Pojednanie - Stanisław Przybyszewski

Kup ebooka

7.49 zł
6.14 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Mimo śmiertelne znużenie, a może właśnie wskutek niego, Nieczuja nie mógł zasnąć.

Przez pięć godzin szturmował nieprzyjaciel pozycyę, którą według rozkazu głównego sztabu oddział trzystu ludzi miał za wszelką cenę utrzymać. Na wysokiem wzgórzu stały ruiny starego zamku - jedna baszta jeszcze w doskonałym stanie - jeden mur na jakie sto kroków z jednej strony przylegający, jeszcze jako tako zachowany - z drugiej stroma ściana, na kilka metrów gruba, warowna, ale już silnie zniszczona: to forteca komendanta Ponikły, którą miał z swoją garścią ludzi przeciwko przemożnemu nieprzyjacielowi utrzymać. Poniżej z tyłu pozostały jeszcze szczątki murów dawnych obwarowań - teraz służyły za kryjówkę dla trenu i za plac do opatrunku dla lżej rannych, bo, aby módz ciężko rannych wywlec z pod gradu kul nieprzyjacielskich, które przez pięć godzin ulewą oberwały się nad placem boju, o tem nawet marzyć nie było można. Całe wzgórza zasiane były trupami - wyścielony nimi był wąwóz głęboko w dole, a stroma ściana przeciwległego wzgórza, na którem teraz spoczywała śmiercionośna baterya nieprzyjacielska, służyła dziesiątkom za rozkoszne podścielisko do wiecznego snu. W dawniejszym podworcu zamkowym, który się widocznie wskutek zapadnięcia piwnic tak głęboko osunął, że stojący w dole zaledwie głową fundamentu murów mógł dosięgnąć, spoczywał pokotem po krwawym znoju bohaterski batalion młodego żołnierza, który zdołał w niwecz obrócić wściekłe zakusy nieprzyjaciela, by tą nędzną ruderę zdobyć. Niebo było wygwieżdżone bez jednej chmurki. Co chwilę tylko przelewały się ogromnemi strugami lejącego się roztopu złota, ciche błyskawice, wieszczące upalny czas i nowy, krwawszy jeszcze znój. Dziwnie tajemnicze i dziwnie przerażające były te ogniste szerokie strumienie błyskawic, które co chwila ciemny, nieprawdopodobnie uroczyście wygwieżdżony firmament rozrywały. Jak kto dopadł w nieludzkiem przemęczeniu na ziemi, gdy już bój ustał, tak spoczął. Jeden wywrócony w znak, inny jakby się chciał sam w siebie wwinąć, tam znowu leżał ktoś krzyżem, jakby straszną pokutę miał odbywać, innemu zasię zwisał z ust ledwo co zapalony papieros - byli i tacy, którzy już sił nie mieli ani munduru rozpiąć, ani szabli odpasać, ci zaś objęli karabiny, gdyby najsłodszą kochankę, a i tacy, którzy, zmożeni snem nie zdążyli się wyciągnąć - siedzieli w kabłąk, z głową między kolana wtuloną. Jeden tylko Nieczuja usnąć nie mógł. Czuł takie straszliwe napięcie nerwów, iż zdawało mu się, iż się przez skórę przedarły i teraz nagle z szeroko rozwartemi usty wsysają w siebie wszechświat cały: tajemnice roztopów błyskawic, które się poprzez ciche, śpiące niebo przelewały, tajemnice milczenia wąwozu i kotliny tam w dole i przyczajonej grozy przeciwległego nieprzyjacielskiego wzgórza z jego chytrą, podstępną, straszniejszych jeszcze zniszczeń przeobfitą chucią! Wszystko spało naokoło. Tylko raz po raz doleciało go jakieś rzężenie konających, chrapanie przemęczonych, szelesty bacznych, cichych wartowników, ale to mu się pewno tylko zdawało... Zbyt przywykł do codziennego rozgiełku, krzyku, wrzasku, by był w tej świętej chwili w stanie objąć ogrom tego strasznego milczenia, które nad tem krwawem polem zaległo. Snać był niegodzien tej wielkiej uroczystej chwili, którą dano mu było odczuć przed paru godzinami zaledwie, gdy mu komendant oddał lunetę i pobiegł rozdawać rozkazy. Wtedy zaległa cisza Podniesienia w jego duszy mimo piekielnego rozgiełku bitwy, wrzasku armat, zaciekłej ziapaniny karabinów maszynowych, ogłuszającego wycia granatów. Teraz spodziewał się, że po każdej błyskawicy nastąpi ogłuszający grzmot, że najdrobniejszy szelest: to wszystko miażdżący, nowy atak nieprzyjaciela, że przemęczone chrapanie towarzysza, to szatański ryk szrapnela, rozdzierający powietrze. Zawstydził się i głębiej jeszcze zapatrzył się w niebo, rozorywane bezustannie potokami ognia i uroczyściej jeszcze wpatrzył się w straszliwą tajemnicę Jutra, która go znowu całem piekłem nowych męczarń straszyć poczęła. Nie! nie! Miał to wrażenie, że udało mu się znowu pochwycić korzeń rozwichrzonych nerwów, szalejących w dzikich poświstach na wszystkie strony, jakby się rozbiedz chciały, gdyby tabun rozszalałych koni przed huraganem ognia palącego się stepu - tak! jak jeszcze przed paru godzinami... Och! jak to było?! Stał obok Ponikły, który z spokojem przecierał zamglone szkła swojej lunety. Rozległ się piekielny grzmot. Granat wyrwał na samym wierzchu kawał muru z baszty: sypnęła się chmura na proch zdruzgotanych cegieł - jakiś żołnierz obok jęknął: jedna cała cegła zwaliła mu się na grzbiet - to nic! to nic! bełkotał, uśmiechnął się blado i runął na ziemię. - Muszę pójść na lewe skrzydło - Pan tymczasem pilnie obserwuj każdy ruch nieprzyjaciela... W tej samej chwili wściekły ryk granatu... Zrobił nowy wyłom w murze - w szerokim łuku rozsypały się wokół poprzez do ziemi przykucniętych żołnierzy gruz i cegły... - Kiepsko celują, mruknął Ponikło i poszedł dalej - radzę Panu przykucnąć, powiedział jeszcze - Pan stojący, zbyt dobrym celem. Nie posłuchał rady... Nie myślał o niebezpieczeństwie - stał i patrzył, bo była weń wstąpiła jakaś wielka, święta, bezbrzeżna cisza... Ogarnął okiem cały horyzont - wązką dolinę w dole, zwolna wspinające się wzgórza naprzeciw - cały ten teren lekko pofałdowany, tu i ówdzie stroma ściana, stercząca nad wygiętą linią grzbietu - a kiedy tak patrzył i patrzył, kiedy widział mnóstwo wznak wywróconych trupów, zwalonych bagnetem z wzgórza w dół, innych w krzyż rozłożonych, jakby w świętą ziemię się wgrzebywali, innych zasię wkulonych w siebie gdyby jeże, gdy się na nie nastąpi - kiedy ujrzał, jak się z zbitego stosowiska trupów, splątanych, zda się, w jedno potworne cielsko, wyczołgiwał raz po raz człowiek-pokraka, który w worku swej poszarpanej poharatanej skóry dźwigał z ciężkim trudem porwane mięśnie, potrzaskane kości - gdy tak patrzył na te gęsto trupami zasiane wzwyża i kotlinę, nad którą się wspinały, stało się w nim coś niepojętego... Patrzył spokojnie - bez najmniejszego wzruszenia - jakby patrzył na rój walczących z sobą mrówek - patrzył obojętnie na to piekielne żniwo ludzkiej zaciekłości i nieludzkiego gniewu i tytanicznych, rozpasanych szałów, rozjuszonych zmagań się - wygasło w nim doszczętnie uczucie jakiegoś osobistego niebezpieczeństwa i nic nie pozostało w jego duszy, jak tylko uczucie bezgranicznego zdziwienia... A - a... a! Więc to jest życie ludzkie - jego cel i Przeznaczenie?! Przedarł się poza front, kładący się pokosem pod celnym gradem kul swoich towarzyszy i spojrzał za kulisy, odgraniczające życie jednostki od śmierci jego. Było, jakby to wszystko, co wokół niego się rozgrywało, wcale nie On widział - On! śmieszne, że sobie w tej chwili swoje nazwisko przypomnąć musiał - on Nieczuja: jego własne Ja zapadło się w bezdennej czeluści czegoś, co całkiem do niego nie przynależało - co obejmowało, schłaniało ich wszystkich tu razem - ten mały na zagładę wydany batalion - nie! głupstwo! całe regimenty, całe dywizye, naród cały.... Tu nie stała jednostka przeciw jednostce - to były dwie przepotężne wole dwóch narodów, które w tytanicznych zapasach się z sobą zmagały, dwie wole, które, co najszlachetniejszego tu i tam w narodzie żyło, do życia w tej zaciekłej walce powoływały... - Schyl Pan łeb do stu piorunów, wszystkie kule na pana lecą! słyszał jakiś pioronujący głos za sobą. Przykucnął, pomacał się: kula kawałek ucha mu oderwała. - Daj Pan lunetę - towarzysz Pana opatrzy... Machnął ręką, ale rozkazu nie posłuchał: całą duszę wepchnął teraz w szkła lunety - wytężył w trójnasób siłę swego wzroku. Tam w dole coś zdumiewającego się działo! Linia nieprzyjaciela się wygięła - tu i ówdzie powstawały luki, ale w tej chwili wypełniane zostawały. Nieprzyjaciel zasypywał nędzną forteczkę ulewą kul, a gdzie tylko atak jął słabnąć, pojawiał się kapitan na czarnym, dzikim ogierze, wywijał szablą, zagrzewał szeregi, pędził je naprzód, objeżdżał je z tyłu i z boku: był wolą i duszą tych wszystkich, którzy się darli pod górę, by garstce obrońców krwawe wesele sprawić. Nieczuja zapalił się tym widokiem: toż to właśnie, że jednostka zdołała się wywlec z ciasnej nory egoistycznych pragnień, użycia, dostatku, lęku przed śmiercią, że zdoła zapomnieć o życiu, jego rozkoszach, cierpieniach, ponętach, że zrywa więzy, pętające ją z rodziną, dziećmi, żoną, kochanką, że wzmogła się na największe poświęcenie, do jakiego człowiek dorość może: wyzbycie się swej odrębnej osobowości i zlania się w oceanie jednego jedynego Ja, jakie naród stanowi, znaczy każdego z nas znamieniem najwyższego człowieczeństwa.... - Godzien jesteś mej kuli! Wyrwał karabin obok przykucniętemu żołnierzowi - ułożył obok siebie starannie lunetę, wymierzył: stał się jednem wytężonem okiem, a raczej zrósł się z karabinem, tak, że martwa lufa ożyła i stała się żywym organem. I z tego zapalczywego lufy-oka padł jeden strzał po drugim. Czarny ogier stanął dęba, zawierzgał przedniemi kopytami w górze - zwalił się na ziemię... z pod jego cielska wyszarpywał się z piekielnej uwięzi kapitan - podrzucał się w nadludzkim wysiłku z pod konia, ale w tej samej chwili głowa jego, trafiona drugą kulą Nieczui zwisła - z obezwładniętych rąk wypadła szpada - żołnierze rzucili się martwemu kapitanowi na pomoc: jeden targał daremnie konia za uździenicę - dwóch starało się wyciągnąć obezwładniałe ciało kapitana z pod ciężaru zdychającego bachmata. Nieczuja oddał karabin żołnierzowi. - Teraz masz dobry cel - powiedział i przyłożył lunetę do oczu. Przez ostre szkła widział onego srogiego kapitana, wolę i duszę szeregów, które pędził w świętem zaparciu się siebie pod górę, by dokonać wolę świętego Zakonu, który ludziom nawzajem wymordowywać się każe... Uśmiechnął się. Jutro za Tobą podążę - może dziś jeszcze... Czem Ty? Czem Ja?! Jedną, jedyną, mikroskopijnie maleńką komórką w tem olbrzymiem, szlachetnem ciele Narodu, do którego przynależał - czemże śmierć jego, czemże moja? Niewidzialnym, niedostrzegalnym zanikiem maluteńkiej komórki, którą jeszcze, zaczem zniknąć zdołała - już świeższa i żywotniejsza zastępuje.... Czemże krew wszystka jego, która teraz w gwałtownych pulsach gorączki przelewa się przez jego ciało i wstrząsa nim bezustannymi dreszczami? Przecież niczem więcej, jak tylko jednem mikroskopijnem ciałkiem w krwi całego narodu - i cóż z tego, jeżeli w kwintilionach miliardów ciałek tej krwi to jedno zaniknie? - Pal! A szczędź naboje! - rzekł do młodego żołnierza, który obok klęczał i przypatrywał się bitwie jakby w jakiemś upojonem wniebowzięciu. - Pal! Czego czekasz?! Chłopak ocknął się i jakby się nagle w kogoś innego przedzierzgnął: Twarz mu skamieniała, nabrała zimnego, krwiożerczego wyrazu. Mierzył spokojnie, jak gdyby nadziewał nitkę w uszko igły i w garść ludzi, którzy w heroicznym wysiłku pragnęli wydźwignąć swego kapitana z piekła bitwy, szła jedna linia po drugiej, niezmordowana, druzgocąca z lufy karabinu już nie człowieka, ale precezyjnego automatu. Już jeden zwalił się na twarz i zakrył sobą martwe ciało ubiegłej duszy szturmujących, drugi padł wznak, stoczył się z pochyłości w dół i zawisł, gdyby łachman na wystającym krzaku - trzeci puścił nagle uździenice, któremi napróżno tarmosił krwią żygającego bachmata, ugiął się w kolanach, rozczapierzył ramiona, załopotał nimi w powietrzu i zwalił się twarzą na krwią obroczoną szyję konia. - Doskonale! - pochwalił Nieczuja. Chłopakowi rozpromieniła się twarz w rozłunionem uniesieniu zapomniał teraz o całym świecie: jego oko rosło, potężniało, potrzebowało szerszego widnokręgu - wyprostował się nagle: ot! teraz tam, gdzie oficerska szabla stalą w górę błysnęła: to oficer, który po poległym kapitanie objął dowództwo - tam! tam! Wspiął się na palcach, zmierzył i w tej samej chwili zniknęła szabla, okręciło się w górze wokół siebie ciało oficera i padło bezwładnie na ziemię. - W samą wątrobę - zaśmiał się chłopak. - Schowaj łeb - ryknął Nieczuja i w tej samej chwili świsnęła kula, zerwała mu kaszkiet z głowy, poczuł jakieś gorąco wzdłuż ramienia - padł na ziemię instynktownie i wraz zwalił się obok niego martwą kłodą młody chłopak. - Dziś jeszcze będziesz w raju - szepnął Nieczuja - może zemną razem... I tak w gorączkowej wizyi, stokroć potężniejszej i rzeczywistszej od wszelakiej istotnej rzeczywistości, przeżywał Nieczuja każdy moment morderczej walki, setki poruszeń, które się na jawie w jeden ruch zlewały, rozczłonkowywały się teraz w chorym jego mózgu na pojedyńcze, dla siebie istniejące momenty, myśli, które błyskawicznym, zaledwie świadomością dające się uchwycić, pędem podczas walki w mózgu jego się wichrzyły, nabierały teraz przerażającej wypukłości, kojarzyły się w szerokie, patetyczne okresy i coraz szerszymi kręgami i coraz wolniej i faliściej rozlewały się naokoło tego pytania: czem w całym tym niepojętym zamęcie, tej piekielnej burzy, która zdawała się ziemię z posad wyrywać i fundamentem niebios trząść - czem jego śmieszne, głupie Ja!? Czemże wola jego? Przecież niczem więcej, jak tylko jednym atomem w przeolbrzymiej masie gazu, której za ciasno w kotle, w jaki wtłoczona została i nagle w gniewnem napięciu ściany jego rozwala? A byt cały jego? Chyba niczem więcej, jak cieniuteńką niewidzialną niteczką w olbrzymiej masie mięśni tego potężnego cielska, które w dzikim gniewie wściekłemi pięściami broni swych świętych praw! Uroczyściał i pokorniał tem przeświadczeniem maluczkości swego Ja. Śmiesznym i ordynarnym wydał mu się lęk przed śmiercią, lęk niedostrzegalnej komórki, jednego mikroskopijnego ciałka krwi, chimerycznego atomu w olbrzymiej kolumnie gazu, niewidzialnej niteczki w potężnym mięśniu, miażdżącym miliony wrogów - jakoż śmiesznem, głupiem i ordynarnem wydało mu się przerażenie i groza, z jaką on marny jakiś leukocyt rzucał się na obce ciało, które się dostało w organizm do jakiego przynależał - rzucić się musiał... przeraźliwą śmiesznością wydał mu się wstręt i obrzydzenie, że niszczy i morduje i pochłania obce, dla jego organizmu szkodliwe komórki i ciałka, że pomaga rozwalać ściany zbyt ciasnego kotła... Jakie to głupie!

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.