Mimo śmiertelne znużenie, a
może właśnie wskutek niego, Nieczuja nie mógł zasnąć.
Przez pięć godzin szturmował nieprzyjaciel pozycyę, którą
według rozkazu głównego sztabu oddział trzystu ludzi miał za
wszelką cenę utrzymać.
Na wysokiem wzgórzu stały ruiny starego zamku - jedna baszta
jeszcze w doskonałym stanie - jeden mur na jakie sto kroków z
jednej strony przylegający, jeszcze jako tako zachowany - z drugiej
stroma ściana, na kilka metrów gruba, warowna, ale już silnie
zniszczona: to forteca komendanta Ponikły, którą miał z swoją
garścią ludzi przeciwko przemożnemu nieprzyjacielowi utrzymać.
Poniżej z tyłu pozostały jeszcze szczątki murów dawnych
obwarowań - teraz służyły za kryjówkę dla trenu i za plac do
opatrunku dla lżej rannych, bo, aby módz ciężko rannych wywlec z
pod gradu kul nieprzyjacielskich, które przez pięć godzin ulewą
oberwały się nad placem boju, o tem nawet marzyć nie było można.
Całe wzgórza zasiane były trupami - wyścielony nimi był
wąwóz głęboko w dole, a stroma ściana przeciwległego wzgórza, na
którem teraz spoczywała śmiercionośna baterya nieprzyjacielska,
służyła dziesiątkom za rozkoszne podścielisko do wiecznego snu.
W dawniejszym podworcu zamkowym, który się widocznie wskutek
zapadnięcia piwnic tak głęboko osunął, że stojący w dole zaledwie
głową fundamentu murów mógł dosięgnąć, spoczywał pokotem po krwawym
znoju bohaterski batalion młodego żołnierza, który zdołał w niwecz
obrócić wściekłe zakusy nieprzyjaciela, by tą nędzną ruderę zdobyć.
Niebo było wygwieżdżone bez jednej chmurki. Co chwilę tylko
przelewały się ogromnemi strugami lejącego się roztopu złota, ciche
błyskawice, wieszczące upalny czas i nowy, krwawszy jeszcze znój.
Dziwnie tajemnicze i dziwnie przerażające były te ogniste
szerokie strumienie błyskawic, które co chwila ciemny,
nieprawdopodobnie uroczyście wygwieżdżony firmament rozrywały.
Jak kto dopadł w nieludzkiem przemęczeniu na ziemi, gdy już
bój ustał, tak spoczął.
Jeden wywrócony w znak, inny jakby się chciał sam w siebie
wwinąć, tam znowu leżał ktoś krzyżem, jakby straszną pokutę miał
odbywać, innemu zasię zwisał z ust ledwo co zapalony papieros -
byli i tacy, którzy już sił nie mieli ani munduru rozpiąć, ani
szabli odpasać, ci zaś objęli karabiny, gdyby najsłodszą kochankę,
a i tacy, którzy, zmożeni snem nie zdążyli się wyciągnąć -
siedzieli w kabłąk, z głową między kolana wtuloną.
Jeden tylko Nieczuja usnąć nie mógł.
Czuł takie straszliwe napięcie nerwów, iż zdawało mu się, iż
się przez skórę przedarły i teraz nagle z szeroko rozwartemi usty
wsysają w siebie wszechświat cały: tajemnice roztopów błyskawic,
które się poprzez ciche, śpiące niebo przelewały, tajemnice
milczenia wąwozu i kotliny tam w dole i przyczajonej grozy
przeciwległego nieprzyjacielskiego wzgórza z jego chytrą,
podstępną, straszniejszych jeszcze zniszczeń przeobfitą chucią!
Wszystko spało naokoło. Tylko raz po raz doleciało go jakieś
rzężenie konających, chrapanie przemęczonych, szelesty bacznych,
cichych wartowników, ale to mu się pewno tylko zdawało...
Zbyt przywykł do codziennego rozgiełku, krzyku, wrzasku, by
był w tej świętej chwili w stanie objąć ogrom tego strasznego
milczenia, które nad tem krwawem polem zaległo.
Snać był niegodzien tej wielkiej uroczystej chwili, którą
dano mu było odczuć przed paru godzinami zaledwie, gdy mu komendant
oddał lunetę i pobiegł rozdawać rozkazy.
Wtedy zaległa cisza Podniesienia w jego duszy mimo
piekielnego rozgiełku bitwy, wrzasku armat, zaciekłej ziapaniny
karabinów maszynowych, ogłuszającego wycia granatów.
Teraz spodziewał się, że po każdej błyskawicy nastąpi
ogłuszający grzmot, że najdrobniejszy szelest: to wszystko
miażdżący, nowy atak nieprzyjaciela, że przemęczone chrapanie
towarzysza, to szatański ryk szrapnela, rozdzierający powietrze.
Zawstydził się i głębiej jeszcze zapatrzył się w niebo,
rozorywane bezustannie potokami ognia i uroczyściej jeszcze
wpatrzył się w straszliwą tajemnicę Jutra, która go znowu całem
piekłem nowych męczarń straszyć poczęła.
Nie! nie! Miał to wrażenie, że udało mu się znowu pochwycić
korzeń rozwichrzonych nerwów, szalejących w dzikich poświstach na
wszystkie strony, jakby się rozbiedz chciały, gdyby tabun
rozszalałych koni przed huraganem ognia palącego się stepu - tak!
jak jeszcze przed paru godzinami...
Och! jak to było?!
Stał obok Ponikły, który z spokojem przecierał zamglone
szkła swojej lunety.
Rozległ się piekielny grzmot. Granat wyrwał na samym
wierzchu kawał muru z baszty: sypnęła się chmura na proch
zdruzgotanych cegieł - jakiś żołnierz obok jęknął: jedna cała cegła
zwaliła mu się na grzbiet - to nic! to nic! bełkotał, uśmiechnął
się blado i runął na ziemię.
- Muszę pójść na lewe skrzydło - Pan tymczasem pilnie
obserwuj każdy ruch nieprzyjaciela...
W tej samej chwili wściekły ryk granatu... Zrobił nowy wyłom
w murze - w szerokim łuku rozsypały się wokół poprzez do ziemi
przykucniętych żołnierzy gruz i cegły...
- Kiepsko celują, mruknął Ponikło i poszedł dalej - radzę
Panu przykucnąć, powiedział jeszcze - Pan stojący, zbyt dobrym
celem.
Nie posłuchał rady... Nie myślał o niebezpieczeństwie - stał
i patrzył, bo była weń wstąpiła jakaś wielka, święta, bezbrzeżna
cisza...
Ogarnął okiem cały horyzont - wązką dolinę w dole, zwolna
wspinające się wzgórza naprzeciw - cały ten teren lekko
pofałdowany, tu i ówdzie stroma ściana, stercząca nad wygiętą linią
grzbietu - a kiedy tak patrzył i patrzył, kiedy widział mnóstwo
wznak wywróconych trupów, zwalonych bagnetem z wzgórza w dół,
innych w krzyż rozłożonych, jakby w świętą ziemię się wgrzebywali,
innych zasię wkulonych w siebie gdyby jeże, gdy się na nie nastąpi
- kiedy ujrzał, jak się z zbitego stosowiska trupów, splątanych,
zda się, w jedno potworne cielsko, wyczołgiwał raz po raz
człowiek-pokraka, który w worku swej poszarpanej poharatanej skóry
dźwigał z ciężkim trudem porwane mięśnie, potrzaskane kości - gdy
tak patrzył na te gęsto trupami zasiane wzwyża i kotlinę, nad którą
się wspinały, stało się w nim coś niepojętego...
Patrzył spokojnie - bez najmniejszego wzruszenia - jakby
patrzył na rój walczących z sobą mrówek - patrzył obojętnie na to
piekielne żniwo ludzkiej zaciekłości i nieludzkiego gniewu i
tytanicznych, rozpasanych szałów, rozjuszonych zmagań się - wygasło
w nim doszczętnie uczucie jakiegoś osobistego niebezpieczeństwa i
nic nie pozostało w jego duszy, jak tylko uczucie bezgranicznego
zdziwienia...
A - a... a! Więc to jest życie ludzkie - jego cel i
Przeznaczenie?!
Przedarł się poza front, kładący się pokosem pod celnym
gradem kul swoich towarzyszy i spojrzał za kulisy, odgraniczające
życie jednostki od śmierci jego.
Było, jakby to wszystko, co wokół niego się rozgrywało,
wcale nie On widział - On! śmieszne, że sobie w tej chwili swoje
nazwisko przypomnąć musiał - on Nieczuja: jego własne Ja zapadło
się w bezdennej czeluści czegoś, co całkiem do niego nie
przynależało - co obejmowało, schłaniało ich wszystkich tu razem -
ten mały na zagładę wydany batalion - nie! głupstwo! całe
regimenty, całe dywizye, naród cały.... Tu nie stała jednostka
przeciw jednostce - to były dwie przepotężne wole dwóch narodów,
które w tytanicznych zapasach się z sobą zmagały, dwie wole, które,
co najszlachetniejszego tu i tam w narodzie żyło, do życia w tej
zaciekłej walce powoływały...
- Schyl Pan łeb do stu piorunów, wszystkie kule na pana
lecą! słyszał jakiś pioronujący głos za sobą.
Przykucnął, pomacał się: kula kawałek ucha mu oderwała.
- Daj Pan lunetę - towarzysz Pana opatrzy...
Machnął ręką, ale rozkazu nie posłuchał: całą duszę wepchnął
teraz w szkła lunety - wytężył w trójnasób siłę swego wzroku.
Tam w dole coś zdumiewającego się działo!
Linia nieprzyjaciela się wygięła - tu i ówdzie powstawały
luki, ale w tej chwili wypełniane zostawały. Nieprzyjaciel
zasypywał nędzną forteczkę ulewą kul, a gdzie tylko atak jął
słabnąć, pojawiał się kapitan na czarnym, dzikim ogierze, wywijał
szablą, zagrzewał szeregi, pędził je naprzód, objeżdżał je z tyłu i
z boku: był wolą i duszą tych wszystkich, którzy się darli pod
górę, by garstce obrońców krwawe wesele sprawić.
Nieczuja zapalił się tym widokiem: toż to właśnie, że
jednostka zdołała się wywlec z ciasnej nory egoistycznych pragnień,
użycia, dostatku, lęku przed śmiercią, że zdoła zapomnieć o życiu,
jego rozkoszach, cierpieniach, ponętach, że zrywa więzy, pętające
ją z rodziną, dziećmi, żoną, kochanką, że wzmogła się na największe
poświęcenie, do jakiego człowiek dorość może: wyzbycie się swej
odrębnej osobowości i zlania się w oceanie jednego jedynego Ja,
jakie naród stanowi, znaczy każdego z nas znamieniem najwyższego
człowieczeństwa....
- Godzien jesteś mej kuli!
Wyrwał karabin obok przykucniętemu żołnierzowi - ułożył obok
siebie starannie lunetę, wymierzył: stał się jednem wytężonem
okiem, a raczej zrósł się z karabinem, tak, że martwa lufa ożyła i
stała się żywym organem.
I z tego zapalczywego lufy-oka padł jeden strzał po drugim.
Czarny ogier stanął dęba, zawierzgał przedniemi kopytami w górze -
zwalił się na ziemię... z pod jego cielska wyszarpywał się z
piekielnej uwięzi kapitan - podrzucał się w nadludzkim wysiłku z
pod konia, ale w tej samej chwili głowa jego, trafiona drugą kulą
Nieczui zwisła - z obezwładniętych rąk wypadła szpada - żołnierze
rzucili się martwemu kapitanowi na pomoc: jeden targał daremnie
konia za uździenicę - dwóch starało się wyciągnąć obezwładniałe
ciało kapitana z pod ciężaru zdychającego bachmata.
Nieczuja oddał karabin żołnierzowi.
- Teraz masz dobry cel - powiedział i przyłożył lunetę do
oczu.
Przez ostre szkła widział onego srogiego kapitana, wolę i
duszę szeregów, które pędził w świętem zaparciu się siebie pod
górę, by dokonać wolę świętego Zakonu, który ludziom nawzajem
wymordowywać się każe...
Uśmiechnął się.
Jutro za Tobą podążę - może dziś jeszcze...
Czem Ty? Czem Ja?!
Jedną, jedyną, mikroskopijnie maleńką komórką w tem
olbrzymiem, szlachetnem ciele Narodu, do którego przynależał -
czemże śmierć jego, czemże moja? Niewidzialnym, niedostrzegalnym
zanikiem maluteńkiej komórki, którą jeszcze, zaczem zniknąć zdołała
- już świeższa i żywotniejsza zastępuje....
Czemże krew wszystka jego, która teraz w gwałtownych pulsach
gorączki przelewa się przez jego ciało i wstrząsa nim bezustannymi
dreszczami? Przecież niczem więcej, jak tylko jednem mikroskopijnem
ciałkiem w krwi całego narodu - i cóż z tego, jeżeli w
kwintilionach miliardów ciałek tej krwi to jedno zaniknie?
- Pal! A szczędź naboje! - rzekł do młodego żołnierza, który
obok klęczał i przypatrywał się bitwie jakby w jakiemś upojonem
wniebowzięciu.
- Pal! Czego czekasz?!
Chłopak ocknął się i jakby się nagle w kogoś innego
przedzierzgnął:
Twarz mu skamieniała, nabrała zimnego, krwiożerczego wyrazu.
Mierzył spokojnie, jak gdyby nadziewał nitkę w uszko igły i
w garść ludzi, którzy w heroicznym wysiłku pragnęli wydźwignąć
swego kapitana z piekła bitwy, szła jedna linia po drugiej,
niezmordowana, druzgocąca z lufy karabinu już nie człowieka, ale
precezyjnego automatu.
Już jeden zwalił się na twarz i zakrył sobą martwe ciało
ubiegłej duszy szturmujących, drugi padł wznak, stoczył się z
pochyłości w dół i zawisł, gdyby łachman na wystającym krzaku -
trzeci puścił nagle uździenice, któremi napróżno tarmosił krwią
żygającego bachmata, ugiął się w kolanach, rozczapierzył ramiona,
załopotał nimi w powietrzu i zwalił się twarzą na krwią obroczoną
szyję konia.
- Doskonale! - pochwalił Nieczuja.
Chłopakowi rozpromieniła się twarz w rozłunionem uniesieniu
zapomniał teraz o całym świecie: jego oko rosło, potężniało,
potrzebowało szerszego widnokręgu - wyprostował się nagle: ot!
teraz tam, gdzie oficerska szabla stalą w górę błysnęła: to oficer,
który po poległym kapitanie objął dowództwo - tam! tam! Wspiął się
na palcach, zmierzył i w tej samej chwili zniknęła szabla, okręciło
się w górze wokół siebie ciało oficera i padło bezwładnie na
ziemię.
- W samą wątrobę - zaśmiał się chłopak.
- Schowaj łeb - ryknął Nieczuja i w tej samej chwili
świsnęła kula, zerwała mu kaszkiet z głowy, poczuł jakieś gorąco
wzdłuż ramienia - padł na ziemię instynktownie i wraz zwalił się
obok niego martwą kłodą młody chłopak.
- Dziś jeszcze będziesz w raju - szepnął Nieczuja - może
zemną razem...
I tak w gorączkowej wizyi, stokroć potężniejszej i
rzeczywistszej od wszelakiej istotnej rzeczywistości, przeżywał
Nieczuja każdy moment morderczej walki, setki poruszeń, które się
na jawie w jeden ruch zlewały, rozczłonkowywały się teraz w chorym
jego mózgu na pojedyńcze, dla siebie istniejące momenty, myśli,
które błyskawicznym, zaledwie świadomością dające się uchwycić,
pędem podczas walki w mózgu jego się wichrzyły, nabierały teraz
przerażającej wypukłości, kojarzyły się w szerokie, patetyczne
okresy i coraz szerszymi kręgami i coraz wolniej i faliściej
rozlewały się naokoło tego pytania: czem w całym tym niepojętym
zamęcie, tej piekielnej burzy, która zdawała się ziemię z posad
wyrywać i fundamentem niebios trząść - czem jego śmieszne, głupie
Ja!?
Czemże wola jego? Przecież niczem więcej, jak tylko jednym
atomem w przeolbrzymiej masie gazu, której za ciasno w kotle, w
jaki wtłoczona została i nagle w gniewnem napięciu ściany jego
rozwala?
A byt cały jego? Chyba niczem więcej, jak cieniuteńką
niewidzialną niteczką w olbrzymiej masie mięśni tego potężnego
cielska, które w dzikim gniewie wściekłemi pięściami broni swych
świętych praw!
Uroczyściał i pokorniał tem przeświadczeniem maluczkości
swego Ja. Śmiesznym i ordynarnym wydał mu się lęk przed śmiercią,
lęk niedostrzegalnej komórki, jednego mikroskopijnego ciałka krwi,
chimerycznego atomu w olbrzymiej kolumnie gazu, niewidzialnej
niteczki w potężnym mięśniu, miażdżącym miliony wrogów - jakoż
śmiesznem, głupiem i ordynarnem wydało mu się przerażenie i groza,
z jaką on marny jakiś leukocyt rzucał się na obce ciało, które się
dostało w organizm do jakiego przynależał - rzucić się musiał...
przeraźliwą śmiesznością wydał mu się wstręt i obrzydzenie, że
niszczy i morduje i pochłania obce, dla jego organizmu szkodliwe
komórki i ciałka, że pomaga rozwalać ściany zbyt ciasnego kotła...
Jakie to głupie!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.