Paweł, 31 maja 1973 - czwartek
Wjeżdżający na przystanek autobus jęknął z ulgą. Pasażerowie zerwali się z miejsc i pośpieszyli ku drzwiom, przepychając się gwałtownie. Paweł wciąż siedział i czekając, aż wszyscy wysiądą, przyglądał się pasażerom. Mężczyzna w sztruksowej marynarce, bez bagażu, pewnie jechał do pracy, babina z koszem jajek na bazar albo do rodziny. Raczej na handel, do bliskich nie jechałaby z samymi jajkami, miałaby jakąś kurę, może śmietanę albo twaróg. Ładna blondynka ze sporą torbą chyba wybrała się na zakupy.
- No wysiadamy.
Szturchnięty przez Mariana podniósł się i ruszył do wyjścia. Z przyjemnością odetchnął świeżym powietrzem. Gorący dzień i autobus pełen ludzi to było okropne połączenie. Choć Paweł nie cierpiał na chorobę lokomocyjną, woń perfum, potu i naftaliny przyprawiła go o mdłości.
Na dworcu autobusowym w Tomaszowie ludzi było więcej niż na odpuście. Co jakiś czas na stanowiska podjeżdżały autobusy i wylewał się z nich różnokolorowy strumień pasażerów. Jedni opuszczali plac, drudzy pozostawali na miejscu, powiększając tłum, który jak wielkie narośle oblepiał betonowe słupki z numerami stanowisk.
Chłopcy przecisnęli się przez oczekujących i weszli do hali dworca. Nowoczesny budynek, choć wielki jak dwie sale gimnastyczne, był jednak za mały, by pomieścić i podróżnych stojących w kolejkach po bilety, i tych, którzy czekali na swój autobus, usadowieni na drewnianych ławkach. Hałas był większy niż w szkole na przerwie.
- Oż ty! Kwadrans temu odjechał nasz autobus. - Marian miał minę zbitego psa.
- Pojedziemy następnym.
- Następny jest pośpieszny do Poturzyna. Za dwie godziny.
- Możemy spróbować pieszo albo złapiemy okazję.
Marian stuknął się w czoło.
- Urwałem się ze szkoły, żeby być wcześniej w domu, nie później. Poszukajmy lepiej miejsca w cieniu. Może byśmy loda zjedli, co?
Paweł obojętnie wzruszył ramionami. Nie mógł przecież pokazać, że chętnie zjadłby nie jednego loda, ale dwa, może i trzy. Miał jednak tylko tyle pieniędzy, ile kosztował bilet.
- No przecież ci postawię. - Marian przyjacielsko klepnął go w ramię.
- Nie trzeba.
- "Nietrzeba" to się jedna taka baba z Gródka nazywała. A ja mam wobec ciebie dług.
Paweł podniósł ręce, dając do zrozumienia, że jest bezbronny wobec takiego argumentu. Wiedział również, że przyjaciel użyje go jeszcze nie raz. Ogromna wdzięczność Mariana wzięła się stąd, że Paweł uczył go matematyki, pomagając przyjacielowi odsunąć widmo dwói, a co za tym idzie, powtarzania klasy. Pewnie, jak w poprzednich latach, stary Łubiński wziąłby sprawy w swoje ręce i jakoś kupił litość nauczycielki jajkami i mięsem, jednak Marianowi te kupowane promocje stały ością w gardle, bo ojciec nie przepuścił żadnej okazji, by o swoim wkładzie w edukację syna przypomnieć.
W lodziarni był tłok, odstali swoje, a potem nieśpiesznie ruszyli przez miasteczko, przyglądając się ludziom i wystawom sklepowym. Pawłowi, który w dotychczasowym życiu niczego więcej nie widział, Tomaszów wydawał się pępkiem świata, stolicą elegancji. Marian miał szerszą perspektywę. Był na wycieczce szkolnej w Warszawie, miał ciotkę w Zamościu i ojciec zabrał go dwa razy do Lublina. Dlatego też teraz uśmiechał się pobłażliwie, słuchając zachwytów Pawła. Jemu jednak to nie przeszkadzało. Lubili się, zwyczajnie, po prostu, po męsku.
- Może bilety w kasie kupić? - zastanawiał się Paweł.
- Tam ludzi tyle, że na godzinę stania. - Marian rozwiał jego wątpliwości. - U kierowcy się kupi.
- A jak nie będzie nas chciał wziąć?
Przyjaciel w odpowiedzi wzruszył ramionami. Różnili się. Jeden był zapobiegliwy, ostrożny, staranny, drugi świszczypała.
Tłum na stanowisku gęstniał, co chwila ktoś ich poszturchiwał. Wreszcie, gdy ludzie byli już ściśnięci jak sardynki, rozległ się komunikat, że autobus wjeżdża. Oczekujący podjęli walkę o takie miejsce w tłumie, które zapewniłoby im dopchanie się do drzwi. Trudno było utrzymać równowagę, ale nikt nie mógł upaść, bo z każdej strony ktoś stał.
- Ja z biletem, ja z biletem! - krzyczała jakaś kobiecina, jednak nikt się nią nie przejął.
Marian podniósł brwi. Widzisz? - miał wyrażać ten grymas. Przepychali się dziarsko do przodu i po chwili stali już na schodkach.
- Ja w Łaszczowie nie staję - krzyknął kierowca w odpowiedzi na czyjąś próbę kupienia biletu.
Paweł zaczął się wycofywać, lecz Marian chwycił go za rękaw.
- Ty dokąd?
- Słyszałeś, w Łaszczowie nie staje.
Marian wywrócił oczyma, by pokazać, jak bardzo zadziwia go głupota przyjaciela.
- Dwa szkolne do Poturzyna - rzucił do kierowcy i wyciągnął rękę. Paweł wysupłał z kieszeni pieniądze i podał je przyjacielowi.
Zajęli dwa ostatnie wolne miejsca i patrzyli na kolejnych pasażerów, którzy, jeden po drugim, wciskali się do autobusu.
- Ale jak to nie staje? Zawsze stawał! - utyskiwała kobieta w granatowym żakiecie i kwiecistej chustce.
- I co mu pani zrobisz? Na kierowcę nie poradzisz. Taki kawał przyjdzie iść - odezwała się inna.
Paweł odwrócił się do okna. Trochę się niepokoił, jak wytłumaczy w domu czwartkowy przyjazd. Zaczynał żałować, że pozwolił się namówić Marianowi. Kiedy siedzieli w dusznym pokoju internatu, argumenty przyjaciela wydawały się logiczne. Polonistka zachorowała, więc w piątek i tak przepadnie jedna lekcja, a w sobotę dwie. Propedeutykę można sobie darować, wuefu zaś będą mieli w domu aż nadto. Teraz jednak nie wyglądało to już tak dobrze. Wagary to wagary. A jakby ojciec się dowiedział...
Z zamyślenia wyrwał go głos Mariana.
- Pani sobie usiądzie - powiedział do kobiety w chuście.
Ten nagły przypływ uprzejmości zdziwił i zagadniętą, i Pawła. Ona skwapliwie przyjęła propozycję, on posłał przyjacielowi pytające spojrzenie, na które Marian odpowiedział szerokim uśmiechem.
Na horyzoncie ukazała się figura Świętego Antoniego, widomy znak, że zbliżają się do Łaszczowa, gdy w autobusie rozległ się krzyk:
- Ta pani mdleje, mdleje! - wołał Marian.
Kobieta, której jeszcze chwilę temu daleko było do utraty przytomności, teraz wywracała oczami i trzymała się za serce.
- Dusi mnie, dusi!
Jej towarzyszka zaczęła histerycznie zawodzić, ktoś zaordynował otwieranie okien, ktoś inny wołał, by zatrzymać autobus. Kierowca, klnąc na czym świat stoi, przystanął na wysokości urzędu gminy.
Oprócz chłopców i kobiety w chustce wysiadło jeszcze dziesięć osób.
- A zapamiętajcie sobie, że więcej was nie zabiorę - krzyknął na odjezdnym kierowca, ale nikt się nim nie przejął.
Niedoszła ofiara zasłabnięcia podeszła do Mariana.
- Zuch chłopak - pochwaliła go i pogrzebawszy w torbie, wyciągnęła tabliczkę czekolady. - Jedz, na zdrowie.
Marian podziękował, a gdy tylko kobieta zniknęła z pola widzenia, wsunął czekoladę do torby Pawła.
- Co ty robisz?
- Jakoś nie przepadam.
Obaj wiedzieli, że to nieprawda, ale żaden nie powiedział tego na głos. Ruszyli ceglanką, która wiodła do wsi.
Na środku podwórka stał wóz. Gniady, wyprzężony, ale wciąż w szorach, leniwie skubał kępkę trawy, która wyrosła pod płotem, odgradzającym ogród od podwórza.
Siano wożą, zgadł Paweł. Może ojciec się ucieszy z niespodziewanego pomocnika? Pchnął drzwi do sieni.
Chałupę, w której mieszkała cała rodzina Leszczenków, postawił przed wojną dziadek Józef, ojciec matki Pawła. Pewnie jak na tamte czasy była ona obszerna. Sień, komora, kuchnia z piecem chlebowym i dwie izby - było to aż nadto dla trzyosobowej rodziny. Bo dziadkowie długo nie mieli dzieci. Gdy w końcu, po latach oczekiwania, urodziła się córka, traktowali ją jak uśmiech losu. Pewnie dlatego nie bardzo byli przychylni zięciowi, który obdarzył ich jedynaczkę ciężkim losem i czwórką dzieci.
Wszyscy domownicy zgromadzili się w kuchni. Matka i Grażynka stały przy piecu, babcia siedziała w kącie na zydlu. Druty w jej palcach śmigały tak szybko, że dostrzec można było tylko srebrzyste smugi w powietrzu. Paweł wiedział, że wełna, która teraz zamieniała się w pulowerek, pochodziła ze starego swetra. Jak już nie było sensu łatać, babcia pruła i przerabiała. Nic nie mogło się zmarnować.
Przy stole, tak dużym, że zajmował pół kuchni, siedzieli ojciec, dziadek, Madzia i Wojtuś. Chłopiec zajęty był odrabianiem lekcji, dziewczynka rysowała, dziadek czytał gazetę, pewnie przyniesioną od pana Wołyńskiego, ojciec kończył obiad. Na jego kolanach siedział Reks, pies, do którego królewskie imię zupełnie nie pasowało. Nie dość, że mały, to jeszcze brzydki. Stary był już bardzo, Paweł nie pamiętał czasów, gdy zwierzaka z nimi nie było. Ze wszystkich domowników pies najbardziej kochał ojca. Niestety, o ojcu można było powiedzieć, że ze wszystkich w domu najbardziej kochał psa.
Paweł, wchodząc do kuchni, Boga pochwalił. Dałby mu dziadek, gdyby inaczej rodzinę powitał.
- A ty skąd? - zapytała matka.
- Nauczycielka zachorowała. - Odwrócił głowę, by nie patrzeć jej w oczy.
- A to tylko jedna nauczycielka w tej twojej szkole? - zapytał ojciec.
- Nauczycieli nie brak, ale dyrektor kazał do domu jechać. Miałem się z nim kłócić? Marian też przyjechał.
- No jak Marian przyjechał, to musi być stuprocentowa prawda! - zakpił ojciec.
- Antek, daj spokój - upomniała matka.
- Co daj spokój? Co daj spokój? - Miska zachrobotała o stół. - Od rana do nocy zasuwamy, żeby dać dzieciakowi lepszy los. A on się zwąchał z tym chłystkiem Łubińskich i ze szkoły wagaruje.
Ciszę, która teraz zapadła, mącił tylko miarowy stukot babcinych drutów.
W końcu ojciec wstał. Wysoki był, ale ramiona miał wąskie, prawe wyżej niż lewe, na dodatek się garbił, co odzierało jego posturę z dostojności. A mógł wyglądać dużo szlachetniej, bo twarz miał przystojną, a oczy mądre i szczere. Powolne ruchy ojca nie mogły zwieść dzieci, które wiedziały, ile ma siły, i drżały na myśl, że w gniewie użyje jej przeciwko nim. Jak prawica ojca spadła na dziecięcy pośladek, przez tydzień trudno było siedzieć.
- No skoro już jesteś, pomożesz przy sianie.
- Choć pozwól dzieciakowi coś zjeść.
- Głodnyś?
Paweł zaprzeczył ruchem głowy.
- To przebieraj się i do roboty. A tego pomiotu Łubińskich nie chcę na oczy widzieć.
W tej chwili Grażynka, która mieszała kaszę w garnku, pisnęła. Wszystkie oczy zwróciły się na nią. Pokraśniała.
- Upiekłam się.
- Poparzyłam - odruchowo poprawił ją Paweł.
- Patrzcie go, jaki wykształcony - prychnął ojciec, wychodząc z kuchni.
Paweł zagryzł wargi. Co też go podkusiło, żeby wcześniej do domu wracać? Przecież wiedział, że ojciec żyć mu nie da. Trzeba było w szkole siedzieć do soboty.
Wrócić w sobotę i co? Tylko jedno popołudnie spędzić z Jadzią Mazurówną, z jego Isią? Uśmiechnął się. Była na tym świecie rzecz, która nawet gderanie ojca czyniła znośniejszym - spojrzenie niebieskich oczu jego Isi. Na samo wspomnienie ciepło mu się zrobiło na sercu i choć ogromne to było wyrzeczenie, sięgnął do torby. Z napomnieniem, by się równo podzielili, położył tabliczkę czekolady przed młodszym rodzeństwem.
- Skąd masz? - zapytała Madzia, oczy jej zabłysły.
- Dał mi Mikołaj.
- Pleciesz. Mikołaj w zimie przychodzi.
- Ten akurat na urlop jechał. W autobusie go spotkałem. Jakby nie broda, w życiu bym nie poznał, że to on. Złapałem za tę brodę i mówię: Dawaj mi co dobrego dla moich brata i siostry albo wszystkim wygadam, coś ty za jeden...
- Głupot byś dzieciakom nie gadał - upomniała go matka.
Paweł przytulił się do niej i szeptem wyznał, skąd ma smakołyk. Uśmiechnęła się, z czułością zmierzwiła mu czuprynę. Od zawsze tak robiła. Od czasów, gdy był jej jedynym dzieckiem, gdy miała dla niego czas i mogła obdarzać go całą miłością matczynego serca. Siedział jej na kolanach, patrzył w oczy, a wtedy głaskała go po włosach i nuciła piosenki.
Potem na świat przyszła Grażynka i wszystko się pozmieniało. Paweł rozumiał, że tak być musi, we wsi w każdej chałupie było po dwoje, troje dzieci, a u Kaczorowskich siedmioro. Jednak co innego wiedzieć, a co innego tęsknić za czasami, gdy się było dla matki najważniejszą osobą na ziemi.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI