1
Ajajaj, w tej mojej łebedynie to zie dzoś ostadnio nielicho pobrzezdawiało.
Dzo dalej ze mnom bedzie, tag samej, w pojedynge? Jag tu zobie poradzić?
Tag, owag, wśmag! Drudno, jag tagi los!
A bo to jagi problem? Żaden! Pryżdż!
Poradzim zobie, brzeca masz mie. Bedziem razem do samiutkiego końca.
Aj, a dy to kto?
Brzeca wiadomo. Jo to dy. A dy to jo.
Pani Momoko od dłuższej chwili słuchała głosów, które wzbierały w niej, jakby zerwała się tama, bez skrępowania mówiąc w dialekcie z T?hoku, i popijała herbatę. Siorb, siorb.
Oprócz słów sączących się wewnątrz czaszki słyszała także inny, delikatny odgłos dobiegający zza jej pleców. Szu, szszsz, szu. Dźwięk ten nie wiedzieć czemu niósł się po cichym pokoju zaskakująco głośno. Słyszała go zza siebie, z luki między stojącą niedaleko jej krzesła lodówką a szafką kuchenną. Brzmiał, jakby ktoś ruszał foliową torebką z supermarketu. Nieprzyjemny odgłos. W istocie wręcz drażniący.
Szu, szszsz, szu.
Jednak pani Momoko niewzruszona popijała herbatę do rytmu szelestów.
Siorb. Siorb.
Nie musiała się nawet odwracać. Doskonale znała sprawców tych hałasów. Myszy.
Od kiedy jej pies po szesnastu latach wspólnego mieszkania odszedł z tego świata jesienią zeszłego roku, gryzonie urządzały nie lada harmider i na poddaszu, i pod podłogami. Wreszcie zaczęły pokazywać się także na wspólnej teraz płaszczyźnie, a dziś na przykład, proszę bardzo, nawet w biały dzień. Brzmiało to tak, jakby wydawanie dźwięków stanowiło dla nich sprawę życia i śmierci, choć i tak - może przez wzgląd na pierwotną mieszkankę w osobie gospodyni - robiły to z pewną nieśmiałością. Wychodziły przez dziurę w rogu ściany, skubały, podgryzały i znikały. Pani Momoko nie miała odwagi patrzeć, ale same odgłosy, kiedy już przywykła, nie robiły na niej wrażenia. Nie czuło się w tym domu najmniejszego śladu ludzkiej obecności - każdy dźwięk, obojętnie jaki, był na wagę złota. O ile z początku mysie harce doprowadzały ją do białej gorączki, o tyle teraz bała się raczej momentów, gdy odgłosy ustawały, a pokój wypełniała głucha cisza.
Wzięła łyk z czarki, obróciła ją w dłoniach, potem znowu, czując, jak opuszki palców wypełnia przyjemne ciepło, i jeszcze raz, siłą nawyku. Patrzyła, bez szczególnego powodu, na swoje dłonie. Dłonie jak godne zaufania, używane od lat narzędzia. W dzieciństwie głaskała czasem badzię po ręce, tarła tę rękę, ciągnęła, nawet szczypała i wykręcała. Gruba skóra na grzbiecie dłoni pokrytym nabrzmiałymi żyłami rozciągała się zaskakująco łatwo. Badzia mówiła, że wcale nie boli - i rzeczywiście nie bolało. Kościste, duże, szorstkie ręce. Pani Momoko miała teraz takie same przed oczami. Nie sądziła, że ten dzień kiedykolwiek nadejdzie. Westchnęła do sufitu i potoczyła wzrokiem, na niczym go nie zatrzymując, po pokoju, w którym nic nie zmieniało się na lepsze.
Wszystko tu pociemniało ze starości, zbrązowiało jak wygotowane w wodzie z sosem sojowym.
Od strony południowej, która wychodziła na ogród, były przesuwne papierowe drzwi, na rozpiętym od ściany do ściany sznurze wisiały sukienki z krótkim rękawem i zimowy płaszcz, ubrania oddane do czyszczenia i zostawione w foliowych pokrowcach, ręcznik kąpielowy, spódnica z niechlujnie rozpiętym suwakiem - prowokowała do pytania, czy aby pani Momoko nie zdjęła jej dopiero co - obok cztery sznurki z suszącymi się kaki, a na przeciwnym końcu kołysało się, choć nie było wcale wiatru, pół krzywej tuszy suszonego łososia. Spomiędzy tego wszystkiego wpadało do środka blade światło marcowego popołudnia.
Pod ścianą od zachodu stały wiekowa komoda, butsudan1, szafka kuchenna ze zbitą szybą w drzwiczkach, na której taśma klejąca tworzyła wzór pajęczyny, i lodówka z naklejką, którą pewnie dziecko zaczęło zdrapywać i poddało się w połowie. Po wschodniej stronie łóżko polowe, duże okno z głębokim parapetem, a na nim telewizor obwiązany kablem jak opaską na czoło, obok foliowa torebka pełna mandarynek, napoczęta butelka o pojemności jednego sh?2, wetknięte w pustą puszkę przybory do pisania, nożyczki, kilka tubek kleju, a do tego słusznych rozmiarów stojące lusterko. Na zarysowanej tu i tam podłodze stosy starych książek i czasopism. Pod północną ścianą zlew, przy zlewie garnki, patelnie i miski, a na czteroosobowym stole, o który pani Momoko opierała się łokciami, nie bez trudu znalazło się - chwilę temu odgarnięte przedramieniem - miejsce na podgrzewacz wody, czajniczek, czarkę i solone krakersy ryżowe do herbaty; resztę blatu zajmowała góra wymieszanych ze sobą różności. Trzy pozostałe krzesła służyły już tylko do składowania rzeczy.
Owszem, panował tam bałagan, ale pokój ten, w którym dało się zaspokoić trzy podstawowe potrzeby człowieka - zjeść, przespać się i odziać - choć nie ujmował estetyką, miał w sobie pewien uparty pragmatyzm, coś, co kazało podejrzewać, że to mimo wszystko praktyczna i wygodna przestrzeń. No, zależy, kogo zapytać. Dom oczywiście nie składał się z tego jednego pomieszczenia, obok był pokój gościnny, i to nie byle jaki, ale dawno przemienił się w schowek. W użyciu pozostała jeszcze tylko sypialnia na piętrze. Wchodzenie tam bywało czasem zbyt wielką fatygą - do tego stopnia, że raz na trzy dni pani Momoko zalegała na łóżku polowym w znoszonym, powypychanym na kolanach dresie z okrzykiem: "Nie każda piżama to ubranie, ale każde ubranie to piżama!".
Popijała herbatę jak zawsze. Za jej plecami wiadome odgłosy.
Siorb, siorb. Szu, szu.
Siorb. Szu. Siorb, szu. Siorb szu.
A w środku czaszki jeszcze:
Jo to dy, a dy to jo. Jo to dy, a dy to jo. Jo to dy, a dy to jo. Jo to dy, a dy to jo.
Z zewnątrz, z wewnątrz, dźwięki, głosy, odgłosy - walczyły ze sobą niskimi, ciężkimi wibracjami, nakładały się jedne na drugie zupełnie jak podczas jazzowego jam session. Nie żeby pani Momoko szczególnie znała się na jazzie. Nie dysponowała żadną głębszą wiedzą na temat muzyki jako takiej. Czuła jednak, że ma wobec jazzu niesłychany dług wdzięczności. Gdy spadła na nią rozpacz - może i taka, jakiej pełno na świecie, ale dla niej wstrząs, od którego niebo i ziemia zamieniają się miejscami - i gdy trzęsła się od niej cała, z radia dobiegł jazz. Nie mogła już słuchać piosenek z tekstem. Muzyki klasycznej też nie - tylko potęgowała smutek. Właśnie wtedy pani Momoko usłyszała jazz. Nie wiedziała, czyj był to utwór ani jaki nosił tytuł, ale pamiętała, że gdy rozpacz rozsadzała jej głowę, jego dźwięki zaczęły energicznie uderzać w czaszkę od środka.
Osaczający ją smutek nagle uleciał.
Ręce same się uniosły, stopy plasnęły o podłogę, biodra się zakołysały. Ani się spostrzegła, gdy ruszała całym ciałem bez opamiętania. Była to pokraczna taneczna samowolka, rytm jazzu i jej tupanie odpowiadały sobie nawzajem. Dobrze się wtedy czuła. Akurat lało jak z cebra, a ona skorzystała z pretekstu, by nie odsuwać okiennic, do ciemnego wnętrza docierały tylko smugi światła spomiędzy nich, przebijające słabo przez papierowe drzwi. Ruszała się jak szalona, było jej gorąco, traciła oddech, po kolei ściągała ubrania. Pani Momoko dobrze pamiętała tamten dzień, gdy zupełnie naga tańczyła przed nowiuteńkim butsudanem.
W jej rodzinnych stronach nie mówiło się "wypluć", tylko "wybludź". "P" i "ć" brzmią słabo. "B" i "dź" - mocno, zdecydowanie. Udało jej się wtedy, choćby na mgnienie oka, przepędzić rozpacz, wyrzucić ją. Dosłownie wybludź. Czuła wdzięczność za tamten jazz. Tyle że wtedy jeszcze się martwiła, co ludzie powiedzą. Chowała się. Teraz pani Momoko wyrzucała sobie to umniejszanie samej siebie. Skoro i tak się stało, mogła głośniej ustawić radio, mogła odsunąć okiennice i tańczyć w świetle, z dumą.
Na bewno?
Czuła jazz od wewnątrz i z zewnątrz, ale ciało nie ruszało się już jak wtedy. Co najwyżej drżała jej opuszka palca wskazującego lewej dłoni, w której trzymała czarkę. Nie chciała myśleć, że to wiek.
Ale chwileczkę. To nie jazz stanowił główny temat tego, co rozbrzmiewało jej w głowie. Tylko w takim razie co?
Umysł miała jak za mgłą. Czuła, że powinna zastanawiać się nad czymś zupełnie innym, ale nie potrafiła sobie przypomnieć nad czym. Gubiła wątek myśli. Sama zresztą przeczuwała, choć niewyraźnie, że coś takiego się dzieje. Pocięta, pozbawiona logicznej ciągłości ścieżka jej rozumowania pojawiała się nagle zupełnie gdzie indziej, niż pani Momoko się jej spodziewała, to biegła naprzód, to zawracała. A ona nie miała szans za nią nadążyć.
Staroś nie radoś, ot dzo. Nie. Nie wolno zrzucać wszystkiego na wiek.
W tagim razie to przez te wszystkie lata, przeżyte jago kura domowa.
W jakim sensie? Czemu człowiek miałby się gubić w swoich myślach tylko dlatego, że prowadził jednostajny tryb życia?
Pojawiało się pytanie, padała odpowiedź, głosy w umyśle pani Momoko zaczynały dyskutować jeden przez drugi, stąd i zowąd. Nieokreślone, w niewiadomym wieku, mało tego, mówiące różnymi odmianami języka. Co prawda nie mogła się ruszać, ale - nie, raczej właśnie dlatego: nie mogła się ruszać, dlatego głosy w jej głowie poczynały sobie coraz śmielej, tak jakby się dostosowywały, by skompensować ów brak sprawności.
Praca gospodyni domowej jest zróżnicowana, składa się z wielu drobnych elementów. Stale trzeba robić kilka rzeczy naraz - mówił jeden głos płaskim tonem.
Dzo na przygład? - pytał inny, pełen irytacji.
Nie tag jak drwal, dzo dzały dzień tylgo drzewo ździna.
To chyba dość niedzisiejszy przykład? - odzywał się kolejny.
Właźnie. Poza tym żona przy kroźnie siedzi.
A dzie tam. Która by dała radę tylgo tkać dyle czasu, dzo drwal w lesie pradzuje? Ładwo zobie wyobrazić, jag to wygląda: troche przy kroźnie, ale dziecko płagało, to daje mu pierś, w tym samym czasie myźli zobie, że drzeba niedługo zmienić świekrze majtki, bo zabrudziła, i jeżdże zie zasdanawia, dzo ugotować na kolacje. Jak zie ciągle od kobiedy wymaga, by bez przerwy robiła sto rzeczy naraz, to nic dziwnego, że w głowie jej zie zaczyna plądać.
To żem se właźnie myźlał! To, to!
Racja. Owszem, niełatwo schwytać uciekające, porwane myśli, ale mimo wszystko, biorąc wiek pod uwagę, może to być najlepsza i zarazem ostatnia okazja, by wszystko przemyśleć. Jak długo? Ile jeszcze lat dam radę żyć, utrzymując ten stan? Właźnie. Od teraz, myśląc o czymkolwiek, będę musiała odliczać, ile czasu jeszcze zostało.
Właźnie! Dobrze gada! Nie, wcale nie! - odzywały się różne głosy, a jeden szczególnie głośno:
Jo bym zie chciał zazdanowić nad tym dzałym t?hokańskim.
Takiemu dictum mogła przytaknąć. Temat języka już ginął, zatarty przez inne kwestie, gdy pani Momoko wreszcie zdała sobie sprawę, że to właśnie dialekt T?hoku był tą niecierpiącą zwłoki sprawą, o której powinna myśleć.
Zaczęła się zastanawiać: dlaczego akurat teraz? Wyjechałam z domu, mając skończone dwadzieścia cztery lata, przez następne pół wieku z okładem używałam standardowego japońskiego, w myślach też. A teraz nagle zalewają mi głowę słowa w czystym dialekcie. Mało tego, sama nie wiem kiedy zaczęłam myśleć po swojsku. Od zwyczajnych spraw - Dzo by dziś zrobidź na koladzje? - po abstrakcyjne rozważania - Kim jo u diaska jezdem? - wszystko po t?hokańsku, aż drudno uwierzyć. No, tak zupełnie szczerze, to nie tyle jo, co ktoś inny mówi do mnie. Ze środka. W dialekcie. I wcale nie jeden ktoś ani nawet dwóch, tylko cały tłum. Moje myśli składają się z ich rozmów. Chociaż nie wiem, czy można to jeszcze nazwać moimi myślami. Owszem, skoro słychać je u mnie w głowie, to nikt inny nie może mówić ani słuchać, tylko jo, ale czuję, nie wiem czemu, że jezdem skorupą, niczym więdzej. Kto to są ci ludzie, których ta skorupa, czyli jo, otacza? Aż ich pytam: Kim jezdeździe? Jakżeździe tu we mnie zamierzgali? Już wiem - może są jak kosmki w jelitach? Właśnie, moje serce, mój umysł też musi porastać nieskończoność takich wypustek. Zwykle falują sobie delikatnie to w jedną, to w drugą stronę i tylko kiedy chcą mi coś przekazać, niektóre puchną i mówią. Dziwnie wtedy jezd, ale o dziwo nawet mi zie podoba. One też som mnom, mogom przejąć mojom głowe, prosze bardzo.
Pani Momoko zachichotała ze wzrokiem bujającym w obłokach, a gdy nagle posłała spojrzenie przez ramię, znów rozległ się ten szelest. Przynajmniej takie odniosła wrażenie. Całkiem już zapomniała, o czym dumała przed chwilą. U niej w głowie myśli nie trzymały się długo. Przypominały kurę, która co kilka kroków zmienia kierunek. W miejsce jednego tematu zaraz wskakiwał inny, bez żadnych przystanków, raz za razem - teraz na przykład myślała o myszach, o pewnego rodzaju przyjaźni, która ją z nimi łączyła. Kiedyś tak nie było. Czyli kiedy? Za dużo tych kiedyś i niegdyś - wtrącał się ktoś ze środka.