sióstr. Za
częścią "służbową" było wejście do drugiego pomieszczenia, tam na
suficie umocowano drążki do suszenia upranych rzeczy. Był też kredens
kuchenny i dwa łóżka - dla mnie i dla mamy. Tuż przed wyjściem na
zewnątrz stało palenisko i kocioł do gotowania białej bielizny. To było
całe nasze lokum: miejsce pracy i życia dla sześciu osób. Toaleta
mieściła się na podwórku. Kiedy szliśmy tam przed zaśnięciem, siostry
brały świeczkę. Baliśmy się szczurów, które grasowały w ubikacji.
Dotąd, kiedy pomyślę o Kamiennej, robi mi się żal moich sióstr. W 1939
najstarsza miała lat dziewiętnaście, kolejne osiemnaście, siedemnaście i piętnaście - to były kobiety. Jak mogły żyć w tych warunkach? Próbuję
sobie wyobrazić i to jest trudne. Mieliśmy balię, w której po kolei się
myliśmy. Służyła też za warsztat pracy. W ciągu dnia się w niej prało. W tych warunkach nie było mowy, żeby siostry miały życie prywatne. Ja też
nigdy nie zaprosiłem do domu kolegi.
Na Kamiennej po parzystej stronie chyba raz w tygodniu rozkładano
stragany. Nie było kanalizacji, tylko rynsztoki, w których zbierała się
gęsta, cuchnąca maź. My, chłopaki, dzieliliśmy rynsztok, każdy dostawał
z dwa metry i grzebaliśmy palcami, bo niekiedy ludzie gubili pieniądze.
Potem ręce śmierdziały okropnie, ale jak się znalazło pięć groszy, nie
mówiąc o dziesięciu, to było niewyobrażone szczęście. Mogliśmy sobie
kupić kilka cukierków.
Jacyś przyjaciele?
Bliski kumpel Nachme mieszkał w tym samym domu, na stryszku. Był może z rok starszy. We dwóch postanowiliśmy przeżyć przygodę. Powiedziałem
mamie, że jestem zaproszony za miasto, więc dała mi parę groszy.
Wyruszyliśmy w nieznane. Prawdopodobnie wylądowaliśmy w parku Helenów,
zwanym Helenówkiem. Zrobił się wieczór. Myśleliśmy, że wśród wysokich
drzew będzie zimno, za to w krzakach cieplej. Okazało się, że odwrotnie.
Korony drzew zatrzymywały nagrzane powietrze, a w krzakach szybko się
wychłodziło. Nachme był w długich spodniach, ja w krótkich. Było tak
lodowato, że aby się ogrzać, wlazłem w jego spodnie. Spaliśmy razem.
Nazajutrz wróciliśmy do domu, byliśmy głodni, a co gorsza nic się
podczas naszej wyprawy ciekawego nie działo.
Skąd skłonność do przygód?
Z filmów. Moją największą namiętnością było w tym czasie kino. Przed
wojną istniały w Łodzi dwa ich rodzaje. Pierwszy to kino non stop, gdzie
można było wejść i wyjść, kiedy się chciało. Gdy się tam dostałem,
przesiadywałem przez kilka seansów, a mama ręce załamywała: "Gdzie się
ten chłopak podziewa?". Drugi typ to były kina repertuarowe, takie jak
dziś. Tylko jak się dostać do kina bez pieniędzy? Znalazłem sposób.
Odkryłem, że rodzice, płacąc za dwa bilety, mogą zabrać ze sobą dziecko
za darmo. Na początku prosiłem ludzi: "Zabierzcie mnie, zabierzcie".
Często odpędzali. Szybko się nauczyłem, że nie ma co szukać par w średnim wieku - przegonią. Młodzi, zakochani, zapatrzeni w siebie, to co
innego. Nie zwracali uwagi na dzieciaka. Przeszkodą był bileter (mówiło
się "bileciarz", to z gwary łódzkiej; może takie określenie wróci?).
Kiedy kolejnym razem zobaczył mnie, krzyczał: "Uciekaj, szczeniaku, masz
za dużo rodziców". Wtedy przenosiłem się do innego kina w mojej okolicy.
Głównie chodziłem do kina Czary na rogu Cegielnianej, obecnie Jaracza i Piotrkowskiej.
Tylko raz czy dwa wybrałem się na Chojny do kina Słońce. To było dziwne
miejsce, siedziało się tuż przed ekranem, na podwyższeniu, i zadzierało
głowę, potem bolał kark. Ale było tanie, kosztowało koło dziesięciu
groszy. Na Chojnach też obrzucili mnie kamieniami - usłyszałem:
"Uciekaj, Żydku, nie masz tu czego szukać".
Waldemar Wolański, Ślepy Maks. Historia prawdziwa, Łódź 2014, s. 38. [wróć]
Joanna Podolska, Spacerownik, Łódź żydowska, Łódź 2009, s. 14. [wróć]
Ibidem, s. 17. [wróć]
Ibidem, s. 74. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki